Na początek
Choć do ukończenia skryptu "Tylnymi drzwiami do raju" nie pozostawało wiele, ostatnie pięć lat przeleżał sobie na dnie szuflady. Covidowe spowolnienie powszechnego tempa miało pomóc mi w doszlifowaniu ostatnich szczegółów, jednak w przeciwieństwie do tego, co utrzymywał Étienne Chatiliez ("La vie est une longue fleuve tranquille"), życie wcale, ale to wcale nie jest długą, spokojną rzeką. A tym bardziej to moje...
W kwietniu 2018 roku, po tragicznym odejściu mojej osiemnastoletniej córki Charlotte, podjęłam decyzję o zmianie trajektorii bytu. Nie wiedziałam wtedy, że zabierze mi to kupę czasu, rzuci na kolana i przyczyni do przemyślanej (och, jak zbawiennej) amputacji partnera, z którym, o dziwo, spędziłam ostatnie dwadzieścia dwa lata.
Jedynym lekarstwem na wszystkie bolączki wydawała mi się praca. Rzuciłam się w nurt spotkań, kosztorysów i projektów marketingowych. Wydawało się, że robota po czternaście godzin dziennie, w weekendy, święta, a czasem i w nocy, pomaga. Obowiązek znieczula, człowiek staje się odrętwiały i przynajmniej wygląda, że wsio w pariadku. Całe szczęście, że jako niezależny przewodnik turystyczny i wedding planner na Mauritiusie na brak zajęcia narzekać nie mogłam.
Ale lekko nie ma, więc kolejna bomba wybuchła 20 marca 2020 (o ironio - w dniu moich urodzin), gdy Mauritius ogłosił kwarantannę i zamknął granice. Zero samolotu, zero turysty. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin ponad setka klientów anulowała rezerwacje potwierdzone od kilku miesięcy i poprosiła o zwrot zaliczki.
Wyłączyłam komputer i położyłam się do łóżka, by już nie wstać. Miałam dosyć gaszenia pożarów, ogarniania powodzi, rozbrajania min i przede wszystkim udawania, że jest OK. Czas, jaki nastał, nazwę "czarną dziurą".
Siedziałabym w niej jeszcze dzisiaj, albo gorzej, leżała trzy metry pod ziemią, gdyby nie moje dwa anioły stróże: Alina i Evelyne. A przecież... Dziewoje nigdy się nie spotkały, jedna niewiele wie o drugiej.
Pierwsza mieszka na środku Oceanu Indyjskiego, prawdziwa humanistka (choroba wrodzona), z przytupem rozkminia fraszki Kochanowskiego czy słownik przekleństw i wulgaryzmów, a kubek herbaty w jej ręku ani drgnie. Potem się zabiera za światową kinematografię, Jezu, ale jak! Zawsze gotowa do boju, nawet o czwartej nad ranem, a jak nie, to ewentualnie na wino pod mango. Alinka to polsko-niemieckojęzyczna maurytyjska przewodniczka ekspertka (ha, ha, nie można było prościej), starsza specjalistka od spraw niemożliwych. Z mężem Sanjayem i synem Jędrkiem są moją najbliższą rodziną.
Druga, Evelyne, jest Francuzką i "wsiową", jak to mówią, zaklinaczką koni, ptaszków i innych połamanych psów. Serce na dłoni, wsiowa, owszem, ale 100% amazonka, lepiej jej nie drażnić, bo da w mordę lewym prostym, jak się należy. Na co dzień delikatna jak chaber bławatek, jako pedagożka dyplomatka kieruje ekipą niepełnosprawnych pracowników, a po robocie ogarnia swoje pięć hektarów ogrodu i ogrom sąsiedzkich relacji. "Matka Teresa" ją ochrzcili, no nie pytaj dlaczego.
Obydwie, jedna po drugiej, jakoś tak same z siebie, bez proszenia, bez dyskusji, lecz bynajmniej nie przez przypadek, zajęły się mną. Odratowały, utuliły, postawiły na nogi i wypuściły na wolność.
Przeto powracam do życia z przekonaniem, że zawsze warto zaczynać od nowa.
Polska, Szwajcaria, Francja, Mauritius i z powrotem Francja. Ile jeszcze dziur i kałuż do przeskoczenia? Ile skrzyżowań bez oznaczenia, ślepych uliczek i hoteli, gdzie zostawię połowę portfela? Ha, nic już nigdy mnie nie zaskoczy, nie pognie, nie złamie.
Z tej racji właśnie, Moje Najukochańsze Dziewuchy, jestem Wam wdzięczna!
Wstęp
"Bonzur!" (Kreolskie "dzień dobry")
Nie ma lepszego miejsca pod słońcem niż kuchenny stół, wokół którego po zwariowanym dniu rodzina zbiera się na wspólny posiłek. "Tam jest twój dom, gdzie się w kuchni zbierają brudne kubki po kawie", mawiała babcia Frania.
Moja kolekcja kubków urodziła się w pewnym zlewie na południu Francji, gdy wspólnie z ojcem moich dzieci zamieszkaliśmy w przeszło dziewięćsetletnim zamku Montal?gre. Całkowite odrestaurowanie posiadłości zabrało nam ponad dziesięć lat, ale już parę miesięcy po wprowadzeniu przyjęłam naszych pierwszych gości. Zdecydowałam, że będę gościć podróżnych, różnorakich obieżyświatów spragnionych niecodziennych wrażeń, gotowych przy swojskiej kolacji na przebieranie się za kmiecia lub Wołodyjowskiego oraz wymianę poglądów na każdy temat. I tak się zaczęło.
Pierwsza ślubna ceremonia - wymuskana specjalnie dla naszych włoskich przyjaciół, Sonii i Stefana. Miało być skromnie i rodzinnie. Impreza powaliła na kolana publikę, nie wspominając o młodych. Były ochy i achy, gratulacje, projektory, telewizja... Każdy wyłaził ze skóry. Bogato było, po pańsku.
Kolejne spotkania, kolejne śluby, kolejne emocje... toż to robota jak każda inna. Jednak okazała się jak szampańskie bąbelki - za każdym razem potrzebowałam ich więcej. Może to durna natura wiecznej zawodniczki (najpierw gimnastyka, potem taniec, w końcu wyścigi samochodowe, nie licząc innych, mniej lub bardziej szalonych dyscyplin) nie dawała mi spocząć na laurach i wciąż chciała szybciej, wyżej, mocniej?
W końcu miałam ochotę sobie sama dać w pysk. Zwołałam ludzi, z którymi później przepracowałam ponad trzynaście lat. Zespół profesjonalistów najróżniejszych dziedzin, ściągniętych z całego kraju dzięki nieprzespanym nocom, niekończącym się dyskusjom i niezliczonym spotkaniom weryfikacyjnym. Wyplułam na biurko żółć, jaka mnie zalewała. Zrozumieli. Zmienili się w grupę przyjaciół, która zgodnie z moimi szalonymi pomysłami trzymała teraz rękę na pulsie i nie pozwalała wystartować na Księżyc. Od tej pory nieśmiałe odczucie dało miejsce twardej zasadzie: prestiż bez prostoty jest żałosnym nieporozumieniem. I odwrotnie. Dzisiaj te rzeczy określa się w curriculum vitae jako "solidne doświadczenie zawodowe" ...
Francja-elegancja. Kolejne lata organizowania ślubów według sprawdzonej receptury, już takiej bez nadymania się. Strzelanie na oślep durnymi dowcipami, aż sparaliżowana strachem młoda panna zarży ze śmiechu. Spotkania z ludźmi. Z mnóstwem ludzi różnych horyzontów. I te chwile, gdy zatyka dech w piersi, bo człowiek niezdarnie stara się ogarnąć bombardujące go życiorysy. Stłumione szepty, bo późno, a wszyscy śpią (wszyscy, oprócz mnie i osiemdziesięciodziewięcioletniej artystki malarki, która samą siebie nazywa "wariatką z Bermudów"). Siedzimy i pijemy likier. Jeden i drugi. Siódmy. Jedenasty. Chichramy się jak głupie. Wariatka opowiedziała mi prawie całe swoje życie. Ja nie opowiedziałam wiele, przecież miałam wtedy dopiero czterdzieści pięć lat. Życiowy żółtodziób, wszystko było jeszcze przede mną!
Wreszcie Mauritius - bliskie spotkania trzeciego stopnia (z karaluchami XXL włącznie). Wyjazd nieprzewidziany, niezaplanowany pokuszę się o określenie "wymuszony"... Sznurówki wiązałam w windzie, walizkę dopinałam na lotnisku. Myślałby kto, że wybieram się na własną egzekucję...
Siedem lat obcowania z egzotycznym krajem i jego obywatelami. Nie sądziłam, że oprócz rajskich, szeroko reklamowanych plaż ten skrawek ziemi zdoła mnie czymś urzec, zadziwić czy wzruszyć... A jednak! Z czasem zaczęłam wkradać się za kulisy tubylczego życia, tego spoza hotelowych widokówek, aż wreszcie nauczyłam się oddychać tym samym powietrzem, co rybak wystawiający na sprzedaż swój poranny połów.
---
Na gazecie rozłożonej na ziemi leży kilka ryb.
- Chodź już, tu śmierdzi! - marudzi po angielsku mała dziewczynka i ciągnie za rękę tlenioną blondynkę, której twarz barykadują czarne okulary. Wsiadają do taksówki i znikają za zakrętem.
- Chodź już, czas oskrobać ryby - rzuca po kreolsku smukły chłopak do zasmarkanego malca. Pakuje kram do worka, wkłada pod pachę i ciągnie brata w kierunku rozwalającej się budy.
---
Moje życie na Mauritiusie. Moja pasja i robota. Moja rodzina i kumple. Trochę odrapanego patosu i ślubne wianki z plumeri. Jak tu nie zwariować? Jak podzielić się emocjami, zanim się ulotnią? Żeby został ślad po zapachu, po spojrzeniu, żeby utrwalić dotyk wiatru i ciepło słońca na skórze? Jak przekazać smak słonego buziaka? Co oprócz wakacyjnych zdjęć przyprawić może o dreszcz żywego wspomnienia? Tak łatwo je ostudzić i uśmiercić zamiast nadać im sens... Pisz, mówią. Pisz! Ja zaś, jak ta białogłowa: "Gust ten właśnie wielki miałam, żeby nie pisać - lichą formą się brzydzę...", wielce się ociągałam. Może dlatego klituś bajduś tak długo się rodził?
Najczęściej nad gniotem o zapędach turystycznych siedzi kompetentny zespół specjalistów różnych dziedzin... I tu jestem w kropce, bo przecież wszystko zebrałam sama. Zamiast siedzieć w archiwach w Coromandel, gdzie lampy wiszą za wysoko (na samą myśl o spędzeniu paru godzin na jednym z ich kulawych krzeseł zaczynają boleć mnie plecy), wolałam śmignąć na bazar, wśród ludzi zjeść mine-frite w budzie u Chińczyka, słuchać plotek bab sprzedających pseudokaszmirowe szale i nudnych jak flaki, ale nadzianych istnymi perełkami opowiadań hinduskiego policjanta na emeryturze... Jemu i tak nigdy i nigdzie się nie spieszyło, a gdy bąknęłam coś o kompozycji utworu literackiego po polsku, zszedł tak jakoś najpierw na paskudną pogodę: "Duży gorąc, nie?", a zaraz potem na zalety odżywcze ryb łowionych przez osobistego zięcia: "Nie chcesz przypadkiem świeżej, mam tu taką jedną, czekaj, zaraz przyniosę, choleracośmisiętagazetaporozdzierała". Więc co tu gadać, szanse na napisanie dzieła sztuki, które zatrzęsłoby światem, umarły w powijakach.
Będzie więc nierówno. Bo wielu rzeczy nie rozumiem. Bo się ich boję. Bo kiedy się dziwię, to buzia sama mi się otwiera. Bo czasem słoma wyłazi mi z butów. Ot, takie pisanie dla buraka... dla całej sałatki warzywnej, jeśli tylko mościa sałatka zechce! A uprawnia mnie do tego wyłącznie moja pasja. Bo za każdym razem, gdy pojawia się temat "Mauritius", to coś, co siedzi we mnie, szarpie się i wyje, więc musi wreszcie się urodzić i zacząć żyć własnym życiem. Potrzebne mi słowo.
To książka o tym, o czym każdy z osobna ją sobie przeczyta. Brakuje być może rozdziału "gastronomia" albo "klimat". Pominęłam "zdrowie i opieka medyczna", "fauna i flora", specjalnie zapomniałam o "zwiedzaniu" i "jak zostać obywatelem". Umyślnie wykreśliłam wiele innych spraw. Nieważne, to nie przewodnik. A może jeszcze lepiej? Będzie okazja na drugi tom!
Jakkolwiek szaleńczym wydawał mi się projekt notowania wyspiarskich refleksji (bo któż zabiera się za opróżnianie oceanu łyżeczką od herbaty?), towarzyszyła mu zawsze niesamowita satysfakcja (taka sama podczas zbierania plebejskich dykteryjek jak i lepiej czy gorzej udokumentowanych faktów). Codzienne odkrywanie maurytyjskiego mikroświata bezdyskusyjnie stanowi niewyczerpane źródło emocji.
Spotkania, rozmowy, obserwacje, przekazy słowne z pewnością przyczyniają się do procesu odkrywania, jakkolwiek to głównie wymiany niewerbalne, przedziwne konfiguracje napotkanych sytuacji, spojrzenia, uśmiechy, dźwięki, zapachy, gesty i swoista gra ciała stanowią sedno prawdziwego poczucia jedności z tym krajem. Bombardowany nie zawsze zrozumiałymi, zadziwiającymi, a czasem nawet odstraszającymi bodźcami, niezdarnie poruszający się w maurytyjskiej rzeczywistości okcydentalny człowiek najczęściej pozostaje drętwym obserwatorem kolorowego spektaklu. Jedynie ten czy ów nieśmiało wgryza się w tumult i w końcu staje po drugiej stronie lustra.
Kto za pierwszym razem potrafi dokładnie wskazać na mapie, gdzie leży Mauritius? Czym Mauritius różni się od innych egzotycznych wysp? Czym zasłużył sobie na miano "Gwiazdy i Klucza Oceanu Indyjskiego"? Kto odkrył to miejsce? Czy Rodriguez to też Mauritius? Co to jest Dodo? Jak wygląda Kreol? Czy jest tam bezpiecznie, czy są drapieżne zwierzęta, groźne choroby? Czy cyklon może urwać głowę? Grażyna, słyszysz, oni tam mają jakąś elektryczność?!
Mauritius, obszyty koronką szmaragdowych fal, dokładnie pasuje do zmysłowej fantasmagorii o wyspie w tropikach. Pierwszy rzut oka przez samolotowe okno wprawia w zachwyt najbardziej wybrednych. Stwórca musiał być w dobrym humorze, bo użył całej malarskiej palety, gdy pracował nad tym projektem! Psychodeliczna galeria, coś z Warhola, van Gogha i Kandinsky'ego w jednym... a wszystko z dogasającym ognistym słońcem w tle. Kto by pomyślał, że ów obraz kryje coś więcej niż samo rajskie wybrzeże? Złoty wieniec piaszczystych plaż ustępuje nagle żywej zieleni lasów i ogromnych połaci trzciny cukrowej. Sponad uprawnej równiny wznoszą się powycinane w iglice szczyty starych, wulkanicznych skał. Wokół najwyższych grani zbierają się kłęby białych chmur, by po kilku zaledwie chwilach ustąpić utkanej z deszczu i słońca, tak często obserwowanej tu tęczy.
Co do zamieszkującej wyspę ludności, przypomina ona osobliwy mikrokosmos bezinteresownych relacji różnych narodowości. Oficjalnie mówi się o tzw. polityce tolerancyjnego tygla, ale kto zagwarantuje, że to nie kamuflaż?...
Miesza się tu i przenika zdumiewająco (bo na pozór bezkonfliktowo) kolorowy, etniczno-zwyczajowy bałagan. Dobrze zorganizowany bałagan. Odzwierciedla się to w kulturze i tradycjach tego kraju, w jego dziedzictwie literackim, muzycznym, architektonicznym, w świętach obchodzonych tutaj przez liczne wyznania religijne oraz w wielu jeszcze, ciekawych, a bliżej nieznanych rzeczach, o których trudno znaleźć cokolwiek w informatorach turystycznych.
Na polskich internetowych forach łatwo wpaść na wypowiedzi o tym, jak na Mauritiusie "słabo, brudno i zero rozrywki". Nie ma sensu roztrząsać, w jakim stopniu krytyka ta odzwierciedla rzeczywistość. Z całą pewnością natomiast bez dogłębnej znajomości historii i geopolitycznej ewolucji Mauritiusa żaden zdrowy na umyśle człowiek nie powinien podejmować próby wyjaśnienia komukolwiek czegokolwiek, co dotyczy tej wyspy.
Zanim rozgrzany piasek poparzy wam stopy, rzęsisty deszcz przemoczy do majtek, a wyjące psy nie dadzą spać, proponuję wspólnie "zmierzyć temperaturę". Po co? Ano, żeby się przygotować na spotkanie z czymś, czego jeśli od pierwszego spojrzenia nie polubicie, to przynajmniej postaracie się zrozumieć i bohatersko, na czas egzotycznych wczasów, zaakceptujecie.
Mam nadzieję, że kiedyś, podczas spaceru po maurytyjskich dziurach, was też chwyci za gardło wzruszenie i nagle wokół zawiruje powietrze, a obraz rozmyje się jak przez grubą szybę. Pozostaną wtedy rozedrgana, kolorowa plama, pulsująca w rytm dudniącego tętna, i dziwne ciepło w trzewiach. Tak ma ten, który płakać nie chce, ale czuje, że pęka.
---
- Nigdy w życiu! Słyszysz? Nigdy, przenigdy nie zobaczysz mnie w czymś takim! Tatooo! Mama znowu wymyśla! - Nastąpiło trzaśnięcie drzwiami i zaraz potem tępe, o wiele za mocne walenie w klawisze. Całe szczęście, że kupiła młodej słuchawki, inaczej ta rozniosłaby swym muzykowaniem całe osiedle.
Bajzel. Jeden wielki bajzel. W wybebeszonej szafie, w niedomkniętych walizkach, na biurku, na stole kuchennym i w przedpokoju. Nawet w łazience na ziemi walały się jakieś wcześniej niestwierdzone tam przedmioty. Ale najstraszniejszy bałagan panował w jej obolałej głowie.
- Dobra... dokończy się jutro i będzie. Najważniejsze, że młodzież ma czyste majtki na zmianę. Przecież ma być ciepło. Modlę się nad tym bazarem od samego rana, wystarczy!
Zegarek pokazywał prawie północ. Za oknami nadal kapał zimny deszcz. Baśka nareszcie znalazła drogę do sypialni. Siadając na krawędzi łóżka, delikatnie zsunęła z poduszki kolorowe bikini Loli, którym tamta wcześniej wycelowała jej w głowę.
- Czas przestać kupować jej ciuchy - pomyślała, ostrożnie faksując się pod kołdrę. Machinalnie sprawdziła, czy mięśnie Miśka leżą obok. Leżały. Tyrpnęła go niechcący, ale Michał tylko mruknął coś niezrozumiale, zamlaskał i podciągnął kołdrę pod brodę. - Ten to ma dobrze. Nawet o piance do golenia nie zapomniałam. No to lecimy. Rano tylko dorzucę ładowarki i telefony... - Notowała w myślach ostatnie detale. - Nie zapomnieć zapasowej komórki z pokoju Boskiego, pewnie całą noc będzie gadał, więc się rozładuje... - Wreszcie zamknęła oczy.
- Mauritius. Przecież to taka mała plamka na mapie, trzeba jej szukać. Niech nikt mi nie mówi, że za pierwszym razem potrafi wskazać to miejsce, bo nie uwierzę! Jezu, co ja robię? Przecież wszystko już załatwione i odwrotu nie ma, ale jakby tak... Cholera, śpij, nie marudź! - żachnęła się sama na siebie. Z pleców, odwróciła się na brzuch. Obiema rękami dusiła teraz poduszkę. - To chyba lepiej, że nie było długiego gadania i Misio zajął się wszystkim sam. To tylko trzy lata, jakoś zleci. Ty - mój Tarzan, ja - twoja Jane. Jak to przykazanie co... jak... wierna żona zawsze za mężem... Jakie przykazanie?! Bredzisz, śpij już! - ponownie skarciła się w myślach i westchnęła tak mocno, że aż zakłuło ją w boku.
Tej nocy wielokrotnie właziła na Miśka i to wcale nie za sprawą miłości.
---