ROZDZIAŁ 2
13 sierpnia
Budzi mnie sygnał smartfona. Odwracam się w stronę Marka, ale nieco
zaskoczona zauważam, że jego miejsce jest puste. Przez chwilę po prostu
leżę i uśmiecham się pod nosem na wspomnienie ostatniej nocy.
Drzwi do sypialni są zamknięte, ale słyszę, że Marek krząta się po
kuchni. Po domu niesie się odgłos pracującego ekspresu i stukot noża
uderzającego o drewnianą deskę, szelest jakiegoś opakowania, kroki.
Uśmiecham się do siebie. Nagle drzwi otwierają się z impetem i mój
mężczyzna wchodzi z tacką ze śniadaniem. Ma na sobie tylko fartuszek
imitujący gołą klatkę piersiową rzymskiego gladiatora. Kupiłam mu go
kilka dni temu porwana wspólnie oglądanym serialem o Spartacusie. Jeden
z wątków przedstawia relację Lukrecji, żony właściciela ludus, oraz
Kriksosa, mistrza areny, którego ta pierwsza zmusza do potajemnych
schadzek w wiadomym celu.
- Domina... - wita się i z gracją kładzie tackę na prześcieradle. - Dziś
proponuję tosty z serem, szynką i ogórkiem kiszonym oraz jogurt z musem
jagodowym i cappuccino. Oczywiście dla pani bezkofeinowe - dodaje,
następnie kłania się nisko, starając się przy tym zachować pełną powagę.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Jeszcze raz powtarzam sobie w duchu,
że tacy faceci nie istnieją. Podchwytuję zaproponowaną przez Marka grę i spoglądam na tacę. Profesjonalnym okiem oceniam zdolności kulinarne
mojego niewolnika, następnie w pierwszej kolejności sięgam po filiżankę
i upijam łyk kawy. Unoszę brew i rzucam swemu słudze pełne uznania
spojrzenie.
- Postarałeś się, Marku... to znaczy Kriksosie - poprawiam się. - W nagrodę możesz wymasować stopy swej pani - dodaję, nie wychodząc z roli.
- Jak moja pani sobie życzy - odpowiada i natychmiast przyklęka na
skraju łóżka.
Marek bierze moje stopy w dłonie i zaczyna delikatnie masować, skupiając
na nich całą swoją uwagę, jakby naprawdę był dyplomowanym masażystą albo
niewolnikiem gotowym spełnić każde żądanie swej pani. Uwielbiam to,
uwielbiam mieć masowane stopy. Odgryzam kawałek tosta, popijam pyszną
kawą, delektuję się tą chwilą. Zerkam na niego, ale on nie reaguje.
Wciąż wydaje się pochłonięty masażem, skupiony, w pewnym momencie wkłada
do ust palce moich stóp i zaczyna je pieścić językiem. Cicho pojękuję,
bo to dla mnie największa rozkosz. Odkładam tacę i jeszcze przez kilka
minut pozwalam mu pieścić moje stopy, a potem odwdzięczam się w sposób,
który mężczyźni uwielbiają ponad wszystko.
- Uwielbiam cię - szepczę, gdy leży w pełni zaspokojony.
- Ja ciebie też, Zuza - odpowiada. - Dziękuję, że jesteś - dodaje i gładzi mnie po włosach.
Leżymy jeszcze przez kilka minut i choć mogłoby to trwać cały dzień,
przypominam sobie, że przecież Marek musi dziś po południu wyjechać w interesach. Nie wiem gdzie dokładnie, ale chyba daleko, bo mówił, że
może wrócić dopiero wieczorem albo nawet w nocy. Zerkam na zegarek.
Dochodzi jedenasta, najwyższy czas, aby wrócić do rzeczywistości. Myślę,
że miło by mu było, gdybym przygotowała mu na drogę kanapki.
- Pani zmyka do łazieneczki - oznajmiam i daję mu buziaka.
Gdy wracam, wykąpana, uczesana i umalowana, Marek leży w dużym pokoju z nosem w smartfonie. Ma na sobie ciemnoniebieskie dżinsy, raczej z tych
bardziej eleganckich, białą koszulę, tylko włosy wciąż są w lekkim
nieładzie.
- Moja pani już wypielęgnowała swoje boskie ciało? - pyta, unosząc wzrok
znad wyświetlacza.
- Tak - odpowiadam. - Pani jest już piękna i pachnąca.
- Moja pani zawsze jest piękna i pachnąca.
- Nawet jak jest coraz grubsza?
- Zawsze.
Marek wstaje z kanapy, podchodzi do mnie i kładzie mi dłonie na
biodrach, a potem kilkakrotnie całuje mnie w szyję, chwyta i lekko
ściska pośladki.
- Kocham cię, Zuza - mówi.
- Ja ciebie też, Marek - odpowiadam.
Przez chwilę namiętnie się całujemy, a potem Marek daje mi delikatnego
klapsa i idzie do łazienki.
- Chcesz zostać czy wychodzisz? - pyta podniesionym głosem. Przez szparę
widzę, jak na włosy nakłada żel.
- Umówiłam się w mieście z Agatą - odpowiadam. - Pójdziemy na kawę,
poplotkujemy, a potem wpadnę jeszcze na chwilę do siebie.
- Jak chcesz, to możecie sobie nawet walnąć lampkę wina. To znaczy ona
może - poprawia się. - Ja wcześniej niż przed północą nie wrócę. Właśnie
dostałem wiadomość, że chłopaki mogą się spóźnić, więc mi też zejdzie
trochę dłużej.
Wiem tyle, że Marek prowadzi jakieś interesy w Niemczech. Jest
kierownikiem budowy albo kimś takim. Na pewno odpowiada za ludzi, bo
często wspomina o chłopakach albo ekipach montażowych. Ostatnio miał
lekki zastój, ale firma, w której pracuje, podobno znów dostała zlecenia
i szykuje się gorący okres.
- To może zostaniesz na obiad? - pytam.
- Nie, Zuza. Kiedy spałaś, zadzwoniłem do tego faceta, który ma mi
dostarczyć drewno na opał. Gość powiedział, że może być w Toporzycach
koło czternastej, więc pomyślałem, że po drodze do Niemca ogarnę ten
temat. Nie chcę... - Marek wychodzi z łazienki, poprawiając kołnierzyk
koszuli - ...nie chcę, żeby zrzucił to byle gdzie. Poza tym to wszystko
trzeba będzie jeszcze porąbać.
- Porąbać?
- Wychodzi taniej, zresztą trochę ruchu mi nie zaszkodzi.
Marek nie jest krezusem i od początku naszej znajomości tego przede mną
nie ukrywa. Doceniam to, bo większość facetów zwykle wymyśla
niestworzone historie na temat branży, w której pracuje, albo swoich
zarobków tylko po to, aby w ekspresowym trybie zaciągnąć kobietę do
łóżka. Ilu to ja już poznałam lekarzy, dentystów czy adwokatów, którzy o swojej pracy mówili tylko, że jest "nudna i lepiej porozmawiać o czymś
przyjemniejszym". Ci, którzy rzeczywiście mieli gruby portfel, z reguły
okazywali się podejrzanymi typami z kontaktami w półświatku albo
podstarzałymi dyrektorami banków szukającymi odskoczni od marazmu życia
rodzinnego. Przy nich Marek jawi się jako pracowity, zaradny i odpowiedzialny mężczyzna, który co prawda nie jest bogaczem, ale potrafi
o siebie zadbać i nie narzeka na brak pieniędzy, bo wie, jak nimi
zarządzać. Tam, gdzie można znaleźć jakieś oszczędności, stara się
ograniczyć wydatki. Od początku bardzo podobało mi się takie podejście.
Może dlatego, że Marek, choć jeszcze do niedawna miał ojca, od zawsze
musiał radzić sobie sam.
- Chciałabym zobaczyć, jak rąbiesz to drewno - mówię i posyłam mu
filuterne spojrzenie.
- Zobaczysz, Zuza, ale dopiero w weekend - odpowiada, puszczając do mnie
oko. - Elektrycy muszą jeszcze doprowadzić do ładu instalację i w zasadzie będzie można się już wprowadzać.
- Dach też już zrobili?
- Podobno kończą. Z nimi też chcę się zobaczyć, ale gwarantuję, że na
weekend dom będzie gotowy.
- To super.
Nie do końca jestem pewna, czy aby na pewno jest super. Przeprowadzka do
Toporzyc to jedna wielka niewiadoma. Wciąż się waham, przecież znamy się
zaledwie kilka tygodni.
- Pojedziemy w piątek i posiedzimy do niedzieli - mówi. - Tak na próbę.
Jestem pewny, że ci się spodoba.
- Okej.
Ten pomysł akurat naprawdę mnie kręci: dwie noce w głuszy, nad urokliwym
jeziorem, i to w towarzystwie ukochanego. Brzmi co najmniej obiecująco.
Poza tym jeśli mam tam w przyszłości zamieszkać, to najpierw wypadałoby
chałupę przetestować, a wspólny weekend wydaje się do tego idealną
okazją.
- Cieszę się, że ty się cieszysz. - Marek pakuje do torby przygotowane
przeze mnie kanapki, wyjmuje z lodówki butelkę mrożonej herbaty i zaczyna rozglądać się za kluczami do samochodu. Leżą na stole, więc
chwyta je w garść. - Muszę lecieć, kochanie. Czuj się jak u siebie, a gdybyś czegoś potrzebowała, to dzwoń.
- Jedź ostrożnie. Kocham cię.
- Ja ciebie też. Pa.
Daje mi ostatniego buziaka, wsuwa stopy w skórzane mokasyny i wychodzi z domu. Podchodzę do drzwi i spoglądam przez wizjer. Mój mężczyzna znika
za winklem w głębi korytarza. Wtedy przypomina mi się sen i to, co
zobaczyłam za oknem. Momentalnie odklejam oko od wizjera, w obawie przed
tym, że znów mogę to zobaczyć.
Głupia jesteś, myślę, ale i tak przekręcam oba zamki.
* * *
- Daj mu szansę, Zuzka - radzi Agata, która jest moją najlepszą, a w zasadzie jedyną przyjaciółką. Ma kruczoczarne włosy do ramion, kilka
tatuaży i dwanaście kolczyków: w tym w pępku, języku i nosie. Moja
rówieśniczka, jest dla mnie jak siostra, razem wychowywałyśmy się w domu
dziecka. - Nie dość, że jest cholernie przystojny, to jeszcze
samodzielny, odpowiedzialny, opiekuńczy, troskliwy, ciepły... - wylicza na
palcach, wymownie unosząc brwi przy każdej kolejnej wyartykułowanej
zalecie Marka.
- No właśnie...
- Poczekaj, poczekaj, bo nie skończyłam. Lećmy dalej. - Wystawia drugą
dłoń. - Dojrzały, zaradny, samowystarczalny, pracowity, a do tego nie
musisz się martwić o teściową, bo nie ma matki, i jeszcze w bonusie
masuje ci stopy i daje orgazmy. Kuźwa, kobieto! Brakuje mi palców. Nad
czym ty się jeszcze zastanawiasz?
- No właśnie to jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe - odpowiadam, tak
trochę na przekór.
- I wiesz co jeszcze, Zuza? - Agata nachyla się nad swoją filiżanką,
udając przesadnie poważną. - Zapomniałyśmy o najważniejszym.
- No niby o czym?
- Marek jest WOLNY!
Agata chichocze, łączy pięści pod brodą jak mała dziewczynka, która
usłyszała, że zaraz dostanie lizaka. Też się uśmiecham i przekomarzamy
się jak dwie nastolatki, nieco za bardzo zwracając uwagę innych klientów
kawiarni.
- Ale, Aga... - mówię, gdy w końcu przestajemy świrować. - Ja wiem, że
wszystko wygląda jak w bajce. Właśnie dlatego mam wątpliwości.
- Daj mu szansę - naciska. - Przecież nie musisz się od razu hajtać.
Mówisz, że chce cię zabrać do tego domu nad jeziorem na weekend. Pojedź
i przekonaj się, jak tam jest.
- Jestem pewna, że będzie super.
- Sama widzisz...
- Ale... - Przez chwilę zastanawiam się nad tym, co tak naprawdę chcę
powiedzieć. - Zamieszkać tam na stałe? Przecież to straszna wiocha.
Podobno nawet asfaltu nie ma. Tam psy dupami szczekają. I ta nazwa...
Toporzyce.
- Oj tam, oj tam. Gadasz, jakbyś już tam była. - Agata nabija na
widelczyk kawałek muffinki i wkłada go do ust. - Poza tym czego ty teraz
oczekujesz? Niedługo urodzisz dwie piękne dziewczynki i co? Masz zamiar
co tydzień biegać na imprezy? Po tym wszystkim trochę spokoju dobrze ci
zrobi. Żaden komorniczy kutafon nie będzie cię tam nachodził. Same
plusy, Zuza. Uważam, że to wspaniały pomysł.
- No nie wiem...
- Ta wioska to nie koniec świata - ciągnie. - Poza tym przecież Marek ma
samochód. Będziesz mobilna. Co ci szkodzi spróbować?
- Chyba masz rację. Zresztą... - wzdycham, czuję nagły przypływ smutku -
...chyba nie mam innego wyjścia.
- Zawsze jest jakieś wyjście, ale nie będę się kłócić. To w tej chwili
dla ciebie najlepszy wybór. Kiedy Marek ma zamiar się wprowadzić?
- Niedługo. Najpierw chce przygotować wszystko na tip-top, wypowiedział
też umowę najmu w mieście. Ale najpierw ten weekend.
- To może byśmy was odwiedzili z Mateuszem? W sobotę i niedzielę ma być
gorąco, a my nie mamy żadnych planów.
Że też wcześniej nie przyszło mi to na myśl. Wyobrażałam sobie, że
spędzę ten weekend z Markiem tylko we dwoje, ale wizyta przyjaciół to
przecież fantastyczny pomysł. Od początku tej znajomości bardzo zależało
mi na tym, aby Marek lepiej poznał Agatę i Mateusza.
- Chętnie - mówię. - Może nawet zostalibyście na noc? Marek twierdzi, że
dom jest duży.
- A nie będziemy wam przeszkadzać...? - pyta przyjaciółka, wymownie
unosząc brew.
- Już mówiłam, że dom jest duży... - odpowiadam, wyraźnie kładąc nacisk na
ostatnie słowo.
- Skoro tak, to pogadam z Matim. Chłopaki się napiją, poproszę go, aby
wybadał grunt.
- Nie, lepiej nie... - protestuję.
- Jak chcesz, ale mój stary jest w tym naprawdę dobry. Wiesz... handlowiec
musi mieć bajerę.
Agata od trzech lat jest w całkiem udanym związku z Mateuszem. Na
początku za nim nie przepadałam, uważałam, że odebrał mi jedyną bliską
osobę. Owszem, miał też inne wady, kompulsywnie grał na konsoli i palił
zioło (choć podobno ostatnio mocno to ograniczył), ale miał poczucie
humoru i nieźle płatną pracę, a do tego według wszystkich znaków na
niebie i ziemi nie oglądał się za innymi kobietami. Tego, że Agata nie
była już wyłącznie moja, nie mogłam mu jednak wybaczyć. Wiem, że to
strasznie samolubne, ale nikt wychowany w normalnej rodzinie nie
zrozumie naszej relacji. Przez większość życia byłyśmy nierozłączne. W bidulu dzieliłyśmy pokój, potem szkolną ławkę i kolejne przygody,
począwszy od koncertów rockowych, po wyjazdy za granicę w poszukiwaniu
pracy.
Nigdy nie miałam wielkich aspiracji, nie chciałam być lekarką,
prawniczką czy informatyczką, znałam swoje ograniczenia, nie poszłam na
studia, bo wtedy myślałam, że to strata czasu i lepszym rozwiązaniem
jest wyjazd do Londynu. Owszem, gdzieś tam z tyłu głowy tliła się
nadzieja na zrobienie kariery w modelingu, chodziłam więc na castingi,
wysyłałam portfolio, a wieczorami biegałam z tacką i nalewałam piwo.
Zawsze było blisko, ale zawsze też kończyło się tak samo. Za duży tyłek,
mówili. Z takimi biodrami mogłam grać w pornosach, a nie chodzić po
wybiegach. Niektórzy przedstawiali propozycje nie do odrzucenia. Mam
jednak swój honor i nie zamierzałam robić kariery, obciągając fiuty.
Inne dziewczyny nie miały podobnych obiekcji i dostawały przynajmniej
role w reklamach tanich środków czyszczących albo tych na erekcję. A potem kilkaset funtów i wilczy bilet, bo w kolejce czekało dziesięć
następnych. Po niecałych dwóch latach moje marzenia ostatecznie
wyparowały i zdecydowałyśmy razem z Agatą wrócić do Polski.
Zaoszczędzone pieniądze zainwestowałyśmy w sklep z używaną odzieżą, ale
najwyraźniej porwałyśmy się z motyką na słońce, bo interes nie wypalił.
Wróciłyśmy do punktu wyjścia, postanowiłyśmy jednak zostać w kraju, ona
zatrudniła się jako fryzjerka, ja w sklepie odzieżowym popularnej marki
i żyłyśmy z dnia na dzień, bez większych oczekiwań, tak po prostu,
życiem szarego człowieka w szarym kraju, który nazywa się Polska.
Lata mijały, priorytety się zmieniały, Agata zakochała się w Mateuszu, a ja po kilku przelotnych znajomościach związałam się z Patrykiem, którego
w panicznej próbie poszukiwania drugiej połówki znalazłam, a raczej on
mnie, na jednym z portali randkowych. Kiedy tylko założyłam profil i wrzuciłam kilka swoich fotek, zasypała mnie lawina postów, serduszek i polubień. Wspominałam już, że jestem atrakcyjną kobietą, więc mogłam się
tego spodziewać, ale nie myślałam, że mój smartfon będzie się grzał do
czerwoności dwadzieścia cztery godziny na dobę. Większość facetów nawet
nie owijała w bawełnę, już w powitalnych postach proponowała mi seks,
wysyłając zdjęcia swoich sterczących przyrodzeń albo oferty wspólnych
wyjazdów zagranicznych w najdalsze zakątki świata, oczywiście "za
darmo", a co to "za darmo" znaczyło, to chyba nie muszę wyjaśniać. Mieli
pecha, bo nie szukałam seksu ani tym bardziej widoku ich fiutów, choć
niechętnie przyznam, że opcja wakacji odrobinę kusiła. Z kilkoma
normalniejszymi trochę pogadałam, z dwoma się umówiłam, ale na starcie
mi nie przypasowali. Zaiskrzyło przy trzecim, a ten trzeci nazywał się
Patrycjusz Kiedryński.
Na pierwszą randkę przyszedł odstrzelony w spodnie w kant i drogą
koszulę, blond włosy miał elegancko ułożone, ładnie pachniał, kilka
górnych guzików rozpiął z pełną premedytacją, abym mogła dostrzec zarys
jego umięśnionej klatki piersiowej. Był niezwykle inteligentny i oczytany, a do tego czarujący i szarmancki. Nie chwalił się, ile zarabia
i co robi, dopóki go o to nie zapytałam. Przyznał, że z zawodu jest
komornikiem, potem okazało się, że nie byle jakim, bo głównie zajmował
konta niewywiązujących się z zobowiązań firm, nawet tych
wielomilionowych. Imponował mi swoją wiedzą, a do tego nie był nachalny
i do łóżka poszliśmy dopiero na czwartej randce. Zostaliśmy parą i zakochałam się w nim po uszy. Patryk był czuły, opiekuńczy i szybko
zaoferował, abym się do niego wprowadziła. Gdy w sieci sklepów z odzieżą, w której pracowałam, doszło do "reorganizacji", a ja
przypadkiem się na tę "reorganizację" załapałam i dostałam
wypowiedzenie, nawet się ucieszył, bo uznał, że zarabia wystarczająco,
aby o nas zadbać. Miałam mieszane uczucia, ale ostatecznie nie
rozesłałam CV i zajęłam się domem, zaufałam mu bezgranicznie. Przez
kilka miesięcy wszystko układało się jak w bajce, spędzaliśmy ze sobą
dużo czasu, w rozmowach zaczął przewijać się nawet temat dzieci. Wpadłam
jak śliwka w kompot, zupełnie straciłam głowę i niestety przestałam
dostrzegać pewne niepokojące sygnały. Przede wszystkim od początku
unikał jakichkolwiek kontaktów z moimi znajomymi i nawet nie chciał
słyszeć o spotkaniach z Agatą i Mateuszem. Coraz częściej wyjeżdżał też
w delegacje. W pewnym momencie, oczywiście po kilku wspólnych i bardzo
upojnych dniach, podsunął mi do podpisania jakieś papiery, tłumacząc to
mętnie ulgami podatkowymi albo innymi paragrafami, których kompletnie
nie rozumiałam. Wyjaśnił mi, że ma szansę tanio wykupić kamienicę w stolicy, ale żeby nie zarobić zbyt wiele, to chce ją przepisać na mnie.
- Mam zostać właścicielką kamienicy w Warszawie? - zapytałam, robiąc
wielkie oczy.
- Brzmi nieźle, co? - Puścił do mnie oko. - Za pół roku będziesz mogła
mi ją odsprzedać po dwukrotnie wyższej cenie, a wtedy pieniądze zostaną
w rodzinie. Co ty na to?
Pamiętam, jak wypowiedział to słowo. Rodzina. Zawsze była dla mnie
swoistą abstrakcją, choć bardzo przeze mnie pożądaną, tak jak może
pożądać rodziny ktoś, kto nigdy tej rodziny nie miał i nawet nie znał
swoich rodziców. Może dlatego zachowałam się tak, jakbym doznała
jakiegoś zaćmienia umysłu. Nie zapaliła mi się czerwona lampka, alarm
nie zadzwonił, a na dodatek myśl, że mogę zostać właścicielką
nieruchomości w Warszawie, sprawiła że nawet nie zastanowiłam się nad
ewentualnymi konsekwencjami. Podpisałam te papiery, a dwa dni później
Patrycjusz Kiedryński zniknął z mojego życia. Gdy przestraszona, że nie
mogę się z nim skontaktować, zgłosiłam na policję jego zaginięcie,
okazało się, że ktoś taki jak Patrycjusz Kiedryński nie istnieje. Krótko
później zaczęły przychodzić listy od komorników, pod moim blokiem
kręciły się dziwne typy, a gdy w końcu połapałam się, że zostałam
oszukana, okazało się, że jestem winna jakimś ludziom milion osiemset
pięćdziesiąt osiem tysięcy czterysta dwanaście złotych i pięćdziesiąt
dziewięć groszy. To był prawdziwy szok. Oczywiście zgłosiłam sprawę na
policję, ale nękający mnie ludzie nie odpuszczali. Dwa tygodnie później
zorientowałam się, że jestem w ciąży, zdałam sobie sprawę z grozy
sytuacji.
Dotarło do mnie, że noszę w sobie dziecko oszusta, nie mam pracy ani
oszczędności, za to prawie dwumilionowy dług u nie wiadomo kogo, a do
tego legalna aborcja w tym kraju jest niemożliwa. Na dodatek żadnej
rodziny, tak naprawdę nikogo, do kogo mogłabym zwrócić się o pomoc. Nie
targnęłam się na swoje życie, choć raz byłam naprawdę blisko. Otworzyłam
opakowanie silnych tabletek psychotropowych. Gdyby nie zadzwoniła Agata,
pewnie połknęłabym je wszystkie. Umówiłyśmy się na spotkanie w parku. I wtedy, gdy tak kompletnie się przy niej posypałam, gdy pękłam, zalałam
się łzami i wyrzuciłam z siebie cały żal, los sprawił, że w moim życiu
pojawił się Marek.
- Proszę - powiedział, wręczając mi znienacka bukiet czerwonych róż. -
To dla pani. Mam nadzieję, że pozwoli pani zapomnieć o smutkach i pomoże
przetrwać trudne chwile.
- Odwal się, człowieku! - fuknęłam i dalej beczałam, jak skończona
idiotka.
Marek położył bukiet na ławce i już nic więcej nie powiedział, tylko
sobie poszedł, a potem zobaczyłam go jeszcze raz, gdy minęłyśmy go w innej części parku. Siedział pod pięknym, majestatycznym kasztanowcem i patrzył w niebo. Dwa dni później przeznaczenie sprawiło, że nasze drogi
znów się skrzyżowały. I tym razem dałam mu szansę.
- Nie chcę nic kręcić za jego plecami - stwierdzam, po dłuższej chwili
dłubania w malinowym torciku.
- W sumie racja - odpowiada Agata, przegryzając swojego muffina. -
Głupio by było, gdyby wyszedł jakiś kwas.
Przez chwilę obie skupiamy się na jedzeniu. Wyobrażam sobie wieczór w towarzystwie Agaty i Mateusza. Rozpalilibyśmy grilla, chłopaki napiliby
się piwa albo i czegoś mocniejszego, może nawiązałaby się między nimi
jakaś nić porozumienia. Brzmi naprawdę sympatycznie, ale mimo to z tyłu
głowy wciąż siedzi mi coś, co mnie blokuje.
- O czym tak myślisz? - Agata widzi, że coś nie daje mi spokoju.
- Wiesz o czym - odpowiadam, wzdychając.
Agata cmoka i przewraca oczami. Często tak robi, gdy chce mi udowodnić,
że ma rację.
- Zuza, wyluzuj - radzi. - Po co tak się biczujesz? Teraz w każdym
facecie będziesz widziała Patryka?
- No nie... - kłamię.
- Więc chuj z nim! Było minęło. Jebać go i gnoja, który go zrobił.
- Ale... to wszystko wydaje mi się takie nierealne - kontynuuję. - Kurczę,
Agata. Znamy się sto lat, więc powiedz mi, czy spotkałaś kiedyś faceta,
który byłby gotowy związać się z laską w ciąży? I do tego bliźniaczej?
- Może po prostu źle szukałyśmy. Poza tym byłyśmy gówniarami i z gówniarzami się zadawałyśmy. A ten Marek to ile dokładnie ma?
- Czterdzieści dwa.
- Czyli pewnie po przejściach. Do tego bezdzietny, co też jest trochę
dziwne. Pytałaś, czy w ogóle może mieć dzieci?
- Nie. - Prostuję się gwałtownie. Do tej pory jakoś nigdy o tym nie
pomyślałam, ale rzeczywiście to jakoś tłumaczyłoby, dlaczego Marek chce
się zaangażować w związek z ciężarną.
- Widzisz, Zuza... - Agata zbiera widelczykiem pozostałe na talerzu
okruszki. - Tak naprawdę jeszcze nic o nim nie wiesz i nie możesz z założenia traktować go jak kolejnego kutafona, który chce cię
wykorzystać. Na moje oko facet też szuka poważnego związku. A może po
prostu zakochał się po uszy? Daj mu szansę, bo jak nie, to sama się za
niego wezmę.
- Ej... - Szturcham ją lekko. - Wara od mojego faceta, wiedźmo...
- No! - Agata się uśmiecha. - I to jest moja Zuzka! Taką chcę cię
oglądać na co dzień.
Wychodząc z kawiarni, dziękuję w duchu, że ją mam. Kocham ją.
ROZDZIAŁ 3
17 sierpnia
Słońce praży niemiłosiernie. Końcówka sierpnia jest wyjątkowo upalna i nad jeziorem Wiedźmie kłębią się tłumy plażowiczów. Mam na sobie całkiem
skąpe bikini, choć czuję się w nim trochę niekomfortowo, bo brzuszek w ostatnich dniach wyraźnie się zaokrąglił, a ja nawet nie pomyślałam,
żeby kupić sobie kostium dla ciężarnych. Siedzę na pomoście oparta o barierki i obserwuję bawiących się ludzi. Wokół panuje straszny
harmider. Dzieciaki biegają, skaczą na główkę albo na bombę, jakiś facet
puszcza z synem latawiec, ale wiatr jest słaby i średnio im to wychodzi.
Mój wzrok przykuwa młoda matka z dwójką może rocznych chłopców. Ma nie
więcej niż dwadzieścia pięć lat, krótkie włosy i na brzuchu wciąż
wyraźne fałdki po ciąży. Co jakiś czas, lekko nakrywając się ręcznikiem,
karmi synów, a potem ojciec chwyta ich za rączki i pluska się z nimi w płytkiej wodzie.
Czy w następne wakacje ja też będę karmiła moje córki, a Marek będzie
bawił się z nimi na plaży? Patrząc na nich, odczuwam całą gamę
sprzecznych emocji. Roztkliwiam się, aby chwilę później walczyć z natłokiem czarnych myśli, uśmiecham się, aby zaraz zadumać się nad swoim
niepewnym losem.
- Nasmarujesz mi plecy? - zagaduje Agata, która wyleguje się tuż obok
mnie.
- A nie chcesz poczekać na Mateusza? - odpowiadam zaczepnie.
Nie odpowiada. Nasi faceci stoją na pobliskim cypelku, palą papierosy i dyskutują z jakimś wąsatym typem, zapewne pracownikiem wypożyczalni
sprzętu wodnego. Facet pokazuje im palcem jakiś punkt na jeziorze, a oni
żywo gestykulują. Cieszę się, że szybko złapali kontakt, a Marek
dyskretnie powiedział mi, że z Mateusza to jest "nawet spoko gość".
Sięgam po olejek i spryskuję plecy mojej przyjaciółki, po czym kilkoma
wprawnymi ruchami wsmarowuję go w skórę. Delikatnie obchodzę się ze
znamieniem pod łopatką. To ciemna plamka wielkości dorodnej czereśni.
Agata twierdzi, że nie powinna jej opalać, dlatego zwykle nakłada na nią
krem z najmocniejszym filtrem. Tym razem go nie wzięła i musi wystarczyć
"dwudziestka".
- Kawał chłopa z tego twojego Marka - stwierdza, mrużąc oczy. - Z tej
odległości mój Mateuszek to przy nim mikrus, no nie?
- No mały nie jest... - rzucam i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że
moje słowa brzmią trochę dwuznacznie.
Agata odwraca głowę i przytyka dłoń do czoła. Wydyma usta w wymownym
grymasie, który dobrze znam.
- Pod tym względem mojemu też nic nie brakuje, kochana - odpowiada, a potem sięga do torebki, z której wyciąga okulary przeciwsłoneczne.
Nakłada je i dodaje: - Choć ostatnio nasze pożycie nie wygląda tak jak
kiedyś. I nie wiem, kurwa, co o tym myśleć.
W jej tonie wyczuwam rozgoryczenie, a nawet coś, co mogłoby brzmieć jak
oskarżenie. Trochę mnie to dziwi, bo do tej pory Agata raczej chwaliła
sobie ten aspekt ich związku. Nie muszę czekać zbyt długo, gdy zaczyna
skarżyć się, że choć nawet jej się nie oświadczył, to bzykają się raz na
tydzień albo i rzadziej, a do tego Mateusz podchodzi do seksu jak do
odrabiania pańszczyzny.
- Kurczę... - Mój komentarz kończy się na jednym słowie. Nie stać mnie na
nic więcej.
- Ostatnio kupił sobie okulary VR czy jakoś tak i woli rżnąć w te swoje
gierki - ciągnie dalej.
- Może to tylko taka chwilowa fascynacja? - pocieszam ją. - Wiesz, jacy
są faceci. Pogra i zaraz mu się znudzi.
- Na razie to mam wrażenie, że to mną się znudził.
- Kurczę, przepraszam, Aguś. - Głupio mi, że zaczęłam temat. - Nie tak
to miało zabrzmieć.
- Nie, luz. Po prostu czuję, że się od siebie oddalamy. Nie wiem, czy to
moja wina, czy...
- Na pewno nie twoja.
- Tylko co ja mam zrobić, Zuza? Jak mam walczyć z tymi cholernymi grami?
Czasem mam wrażenie, że Mati zatrzymał się na pewnym etapie i nie ma
zamiaru ruszyć z miejsca.
- Rozmawiałaś z nim o tym?
- A bo to raz - bąka, ale jakoś tak bez przekonania. - To znaczy
próbowałam, ale jak tylko wspominam o graniu, to się zaperza, a potem
wychodzi z kumplami najarać się zioła.
- W takim razie będziecie musieli częściej do nas wpadać. Marek nie ma
konsoli i chyba nawet nie umie obsługiwać pada.
- Naprawdę zaczynam ci zazdrościć i...
- Dobra, czekaj, bo idą - przerywam jej.
Marek i Mateusz są już na pomoście i powoli suną w naszym kierunku.
Rzeczywiście wyglądają trochę śmiesznie. Marek mierzy dobre sto
osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i waży co najmniej
dziewięćdziesiąt kilka kilogramów, a Mateusz jest niższy prawie o głowę
i nawet stąd widać mu żebra. Nie, żeby był jakimś strasznym chudzielcem,
bo dba o wygląd, widać, że od czasu do czasu chodzi na siłownię, ale
przy moim Marku wygląda jak chłoptaś. Robi mi się dziwnie miło i czuję
przyjemne - o dziwo - ukłucie wyrzutów sumienia, że karta się odwróciła.
Nasilają się, gdy przypominam sobie, jak w kawiarni opowiadałam Agacie o naszym "rzymskim" poranku. Gdybym wiedziała o jej problemie, to wtedy
bym się tak tym nie ekscytowała.
- Gotowe na wycieczkę? - Mateusz zaciera dłonie. Wszędzie jest go pełno,
ma ekstrawertyczne usposobienie i cięty humor, dlatego szybko i łatwo
zawiera nowe znajomości. - Akurat są dwa wolne kajaki, więc możemy
ruszać z marszu - dodaje wyraźnie nakręcony.
- Zarezerwowaliśmy, ale jeśli nie wypłyniemy w ciągu piętnastu minut, to
nawet znajomość z panem Mieciem nie pomoże - wtóruje mu Marek, trzymając
się pod boki.
- Skoro tak, to idziemy - mówię, a Marek pomaga mi się podnieść.
Kilka minut później nasze kajaki prują taflę jeziora. Z początku Marek
próbuje dostosować tempo do możliwości Mateusza, ale w połowie drogi ma
dosyć i szybko odskakujemy na kilkadziesiąt metrów. Wpływamy do wąskiego
kanału i tam czekamy na naszych przyjaciół, rozkoszując się chwilą tylko
dla siebie. Siadamy na wąskim pasie piasku, nogi moczymy w wodzie i wsłuchujemy się w odgłosy dochodzące z szuwarów. W objęciach jego
potężnych ramion czuję się taka krucha, a on od czasu do czasu dotyka i delikatnie masuje mój brzuch. W duchu modlę się, aby to nie był tylko
sen.
W końcu do kanału wpływa czerwony kajak Mateusza i Agaty. Wiosłują w milczeniu i wyglądają, jakby przed chwilą o coś się posprzeczali.
Gramolą się z kajaków i siadają obok nas, a Mateusz wyciąga z plecaka
pogiętego skręta i bez słowa go przypala. Marek odmawia, czym bardzo mi
imponuje, ja oczywiście również, Agata decyduje się na kilka buchów, ale
prawie całego wypala jej partner. Przez chwilę we czwórkę milczymy i napawamy się widokiem.
- W takich momentach żałuję, że nie urodziłem się wieśniakiem - wypala
znienacka Mateusz, a atmosfera w jednej chwili pęka jak mydlana bańka.
- Mateusz! - syczy przez zęby Agata, szturchając go łokciem.
Kątem oka widzę, jak Marek odwraca głowę w kierunku nowego kolegi. Nie
sądzę, aby Mateusz powiedział to z premedytacją, ale nie mam też
pewności. Faceci są prości jak drut, zawsze ze sobą konkurują, przy
każdej okazji pokazują swoją wyższość i Marek tę wyższość na kajakach
właśnie pokazał. I wiem, że gdyby chciał, to mógłby teraz zmiażdżyć
Matiego jednym ciosem. Zamiast tego szturcha go w ramię i po chwili
zaczyna się śmiać, a potem śmiejemy się wszyscy.
- Uwierz mi, stary, nie masz czego żałować - mówi w końcu, gdy
przestajemy rechotać. - Teraz jest jeszcze okej, ale gdy byłem
dzieciakiem, to chodziłem srać do wychodka, a matka prała ciuchy na
tarce w jeziorze.
- Pierdolisz? - Mateusz jest już wyraźnie na haju.
- Nie pierdolę. - Teraz wzrok Marka utkwiony jest w jakimś punkcie po
przeciwległej stronie kanału. - Jestem wieśniakiem z krwi i kości i dobrze mi z tym. Przy wódce opowiem ci, jak nocami zasadzaliśmy się na
watahy dzików i gołymi rękami ukręcaliśmy odyńcom łby.
- Poważnie?
Mateusz spogląda na Marka i z podziwem kiwa głową. Wtedy ten ponownie
szturcha go w bark.
- Teraz to pierdolę - mówi i parska śmiechem, a potem wszyscy śmiejemy
się jeszcze przez jakiś czas.
W końcu wsiadamy z powrotem do kajaków i wzdłuż brzegu wracamy w okolice
pomostu. Marek rozlicza się z panem Mieciem i udajemy się do domu, w którym mam spędzić następne miesiące, lata, a może i całe życie.
* * *
Rozgniatam komara na moim udzie. Mała czerwona plama i już go nie ma,
ale zaraz pojawi się kolejny swędzący odczyn. Mamy tylko małą butelkę
repelentu i musimy go oszczędzać, bo przed nami cała noc, a te małe
cholerne potworki nie dają nam żyć. Siedzimy na werandzie, Agata sączy
czerwone wino, ja muszę zadowolić się piwem bezalkoholowym. Widok jest
oszałamiający, zwłaszcza że jesteśmy świadkami zachodu słońca. Do wody
mamy nie więcej niż trzydzieści metrów, a najbliższy sąsiad mieszka
przynajmniej dobrych sto metrów dalej, poza tym otacza nas sosnowy las.
Tafla jeziora skrzy się milionem ognistych iskier, panuje niemal głucha
cisza, którą od czasu do czasu przerywają spadające szyszki, odgłos
buszującego w szuwarach perkoza i jęki naszych dzielnych chłopców.
- Jak sobie urżnie nogę, to ja go do szpitala wieźć nie będę - prycha
Agata, zerkając przez ramię. To tam, kilkanaście metrów dalej, w pobliżu
szopy Marek i Mateusz rąbią siekierami grube bele drewna, które dostawca
zrzucił pod starą wiatę. Pracują już dobre dwie godziny i najwyraźniej
dobrze się bawią, bo Mateusz tylko od czasu do czasu przychodzi do
lodówki po zimne piwo.
- Te kilka piwek już pewnie wypocili - odpowiadam. Nie boję się o Marka,
bo wiem, że jest odpowiedzialny.
- Chyba twój - mruczy Agata. - Po Marku to może i się rozejdą, ale
popatrz na Matiego. On już ledwo dyszy.
- Daj im spokój. Ktoś musi pracować, żeby ktoś mógł leżeć i oglądać
zachody słońca.
Chichoczemy pod nosem i mościmy się wygodniej na leżakach. Gdyby tylko
nie te bzyczące natrętne skurwysynki, relaks można by uznać za idealny.
Nadal rozkoszujemy się wspaniałym widokiem zachodzącego słońca, sączymy
napoje. Kilka metrów od nas pali się grill, a na nim smażą się kiełbasy,
kaszanki i piersi z kurczaka. Te ostatnie już są gotowe, więc wołamy
naszych drwali do stołu.
Przychodzą zlani potem, ich nagie klatki lśnią w ostatnich promieniach
słońca. Mój Marek wygląda jak grecki bóg i jestem z niego dumna.
Wycierają się ręcznikami, ale wyganiamy ich do domu, aby wzięli szybką
kąpiel, bo są cali umorusani i strasznie się kleją. Wykorzystujemy ten
czas, aby przynieść brakujące drobiazgi: ketchup, musztardę, jakiś
węgierski sos, który podobno pali jak diabli, ogórki kiszone, nadziewane
papryczki, sałatkę z jajkiem i tuńczykiem, która jest specjalnością
Agaty, świeże pieczywo i kostkę masła. Gdy chłopaki wracają, stół jest
już w pełni zastawiony, a mięso gotowe. Mateusz stawia na środku
zmrożoną butelkę wódki i zaczynamy ucztować.
Rozmawiamy o przyziemnych sprawach, o życiu na wsi, o spokoju, którego
ludzie mieszkający w mieście nie dostrzegają albo nie rozumieją. Marek
opowiada o ruinach starego pegeeru, w którym pracowali jego rodzice.
Stara chlewnia mieszcząca się kilka kilometrów od wsi stoi i niszczeje
od ponad trzech dekad, a ludzie, którzy w niej pracowali, w większości
żyją na koszt państwa, tylko latem dorabiając na mieszkańcach
okolicznych wsi i miasteczek, bo prawdziwych turystów tu raczej nie ma.
- To małe jeziorko, nie ma infrastruktury, ale to chyba dobrze -
tłumaczy Marek. - Kiedyś podobno były jakieś plany, ale ostatecznie nic
z tego nie wyszło. Może dlatego, że wieś jest tak oddalona od głównych
szlaków komunikacyjnych, a może dlatego, że to teren parku
krajobrazowego i choćby z tego powodu istnieje cała masa obostrzeń.
- Szkoda, bo to piękne miejsce - zauważa Agata.
- Czy ja wiem, czy szkoda? - zastanawia się Marek. - Gdy ostatnio
rozmawiałem z ojcem na ten temat, to strasznie biadolił na sąsiadów.
Twierdził, że sami się do tego przyczynili, bo nie mogli się zdecydować,
czego właściwie chcą. Sołtys jakieś głosowania robił, debaty, nie wiem
zresztą. Siedziałem wtedy w Niemczech.
- A moim zdaniem, gdyby tu zrobili jakiś wielki ośrodek wypoczynkowy, to
ta okolica straciłaby cały swój urok - włączam się do rozmowy. -
Wyobrażacie sobie te tłumy nawalonych turystów, pijanych gówniarzy, a najlepiej gdyby w pobliżu stanęła jeszcze jakaś mordownia, gdzie do rana
waliłoby techno.
- Racja, siostra - przyznaje Agata. - Ja chyba też już potrzebuję
spokoju. Co ty na to, aby przenieść się na wieś? - pyta i szturcha
swojego partnera, który właśnie moczy w sosie kolejny kawałek kurczaka.
- Już się rozpędzam. - Wkłada mięso do ust, zaczyna je żuć i po chwili z pełną buzią dodaje: - Może jeszcze kupmy kilka świnek, kurek i krówkę.
Będzie zaaajebiście!
- Ale ty jednak głupi jesteś - kontruje Agata.
- Nie głupi, tylko miastowy. A to różnica, moja droga. - Wymachuje
widelcem, po czym wbija go w kolejny kawałek piersi.
Przez chwilę jemy i pijemy, odganiamy natrętne komary. Marek przysuwa
grill nieco bliżej, aby dym z paleniska nas trochę okopcił. Nigdzie się
przecież nie wybieramy, a owady tego nie lubią.
- Generalnie chyba nikt nie chce tu dużych inwestorów, bo przyjdzie
taki, wybuduje jakiś hotel albo ośrodek i nagle dla mieszkańców znajdzie
się praca - mówi Marek. - A wiecie, jacy są ludzie. Wolą żyć z zasiłków
i pięćset plus. Do tego w sezonie pozbierają trochę jagód i grzybów,
potem sprzedadzą przy trasie, czasem ktoś wynajmie na lewo jakiś pokój
dla zabłąkanego turysty i jakoś się kręci.
- Trochę to przykre - dodaje Agata.
- Czy ja wiem? - zastanawia się Marek. - Tu nikt nie oczekuje od życia
zbyt wiele. Tutaj życie biegnie powoli.
Gospodarz wznosi toast, wychyla kielicha, nie popija i zagryza kaszanką.
Zmieniamy temat, rozmawiamy o historii tego miejsca, o jego zwierzętach
i roślinności, o ciszy i spokoju. Moje wątpliwości blakną, te dwa
ostatnie słowa to klucz do pozytywnego myślenia i coraz bardziej zaczyna
mi się to wszystko podobać. Jemy, pijemy, śmiejemy się, chłopaki palą
papierosy, a Mateusz spala także pół blanta. Myślę o tym, że mogę tu
zamieszkać i wychować swoje dzieci wspólnie z Markiem, o tym, że wkrótce
będę matką i już nie potrzebuję tego miejskiego zgiełku. Potrzebuję
ciszy i spokoju, powtarzam to jak mantrę. A potem znów wraca do mnie ten
sen, a raczej koszmar, i to coś, co widziałam w oknie domu, który tak
bardzo przypominał ten stojący za naszymi plecami.
Ten koszmar był taki realny. Może to jakiś znak? Znak, żeby jednak...
- A dlaczego to jezioro nazywa się Wiedźmie? - pyta Mateusz, wyrywając
mnie z zadumy. - Są tu jakieś wiedźmy, czy coś?
- Podobno kiedyś jakieś tu utopili.
- Grubo.
- Chyba w siedemnastym wieku, ale to legenda i trudno znaleźć na ten
temat cokolwiek nawet w internecie.
Zamieszkam w Toporzycach nad jeziorem Wiedźmie. Brzmi nieźle, myślę. To
jednak tylko nazwy, a słyszałam i bywałam w miejscach noszących bardziej
ponure. Najbardziej zapadła mi w pamięć Zła Wieś, gdzie mieszkał jeden z moich absztyfikantów, którego jako dwudziestoletnia podfruwajka poznałam
na koncercie Metalliki w Gdańsku. Długo nie chciał się do tego przyznać,
ale nie dlatego nam nie wyszło.
Tylko ten sen...
Karcę się w myślach. Po co w ogóle do tego wracać? To nie pierwszy i nie
ostatni koszmar w moim życiu. Otrząsam się z głupich myśli. Siedzimy,
jemy, pijemy i przyjemnie spędzamy czas w domu nad urokliwym jeziorem, w pięknym sosnowym lesie. Ten dom będzie moim domem, moim i moich córek.
Jeszcze nie wybrałam im imion. Właściwie dlaczego z tym zwlekam?
Zerkam na dom. Jest duży, drewniany, ale wciąż wymaga wiele pracy. Marek
obiecał, że po zimie go odnowi, wyremontuje, ale na razie będziemy
mieszkać w takim, jaki jest. Wierzę mu, zna się na tym, jest
budowlańcem. Zadbał, aby w środku dało się mieszkać, naprawił dach,
założył nową instalację elektryczną i antenę satelitarną, uszczelnił
okna. Okna, myślę. Okna. Wiem, że muszę kupić nowe zasłony.
Grill powoli się dopala, zapada zmierzch. Naszym mężczyznom zaczynają
plątać się języki, Mateuszowi bardziej, mimo to Marek idzie do domu po
kolejną flaszkę wódki. Agata tego nie komentuje, ja tym bardziej. Marek
na co dzień nie pije. To odpowiedzialny facet i, jestem tego coraz
bardziej pewna, świadomy swoich możliwości. Przestanie, gdy uzna, że już
starczy, a nawet jeśli nie, to przecież to wyjątkowa okazja, w końcu
mamy gości.
Zapalamy świece. Zbieramy z Agatą naczynia i wynosimy do kuchni. Nasi
mężczyźni idą z wędkami w stronę jeziora, podtrzymując się wzajemnie,
ale to raczej Marek wspiera Mateusza niż odwrotnie. Są pijani i nie
wiem, po co im te wędki, ale może to i dobrze, będziemy miały trochę
spokoju. Zmywamy naczynia, to znaczy Agata zmywa, a ja wycieram, bo
zmywarki niestety tu nie ma. Komentujemy zachowanie naszych facetów i obie dochodzimy do wniosku, że chyba się dogadali. Widok z okna nad
zlewem rozpościera się akurat na jezioro, ale jest już ciemno i ich nie
widzimy. Wzięli latarki, ale pewnie je wyłączyli, bo ubzdurali sobie, że
światło będzie straszyć ryby, zresztą Mateusz coś o tym wspominał, gdy
wychodzili.
Wycieram talerze i odkładam je na półkę. Zerkam w ciemność za oknem.
Przypominam sobie, że koniecznie muszę kupić zasłony. Policzyć okna i kupić dokładnie tyle zasłon, ile jest tych okien. Wzdrygam się, gdy
słyszę skowyt psa dochodzący z oddali. Koszmar powraca. Czuję
dyskomfort, gdy patrzę przed siebie. Ciemność za oknem rozświetlają
tylko płomienie trzech świec ustawionych na stoliku na naszej werandzie.
Ledwo rozpraszają wszechobecną czerń. Dalej wszystko ginie w gęstym
mroku.
- Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha - zaczepia mnie Agata.
- Nie, nie... - Otrząsam się wyrwana z chwilowej zadumy, ale chyba nie
brzmię zbyt przekonująco.
- No przecież widzę. Co sobie znów wkręcasz?
Dokładnie wycieram kolejny talerz i odkładam go na stos innych. Woda
wciąż leje się z kranu, teraz słyszę tylko jej szum i własny oddech.
- Miałam koszmar - mówię to wprost, bo komu mam się zwierzyć, jeśli nie
Agacie.
- Koszmar? - pyta, marszcząc brwi.
- Taki bardzo, bardzo realny. Wiesz, co mam na myśli?
- No nie do końca. Ktoś cię gonił? Chciał zgwałcić? Spierniczałaś przed
jakimś psychopatą z piłą łańcuchową?
- Nie... - Wzdycham ciężko i kładę dłoń na swoim brzuchu. Zerkam na niego.
- Ten koszmar dotyczył twoich córek? - naciska Agata.
- Nie - bronię się. - To znaczy tak i nie. Sama nie wiem. Był kompletnie
porąbany.
- No to mów, bo zaraz posikam się z ciekawości.
- No... - waham się. Boję się, że znów zacznie wszystko bagatelizować.
Powie, że przesadzam i coś sobie wkręcam, a to wszystko wina mojej
traumy po związku z Patrykiem.
- No mów wreszcie, siostra!
Agata zakręca kurek i woda przestaje lecieć. Krzyżuje ręce i unosi brwi
w wymownym geście oczekiwania. Słyszę trzask spadającej gałęzi. Musi być
duża, bo po lesie niesie się echo.
- W tym śnie byłam w podobnym domu - zaczynam niepewnie. - Gdzieś w środku lasu, nie wiem gdzie. Miałam już olbrzymi brzuch, chyba nawet
zbyt wielki, jak na dziewiąty miesiąc. Naprawdę ogromny. Pamiętam, że
było zimno i musiałam dokładać do kominka, piłam herbatę, czytałam jakiś
romans...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki