2 czerwca (piątek)
Lato zaskoczyło Łucję Andrzejewską niczym zima drogowców. Jednego dnia Dżulbans, wilczur teoretycznie rasowy, choć nie rodowodowy, zostawiał ślady w śniegu, a wpuszczony do domu mościł się przed kominkiem i popiskując skarżył na absolutnie niedopuszczalne warunki, w jakich przyszło mu pędzić swój pieski żywot, a drugiego kiście obłędnie pachnącego bzu na wielkim krzaku koło Domu zaczęły brązowieć, zaś ruch na ulicach Łodzi znacząco zmalał. W górę poszybowały za to temperatury i Łucja szczerze dziękowała w myślach budowniczym sprzed kilkudziesięciu lat. Dom był jak termos, zimą panowało w nim przyjemne ciepło, a latem pozwalał odpocząć od męczącego upału. I był Domem, a nie... domem.
Piątkowe wieczory były zawsze ulubionym momentem tygodnia Łucji. Na co dzień zabiegana, spędzająca w pracy po kilkanaście godzin, zawsze nienagannie elegancka, w butach na wysokich obcasach, w piątek zmieniała się w swoją o wiele bardziej swobodną wersję. Po domu biegała głównie boso, najchętniej w dżinsach i T-shircie. Chociaż ostatnio także w zaciszu własnych czterech ścian zaczęła bardziej o siebie dbać i chętniej zakładała sukienki.
Dom z ogrodem łączył taras. Drzwi były częścią przeszklonej ściany wychodzącej na zachód. Sam taras był spory, z dwóch stron otoczony pergolą, po której piął się winobluszcz. Od góry całość przykrywał drewniany dach, również zaanektowany przez zieleń. Dzięki temu na tarasie nie było duszno ani nieznośnie gorąco, a do samego Domu nie docierało słońce, powodując, że i wewnątrz temperatura była zupełnie znośna. Taras był oświetlony i umeblowany w stylu skandynawskim. Łucja lubiła meble z palet i takie właśnie wybrała. Fotele i kanapy były przykryte poduszkami, a przez oparcia przewieszone były koce, na wypadek, gdyby wieczór okazał się jednak chłodny. Na jednej z kanap, wyciągnięty na wznak, lekko pochrapując, spał mężczyzna. Lewą rękę uniósł nad głowę i oparł przedramię o czoło, częściowo zasłaniając oczy. Bose stopy wystawały z nogawek podwiniętych do połowy łydki dżinsów. Palce tych stóp od czasu do czasu się poruszały, napinały się też mięśnie ud.
"Co ci się śni?" - pomyślała Łucja, patrząc na mężczyznę z tkliwością. Lubiła, kiedy odpoczywał u niej. Zasypiając, upewniał ją, że czuje się w jej towarzystwie bezpiecznie. Tak samo jak ona czuła się przy nim. Odstawiła na niski stół tacę z lemoniadą i szklankami, i usiadła na fotelu, podwijając nogi pod siebie. Niemal natychmiast znalazł się przy niej Dżulbans i usiłował wdrapać się swojej pani na kolana. Z okrągłego szczeniaka zaczął zmieniać się w psiego nastolatka - wydłużyły mu się łapy i pysk, a niegdyś uroczo oklapnięte uszka sterczały dumnie. Nadal jednak uwielbiał być przytulany i rozpieszczany. Pierwsze lato w jego życiu najbardziej zachwycało go tym, że drzwi na taras były ciągle otwarte: mógł wchodzić i wychodzić kiedy tylko chciał. Teraz zapiszczał, nie mogąc znaleźć oparcia dla ostatniej z łap, zawieszonej gdzieś między podłogą a kolanami Łucji.
- Cicho, bo obudzisz Szymona! - skarciła go szeptem Łucja, podparła psi zadek i pomogła Dżulbansowi dostać się na wymarzone miejsce. Mężczyzna na kanapie lekko się poruszył, ale nie otworzył oczu. Pies z ciekawością i nadzieją przyglądał mu się przez chwilę, nieśmiało merdając ogonem, ale ostatecznie uznał, że więcej uwagi poświęci mu osoba siedząca na fotelu i złapał ją za dłoń. Zęby miał ostre jak szpileczki i Łucja nie powstrzymała bolesnego syknięcia.
- Dżulbans, przestań ją gryźć, bo ci założę kaganiec!
Pies zeskoczył z kolan kobiety i podbiegł do kanapy. Rozszalały ogon o mało nie zrzucił szklanek ze stołu.
- Długo spałem?
- Jakąś godzinkę.
Szymon, nadal nie otwierając oczu, wyciągnął rękę w stronę Łucji.
- Chodź tu do mnie.
Pies zapiszczał z zachwytu i zgrabnym skokiem wylądował na brzuchu mężczyzny, który stęknął, zaskoczony, a potem zaczął oganiać się od psich pieszczot.
- Nie ciebie miałem na myśli, głuptasie!
Łucja śmiała się serdecznie, obserwując jak szczeniak na wszelkie możliwe sposoby utrudnia swojemu panu wstanie z kanapy. Szymon Rogowski, choć bardzo sprawny fizycznie, miał najwyraźniej kłopoty z okiełznaniem kilkunastokilogramowego żywiołu.
- To nie fair! Skakać po leżącym? - W końcu udało mu się złapać psa i unieruchomić go na tyle, że mógł usiąść. Dżulbans wyrwał się i dał wyraz swojemu oburzeniu jeszcze bardziej dynamicznie skacząc wokół mężczyzny i po nim.
- No naprawdę! Chwili spokoju z tobą nie ma!
Łucja obserwowała scenę z rozczuleniem. Dżulbans był prezentem od Szymona, jednak uczuciem obdarzał oboje po równo - i to tak mocnym, jakby jego psie serce nie znało ograniczeń. Nie do końca rozumiał wprawdzie, dlaczego jego ludzie nie poświęcają mu dwudziestu czterech godzin na dobę, ale i z tych kilku, które miał do dyspozycji, wyciągał ile mógł.
Szymon założył ręce za głowę i przeciągnął się.
- O matko, co za tydzień! Przepraszam cię, odcięło mi zasilanie.
- Nie przepraszaj. Lepiej ci troszkę?
- Troszkę.
To rzeczywiście był męczący tydzień. Podobnie jak poprzedni i jeszcze wcześniejszy. I kilka je poprzedzających. Śledztwo, które połączyło Szymona i Łucję wystawiało teraz rachunek, a Rogowski nawet nie mógł mieć do nikogo o to pretensji. To w końcu on złamał wszelkie możliwe zasady panujące w policji, żeby tylko z nią być.
Łucja podała mu szklankę z napojem. Biorąc ją, musnął delikatnie palce z niezbyt długimi paznokciami polakierowanymi na kolor malwy.
- Coś mnie ominęło?
- Obiad.
- Ej no, jak to? Nic się nie da zrobić, żeby czas się cofnął i oddał mi moje danie?
- Sprawdzę.
Łucja wstała. Miękka wiskoza spłynęła wzdłuż jej ciała aż do kostek. Szymon przyciągnął ją do siebie i przytulił się do otulonego materiałem brzucha.
- Tęskniłem za tobą.
Pochyliła głowę i wtuliła twarz w jego włosy. Pachniały snem.
- Ja za tobą też.
Dżulbans był zachwycony faktem, że cała uwaga Szymona znów skupiła się na nim. Jego szczęście nie trwało jednak zbyt długo, bo jego pan zerwał się na równe nogi i pognał do Domu na dźwięk przeraźliwego krzyku Łucji. Przez trzy sekundy, jakie zajęło mu pokonanie drogi do kuchni zdążył sobie wyobrazić chyba wszystkie możliwe nieszczęścia. Od progu dojrzał jednak pobojowisko, którego się zdecydowanie nie spodziewał.
Łucja stała na boso pośrodku pomieszczenia otoczona pozostałościami czegoś, co jeszcze przed chwilą musiało być naczyniem żaroodpornym. W dodatku świeżo wyjętym z piekarnika, bo rozsiane po całej podłodze resztki wciąż parowały i na domiar wszystkiego roztaczały zapach przyprawiający Szymona o ślinotok. Znad zlewu, z miejsca, gdzie kiedyś był kran, prosto na nią tryskała fontanna wody. Sądząc po zarysie piersi pod sukienką, zimnej.
- Nie ruszaj się!
Błyskawicznie ocenił sytuację i zawrócił na taras po buty. Łucja dygotała, atakowana kaskadą wody. Szymon przerzucił ją sobie przez bark i przeniósł poza zasięg strumienia oraz leżącego na podłodze szkła.
- Nic ci się nie stało?
Pokręciła przecząco głową.
- Gdzie tu jest zawór?
- Nnnie mmmam pppojęcia - wykrztusiła. - Pppewnie w pppiwnicy.
- Wyłaź na taras, tam jest gorąco, to wyschniesz. I nie ruszaj się stamtąd, dobrze? Ja idę zakręcić wodę.
"Gdzie ja bym umieścił zawór?" - Po krótkim zastanowieniu Szymon przeniósł wzrok na jedną ze ścian piwnicy. Bingo! Zawór nie stawiał żadnego oporu. "Ciekawe, czy działa?" - zaniepokoił się.
Działał. Woda przestała lecieć.
- No, jak nie urok, to sraczka. - Łucja wróciła do kuchni w chodakach. Z włosów z pasemkami w kolorze czerwonego wina spadały krople wody.
- Zaraz ogarniemy, spokojnie. - Szymon zaczął zbierać rozrzucone po podłodze odłamki grubego szkła. Przez chwilę rozważał, czy nie odłożyć na bok leżących wśród nich kawałków mięsa. Ostatecznie z żalem porzucił tę myśl. Tymczasem Łucja usiłowała przy pomocy mopa ograniczyć rozlewanie się kałuży po reszcie Domu. Nie pomyślała o tym, żeby się przebrać, co Szymona nieco rozpraszało.
- Co się stało?
- A bo ja wiem? Wyjęłam jedzenie z piekarnika i w tym momencie eksplodował kran!
- Jak to: eksplodował?
- No tak to! Po prostu trysnęła z niego woda, prosto na mnie. No i trafiła w gorące szkło. I tyle by było, jeśli chodzi o twój obiad!
- Nie oparzyłaś się?
- Chyba nie. Ale sukienka do wyrzucenia!
Szymon zsunął ostatnią partię śmieci do kubła i podszedł do zlewu. Kran był pęknięty, wydostająca się z niego pod ciśnieniem woda utworzyła w metalu malowniczy kielich.
- Kran do wymiany.
- Świetnie. Umiesz? - Najpierw ironia, potem nadzieja. Ta kobieta była mistrzynią zmiennych nastrojów.
- Umiem. O ile mam kran.
- No to lipa. Bo nie masz.
Szymon zerknął na zegarek.
- Trochę późno na zakupy. Jutro rano podjadę, dobrze? Obiecuję, że do obiadu będzie po wszystkim.
Łucja westchnęła.
- Chyba nie mam wyboru, co? Ale ty wciąż jesteś głodny. Mogę ci usmażyć jajecznicę.
- O nie. Jajecznicę to najlepszą robię ja. Ale najpierw sprawdzimy, czy na pewno nic ci nie jest.
Łucja wytarła ręce o mokrą sukienkę i wygięła usta w podkówkę.
- Szkoda kiecki. Jedzenia też.
Szymon ujął jej ręce i obrócił wnętrzem dłoni do siebie. Przesuwał palcami wzdłuż ramion, dokładnie sprawdzając, czy nie ma tam śladów po gorącym szkle. Łucja poczuła znajomy ucisk w brzuchu. Sukienka nagle zrobiła się zupełnie nieważna. Szymon puścił jej ręce i niczym ratownik zaczął sprawdzać resztę jej ciała. Najpierw twarz, łapiąc przy okazji zębami płatek lewego ucha. Potem szyję i dekolt. Niby mimochodem potarł wierzchem dłoni jej piersi. Natychmiast stwardniały.
- Kocham twoje piersi. Tak idealnie mieszczą mi się w dłoniach.
Łucja poruszyła biodrami. Przeniósł na nie ręce i delikatnie ścisnął, językiem przesuwając po obojczyku.
- Chyba coś mi się stało - wyszeptała Łucja.
- Gdzie?
- Tam niżej...
Szymon zahaczył palce o ramiączka sukienki i powoli pociągnął ją w dół. Zsunęła się gładko. Z ulgą stwierdził, że na brzuchu nie ma żadnych śladów po odłamkach gorącego naczynia. Zdecydowanym ruchem złapał Łucję za pośladki i posadził na stole.
- Połóż się.
Miała wrażenie, że ogłuchnie od łomotu własnego serca. Ze zdziwieniem zauważyła, że Szymon jest nagi od pasa w górę. Kiedy zdjął koszulkę?
Leżała na stole z szeroko rozłożonymi nogami. Szymon pochylił się nad nią i pocałował, a potem wrócił do egzaminowania jej ciała w miejscu, w którym przerwał. Koronkowe figi też były mokre. Kochanek przejechał opuszkami palców po wnętrzu ud, doprowadzając ją niemal do ekstazy, aż w końcu skupił się na ostatnim fragmencie zasłanianym przez materiał.
- Tu ci coś przeszkadza? - Potarł palcem koronkę.
- Właśnie tu.
- No cóż, przyjrzyjmy się dokładniej.
Łucja nawet nie próbowała oprzeć się fali rozkoszy, która zalała ją, kiedy Szymon pozbył się bielizny i z iście zegarmistrzowską precyzją zajął się najbardziej wrażliwymi częściami jej ciała. Wygięła się w łuk i krzyknęła. Pociągnął ją bliżej brzegu stołu, oparł jej nogi na swoich ramionach i zdecydowanie wbił się w nią najgłębiej, jak mógł.
- Teraz moja kolej, kochanie.
Było jej wszystko jedno, czyja to kolej. Mocne ruchy mężczyzny w połączeniu z niemal dzikim spojrzeniem i chrapliwym oddechem po raz kolejny doprowadziły ją do szczytu. Z kolei, kiedy Szymonowi wróciła zdolność rozumowania, pomyślał, że nie ma bardziej podniecającego widoku niż kobieta zatracająca się w jego ramionach.
Dżulbans uznał, że ludzie są dziwni.