Max, Mischa i ofensywa Tet - Johan Harstad
69.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
Jesień 2012
1
Dzień się zaczyna.
Nic się nie da zrobić. Nic, ani z tym, ani z niczym, i z tym też nie. To najgorsze ze wszystkiego, nie ma ani jednego poranka bez tego przesłaniającego wszystko rozczarowania: j e s z c z e j e d e n d z i e ń. I za każdziuteńkim razem ten nieszczęsny dzień musi się zaczynać od początku. Nigdy nie ma kontynuacji od punktu, w którym ten poprzedni się skończył, nie ma wtorku, który byłby wtorkiem, aż spadnie śnieg, tylko wszystko razem rusza od nowa, pedantycznie i bez wyjątku, co dwadzieścia cztery godziny, i to co do minuty i sekundy, jak nieznośny przemądrzały dzieciak usiłujący zaimponować swoją nienormalną punktualnością. W każdym razie można by przynajmniej poeksperymentować z tygodniem, który byłby dwa razy dłuższy, a wówczas uniknęłoby się przynajmniej rzuconego prosto w twarz kolejnego poniedziałku. Dzień i tydzień, ledwie miną, a już znów się pojawiają, identyczne i tej samej miernej jakości, dostarczone prosto pod drzwi, wepchnięte przez szparę na listy, wrzucone przez otwarte okna, wpadające przez komin, wciskane ci do gardła i dalej przez przełyk, jak abonament, z którego zwyczajnie nie da się zrezygnować, a firma, która ten abonament obsługuje, po prostu nie jest w stanie pojąć, że ktoś chciałby się bez niego obyć.
Szarówka nad Minneapolis-Saint Paul. Zapowiada się ładny dzień, na to wygląda, na razie bez ani jednej chmury na niebie. Ale całkowitej pewności mieć nie można, pogoda przed wschodem słońca często bywa ładniejsza niż później, jest cieplej, bardziej przejrzyście i przyjaźnie; przypuszczam, że istnieje jakieś meteorologiczne wyjaśnienie tego, mógłbym kogoś spytać i to rozwiązać, ale bałbym się wtedy, że ta osoba pokręci głową, odłoży na bok papiery z analizą i prognozami pogody, a potem uśmiechnie się dzielnie, mówiąc: "Pogoda nad ranem? Tak jest po prostu po to, żebyśmy dali radę wytrzymać jeszcze jeden dzień". Można przypuszczać, że to samo dotyczy porannego światła. Bóg musi działać w branży reklamowej, a przynajmniej być profesjonalnym scenografem. Trudno sobie wyobrazić, żeby było inaczej. Dlatego świat w większości wygląda lepiej rano. Wyjątkiem jest człowiek. Człowiek zdecydowanie najlepiej prezentuje się wieczorem. Dopiero w nieprzeniknionej ciemności pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Później oświetlają je niebieskie cyfry elektronicznego budzika na nocnym stoliku: 04:44. Powinienem spać, ale nie mogę. Już dawno nie spałem dobrze, więcej niż parę godzin niespokojnego odpoczynku każdej nocy. Nie śpię w ciemności, otoczony trzeszczącą ciszą, a raczej nie ciszą, tylko niepokojącym spokojem. Anonimowe kroki po miękkich chodnikach w korytarzu hotelowym za drzwiami, karta klucz delikatnie wkładana lub wyciągana z zamka w pobliżu, chrząknięcie lub moment szczytowania (trudno uchwycić różnicę), nieco dalej, jakieś pięć-sześć pokoi w głębi korytarza. Trudno stwierdzić gdzie. Po drugiej stronie ulicy świeci się w dwóch oknach budynku uniwersytetu, to na pewno nadgorliwi albo zdesperowani studenci, którzy przesiedzieli tam całą noc i wkrótce pójdą do domu. Oni znajdują się w innej ciszy, bardziej miękkiej, takiej, w której na końcu nieprzespanej nocy czeka nagroda, wszystko jedno jaka. To mogą być różne rzeczy. Potencjalna nagość. Nic mi o tym nie wiadomo, ale jeden z nich może nawet pojawi się wieczorem na ostatnim przedstawieniu tutaj, to nie jest wykluczone; również tu, w Minnesocie, bilety na Better Worlds Through Weyland-Yutani wyprzedały się na długo, zanim tournée przywiodło nas tutaj. Moja ósma produkcja w ciągu trzynastu lat. To niewiele, z pewnością powinienem pracować więcej, szybciej, wydajniej. Ale człowiek opuszcza salę teatralną po ostatnim przedstawieniu spowity nieuniknionym odorem zgnilizny, jakby wszystko, co się swoim aktorom pozwoliło zaserwować ze sceny, zostało drobnymi kęsami pochłonięte przez publiczność, widzowie z powrotem wypluwają jedynie wątpliwości, i właśnie je, na wpół przetrawione, człowiek zabiera ze sobą w dalszą podróż z narastającym poczuciem, że on sam nie składa się już z niczego innego. Na początku kariery popełniałem ten błąd, że w pracę wkładałem duszę. Nie powinno się tak robić, bo duszy nie dostanie się z powrotem, a przynajmniej nie w takim samym stanie. Wynoszę ją z sali i coraz mniej czuję, że jest moja, bardziej przypomina zapomniany rekwizyt, którego uprzątnięciem zajmuję się z uprzejmości, zanim zgasną światła.
Na nocnym stoliku przy hotelowym łóżku leży lista miejsc, w których gramy, miasta, które mamy za sobą, tygodnie, które mamy przed sobą: Nowy Jork, NY; Boston, MA; Cleveland, OH; Chicago, IL; Minneapolis, MN; Milwaukee, WI; Houston, TX; Albuquerque, NM; Wichita, KS; Denver, CO; Phoenix, AZ; San Francisco, CA; Seattle, WA; Los Angeles, CA. Wyjąwszy Mark Taper Forum w LA, zarezerwowane przez nas teatry są bez wyjątku małe, akurat to było jednym z warunków mojej zgody na zabranie sztuki z Nowego Jorku i Minetta Lane. Nigdy nie miałem zaufania do sal, w których było więcej niż czterysta miejsc. Zawsze uważałem, że z widzami coś się dzieje, kiedy jest ich zbyt wielu, przybierają jakby formę straszliwego jednorodnego organizmu i reagują zbiorowo na wszystko, co widzą i słyszą, natomiast aktorzy grają coraz gorzej, podejmując daremne próby przesłania energii hordzie na parterze i wysoko na balkonach. Najbardziej bym chciał, żebyśmy grali co najwyżej dla pięćdziesięciu osób naraz i nie brali za bilety więcej niż dziesięć dolarów; teatr dla mas. Chciałbym, żeby odwiedzali mnie dusigrosze, ci, których to w ogóle nie interesuje, ci, którzy mieli inne plany, ci, którzy mieli lepsze rzeczy do roboty i inne miejsca do odwiedzenia, ci, którzy pojawialiby się wyłącznie dlatego, że cena była tak niska, iż idiotyzmem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Takich ludzi chętnie bym widział w fotelach i na nich wypuszczał aktorów; publiczność, która nie spodziewa się niczego innego niż zmarnowania dwóch godzin i jest przekonana, że ich strata nigdy się nie wyrówna. Tych, którzy zwykle nie chodzą do teatru, nie potrafią wyliczyć swoich ulubionych dramatopisarzy i porównywać różnych inscenizacji tej samej sztuki, tych, którzy nie odróżniają Tennessee Williamsa od Eugene'a O'Neilla i nigdy nie słyszeli o Czechowie i Ibsenie, nie mówiąc już o Yasminie Rezie; publiczność, która nie wie, co ze sobą zrobić podczas przerwy, i zastanawia się, co oznacza ten nagle rozlegający się dzwonek; ludzi, którzy klaszczą w niewłaściwym momencie i można ich podejrzewać o to, że w proteście wyjdą, ludzi, którzy przychodzą niestosownie ubrani i wciskają torby z zakupami pod fotel, którzy nie oglądają przedstawień przede wszystkim po to, by powiedzieć innym, że byli w t e a t r z e. To by dopiero było coś. Mogłoby wprowadzić pewien powiew świeżości w to wszystko.
Obok planu trasy leży czasopismo z wielkim wywiadem, którego udzieliłem przed wyjazdem na tournée z Nowego Jorku, wywiadem, w którym dokonuje się omówienia i podsumowania, a raczej wiwisekcji całej mojej kariery. Już wcześniej przestałem spać.
Moja kolacja z Maxem - tak brzmi tytuł. Niezbyt oryginalnie. Chociaż rzeczywiście jedliśmy podczas tej rozmowy. Trzeba przyjąć to, co się dostaje. Z tym też nic się nie da zrobić. Możliwe, że za dużo mówiłem o Grotowskim, możliwe, że sam sobie powinienem dziękować za tę parafrazę. Peter Brook. Jerzy Grotowski. Cała ta historia z Artaudem. Teatr śmiertelny; teatr święty, teatr brutalny; teatr bliski; bogactwo, syntetyczność i okrucieństwo, i droga ku teatrowi ubogiemu. Oni, ci ludzie, mieli pełną jasność. Czapki z głów, ale ja zawsze trzymałem się teatru niekonsekwentnego. Czy raczej wątpiącego. Wolnego od wszelkich dogmatów, narzuconych mu przez nieuwagę. Tak w ogóle to Wohlman jako pierwszy naprowadził mnie na trop Grotowskiego, pożyczył mi parę jego książek, a także Moją kolację z André Louisa Malle'a, film, który obejrzałem kilkakrotnie (w przeciwieństwie do kaset wideo trzeciej generacji, które również mi przysyłał, z długimi niezrozumiałymi nagraniami japońskiego teatru n?, czy tylko sporadycznie opatrzonej napisami, nagranej jedną kamerą produkcji eksperymentalnej sztuki Petera Weissa z roku 1968, Diskurs über die Vorgeschichte und den Verlauf des lang andaurnden Befreiungskrieges in Viet Nam als Beispiel für die Notwendigkeit des bewaffneten Kampfes der Unterdrücker gegen ihre Unterdrückten sowie über die Versuche der Vereinigten Staaten von Amerika die Grundlagen der Revolution zu vernichten, znanej również po prostu jako Viet Nam Diskurs i o wiele mniej interesującej niż eksperymentalna sztuka o Wietnamie Petera Brooka US z 1966 roku, której warsztat został dobrze udokumentowany w filmie Benefit of the Doubt, z 1967, i której w formie filmu fabularnego Tell Me Lies nie przyjął festiwal w Cannes w roku 1968), początkowo z obowiązku, a później ze szczerego zainteresowania i dlatego, że bardzo się podobał mojej matce; zachwycała się wszystkim, co miało związek z teatrem. Wohlman był moim i Mordecaia pierwszym nauczycielem dramatu, w Garden City High, na początku lat dziewięćdziesiątych, w czasach, kiedy jeszcze mieliśmy przed sobą lata i dni, lśniące całkiem innymi kolorami niż teraz. Mieszkałem na nowych ulicach na Long Island i tęskniłem za Norwegią bardziej, niż miałem z tego pożytek, pewnie dlatego czepiałem się wszystkiego, co mi mówiono i co mogłem wykorzystać. A Wohlman mówił wprost: "Nic się nie da zrobić"1. Wydaje mi się, że chciał nas pocieszyć. Albo siebie. Wydaje mi się, że mówił raczej z własnego doświadczenia niż po prostu z potrzeby cytowania Becketta. O Wohlmanie opowiem później. O Mordecaiu także. I o mojej matce. I o ojcu. I o stryju Owenie i portierze Antychryście (który oczywiście nazywał się zupełnie inaczej) na rogu 78th Street i Broadwayu. I o Mischy. Przede wszystkim opowiem o niej.
Opowiem o was wszystkich.
Bo przecież to dla was piszę, dla nas, dla siebie samego. Piszę, zanim mi to wszystko przepadnie, tak jak być może przepadło już wam, bo "wszystko prędzej czy później przemienia się w gówno" - jak również mawiał Wohlman (według teorii Mordecaia Wohlman w rzeczywistości miał na myśli - japońskie słowo shite: protagonistę w dramatach n?). Piszę nie dlatego, że to, co się wydarzyło, nie wydarzyło się innym; nasze losy nie były pod żadnym względem spektakularne czy znaczące. Nie były, nigdy. I wciąż nie są. Ale to były nasze losy, wiązały się ze sobą i tak bardzo zacząłem się bać, że je stracę. Już zacząłem tracić was. Owen nie żyje, zostały mi po nim tylko jego papiery, coś w rodzaju dziennika nieprzeznaczonego dla nikogo. A Mischa wróciła do Kanady, do Montrealu. Mordecai jest w Kalifornii, powinienem częściej do niego dzwonić. Mój ojciec na parkingu koło LAX. A moja matka? Wczepiona pazurami w Howard Beach.
Wietrzejemy. To samo dzieje się z miejscami, z których przybyliśmy. Możliwe, że zrobiłem już swój ostatni spektakl, że ten będzie ostatni. Pod wieloma względami mam nadzieję, że tak się stanie, nie wiem, czy dam radę zrobić jeszcze jeden, czy będę miał siłę. Czy to nie wystarczy? Czy tyle już nie wystarczy? Czy wkrótce nie będzie już dość? Ile razy trzeba odbijać kartę, zanim w końcu przestani się słyszeć, i to w wieczór premiery, pytanie o następny projekt? Jak mówi Beckett: "Trzeba iść dalej, dalej nie mogę, idę dalej"2. Człowiek angażuje się w swoją pracę z nadzieją na zbadanie i zachowanie jakiejś cząstki siebie, z nadzieją na... no nie wiem, na lepsze zrozumienie samego siebie. Ale to nigdy nie wygląda inaczej: po przejściu na drugą stronę człowiek rozumie jeszcze mniej niż przedtem. Teraz znam siebie gorzej, niż znałem się dziesięć lat temu. Rozumiem coraz mniej. Jedyne, czego jestem pewien po ponad dwudziestu latach spędzonych w tym kraju, to to, że dla nikogo nie jest on domem. Ameryka to kraj dla bezdomnych.
Właśnie dlatego to piszę. Zanim znikniemy sobie już całkiem i przeobrazimy się w osoby, którymi kiedyś nie byliśmy, bez tych nitek, które kiedyś nas ze sobą wiązały. Sądzę, że również z tego powodu pisał Owen. Tu nie chodzi o sentymentalizm, tu chodzi o przeżycie, i to jest dłoń, którą wysuwam nad wami, chroniąca dłoń, próba objęcia nas wszystkich raz na zawsze, ostatni raz.
Piszę to po norwesku, ponieważ jestem do tego zmuszony. Niektórym z was ktoś będzie musiał to przetłumaczyć, ale czuję taką konieczność, ponieważ to był kiedyś mój język, a odczuwam teraz potrzebę usłyszenia własnego głosu. Piszę po norwesku, ponieważ przez dwadzieścia lat mówiłem po angielsku i wielu rzeczy nigdy nie mogłem wypowiedzieć. Piszę po norwesku, ponieważ to ten język porzuciłem, a myślałem, że na zawsze będzie mój. Piszę po norwesku, chociaż podczas pierwszych lat w Stanach często słyszałem, że ten język brzmi tak, jakby się mówiło ze żwirem w ustach, i był taki czas, kiedy mnie to zawstydzało, więc przestałem w nim mówić, odłożyłem go i używałem tylko wtedy, gdy moja matka i ja byliśmy sami. Ale teraz wiem, że to prawda, sam słyszę, że mój język przypomina drobne kamyki chrzęszczące w zębach. Właśnie tak ma być. To rezultat tego, że język przeżył tysiące lat, oszlifowany ze staronordyjskiego przez lodowce schodzące z górskich zboczy, wymyty przez fiordy wraz z osadami, gnany wiatrem, a potem całymi miesiącami tkwiący pod śniegiem w okowach mrozu, odnajdowany wiosną na grzbietach moreny i w zagłębieniach dolin, dźwigany do domu w ciężkich plecakach i rozpakowywany na podłodze w kuchni, słowo po słowie, kłujące sylaby ze spółgłoskami wystającymi jak ostre górskie szczyty, których zarys jest tłem dla łosia o zachodzie słońca na pierwszym planie. Piszę po norwesku, ponieważ tęsknię za domem, a na powrót do domu jest już za późno. Piszę po norwesku, ponieważ kiedyś byłem Norwegiem. Piszę to w Minnesocie, gdzie Norwegia jest sztucznie podtrzymywana przy życiu kroplówką, piszę w pokoju, w którym nic się nie dzieje, w którym jestem tylko zmęczony. W pokoju podobnym do wszystkich innych. W pokoju, w którym intensywnie pracowano nad usuwaniem wszelkich śladów życia poprzednich gości. Właśnie to jest ostatecznym potwierdzeniem bankructwa socjalizmu w praktyce - nie chcemy wiedzieć o istnieniu innych. Nie znosimy się nawzajem - cudzy obcięty paznokieć na podłodze łazienki i człowiek już rzuca się do telefonu, dzwoni do recepcji, żeby zmieniono mu pokój, natychmiast. Delikatny warkot minibaru i szum klimatyzacji; nocą mimowolnie wdychamy się nawzajem i jesteśmy ze sobą łączeni, jakbyśmy już wcześniej nie byli jednością, wyjęci z krwiobiegu zewnętrznego świata; jako goście hotelowi istniejemy poza czasem i konsekwencjami wszystkich rzeczy, umiejscowieni w naszych tymczasowych komnatach, przybici szpilkami i rozciągnięci jak owady do czasu, dopóki nie zapłacimy rachunku i nie wyrwiemy się ze stanu poczwarki.
D z i e ń s i ę z a c z y n a.
Jak didaskalia.
Gdy byłem dzieckiem, wyobrażałem sobie, że dzień trzeba uruchamiać ręcznie, a jeśli nikt nie podejmie się tej odpowiedzialności, trwać będzie wieczna noc. Wyobrażałem sobie kogoś w rodzaju namiestnika Pana Boga na ziemi, potężnego faceta, który co rano, zanim ktokolwiek z nas w ogóle się obudzi, niechętnie wstaje tuż przed świtem i samotnie idzie prosto w las, w kaloszach, z chlupotem po błocie, w brudnym kombinezonie, z własnoręcznie skręconym papierosem w gębie, wędruje do najdalszego szałasu, o którym wie tylko on, i tam za pomocą kołowrotu uruchamia ze zgrzytem nowy dzień, burcząc i narzekając do siebie. To on sprawiał, że słońce wznosiło się nad ziemią i zaczynał się ruch na ulicach, dzięki niemu z odbiorników radiowych i telewizyjnych zaczynały płynąć wiadomości i ptaki znów śpiewały, udając, że robią to dobrowolnie i z entuzjazmem; to on skłaniał nas wszystkich do przebudzenia się i ubrania. Dopiero kiedy poranne godziny szczytu stawały się faktem, wykończony wracał tą samą drogą, szedł się położyć i nic go nie obchodziło, że sąsiedzi krytykują go i mówią, że jest tylko bezrobotnym leniem, któremu nie chce się nawet wyjąć rachunków ze skrzynki na listy czy skosić trawnika latem. Za czasów mojego dzieciństwa w naszej rodzinie prychało się na wzmiankę o Bogu, dlatego to było moje najbliższe wyobrażenie Boga, do jakiego doszedłem. Mężczyzna z ludu. Robotnik pracujący w sekrecie. Jeśli moi rodzice czcili cokolwiek w pierwszych latach mojego życia w Stavanger, to tym czymś musiało być marzenie o mającym nastąpić upadku mechanizmów rynkowych oraz ostatecznym zwycięstwie wspólnoty - łatwo byłoby się z nich wyśmiewać, gdy później wynieśli transparenty na strych, zapominając o hasłach i ideałach, ale coś podobnego nigdy nie wpadłoby mi do głowy. Z naddatkiem wystarczył mi wstyd w oczach ojca, gdy jako ośmiolatek spytałem go, kim byli Czerwoni Khmerzy, kiedy w jakimś pudle znalazłem flagę i plik wyświechtanych egzemplarzy Czerwonej książeczki Mao wraz z regaliami FNL-u z lat, w których oboje z matką walczyli przeciwko działaniom wojennym Amerykanów w Wietnamie. Ojciec był już wtedy kapitanem lotnictwa w SAS-ie, matka miała własny sklep z rzeczami do robótek ręcznych, zarabiali przyzwoicie, żyło nam się dobrze i wszyscy udawaliśmy, że nic się nie stało. No ale stało się, oczywiście. Moi rodzice mieli za sobą dziesięcioletnie zaangażowanie w działalność najbardziej dogmatycznej i rewolucyjnej partii w ówczesnej Norwegii, Komunistycznej Partii Robotników (marksistów-leninistów), ze względów ekonomiki czasu lepiej znanej jako AKP(m-l). A tak w ogóle to sądzę, że moja matka traktowała cały ten komunizm z mniejszą powagą i dosłownością niż ojciec. Chociaż to nie takie istotne, również matka, sama wywodząca się z o wiele zamożniejszej rodziny osiadłej w willi w dzielnicy Eiganes, była głęboko przejęta prawami robotników i uśpioną w narodzie zdolnością do powstania przeciwko mieszczaństwu, do którego sama należała. Ale nie tak ważne dla niej było doprowadzenie do wielkiej zbrojnej rewolucji ani też drobiazgowe stosowanie się do wszelkich instrukcji ruchu. Prawdę mówiąc, sądzę, że niekiedy kręciła głową i ukradkiem śmiała się, rozbawiona wysiłkami towarzyszy, którzy tak bardzo starali się, na wyścigi, by uchodzić za najszczerszego i najbardziej skłonnego do poświęceń socjalistę w partii - czy wiązało się to z rezygnacją z absolutnie wszystkiego, co mogło trącić drobnomieszczaństwem i bezproduktywną rozrywką, czy z przerwaniem studiów po latach nauki i dosłownym skokiem na głęboką wodę, czyli zaciągnięciem się na statek, wypłynięciem na morze i wzięciem się do prawdziwej pracy wśród robotników. Według mojej matki zasadniczy problem wśród członków AKP(m-l) polegał, zdaje się, na tym, że większość członków partii w ogóle nie była robotnikami, tylko przemądrzałymi studentami i intelektualistami ze środowisk akademickich, mającymi przed sobą mieszczańskie kariery. Gdybym miał zgadywać, co takiego w partii i ruchu tak mocno zafascynowało moją matkę, oprócz troski o Wietnam Północny, którą SUF, młodzieżówka AKP(m-l), skusiła ją początkowo, to sądzę, że odpowiedź kryje się w tajemniczości, jaką AKP(m-l) się otaczała, w pseudonimach, pod którymi działało wielu członków, i karkołomnych, skomplikowanie okrężnych drogach do rozmaitych miejsc spotkań w Stavanger, często wiążących się z przesiadkami z samochodu na autobus w przekonaniu, że działacze pozostają pod stałą obserwacją, śledzeni, na podsłuchu telefonicznym i na oku zatrudnionych przez państwo ludzi w grubych płaszczach, którzy nocą przeszukują nasz śmietnik. Nawet jeśli często naprawdę tak było. Myślę jednak, że takie życie oferowało poczucie wspólnoty, której moja matka zawsze pragnęła. Mogła to być jedyna wspólnota, do jakiej kiedykolwiek czuła prawdziwą przynależność. W tym ruchu otaczali ją przyjaciele, towarzysze, miłość i wzajemne poświęcenie; trzymali się razem na dobre i na złe przeciwko władzy i musieli czuć się niezwyciężeni, bezgranicznie szczęśliwi. Przynajmniej do czasu. Zanim rewolucja kulturalna Mao zaczęła się pruć. I zanim Pol Pot pokazał swoją prawdziwą twarz, a zwyczajny człowiek z reklamówką wypełnioną zakupami stanął przed rzędem czołgów na placu Niebiańskiego Spokoju i wywrócił świat do góry nogami. Ale wtedy to już dawno się skończyło. Często myślę o tym, że byłem dzieckiem ostatniego pokolenia, które wierzyło, że jest w stanie coś zmienić; należę natomiast do pierwszego pokolenia, które rozumie, że to nieprawda.
Moja matka była zapewne innego rodzaju radykalistką niż ojciec, wolność osobistą stawiała co najmniej równie wysoko, jak odpowiedzialność socjalistyczną, i wyzwanie zarówno dla ojca, jak i dla innych towarzyszy stanowić musiało to, że w jednej chwili wydawała się przykładem godnym naśladowania w okolicznościach partyjnych, kiedy pokazywała, w jaki sposób opracowane przez Lenina modele da się przenieść na kolektyw kółek robótkowych dla żon robotników ze stoczni Rosenberg, w tym również babci ze strony ojca, żeby w następnej chwili wparować na zebranie w kolorowym stroju własnego wyrobu i wielkim filcowym kapeluszu, jako dziecko kwiat z przesłaniem pokoju i pojednania, nucąc piosenki Melanie Safki czy Lovin' Spoonful, tak przepełniona miłością i śmiechem, żeby starczyło ich dla wszystkich na cały wieczór. Ojciec musiał ją bardzo kochać. Do czasu. Tak samo musiała ją kochać partia; widziałem jej zdjęcia z młodości, z tamtych lat, nie jest podobna do tej matki, z którą się wychowywałem, w każdym razie nie jest podobna do tej, która skończyła na Long Island, gdzie jej największą radością było ciągłe chodzenie do tej samej włoskiej restauracji na końcu ulicy. Ale kiedy oglądam te stare zdjęcia, nietrudno mi też zrozumieć, że większość akceptowała ją taką, jaka była, na te jej idiosynkrazje patrzyła przez palce. Była uderzająco piękna w naturalny - na końcu języka mam "niesprany" - sposób i uśmiechała się z taką pewnością siebie i tak szelmowsko, że nikt nie miał odwagi jej wykluczyć ze strachu, że ten uśmiech utrzyma się na jej twarzy również po usunięciu jej z partii, a wtedy większość może zacząć wątpić absolutnie we wszystko.
Właśnie to musiało sprawić, że ojciec się w niej zakochał. Musiało tak być. Może nigdy wcześniej nie spotkał nikogo takiego jak ona. Wyobrażam sobie, że reprezentowała sobą coś, w czego istnienie wręcz nie wierzył. Potrafiła gadać jak najęta, o wszystkim i ze wszystkimi, nigdy nie odrzucała zaproszenia na kawę, była uosobieniem towarzyskości i życzliwości, otwarta i ciekawa nawet najgorszych pomysłów, no i bardzo dużo się śmiała. Przynajmniej dopóki nie przyjechaliśmy na Long Island.
Ale co ona zobaczyła w nim, w moim ojcu? Zatroskanego mężczyznę z czymś w rodzaju szacunku dla autorytetów pomieszanego ze strachem, robiącego uniki i małomównego, opanowanego i zdecydowanego. Czy było jej go żal? To nie jest wcale takie pewne. Możliwe, że po prostu się w nim zakochała, zdarzają się takie rzeczy, trudne do wytłumaczenia, i dopiero kiedy jest już za późno, człowiek zadaje sobie pytanie, co, na miłość boską, wtedy sobie myślał. Wydaje mi się, że ojciec był chyba najsmutniejszym człowiekiem, jakiego znałem, a najsmutniejsze ze wszystkiego było to, że sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ponieważ nie należał do tych, którzy zadają sobie pytania, jak im właściwie jest. Polityczne wizje, wśród których się wychował i o które sam walczył, odsuwały być może od niego tego rodzaju konieczność autorefleksji; dopóki walczył o nowy porządek świata, sądzę, że myślał, iż większość rzeczy jest na swoim miejscu, a te, które nie są, wpadną na swoje miejsce w dniu, w którym przestanie istnieć społeczeństwo klasowe. Kiedy jednak się okazało, że tak się nie dzieje, i gdy oboje z matką odwrócili się plecami do tej walki, stawiając na bardziej tradycyjne życie, skupione na rodzinie, pracy i wolności osobistej, nie umiał się odnaleźć. Wydaje mi się, że nie miał pojęcia, jak ma rozwijać, a tym bardziej pielęgnować radości w tym nowym życiu. Jeszcze długo kontynuował więc to, co zawsze robił, pracował za dużo, za bardzo się angażując i nie licząc na poklask, a dla nikogo nie miało to żadnego znaczenia. I być może kiedy siedział z filiżanką kawy na fotelu kapitana w swoim 747 lecącym z LAX na CDG, z perspektywą dwóch nocy w hotelu w Paryżu, ze wschodem słońca za plecami, a zmierzchem przed sobą, nigdy nie uderzyła go ironia tego, że oto teraz znajdował się w odległości kilometrów od tych ludzi, o których tak dawno temu postanowił walczyć, i że myśl o tym, iż zawód pilota to również zawód robotniczy, jest w rzeczywistości niczym więcej niż koniecznym samooszukiwaniem siebie.
Chwiejny stosunek mojego ojca do widma, które nawiedziło Europę, przejawił się również w imionach, jakie nadał swoim dzieciom. Nawet jeśli nie mojego, to na pewno mojej siostry. Swojego imienia nie lubię, odkąd je mam. Max. Podobno niemieckie, imię mojego pradziadka, ale ojciec zwykł powtarzać, że to przypadek, ponieważ nadał mi je, aby wysłać sygnał mojej matce. Moja siostra jest starsza ode mnie o cztery lata i ojciec sądził, że wreszcie skończył ze zmienianiem pieluch, kupami i nieprzespanymi nocami oraz że zbliża się do możliwości jako tako rozsądnej rozmowy z potomkiem, kiedy zapowiedziałem swoje nadejście. Widać miał zatem potrzebę oświadczenia, że dwoje dzieci wystarczy. Ale moja siostra miała w zasadzie równie mało szczęścia, bo nadano jej imię po Ulrike Meinhof. Ojciec, jak sądzę, chciał ustanowić przykład, chodziło mu trochę o to, że również ci, którzy niszczą świat, jednocześnie go zmieniają. I mogą go znów odbudować. Czasami zastanawiałem się, czy przypadkiem nie podkochiwał się w Ulrike Meinhof i może marzył o tym, że któregoś dnia stanie ona na szeroko rozstawionych nogach w jego kabinie, z karabinem na ramieniu i porwie go do jakiegoś zupełnie innego życia. Przypuszczam, że uważał ją za piękną, musiało tak być, i że to właściwie była główna przyczyna, co należy uznać za okoliczność łagodzącą. Po zastanowieniu mogę stwierdzić, że sam zresztą był trochę podobny do Andreasa Baadera, przynajmniej na starych zdjęciach. No ale tak było z większością mężczyzn w latach siedemdziesiątych. Kiedy jednak Meinhof umarła w siedemdziesiątym szóstym roku, tata powoli zaczął się rozglądać za drogą wyjścia ze swojej marksistowsko-leninowskiej fazy i wtedy nie było już tak fajnie mieć córkę cały czas przypominającą mu, kim kiedyś był. Po cichu więc, nie naradzając się z nikim, wypełnił w końcu niezbędne formularze i zmienił jej imię, dopisując dodatkowe k - ku uldze mamy - i przekazał swojej trzylatce wiadomość, że ma na imię Ulrikke.
Ojciec miał zatem ostatnie słowo przy wyborze imion swoich dzieci, matka natomiast miała prawo weta w kwestii naszego wychowania i nie wykluczam, że podporządkowane autorytetom i na wskroś uregulowane życie związane z AKP(m-l) mogło się przyczynić do tego, że ja i moja siostra Ulrikke mieliśmy tyle swobody w okresie dorastania, dla przeciwwagi. Ale mógł to również być jeszcze jeden rezultat natury mojej matki i niechęci ojca do sprzeciwiania się jej uśmiechowi, kiedy wracał z pracy do domu i zamiast obiadu zastawał kuchnię przerobioną na wesołe miasteczko, a w niej Ulrikke i mnie w zamienionych ubraniach, a więc trochę jakby również z zamienioną płcią, lub kiedy informowałem, że zamierzam rozbić namiot w ogrodzie i w nim nocować, chociaż już dawno minęło to, co ojciec uważał za moją stałą porę kładzenia się spać, i wiedział, że w ogrodzie nie będzie żadnego spania, przeciwnie, to on będzie musiał po mnie iść, kiedy parę godzin później skończy się na płaczu, to jednak on stał w ciemności i upewniał się, że ma wszystkie linki do namiotu pod kontrolą. Ojciec stale przykazywał, jak daleko od domu mogę się poruszać podczas zabawy, i żądał dokładnych informacji o tym, gdzie przebywam, natomiast zasada mamy była prostsza: "Nie oddalaj się tak, żebyś nie pamiętał drogi do domu. I wracaj, zanim się zmęczysz". Zdarzało mi się tęsknić za ojcem, który by wyznaczał mi jakieś ramy, stawiał granice. Za ojcem, któremu matka pozwoliłaby wyjść i mnie szukać, przyprowadzać mnie do domu wieczorem, kiedy uznał, że już za długo bawię się na dworze, i martwił się o mnie. Nie wiem, czy jeszcze pamiętam drogę do domu. Nie sądzę, żeby pamiętali ją moi rodzice.
Dzień się zaczyna. Czas płynie, ale teraz już wiem, że doby nie uruchamia niechętnie nastawiony robotnik, że nie jest nakręcana siłą rąk czy ducha, prawie wszystko już zautomatyzowano; czas to w najlepszym razie sfatygowana maszyna do karaoke, pięćdziesiąt dwa albumy odtwarzane w nieskończoność z siedmioma utworami na każdym, która o świcie kopnie prądem, wzywając do roboty, zmusza do chwycenia za mikrofon i śpiewania na całe gardło przed ziewającą publicznością, której wzrok powoli zaczyna krążyć wokół wyjścia. Ale tutaj wciąż jeszcze jest cicho, prawie całkiem cicho. I czasami sam stoję nieruchomo, kompletnie nieruchomo w tej ciszy, można powiedzieć, tak, że również ja się w nią włączam albo sam tę ciszę stanowię, kiedy stoję wyprostowany na hotelowej podłodze, bosy, na niedużym dywaniku, po którym z obowiązku przejechano odkurzaczem, choć wiadomo było, że trzeba dużo więcej, żeby go wyczyścić, na co nie ma czasu, jest za dużo pokoi, zawsze jest za mało czasu, to jedyne, czego jest dużo: za mało czasu; dywanik nie jest czysty, jest odkurzony, naskórek i inne pozostałości po poprzednich gościach stały się jego częścią, wczepione we włókna, podobnie jak ja stałem się cząstką ciszy; stoję nieruchomo na podłodze i po jakimś czasie czuję się tak, jakby światu wciśnięto pauzę, błogosławioną przerwę od tego wszystkiego, a w tej przerwie znikają myśli o pracy, którą należy wykonać już za kilka godzin, z prawdopodobnie zaledwie garstką minut snu za sobą, i znikają oczekujące zadania, kolacje i rozmowy i spotkania i posiłki i prysznice i rachunki i bilety lotnicze i telefony i koszule z hotelowej pralni, które mają przyjść między dziewiątą a dwunastą, i co tam jeszcze jest, zobowiązania i oczekiwania, na kilka cudownych minut temu wszystkiemu jakby zostaje wciśnięta pauza i wyobrażam sobie, że gdybym teraz wyjrzał przez okno na drogę, to samochody by stały, przykute do asfaltu, przyklejone do jakiegoś punktu pomiędzy tu i tam, z nieruchomymi kierowcami za kierownicą, w ciemności, w drodze do mostu nad rzeką, która nie popłynie, dopóki świat nie ruszy na nowo, molekuły tymczasowo pozbawione zdolności wibrowania, znieruchomienie aż do poziomu cząstek elementarnych, jeżeli coś takiego jest w ogóle możliwe i świat by z tego powodu całkiem nie zwariował, a po drugiej stronie drogi studenci, którzy już nie przerzucają kartek ani nie notują, chrząknięcie lub moment szczytowania pięć-sześć pokojów dalej w głębi korytarza hamuje i się urywa. Dopiero kiedy znów poruszam się po pokoju hotelowym, wszystko wraca na swoje zwykłe miejsce i rusza od nowa.
Dzień się zaczyna.
2
Nowe miasto, nowy teatr. Przemieściliśmy się i wszystko jest takie samo: ci sami ludzie wokół mnie przez całe dnie, ta sama publiczność wieczorami; nie wiem, czy wychodzi z sali podniesiona na duchu, czy głęboko przygnębiona. Brak snu, ale nowa pościel, pod którą można się bać. Nowe dni, nowe początki. Milwaukee, Wisconsin. Ciepło Środkowego Zachodu, rano słońce żółte jak szczyny. Hotel z widokiem na rzekę, która płynie przez miasto, dalej wzrok natyka się na wieżowiec ze szkła, przestrzeń biurową, w której ludzie starają się ze wszystkich sił albo tylko udają. Nic więcej do opowiadania nie ma. To mogłoby być wszędzie i absolutnie nie mam przez to nic złego na myśli.
Tu, w środku, moje ubranie: szary sweter. Koszula do włożenia pod spód, czarna koszula. Podstawowy strój reżysera teatralnego. Na koniec widzi się w lustrze Ingmara Bergmana. Z rzadka, ale się zdarza, że wkładamy bluzę z kapturem, żeby stworzyć iluzję wyluzowania i świeżości myślenia, kiedy pracujemy na deskach, chociaż Bergman nigdy by czegoś takiego nie zrobił. On by włożył jaśniejszą sportową marynarkę. Ale raz, tylko jeden jedyny raz, chciałbym przyjść do teatru ubrany jak Śmierć w Siódmej pieczęci, w komplecie z czarnym czepkiem kąpielowym na głowie i całą resztą, zatrzymywać sceny i reżyserować, wskazując peleryną i gestykulując kosą; wtedy praca na pewno nabrałaby tempa.
Nie mogę zasnąć, równie dobrze więc mogę wstać, ubrać się w rzeczy, które z nawyku złożyłem starannie i przewiesiłem przez krzesło przy biurku. Czyste skarpety. Brązowe sztruksowe spodnie, znoszone adidasy. Ważne, żeby buty były trochę znoszone, nigdy nowe, żaden aktor nie zaufa reżyserowi w lśniących nowością butach. No i ten szal, nieodłączny szal, bez którego żaden reżyser z czasem nie opuszcza łóżka, to się staje zwyczajem. Nałogiem. Lęk przed przeziębieniem, przed jakąś chorobą, strach przed przeciągiem. Jakby świat miał zejść na psy, jeśli ten reżyser z bożej łaski nie będzie w szczytowej formie i nie przekaże swojej wiedzy i umiejętności nieporadnym aktorom, którzy sami nie są w stanie ruszyć palcem, jeśli nie prowadzi się ich za rękę. Człowiek nosi ten przeklęty szal, żeby zaświadczyć, że w ogóle ma coś do zrobienia w teatrze. Jak dyrygent z pałeczką, którą wymachuje w górę i w dół, jakby chciał oznajmić, że to jest takie trudne i same ręce nie wystarczą. Bardzo wiele przedstawień znacznie by zyskało, gdyby reżyser nie wstawał z łóżka. Chciałbym posłuchać Beethovena wykonywanego bez dyrygenta, w tempie wznoszącym się i opadającym, w miarę jak muzycy się zapominają i myślą o czymś innym albo na długie chwile tracą ze sobą kontakt; to by otworzyło możliwość o wiele bardziej dynamicznej symfonii.
Śmierć nigdy nie nosi szala.
Mam dopiero trzydzieści pięć lat, ale czuję się bliżej sześćdziesiątki. Z twarzą coraz trudniejszą dla jej właściciela. Ten, który się za nią znajduje, już nie jest podobny do siebie. Jakbym się starzał o cały rok z każdą nieprzespaną nocą, a kiedy to tournée się skończy, mogę już być martwy. Albo w wieku Szekspira. Tak. Siedzieć albo stać, oto jest pytanie. W zasadzie również jedyne, na które reżyser naprawdę może udzielić odpowiedzi. Oprócz tego błądzimy po omacku razem z naszymi zespołami. Mimo to zbyt wielu reżyserów ulega pokusie i pozwala swoim aktorom krążyć tam i z powrotem po scenie jak gdaczące kury, którym się rzuciło paszę słów, ażeby w ten sposób w y k o r z y s t a ć d y n a m i k ę p r z e s t r z e n i oraz k o n t r a s t y i w i z u a l n o ś ć lub po prostu żeby przekonać otoczenie, że ktoś to wyreżyserował. Z widowni przypomina to najbardziej oglądanie meczu tenisowego przy zakłóceniach technicznych. I jeśli istnieje coś, czego chciałbym nauczać studentów szkoły teatralnej (nigdy nie miałem na to siły), to właśnie tego, że w zasadzie nie ma żadnego powodu, żeby wstawać. Istnieją natomiast wszelkie powody, żeby siadać. To bowiem nigdy nie zawodzi, za każdym razem, kiedy pracuję z nowymi aktorami i wydaję im polecenie, że mają usiąść podczas jakiejś sceny, natychmiast zaczynają przerzucać ze strachem strony scenopisu, trzymając w pogotowiu długopis do robienia notatek, pytać: "Czyli... kiedy znów mam wstać?". Widać to po nich, ten strach, że w tym momencie odbieram im połowę zawartości ich skrzynki z narzędziami. Ale tu nie chodzi o brak szacunku dla fizyki teatralnej czy dla ciała aktora, które jest najważniejszą rzeczą, jaką wnosi on na scenę, tu chodzi raczej o coś przeciwnego, a mianowicie o b e c n y szacunek. Chodzi o, powiedziałbym, gdybym miał siłę uczyć studentów szkoły teatralnej, dokładnie o to: o o b e c n o ś ć. Gdybym miał wykładać choćby przez jeden dzień, przez godzinę, wygłosić dwudziestominutowy referat, to powiedziałbym, że najbardziej dramatyczny ze wszystkiego jest ten, kto nie wstaje, kiedy bezwzględnie powinien to zrobić, albo jeszcze lepiej, kładzie się na podłodze, odwrócony do publiczności tyłem i nie daje żadnego znaku, że kiedykolwiek znów stanie na nogach. Chodzi o, podkreśliłbym, słuchanie dźwięku przestrzeni ze świadomością, że nie ma żadnego miejsca, do którego można by pójść, że w ten sposób każdy ruch dłoni, każde minimalne poprawienie pozycji siedzącej czy stopa przechylona na podłodze moment przed tym, zanim zostanie położona na drugiej nodze, zostanie zauważona na widowni jako echo wewnętrznego poruszenia, tego, co najważniejsze. Chodzi o to, dodałbym, że człowiek w głównej mierze to motoryka, a język jest tym samym, i że nie musimy się poruszać, abyśmy zostali poruszeni, oraz że charakterystyczny dla naszych czasów lęk przed powagą rozrósł się jak zaraza, wywołując lęk przed słowami i nieufność wobec nich. To tam istnieje dramatyzm, podsumowałbym: w tym momencie, kiedy człowiek nie czuje się pewny, czy może ufać postaci. I zakończyłbym: spójrzcie na Becketta, na ostatnie didaskalia, które kończą Godota, po tym, jak Vladimir i Estragon uzgodnili, że idą, tam są tylko te trzy słowa: "Nie ruszają się". Nie żebym i ja nie pozwalał swoim postaciom biegać po scenie, skakać i robić jaskółki, pełzać i rzucać się sobie w ramiona. Ale to nigdy nie były najlepsze sceny, robiłem to, żeby zamaskować marny tekst albo swój własny brak zrozumienia postaci. Z moich obserwacji wynika natomiast jasno, że większość ludzi woli usiąść, jeśli tylko ma taką możliwość. Dlatego rzadko pozwalam swoim aktorom stać, a jeszcze rzadziej chodzić, chyba że jest w tym jakiś sens sam w sobie (tak było, kiedy reżyserowałem LAX, i właśnie sposób, w jaki aktorzy niecierpliwie stali, w ogóle nie siadając, stał się niemal ważniejszy od wypowiadanych kwestii). Albo jeśli jest jakieś miejsce, do którego aktorzy muszą pójść. Tak jak w Weyland-Yutani: przesadnie duży stół konferencyjny, posiedzenie zarządu, i nikt nie rusza się ze swojego krzesła przez trzy godziny, z wyjątkiem tej chwili, kiedy wiceprezes wstaje, żeby donieść kawy ze znajdującego się w korytarzu automatu, który, niestety, okazuje się zepsuty. To punkt kulminacyjny w sztuce, jeśli chodzi o fizyczność. Pewnie właśnie dlatego Nagg i Nell z Końcówki zawsze zaliczali się do moich ulubionych postaci. Siedzą w swoich kubłach na śmieci, bez nóg, nie mając dokąd pójść; wiadomo, czego się po nich spodziewać. I Winnie ze Szczęśliwych dni zakopana po szyję w hałdzie ziemi, pod płonącym parasolem: nigdzie się nie wybiera i udaje, że to zaakceptowała. Naprawdę chciałbym kiedyś zrobić Szczęśliwe dni. To być może jedyna rzecz, na jaką wciąż mam ochotę. Ale to zależy. Nie wiem. Zaczęło mnie to zżerać, jest zbyt wyczerpujące. Prawie nic już o sobie nie wiem. I jeszcze ten długi okres prób, jakiego zawsze się trzymałem, całe szesnaście tygodni, i ta ogromna pustka, która idzie w ślad za nim.
Przez pierwszych osiem tygodni prawie ani razu nie wychodzimy na scenę. Dyskutujemy, rozmawiamy, w nieskończoność dzielimy się doświadczeniami, które na różne sposoby wiążą ze sobą nas samych, sztukę i bohaterów. Ale przez większość czasu rozmawiamy o zupełnie innych sprawach, na tematy, które pozornie nie mają nic wspólnego z czekającym nas zadaniem, lecz w równym stopniu spełniają swoją funkcję, ponieważ poznajemy to, co w nas mieszka: co pamiętamy i jakie mamy doświadczenia. Kilka z najbardziej intensywnych i najcenniejszych tygodni w mojej karierze to były właśnie takie okresy, podczas których ani słowem nie wspominaliśmy o przedstawieniu, tylko w rozmowie coraz bardziej się od niego oddalaliśmy, aż doszliśmy do miejsca, w którym teatr już nie istnieje, pozostaje tylko uczucie przebywania razem gdzieś daleko na morzu. Bez lądu w zasięgu wzroku. Widziałem wtedy aktorów otwierających się na oścież, tak jak sam się otwierałem, podobnie jak pracownicy techniczni, których często włączałem w tę fazę, i widziałem lęk na ich twarzach, kiedy w rozmowie odpływaliśmy gdzieś w siną dal, a pod nami rozpościerała się morska głębia i cała przestrzeń zaczynała być postrzegana jako niebezpieczna i przesycona nieodwracalnymi konsekwencjami. Dopiero wtedy rzucaliśmy się na tekst. Wtedy delikatnie brałem ich za ręce, wprowadzałem z powrotem w materię, w technikę, w reżyserię - i tam ich zostawiałem. Dopiero wówczas mogłem pracować ze scenografem i oświetleniowcem, wprowadzać niezbędne poprawki, niezakłócające rytmu w aktorach. Oni mieli wtedy dość zajęcia z myśleniem o sobie i własnych wyzwaniach.
Wielu moich kolegów po fachu z mieszaniną pogardy i zazdrości obserwuje moje metody i tę pozornie ogromną pewność siebie, która umożliwia mi niedostrzeganie, że niektóre drzwi są zamknięte i wdzieranie się przez nie z propozycją kosztownych długotrwałych produkcji do tych, którzy mają pieniądze i władzę i od których kciuka odwróconego w górę albo w dół tyle zależy. Ale pewność siebie ma z tym niewiele wspólnego. Ważniejsze zawsze były wątpliwości, to one stanowiły punkt wyjścia i główne narzędzie. Wspólnie wątpiąc, posuwaliśmy się do przodu i jestem coraz bardziej przekonany, że to właśnie dzięki wątpliwościom postawiłem pierwsze kroki w tej branży. Nie było tak, że wchodziłem i z wielkim przekonaniem przedstawiałem swój pomysł, tylko bardzo nie po amerykańsku siadałem przed dyrektorami teatrów oraz producentami i otwarcie się wahając, mamrotałem pytanie: "Czy w tym coś może być?".
Do wielu z nich zapewne nikt w ten sposób nie mówił.
Wydaje mi się, że to właśnie wątpliwości kupiły mi te dodatkowe minuty, których potrzebowałem, żeby ich przekonać. Wydaje mi się, że wątpliwości podziałały na moją korzyść, jak powiew wiatru w zakurzonym pokoju z zatęchłym powietrzem, i mogły coś obudzić w tych ludziach. Wśród całej hipokryzji, pomimo bezwzględności i komercjalizacji: niektórzy spośród ludzi mających coś do powiedzenia w sprawach prowadzenia teatru w tym kraju wciąż są szczerze przejęci teatrem jako formą sztuki, są tacy, dla których p r ó b a jest ważniejsza niż s u k c e s. Przez takie właśnie drzwi się wdzierałem i w pokojach za nimi spotykałem ludzi wykazujących zrozumienie dla tego, co sprawia, że teatr jest tak cenny i tak męczący, dla ulotności naszej pracy, która w niemal bezwzględny sposób odzwierciedla życie, ponieważ wszystko, kiedy tylko się odbyło, natychmiast przepada lub co najwyżej zatrzymuje się w pamięci. Trzeba to po prostu wspominać. Oczywiście sztukę można grać ciągle od nowa, ale żadne przedstawienie nigdy nie będzie takie samo jak poprzednie, nigdy nie będzie identycznych przeżyć, ani wśród publiczności, ani wśród zespołu. Stale wracamy do punktu wyjścia, ale bez względu na to, jak duży wysiłek w to wkładamy, nigdy nie trafiamy w to samo miejsce, które odwiedziliśmy wcześniej. Niemożność powrotu do domu, tak bym to nazwał. A pewnego dnia następuje nieodwołalny koniec. Prędzej czy później sztuka schodzi z afisza, scenografię się zwija i wszyscy rozchodzimy się do swoich spraw, do następnego projektu, a im dalej dojdziemy od tego, co mamy za sobą, tym bardziej się to kruszy i rozpada. Aż w końcu nie potrafimy sobie tego dobrze przypomnieć. Ze szczegółami. To był główny powód, dla którego nigdy nie opuszczałem swoich inscenizacji po premierze, tylko byłem obecny na każdym przedstawieniu i za kulisami aktualizowałem reżyserię przed rozpoczęciem wieczoru albo w trakcie. Nieustanne szukanie drogi do domu albo odkładanie chwili, w której musimy zaakceptować, że jest już za późno. Ponadto na większości aktorów nie można polegać na dłuższą metę. Jeśli się wraca do tego samego przedstawienia po kilku tygodniach bez nadzoru, okazuje się, że z balonu uszło powietrze, a obecna wcześniej motywacja do stworzenia tego czegoś, co ma zostać stworzone, znika. Powiodło im się, a w związku z tym również do pewnego stopnia się poddali. Zapadają się, mimowolnie. Trochę tak, jakby przez cały czas należało im dokładać pieniędzy, bo jeśli się tego nie zrobi, przestaną tańczyć, po kawałku będą się zmieniać w okruchy znikające z przedstawienia, aż w końcu wykreowane przez nich postacie całkiem zwietrzeją, zmieniając się w coś, co by się chciało porzucić na pustkowiu, jak wuefistów, szefów dziennej zmiany w hurtowni Costco lub właścicieli podejrzanych sklepów z materacami na skraju miasta.
Pod wieloma względami to jednocześnie paradoks i nie-paradoks, że ja, syn takich rodziców jak moi, skończyłem jako reżyser teatralny na tournée po Stanach Zjednoczonych właśnie ze sztuką Better Worlds Through Weyland-Yutani, rozpaczliwie broniącą kapitalizmu, autorstwa Hervégo Corsauda, dramatopisarza, a zarazem profesora ekonomii z Quebecu. Możliwe, że jeszcze większy paradoks tkwi w tym, że w bardzo wielu gazetach, które zamieściły znakomite recenzje, sztuka była omawiana jako "krwistoczerwona" i jako "niezwykle udana obrona wprowadzenia socjalizmu w USA". Inni natomiast nazywali ją "prawdopodobnie, na pewno i bez wątpienia najbardziej deprymującą sztuką, jaką kiedykolwiek wystawiono w tym kraju". Możliwe, że wszystkie te recenzje były słuszne, kto wie, ale paradoks staje się kompletny, kiedy się doda, że Amerykanie w kolejnych miastach ustawiają się w kolejce do kasy biletowej, żeby zobaczyć to, co w zasadzie nie jest niczym innym niż bardzo długim i nużącym posiedzeniem zarządu.
To oczywiście prosta wersja tej historii. Dalej stopniowo będzie już trudniej.
Pierwszy raz usłyszałem o tej sztuce w roku 2001, kiedy Mischa pracowała nad hiperrealistycznymi obrazami przedstawiającymi pozbawione drzwi i okien sale konferencyjne, co stanowiło główną część jej wystawy From The Office of Things Unhinged w Nowym Jorku. Dramaturg, również Kanadyjczyk, usłyszawszy o obrazach, nad którymi pracowała, przysłał jej niepublikowany maszynopis, a ja go przeczytałem w naszym starym mieszkaniu w The Apthorp z mieszanką fascynacji i obrzydzenia. Winę za to ponosić mógł wstrętny zapach pokruszonego betonu ze zburzonych bliźniaczych wież (zdawało się, że wisiał w powietrzu nad miastem całymi tygodniami). I moje dzieciństwo, podczas którego wszelka myśl o tym, że kapitalizm może mieć w sobie coś naturalnego i ludzkiego, była myślą niedopuszczalną.
Przeczytałem tekst, ale później go odłożyłem. Nie znalazłem żadnego naturalnego wejścia do niego, a poza tym zajmowało mnie w tym czasie przedstawienie Ocean, sztuka o dwóch robotnikach, którzy utknęli na dnie oceanu, i było to znacznie bliższe temu, co wszyscy czuliśmy w tych dniach, niż ów tekst z lodowatym chłodem opisujący prawdziwą istotę ekonomii wolnego rynku. Dopiero po latach w związku z innym i niemal równie dramatycznym kryzysem na ruinach banku Lehman Brothers i podobnych instytucji finansowych, które zawaliły się w roku 2008, co ludzie przypłacili utratą mieszkań, pracy i większości nadziei - my spodziewaliśmy się wyrzucenia nas z apartamentowca The Apthorp, podobnie jak innych najemców - sztuka Corsauda ponownie utorowała sobie drogę do mojej świadomości. Wygrzebałem ją z pudeł, do których już pakowaliśmy nasze rzeczy przed przeprowadzką, i pamiętam, że kiedy do niego zadzwoniłem dowiedzieć się o prawa, prawie już zapomniał, że napisał ją czternaście lat wcześniej. "Czy ten tekst za bardzo się nie zestarzał?" - spytał z pełną powagą. Po tej niewystawialnej sztuce nie pisał już więcej dramatów, wrócił do pracy na uniwersytecie i do nauczania. "Nigdy nie było lepszego momentu - odpowiedziałem. - To teraz wali się świat".
Tak to się zaczęło, moja potencjalnie ostatnia produkcja. Poleciałem do Los Angeles i odbyłem długie spotkania z przedstawicielami 20th Century Fox (to oni mieli prawa do Obcego - ósmego pasażera Nostromo, legendarnego filmu grozy z 1979 roku, na którym sztuka wyraźnie się opierała), a moi adwokaci, wynajęci zaledwie parę dni wcześniej - ale starałem się najlepiej, jak umiałem, sprawiać wrażenie, że współpracuję z nimi już od lat - pilotowali mnie w trakcie podróży przez zdradliwe wody, jakimi jest branża filmowa. Podpisaliśmy kontrakty, klauzule, aneksy i notatki dotyczące zastrzeżeń prawnych, a z powrotem do Nowego Jorku leciałem w tamto piątkowe popołudnie już z zezwoleniem na zrobienie wszystkiego, co zechcę na scenie, w zamian za w gruncie rzeczy cały zysk. Akurat to wydawało się całkiem w zgodzie z tematyką sztuki i nie stanowiło żadnego problemu. Może więc było, kiedy sobie teraz o tym myślę, wręcz warunkiem naszego powodzenia. Żeby móc z trudem wypracować niezbędne zrozumienie dla posiadaczy kapitału, musiałem na własnej skórze poczuć, jak to jest być wykorzystanym, gdy się wykonuje pracę, za którą zapłatę dostać mieli inni. Kiedy to tournée pewnego dnia dobiegnie końca, kiedy wszystkie honoraria zostaną wypłacone, a wydatki związane z produkcją pokryte, kiedy wszyscy rozejdziemy się do swoich spraw, a ja po raz kolejny stracę ludzi z najbliższego otoczenia, to oprócz zwykłego honorarium, jakie zawsze pobieram za pracę, zostanie mi dokładnie tysiąc dwieście dwanaście dolarów. Ale to kompletnie bez znaczenia.
W filmie, w Obcym - ósmym pasażerze Nostromo, będącym podstawą naszej sztuki, jest rok pański 2122, członków załogi komercyjnego frachtowca kosmicznego Nostromo przed powrotem na Ziemię budzi z hipersnu komputer pokładowy MU-TH-UR, czyli Matka. Załoga musi zbadać sygnał alarmowy wysyłany z niewielkiej planety LV-426, co prowadzi - okrężnymi drogami - do tego, że jeden z członków załogi zostaje zapłodniony (z braku lepszego słowa) przez pasożytniczą formę życia, która zgodnie z oczekiwaniami widzów gustujących w filmach tego gatunku zaledwie kilka godzin później wydobywa się z jego klatki piersiowej eksplodującej fontanną krwi i tym samym na pokładzie statku kosmicznego pojawia się jeden z najstraszniejszych stworów w historii filmu, poruszający się szybko jak błyskawica fallokształtny potwór, wyposażony w kwas zamiast krwi, szpony, ostre jak szydła kły, ogon niczym sztylet i mający jeden jedyny cel: eksterminacja wszelkich form życia poza własną. Pojawienie się tego organizmu zostaje natychmiast zgłoszone zleceniodawcy, Firmie (znanej również jako Weyland-Yutani; brytyjsko-japoński konglomerat o wątpliwej etyce korporacyjnej odpowiada za funkcjonowanie ludzkich kolonii poza Układem Słonecznym za pośrednictwem Administracji do spraw Kolonizacji Ekstrasolarnej i zajmując stałe miejsce w Zarządzie Oceny Spółek przy Międzynarodowej Komisji Handlowej, prowadzi też coraz rozleglejszą działalność na Ziemi, a jej główne siedziby znajdują się w Tokio, San Francisco, na Oceanie Spokojnym oraz na planecie Thedeus), która klasyfikuje tę formę życia jako Ksenomorf XX121 i nakazuje obecnemu na statku androidowi wdrożenie Special Order 937: Priority one - Ensure return of organism for analysis. All other considerations secondary. Crew expendable.
Umożliwia to chaotyczną bieganinę po korytarzach i utrzymującą się desperację bohaterów.
Natomiast w Better Worlds Through Weyland-Yutani wszelkie elementy akcji i/lub napięcia zostały usunięte. Sztuka toczy się równolegle do fabuły filmu, lecz dyskusja, która odbywa się w stosunkowo bezpiecznej i wygodnej siedzibie zarządu na Ziemi, nie dotyczy żadną miarą dobrostanu załogi, tylko obcego organizmu samego w sobie i kwestii tego, do jakiego stopnia firma jest z o b o w i ą z a n a do rozbicia kilku jajek od czasu do czasu. A mówiąc inaczej: czy zabijanie kur sąsiada po to, by swojej rodzinie zaserwować omlet, po prostu tkwi w ludzkiej naturze, a jeśli tak, to czy rezygnacja z możliwości uzyskania dostępu do ogromnych bogactw i potencjalnej siły militarnej w zamian za ocalenie siedmiu przedstawicieli klasy robotniczej nie będzie działaniem zarówno przeciwko spółce, jak i samej naturze? To zaś prowadzi do dyskusji stanowiącej sedno sztuki: czy właściwie istnieje różnica między szczytem piramidy finansowej a innym złem, czy też jedno i drugie jest w nas tak zakorzenione w sposób naturalny, że najsłuszniejsze byłoby objęcie ich i przytulenie do serca? Pamiętam, jak całymi tygodniami dyskutowaliśmy o tym, dlaczego stale nas zaskakuje i szokuje zło, kiedy mamy z nim do czynienia poprzez media lub gdy stajemy z nim twarzą w twarz, zważywszy, że - mając nauczkę z Holokaustu, ludobójstwa w Kambodży, w Rwandzie i tak dalej - przecież wiemy, że ludzkie zło nie ma granic. Czy istnieją podobieństwa - pamiętam, że zadawaliśmy sobie takie pytanie (i coraz bardziej się dziwiliśmy, że nie potrafimy odpowiedzieć przecząco) - między szefami obozu Auschwitz-Birkenau a szefami instytucji finansowych w naszym kraju? Jakieś elementy tej samej racjonalizacji? Jeżeli ktoś wyraźnie widzi, jak jego czyny wpływają na bliźnich, ale uważa, że jest uprawniony do takiego postępowania; jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że dokonywane przez niego wybory mogą mieć katastrofalne skutki dla całej gromady jednostek, lecz mimo to jest w stanie normalnie wracać do domu, do żony czy męża, do dzieci, i racjonalnie myśleć, że wykonał kawał dobrej roboty, czy wtedy także istnieje jakaś różnica? Długo dyskutowaliśmy, czy ta teza nie jest zbyt potworna i czy możemy pozwolić, aby jeden z bohaterów zastanawiał się nad porównywaniem maklerów giełdowych do członków Sonderkommando z obozów śmierci, czy za jednym z okien powinny majaczyć kominy krematoriów, czy też byłoby to zbyt dosłowne. Nigdy nie osiągnęliśmy zgody. Byliśmy natomiast zgodni co do tego, że miliardy uratowane przez poszczególne osoby, które wycofały się ze spółek i tym samym zepchnęły na dno cały kraj, to pieniądze, które nie powstały same z siebie, tylko skądś pochodziły. Fascynująca myśl: a gdyby tak na banknotach studolarowych widniały twarze ich poprzednich właścicieli zamiast oblicza dawno nieżyjącego Franklina, gdyby tak w momencie przyjmowania pieniędzy trzeba było spojrzeć w oczy klasie robotniczej? Czy właśnie dlatego papierowy pieniądz został zastąpiony elektronicznymi przelewami? Żeby uniknąć wyrzutów sumienia? Byliśmy zgodni co do tego, że niektórzy sprzedawali kredyty, chociaż wiedzieli, że nikt nie będzie w stanie ich spłacić, że niespłacone długi kupowano hurtem. Po takich dniach wracałem do domu z bólem głowy rozsadzającym czaszkę, ze strachem, że na pełnym gazie suniemy ku tej samej przepaści, w której skończyłem dwanaście lat wcześniej, kiedy wystawiałem 740 Park Hamlet na Manhattanie. Ależ miałem wtedy odwagę. Teraz nie do pomyślenia. To była moja druga produkcja, wpadłem na ten pomysł w tygodniach po przedstawieniu dyplomowym Napoleon Wants to Stay Up a Little Longer, kiedy wszyscy wciąż byliśmy oszołomieni świetnym przyjęciem i uwagą, jaka stała się jego udziałem. Głównie Mordecai i ja, napisaliśmy Napoleona wspólnie jako nieprzejednany bunt przeciwko uczuciu, jakie wynieśliśmy z naszych szkół teatralnych, że w kółko oglądamy tę samą sztukę, jeden klasyczny dramat za drugim. Nasza sztuka była czymś w rodzaju biograficznej opowieści o ostatnich latach Napoleona Bonapartego na wygnaniu, które spędzał na Wyspie Świętej Heleny, oglądanych niemalże obłąkanym wzrokiem Stanleya Kubricka. Amerykańskiego reżysera filmowego, który sam przez wiele lat przebywał na emigracji w Anglii, pod koniec lat sześćdziesiątych dzieliły zaledwie tygodnie od rozpoczęcia gigantycznej produkcji filmowej o życiu byłego cesarza. Latami czytał źródła, przygotowywał się, szykował wielkie dzieło. Dziesiątki tysięcy statystów już czekało, gotowe były kostiumy i cała machina produkcyjna już ruszała, kiedy MGM bez uprzedzenia wycofało się z finansowania, w ten sposób uniemożliwiając Kubrickowi nakręcenie tego, co sam określał jako najlepszy film wszech czasów. Właśnie w ruinach tego projektu znaleźliśmy swoje przedstawienie; wyposażyliśmy małego Korsykanina w wysoce uzasadniony lęk przed pościelą i pozwoliliśmy mu jeździć na trójkołowym rowerku korytarzami wilgotnego, pełnego przeciągów Longwood House na Świętej Helenie ku coraz większej rozpaczy jego nadwornego lekarza, który uważał, że Napoleon powinien się położyć; pozwoliliśmy Napoleonowi - w trakcie z czasem osławionej, trwającej godzinę sekwencji - stać w całkowitym milczeniu, pogrążonemu w rozmyślaniach nad czarnym monolitem, który nagle znalazł się w jego ogrodzie ziołowym. Nie mówiąc już o zainspirowanej scenami z Mechanicznej pomarańczy bawialni, w której Napoleon i jego świta siedzieli w nocnych koszulach i dwurogich kapeluszach na głowach, pozwalając się portretować. Albo o zatruciu arszenikiem, czerpiącemu inspirację z bitwy o Hue w Full Metal Jacket. Sztuka była głupawa i nonszalancka na zewnątrz, po brzegi wypchana rozmaitymi sztuczkami, ale w pewien sposób, który nie bardzo potrafię opisać, udało nam się także wydobyć straszliwą samotność dręczącą Napoleona na tej wyspie, tak oddalonej od cywilizacji, jak było to możliwe. Położyliśmy nacisk na jego korsykańską wymowę, przez którą zawsze miał poczucie wykluczenia, i pozwoliliśmy, żeby sceny, w których Napoleon nalega na pomoc towarzyszących mu osób w odtwarzaniu w salonie jego wielkich bitew, powoli ulegały przeobrażeniu z idiotycznych prób wykorzystania mebli do naśladowania statków użytych w bitwie pod Trafalgarem, podczas których setki zapalonych świec reprezentowały pożary na horyzoncie, w długi odwrót spod Moskwy i bitwę pod Lipskiem, kiedy to z coraz bardziej bolesną jasnością widoczne się stawało dla wszystkich - a zwłaszcza dla samego Napoleona - że istnieje jedynie to, co było. I że to wszystko było jedną kolosalną klęską dla człowieka, dla którego została w nas już tylko czułość.
Gdybym miał wskazać jeden moment, jeden jedyny moment wyreżyserowanych przeze mnie przedstawień, w którym naprawdę udało nam się stworzyć coś nadzwyczajnego, musiałaby to być scena na końcu tej właśnie inscenizacji, kiedy Napoleon wreszcie zasnął w łóżku, wycieńczony i umierający, słońce wschodziło za popękanymi oknami, a spokój, niemal upiorny i piękny spokój, ogarniał scenę, rozchodził się na publiczność, każąc jej całkowicie znieruchomieć, również przez długie sekundy już po zapaleniu świateł na widowni, ponieważ nikt nie chciał postąpić niewłaściwie i obudzić śpiącego. Ludzie wychodzili z sali powoli i z szacunkiem, niosąc w sobie wstyd, że zaledwie kilka godzin wcześniej śmiali się do rozpuku z wariackiej jazdy na trójkołowym rowerku, i z nową głęboką troską dla podżegacza wojennego nieżyjącego już od stu siedemdziesięciu pięciu lat.
No i Mordecai. W tytułowej roli. Uwielbialiśmy go za jego pracę.
On b y ł Napoleonem.
I chyba właśnie to, owo, łagodnie mówiąc, zaskakujące doświadczenie, że udało nam się od pierwszej próby, sprawiło, że w przypływie czystej manii wielkości postanowiłem raz a dobrze wystawić Hamleta. Przecież nagle wszystkie drzwi stanęły przede mną otworem. Albo może przez zbyt mocno popuszczone cugle przez moją matkę nie wbiłem sobie do głowy pewnej prawdy, a mianowicie tego, że dobre i złe pomysły śpią w tym samym łóżku i nocą łatwo je ze sobą pomylić.
Kiedy dorosłem, czasami bardziej mi brakowało stałych ram mojego ojca.
A zatem: 740 Park Hamlet.
Nowo otwarte drzwi mogły zamknąć się na dobre po tej mojej drugiej pracy reżyserskiej, uratowały mnie wtedy raczej fart i desperacja niż talent. Ale wówczas tak na to nie patrzyłem, inni również. Tym samym drzwi pozostały otwarte, i to się od tamtej pory nie zmieniło.
A ja stoję w wiatrołapie, w przeciągu.
Pomysł, który okazał się z rodzaju tych nietrafionych, polegał na zastąpieniu duńskiego dworu Szekspira przebogatą rodziną ulokowaną w ogromnym apartamencie pod jednym z najbardziej ekskluzywnych adresów na Manhattanie, 740 Park Avenue. W zasadzie już od samego początku była to produkcja zmierzająca nieuchronnie do katastrofy. W jednym z magazynów na dolnym Manhattanie skonstruowana została ekstrawagancka wielkopańska rezydencja, odtworzona z patologicznym wręcz skupieniem na szczegółach i autentyczności, z oryginalnymi dziełami sztuki na ścianach, marmurowymi posadzkami i designerskimi meblami do kompletu. Same deski i listwy kosztowały blisko dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Koszty pracy rzemieślników i rekwizytorów pochłonęły dziewięćdziesiąt procent całego budżetu, natomiast aktorzy i ja zrezygnowaliśmy z wszelkiej finansowej rekompensaty za pomoc przy budowie. Gdyby zawarte z wyprzedzeniem umowy nie wymagały, aby wynajęty przez nas magazyn został po ostatnim przedstawieniu doprowadzony do stanu pierwotnego, to mieszkanie - oprócz wypożyczonych dzieł sztuki i mebli - mogłoby zostać sprzedane temu, kto da najwięcej. Była w nim nawet bieżąca woda i kanalizacja. Elektryczność i ogrzewanie. Mimo tego sztuka zeszła z afisza już po tygodniu. Nie miało to związku z kosztami produkcji.
Pewien artykuł w "New York Timesie" opublikowany kilka dni przed premierą wywołał gorącą debatę, która szybko wymknęła się spod kontroli i przestała być rzeczowa. Nim zdążyłem się zorientować, posypały się oskarżenia o antysemityzm, groźby bojkotu i jeszcze gorszych rzeczy. Raczej nie pomogło to, że jedna z klasycznych kwestii została przerobiona na "Wszeteczny, zbójczy, przeklęty3... mensch!". W mojej wersji Hamlet i jego rodzina byli Żydami, a powiązanie problemów kulturalno-religijnych z lekko zmienionymi replikami - które bardziej niż sugerowały nieczystą grę w wielu nowojorskich instytucjach finansowych - sprawiło, że już po krótkim czasie przedstawienia nie dało się grać. Byłem zupełnie nieprzygotowany na taki odbiór, coś takiego nawet nie przyszło mi do głowy i z każdym listem do redakcji i felietonem opadałem coraz głębiej, coraz bliżej dna, aż wreszcie dni wypełniły się taką rozpaczą, że nie miałem siły ani odwagi w ogóle wstawać z łóżka. Leżałem i spadałem coraz niżej pod każdym względem. "To już koniec - pamiętam, że tak myślałem. - Teraz już nikt nie będzie chciał mnie znać". I jakaś cząstka mnie czuła także z tego powodu coś w rodzaju ulgi, gdzieś głęboko we mnie istniała osoba, która wciąż miała nadzieję, że zostanie wyrzucona z tego kraju i odesłana do domu z piętnem hańby. W każdym razie do domu. Wieczorami siedzieliśmy z Mordecaiem, upijaliśmy się, a ja mówiłem o tym, jak pod wieloma względami zawsze chciałem mieć żydowskie pochodzenie, na co on stwierdzał, że w jego oczach jestem "Żydem by proxy" ("z twoimi ciemnymi włosami, smutnym spojrzeniem i okresową nienawiścią do samego siebie jesteś, praktycznie rzecz biorąc, jednym z nas, jeśli tylko się zapomni o tym bezbożnym fałdzie skóry otaczającym czubek twojego penisa"), a oskarżenia są absurdalne i niedorzeczne, nie można zatem na nie zareagować inaczej niż milczeniem. "Poza tym - tłumaczył Mordecai - nawet jeśli burza wydaje ci się gigantyczna, to dla dziewięćdziesięciu procent ludzi teatr kompletnie nic nie znaczy. Pamiętaj o tym. Większość po prostu to olewa". Powtarzał te słowa wielokrotnie, dopóki we mnie nie zapadły, i prawdziwym błogosławieństwem było uświadomienie sobie, że miał rację, że większość ludzi ma na głowie o wiele ważniejsze sprawy. Otworzyło to wrota dla olbrzymiego poczucia wolności, które później jeszcze narastało i rozpierało mnie z niemal odurzającą mocą, kiedy pracowałem przy kolejnych przedstawieniach. Ale wściekłość tych dziesięciu procent i tak mnie w tym czasie straszliwie dręczyła, głównie dlatego, że w rzucanych wobec mnie oskarżeniach nie było przecież słowa prawdy. Ani jednego. Przerażało mnie, jak szybko traci się kontrolę nad prawdą, jaką szkodę może wywołać nieporozumienie, jak krucha jest zawsze równowaga przekazu i jak błędne odczytanie czyichś intencji oraz artykuł w jednej jedynej gazecie potrafią wywołać pożar płonący z intensywnością granatów zapalających.
Zrobiłem więc jedyną rzecz, jaką umiałem.
Za pośrednictwem "New York Timesa" zaprosiłem na wieczór, podczas którego byłem na scenie sam, bez maszynopisu, bez czegokolwiek, na czym mógłbym się wesprzeć czy na co zwalić winę. I mówiłem. Przez godzinę, dwie, zadawałem pytania publiczności i otrzymywałem odpowiedzi. Dzień później zrobiłem to samo. Ponieważ, krótko mówiąc, na ulicy stała grupa jakichś sześćdziesięciu-siedemdziesięciu osób, którym, jak sądzę, pomyliły się dni.
Przez trzy tygodnie prezentowałem tę zaimprowizowaną apologię i wyjaśnienia, które z czasem same przyjęły formę przedstawienia i zostały przechrzczone na 740 Park Sorry; mówiłem o migracji i dorastaniu, o wojnie i sztuce, agencjach ratingowych i bankach na Wall Street, wcielałem się w różne role i zmieniałem perspektywy czasu, w jednej chwili byłem reżyserem pokazującym szczątki przedstawienia i szczerze przepraszającym, w następnej znajdowałem się w Treblince w latach czterdziestych albo szedłem przez biura Standard & Poor's i Lehman Brothers; przemieniałem ten apartament w lotniska, lodowce i południowoazjatycką dżunglę, w amerykańskie krajobrazy i jazdę samochodem nocą przez Środkowy Zachód, w statki kierujące się na Ellis Island na początku dwudziestego stulecia. I zanim zdążyłem się zorientować, to rozrastające się improwizowane przedstawienie zostało zrecenzowane jako prawdziwa sztuka, i to w tej samej gazecie, która wywołała początkowe problemy. Zebrałem wspaniałe recenzje, nominowano mnie nawet do nagrody teatralnej, której nazwę już zapomniałem (ale pamiętam, że jej nie dostałem), musiałem zacząć sprzedawać bilety, to znaczy wprowadzić rezerwację miejsc, ponieważ upierałem się, że nie mogę za to brać pieniędzy.
Niektórzy z krytyków, ci najbardziej rozeźleni na początku, mimo to nie chcieli zrezygnować ze swojego stanowiska i oskarżyli mnie o zaplanowanie tego wszystkiego dla skupienia na sobie większej uwagi. Twierdzili, że biorąc pod uwagę złożoność i timing, widzą, że musi się za tym kryć precyzyjnie zaplanowane działanie. Znów chciałem protestować i znów Mordecai powiedział: "Większość ludzi to olewa. A niektórzy zawsze będą myśleć to, co wymaga najmniej energii, żeby raczej mogli poświęcić siły na wykrzykiwanie tego głośno na ulicach. Daj temu spokój".
Prawdą było, że dniem i nocą pracowałem nad tym, żeby być dobrze zrozumianym podczas spektaklu, właśnie o to mi chodziło. Śpiewamy te piosenki, tworzymy te przedstawienia, ponieważ usiłujemy się dowiedzieć, d l a c z e g o robimy to, co robimy. To samo dotyczyło Sorry. Chciałem, żeby ludzie zrozumieli, co miałem na myśli i w jaki sposób doszedłem do pierwotnej formy, dlatego precyzja przekazu scenicznego była oczywiście ważna. Właśnie w ten sposób wszystko razem na koniec przybrało formę skończonego przedstawienia. Naturalny produkt uboczny bardzo szczegółowych przeprosin. Ale to jasne, tak jak we wszystkim innym w życiu, pomogła mi rutyna. Po pierwszym tygodniu pozbyłem się niepewności, co mam mówić i kiedy. Czy przez ostatnie tygodnie miałem za kulisami ludzi nadzorujących kostiumy i ewentualne poprawki w scenografii? Jasne. Ustawialiśmy światła, robiliśmy dźwięk? Oczywiście. Wyrosło z tego przedstawienie, nie ma żadnego powodu, żeby to ukrywać, przecież właśnie tym się zajmuję zawodowo. Ale gdybym miał powiedzieć, co najlepiej zapamiętałem z okresu pracy nad Sorry, nie będzie to wskrzeszenie Feniksa z upadłego Hamleta, tylko fakt, że udało nam się stworzyć na Manhattanie kilka dni, tygodni, miesiąc, podczas którego przychodzący do teatru ludzie się rozumieli. Właśnie to zapadło mi w pamięć.
Better Worlds Through Weyland-Yutani na razie nie przysporzyło nam podobnych problemów. Na pewno pomogła rezygnacja z nawiązania do Sonderkommando. I porzucenie kominów za oknem. Ani jedno, ani drugie nie było niezbędne dla przedstawienia, a jedynie dla naszego rozumienia tej sztuki. Również pochodzenie czy wyznanie bohaterów nie są dla niej istotne, dramat nie mówi wprost o finansach amerykańskich, koncern Weyland-Yutani jest brytyjsko-japoński, a to umożliwiło przynajmniej zachowanie dyskusji o powiązaniach między kapitałem a złem, szefami obozów koncentracyjnych a maklerami, administratorami funduszy hedgingowych a krótką sprzedażą. Podczas gdy film Obcy - ósmy pasażer Nostromo przedstawiał Weyland-Yutani jako koronny przykład chciwości, w naszej sztuce napięcie co wieczór tkwi w bronieniu z pełnym przekonaniem przedsiębiorstwa i bohaterów, przez przyjęcie za punkt wyjścia myśli, że działają oni po prostu zgodnie z naturą człowieka, nie mówiąc już o priorytetach, jakimi kieruje się każdy organizm - przeżyciu i ekspansji. Jak mniej więcej w środku sztuki mówi jeden z bohaterów, Yamauchi: "Nie obwiniamy zwierząt o podejmowane przez nie działania. Nie oskarżamy wiewiórki, która gromadzi orzechy na zimę, i wyrozumiale kiwamy głowami, widząc, że zbiera ich więcej, niż zdoła zjeść przez miesiące chłodu. Wiewiórka przecież nie wie, jak długo potrwa zima".
Wielu z tych, którzy przychodzą zobaczyć przedstawienie, to ludzie w moim wieku albo młodsi, Amerykanie, którzy natrafili na czas kryzysu akurat wtedy, gdy stali u progu kariery. Sporo wiedzą o tym, jak długa potrafi być zima i jak zimno będzie, wyobrażam sobie, że dopadła ich burza śnieżna, podczas której odmrozili sobie nadzieję, a teraz przychodzą do ciepłego pomieszczenia, do nas. Do tego. Na posiedzenie zarządu, który broni decyzji ponownego odebrania im zapasów żywności bez zawahania.
Zrozumienie tego musi być strasznie przygnębiające.
Może zastanawiają się, czy nie wyjść.
Albo jeszcze nad czymś gorszym.
Ale wtedy na scenę wchodzi Miranda w roli, którą dopisaliśmy do tekstu po tym, jak w zeszłym roku zobaczyłem ją w jej drugim filmie fabularnym, i która jest najważniejszym powodem naszej obecności tutaj. Na tournée. Coraz bardziej mi się wydaje, że jedynym powodem. Kiedy rozpoczynaliśmy produkcję, byłem zmuszony kolejny raz polecieć do Los Angeles, żeby przekonać ją do przyjęcia tej roli. "Ale to w Nowym Jorku - powiedziała. - A co, jeśli przedstawienie odniesie sukces i w końcu będę musiała tam zamieszkać? Nie można ot, tak sobie przeflancowywać ludzi w ten sposób". Obiecałem jej, że nie będzie żadnego sukcesu. Wręczyłem jej maszynopis i oświadczyłem: "Chcę, żebyś raz weszła na scenę, nic nie mówiąc. Przy pierwszym wejściu nie wolno ci się odzywać. Wymagam od ciebie jedynie przekazania publiczności, że wszystko się ułoży. Że będzie lepiej". "Dlaczego mam nic nie mówić?" - spytała. "Czasami po prostu nie ma nic do powiedzenia - odparłem. - Ale potem, kiedy będziesz wchodzić następnym razem...". "Ile razy i na jak długo?". "Pięć, sześć, siedem razy. Nie jestem pewien, zobaczymy, jak będzie. Chcę, żebyś była kimś w rodzaju opowiadacza, kogoś takiego jak w starych sagach, wiesz, o co mi chodzi? O kogoś jak trubadur w Robin Hoodzie, pamiętasz?". "W tym filmie rysunkowym?". "Tak". "Zawsze uważałam, że Robin i Marian byli trochę... jak to powiedzieć? Seksowni? W tym filmie Disneya. To źle, że tak myślę? Miałam pięć lat, kiedy go widziałam, i... no... coś się stało. Wydaje mi się, że mogłam się zakochać. Jak sądzisz?". "Uważam, że animowany lis to coś zupełnie wyjątkowego - odparłem, a potem dodałem: - Ale kiedy będziesz wchodzić później, możesz mówić. Możesz robić właściwie, co chcesz, pozwolę ci mówić, co tylko będziesz chciała powiedzieć. To znaczy, dopóki będziesz opiewać kapitalizm".
Jednym z warunków, które musiały zostać spełnione, żebym się zgodził wyjechać na tournée z Weyland-Yutani, była obecność Mirandy. Również z jej powodu ostatnie przedstawienia gramy w Los Angeles. Obiecałem, że kiedy dotrzemy do LA, będzie mogła wrócić do domu. Wtedy już nastąpi koniec.
Mnóstwo z tych ludzi, którzy przychodzą zobaczyć przedstawienie, przychodzi wyłącznie, żeby zobaczyć Mirandę.
A ja? Wytrzymuję, bo żyję dla tej chwili, kiedy Miranda zjawia się na scenie po raz pierwszy i jedynie rozgląda się po publiczności, a raczej nie rozgląda, tylko na nią patrzy, jakby patrzyła na każdego widza dostatecznie długo, aby i on poczuł się widziany. A potem tańczy. W pewnym sensie tańczy. Wykonuje coś w rodzaju tańca, początkowo komicznego i niezdarnego, ale im dłużej to robi, tym lepiej widać, na ile to złożone i jak piękny jest w rzeczywistości każdy ruch. Szczery, pocieszający taniec dla tych, którzy z wdzięcznością muszą przyjąć to, co można dostać.
Podczas innych scen, kiedy wchodzi do gabinetu zarządu i staje przed ciężkim dębowym stołem - czy też na środku stołu - głównie improwizuje. Ale efekt jest zawsze taki sam. Robi entrée, wysoka, chuda dziewczyna z nieokiełznanymi włosami i w niezwykłym ubraniu, a potem otwiera usta. Nie wiem, co mnie porwało najpierw, znakomity scenariusz, który napisała do swojego drugiego filmu fabularnego, czy też po prostu jej głos i charakter, ale wiem, że to głos został we mnie, miękki kalifornijski głos, z którym spędzałem bezsenne noce, słuchając czytanego przez Mirandę audiobooka - zbioru opowiadań jej autorstwa - i sposobu, w jaki wypowiadała słowo "patio", zwłaszcza to słowo, lecz również wszystkie inne słowa, przeciągle, czasami prawie szeptem, monotonnie; słuchałem tych opowiadań kilkakrotnie, bez zrozumienia treści, pochylony nad scenariuszem teatralnym wsłuchiwałem się tylko w brzmienie jej głosu i wyobrażałem sobie jej wejście na scenę, coraz bardziej widziałem w niej uosobienie Kapitalizmu, postać niosącą pociechę, cierpliwą, optymistyczną, przemawiającą do publiczności z głęboką poufałością i oddaniem, jakby łączyła ich niebezpieczna tajemnica.
Weszła na scenę i zaczęła parafrazować uwagi Miltona Friedmana o chciwości i liberalizmie rynkowym, a brzmiało to kusząco, żartobliwie i trochę smutno, ale wskazywało na nieuniknioność i konieczność, jak poddanie się operacji wycięcia migdałków z nadzieją na zjedzenie lodów później, z pełną świadomością, że w tym życiu na nic nie ma gwarancji. Nadała kapitalizmowi twarz i była to twarz miłości, kiedy mówiła na przykład: "Gdyby naszym przeznaczeniem było latanie, rodzilibyśmy się ze skrzydłami. A gdyby naszym przeznaczeniem było zostać socjalistami, rodzilibyśmy się z w pełni rozwiniętą troską i współczuciem dla innych. Ale się tacy nie rodzimy. To sztuczne konstrukcje. Takie jak kapelusz. Albo para naprawdę obcisłych dżinsów, dzięki którym ściągasz na siebie dużo uwagi. Chcę mieć takie dżinsy. No ale muszę pracować, żeby mnie było na nie stać. I ktoś musi je uszyć, bo sama jestem zbyt zajęta zarabianiem pieniędzy potrzebnych na ich zakup. I nie wszyscy będą mogli mieć takie dżinsy, niektórzy będą musieli chodzić bez spodni. Nie można przecież produkować dżinsów w nieskończoność. Czy to znaczy, że powinnam dobrowolnie zgłosić się do chodzenia nago tylko dlatego, że mieszkam w Kalifornii, gdzie na ogół jest ciepło i można nosić szorty albo lekką spódnicę? A jeśli po prostu chcę mieć te spodnie, jeśli myślę, że bez tych dżinsów nigdy nikogo nie poznam, a już na pewno nie spotkam mężczyzny, którego jest mi przeznaczone kochać? A jeśli nie będę wiedzieć, kiedy go spotkam - być może pierwszego napotkanego mężczyznę uznam za mężczyznę swojego życia, tylko po to, żeby krótko później zorientować się, że to jednak nie ten, więc muszę dalej czekać, dalej oszczędzać dżinsy na właściwą chwilę. A co, jeśli nagle nastanie zima?".
Co wieczór mam nadzieję, że wypowie słowo "patio".
Choćby jeden jedyny raz.
Wydaje mi się jednak, że Miranda tęskni za powrotem do domu, do LA. Coraz więcej czasu spędza sama, podobnie jak ja, nie wiem, co robi. Niewykluczone, że ona też nie może spać, chociaż z innych powodów. Coraz wyraźniej widzę po innych aktorach, jak bardzo ta praca ich wyczerpuje. Idą na dno co wieczór, tematyka sztuki i odgrywane role ciągną ich w głębinę. I trwa to długo. Chodzi o to, żeby tkwić w materiale, żeby w nim utknąć, dlatego duże części tekstu się powtarza, te same dylematy i pytania podejmowane są w koło, coraz dłuższe są wyjaśnienia osoby odpowiadającej, coraz dłuższe mowy obrończe, aż widz w końcu się poddaje. Aż zaczyna robić to samo co aktor. Jakby siedział i słuchał Goebbelsa w Berliner Sportpalast: wie, że to szaleństwo, ale trudno oderwać od tego uszy. To naprawdę niesympatyczna sztuka. Ale może być również najlepsza, jaką wystawiłem. To wystarczy. Również samo przedstawienie trwa każdego wieczoru dłużej, widzę, że gazety o tym piszą, podkreślają to jako zaletę, uważają, że przedstawienie szuka samego siebie, szuka ostatecznej odpowiedzi. Ale dla aktorów na scenie wygląda to inaczej, oni mają uczucie, jakby porwał ich morski wir argumentów, których nie chcą przedstawić, i boją się, że te argumenty stają się ich własnymi. Nie wiem, czy publiczność wychodzi z tego przedstawienia podniesiona na duchu, czy głęboko przygnębiona.
3
Dzień się zaczyna. Wciąż jestem w Wisconsin. Jeszcze jedna doba. Pada deszcz. Wiatr i zimno. Rano zgięci wpół ludzie idą do pracy albo do domu. Wczoraj jeden z widzów poderwał się w środku przedstawienia, krzycząc "Nie wytrzymam tego dłużej!", i wybiegł z sali. Wydaje się, że wypowiedział się w imieniu nas wszystkich. A inni zaczęli klaskać. Dźwięczny aplauz rozniósł się po widowni. Ale siedzieli dalej. Później Miranda powiedziała, że ma nadzieję na wieczór, kiedy wszyscy wyjdą.
Na godziny przed zbiórką w teatrze rzadko coś jest zaplanowane. Jeżeli nie jesteśmy w drodze do kolejnego miasta, na ogół mamy całe dnie tylko dla siebie, czas na załatwienie niezbędnych spraw, odbycie rozmów telefonicznych, odpowiedzenie na maile, rozejrzenie się albo odpoczynek w pokojach, na spanie lub gapienie się w ścianę. Myślę, że niektórzy oglądają seriale telewizyjne na swoich laptopach albo pornosy, inni czytają, ćwiczą kwestie do sztuki, w której będą występować, kiedy tu już skończymy. Joe, grający rolę prezesa zarządu, nauczył się robić na drutach, mówi, że utrzymywanie dłoni w aktywności powstrzymuje go od szaleństwa, a ja obiecałem mu po powrocie do Nowego Jorku wzory na robótki od mojej matki. Chce mi podarować prawdziwy norweski sweter. Nie powiedziałem mu, że nie ma pewności, czy wrócę do Nowego Jorku.
Chodzenie bez celu ulicami miast, które odwiedzamy, szybko wywołuje poczucie nieprzyjemnej dezorientacji. Przechodzę za róg i widzę sklep zapamiętany z innego miasta. Wchodzę w jakąś ulicę i oczekuję, że odnajdę miejsce, które poprzedniego wieczoru postanowiłem odwiedzić, i mogę jedynie stwierdzić, że to było w innym stanie, kilka dni wcześniej. Wszystko się ze sobą zlewa w plątaninę ulic, na których nigdy nie przebywamy dostatecznie długo, żeby zapamiętać związki między nimi, i które być może zmieniają się za każdym razem, gdy tylko staniemy do nich tyłem. Opuszczam więc centrum Milwaukee i wynajętym samochodem, który mam od czasu Cleveland, jadę na południowy kraniec miasta w stronę Grant Park. Facet w hotelu powiedział, że to przyjemne miejsce na jesienny spacer. "I ładna plaża, można tam posiedzieć i popatrzeć na jezioro Michigan" - dodał. Chciałem zauważyć, że pogoda raczej nie pozwala na posiedzenie gdziekolwiek pod gołym niebem, ale on sprawiał wrażenie tak zadowolonego z tego, że już zaraz wyruszę w drogę do miejsca, gdzie się wychował, że nie pozostawało mi nic innego, niż poprosić go o pożyczenie parasola z logo hotelu.
Uderza mnie, kiedy jadę przez dzielnicę mieszkaniową niedaleko Grant Park, że nie tylko centrum Milwaukee przypomina inne amerykańskie miasta, tak samo jest z przedmieściami, z osiedlami. Wszędzie ten sam wzór w kratkę, takie same aleje, obojętnie, dokąd się pójdzie; równie dobrze mogłoby to być Garden City na Long Island, jedynie domy tutaj są na ogół trochę mniejsze. Z tym wyjątkiem ulice są identyczne z tymi, po których chodziłem, kiedy osiedliliśmy się w USA, kiedy marzyłem o wyrwaniu się stamtąd, również nazwy tych ulic są podobne albo takie same: Sycamore Avenue, Elm Street, Oak Street, Aspen, Cherry, Pine, Walnut, no i jeszcze Emerson Avenue jakby do kompletu. Ile Elm Street czy Pine Street jest w tym kraju? Szukam w Google prawą ręką, jednocześnie odbijam w stronę parku i plaży, mijam dwa pola golfowe, również identyczne z tymi, które pamiętam z Garden City. W Stanach jest osiemdziesiąt osiem tysięcy czterysta jedenaście ulic o nazwie Elm Street.
Wszystkie te miejsca są tak do siebie podobne, cały czas tak jest, niczym patrzenie w uszkodzony View-master. A jednak istnieje to jedno miejsce, do którego się kiedyś należało. Potrafiłbym wam ze szczegółami opowiedzieć o ulicy, przy której mieszkałem w dzielnicy Forus w Stavanger, o tym, jak dziwacznie w jednym miejscu zakręcała, o popękanym i połatanym asfalcie, o mleczach przy dziurze w płocie i graffiti na skrzynkach transformatorowych; potrafiłbym opowiedzieć, kto gdzie mieszkał i kim był, o czym marzyliśmy i czego się baliśmy, jak wyglądała trawa po długiej zimie albo późnym latem; potrafiłbym wam opowiedzieć o tej ulicy, która kiedyś należała do mnie, i co czyniło z niej ulicę nieporównywalną do żadnej innej, a wy ze zrozumieniem kiwalibyście głowami, ponieważ byłaby podobna również do waszych ulic, wszystko jedno, czy przed oczami stanęłaby wam ulica długa i ruchliwa, wywołująca w was przekonanie, że to musi być najdłuższa ulica we wszechświecie, czy też byłaby nieduża, krótka, zapominana na wszelkich mapach, ulica, której nazwy nikt nie zapamiętywał. "To mi wygląda na miejsce, w którym dorastałem" - powiedzielibyście. Ale to by nie była prawda. Nie do końca. Bo na tej ulicy dorastałem tylko ja.
Ale jezioro Michigan nie przypomina niczego innego. Sto mil morskich, zanim się stąd dotrze do stanu Michigan; to ulga znów zobaczyć wodę. Idę na północ wzdłuż bladej piaszczystej plaży, twardej i wilgotnej pod moimi mokrymi adidasami, i nagle mewa, bijąc skrzydłami, leci w moją stronę, opada wbrew swojej woli, szarpnięta porywem wiatru, i zawstydzona ląduje, z rezygnacją kręci łebkiem i robi kilka niezdarnych kroków po piasku, po czym znów wzbija się w powietrze i znika za drzewami. Przypomina mi to gołębie, które zawsze się kręciły pod wielkimi drzewami nad jeziorem Breiavatnet w Stavanger. Zaniepokojone dreptały w kółko jak bezdomni, niecierpliwie czekając na następnego dzieciaka, który ciągnął matkę za rękę, chcąc rzucić im garść okruchów. W locie miały nad wszystkim pełną kontrolę, ale gdy tylko lądowały, sprawiały wrażenie zdezorientowanych, niezadowolonych, jakby przymusem zostały ściągnięte do rzeczywistości, w której nie czuły się dobrze, jakby bez przerwy powtarzały sobie "Nie, nie, nie", poruszając głowami do przodu i do tyłu niczym tłokami; i zastanawiałem się, ile czerpią z tych swoich spacerów, czy w ogóle cokolwiek widzą podczas tego frenetycznego kiwania głową, czy właśnie ono je tak bezgranicznie irytowało, ten anatomiczny żart, przez który wyglądały na bandę niedołężnych kretynów. Nic dziwnego, że nie odróżniały jedzenia od śmieci, a w dodatku wyglądały tak, jakby olewały wszystko, co kojarzyłoby się z higieną i dbaniem o siebie; one już były na dnie, a każdy ich spastyczny krok tylko to potwierdzał, za każdym razem wyraźniej.
I nagle widzę, że również jezioro Michigan przypomina coś innego niż tylko siebie, może za sprawą deszczu czy plaży lub fal, które robią się większe, może wszystkiego razem, lecz nagle przypomina mi to widok na Fire Island tamtego lata dawno temu, kiedy też byliśmy na plaży i zaskoczył nas deszcz, Mordecaia i mnie. O słońcu na Fire Island opowiem wam później. Będę o tym pamiętał, bo właśnie tam poznałem Mischę. Ale to nie będzie dzisiaj, nie w dniu, w którym nie potrafię odróżnić od siebie ulic.
Nigdy nie lubiłem spacerować dla samego spacerowania, czuję to coraz wyraźniej, kiedy opuszczam plażę i wchodzę w głąb Grant Park, mijam drewniane mostki i strumyki, niewielkie wąwozy wzdłuż ścieżki otoczonej bezlistnymi drzewami. Autumn leaves. Autumn left. Żółte, rozkładające się liście na ziemi, upiorność opuszczenia. Pięknie tu, ale ja się tak samo nudzę. Mischa natomiast uwielbiała takie spacery, jej niedziela była zepsuta, jeśli nie wybraliśmy się, żeby gdzieś się przejść. Gdzie - to nie było takie ważne, "Tylko na krótki spacer - potrafiła powiedzieć - po najbliższej okolicy i z powrotem, nic więcej. Albo do parku". Żeby złapać trochę powietrza. Ja musiałem mieć jakiś cel, jeśli miałem z nią iść, sklep, wystawę, coś do kupienia po drodze. Coś, co moglibyśmy przynieść do domu jako namacalny dowód tego, że ruszyliśmy się za próg.
Jeszcze bardziej bez sensu jest chodzenie na samotne spacery, a ja naprawdę jestem tu sam, żaden mieszkaniec Milwaukee nie dał się skusić na przyjście tutaj w deszczu. Nikt zatem również nie widzi, że schodzę ze ścieżki w nadziei, że dzięki temu doświadczenie będzie bardziej interesujące i mniej podobne do tych spacerów, na które zabierała mnie Mischa; nikt nie widzi też, że potykam się na grząskich ścieżkach i że upuszczam parasol w chwili, gdy muszę się podeprzeć rękami, ani że wdeptuję wprost w błotnistą kałużę. Nikt nie słyszy wyciągania z niej przemoczonego adidasa, teraz brązowoszarego od błota, nie słyszy westchnienia próżni, która go z siebie wypuszcza, i kląskania w prawym bucie, kiedy z trudem wspinam się po zboczu w tym samym kierunku, z którego przyszedłem, przez całą tę długą drogę z powrotem do samochodu z połamanym parasolem, w deszczu, który nie przestaje lać. Wciąż jest wczesne przedpołudnie, mam przed sobą cały dzień, czy tego chcę, czy nie, i zapewne powinienem wracać do hotelu, przynajmniej przebrać się w suche ubranie. Ale brzydzi mnie sama myśl o ponownym wejściu do tego pokoju, tam jest za ciasno, za ciasno i za pusto, a nie mam siły spędzać więcej czasu z zespołem, właśnie dlatego w Cleveland poprosiłem inspicjentkę o odwołanie rezerwacji moich biletów lotniczych i wynajęcie dla mnie samochodu. "Masz świadomość, że przejazd do Chicago zajmie ci sześć godzin? - spytała. - A to jedna z najkrótszych tras. Droga z Milwaukee do Houston może zająć nawet siedemnaście-osiemnaście godzin. Stamtąd jest co najmniej dwanaście godzin do Albuquerque. I tak dalej. Czeka cię dwunastogodzinny przejazd przez pustynię z Phoenix do San Francisco przez LA, jedynie po to, żeby znów wracać do LA, po uprzednim dojechaniu aż do Seattle. Jesteś pewien, że tego chcesz?". "Tak" - odpowiedziałem. Chciałem tego. Pakować walizkę, cały czas zerkając na zegarek, stawić się w umówionym miejscu spotkania i czekać na innych oraz na transport na lotnisko, jeszcze jedno lotnisko, kolejna odprawa razem z aktorami i pozostałymi pracownikami produkcji, znów czekanie w hali odlotów i rozciągające się godziny stracone na rozmowach o niczym, niewygodne siedzenia lotnicze, pod każdym fotelem kamizelka ratunkowa, jeśli ciśnienie w kabinie spadnie, potrzebny będzie tlen, pasy zamykają się i otwierają w następujący sposób, oczekiwanie na bagaże i inspicjentka, która pędzi nas ze skutecznością pasterza bydła, a jednocześnie rozmawia przez komórkę z kierowcą minibusa, bo to on ma nas stąd zabrać i przewieźć do kolejnego hotelu, kolejne meldowanie się, klucz do pokoju i cisza. Powtarzanie tego jeszcze dziesięć razy nie wchodziło w grę. "Po prostu załatw mi samochód - powiedziałem. - I GPS". Dała mi numer do kierowcy ciężarówki przewożącej między miastami scenografię i resztę sprzętu. "Na wypadek gdybyście chcieli jechać razem" - dodała. Nie chcieliśmy.
Żeby wyprzedzić pozostałych członków zespołu, zwykle wyjeżdżam wieczorem, po zakończeniu ostatniego przedstawienia, kiedy zaczyna się rozbieranie sceny. Czarny range rover z 2007 roku. Paskudny samochód, ale polubiliśmy się; czasami mam wrażenie, że obaj jesteśmy prawie szczęśliwi. Jak wtedy, kiedy jechałem nocą z Chicago do Minneapolis i miałem włączone radio, i prawie nie było ruchu, i padał deszcz, i śpiewałem, darłem się; musiało to brzmieć tak, jakbym wrzeszczał. Inne noce, przez Amerykę, bez jednej chmury na niebie, jedynie to słabe zodiakalne światło, światło słońca odbite w cząsteczkach pyłu kosmicznego, oświetlające pustkowia i uśpione gospodarstwa. Jako pierwszy opowiedział mi o tym zjawisku stryj Owen, widywał je wielokrotnie w Wietnamie, kiedy siedział na warcie w Bastogne z widokiem na otaczającą ich dżunglę. False dawn, tak zwykle nazywali to straszne światło. Ale mnie się ta nazwa podoba. Jakby dało się sfałszować poranek, oszustwem przyciągnąć dobry początek.
Millston, Wisconsin. Angola, Indiana. Kafeteria Love's w Oakdale, Wisconsin. Jadę przez flyoverland. A za kierownicą nie czuję zmęczenia.
Nie chcę wracać do hotelu.
Jeszcze nie.
Zdejmuję więc buty, skarpetki kładę na desce rozdzielczej, kurtkę i sweter wieszam na kierownicy i wyciągam się na tylnym siedzeniu z widokiem na jezioro. Spodnie też mam mokre, uda i materiał tak mocno ze sobą ściśnięte, że to aż boli, ale nie mam odwagi ich zdejmować, nie tutaj, to wolny kraj, owszem, ale nie najlepszy dla ludzi bez spodni na tyłku w miejscach publicznych. Szal zostawiam na szyi, to trochę pomaga. Wełna nie przemokła na wskroś, daje ciepło i poczucie, że jestem chroniony. Bezpieczny. Deszcz leje, na moment parking i jezioro zlewają się w jedno. Jestem reżyserem. Spróbuję od tej pory być dla siebie życzliwszy. Muszę sam siebie pod tym względem wyreżyserować. Wyćwiczyć to tak, żeby zostało mi w głowie.
Grzebię w plecaku, szukając butelki z wodą i torebki orzeszków, którą, jak mi się wydaje, kupiłem kilka dni temu w Madison, WI, po drodze do Minneapolis, ale musiałem je zjeść albo gdzieś odłożyć, bo znajduję jedynie paczkę papierosów i zapalniczkę, mój notatnik i długopisy, czasopismo z udzielonym przeze mnie wywiadem, a na samym dnie, schowane i zapomniane w jednej z mniejszych kieszeni, opakowanie tabletek nasennych Ambien. Dostałem je w Chicago, kiedy problemy ze snem zaczęły niszczyć moje dni. Lekarz, pięćdziesięciolatek, o korzeniach ghańsko-australijskich, niepokojąco owłosionych rękach i niezwykłym nazwisku, doktor Fola, wypisał mi receptę na dziesięć tabletek i jednocześnie wręczył płytę CD z nagraniem śpiewu wielorybów u wybrzeży Hawajów. "Humbaki - powiedział. - To one śpiewają najwięcej. I najgłośniej, ich dźwięk osiąga blisko sto dziewięćdziesiąt decybeli, wiedział pan o tym? Ogłuchłby pan, gdyby nie woda. Ich pieśń zawsze brzmi tak samo, przynajmniej w obrębie danej grupy, półgodzinne tematy, które rozwijają się powoli i po pewnym czasie zmieniają. Nie mamy pojęcia, dlaczego wieloryby śpiewają. Możliwe, że tylko dla zabawy. Wiele osób te dźwięki uspokajają". Ale mnie śpiew humbaków nie pozwolił zasnąć. Jeśli w ogóle na mnie podziałał, to mnie przeraził, bo kiedy leżałem w ciemności pokoju hotelowego w Cleveland ze słuchawkami w uszach, słyszałem tylko straszliwą samotność. Pieśń pełną skargi i cierpienia, jakby wieloryby przez cały czas rozpaczliwie usiłowały wyjaśniać sobie nawzajem, jak się czują, ale nie potrafiły znaleźć słów, a karą za ten brak komunikacji było branie całej tej tęsknoty za nucenie, przy którym zasypiały inne gatunki. Lekarz powiedział mi też, kiedy już miałem wychodzić, że humbak potrafi zanurkować na głębokość aż dwustu metrów. Nie wiem, po co o tym wspomniał. A w nocy przyszło mi do głowy, że być może wieloryb ciągnie ku bezdennej ciemności, żeby uciec przed samym sobą albo chociaż na kilka minut mieć spokój, przytrzymywany potężnym ciśnieniem wody, jakby w kolosalnych objęciach. W końcu połknąłem jedną z tabletek nasennych, które mi przepisał lekarz, i przez pięć następnych godzin spałem ciężko do wtóru monotonnej i prawie niesłyszalnej melodii, jaką wykonywać potrafią jedynie preparaty z zolpidemem, w granatowym świecie absolutnej nicości. Ale obudziłem się z uczuciem, że nie oddychałem przez całą noc, jakby ktoś mi siedział na piersi i oceniał, czy wolno mi będzie jeszcze w ogóle się obudzić. Później już ich nie brałem.
Włączam radio. W lokalnej stacji program o historii sztućców. Wyłączam i wypijam łyk wody, przeglądam czasopismo, czytam niektóre z udzielonych przeze mnie odpowiedzi. Nie poznaję siebie, nie wiem, kim jest człowiek, który odpowiada na te wszystkie pytania o karierę, którą mam za sobą, ale mówi o rzeczach, jakie dobrze pamiętam, o moim pierwszym spektaklu po wystawieniu 740 Park Sorry; zrobiłem teatralną adaptację socjalistycznej książki Uptona Sinclaira The Jungle4 i była to straszliwie mozolna praca; to powieść z 1906 roku o litewskich imigrantach i uwłaczających warunkach pracy w chicagowskim przemyśle mięsnym. Ale w końcu coś z tego wyszło i matka mnie za to uwielbiała, zrobiłem to dla niej, powieść była jednym z jej największych przeżyć, a sztukę widziała na pewno z osiem razy. Wydaje mi się, że nawet się trochę zakochała w aktorze, który grał Rudkusa, jednego z jej dawniej ulubionych bohaterów literackich. Nie wiem natomiast, czy udało jej się zobaczyć Better Worlds Through Weyland-Yutani, zanim opuściliśmy Nowy Jork, diametralne przeciwieństwo wszystkiego, z czym pracowaliśmy w rzeźni Sinclaira. Jeśli tak, to o tym nie wspomniała. A ja nie chciałem pytać. Matka nie przyjeżdża już tak często do Nowego Jorku.
Omawiając podczas wywiadu kolejne sztuki, przedzieram się przez ostatnie piętnaście lat. Najbardziej przypomina to rozprawę sądową, publiczne przesłuchanie. Przepraszam i tłumaczę się, ale nie serwując nic innego oprócz szczegółów technicznych, analizy sztuk i doboru aktorów, wyjaśnień dotyczących scenografii i rytmu; mało mówię o tym, co właściwie kryje się za tymi przedstawieniami, dlaczego wybrałem właśnie te teksty, a nie jakieś inne, z jakiego na przykład powodu konsekwentnie trzymam się z dala od klasyków amerykańskich, wykręcam od wystawiania Tennessee Williamsa, Arthura Millera i Eugene'a O'Neilla. Podobnie jest ze Skandynawami, Ibsenem, Strindbergiem. Niemożliwe jest zajęcie się nimi, oni do mnie nie należą. A współcześnie żyjący, Jon Fosse, Lars Norén? Być może. Łatwiej by mi było podejść do twórczości któregoś z nich, zwłaszcza do dramaturga szwedzkiego. Personkrets 3:1 usiłowałem zresztą komuś wcisnąć, nie pamiętam już komu, ale powiedziałem: "To najważniejsza rzecz, jaką czytałem, Norén jest przypuszczalnie najważniejszym dramatopisarzem na Zachodzie ostatniego trzydziestolecia". Opowiedziałem, o czym jest sztuka, opowiedziałem, że potrwa sześć godzin. Wtedy pokręcili głowami.
Nie ma też pewności, czy jestem w stanie to zrobić, to znaczy opisać, w jaki sposób wybory stały się wyborami, podobnie jak nigdy nie da się zrobić tak, żeby sztuki mówiły to, co mają powiedzieć. Wiem jedynie, że wszystko, czym się zajmowałem, było nierozerwalnie związane z tymi, których miałem wokół siebie, z którymi żyłem. I że istnieją związki, jakich nigdy nie zdołam nazwać słowami. Tajemne podpowiedzi i niejasne półsłówka. Ale o niczym takim nie mówię w tym wywiadzie. O niepewności, zwątpieniu i wahaniu, o całym tym okropnym zamartwianiu się, które nieustannie w sobie nosiłem, o tym nie mówię, tego nie wyciągam i nie pokazuję dziennikarzowi i ławie przysięgłych, nie oświadczam: "Oto, do czego to prowadzi, do straszliwego lęku przed bezdomnością". Przeciwnie, ukazuję się kimś, kim chciałbym być, ale go nie rozpoznaję, kiedy jego słowa docierają do mnie z papieru. To ktoś, kto ma przed sobą długą karierę. Reżyser, który nie stoi wśród swoich aktorów i nie mówi: "Nie, no nie wiem, to może... może powinniśmy... spróbujmy... nie, tylko: Zrobimy to tak".
Ale mimo wszystko to również ja przemawiam w tym wywiadzie, to moim nazwiskiem podpisane są cytaty, pojawiają się też krótkie przebłyski, w których staję się widoczny dla samego siebie. Ale głównie prezentuję się jako zamknięty w sobie. Wręcz nieprzyjemny. Konsekwentnie omijam pytania o Norwegię i o moją rodzinę; za każdym razem, gdy pada imię Mischy, milczę, całkowicie i demonstracyjnie, aż dziennikarz zrozumie, że ta cisza nie ustąpi, dopóki on nie zada mi innego, nowego pytania. Mówię o Oceanie, sztuce - autorstwa Frances York, dziwnej dramatopisarki, mieszkającej w Vermoncie - w której badałem, jak długo można na scenie rozciągać bezczynność, o tym, jak stres ze sceny zarażał widownię; mówię o LAX, pierwszej i jedynej sztuce, którą Roberto Gorza dokończył, zanim odnaleźli go starzy przyjaciele z Mara Salvatrucha; podczas przygotowań do pracy przy niej poświęcałem całe dnie na studiowanie choreografii czekania, stojąc wyprostowany przed halą przylotów lotniska JFK; i chyba tak czy owak zrobiliśmy coś dobrego, bo LAX było grane przy pełnej sali i przyniosło Robertowi Nagrodę Pulitzera za dramat, a poza tym kilka lat później umożliwiło wystawienie off-broadwayowskiej produkcji Bob Ross Paints a Pretty Clear Picture w Vineyard Theatre na Manhattanie; Mordecai grał główną rolę w tym przedstawieniu, będącym w zasadzie teatrem jednego aktora i niemającym nic wspólnego z Bobem Rossem. Wybraliśmy ten tytuł, ponieważ obaj mieliśmy zwyczaj oglądać w telewizji jego programy o technikach malowania i pamiętaliśmy, jak zawsze powtarzał: There are no mistakes, only happy accidents. I ponieważ było to właściwe hasło do tego, co pisaliśmy, i jedyny sposób, abyśmy się na to odważyli. I ponieważ jego głos był taki miękki i usypiający. I ponieważ obaj czytaliśmy wywiad, w którym przyznawał, że chętnie pozbyłby się tej swojej przypominającej ptasie gniazdo kuli poddanych trwałej ondulacji włosów, ale producenci tupnęli nogą; fryzura stała się jego znakiem firmowym, jej kontur zdobił cały arsenał produktów, więc jego kariera by się skończyła w dniu, w którym przekroczyłby próg nowego salonu fryzjerskiego. Przy Bobie Rossie pierwszy raz dotarło do nas, że pewnego dnia stracimy z oczu nasze własne czasy, to wtedy pojęliśmy, że człowiek, idąc, zostawia życie za sobą, a myślenie o czasie jest równoznaczne z myśleniem o śmierci. Chcieliśmy zakonserwować nasze dorastanie w Garden City poprzez niemalże autobiograficzną sztukę, ale nie bardzo nam to wyszło. Wydawało nam się, że się udało, byliśmy pewni, że się powiodło, i czuliśmy ulgę, ale kiedy czytam to teraz, widzę, że byliśmy zbyt zajęci robieniem teatru. Być może znajdowaliśmy się jeszcze za blisko, aby widzieć jasno, i nie rozmawialiśmy o tym wszystkim, o czym powinniśmy rozmawiać, przesłanialiśmy to jedynie kolejnym mitologizowaniem.
Po tej sztuce Mordecai na dobre wyjechał do Kalifornii.
Opowiadam dziennikarzowi o The Mill Stone z 2010 roku, sztuce, którą zrobiłem na podstawie serii filmów dokumentalnych i fabularnych pod tym samym tytułem; ich twórca, bośniacki reżyser, Milorad P. Andersson zajmował się aktami przemocy podczas wojen bałkańskich i pogonią mediów za "wygrzebywaniem historii przez duże H". Chodziło mu o pokazanie przepaści między tym, co się faktycznie wydarzyło, a tym, co się mówi, między manipulacją i zdolnością czy wolą mediów do nadawania przekazu z jednej strony a potencjalnym planem słuchacza z drugiej, również o to, jak sami pamiętamy rzeczy, które się nam przydarzyły. "Wydaje mi się, że zobaczyło to mniej więcej osiemdziesiąt siedem osób - mówię dziennikarzowi. - Wielu z nich przypuszczalnie znało się już wcześniej, to między innymi bośniaccy imigranci, którzy podczas przerwy głośno mówili o Tito, kłócili się o to, która wioska doznała podczas wojny największych zniszczeń i kto ma najwięcej krewnych, którzy wciąż tam mieszkają; z tego, co wiem, część z tych widzów przestała już po tym w ogóle chodzić do teatru. Ale to był konieczny materiał do pracy, stanowiący wyzwanie i wyczerpujący. Nigdy bym nie chciał, żeby mnie to ominęło. I nigdy bym tego nie powtórzył".
Napoleon Wants to Stay up a Little Longer. 740 Park Hamlet/Sorry. The Jungle. Ocean. LAX. Bob Ross Paints a Pretty Clear Picture. The Mill Stone. Better Worlds Through Weyland-Yutani.
To już wszystko. Nic więcej nie ma.
Wystarczy.
Wywiad kończy się długą dyskusją o Weyland-Yutani i zbliżającym się tournée, o pieniądzach, o złu i matematyce jako jedynej prawdzie we wszechświecie zmiennych. "To sztuka dla tyranów - mówię. - Dla tyranów, którzy nie wiedzą, że są tyranami. Którzy tak siebie nie postrzegają. Chciałem oddać głos ludziom bez sumienia. Rzadko można ich usłyszeć, oni tylko szepczą między sobą w nocy, kiedy my, inni, śpimy".
I ja też to właśnie robię; zasypiam, śpię. Przed przeczytaniem ostatniej długiej odpowiedzi, której udzieliłem dziennikarzowi, czego nie za bardzo pamiętam, odkładam czasopismo i wyciągam się na tyle, na ile się da, na tylnym siedzeniu range rovera. Deszcz bębni o dach samochodu, a fale na jeziorze Michigan wzbierają, nie można nie zasnąć przy tych odgłosach. Zasypiam. Wreszcie zasypiam, z głową na wilgotnym swetrze i z nogami skulonymi przy drzwiach samochodu wychodzę na spotkanie upragnionego odpoczynku, witamy się krótkim uściskiem dłoni, a on zaraz mnie prowadzi do mrocznego pokoju i zaciąga zasłonę.
Nie pamiętam, kiedy spałem tak dobrze.
Śpię i wiem, że śpię, i wiem, że będę dalej spał. Będę spał dalej, ale już przespałem wiele godzin i gdzieś tu we śnie jakiś dźwięk zgłosił swoje przybycie - dzwonek jakiś dzwonek dzwonienie telefonu - to musi być mój telefon we śnie albo w rzeczywistości i powoli staje się dla mnie jasne że ten dźwięk pochodzi z miejsca do którego nie chcę wracać ale dzwonek nie ustępuje ten przeklęty telefon i zasłona zostaje odsunięta a mnie wyciągają na światło a raczej nie na światło tylko popołudniowy zmierzch i w kieszeni mojej kurtki coś błyska i wibruje delikatnie poruszając materiał, więc nie mam innego wyboru niż usiąść, sięgnąć po telefon i odebrać.
- Halo?
- Max Hansen?
Mój głos:
- Mhm.
- Dzień dobry, nazywam się Tobias Meyer. Jestem szefem międzynarodowego działu sztuki współczesnej w Sotheby's.
Odczekuje kilka sekund, żeby dopuścić mnie do głosu, ale ja nic nie mówię.
- Dzwonię poinformować o wynikach wczorajszej wieczornej aukcji tu, w Nowym Jorku.
- Okej.
- Tak więc cieszę się, że mogę przekazać, iż jesteśmy bardzo zadowoleni ze sprzedaży dzieła, które powierzył nam pan na aukcję. Vietnamization (Colby) Mischy Grey wylicytowano za milion pięćset piętnaście tysięcy dolarów, włączając w to opłatę aukcyjną. Wie pan, to naprawdę niezwykle wyrafinowany obraz.
Dziura w sercu. Czuję, że ogarniają mnie mdłości, nigdy nie powinienem był go sprzedawać. Teraz przepadł na zawsze. Tak szybko się to dzieje.
- Kto kupił... Kto wylicytował?
Tobias Meyer szeleści papierami w swojej części kraju, przerzuca kartki do tej, gdzie znajduje taką informację:
- Zaraz zobaczymy... Ofertę złożono telefonicznie. Obraz został sprzedany anonimowemu nabywcy po długiej bitwie dwóch licytujących.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że, niestety, nie mogę panu podać nazwiska osoby, która kupiła obraz.
- A co z narodowością? Mogę spytać, czy tę ostatnią ofertę złożył ktoś ze Stanów?
- Tak. Kupujący przebywa w Kalifornii, ale wygląda na to, że obraz zostanie w Nowym Jorku. To naprawdę wszystko, co mogę wyjawić, jak pan z pewnością rozumie. Ale jesteśmy bardzo zadowoleni i mile zaskoczeni pobiciem rekordu sprzedaży Grey. Mogę panu przesłać mailem wszystkie wyniki, jeśli chciałby pan to zobaczyć.
- Dziękuję.
Dwanaście sekund później:
- Powinien pan go już dostać. I jeszcze raz: cieszymy się, że to u nas Grey osiągnęła taką cenę. Ale wie pan, rynek dźwiga się z powrotem po... kryzysie, więc jeśli natknie się pan na jakieś inne dzieła, jej albo innych artystów współczesnych, to mam nadzieję, że się pan z nami skontaktuje.
- Był tylko ten jeden.
- Słucham?
- Obraz. To był jedyny, jaki miałem.
- Rozumiem.
- Nie wydaje mi się - odparłem.
Rozłączam się i oglądam wyniki aukcji, które mi przysłał. Mischa jest w dobrym towarzystwie, spodoba jej się to. Rothko, No. 1 (ROYAL RED AND BLUE) z 1954 roku poszedł za siedemdziesiąt pięć milionów dolarów, Number 4 Pollocka z 1951 roku za czterdzieści, obraz Bacona za niecałe trzydzieści i tak dalej; De Kooning, Richter, Franz Kline, Yves Klein, Warhol, Basquiat, Murakami, Koons, Richard Prince i oczywiście Wade Guyton i Gabe Gorsky za cenę dwukrotnie wyższą niż Mischa. Ale nie mam pojęcia, jak ona przyjmie wiadomość o tym, że sprzedałem Colby. Możliwe, że była to najgorsza rzecz, jaką mogłem jej zrobić.
D l a c z e g o, u d i a b ł a, g o s p r z e d a ł e m?
Wpadłem w taką złość, że chciałem się rozstać ze wszystkim, co było, wyrzucić wszystko za burtę i się tego pozbyć. Nie jestem już zły. Jestem zmęczony. Chcę do domu. Nie wiem, gdzie to jest.
Już późno, przespałem na tylnym siedzeniu kilka godzin i nikt mnie tu nie zauważył. Bolą mnie plecy, nogi mi zdrętwiały i muszę wysiąść, żeby się rozprostować. Przestało padać. Nie ma słońca, ale niebo zaciągnięte chmurami. Szyby samochodu zasnuła para, ślad zostawiony przez sen. Zimno mi, jakbym zgubił czas; w głowie ciągle mam przedpołudnie, a zegarek wskazuje późne popołudnie. I wkrótce muszę wracać, przyszykować się do wieczoru. Jadę z powrotem tą samą drogą, przez osiedla podobne do wszystkich innych osiedli, potem wyjazd na autostradę, mijam lotnisko i nagle na środku jakiegoś pola, na którym planowana jest budowa nowych domów mieszkalnych, olbrzymi billboard dewelopera, wielkie czarne litery na kredowobiałym tle: IF YOU LIVED HERE, YOU'D BE HOME BY NOW.
W hotelu stoję pod prysznicem i pozwalam, żeby woda powoli mnie ogrzewała, z zewnątrz do środka, dopóki serce się nie uspokaja i nie nadchodzi czas, żeby się ubrać. Nowe spodnie, czysta koszula, świeżo uprany sweter. Mój szal i druga kurtka, którą mam ze sobą. Ta sama twarz. Windą zjeżdżam do lobby, gdzie czeka inspicjentka.
- Gotowy? - pyta.
- Nie - mówię.
No i idziemy.
4
Zaraz po przyjeździe do Ameryki miałem zwyczaj śnić o powrocie do domu. Śniłem, że samolot niesie nas z powrotem, leci nad Atlantykiem i Morzem Północnym, nad platformami wiertniczymi, łowiskami i Fladen Ground, i że obniża się nad smaganymi wiatrem wydmami przy pasie startowym numer jedenaście na lotnisku Sola, którego najpierw dotykamy ogonem, rozpinamy pasy w czasie, gdy stewardesy wsysają w siebie informacje dotyczące bezpieczeństwa na pokładzie; zdejmujemy bagaż podręczny z półek, tyłem wychodzimy z samolotu i odrywamy etykiety bagażowe z walizek, odprawiamy je w drugą stronę i oddajemy karty pokładowe, tyłem przechodzimy do taksówki, dostajemy z powrotem pieniądze za kurs i na wstecznym jedziemy do naszego starego domu, a taksometr wskazuje coraz niższą kwotę, aż do chwili, gdy tyłem wjeżdżamy na placyk przed naszym domem, wysiadamy i znów wkładamy klucz do zamka w drzwiach, wchodzimy do pokojów, które zawsze były nasze, wrzucamy ubrania i inne rzeczy na ich miejsce w szafach, siadamy przy stole i wyciągamy z ust kolejne kawałeczki jedzenia, woda wycieka nam z nich z powrotem do szklanek, które stają się coraz pełniejsze; i tak to trwa, cały czas do tyłu, aż do osiągnięcia punktu, w którym ja i moja siostra nie zostaliśmy jeszcze powiadomieni o przeprowadzce i przyszłość wciąż jest przewidywalna.
Displaced persons - zwykł powtarzać stryj Owen, ale nie nas miał na myśli, chociaż ja zawsze odnosiłem to właśnie do nas. Nie mamy żadnego prawa do tego określenia, nie posiadamy do niego żadnego prawa własności, ono jest zastrzeżone dla wypędzonych, dla uchodźców, którzy nie mają żadnego wyboru, a jedynie nadzieję na pozostanie przy życiu, dla tych, którzy wyruszają w środku nocy, mając zaledwie minuty na podjęcie decyzji, co ze sobą zabrać, a co zostawić na dobre, dla przymusowo przesiedlanych z obszarów objętych konfliktami i kryzysami, tych, którzy w CNN oglądają, jak płonie ich ojczyzna. Nigdy się do nich nie zaliczaliśmy, ale przyznaję się do pokrewieństwa z tym określeniem. Jakby człowieka można było po prostu przekładać z miejsca na miejsce. A z tego pośrednio wynika, że odbudowanie życia i porządku w kosmosie to jedynie kwestia logistyki.
My nie zostaliśmy przełożeni, my emigrowaliśmy, a to nie to samo. Nie jest to też prawdą. Ktoś powiedział, że dzieci nie emigrują, zostają zmuszone udać się na wygnanie. I to jest bliższe prawdy. Dzieci nigdy nie mają dostatecznie dużych walizek, one więc też muszą pozostawić większość swoich rzeczy, wszystkie drobiazgi, które są za małe, aby dorośli je dostrzegli i zadbali o umieszczenie ich w swoim bagażu.
Houston, Teksas. Obejrzałem Brewstera McClouda w pokoju hotelowym, leciał w telewizji nocą po przedostatnim przedstawieniu tutaj, a ja siedziałem i oglądałem ten dziwny film, na zmianę to patrząc w ekran, na którym Shelley Duvall uchwycono w jej najpiękniejszym wydaniu, to wyglądając przez okno, za którym coraz jaśniej było widać, że między dzisiejszym Houston a miastem takim, jak wyglądało, kiedy kręcono ten film ponad czterdzieści lat temu, w zasadzie nie ma już żadnych podobieństw. Houston wietrzeje. Eroduje. Zmienia się. Wszystko, w czym można by się odnaleźć, z czym można by się identyfikować lub czego używać jako punktu orientacyjnego, znika. Wszystko jest burzone, budowane od nowa, przenoszone nocą, przerabiane i otwierane w nowych, większych, jaśniejszych lokalach. Nie wiem, czy odnalazłbym się w Stavanger, gdybym teraz wrócił, pewnie ryzykowałbym, że zabłądzę, a to by było straszne przeżycie. Nie mam pojęcia, czy Forus ciągle istnieje, przynajmniej takie, jakie pamiętam, jak wciąż je pamiętam. Jak na razie pamiętam. Mogli przerobić w obszar przemysłowy całe osiedle, skoro już wtedy, kiedy tam mieszkaliśmy, otaczało nas ze wszystkich stron tyle fabryk; pamiętam, że była o tym mowa, kiedy miałem osiem czy dziewięć lat, moi rodzice czytali tamto suche pismo od władz informujące mieszkańców, co się stanie, jeśli gmina zdecyduje o wywłaszczeniu działek, na jakie odszkodowanie można liczyć i dokąd moglibyśmy się przeprowadzić (niektórzy sąsiedzi już siedzieli na leżakach i jawnie się ślinili nad prospektami firm budowlanych, które mogły im zaoferować wymarzone domy, gdy tylko padnie odpowiedni sygnał). Wtedy też nie chciałem się przeprowadzać. Płakałem, a potem ludzie po prostu przestali o tym mówić, gmina przygotowała inne plany, tamte odłożyła na półkę, sąsiedzi wyrzucili prospekty, wyciągnęli miarki i wrócili do kłótni o to, jak daleko na sąsiednią działkę sięga ich żywopłot; nie sądzę, żeby to mój płacz przesądził sprawę. Forus i osiedle ciągle mogą tam być, dobrowolnie opuszczone lub jeszcze bardziej rozbudowane i pełne życia niż kiedykolwiek wcześniej. Piękniejsze, niż je pamiętam. Teren opadający w stronę fiordu, stare chłopskie pola, łąki, których nikt nie uprawiał, i tamte dwa konie krążące po nich całymi dniami, a nikt ich nie doglądał, jak sądzę; one, te konie, muszą już dawno nie żyć. Albo zbudowano tam fabryki, albo drogie domy z panoramicznym widokiem na fiord dla rodzin ze Stavanger, które wzbogaciły się na ropie, a ja mógłbym to sprawdzić, mógłbym to zbadać, mógłbym pozwolić, żeby ciekawość zwyciężyła, i pochodzić po tych ulicach razem z Google Maps, wielokrotnie byłem tego bliski, zoomowałem widok na Stavanger, z lotu ptaka oglądałem Gandsfjorden, prawie jak tamtego dnia w roku 1982, kiedy tata zabrał mnie jaskrawożółtym piper cubem, żebym zobaczył Forus z góry, i wtedy dowiedziałem się, jak powiązane są ze sobą ulice w dole, jak osiedle łączy się z osiedlem, z dzielnicą i z miastem. A teraz mógłbym zoomować jeszcze głębiej, aż do asfaltu, mógłbym pociągnąć jasnozielonego ludzika z Google Maps na stare śmieci i zobaczyć, jak wszystko się zmieniło od roku 1990; wiele razy byłem już tak bliski zrobienia tego, trzymałem ludzika majtającego się nad mapą i widziałem, jak ulice barwią się na niebiesko, gotowe na Street View, jedyne, co musiałbym zrobić, to puścić palec i znalazłbym się tam z powrotem. Ale co by było, gdybym przez oglądanie zdjęć ulic takich, jakie są teraz, zapomniał, jak wyglądały kiedyś? Pamięć to archiwum zatrudniające pracowników, którym nie można zaufać.
Ale film Roberta Altmana nie zestarzał się, przynajmniej o tyle, o ile, Brewster McCloud wciąż jest równie niezrozumiały, jak zawsze, nawet Buda Corta nie pojmuję, tak jak w filmie Harold and Maude. Ale jest dobry. Nie o to chodzi. Ja go po prostu nie rozumiem. Albo może rozumiem. Wszystko jedno. Kiedy film się skończył, miałem ochotę wysłać jej SMS-a, chciałem napisać: Jestem w Houston w Teksasie i oglądam Brewstera McClouda w tv. Pamiętasz? Jestem w Houston, skąd pochodzi też Shelley Duvall. Podobno tu wróciła. Jestem w Houston, gdzie stoi kaplica Rothko, którą zawsze chciałaś zobaczyć. Ciągle tutaj jestem.
Nie wysłałem żadnego SMS-a. Wyszedłem i wsiadłem do samochodu na parkingu. Będąc w mieście, nie pojechałem nawet do kaplicy Rothko, chociaż z całą pewnością powinienem, Mischa była przekonana, że to by było dla mnie ważne. "On tam stworzył miejsce - mówiła - stację końcową". I była pewna, że zaprzyjaźnilibyśmy się z nim, gdybyśmy żyli w tym samym czasie. "On też nigdy nie wybaczył swoim rodzicom przetransplantowania go w miejsce, w którym nigdy całkiem nie poczuł, że jest w domu - powiedziała i dodała: - Pochodził z Łotwy, to była część Rosji, musieli uciekać przed pogromami. Wiesz, większość ludzi marzy o wyrwaniu się z miejsc, w których się urodzili. Ty i Mark Rothko jesteście jedynymi, o jakich wiem, że nie są w stanie się od nich oderwać".
"Jest różnica między przesiedleniem się a byciem przesiedlonym" - odparłem.
Albuquerque, Nowy Meksyk. Wichita, Kansas. Denver, Kolorado. Nowe miasta, nowe miejsca, nowe teatry, nowa publiczność. Ale to samo przedstawienie. Te same noce. Jesteśmy w Phoenix, w Arizonie. Całkiem zarzuciłem próby zaśnięcia w pokojach hotelowych, nie daje się już znaleźć spokoju w tej pościeli, jakby cały kraj korzystał z usług tej samej wielkiej pralni, a ja jakbym nabawił się alergii na to, czego oni tam dosypują do swojego proszku do prania. Śpię w samochodzie, nad ranem, drzemię na tylnej kanapie lub na rozłożonych siedzeniach z przodu, przykryty kocem. Półotwarte usta. Świszczący oddech. Niepiękny widok. Mało który hotel ceni sobie coś takiego, a ja nie mogę powiedzieć inaczej, niż że to rozumiem; zejść do garażu, żeby zabrać coś z samochodu już po zameldowaniu się i odkryć pozornie nieżywą osobę w sąsiednim aucie, to osłabia zaufanie do takiego przybytku. Ale też w żadnym hotelowym regulaminie nie umieszczono punktu określającego długość przebywania we własnym samochodzie, dopóki stoi on zaparkowany w hotelowym garażu. Być może obsługa gruntownie sprawdzi taką osobę, wykorzystując podane przez nią dane osobowe, lecz gdy również wtedy nie uruchomi się żaden alarm, to właściwie nie ma innego wyjścia niż zaakceptować sytuację. Ale naprawdę dobrze sypiam w nocy jedynie wtedy, gdy przenoszę się do nowego miasta. Były kiedyś czasy, że człowiek mógł bez kłopotu zjechać w zatoczkę przy autostradzie międzystanowej i zamknąć oczy. Rok 2012 to nie jest ten czas. To zbyt niebezpieczne, zbyt nielegalne, nie wiem, co było pierwsze. Ale schowany między ciężarówkami na wielkich parkingach koło przydrożnych zajazdów, które tak często można spotkać na skraju miast, zasypiałem bez kłopotu. Fakt, że w końcu zdecydowałem się na wybór takiego, raczej nieortodoksyjnego rozwiązania, nie wynikał z upodobania do romantyczności podróżowania; to znaczy, że nie zaliczam się do tych, którzy za świetny pomysł uważają przerwanie college'u w połowie nauki i wskoczenie do pierwszego lepszego pociągu towarowego jako pasażer na gapę, żeby odkrywać naród taki, jaki w rzeczywistości jest, i get away from the Man and live off the land - to znaczy, że nie znajdziecie mnie na tyłach autobusu Greyhound z wyświechtanym i pokreślonym paperbackiem Kerouaca w rękach i wymiętoszonymi karteczkami w kieszeniach spodni z adresami gdzieś w slumsach, z nadzieją, że tam będzie można się rzucić na kanapę i porządnie wyspać przez kilka dni po dotarciu do celu, bez względu na to, gdzie się ten cel znajduje, ponieważ to, gdzie on jest naprawdę, nie ma żadnego znaczenia, dopóki pozostaje celem i dopóki po prostu j e s t; nie gram na gitarze i nigdy nie czułem potrzeby śpiewania piosenek Woody'ego Guthriego, i nigdy, nigdy, nigdy nie miałem tak mało czasu, żebym nie mógł zmienić bielizny czy umyć zębów przed snem, przy czym nie robi to ze mnie (tak uważam, i to dość zdecydowanie, mogę dodać) pedanta. Ani neurotyka. Robi to ze mnie jedynie osobę, która z mocą wierzy w wagę dbania o absolutne minimum higieny osobistej. Tak czy owak: to, że skończyłem, nocując w range roverze, było przejawem najczystszego pragmatyzmu i niczym więcej. Potrzebowałem snu. A zaczęło się tak: zatrzymałem się w Tucumcari po drodze z Albuquerque do Wichity, żeby kupić wodę i coś do jedzenia, padał deszcz, usiadłem więc za kierownicą i zjadłem coś, co przypominało przyzwoitego hamburgera, ale nim nie było, miałem przy tym włączone radio i być może sprawiła to muzyka, która akurat leciała, a może deszcz, a może tamten dobry sen nad jeziorem Michigan, w każdym razie uległem pokusie i znów pozwoliłem sobie zasnąć w samochodzie przy wtórze, o ile dobrze pamiętam, cichej symfonii jakiegoś polskiego kompozytora, za którego zabrała się orkiestra symfoniczna z San Francisco. Spałem, a kiedy w jakimś momencie nocy uchyliłem powieki, żeby sprawdzić, skąd się biorą kroki, ciche głosy i nieustający szum silników, odkryłem, że po obu stronach mojego samochodu ustawiły się, osłaniając mnie, dwie wielkie ciężarówki firmy FedEx, a ich kierowcy stoją razem na deszczu i palą papierosy, gawędząc o odległościach i o swoich kompletnie do niczego zleceniodawcach. Od czasu do czasu popatrywali na mnie spod oka, i chciałbym móc powiedzieć, że do nich wyszedłem, że pogadaliśmy i opowiedziałem im, dlaczego tu jestem, a oni ze zrozumieniem pokiwali głowami i powiedzieli coś mniej więcej takiego; "Człowiek musi robić to, co musi", a przez to zrodziło się tej nocy między nami mikroskopijne poczucie wspólnoty. Ale stać mnie było jedynie na nieudane pozdrowienie gestem ręki, kiedy gapili się na mnie już tak długo, iż uznałem, że muszę j a k o ś zareagować, a oni wtedy pokręcili głowami i ruszyli do restauracji. Kiedy się znów obudziłem, już odjechali. Było wpół do jedenastej przed południem. Przespałem siedem godzin.
Od tamtej pory zacząłem aktywnie szukać miejsc, gdzie mógłbym spać. Zapadłem w sen na sześć cudownych godzin między Wichitą a Denver na parkingu przed motelem przy międzystanowej siedemdziesiątce i małym miasteczkiem Colby, które ze względu na swoją nazwę uniemożliwiło mi dalszą podróż, i w stanie bliskim nieprzytomności spędziłem całe pięć godzin pod salonem samochodowym w Durango, w Kolorado. Wyczekuję tych nocy, kiedy stoję pod prysznicem hotelowym i czuję, jak boli mnie głowa, a oczy pieką z braku snu; snuję fantazje o idealnym miejscu, kiedy siedzę za kulisami i słucham aktorów przedzierających się przez coraz trudniejszą sztukę, przez coraz bardziej niemożliwe przedstawienie. O miejscu, w którym będę mógł zasnąć i na pewien czas przestać istnieć.
Za cztery dni jedziemy dalej. Znów będę jechał przez pustynię, minę Joshua Tree i skieruję się na północ w stronę San Francisco, później zostaną tylko Seattle i Los Angeles. Jeszcze trzy tygodnie. I będzie po wszystkim. Większość mamy już za sobą.
5
Oto miejsce, gdzie to się zaczyna: leżę na trawie w lesie między fabrykami w Forus, jest późne lato 1988 roku w Stavanger, ostatni dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Nie żyję, straciłem życie już ósmy raz tylko tego popołudnia i muszę wreszcie z tym skończyć, bo zaczyna mnie nudzić takie leżenie na trawie i głośne liczenie do pięćdziesięciu, zanim będę mógł wrócić do świata żywych. Leżę na wznak, z rękami rozrzuconymi na boki, dramatycznie, tak też zresztą padłem - tak jak padaliśmy wszyscy; wtedy wszyscy umieraliśmy dramatycznie i w taki sam sposób, z rękami wyciągniętymi ku drzewom i niebu nad nami. Przemienialiśmy ten las w pole bitwy i pamiętam, jak musieliśmy liczyć aż do trzystu, jeśli Strach (nie przypominam sobie, skąd się wzięło to jego przezwisko, wiem tylko, że nigdy mi nie powiedziano, jak mu naprawdę na imię) trafił nas ze swojego M-72, przymocowanego na skos do szarego plecaka marki Bergans, z którym biegał po dżungli, i pamiętam, ile czasu poświęcał na odpięcie granatnika i zajęcie pozycji, wyciągnięcie pustej rury teleskopowej do końca i wycelowanie, zanim wreszcie posłał w naszą stronę wyimaginowany pocisk ze śmigłem; zwykle kłóciliśmy się z nim o to, czy w nas trafił, czy nie, i ilu padło martwych. Zarzucaliśmy mu, że nie bierze na poważnie faktu, że to broń jednorazowa, a on już nas zabił kilka razy; groził wtedy, że pójdzie do domu. Nigdy mu na to nie pozwoliliśmy, wojna po prostu nie byłaby tym samym bez tej wyrzutni rakietowej. Ale w leżeniu na trawie najgorsza była nie sama śmierć czy denerwujące liczenie, które musiało odbywać się w akceptowalnym dla innych - a według Stracha również realistycznym - tempie, najgorsze było leżenie i słuchanie stóp przebiegających tuż przy uszach, głosów, pokrzykiwania i wycia, całego tego życia trwającego dla wszystkich innych oprócz ciebie, jakby fakt, że i ty kiedyś stanowiłeś jego część, nie miał żadnego znaczenia.
Powinienem być może dodać: w tamten sierpień mam jedenaście lat i dwa dni wcześniej pierwszy raz obejrzałem Czas apokalipsy. I zanim zaprotestujesz i rzucisz się do telefonu, żeby zadzwonić do jakiegoś biura ochrony praw dziecka: pozwól mi wspomnieć, że razem z ojcem obejrzałem też większość zrealizowanych dla CBS reportaży Waltera Cronkite'a z Wietnamu, które ojciec zamówił wysyłkowo ze Stanów. Dwanaście kaset VHS ze swoimi kolorami w systemie NTSC zrobiło rewolucję w naszym odtwarzaczu PAL-VHS. I tak je obejrzeliśmy. Mój ojciec uważa, że to dobre dziennikarstwo. Ale widziałem też Łowcę jeleni. Widziałem Pluton, Full Metal Jacket oraz mniej (jak się miało okazać) godne zapamiętania filmy, Kampanię marines C i Hamburger Hill, a także, żeby nie zapominać o tych godnych zapamiętania, chociaż w najlepszym razie słabo związanych z Wietnamem, Rambo: pierwszą krew oraz Rambo II. Moi rodzice wciąż jeszcze nie są tego świadomi (że je widziałem), nie pochwalali tego (to znaczy nie pochwalał tego mój ojciec, który niezłomnie wierzy w ustalane przez państwo granice wieku, przyjmując je jako absolutne; jeśli chodzi o moją matkę, to prawdopodobnie nie tylko nie wie o istnieniu większości tych filmów, lecz również uważa, że sam muszę być odpowiedzialny za nienarażanie się na filmy, których mogę się bać lub w inny sposób doświadczać jako nieprzyjemnych), a ponadto kiedy te dni, o których opowiadam, będą się miały ku końcowi, rodzice zadadzą sobie pytanie, co złego zrobili, skoro ich syn w lesie bawi się w wojnę w Wietnamie i nie udaje nawet członka FNL, tylko A m e r y k a n i n a, a zatem walczy po stronie wszystkiego tego, czemu oni byli przeciwni, wszystkiego, przeciwko czemu stali na barykadach, ale najgorszy wieczór na razie ledwie się zaczął, bo ma być jeszcze gorzej, będą musieli (to znaczy ojciec, ale matka sprawia wrażenie, że również ona postrzega to tak samo, czego na swój własny sposób będzie później żałować) stanąć twarzą w twarz z faktem, że w skrytości zawsze mieli słabość do tego kraju (do k r a j u - będą się nawzajem zapewniać - nie do r e ż i m u), potajemną sympatię, za którą zaledwie kilka lat wcześniej z całą pewnością wykluczono by ich z partii, gdyby się do niej przyznali, a co najmniej by ich skutecznie i brutalnie ignorowano, traktowano jak trędowatych, przy wtórze wyrozumiałego kiwania głowami, akceptującego konieczne reakcje na ów głęboko podkopujący idee i największy antyproletariacki grzech kardynalny ze wszystkich, który jednak teraz, ponieważ ten wieczór przechodzi w noc niepodobną do żadnych innych nocy, nagle staje się okazją do poważnej i jakże potrzebnej dyskusji.
Wszystko to opowiem trochę później, kiedy wrócimy po przerwie.
Moi rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, na jakie filmy się narażam w suterenie za zaciągniętymi zasłonami i z pilotem w ręku, nasłuchując kroków na schodach, i podobnie nie są świadomi tego, że starszy brat Stiga ma dwa odtwarzacze wideo. Brat Stiga ma też kumpla, który pracuje w Lura Video. Ten kumpel - a w dużej mierze również brat Stiga - jest kompletnie pozbawiony moralności w kwestii granicy wieku obowiązującej dla filmów. Oni, cytując ich własne słowa, s ą p o n a d to, i dlatego Stig ma de facto dostęp do absolutnie wszystkich filmów, jakich można zapragnąć. Skoro to już zostało powiedziane, to brat Stiga jest według moich rodziców klasycznym jaskrawym przykładem wulgarnego drobnomieszczaństwa, które zaczęło dochodzić do głosu w Stavanger w latach osiemdziesiątych, zwłaszcza tu, na przedmieściach, gdzie mieszka tak wielu pracujących w branży offshore - ojciec Stiga jest zresztą ich podziwianym i szanowanym przedstawicielem - i gdzie mieszczą się siedziby ich pracodawców, spółki, które zapewniły im tyle pieniędzy i prestiżu, że oni ( o r a z ich dzieci) jakby wbili sobie do głowy, że mogą robić, co chcą, w zasadzie ze wszystkim. Rodzice Stiga mają trzy samochody, a według moich potrzebują tylko jednego. I tym potrzebnym n i e j e s t DeLorean, którym Stig przyjeżdża rano do szkoły i nonszalancko parkuje przy autach nauczycieli na tyłach budynku, w miejscu uważanym i powszechnie zaakceptowanym jako "parking nauczycielski", lecz ponieważ nigdzie nie ma tabliczki z takim napisem, umożliwia to w pełni bratu Stiga parkowanie tuż przy datsunie dyrektora i w związku z tym uniemożliwia tymże nauczycielom lub dyrektorowi poproszenie go o znalezienie sobie innego miejsca do parkowania tego bez wątpienia najbardziej legendarnego samochodu dziesięciolecia, miejsca, w którym każdego dnia rano i po południu nie będą musieli się przedzierać przez tłum uczniów, gromadzących się wokół tego auta, żeby usłyszeć świst hydrauliki i zobaczyć, jak drzwiczki samochodu otwierają się nie na zewnątrz, tylko do góry, a potem patrzeć, jak brat Stiga siada za kierownicą, przekręca jakieś gałki, ustawia ostatnie drobiazgi, które należy ustawić, opuszcza drzwi, wkłada kluczyk do stacyjki, cofa i z piskiem opon odjeżdża z parkingu, na którym dyrektor zostaje z podkulonym ogonem, wzdragając się przed tym, że kolejny raz musi wrócić do szkoły i poprosić wicedyrektora o pożyczenie kabli do akumulatora. Moi rodzice są również sceptycznie nastawieni do samego Stiga i do tego, co określają jako "jego wpływ na mnie", najchętniej widzieliby, żebym spędzał wolny czas z kimś innym, ale nigdy nie podejmują żadnych działań, żeby pchnąć mnie w jakimś innym kierunku, akceptują taki stan rzeczy, bo Stig mimo wszystko, razem z Andrim (jego rodzina to islandzka saga, składa się z ojca, który dzień przed Wigilią w 1983 roku rzucił ręcznik na ring, wrócił do Akureyri i zostawił Andriego i jego proporcjonalnie coraz ciężej pracującą i zmartwioną matkę w białym domu, dwa żywopłoty poniżej naszego, gdzie razem na próżno czekają, aż ojciec nabierze rozumu i do nich wróci, a w tym czasie starają się żyć tak ostrożnie i tak nadopiekuńczo wobec siebie nawzajem, jak tylko pozwala niezdrowa symbioza), są, krótko mówiąc, moimi najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze trzymaliśmy się razem i nie pamiętam takiego czasu, kiedy byśmy się nie znali.
Czas apokalipsy to ostatni z filmów o Wietnamie, jaki oglądamy. I ten, o którym rozmawiamy najmniej, ale o którym najwięcej myślimy. Dla Stiga i Andriego Wietnam to przede wszystkim coś egzotycznego i nieznanego, należącego do sfery rozrywki, dla mnie natomiast to kwestia zrozumienia moich rodziców, tego, skąd pochodzą, kim byli. Przynajmniej w takim stopniu, w jakim coś takiego jest możliwe.
Mam osiem albo dziewięć lat, kiedy pierwszy raz zaczynam rozumieć, że moi rodzice różnią się od innych rodziców z naszej ulicy. Jestem na strychu i szukam jakichś ubrań taty do skeczu, który we trzech ze Stigiem i Andrim zaplanowaliśmy na uroczystość zakończenia semestru w szkole, i właśnie przeciągnąłem dwa kartony przez niskie drzwi schowka, kiedy na parkiet z brzękiem wypadają dwie nieduże przypinki. Na jednej jest napis Zwycięstwo FNL wokół niebiesko-czerwonego kółka z żółtą gwiazdką pośrodku. A na drugim SOLKOM. Chowam je do kieszeni, z pudła wyciągam za duży na mnie poliestrowy garnitur, którego szukałem, a podczas obiadu tego dnia kładę na stole przed sobą dwie przypinki.
- Co to jest FNL? - pytam.
Mama i tata przez moment patrzą na siebie.
- Gdzie ty je, na miłość boską, znalazłeś? - pyta mama.
- To skrót od Front National de Libération - wyjaśnia mój ojciec między jednym a drugim kęsem kalafiora. - To była wietnamska armia wyzwoleńcza. Walczyli w imieniu narodu o zjednoczony Wietnam.
- Mhm. A to? - Podsuwam tacie przypinkę z napisem SOLKOM.
- Komitet Solidarności z Wietnamem - odpowiada tata, trzymając znaczek w palcach, przygląda mu się, jakby musiał grzebać w pamięci, żeby sobie przypomnieć, o co w tym chodzi. - Wspieraliśmy walkę Wietnamczyków przeciwko amerykańskim działaniom wojennym na ich terenie w latach sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątych.
- Max, spytaj ich, czy są komunistami - chichocze moja siostra Ulrikke.
- Czy wy jesteście... - zaczynam, nie wiedząc, co ma znaczyć to pytanie.
- Ulrikke, dość już! Nie, Max, już nie jesteśmy.
Matka patrzy na ojca.
- Czym? - mówię.
- Niczym, zjadaj marchewkę.
To ojciec uczy mnie słów "imperializm" i "kolonializm". I "komunizm". I "ofensywa Tet". To on opowiada mi o Wietnamie, nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że to ja nie przestaję marudzić po tamtej pierwszej strasznej rzeczy, jaką z niego wyciągnąłem. Tłumaczy mi, czym jest napalm i coś, co się nazywa nalot dywanowy; nie przypomina to żadnej z historii o wojnie, jakie słyszałem wcześniej. W moim świecie do tej pory istniała tylko jedna wojna, Druga, Wojna przez duże W, a tę niewielką wiedzę, jaką o niej mam, kompletnie przesłania to nowe piekło, które rysuje przede mną ojciec. Pokazuje mi nawet w jakiejś książce fotografię, straszne czarno-białe zdjęcie nagiej dziewczynki z szaleństwem w oczach biegnącej w stronę fotografa, widać jej łuszczącą się skórę. Ojciec mówi: "Ona była w twoim wieku. To mogłeś być ty. Dlatego przeciwko temu protestowaliśmy". Mówi: "Nie opowiadaj matce, że ci to pokazałem".
To po tym zamówił pocztą wideo z reportażami Cronkite'a. I za każdym razem, kiedy jesteśmy z ojcem w bibliotece, odchodzę na bok i odszukuję wielkie książki, w których przez kilka minut mogę w spokoju oglądać fotografie płonących wiosek, żołnierzy maszerujących przez dżunglę i przez pola ryżowe, wiszących niecierpliwie nad nimi helikopterów. Zdarza się także, że mam przy sobie scyzoryk, i zdarza się, że wycinam nim zdjęcia, które, jak uważam, będę miał potrzebę oglądać jeszcze później. Wydaje mi się, że ojciec o tym wie, w każdym razie nie zadaje żadnych pytań o to, skąd wziąłem wszystkie te materiały, które po pewnym czasie nawarstwiają się na biurku w moim pokoju, razem z powieścią Fredrika Skagena Purpurhjertene i komiksami The 'Nam z Marvel Comics. Udaje też, że nic się nie dzieje, kiedy zaczynam rzucać slangowymi określeniami, których się nauczyłem, i mówię: Didi mau, kiedy chcę dać znać, że musimy dokądś iść, albo Xin loi, jeśli chcę przeprosić. Wykrzykuję: Numbah ten thou! - kiedy matka podaje pudding rybny. A do szkolnego plecaka mam paradoksalnie przypięte jego stare znaczki. The Jungian thing. Ojciec tylko jeden jedyny raz się sprzeciwia. Z jakiegoś albumu z fotografiami wyrwałem wielkie zdjęcie szefa policji w Sajgonie, który otwarcie wykonuje egzekucję na żołnierzu Wietkongu na ulicy podczas ofensywy Tet, i powiesiłem je sobie nad łóżkiem. Kiedy ojciec wchodzi do mnie wieczorem, mówi tylko: "To zdejmiemy", po czym spokojnie ściąga zdjęcie ze ściany i delikatnie składa. Później, kiedy już zasypiam, słyszę, jak wkłada kapcie i idzie wyrzucić śmieci.
To nie mój ojciec mówi mi o Czasie apokalipsy, o tym filmie informuje nas brat Stiga. "To najbardziej chory film z nich wszystkich" - mówi. Jedyny, który pokazuje taki Wietnam, jaki był naprawdę. Prosimy, żeby go nam skołował w Lura Video, ale on kręci głową. "Już go nie mają" - wyjaśnia; zajrzał tylko do pokoju Stiga pożyczyć kilka koron, których Stig nie ma z tego prostego powodu, że brat pożyczył od niego wszystko, co Stig miał, już dwa dni wcześniej. "Ostatni facet, który go wypożyczył - mówi brat Stiga, jeszcze raz rozglądając się po pokoju, żeby sprawdzić, czy gdzieś przypadkiem nie leżą jakieś dziesięciokoronowe banknoty, które i on, i młodszy brat przeoczyli. - Zwariował od tego filmu. Naprawdę. Kompletnie mu odbiło. Znacie tego gościa, co mieszka na samym końcu ulicy, tam gdzie Arvid?". Dobrze wiemy, o kogo chodzi, ten człowiek należy do kategorii ludzi, o których mówimy wyłącznie szeptem i na których widok z miejsca zawracamy; nie potrzebuje też żadnego bardziej precyzyjnego przezwiska niż Facet z Końca Ulicy. "No tak - mówi brat Stiga - wcześniej był całkiem normalny, żebyście wiedzieli. Po prostu nie mógł tego wytrzymać. To pielęgniarze z Dale musieli zwrócić kasetę, kiedy go zabrali do szpitala. A na okładce były ślady gryzienia. W i e l k i e ślady zębów tego nieszczęśnika. Od tej pory zdecydowali, że nie będą już nikomu wypożyczać tego filmu".
Oficjalna wersja historii jest taka, że Facet z Końca Ulicy stracił żonę, kiedy platforma wiertnicza Alexander L. Kielland przewróciła się na Morzu Północnym 27 marca 1980 roku, i że wtedy postradał rozum. Oficjalna wersja uzasadnia to wyjątkowo okropną identyfikacją zwłok: według oficjalnej wersji kobietę przecięła na pół lina cumująca, która po przechyleniu się platformy puściła i z wściekłą prędkością uderzyła w kobietę.
Nie bardzo wiadomo, w co wierzyć. Facetowi z Końca Ulicy nikt nie zadaje żadnych pytań.
- Ale ty go oglądałeś? - pytam.
Brat Stiga kiwa głową, palcem stuka się w skroń.
- Silna psychika - mówi. - Trzeba mieć naprawdę silną psychikę. Wiecie, co znaczy apokalipsa? To Ragnarok. Koniec świata.
Nie mogliśmy się doczekać, żeby zobaczyć ten film. A kiedy pół roku później w sklepie z elektroniką, do którego przyszedłem z tatą kupić nową pralkę, natykam się na gazetkę z programem telewizyjnego kanału FilmNet, widzę, że latem zamierzają pokazać ten film kilka razy. A Andri i jego matka mają telewizję kablową. Są jedynymi osobami, o których wiem, że coś takiego mają. Na Islandii bowiem ludzie muszą się orientować w świecie. My, wszyscy pozostali z naszej ulicy, wierzymy, że jeśli na świecie coś się będzie działo, telewizja norweska sama nam o tym powie.
Oglądam film u nas w domu, w suterenie, razem ze Stigiem, za ciężkimi storami, które blokują ostre letnie słońce i dwadzieścia sześć stopni ciepła na zewnątrz, dzięki czemu w pokoju jest ciemno i chłodno. Andri nie ma odwagi przyjść, jego matka upiera się, że on w taką piękną pogodę musi być na dworze, a Andri jest pewny, że zauważyłaby, gdyby z tej pogody nie skorzystał. I tak już miał trudności z ustawieniem nagrywania w tajemnicy przed matką.
- Sprawdzałeś? - pytam tego dnia, kiedy daje mi nieoznakowaną kasetę. - Nagrałeś całość?
- Tak, tak mi się wydaje. W każdym razie napisy końcowe są.
- I co to ma znaczyć?
Andri przez chwilę szuka w kieszeniach lepszego wyjaśnienia, ale kończy z pustymi rękami.
- No, on się jakby zaczyna od razu.
- Czyli?
- Nie ma żadnego tytułu ani nic, zanim się zacznie.
- Ale jesteś pewien, że masz od samego początku? - pytam poważnie i powoli, a zaniepokojenie Andriego natychmiast uwidacznia się na jego twarzy.
- Nastawiłem tak, żeby się zaczęło nagrywać kilka minut wcześniej, tak z dziesięć. Najpierw słychać głos, który mówi, że to będzie ten film... a potem po prostu się zaczyna. Trochę też go przewinąłem, cały czas sama wojna.
- No to w porządku.
- Widzimy się jutro.
Słyszymy, jak po wymknięciu się wejściem przez suterenę Andri głośno się śmieje i woła: "Zaczekajcie na mnie!" do innych dzieciaków z ulicy, bo znalazł sobie innych kolegów, później jeszcze kilka razy dociera do nas jego śmiech, po czym odgłosy jego i pozostałych słabną w drodze na plac zabaw, czy gdzie tam się wybierają. Andri spędza przyjemny ciepły dzień na powietrzu. Inaczej niż na Islandii.
W końcu dźwięk jego głosu całkiem się urywa, a my wkładamy kasetę do odtwarzacza i wciskamy play.
To jest jak gorączkowe fantazje. Właśnie tak.
Całymi tygodniami będzie mnie dręczyć wspomnienie żołnierzy koło mostu Do Lung, którzy płyną w stronę łodzi patrolowej, ciągnąc za sobą walizki Samsonite, i na próżno błagają, żeby ich stamtąd zabrano. Take me home! - woła jeden z nich. Te walizki są podobne do walizki taty. I mamy. A pierwszego wieczoru, już kiedy film się skończył i Stig poszedł do domu, kiedy odprowadziłem go na górę i zamknąłem za nim drzwi, wówczas ciało ogarnia niepokój. Kładę się, nie rozmawiając z nikim, wcześniej niż zwykle, podczas gdy na dworze ciągle jest gorąco i z ulicy wciąż słyszę głosy innych dzieciaków korzystających z okazji, żeby pobawić się jeszcze godzinę, zanim je zawołają do domów. Mówię tylko prędko "dobranoc" mamie i nie mogę zasnąć. Tej nocy mam mdłości, boję się, ściany mojego pokoju są zielone, czerwonobrązowe, różowe i pomarańczowe. Helikoptery latają po zasłonach, a niekończący się szereg pomalowanych na biało tubylców prawie jak trupy wpada do mojego pokoju przez niezamknięte okno z szeroko otwartymi ustami, szwadrony helikopterów odrywają się od zasłon, pędzą po ścianie w stronę łóżka, podnoszą kołdrę i myśliwiec wypuszcza napalm na moją poduszkę, a coś surfuje w moich włosach; nie mogę zasnąć, nie mogę się skoncentrować. Nigdzie nie jest bezpiecznie. Tylko dym i ogień. A kiedy przyglądam się uważniej, widzę, że helikoptery zmieniły się w kontur Norwegii leżącej na boku, jakby kraj się przewrócił i wzniósł.
Ale oglądam ten film jeszcze raz zaledwie kilka tygodni później. Jest jak bolący ząb, którego nie można stale nie naciskać językiem. Oglądam go sam, w naszej suterenie, albo w domu u Stiga, również w suterenie, pod obracającym się wentylatorem; jego ojciec zainstalował go jako element baru, który urządził sobie na dole. Oglądamy film kilka razy, ale nie rozmawiamy o nim, nie wiemy, co powiedzieć, żaden chyba nie chce przyznać, że go nie rozumie, a już na pewno, że budzi w nas strach bliski szaleństwa, że śpimy w dusznych dziecięcych pokojach późnym latem z obrazem Kurtza wypalonym na siatkówce.
Film nie odpuszcza. Nie rozumiem go, a niektóre dialogi, te długie statyczne rozmowy, przypuszczalnie w ogóle do mnie nie trafiają, ale wmawiam sobie, że zaczynam rozumieć moich rodziców, że chodzili na pochody właśnie w proteście przeciwko temu koszmarowi. Mam ochotę spytać, czy widzieli film, ale brakuje mi odwagi. Mogę jedynie w tajemnicy ich podziwiać za to, że ośmielili się sprzeciwiać temu szaleństwu, niepodobnemu ani trochę do niczego, co widziałem na innych filmach, które zarówno mnie, jak i Stigowi pozostawiły zuchwałe pragnienie, żeby być jak ci pożałowania godni żołnierze piechoty w śmiertelnie niebezpiecznej dżungli, uciekający z niewoli i od rosyjskiej ruletki, podlegli psychopatycznym dowódcom i tańczący walca na wypalonych ruinach o zachodzie słońca i wtórujący sobie piosenką z Klubu Myszki Miki. To z naszej inicjatywy niemal w każde przedpołudnie ostatnich tygodni bawiliśmy się w wojnę wietnamską w lasach wokół obszarów przemysłowych w Forus, ale to moi rodzice ponoszą winę za indoktrynację socjalistycznym bełkotem, kiedy inne dzieciaki wracają do domów i przy obiedzie zaczynają mówić o Wietkongu. Jakby ludzie już nie byli dostatecznie sceptyczni wobec moich rodziców, przecież mimo wszystko na Boże Narodzenie ozdabiamy stojące na kominku popiersie Lenina siwą brodą i czapką (w rzeczywistości popiersie stoi tam po prostu z przyzwyczajenia, mama uważa, że jest ładne, a nie dlatego, żeby pełniło jakąś inną funkcję oprócz pamiątki, to taka widokówka z innych czasów). Pozostali rodzice widzieliby najchętniej, żeby ich dzieci, jeżeli już za wszelką cenę muszą się bawić w wojnę, to niech przynajmniej bawią się w zwykłą wojnę, to znaczy w Drugą Wojnę Światową, niechże się bawią w chłopców z lasu, w Milorg, ruch oporu wobec Niemców, i najlepiej, żeby to inne dzieci udawały w tej zabawie Niemców. Wygląda na to, że ci rodzice sami mają rodziców, którzy byli bohaterami podczas Wojny, a my jako dzieci jesteśmy programowani do rywalizacji o to, kto z nas ma najbardziej bohaterskich dziadków, którzy również najwięcej wycierpieli i najdłużej przebywali w niewoli w Grini, w Sachsenhausen i Bergen-Belsen. Może się wydawać, że Norwegia to kraj liczący cztery miliony mieszkańców i dwa razy tylu bohaterów wojennych; to rachunek, który nie całkiem się zgadza, ale o tym się nie mówi, skoro kraj tak świetnie się rozwija, a pieniądze z ropy płyną szerokim strumieniem.
No i jest jeszcze inny film, ostatni film, jaki załatwia nam brat Stiga, chyba pod koniec września tego roku, po tym, jak podsłuchałem rozmowę rodziców, której nie chciałem słyszeć. Siedzimy w suterenie u Stiga, w barze, pod wentylatorem, który zaczęliśmy włączać za każdym razem, kiedy jesteśmy na dole, gdzie schodzimy, gdy tylko mamy taką możliwość, bo podoba nam się, że wentylator obraca się nad nami jak śmigło, chociaż Andri - który nie widział Czasu apokalipsy, dlatego kompletnie tego nie rozumie - skarży się, że marznie od jego podmuchu, i właśnie wtedy przychodzi brat Stiga i siada na jednym z dwóch chybotliwych stołków barowych, które chyboczą się już drugi rok, ponieważ ojciec Stiga tyle czasu spędza offshore, że nie ma kiedy wykończyć baru, nie ma też siły na dokręcenie luźnych śrub w stołkach, skoro do domu wraca po to, żeby odpocząć, no i brat Stiga przyniósł ze sobą piwo, chowa sześciopak do lodówki, a jedno otwiera, stawia butelkę na brzegu stołu i zaczyna nią kiwać z boku na bok; właśnie wtedy Stig, całkiem nie a propos czegokolwiek, oznajmia:
- Max już go widział.
- Co widział? - pyta brat Stiga.
- No jak to co, t e n f i l m. Ten, od którego Facet z Końca Ulicy zwariował. Czas apokalipsy.
Brat Stiga wciąga powietrze głęboko przez nos, unosi butelkę w moją stronę i uroczyście wznosi do mnie toast.
- Szacunek - mówi i wypija połowę zawartości. Pauza. - I co? Podobał ci się?
Andri patrzy na mnie i obaj patrzymy na Stiga, zastanawiając się, dlaczego on się nie pochwali, że też widział ten film, w dodatku kilka razy.
- Niezły - odpowiadam najchłodniej, jak potrafię. - Fajna na przykład była ta scena z tygrysem.
Brat Stiga zsuwa się ze stołka, starając się go nie przewrócić, i sunie do mnie, kładzie mi rękę na ramieniu. To fantastyczna ręka.
- Ten tutaj - oświadcza brat Stiga publiczności - ma stalowe nerwy.
I nie wiem, czy Stig się nie obawia, że jego brat będzie z nas drwił, ponieważ obejrzeliśmy film, na którego oglądanie jesteśmy za mali, i dlatego nie chce się znaleźć na linii strzału, czy może chce, żebym ja, który zazwyczaj nie mam się czym pochwalić ani czym zaimponować tej rodzinie, miał tę chwilę tylko dla siebie; wiem jedynie, że Stig to mój najlepszy przyjaciel i że aż płonę z dumy, przez króciutki moment jestem równy bratu Stiga.
- A co myślisz o tym ataku helikopterów na wioskę?
- No kurwa - mówię. Zazwyczaj nie przeklinam.
Tym razem robię wyjątek, chociaż widzę, że Andri przez to zaczyna się czuć nieswojo, a Stig koniecznie też chce coś powiedzieć właśnie o tej scenie, porusza ustami, ale na szczęście panuje nad głosem, a brat Stiga kiwa głową, mówi, że ta scena to jedna z najbardziej realistycznych scen, jakie w ogóle nakręcono, a potem zaczyna opowiadać, ile musieli ćpać ci, którzy kręcili ten film, i że właśnie dlatego jest taki dziwny, a ja mam ochotę spytać, czy pamięta scenę z ludźmi przy moście, którzy płyną ze swoimi walizkami, czy uważa, że była okropna, ale nie wiem, czy to ważna scena, a nie chcę powiedzieć czegoś głupiego, więc nie mówię nic o niczym, tylko dalej słucham, jak brat Stiga, popijając piwo i paląc papierosa, opowiada o Marlonie Brando, aż w końcu mówi:
- Jeśli zrozumiałeś Czas apokalipsy, to może spodoba ci się też Brewster McCloud. To nie jest film wojenny, ale i tak cholernie dobry.
Brat Stiga znika w głębi pokoju i grzebie w swoich kasetach wideo, stoją na osobnej półce, której pod jego nieobecność nie wolno nam dotknąć.
- Masz - mówi i podaje mi kasetę. - Możesz pożyczyć na parę dni. Tylko jej nie zgub czy coś, okej?
- Okej.
- To stary film. Mówię, żebyś wiedział. Ma tyle lat, co ja. Ale jeden z najlepszych, jakie nakręcono. I dziwny. Jak go obejrzysz, ptasie gówno nabierze zupełnie innego znaczenia, uwierz mi.
Biorę kasetę i patrzę na Stiga, który teraz wydaje się zły i obrażony o to, że jemu brat nic nie mówił o tym filmie. Zwykle Stig bywa przedłużeniem tuby brata Stiga, kiedy brat Stiga sam nie może być obecny i obdarzać nas swoją mądrością. Skinieniem głowy wskazuję na kasetę, a potem patrzę na Stiga i Andriego, by zrozumieli, że oczywiście obejrzymy ten film razem, to jakby przywraca Stigowi większość kolorów na twarzy i nieco tłumi doznane upokorzenie, przynajmniej na tyle, żeby mógł znów się zwrócić do brata tak, jakby nic się nie stało.
- Wychodzisz dzisiaj czy nie?
- A co dzisiaj, piątek? - pyta brat Stiga i z wdziękiem siada z powrotem na stołku. Jest też mistrzem utrzymywania równowagi.
- Tak - mówi Stig.
- No to wychodzę - odpowiada brat Stiga. - Impreza na plaży Hinna.
- Nie za zimno na plaży? - pyta Andri. - Przecież już wrzesień.
- Na imprezach nigdy nie jest zimno - odpowiada brat Stiga.
To prawda.
- Przecież można włożyć kurtkę, no wiesz - mówi Stig, jakby wiedział, o czym mówi.
Ale nie wie. Żaden z nas nie wie, o czym mówimy. Marzę o tym, żeby być dorosłym i mieć plany na piątki, marzę o długich szalonych imprezach na plaży Hinna i o tym czasie, kiedy otworzy się przed nami całe Stavanger, i nasze miasto będzie wielkie i życzliwe, i niebezpieczne, i będziemy znać każdy jego zakątek, i wiedzieć, jak wygląda w nocy, tak jak znamy nasze osiedle i Forus, i jak ukradkiem oglądaliśmy, jak świat poza naszymi pokojami wygląda w nocy, kiedy się budziliśmy i rozsuwaliśmy zasłony. To tu będziemy dorastać. W tym mieście przeżyjemy życie i cieszymy się z tego. Uważamy, że mamy szczęście. Nic innego nie znamy.
Ale wciąż jesteśmy dziećmi i jeśli Czas apokalipsy był trudny do zrozumienia, to Brewster McCloud jest nie do pojęcia dla żadnego z nas trzech. Rozumiemy, że o coś chodzi z tymi ptasimi kupami, które cały czas spadają ludziom na głowy, ale co to ma znaczyć i o czym właściwie jest ten film, trudno stwierdzić. Jedyne, co z niego wynoszę, to Shelley Duvall. Po wyjściu Andriego i Stiga, a także w kolejnych dniach przewijam do przodu i do tyłu i oglądam sceny z jej udziałem, ciągle od nowa, czasami wciskam pauzę i wpatruję się w zatrzymane kadry. T a k a d z i e w c z y n a - myślę, z takim samochodem. I to miasto. Kiedy więc następnym razem spotykamy się z bratem Stiga i oddaję mu kasetę wideo, najlepiej jak potrafię, unikam kwestii ptasiej kupy, jednocześnie czując, że muszę c o ś powiedzieć.
- Niebrzydka dziewczyna w tym filmie - mówię. - Ta z ciemnymi włosami.
Ale brat Stiga tylko na mnie patrzy tak, jakbym właśnie oświadczył, że Ziemia jest płaska i powleczona marcepanem. Potem zaczyna się śmiać, głośno i drwiąco, aż w końcu mówi:
- Ty masz, kurwa, komunistyczny gust, nawet jeśli chodzi o dziewczyny.
Nie jestem pewien, czy wiem, co to znaczy. Ale kiedy kilka tygodni później widzę brata Stiga z jego nową dziewczyną, chyba jednak to rozumiem. On w ogóle nie ma gustu.
Lato 1988 roku stoi pod znakiem Wietnamu i bitwa o Hue trwa już od blisko dwóch tygodni przy nieczynnych silosach zbożowych i w pobliskim lesie. Niczym nieniepokojeni mogliśmy grasować po wysokim na pięć pięter budynku fabryki z biurami, w których wiele okien już wybito, a zakurzone wyposażenie, krzesła, stoły, szafy kartotekowe i papiery, i wszystko inne, co wciąż tam stoi po zamknięciu tego miejsca, należy do nas i możemy z tym robić, co chcemy. Każdego przedpołudnia w dziesięciu albo dwunastu - wszyscy to chłopcy z sąsiednich ulic i mniej więcej w tym samym wieku - spotykamy się w lesie nieopodal i dzielimy na oddziały: amerykański i wietnamski, według zasad złożonych i nierozerwalnie związanych z czynnikami, takimi jak dokładny wiek, więzy przyjaźni, adres, ilość sprzętu i ogólne kompetencje, że nie chce mi się w to wchodzić ze szczegółami. I właśnie tam teraz idziemy, Stig, Andri i ja. Mam na sobie zielone turystyczne spodnie z dolną częścią nogawek wepchniętą w skarpety, za duży T-shirt, który tata nosił, kiedy był w wojsku tysiąc lat temu, i kurtkę wojskową, z którą dwa lata wcześniej zwiał w proteście po pierwszych i ostatnich ćwiczeniach rezerwy. Na głowie mam żółty hełm obrony cywilnej, który dostałem od wujka Jana; flamastrem zamazałem na nim słowo "cywilna", zastępując je słowem "FORUS", i jestem z niego bardzo zadowolony. Ale to i tak nic w porównaniu z należącym do Stiga zabawkowym modelem karabinu M-16, kupionym na Majorce, który wydaje z siebie najzupełniej wspaniały autentyczny odgłos, jeśli do kolby włoży się dwie baterie (Stig ma zawsze przy sobie rezerwowe, na wszelki wypadek), ma też mundur kamuflażowy typu tigerstripe w rozmiarze dziecięcym, jego ojciec zdobył go bóg wie gdzie i za cenę, którą Stig podaje przy każdej możliwej okazji, a ja nie miałbym śmiałości ani razu wyjawić jej w domu nawet szeptem. Andri ma korkowiec z ostatniego 17 Maja - Święta Konstytucji i karabin zrobiony na pracach ręcznych; ma też czapkę, zieloną, robioną na drutach, którą matka dała mu, bo nie ma czasu codziennie po południu szukać mu we włosach kleszczy, on jednak na ogół zdejmuje ją już wtedy, kiedy umiera po raz pierwszy, lub wcześniej, jeśli ktoś się z jej powodu naśmiewa.
W czymś w rodzaju nawiasu należy również wspomnieć o Johanie, który już się z nami nie bawi, ale przez blisko dziewięćdziesiąt minut pierwszego dnia wojny budził największe przerażenie z nas wszystkich i bez wątpienia cieszył się także największym szacunkiem. Nie mając żadnej broni zabawki, którą mógłby zabrać do buszu, ani domowej roboty, ani kupionej w sklepie, rezolutnie dobrał się do szafy w sypialni rodziców i wyjął z niej AG-3 ojca, przechowywany tam z uwagi na powiązania ojca z Cywilną Służbą Obrony Kraju, i zarzuciwszy go na ramię, opuścił dom. Plotki krążące w tygodniach po tym zdarzeniu głosiły, że Johan przed wyruszeniem w stronę lasu Forus otworzył sobie piwnicę, gdzie przechowywana była amunicja, i własnoręcznie uzupełnił magazynek dwudziestoma ołowianymi nabojami 7,62 mm w miedzianym płaszczu, i we właściwy sposób załadował broń automatyczną. Ale my, którzy byliśmy z nim tamtego dnia, wiemy, że to nieprawda, nie tylko dlatego, że dużo częściej, niż trzeba, wyjmował magazynek, "przeładowywał" i z powrotem go wkładał, a my, którzy byliśmy z nim w jednym oddziale, zauważylibyśmy, że magazynek jest pełny (przecież żaden szczegół nie mógł umknąć naszej uwadze, tak bardzo nam imponowała jego broń, że chłonęliśmy każdy związany z nią niuans), ale co ważniejsze: Johan może i był napalony na zdobycie właściwego wyposażenia na naszą wojnę i podjął mało przemyślaną decyzję, ale nie był ani chory na umyśle, ani na tyle głupi, żeby przynajmniej trochę nie rozumieć, jaką szkodę mógł wyrządzić jeden jedyny strzał z tej broni. On po prostu chciał brać udział w wojnie. On po prostu chciał, żeby nasza strona wygrała. Ale niezliczona liczba niepracujących matek oczywiście zauważyła małego chłopca paradującego ulicami z prawdziwą bronią bojową na ramieniu i trudno stwierdzić, czy najpierw zaczęły dzwonić na policję, czy też do siebie nawzajem, szczegóły i kolejność wydarzeń od tego momentu pozostają dość niejasne. Ale my, obecni przy tym wtedy, pamiętamy, jak las nagle w biały dzień wypełnił się niebieskimi błyskami i matkami o poszarzałych twarzach, a dwaj policjanci w przyłbicach przez megafon władczymi głosami kazali nam wszystkim położyć się płasko na trawie z rękami rozsuniętymi na boki. Następnie Johana zaprowadzono do radiowozu i umieszczono na tylnym siedzeniu, gdzie i jemu, i jego matce podobno wbito do głów śmiertelną powagę sytuacji. Mówię w tym miejscu "podobno", ponieważ tego nie wiem, żaden z nas bowiem już później z Johanem nie rozmawiał. Widywaliśmy go tylko czasami, jak siedział w ogrodzie na wpół ukryty za żywopłotem, razem z matką i jakąś osobą, najpewniej z Urzędu Ochrony Praw Dziecka, jak uznaliśmy, bo miała jeden długi, a jeden krótki kolczyk i asymetryczną fryzurę, a poza tym przez większość czasu siedziała z przechyloną na bok głową i mówiła wręcz strasznym, ściszonym, ale zdecydowanym głosem. Widywaliśmy go siedzącego z rękami na kolanach i kiwającego głową, z ust wyrywał mu się krótki szloch, a słońce z bezchmurnego nieba nie kojarzyło mu się już z cudownymi długimi dniami swobodnej zabawy, którą kończyły chłodne wieczory, kiedy zmęczony i zadowolony tylko udawał, że protestuje przeciwko naleganiom matki, żeby pod prysznicem spłukał z siebie piasek, żwir i inne brudy, które we wręcz niewiarygodny sposób zdołały do niego przylgnąć w ciągu dnia, i kiedy mówiła, że przygotuje kolację, zanim on się wykąpie, i może obejrzą odcinek tego serialu telewizyjnego, który oboje tak lubią, jeśli nie będzie się guzdrał, tylko natychmiast pójdzie do łazienki. Słońce, pod którym teraz siedział, w ogrodzie, na białym plastikowym krzesełku wciąż pokrytym resztkami pleśni, zredukowane do roli pieca, w którym Johan powoli się smażył za karę, czyniło wszystko, co mogło, żeby stale mu przypominać o tym, co już na zawsze go ominie. Areszt domowy nałożony przez rodziców (ojciec, tak głęboko zawstydzony i przerażony tym wszystkim, podobno odszedł z Cywilnej Służby Obrony Kraju albo został z niej wyrzucony, a broń mu zabrano) ciągnął się tygodniami lub może nawet miesiącami, a kiedy wreszcie dobiegł końca, minęło tyle czasu, że do drzwi domu Johana nikt już nie dzwonił i nie pytał, czy wyjdzie. Albo może i my zaczęliśmy wierzyć plotkom, że on nie jest całkiem zdrowy i dlatego lepiej trzymać się od niego z daleka.
Od tego dnia wszyscy żołnierze przed wyruszeniem na front podlegali dokładnej kontroli broni dokonywanej przez matki.
Ale taki oto nasz obraz mam z tego dnia: ja, Andri i Stig, żółty hełm, zielona czapka i fantastyczny mundur do walki w dżungli, idziemy razem ulicami na decydujące starcie foruskiej ofensywy Tet anno 1988. Dzień później mamy zacząć chodzić do piątej klasy, ale wcześniej trzeba wygrać wojnę. Jest piekąco upalne przedpołudnie, to musi być rekord tego lata, a w innych częściach miasta zapach grilla już się sączy z zadymionych ogrodów, gdzie rodzice, którzy chcą jak najwcześniej rozpocząć ostatni posiłek i zyskać jak najwięcej z tego absolutnie ostatniego dnia przed powrotem do rutyny drugich śniadań, prania strojów gimnastycznych i pomagania w lekcjach, nie ryzykowali jedynie lekkiego psiknięcia płynem do rozpałki, chociaż wiedzieli, że to i tak więcej niż dość. Ale na naszym osiedlu nie pachnie grillem, pachnie trawą, latem, perfumami i papierosami mentolowymi, bo tutaj rządzą matki, gdyż większość ojców (a także kilka matek) jest akurat w środku dwutygodniowej zmiany na Morzu Północnym. Jest tam ojciec Stiga, podobnie jak ojcowie Ommundsena (nikt nie wie, jak mu na imię), Haralda, Larsa, Bj?rna Erika i H?kona. W zasadzie wszyscy, z wyjątkiem mojego ojca i jednego nauczyciela, który podobnie jak jego uczniowie ma osiem tygodni wolnego i morze czasu na siedzenie na schodkach przed domem i mrużenie oczu do słońca przy słuchaniu wykładu o fizyce ze swojego walkmana. Gdyby na moment zdjął słuchawki z uszu, zauważyłby, że ulicę, przy której siedzi, wypełnia zastanawiający gwar głosów, zważywszy na to, ilu sąsiadów akurat w tej chwili jest w pracy. Nie wiem, czy w ogóle zauważył tę zmianę, ale my, inni, ustawialiśmy zegarki według tych odwiecznych zmian między hałasem a ciszą, która okresami spadała na ulice naszego osiedla. Bezdźwięczność i hałas, zawsze na zmianę, niczym osobliwy metronom dzieciństwa, powolny puls, który wykonywał nieuchronne uderzenie za każdym razem, kiedy ojcowie wyjeżdżali, i do którego nikt nigdy całkiem się nie przyzwyczaił. Był hałas, wytwarzany przeze mnie i inne dzieciaki, wymieszany z hukiem przemysłu otaczającego nas niemal ze wszystkich stron. I była cisza. Napływała i kładła się na życiu niczym ciężki koc gaśniczy, a towarzyszyli jej ci sami ojcowie, którzy wracali do domu z platform.
Kiedy ojcowie pracowali offshore, życie było prostsze. Mogliśmy dłużej zostawać poza domem i bardziej się nami zajmowano, rozpieszczano nas; chodziło się z matkami na emocjonujące wyprawy do sklepów, oglądało się w telewizji seriale, których właściwie nie wolno było oglądać, najmłodszym pozwalano spać w wielkich małżeńskich łóżkach, a także pić oranżadę i w piątek, i w sobotę. Ale to się nagle kończyło. Równie nagle, jak się zaczęło. Ojcowie wracali do domów w kolumnach taksówek, wciąż ubrani w te swoje pomarańczowe kombinezony mające zapewnić im przeżycie, z gigantycznymi torbami podróżnymi i od tego momentu wszyscy musieliśmy być cicho, bo ojcowie mieli odpoczywać i dochodzić do siebie. Przez dwa tygodnie pracowali na dwunastogodzinnych zmianach i byli wykończeni, kieszenie mieli pełne wypłat zgodnych z umową zbiorową, za nadgodziny i jeszcze dodatkiem za ryzyko. A niektórzy nigdy nie potrafili odnaleźć spokoju w ciągu tych czterech tygodni, które musiały upłynąć przed kolejnym wyjazdem, bez względu na to, jak cicho się zachowywaliśmy. Byli tacy, którzy kosili trawnik dwa razy w ciągu dnia, czyścili rynny i płyty łupku na podjazdach szczoteczkami do zębów, mężczyźni, którzy odnawiali nieużywane przez nikogo pokoje i rąbali drewno w ilościach pozwalających przetrwać nową epokę lodowcową przy stałej temperaturze trzydziestu stopni w salonie. Chciałbym móc powiedzieć, że to są rzeczy wymyślone przeze mnie. Pamiętam, że któryś z ojców miał zwyczaj rozbierania swojego samochodu na części, za każdym pobytem w domu zabierał się do tego zaledwie kilka godzin po powrocie, demontował swojego saaba do ostatniej śrubki, musiał wyjąć siedzenia, zdjąć karoserię, wymontować deskę rozdzielczą i skrzynię biegów, gaźnik i rurę wydechową, sprzęgło i mocowanie lampki sufitowej. Dwa tygodnie zajmowało mu kompletne rozebranie auta na czynniki pierwsze i usunięcie wszelkich możliwych oznak tego, czym kiedyś było. A kiedy kompletna sekcja została już przeprowadzona, zaczynał z powrotem składać auto, kawałek po kawałku w tym samym monotonnym, pozbawionym radości rytmie. Ledwie zdążył zetrzeć z siebie szmatą plamy oleju, a już podjeżdżała po niego taksówka, żeby zawieźć go do czekającego helikoptera. I wtedy znów się zaczynało, podkręcano głośność i wracano do życia, tego drugiego życia, a ja nigdy nie stwierdziłem, czy matki, będąc same, czuły się swobodniejsze, czy też ta wzmożona aktywność, cały ten hałas i ich bezgraniczna cierpliwość były w rzeczywistości jedynie ich sposobem na wytrzymywanie rozczarowania nieobecnością mężów w zasadzie w każde święto, w Boże Narodzenie, Nowy Rok i 17 Maja, kiedy dodatki za pracę w dni świąteczne szybowały ku niebu, rozczarowania ponadto wymieszanego z nieustannie czającym się z tyłu głowy lękiem, że tam, na platformie, zawsze może się przytrafić coś złego. Helikopter może spaść, jakaś część ciała może zostać ściśnięta w trakcie wiercenia, świder może zabić człowieka, platforma może się przewrócić, więc niewykluczone, że to wszystko było jedynie próbą przesłonięcia zmartwień przesadną pogodą ducha. A może pod nieobecność mężów w ogóle nie czuły, że żyją, może myślały jedynie, że utknęły w tym, co pod wieloma względami wciąż było i pozostało bagnem.
Cisza. Hałas. Cisza. Hałas. Był w tym przynajmniej jakiś system. Dla większości. Ale ja, mama i Ulrikke nigdy nie mieliśmy żadnego dobrego systemu, według którego można by coś zaplanować, bo tata pojawiał się i znikał, i nie dało się przewidzieć, kiedy dokładnie się to stanie, wymagało to zrozumienia zawiłego międzynarodowego rozkładu rejsów SAS-u, opóźnień, holding patterns i tego, do jakich lotów ojciec w danym tygodniu zostanie przydzielony, człowiekowi mogło się zakręcić w głowie od samego myślenia o tym, co często mnie spotykało, kiedy latem leżałem na trawie w ogrodzie i gapiłem się w błękitne niebo, na którym smugi kondensacyjne wycinały białe bruzdy wiszące przez kolejne minuty za samolotem lecącym do góry i w świat albo w dół i do domu, wiozącym na pokładzie ludzi bardzo się spieszących z dotarciem do miejsca przeznaczenia lub żałujących, że w ogóle wybrali się w podróż.
Kiedy przelatywali nad Forus, często się zastanawiałem, czy oni, pasażerowie, widzą nas ze swoich foteli, przynajmniej ci, którzy nie byli zajęci gazetami i książkami, i rozmowami, i raportami, które należało przejrzeć. Zdarzało się, że na wszelki wypadek machałem, chciałem, by wiedzieli, że lecą nad miłą miejscowością, gdzie ludzie są życzliwi i chętnie pomachają samolotowi, jeśli znajdą wolną chwilę. Ale nie przypominam sobie, żebym sam widział ludzi z takiej wysokości; kiedy siedziałem w samolocie - zawsze przy oknie - i patrzyłem w dół, widziałem samochody, łodzie, maszyny rolnicze i ciężarówki, fabryki i domy, i ogrody, i boiska sportowe; jeśli widziałem też ludzi, w dodatku takich, którzy by do mnie machali, a przynajmniej patrzyli w moją stronę, to o tym zapomniałem. A jeśli dostrzeżenie ludzi z samolotu przecinającego niebo nad Forus było tak trudne czy wręcz niemożliwe, to czy pasażerów omijała też wiedza, że między wszystkimi tymi fabrykami i halami magazynowymi stoją również domy mieszkalne? Czy również Forus i Nord-J?ren były flyoverland? Czy oni nie wiedzieli, że postanowiliśmy tu mieszkać i że co najmniej jeden z nas stoi teraz na środku trawnika w ogrodzie i macha, bo czuje dumę, że jest właśnie stąd? Powinni wiedzieć, że w wieku siedmiu lat rysowałem szczegółowe mapy wschodniej części Forus na wielkich kartkach formatu A0, które przynosił mi tata, on też pomagał mi rozmieścić poszczególne budynki i drogi według skali. Powinni wiedzieć, że na ścianie mojego pokoju powiesiliśmy trzy wielkie arkusze, żebym mógł spać obok Forus o wymiarach 84 × 350 cm z naszkicowanym torem wyścigów i głównymi siedzibami takich firm jak Statoil, Mobil, BP, Agip czy Shell, szkołą i boiskami między wzniesieniami N?dlandsberget i Ulsberget, fiordem, plażą, tartakiem Trelastkompaniet odległym o rzut kamieniem od naszego domu i ze śmiertelnie niebezpieczną linią kolejową za nim, Papirlageret AS mieszczącą się za naszym żywopłotem, usypialiśmy przy odgłosach ich ciężarówek stojących na luzie w oczekiwaniu, aż zostaną załadowane papierem toaletowym i ręcznikami kuchennymi; były tam też drukarnie, browar, IKEA, rozmaite wytwórnie rur i kabli we wszystkich możliwych fasonach, a także centrala owocowo-warzywna BAMA, gdzie ci, którzy mieli odpowiednie kontakty, mogli wieczorem czerpać przyjemność z rundy unihokeja między paletami owoców. I ulice, wszystkie drogi z myląco podobnymi nazwami, nocny koszmar listonosza: Gamle Forusvei, Forushagen, Forusmyra, Forusskogen, Forusv?gen, Forusstraen, Forane. Potrafiłem wieczorami leżeć i wpatrywać się w tę olbrzymią mapę; imiona i nazwiska absolutnie wszystkich osób, które znałem, były wypisane na ich domach, i traktowałem to jako swoje królestwo, miejsce, o którym trzeba wiedzieć, żeby je odnaleźć, a jeśli ktoś go nie odnajdzie, to w oczywisty sposób coś go ominie.
Znów jestem martwy, martwy w dżungli pod Hue, a zaledwie kilka metrów dalej, za głazem porośniętym mchem, między drzewami, leży Strach i siłuje się z odpięciem M-72 od plecaka, żeby wyciągnąć rurę teleskopową, wziąć mnie na cel i pozbawić życia natychmiast, gdy tylko znów stanę na nogi. Już tyle razy odpalił dzisiaj ten swój jednorazowy granatnik, że trzeba to nazwać niepoważnym, a poświęcanie całej minuty na odpięcie broni od plecaka i kolejnej na ponowne umocowanie jej przed pobiegnięciem dalej to już zupełny bezsens. Dlatego Strach większość czasu spędza w ukryciu, na wiecznych przygotowaniach do idealnego momentu. Ale nie to mi przeszkadza; bezgranicznie irytuje mnie natomiast, że krążymy po tym lesie jak pozbawione łbów kury, kolejny raz nie wydałem rozkazu Stigowi, Andriemu i pozostałym w mojej amerykańskiej drużynie - Ommundsenowi i Toremu - że mają pilnować skrzydeł, kiedy się przemieszczamy w szyku bojowym w kształcie wachlarza, i kolejny raz Strach, mimo kompletnej nieznajomości pojęć takich jak flanka i ich taktycznego znaczenia, zdołał obejść wspomnianą flankę do miejsca, w którym będzie mógł nas bez problemów pozabijać, my natomiast mamy pełne ręce roboty z odpowiadaniem na ogień spomiędzy drzew przed nami, to Petter, Lasse i Rolf (który naprawdę ma na sobie azjatycki kapelusz ryżowy i sandały) pędzą teraz na nas, a w zadaszonym, przykrytym liśćmi okopie ukrywają się P. i Kuddi z balonami wodnymi, które zawierają - albo nie - odchody chorego kota będącego nie wiadomo czyją własnością, kręcącego się po placu zabaw w Forushagen. Żaden z nich też nie ma zielonego pojęcia o manewrach wojskowych, które ja i Stig z takim wysiłkiem sobie przyswoiliśmy, co jest dość zrozumiałe, bo wszyscy oni są wykarmieni tymi samymi bezsensownymi filmami o Drugiej Wojnie Światowej, w których atak zawsze następuje od frontu i zawsze kończy się powodzeniem, a żołnierzom zawsze udaje się przedrzeć na drugą stronę bez innych obrażeń niż twarz pobrudzona sadzą i poplamione mundury, za to wciąż z tą samą nietkniętą fryzurą. Ale nieodwołalnie dzieje się tak, co zresztą oni - Wietkong - również zdają się rozumieć, że obojętnie, co zrobią, to najwyraźniej postąpią słusznie, ponieważ mając Stracha na flance i siły wroga nacierające wprost na nas, my - Amerykanie - albo wpadniemy w panikę i rozdzielimy się na dwie grupy, rozbiegniemy w różne strony i zdezorientowani w końcu zaczniemy strzelać do siebie, albo zwiniemy się w kłębek jak jeż, z którym Strach rozprawi się bez najmniejszego wysiłku.
Następuje dokładnie to ostatnie. Odliczam do końca i wstaję, żeby osłaniać Stiga, kiedy będzie przeładowywał (nie obowiązują żadne jasne zasady określające, jak często trzeba to robić, ale ten, kto nie poświęci czasu na przeładowanie broni, ryzykuje koniecznością odliczania do pięćdziesięciu), i właśnie w tej chwili Andri, Ommundsen i Tore wpadają na ten sam świetny pomysł przyjścia nam z odsieczą. Wokół nas spadają cuchnące balony wodne, pękają, uderzając o pnie drzew, ciecz rozpryskuje się na wszystkie strony, a my kucamy ramię przy ramieniu, wołając: Da-da-da-da-da-da-da-da! do atakującej drużyny. Ale to nie ma kompletnie żadnego znaczenia, bo Strach spokojnie wstaje, celuje w nas swoim granatnikiem i wrzeszczy: BUM! WSZYSCY JESTEŚCIE MARTWI! Przeciwko temu strzałowi nie ma sensu protestować, musimy grzecznie leżeć i liczyć do trzystu, podczas gdy żołnierze Wietkongu przegrupowują się i znikają jak duchy w głębi lasu, a ja dochodzę do stu sześćdziesięciu ośmiu, kiedy elektroniczny zegarek Andriego, prezent na ostatnią Gwiazdkę, zaczyna głośno piszczeć i Andri - głos z grobu - mówi: "Muszę wracać do domu". "Nie ma mowy! - syczę, bo to ostatni dzień i on o tym wie, wie, że możemy wygrać. - Zostajesz, dopóki nie skończymy". Nie widzę go, Andri leży z boku za moimi plecami, ale słyszę, że wciska guzik w zegarku, uciszając alarm, i stwierdza: "W porządku, mogę umrzeć jeszcze raz, ale potem muszę iść do domu. Dzisiaj obiad jest wcześniej".
Ponieważ nie ma nikogo, kto by nas kontrolował, decydujemy, że w zupełności wystarczy policzyć do dwustu dwudziestu, i podrywamy się, ustawiamy w szyku liniowym ze Stigiem jako point manem, ja - slack man - za nim; Stig prowadzi nas po cichu i czujnie przez dżunglę, posuwamy się cały czas w odległości nie mniejszej niż pięć metrów jeden za drugim, ażeby znów nie stać się łatwym celem. Ommundsen maszeruje ostatni i ma oko na tyły, na wypadek gdyby ktoś szedł za nami, ale tak nie jest, nie tym razem. W tym lesie panuje teraz grobowa cisza, również w tej jego najciemniejszej i najbardziej zarośniętej części, do której prawie nigdy się nie zapuszczamy, gdzie w zasadzie nikt nie wchodził od dwudziestu pięciu lat, a paprocie i inne rośliny sięgają nam do pasa, wijąc się wokół martwych i umierających drzew, które nie mają dostatecznej ilości światła czy siły, żeby dalej żyć, i dochodzimy aż do pustego betonowego zbiornika na wodę, ogromnej kolistej konstrukcji, częściowo wkopanej w ziemię, z dnem i ścianami porośniętymi mchem, z bakteriami i trawą przeciskającą się przez szczeliny. Rzadko tu przychodzimy, bo do rezerwuaru łatwiej wpaść niż z niego wyleźć, no i krążą różne plotki o tym, co znajduje się wewnątrz dwóch wielkich rur drenażowych, których czarne otwory były kiedyś przesłonięte ochronną kratą, ale już nie są.
Ommundsen podchodzi do nas.
- I co myślicie? - pyta.
Kręcę głową.
- Tu ich przynajmniej nie było - mówię.
- Tego nie możesz wiedzieć - stwierdza Ommundsen, zmrużonymi oczami wpatrując się w las.
- Zauważylibyśmy zdeptaną trawę - tłumaczy Stig. - Tylko my tu jesteśmy.
- Może poszli do silosów - podsuwam. - Do fabryki.
Stig się zastanawia.
- Możliwe. Andri?
- Zgadzam się, do fabryki. - Stara się ukryć, że sprawdza, która godzina.
- Okej - mówię i kucamy w wysokiej trawie, żeby nie było nas widać w czasie omawiania planu, o którym myślałem całymi dniami, wyczekując okazji dokładnie takiej jak ta. Taktyka polega na podzieleniu się na dwie grupy, gdy tylko dotrzemy do północnej strony budynku. Ja i Andri wejdziemy przez otwarte okno po zachodniej stronie, natomiast Stig zabierze Ommundsena i Torego za róg i wejdą głównym wejściem od wschodu. Jeśli napotkają opór z prześwitu między dwoma silosami po drugiej stronie drogi, Andri i ja natychmiast ruszymy im z odsieczą przez budynek; podobnie grupa Stiga będzie mogła wedrzeć się od wschodu, jeśli moja grupa wpadnie w tarapaty po naszej stronie. Żaden z pozostałych nie ma pojęcia o stronach świata, więc kiedy kończę tłumaczyć, muszę przerobić to wszystko jeszcze raz, teraz używając nieco nudniejszych określeń, takich jak "prawo" i "lewo". Stig bębni palcami o swoją strzelbę i chwilę się zastanawia.
- Jest ryzyko, że na parterze dostaniemy się pod ogień krzyżowy - stwierdza. - Jeśli czekają na nas w środku, gdzieś bardziej w głębi.
- Rzeczywiście.
Ale to jedyny plan, jaki mamy.
- Didi mau - mówię.
Mniej więcej dwadzieścia minut później, nie dlatego, żeby odległości tu, gdzie się bawimy, były szczególnie duże, tylko dlatego, że posuwamy się tak cicho i w takim skupieniu, na jakie nas stać, przejęci tym, żeby nie zaszeleścić sprzętem i nie wytwarzać niepotrzebnych dźwięków - odebraliśmy bowiem brutalną nauczkę, że to może skutkować niewidzialną kulą w tył głowy szybciej, niż nam się podoba - wychodzimy z lasu i wkraczamy na żwirową ścieżkę prowadzącą na otwarty skrawek trawy, który musimy sforsować, pozostając niezauważeni, bo tutaj wróg nie miałby najmniejszego problemu, żeby wystrzelać nas wszystkich po kolei; stąd już widzimy wieże silosów i kompleks fabryczny z wysokim szarym budynkiem pokrytym graffiti i wyglądającym jeszcze okropniej, niż go zapamiętałem. Cicho tutaj. Ani powiewu wiatru, ani żadnego szczekającego psa, ani szumu bodaj jednej fali z fiordu (dzisiaj nazywamy go Rzeką Perfumową). Nic do nas nie dociera. Żadnych samochodów. Ludzie grillują albo są na Morzu Północnym. Ludzie czekają, aż skończą się długie szkolne wakacje i życie powróci na swój zwyczajny męczący i powtarzalny tor. Ale kiedy biegniemy w stronę północnej ściany budynku i tam przyciskamy się do muru, a ja daję sygnał, że mamy się rozdzielić na dwie grupy, wydaje mi się, że nieco dalej słyszę wymianę strzałów, a B-52 z dużej wysokości zrzuca ładunek, od którego ziemia pod nami drży. Jest lato, środek dnia, ale to zarazem styczeń 1968 roku, Tet, Rok Małpy, jest wieczór i Hue płonie, wszędzie czuć zapach dymu; musimy walczyć, żeby przesuwać się od domu do domu, z ulicy na ulicę, Andri idzie za mną, kiedy wdrapuję się na beczkę po oleju pod otwartym oknem i włażę do zapleśniałego zawilgoconego budynku biurowego z paskudną piwnicą, do której żaden z nas nie odważył się zapuścić. Stoimy obok siebie, wstrzymujemy oddech, plecami przyciśnięci do ściany. Bezdźwięczność tutaj jest jeszcze bardziej dojmująca niż na zewnątrz, chyba za sprawą światła, tych kilka promieni przedzierających się przez brudne zakurzone okna, których jeszcze nie wybito, dławi większość dźwięków. Na podłodze leżą butelki po piwie, potłuczone; nie my pierwsi tu przyszliśmy. A potem główne drzwi powoli się otwierają i ukazuje się Stig, patrzy na mnie i czeka na mój sygnał. Gestem daję mu znak, żeby wszedł, i stajemy za dwoma filarami na środku pomieszczenia.
- Tu też nikogo nie ma - szepcze do mnie Stig. - Co robimy? Chcesz iść dalej?
- Chodźmy do góry, na piętra.
Stig patrzy na schody. Nigdy nie byliśmy wyżej niż na drugim, każde piętro sprawia wrażenie jeszcze straszniej opuszczonego niż poprzednie. Dziś może być ten dzień, kiedy będziemy musieli wejść na piąte.
- Idź pierwszy - mówi Stig.
- To ty jesteś point manem - protestuję.
- Już nie - odpowiada. - Nie tutaj.
Poruszamy się. Poruszamy się niechętnie. Idę przodem, jeszcze bardziej niechętnie, po schodach z betonu, stopnie tu i ówdzie są uszkodzone przez ciężkie obiekty, które tędy zrzucano albo ściągano, więc na poszczególnych stopniach kawałki betonu są mniej lub bardziej pokruszone, przez co schody przypominają paszczę z kolejnymi rzędami ostrych krzywych zębów. Nie istnieje nic oprócz wydawanych przez nas odgłosów. Oprócz naszych oddechów, kiedy posuwamy się krok za krokiem, przenosimy ciężar z nogi na nogę, wchodząc po schodach, najpierw na pierwsze piętro, na którym pomieszczenia wydają się równie opuszczone jak na parterze; i idziemy wyżej, na drugie, trzecie piętro, czwarte, coraz wolniej i coraz bardziej skoncentrowani, jakbyśmy właściwie stali nieruchomo i ktoś powoli wciągał nas na górę. Nie byliśmy tu wcześniej, nie wchodziliśmy tak wysoko do tego budynku, zresztą mało kto mógł tu być; jest jeszcze ciemniej niż na dole, ale kiedy oczy przyzwyczajają się do półmroku, widzimy, że pomieszczenia tutaj nie są podobne do tych, z których przyszliśmy. Nie ma walających się papierów, meble nie są poprzewracane, z szafek kartotekowych nie powyciągano szuflad i nie porozrzucano ich dookoła. Okien nie powybijano. Gruba warstwa kurzu na podłodze, z dyskretnymi krzyżującymi się śladami gryzoni, które po niej biegały; wszędzie leżą szczurze gówna. Żaden z nas nie chce iść na samą górę, na piąte piętro. Starsza młodzież z sąsiedztwa wbijała nam do głów od chwili, gdy odkryliśmy te opuszczone budynki: "Trzymajcie się z dala od piątego piętra". Żaden z nas nie był w stanie uzyskać jasnej odpowiedzi, dlaczego akurat tego nakazu należy bezwzględnie przestrzegać, chociaż pytanie padało wielokrotnie, a takich, którzy twierdzili, że weszli na samą górę, było więcej niż to prawdopodobne. Niektórzy mówili, że podłoga na górze jest drewniana i zupełnie przegniła od wilgoci, więc istnieje ryzyko, że się zapadnie i człowiek wyląduje w wewnętrznym silosie, gdzie są wyłącznie wysokie gładkie ściany i nie ma żadnego wyjścia; inni twierdzili, że ktoś tam mieszka, narkomani od dawna zajmują to piętro i nie bardzo lubią jakiekolwiek wizyty, albo że istnieje zapieczętowane pomieszczenie, w którym Niemcy przechowywali pojemniki z cyklonem B, te puszki z upływem lat zardzewiały z powodu deszczu padającego przez dziury w dachu, a zawierają śmiertelnie trujący gaz. Mówiło się także, przynajmniej jedna osoba tak twierdziła, że nad piątym piętrem jest jeszcze poddasze oznakowane jako "BIURO" i że tam człowiek staje twarzą w twarz z Szatanem.
- Muszę wracać do domu - szepcze Andri.
- Zaraz - odpowiadam.
Wchodzimy na górę po ostatnich schodach, ponieważ lato już prawie minęło. Idziemy we trzech, Stig, Andri i ja, natomiast Ommundsen i Tore odmawiają, zostają na czwartym piętrze na czatach, gdyby ktoś miał nadciągnąć z dołu, i jestem dumny z Andriego, że jeszcze nie poszedł do domu, tylko ciągle nam towarzyszy, bo on jest z nas trzech najgrzeczniejszy, ale nie najodważniejszy. Wiem, że w nocy będzie mu się to śniło, i dlatego następnego dnia opowie o wszystkim matce, bo za najprzyjemniejsze na świecie uważa te chwile, kiedy matka widzi, że on się boi, i zarzuca na niego koc gaśniczy czułości, pocieszając go w sposób czyniący ją zupełnie niepodobną do niej takiej, jaką ją znamy, a przynajmniej niepodobną do żadnej z naszych matek; Andriemu przyda to na parę dni poczucia niezwyciężoności, chociaż z pewnością zapłaci za to zakazem wchodzenia do tego budynku, czego i tak by mu zakazała, gdyby wiedziała, że mamy takie plany.
Nie wiem, czego się spodziewałem, na spotkanie z czym szykował się każdy z nas po dojściu do szczytu schodów i postawieniu stopy na piątym piętrze. Ale tu na górze nie ma żadnego diabła, a przynajmniej go nie widać. A posadzka jest betonowa, nie ugina się. Żadnych zamkniętych na klucz pokoi wypełnionych gazem, żadnych bardziej martwych niż żywych narkomanów w kałuży zużytych strzykawek, odchodów i podartych śpiworów. Jest za to mnóstwo ptasich piór i gołębich kup, co tłumaczą trzy duże dziury w dachu, przez które wpada ciepłe światło słońca, zalewając blaskiem większą część tego piętra. Oprócz tego: nic. Żadnego mebla, żadnych drzwi, żadnej szafy i żadnych papierów. Pokryta kurzem podłoga ze śladem tylko jednej pary adidasów, które po niej przeszły w jedną stronę i zawróciły, bez żadnego dramatyzmu; nie mamy pojęcia, do kogo mogły należeć, wiemy tylko, że wielu ogłosi się właścicielem tych butów, jeżeli komukolwiek o nich wspomnimy.
- To już wszystko? - pyta Andri, niemal rozczarowany.
Stig wzrusza ramionami i mówi coś w rodzaju "na to wygląda". Robi kilka kroków wzdłuż tamtych śladów. Jest drugim człowiekiem na Księżycu.
Zaczyna do nas docierać, że zostaliśmy oszukani i że Wietkongu w ogóle nie ma w tym budynku, co mnie wkurza, bo teraz będziemy musieli poświęcić resztę dnia na szukanie przeciwników. I nie tylko o to chodzi, bo starcie tu, na górze, na którymś z najwyższych pięter, byłoby prawdziwym wielkim finałem, na jaki zasługuje ta długotrwała wojna. Teraz nic z tego nie będzie, tak się dzieje, kiedy osoby bez pojęcia zaczynają improwizować, a tym samym zmieniają zasady gry. Wszyscy wiedzą, że ta fabryka to kwatera główna, rozmawialiśmy o tym i walczyliśmy tu już wiele razy wcześniej; wszyscy byli zgodni co do tego, że ten, kto uzyska kontrolę nad fabryką, wygra. A oni mimo wszystko to olali, poszli gdzie indziej, mogli nawet wrócić do domu, skąd mam wiedzieć, to typowe dla Stracha, mógł przekonać całą bandę tylko po to, żeby nam dokuczyć i nie pozwolić wygrać.
- A jeśli oni poszli do domu? - mówię, kopiąc zaschniętą gołębią kupę po podłodze.
- Raczej nie - odpowiada Stig.
- No to wygraliśmy - oświadcza Andri. - Bo skoro ich tu nie ma, no to wygraliśmy. Tak to ma być. Znaczy, że oni katipu... kaputi...
- Skapitulowali - mówię.
- No właśnie.
- W takim razie głupio zrobili - stwierdza Stig.
Wszystko zmierzało właśnie do tej chwili, wszystko. Jesteśmy nawet na piątym piętrze, i co z tego: nic. Zasrany koniec wakacji.
- Spadamy - decyduję i nagle wpadam na pewien pomysł, na pomysł wynikający z dobroci, jak sądzę: - Nie mówcie Ommundsenowi i Toremu, że tu nie ma nic oprócz ptasiego gówna.
- Dlaczego? - dziwi się Andri.
- Ponieważ to zniszczy całe to miejsce - odpowiadam.
Stig schodzi po schodach pierwszy, idę za nim i już na długo, zanim dotrzemy do najniższego stopnia, dwaj pozostali żołnierze zaczynają marudzić.
- Nie ma Wietkongu - mówi Stig, kręcąc głową.
- Ale... co tam widzieliście? - chce wiedzieć Ommundsen. - Był tam ktoś jeszcze?
- Weszliście do Biura? Znaleźliście te zamknięte drzwi?
Patrzą na Andriego, któremu w znakomity sposób udaje się taka mina, jakby właśnie doświadczył czegoś najgorszego w życiu.
- No powiedzcie coś! - prawie krzyczą.
- Tego, co widzieliśmy... - zaczynam, a Stig musi się odwrócić, żeby ukryć uśmiech. - Tego, co zobaczyliśmy, nie da się opisać. Po prostu przysięgnijcie mi, że nigdy tam nie pójdziecie. Nigdy. Okej?
Z wahaniem, niechętnie składają przysięgę.
- Ale możecie przynajmniej powiedzieć, jak to wyglądało tam, na górze? Dlaczego było tak strasznie, że nie chcecie nawet o tym mówić?
- Bo tam na górze zobaczyliśmy śmierć - oświadcza Stig z nagłą powagą. To imponujący widok. - I widzieliśmy naszą własną śmierć, taką, jaka będzie, którego dnia i w którym roku. Andri nie dożyje starości.
Znów patrzą na Andriego, którego twarz już nie symuluje strachu. To, co przed chwilą powiedział Stig, wydaje się tak wiarygodne, że Andri już sam nie wie, w co wierzyć, wierzy więc w najgorsze, poza tym zawsze się bał, że umrze młodo, podobno w jego rodzinie nie ma długowiecznych.
- Idziemy do domu - mówię i zaczynam schodzić do wyjścia. Reszta rusza za mną.
Tym, co się wydarza i co musi się wydarzyć, nawet jeśli nie z innych powodów niż ten, że dzieciństwo jest nieskończoną falą niespodzianek, nieoczekiwanych, niezrozumiałych zdarzeń z nieprzewidywalnymi i niejasnymi konsekwencjami, jest to, że P., Strach, Petter, Kuddi, Lasse i Rolf - sześciu członków bardzo lokalnej frakcji Wietkongu - ze swojej wygodnej kryjówki w przybudówce obok wież silosów po drugiej stronie ulicy widzieli, jak ja i moi żołnierze zajmujemy szary główny budynek, a następnie wykazując się prawdziwym talentem taktycznym - co jest zarazem znakomitym przykładem wyjątku potwierdzającego regułę - czekali w ukryciu dostatecznie długo, aż zyskali pewność, że ruszyliśmy na górę, wtedy sami weszli do budynku głównym wejściem i rozmieścili się odpowiednio do wykonania dobrze zorkiestrowanego ataku z zasadzki - nie na parterze, gdzie mogli mieć powody do obaw, że znów wykażemy się czujnością przeciwko właśnie czemuś takiemu jak to, lecz na pierwszym piętrze, gdzie wciąż spodziewamy się spokoju i nie przerywamy gadania, nonszalancko schodząc po schodach z czwartego, trzeciego, drugiego piętra, dumni i wielcy we własnych oczach po odwiedzeniu osławionego ostatniego piętra i ujściu stamtąd z życiem. Ten atak z zasadzki reprezentuje pod każdym względem szkolny przykład prowadzenia działań wojennych w wieku przednastoletnim, można zatem powiedzieć, że wykonali kawał dobrej roboty.
Najpierw pojawia się dźwięk. Piekielny wrzask i wycie sześciu miniaturowych żołnierzy Wietkongu, którzy jednym ruchem podrywają się ze swoich strategicznie rozlokowanych kryjówek za biurkami, szafami i pudłami w półmroku pod północną i zachodnią ścianą pierwszego piętra, akurat w chwili, gdy odwróciliśmy się do nich plecami, gotowi do zejścia po ostatnim odcinku schodów, zaskakując i dezorientując nas tak bardzo, że gwałtownie się zatrzymujemy, zbijamy w gromadę i odwracamy w stronę źródła dźwięku. Wtedy lecą balony wodne. I czy rzeczywiście są w nich kocie odchody, czy nie, zostaje zredukowane do kwestii formalności i technikaliów - bo zarówno zapach, kolor, jak i konsystencja tej cieczy, która się na nas wylewa, kiedy panicznie chwytamy się siebie nawzajem, żeby się rozepchnąć i schować przed ostrzałem, nie pozostawia żadnych wątpliwości: to jest g ó w n o. Dalej wszystko dzieje się szybko. Strach unosi swój granatnik do strzału, podczas gdy Stig gorączkowo opróżnia cały wyimaginowany magazynek, strzelając na oślep; ja trafiam Lassego, który zwala się na ziemię, a w ślad za nim idzie Andri - wcale nie został zastrzelony, tylko ciało wydaje mu polecenie "padnij plackiem", bo podłoga wygląda na najbezpieczniejsze miejsce; Ommundsen i Tore osłaniają się najlepiej, jak potrafią, ale z marnym skutkiem, ponieważ jesteśmy wewnątrz budynku, i Strach wystrzeliwuje pocisk, który zgodnie z wszelką ludzką logiką powinien sprzątnąć nas wszystkich, łącznie z nim, z powierzchni ziemi, ale najwyraźniej zaczęły obowiązywać inne reguły gry, bo po śmierci nikt już nie liczy dłużej niż do dziesięciu, jeśli w ogóle znajdzie na to czas, nim znów się poderwie, i nikt już nie wie, kto żyje, a kto zginął, i kto wygrywa, i właśnie w tym chaosie, kiedy Petter dalej strzela, chociaż już dawno powinien przeładować broń, i Strach toruje sobie drogę wzdłuż zachodniej ściany, żeby obejść schody i zaatakować od wschodu, i Stig krzyczy zrozpaczony, i P. zaczyna rzucać w nas papierami, tekturowymi teczkami, a za chwilę również krzesłami i innymi elementami wyposażenia, i Tore przemienia jedno z biurek w taran, i wtedy właśnie ja, bez zastanowienia, łapię za gaśnicę wiszącą na jednym z filarów w pomieszczeniu, wyciągam zawleczkę, kieruję dyszę wylotową w ogólny kierunek wroga otaczającego nas teraz ze wszystkich stron, naciskam dźwignię i z przerażającym wrzaskiem zadymiam całe piętro, znikamy sobie nawzajem z oczu w delikatnym białym proszku, ale walczymy dalej, krzyczymy, nawołujemy się, ktoś wrzeszczy "Stop!", ale nikt się nie zatrzymuje, i nie widzimy siebie, i wydaje mi się, że mam Stracha z lewej strony, i że łapię go za ramię, i w tej samej sekundzie słyszę metaliczny dźwięk kolejnego odbezpieczania broni gdzieś w pobliżu, a potem huk jakby petardy, ale biały dym wali wprost na nas i miesza się z chmurą z gaśnicy proszkowej, jest czymś zupełnie innym, piecze w oczy, w całą twarz, nie mogę oddychać, mam uczucie, jakbym tonął, ślina spływa mi z ust, z nosa cieknie i rozpaczliwie szukam drogi do wyjścia, ale nic nie widać, nie można się w niczym zorientować, więc wystrzeliwuję resztę proszku z gaśnicy na chybił trafił wokół siebie, tracę podparcie pod nogami, potykam się i lecę do tyłu, a w tym zamieszaniu możliwe, że ktoś mnie trąca, nie wiem, ale zostaję popchnięty albo pociągnięty w stronę jednego z wybitych okien i w następnej sekundzie, która rzeczywiście jest sekundą, lecz zdaje się trwać godzinami, unoszę się w powietrzu poza szarym głównym budynkiem i wymachując rękami, spadam z pierwszego piętra i ląduję z rękami na gaśnicy, czemu towarzyszą mdlące, zaskakująco głośne trzaski obu moich pękających obojczyków i nadgarstków, pod powiekami wybuchają wspaniałe fajerwerki, a odłamki kości wciskają zakończenia nerwowe jeszcze głębiej w ciało.
Obracam się na plecy i mam jeszcze, o dziwo, czas, żeby się ucieszyć na widok chinooka z Helikopter Service lecącego po błękitnym jak farbka niebie, który kieruje się z pewnością na Morze Północne, ale w moim świecie to transport oddziałów w przestrzeni powietrznej nad Hue. Potem gdzieś z daleka słyszę kaszel i odgłosy wymiotów, i stóp zbiegających po schodach, i kogoś próbującego wołać mnie po imieniu. Nie widzę ich, kiedy przybiegają, zamknąłem już oczy, siatkówka mi płonie, tak samo twarz i płuca, i skóra, i nie jestem w tym jedyny, wszyscy żołnierze, którzy zataczając się na nogach, wychodzą z budynku, żeby mnie obejrzeć, są najwyraźniej wytrąceni z równowagi - jak będzie opowiadał Stig - idą zgięci wpół, z trudem łapią oddech i w sposób niekontrolowany spluwają, bo ktoś, ktoś tam na górze, na pierwszym piętrze rzucił granat łzawiący, o którego pochodzeniu będziemy dyskutować jeszcze przez wiele miesięcy (wszyscy zamieszani będą uparcie zaprzeczać, że go przynieśli, oczywiście dotyczy to również tego, który go miał, obojętnie, kto to był, to pytanie pozostanie bez odpowiedzi oprócz negacji: "To nie był Szatan") i wszyscy będziemy zgodni co do tego, że wybuch tego granatu w całym swoim okropieństwie stanowił punkt kulminacyjny; tym, którzy będą chcieli słuchać, i tym, którzy słuchać nie będą chcieli, będziemy opowiadać, jak nieznośne było przebywanie w tym pomieszczeniu, i z każdą taką opowieścią przesada będzie jeszcze narastać, i wszyscy będziemy zgodni co do tego, że jednak nie chcielibyśmy, aby to przeżycie nas ominęło, gdyż oznaczało, że naprawdę byliśmy na wojnie, a gaz łzawiący jeszcze przez wiele dni tkwił w naszych ubraniach, aż do czasu, gdy ojcowie wrócili z morza do domu i z rezygnacją poinformowali nasze matki o konieczności wietrzenia naszych zainfekowanych ubrań i prania ich osobno, ażeby cząsteczki gazu nie przeniosły się na czyste rzeczy, a przyczyną naszych głośnych protestów za każdym razem, gdy stawaliśmy pod prysznicem, była dokonywana przez wodę reaktywacja gazu, którego pełne były nasze włosy; więc znów spływał do oczu, nosa i ust, poza tym nie mieliśmy dość rozumu, aby starać się jak najdłużej wstrzymywać oddech, tylko szamotaliśmy się gorączkowo, rozrzucając w ten sposób maleńkie cząsteczki po całej łazience, aż w końcu ojcowie ze śmiechem, lecz jednocześnie poirytowani, musieli włączyć się do akcji w łazience, obwiązać sobie twarze chustkami skropionymi cytryną i rzucić się na synów z mydłem i ścierkami, i szorować aż do skurczów w rękach, dopóki każda najmniejsza cząstka tej wysoce skutecznej substancji chemicznej nie została usunięta.
Według pierwszego debriefingu, jaki Andri, ja i Stig organizujemy w moim pokoju kilka dni później, kiedy leżę w łóżku i czekam, aż czas zacznie płynąć szybciej, żebym mógł dostać kolejną porcję środków przeciwbólowych, zanim Andri opowie, jak wyglądał początek roku szkolnego i kto w ciągu lata się zmienił, kto się z kim zaprzyjaźnił, kto z kim pokłócił, a kto jest nie do poznania, można go więc poniekąd uznać za całkiem nową osobę, i jak wygląda nasza nowa klasa w porównaniu z tą poprzednią, zajmowaną przez dwa ostatnie lata, i które dziewczyny są właściwie o wiele ładniejsze, niż je zapamiętaliśmy z ostatnich dni czerwca, i z którymi w tym roku należy zacząć chodzić, bo piąta klasa, tak on przynajmniej to widzi, to właściwa pora, żeby zacząć, i zanim Andri pokaże nam wyrysowany poprzedniego wieczoru schemat z naszymi imionami w jednej kolumnie i z imionami dziewczyn wchodzących w grę w drugiej, z całym mnóstwem powiązań krzyżowych, priorytetów i wyliczeń prawdopodobieństwa w różnych skoordynowanych kolorami paralelnych systemach, które mają nam ułatwić podjęcie decyzji a) w kim się zakochamy, oraz b) u kogo będziemy mieć największe szanse; tak więc przed tym wszystkim mówią mi, że to Stig biegiem pokonał całą drogę od silosów do naszego domu, tam szybko trzy razy wcisnął dzwonek, a w końcu sam otworzył drzwi, bo nie miał cierpliwości albo nerwów, żeby dłużej czekać, chociaż nie mogło minąć wiele sekund, zanim mama się stawiła i z miną będącą zapewne pomieszaniem rezygnacji - "wiedziałam-że-coś-się-stanie" - i ostrego lęku wysłuchała raportu sytuacyjnego Stiga, po czym poświęciła czas, żeby wezwać karetkę i wyjaśnić okoliczności, a następnie wskoczyła na rower i popedałowała za Stigiem, który znów biegł najszybciej, jak potrafił, z powrotem na miejsce wydarzeń, gdzie leżałem mniej więcej tak samo, jak mnie zostawił, tylko krzyczałem tak głośno, że zacząłem tracić głos, ponieważ gaz łzawiący palił mnie w oczy i nie mogłem się powstrzymać przed ich tarciem (co tylko pogarszało sprawę), a każdy ruch sprawiał, że w ogniu ponownie stawały nerwy, kiedy potrzaskane kości ocierały się o nie z nadzieją, że pójdę po rozum do głowy i przestanę się ruszać.
Dalej nic nie pamiętam.
Ani karetki, która przyjechała, ani przejazdu nią, chociaż bardzo chciałbym to zapamiętać, ponieważ zawsze marzyłem o zobaczeniu, jak karetka wygląda w środku. Przypominam sobie tylko, że mama patrzyła na mnie i gładziła mnie po głowie, ale nie potrafię powiedzieć, czy to było w drodze do szpitala, czy już potem, kiedy zawieziono mnie do jakiegoś pokoju, gdzie czekałem całą wieczność, zanim ktoś po mnie przyszedł, powiózł dalej przez oddziały niczym trofeum na defiladzie; nie zorientowałem się, że zrobili nacięcia pod każdym obojczykiem, nie dotarło do mnie, że zamocowali klamry do ran i wcięli się głębiej do odsłoniętych obojczyków, ścisnęli je i połączyli dwiema stalowymi płytkami, wyborowali dziurki i wszystko to skręcili, pozszywali mnie i zapakowali mi ręce w gips. Nie doświadczyłem tego, że skończyli i odeszli, żeby zdjąć gumowe rękawiczki i wysterylizować narzędzia, a mnie w tym czasie przewieziono na oddział pooperacyjny, wszystkiego tego dowiedziałem się dopiero później, czytając broszurkę, którą dali mi do domu; wszystko to tylko sobie wyobrażam za każdym razem, kiedy wodzę palcem po obojczyku od spodu i wyczuwam pod skórą gładką stal.
Dobrze natomiast pamiętam niezmąconą radość, jaką poczułem, leżąc w szpitalnym łóżku, przy mnie rodzice i moja siostra Ulrikke, która przytrzymywała białą szpitalną słuchawkę telefoniczną przy moim uchu, kiedy zadzwonił Stig, żeby powiedzieć to, co mnie samemu już wcześniej przyszło do głowy: "Zostałeś ranny w walce" - stwierdził w zamyśleniu. Nawet kiedy dziś pomyślę o tej rozmowie telefonicznej, właśnie to wywołuje na mojej twarzy uśmiech, ta wypowiedź z pełną powagą, jakby nie było co do tego najmniejszych wątpliwości ani powodu do żartów. "Jesteś teraz weteranem wojennym. Wszyscy nimi jesteśmy, ale ty odniosłeś ranę za milion dolarów. Dostaniesz za to Purple Heart". Pamiętam, jak mówił, że wygraliśmy wojnę, podobno nawet Strach się z tym zgadzał. Walczyliśmy ostro i dzielnie, no i wygraliśmy. Zasłużyliśmy na powrót do domu. The horror - szepnąłem do słuchawki, ale nie wiem, czy Stig już się wtedy nie rozłączył ani czy powiedziałem to dostatecznie głośno, żeby mnie usłyszał - the horror.
Już nigdy więcej nie bawiliśmy się w wojnę.
No cóż, mógłbym powiedzieć, że problem powstały niczym kilwater moich obrażeń sprawiał, że niemal wszyscy, których znałem w szkole - i całe mnóstwo takich, których nie znałem - zadawali mi to samo pytanie, a mianowicie: "Jak sobie radzisz z t y m?", przez "to" mieli na myśli sranie bez pomocy rąk, i każdy, kto pytał, doskonale wiedział, jaka będzie odpowiedź, na długo przed tym, zanim się zebrał i je zadał, wszyscy chcieli tylko usłyszeć to ode mnie, ażeby mogli sobie pozwolić na okazanie szoku i powiedzenie czegoś w rodzaju "ja bym się na to nigdy nie zgodził", nie musząc zastanawiać się nad tym, że również oni, znalazłszy się w takiej sytuacji, w jakiej ja się znajdowałem, nie mogliby cieszyć się z luksusu zgadzania się lub niezgadzania się na coś, również oni wszyscy, każdy co do jednego, musieliby się odnosić do rzeczy najzupełniej podstawowych; mógłbym powiedzieć, że logistyka cielesna była najgorszym, co mnie spotkało w tych dniach, o których mówię, i z całą pewnością mógłbym na jakiś czas zapewnić wam wszystkim rozrywkę, opowiadając o tym, co chcielibyście usłyszeć, a mianowicie, jaką traumą było pozwolenie rodzonej matce (ojciec odmówił i optował za zatrudnieniem kogoś w rodzaju pomocy domowej) na trzymanie twojego członka, jakby się było niemowlęciem w pieluchach, w dodatku kilka razy dziennie, i o absurdzie polegającym na tym, że za każdym razem matka upierała się, żeby także mnie umyć ręce (to znaczy końce palców), chociaż nawet się do niego nie zbliżyłem, i o tym, jak cały czas wzbraniałem się przed pójściem do ubikacji i przed pierwszym razem wstrzymywałem się przez kilka dni, aż w końcu dostałem takich boleści, że musiałem się poddać, oraz że za każdym razem, kiedy stałem pochylony w łazience, żeby mama mnie podtarła, odbierałem to jako niekończący się koszmar.
Ale tak naprawdę wcale nie było tak źle. Ponieważ moja matka ma naturalny i niemal wręcz przyjazny stosunek do wszystkiego, co organiczne, i ponieważ znajdujemy się w sytuacji, której żadne z nas sobie nie życzy, lecz której także nie możemy uniknąć, i dlatego musimy odnosić się do niej wspólnie, współpracując, w łazience rodzi się między nami zupełnie wyjątkowa forma bliskości, szczególna intymność, która nie dotyczy tego, co robimy (to znaczy robi ona), tylko nas. W tej łazience, daleko od salonu, w którym siedzą tata i Ulrikke, i od ulic, na których życie toczy się utartym torem, mama i ja rozmawiamy ze sobą dużo więcej niż dawniej; w łazience jest czas i przestrzeń dla niej, może mówić o tym, o czym myśli, o swojej pracy, koleżankach i wszystkim tym, co ją zajmuje i co w zbyt małym stopniu ma okazję opowiedzieć tacie w ciągu tych kilku godzin, kiedy on jest w domu, a nie łączą jej dostatecznie bliskie związki z innymi matkami, żeby się tym z nimi podzielić. Opowiada o tym, czego się boi i co ją cieszy, a ja cierpliwie siedzę na toalecie z rękami przed sobą i czasami staram się przeciągnąć to jak najdłużej, żeby dać jej przestrzeń, możliwość powiedzenia tego, co ma potrzebę powiedzieć, komuś, komukolwiek, zanim sam otworzę usta i oznajmię: "Chyba już". A jednak ona nie mówi mi o najważniejszym, o tym, co zajmuje większość jej umysłowych możliwości i krąży jej po głowie z tak gwałtowną prędkością, że gdyby dało się zajrzeć wprost do jej mózgu, można by zobaczyć iskry, i co od blisko dwóch lat nabiera pędu, aż w końcu decyzja, której za i przeciw nieustannie waży, zostaje podjęta i zaczyna być wdrażana, nieodwracalnie, a kiedy wreszcie i ja o tym usłyszę - to znaczy podsłucham pewnego wieczoru - też nie mam odwagi jej o to spytać. Ale w duchu nienawidzę jej za to milczenie, które przesłaniała całą tą swoją paplaniną.
To najgorsze zdarzenie od czasu wojny: jest jeden z ostatnich dni przed zdjęciem gipsu (z podpisami na każdym skrawku wolnego miejsca, imiona chyba wszystkich uczniów ze szkoły Gausel są kreatywnie ułożone wokół słów CHARLIE DON'T SURF! i I LOVE THE SMELL OF NAPALM IN THE MORNING, które Andri pewną ręką grubym czarnym flamastrem wypisał odpowiednio na prawej i na lewej zagipsowanej ręce, wcale nie dlatego, że te cytaty są mu jakoś bliskie, on po prostu w przeciwieństwie do Stiga ma piękny charakter pisma, no a ja, cóż, sam nie mogę sobie tego napisać), nastał już wrzesień, wkrótce znów będę sobą, zdejmą mi gips i odzyskam ręce, przestanę być zależny od Stiga, który na lekcjach przewraca mi kartki w podręcznikach, i od przecenianej dobroci wuefisty, który zyskał niezasłużone uznanie ze strony innych nauczycieli za "dostosowanie programu" specjalnie dla mnie na kilka tygodni, podczas gdy pozostali chłopcy z klasy wspinali się po linie, skakali przez kozła, grali w dwa ognie i nie wiem, co jeszcze, naprawdę nie wiem, co jeszcze, bo ów "dostosowany program" (właściwie nikt nie wypytał wuefisty, na czym dokładnie rzecz polega, po prostu przyjęto za oczywiste, że wraz z magicznymi słowami "dostosowany program", kierując się długim i imponującym doświadczeniem zawodowym, jak również biorąc pod uwagę moje tymczasowo zredukowane możliwości poddania się wychowaniu fizycznemu, przygotował dla mnie odpowiednio stymulujące, a zarazem możliwe do wykonania ćwiczenia) polegał wyłącznie na wtaczaniu telewizora z odtwarzaczem wideo na scenę w sali gimnastycznej i sadzaniu mnie na krześle, żebym oglądał czterogodzinny film Dziesięcioro przykazań Cecila B. DeMille'a z Charltonem Hestonem w roli Mojżesza, i to nie jeden raz, lecz dwa, ponieważ, jak stwierdził i wcale tego nie ukrywał, dopiero będąc misjonarzem na Madagaskarze - przeszłość tę dzielił z zaskakująco dużą liczbą nauczycieli w tej oprócz tego bardzo przeciętnej publicznej, a przede wszystkim świeckiej szkole - zrozumiał, że "Przesłanie Biblii tkwi w szczegółach. To doprawdy imponujące móc wyłącznie za sprawą wiary doprowadzić do tego, że morze się rozstąpiło, nie sądzisz?". Zadaje mi to pytanie, klęcząc przede mną w obcisłych szortach podkreślających więcej niż jedwabiście gładkie nogi, które raz na dwa tygodnie goli, aby móc dalej popisywać się w szkolnej drużynie pływackiej oldboyów w każdy czwartek w Hetlandshallen. Charlie don't surf - odpowiadam. Ale on nie oglądał Czasu apokalipsy.
Siedzę na ławce w szatni, podczas gdy inni biorą prysznic. Para unosząca się w pomieszczeniu nieco zmiękcza gips i pozwala mi odrobinę poruszyć nadgarstkami, nie jest najgorzej. Obojczyki też już mnie prawie nie bolą. Andri i Stig na zmianę zanoszą mój plecak do domu po szkole, niosą go na brzuchu, a rowery prowadzą obok mnie. Myślę, że oni też się cieszą, że w końcu odzyskam ręce. Wkrótce zrobi się zimno, będzie mróz i ślizgawica na ulicach, jeszcze parę miesięcy i rowery trzeba będzie zaparkować aż do wiosny. Ale na razie ciągle jeszcze mamy to szczęście, że wkrótce odzyskamy swoje dawne ja i będziemy mogli wdrożyć system Andriego. Dziewczyny. My. Piąta klasa. Poprosimy rodziców, żeby pozwolili nam pójść na dyskotekę dla młodzieży w szkole Godeset, ale najpierw musimy nauczyć się tańczyć, bo tańczyć nie umiemy inaczej niż tak, jak ten gość na wideoklipie do ulubionego przez nas wszystkich utworu Beds Are Burning, a za to tylko by nas stamtąd wyrzucili, z całą pewnością. To zresztą nie ma żadnego znaczenia, Andri raczej nie dostanie pozwolenia, Stig najprawdopodobniej będzie musiał zapytać ojca, kiedy ten następnym razem wróci z Morza Północnego i będzie we właściwym humorze na zadawanie mu takich pytań, a poza tym z całą pewnością Stig musiałby zaakceptować, że zostanie odebrany spod dyskoteki najpóźniej o wpół do dziesiątej, co tym samym w jego opinii wyklucza takie wyjście, no a ja nie mam ochoty iść sam, ale to nic nie szkodzi, przynajmniej na razie, nie tego dnia, kiedy pozostało już tak niewiele czasu do chwili, kiedy znów będę sobą, a więc sobą będziemy również my; jest cała jesień, cały rok, z którego można czerpać.
Widzę zresztą teraz, co robię, siedząc tu i pisząc, wszystkie te okrężne drogi, grzebanie się w szczegółach, które odsuwa właściwą opowieść; odkładam to, czego nie chcę opisać, swoje najstraszniejsze wspomnienie, podwójnie straszne, ponieważ jako jedyny przeżywam je w ten sposób, ale właśnie to jest punkt zerowy, epicentrum tego wstrząsu, którym stał się nasz exodus; to jest to, o czym nie chcę opowiedzieć, żeby nie stało się rzeczywiste, najgorszy wieczór: leżę w łóżku, starannie otulony kołdrą przez mamę już prawie ostatni raz, wcześniej towarzyszyła mi w toalecie, umyła mi zęby i pomogła mi podłożyć poduszki pod ręce, powiedziała "dobranoc" i zamknęła drzwi, ale ja nie zasypiam. Mam za dużo do przemyślenia, za dużo ma się wydarzyć i nieco ponad godzinę później słyszę odgłos wejściowych drzwi i tatę, który wraca do domu z dwóch lotów tam i z powrotem do Trondheim, jest zmęczony, poznaję to po sposobie, w jaki odwiesza kurtkę na wieszak, i po głosie, ostrym i sfrustrowanym, kiedy mówi: "Cholera, nie wiem już, co będzie z tą firmą, co oni sobie myślą, wywalą nas wszystkich czy tylko czekają, aż sami będziemy mieli dość i złożymy wypowiedzenia?". Głos mamy, bardziej miękki, opiekuńczy: "Podgrzać ci to, co zostało z obiadu? Może kieliszek wina dobrze by ci zrobił?". Tata mamrocze, nie słyszę go, ale wydaje mi się, że chodzi o SAS i innych pilotów, i nagle głos mamy się zmienia. "No to się przeprowadźmy" - wyrzuca z siebie. "Czyli myślałaś o tym?" - mówi tata. Cisza. Zacięcie. "Cały czas o tym myślę - odpowiada mama ostro. - Nie dajesz mi przecież żadnej innej możliwości". "Mogłoby być gorzej, prawda?". "Mogłoby? Pewien jesteś?". "Przecież to tylko Stany, a nie dżungla w Afryce. Rozejrzyj się, przecież my już prawie mieszkamy w Ameryce. Jakie to ma znaczenie? W American Airlines mogę dostać o wiele lepsze stanowisko, przecież wiesz. Wystarczy jeden telefon". "A co z Maxem? Jak, twoim zdaniem, on to przyjmie? Co? Ma tu wszystkich przyjaciół, cały jego świat jest tutaj. Chcesz go po prostu z tego wyrwać?". "O Boże, Beate, w Ameryce też będą przyjaciele. Nie musisz za wszelką cenę wszystkiego dramatyzować". "Sam dramatyzujesz, Svein. Dla mnie to wygląda właśnie tak. I tak będzie wyglądało dla Maxa". Tata wzdycha. "Nie róbmy za dużego szumu wokół tego, dopóki decyzja nie zapadnie - mówi. - Porozmawiamy jutro". "Ale wygląda na to, że ty już zdecydowałeś". "Być może. Tak". "Więc kiedy, twoim zdaniem, trzeba robić szum? Jutro? Za dwa tygodnie? Na Boże Narodzenie, tak by ci odpowiadało?". "Nie musimy...". " A co z Braathens SAFE? Oni muszą mieć coś, co mógłbyś... No nie wiem, czy ty...". "Dobrze wiesz, jak jest. Ile razy mam ci to powtarzać, tam mają takie same problemy. Mówię tylko, że, moim zdaniem, w Nowym Jorku będzie nam dobrze. To mimo wszystko Nowy Jork, Beate". "No cóż, raczej Long Island, a to chyba nie to samo". "Dobrze wiesz, o co mi chodzi". "Owszem, wiem, i mówię, że o tym pomyślę". "Nie musimy się przenosić, dopóki Max nie skończy podstawówki. Z całą pewnością do tego czasu wytrzymam". "Powiedziałam, że pomyślę". "No to pomyśl".
Jedno jest w każdym razie pewne. Ja o tym myślę. Leżę w łóżku, nie śpiąc, a łzy płyną mi z oczu i słucham, jak moi rodzice dalej rozmawiają o przeniesieniu się do USA, otwierają wino i mama podgrzewa obiad, i dzwonią kieliszki, i oni mówią głośniej, i śmieją się, głos taty staje się mniej kanciasty, łagodniejszy, tak samo głos mamy. Siedzą w salonie, gadają o tej Ameryce, szkicują nasze nowe życie i planują emigrację, a ja nie chcę tego słuchać, nie chcę słuchać, jak o tym mówią, bo nie ma nic, czego bym się na tym świecie bardziej bał niż przeprowadzki, a oni właśnie o tym rozmawiają, i nie marzę o niczym innym niż o zatkaniu uszu, ale mam ręce w gipsie, obojczyki ciągle sztywne, nie pozostaje mi więc nic innego, niż słuchać wszystkiego tego, o czym wciąż jeszcze mam nie słyszeć, i postanawiam, że nikomu o tym nie wspomnę, ani Stigowi, ani Andriemu, ani mamie, żeby nie zrozumiała, że już wiem. Bo jeśli nikomu nie powiem, to może przestaną o tym rozmawiać, tak jak przestano rozmawiać o wywłaszczeniu z naszych domów. Mogę się obudzić jutro i zmusić do myślenia, że to wszystko tylko mi się przyśniło.
Dwa dni później rozcinają mi gips, ręce mam blade i cienkie, wyglądają śmiesznie, kiedy tak wystają z T-shirtu. Ale ciągle jest ciepło, ostatnie letnie dni we wrześniu. Dużo czasu spędzam na dworze i staram się wystawiać je jak najwięcej na słońce. Udaję, że nie wiem, że mieszkamy tu w pożyczonym czasie.
Udaję, że jestem szczęśliwy.
6
Marin o poranku. Siedzę na ławce, otoczony turystami, mają iPhone'y i aparaty lustrzanki, wyposażone w niewyczerpane karty pamięci i zdolność fotografowania z prędkością strzału karabinu minigun. Podobnie jak ja ci ludzie patrzą na most Golden Gate; cieszą się, że tu są. Wszyscy się cieszymy, że tu jesteśmy. Wszyscy mamy swoje powody. Nasze uśmiechy to język z milionem dialektów. Za piętnaście ósma rano, w powietrzu ciągle jeszcze nocny chłód, nie odpuścił, mimo że dzień zaczął się już dawno. Miasto po drugiej stronie, San Francisco. Alcatraz i nieco dalej Berkeley. Nie byłem tu wcześniej. To piękne miasto, nie takie jak Los Angeles, chciałbym, żeby San Francisco było moim miastem. Przyjechaliśmy wczoraj. Spałem tu dzisiejszej nocy, w samochodzie. Spałem dobrze, bez przerw, blisko osiem godzin, aż do chwili, kiedy jakiś Niemiec zapukał w szybę i zbudził mnie, żeby spytać, czy parkowanie tutaj jest płatne. Przyszła więc pora, żeby wstać. Wstać i znowu usiąść. Tak to już jest. Nie ma powodu chodzić, jeżeli człowiek nie znajduje żadnego miejsca, do którego mógłby pójść. Siedzę, na jednej z dwóch ławek, które tu są. Zajmuję ją już od ponad godziny, palę papierosy i piję wodę, najwyraźniej tylko jedna z tych dwóch czynności jest społecznie akceptowana w tych stronach. W mieście gdzieś tam stoi teatr. Akurat teraz nie mogę sobie przypomnieć, jak się nazywa, ale jakie to ma znaczenie? Adres mam i tak wbity w GPS, podobnie jak The Fairmont, gdzie zresztą się zameldowałem. Z pozoru, ale nie naprawdę. Zespół się cieszył, że tu przyjedzie, San Francisco jest znane ze swojej publiczności teatralnej i chciałbym, żeby moi aktorzy mieli teraz lżejsze dni, zasłużyli na publiczność, która ich przyjmie z otwartymi ramionami, chociaż słowa rzucane ze sceny w większości wystarczyłyby, żeby skłonić niejednego do rzucenia się z tego mostu. Gdyby tak się stało, nie byłby pierwszy. Ani ostatni. Co roku niepokojąca liczba ludzi odbiera sobie życie, skacząc z tego czerwonego mostu, to liczba na tyle wysoka, że władze rozważają zainstalowanie pod mostem siatki do wyłapywania nieszczęśliwych i zdesperowanych, nim znikną nam z oczu na dobre. Może w teatrze też powinniśmy mieć coś takiego. Wstydzę się, że wystawiłem Better Worlds Through Weyland-Yutani. Czego chciałem? Wydaje mi się, że skłoniła mnie do tego wściekłość, chyba zapragnąłem pokazać tę wściekłość na scenie i miałem nadzieję, że dzięki temu minie. Nie mija. Publiczność posłusznie przyjmuje tekst, który im mówi, że nikt spośród niej nic nie znaczy i że koniec końców nikt się nimi nie przejmuje. Strasznie się na to patrzy. Na to, jak oklaskują własną zagładę, ponieważ myślą, że nie zasłużyli na nic innego. Dostrzegam faceta biegnącego przez Golden Gate w kierunku Marin County i przez krótką chwilę czuję strach, że będzie jednym z tych, którzy nagle się poddają, wespnie się na balustradę i zniknie, jeden z tych, którzy się nawet nie wahają. Ale on tylko biegnie, pochylony do przodu zmaga się z wiatrem, mężczyzna, na początku albo pod koniec czterdziestki, z tej odległości trudno to stwierdzić z pewnością. Pół godziny później, sapiąc, podbiega po falujących wzgórzach i mija mnie, zdyszany i czerwony na twarzy, z pustą butelką wody i potem lejącym się spod czapki z daszkiem ze słowem AWESOME wypisanym wielkimi żółtymi literami na jasnoniebieskim tle. Wygląda na człowieka, który żałuje wszystkiego. Prędzej czy później on też dotrze na miejsce. Wiem o tym; kiedyś i ja tak biegałem.