*1*
Tak jak przypuszczałam, o moim balu rozwodowym plotkowali wszyscy. I to nie tylko w Konstancinie, ale w każdym zagranicznym gniazdku uwitym przez nadęte elity i elitopodobnych. Podobno jakiś gołąb pocztowy przekazał nawet wiadomość o nim wikingowi i jego starzejącej się kochance, Anecie. Jak głosi plotka, zrobiłam wrażenie. W końcu nie każdy ma odwagę zagrać na nosie mojemu teściowi. Ja musiałam ją w sobie znaleźć. Czułam, że tylko w ten sposób zdobędę jego szacunek. Tacy ludzie jak Fernando gardzą wszelkimi słabościami, dlatego mój teść ma tak złe mniemanie o Juliu i dlatego do tej pory nie oddał mu wszystkich swoich biznesów, a jedynie te legalne i bezpieczne.
Fernando jest biznesmenem starej daty. Nie pozwala sobie na żadne alkoholowe czy narkotykowe wpadki, tak jak dzisiejsze koguciki. Lubi spotykać się ze swoimi partnerami w interesach osobiście i załatwiać wszystko "na słowo". W jego przypadku taki model fantastycznie się sprawdzał, bo honor znaczył dla niego więcej niż własne życie. I jego kontrahenci doskonale o tym wiedzieli.
Trochę więcej dowiedziałam się o nim od Laury. Tak, Laura wróciła. Wykupiła się pieniędzmi, które dostała od Włocha i które zarobiła na jachcie wikinga. Teraz oficjalnie była wolna i mogła zacząć wszystko od nowa. Na początek wróciła do Wilanowa, ale po miesiącu mieszkania w nim stwierdziła, że to miejsce źle jej się kojarzy i jeżeli chce naprawdę zacząć nowe życie, musi razem z córką wyprowadzić się z Warszawy. Urządziła nawet kameralną imprezę pożegnalną. Jej gośćmi byłyśmy ja i Betty, która niestety znowu nawiązała bliską relację z czarodziejskim pyłem.
- Jaki będzie twój kolejny ruch? - zapytała zaciekawiona Laura, kiedy Betty streściła jej, co się działo na balu i co zobaczył mój mąż w kopertach podanych na srebrnej tacy przez kelnera. - Co teraz zrobisz?
- Za radą prawnika nic - odparłam zadowolona. - Poczekam, aż Julio wyprowadzi się z naszego domu. A zrobi to, ba! zrobi wszystko, żebym tylko nie powiedziała ojcu o biznesie, który kręci na boku z jego konkurencją. Wie, że jeżeli Fernando się o tym dowie, z miejsca go wydziedziczy. A Julio bez pieniędzy nie przetrwa.
- Myślisz, że Fernando nie wie, jakie wałki kręci jego syn? Nie chce mi się wierzyć - zaoponowała Laura. - To typ człowieka i biznesmena, który ogarnia dosłownie wszystko między innymi dlatego, że jest świetnie poinformowany. On ma ludzi szpiegujących dla niego na całym świecie.
- No jasne! - dodała roześmiana Betty, nalewając nam drugą kolejkę szampana. - Staruszek wie wszystko, nawet to, kiedy masz okres, jakiego wibratora używasz i jaki placek z jagodami lubisz.
- Nie lubię jagód - odpowiedziałam.
Spojrzałam na moje przyjaciółki. Obie jeszcze całkiem młode, piękne, mądre i wykształcone, a już tak zniszczone przez życie. Laura robiła dobrą minę do złej gry - udawała, że nie ma nocnych koszmarów po tym, co spotkało ją w Paryżu i na jachcie wikinga. Podobno to wyparła, a przez narkotyki i leki, którymi była tam faszerowana, większości i tak nie pamięta. Nie mogłam jednak w to uwierzyć, patrząc na jej zgaszony uśmiech, rozedrgane ręce i panikę w oczach, kiedy tylko ktoś głośniej przeszedł klatką schodową.
Betty też była wrakiem człowieka. Jej zapadnięte oczy i wychudzona sylwetka przerażały mnie. Jak to możliwe, że tak bogata piękność jest tak nieszczęśliwa i samotna? Czy mnie też to czeka? A może różniło mnie od nich mniej, niż myślałam? Spojrzałam szybko na swoje odbicie w lustrze i nie poznałam siebie. Zamiast wesołej, energicznej kobiety zobaczyłam zmęczoną, zawziętą osobę, która pomimo fruwających wokół balonów i konfetti bez leków na depresję i stany lękowe nie przejdzie z sypialni do garderoby. Czy tego właśnie chciałam, aspirując do grona żon Konstancina? Czy o takim życiu marzyłam dla siebie i swojego dziecka?
Prawda, która przychodzi znienacka, boli najbardziej, wręcz wypala wnętrzności. Nie mogłam sobie pozwolić na takie refleksje. Szybko poprawiłam włosy, pociągnęłam usta krwistoczerwoną pomadką i wróciłam do rozmowy z dziewczynami.
- Trochę słyszałam o twoim teściu. Aneta była strasznie wkurzona po tej akcji, kiedy zwiałaś z jachtu. Podobno ktoś sporo zapłacił za synową Fernanda - powiedziała cicho Laura, a ja poczułam, jak po plecach spływa mi pot.
- Jak to? Chodziło o Fernanda, a nie o tego psychola Julia? Czyli ktoś zapłacił za to, żeby dopiec twojemu teściowi. Pewnie dlatego ci pomógł - podsumowała ostro już wstawiona Betty.
Zastanawiałam się, czy faktycznie tak było. Czy gdybym tamtego upalnego dnia nie wylądowała na lotnisku Madryt-Barajas i nie stanęła w drzwiach willi teścia, pomógłby mi? Jeżeli Laura ma rację - jeśli on o wszystkim wiedział - musiał wiedzieć też o jachtach i propozycji nie do odrzucenia złożonej przez wikinga.
- Mów dalej - powiedziałam ostro.
- Nie wszystko pamiętam, bo jak już wspomniałam, faszerowali mnie narkotykami, nie znałam też kontekstu, ale słyszałam, jak Aneta mówiła, że Fernando i ojciec Iva robią razem biznesy...
- Iva? Właściciela jachtu? - przerwałam jej, próbując wszystko dokładnie zrozumieć.
- Tak, znają się od lat. Ojciec Iva, Ivan, to potężny rosyjski biznesmen, który zarabia krocie w Europie, głównie w Hiszpanii i we Włoszech. Wykupuje za bezcen stare kamienice i na ich miejscu stawia nowe.
- W jaki sposób to robi?
- Dziwnym trafem w większości tych budynków wybucha pożar. Powodem za każdym razem jest zwarcie w instalacji.
- Niech zgadnę: na wszystkich tych budynkach "siedział" konserwator. Stara szkoła. U nas, w Konstancinie, też kilka pochodni tak zapłonęło. Ale chcesz powiedzieć, że Fernando brał w tym udział? - zapytała Betty, nie dowierzając.
- Nie do końca. Pożarami zajmował się Ivan, ojciec Iva, a potem Fernando, jako szanowany i wypłacalny deweloper, wykupywał takie budynki. W jaki sposób, nie wiem. Ale jak by nie patrzeć, to wspólny biznes i współudział w przestępstwie - dokończyła Laura.
- To dlaczego Ivo zachowywał się tak, jakby nie znał mojego teścia? - zapytałam, bo nie wszystko w tej historii mi się kleiło.
Laura wzruszyła ramionami.
- Może faktycznie go nie znał. Coś słyszał, czegoś się domyślał, ale podejrzewam, że ojciec Iva jest takim samym biznesmenem jak Fernando. Oni działają inaczej niż ich synowie, a przede wszystkim dyskretnie dzielą się wiedzą na temat swoich nielegalnych biznesów, nawet, albo zwłaszcza, ze swoimi nieokiełznanymi potomkami.
Pokiwałam głową. Wszystko w końcu zaczynało układać się w całość.
- No dobrze, ale jaki mój teść ma biznes w tym, żebym nadal była żoną Julia? - zapytałam.
- Może faktycznie jest tak, że póki jesteś z rodziny, nikt cię nie ruszy - powiedziała Laura, a w jej oczach dostrzegłam ból.
- Ale przecież już ustaliłyśmy, że tu nie chodzi o mnie. Jeżeli przestanę być synową Fernanda, nie będę już dla nich atrakcyjna - podsumowałam.
- Może uważają, że za dużo widziałaś i za dużo wiesz - dorzuciła Betty.
- Tylko że na temat biznesów teścia nie wiem nic - próbowałam się bronić. - Na jachcie tylko robiłam dobrą minę do złej gry.
- Ale oni tego nie wiedzą. A to, siostro, może oznaczać tylko jedno: dopadną cię wcześniej czy później. Nie warto uciekać. Lepiej usiądź i napij się cristala - brnęła dalej Betty.
W ostatniej chwili powstrzymałam się przed chluśnięciem jej tym szampanem w twarz. Laura chyba miała podobnie, bo energicznie wstała od stołu i poszła do kuchni po przekąski. Tak jakby którakolwiek z nas miała ochotę na jedzenie.
Dość długą ciszę, która pozwoliła mi uspokoić nerwy, przerwał kolejny wywód coraz bardziej wstawionej Betty:
- A pamiętacie Ninę? Drugą żonę tego wytatuowanego karka, który wprowadził się do Konstancina w zeszłym roku? Laska nie miała więcej niż dwadzieścia lat. Kilka razy spotkałam ją na pilatesie. Żyła okropna, przysiady robiła w takim tempie, jakby jej ktoś w tyłek włożył baterie Duracell. Do tego jadła jak chłop, czyli pewnie bulimiczka. Zwróciłam na nią uwagę, bo tyle różu i puchu na jednej osobie dawno nie widziałam. Raz nawet spotkałyśmy się na Różanej, więc kurtuazyjnie zamieniłam z nią dwa zdania. Siedziała z tym swoim karkiem i jadła sernik. Wtedy pierwszy raz przyjrzałam im się dokładniej i doszłam do wniosku, że są do siebie podobni. Mają podobne spojrzenie i zarys szczęki. Chyba nie muszę mówić, jak bardzo mnie to zaintrygowało...
- Może to nie jest jego żona, tylko wszyscy tak założyli - stwierdziła rzeczowo Laura.
- Nie, dobrze pamiętam, jak mówiła, że jest żoną Areczka.
- Żona, nie żona, mniejsza o to. Co ona ma wspólnego z nami? - zapytałam, trochę już zniecierpliwiona.
- Może coś, może nic - odparła enigmatycznie Betty. - W każdym razie dziewczyna zapadła się pod ziemię. Od kilku miesięcy jej nie ma!
- Nie ma jej czy po prostu nie przychodzi na pilates? - rzuciłam ironicznie. Nie znosiłam, kiedy nawalona Betty udawała, że nie bełkocze, że umysł ma ostry jak żyleta i w ogóle wszystko kontroluje.
- Mówię ci, laska zniknęła! Zapytałam o nią nawet na jednej z imprez tego jej karka, ale powiedział tylko, że wyjechała. A jak próbowałam się dowiedzieć dokąd, bo niby chcę jej oddać torebkę, to odparł, że nie wie i żebym ją sobie zatrzymała. Śmierdzi mi to na kilometr! Zapytałam nawet jego szofera, ale spiorunował mnie takim wzrokiem, że odwróciłam się na pięcie i wróciłam do domu.
- Betty, do czego ty zmierzasz? - zapytała Laura, która też już traciła cierpliwość.
- Do tego, że w Konstancinie tak po prostu znikają czyjeś żony i nikogo to nie obchodzi. Każdy łyka pierwszą lepszą ściemę i tyle. A ja wam mówię: nie zdziwię się, jak za kilka lat znajdą jej szczątki w ogródku.
- Chcesz powiedzieć, że kark sprzątnął własną córkę lub siostrę, tak? - żachnęłam się. - Nie zapominajmy o ich wspólnej szczęce.
Tym razem Betty nie odpowiedziała. A chwilę później sięgnęła po swój telefon i zaczęła się do niego szczerzyć i piszczeć. Nagrywała storkę. Pokazywała światu, jaka jest szczęśliwa, spełniona, wolna i zrealizowana. Brzmiała tak, że nie zdziwiłabym się, gdyby jutro ktoś ją znalazł sztywną w wannie.
Zrobiło mi się jej szkoda. W końcu to moja przyjaciółka. Jedyna, jaką miałam, powierniczka sekretów, pocieszycielka, kompanka we wszelkich intrygach. Bez niej nie poradziłabym sobie w Konstancinie.
Podeszłam do niej i przytuliłam się mocno.
- Kocham cię, Betty - powiedziałam. - Nawet naprutą jak meserszmit.
- Ale to pojebane... - Czknęła i dodała: - To wszystko przez nasze matki. Dlatego teraz czujemy się jak szmaty, chociaż nosimy na sobie ubrania warte więcej niż kawalerka w Warszawie.
- O czym ty mówisz? - Byłam kompletnie skołowana.
- O naszych mamuśkach! A myślisz, że dlaczego dajemy się poniżać przez takich fiutów jak Julio czy Sasza? Albo ten twój Różycki! - Mówiąc to, Betty pokazała palcem na Laurę. - To nasze matki wepchnęły nas do łóżek tych bogaczy!
- Mnie nie - odparła Laura. - Ja mam fajną mamę. I ona na pewno nie miała nic wspólnego z Różyckim. Sama go sobie upolowałam.
- Tak ci się tylko wydaje - prychnęła Betty. - Podprogowo doprowadziła cię do miejsca, w którym jesteś teraz. Gdyby dobrze cię wychowała, na naprawdę pewną siebie laskę, dała ci dużo miłości, wsparcia i uwagi, nawet byś nie spojrzała na takiego starego oblecha.
Słysząc te słowa, Laura aż się zarumieniła.
- A ty, dziecinko, nie skakałabyś z kwiatka bogacza na kwiatek jeszcze większego bogacza. Zadowoliłabyś się życiem ze spokojnym prawnikiem i miała szansę na szczęście! - Betty była jak w transie. Nasze protesty do niej nie docierały. Chciała wykrzyczeć nam w twarz wszystkie swoje żale, a my musiałyśmy jej na to pozwolić. Nawet jeśli zupełnie nie miałyśmy ochoty tego wysłuchiwać. - No, przyznaj się, jak zareagowała twoja mamusia, kiedy się dowiedziała, że poznałaś milionera z Konstancina? - Przyjaciółka dość chwiejnie wycelowała we mnie palcem. - Pewnie pękała z radości! W końcu mogła pochwalić się tobą przed koleżankami, bo przecież to, że masz dwa dyplomy w kieszeni, to żaden sukces. Każdy może takie zdobyć! Ale złowić milionera to jest już coś! Nie podsunęła ci myśli, żebyś od razu złapała go na dziecko? Przecież to najlepsza forma ustawienia siebie i mamusi, rzecz jasna, do końca życia! - krzyczała Betty, a ja czułam, że jeśli zaraz nie przestanie, dojdzie do rękoczynów. - Moja chciała się ogrzać w blasku prawdziwych elit, a że warunki miała, zagięła parol na ojca. Sprytna była, bo szybko zaliczyła wpadkę z nadzieją, że od teraz będzie żyła jak pączek w maśle. Myślała, kretynka, że mój ojciec dla jej wdzięków rzuci żonę. Ale się przeliczyła! I za swój błąd musiała drogo zapłacić... - Teraz moja przyjaciółka już prawie płakała.
- Betty, a co właściwie stało się z twoją matką? - zapytałam, szczerze zaciekawiona. - Z tego, co wiem, wyjechała, tak?
- Ta, wyjechała... - prychnęła Betty. - Chyba na tamten świat. Nie wierzę, że gdyby tak po prostu postanowiła zacząć życie od nowa, zostawiłaby mnie samą w tej wylęgarni żmij. Jaka matka tak postępuje? Za dużo wiedziała, to uciszyli ją raz na zawsze. Tak kończą w Konstancinie kobiety, które za wysoko skaczą.
- Zadzwonię po twojego kierowcę, co? - zaproponowała Laura. - Wrócisz do domu i trochę odpoczniesz. Porozmawiamy, jak dojdziesz do siebie.
Betty już bez słowa podniosła ręce, ale to był tylko pusty gest. Ona wiedziała, że ma rację. Patrząc na nią, zastanawiałam się, co boli ją bardziej - to, że jej matka być może nie żyje, czy to, że żyje, ale ją porzuciła. W każdym razie Betty otworzyła puszkę Pandory, i to nie tylko swoją.
Wracając do domu, myślałam o swojej matce. Czy faktycznie było tak, jak twierdzi moja przyjaciółka? Czy zostałam sprzedana za dwie torebki? Jedną dla mnie, a drugą dla matki?