WPROWADZENIE
ŻONA KATA
"Myślę, że nawet jeśli jest to bardzo trudne, dawni narodowi socjaliści powinni zostać włączeni w całość historii".
Lina von Osten Heydrich
Ta książka daje intymny wgląd w życie polityczne i społeczne jednej z najbardziej osławionych, przerażających i najmniej rozumianych organizacji w historii, nazistowskiej formacji SS (skrót od Schutzstaffel, dosłownie "oddział ochronny", choć znany raczej jako Czarne Koszule). Opowiedziana w niej historia skupia się na dwojgu bohaterów, którzy byli członkami partii nazistowskiej. Jeden z nich - Reinhard Heydrich, który jako główny asystent dowódcy SS Heinricha Himmlera zajmował drugą pozycję w strukturze dowodzenia SS - był pod każdym względem godnym uwagi człowiekiem, odpowiedzialnym za ogrom cierpienia. Druga postać, żona Heydricha, Lina, reprezentowała rewers nazizmu, cichych popleczników władz. Nie była "odpowiedzialna" za nic poza tym, że stworzyła dom dla swojego męża i robiła wszystko, co w jej mocy, by wspierać go w każdy możliwy sposób.
Ich historie zbiegają się, rozchodzą i ponownie łączą. Niektóre sprawy były dla nich wspólne; w znacznie liczniejszych ich życie toczyło się równolegle, ledwie się stykając. Reinhard Heydrich zmarł w 1942 roku; Lina Heydrich w 1985. Większość z czterdziestu dwóch lat po śmierci Reinharda spędziła na próbach pogodzenia się z tym, co jej mąż zrobił prawie dwa pokolenia wcześniej.
Oczywiście cały świat wciąż próbuje dojść do porozumienia z tym, co zrobił jej mąż, na ogół poprzez opieranie się na wygodnych stereotypach, które uczą nas niewiele i zwykle uniemożliwiają nauczenie się czegokolwiek więcej. W Reinhardzie i Linie Heydrichach nasze dwa najbardziej rozpowszechnione mity - o twardym jak diament, fanatycznym potworze SS i "zwykłej" zwolenniczce obozu, która ze słabości poddaje się dyktatowi złego reżimu - łączą się i splatają ze sobą. I podobnie jak w przypadku wszystkich realnych ludzi, jedną z rzeczy, które mają nam do powiedzenia, jest to, że nic nie jest tak proste, jak pokazują stereotypy.
Historia, o której opowiada ta książka, poświęcona jest głównie Reinhardowi Heydrichowi - jego niezwykłemu awansowi w nazistowskiej hierarchii niemal znikąd i jego gwałtownemu upadkowi z wysokiej pozycji. Temu, jak go odkryłam, począwszy od mojego pełnego oszołomienia przerażenia Holokaustem, jego niepojętych statystyk, rasistowskiego fanatyzmu, który się za nim krył, obozów koncentracyjnych, SS i Gestapo (czyli Tajnej Policji Państwowej), a w końcu miejsc i ludzi w to zaangażowanych.
Kiedy na początku lat sześćdziesiątych studiowałam socjologię na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i czytałam o przemianach społecznych i organizacyjnej władzy, umieściłam na swojej liście lektur książkę o historii SS. Mniej interesowały mnie ofiary nazistowskich Niemiec, a bardziej sposób, w jaki prześladowcy zorganizowali swoją działalność - to, co socjologowie mogliby nazwać "integracją, adaptacją, osiąganiem celów i utrzymywaniem wzorców", a co jest tak dalekie od cierpiących ludzi jak żargon socjologiczny od języka życia codziennego.
Z tej perspektywy jednostka jest ważna tylko wtedy, gdy zajmuje ważną pozycję, w której zbiega się wiele nici sieci społecznościowej. Czytając o esesmanach, ze zdziwieniem odkryłam, że człowiek z bronią, który witał więźniów obozu koncentracyjnego i miał władzę nad ich życiem i śmiercią, nie zajmował kluczowej pozycji w sensie socjologicznym; w rzeczywistości reprezentował tylko najniższy szczebel ogromnej hierarchii SS. On był na samym jej końcu razem ze swoimi ofiarami.
Jak przekonali się przywódcy administracji SS, zazwyczaj potrzebna była silna presja, aby nakłonić człowieka do udziału w masowym mordzie, dlatego wydaje się, że systematycznie poszukiwali ludzi słabych i zdesperowanych. Na przykład mężczyzna, który opracował programy szkoleniowe dla Oddziałów Trupiej Czaszki, SS Obergruppenführer Theodor "Papa" Eicke, był kiedyś hospitalizowany z powodu choroby psychicznej; komendant Auschwitz został skazany za morderstwo1.
Bardziej typowa była prawdopodobnie kariera Franza Stangla, komendanta obozów zagłady w Sobiborze i Treblince. Jako funkcjonariusz policji w Austrii spotykał się z niechęcią ze strony swojego szefa i szukając wyjścia z sytuacji, zdecydował się na udział w "eksperymentalnym" programie eutanazji. Było to w 1938 roku, a gotowość Stangla do wymordowania 100 tysięcy fizycznie chorych i upośledzonych umysłowo Niemców musiała znaleźć gdzieś odzwierciedlenie w jego aktach. W 1942 roku wraz z wieloma współpracownikami z wcześniejszego "programu" został wysłany do Sobiboru. Jednak Stangl w 1938 roku działał niechętnie; w roku 1942, kiedy się dowiedział, jakie ma być jego zadanie, od razu wystąpił o przeniesienie. Dawano mu wiele obietnic, ale nigdy nie dostał biletu do domu. Tydzień po tygodniu Stangl wysyłał rozpaczliwe prośby do różnych wyższych dowódców SS, ale tydzień po tygodniu nadal wykonywał swoją pracę.
Po wojnie powiedział dziennikarzowi, który przeprowadzał z nim wywiad, że jedną z jego metod radzenia sobie z wewnętrznym konfliktem było unikanie zbyt długiego przebywania na terenach, na których odbywała się eksterminacja2. Nie było to tak trudne, jak mogłoby się wydawać: na ile to możliwe, esesmani starali się, aby prawdziwą brudną robotę wykonywali sami więźniowie, a w innym razie strażnicy w mundurach SS, którzy byli obywatelami okupowanego kraju. Z punktu widzenia SS idealnym strażnikiem obozu zagłady nie był Niemiec, ale "gorszy" cudzoziemiec, ktoś, kto nie potrafił nawet porozumieć się z większością więźniów i kto już wcześniej obawiał się o swoje życie. Wielu strażników dużo piło, kiedy tylko się dało, a wyżsi urzędnicy też nie byli wzorem samodyscypliny. Próbując wyjaśnić, w jaki sposób walczył o znieczulenie sumienia, Stangl przyznał: "Co wieczór brałem ze sobą do łóżka dużą szklankę brandy i piłem"3.
Heinrich Himmler, przywódca, czyli Reichsführer, SS, często wygłaszał przemówienia gloryfikujące "odwagę" i "poświęcenie" ludzi takich jak Stangl, ale spędzał stosunkowo mało czasu z tymi "odważnymi" komendantami obozów. Najważniejsi w hierarchii organizacji byli bardziej zaradni, mieli większą ogładę i byli dużo bardziej wyrachowani. Jeśli chodzi o obozy, poszli w ślady Himmlera. Towarzyszenie mu podczas jednej z jego krótkich wizyt w wybranych miejscach (które były nieodmiennie przygotowane na jego przybycie, ponieważ wszyscy wiedzieli, że widok krwi przyprawia Himmlera o mdłości) było akceptowalne, jednak tylko głupiec zaangażowałby się w kierowanie takimi miejscami.
Prawdziwi dowódcy SS cały dzień siedzieli za biurkami, jeździli tam i z powrotem limuzynami, chodzili na eleganckie przyjęcia w błyszczących paramilitarnych mundurach. Tak więc mogło się zdarzyć, że administrator obozów zagłady Adolf Eichmann, który zawsze chciał zostać jednym z tych prawdziwych przywódców, mógł w 1961 roku siedzieć w kuloodpornej klatce w Jerozolimie i dziwić się, że uznaje się go za zwykłego mordercę. Wielokrotnie zapewniał, że on osobiście nigdy nikogo nie zabił ani nie kazał zabić, ani nawet nie miał w ręku pistoletu4.
Od człowieka na rampie kolejowej po człowieka w szklanej klatce, nikt nie czuł się odpowiedzialny za cokolwiek.
Przełożonym Adolfa Eichmanna, człowiekiem, którego tak bardzo starał się zadowolić, był Reinhard Heydrich, a wraz z Heydrichem w końcu docieramy do kogoś, kto ma charakter i odpowiedzialność porównywalną z jego straszliwą władzą. Heydrich był oficjalnym strażnikiem nowej moralności. Ani jego kariery, ani osobowości nie można uznać za banalne; w rzeczywistości to przy jego biurku zapadały decyzje dotyczące tak wielu elementów o znaczeniu społecznym, że pewien historyk nazwał go "symbolem i prawdopodobnie najbardziej reprezentatywną postacią III Rzeszy u szczytu jej wewnętrznej i zewnętrznej potęgi"5.
Łatwo zrozumieć dlaczego: jeśli kiedykolwiek człowiek zabijał z zimną krwią, był nim Reinhard Heydrich; jeśli kiedykolwiek człowiek żył z lekkomyślną, niemal demoniczną intensywnością, był nim również Heydrich. Jest to materiał na legendę i koszmar, filozoficzne spekulacje i psychologiczny kicz, filmy klasy B i dramaty wysokich lotów - i niestety, o najpoważniejszych historycznych konsekwencjach.
To, co wiemy o SS i jego członkach, pochodzi w dużej mierze z prac historyków, dziennikarzy, filozofów polityki - i dostarczycieli tego, co łagodnie można określić mianem śmieci. Kiedy czytałam o Heydrichu oraz o dziwacznych opowieściach i spekulacjach, które zawsze na jego temat krążyły (i nadal krążą), pomyślałam, że ktoś z wykształceniem w zakresie nauk społecznych powinien spróbować przeprowadzić analizę jego roli jako "technologa władzy", a także postarać się zrozumieć, jak jako istota ludzka mógł stać się tak nieludzki.
Niestety; prawdopodobnie nie powinno mnie zaskoczyć odkrycie, że człowiek, który jest symbolem wszystkiego, co rozumiemy przez "nazistę", był także najbardziej zagadkowym z ich przywódców. Działania Heydricha, rozpatrywane z osobna, wydają się tak jasne, tak oczywiste, jak dźgnięcie nożem, ale sam człowiek wymyka się naszym próbom przyjrzenia się mu i zrozumienia go.
Każda próba opisania nawet głównych wydarzeń czy najważniejszych relacji z jego życia staje się skomplikowanym problemem historycznym. Od rodzinnych korzeni przez jego prawdziwe opinie na temat Adolfa Hitlera, Heinricha Himmlera czy Holokaustu po przyczyny śmierci w Pradze; w istocie od kołyski po grób Reinhard Heydrich pozostaje postacią kontrowersyjną. A to niestety ułatwia wszystkim powrót do wygodnego, konwencjonalnego stereotypu nazistowskich przywódców, którzy, jak to ujął George Orwell, "myślą hasłami i mówią kulami"6.
Reinhard Heydrich będzie również mówił w tej książce, ale czytelnik powinien zauważyć, że jego głos dochodzi z daleka i czasami na linii pojawiają się zakłócenia. Jak większość młodych mężczyzn, którzy umierają nagle w środku wojny, nie miał czasu na spisanie wspomnień. A Heydrich, w przeciwieństwie do Himmlera, nie prowadził dziennika i napisał niewiele listów. Większość naszej wiedzy o jego zachowaniu pochodzi ze sprawozdań ludzi, którzy byli wystarczająco sprytni, by przetrwać zarówno wojnę, jak i procesy zbrodniarzy wojennych, które po niej nastąpiły. Profesjonalni ocaleni przydają się, ale zazwyczaj są marnymi historykami.
Ponadto istnieją rozproszone dokumenty, które pozostały mimo podejmowanych w ostatniej chwili przez nazistów wysiłków mających na celu zniszczenie obciążających ich dowodów. Heydrich ukazuje się w nich jako wysoki urzędnik państwowy, wydający rozkazy lub analizujący niepokojące sytuacje, ale często są to notatki spisane przez kogoś innego, a więc podają nam kierunki działania i argumenty, ale mało konkretnych wypowiedzi. Gdy został protektorem Czech i Moraw, wygłaszał formalne przemówienia do swoich nowych poddanych, a także do podwładnych, działo się to jednak tylko w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy jego życia i pokazuje zaledwie jego publiczną stronę.
I tak się złożyło, że aby poznać szczegóły życia osobistego Heydricha, wielu badaczy trafiło w to samo miejsce, na małą wietrzną wyspę Fehmarn na Morzu Bałtyckim położoną między Danią a Szlezwikiem-Holsztynem, gdzie żona Heydricha spędziła dzieciństwo i dokąd wróciła w 1945 roku.
Na ogół żony byłych przywódców nazistowskich, zwłaszcza głównych przestępców wojennych, nie udzielają wywiadów i żyją w najgłębszym odosobnieniu, otoczone kordonem czujnych członków rodziny. Ale Lina Heydrich nigdy nie była taka jak inne żony nazistów. Po śmierci męża w 1942 roku zdecydowała się pozostać w Czechosłowacji i prowadziła tak aktywne życie w swojej trzydziestodwupokojowej wiejskiej willi, że Himmler (który wziął na siebie rolę jej prawnego opiekuna) zganił ją za to, że stała się kimś niemal niewyobrażalnym, "politykującą wdową"7.
Po wojnie i szaleńczo ryzykownej ucieczce przed nacierającymi armiami alianckimi Frau Heydrich osiadła z dziećmi na wyspie Fehmarn, by objawić się dopiero na początku lat sześćdziesiątych, kiedy to próbowała ubiegać się o emeryturę, która na mocy prawa zachodnioniemieckiego przysługiwała wdowom po żołnierzach "poległych w boju"8. Jej sprawa trafiła na pierwsze strony gazet, gdy sąd orzekł, że nikt, kto "czerpał korzyści" z nazistowskiego reżimu, nie może ubiegać się o taką emeryturę. Od tego czasu wdowa po "kacie Heydrichu" zaczęła udzielać od czasu do czasu wywiadów historykom, dziennikarzom i przesiewaczom wojennych dokumentów. W 1976 roku wydała książkę ze wspomnieniami Leben mit einem Kriegsverbrecher (Życie ze zbrodniarzem wojennym) (tytuł celowo ironiczny, którego wkrótce pożałowała, ponieważ z oczywistego powodu jej mąż, gdyby żył, zostałby uznany za zbrodniarza wojennego, ironia, która wielu umknęła); a kilka lat później, kiedy w telewizji niemieckiej wyemitowano film Holokaust, udzieliła wywiadu telewizyjnego, w którym potępiła sposób, w jaki został pokazany jej mąż, grany przez angielskiego aktora Davida Warnera9.
Na podstawie tego wszystkiego można by przypuszczać, że rozmowa z Liną Heydrich będzie przypominała trochę słuchanie germańskiej wersji jednej z audycji propagandowych Tokijskiej Róży. Nie miałam problemów ze skontaktowaniem się z nią przez telefon ani z uzyskaniem od niej zgody na odwiedziny w jej domu, w którym prowadziła mały pensjonat, by zrobić z nią wywiad pod koniec 1974 roku, dwa lata przed opublikowaniem jej wspomnień i dekadę przed jej śmiercią w 1985 roku. Jadąc wynajętym samochodem jedną z wybudowanych przez Hitlera autostrad obok uroczych wiosek i krytych strzechą domów Szlezwika-Holsztynu w kierunku nowego mostu na Fehmarn, spodziewałam się zimnej, ostrożnej, kruchej i fanatycznej walkirii - jednak podczas tych badań nigdy nie znalazłam dokładnie tego, co sobie wyobrażałam.
Kiedy dotarłam do jej domu zimnego i wietrznego wieczoru, nie był to dobry moment dla żadnej z nas. Ona nie wiedziała, że byłam wykończona, ponieważ przeprowadziłam już jeden wywiad tego ranka w Hamburgu, a ja nie zdawałam sobie sprawy, że przyjechałam 4 czerwca, w rocznicę śmierci Reinharda Heydricha.
Był ze mną mój mąż, szczerze mówiąc, w charakterze ochroniarza, choć w przeciwieństwie do mnie nie mówił po niemiecku. Kobieta, która powitała nas na podjeździe przed prostokątnym piętrowym domem z białej cegły, najwyraźniej płakała. W środku pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było zaoferowanie mi kieliszka koniaku; pierwszą rzeczą, jaką ja zrobiłam, było przyjęcie go. Siedzieliśmy nerwowo na kwiecistej kanapie, podczas gdy Frau Heydrich gotowała obiad w małej ukrytej kuchni, do której nas nie zaproszono.
Pokój, w którym nas posadzono i w którym miały zostać przeprowadzone moje przyszłe wywiady - trzy kolejne w ciągu siedmiu lat - byłby dość obszernym prostokątnym pomieszczeniem, gdyby nie natłok mebli. Były tam różne stoliki, na których zawsze coś stało - miska z jabłkami, wazon z paprociami - a także duża szafa wykonana z wypolerowanego, rzeźbionego drewna, stary kufer marynarski ozdobiony zawijasami z kutego żelaza, kilka naczyń z różowej porcelany we wnęce w ścianie i inne miłe lub eleganckie przedmioty, które pojawiały się i znikały z dnia na dzień. Natomiast jedna rzecz była tam zawsze - maska pośmiertna jej zmarłego męża wykonana z brązu.
To była, delikatnie mówiąc, majestatyczna obecność. Naziści tak bardzo poważali to odwzorowanie Reinharda Heydricha, że w 1943 roku wydali pamiątkowy znaczek pocztowy na podstawie zdjęcia tej maski.
Błyszcząc zmatowiałym pozłacanym metalem, z zamkniętymi oczami i słabym uśmiechem przywołującym na myśl posągi starożytnych faraonów, wyglądał dosłownie wspaniale. Efekt był nieziemski i denerwujący i wydawał się kłócić z otaczającym go pokojem - może z wyjątkiem nocy.
Wieczorem, kiedy przyjechaliśmy, salon Frau Heydrich był oświetlony tylko kilkoma świecami stojącymi na dużym stole. Pokój wydawał się ciemny i jakby wilgotny. Odniosłam wrażenie, że zawędrowałam do podwodnej groty, wypełnionej urojeniami i cieniami. Na początku miałam ochotę jedynie stamtąd wyjść. Ale zostaliśmy przez pięć godzin, popijając koniak, omijając z daleka naprawdę kontrowersyjne kwestie i ostrożnie unikając wszystkiego, co mogłoby zostać potraktowane jako formalne pytanie podczas wywiadu. Rozmawiałyśmy w języku niemieckim, którego, prawdopodobnie dzięki pochodzeniu mojego ojca, nauczyłam się wystarczająco dobrze, aby komunikować się z nią w miarę swobodnie. Nagrywałam nasze rozmowy na aktywowany głosem magnetofon, aby mieć pewność, że dobrze ją zrozumiałam.
Lina Mathilde von Osten Heydrich Manninen była drobna i trochę zaftig (słowo, które gdy tylko przyszło mi do głowy jako doskonały opis wdowy po arcyantysemicie, natychmiast zaszokowało mnie swoją ironią, jeśli wziąć pod uwagę, że jego znaczenie to "pociągająco pulchny i soczysty" w jidysz, ale po niemiecku oznacza po prostu "soczysty"). Wyglądała trochę jak Simone Signoret - w jej wyrazie oczu była ta sama światowa bystrość - ale Lina sprawiała wrażenie zarówno mniej wyrafinowanej, jak i bardziej emocjonalnej. Wydawało się, że na ogół wyraża to, co w danej chwili czuje. Potrafiła opowiadać skomplikowane (często zabawne) historie dosadnymi słowami, a jej znajomość języka gestów była na tyle dobra, że mój milczący ochroniarz czuł się uczestnikiem naszej rozmowy. Interesowało ją, jak żyją inni ludzie; wydawała się niepewna prawie wszystkiego innego, z wyjątkiem tego, co (wciąż) czuła do swojego męża. Kiedy w końcu doszłyśmy do tematu, dla którego przebyłam tak daleką drogę, aby z nią porozmawiać, źle przetłumaczyłam słowo oznaczające przywództwo, używając Leiterschaft (tak naprawdę nie ma takiego słowa) zamiast Leitung. Zrozumiałe, że pomyślała, że powiedziałam Leidenschaft, co oznacza pasję.
"Och, jak cudownie!" - wykrzyknęła. "To naprawdę ważna rzecz, o której trzeba napisać książkę!" I klasnęła w dłonie przed uśmiechniętą twarzą. Gdy wyjaśniłam nieporozumienie, położyła ręce na stole i spojrzała na nie. "Oczywiście - powiedziała bardzo cicho - przywództwo też jest ważne".
1 Chris McNab, The SS: 1923-1945, Amber Books Ltd., London 2009, s. 137. Nancy Dougherty nie zdążyła dokończyć przygotowania maszynopisu do publikacji przed swoją przedwczesną śmiercią. Na życzenie rodziny autorki Christopher Lehmann-Haupt przygotował książkę do druku i opatrzył ją przypisami, opierając się na pozostawionych przez Nancy Dougherty materiałach. Nie były one kompletne, stąd w rozdziałach 15-28 brakuje przypisów (przyp. tłum.).
2 Elizabeth K. Minnich, The Evil of Banality: On the Life and Death Importance of Thinking, Rowman and Littlefield, Lanham, MD 2017, s. 27, przyp. 6.
3 Gitta Sereny, The Healing Wound: Experiences and Reflections on Germany, 1938-2001, W.W. Norton, New York 2001, s. 123.
4 Hannah Arendt, Eichmann in Jerusalem, Viking Compass, New York 1965, s. 264.
5 Joachim C. Fest, The Face of the Third Reich: Portraits of Nazi Leadership, przeł. Michael Bullock, Pantheon, New York 1970, cz. II, s. 109 i n.
6 George Orwell, Coming Up for Air, Harcourt Harvest, New York 1950, s. 188.
7 Lina Heydrich, Leben mit einem Kriegsverbrecher, Verlag W. Ludwig, Pfaffenhofen an der Ilm 1976, s. 132.
8 Robert Gerwarth, Hitler's Hangman: The Life of Heydrich, Yale University Press, New Haven, CT 2011, s. 29-91.