Rozdział 2
w którym zakradamy się do Królewskiego Gabinetu
Matylda zaciągnęła opierającego się Mirka do pustego boksu. Kucnęli w rogu, oddychając ciężko po biegu. Pachniało końmi i mokrą słomą. Mirko drapał się po ramionach i łydkach. Gdy kichnął, Matylda poczęstowała go solidnym kuksańcem pod żebro.
- Cicho bądź, bo nas wydasz!
- Przecież nie robię tego specjalnie - wyjęczał Mirko, masując się po obolałym boku. - Gdzie bliźniacy?
- Odpadli po drodze - mruknęła Matylda. - Pewnie poszli do kuchni przymilać się o słodkości.
- A my, co zamierzamy? Wiesz, że po siedzeniu w stajni zawsze mi wyskakują na skórze takie placki jak po pokrzywie.
- Nie marudź, Mirko. Czy ty mi wcale nie współczujesz? No, spójrz mi w oczy. Wolałbyś, żebym uczyła się teraz na pamięć nudnych łacińskich sentencji? Tylko mów prawdę! - Matylda pogroziła bratu palcem.
- Oj, przecież już mówiłem, że wolę, jak jesteś z nami. Choć akurat... o ja cię, ale swędzi... Matyldo, czytanie to jest ważna sprawa. No i ta łacina... - wyjąkał Mirko, drapiąc się bez ustanku. - W przeciwieństwie do ciebie ja chciałbym się uczyć. Jak mi ojciec wreszcie znajdzie wychowawcę, to... nie będę się przed nim ukrywał w stajni ani nigdzie indziej. A niech to!
Matylda przewróciła oczami.
- Dla mnie wszystko, czego uczy panna Tabata, jest nudne. Mam ochotę uciec od niej na koniec świata.
Mirko stłumił kolejne kichnięcie.
- A może... No patrz, już mi te plamy wyskoczyły. Porozmawiaj o tym z tatkiem. Wiesz, tak od serca. Może ci coś innego wymyśli.
Matylda znów przewróciła oczami.
- Od serca? Z tatkiem? Przecież on nikogo nie słucha.
- A może ty... - zaczął Mirko nieśmiało, ale w oczach błysnęły mu złośliwe ogniki.
- Co ja? - rzuciła groźnie Matylda.
- No wiesz... może ty się trochę boisz naszego porywczego ojczulka i dlatego nic mu nie mówisz?
- Jak śmiesz?! - wrzasnęła Matylda i przerażona zakryła sobie usta.
Odczekała chwilę, upewniła się, że wrzask nie ściągnął jej na głowę kłopotów, chwyciła ukochanego brata za koszulę na piersi i już miała mu palnąć kazanie, gdy w stajni rozległy się kroki, niespieszne, jakby ktoś przeszukiwał boks po boksie. Matylda zatkała Mirkowi nos palcami i spojrzała na niego ostrzegawczo. Jeśli teraz kichniesz, to marny będzie twój los - mówiły jej oczy.
Kroki nagle ucichły. Matylda już-już miała wychylić się z boksu, gdy naraz tuż obok nich pojawiła się pucołowata, chłopięca twarz. Głośny śmiech zatrząsł ścianami stajni.
- Takem myślał, że tu panienka siedzi! - Stajenny Pietrek klepnął się po udzie z uciechą. - Chciałem panience powiedzieć, że panna Tabata przetrząsa koszary, aż wióry lecą. Potem ma przetrząsać tutaj, a zła jest jak osa, to może lepiej będzie panience w zamku się ukryć.
- Złociutki jesteś - szepnęła Matylda i mrugnęła do Pietrka po koleżeńsku. - Nie zapomnę ci tego.
I z drapiącym się po całym ciele Mirkiem przemknęła przez dziedziniec zamkowy prosto do donżonu.
Gdy na palcach prześlizgiwali się korytarzem przylegającym do Królewskiego Gabinetu, nagle drzwi zakazanej komnaty stanęły otworem. Matylda i Mirko w ostatniej chwili ukryli się za zbroją stojącą pod ścianą.
Król przemknął obok nich, skubiąc zawzięcie brodę. Wyglądał na bardzo zafrasowanego.
- Myślisz, że to w mojej sprawie tak biegnie? - szepnęła Matylda do Mirka.
Chłopak wzruszył ramionami i podrapał się po szyi, zdobnej w dwie malinowe plamy.
Matylda spojrzała na niedomknięte drzwi gabinetu ojca i przygryzła wargę. Wróciły do niej słowa Marcela: "Nie widziałaś Królewskiego Gabinetu i wiesz o zamku tyle, co i my!".
- Co teraz? - dopytywał Mirko. - Może pójdziemy do kuchni? Zjadłbym coś.
- Już ja ci powiem, co teraz - wymruczała Matylda i spojrzała czujnie na brata. W jej oczach błyszczały ogniki, które zwiastowały kłopoty.
- O nie, tylko mi nie mów, że chcesz... - zaczął Mirko.
- Pójść na zwiady do Królewskiego Gabinetu? - dokończyła niewinnym głosem Matylda. - Tak, właśnie tego chcę.
Mirko jęknął.
Ruszyli bezszelestnie, na palcach, jak dwójka złodziejaszków, jak dwa kłębki nerwów. Mirko trząsł się jak galaretka, a Matylda z trudem powstrzymywała nerwowy chichot. Czuła miły dreszcz podekscytowania. Już za chwilę będzie znała Straż na wylot, pozna ostatni sekrecik, a Marcel będzie musiał przyznać, że ona wie wszystko o wszystkim!
Zatrzymali się przed komnatą. Mirko rozejrzał się, a Matylda pchnęła drzwi, których dotąd nie wolno było jej nawet dotykać.
Gdy przekroczyli próg, stanęli jak wryci.
- Tu jest tak... tak zupełnie zwyczajnie - powiedział Mirko.
- Phi! - parsknęła Matylda. - I o to tyle krzyku? Komnata jak komnata. Żadnych skarbów ani tajemnic.
Rzeczywiście, gabinet wyglądał dość przeciętnie. Pośrodku stał potężny dębowy stół, a wokół niego ustawiono rzeźbione krzesła. Pod ścianą kurzyło się kilka zbroi. Nic nadzwyczajnego. Za to po drugiej stronie na ścianie... wymalowana była ogromna kolorowa mapa. Matylda aż westchnęła, oczarowana. Przyjrzała się malowidłu z zainteresowaniem, omiatając wzrokiem zielone wzgórza, płynące z gór niebieskie wstążki rzek i skupione wokół nich wsie oraz ponurą plamę lasu na dole.
- O, to nasz zamek. Straż. - Mirko wskazał palcem cztery znajome wieżyczki. - A tam jest Gródek, widzisz? Takie maleńkie domeczki! I młyn widać!
Matylda nie słuchała. Wpatrywała się w ciemnozieloną plamę, w której widać było złote zawijasy i litery układające się w... Wyciągnęła palec, aby ich dotknąć.
- Nie sądzę, abyśmy musieli się tym zajmować! - zagrzmiał całkiem niedaleko tubalny głos króla. Ciężkie kroki układały się w jednostajny rytm, były coraz głośniejsze, ani chybi kierowały się do gabinetu!
Matylda powiodła wokół strwożonym spojrzeniem i szybko wskoczyła za ciężką, sięgającą podłogi kotarę. Sekundę później wciągnęła zastygłego ze strachu Mirka za sobą. Kotara zafalowała lekko, nim zamknęła dzieci w bezpiecznej kryjówce.
- A ja uważam, że trzeba jakoś zareagować, Wasza Wysokość. - Ten głos również był Matyldzie znany.
- A niech to, panna Zmorowata - szepnęła do drżącego obok Mirka. - Przyszła na skargę. Już po mnie.
Mirko złapał ją za rękę i uścisnął w geście braterskiego wsparcia.
- Siostra ostatnio wzywała mnie dwukrotnie. Ma złe przeczucia - ciągnęła panna Tabata.
Schowana za kotarą królewna uniosła brwi. Siostra? Jaka siostra?
- Mam opierać się na przeczuciach, tego chcesz? - huknął król z taką mocą, że Matyldzie zadzwoniło w uszach. - Od wielu lat słucham tych waszych przeczuć i jak na razie mój zdrowy rozsądek wygrywa.
- Tym razem jest inaczej, Wasza Wysokość - wyjaśniała cierpliwie panna Tabata. - Woda się mąci w strumieniu. Ludziom we wsi śnią się dziwne rzeczy.
Matylda spojrzała na Mirka i wzruszyła lekko ramionami. Ta rozmowa przybrała zdecydowanie osobliwy obrót.
- Mnie zaś ostatnio się śniło - rzekł król, a w jego głosie zadźwięczała kpina - że Wielki Simonello był jednym z kwiatów w ogrodzie Pafnucego i zupełnie nieszczęśliwym trafem wylądował w bukiecie królewny Matyldy.
Dziewczynka ledwo powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Wielki Simonello był minstrelem, śpiewakiem, który wędrował od zamku do zamku, brzdąkał na lutni i wyśpiewywał miłosne pieśni. Wszyscy go wprost uwielbiali. Poza Matyldą. Przy każdej wizycie nazywał ją słodkim aniołeczkiem...
- Obym się myliła, Wasza Wysokość - dodała pospiesznie panna Tabata.
- Zaprawdę, obyś się myliła - rzekł król ostrzegawczym tonem. - Nie pozwolę, aby coś lub ktoś mącił spokój tej krainy. I nawet nie próbuj rozmawiać o tym z Mirtą!
- Nie, nie, nie miałam takiego zamiaru. Nie chciałabym niepokoić królowej.
- No! Coś jeszcze? Jakieś skargi na moją swawolną córeczkę?
Matylda przełknęła ślinę.
- Nie, Wasza Wysokość, nie tym razem - rzuciła lekko panna Tabata.
Zdziwiona Matylda zmarszczyła brwi.
Pewnie panna Tabata nie chce jeszcze bardziej rozzłościć tatka, pomyślała.
- Po co my tu w ogóle przyszliśmy, przypomnij mi?! - huknął znów król. - Dlaczego ja jestem taki głodny?
- Wasza Wysokość nie chciał rozmawiać przy świadkach - przypomniała usłużnie panna Tabata. - A głodny jest dlatego, że już pora obiadu.
W gabinecie znów rozbrzmiały ciężkie kroki. Król skierował się do drzwi. Za nim dreptała bezgłośnie panna Tabata. Matylda obserwowała ich zza kotary. Gdy kroki ucichły na schodach, oboje z Mirkiem wyślizgnęli się z ukrycia.
- Już nigdy nie dam ci się namówić na żadne zwiady - mruknął Mirko, wracając do drapania szyi i ramion. - Prawie umarłem ze strachu i ze swędzenia. Wiesz, jak to jest, gdy swędzi, a nie możesz się podrapać? Chodź stąd, zanim ktoś tu wejdzie i nas naprawdę przyłapie. No chodź, na co jeszcze czekasz?
Matylda przez chwilę nie ruszała się z miejsca. Ciemnozielona plama lasu na mapie znów przyciągnęła jej wzrok. Literka po literce królewna odszyfrowała dziwny, pełen zawijasów złoty napis, który nic jej nie mówił, a potem wzruszyła ramionami i pobiegła za bratem.
***
Tej nocy Matylda nie mogła zasnąć. Tak jak wtedy, gdy razem z braćmi wykradli ciasto agrestowe ze spiżarki. Tyle że tamtego wieczoru nie pozwalały jej zmrużyć oka wyrzuty sumienia i ból brzucha, a nie ponure myśli, tęsknota i żal, którego do końca nie potrafiła zgłębić.
Czteroletnia Mamerta od dawna posapywała w ich wspólnym łóżku, a Matylda na próżno przewracała się z boku na bok.
- Nie śpisz jeszcze, cudeńko? - szepnęła niania z przyległej komnaty.
- Mam za dużo myśli w głowie.
W ciemności rozległy się kroki, a potem siennik na łóżku Matyldy ugiął się pod ciężarem niani. Delikatne ręce pogłaskały jasne włosy królewny.
Niania była silna, rumiana i pachniała jabłkami. Zjawiła się na zamku dawno temu, gdy królowa Mirta była jeszcze małą królewną, i już została. Miała na imię Luiza, ale nikt tak do niej nie mówił. Dla wszystkich była po prostu nianią. Matylda nie wyobrażała sobie zamku bez jej czułej obecności. Niania dbała, by dzieci miały czyste buzie, uszy i dłonie. Gdy było im smutno, kołysała je w ramionach. Gdy złapały katar, podawała im ziółka, a w mroczne wieczory opowiadała im wspaniałe baśnie i straszne historie.
Matylda czasem przyłapywała się na myśli, że niania jest jej bliższa od mamy i taty, bo oni byli ciągle zajęci, a niania zawsze obok. Poza tym król Magnus rzeczywiście nieco Matyldę przerażał, a królowa Mirta, cóż... zdawała się równie chłodna i nieosiągalna jak jeden z tych pokrytych śniegiem szczytów widocznych z zamkowych okien. Piękny i godny podziwu, ale bardzo odległy.
Matylda przytuliła policzek do ciepłej dłoni niani.
- Jakoś mi smutno - wyznała. - Jakbym zapomniała o czymś bardzo ważnym.
- Coś przeskrobałaś? - spytała przezornie niania.
- Chyba nie więcej niż zwykle. - Matylda pozwoliła sobie na lekki uśmieszek. - Ukryłam się przed panną Zmorowatą, gdy wróciła z Gródka, i nie wyszłam aż do wieczora.
O zwiadach w Królewskim Gabinecie niania nie musi wiedzieć, postanowiła Matylda. To by ją przeraziło.
Niania westchnęła.
- Nie zrażaj do siebie panny Tabaty, cudeńko, nie warto.
- Za późno - mruknęła Matylda.
- To osoba o wielkiej wiedzy i dobrych zamiarach, która chce dla ciebie jak najlepiej.
- Nie wydaje mi się. Ona mnie nie cierpi i lekcji ze mną też.
- Pamiętaj, że znam ją dłużej, o wiele dłużej niż ty.
Matylda przez chwilę milczała, a potem szepnęła w ciemność:
- Marzy mi się coś zupełnie innego niż to, co wybrał dla mnie ojciec, wiesz, nianiu?
- Czyżby, cudeńko?
- Gdy jestem na lekcjach u panny Tabaty, to tak, jakbym nie była sobą. Nie tak naprawdę.
Niania pogłaskała ją po głowie.
- A kiedy czujesz się sobą?
Matylda przygryzła wargę. Przez chwilę milczała, aż w końcu szepnęła:
- Gdy słucham twoich historii, wyobrażam sobie, że są o mnie. To ja walczę z tymi wszystkimi stworami i ratuję ludzi. I wtedy jest mi najlepiej.
Niania nie odpowiedziała od razu. W ciszy komnaty słychać było tylko jej przyspieszone bicie serca.
- O tym marzysz? Właśnie o tym?
- Tak - odparła Matylda. - I nawet jeśli na świecie nie ma żadnych stworów, chciałabym być jak tamci bohaterowie z opowieści. Nie chcę uczyć się łacińskich sentencji ani wysiadywać przy krosnach. Chcę zostać... rycerką!
Tak, tego właśnie pragnęła. I gdy powiedziała to na głos, poczuła wielką ulgę.
Niania westchnęła po raz trzeci, a potem szepnęła:
- Z marzeniami należy postępować ostrożnie, cudeńko. Bo czasem mogą się spełnić.