Mecz o życie (#1) - Piotr Adam Sowiński

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Jesień 1982.

- Dwie flaszki chyba starczą?- Pan Mietek z miejsca dał do zrozumienia, że nie przewiduje karnych.

Henryk Kapustka patrzył na pogrążającą się w listopadowej pomroce Dąbrowę. Zresztą z 9 piętra jego wieżowca widać było dobrze nie tylko Dąbrowę, ale i pobliskie Chojny oraz Widzew. Na horyzoncie majaczyły bloki Retkini. Na samym końcu widnokręgu rysowały się we mgle blokowiska Teofilowa. Miasto otulała listopadowa ślągwa. Łaskawie skrywając nieznośną szarość miasta Tuwima. Chyba złośliwa Klio spowodowała, że autor "Kwiatów Polskich" urodził się w tym betonowo-ceglastym molochu. Moloch przytłaczał brzydotą, zgniatał beznadzieją podłej egzystencji, zniewalał monotonnością szarych dni, nawet wtedy gdy teoretycznie świeciło słońce. Z nozdrzy Molocha buchały kłęby fabrycznych wyziewów, przesycone smrodem palonych śmieci. Z ust Molocha dobywał się chrapliwy odgłos tysięcy tanich butów, które dzień w dzień uderzały o stary bruk, względnie o zawsze krzywo położone płyty chodnikowe. Stukot butów mieszał się z lamentem przekleństw, litaniami wściekłości, bełkotem próśb o lepsze jutro, okrzykami radości z powodu zakupionej kaszanki.

Henryk drgnął. Jego wzrok padł na wybijające się z morza szarugi cztery maszty. Na masztach iskrzyły się diamentowe głowice, za chwile miał rozpocząć się mecz.

- Chyba starczą, zresztą przy reglamentacji wódki to i tak nieźle - zaśmiał się.- Ano nieźle. Dwa jeden na wyjeździe. Wystarczy huknąć im bramusie i niech spadają do Wiednia. Ale my im walniemy dwie. Dlatego i dwie flaszunie przyniosłem.- Pan Miecio wyraźnie się nakręcał.

- Ja bym się tak nie nakręcał.- Z inżynierskim spokojem rzekł Henryk. - Bez Smolarka, bez Tłokińskiego wcale nie musi być łatwo.

- Byleby tylko Andrzejkowi nic się nie stało.- Do rozmowy włączyła się Irenka.- Tak się boję, tyle ostatnio się mówi o tych ekscesach kibiców.

- Duży już jest, ma 13 lat. Musi sobie radzić. - uspokoił żonę Henryk.

Tymczasem do pokoju przybyli inni sąsiedzi Kapustków. Pani Wiesława przyniosła salceson nazywany cwaniaczkiem, Pan Cezary błysnął puszeczką mielonki z Pewex -u. Na tle tych rarytasów wkład Pani Genowefy był nader skromny. Piernik z marchwi - za to z prawdziwym cukrem.

Rozpoczynał się mecz. Andrzej Zydorowicz komentujący to spotkanie pewnie by się ucieszył gdyby usłyszał radość w łódzkich domach, ze to on relacjonuje mecz, a nie żaden komentator z Warszawy. Pan Miecio nalał do kieliszków. Na stole wesoło świecił oczkami tłuszczu salceson cwaniaczek. Jednak jego zaloty były daremne. Dewizowa mielonka Pana Cezarego wyjęta z kolorowej puszki zbywała nachalnego absztyfikanta. Piernik z marchwi nawet nie śmiał stawać w szranki. Jego marzeniem było by ktokolwiek go przegryzł. Zresztą, jego zmartwychwstanie było cudem na miarę zmartwychwstania Pańskiego. Przecież od czasów kiedy Łódź nazywała się Lizmannstadt nikt go nie jadł. Jednak teraz- w wigilię czterdziestolecia władzy ludowej w Polsce następował jego wielki powrót.

- No, żeż kurwa mać - skomentował pierwszą połowę porucznik Kostecki.

Do przerwy Widzew prowadził z Rapidem Wiedeń trzy do jednego. Niby nie było źle. Taki wynik dawał awans. Jednak Kostecki miał złe przeczucia. Przez pierwsze pół godziny Widzew miażdżył rywala. Na bramkę wiedeńczyków parły ataki widzewskiej husarii. Dwa razy Paweł Wożniak, a potem Rozborski trafili do siatki. I kiedy czwarta bramka wisiała w powietrzu sędzia Soerensen podyktował karnego dla spadkobierców sławy Rudolfa Hidena. Stadion zawył gdyż wszyscy widzieli, że Grębosz trafił w piłkę a nie w nogę rywala. Jednak sędzia widział lepiej i Antonin Panenka w swoim stylu pokonał Młynarczyka. Od tej pory Widzew przygasł. A Rapid coraz śmielej przymierzał się do zadania kolejnego ciosu.

Zirytowany Kostecki sięgnął po kolejnego "Sporta". Przez chwilę mocował się z zapalniczką. Wreszcie zapalił. Zaciągnąwszy się z animuszem poczuł przyjemne odprężenie. Przez chwilę obserwował czerwone ogniki na zwieńczeniu papierosa. "Chyba tylko w tym żałosnym państwie ktoś mógł nadać nazwę Sport fajkom" - pomyślał z rozbawieniem -. " Ciekawe kiedy wódce dadzą nazwę "Czuły kochanek", albo jabolowi "Zemsta teściowej". Salceson zamiast "Cwaniaczek" mógłby się nazywać: "W Oświęcimiu tego nie mieli". Pomarańcze zaś: "Towarzysz Che". Zaśmiał się sam do siebie. Przecież pomarańczy nawet na Kubie pewnie już nie ma. Ale ten "Czuły kochanek"? Na tylnej etykiecie mógłby być napis: wzmacnia pożądanie, osłabia wykonanie. Zaciągnął się ponownie. Z nabożną czcią pomacał w kieszeni małą piersiówkę, którą dostał od majora Błochina z Kijowa. "Ciekawe, czy to jakiś krewny Olega" - pomyślał. Piersiówka była na wypadek porażki. Tak na wszelki wypadek.

Gdy papieros dogasł na murawę stadionu przy Aleja Unii wybiegli piłkarze obu drużyn. Gdy 10 minut potem Austriacy strzelili drugiego gola. Tadeusz po raz kolejny pomacał prezent od majora Błochina. Zacisnął na srebrzystym metalu palce i wraz z tysiącem kibiców ryknął z całej siły.

Gromkie RTS przetoczyło się przez stadion. Tłum zawirował. Włóczkowe szaliki stworzyły czerwono- biało-czerwony kobierzec. Stadion przypominał kocioł czarownic, w którym raz po raz wybuchały czarcie mikstury. Niesiony dopingiem Widzew powoli podnosił się z kolan. Widzewska maszyneria na powrót wchodziła na najwyższe obroty. Poszczególne elementy zaczęły się zazębiać. Turbiny napędzały ustrojstwo, pompy tłoczyły powietrze. Młot dźwigał się do uderzenia. Polski Manchester ruszył z impetem. W 63 minucie młot uderzył. Surlit po raz kolejny wypróbował wytrzymałość siatki. Osiem minut później 19-letni Wraga przyjął piłkę na środku boiska i pognał jak szalony w stronę bramki Feurera. Niczym profesor wepchnął piłkę do pustej bramki. Stadionem wstrząsnął szał radości. 5-2!!!. Tadeusz rzucił się w objęcia przypadkowych widzów. Stadionowi chorążowie dźwignęli klubowe sztandary. Czerwień i biel przykryły betonową konstrukcję stadionu. Czerwono - biało - czerwony dywan przetoczył się przez trybunę. Fiesty nie zmącił nawet samobójczy gol Grębosza. Widzew wygrał 5-3 i w marcu miał grać w ćwierćfinale Pucharu Europy.

Uradowany Tadeusz zapomniał o piersiówce. Zamiast wypić hausta wódki poszedł na trening judo. Z Alei Unii do hali Gwardii miał blisko. Rozpierała go energia. Wskoczywszy do swojego "Poloneza" uruchomił silnik i ruszył, mijając po drodze wysłużone Syreny, sponiewierane Warszawy oraz ryczące niczym rakiety SS-20 Zaporożce. Jadąc przegryzł kanapkę z serkiem "Widzewskim". Po 15 minutach jazdy zatrzymał wóz przed klubem Gwardia.

Przed wejściem stało dwóch przedstawicieli łódzkiego lumpenproletariatu.

- Dobry wieczór Panie Poruczniku - zagaił jeden z nich.

- Kłaniam się władzy ludowej - uniżenie wycedził drugi.

"Kafel" i "Posejdon" byli stałymi rezydentami rewiru między Armii Czerwonej, Piotrkowskiej, Kościuszki a Zieloną. Byli w wieku porucznika, jednak ich twarze wyglądały niczym zeschnięte pieczywo. Głębokie bruzdy wyryte na facjatach przypominały o hektolitrach wódy i jaboli, które spłukiwały dzień po dniu spleen z gardeł obu dżentelmenów. Za dnia koczowali przed Pewexem. Niepisana umowa z cinkciarzami gwarantowała im dostęp do resztek wódki i piwa w zamian za amnezję podczas rutynowych pytań milicjantów. Zresztą od przeszło roku milicja cinkciarzami przestała się interesować. O godzinie 12 rezerwowali zawszę kolejkę po wódkę. Sami oczywiście nie kupowali, ale wdzięczni szczęśliwcy zawsze odwzajemniali się tak zwanym dziabem. Czyli solidnym łykiem pociągniętym z butelek skrywających przeźroczysty sposób na przetrwanie epoki realnego socjalizmu. Wieczory spędzali na różne sposoby. Czasem ktoś oddawał im portfel z biletami Narodowego Banku Polskiego. Czasami wystawali w różnych miejscach licząc na uśmiech fortuny.

- Czołem Panowie. - wesoło zawołał Kostecki.

- Oj, tam panowie, - żachnął się "Kafel".- Panowie to za sanacji byli, tera to my są obywatele.

- Marceli Nowotko wystarczy?. - Tadeusz zadał pytanie retoryczne.

- O królu złoty. - zapiszczał "Posejdon". - Od razu widać, że Pan porucznik z krwi i kości dziecko proletariatu. Wystarczy ,wystarczy.

Uśmiechnięty Kostecki rzucił im monetę dwudziestozłotowa. Obaj koryfeusze wiodącej klasy społecznej rzucili się na zdobycz. W drzwiach do klubu dobiegł go zduszony okrzyk dziękczynny. Sam nie wiedział czy brzmiał: bóg zapłać, czy też chuj ci na imię cwelu.

- Galancie, galancie. - Skwitował wynik meczu pan Miecio. - Pięć bramek! A my tylko litra mieli.

- Heniu! A może napijemy się tego piwa z Niemiec. - zawołała Irenka.

Heniowi pociemniało w oczach. Prawdziwe piwo z RFN - u. Złocisty napój prosto z Hanoweru. Prezent od córki Marty i zięcia Karla. Miało być na szczególną okazje. Na spotkanie z kolegami z politechniki. Już słyszał te ciamkania, siorbania, mlaskania. W imaginacji widział dziekana jak zanurza usta w prawdziwym piwie a potem ociera wąsy z puszystej piany. Oczami wyobraźni widział jak rektor z namaszczeniem otwiera puszkę. Po czym wlewa zloty płyn do potężnego kufla z herbem Hanoweru 96. Rozkoszował się już tymi obrazami. Upajał odgłosami zachwytu nad jego życiową zaradnością. Wszak te wszystkie odgłosy i obrazy miały odsunąć w cień gęganie gęsi, muczenie krów, chrumkanie prosiąt taplających się na rubieżach Srocka. Miały sankcjonować jego życiowy sukces. Potwierdzać awans ze srockich pól i pastwisk do M-3 na Dąbrowie. A teraz? Piwo z Zachodu dla Miecia i Czarka? Z bólem serca przyniósł z balkonu karton dziesięciu puszek.

Po 90 minutach treningu Tadeusz czuł wszystkie mięśnie. Endorfiny wydzielone podczas meczu zostały wzmocnione kolejna transzą. Pod prysznicem namaścił ciało mydłem marki "Studenckie". Co prawda mydło to nie mydliło się wcale, ale przez to na dłużej starczało. Zresztą Tadeusz wcale o tym nie myślał. Pijąc piwo "Łódzkie" też nie oczekiwał, że się będzie pienić. Cieszył się, że jest. Lekki jak piórko wsiadł do "Poldka" i ruszył z werwą. Na retkińskiej ulicy, której patronował Salwator Allende był za piętnaście dziesiąta wieczorem.

Retkińskie blokowisko sprawiało wrażenie wymarłej pustyni. Listopadowy wiatr przeciskał się przez przerwy między blokami i wył przeraźliwie. Z rzadka działające latarnie dawały słaby blask. Te na których kibice ŁKS wyrażali frustrację z powodów sukcesów Widzewa wyglądały jak umarłe kikuty drzew w Górach Izerskich. Pozbawione żarówek dobrze komponowały się z krajobrazem miasta i cmentarną ciszą blokowisk. Było coś makabrycznego w tej ciszy, tak gdyby mieszkańcy osiedla mieli wstać z rana z przekonaniem o życiowej niemocy. Upaćkani w tłamszącej karmie niemożności zmiany przeznaczenia. Owinięte pledami kobiety będą rano cierpliwie ustawiać się w kolejce po porcję kaszanki lub salcesonu. Godzinami będą jęczeć nad swoim losem. Pomstować na swoich mężów, braci, ojców. Pogodzone z losem niewolnic będą błagać o kawał chabaniny by zadośćuczynić potrzebom podstawowej komórki społecznej. Następnie przez osiem godzin będą siedzieć lub stać przy maszynach. W ich głowach hałas maszyn będzie wybijał rytm niewolniczego losu. W dusznych, zapylonych halach fabrycznych będą wdychać brud. Popędzane przez majstrów będą wyrabiać normy, wypełniać założenia planu, budować socjalizm, umacniać Polskę nad Odrą i Nysą Łużycką, stać na straży sojuszu ze Związkiem Radzieckim, torować drogę siłą postępu. Wichrzycielom i bumelantom będą mówić stanowcze NIE. Tamując krew spływającą między nogami kawałkiem bawełny będą dawać opór rewanżystom i rewizjonistom. W połowie drogi między skrobanką a poronieniem będą przekuwać na czyn ideały marksizmu i leninizmu. Potem stojąc na straży pokoju będą gotować zalewajkę, by synowie byli gotowi oddać życie za ideały wielkiego października. By ich córki szły w ich ślady nosząc z pokorą brzemię tradycji. Wieczorem będą rozkładać nogi przed swoimi mężami, rzadziej kochankami. Będą wdychać pot z niemytych ciał i rzadko pranych skarpetek. Będą czuć sapanie z ust od dawna nie skażonych pastą do zębów. Będą udawać, by jak najszybciej namoczyć pranie, wyprasować ubrania dla dziecka, podgotować obiad, zrobić kanapki, zacerować dziury, podpisać uwagi w dzienniczku, przyszyć tarczę do szkolnego stroju, modlić się by choroba nie zwaliła z nóg, sprawdzić, czy ekspedientki nie oszukały przy wycinaniu kuponów w kartkach na mięso i inne produkty. Może zdążą spojrzeć w lustro widząc w nich twarze swych matek i babek. A rano spojrzą z wyrzutem na swoich mężów.

Mężowie pierwsze co zrobią to założą na rękę zegarki z siedmioma melodyjkami i czterema guziczkami. Zegarki kupione za równowartość jednej trzeciej pensji. Kupione na bazarze, na targowisku. Kupione by z pogardą patrzeć na tych, którzy takich zegarków jeszcze nie mają i noszą zegarki z trzema guziczkami i nie mają melodyjek. Dla tych, którzy nie mają zegarka z żadnymi guziczkami nie warto nawet wysilać się by nimi gardzić. Są pariasami. Te ich Doxy są równie gówniane co ruskie czasometry. Ich po prostu nie ma. Po założeniu zegarków mężowie ruszą do pracy, do roboty, do tyrki, do szwalń, budów, zakładów przemysłu takiego i siakiego, do spółdzielni, magazynów, ośrodków napraw. W pracy będą jeść kanapki z salcesonem, kaszanką, pasztetową. Ci biedniejsi zamiast pasztetowej będą jeść kanapki z plackami ziemniaczanymi, ale będą twierdzić, że to schabowe. W pracy będą myśleć jak wynieść młotek, transformator, piłę do metalu, wiertarkę. Wynieść i sprzedać. A potem kupić zegarek z siedmioma melodyjkami, albo pornosa z Reichu. Przed południem będą gorączkowo myśleć kto kupi wódkę. Jak wykupią przydział z kartek będą ustalać gdzie jest meta. Na mecie wódkę można kupić od ósmej, albo i siódmej. Można już rano poczuć się panem swojego życia. Potem po fajrancie pędem biegną do kiosku po Express Ilustrowany. Po Express stoi się w kolejkach, bywa ze i sto osobowych. Po Głos Robotniczy nikt nie stoi, rano kolejek nie ma. Dlaczego tak się dzieje? Czym Express różni się od Głosu? A któż to wie. Pewnie niczym, ale stoją. Raz w tygodniu stoją po Razem. Na końcowej stronie Razem jest zdjęcie gołej panienki. Raz gołej panny zabrakło. Wtedy gdy zdechł Breżniew. Kacap pierdolony. Jakiś aparatczyk chciał uczcić pamięć wodza światowego proletariatu i odebrał proletariatowi znad Wisły, Odry, Sanu i Bugu gołą niewiastę. Jak pan feudalny zadecydował przy jakiej okazji jego pańszczyźniani chłopi będą oglądać gołe cycki. Przed wojną fabrykanci zmuszali synów pańszczyźnianych chłopów by Ci płakali na pogrzebach swoich pryncypałów. Za Kongresówki carscy siepacze ustawiali wielkie szubienice by byli pańszczyźniani chłopi drżeli przed majestatem dwugłowego orła. Lata płyną, czasy się zmieniają, pańszczyźnianym chłopom wymyśla się nowe nazwy, a oni trwają. Po dawnemu wymigują się od pracy. Nienawidzą karbowych, ekonomów. Nienawidzą swoich panów, ale widzą, że to dzięki nim mają na chleb z salcesonem. W niedzielę idą odwiedzić plebana. Nie wierzą, ale idą. Nie rozumieją, ale czują. Palą Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Rzucają na tacę swoje niedojedzone salcesony. Stoją w przedsionkach i spoglądają na swoje zegarki z melodyjkami. Podczas podniesienia dziwnie kucają. Gdy dzień ładny podczas kazania idą na fajkę. Ich kobiety chwalą łąki umajone, a oni kucają. Po co przychodzą? A któż to wie. Ich dziadowie spod Zduńskiej Woli też kucali. A w dni ładne siedzieli na murku wokół kościoła. I też rzucali na tacę niedojedzone salcesony. Podczas pasterki wchodzili do środka. W żyłach pulsowała okowita. Ich wnukowie okowity nie piją. Tylko "Żytnią" i "Wyborową", ale podczas pasterki też wchodzą do środka. Niepewnie, ale wchodzą. Podczas majowych komunii wchodzą rzadko. Ciepło już jest z reguły. Toteż stoją w miejscu gdzie w ich rodzinnych wioskach stoi murek wokół kościoła. Wiosna Panie sierżancie.

Nagle Tadeusz usłyszał jakieś zdławione okrzyki. Dochodziły z kępy krzaków rosnących blisko przystanku. Instynktownie ruszył naprzód. Gdy wpadł w krzaki zobaczył kobietę przyciskaną do ziemi przez dwóch drabów. Walka trwała krótko. Pierwszy ze złamaną ręką czmychnął w popłochu, drugi dał drapaka zaraz po spektakularnym wykręceniu ręki pierwszego. Na mokrej ziemi leżała niedoszła ofiara. Tadeusz podszedł bliżej o podał kobiecie rękę. Cała dygotała z zimna i strachu. Porucznik z uwagą przyjrzał się jej smuklej, dwudziesto- paroletniej figurze. Mokre, ubłocone kędziory opadały na ładną, bladą z trwogi twarz. W robionym na drutach swetrze tkwił opornik. Tadeusz zdjął kurtkę i okrył nią kobietę. Podziękowała ruchem gałek ocznych.

- Odwiozę Panią do domu. - powiedział.

W odpowiedzi buchnęła płaczem.

Piwo z Niemiec rozpłynęło się w ustach biesiadników w mgnieniu oka. Pan Mieciu i Pan Czarek skonstatowali, że wypite piwo co najwyżej zmotywowało ich to częstszego odwiedzania toalety. Na stan samopoczucia alkoholowego nijak nie wpłynęło. Zrozpaczony Pan Mieciu zaproponował salomonowe rozwiązanie.

- Heniu, a może skoczyć do Gryglaszewskiej? Ona ma różne nalewki. Co to jej ojciec, nieboszczyk robił, jeszcze za Gierka. No , to znaczy przed kartkami.

Heniu nie zdążył odpowiedzieć, bo do mikroskopijnego przedpokoju wszedł Andrzej. Trzynastoletni syn Henryka i Ireny.

- Jezus Maria! Tak się martwiłam! - zawołała Irenka.

W odpowiedzi Andrzej z dumą rozpostarł szalik Widzewa i ochrypłym głosem zawołał:

- Zwycięstwo!

Nie padł jednak martwy jak posłaniec spod Maratonu tylko łakomie spojrzał na resztki mielonki.

- Już Ci synku robię kanapki. - powiedziała Irenka.

- Wreszcie jesteś. - odezwał się Heniu.- Zanim zjesz to skocz do Gryglaszewskiej i poproś o butelkę nalewki. Powiedz, że ja proszę.

Andrzej ruszył raźno ku drzwiom sąsiadki.

- No, to tera godnie uczcimy awans do ćwierćfinału.- z radością w głosie zawołał Pan Miecio.

Nie zdążył jednak zapalić gdy do pokoju wpadł jak bomba Andrzej.

- Gryglaszewska chyba nie żyje. - zawołał podniesionym głosem.

Wieczorem "Kafel" i "Posejdon" zasiedli w swej dusznej izdebce. Oprócz starego wyra pamiętającego czasy cara Mikołaja w pomieszczeniu właściwie nic nie było.

- Ile to się człowiek musiał psiarni nakurwić by te parę groszy zdobyć? - z abominacją do własnej słabości powiedział "Kafel".

"Posejdon" nie był w nastroju do filozoficznych uniesień. Z kieszeni wyjął za to flakonik z " Aknosanem". Z zakamarków barłogu wyciągnął kawałek waty. Dobrze, że była, bo w aptece dzisiejszego dnia waty nie było. Nie było jej także wczoraj i nie będzie jutro. Z namaszczeniem rozdzielił watkę na dwie części. Nasączył tamponik "Aknosanem".

- Chuj w dupę milicji - zachrypiał "Posejdon"

- Byle nie mój. - odpowiedział z godnością "Kafel".

Obaj synowie robotniczego miasta zanurzyli tampony w odbytach. Po chwili świat stał się kolorowy.

ROZDZIAŁ 3

Niedzielny obiad u wujostwa Kingi był dla Kosteckiego ucztą podwójną. Po pierwsze, jadł makaron Barilla. To ta firma widniała na czerwonych trykotach AS Roma. Od mundialu w Hiszpanii Kostecki, jak połowa świata, zwariował na punkcie piłkarzy Brazylii. W klubie nad Tybrem grał długonogi Falcao i nic dziwnego, że koszulki klubu grającego na Stadio Olimpico Kostecki kojarzył w najmniejszych drobiazgach. Makaron był w ( i to całkowicie zaskoczyło porucznika) kolorze zielonym. Do zielonego makaronu dodany był kotlet z sera popularnie nazywanego "Regankiem". Kiedy na deser podano pomarańcze z prawdziwą czekoladą Tadeusz zrozumiał, że wbrew zdaniu Jerzego Urbana opozycja ma się dobrze i zbiera siły na zadanie ostatecznego ciosu. Że będzie to cios zwycięski dla sił antysocjalistycznych nie miał żadnych wątpliwości. Jeżeli na szali położyć obiad u wujostwa z wiktem z milicyjnej stołówki to wynik byłby przesądzony. Pałaszował, aż miło zastanawiając się jaką obrać strategię. To że niewiasta, którą uratował z rąk oprychów w środowy wieczór nie specjalnie utożsamiała się z wizją PZPR zauważył od razu. W klapie płaszcza miała zamontowany opornik. Teraz jednak przekonał się, że znalazł się w prawdziwej jaskini solidarnościowej ekstremy. Na słomkowej macie były przyczepione znaczki Solidarności i inne antyrządowe precjoza. Szczególną uwagę zwrócił na kawałek papieru toaletowego, na którym jakiś znakomity rysownik umieścił wierną podobiznę generała Jaruzelskiego. Był to niezbity dowód, że imperialistyczne siły ze wzmożoną akcją przystępowały do podważania politycznego ładu nad Odrą i Nysą Łużycką. Żaden normalny Polak, partyjny i bezpartyjny, wierzący i niewierzący, gruby i chudy nie zaryzykowałby utraty tak strategicznego produktu jakim był papier toaletowy. Był to widomy znak, że za darami pod postacią czekolady, leków, podpasek, żółtego sera, salami, gumy do żucia sojusz światowego kapitalizmu wytaczał armatę największego kalibru - papier do podcierania dupy. Drugim dowodem na chęć zbrojnego obalenia władzy ludowej był gipsowy odlew twarzy Jerzego Urbana. By dodać rzecznikowi rządu marsowego wyglądu autor pomalował swoje dzieło na kolor różowy.

Kinga była niebywale piękną kobietą. Smukła sylwetka i kasztanowe włosy czyniły ją podobną do Fridy z ABBY. Niebywały wdzięk Tadeusz zauważył już podczas akcji ratunkowej, jednak z uwagi na okoliczności nie mógł nasycić oczu całą gamą odcieni piękna. Kinga lśniła urodą dwudziestokilkuletniej kobiety. Kasztanowe, naturalnie, acz delikatnie kręcone włosy ładnie konweniowały z robionym na drutach swetrze. Jeżeli się nie mylił na kremowym tle widniała podobizna Mozarta. Zgrabne nogi opasały jeansy Wranglera. Kostecki z każdym kęsem makaronu Barilla przekonywał się, że przypływ odwagi w środowy wieczór był ze wszech miar działaniem par excellence pożądanym. Był tylko pewien problem. Kostecki był z MO.

- Gdzie Pan pracuje Panie Tadeuszu? - zagadnął, w przerwie między makaronem a pomarańczami wuj Kingi pan Mieczysław.

Kostecki postanowił iść na całość.

- Remontuję silniki w maszynach przędzalnianych.

- A w jakich zakładach? - dyskretnie wypytywał wuj.

- W różnych bo ja z Gdańska jestem. W Łodzi tylko czasowo.

- Z Gdańska? - Kinga aż podskoczyła na krześle.

- Tak...- Dopiero teraz Tadeusz skonstatował, że bezpieczniej trzeba było wskazać na Koszalin.

- Jak nastroje w kolebce Solidarności? Był Pan na mszy u świętej Brygidy?

Tadeusz po chwili konfuzji łapał wiatr w żagle.

- Służyłem księdzu Jankowskiemu jako lektor i ministrant.

- Wielki człowiek. - pani Jadwiga ciotka Kingi wzniosła ręce ku niebu.

- Zaiste bohater - dorzucił Mieczysław.

- I co? Jaki on jest? - dopytywała się Kinga.

- Niezłomny. Tacy jak on nigdy się nie poddadzą.

- Amen. - Z najgłębszą powagą rzekła Jadwiga.

Po kilku kieliszkach pysznej aroniowej nalewki Tadeusz gotowy był wcielać się nie tylko w ministranta, tudzież lektora, ale wręcz agenta Bonda, który przybył uwolnić Wałęsę i stanąć wraz nim na czele powstania. Z każdym kieliszkiem czuł się lepiej w nowej roli.

Po kawie, niestety zbożowej wujostwo z namaszczeniem orzekli, że idą do kościoła. Tadeusz i Kinga zostali we dwoje. Porucznik czuł się jak w raju. Miał wrażenie, że Kingę zna sto lat. Była mądrą i ciekawą świata osobą. Natychmiast znaleźli wspólny język. Stachura, Coehn, Andrzejewski, Miłosz. Wajda, Pasolini. Tadeusz błogosławił wszystkie chwile spędzone nad książkami. Jakoś żadna z dotychczas poznanych pań nie gustowała w podobnych tematach. Problemy związane z meblościankami, tudzież talonem na radziecki telewizor Rubin szybko go nudziły.Za to nie nudziły chwile spędzone w hotelu Centrum, ale te akurat traktował (nomen omen) wybitnie instrumentalnie.

Z chwil rozkoszy wyrwało Tadeusza głośne chrząknięcie Mieczysława. Dopiero teraz porucznik zauważył, że zbliża się dziesiąta. I pora na wyjście jest wielce sposobna, by nie rzecz ostateczna.

- Może jutro spotkamy się u Jezuitów? - na odchodnym zawołała Kinga.

- A o której?

- Jak to nie wiesz? No pewnie, przecież Ty z Gdańska jesteś. O dziesiątej. Ulica Sienkiewicza.

- To do dziesiątej!

Tadeusz był tak szczęśliwy, że nie dbając o to, że ma już 32 lata zjechał po poręczy z trzeciego piętra bloku na Żubardziu.

Następnego dnia Tadeusz wraz z tłumem ludzi wlał się do Kościoła. Mimo, że był urodzonym Łodzianinem nigdy w nim nie był. Zresztą jak skonstatował nie był prawie w żadnym kościele. Nerwowo rozglądał się wokół. Bał się, że nie będzie wiedział kiedy uklęknąć a kiedy stać. Na szczęście wczuł się w reakcje tłumu i instynktownie reagował. Właściwe tylko raz wpadł w popłoch, kiedy przed czytaniem ewangelii wierni wykonywali jakieś dziwne ruchy na wysokości czoła, ust i serca. Na szczęście nikt nie zwracał na niego uwagi. Przez pierwszą część mszy Kostecki wyraźnie się nudził. Zastanawiał się, ilu esbeków jest w nawach i czy któryś go nie rozpozna. Zawsze mógł powiedzieć, że do jaskini antypaństwowych ekstremistów przybył w sprawach śledztwa. Po skończonej ewangelii wierni ucichli. Wpatrywali się w ołtarz przy którym stał niewysoki ksiądz. Ojciec Miecznikowski rozpoczął kazanie.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ROZDZIAŁ 2.

Do mieszkania Gryglaszewskiej porucznik Kostecki przybył w chwilę po północy. Na miejscu trwały już prace milicyjnych techników. Denatka była już po pobieżnych badaniach lekarskich.

- Najprawdopodobniej zgon nastąpił na skutek urazu głowy. - Wycedził na powitanie doktor Andrzejewski.

- Narzędzie o tępych krawędziach? - Zapytał Kostecki.

Obaj panowie podali sobie prawicę.

- Nie. Raczej nie. Na ten moment nie mogę powiedzieć dokładnie.

- To co w takim razie?

Kostecki rozglądał się po niewielkim mieszkaniu. Gryglaszewska leżała tyłem do drzwi wejściowych.

- Nie wiem dokładnie. Wygląda na śmierć w wyniku uderzenia lub kopnięcia. Więcej powiem po sekcji zwłok.

- Kopnięcia?

W mieszkaniu panował pewien rozgardiasz. Na tle bałaganów będących wynikiem rabunków ten jawił się jako umiarkowany. O bajzlach na melinach gdzie Kostecki bywał z reguły jako oficer zajmujący się zabójstwami nawet nie było co myśleć. Tam nieporządek był stanem normalnym. Rozbryzgany mózg na ścianie konkubiny lub konkubenta bywał ciekawym dodatkiem artystycznym. Siekiera w takich wypadkach bywała przypadkowym, acz nieszablonowym instrumentem wyrazu ekspresji co bardziej krewkich Łodzian. Takie sprawy Kostecki lubił najbardziej bo wykrycie sprawcy zajmowało bardzo niewiele czasu. Szybkie wykrycie sprawcy miało też ten plus, że kontakty z prokuratorem Jasiną były krótkotrwałe i nader formalne. Prokuratora Damiana Jasinę Kostecki darzył nieskrywaną niechęcią. Ten przybysz z Białostoczyzny- z pochodzenia Białorusin z miejsca wzbudził odrazę porucznika. Ambitny parweniusz po trupach wychodził ze swojego matecznika. W podstawówce był dyżurnym aktorem podczas obchodów rocznicy Rewolucji Październikowej. Dzień Ludowego Wojska Polskiego czcił tworzeniem okolicznościowych gazetek. Pierwszego maja szedł w szpicy pochodu w Krynkach. Dziewiątego maja składał kwiaty pod pomnikiem armii czerwonej. Jako prymus dostał się do liceum w Białymstoku. Tam wzbudził zdziwienie organizując obchody rocznicy powołania do życia Polskiego Rewolucyjnego Komitetu, który miał instalować struktury władzy radzieckiej republiki polskiej. Wydarzenie to skonfundowało nawet czynniki decyzyjne władz wojewódzkich i miejskich. Nic dziwnego, że Jasina skończył liceum z rocznym opóźnieniem, gdyż przez kilka miesięcy kurował się z lekcji polskości, jakiej udzieliło mu kilku kolegów ze szkoły. Tajemnicą poliszynela było, że koledzy mieli ojców służących pod rozkazami "Wilka", a nawet "Łupaszki". Śledztwo jednak umorzono. Jasina dokończył edukację w Warszawie gdzie podjął życiową decyzję o wyborze prokuratorskiej drogi. Od kilku lat mieszkał w Łodzi co Kostecki uznawał za dowód na istnienie życiowego pecha. Świadomość, że tym razem współpraca z prokuratorem będzie dłuższa nie dodawał porucznikowi powodów do zadowolenia.

Przyjrzał się zamordowanej. Na oko miała pięćdziesiąt lat. Była skromnie ubrana. Na palcu widniała cieniutka obrączka. Mieszkanie, też wyglądało skromnie, by nie rzec ubogo. Na ścianie wisiał krucyfiks. Na pozostałych ścianach znajdowały się obrazki Matki Boskiej oraz Jana Pawła II. Motyw rabunkowy? Kostecki intuicyjnie czuł że, nie jest to dobry trop. Chociaż nie można tego od razu wykluczyć. Na biurku obok książki Jana Dobraczyńskiego "Listy Nikodema" stała w ramce fotografia młodej dziewczyny. Podobieństwo do matki było wyraźne. Otworzył szufladę gdzie było więcej zdjęć matki i córki. Porucznik zwrócił uwagę na kopertę ze znaczkiem z Kanady. Obok listu leżało kilka banknotów z wizerunkiem Waryńskiego i dwa ze szlachetnym obliczem naczelnika Kościuszki. W kuchni w garnku leżały resztki ziemniaków. Na kuchennej półce dumnie stały flaszki z jakimiś miksturami. Na każdej butelce była przyklejona kartka z podaną datą i wkładem owocowym nalewki. Daty kończyły się na 1980 roku. W kuchni znajdował się kolejny obrazek Matki Boskiej. W drewnie wyryta była twarz czarnej Madonny a pod nim daty 1382-1982. Na stosie gazet dominowały: "Zorza" oraz "Za i Przeciw". Denatka sprawiała wrażenie głęboko wierzącej, ale lojalnej względem socjalistycznej ojczyzny. Inaczej zamiast "Zorzy" leżały by stare numery "Tygodnika Powszechnego". Po dziełach Dobraczyńskiego pozostało by tylko wspomnienie. Zaś Matka Boska widniała by na tle czerwonego napisu "Solidarność", "Wujek 81" lub "Lubiń pomścimy".

- Mam coś! - wąsaty sierżant Jurga zwrócił się w stronę porucznika.

W ręku miał kopertę z 10 dolarami. "To chyba jedyny majątek Gryglaszewskiej." Pomyślał porucznik. Chyba nie tej koperty szukał sprawca. Jeżeli w ogóle czegoś szukał z wyjątkiem śmierci Gryglaszewskiej.

Mimo środka nocy nikt z sąsiadów zmarłej nie spał. Najbardziej zaaferowany był 13 letni Andrzej. Kostecki szybko zorientował się, że wizyta u Gryglaszewskiej była spowodowana potrzebą pożyczenia nalewki. Andrzej żywo relacjonował:

- Jak wszedłem, to pani Gryglaszewska leżała w przedpokoju. Myślałem, że pani Barbara zemdlała, albo osłabła.

Sąsiedzi byli przekonani, że horyzontalna postawa Gryglaszewskiej była spowodowana kłopotami ze zdrowiem. Dlatego też najpierw wezwano pogotowie. To lekarz pogotowia zawiadomił milicję.

Najbardziej skonfundowany był Henryk. Wstyd mu było, że wysłał nieletniego syna do sąsiadki po alkohol. Co prawda był to pomysł Irenki, niemniej jednak to on- jako ojciec - również ponosił odpowiedzialność. Miał nadzieję, że ani dziekan, ani rektor o tym przykrym incydencie się nie dowiedzą. Tymczasem Kostecki na gorąco wypytywał o zamordowaną.

- To była dobra kobieta. - Z przejęciem mówiła Irenka. - Cicha, spokojna. Do rany przyłóż. Sama mieszkała, odkąd jej córka Justyna wyjechała za granicę. Moja córka też mieszka za Zachodzie, w RFN.

- A ten alkohol? - dopytywał sierżant Jurga.

- Że niby na handel? - przeraziła się Irenka. - Nie, skądże. Jej ojciec nieboszczyk lubił robić nalewki. Ale to tylko tak dla rodziny, sąsiadów. To porządna kobieta była.

- Skarżyła się, że ktoś ją nagabuje, zaczepia?.- zapytał Kostecki.

- Nie. Nic nie mówiła. To była taka dobra kobieta. - przez łzy powiedziała Irenka.

Powierzchowne pytania, nie odkryły rąbka tajemnicy. Cicha, spokojna, niebogata kobieta. Samotna. Pochowała rodziców. Jedyna córka tuż przed stanem wojennym wyjechała na Zachód. Taką Barbarę Gryglaszewską widzieli sąsiedzi.

Nad ranem Kostecki śmiertelnie zmęczony dotarł do swojego mieszkania. Jak zawsze w takich sytuacjach nie mógł zasnąć. Sięgnął po prezent od majora Błochina i duszkiem wypił. Spał niespokojnie.

Następnego dnia za kwadrans 15 w gabinecie Kapitana Zdzisława Banasika zebrał się zespół prowadzących śledztwo. Oprócz Kosteckiego byli tam starszy sierżant Jurga oraz podporucznik Stefan Pająk. Kapitan z uwagą przyjrzał się podwładnym. Zdecydowanie bardziej był społecznikiem niż milicjantem. Gdyby komunistom zależało na poparciu społeczeństwa tacy ludzie jak Banasik piastowaliby najważniejsze urzędy w państwie. Jednak wcale im nie zależało. Dlatego Banasik był tylko kapitanem, mimo wzorowej służby, niezłomnej lojalności i wysokich (dla swoich podwładnych zdecydowanie za wysokich) walorach moralnych. Jego pasją była walka z nałogami, osobliwie alkoholizmem. Był działaczem społecznego Komitetu Przeciwalkoholowego. Każdego dnia po pracy meldował się na Alei Schillera 4 gdzie mieścił się Odział Wojewódzki. Kilka lat temu dał się poznać jako inicjator masowego oddawania krwi przez pracowników MSW. Akcja ta zakończyła się skandalem, aczkolwiek szybko utajnionym. Ponad trzy czwarte przyszłych honorowych krwiodawców nie była wstanie spełnić zaszczytnego posłannictwa, gdyż nie spełniała wymogu kilkudniowej abstynencji. Dla Banasika był to z jednej strony cios, ale również bodziec do dalszej walki o trzeźwość obywateli. Tematem żartów ze strony innych funkcjonariuszy były opowieści o tym jak Banasik publicznie darł kartki na alkohol nie dając sobie wytłumaczyć, że może wymienić je na inne. Dla swoich współpracowników kapitan był wymagający i krytyczny. Osobliwie do podporucznika Pająka, który nie dość, że za kołnierz nie wylewał to jeszcze nie ustatkował się rodzinnie i cały czas żył w różnych konkubinatach. Właściwie Pająk od dawna miał odejść z zespołu, ale czynniki decyzyjne mocno naciskały Banasika by został. Podporucznik był bowiem utalentowany literacko i jako jedyny Łodzianin pisywał do sztandarowego pisma MSW- "W służbie narodu". Innym problemem Pająka była jego niechęć do sportu, którą Banasik (jako zawzięty biegacz) trudno tolerował. Nieco lepiej wyglądała sytuacja Jurgi. Co prawda starszy sierżant był równie sceptycznie nastawiony do wysiłku fizycznego jednak w oczach przełożonego zyskiwał uznanie jako wzorowy ojciec dwóch córek - Heleny i Gabrysi. Jurga gorliwie wypełniał swoje zadania gdyż panicznie bał się gniewu szefa gdyby wyszła na jaw jego ściśle antypaństwowa działalność. Otóż, Jurga nijak nie potrafił nasycić się przydziałem kartkowym mięsa. Jego marzeniem było prowadzić porządną knajpę z dobrym garmażem. Ogromny żal pomieszany z zazdrością odczuwał, zawsze wtedy, gdy widział zagraniczne kryminały, w których policjanci zajadali się hamburgerami i hot dogami. Oczywiście nikt nie zajadł się tymi specjałami w enerdowskim serialu "Telefon 110" dlatego Jurga nigdy tych filmów nie oglądał. By spełniać chociaż namiastkę marzeń sierżant regularnie kursował na wieś i tam drogą absolutnie uwłaczającą godności milicjanta nabywał różnej maści luksusowe specjały. Obowiązkowo nabywanie kiełbas, pasztetowych, boczków i flaków było zespolone z rytualnym piciem bimbru. Dlatego też Jurga panicznie bojąc się wpadki kluczył, zmieniał trasy dojazdu do swoich dostawców. Na szczęście nie brakowało mu benzyny gdyż część mięsa przekazywał znajomemu milicjantowi, który pracował przy przyjmowaniu transportu paliwa na potrzeby Komendy Wojewódzkiej. Najmniej Banasika obawiał się Kostecki, po prostu ignorował zaczepki szefa, który cyklicznie wytykał porucznikowi stan kawalerski, mimo przekroczonej trzydziestki.

Tym razem kapitan nie tracił czasu na osobiste wycieczki tylko od razu przeszedł do meritum.

- Jakie mamy wstępne ustalenia? - zagaił odprawę.

- Barbara Gryglaszewska, rozwiedziona, lat 47, cicha, spokojna, skromnie żyjąca bibliotekarka. Wszystko wskazuje na to, że niespecjalnie bogata. Rok temu jej córka wyemigrowała, to znaczy nielegalnie pozostała na Zachodzie. Obecnie w Kandzie. Rodzice nie żyją. Matka zmarła w 1979 na raka, ojciec w 1980 na wylew. Były mąż to birbant i hulaka. Zostawił rodzinę jak córka miała rok. Jakiś filmowiec, od zdjęć czy też montażu. Nie utrzymywał relacji z denatką i córką. Brak poszlak odnośnie wrogów lub ponurych tajemnicach. Brak związków z tak zwaną opozycją, czyli elementami antypaństwowymi. Wierząca. Ograniczone grono znajomych. Właściwie po śmierci rodziców swoje kontakty towarzyskie, bynajmniej nie zażyłe, ograniczała do najbliższych sąsiadów. - Nader treściwie zdał relację Kostecki.

- Ten konował coś już ustalił? - Banasik nie lubił doktora Andrzejewskiego.

- Wstępne ustalenie to takie, że zginęła w wyniku kopnięcia. -rzekł Kostecki.

- Kopnięcia?

- Na czole i twarzy denatki znaleziono resztki ziemi i pasty do butów. Andrzejewski twierdzi, że zginęła od pierwszego potężnego ciosu. Jutrzejsza sekcja zwłok to ma potwierdzić.

- Dziwne, nawet bardzo. - Banasik był wyraźnie zafrasowany.

- Dziwne jest też to - ciągnął dalej Kostecki, że denatka leżała tyłem do drzwi wejściowych. Morderca dostał się do środka poprzez profesjonalny sprzęt złodziejski. Nasi specjaliści orzekli, że wytrychy tego rodzaju są u nas bardzo rzadkie. Stosują je zaś powszechnie bandyci z krajów kapitalistycznych. Znaczy to tyle, że Gryglaszewska raczej nie znała przestępcy lub znała go słabo, względnie nie życzyła sobie utrzymywać z nim kontaktów.

- Bardzo dziwne. - kapitan był wyraźnie zaintrygowany. - Tego byłego męża sprawdziliście?

- Facet ma żelazne alibi - kręci zdjęcia, czy też je montuje na północ od Suwałk.

- Hm.- Banasik podrapał się po łysiejącej czaszce.- To znaczy, że nie mamy właściwie żadnego znaku zaczepienia.

Do rozmowy trącił się Pająk

- Sąsiedzi nic nie słyszeli. Oglądali mecz. Pora działania sprawcy pewnie nie była przypadkowa. Duża, część ludzi oglądała mecz. Niektórzy nawet pili alkohol.

Ostatniemu zdaniu Pająk chciał nadać charakter dezawuujący, jednak nie specjalnie mu to się udało.

- Denatka miała w torbie książeczkę do nabożeństwa. Najprawdopodobniej szła do kościoła na wieczorne nabożeństwo. To był jej stały rytuał. Chyba czegoś zapomniała zawróciła do mieszkania. To zaskoczyło bandytów, którzy chyba musieli zrobić dobre rozpoznanie terenu. Mówię w liczbie mnogiej, bo technicy ustalili, że sprawców było co najmniej dwóch.- Dopowiedział Jurga.

- Zadziwiające. Profesjonalni przestępcy, którzy na dodatek posługują się perfekcyjnie sztukami walki włamują się do pobożnej bibliotekarki.- Kapitan nie mógł się nadziwić.- Obawiam się panowie, ze czeka nas trudne śledztwo.