ROZDZIAŁ 2
PULSOWANIE W SKRONIACH ZACZYNAŁO SIĘ NASILAĆ. Ból rozsadzał mi czaszkę, ale miałam za swoje. Próbowałam otworzyć zaspane oczy, niezmyty tusz do rzęs skleił mi je jednak na dobre. To zdecydowanie nie będzie mój dzień. Mój dzień był wczoraj, choć miałam teraz tylko przebłyski tego, co się wydarzyło. Dziewczyny zorganizowały mi wieczór panieński w klubie. Póki co nic więcej nie przychodziło mi na myśl. Pamiętałam głośną muzykę, tańce na parkiecie i dużo alkoholu. Za dużo. A, była jeszcze ta śmieszna limuzyna z kierowcą.
Starałam się ze wszystkich sił podnieść głowę, ale była zbyt ciężka, jakby ważyła tonę lub była z betonu. Jak co noc spałam na brzuchu z zadartą prawą nogą. Zebrawszy wszystkie siły w moim wątłym ciele, zdołałam się przekręcić na lewy bok. Przez nadal zamknięte powieki oślepiło mnie słońce, które świeciło wprost na łóżko. Zaraz, przecież okna mojej sypialni wychodzą na zachód, nigdy rano nie świeci tam słońce. Momentalnie otworzyłam oczy i zdębiałam. Gdzie ja jestem?! Moje ciało, a raczej zwłoki po wczorajszym piciu leżały na wielkim łóżku z pikowanym zagłówkiem w kolorze butelkowej zieleni. Był tam też fotel uszak, niewielki stolik z dwoma krzesłami, jakaś donica z palmą i szafka nocna. Czyżby to był jakiś hotel? Uniosłam lekko głowę, ale wciąż cały świat mi wirował. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie miałam aż takiego kaca. Czułam potworny ból w każdym miejscu na ciele i całkowitą niemoc. Ktoś otworzył drzwi pokoju. Szybko zamknęłam oczy i udawałam, że jeszcze śpię. Jednym okiem, maleńką szparką, podglądałam. Do pokoju żwawym krokiem weszła drobna kobieta. Co za ulga. Miała strój pokojówki, więc chyba byłam w hotelu. Kobieta jak gdyby nigdy nic krzątała się po pokoju. Zabrała coś spod mojego łóżka, zniknęła za drugą parą drzwi, a ja dopiero wtedy dostrzegłam łazienkę. Uwijała się tak szybko, że nie mogłam się przyjrzeć jej twarzy. Aż podskoczyła, gdy ktoś zapukał.
- Tak? - Uchyliła tylko drzwi i czekała na odpowiedź.
- Dagmaro, jak minęła noc? - spytał tajemniczy, niski głos. Męski głos. Nie wiem dlaczego, ale jego tembr mnie zaintrygował.
- Jeszcze śpi. Rozebrałam ją do bielizny i właśnie sprzątnęłam wymiociny. - Dopiero po słowach pokojówki zorientowałam się, że nie mam na sobie sukienki! Leżałam w samych majtkach. Rumieniec wkradł się na moje policzki na myśl o tym, że wymiotowałam i ta biedna kobieta musiała to posprzątać. Było mi potwornie głupio i nie wiedziałam, co mam robić.
- Obudź ją wreszcie, bo za godzinę będzie obiad. Zapraszam ją do jadalni. - Rozkazującym głosem wydał polecenie i zamknął za sobą drzwi. Wtedy kobieta podeszła do mnie i zaczęła mnie szturchać za ramię.
- Panienko, proszę wstać. Panienko! - powiedziała cicho. Nie wiem, kogo ona chciała tym obudzić. Otworzyłam oczy i przykryłam się kołdrą. Podała mi luźną koszulkę, którą od razu włożyłam.
- Dzień dobry - przywitałam się niepewnie.
- Dzień dobry. Jestem Dagmara i będę panienki pokojówką.
- Słucham? Jaką pokojówką?
- Od teraz jest panienka naszym gościem, proszę się czuć jak u siebie.
- Ale gdzie ja jestem? Nic nie pamiętam! - Pisnęłam jak oparzona. Odruchowo wstałam z łóżka. Włączył mi się tryb gotowości do ataku. W co ja się wpakowałam?! Patrzyłam na jej twarz, nie umiałam z niej jednak nic wyczytać. Była może około czterdziestki, a jej spokojne czarne oczy wpatrywały się we mnie uważnie. Brązowe włosy upięła w ciasny kok, co dodawało jej klasy i niestety lat.
- Pan Wroński wszystko panience wyjaśni. Za godzinę zaprasza panienkę na obiad.
Przełknęłam głośno ślinę, a właściwie jakieś jej szczątki. Gdyby ta cała Dagmara postawiła przede mną wiadro wody, to wypiłabym je duszkiem. Kurde, Ada, myśl! Co to za Wroński? Pierwszy raz słyszałam to nazwisko, nikt nie przychodził mi do głowy.
- Ale jaki obiad?! Żądam wyjaśnień, w tej chwili! - Mój wciąż zamroczony alkoholem mózg pracował na najwyższych obrotach, za nic w świecie nie domyślałam się jednak, o co tu chodzi ani co się wczoraj wydarzyło.
- Proszę się uspokoić. To zwykły obiad, nie musi się panienka obawiać - odpowiedziała mi pokojówka.
- Czy pani siebie słyszy?! Budzę się w obcym miejscu, nic nie pamiętam, mam kaca giganta i jakiś obcy facet zaprasza mnie na obiad! Chcę do domu, natychmiast! - Adrenalina dodała mi nieco siły i spróbowałam staranować kobietę oraz dostać się do drzwi. Niestety potknęłam się o własne nogi i zamiast zbliżyć się do wyjścia, poznałam się lepiej z podłogą. Kurwa mać! Dagmara była na tyle uprzejma, że pomogła mi wstać i nawet nie skomentowała mojego upadku. Czułam, jak prawy policzek szczypie mnie od uderzenia w panele podłogowe, więc go lekko potarłam. Moje ciało drżało z emocji. Chciało mi się jednocześnie płakać i śmiać, ponieważ kompletnie nie mogłam się odnaleźć w tej sytuacji.
- Gdzie jest moja torebka? - spytałam cicho.
- Nie ma jej tutaj.
- Jak to nie ma?! - oburzyłam się.
- Pan Wroński ją ma - odparła spokojnym tonem.
- Kim, do diabła, jest ten Wroński?! - Zaczynałam tracić cierpliwość, a cała ta dziwna sytuacja budziła we mnie tylko lęk. W pokoju zapanowała cisza, w której niemal było słychać przyspieszone bicie mojego serca. - Potrzebuję zadzwonić - warknęłam zła, chociaż ta biedna kobieta nic mi nie zrobiła. Była dla mnie taka uprzejma, a ja nie potrafiłam pohamować emocji. Chciałam natychmiast jechać do swojego mieszkania i przede wszystkim zadzwonić do moich przyjaciółek. Muszę się dowiedzieć, co się, do jasnej cholery, wczoraj wydarzyło!
- Wszystkiego dowie się panienka na obiedzie, ja naprawdę nic nie wiem. - Wzruszyła ramionami i wyszła.
Dopiero teraz zobaczyłam na stoliku karafkę z wodą oraz szklankę, więc podeszłam i wypiłam całość naraz. Ciągle kręciło mi się w głowie. Jedynym ratunkiem wydawał się zimny prysznic. Od razu ruszyłam do łazienki. Odkręciłam kurki w kabinie i ściągnęłam swoje miniaturowe majtki. Lodowaty strumień wody ukoił moje obolałe ciało i pokrzepił moją obolałą głowę. Co za koszmar. Po dziesięciu minutach stałam przed lustrem z suszarką w dłoni, próbując doprowadzić swoje włosy do jakiegoś ładu, podziwiając przy tym ogromne worki pod oczami. O dziwo, na półce znalazłam mały słoiczek z kremem do twarzy, który chętnie wklepałam w swoją opuchniętą od alkoholu buzię. Po wyjściu z łazienki zobaczyłam na fotelu ubrania. Uff, jak dobrze. Nie chciałabym iść w brudnej bieliźnie i złotej sukience na spotkanie z tym Wrońskim.
Chyba nie będzie to żaden oficjalny obiad, skoro chciano, bym włożyła czarną sportową sukienkę przed kolano i baleriny. Bielizna również była czarna, bawełniana. Oczywiście wszystko w moim rozmiarze. Nie wiedziałam już, co mam o tym wszystkim myśleć. Serce biło mi jak oszalałe, bo nie miałam nawet najmniejszych podejrzeń, gdzie jestem ani co za facet zaprasza mnie na obiad. A do tego zastanawiałam się, czy nie zdradziłam narzeczonego... Ta myśl najbardziej mnie dobijała, więc starałam się szybko ją odpędzić. Kac moralny wydawał mi się gorszy od tego fizycznego. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z pokoju. Od razu podszedł do mnie jakiś mężczyzna z przyklejonym do twarzy głupkowatym uśmiechem.
- Zapraszam, panienko - wycedził, próbując powstrzymać śmiech. Ciekawe, co go tak bawi? Czyżbym w nocy naprawdę nieźle narozrabiała?... Nic nie pamiętałam.
Mężczyzna poprowadził mnie korytarzem i już po chwili znaleźliśmy się w wielkim salonie. Był połączony z jadalnią i robił niesamowite wrażenie. Wszędzie było biało, idealnie czysto i tak przestronnie. Przez ogromne drzwi tarasowe wpadało mnóstwo światła, a w rogach wisiały przyciemniające zasłony, które dodawały pomieszczeniu uroku. Na wprost wejścia znajdował się sporych rozmiarów narożnik z zagłówkami oraz szklany stolik kawowy, natomiast po prawej stronie stał wielki stół z dwunastoma białymi krzesłami. Nigdy wcześniej nie byłam w tak nowoczesnym miejscu. Cały ten Wroński musiał mieć mnóstwo kasy, skoro było go stać na taki dom. Siedział przy stole, tyłem do mnie. W garniturze. A ja byłam w sportowej sukience, po prostu cudnie. Już na wstępie czułam się kretyńsko, a miałam przeczucie, że będzie tylko gorzej.
- Witam - powiedziałam pewnym, mocnym głosem. Choćby nie wiem co się działo, zamierzałam działać w myśl mojej złotej zasady "Co złego, to nie ja, a wszystko można obrócić w żart". Gospodarz tego przybytku szybko wstał, poprawił marynarkę i ruszył w moim kierunku. Zaczynałam sobie przypominać co nieco z naszej wczorajszej rozmowy i to wcale nie były przyjemne sceny. Wspomnienia z poprzedniego wieczoru powoli zaczęły się układać jak puzzle. Zresztą nie będę się oszukiwać, wiem przecież doskonale, że po pijaku puszczają mi hamulce. Spojrzałam w jego błękitne oczy i uśmiechnęłam się. Wydawało mi się, że jego wzrok mnie w tym momencie zabija, ale pewności nie miałam.
- Dzień dobry - powiedział oschle, krzyżując ręce na piersi. Jego wyraz twarzy był nieodgadniony, tylko to spojrzenie zdradzało wściekłość. Staliśmy tak przez chwilę, mierząc się nawzajem wzrokiem. Jeśli myśli, że trafił na jakąś nawiną dziunię, to jest w błędzie.
Nie odpuszczę pierwsza, no way.
Naszą małą bitwę przerwało chrząknięcie Dagmary.
- Obiad podano.
Mężczyzna wskazał ręką na stół, dając mi do zrozumienia, żebym usiadła. Nadal stałam w miejscu, więc podszedł i odsunął dla mnie krzesło. Wtedy już nareszcie się ruszyłam i usiadłam. On zajął miejsce naprzeciwko mnie. Na stole było mnóstwo jedzenia, które wyglądało apetycznie, więc rozłożywszy serwetkę na kolanach, zaczęłam sobie nakładać.
- Co robisz? - spytał zaskoczony.
- Nakładam sobie jedzenie? - Lekko zirytowana i zdezorientowana uniosłam brew. Co z nim? Najpierw zaprasza mnie na obiad, żeby teraz nie pozwalać mi nic sobie nałożyć?
- Dagmara to zrobi - warknął na mnie jak lew.
- Mam ręce, więc mogę zrobić to sama - odpowiedziałam.
- Nalegam. - Znów patrzył na mnie tak przerażająco, że odpuściłam. Skoro takie panują tu zasady, to muszę się dostosować. W sekundę później przerażona służąca doskoczyła do mnie, żeby nalać mi rosołu. O tak, rosół na pewno postawi mnie na nogi. Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Nie potrafiłam się odnaleźć w tej sytuacji, więc również milczałam. Czekałam na rozwój wydarzeń. Trudno było mi się skupić na jedzeniu, gdy czułam na sobie nieustannie wzrok tego człowieka. Miałam wrażenie, że pali mnie od tego spojrzenia skóra.
- Smakuje ci, Adrianno?
- Tak, dziękuję - odpowiedziałam cicho, patrząc w talerz. Co za irracjonalna sytuacja.
- Dobrze ci się spało? - spytał mnie z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
Nie wytrzymam dłużej... Nie umiem.
- Czy mógłby pan najpierw się przedstawić? Gdzie pana maniery? - prychnęłam. W jednej chwili facet zerwał się z krzesła i podszedł do mnie.
- Adrianna Wierzbicka. - Wyciągnęłam pierwsza rękę, a wtedy on chwycił ją i... pocałował!
- Aleksander Wroński - odpowiedział, nie odrywając ode mnie tajemniczego wzroku.
Momentalnie poczułam, jak pieką mnie policzki. Wrr, nienawidzę tego! Na pewno byłam czerwona jak burak, nic nie mogłam jednak na to poradzić. Zaskoczył mnie tak, że nie potrafiłam wydobyć z siebie dźwięku. Właściwie pierwszy raz w życiu zostałam pocałowana w rękę. To było tak szalenie staroświeckie, ale pasowało do tego enigmatycznego mężczyzny. Puścił moją dłoń i jak gdyby nigdy nic wrócił na swoje miejsce.
- Dobrze wiesz, że kiepsko spałam. Chciałabym się dowiedzieć, co właściwie tutaj robię. Kim ty jesteś? - Skoro on mówił do mnie po imieniu, to ja nie zamierzałam być mu dłużna.
- Nic nie pamiętasz, Adrianno?
Drwił ze mnie w żywe oczy. Ciśnienie zaczęło mi się podnosić, ale zanim cokolwiek powiedziałam, wskazał palcem na telewizor wiszący na ścianie. Obejrzałam się i zamarłam. Ten cyniczny snob włączył nagranie z monitoringu z wczorajszej nocy. Kurde, wiedziałam, że było źle, ale żeby aż tak? Alkohol musiał mnie jednak całkowicie zamroczyć. Chryste, ja ledwo stałam na nogach! Czułam się w tej chwili kompletnie zażenowana, ale nie mogłam dać tego po sobie poznać. Aleksander przyglądał się moim reakcjom. Wpadłam na jedyny słuszny pomysł - zaczęłam się głośno śmiać. Jego zadowolona mina zrzedła, żeby ustąpić miejsca zaciśniętym mocno ustom. Jest! Udało mi się go wkurzyć.
- Co tak patrzysz, Alku? Mam do siebie dystans. Nigdy nie byłeś pijany jak szpadel i nie robiłeś głupot?
- Aleksander! - ryknął. - Mam na imię Aleksander, a nie Alek. - Kolejny już raz na mnie warknął. Zaczynał mnie irytować ten cały Wroński. To, że jest przystojny i bogaty, nie upoważniało go do kpin ze mnie.
- Będę mówiła, co chcę.
- Wczoraj też mówiłaś, co chciałaś, pamiętasz?
- Nawet jeśli nie pamiętam, to zapewne nie omieszkasz mi przypomnieć - odpyskowałam.
- Myślałaś, że ja i moi ludzie jesteśmy... - Zrobił dłuższą pauzę. Walczył ze sobą, żeby się nie roześmiać. Zdradzał go unoszący się prawy kącik ust.
- No kim? - Niecierpliwiłam się. Serce łomotało mi tak mocno, że aż bolało, a drżenia dłoni nie potrafiłam dłużej ukryć. Bałam się. Przed chwilą był wściekły, a teraz tłumił śmiech.
- Striptizerami - wydusił w końcu z siebie Wroński. Fala zażenowania rozlała się w mojej świadomości. Od razu było widać, że ani on, ani jego pracownicy nie wyglądają na striptizerów. Nie chciałam dać po sobie poznać, że mi wstyd.
- A więc co ja tutaj robię? Skoro nie jesteście striptizerami, to jak ja się tutaj znalazłam? I przede wszystkim po co?
Wroński klasnął dwa razy w dłonie i w jednej chwili Dagmara z gorylem wyszli z salonu. Przeszedł mnie dreszcz, nie chciałam zostać sam na sam z tym bufonem. Specjalnie milczał, żeby zbudować napięcie. Na zmianę obserwował mnie i jadł.
- Porwałem cię - rzucił w końcu krótkie zdanie między przeżuwaniem karkówki. Zabrzmiało to, jakby mówił o umyciu podłogi, a nie uprowadzeniu młodej kobiety!
- To jakaś pomyłka. - Dopiero w tym momencie zrozumiałam, że mam duży problem.
- Myślisz, że mógłbym się pomylić? - znów ze mnie drwił. Nikt chyba jeszcze nigdy mnie tak nie irytował jak ten koleś.
- Nie wiem, przecież cię nie znam.
- To ci powiem, że ja się nigdy nie mylę. - Wytarł usta serwetką i patrzył wprost w moje oczy.
- Dlaczego mnie porwałeś? - Mój głos drżał. Żarty się skończyły, a ja byłam tego w pełni świadoma.
- Porwałem cię przez twojego narzeczonego. Wisi mi kasę i nie wykonał zleconego zadania.
Zmarszczyłam czoło. Teraz byłam pewna, że to pomyłka. Zaśmiałam się.
- To niemożliwe, Bartek jest policjantem. Mówiłam, że to nieporozumienie.
Na moje słowa Aleksander roześmiał się przerażającym, gardłowym śmiechem. Brzmiał trochę jak okrutny czarnoksiężnik z bajki, moje ciało się spięło. Czyżbym była w niebezpieczeństwie?
- Twój narzeczony to Bartłomiej Kosiński?
- Tak. - Kiwnęłam głową.
- Więc to nie jest pomyłka, aniołku. - Ostatnie słowo wypowiedział jakoś inaczej niż resztę. Łagodniej.
- Skoro on nawalił, w co oczywiście nie chce mi się wierzyć, to załatw to z nim. Jutro muszę iść do pracy, a mój szef nie należy do tych, którzy tolerują urlop na żądanie.
- Kosa miał już jedną szansę, ale jej nie wykorzystał. Dlatego teraz ty będziesz moją kartą przetargową.
- Nie słyszysz, co do ciebie mówię?! - Nie wytrzymałam nadmiaru emocji i wydarłam się na niego. - Zjem obiad i wychodzę.
Myślałam, że wielki pan i władca się wkurzy, on jednak tylko uśmiechnął się nieśmiało.
- Nie ty rozdajesz tu karty, Ado. Zjadłaś? To Marcin zaprowadzi cię do twojego pokoju. - Wytarł usta serwetą. - Marcin!
- Nigdzie nie idę! - Walnęłam pięścią w stół zdenerwowana do granic, a obok mnie jak spod ziemi wyrósł goryl. Nim zdążyłam się odsunąć, złapał mocno moje ramię i podniósł mnie jak lalkę. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się nie szarpała, wtedy jednak podszedł drugi ochroniarz i wbił w moje przedramię igłę. Odpłynęłam.