ROZDZIAŁ 1
Jesień 1982.
- Dwie flaszki chyba starczą?- Pan Mietek z miejsca dał do zrozumienia, że nie przewiduje karnych.
Henryk Kapustka patrzył na pogrążającą się w listopadowej pomroce Dąbrowę. Zresztą z 9 piętra jego wieżowca widać było dobrze nie tylko Dąbrowę, ale i pobliskie Chojny oraz Widzew. Na horyzoncie majaczyły bloki Retkini. Na samym końcu widnokręgu rysowały się we mgle blokowiska Teofilowa. Miasto otulała listopadowa ślągwa. Łaskawie skrywając nieznośną szarość miasta Tuwima. Chyba złośliwa Klio spowodowała, że autor "Kwiatów Polskich" urodził się w tym betonowo-ceglastym molochu. Moloch przytłaczał brzydotą, zgniatał beznadzieją podłej egzystencji, zniewalał monotonnością szarych dni, nawet wtedy gdy teoretycznie świeciło słońce. Z nozdrzy Molocha buchały kłęby fabrycznych wyziewów, przesycone smrodem palonych śmieci. Z ust Molocha dobywał się chrapliwy odgłos tysięcy tanich butów, które dzień w dzień uderzały o stary bruk, względnie o zawsze krzywo położone płyty chodnikowe. Stukot butów mieszał się z lamentem przekleństw, litaniami wściekłości, bełkotem próśb o lepsze jutro, okrzykami radości z powodu zakupionej kaszanki.
Henryk drgnął. Jego wzrok padł na wybijające się z morza szarugi cztery maszty. Na masztach iskrzyły się diamentowe głowice, za chwile miał rozpocząć się mecz.
- Chyba starczą, zresztą przy reglamentacji wódki to i tak nieźle - zaśmiał się.- Ano nieźle. Dwa jeden na wyjeździe. Wystarczy huknąć im bramusie i niech spadają do Wiednia. Ale my im walniemy dwie. Dlatego i dwie flaszunie przyniosłem.- Pan Miecio wyraźnie się nakręcał.
- Ja bym się tak nie nakręcał.- Z inżynierskim spokojem rzekł Henryk. - Bez Smolarka, bez Tłokińskiego wcale nie musi być łatwo.
- Byleby tylko Andrzejkowi nic się nie stało.- Do rozmowy włączyła się Irenka.- Tak się boję, tyle ostatnio się mówi o tych ekscesach kibiców.
- Duży już jest, ma 13 lat. Musi sobie radzić. - uspokoił żonę Henryk.
Tymczasem do pokoju przybyli inni sąsiedzi Kapustków. Pani Wiesława przyniosła salceson nazywany cwaniaczkiem, Pan Cezary błysnął puszeczką mielonki z Pewex -u. Na tle tych rarytasów wkład Pani Genowefy był nader skromny. Piernik z marchwi - za to z prawdziwym cukrem.
Rozpoczynał się mecz. Andrzej Zydorowicz komentujący to spotkanie pewnie by się ucieszył gdyby usłyszał radość w łódzkich domach, ze to on relacjonuje mecz, a nie żaden komentator z Warszawy. Pan Miecio nalał do kieliszków. Na stole wesoło świecił oczkami tłuszczu salceson cwaniaczek. Jednak jego zaloty były daremne. Dewizowa mielonka Pana Cezarego wyjęta z kolorowej puszki zbywała nachalnego absztyfikanta. Piernik z marchwi nawet nie śmiał stawać w szranki. Jego marzeniem było by ktokolwiek go przegryzł. Zresztą, jego zmartwychwstanie było cudem na miarę zmartwychwstania Pańskiego. Przecież od czasów kiedy Łódź nazywała się Lizmannstadt nikt go nie jadł. Jednak teraz- w wigilię czterdziestolecia władzy ludowej w Polsce następował jego wielki powrót.
- No, żeż kurwa mać - skomentował pierwszą połowę porucznik Kostecki.
Do przerwy Widzew prowadził z Rapidem Wiedeń trzy do jednego. Niby nie było źle. Taki wynik dawał awans. Jednak Kostecki miał złe przeczucia. Przez pierwsze pół godziny Widzew miażdżył rywala. Na bramkę wiedeńczyków parły ataki widzewskiej husarii. Dwa razy Paweł Wożniak, a potem Rozborski trafili do siatki. I kiedy czwarta bramka wisiała w powietrzu sędzia Soerensen podyktował karnego dla spadkobierców sławy Rudolfa Hidena. Stadion zawył gdyż wszyscy widzieli, że Grębosz trafił w piłkę a nie w nogę rywala. Jednak sędzia widział lepiej i Antonin Panenka w swoim stylu pokonał Młynarczyka. Od tej pory Widzew przygasł. A Rapid coraz śmielej przymierzał się do zadania kolejnego ciosu.
Zirytowany Kostecki sięgnął po kolejnego "Sporta". Przez chwilę mocował się z zapalniczką. Wreszcie zapalił. Zaciągnąwszy się z animuszem poczuł przyjemne odprężenie. Przez chwilę obserwował czerwone ogniki na zwieńczeniu papierosa. "Chyba tylko w tym żałosnym państwie ktoś mógł nadać nazwę Sport fajkom" - pomyślał z rozbawieniem -. " Ciekawe kiedy wódce dadzą nazwę "Czuły kochanek", albo jabolowi "Zemsta teściowej". Salceson zamiast "Cwaniaczek" mógłby się nazywać: "W Oświęcimiu tego nie mieli". Pomarańcze zaś: "Towarzysz Che". Zaśmiał się sam do siebie. Przecież pomarańczy nawet na Kubie pewnie już nie ma. Ale ten "Czuły kochanek"? Na tylnej etykiecie mógłby być napis: wzmacnia pożądanie, osłabia wykonanie. Zaciągnął się ponownie. Z nabożną czcią pomacał w kieszeni małą piersiówkę, którą dostał od majora Błochina z Kijowa. "Ciekawe, czy to jakiś krewny Olega" - pomyślał. Piersiówka była na wypadek porażki. Tak na wszelki wypadek.
Gdy papieros dogasł na murawę stadionu przy Aleja Unii wybiegli piłkarze obu drużyn. Gdy 10 minut potem Austriacy strzelili drugiego gola. Tadeusz po raz kolejny pomacał prezent od majora Błochina. Zacisnął na srebrzystym metalu palce i wraz z tysiącem kibiców ryknął z całej siły.
Gromkie RTS przetoczyło się przez stadion. Tłum zawirował. Włóczkowe szaliki stworzyły czerwono- biało-czerwony kobierzec. Stadion przypominał kocioł czarownic, w którym raz po raz wybuchały czarcie mikstury. Niesiony dopingiem Widzew powoli podnosił się z kolan. Widzewska maszyneria na powrót wchodziła na najwyższe obroty. Poszczególne elementy zaczęły się zazębiać. Turbiny napędzały ustrojstwo, pompy tłoczyły powietrze. Młot dźwigał się do uderzenia. Polski Manchester ruszył z impetem. W 63 minucie młot uderzył. Surlit po raz kolejny wypróbował wytrzymałość siatki. Osiem minut później 19-letni Wraga przyjął piłkę na środku boiska i pognał jak szalony w stronę bramki Feurera. Niczym profesor wepchnął piłkę do pustej bramki. Stadionem wstrząsnął szał radości. 5-2!!!. Tadeusz rzucił się w objęcia przypadkowych widzów. Stadionowi chorążowie dźwignęli klubowe sztandary. Czerwień i biel przykryły betonową konstrukcję stadionu. Czerwono - biało - czerwony dywan przetoczył się przez trybunę. Fiesty nie zmącił nawet samobójczy gol Grębosza. Widzew wygrał 5-3 i w marcu miał grać w ćwierćfinale Pucharu Europy.
Uradowany Tadeusz zapomniał o piersiówce. Zamiast wypić hausta wódki poszedł na trening judo. Z Alei Unii do hali Gwardii miał blisko. Rozpierała go energia. Wskoczywszy do swojego "Poloneza" uruchomił silnik i ruszył, mijając po drodze wysłużone Syreny, sponiewierane Warszawy oraz ryczące niczym rakiety SS-20 Zaporożce. Jadąc przegryzł kanapkę z serkiem "Widzewskim". Po 15 minutach jazdy zatrzymał wóz przed klubem Gwardia.
Przed wejściem stało dwóch przedstawicieli łódzkiego lumpenproletariatu.
- Dobry wieczór Panie Poruczniku - zagaił jeden z nich.
- Kłaniam się władzy ludowej - uniżenie wycedził drugi.
"Kafel" i "Posejdon" byli stałymi rezydentami rewiru między Armii Czerwonej, Piotrkowskiej, Kościuszki a Zieloną. Byli w wieku porucznika, jednak ich twarze wyglądały niczym zeschnięte pieczywo. Głębokie bruzdy wyryte na facjatach przypominały o hektolitrach wódy i jaboli, które spłukiwały dzień po dniu spleen z gardeł obu dżentelmenów. Za dnia koczowali przed Pewexem. Niepisana umowa z cinkciarzami gwarantowała im dostęp do resztek wódki i piwa w zamian za amnezję podczas rutynowych pytań milicjantów. Zresztą od przeszło roku milicja cinkciarzami przestała się interesować. O godzinie 12 rezerwowali zawszę kolejkę po wódkę. Sami oczywiście nie kupowali, ale wdzięczni szczęśliwcy zawsze odwzajemniali się tak zwanym dziabem. Czyli solidnym łykiem pociągniętym z butelek skrywających przeźroczysty sposób na przetrwanie epoki realnego socjalizmu. Wieczory spędzali na różne sposoby. Czasem ktoś oddawał im portfel z biletami Narodowego Banku Polskiego. Czasami wystawali w różnych miejscach licząc na uśmiech fortuny.
- Czołem Panowie. - wesoło zawołał Kostecki.
- Oj, tam panowie, - żachnął się "Kafel".- Panowie to za sanacji byli, tera to my są obywatele.
- Marceli Nowotko wystarczy?. - Tadeusz zadał pytanie retoryczne.
- O królu złoty. - zapiszczał "Posejdon". - Od razu widać, że Pan porucznik z krwi i kości dziecko proletariatu. Wystarczy ,wystarczy.
Uśmiechnięty Kostecki rzucił im monetę dwudziestozłotowa. Obaj koryfeusze wiodącej klasy społecznej rzucili się na zdobycz. W drzwiach do klubu dobiegł go zduszony okrzyk dziękczynny. Sam nie wiedział czy brzmiał: bóg zapłać, czy też chuj ci na imię cwelu.
- Galancie, galancie. - Skwitował wynik meczu pan Miecio. - Pięć bramek! A my tylko litra mieli.
- Heniu! A może napijemy się tego piwa z Niemiec. - zawołała Irenka.
Heniowi pociemniało w oczach. Prawdziwe piwo z RFN - u. Złocisty napój prosto z Hanoweru. Prezent od córki Marty i zięcia Karla. Miało być na szczególną okazje. Na spotkanie z kolegami z politechniki. Już słyszał te ciamkania, siorbania, mlaskania. W imaginacji widział dziekana jak zanurza usta w prawdziwym piwie a potem ociera wąsy z puszystej piany. Oczami wyobraźni widział jak rektor z namaszczeniem otwiera puszkę. Po czym wlewa zloty płyn do potężnego kufla z herbem Hanoweru 96. Rozkoszował się już tymi obrazami. Upajał odgłosami zachwytu nad jego życiową zaradnością. Wszak te wszystkie odgłosy i obrazy miały odsunąć w cień gęganie gęsi, muczenie krów, chrumkanie prosiąt taplających się na rubieżach Srocka. Miały sankcjonować jego życiowy sukces. Potwierdzać awans ze srockich pól i pastwisk do M-3 na Dąbrowie. A teraz? Piwo z Zachodu dla Miecia i Czarka? Z bólem serca przyniósł z balkonu karton dziesięciu puszek.
Po 90 minutach treningu Tadeusz czuł wszystkie mięśnie. Endorfiny wydzielone podczas meczu zostały wzmocnione kolejna transzą. Pod prysznicem namaścił ciało mydłem marki "Studenckie". Co prawda mydło to nie mydliło się wcale, ale przez to na dłużej starczało. Zresztą Tadeusz wcale o tym nie myślał. Pijąc piwo "Łódzkie" też nie oczekiwał, że się będzie pienić. Cieszył się, że jest. Lekki jak piórko wsiadł do "Poldka" i ruszył z werwą. Na retkińskiej ulicy, której patronował Salwator Allende był za piętnaście dziesiąta wieczorem.
Retkińskie blokowisko sprawiało wrażenie wymarłej pustyni. Listopadowy wiatr przeciskał się przez przerwy między blokami i wył przeraźliwie. Z rzadka działające latarnie dawały słaby blask. Te na których kibice ŁKS wyrażali frustrację z powodów sukcesów Widzewa wyglądały jak umarłe kikuty drzew w Górach Izerskich. Pozbawione żarówek dobrze komponowały się z krajobrazem miasta i cmentarną ciszą blokowisk. Było coś makabrycznego w tej ciszy, tak gdyby mieszkańcy osiedla mieli wstać z rana z przekonaniem o życiowej niemocy. Upaćkani w tłamszącej karmie niemożności zmiany przeznaczenia. Owinięte pledami kobiety będą rano cierpliwie ustawiać się w kolejce po porcję kaszanki lub salcesonu. Godzinami będą jęczeć nad swoim losem. Pomstować na swoich mężów, braci, ojców. Pogodzone z losem niewolnic będą błagać o kawał chabaniny by zadośćuczynić potrzebom podstawowej komórki społecznej. Następnie przez osiem godzin będą siedzieć lub stać przy maszynach. W ich głowach hałas maszyn będzie wybijał rytm niewolniczego losu. W dusznych, zapylonych halach fabrycznych będą wdychać brud. Popędzane przez majstrów będą wyrabiać normy, wypełniać założenia planu, budować socjalizm, umacniać Polskę nad Odrą i Nysą Łużycką, stać na straży sojuszu ze Związkiem Radzieckim, torować drogę siłą postępu. Wichrzycielom i bumelantom będą mówić stanowcze NIE. Tamując krew spływającą między nogami kawałkiem bawełny będą dawać opór rewanżystom i rewizjonistom. W połowie drogi między skrobanką a poronieniem będą przekuwać na czyn ideały marksizmu i leninizmu. Potem stojąc na straży pokoju będą gotować zalewajkę, by synowie byli gotowi oddać życie za ideały wielkiego października. By ich córki szły w ich ślady nosząc z pokorą brzemię tradycji. Wieczorem będą rozkładać nogi przed swoimi mężami, rzadziej kochankami. Będą wdychać pot z niemytych ciał i rzadko pranych skarpetek. Będą czuć sapanie z ust od dawna nie skażonych pastą do zębów. Będą udawać, by jak najszybciej namoczyć pranie, wyprasować ubrania dla dziecka, podgotować obiad, zrobić kanapki, zacerować dziury, podpisać uwagi w dzienniczku, przyszyć tarczę do szkolnego stroju, modlić się by choroba nie zwaliła z nóg, sprawdzić, czy ekspedientki nie oszukały przy wycinaniu kuponów w kartkach na mięso i inne produkty. Może zdążą spojrzeć w lustro widząc w nich twarze swych matek i babek. A rano spojrzą z wyrzutem na swoich mężów.
Mężowie pierwsze co zrobią to założą na rękę zegarki z siedmioma melodyjkami i czterema guziczkami. Zegarki kupione za równowartość jednej trzeciej pensji. Kupione na bazarze, na targowisku. Kupione by z pogardą patrzeć na tych, którzy takich zegarków jeszcze nie mają i noszą zegarki z trzema guziczkami i nie mają melodyjek. Dla tych, którzy nie mają zegarka z żadnymi guziczkami nie warto nawet wysilać się by nimi gardzić. Są pariasami. Te ich Doxy są równie gówniane co ruskie czasometry. Ich po prostu nie ma. Po założeniu zegarków mężowie ruszą do pracy, do roboty, do tyrki, do szwalń, budów, zakładów przemysłu takiego i siakiego, do spółdzielni, magazynów, ośrodków napraw. W pracy będą jeść kanapki z salcesonem, kaszanką, pasztetową. Ci biedniejsi zamiast pasztetowej będą jeść kanapki z plackami ziemniaczanymi, ale będą twierdzić, że to schabowe. W pracy będą myśleć jak wynieść młotek, transformator, piłę do metalu, wiertarkę. Wynieść i sprzedać. A potem kupić zegarek z siedmioma melodyjkami, albo pornosa z Reichu. Przed południem będą gorączkowo myśleć kto kupi wódkę. Jak wykupią przydział z kartek będą ustalać gdzie jest meta. Na mecie wódkę można kupić od ósmej, albo i siódmej. Można już rano poczuć się panem swojego życia. Potem po fajrancie pędem biegną do kiosku po Express Ilustrowany. Po Express stoi się w kolejkach, bywa ze i sto osobowych. Po Głos Robotniczy nikt nie stoi, rano kolejek nie ma. Dlaczego tak się dzieje? Czym Express różni się od Głosu? A któż to wie. Pewnie niczym, ale stoją. Raz w tygodniu stoją po Razem. Na końcowej stronie Razem jest zdjęcie gołej panienki. Raz gołej panny zabrakło. Wtedy gdy zdechł Breżniew. Kacap pierdolony. Jakiś aparatczyk chciał uczcić pamięć wodza światowego proletariatu i odebrał proletariatowi znad Wisły, Odry, Sanu i Bugu gołą niewiastę. Jak pan feudalny zadecydował przy jakiej okazji jego pańszczyźniani chłopi będą oglądać gołe cycki. Przed wojną fabrykanci zmuszali synów pańszczyźnianych chłopów by Ci płakali na pogrzebach swoich pryncypałów. Za Kongresówki carscy siepacze ustawiali wielkie szubienice by byli pańszczyźniani chłopi drżeli przed majestatem dwugłowego orła. Lata płyną, czasy się zmieniają, pańszczyźnianym chłopom wymyśla się nowe nazwy, a oni trwają. Po dawnemu wymigują się od pracy. Nienawidzą karbowych, ekonomów. Nienawidzą swoich panów, ale widzą, że to dzięki nim mają na chleb z salcesonem. W niedzielę idą odwiedzić plebana. Nie wierzą, ale idą. Nie rozumieją, ale czują. Palą Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Rzucają na tacę swoje niedojedzone salcesony. Stoją w przedsionkach i spoglądają na swoje zegarki z melodyjkami. Podczas podniesienia dziwnie kucają. Gdy dzień ładny podczas kazania idą na fajkę. Ich kobiety chwalą łąki umajone, a oni kucają. Po co przychodzą? A któż to wie. Ich dziadowie spod Zduńskiej Woli też kucali. A w dni ładne siedzieli na murku wokół kościoła. I też rzucali na tacę niedojedzone salcesony. Podczas pasterki wchodzili do środka. W żyłach pulsowała okowita. Ich wnukowie okowity nie piją. Tylko "Żytnią" i "Wyborową", ale podczas pasterki też wchodzą do środka. Niepewnie, ale wchodzą. Podczas majowych komunii wchodzą rzadko. Ciepło już jest z reguły. Toteż stoją w miejscu gdzie w ich rodzinnych wioskach stoi murek wokół kościoła. Wiosna Panie sierżancie.
Nagle Tadeusz usłyszał jakieś zdławione okrzyki. Dochodziły z kępy krzaków rosnących blisko przystanku. Instynktownie ruszył naprzód. Gdy wpadł w krzaki zobaczył kobietę przyciskaną do ziemi przez dwóch drabów. Walka trwała krótko. Pierwszy ze złamaną ręką czmychnął w popłochu, drugi dał drapaka zaraz po spektakularnym wykręceniu ręki pierwszego. Na mokrej ziemi leżała niedoszła ofiara. Tadeusz podszedł bliżej o podał kobiecie rękę. Cała dygotała z zimna i strachu. Porucznik z uwagą przyjrzał się jej smuklej, dwudziesto- paroletniej figurze. Mokre, ubłocone kędziory opadały na ładną, bladą z trwogi twarz. W robionym na drutach swetrze tkwił opornik. Tadeusz zdjął kurtkę i okrył nią kobietę. Podziękowała ruchem gałek ocznych.
- Odwiozę Panią do domu. - powiedział.
W odpowiedzi buchnęła płaczem.
Piwo z Niemiec rozpłynęło się w ustach biesiadników w mgnieniu oka. Pan Mieciu i Pan Czarek skonstatowali, że wypite piwo co najwyżej zmotywowało ich to częstszego odwiedzania toalety. Na stan samopoczucia alkoholowego nijak nie wpłynęło. Zrozpaczony Pan Mieciu zaproponował salomonowe rozwiązanie.
- Heniu, a może skoczyć do Gryglaszewskiej? Ona ma różne nalewki. Co to jej ojciec, nieboszczyk robił, jeszcze za Gierka. No , to znaczy przed kartkami.
Heniu nie zdążył odpowiedzieć, bo do mikroskopijnego przedpokoju wszedł Andrzej. Trzynastoletni syn Henryka i Ireny.
- Jezus Maria! Tak się martwiłam! - zawołała Irenka.
W odpowiedzi Andrzej z dumą rozpostarł szalik Widzewa i ochrypłym głosem zawołał:
- Zwycięstwo!
Nie padł jednak martwy jak posłaniec spod Maratonu tylko łakomie spojrzał na resztki mielonki.
- Już Ci synku robię kanapki. - powiedziała Irenka.
- Wreszcie jesteś. - odezwał się Heniu.- Zanim zjesz to skocz do Gryglaszewskiej i poproś o butelkę nalewki. Powiedz, że ja proszę.
Andrzej ruszył raźno ku drzwiom sąsiadki.
- No, to tera godnie uczcimy awans do ćwierćfinału.- z radością w głosie zawołał Pan Miecio.
Nie zdążył jednak zapalić gdy do pokoju wpadł jak bomba Andrzej.
- Gryglaszewska chyba nie żyje. - zawołał podniesionym głosem.
Wieczorem "Kafel" i "Posejdon" zasiedli w swej dusznej izdebce. Oprócz starego wyra pamiętającego czasy cara Mikołaja w pomieszczeniu właściwie nic nie było.
- Ile to się człowiek musiał psiarni nakurwić by te parę groszy zdobyć? - z abominacją do własnej słabości powiedział "Kafel".
"Posejdon" nie był w nastroju do filozoficznych uniesień. Z kieszeni wyjął za to flakonik z " Aknosanem". Z zakamarków barłogu wyciągnął kawałek waty. Dobrze, że była, bo w aptece dzisiejszego dnia waty nie było. Nie było jej także wczoraj i nie będzie jutro. Z namaszczeniem rozdzielił watkę na dwie części. Nasączył tamponik "Aknosanem".
- Chuj w dupę milicji - zachrypiał "Posejdon"
- Byle nie mój. - odpowiedział z godnością "Kafel".
Obaj synowie robotniczego miasta zanurzyli tampony w odbytach. Po chwili świat stał się kolorowy.