PROLOG: IRLANDZKIE MAŁŻEŃSTWO
CZĘŚĆ PIERWSZA. WILLA W HAMPSTEAD
I
Pewnego letniego poranka ponad trzydzieści lat temu w kajucie statku pasażerskiego należącego do Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, który miał właśnie wypłynąć z Gravesend do Bombaju, dwie dziewczyny płakały gorzkimi łzami.
Obie liczyły sobie tyle samo lat - osiemnaście. Od dzieciństwa były bliskimi i serdecznymi przyjaciółkami ze szkolnej ławy. Teraz rozstawały się po raz pierwszy i to, być może, na zawsze.
Jedna miała na imię Blanche, druga - Anne.
Obie pochodziły z ubogich rodzin, obie były praktykantkami w szkole i obie miały odtąd same zarabiać na chleb. Pod względem osobistym i społecznym były to jedyne podobieństwa, jakie je łączyły.
Blanche była zaledwie przeciętnie atrakcyjna i przeciętnie inteligentna. Anne za to niespotykanie piękna i niespotykanie uzdolniona. Rodzice Blanche byli ludźmi szlachetnymi, mającymi na względzie przede wszystkim zabezpieczenie przyszłości dziecka. Rodzice Anne byli bezduszni i zdemoralizowani. Jeśli chodzi o córkę, myśleli tylko o tym, jak najkorzystniej spieniężyć jej urodę i talenty.
Dziewczęta wchodziły w życie w zupełnie różnych okolicznościach. Blanche płynęła do Indii, aby zostać guwernantką w domu pewnego sędziego i pozostawać pod opieką jego żony. Anne miała zostać w kraju, dopóki nie nadarzy się okazja wysłania jej tanio do Mediolanu. Tam, wśród obcych, miała doskonalić się w sztuce aktorskiej i wokalnej, a po powrocie do Anglii przynieść swojej rodzinie fortunę, występując na scenie.
Takie to perspektywy rysowały się przed każdą z dziewcząt, gdy siedziały złączone w mocnym uścisku w kajucie statku i gorzko płakały. Wypowiedziane szeptem słowa pożegnania - przesadne i spontaniczne, jak to u dziewcząt bywa - w obu przypadkach płynęły prosto z serca.
- Blanche! Może w Indiach wyjdziesz za mąż. Skłoń męża, aby zabrał cię z powrotem z Anglii.
- Anne! Może zbrzydnie ci scena. Jeśli tak, wyjedź do Indii.
- W Anglii czy w świecie, zamężne czy nie, spotkamy się, kochana, choćby miało minąć wiele lat, na zawsze połączone tą samą dawną miłością jako przyjaciółki, które sobie pomagają, i siostry, które sobie ufają! Ślubuj, Blanche!
- Ślubuję, Anne!
- Z całego serca i duszy?
- Z całego serca i duszy.
Okręt rozwinął żagle i zaczął kołysać się na wodzie. Koniecznym było odwołać się do autorytetu kapitana, aby można było rozdzielić dziewczęta. Kapitan interweniował łagodnie, ale stanowczo.
- Chodź, moja droga - rzekł, obejmując Anne ramieniem - zdaj się na mnie! Sam mam córkę.
Głowa Anne opadła na ramię kapitana. Ten osobiście wsadził ją do szalupy. Pięć minut później statek zaczął odpływać, szalupa dobiła do pomostu cumowniczego, a dziewczęta miały na długie lata zniknąć sobie z oczu.
Było to latem 1831 roku.
II
Dwadzieścia cztery lata później - latem 1855 roku - w Hampstead znajdowała się pewna umeblowana willa gotowa już do wynajęcia.
Dom dotychczas jeszcze zajmowały osoby pragnące go wynająć. Owego wieczora, którego rozgrywa się niniejsza scena, przy stole w jadalni zasiadała dama oraz dwóch dżentelmenów. Dama osiągnęła dojrzały wiek czterdziestu dwóch lat. Wciąż była niespotykanie piękną kobietą. Jej młodszy o kilka lat mąż siedział naprzeciwko niej milczący i skrępowany, ani razu, nawet przypadkowo, nie podnosząc wzroku na żonę. Trzecia osoba była gościem. Nazwisko męża brzmiało Vanborough, nazwisko gościa - Kendrew.
Kolacja dobiegała końca. Na stole stały owoce i wino. Pan Vanborough w milczeniu podsunął butelkę panu Kendrew. Pani domu obejrzała się na służącą i powiedziała:
- Powiedz dzieciom, aby przyszły.
Drzwi otwarły się i do pokoju weszła dwunastoletnia dziewczynka, prowadząc za rękę pięciolatkę. Obie miały na sobie ładne białe sukienki ze wstążkami w jednakowym odcieniu błękitu. Jednak nie było między nimi rodzinnego podobieństwa. Starsza dziewczynka była krucha i delikatna, o bladej, wrażliwej twarzyczce. Młodsza miała cerę jasną i kwitnącą, krągłe, rumiane policzki i żywe, zadziorne spojrzenie, stanowiąc urocze uosobienie szczęścia i zdrowia.
Pan Kendrew spojrzał pytająco na młodszą dziewczynkę.
- Ta młoda dama - rzekł - jest mi zupełnie obca.
- Gdyby nie był pan w tym domu nieobecny przez ostatni rok - odparła pani Vanborough - nie uczyniłby pan tego wyznania. To mała Blanche, jedyne dziecko mojej najdroższej przyjaciółki. Kiedy matka Blanche i ja widziałyśmy się po raz ostatni, byłyśmy dwiema ubogimi uczennicami wchodzącymi w życie. Przyjaciółka wyjechała do Indii i po latach wyszła tam za mąż. Może słyszał pan o jej mężu, sir Thomasie Lundie, słynnym indyjskim oficerze? Tak, "bogatym sir Thomasie", jak go nazywacie. Lady Lundie po raz pierwszy od swego wyjazdu jest teraz w drodze do Anglii, boję się nawet powiedzieć, ile to lat minęło. Spodziewałam się jej wczoraj, spodziewam się dzisiaj - może pojawić się lada chwila. Na statku, który zabrał ją do Indii, obiecałyśmy sobie, że jeszcze się spotkamy - to były nasze "śluby", jak to nazwałyśmy za dawnych drogich czasów. Proszę sobie wyobrazić, jak innymi zastaniemy się, gdy wreszcie się to zdarzy!
- Tymczasem, jak widzę - rzekł pan Kendrew - przyjaciółka pani wysłała córeczkę jako swoją przedstawicielkę? To daleka droga dla tak młodej podróżniczki.
- Droga zaordynowana rok temu przez lekarzy w Indiach - odparła pani Vanborough. - Orzekli, że zdrowie Blanche wymaga angielskiego powietrza. Sir Thomas był wtedy chory i żona nie mogła go zostawić. Musiała wysłać dziecko do Anglii, a do kogóż by ją miała wyekspediować jak nie do mnie? Niech pan na nią spojrzy i powie, czy angielskie powietrze jej nie służy! My, matki, zdajemy się prawdziwie żyć na nowo w naszych dzieciach, panie Kendrew. Ja mam jedynaczkę i moja przyjaciółka ma jedynaczkę. Moja córka ma na imię Anne, tak jak ja, a córka mojej przyjaciółki ma na imię Blanche, tak jak ona. A na dodatek obie dziewczynki polubiły się równie mocno jak my za dawnych szkolnych lat. Słyszy się czasem o dziedzicznej nienawiści. Czy istnieje również coś takiego jak dziedziczna miłość?
Nim gość zdążył odpowiedzieć, o jego uwagę upomniał się pan domu.
- Kendrew - odezwał się pan Vanborough - kiedy będziesz miał już dość domowych sentymentów, może wypijesz kieliszek wina?
Słowa te zostały wypowiedziane z nieskrywaną pogardą w tonie i zachowaniu. Pani Vanborough poczerwieniała. Odczekała, aby opanować chwilową irytację. Kiedy odezwała się do męża, uczyniła to, chcąc go najwyraźniej ułagodzić i udobruchać.
- Obawiam się, że nie czujesz się dziś dobrze, mój drogi?
- Poczuję się lepiej, gdy dzieci skończą stukać nożami i widelcami.
Dziewczynki obierały owoce. Młodsza kontynuowała czynność. Starsza przestała i spojrzała na matkę. Pani Vanborough przywołała do siebie Blanche i wskazała na przeszklone drzwi do ogrodu.
- Zechciałabyś zjeść owoce w ogrodzie, Blanche?
- Tak - odrzekła jej córka - jeśli Anne pójdzie ze mną.
Anna natychmiast wstała i obie dziewczynki wyszły, trzymając się za ręce. Kiedy zniknęły, pan Kendrew rozsądnie zmienił temat.
Nawiązał do wynajmu domu.
- Młode damy boleśnie odczują stratę ogrodu - rzekł. - Naprawdę szkoda, że rezygnujecie z tak ładnego miejsca.
- Opuszczenie domu to jeszcze nie największe poświęcenie - odparła pani Vanborough. - Jeśli dla Johna Hampstead jest zbyt odległe od Londynu, to oczywiście musimy się przeprowadzić. Jedyną uciążliwością, na jaką się uskarżam, są okoliczności wynajęcia domu.
Vanborough rzucił żonie niemiłe spojrzenie.
- A co ty masz do tego? - zapytał.
Pani Vanborough próbowała rozpędzić chmury nad małżeńskim horyzontem za pomocą uśmiechu.
- John, mój drogi - rzekła łagodnie - zapominasz, że kiedy ty załatwiasz interesy, ja jestem tu cały dzień. Nie sposób nie spotykać się z ludźmi, którzy przychodzą obejrzeć dom. A jacy to ludzie! - ciągnęła, zwracając się do pana Kendrew. - Są podejrzliwi wobec wszystkiego, od wycieraczki pod drzwiami po kominy na dachu. Pakują się tu o różnych porach. Zadają bezczelne pytania i jawnie okazują, że nie mają zamiaru wierzyć w odpowiedzi, zanim jeszcze zdąży się ich udzielić. Jakaś nikczemnica pyta: "Myśli pani, że rury są w porządku?" i podejrzliwie pociąga nosem, zanim odpowiem "tak". Jakiś brutal powątpiewa: "Jest pani pewna, że dom jest solidnie zbudowany?" i nie czekając na odpowiedź, wykonuje skok, całym ciężarem opadając na podłogę. Nikt nie chce wierzyć w żwirowy grunt ani południową ekspozycję. Nikt nie chce żadnego z naszych ulepszeń. Gdy tylko dowiadują się o studni artezyjskiej Johna, robią taką minę, jakby w ogóle nie pili wody. A kiedy przechodzą obok mojego wybiegu dla kur, natychmiast przestają doceniać zalety świeżych jaj!
Pan Kendrew roześmiał się.
- Sam przez to wszystko kiedyś przechodziłem - powiedział. - Ludzie, którzy chcą wynająć dom, są urodzonymi wrogami tych, od których chcą go pozyskać. Dziwne, prawda, Vanborough?
Ponury nastrój pana Vanborough opierał się wpływom przyjaciela równie uparcie jak wcześniej żony.
- Śmiem twierdzić, że nie słuchałem - rzekł.
Tym razem jego ton był niemal wrogi. Pani Vanborough spojrzała na męża z nieskrywanym zdziwieniem i udręką.
- John! - wykrzyknęła. - Co się z tobą dzieje? Boli cię coś?
- Człowiek ma chyba prawo być niespokojny i zmartwiony, nie cierpiąc przy tym bólu.
- Przykro mi słyszeć, że jesteś smutny. Chodzi o interesy?
- Tak, o interesy.
- Poradź się pana Kendrew.
- Czekam, aż będę mógł to zrobić.
Pani Vanborough natychmiast wstała.
- Zadzwoń, kiedy będziesz chciał kawy, kochanie - rzekła.
Mijając męża, przystanęła i czule przyłożyła mu dłoń do czoła.
- Chciałabym móc wygładzić te zmarszczone brwi! - szepnęła.
Pan Vanborough niecierpliwie potrząsnął głową. Pani Vanborough westchnęła, odwracając się ku drzwiom. Jej mąż rzucił za nią:
- Dopilnuj, żeby nam nie przeszkadzano!
- Zrobię, co mogę. - Stojąc w otwartych drzwiach, spojrzała na pana Kendrew i zdobyła się na wcześniejszy lekki ton. - Ale nie zapominaj o naszych "urodzonych wrogach"! Nawet o tej porze może przyjść ktoś, kto będzie chciał obejrzeć dom.
Dwaj dżentelmeni zostali sami przy winie. Istniał między nimi silny kontrast. Pan Vanborough był wysoki i ciemnowłosy - pewny siebie, przystojny mężczyzna z wypisaną na twarzy siłą, co do której nikt nie mógł mieć wątpliwości i z ukrytym pod nią wrodzonym fałszem, który mógł odkryć jedynie wprawny obserwator. Pan Kendrew zaś był niski i jasnowłosy - powolny i niezgrabny w ruchach z wyjątkiem chwil, gdy coś go wzburzyło. Patrząc na jego twarz, świat widział brzydkiego i skrytego człeczynę. Wprawny obserwator, wnikając pod powierzchnię, znajdował piękną naturę opartą na mocnej podstawie honoru i prawdy.
Pan Vanborough zaczął rozmowę:
- Jeśli kiedyś się ożenisz, nie bądź takim głupcem jak ja, Kendrew. Nie bierz żony ze sceny.
- Gdybym mógł mieć taką żonę jak ty - odparł tamten - wziąłbym ją ze sceny nawet jutro. Kobieta piękna, mądra, o nieposzlakowanej opinii i szczerze cię kochająca. Człowieku! Czego chcesz więcej?
- Chcę dużo więcej. Chcę kobiety dobrze urodzonej i ustosunkowanej, kobiety, która może przyjmować najlepsze towarzystwo w Anglii i otworzyć mężowi drogę do pozycji w świecie.
- Pozycji w świecie! - zawołał pan Kendrew. - Oto człowiek, któremu ojciec zostawił pół miliona pod tym jednym warunkiem, że zajmie jego miejsce na czele jednego z największych przedsiębiorstw handlowych w Anglii. A on mówi o pozycji, jak gdyby był młodszym urzędnikiem we własnym biurze! Gdzie sięga twoja ambicja poza to, co już otrzymałeś?
Pan Vanborough dopił wino i utkwił w przyjacielu baczne spojrzenie.
- Moja ambicja - rzekł - widzi karierę w parlamencie zwieńczoną parostwem i żadnej przeszkody na drodze z wyjątkiem mojej godnej szacunku żony.
Pan Kendrew ostrzegawczo uniósł dłoń.
- Nie mów w ten sposób - powiedział. - Jeśli żartujesz, nie rozumiem żartu. Jeśli mówisz poważnie, nasuwasz mi podejrzenie, którego wolałbym nie pojmować. Zmieńmy temat.
- Nie! Pomówmy o tym teraz. Co podejrzewasz?
- Podejrzewam, że zaczynasz być znudzony swoją żoną.
- Ona ma czterdzieści dwa lata, a ja trzydzieści pięć i jesteśmy małżeństwem od trzynastu. Wszystko to wiesz i podejrzewasz jedynie, że jestem nią znudzony. O święta naiwności! Masz do powiedzenia coś więcej?
- Skoro mnie zmuszasz, skorzystam z prawa starego przyjaciela i powiem, że traktujesz ją niesprawiedliwie. Mijają niemal dwa lata, odkąd zakończyłeś pobyt za granicą i przyjechałeś do Anglii po śmierci ojca. Jeśli nie liczyć mnie i jednego czy dwóch innych przyjaciół z dawnych lat, nie przedstawiłeś swojej żony nikomu. Nowe stanowisko otworzyło ci drogę do najlepszego towarzystwa. Nigdy nie zabierasz ze sobą żony. Wychodzisz tak, jak gdybyś był kawalerem. Skądinąd wiem, że więcej niż co czwarty z twoich nowych znajomych faktycznie uważa, że jesteś nieżonaty. Wybacz, że wypowiadam się bez ogródek: mówię, co myślę. To niegodziwe trzymać żonę w zamknięciu tak, jakbyś się jej wstydził.
- Wstydzę się jej.
- Vanborough!
- Zaczekaj! Nie będę ci we wszystkim ustępował, mój miły panie. Jakie są fakty? Trzynaście lat temu zakochałem się w ładnej śpiewaczce i poślubiłem ją. Mój ojciec był na mnie zły, musiałem więc wyjechać i zamieszkać z nią za granicą. Tam mój postępek nie miał znaczenia. Ojciec wybaczył mi na łożu śmierci i musiałem przywieźć ją z powrotem. Jednak tutaj ma to znaczenie. Oto otwiera się przede mną droga do wielkiej kariery, a ja jestem związany z kobietą, której stosunki są najniższe (jak dobrze wiesz) z możliwych, kobietą bez cienia dystynkcji w sposobie bycia i bez najmniejszych aspiracji wychodzących poza pokój dziecinny i kuchnię, fortepian i książki. Czy taka żona może pomóc mi zdobyć pozycję wśród socjety, usunąć przeszkody towarzyskie i polityczne, a wreszcie utorować mi drogę do Izby Lordów? Na Jowisza! Jeśli kiedykolwiek istniała kobieta, którą należałoby "trzymać w zamknięciu" (jak się wyraziłeś), jest nią moja żona. Co więcej, jeśli chcesz znać prawdę, to mam zamiar wyprowadzić się z domu właśnie dlatego, że nie mogę trzymać jej tutaj w zamknięciu. Ma przeklęty talent do zawierania znajomości, dokądkolwiek pójdzie. Jeśli pozwolę jej dłużej mieszkać w tej okolicy, wkrótce będzie miała wokół siebie krąg przyjaciół. Przyjaciół, którzy zapamiętają ją jako słynną śpiewaczkę operową. Przyjaciół, którzy widzieli tego łajdaka jej ojca pijanego i przychodzącego pożyczać od niej pieniądze (za moimi plecami)! Mówię ci, to małżeństwo zrujnowało moje widoki na przyszłość. Nie ma sensu mówić mi o zaletach mojej żony. Przy nich wszystkich jest mi kulą o nogi. Gdybym nie był urodzonym idiotą, zaczekałbym i ożenił się z kobietą, która by mi się na coś przydała, kobietą dobrze ustosunkowaną...
Pan Kendrew dotknął ramienia gospodarza i przerwał mu raptownie.
- Przechodząc do sedna sprawy - rzekł - kobietą taką jak lady Jane Parnell.
Pan Vanborough drgnął. Po raz pierwszy spuścił oczy pod spojrzeniem przyjaciela.
- Co wiesz o lady Jane? - zapytał.
- Nic. Nie obracam się w kręgach lady Jane, ale czasami chodzę do opery. Wczoraj wieczorem widziałem cię z nią w jej loży i słyszałem, co mówiono obok mnie na parterze. Otwarcie plotkowano o tobie jako o ulubieńcu lady Jane przedkładanym nad innymi. Wyobraź sobie, co by było, gdyby twoja żona to usłyszała! Mylisz się, Vanborough, pod każdym względem się mylisz. Zatrważasz mnie, przygnębiasz i rozczarowujesz. Nigdy nie szukałem tego wyjaśnienia, ale skoro przyszło, nie będę się przed nim wzdragał. Przemyśl swoje postępowanie, przemyśl to, co mi powiedziałeś, albo nie zaliczaj mnie więcej do swoich przyjaciół. Nie! Nie chcę dłużej o tym rozmawiać. Oboje zaczynamy się zapalać i może dojść do tego, że powiemy coś, czego lepiej nie mówić. Powtarzam, zmieńmy temat. Pisałeś, że chcesz, abym przyszedł, ponieważ potrzebujesz mojej rady w jakiejś ważnej sprawie. Co to za sprawa?
Po tym pytaniu nastąpiła cisza. Twarz Vanborough zaczęła zdradzać oznaki zakłopotania. Gospodarz nalał sobie kolejny kieliszek wina i wypił go jednym haustem.
- Nie jest łatwo powiedzieć ci to, co chcę powiedzieć - rzekł - po tym, w jaki sposób mówiłeś do mnie o mojej żonie.
Pan Kendrew wyglądał na zaskoczonego.
- Czy sprawa dotyczy pani Vanborough? - zapytał.
- Tak.
- Czy ona o niej wie?
- Nie.
- Trzymałeś rzecz w tajemnicy przez wzgląd na żonę?
- Tak.
- Czy mam prawo doradzać w tej sprawie?
- Masz prawo, jakie przysługuje staremu przyjacielowi.
- W takim razie dlaczego nie powiesz mi wprost, o co chodzi?
Pan Vanborough ponownie popadł w zakłopotanie.
- Lepiej będzie - odparł - jeśli usłyszysz to z ust osoby trzeciej, której spodziewam się lada chwila. Człowiek ten zna wszystkie fakty i jest zdolny przedstawić je lepiej ode mnie.
- Kto to taki?
- Mój przyjaciel, Delamayn.
- Twój prawnik?
- Tak, młodszy partner w kancelarii Delamayn, Hawke & Delamayn. Znasz go?
- Owszem. Rodzina jego żony przyjaźniła się ze mną, zanim się ożenił. Nie przepadam za nim.
- Dość trudno cię dziś zadowolić! Jeśli żył kiedyś człowiek ze świetnymi perspektywami, jest nim właśnie Delamayn. Ten człowiek ma przed sobą karierę i dość odwagi, aby się nią zająć. Zamierza odejść z kancelarii i spróbować szczęścia w sądzie. Wszyscy mówią, że zajdzie daleko. Co masz przeciwko niemu?
- Zupełnie nic. Czasami spotykamy ludzi, których nie wiedzieć czemu nie lubimy. Nie wiedzieć czemu, ja nie lubię pana Delamayna.
- Jakkolwiek by było, dziś wieczorem musisz go znieść. Zaraz tu będzie.
Osoba, o której mowa, pojawiła się w tej właśnie chwili. Służąca otworzyła drzwi i zaanonsowała:
- Pan Delamayn.
III
Pod względem powierzchowności obiecujący prawnik, który miał spróbować szczęścia w sądzie, wyglądał na człowieka, którzy odniesie sukces. Surowa, gładko ogolona twarz, czujne szare oczy, wąskie, stanowcze wargi mówiły jasno ni mniej, ni więcej tylko: "zamierzam zajść daleko, a jeśli wejdziesz mi w drogę, pójdę dalej twoim kosztem". Pan Delamayn był zwyczajowo uprzejmy dla każdego, ale nigdy nie słyszano, aby wypowiedział choćby jedno niepotrzebne słowo nawet do najbliższego przyjaciela. Był człowiekiem wybitnie uzdolnionym, człowiekiem o nieposzlakowanej opinii (jeśli idzie o kodeks tego świata), ale nie człowiekiem, z którym można się spoufalać. Nigdy nie pożyczyłbyś od niego pieniędzy, ale powierzyłbyś mu nieprzeliczone bogactwa. Gnębiony zmartwieniami osobistymi wahałbyś się, czy prosić go o pomoc. Gnębiony publicznymi zmartwieniami powiedziałbyś: oto człowiek, którego mi trzeba. Należał do tych, którzy potrafią rozpychać się łokciami - nikt, kto na niego spojrzał, nie mógł mieć co do tego wątpliwości.
- Kendrew to mój stary przyjaciel - powiedział pan Vanborough, zwracając się do prawnika. - Wszystko, co ma mi pan do powiedzenia, może pan powiedzieć przy nim. Napije pan się wina?
- Nie, dziękuję.
- Przynosi pan jakieś wieści?
- Tak.
- Ma pan opinie na piśmie dwóch adwokatów?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie jest to konieczne. Jeśli fakty w tej sprawie są właściwie przedstawione, nie ma cienia wątpliwości co do prawa.
Powiedziawszy to, pan Delamayn wyjął z kieszeni zapisaną kartkę i rozłożył ją na stole przed gospodarzem.
- Co to? - zapytał pan Vanborough.
- Wyjaśnienia dotyczące pańskiego małżeństwa.
Pan Kendrew drgnął i zdradził pierwsze oznaki zainteresowania czynnościami, które dotąd go nie poruszały. Pan Delamayn na chwilę zatrzymał na nim wzrok, po czym kontynuował.
- Sprawa - podjął - jak ją pan pierwotnie przedstawił, spisana przez naszego sekretarza.
Zły humor pana Vanborough znów zaczął dawać o sobie znać.
- Co nas to teraz obchodzi? - zapytał. - Zasięgnął pan informacji, aby udowodnić prawdziwość mojego oświadczenia, prawda?
- Tak.
- I dowiedział się pan, że mam rację?
- Dowiedziałem się, że ma pan rację, o ile wszystko się zgadza. Chcę mieć pewność, że podczas spisywania relacji przez sekretarza nie wystąpił żaden błąd. To bardzo ważne. Mam wziąć na siebie odpowiedzialność wydania opinii mogącej mieć poważne konsekwencje i zamierzam się najpierw upewnić, że opinia ta opiera się na solidnych podstawach. Chcę zadać panu kilka pytań. Proszę o cierpliwość. To nie potrwa długo.
Prawnik zerknął na rękopis i zadał pierwsze pytanie.
- Zawarł pan małżeństwo w Inchmallock w Irlandii trzynaście lat temu?
- Tak.
- Pańska żona, wówczas panna Anne Silvester, była rzymską katoliczką?
- Tak.
- Jej rodzice byli rzymskimi katolikami?
- Byli.
- Pańscy rodzice byli protestantami, a pan został ochrzczony i wychowany w Kościele anglikańskim?
- Wszystko się zgadza!
- Panna Anne Silvester miała silne opory przed poślubieniem pana, ponieważ należeliście do różnych wspólnot religijnych?
- Tak.
- Odrzucił pan jej obiekcje, zgadzając się zostać rzymskim katolikiem, podobnie jak ona?
- Przeszedłem cały obrzęd.
- W kraju czy za granicą?
- Za granicą.
- Na jak długo przed datą ślubu?
- Na sześć tygodni przed ślubem.
Pan Delamayn, który cały czas konsultował się z trzymanym w dłoni dokumentem, szczególnie starannie porównał tę odpowiedź z zapisem wykonanym przez sekretarza.
- Zgadza się - powiedział i kontynuował zadawanie pytań.
- Księdzem udzielającym wam ślubu był niejaki Ambrose Redman - młody człowiek, który niedawno podjął obowiązki duszpasterskie?
- Tak.
- Zapytał was, czy oboje jesteście rzymskimi katolikami?
- Tak.
- Pytał o coś jeszcze?
- Nie.
- Jest pan pewien, że nie dociekał, czy oboje byliście katolikami przez dłużej niż rok, dopóki nie przyszliście, aby zawrzeć ślub?
- Jestem tego pewien.
- Musiał zatem zapomnieć o tej części swojego obowiązku albo jako początkujący może w ogóle nie był jej świadom. Czy panu ani damie nie przyszło do głowy, aby poinformować go w tej kwestii?
- Ani ja, ani dama nie wiedzieliśmy, że istnieje konieczność poinformowania go.
Pan Delamayn złożył rękopis i wsunął go z powrotem do kieszeni.
- Zgadza się - rzekł. - W każdym szczególe.
Smagła twarz pana Vanborough z wolna pobladła. Mężczyzna rzucił jedno ukradkowe spojrzenie na pana Kendrew i znów się odwrócił.
- A teraz - rzekł do prawnika - pańska opinia! Co mówi prawo?
- Prawo - odparł pan Delamayn - jest poza wszelką wątpliwością i dyskusją. Pańskie małżeństwo z panną Anne Silvester w ogóle nie jest małżeństwem.
Pan Kendrew zerwał się na równe nogi.
- Co ma pan na myśli? - zapytał ostro.
Obiecujący prawnik uniósł brwi w geście uprzejmego zdumienia. Jeśli pan Kendrew pragnął informacji, dlaczego prosił o nią w taki sposób?
- Czy chce pan, abym wyjaśnił aspekt prawny tej sprawy?
- Chcę.
Pan Delamayn przedstawił prawo takim, jakie nadal obowiązuje, ku hańbie angielskiej legislatury i angielskiego narodu.
- Na mocy irlandzkiego statutu Jerzego II - rzekł - każde małżeństwo udzielone przez papistowskiego księdza dwojgu protestantów albo papistowi i osobie, która była protestantem w okresie dwunastu miesięcy przed ślubem, uważa się za nieważne. A na mocy dwóch innych aktów prawnych z czasów panowania tego samego króla udzielanie podobnego ślubu jest przestępstwem ze strony księdza. Prawo to zostało uchylone względem irlandzkich duchownych innych wyznań, ale nadal pozostaje w mocy, jeśli chodzi o księży rzymskokatolickich.
- Że też podobny stan rzeczy jest możliwy w naszych czasach! - wykrzyknął pan Kendrew.
Pan Delamayn uśmiechnął się. Zdążył już wyzbyć się typowych złudzeń co do swoich współczesnych czasów.
- Istnieją inne przypadki, w których irlandzkie prawo małżeńskie wykazuje pewne swoiste anomalie - ciągnął. - Jak już powiedziałem, przestępstwem jest udzielanie przez katolickiego księdza ślubu, którego legalnie może udzielić parafialny pastor, duchowny prezbiteriański lub nonkonformistyczny. Przestępstwem również jest (na mocy innego prawa) udzielanie przez parafialnego pastora ślubu, którego legalnie może udzielić katolicki ksiądz. Podobnie przestępstwem jest (jak stanowi jeszcze inne prawo) udzielanie przez duchownego prezbiteriańskiego lub nonkonformistycznego ślubu, którego legalnie może udzielić pastor Kościoła anglikańskiego. Osobliwy stan rzeczy. Obcokrajowcy mogą nawet pomyśleć, że to skandaliczny stan rzeczy. Wydaje się jednak, że w naszym kraju nie mamy nic przeciwko niemu. Wracając do naszej sprawy, jasno wynika, iż pan Vanborough jest człowiekiem nieżonatym, pani Vanborough jest kobietą niezamężną, ich dziecko jest nieślubne, a ksiądz Ambrose Redman jako przestępca podlega karze za udzielenie im ślubu.
- Haniebne prawo! - wykrzyknął pan Kendrew.
- Ale jest prawem - brzmiała jedyna odpowiedź pana Delamayna.
Jak dotąd pan domu nie odezwał się ani słowem. Siedział zamyślony z ustami zaciśniętymi i oczyma utkwionymi w stół.
Pan Kendrew zwrócił się do niego i przerwał ciszę.
- Czy mam rozumieć, że porada, jakiej ode mnie chciałeś, dotyczy tej właśnie opinii? - zapytał.
- Tak.
- Chcesz powiedzieć, że przewidując, do jakiego wyniku może prowadzić przeprowadzone przez twoich prawników badanie, miałeś jakiekolwiek wątpliwości co do kroków, które jesteś zobowiązany podjąć? Czy naprawdę mam rozumieć, że wahasz się, czy naprawić ten straszny błąd i uczynić kobietę, która jest twoją żoną w oczach niebios, żoną w oczach prawa?
- Jeśli tak to przedstawiasz - powiedział pan Vanborough - jeśli nie bierzesz pod uwagę...
- Chcę jasnej odpowiedzi na moje pytanie: tak lub nie.
- Pozwól mi coś powiedzieć, dobrze? Człowiek ma chyba prawo się wytłumaczyć?
Pan Kendrew powstrzymał go gestem wyrażającym obrzydzenie.
- Szkoda twojej fatygi na tłumaczenia - rzekł. - Wolę wyjść. Udzielił mi pan lekcji, której nie zapomnę, sir. Okazuje się, że jeden człowiek może znać drugiego od dzieciństwa i przez cały ten czas nie widzieć nic poza fałszywymi pozorami. Wstyd mi, że w ogóle byłem pańskim przyjacielem. Od tej pory jest pan dla mnie obcy.
Po tych słowach mężczyzna wyszedł z pokoju.
- Co za osobliwie porywczy człowiek - zauważył pan Delamayn. - Jeśli pan pozwoli, chyba zmienię zdanie. Napiję się wina.
Pan Vanborough wstał, nie odpowiadając, i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. Chociaż w zamiarach, jeśli jeszcze nie w czynach był łotrem, utrata najstarszego przyjaciela chwilowo go oszołomiła.
- To niezręczna sytuacja, Delamayn - powiedział. - Co byś mi radził?
Pan Delamayn potrząsną głową i upił łyk bordeaux.
- Odmawiam doradzania panu - odparł. - Nie biorę na siebie żadnej odpowiedzialności poza odpowiedzialnością za stwierdzenie, co w pańskim przypadku mówi prawo.
Pan Vanborough usiadł z powrotem przy stole, aby rozważyć możliwość skorzystania bądź nieskorzystania z wolności od małżeńskiego węzła. Jak dotąd nie miał zbyt dużo czasu, aby przemyśleć tę sprawę. Gdyby nie pobyt na kontynencie, kwestia formalnego uchybienia w jego małżeństwie bez wątpienia już dawno zostałaby podniesiona. Długa nieobecność w kraju sprawiła jednak, że pojawiła się i to całkowicie przypadkowo dopiero podczas rozmowy z panem Delamaynem latem tego roku.
Przez kilka minut prawnik siedział w milczeniu, popijając wino, a pan domu milczał pogrążony we własnych myślach. Pierwszą zmianę, jaka zaszła w scenie, wywołało pojawienie się w jadalni służącego.
Pan Vanborough spojrzał na mężczyznę z nagłą złością.
- Czego tu chcesz?
Mężczyzna był dobrze wychowanym angielskim służącym. Innymi słowy, ludzką maszyną, która raz nakręcona spełnia swoje obowiązki. Miał do powiedzenia pewne słowa i wypowiedział je.
- Przyszła jakaś dama, która chciałaby obejrzeć dom, sir.
- Domu nie ogląda się o tak późnej porze.
Maszyna miała do przekazania wiadomość i przekazała ją.
- Dama chciała, abym przeprosił w jej imieniu, sir. Mam przekazać, że jest pod presją czasu. To ostatni dom na liście agenta, a jej stangret nie radzi sobie z odnajdywaniem drogi w nieznanych miejscach.
- Przestań gadać i każ damie iść do diabła!
Pan Delamayn interweniował, po części w interesie swojego klienta, po części w imię przyzwoitości.
- Zależy panu, jak sądzę, na wynajęciu domu najszybciej jak to możliwe? - zapytał.
- Oczywiście, że tak!
- Czy rozsądnym jest tracić okazję do znalezienia najemcy z powodu chwilowego rozdrażnienia?
- Rozsądnym czy nie, to cholernie dokuczliwe, kiedy niepokoi cię ktoś obcy.
- Jak pan chce. Nie chcę się wtrącać. Chciałabym tylko powiedzieć - na wypadek, gdyby myślał pan o mojej wygodzie jako gościa - że mnie to nie będzie przeszkadzać.
Służący czekał z nieprzeniknioną miną. Pan Vanborough ustąpił.
- Dobrze. Wpuść ją. Pamiętaj tylko, że jeśli tu przyjdzie, ma jedynie zajrzeć do pokoju i wyjść. Jeśli będzie chciała o coś spytać, musi zwrócić się do agenta.
Pan Delamayn interweniował raz jeszcze, tym razem w interesie pani domu.
- Czy nie byłoby wskazanym - podsunął - skonsultować się z panią Vanborough, zanim podejmie pan decyzję?
- Gdzie jest pani?
- W ogrodzie albo na łące, sir, nie jestem pewien.
- Nie możemy rozsyłać ludzi po całej okolicy w poszukiwaniu jej. Powiedz pokojówce i wprowadź damę.
Służący wycofał się. Pan Delamayn nalał sobie drugi kieliszek wina.
- Znakomite wino - rzekł. - Sprowadza je pan prosto z Bordeaux?
Nie otrzymał odpowiedzi. Pan Vanborough wrócił do rozważania opcji uwolnienia się bądź nie z więzów małżeńskich. Jeden łokieć oparł na stole i wściekle gryzł paznokcie. Mamrotał pod nosem:
"Co mam zrobić?".
Z korytarza dobiegł delikatny szelest jedwabiu. Drzwi się otwarły i w jadalni zjawiła się dama, która przyszła obejrzeć dom.
IV
Była wysoka i zgrabna, a jej strój stanowił najbardziej udane połączenie prostoty i okazałości. Twarz miała zasłoniętą delikatną letnią woalką. Uniosła ją i z niewymuszoną gracją wysoko urodzonej kobiety wyraziła przeprosiny za to, że przeszkadza dżentelmenom przy winie.
- Proszę przyjąć moje przeprosiny za najście. Wstydzę się, że przeszkadzam. Jedno spojrzenie na pokój wystarczy w zupełności.
Jak dotąd zwracała się do pana Delamayna, który był najbliżej. Kiedy rozejrzała się po pokoju, jej wzrok padł na pana Vanborough. Drgnęła i wydała okrzyk zdumienia.
- Pan! Wielkie nieba! Kto by pomyślał, że tu pana spotkam?
Pan Vanborough z kolei stał jak skamieniały.
- Lady Jane! - zawołał. - Czy to możliwe?
Mówiąc to, mężczyzna starał się nie patrzeć na kobietę. Jego wzrok jak u winowajcy powędrował w kierunku przeszklonych drzwi wychodzących do ogrodu. Sytuacja była straszna - równie straszna, gdyby jego żona dowiedziała się o lady Jane lub gdyby lady Jane dowiedziała się o jego żonie. Na trawniku przed domem chwilowo nie było widać nikogo. Gdyby tylko los sprzyjał, znajdzie czas, aby pozbyć się gościa z domu. Gość, całkowicie nieświadomy sytuacji, podał mu dłoń.
- Po raz pierwszy jestem w stanie uwierzyć w mesmeryzm - rzekła wesoło lady Jane. - To przypadek przyciągania sympatii, panie Vanborough. Moja przyjaciółka inwalidka potrzebuje umeblowanego domu w Hampstead. Podejmuję się go dla niej znaleźć i dzień, który wybieram na poszukiwania, jest tym samym, który pan wybiera na kolację z przyjacielem. Na mojej liście zostaje ostatni dom w Hampstead i w domu tym spotykam pana. Niesłychane!
Lady Jane odwróciła się do pana Delamayna.
- Przypuszczam, że zwracam się do pana domu?
Nim którykolwiek z dżentelmenów zdołał powiedzieć choć słowo, kobieta zauważyła ogród.
- Jaka piękna posiadłość! Czy w ogrodzie widzę kobietę? Mam nadzieję, że to nie przeze mnie wyszła.
Obejrzała się i zwróciła do pana Vanborough.
- Żona pańskiego przyjaciela? - zapytała i tym razem czekała na odpowiedź.
Jaka odpowiedź była możliwa w sytuacji pana Vanborough?
Panią Vanborough było nie tylko widać, ale i słychać w ogrodzie, gdzie wydawała polecenia jednemu z zatrudnionych w obejściu służących takim tonem i w taki sposób, które jednoznacznie wskazywały na właścicielkę domu. A gdyby tak powiedział: "Nie jest żoną mojego przyjaciela?". Kobieca ciekawość nieuchronnie kazałaby lady Jane zadać następne pytanie: "Kto to taki?". A gdyby wymyślił wytłumaczenie? Wytłumaczenie zajęłoby czas, a czas dałby jego żonie sposobność do odkrycia lady Jane. Biorąc pod uwagę wszystkie te względy, pan Vanborough wybrał najkrótszą i najśmielszą drogę, aby wybrnąć z kłopotu. Odpowiedział milczącym skinieniem głowy, które zręcznie zmieniło panią Vanborough w panią Delamayn, nie dając panu Delamayn okazji usłyszenia tego.
Jednak oko prawnika jak zwykle zachowało czujność i dostrzegło gest.
W jednej chwili opanowując pierwsze naturalne zdziwienie bezczelnością, na którą sobie wobec niego pozwolono, pan Delamayn wyciągnął nieuchronny wniosek, że coś było nie tak i że nastąpiła próba (niedopuszczalna) wmieszania go w to. Zbliżył się do pana Vanborough, zdecydowany zaprzeczyć swojemu klientowi prosto w twarz.
Jednak elokwentna lady Jane przerwała mu, nim zdołał otworzyć usta.
- Mogę zadać jedno pytanie? Czy okna wychodzą na południe? Oczywiście, że tak. Powinnam zobaczyć po słońcu, że okna wychodzą na południe. Ten i dwa pozostałe to jedyne pokoje na parterze, jak sądzę? A czy dom jest cichy? Oczywiście, że tak! Uroczy dom. Będzie o wiele bardziej odpowiadał mojej przyjaciółce niż jakikolwiek inny, jaki dotąd widziałam. Da mi pan prawo pierwszeństwa najmu do jutra?
W tym miejscu urwała dla zaczerpnięcia powietrza i po raz pierwszy dała panu Delamaynowi sposobność, aby się do niej odezwać.
- Proszę jaśnie panią o wybaczenie - zaczął. - Doprawdy nie mogę...
Pan Vanborough, mijając prawnika od tyłu, szeptem powstrzymał go, nim zdołał powiedzieć choć słowo więcej.
- Na Boga, nie zaprzeczaj mi! Moja żona idzie w tę stronę!
W tej samej chwili (nadal przypuszczając, że pan Delamayn jest panem domu) lady Jane wróciła do rozmowy.
- Zdaje się pan odczuwać pewne wahanie - rzekła. - Chce pan referencji? - Uśmiechnęła się ironicznie i wezwała na pomoc przyjaciela. - Panie Vanborough!
Pan Vanborough, który, skupiony na tym, aby bez względu na wszystko trzymać żonę z dala od pokoju, skradał się krok po kroku coraz bliżej przeszklonych drzwi, ani na nią nie zważał, ani jej nie słyszał. Lady Jane poszła w ślad za nim i energicznie uderzyła go w ramię parasolką.
W tej chwili po drugiej stronie drzwi ukazała się pani Vanborough.
- Przeszkadzam? - zwróciła się do męża, obrzuciwszy lady Jane jednym długim spojrzeniem. - Ta dama zdaje się twoją dobrą przyjaciółką.
W aluzji do parasolki pobrzmiewała nutka sarkazmu, która w każdej chwili mogła się zmienić w nutkę zazdrości.
Lady Jane nie była w najmniejszym stopniu zakłopotana. Miała podwójny przywilej poufałości z mężczyznami, którzy się jej podobali - przywilej należny kobiecie o wysokiej pozycji społecznej oraz przywilej należny młodej wdowie. Skłoniła się pani Vanborough z całą wystudiowaną uprzejmością klasy, do której należała.
- Pani domu, jak sądzę? - zapytała z wdzięcznym uśmiechem.
Pani Vanborough chłodno odwzajemniła ukłon, najpierw weszła do pokoju, a potem odpowiedziała:
- Tak.
Lady Jane zwróciła się teraz do pana Vanborough.
- Proszę mnie przedstawić! - rzekła, z rezygnacją ulegając formalnościom klas średnich.
Nie patrząc na żonę i nie wymieniając jej nazwiska, pan Vanborough spełnił prośbę.
- Lady Jane Parnell - powiedział, skracając przedstawienie do minimum. - Proszę pozwolić, że odprowadzę panią do powozu - dodał, podając ramię. - Zadbam o to, aby miała pani pierwszeństwo najmu. We wszystkim może zdać się pani na mnie.
Nie! Lady Jane nawykła zostawiać po sobie korzystne wrażenie, dokądkolwiek się udała. Miała zwyczaj być ujmującą (na zupełnie różne sposoby) wobec obu płci. Praktyką towarzyską angielskich klas wyższych jest bycie powszechnie mile widzianym. Lady Jane odmawiała wyjścia, dopóki nie roztopiła lodów, którymi powitała ją pani domu.
- Muszę raz jeszcze przeprosić - zwróciła się do pani Vanborough - za to, że przychodzę o tak niedogodnej porze. Zdaje się, że moje najście nieszczęśliwie przeszkodziło obu dżentelmenom. Pan Vanborough wygląda tak, jakby chciał, abym znalazła się sto mil stąd. Co zaś do pani męża... - Urwała i zerknęła na pana Delamayna. - Proszę wybaczyć, że wyrażam się tak poufale. Nie miałam przyjemności poznać nazwiska pani męża.
Pani Vanborough w niemym osłupieniu powędrowała wzrokiem za wzrokiem lady Jane i spojrzenie jej spoczęło na prawniku - osobie zupełnie jej nieznanej.
Pan Delamayn, który z determinacją czekał na sposobność, aby się odezwać, uchwycił się jej ponownie i tym razem nie odpuścił.
- Pani wybaczy - rzekł. - Zaszło jakieś nieporozumienie, za które w żaden sposób nie jestem odpowiedzialny. Nie jestem mężem tej damy.
Teraz z kolei lady Jane była zaskoczona. Spojrzała na prawnika. Daremnie! Pan Delamayn dokonał sprostowania i nie chciał się dalej wtrącać. W milczeniu zajął miejsce na drugim końcu pokoju. Lady Jane zwróciła się do pana Vanborough.
- Nieważne, co to za pomyłka - rzekła - to pan jest za nią odpowiedzialny. Z pewnością powiedział mi pan, że dama ta jest żoną pańskiego przyjaciela.
- Co?! - zawołała pani Vanborough głośno, stanowczo, z niedowierzaniem.
Spod zewnętrznej maski uprzejmości zaczęła ukazywać się wrodzona duma wielkiej damy.
- Powiem głośniej, jeśli pani chce - rzekła. - Pan Vanborough powiedział mi, że jest pani żoną tamtego dżentelmena.
Pan Vanborough wycedził wściekle do żony przez zaciśnięte zęby:
- To wszystko pomyłka. Wracaj do ogrodu!
Oburzenie pani Vanborough chwilowo wstrzymał strach na widok furii i przerażenia ścierających się na twarzy jej męża.
- Jak ty na mnie patrzysz! - powiedziała. - Jak ty do mnie mówisz!
- Wracaj do ogrodu! - powtórzył tylko.
Lady Jane zaczęła dostrzegać to, co prawnik odkrył kilka minut wcześniej, a mianowicie, że w willi w Hampstead było coś nie tak. Położenie pani domu wydawało się dalece anormalne. A skoro dom według wszelkich pozorów należał do przyjaciela pana Vanborough, przyjaciel pana Vanborough musiał (wbrew jego niedawnemu zaprzeczeniu) być za to odpowiedzialny. Wyciągnąwszy, co dość oczywiste, ten błędny wniosek, lady Jane zmierzyła panią Vanborough wzrokiem z wyrazem finezyjnie pogardliwego zaciekawienia, który wzburzyłby krew w najpotulniejszej z kobiet. Implikowana zniewaga dotknęła wrażliwą naturę żony do żywego. Ponownie zwróciła się do męża - tym razem nie wzdragając się.
- Kim jest ta kobieta? - zapytała.
Lady Jane potrafiła odnaleźć się w kryzysowej sytuacji. Sposób, w który bez cienia pretensjonalności, ale też bez krzty ustępstwa zasłoniła się własną dumą, stanowił widok wart zobaczenia.
- Panie Vanborough - rzekła - przed chwilą zaoferował mi pan odprowadzenie do powozu. Zaczynam rozumieć, że powinnam była od razu przyjąć propozycję. Proszę podać mi ramię.
- Stop! - powiedziała pani Vanborough. - Spojrzenia jaśnie pani są pełne pogardy, a jej słowa można interpretować tylko w jeden sposób. Zostałam nieświadomie zamieszana w jakieś podłe oszustwo, którego nie rozumiem. Ale to wiem: nie pozwolę, aby obrażano mnie we własnym domu. Po tym, co pani przed chwilą powiedziała, zabraniam mojemu mężowi podawać pani ramię.
Jej mężowi!
Lady Jane spojrzała na pana Vanborough - którego kochała, którego szczerze uważała za nieżonatego mężczyznę, którego jak dotąd nie podejrzewała o nic gorszego niż próba ukrycia słabostek przyjaciela. Porzuciła arystokratyczny ton, straciła arystokratyczne maniery. Poczucie krzywdy (jeśli była to prawda), ukłucie zazdrości (jeśli kobieta była jego żoną) odarły jej ludzką naturę ze wszelkiego kamuflażu i sprawiły, że jej policzki zapłonęły od gniewu, a oczy zaczęły miotać gromy.
- Jeśli może pan powiedzieć prawdę, sir - rzekła wyniośle - będzie pan tak dobry i powie ją teraz. Czy fałszywie występował pan przed światem, fałszywie występował przede mną, w roli i z aspiracjami mężczyzny wolnego stanu? Czy ta dama jest pańską żoną?
- Słyszysz ją? Widzisz ją? - zawołała pani Vanborough, zwracając się z kolei do męża.
Nagle odsunęła się od niego, wzdrygając się od stóp do głów.
- On się waha! - powiedziała do siebie słabym głosem. - Dobry Boże! On się waha!
Lady Jane twardo powtórzyła pytanie.
- Czy ta dama jest pańską żoną?
Mężczyzna zebrał całą odwagę łajdaka i wypowiedział nieszczęsne słowo:
- Nie!
Pani Vanborough cofnęła się. Aby nie upaść, uchwyciła się białej zasłony okiennej i zerwała ją. Spojrzała na męża z zaciśniętą w dłoni tkaniną. Powiedziała do siebie:
- Czy ja oszalałam? Czy może on?
Lady Jane odetchnęła z ulgą. Nie był żonaty! Był tylko rozwiązłym wolnym mężczyzną. Rozwiązły wolny mężczyzna jest szokujący - ale jeszcze nie stracony. Można go surowo potępić i bezwarunkowo domagać się jego reformy. Można również mu wybaczyć i poślubić go. Lady Jane zajęła konieczne w tej sytuacji stanowisko z prawdziwym taktem. Udzieliła nagany, nie wykluczając nadziei na przyszłość.
- Dokonałam bardzo przykrego odkrycia - rzekła z powagą do pana Vanborough. - Do pana należy przekonać mnie, abym o nim zapomniała. Dobranoc!
Ostatnim słowom towarzyszyło pożegnalne spojrzenie, które doprowadziło panią Vanborough do szału. Rzuciła się, aby nie pozwolić lady Jane wyjść z pokoju.
- Nie! - zawołała. - Pani jeszcze nie wychodzi!
Pan Vanborough zbliżył się, aby interweniować. Jego żona obrzuciła go strasznym wzrokiem i odwróciła się od niego z odrazą.
- Ten człowiek skłamał! - rzekła. - W imię sprawiedliwości względem siebie chcę to udowodnić!
Zadzwoniła w dzwonek stojący na stole obok niej. Wszedł służący.
- Przynieś mój pulpit z pokoju obok.
Odwrócona plecami do męża, ze wzrokiem utkwionym w lady Jane, pani Vanborough czekała. Bezbronna i osamotniona stała na gruzach swojego małżeństwa, wyższa ponad zdradę męża, obojętność prawnika i pogardę rywalki. W tej strasznej chwili jej uroda na powrót zalśniła dawnym blaskiem. Oto wspaniała kobieta, która dawnymi czasy trzymała w napięciu tysiące widzów zapatrzonych w udawane niedole na scenie, stała wspanialsza niż kiedykolwiek i trzymała w napięciu troje wpatrzonych w nią ludzi oczekujących, aż ponownie przemówi.
Służący wniósł pulpit. Pani Vanborough wyjęła z niego kartkę i wręczyła ją lady Jane.
- Zanim wyszłam za mąż - rzekła - byłam śpiewaczką operową. Oszczerstwa, na jakie narażone są takie kobiety, rzucały cień wątpliwości na moje małżeństwo. Zaopatrzyłam się w dokument, który ma pani w dłoni. Mówi sam za siebie. Nawet najlepiej urodzone towarzystwo to szanuje!
Lady Jane obejrzała dokument. Był to akt małżeństwa. Zbladła jak płótno i skinęła na pana Vanborough.
- Zwodzi mnie pan? - zapytała.
Pan Vanborough spojrzał w odległy kąt pokoju, w którym prawnik z nieprzeniknioną miną czekał na rozwój wydarzeń.
- Będzie pan tak dobry i podejdzie tu na chwilę - rzekł.
Pan Delamayn wstał i wysłuchał prośby. Pan Vanborough zwrócił się do lady Jane.
- Chciałbym panią odesłać do mojego wspólnika. On nie jest zainteresowany zwodzeniem pani.
- Czy jestem proszony jedynie o to, aby przedstawić fakty? - zapytał pan Delamayn. - Odmawiam zrobienia czegokolwiek ponadto.
- Nie chcę, aby robił pan coś ponadto.
Pani Vanborough, która uważnie słuchała tej wymiany zdań, w milczeniu podeszła o krok bliżej. Wyniosła odwaga, która dotąd dodawała jej sił, w obliczu jawnej zniewagi wzdrygnęła się pod wpływem przeczucia czegoś, co ma nastąpić, a czego nie przewidziała. Bezimienny lęk ścisnął jej serce i sprawił, że po jej ciele przeszły ciarki.
Lady Jane podała prawnikowi akt małżeństwa.
- W dwóch słowach, sir - rzekła niecierpliwie - co to jest?
- W dwóch słowach, proszę pani - odparł pan Delamayn - to śmieć.
- Nie jest żonaty?
- Nie jest żonaty.
Po chwili wahania lady Jane spojrzała na panią Vanborough stojącą obok bez słowa - spojrzała i cofnęła się w przerażeniu.
- Zabierzcie mnie stąd! - zawołała, wzdrygając się przed okropną twarzą, która patrzyła na nią z niewzruszonym wyrazem udręki w wielkich, błyszczących oczach. - Zabierzcie mnie stąd! Ta kobieta mnie zamorduje!
Pan Vanborough podał jej ramię i poprowadził do wyjścia. W pokoju zaległa głucha cisza. Wzrok żony odprowadzał tych dwoje krok po kroku, z tym samym potwornym wyrazem, dopóki nie zamknęły się za nimi drzwi. Prawnik, zostawszy sam na sam z kobietą, której wyparto się i którą porzucono, w milczeniu położył bezwartościowy akt na stole. Pani Vanborough przeniosła na niego wzrok znad dokumentu i bez okrzyku ostrzeżenia, bez żadnej próby ratowania się, padła nieprzytomna u jego stóp.
Podniósł ją z podłogi, ułożył na kanapie i czekał, aby sprawdzić, czy pan Vanborough wróci. Patrząc na piękną twarz - wciąż piękną, nawet w omdleniu - przyznał, że było to okrutne. Tak! Na swój nieprzenikniony sposób obiecujący prawnik przyznał, że było to okrutne.
Ale prawo to uzasadniało. Nie było w tym przypadku wątpliwości. Prawo to uzasadniało.
Z zewnątrz dobiegł tupot koni i turkot kół. Powóz lady Jane odjeżdżał. Czy mąż wróci? (Zobaczcie, co znaczy nawyk! Nawet pan Delamayn wciąż odruchowo myślał o nim jako o mężu - i to w świetle prawa! W świetle faktów!)
Nie. Minęło dziesięć minut. Ani śladu męża.
Nierozsądnym było robić w domu skandal. Niewskazanym było (na własną odpowiedzialność) pozwolić, aby służba zobaczyła, co się stało. Kobieta wciąż leżała nieprzytomna. Rześki wieczorny podmuch wpadł z ogrodu przez otwarte drzwi i uniósł lekkie wstążki u jej czepka oraz drobny pukiel włosów, który się spod niego wysunął i opadł na szyję. Wciąż leżała - żona, która kochała męża, matka jego dziecka - leżała.
Prawnik wyciągnął rękę, aby zadzwonić i wezwać pomoc.
W tej samej chwili ciszę letniego wieczoru raz jeszcze zmącił jakiś dźwięk. Ręka mężczyzny zawisła nad dzwonkiem. Hałas nasilił się. Znów dał się słyszeć tupot koni i turkot kół. Dźwięk ten zbliżał się - zbliżał raptownie - aż ucichł przed domem.
Czy to lady Jane wracała?
Czy to mąż wracał?
Dzwonek u drzwi zadźwięczał głośno, drzwi wejściowe otwarły się szybko, w korytarzu dał się słyszeć szelest kobiecej sukni. Drzwi pokoju otwarły się i stanęła w nich kobieta - sama. Nie była to lady Jane. Nieznajoma - starsza, o wiele lat starsza od lady Jane. Być może dawniej jej uroda nie rzucała się w oczy. Teraz, gdy jej twarz promieniała szczęściem, kobieta ta była niemal piękna.
Dostrzegła postać na kanapie. Podbiegła do niej z krzykiem, który był jednocześnie wyrazem rozpoznania i okrzykiem przerażenia. Upadła na kolana, położyła bezwładną głowę na swojej piersi i zaczęła obsypywać zimny, blady policzek siostrzanymi pocałunkami.
- Ach, moja kochana! - powiedziała. - To w takiej sytuacji znowu się spotykamy?
Tak! Po tych wszystkich latach, które minęły od pożegnania w kajucie statku, dwie szkolne przyjaciółki tak właśnie znów się spotykały.
V
Zmierzając od przeszłości ku czasom obecnym, prolog pozostawia teraz osiągniętą ostatnio datę (lato 1855 roku) i posuwa się przez okres dwunastu lat, aby poinformować kto żyje, kto umarł, kogo spotkał sukces, a kogo porażka spośród postaci zamieszanych w tragedię w willi w Hampstead, po czym zostawia czytelnika na początku OPOWIEŚCI wiosną 1868 roku.
Kronikę otwiera ślub - ślub pana Vanborough i lady Jane Parnell.
Trzy miesiące od pamiętnego dnia, w którym radca prawny poinformował go, że jest wolnym mężczyzną, pan Vanborough posiadł żonę, której pragnął, aby była ozdobą jego stołu i dopomogła jego szczęściu w świecie, a brytyjska legislatura była uniżonym sługą jego zdrady i poważanym wspólnikiem w rzeczy karygodnej.
Pan Vanborough wszedł do parlamentu. Wydał (dzięki żonie) sześć najwystawniejszych kolacji i dwa z najbardziej tłoczonych bali sezonu. Wygłosił udaną pierwszą mowę w Izbie Gmin. Wsparł finansowo kościół w biednej dzielnicy. Napisał artykuł, który zwrócił uwagę w przeglądzie kwartalnym. Odkrył, ujawnił i naprawił rażące nadużycie w zarządzie publicznej organizacji dobroczynnej. Gościł (raz jeszcze dzięki żonie) członka rodziny królewskiej w swojej wiejskiej posiadłości podczas jesiennej przerwy w obradach parlamentu. Takie były jego tryumfy i takie tempo postępu na drodze do parostwa w pierwszym roku życia u boku lady Jane.
Była tylko jeszcze jedna łaska, jakiej fortuna mogła udzielić swojemu rozpieszczonemu dziecku - i udzieliła jej. Na przeszłości pana Vanborough widniała plama, dopóki żyła kobieta, której się wyrzekł i którą porzucił. Pod koniec pierwszego roku zabrała ją śmierć - i plama ta została zmazana.
Kobieta przyjęła okrutną krzywdę, jaką jej wyrządzono, z rzadko spotykaną cierpliwością i godną podziwu odwagą. Panu Vanborough trzeba przyznać, że złamał jej serce z najwyższą troską o nakazy dobrego wychowania. Zaoferował (przez prawnika) hojne zabezpieczenie dla niej i jej dziecka. Propozycja została odrzucona bez chwili wahania. Kobieta wyrzekła się jego pieniędzy - wyrzekła się jego nazwiska. Wszystkim, którzy interesowali się ich losem po tym, jak odsunęły się od świata, matka i córka były znane pod nazwiskiem, które ta pierwsza nosiła w czasach panieńskich i które rozsławiła swoją sztuką.
W niezachwianej postawie przyjętej przez kobietę po tym, jak mąż ją porzucił, nie było fałszywej dumy. Pani Silvester (jak się teraz nazywała) z wdzięcznością przyjęła w imieniu swoim i panny Silvester pomoc drogiej starej przyjaciółki, która odnalazła ją w jej nieszczęściu i która pozostała wierna do końca. Mieszkały z lady Lundie do czasu, aż matka miała na tyle sił, aby urzeczywistnić plan, jaki wyznaczyła sobie na przyszłość i zarabiać na chleb jako nauczycielka śpiewu. Wszystko wskazywało na to, że doszła do siebie po kilku miesiącach. Szła naprzód, wszędzie zdobywając sympatię, zaufanie i szacunek, gdy u progu nowego życia nagle osłabła. Nikt nie potrafił tego wytłumaczyć. Nawet lekarze byli podzieleni. Naukowo rzecz ujmując, nie było powodu, dla którego mogłaby umrzeć. Stwierdzenie lady Lundie, że kobiecie zadano śmiertelny cios w dniu, w którym opuścił ją mąż, było jedynie figurą retoryczną, w żadnej mierze niezadowalającą żadnego rozsądnego umysłu. Jedyną pewną rzeczą był sam fakt - jakkolwiek by go wyjaśniać. Wbrew nauce (która niewiele znaczyła), wbrew swojej własnej odwadze (która znaczyła dużo) kobieta padła na posterunku i zmarła.
Pod koniec choroby umysł Anne zaczął szwankować. Przyjaciółka dawnych szkolnych lat, siedząc przy jej łóżku, słyszała, jak mówi tak, jak gdyby zdawało się jej, że znajduje się z powrotem w okrętowej kajucie. Biedaczka odnalazła ton, spojrzenie niemal, które zaginęło na tak wiele lat - ten sam dawny ton, gdy dziewczęta każda swoją drogą wyruszały w świat. Powiedziała: "spotkamy się, kochana, połączone tą samą dawną miłością" tak samo jak niemal całe życie temu. Zanim nastąpił koniec, wróciła jej trzeźwość umysłu. Zaskoczyła lekarza i pielęgniarkę łagodną prośbą o opuszczenie pokoju. Kiedy wyszli, spojrzała na lady Lundie i, jak się zdawało, powróciła ze snu do jawy.
- Blanche - rzekła - zaopiekujesz się moim dzieckiem?
- To będzie moje dziecko, gdy ciebie zabraknie, Anne.
Umierająca urwała i namyślała się przez chwilę. Opanowało ją nagłe drżenie.
- Nie mów nikomu! - powiedziała. - Boję się o moje dziecko.
- Boisz się? Po tym, co ci obiecałam?
Kobieta z powagą powtórzyła słowa:
- Boję się o moje dziecko.
- Dlaczego?
- Moja Anne to druga ja, prawda?
- Tak.
- Uwielbia twoją córkę, tak jak ja uwielbiałam ciebie?
- Tak.
- Nie nosi nazwiska swego ojca - nosi moje. Nazywa się Anne Silvester, tak jak ja. Blanche! Czy ona skończy jak ja?
Pytaniu temu towarzyszył urywany oddech i trudność w wymawianiu świadczące o tym, że śmierć jest blisko. Zmroziło to słuchającą jej kobietę do szpiku kości.
- Nie myśl tak! - zawołała, zdjęta przerażeniem. - Na miłość boską, nie myśl tak!
W oczach Anne Silvester na nowo zaczęło ukazywać się szaleństwo. Dawała niecierpliwe znaki rękami. Lady Lundie nachyliła się nad nią i usłyszała szept:
- Podnieś mnie.
Leżała w ramionach przyjaciółki, patrzyła na jej twarz i gwałtownie powróciła do obawy o dziecko.
- Nie wychowuj jej na kogoś takiego jak ja! Musi zostać guwernantką, musi na siebie zarabiać. Nie pozwól jej grać! Nie pozwól jej śpiewać! Nie pozwól, żeby występowała na scenie! - Urwała, jej głos nagle odzyskał słodki ton, uśmiechnęła się blado i dawnym dziewczęcym głosem wypowiedziała dawne dziewczęce słowa: - Ślubuj, Blanche!
Lady Lundie pocałowała ją i odpowiedziała jak wtedy, gdy rozstawały się na statku:
- Ślubuję, Anne!
Głowa przyjaciółki opadła, aby nigdy się już nie podnieść. Ostatnia iskierka życia zatliła się w zamglonych oczach i zgasła. Jeszcze przez chwilę jej wargi poruszały się. Lady Lundie przyłożyła do nich ucho i usłyszała, jak tymi samymi strasznymi słowami powtarzają to samo straszne pytanie:
- Nazywa się Anne Silvester - tak jak ja. Czy skończy jak ja?
VI
Minęło pięć lat i na życiu każdego z trzech mężczyzn, którzy zasiadali przy stole w willi w Hampstead, zaczął odciskać swoje piętno upływ czasu.
Pan Kendrew, pan Delamayn, pan Vanborough. Niech kolejność, w jakiej się tu pojawiają, będzie kolejnością, w jakiej dokonany zostanie przegląd ich życia widziany z perspektywy pięciu lat.
To, jak przyjaciel męża zareagował na zdradę męża, zostało powiedziane. Pozostaje powiedzieć, jak odczuł śmierć porzuconej żony.
Pogłoska, która widzi najgłębsze zakamarki ludzkich serc i rozkoszuje się wystawianiem ich na widok publiczny, głosiła od zawsze, że życie pana Kendrew kryje pewien sekret i że sekretem tym jest beznadziejna namiętność do pięknej kobiety, która poślubiła jego przyjaciela. Za życia kobiety nie padła ani jedna aluzja do nikogo z ludzi ani nawet jedno słowo wypowiedziane do niej samej, które mogłoby stanowić dowód takiego twierdzenia. Kiedy zmarła, pogłoska ożyła z większą niż kiedykolwiek mocą, a zachowanie mężczyzny miało być dowodem przeciwko niemu.
Przyszedł na pogrzeb, choć nie był krewnym. Zabrał kilka źdźbeł trawy z darni, którą pokryto jej grób, kiedy wydawało mu się, że nikt nie patrzy. Zniknął ze swojego klubu. Podróżował. Wrócił. Przyznał, że Anglia mu zbrzydła. Ubiegał się i otrzymał mianowanie w jednej z kolonii. Jaki nasuwa się wniosek? Czy nie było jasne, że jego dotychczasowy sposób życia stracił dla niego urok, gdy obiekt jego fascynacji przestał istnieć? Mogło tak być - czyniono już mniej prawdopodobne domysły wobec prawdy, które okazywały się słuszne. Jest w każdym razie pewne, że wyjechał z Anglii, aby nigdy do niej nie wrócić. Jeszcze jeden stracony człowiek, orzekła pogłoska. Dodajmy do tego, że był to człowiek jeden na dziesięć tysięcy i, przynajmniej raz, pogłoska może być uznana za prawdziwą.
Czas na pana Delamayna.
Obiecujący prawnik został na własne życzenie skreślony z rejestru i wstąpił jako student do jednego z Inns of Court.1 Przez trzy lata nie wiadomo o nim było nic ponadto, że pilnie się uczy i zalicza kolejne semestry. Otrzymał kwalifikacje pozwalające mu na udział w sprawach sądowych. Jego dawni wspólnicy w firmie wiedzieli, że mogą mu ufać i przekazali interes w jego ręce. W ciągu dwóch lat wyrobił sobie pozycję w sądzie. Pod koniec tego okresu wyrobił sobie pozycję poza sądem.
Wystąpił jako młodszy obrońca w słynnym procesie, w którym chodziło o honor możnej rodziny i tytuł do wielkiego majątku. Starszy obrońca zachorował w przeddzień rozprawy. Pan Delamayn poprowadził sprawę za niego i wygrał. Obrońca zapytał: "Co mogę dla pana zrobić?". Pan Delamayn odparł: "Proszę wprowadzić mnie do parlamentu". Jako że obrońca był właścicielem ziemskim, wystarczyło jedynie, że wydał stosowne polecenia i oto pan Delamayn znalazł się w parlamencie!
W Izbie Gmin nowy członek i pan Vanborough spotkali się ponownie.
Zasiadali w jednej ławie i popierali tę samą partię. Pan Delamayn zauważył, że pan Vanborough postarzał się, posiwiał i wygląda na zmęczonego. Zadał kilka pytań dobrze poinformowanej osobie. Dobrze poinformowana osoba potrząsnęła głową. Pan Vanborough był bogaty, pan Vanborough był dobrze ustosunkowany (dzięki żonie), pan Vanborough w każdym znaczeniu tego słowa miał się dobrze, ale... nikt go nie lubił. Przez pierwszy rok szło mu świetnie, ale na tym się skończyło. Niezaprzeczalnie był bystry, ale w Izbie zrobił niekorzystne wrażenie. Wydawał wspaniałe przyjęcia, ale nie był lubiany w towarzystwie. Jego partia szanowała go, ale przy rozdawaniu apanaży był pomijany. Mówiąc prawdę, miał specyficzny charakter i choć nic nie można było mu zarzucić - wręcz przeciwnie, wszystko przemawiało na jego korzyść - nie miał przyjaciół. Zgorzkniały człowiek. W kraju i za granicą, zgorzkniały człowiek.
VII
Minęło pięć lat od dnia, w którym porzucona żona została złożona w grobie. Był teraz rok 1866.
Pewnego dnia w gazetach pojawiły się dwie szczególne wiadomości - wiadomość o podniesieniu do godności para i wiadomość o samobójstwie.
Pan Delamayn, któremu dobrze szło w sądzie, jeszcze lepiej radził sobie w parlamencie. Stał się jedną z wybitniejszych osobistości w Izbie Gmin. Przemawiał klarownie, sensownie, skromnie i nigdy za długo. Skupiał na sobie uwagę Izby, podczas gdy zdolniejsi od niego "przynudzali". Przywódcy jego partii powiedzieli otwarcie: "Musimy coś zrobić dla Delamayna". Nadarzyła się okazja i przywódcy dotrzymali słowa. Radca Generalny awansował i Delamayn zajął jego miejsce. Starsi członkowie sądu podnieśli wrzawę. Ministerstwo odpowiedziało: "Potrzebujemy człowieka, którego słuchają w Izbie Gmin i mamy go". Gazety poparły nową nominację. Wywiązała się wielka dyskusja, a nowy Radca Generalny swoim postępowaniem uzasadnił decyzję ministerstwa i opinię gazet. Jego wrogowie mówili kpiąco: "Za rok lub dwa zostanie Lordem Kanclerzem!". W domowym gronie przyjaciele opowiadali miłe żarty, z których wypływał ten sam wniosek. Ostrzegali Juliusa i Geoffreya, dwóch synów gospodarza (podówczas studentów college'u), żeby ostrożnie zawierali znajomości, jako że w każdej chwili mogą stać się synami lorda. Wszystko wskazywało na to, że faktycznie tak się stanie. Mniej więcej w tym samym czasie - jakże prawdziwe jest powiedzenie, że "sukces rodzi sukces" - zmarł bezdzietny krewny i zostawił panu Delamaynowi pokaźny majątek. Latem sześćdziesiątego szóstego zwolniło się stanowisko sędziego przewodniczącego. Ministerstwo już wcześniej wydało mianowanie, które spotkało się z powszechną niechęcią. Teraz dostrzegło okazję do obsadzenia wakatu swoim Radcą Generalnym i zaproponowało stanowisko sędziowskie panu Delamaynowi. Ten wolał pozostać w Izbie Gmin i odmówił przyjęcia posady. Ministerstwo nie chciał uznać odmowy. W kuluarach szeptano: "Przyjmie pan stanowisko wraz z parostwem?". Pan Delamayn poradził się żony i przyjął je wraz z parostwem. "The London Gazette" ogłosiła go światu jako barona Holchester z Holchester, a przyjaciele rodziny zacierali ręce i śmiali się: "A nie mówiliśmy? Oto nasi dwaj młodzi przyjaciele, Julius i Geoffrey, synowie lorda!".
Gdzie zaś był pan Vanborough przez cały ten czas? Dokładnie tam, gdzie zostawiliśmy go pięć lat temu.
Był równie bogaty albo nawet bogatszy niż kiedykolwiek. Był równie dobrze ustosunkowany. Był równie ambitny. Ale na tym koniec. Stał w miejscu w parlamencie, stał w miejscu w towarzystwie, nikt go nie lubił, nie miał przyjaciół. Stare dzieje, z tą tylko różnicą, że zgorzkniały człowiek zgorzkniał jeszcze bardziej, siwa głowa posiwiała jeszcze mocniej, a drażliwy charakter stał się jeszcze nieznośniejszy. Jego żona miała w domu swoje pokoje, a on miał swoje, zaś zaufani służący dbali o to, aby państwo nigdy nie spotkali się na schodach. Nie mieli dzieci. Widywali się tylko podczas swoich wystawnych kolacji i bali. Ludzie jedli przy ich stole, tańczyli na ich podłodze, potem porównywali wrażenia i mówili, jak było nudno. Człowiek, który niegdyś był prawnikiem pana Vanborough, krok za krokiem piął się w górę, aż przyjęło go parostwo i wyżej już wznieść się nie mógł, podczas gdy sam pan Vanborough, stojąc na niższym szczeblu drabiny, spoglądał w górę i widział to, nie mając większych szans (pomimo swego bogactwa i znajomości) na wspięcie się do Izby Lordów niż ty czy ja.
Kariera tego człowieka była skończona i w dniu, w którym ogłoszono nominację nowego para, skończył on ze swoim życiem.
Odłożył gazetę bez słowa komentarza i wyszedł. Wysiadł z powozu w miejscu, gdzie wciąż zachowały się zielone pola, na północny wschód od Londynu, blisko ścieżki prowadzącej do Hampstead. Poszedł samotnie do willi, gdzie mieszkał niegdyś z kobietą, którą tak okrutnie skrzywdził. Wokół niej wyrosły nowe domy, część ogrodu została sprzedana i zabudowana. Wręczył służącemu swój bilet wizytowy. Pryncypał służącego znał nazwisko jako nazwisko posiadacza wielkiej fortuny i posła. Zapytał uprzejmie, jakiej szczęśliwej okoliczności zawdzięcza zaszczyt tej wizyty. Pan Vanborough odpowiedział krótko i prosto: "Kiedyś tu mieszkałem, mam skojarzenia z tym miejscem, którymi nie ma potrzeby pana niepokoić. Czy wybaczy pan coś, co wyda się panu bardzo dziwną prośbą? Jeśli nie ma pan zastrzeżeń i jeśli nikomu nie przeszkadzam, chciałbym znów zobaczyć jadalnię".
"Dziwne prośby" bogatych ludzi mają charakter "uprzywilejowanych komunikatów" z tego prostego powodu, że z pewnością nie będą prośbami o pieniądze. Pan Vanborough został wpuszczony do jadalni. Pan domu przyglądał mu się, wszelkie wątpliwości pozostawiając tylko dla siebie.
Mężczyzna poszedł prosto do pewnego miejsca na dywanie leżącego niedaleko przeszklonych drzwi do ogrodu i niemal naprzeciwko drzwi wejściowych. W tym miejscu stał w milczeniu, z głową zwieszoną na piersi, rozmyślając. Czy to tam widział ją po raz ostatni w dniu, w którym wyszedł z pokoju na zawsze? Tak, to było tam. Po jakiejś minucie poruszył się, ale w senny, nieobecny sposób. Powiedział, że to piękne miejsce, podziękował, obejrzał się, zanim zamknęły się drzwi i poszedł swoją drogą. Powóz zabrał go z miejsca, w którym go zostawił. Mężczyzna udał się do rezydencji nowego lorda Holchestera i zostawił dla niego wiadomość. Potem pojechał do domu. Kiedy przybył na miejsce, jego sekretarz przypomniał mu, że za dziesięć minut ma umówione spotkanie. Mężczyzna podziękował sekretarzowi w ten sam senny, nieobecny duchem sposób, w jaki podziękował właścicielowi willi i poszedł do swojej garderoby. Przyszła osoba, z którą był umówiony i sekretarz posłał na górę lokaja, aby zapukał do drzwi. Nie było odpowiedzi. Drzwi okazały się zamknięte od wewnątrz. Mężczyźni wyważyli drzwi i zobaczyli go leżącego na kanapie. Podeszli bliżej - i przekonali się, że poniósł śmierć z własnych rąk.
VIII
Zmierzając szybko do końca, prolog powraca do dwojga dziewcząt i w kilku słowach opowiada o tym, jak lata minęły dla Anne i Blanche.
Lady Lundie w pełni wypełniła solenne przyrzeczenie dane przyjaciółce. Anna, chroniona przed każdą pokusą mogącą obudzić w niej tęsknotę za obraniem kariery matki, przyuczana do życia nauczycielki z całą biegłością i ze wszystkimi korzyściami, które mogły zapewnić pieniądze, pierwsze i jedyne próby jako guwernantka podejmowała pod dachem samej lady Lundie i na jej własnym dziecku. Różnica wieku między dziewczętami (siedem lat), łącząca je miłość, która zdawała się rosnąć wraz z nimi, sprzyjały podjęciu próby. W podwójnej roli nauczycielki i przyjaciółki małej Blanche dzieciństwo młodszej Anne Silvester mijało bezpiecznie, szczęśliwie i spokojnie w skromnym zaciszu domu. Czy można wyobrazić sobie większy kontrast niż kontrast pomiędzy jej młodością a młodością jej matki? Czy w strasznym pytaniu, które dręczyło matkę w jej ostatnich chwilach: "czy skończy jak ja?", można widzieć coś więcej niż przedśmiertne urojenie?
Jednak w ciągu omawianego obecnie okresu w spokojnym rodzinnym kręgu zaszły dwa ważne wydarzenia. W roku 1858 dom ożywił się dzięki przybyciu sir Thomasa Lundie. W roku 1865 w domu nastąpiło rozbicie ze sprawą powrotu sir Thomasa do Indii w towarzystwie żony.
Zdrowie lady Lundie już od jakiegoś czasu szwankowało. Lekarze, których poradzono się w tej sprawie, zgodnie stwierdzili, że podróż morska jest jedyną zmianą potrzebną, aby przywrócić nadwątlone siły pacjentce - akurat wtedy, gdy sir Thomas miał wrócić do Indii. Przez wzgląd na żonę zgodził się on odroczyć swój powrót i podjąć podróż morską wraz z nią. Jedyną trudność przedstawiało pozostawienie Blanche i Anne w Anglii.
Lekarze, do których zwrócono się w tej kwestii, orzekli, że w przełomowym wieku Blanche nie mogą zaaprobować jej podróży do Indii wraz z matką. Jednocześnie z propozycją pomocy wystąpili bliscy i drodzy krewni, gotowi zapewnić Blanche i jej guwernantce dom, a z kolei sir Thomas podjął się przywieźć żonę z powrotem za półtora roku lub najdalej dwa lata. Pod wpływem naporu ze wszystkich stron lady Lundie, odczuwająca naturalną niechęć do pozostawiania dziewcząt, ustąpiła. Zgodziła się na rozstanie, ale w duchu była przygnębiona i zatroskana o przyszłość.
W ostatniej chwili odciągnęła Anne Silvester na bok, tak aby inni ich nie słyszeli. Anne była wtedy młodą, dwudziestodwuletnią kobietą, a Blanche piętnastoletnią dziewczyną.
- Moja droga - powiedziała prosto - muszę ci powiedzieć coś, o czym nie mogę powiedzieć sir Thomasowi i o czym boję się powiedzieć Blanche. Wyjeżdżam ze złymi przeczuciami. Jestem przekonana, że nie dożyję powrotu do Anglii, a kiedy umrę, myślę, że mój mąż ożeni się ponownie. Wiele lat temu twoja matka na łożu śmierci martwiła się o twoją przyszłość. Teraz ja martwię się o przyszłość Blanche. Obiecałam mojej drogiej nieżyjącej przyjaciółce, że będziesz dla mnie jak własne dziecko i to ją uspokoiło. Uspokój mnie, zanim wyjadę, Anne. Cokolwiek się zdarzy, obiecaj mi, że zawsze będziesz dla Blanche tym, kim jesteś teraz - siostrą.
Kobieta po raz ostatni wyciągnęła rękę. Z sercem wezbranym uczuciami Anne Silvester ucałowała ją i złożyła obietnicę.
IX
Dwa miesiące od tamtej chwili jedno z tych przeczuć, które ciążyły na umyśle lady Lundie, spełniło się. Umarła w podróży i została pochowana na morzu.
Rok później potwierdziła się jej druga obawa. Sir Thomas Lundie ożenił się ponownie. Przywiózł drugą żonę do Anglii pod koniec 1866 roku.
Była nadzieja, że życie w nowej rodzinie będzie płynąć równie spokojnie jak w starej. Sir Thomas pamiętał o zaufaniu, które jego pierwsza żona pokładała w Anne, i szanował je. Druga lady Lundie, rozsądnie kierując się w tej kwestii postępowaniem męża, pozostawiła sprawy w nowym domu takimi, jak je zastała. Na początku roku 1867 relacja pomiędzy Anne i Blanche była relacją pełną siostrzanej sympatii i siostrzanej miłości. Widoki na przyszłość były tak pomyślne, jak tylko być mogą.
W tym roku z osób zamieszanych w tragedię w willi w Hampstead sprzed dwunastu lat trzy nie żyły, a jedna przebywała na dobrowolnym wygnaniu w obcym kraju. Pozostały Anne i Blanche, które w chwili tragedii były dziećmi, oraz obiecujący adwokat, który odkrył uchybienie w irlandzkim małżeństwie - niegdyś pan Delamayn, obecnie lord Holchester.
OPOWIEŚĆ SCENA PIERWSZA: DOMEK LETNI
I. SOWY
Wiosną 1868 roku w pewnym hrabstwie na północy Wielkiej Brytanii żyły dwie sędziwe białe sowy.
Sowy zamieszkiwały podupadły i opuszczony domek letni. Domek ten stał na terenie wiejskiej posiadłości zwanej Windygates w hrabstwie Pertshire.
Na lokalizację Windygates umiejętnie wybrano tę część hrabstwa, gdzie żyzne ziemie zaczynają wtapiać się w leżący dalej region górski. Dwór został zmyślnie zaprojektowany i luksusowo wyposażony. Stajnie stanowiły wzór dobrej wentylacji i przestronności, zaś ogrody i grunty godne były księcia.
Pomimo tych początkowych zalet posiadłość z czasem popadła w ruinę. Dwór i ziemie dotknęło przekleństwo sporu sądowego. Przez ponad dekadę przedłużający się w nieskończoność proces zaciskał swą pętlę coraz mocniej wokół Windygates, sprawiając, że w majątku nie tylko nie było ludzkich lokatorów, ale nawet nie tykała go ludzka stopa. Dwór zamknięto na cztery spusty. Ogród zmienił się w gąszcz chwastów. Domek letni opanowały pnącza, a za nimi zjawiły się nocne ptaki.
Przez lata sowy mieszkały nie niepokojone w posiadłości, którą nabyły najstarszym z istniejących praw - prawem zajęcia. Za dnia spokojne i poważne, siedziały z zamkniętymi oczami w chłodnym cieniu rzucanym wokół przez bluszcz. O zmierzchu cicho budziły się do życia. W swoim własnym mądrym i milczącym towarzystwie latały bezszelestnie wzdłuż cichych alejek w poszukiwaniu posiłku. Czasami oblatywały pole jak seter i w jednej chwili spadały na nieświadomą niczego mysz. To znowu, poruszając się widmowo nad czarnym lustrem wody, dla odmiany próbowały szczęścia nad jeziorem i tak jak wcześniej mysz, tak teraz chwytały okonia. Ich tolerancyjny układ trawienny równie dobrze znosił szczura jak i owada. Były też w życiu obu sów dumne chwile, gdy miały na tyle sprytu, aby pochwycić w locie ptaszka śpiącego na gałęzi. W takich razach poczucie wyższości, jakie każdy duży ptak odczuwa wobec małego, rozgrzewało ich zimną krew i sprawiało, że nocną ciszę przeszywał radosny pisk.
I tak przez lata sowy spały błogim snem za dnia i znajdowały smaczny posiłek, gdy zapadł zmrok. Wraz z pnączami weszły w posiadanie domku letniego. W konsekwencji pnącza były częścią konstytucji domku, sowy zaś strażnikami tej konstytucji. Istnieją ludzkie sowy, które rozumują tak jak one i które pod tym względem - podobnie jak pod względem chwytania mniejszych ptaków z ich grzędy - niezwykle je przypominają.
Konstytucja domku letniego obowiązywała do wiosny 1868 roku, kiedy w miejsce to wkroczyła bezbożna innowacja i święte przywileje sów po raz pierwszy zostały naruszone przez świat zewnętrzny.
Przy drzwiach domku pojawiły się dwie nieproszone nieopierzone istoty, obejrzały konstytucjonalne pnącza i powiedziały: "to musi zniknąć", spojrzały na wstrętne światło dnia i powiedziały "trzeba to wpuścić do środka", po czym odeszły i z daleka dało się słyszeć, jak uzgadniają: "stanie się to jutro".
Sowy zaś rzekły: "To my zaszczycałyśmy letni domek, zajmując go przez te wszystkie lata i oto teraz ma na nas paść wstrętne światło dnia? Moi panowie, konstytucja została obalona!".
Sowy, jak to mają w zwyczaju, przyjęły stosowną uchwałę, po czym ponownie zamknęły oczy w poczuciu, że spełniły swój obowiązek.
Tego samego wieczoru w drodze na polowanie z przerażeniem dostrzegły światło w jednym z okien dworu. Co ono oznaczało?
Oznaczało ono, że, po pierwsze, sprawa sądowa została wreszcie zamknięta. Po drugie, oznaczało ono, że właściciel Windygates potrzebował pieniędzy i zdecydował się wynająć posiadłość. Po trzecie oznaczało ono, że majątek znalazł najemcę i miał niezwłocznie zostać odnowiony zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Lecąc w ciemności wzdłuż alejek, sowy zapiszczały. Tej nocy rzuciły się na mysz... i chybiły celu.
Następnego ranka sowy, które smacznie spały na straży konstytucji, obudziły dochodzące zewsząd głosy nieopierzonych istot. Ptaki niechętnie otworzyły oczy i ujrzały, jak narzędzia zniszczenia atakują pnącza. To z tej strony, to z tamtej, narzędzia te wpuszczały do letniego domku wstrętne światło dnia. Ale sowy stanęły na wysokości zadania. Nastroszyły pióra i zawołały: "Nie poddamy się!". Nieopierzone istoty radośnie nie ustawały w pracy i odparły: "Reforma!". Pnącza zrywano ze wszystkich stron. Wstrętne światło dnia wdzierało się do środka coraz szerszym strumieniem. Sowy ledwo zdążyły przyjąć nową ustawę, a mianowicie, że "Stajemy w obronie konstytucji", gdy oślepił je promień słońca i kazał im bez namysłu schronić się w najbliższy cień. Tam siedziały, mrugając oczami, podczas gdy domek letni został oczyszczony z dławiących go wybujałych zarośli, zbutwiała stolarka odnowiona, a całe ponure miejsce przeniknęły powietrze i światło. A kiedy świat je zobaczył i powiedział "wystarczy!", sowy zamknęły powieki na nabożne wspomnienie ciemności i odrzekły: "Panowie, konstytucja została obalona!".
II. GOŚCIE
Kto odpowiadał za odnowę domku letniego? Nowy lokator Windygates.
A kim był nowy lokator?
Chodź i przekonaj się.
Wiosną 1868 roku domek letni był ponurym mieszkaniem pary sów. Latem tego samego roku domek ten stał się gwarnym miejscem spotkania grupy dam i dżentelmenów zebranych na przyjęciu w ogrodzie, a będących gośćmi lokatora, który wynajął posiadłość.
Scena na początku przyjęcia stanowiła widok tak przyjemny dla oka, jak tylko pozwalały na to światło, uroda i ruch.
Wewnątrz domku jasne, lekkie jak motyle suknie kobiet rozświetlały mrok rzucany przez posępne współczesne stroje mężczyzn. Na zewnątrz domku, przez łukowate otwory wzrok biegł wzdłuż chłodnej, zielonej perspektywy trawnika ku położonym w oddali rabatom kwiatowym i zaroślom, aby jeszcze dalej, w prześwicie między drzewami, napotkać zamykający widok okazały kamienny dwór, przed którym iskrzyła się w słońcu fontanna.
Połowa towarzystwa śmiała się, wszyscy rozmawiali. Przyjemny szmer głosów był właśnie najgłośniejszy, radosne salwy śmiechu uderzały w najwyższe tony, gdy jeden czysty i przenikliwy głos wybił się ponad inne, rozkazująco domagając się ciszy. Chwilę potem na pustą przestrzeń przed domkiem wystąpiła młoda dama i powiodła wzrokiem wzdłuż tłumu gości, tak jak generał wodzi wzrokiem wzdłuż pułku, którego przeglądu dokonuje.
Była ładna, pulchna, jasnowłosa i ani trochę nie skrępowana faktem, że wychodzi na pierwszy plan. Ubrana była zgodnie z najnowszą modą. Kapelusz przypominający paterę serów nosiła przechylony nad czołem. Balon z jasnobrązowych, mocno natapirowanych włosów wznosił się nad czubkiem głowy. Na pierś spadała jej kaskada korali. Z uszu zwisała para emaliowanych chrabąszczy majowych (przerażająco podobnych do żywych). Kusa spódnica pyszniła się błękitem nieba. Kostki migały w pasiastych pończochach. Buty miały fason zwany "Watteau", zaś obcasy wysokość, na której widok mężczyźni drżą i zadają sobie pytanie (kontemplując skądinąd uroczą kobietę): "Czy ta czarująca osoba może wyprostować kolana?".
Młodą osobą prezentującą się w ten sposób ogółowi zebranych była panna Blanche Lundie - niegdyś mała, rumiana Blanche, którą czytelnik poznał w prologu. Wiek w chwili obecnej: lat osiemnaście. Pozycja: znakomita. Pieniądze: pewne. Charakter: porywczy. Usposobienie: zmienne. Słowem, dziecko współczesności posiadające zalety i słabości czasów, w których żyjemy, podszyte solidną dozą szczerości, uczciwości i wrażliwości.
- A teraz, moi mili - zawołała Blanche - proszę o ciszę! Wybieramy strony do gry w krokieta. Obowiązki, obowiązki, obowiązki!
Na to z tłumu na plan pierwszy wysunęła się druga dama i odpowiedziała młodej osobie spojrzeniem pełnym łagodnej nagany i tonem życzliwego sprzeciwu.
Dama ta była wysoka, masywna, trzydziestopięcioletnia. Przeciętny obserwator mógł zauważyć surowy orli nos, uparty sztywny podbródek, wspaniałe ciemne włosy i oczy, łagodny przepych płowego stroju i leniwą grację ruchów, która na pierwszy rzut oka była atrakcyjna, ale przy dłuższej znajomości stawała się niewymownie monotonna i nużąca. Była to druga lady Lundie, obecnie wdowa (po czterech miesiącach małżeństwa) po zmarłym sir Thomasie Lundie, innymi słowy - macocha Blanche i godna pozazdroszczenia osoba, która objęła dwór i grunta Windygates.
- Moja droga - rzekła lady Lundie - słowa mają znaczenie, nawet w ustach młodej damy. Krokieta nazywasz obowiązkiem?
- Chyba nie przyjemnością? - odezwał się poważnie ironiczny głos z głębi domku.
Szeregi gości rozstąpiły się przed ostatnim z przemawiających i pośród współczesnego zgromadzenia ukazały dżentelmena jakby przeniesionego z przeszłości.
Maniery owego dżentelmena wyróżniał dyskretny wdzięk i kurtuazja nieznane młodemu pokoleniu. Jego strój składał się z wielokrotnie złożonego białego fularu, dopasowanego niebieskiego fraka oraz spodni z nankinu z pasującymi getrami, które w oczach młodego pokolenia wyglądały komicznie. Mowa dżentelmena płynęła swobodnym strumieniem, zdradzając niezależność umysłu i wykazując starannie wygładzoną zdolność do ciętej riposty, której młode pokolenie nie lubi i której się obawia. Jeśli chodzi o aparycję, był to mężczyzna drobny, żylasty i szczupły, o białych włosach, lśniących czarnych oczach i lekko drwiącym uśmiechu igrającym w kącikach ust. Dolne krańce jego ciała wykazywały deformację powszechnie znaną jako "stopa końsko-szpotawa". Nosił jednak swoją ułomność tak, jak nosił lata - pogodnie. Słynął w towarzystwie z powodu laski z kości słoniowej, w której gałce pomysłowo umieszczono tabakierkę, i jednocześnie budził postrach z powodu nienawiści do nowoczesnych instytucji, która dawała o sobie znać na każdym kroku, a która zawsze wykazywała ten sam feralny talent do sprytnego uderzania w najsłabszy punkt. Taki był sir Patrick Lundie, brat zmarłego baroneta, sir Thomasa, a po jego śmierci dziedzic tytułu i dóbr.
Panna Blanche, nie zważając na przyganę macochy ani komentarz stryja, wskazała na stół, na którym przygotowano już młotki i kule do krokieta i zwróciła uwagę towarzystwa na bieżącą sprawę.
- Panie i panowie, ja stoję na czele jednej drużyny - podjęła - a lady Lundie drugiej. Wybieramy graczy kolejno. Mamie przysługuje starszeństwo. Mama zatem wybiera pierwsza.
Obrzuciwszy pasierbicę spojrzeniem, które mówiło "gdybym tylko mogła, wysłałabym cię z powrotem do dziecinnego pokoju, pannico!", lady Lundie odwróciła się i przebiegła wzrokiem po gościach. Najwyraźniej zawczasu zdecydowała, którego gracza wybrać najpierw.
- Wybieram pannę Silvester - rzekła, kładąc nacisk na nazwisko.
Na te słowa tłum ponownie się rozstąpił. Nam (którzy ją znamy) ukazała się teraz Anne. Nieznajomi widzący ją po raz pierwszy ujrzeli damę w kwiecie wieku skromnie ubraną w pozbawioną ozdób biel, która zbliżyła się wolno i stanęła przed panią domu.
Pewna - i to niemała - część mężczyzn obecnych na przyjęciu została przyprowadzona przez przyjaciół, którzy mieli przywilej ich przedstawiać. Gdy tylko pojawiła się Anne, każdy z tych mężczyzn nagle zainteresował się damą, którą wybrano pierwszą.
- Niezwykle czarująca kobieta - szepnął jeden z nieznajomych do jednego z przyjaciół domu. - Kto to taki?
Przyjaciel odszepnął:
- Guwernantka panny Lundie, to wszystko.
W chwili, w której zadano to pytanie i w której otrzymano na nie odpowiedź, panna Silvester znalazła się twarzą w twarz z lady Lundie w obecności towarzystwa.
Nieznajomy spojrzał na obie kobiety i znów coś szepnął.
- Coś nie tak pomiędzy panią domu a guwernantką - zauważył.
Przyjaciel również na nie spojrzał i odpowiedział dobitnym słowem:
- Ewidentnie!
Pewne kobiety działają na mężczyzn w sposób, który dla obserwatorów ich własnej płci pozostaje niezgłębioną tajemnicą. Guwernantka należała do tych właśnie kobiet. Odziedziczyła urok, ale nie urodę po swojej nieszczęsnej matce. Gdyby oceniać ją według miary ustalonej przez ilustrowane książki pod choinkę i wystawy sklepów z rycinami, niechybnie musiałby zapaść wyrok: "w jej twarzy nie ma jednego dobrego rysu".
W pannie Silvester widzianej w stanie spoczynku nie było nic niezwykłego. Była średniego wzrostu. Miała sylwetkę podobną do większości kobiet. Jej włosy i cera nie były ani jasne, ani ciemne, ale prowokacyjnie neutralne. Co gorsza, jej twarz posiadała wyraźne defekty, którym nie sposób było zaprzeczać. Nerwowy skurcz w jednym kąciku ust zaburzał ich symetrię, gdy się poruszały. Mało brakowało, a nerwową niepewność w oku po tej samej stronie można by określić jako deformację "odlewu". A jednak pomimo tych niewątpliwych wad oto była jedna z tych, jakże nielicznych, kobiet, na których łasce są serca mężczyzn i spokój rodzin. Poruszyła się i w ruchu tym był jakiś subtelny urok, który kazał ci się odwrócić, przerwać rozmowę z przyjacielem i w milczeniu przyglądać się, jak idzie. Siedziała przy tobie, rozmawiając i spójrz: do tego drobnego skurczu w kąciku ust i do tej nerwowej niepewności w łagodnym szarym oku zakradała się jakaś nuta wrażliwości, która zmieniała defekt w urodę, która zniewalała zmysły, która przyprawiała cię o dreszcz, gdy przypadkowo jej dotknąłeś, i o szybsze bicie serca, gdy podczas oglądania tej samej książki poczułeś na twarzy jej oddech. Wszystko to, niech będzie jasne, zdarzało się tylko wtedy, gdy było się mężczyzną.
Jeśli patrzyło się na Anne Silvester kobiecym okiem, wyniki były zupełnie inne. W takim przypadku zwracałaś się tylko do najbliższej towarzyszki i z nieudawanym politowaniem dla płci przeciwnej pytałaś: "Co też ci mężczyźni w niej widzą?".
Spojrzenia pani domu i guwernantki spotkały się z wyraźną nieufnością po obu stronach. Niewielu nie zdołałoby zauważyć tego, co dostrzegli zarówno nieznajomy, jak i przyjaciel domu, a mianowicie, że coś tu się tliło pod powierzchnią. Panna Silvester odezwała się pierwsza.
- Dziękuję, lady Lundie - rzekła. - Wolałabym nie grać.
Lady Lundie zdradziła niesłychane zaskoczenie przekraczające granice dobrego wychowania.
- Ach, doprawdy? - odcięła ostro. - Biorąc pod uwagę, że wszyscy zebraliśmy się tutaj, aby grać, wydaje się to dość niezwykłe. Czy coś jest nie tak, panno Silvester?
Delikatną bladość twarzy panny Silvester ożywił rumieniec. Spełniła jednak swój obowiązek jako kobieta i jako guwernantka. Ustąpiła i w ten sposób na razie zachowała pozory.
- Nic się nie stało - odpowiedziała. - Nie czuję się dziś najlepiej. Ale zagram, jeśli sobie pani tego życzy.
- Ależ życzę - odparła lady Lundie.
Panna Silvester odwróciła się w kierunku jednego z wejść do domku. Czekała na rozwój wydarzeń, spoglądając ponad trawnikiem z widocznym niepokojem, który objawiał się wznoszeniem i opadaniem białej sukni na piersi.
Przyszła kolej Blanche, aby wybrać następnego gracza.
Początkowo niepewna wyboru, dziewczyna rozejrzała się po gościach i napotkała wzrok dżentelmena w pierwszym rzędzie. Stał tuż obok sir Patricka - będąc uderzającym przykładem obecnej szkoły, tak jak sir Patrick był uderzającym przykładem szkoły minionej.
Nowoczesny dżentelmen był młody i rumiany, wysoki i silny. Przedziałek rozdzielający jego kręcone włosy zaczynał się na środku czoła, biegł przez czubek głowy i kończył się centralnie na różowym karku. Jego twarz była tak idealnie regularna i tak zupełnie nieinteligentna, jak tylko może być ludzka twarz. Zachowywała ona wyraz niewzruszonego spokoju, na który miło było patrzeć. Pod rękawami lekkiego letniego surduta rysowały się mięśnie krzepkich ramion. Młodzieniec był szeroki w piersi, wąski w biodrach, krzepki w nogach - słowem, było to wspaniałe ludzkie zwierzę, które od stóp do głów osiągnęło najwyższy stopień fizycznego rozwoju. Taki był pan Geoffrey Delamayn, powszechnie zwany "szanownym" i zasługujący na to miano z więcej niż jednego powodu. Był szanowny, po pierwsze, będąc synem (młodszym) owego niegdyś obiecującego prawnika, a obecnie lorda Holchestera. Był szanowny, po drugie, zdobywając najwyższe popularne wyróżnienie, jakie może przyznać współczesny angielski system edukacji: wystąpił jako rufowy w uniwersyteckich zawodach wioślarskich. Dodajmy, że nigdy nie widziano, żeby czytał on coś innego niż gazetę i nigdy nie słyszano, żeby ociągał się rozstrzygnąć zakład, a obraz tego wybitnego młodego Anglika będzie na razie kompletny.
Wzrok Blanche w naturalny sposób spoczął na nim i dziewczyna wybrała go jako pierwszego gracza po swojej stronie.
- Wybieram pana Delamayna - powiedziała.
Gdy nazwisko to padło z jej ust, rumieniec na twarzy panny Silvester zgasł, a jego miejsce zajęła trupia bladość. Wykonała ruch, aby wyjść z domku, ale nagle zreflektowała się i położyła jedną dłoń na oparciu rustykalnego krzesła. Stojący za nią dżentelmen, który patrzył na dłoń, zobaczył, że zacisnęła się tak gwałtownie i tak mocno, że aż pękła rękawiczka. Dżentelmen ten sporządził w myślach notatkę i w swoim prywatnym rejestrze zapisał pannę Silvester jako posiadającą "diabelski charakter".
Tymczasem dziwnym zbiegiem okoliczności pan Delamayn zrobił dokładnie to samo, co zrobiła wcześniej panna Silvester. On również próbował wycofać się z gry.
- Wielkie dzięki - rzekł. - Czy może mnie panienka dodatkowo zaszczycić, wybierając kogoś innego? Krokiet nie jest w moim stylu.
Pięćdziesiąt lat temu podobna odpowiedź pod adresem damy zostałaby uznana za niewybaczalną impertynencję. Współczesny kodeks towarzyski uznał ją za coś autentycznie zabawnego. Towarzystwo wybuchnęło śmiechem. Blanche wpadła w złość.
- Czy nie można zainteresować pana niczym innym niż intensywny wysiłek fizyczny, panie Delamayn? - zapytała ostro. - Czy zawsze musi pan wiosłować w regatach albo skakać nad poprzeczką? Gdyby posiadał pan umysł, chciałby pan go rozluźnić. Zamiast tego ma pan mięśnie. Dlaczego nie rozluźnić ich?
Ostrze kąśliwego humoru panny Lundie ześlizgnęło się po panu Geoffreyu Delamaynie, tak jak woda spływa po kaczce.
- Wedle życzenia - powiedział z powściągliwą dobrodusznością. - Proszę się nie obrażać. Przyszedłem tu z damami, a one nie pozwalają mi palić. Tęsknię za fajką. Myślałem, że wymknę się na chwilę i zapalę. W porządku! Zagram!
- Och! Niech pan pali, jak najbardziej! - odparła Blanche. - Wybiorę kogoś innego. Nie wezmę pana!
Wyglądało na to, że szacowny młody dżentelmen odetchnął z nieskrywaną ulgą. Nadąsana młoda dama odwróciła się do niego plecami i przebiegła wzrokiem wzdłuż gości zebranych na drugim końcu domku letniego.
- Kogo mam wybrać? - powiedziała do siebie.
Ciemnowłosy młodzieniec o twarzy ogorzałej od słońca jak u Cygana, w którego spojrzeniu i zachowaniu było coś sugerującego wędrowny tryb życia i być może bliską znajomość z morzem, wystąpił nieśmiało i powiedział szeptem:
- Proszę wybrać mnie!
Twarz Blanche rozpromienił czarujący uśmiech. Jeśli wierzyć pozorom, ciemnowłosy młodzieniec zajmował szczególne miejsce w jej hierarchii.
- Pana? - zapytała kokieteryjnie dziewczyna. - Za godzinę pan nas opuści!
Młodzieniec odważył się postąpić o krok bliżej.
- Wracam pojutrze - poprosił.
- Bardzo źle pan gra!
- Mogę się poprawić, jeśli mnie panienka nauczy.
- Naprawdę? W takim razie nauczę pana! - Rozpromieniona i zarumieniona Blanche zwróciła się do macochy. - Wybieram pana Arnolda Brinkwortha - rzekła.
Tutaj znowu w nazwisku nieznanym ogółowi zdawało się być coś, co wywarło wrażenie - tym razem nie na pannie Silvester, ale na sir Patricku. Spojrzał na pana Brinkwortha z nagłym zainteresowaniem. Wszystko wskazywało na to, że gdyby pani domu właśnie wtedy nie zwróciła jego uwagi, przemówiłby do ciemnowłosego młodzieńca.
Nadeszła jednak kolej, aby lady Lundie wybrała drugiego gracza do swojej drużyny. Jej szwagier był osobą na swój sposób ważną i kobieta miała własne powody do przypochlebiania się głowie rodziny. Zdziwiła całe towarzystwo, wybierając sir Patricka.
- Mamo! - zawołała Blanche. - O czym ty myślisz? Sir Patrick nie będzie grał. Krokieta nie wynaleziono za jego czasów.
Sir Patrick nigdy nie pozwalał, by "jego czasy" były przedmiotem lekceważących uwag ze strony młodszego pokolenia, nie odpłacając młodszemu pokoleniu pięknym za nadobne.
- Za moich czasów, moja droga - rzekł do bratanicy - było przyjęte, że ludzie wnoszą do tego rodzaju spotkań towarzyskich jakąś przyjemną jakość. W twoich czasach zrezygnowaliście z tego wszystkiego. Oto - zauważył starszy dżentelmen, biorąc ze stolika młotek do krokieta - jeden z warunków sukcesu we współczesnym społeczeństwie. A oto - dodał, podnosząc kulę - drugi. Znakomicie. Człowiek uczy się przez całe życie. Zagram! Zagram!
Lady Lundie (posiadająca wrodzony brak wyczucia ironii) uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Wiedziałam, że sir Patrick zagra - rzekła - aby sprawić mi przyjemność.
Sir Patrick skłonił się z ironiczną uprzejmością.
- Lady Lundie - odparł - czyta pani we mnie jak w książce.
Ku zaskoczeniu wszystkich obecnych poniżej czterdziestego roku życia staruszek podkreślił te słowa, kładąc sobie rękę na sercu i cytując poezję.
- Mogę powtórzyć za Drydenem - dodał pełen galanterii staruszek - "Choć jestem już stary, a miłość dla młodych, pamiętam ja siłę kobiecej urody".
Lady Lundie wyglądała na autentycznie wstrząśniętą. Pan Delamayn poszedł o krok dalej. Natychmiast wtrącił się z miną człowieka, który czuje się bezwzględnie wezwany do spełnienia publicznego obowiązku.
- Dryden nigdy czegoś takiego nie powiedział - zauważył. - Ręczę za to.
Sir Patrick wykonał obrót z pomocą laski i twardo spojrzał panu Delamaynowi prosto w twarz.
- Zna pan Drydena lepiej niż ja, sir? - zapytał.
Szanowny Geoffrey odpowiedział skromnie:
- Raczej znałem. Trzy razy płynąłem z nim w regatach i trenowaliśmy razem.
Sir Patrick spojrzał na młodzieńca z cierpkim uśmiechem tryumfu.
- W takim razie muszę panu powiedzieć, sir - rzekł - że trenował pan z człowiekiem, który umarł blisko dwieście lat temu.
Pan Delamayn z niekłamaną konsternacją zwrócił się do ogółu towarzystwa:
- Co ma na myśli ten starszy dżentelmen? Mówię o Tomie Drydenie z college'u Corpus Christi. Na uniwersytecie znają go wszyscy.
- A ja mówię - powtórzył jak echo sir Patrick - o poecie Johnie Drydenie. Najwyraźniej na uniwersytecie nikt go nie zna!
Pan Delamayn odpowiedział z serdeczną powagą, na którą miło było patrzeć:
- Daję panu słowo honoru, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałem! Proszę się nie gniewać, sir. Ja nie obraziłem się na pana.
Uśmiechnął się i wyciągnął fajkę z korzenia wrzośca.
- Ma pan ogień? - zapytał najprzyjaźniej, jak potrafił.
Sir Patrick odpowiedział bez odrobiny serdeczności:
- Nie palę, sir.
Pan Delamayn spojrzał na niego, ani trochę nie urażony.
- Nie pali pan! - powtórzył. - Zastanawiam się, jak też udaje się panu przetrwać czas wolny?
Sir Patrick uciął rozmowę.
- Proszę się nad tym zastanowić, sir - powiedział z niskim ukłonem.
Podczas trwania tej utarczki lady Lundie wraz z pasierbicą zorganizowały grę i towarzystwo złożone z zawodników oraz widowni zaczęło posuwać się w stronę trawnika. Sir Patrick zatrzymał bratanicę i towarzyszącego jej ciemnowłosego młodzieńca.
- Zostaw ze mną pana Brinkwortha - powiedział. - Chcę z nim porozmawiać.
Blanche natychmiast wydała rozkazy. Pan Brinkworth miał zostać z sir Patrickiem, dopóki nie będzie potrzebny w grze. Pan Brinkworth zdumiał się, ale posłuchał.
Podczas wykonywania tego aktu władzy na drugim końcu domku miało miejsce pewne wydarzenie. Korzystając z zamieszania spowodowanego ogólnym poruszeniem na trawniku, panna Silvester znalazła się nagle blisko pana Delamayna.
- Za dziesięć minut domek będzie pusty. Spotkajmy się tutaj - szepnęła.
Szanowny Geoffrey drgnął i rozejrzał się ukradkowo po gościach.
- Myślisz, że to bezpieczne? - odszepnął.
Delikatne wargi guwernantki zadrżały, trudno powiedzieć, czy ze strachu, czy ze złości.
- Nalegam! - odparła i odeszła.
Odprowadzając ją wzrokiem, pan Delamayn zmarszczył swoje ładne brwi, po czym sam z kolei wyszedł z domku letniego. Ogród różany na tyłach budynku był chwilowo pusty. Młodzieniec wyciągnął fajkę i ukrył się wśród krzewów róż. Dym wylatywał z jego ust w gorączkowych i pośpiesznych pyknięciach. Mężczyzna był zazwyczaj najłagodniejszym z panów - dla swojej fajki. Kiedy poganiał tę zaufaną służącą, była to niezawodna oznaka wewnętrznego niepokoju.
III. ODKRYCIA
W domku zostały teraz tylko dwie osoby - Arnold Brinkworth i sir Patrick Lundie.
- Panie Brinkworth - zaczął starszy dżentelmen - nie miałem okazji porozmawiać z panem wcześniej, a (jako że słyszę, iż ma pan zamiar nas dziś opuścić), mogę nie znaleźć okazji później. Chciałbym się przedstawić. Pański ojciec był jednym z moich najbliższych przyjaciół - niech mi wolno będzie zaprzyjaźnić się z jego synem.
Sir Patrick wyciągnął rękę i wymienił swoje nazwisko.
Arnold rozpoznał je natychmiast.
- Och, sir Patrick! - powiedział ciepło. - Gdyby mój biedny ojciec tylko posłuchał pańskiej rady...
- Zastanowiłby się dobrze, zanim przegrał majątek na wyścigach konnych i mógłby tu z nami być, zamiast umierać na obczyźnie - powiedział sir Patrick, kończąc zdanie, które zaczął jego rozmówca. - Dość o tym! Pomówmy o czymś innym. Lady Lundie pisała mi o panu. Donosiła, że pańska ciotka zmarła i uczyniła pana dziedzicem jej majątku w Szkocji. To prawda? Tak? Gratuluję z całego serca. Dlaczego przyjeżdża pan tutaj, zamiast doglądać swojego domu i włości? Ach! To tylko dwadzieścia trzy mile stąd i będzie pan doglądał majątku jeszcze dziś, przyjeżdżając najbliższym pociągiem? Całkiem słusznie. I co? Co? Wraca pan pojutrze? Dlaczego miałby pan wracać? Jest tu jakaś szczególna atrakcja, jak sądzę? Mam nadzieję, że to właściwy rodzaj atrakcji. Jest pan bardzo młody, wystawiony na różnego rodzaju pokusy. Ma pan w sobie solidne pokłady zdrowego rozsądku? Jeśli tak, nie odziedziczył go pan po swoim biednym ojcu. Musiał pan być ledwie chłopcem, kiedy przekreślił on perspektywy swoich dzieci. Jak pan się utrzymywał od tamtej pory do teraz? Co pan robił, zanim testament ciotki sprawił, że do końca życia nie będzie pan musiał pracować?
Pytanie było dociekliwe. Arnold odpowiedział na nie bez najmniejszego wahania, mówiąc z nieudawaną skromnością i prostotą, które z miejsca podbiły serce sir Patricka.
- Byłem uczniem w Eton, sir - rzekł - gdy przegrane mojego ojca doprowadziły go do bankructwa. Musiałem odejść ze szkoły, aby zarabiać na chleb i zarabiałem na niego, w dość niebezpieczny sposób, od tamtej pory do teraz. Mówiąc wprost, pływałem po morzach - w marynarce handlowej.
- A mówiąc jeszcze prościej, stawił pan czoło przeciwnościom jak dzielny młodzieniec i uczciwie zasłużył pan na szczęście, które pana spotkało - odparł sir Patrick. - Proszę podać mi rękę, polubiłem pana. Nie jest pan taki jak inni młodzi ludzie w dzisiejszych czasach. Będę pana nazywać "Arnoldem". Nie musisz odwzajemniać komplementu i nazywać mnie "Patrickiem" - jestem za stary, aby traktować mnie w ten sposób. I cóż, jak ci się tu podoba? Jaką kobietą jest moja bratowa? I jaki to dom?
Arnold parsknął śmiechem.
- Co za niezwykłe pytania mi pan zadaje - rzekł. - Mówi pan tak, jakby był tu obcy, sir!
Sir Patrick dotknął sprężyny w gałce laski. Mała złota pokrywka odskoczyła i ukazała ukrytą w środku tabakierkę. Mężczyzna wziął szczyptę tabaki i zachichotał pod nosem na jakąś przelotną myśl, której nie uznał za konieczne komunikować swojemu młodemu przyjacielowi.
- Mówię tak, jakbym był tu obcy, co? - podjął. - Właśnie tym jestem. Z lady Lundie koresponduje mi się znakomicie, ale jesteśmy ulepieni z innej gliny i widujemy się tak rzadko, jak to możliwe. Moja historia - ciągnął miły staruszek z ujmującą szczerością, która znosiła wszystkie różnice wieku i stanu pomiędzy nim a Arnoldem - trochę przypomina twoją, chociaż mam tyle lat, że mógłbym być twoim dziadkiem. Zarabiałem na życie na swój sposób (jako zrzędliwy, stary szkocki prawnik), kiedy mój brat ponownie się ożenił. Jego śmierć, bez pozostawienia po sobie syna, przyniosła mi awans w świecie, podobnie jak to było u ciebie. I oto jestem (nad czym szczerze ubolewam) baronetem. Tak, szczerze ubolewam! Na moje ramiona spadają najróżniejsze obowiązki, których nigdy się nie spodziewałem. Jestem głową rodziny, jestem opiekunem mojej bratanicy, jestem zmuszony pojawić się na tym przyjęciu i (mówiąc między nami) czuję się tu potwornie nieswojo. Pośród tych wszystkich pięknych ludzi nie wita mnie żadna znajoma twarz. Znasz tu kogoś?
- Mam tylko jednego przyjaciela w Windygates - odrzekł Arnold. - Przyjechał dziś rano, podobnie jak pan. Geoffrey Delamayn.
Gdy to powiedział, w wejściu do domku pojawiła się panna Silvester. Kiedy dostrzegła, że budynek jest zajęty, po jej twarzy przemknął cień irytacji. Zniknęła niezauważona i dyskretnie wróciła do gry.
Sir Patrick spojrzał na syna starego przyjaciela. Wszystko wskazywało na to, że po raz pierwszy jest zawiedziony młodzieńcem.
- Twój wybór przyjaciela trochę mnie zaskakuje - powiedział.
Arnold z prostotą przyjął te słowa jako wezwanie do złożenia wyjaśnień.
- Proszę wybaczyć, sir, ale nie ma w tym nic zaskakującego - odparł. - Dawno temu byliśmy kolegami w Eton. Potem spotykałem Geoffreya, gdy on żeglował na jachtach, a ja służyłem na statku. Geoffrey uratował mi życie, sir Patricku - dodał głośniej, a oczy rozbłysły mu podziwem dla przyjaciela. - Gdyby nie on, utonąłbym w katastrofie łodzi. Czy to nie dobry powód, aby się z nim przyjaźnić?
- To zależy wyłącznie od wartości, jaką przykładasz do swojego życia - powiedział sir Patrick.
- Wartości, jaką przykładam do mojego życia? - powtórzył Arnold. - Przykładam do niego dużą wartość, rzecz jasna!
- W takim razie masz wobec pana Delamayna dług wdzięczności.
- Którego nigdy nie zdołam spłacić!
- Który pewnego dnia spłacisz z nawiązką, jeśli wiem coś o ludzkiej naturze - odparł sir Patrick.
Powiedział te słowa z silnym przekonaniem. Ledwo przebrzmiały, gdy w wejściu do letniego domku ukazał się pan Delamayn (dokładnie tak, jak wcześniej panna Silvester). On również zniknął niezauważony, znów jak panna Silvester. Ale na tym podobieństwa się kończyły. Wyraz twarzy szanownego Geoffreya w momencie odkrycia, że budynek jest zajęty, był nieomylnie wyrazem ulgi.
Tym razem Arnold wyciągnął właściwy wniosek z języka i tonu sir Patricka. Ochoczo stanął w obronie przyjaciela.
- Powiedział to pan z pewną goryczą, sir - zauważył. - Co takiego zrobił Geoffrey, że pana uraził?
- Ośmiela się istnieć: oto, co zrobił - zaripostował sir Patrick. - Nie patrz tak! Mówię ogólnie. Twój przyjaciel jest modelowym współczesnym młodym Brytyjczykiem. Nie lubię modelowego współczesnego młodego Brytyjczyka. Nie widzę sensu rozpływania się nad nim jako wspaniałym wytworem narodu tylko dlatego, że jest duży, silny, bezkarnie pije piwo i bierze zimny prysznic na okrągło przez cały rok. Jest teraz w Anglii o wiele za dużo wysławiania samych jedynie cech fizycznych, które Anglik dzieli z dzikusem i barbarzyńcą. A zgubne tego skutki już zaczynają się ujawniać! Jesteśmy bardziej niż kiedykolwiek skłonni w naszych zwyczajach narodowych hołdować wszystkiemu co ordynarne i usprawiedliwiać wszystko co gwałtowne i prymitywne w naszych postępkach. Poczytaj popularnie książki, uczestnicz w popularnych rozrywkach, a na dnie wszystkich znajdziesz słabnący szacunek dla subtelniejszych wdzięków cywilizowanego życia, a rosnący podziw dla cnót pierwotnych Brytyjczyków!
Arnold słuchał w niemym osłupieniu. Niechcący dał sir Patrickowi pretekst do zrzucenia z siebie nagromadzonego sprzeciwu społecznego, nie mając przygotowanych argumentów.
- Jak się pan nad tym zapala, sir! - zawołał młodzieniec w przypływie niepohamowanego zdumienia.
Sir Patrick natychmiast oprzytomniał. Zdumienie widoczne w twarzy młodzieńca było autentyczne.
- Zapalam się niemal równie mocno - rzekł - jak gdybym kibicował na regatach albo sprzeczał się przy zakładach, hę? Ach, tak łatwo się zapalaliśmy, gdy byłem młody! Zmieńmy temat. Nie wiem o niczym, co mogłoby mnie negatywnie nastawić do twojego przyjaciela, pana Delamayna. Wyrazem dzisiejszej obłudy - zawołał sir Patrick, popadając w poprzedni ton - jest zakładanie, że ci fizycznie zdrowi ludzie są również zdrowi moralnie. Czas pokaże, czy dzisiejsza obłuda ma rację. A więc wracasz do lady Lundie po zaledwie przelotnej wizycie we własnej posiadłości? Powtarzam: to niezwykłe zachowanie jak na właściciela ziemskiego. Jaka tu jest atrakcja, hę?
Zanim Arnold zdążył odpowiedzieć, Blanche zawołała na niego z trawnika. Poczerwieniał i niecierpliwie odwrócił się do wyjścia. Sir Patrick pokiwał głową gestem człowieka, który otrzymał wystarczającą odpowiedź.
- Ach! - powiedział. - A więc to jest ta atrakcja, prawda?
Życie spędzone na morzu sprawiło, że Arnold był wyjątkowo nieświadomy obyczajów panujących na lądzie. Zamiast zaśmiać się z żartu, wyglądał na zmieszanego. Głębszy rumieniec zabarwił jego ciemne policzki.
- Tego nie powiedziałem - odparł z lekkim rozdrażnieniem.
Sir Patrick uniósł swoje dwa białe, pomarszczone palce i dobrodusznie poklepał młodego marynarza po policzku.
- Owszem, powiedziałeś - rzekł. - Na czerwono.
Mała złota pokrywka odskoczyła i starszy dżentelmen nagrodził się za tę zgrabną ripostę szczyptą tabaki. W tej samej chwili na scenę wkroczyła Blanche.
- Panie Brinkworth - rzekła - będzie mi pan zaraz potrzebny. Wuju, twoja kolej grać.
- Na mą duszę! - zawołał sir Patrick. - Zapomniałem o grze. - Rozejrzał się i zobaczył swój młotek oraz kulę leżące na stole. - Gdzie są współczesne substytuty rozmowy? A, oto one!
Potoczył kulę przed sobą po trawniku i zatknął sobie młotek, tak jakby był to parasol, pod ramię.
- Kto pierwszy błędnie odkrył - powiedział do siebie, żwawo kuśtykając w kierunku trawnika - że natura ludzka jest rzeczą poważną? Oto ja, będący jedną nogą w grobie, a najważniejsze pytanie, jakie teraz przede mną stoi, to "czy zdołam trafić do bramki?".
Arnold i Blanche zostali sami.
Wśród osobistych przywilejów, jakimi natura obdarzyła płeć piękną, najbardziej godnym pozazdroszczenia jest z pewnością to, że kobieta zawsze wygląda znakomicie, gdy patrzy na ukochanego mężczyznę. Kiedy po wyjściu wuja wzrok Blanche spoczął na Arnoldzie, nawet ohydne modne oszpecenia w postaci nadętego koka i przechylonego kapelusza nie mogły zniszczyć potrójnego wdzięku młodości, urody i czułości promieniującego z jej twarzy. Arnold spojrzał na nią i przypomniał sobie z całą wyrazistością, że wyjeżdża najbliższym pociągiem i że zostawia ją w towarzystwie więcej niż jednego pełnego podziwu mężczyzny w jego wieku. Doświadczenie całych dwóch tygodni spędzonych pod jednym dachem wykazało, że Blanche jest najbardziej czarującą dziewczyną na świecie. Możliwe, że nie obrazi się na niego śmiertelnie, jeśli jej to powie. Postanowił, że zrobi to w tym pomyślnym momencie.
Ale któż ośmieli się zmierzyć przepaść dzielącą zamiar od wykonania? Postanowienie Arnolda, że się odezwie, było tak mocne, jak tylko być może postanowienie. I co z niego wynikło? Niestety dla ludzkiej słabości! Nic poza milczeniem.
- Chyba coś pana trapi, panie Brinkworth - powiedziała Blanche. - Co mówił panu sir Patrick? Mój wuj na wszystkich ćwiczy swój cięty dowcip. Ćwiczył go na panu?
Arnold dostrzegł szansę. Droga do celu była daleka, ale widoczna.
- Sir Patrick to okropny staruszek - odparł mężczyzna. - Zaraz zanim panienka weszła, odkrył jeden z moich sekretów, jedynie patrząc mi w twarz.
Urwał, zebrał się na odwagę, postanowił kontynuować bez względu na ryzyko i przeszedł prosto do rzeczy.
- Ciekawe - zapytał bez ogródek - czy wdała się panienka w wuja?
Blanche zrozumiała go w jednej chwili. Gdyby miała do dyspozycji czas, wzięłaby go delikatnie za rękę i małymi kroczkami poprowadziła do celu. Ale za dwie minuty lub mniej Arnold miał się włączyć do gry. "Zamierza mi się oświadczyć", pomyślała Blanche, "i ma na to około minuty. Zrobi to!"
- Co!? - zawołała. - Myśli pan, że dar odkrywania prawdy jest u mnie rodzinny?
Arnold rzucił się na głęboką wodę.
- Chciałbym, żeby tak było! - rzekł.
Blanche wyglądała jak uosobienie zaskoczenia.
- Dlaczego? - zapytała.
- Gdyby zobaczyła panienka w mojej twarzy to, co zobaczył sir Patrick...
Wystarczyło, że skończy zdanie i byłoby po wszystkim. Ale delikatne uczucie przekornie rozkoszuje się stawianiem przeszkód na swojej drodze. Arnolda nie w porę opanowała nagła nieśmiałość. Urwał w pół zdania w najbardziej niezręczny możliwy sposób.
Od strony trawnika dobiegło Blanche stuknięcie młotka o kulę i śmiech towarzystwa wywołany jakimś błędem sir Patricka. Cenne sekundy uciekały. Miała ochotę wytargać Arnolda za uszy za tę nierozsądną obawę przed nią.
- A więc - powiedziała niecierpliwie - gdybym spojrzała panu w twarz, co bym zobaczyła?
Arnold wykonał drugi skok na głęboką wodę. Odparł:
- Zobaczyłaby panienka, że potrzebuję nieco zachęty.
- Z mojej strony?
- Tak, jeśli łaska.
Blanche obejrzała się przez ramię. Domek letni stał na wzniesieniu, które pokonywało się schodami. Graczy na położonym w dole trawniku było słychać, ale nie widać. Ktoś mógł pojawić się niespodziewany lada chwila. Blanche nasłuchiwała. Nie słychać było odgłosu zbliżających się kroków - zapanowała ogólna cisza, a potem dało się słyszeć kolejne stuknięcie młotka o kulę i oklaski. Sir Patrick był uprzywilejowany. Najprawdopodobniej pozwolono mu spróbować po raz drugi i tym razem mu się udało. To oznaczało kilkusekundowe wytchnienie. Blanche ponownie spojrzała na Arnolda.
- Proszę uważać się za zachęconego - szepnęła i natychmiast z niemożliwym do wykorzenienia kobiecym instynktem samoobrony dodała - w pewnych granicach!
Arnold po raz ostatni rzucił się na głęboką wodę, tym razem na samo dno.
- Proszę uważać się za kochaną - wypalił - zupełnie bezgranicznie.
Było po wszystkim - słowa padły - Arnold wziął Blanche za rękę. I znów przekora delikatnego uczucia doszła do głosu silniej niż kiedykolwiek. Ledwo z ust ukochanego padło wyznanie, które pragnęła usłyszeć Blanche, gdy Blanche zaprotestowała przeciwko niemu! Próbowała uwolnić dłoń z uścisku. Formalnie poprosiła Arnolda, aby ją puścił.
Młodzieniec tylko wzmocnił uścisk.
- Niech mnie panienka spróbuje choć trochę polubić! - poprosił. - Ja tak kocham panienkę!
Któż by się oparł takim zalotom, gdy - proszę pamiętać - sam skrycie się w nim kochał i miał pewność, że za chwilę ktoś mu przeszkodzi? Blanche zaprzestała szamotaniny i spojrzała z uśmiechem na młodego marynarza.
- Nauczył się pan tego sposobu zalecania się w marynarce handlowej? - spytała kokieteryjnie.
Arnold uparcie uderzał w poważny ton.
- Wrócę do marynarki handlowej - rzekł - jeśli panienkę rozzłościłem.
Blanche zaaplikowała kolejną dozę zachęty.
- Złość jest jedną ze złych emocji, panie Brinkworth - odparła skromnie. - Młoda dama, która została odpowiednio wychowana, nie ma złych emocji.
Z ust graczy dobiegł nagły okrzyk - wzywali "pana Brinkwortha". Blanche próbowała wypchnąć go z domku. Arnold był niewzruszony.
- Niech panienka powie mi coś na zachętę, zanim wyjdę - poprosił. - Wystarczy jedno słowo. Proszę powiedzieć "tak".
Blanche potrząsnęła głową. Teraz, gdy już zdobyła młodzieńca, pokusa, aby się z nim droczyć, była nieodparta.
- Zupełnie niemożliwe! - odparła. - Jeśli chce pan więcej zachęty, musi pan porozmawiać z moim wujem.
- Porozmawiam z nim, zanim wyjadę - odrzekł Arnold.
Rozległo się kolejne wezwanie "pana Brinkwortha". Blanche podjęła drugą próbę wypchnięcia go.
- Niech pan idzie! - powiedziała. - I pilnuje, żeby trafił w bramkę!
Dziewczyna opierała obie dłonie na jego ramionach, jej twarz znajdowała się blisko jego twarzy - Arnold nie potrafił się temu oprzeć. Objął ją w pasie i pocałował. Nie było potrzeby mówić mu, żeby trafił w bramkę. Bez wątpienia już to zrobił! Blanche oniemiała. Ostatni popis Arnolda w sztuce zalotów zaparł jej dech w piersi. Nim zdołała dojść do siebie, wyraźnie dał się słyszeć odgłos zbliżających się kroków. Arnold uścisnął ją po raz ostatni i wybiegł.
Blanche osunęła się na najbliższe krzesło i wstrząśnięta rozkosznym zamętem zamknęła powieki.
Kroki zbliżały się. Blanche otwarła oczy i ujrzała Anne Silvester, która stała obok i patrzyła na nią. Dziewczyna skoczyła na równe nogi i impulsywnie zarzuciła ramiona na szyję Anne.
- Nie wiesz, co się stało - szepnęła. - Życz mi szczęścia, kochana. Powiedział to. Jest już mój na zawsze!
W uścisku i w głosie, którym wypowiedziano te słowa, wyrażone zostały wieloletnie siostrzane miłość i ufność. Serca matek w przeszłości nie mogły chyba być sobie bliższe - jak się zdawało - niż teraz serca córek. A jednak, gdyby Blanche w tej chwili spojrzała na Anne, musiałaby zauważyć, że przyjaciółka jest myślami daleko od jej miłosnej historyjki.
- Wiesz, kto to? - ciągnęła, nie doczekawszy się odpowiedzi.
- Pan Brinkworth?
- Oczywiście! Któż by inny?
- I jesteś naprawdę szczęśliwa, kochana?
- Szczęśliwa? - powtórzyła Blanche. - Pamiętaj! To musi zostać między nami. Gotowa jestem wyskoczyć z siebie z radości. Kocham go! Kocham go! Kocham go! - zawołała, ciesząc się powtarzaniem tych słów jak dziecko.
Odpowiedziało im głębokie westchnienie. Blanche natychmiast podniosła wzrok na Anne.
- O co chodzi? - zapytała, zmieniając nagle głos i sposób bycia.
- Nic.
Blanche widziała prawdę zbyt jasno, aby dać się w ten sposób zwodzić.
- Coś jest na rzeczy - powiedziała. - Chodzi o pieniądze? - dodała po chwili namysłu. - Rachunki do zapłacenia? Mam mnóstwo pieniędzy, Anne. Pożyczę ci, ile chcesz.
- Nie, nie, moja droga!
Blanche, lekko urażona, odsunęła się. Po raz pierwszy odkąd się znały, Anne trzymała ją na dystans.
- Powierzam ci wszystkie moje sekrety - rzekła. - Dlaczego ty ukrywasz coś przede mną? Czy wiesz, że od jakiegoś czasu wyglądasz na niespokojną i nie w humorze? Może nie lubisz pana Brinkwortha? Nie? Naprawdę go lubisz? Więc chodzi o moje zamążpójście? Pewnie tak! Wyobrażasz sobie, że się rozstaniemy, ty głupia gąsko? Tak jakbym mogła żyć bez ciebie! Oczywistym jest, że gdy poślubię Arnolda, zamieszkasz z nami. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości, prawda?
Anne gwałtownie, niemal szorstko, odsunęła się od Blanche i wskazała w kierunku schodów.
- Ktoś idzie - powiedziała. - Patrz!
Osobą tą był Arnold. Nadeszła kolej Blanche, aby grać i młodzieniec podjął się ją przyprowadzić.
Uwaga Blanche, która przy innych okazjach łatwo ulegała rozproszeniu, była cały czas skupiona na Anne.
- Nie jesteś sobą - rzekła - i muszę wiedzieć dlaczego. Zaczekam do wieczora, a potem, kiedy przyjdziesz do mojego pokoju, powiesz mi. Nie patrz tak! Powiesz mi. A tymczasem masz całusa!
Dziewczyna podeszła do Arnolda i gdy tylko na niego spojrzała, odzyskała poprzednią wesołość.
- No i? Trafiłeś w bramki?
- Mniejsza o bramki. Przełamałem lody z sir Patrickiem.
- Co! Przy wszystkich?!
- Oczywiście, że nie! Umówiłem się z nim tutaj.
Śmiejąc się, zeszli po schodach i dołączyli do gry.
Pozostawszy sama, Anne Silvester przeszła wolno do ciemniejszej, położonej w głębi części pokoju. Na jednej z bocznych ścian wisiało lustro w rzeźbionej drewnianej ramie. Zatrzymała się, spojrzała w nie i zadrżała na widok swojego odbicia.
- Czy nadchodzi czas - zapytała sama siebie - że nawet Blanche zobaczy w mojej twarzy, kim jestem?
Odwróciła się od lustra. Z nagłym okrzykiem rozpaczy wyrzuciła w górę ramiona, oparła je ciężko o ścianę i złożyła na nich głowę, plecami zwrócona do okna. W tej samej chwili w strudze światła wpadającej do wnętrza przez drzwi wejściowe ukazała się ciemna sylwetka mężczyzny. Mężczyzną tym był Geoffrey Delamayn.
EPILOG. PORANNA WIZYTA
I
Gazety obwieściły powrót lorda i lady Holchesterów do ich londyńskiego domu po ponad półrocznej podróży po Europie.
Jest szczyt sezonu. Przez cały dzień drzwi Holchester House nieustannie otwierają się, aby wpuścić gości. Większość z nich zostawia bilety wizytowe i odjeżdża z niczym. Tylko nieliczne uprzywilejowane jednostki wysiadają z powozów i wchodzą do środka.
Pośród tych ostatnich, przybyła o wcześniejszej porze, niż jest w zwyczaju, znajduje się pewna dystyngowana osoba, która stanowczo chce spotkać się albo z panią albo z panem domu i nie przyjmie odmowy. Podczas gdy osoba ta gawędzi sobie z kamerdynerem, lord Holchester, w drodze z pokoju do pokoju, przechodzi przypadkiem przez hol. Osoba ta natychmiast rzuca się w jego kierunku z okrzykiem:
- Drogi lordzie Holchester!
Julius obraca się i widzi... lady Lundie!
Wpadł w pułapkę i ustępuje tak wdzięcznie, jak potrafi. Kiedy otwiera przed jaśnie panią drzwi najbliższego pokoju, ukradkiem zerka na zegarek i w głębi duszy mówi: "jak mam się jej pozbyć, zanim przyjdą inni?".
Lady Lundie sadowi się na kanapie w obłoku koronek i jedwabiu i staje się, majestatycznie jak to ona, "skończenie czarująca". Z największą serdecznością rozpytuje o lady Holchester, o lady Holchester-wdowę i samego Juliusa. Gdzie byli? Co widzieli? Czy czas i zmiana otoczenia pomogły im otrząsnąć się po ciosie, jakim było to straszne wydarzenie, o którym lady Lundie nie śmie szczegółowo wspominać? Julius odpowiada z rezygnacją i nieco nieobecnie. On z kolei uprzejmie zapytuje o plany i zajęcia jaśnie pani, mając dokuczliwą świadomość nieubłaganego upływu czasu i pewnych ewentualności, które upływ ten może przynieść. Lady Lundie ma o sobie do powiedzenia bardzo mało. Przyjechała do miasta tylko na kilka tygodni. Wiedzie życie samotne.
- Moje skromne obowiązki w Windygates sporadycznie przerywa, gdy mój umysł się przemęczy, towarzystwo kilku szczerych przyjaciół, których poglądy współgrają z moimi - oto jak upływa mój żywot (nie całkiem bezużytecznie, mam nadzieję), lordzie Holchester. Nie przynoszę wieści, nie widuję nic ciekawego, poza wczorajszym niezwykle smutnym widokiem.
Tu lady Lundie urywa. Julius zauważa, że oczekuje się po nim zadania pytań i w związku z tym je zadaje.
Lady Lundie się waha, oświadcza, że jej nowiny dotyczą owego przykrego wydarzenia z przeszłości, o którym już napomknęła, przyznaje, że nie mogła być w Londynie i nie czuć się w obowiązku zasięgnięcia języka w przytułku, w którym na resztę życia została umieszczona Hester Dethridge, oświadcza, że nie tylko zasięgnęła języka, ale osobiście widziała się z nieszczęsną kobietą, rozmawiała z nią, okazało się, że nie zdaje ona sobie sprawy ze swojejgo strasznej sytuacji, nie jest zdolna na najmniejszego wysiłku pamięci, jest pogodzona z życiem, które wiedzie i ma szansę (zdaniem lekarza będącego nadzorcą zakładu) żyć jeszcze przez kilka lat. Przedstawiwszy te fakty, jaśnie pani ma właśnie wygłosić kilka owych "stosownych do okazji uwag", gdy drzwi się otwierają i do pokoju wchodzi lady Holchester w poszukiwaniu zaginionego męża.
II
Następuje nowy wybuch życzliwego zainteresowania ze strony lady Lundie, który lady Holchester przyjmuje uprzejmie, ale nie serdecznie. Żona Juliusa, podobnie jak on sam, zdaje się mieć dokuczliwe poczucie upływającego czasu. I, podobnie jak mąż, po cichu zastanawia się, jak długo lady Lundie zamierza zostać.
Lady Lundie nie zdradza zamiaru ruszenia się z kanapy. Najwyraźniej przyjechała do Holchester House, aby coś powiedzieć - i jeszcze tego nie powiedziała. Czy to powie? Tak. Dojdzie do sedna sprawy okrężną drogą. Ma jeszcze jedno pytanie delikatnej natury. Czy wolno jej powrócić do tematu podróży lorda i lady Holchesterów? Byli w Rzymie. Czy mogą potwierdzić szokującą wiadomość o "apostazji" pani Glenarm, jak do niej dotarła?
Lady Holchester może ją potwierdzić na podstawie własnego doświadczenia. Pani Glenarm wyrzekła się świata i schroniła się na łonie świętego Kościoła katolickiego. Lady Holchester spotkała się z nią w jednym z rzymskich klasztorów. Właśnie odbywa nowicjat i jest zdecydowana przyjąć habit. Lady Lundie jako gorliwa protestantka w przerażeniu unosi dłonie, oświadcza, że temat ten jest zbyt bolesny, aby się nad nim rozwodzić i, dla odmiany, nareszcie przechodzi wprost do rzeczy. Czy podczas swojej podróży po Europie lady Holchester nie spotkała czasem pani Arnoldowej Brinkworth albo o niej nie słyszała?
- Przestałam, jak pani wie, utrzymywać jakiekolwiek kontakty ze swoją rodziną - wyjaśnia lady Lundie. - Sposób, w jaki zachowali się podczas rodzinnego procesu, sympatia, jaką żywili wobec osoby, której nie mogę nawet wymienić bardziej szczegółowo, oddaliły nas od siebie. Może być mi smutno, droga lady Holchester, ale nie noszę urazy. I zawsze będę odczuwać matczyne zainteresowanie dobrem Blanche. Dowiedziałam się, że ona i mąż podróżowali w tym samym czasie, co pani i lord Holchester. Spotkaliście się?
Julius i jego żona wymienili spojrzenia. Lord Holchester jest niemy. Lady Holchester odpowiada:
- Spotkaliśmy państwa Brinkworthów we Florencji, a potem w Neapolu, lady Lundie. Powrócili do Anglii tydzień temu w oczekiwaniu na pewne radosne wydarzenie, które być może powiększy pani krąg rodzinny. Są teraz w Londynie. Co więcej, mogę pani powiedzieć, że spodziewamy się ich dzisiaj na lunchu.
Wygłosiwszy to proste stwierdzenie, lady Holchester spogląda na lady Lundie (jeśli to nie przyśpieszy jej wyjścia, to nic nie przyśpieszy!).
Daremnie! Lady Lundie nie ustępuje. Nie słysząc o swoich bliskich zupełnie nic przez ostatnie pół roku, umiera z ciekawości, aby dowiedzieć się więcej. Jest imię, którego jak dotąd nie wymieniła. Nieco się zmusza i wymienia je teraz.
- A sir Patrick? - pyta jaśnie pani, popadając w łagodną melancholię sugerującą dawne krzywdy darowane przez chrześcijańskie przebaczenie. - Wiem tyle, co z pogłosek. Czy we Florencji i Neapolu spotkali państwo również sir Patricka?
Julius i jego żona ponownie wymieniają spojrzenia. Zegar w holu wybija godzinę. Julius się wzdryga. Cierpliwość lady Holchester zaczyna się wyczerpywać. Następuje niezręczna cisza. Ktoś musi coś powiedzieć. Tak jak poprzednio, odpowiada lady Holchester.
- Sir Patrick wyjechał za granicę wraz z bratanicą i jej mężem i razem z nimi wrócił, lady Lundie.
- W dobrym zdrowiu? - dopytuje jaśnie pani.
- Odmłodzony - odpowiada lady Holchester.
Lady Lundie uśmiecha się ironicznie. Lady Holchester dostrzega uśmiech, decyduje, że litość okazana tej kobiecie jest litością źle ulokowaną i oświadcza (ku zgrozie męża), że ma o sir Patricku nowiny, które zapewne zaskoczą jego bratową.
Lady Lundie skwapliwie nadstawia uszu.
- To żadna tajemnica - ciągnie lady Holchester - chociaż jak na razie wie o tym tylko kilku bliskich przyjaciół. Sir Patrick dokonał ważnej zmiany w swoim życiu.
Czarujący uśmiech lady Lundie nagle znika.
- Sir Patrick jest nie tylko bardzo mądrym i bardzo sympatycznym człowiekiem - podejmuje nieco złośliwie lady Holchester. - Jest również, jeśli chodzi o nawyki (jak dobrze pani wie) mężczyzną młodszym, niż wskazywałby na to wiek, mężczyzną nadal posiadającym wiele zalet, na które kobiety rzadko pozostają obojętne.
- Nie chce pani chyba powiedzieć, że sir Patrick się ożenił, lady Holchester?
- Owszem.
Jaśnie pani, całkowicie bezradna wobec podwójnego ciosu, który na nią spadł, opada z powrotem na kanapę. Została nie tylko wyparta ze swojej pozycji najważniejszej kobiety w rodzinie, ale (wciąż będąc po właściwej stronie czterdziestki) jest do końca życia zesłana na towarzyską emeryturę!
- W jego wieku! - wykrzykuje, gdy tylko odzyskuje mowę.
- Proszę wybaczyć, jeśli przypomnę, że mnóstwo mężczyzn żeni się w wieku sir Patricka - odpowiada lady Holchester. - Trzeba mu przyznać, że w jego przypadku pobudki stawiają go poza zasięgiem kpin i wyrzutów. Jego małżeństwo to dobry uczynek w najlepszym znaczeniu tego słowa. Przynosi ono zaszczyt jemu, jak również damie, która dzieli jego pozycję i nazwisko.
- Jakiejś dzierlatce, rzecz jasna! - brzmi następna uwaga lady Lundie.
- Nie. Kobiecie, którą dotknęło nieprzeciętne cierpienie i która szlachetnie zniosła swój ciężki los. Kobiecie zasługującej na spokojniejsze i szczęśliwsze życie, które obecnie rozpoczyna.
- Czy mogę zapytać kto to taki?
Zanim jest czas odpowiedzieć na to pytanie, pukanie do drzwi wejściowych obwieszcza przybycie gości. Julius i jego żona po raz trzeci wymieniają spojrzenia. Tym razem Julius interweniuje.
- Moja żona powiedziała już pani, że spodziewamy się na lunchu państwa Brinkworthów, lady Lundie. Towarzyszą im sir Patrick i nowa lady Lundie. Jeśli mylę się, przypuszczając, że spotkanie z nimi może nie do końca pani odpowiadać, mogę tylko poprosić o wybaczenie. Jeśli mam rację, pozostawię lady Holchester przyjęcie naszych przyjaciół, a sam będę miał zaszczyt zabrać panią do innego pokoju.
Julius robi krok w kierunku drzwi pokoju w głębi. Podaje ramię lady Lundie. Jaśnie pani stoi nieporuszona, zdecydowana zobaczyć kobietę, która ją wyrugowała. W następnej chwili drzwi prowadzące z holu otwierają się i służący anonsuje:
- Sir Patrick i lady Lundie. Państwo Arnoldowie Brinkworth.
Lady Lundie patrzy na kobietę, która zajęła jej miejsce na czele rodziny i widzi... Anne Silvester!
1 Inns of Court - cztery Inns of Court stanowią stowarzyszenia zrzeszające wszystkich adwokatów w Anglii i Walii. W przeszłości działały jako szkoły prawnicze [przyp. tłum].