Matylda. Droga ku marzeniom - Aneta Krasińska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

1926 rok

Do­rodne na­wło­cie, dum­nie prę­żące swe pie­rza­ste kwiaty, żół­ciły się wo­kół traktu nie­równo wy­ło­żo­nego nie­re­gu­lar­nymi ka­mie­niami. Te, jesz­cze do nie­dawna po­grą­żone we śnie, spo­czy­wały na po­lach upraw­nych. Nie­kiedy tylko wy­cią­gane przez spra­co­wane chłop­skie dło­nie tra­fiały na mie­dzę. Te­raz z pa­sją przyj­mo­wane jak nie­zbędny dar wy­ko­rzy­stany dla wspól­nego do­bra.

Ma­tylda, uważ­nie pa­trząc pod nogi, po­dą­żała nie­dawno od­daną do użytku drogą pro­wa­dzącą nie­opo­dal jej ro­dzin­nej po­sia­dło­ści. Dniało, gdy wy­szła z domu Klin­sma­nów. I choć pod ko­niec sierp­nia wciąż jesz­cze słońce za dnia pra­żyło, ma­lu­jąc na jej mło­dzień­czej twa­rzy piegi, to nocą zie­mię po­kry­wała rosa, od któ­rej cią­gnął chłód.

Dziew­czyna od­ru­chowo roz­pięła na­rzu­cony na plecy swe­ter, wciąż pach­nący per­fu­mami pani Elke. W pa­mięci no­siła ob­raz ko­biety, która nie szczę­dziła jej pie­nię­dzy na edu­ka­cję, a co waż­niej­sze - otwo­rzyła przed nią swe serce. Tym chęt­niej przy­jęła po­da­ro­wane jej przez pa­nią Mar­tinę ubra­nia po nie­boszczce. Wiele z nich było zbyt eks­tra­wa­ganc­kich, by mo­gła je no­sić na co dzień, ale te skrom­niej­sze z na­masz­cze­niem scho­wała do szafy w swoim do­tych­cza­so­wym po­ko­iku przy­le­głym do kuchni, nie ma­jąc pew­no­ści, jak długo bę­dzie miała prawo w nim po­zo­stać.

Na tę gorzką myśl wsu­nęła dłoń do torby i wy­jęła z niej cienką chustkę, jedną z tych, ja­kie wiej­skie ko­biety zwy­kły no­sić na gło­wach, osła­nia­jąc włosy przed pa­lą­cym słoń­cem. Na­rzu­ciła śli­ski ma­te­riał na głowę i za­wią­zała wę­zeł pod brodą. Nie­mal na­tych­miast po­czuła nie­wy­godę. Roz­luź­niła wią­za­nie, ale wtedy miała wra­że­nie, że więk­szość nie­sfor­nych ko­smy­ków się wy­suwa i za­czyna żyć wła­snym ży­ciem. I z tym po­sta­no­wiła so­bie po­ra­dzić, wpy­cha­jąc do środka po­je­dyn­cze włosy. Nie uszła kilku kro­ków, gdy po­czuła swę­dze­nie głowy. Po­cząt­kowe igno­ro­wa­nie przy­pa­dło­ści nie przy­nio­sło efektu, dla­tego wsu­nęła dłoń pod chustkę i so­len­nie się po­dra­pała. Póź­niej po­pra­wiła spo­rych roz­mia­rów torbę, w któ­rej nio­sła kilka fa­ta­łasz­ków dla ma­co­chy, uzna­jąc, że i jej przyda się nie­znisz­czony swe­ter czy szy­deł­kowa chu­sta po­zo­sta­wiona przez se­niorkę rodu Klin­sma­nów, i przy­spie­szyła kroku. Chciała mieć już za sobą ten dzień i wszyst­kie py­ta­nia do­ty­czące jej przy­szło­ści, na które przyj­dzie jej od­po­wie­dzieć.

Wresz­cie w od­dali do­strze­gła sło­mianą strze­chę, ale chustka znów jej o so­bie przy­po­mniała uciąż­li­wym swę­dze­niem, gry­zie­niem i dra­pa­niem. Tra­cąc cier­pli­wość, ze­rwała ją z głowy i we­pchnęła na spód torby. Pod po­wie­kami po­ja­wiły się łzy nie­pew­no­ści. Szybko je prze­łknęła i we­szła na po­dwórko. Ni­g­dzie nie do­strze­gła Azora. Za­miast niego po­wi­tało ją ja­zgo­tliwe uja­da­nie się­ga­ją­cego jej ko­lan psiaka o pło­wym umasz­cze­niu, który szar­pał się uwią­zany na sznurku tuż obok budy Azora. Ma­tylda po­czuła zna­jome ukłu­cie w sercu. Los od­bie­rał jej ko­lejno tych, któ­rych ko­chała, ni­kogo nie szczę­dząc.

W drzwiach uj­rzała ry­żawą czu­prynę Lu­cynki, która z każ­dym ro­kiem ro­biła się co­raz bar­dziej po­dobna do matki.

- To Ma­tyl­dzia! Na­sza Ma­tyl­dzia! Na­prawdę, to ona! - za­krzyk­nęła czte­ro­latka pi­skli­wym gło­si­kiem, pa­trząc w głąb domu.

Przy­była chwy­ciła dziew­czynkę na ręce i mocno przy­tu­liła jej pulchne ciałko. Za­pach dawno nie­pra­nych ubrań dziecka szybko przy­po­mniał Ma­tyl­dzie o nie­daw­nym po­ro­dzie Ja­dwigi. Za­pewne wciąż jesz­cze po po­łogu wo­lała wy­le­gi­wać się w domu, niż za­jąć się do­mo­wymi obo­wiąz­kami. Ta myśl pa­ra­dok­sal­nie ucie­szyła dziew­czynę, kre­śląc przed nią nowy sce­na­riusz, w któ­rym to ona sta­nie się głów­nym re­ży­se­rem na sce­nie w swoim ro­dzin­nym domu.

Wciąż nio­sąc na rę­kach wpa­trzoną w nią Lu­cynkę, we­szła do sieni, uwa­ża­jąc, by nie po­tknąć się o wia­dro z wodą czy bańkę z mle­kiem. Ni­czego ta­kiego jed­nak nie do­strze­gła. Prze­stą­piła próg izby i szybko po­wio­dła wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. Na ła­wie stał gli­niany gar­nu­szek, a obok sa­ga­nek, z któ­rego wy­sta­wała łyżka wa­zowa. Ławki po oby­dwu stro­nach stołu stały równo pod­su­nięte, a w usta­wio­nej obok kuchni ba­lii mo­czyło się pra­nie.

Zza prze­pie­rze­nia wy­ło­niła się Ja­dwiga, za­pi­na­jąca gu­ziki bluzki roz­chy­la­ją­cej się w oko­li­cach oka­za­łego biu­stu do­dat­kowo na­brzmia­łego od po­karmu.

- Wszelki duch Pana Boga chwali - ode­zwała się na po­wi­ta­nie.

- Po­chwa­lony - od­parła Ma­tylda i po­sta­wiła sio­strzyczkę na pod­ło­dze. - Dawno u was nie by­łam, to po­sta­no­wi­łam zaj­rzeć.

- Oj, ty te­raz mia­stowa, to nie masz po co się tu spie­szyć - przy­znała i za­cią­gnęła za­słonkę. - An­to­sia na­kar­mi­łam, to so­bie dzie­cina po­śpi, bo ja mam ro­boty moc.

Ma­tylda nad­sta­wiła uszu. Nie miała po­ję­cia, że jej przy­rodni brat nosi imię ich ojca.

- Chęt­nie po­mogę.

- Eeee... A ty jesz­cze pa­mię­tasz pra­nie na ta­rze albo dep­ta­nie ka­pu­sty? - rzu­ciła po­dejrz­li­wie i łyp­nęła na nią, wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

- To jest mój dom. Stąd po­cho­dzę i to, czego się tu­taj na­uczy­łam, zo­sta­nie ze mną bez względu na to, gdzie miesz­kam i co ro­bię... - wy­ja­śniła ła­mią­cym się gło­sem. Tak bar­dzo chciała czuć, że wciąż może tu­taj wró­cić i za­jąć na­leżne jej miej­sce.

- Sporo się tu zmie­niło i na­dal bę­dzie...

Ma­tylda bez­silna opa­dła na ławę. Tyle so­bie obie­cy­wała po tej wi­zy­cie, czyżby jed­nak się prze­li­czyła? Ukrad­kiem otarła za­błą­kaną łzę i przy­tu­liła drep­czącą wo­kół niej sio­strę, która z uf­no­ścią jej się przy­glą­dała. Po­tem wy­jęła z torby pre­zenty i po­ło­żyła je na stole.

- To dla ma­co­chy - oświad­czyła. - Może coś się przyda... - do­dała, po czym pod­nio­sła się z miej­sca i ru­szyła do wyj­ścia.

Oczy Ja­dwigi za­świe­ciły się z ra­do­ści. Chwy­ciła miękki swe­ter i przy­tknęła go do piersi. Już na pierw­szy rzut oka oce­niła, że póki karmi, to się w nim nie do­pnie, ale nie za­mie­rzała od­mó­wić jego przy­ję­cia. W końcu nie­długo bę­dzie mu­siała po­móc w pracy w go­spo­dar­stwie. An­toni cier­pli­wie cze­kał na ten dzień. Zdą­żyła na tyle po­znać męża, że wie­działa, iż nie wy­miga się od pracy, za­sła­nia­jąc się dziec­kiem przy piersi. Li­czyła na to, że tro­chę jej od­pu­ści, gdy uro­dzi mu syna, ale on zda­wał się tak samo cie­szyć z An­to­sia jak ze wszyst­kich dzieci. Dla­tego nie­raz do­cho­dziło mię­dzy nimi do swa­rów. Nie za­mie­rzała jed­nak tak ła­two się pod­dać.

- Już ucie­kasz? - Ja­dzia spoj­rzała na pa­sier­bicę za­sko­czona. - Zo­stań na obie­dzie, bo oj­ciec wróci z ro­boty do­piero na wie­czór.

- Chcia­łam tylko to przy­nieść - skła­mała, nie od­wró­ciw­szy się, by nie po­ka­zać ni­komu swego po­sęp­nego ob­li­cza. - Mu­szę już wra­cać do Klin­sma­nów.

- Skoro mu­sisz... Po­wiem ojcu, żeś była...

Pa­sier­bica opu­ściła izbę i po­wle­kła się do furtki. Nie zwra­cała uwagi na po­szcze­ki­wa­nia psiny. My­ślami była te­raz w in­nym miej­scu. Do­sko­nale pa­mię­tała drogę, więc nie sku­pia­jąc się na niej, przy­gar­biona z za­szklo­nymi oczyma su­nęła wzdłuż traktu. Od czasu do czasu ktoś ją po­zdro­wił, gdy mi­jała do­mo­stwa. Od­kła­niała się tylko, szep­cząc "Po­chwa­lony", i szła da­lej.

Wresz­cie do­tarła do ko­ścioła. Wsu­nęła się do środka i przy­klę­kła na środku wnę­trza nad­gry­zio­nego zę­bem czasu. Woń sta­rego drewna na­są­czo­nego za­pa­chem ka­dzi­dła i po­lnych kwia­tów usta­wio­nych w nie­wiel­kim wa­zo­nie tuż przy pre­zbi­te­rium przy­po­mniała jej naj­gor­szy mo­ment w ży­ciu. Mrok i pa­nu­jący w środku chłód spra­wiły, że za­drżała, a po­tem za­szlo­chała. Czuła, że z każdą se­kundą jej ciało staje się co­raz bar­dziej bez­władne i osuwa się na pod­łogę, ale ona nie po­tra­fiła ze­brać się w so­bie i wstać. Ści­ska­jące gar­dło łzy po­częły spły­wać po jej po­licz­kach.

- Mamo... dla­czego... znów je­stem sama? Mamo... - szlo­chała.

Tyle razy za­da­wała so­bie to py­ta­nie, ni­gdy nie znaj­du­jąc na nie od­po­wie­dzi. Tak bar­dzo po­trze­bo­wała te­raz ko­goś, przy kim po­czu­łaby się bez­pieczna. Ko­goś, w kim zna­la­złaby opar­cie i siłę do tego, by da­lej móc żyć.

Nie wie­działa, jak długo tak le­żała, nie przy­wią­zu­jąc wagi do chłodu bi­ją­cego od po­sadzki, ale gdy się wresz­cie pod­nio­sła, jej zdrę­twiałe ciało po­trze­bo­wało dłuż­szej chwili, by krew znów po­częła w nim krą­żyć, jak wcze­śniej.

Kiedy wy­chy­liła się z ko­ścioła, nogi same po­nio­sły ją na grób matki. Uklę­kła na tra­wie wpa­trzona w drobne li­tery na nie­wiel­kiej ta­bliczce wi­szą­cej na krzyżu, do któ­rej do­się­gały dawno nie­ple­wione chwa­sty. Od­mó­wiła mo­dli­twę, a gdy skoń­czyła, wy­rwała ziel­sko. Pra­co­wała z pa­sją, nie dba­jąc o to, że zie­mia bru­dzi jej dło­nie. Do­pro­wa­dziw­szy grób do po­rządku, po­czer­niałą dłoń po­ło­żyła na ta­bliczce i za­mknęła po­wieki, jakby chciała usły­szeć głos uko­cha­nej matki.

- Do­brze, że o niej pa­mię­tasz.

Ma­tylda, sły­sząc te słowa, wzdry­gnęła się i na­tych­miast otwo­rzyła oczy. Wtedy do­strze­gła ojca sto­ją­cego tuż obok grobu swej pierw­szej żony.

- Gdyby żyła, by­łaby dumna z ta­kiej córki.

Dziew­czyna nie­śmiało zbli­żyła się i ob­jęła ojca. W dzie­ciń­stwie czę­sto to ro­biła. Póź­niej Wielka Wojna zmie­niła ojca, ale ona i tak uwiel­biała się do niego tu­lić, na­wet je­śli czuła, że on my­ślami jest gdzieś da­leko. Od­kąd za­miesz­kała u Klin­sma­nów, rzadko znaj­do­wała pre­tekst do tego, by znów po­czuć oj­cow­ski uścisk.

- Je­steś mą­drą, młodą ko­bietą i dasz so­bie w ży­ciu radę. Wsta­wię się za tobą u pana Klin­smana, żeby cię nie wy­rzu­cali. Tu­taj nie masz przy­szło­ści, ale tam mo­żesz za­ro­bić na swoje utrzy­ma­nie, a i ja­kie­goś ka­wa­lera po­szu­kać - do­dał, spo­glą­da­jąc na nią wy­mow­nie.

Ma­tylda nie miała te­raz w gło­wie amo­rów. Znacz­nie bar­dziej za­le­żało jej na pracy. Myśl o kon­ty­nu­acji edu­ka­cji sta­wała się co­raz mniej re­alna.

- A je­śli się nie uda? - za­py­tała nie­śmiało i od­su­nęła się od ojca, by móc mu spoj­rzeć w oczy. - A je­śli mnie wy­go­nią? Pani Mar­tina za mną nie prze­pada...

- W mie­ście ła­twiej o pracę. Tro­chę li­znę­łaś na­uki, więc może się to przy­dać - cią­gnął, de­li­kat­nie głasz­cząc jej włosy.

Uwiel­biał tą piesz­czotą spra­wiać przy­jem­ność jej matce, którą tak bar­dzo mu przy­po­mi­nała swym wy­glą­dem, ale i za­cho­wa­niem. Gdyby tylko mógł jej za­pew­nić do­sta­teczną ilość pie­nię­dzy, bez wa­ha­nia po­da­ro­wałby je na jej edu­ka­cję. Tyle tylko, że w domu cze­kało na niego czworo po­zo­sta­łych dzieci, któ­rym wi­nien za­pew­nić utrzy­ma­nie. Był prze­ko­nany, że Ma­tylda so­bie po­ra­dzi. Reszta wciąż po­trze­bo­wała jego opieki.

- Bądź dzielna i nie pod­da­waj się tak jak twoja matka - do­rzu­cił, po czym od­wró­cił się i po­pro­wa­dził córkę do wyj­ścia z cmen­ta­rza.

Póź­niej w ci­szy do­tarli do drogi, którą co­dzien­nie po­ko­ny­wał, idąc do sto­larni, i po­chy­lił się, by po­ca­ło­wać córkę. Wtedy po­czuła do­tyk jego szorst­kiej skóry, a gdy się od­wró­cił, po raz pierw­szy do­strze­gła jego ły­sinę. Stała, pa­trząc, jak wraca do domu, w któ­rym dla niej nie było już miej­sca.

***

Ma­tylda od lat wrze­sień ko­ja­rzyła z na­uką. Ni­gdy nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy wresz­cie bę­dzie mo­gła otwo­rzyć nowy bru­lion i za­pi­sać w nim pierw­sze zda­nie. Ten mo­ment trak­to­wała jak po­czą­tek no­wej przy­gody, która nie wia­domo, jak się mo­gła po­to­czyć i czym za­koń­czyć.

Te­raz le­żała na wą­skim łóżku, wsłu­chu­jąc się w od­głosy po­ran­nej krzą­ta­niny w kuchni. Od kilku dni zbie­rała się w so­bie, by po­roz­ma­wiać z Klin­sma­nami. Wciąż jed­nak nie znaj­do­wała tyle siły, by sta­nąć z nimi twa­rzą w twarz i otwar­cie za­py­tać, co z nią da­lej bę­dzie. Wo­lała uni­kać draż­li­wego te­matu, po tro­sze się łu­dząc, że to oj­ciec za­ła­twi za nią sprawę. By­łaby mu nad wy­raz wdzięczna, gdyby to dla niej zro­bił.

- A ty co się tak le­nisz? - Głos dru­giej z po­ko­jó­wek w domu Klin­sma­nów ni­czym strzała prze­bił po­wie­trze i za­wisł tuż nad głową Dasz­kow­skiej.

- Tro­chę mi się przy­snęło - skła­mała. - Za­raz przyjdę - do­dała, gra­mo­ląc się z łóżka.

Trza­śnię­cie drzwi przy­po­mniało jej, dla­czego nie znosi tej prze­mą­drza­łej dzie­wu­chy, która my­śli, że ze względu na swoje star­szeń­stwo po­zja­dała wszyst­kie ro­zumy, a od­kąd śmierć za­brała pa­nią Elke, ze zdwo­jona siłą ją ata­ko­wała.

Ma­tylda w przy­go­to­wa­nej wie­czo­rem mi­sce po­śpiesz­nie opłu­kała twarz i ręce, a po­tem wło­żyła swój strój, w któ­rym po­da­wała do stołu, i we­szła do kuchni. Jak każ­dego dnia i tym ra­zem za­dała so­bie py­ta­nie, kiedy go­spo­da­rze się zo­rien­tują, że choć miesz­kają we dwoje, to utrzy­mują pię­cio­oso­bową służbę. Wie­działa, że jest naj­młod­sza w tej gru­pie pra­cow­ni­ków i to ona jako pierw­sza opu­ści ten dom.

- Na­sza Ma­tyl­dzia, to chyba w kim roz­mi­ło­wana, bo można do niej mó­wić i mó­wić, a ona ino stoi jak słup soli. - Cze­sia za­chi­cho­tała, prze­le­wa­jąc mleko z bańki przy­nie­sio­nej przez nią wcze­śnie rano.

- Z głową w chmu­rach to ona żad­nego chłopa nie doj­rzy - za­wtó­ro­wała jej Kinga i usta­wiła na tacy na­kry­cia. - Weź ser­wetki i sztućce i rusz się, bo dzi­siaj pań­stwo je­dzą wcze­śniej i wy­cho­dzą z domu.

- Żeby tylko do­brze wy­brali - za­uwa­żyła Cze­sia, a co­raz wię­cej ro­zu­mie­jąca pol­ski ję­zyk ku­charka na te słowa ocho­czo przy­tak­nęła.

Do­piero te­raz Ma­tylda sko­ja­rzyła, że na ten dzień wy­zna­czono spo­tka­nie u no­ta­riu­sza, by otwo­rzyć zde­po­no­wany u niego te­sta­ment Elke Klin­sman. Otrzą­snęła się z resz­tek snu i po­spie­szyła do ja­dalni.

Wła­śnie wraz z Kingą zdą­żyły na­kryć do stołu, gdy po­ja­wili się go­spo­da­rze. Oby­dwie po­ko­jówki asy­sto­wały im pod­czas po­siłku, który zje­dli w mil­cze­niu. Gdy więc wy­szli, wraz z nimi od­pły­nęła zła aura, a Ma­tylda za­brała się do sprzą­ta­nia na­czyń. Wie­działa, że i dzi­siaj nie od­waży się roz­po­cząć roz­mowy o swoim dal­szym za­trud­nie­niu w tym domu.

Aż do obiadu w kuchni prze­wi­jał się tylko je­den te­mat i do­ty­czył on te­sta­mentu nie­boszczki. Dy­wa­ga­cji, co i komu po­zo­sta­wiła, było do­sta­tecz­nie dużo, że i do ko­la­cji by ich wy­star­czyło, ale po­ja­wie­nie się go­spo­da­rzy sku­tecz­nie wszyst­kim za­mknęło usta.

Obiad mi­nął w at­mos­fe­rze po­dob­nej do tej przy śnia­da­niu, więc wy­po­wie­dziana chłod­nym to­nem przez Mar­tinę Klin­sman in­for­ma­cja wy­wo­łała bu­rzę wśród służby. Nikt nie wie­dział, co chce im prze­ka­zać. Jedno było pewne. Szy­kują się zmiany.

Przed pod­wie­czor­kiem wszy­scy, łącz­nie z szo­fe­rem, za­mel­do­wali się w sa­lo­nie i z za­par­tym tchem ocze­ki­wali przyj­ścia go­spo­da­rzy. Kiedy ci wresz­cie ze­szli, Mar­tina Klin­sman po­wio­dła wzro­kiem po ze­bra­nych i usia­dła w fo­telu. Tuż za nią sta­nął jej za­sę­piony mał­żo­nek.

- Jako że chłopcy się prze­pro­wa­dzili do Ber­lina i ra­czej nie spo­dzie­wam się, żeby po stu­diach chcieli po­wró­cić na pro­win­cję, a moja te­ściowa ode­szła, to czas naj­wyż­szy upo­rząd­ko­wać pewne kwe­stie. Cze­ka­li­śmy z tym do chwili, gdy po­znamy za­pisy te­sta­mentu. I te­raz już wia­domo co i jak... - oświad­czyła, wo­dząc wzro­kiem po sto­ją­cych przed nią oso­bach.

Ma­tylda miała wra­że­nie, że lada mo­ment nogi się pod nią ugną, a ona nie zdoła ustać w miej­scu. Za­tem chwila, o któ­rej od kilku ty­go­dni nie­ustan­nie my­ślała, wła­śnie na­de­szła.

- Wpraw­dzie kilka kwe­stii po­zo­staje bez wy­ja­śnie­nia i wy­raź­nego wska­za­nia, ale to już was nie do­ty­czy... - tłu­ma­czyła da­lej. - Oprzemy się na tym, co do­tych­czas udało nam się wy­ja­śnić.

- Nie­stety to nie są dla ni­kogo ła­twe czasy i choć wy­daje się, że chwi­lowa po­pra­wia­jąca się sy­tu­acja go­spo­dar­cza wa­szego kraju daje opty­mi­styczne pro­gnozy na przy­szłość, to wo­limy dmu­chać na zimne i już te­raz my­ślimy o przy­szło­ści na­szej i na­szych sy­nów - wtrą­cił Klaus ty­tu­łem uzu­peł­nie­nia.

Jego pulchne palce, za­ci­ska­jące się na opar­ciu fo­tela, po­bie­lały.

- W związku z tym mu­simy ogra­ni­czyć zbędne wy­datki, a ta­kimi są pen­sje pra­cow­ni­ków - we­szła mu w słowo mał­żonka.

Klaus zmarsz­czył czoło, jakby wła­śnie coś ob­li­czał w pa­mięci albo o czymś istot­nym so­bie przy­po­mniał. Jego żona na­tych­miast prze­jęła prym w roz­mo­wie.

- Berto, od po­nie­działku bę­dziesz też mu­siała za­jąć się zmy­wa­niem na­czyń, ale Kinga musi ci w tym po­ma­gać. - Wy­mow­nie łyp­nęła na po­ko­jówkę, która nie zdą­żyła się skrzy­wić na tę wieść.

Ow­szem, Kin­dze pa­so­wało to, że ostat­nimi czasy miała znacz­nie mniej obo­wiąz­ków i sporą część dnia spę­dzała w kuchni na plo­tecz­kach, umie­jęt­nie mar­ku­jąc ro­botę. Te­raz jed­nak wa­żyły się jej dal­sze losy. Mo­gła uczci­wie pra­co­wać albo stra­cić za­trud­nie­nie. Na­tych­miast spoj­rzała na Cze­się, która wła­śnie za­częła po­chli­py­wać, zda­jąc so­bie sprawę z tego, co za­szło, a po­tem uśmiech­nęła się nie­szcze­rze i spu­ściła wzrok.

- Cze­siu, je­steś so­lidną pra­cow­nicą i na pewno znaj­dziesz so­bie ja­kieś za­ję­cie - zwró­ciła się do po­ły­ka­ją­cej gorz­kie łzy po­my­waczki. - Nie maż się. Je­śli chcesz, mo­żemy za cie­bie po­rę­czyć u no­wego pra­co­dawcy - do­dała po­jed­naw­czo.

- Dzię­kuję. - Dziew­czyna na­uczona do­świad­cze­niem dy­gnęła w po­dzięce, choć w rze­czy­wi­sto­ści nie wie­działa, po co to robi.

Ogrod­nik, peł­niący jed­no­cze­śnie funk­cję szo­fera, prze­stę­po­wał z nogi na nogę, nie śmiąc za­py­tać, co z nim bę­dzie. Łu­dził się, że jego trud­niej za­stą­pić, bo i prze­pisy dro­gowe znał i au­to­mo­bil po­tra­fił pro­wa­dzić, a to wcale nie było ta­kie pro­ste, jak nie­któ­rzy my­śleli. Do­sko­nale wie­dział, że żadna z ko­biet za­trud­nio­nych przez Klin­sma­nów tego nie po­trafi. Zresztą stał na sta­no­wi­sku, że nie jest to za­ję­cie dla ko­biet, bo one nie zdo­łają opa­no­wać za­sad ru­chu dro­go­wego.

- Ty, Ro­mu­al­dzie, je­steś nam nie­zbędny, więc zo­sta­jesz z nami - do­dała Mar­tina, a po­tem prze­nio­sła wzrok na je­dyną osobę, o któ­rej wcze­śniej nie wspo­mniała. - Ma­tyldo, nie po­trze­bu­jemy dwóch po­ko­jó­wek.

Dasz­kow­ska po­czuła, jak prze­strzeń wo­kół niej się kur­czy, a jej nogi drżą, jakby le­dwo dźwi­gały cię­żar jej ciała. W jej uszach wciąż dźwię­czały słowa ojca mó­wią­cego, by nie re­zy­gno­wała z pracy w mie­ście. Tylko jak i gdzie miała ją zna­leźć. Ta­kich mło­dych dziew­czyn po­szu­ku­ją­cych za­trud­nie­nia były ty­siące. W czym ona była lep­sza od nich? Gdyby cho­ciaż zdą­żyła skoń­czyć gim­na­zjum, jej szanse znacz­nie by wzro­sły. Za­ci­snęła zęby, sta­ra­jąc się nie dać po­pły­nąć zbie­ra­ją­cym się pod po­wie­kami łzom. Nie miała siły spoj­rzeć w oczy swym pra­co­daw­com. Cze­kała na to, co nie­uchronne.

- Je­stem... Je­ste­śmy - po­pra­wił się Klaus - wdzięczni ci za to, co zro­bi­łaś dla mo­jej matki. Twoja opieka bar­dzo jej po­mo­gła w po­wro­cie do zdro­wia...

Ma­tylda wi­działa to nieco ina­czej. Wszak ona po­ma­gała pani Elke w pro­za­icz­nych czyn­no­ściach, jak ubie­ra­nie się czy przyj­mo­wa­nie le­karstw, ale sama czer­pała z tego nie­oce­nioną na­ukę ję­zyka nie­miec­kiego, ma­nier i otwar­to­ści na wie­dzę oraz li­te­ra­turę, a przede wszyst­kim otrzy­mała moż­li­wość kształ­ce­nia. Do­stała więc do­sta­tecz­nie dużo od ob­cej osoby. Te­raz nie miała prawa li­czyć na wię­cej. Wcho­dząc do domu Klin­sma­nów, nie mo­gła na­wet ma­rzyć, że spo­tka ją ta­kie do­bro.

- Pa­mię­tam, jak bar­dzo ce­niła twe to­wa­rzy­stwo i jak wiel­kie na­dzieje w to­bie po­kła­dała - cią­gnął. - Wiem też, jak da­leką drogę prze­szłaś, by móc się da­lej uczyć.

Ma­tylda do­piero pod wpły­wem tych słów uświa­do­miła so­bie, jak ina­czej po­to­czy­łoby się jej ży­cie, gdyby po­zo­stała na wsi. Te­raz pew­nie szy­ko­wa­łaby się do za­mąż­pój­ścia za któ­re­goś z są­sia­dów.

- My­ślę, że masz dużo na­uki przed sobą, ale je­stem prze­ko­nany, że zdo­łasz po­jąć wszyst­kie za­sady i już wkrótce bę­dziesz w sta­nie sa­mo­dziel­nie pra­co­wać w moim przed­się­bior­stwie.

Nie­świa­doma tego, co robi, Ma­tylda naj­pierw roz­dzia­wiła usta, a do­piero po­tem za­kryła je dło­nią, by nie krzy­czeć ze szczę­ścia. Z tego po­toku słów udało jej się wy­ło­wić naj­waż­niej­sze: "praca", a to da­wało na­dzieję. Na co? Tego jesz­cze do końca nie wie­działa, ale czuła, że to po­czą­tek ko­lej­nego etapu w jej ży­ciu.

- Mam na­dzieję, że zdo­łasz to po­go­dzić z na­uką w szkole? - Py­ta­nie Klausa za­wi­sło w po­wie­trzu ni­czym na­trętna mu­cha.

Na to Ma­tylda kom­plet­nie nie była przy­go­to­wana, dla­tego rzu­ciła się na sto­jącą obok Kingę i po­częła ją ści­skać, śmie­jąc się przy tym do roz­puku. Do­piero oschłe spoj­rze­nia po­ko­jówki i jej na­pięte ni­czym struna ciało spra­wiły, że Dasz­kow­ska się zre­flek­to­wała. Po­tul­nie usta­wiła się w sze­regu i po­pra­wiła prze­krzy­wiony far­tu­szek. Po­my­ślała, że skoro opatrz­ność nad nią czuwa, to zdoła prze­trwać w tym mie­ście.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki