Wolę książkę, która ma niepoważne zamierzenia i poważne osiągnięcia, od dzieł, które mają poważne zamierzenia i niepoważne osiągnięcia.
Antoni Słonimski
Uważam Wiecha za jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych, niewyczerpanego w pomysłach i zajmu-jącego wyjątkową postawę moralną. O Wiechu można nawet powiedzieć, że jest wielkim filozofem.
Michał Choromański
Wiech to gentleman, szalenie dowcipny, nigdy jadowity, często wzruszający. Jego felietony są wynikiem obserwacji bardzo uważnej, pracy w swoim rodzaju całkiem twórczej i na wskroś oryginalnej.
Maria Jasnorzewska
Różowa pończoszka
Pan Tymoteusz Zając, właściciel sklepu spożywczego, jest niesłychanie zazdrosny o swą małżonkę, panią Kazię. No, bo i jest o co! Samej żywej wagi sto dwadzieścia pięć kilo, a cóż dopiero mówić o takich walorach jak nieprzeciętna wymowa i talent do handlu.
Cóż tedy dziwnego, że pan Tymoteusz, mając taki skarb, zadrżał, usłyszawszy od dozorcy domu, pana Antoniego Dyni, taką uwagę:
- To nie mój interes, ale zmuszony jezdem zaznaczyć, że jak pan Zając siedzi w sklepie, łazi tu do pana Zająca żony jakiś łatek. Zdaje się, że to nawet będzie Zraelita czyli pudel, bo jakiści cholera na pysku niewyraźny. Moja baba wyniuchała bez dziurkie od klucza, jako że śklepiczarka, niby żona pańska, przy tem owem starozakonnem się ozbiera! Marna pańska godzina, panie Zając, bo te niekrzczone to największe katy na kobietę.
Kudy panu do konkorencji!
Pan Tymoteusz jęknął głucho i chciał biec zaraz mordować, podpalać, ale stateczny pan Dynia wstrzymał go słowami:
- Zara, zara, najsampierw trza ich przykaraulić razem i z beduinem się oprawić, a potem dopiero szanownej małżonce zdrowo żeberka przemacać.
Umówiono się, że inwigilacja pracować będzie ze zdwojoną czujnością i gdy amant zjawi się w mieszkaniu pana Zająca, dozorca natychmiast go o tym zawiadomi.
Okazja zdarzyła się po kilku dniach. Na alarm pan Zając zamknął sklep i jak burza wtargnął do mieszkania. Już w przedpokoju zauważył obcy parasol i zabłocone kalosze.
W sypialni siedział szczupły brunet o palącym spojrzeniu. Pani Kazia pokazywała mu nóżkę w różowej pończoszce, on zaś patrzył i cmokał z zachwytu.
Jak ranny odyniec runął na rywala pan Tymoteusz i począł go tłuc przyniesionym ze sklepu suchym baleronem.
- Uj, co cóś jest? Zabił mnie na śmierć! Policja! Panie wariat, słuchaj pan, ja jestem damski dostawca. Pończochy, trykotaży, podwiązki tudzież reformy. Zapamiętaj się pan chociaż na chwilę!
Po długich szamotaniach udało się wreszcie pani Kazi przekonać męża, że z brunetem łączą ją tylko stosunki handlowe. Piękność, nie chcąc martwić pana Tymoteusza wydatkami, załatwiała swoje sprawunki w tajemnicy.
Zatamowawszy krew, okręcony ręcznikiem kupiec, pan Beniek Kontrabas, wybiegł z fatalnego mieszkania, nie wiedząc, że czeka go jeszcze jedno przejście.
Za drzwiami bowiem czyhał ze wzniesioną w górę miotłą wierny sojusznik zdradzonego męża, pan Dynia.
W chwilę potem przez podwórze galopował pan Kontrabas, przynaglany uderzeniami miotły dzielnego dozorcy. Pościg trwał aż do bramy.
Epilog rozegrał się oczywiście w sądzie grodzkim, gdzie zazdrosny mąż oraz ten, który nie opuścił go w potrzebie, dostali po tygodniu aresztu, na szczęście z zawieszeniem.