Matka żelaznego smoka - Michael Swanwick

Reflow text when sidebars are open.
Była raz mała dziewczynka. To mej historii początek. Dorosła, zestarzała się, umarła i skończył się wątek.
Helen V., z notatek
Umieranie jest drętwe. Helen V. dowiedziała się tego na samym jego początku, kiedy po raz pierwszy musiała zmierzyć się z faktem, że nie tylko nie wyzdrowieje, ale i że wszystko, co zrobi w pozostałym jej czasie, nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Dla dziewięćdziesięcioparoletniej kobiety, której myśli i uczynki zawsze w sumie jakieś znaczenie miały, była to gorzka pigułka do przełknięcia. Podobnie to, że nie miała już na co czekać, poza ostatecznym ciosem młotkiem w tył głowy po zjeździe rynną do rzeźni.
Nie wiedziała jednak, że przylecą po nią smoki.
- I jak się dziś mamy, miła pani? - Do pokoju wtańczył dzienny pielęgniarz, jak zawsze niewytłumaczalnie wesolutki. Dobrze, że tym razem nie pogwizdywał. Czasami mu się zdarzało.
Kilkanaście rurek i przewodów było podłączonych jednym końcem do ciała Helen, a drugim do stosu urządzeń monitorujących, zachowujących się jak małe dzieci i domagających się uwagi z różnych powodów, kompletnie dla Helen niezrozumiałych. Jedno piszczało wściekle od pół godziny, próbując powiadomić obojętny świat, że jej ciśnienie krwi jest zbyt wysokie. Oczywiście było i takie miało pozostać, póki ktoś nie wyłączy tego cholerstwa.
Bolało, kiedy kręciła głową, ale poświęciła się, żeby móc przenieść wzrok z monitorów na pielęgniarza po drugiej stronie dżungli plastikowych rurek, które pompowały i wypompowywały rozmaite płyny do i z tego wyschniętego skórzanego worka, który niegdyś zapewniał jej tyle przyjemności.
- Umieramy.
- Gadanie. Proszę tylko siebie posłuchać. Co za negatywne podejście. Jak ma się pani poprawić przy takim nastawieniu?
- Nijak. Jestem niepoprawna.
- Dobrze, że chociaż do pani dotarło. - Zręcznym ruchem wyciągnął rurki kroplówek i wymienił foliowe woreczki na stojaku. Dostawił wózek do krawędzi łóżka i szybkim pociągnięciem i pchnięciem przetoczył na niego Helen. Potem zmienił pościel, przeturlał ją z powrotem i odstawił nosze. Na koniec postukał w piszczący czujnik, wyciszając go, i powiedział: - Za wysokie ciśnienie.
- No kto by pomyślał.
- A gdzie się podziały te piękne kwiaty?
Nie czekając na odpowiedź Helen, że kazała je wyrzucić, bo nie obchodziły jej puste gesty dalekiej rodziny, o której istnieniu ledwo wiedziała i której nie poznałaby na ulicy, podniósł pilota i włączył telewizor. Salę zalał skrzekliwy śmiech. Najmniej radosny odgłos we wszechświecie. Trzeba jednak przyznać, że pielęgniarz robił co mógł, by zagłuszyć huczącą ciszę gasnącego w niej życia.
- Albo ten telewizor szlag trafi, albo mnie - powiedziała Helen. - Oscar Wilde, 30 listopada 1900.
- Co?
- Nikt nie łapie tych moich żartów. - Helen zamknęła oczy. - I tak całe życie.
Co było prawdą. Mimo to nie była w stanie się powstrzymać. Była tak wypchana kulturowymi ciekawostkami, że już ich nie utrzymywała i wyciekały z niej wszystkimi otworami i wszystkimi psychicznymi ranami jako wstydliwe strużki wydzielin.
***
Kiedy się ocknęła, była noc.
Na samym początku kariery, gdy była jeszcze tylko pospolitym pismakiem, nauczyła się, że każda scena powinna być zakotwiczona w przynajmniej trzech wrażeniach zmysłowych. Kucharz w barze szybkiej obsługi słyszy skwierczenie smażących się jajek, czuje zapach przepalonej kawy z ekspresu, kładzie dłoń na blacie, który zawsze jest trochę tłusty. To wystarczy. Ale tu się tak nie dało. Usunięto lub wygładzono wszystko, co drażniące zmysły, nieczyste lub warte spojrzenia. Żadnych ostrych krawędzi. Wszystkie dźwięki przytłumione - odległe, wyprane z emocji głosy, nieśpieszne poskrzypywanie miękkich butów na linoleum w korytarzu. Kolory to wyłącznie warianty szarobiałego - skorupka jajka, śmietankowy, kremowy, kawa z mlekiem, gainsboro, perłowy, beżowy. A już najgorsze były zapachy - bezbarwne, mdłe, szpitalne. Nie mając wokół siebie żadnych nieprzyjemnych rzeczy, stwierdzała, że za nimi tęskni.
"Jestem jak stary pies - pomyślała - pozbawiony interesujących zapachów i smrodów".
Szpital to miejsce eliminacji. Idzie się do niego, żeby wyeliminować bóle, choroby, zbędne substancje, próbki krwi, opatrunki, bandaże, zapachy, wrażenia, organy wewnętrzne, aż wreszcie samego siebie.
- Pójdziesz prosto do piekła - powiedziała z absolutnym przekonaniem nocna pielęgniarka. Najwyraźniej Helen ocknęła się w połowie rozmowy. Ostatnio się to zdarzało.
- Papistyczne bzdury - odpaliła Helen. Po tej pobożnej baptystce spodziewała się czegoś lepszego. Zaraz zacznie tu podnosić hostię i odmawiać nowenny za zbawienie jej duszy. Poczuła ukłucie bólu i wytężyła siły, żeby je zignorować.
Nocna pielęgniarka zaczęła odpinać rurki i odczepiać opróżnione foliowe woreczki, żeby zastąpić je nowymi i pulchnymi. Nigdy przy tym nie rozmawiała, skupiając się na zadaniu w stu procentach. Godne szacunku, zdaje się.
- Jestem tylko urządzeniem. Do przepompowywania płynów. Z woreczka do woreczka - oznajmiła Helen. - W najdroższy możliwy sposób.
Nocna pielęgniarka skończyła zadanie.
- Wszystko chcesz obrócić w żart.
- Tu mnie masz. Dokładnie tak jest.
- Stoisz na skraju otchłani, a i tak się śmiejesz. Masz zaraz wpaść prosto w płomienie i chichoczesz jak wariatka. Jezus wyciąga rękę, żeby cię wciągnąć z powrotem. Wystarczy, że przyjmiesz jego łaskę, i jesteś uratowana. A ty co? Udajesz, że życie to tylko śmieszki i drwiny. Przez własną dumę i pychę będziesz się śmiać przez całą drogę na wieczne potępienie.
Wygłosiła prawdziwe kazanie. Bezpośrednie, łopatologiczne, płynące prosto z serca. Ale czy usłyszała "Amen"? Nie. W każdym razie nie od Helen. Helen V. nic nie czuła w środku poza narastającą uporczywością bólu, wcale nie duchowego. Zresztą hipokryzją byłoby teraz uwierzyć w Boga, który, jak twierdziły wszystkie zakonnice z jej odległego dzieciństwa, nikogo nie cierpi bardziej niż hipokrytów.
- Co czytasz? - Pielęgniarka podniosła z nocnego stolika jej książkę w miękkiej okładce.
- Słowa, słowa, słowa - powiedziała ze znużeniem Helen, licząc, że ją odłoży, nie dopytując się bardziej. Ból drgnął, aż sapnęła.
- Jakieś pogańskie bzdury - stwierdziła pielęgniarka, jak zawsze przenikliwa. Odłożyła książkę okładką w dół.
- Potrzebny mi środek przeciwbólowy.
- Aha. - Wypełniała jakiś cholerny formularz.
- Naprawdę mi potrzebny.
- Dostaniesz. Za chwilę.
- To demonstracja siły, prawda? - Spokojnie mogła sobie wyobrazić, że kobieta, która nigdy nie nurkowała na Malediwach ani nie łapała się nagle na tym, że niespodziewanie sędziuje w konkursie grania na niewidzialnej gitarze w nielegalnym żulerskim barze w Johannesburgu, ani nie spędziła lata na próbie przerobienia starego zardzewiałego ferrari na olej roślinny, bo zakochała się w chłopaku, który chciał uratować świat, może jej nie cierpieć. Pielęgniarka zapewne miała ciężkie życie. Można było zrozumieć, że odmawia środka przeciwbólowego ekstremalnie denerwującej starej kobiecie po prostu dlatego, że to jedyna władza, jaką ma. Choć naprawdę Helen w swoich ostatnich dniach nie była ekstremalnie jakaś. Lubiła myśleć, że jest Pielęgniarską Nemezis i Postrachem X oddziału. Prawdopodobnie jednak ludzie odpowiedzialni za przeprowadzenie jej przy minimalnym wysiłku do następnego świata myśleli o niej tylko per "ta trudna staruszka z pokoju 402". Zdecydowanie w granicach normalnej ludzkiej opryskliwości. - Bóg, jeśli jest Bóg, ci wybaczy. Że przyniosłaś mi tabletkę. A jeśli Boga nie ma... to ten cholerny zeitgeist. Naszej nieświadomości zbiorowej. Ci wybaczy.
- Tyle tych wielkich słów. A one tak naprawdę nic nie mówią. - Poszła, zostawiając Helen płaczącą z bólu i nienawidzącą siebie samej chyba bardziej niż pielęgniarki. Co za wredna, wredna, wredna...
Czujnik znowu zaczął piszczeć.
Nagle pielęgniarka wróciła. Rozległ się odgłos rozdzierania foliowego opakowania. I szmery, szelesty majstrowania przy rurkach i woreczkach. W końcu powiedziała:
- Dodałam ci do kroplówki demerolu. Trochę cierpliwości, zaraz zadziała.
- Lubię cię - wykrztusiła Helen. - Naprawdę. Dziękuję. Naprawdę cię lubię.
Lecz nie wywołało to reakcji nocnej pielęgniarki.
- Mówisz na głos wszystko to, co wpadnie ci do głowy. To nieważne, kogo lubisz. Ważne tylko, czy Boga kochasz bardziej niż dźwięk własnego głosu. Lepiej się nad tym zastanów. Długo i mocno.
"Amen, siostro" - pomyślała Helen. Mieszkając w domu opieki, bardzo dużo energii spożytkowała na udawanie, że pracuje nad swoimi wspomnieniami pod tytułem Na wodzie pisane. No cóż, przyszedł czas przyznać, że nie tylko nigdy tych memuarów nie skończy, ale że nigdy nie zamierzała ich na dobre zacząć. Życie jest dla żywych, wspomnienia dla tych, co mają coś do powiedzenia, a ona od bardzo dawna jest do niczego na obu tych frontach.
Nocna pielęgniarka wyciszyła czujnik.
- Masz wysokie ciśnienie.
- Naprawdę? Nie mam pojęcia dlaczego.
***
- A, ta dwójka - powiedziała wieczorna pielęgniarka pogodnie i beztrosko. Znów wyglądało na to, że Helen jest przytomna i gada już od jakiegoś czasu. Emily była mała, kluskowata, o okrągłej różowej twarzy i rzadkich blond włosach. Była także, a przynajmniej Helen V. tak sądziła - a w takich kwestiach miała bystre oko - autentycznie dobra. Musiała w życiu zaznać dużo bólu. - Nie wiem, jak z nimi wytrzymujesz.
- Lubię oboje. Mogłabym o jednym i drugim zrobić serial. - Czuła się niewytłumaczalnie ożywiona. Chyba złapała drugi oddech. Może raczej ostatni oddech. Choć łatwiej się jej wcale nie oddychało. - Siostra Pogoda - o pielęgniarce. Która wszystkich denerwuje i nie ma o tym pojęcia. Rozszczebiotana, pozytywna, optymistyczna. Oczywiście sitcom. Pielęgniarka, nie pielęgniarz, to oczywiste. Boże broń, żeby mężczyznę obsadzać w roli kogoś tak roztrzepanego. To walka, którą tyle razy przegrała. Pilot pisze się praktycznie sam. W roli głównej - kogo tam w tym sezonie dyma dyrektor programowy stacji. Za to Nocna pielęgniarka... - o, z tego można by zrobić coś ciekawego. Sztywna i moralna kobieta. Bierze sobie za punkt honoru nawracanie podopiecznych. I tu uwaga. Dobrze wie, jak szybko ludzie wracają na złą drogę. Więc kiedy kogoś zbawi, natychmiast go zabija. Aby umarł w stanie łaski. Rozumiesz. I poszedł prosto do nieba. Za każdym razem, gdy pacjent zaczyna się wydobywać z Bagna Upadku i mieć nadzieję, publisia będzie drżeć ze strachu. O. Widzisz. To by zadziałało. Świetne napięcie. Złożona postać. Odpowiednia aktorka i mógłby to być hit.
- No właśnie, bo ty byłaś scenarzystką, prawda?
- Nigdy w życiu. Byłam producentką. Dzięki mnie się działo. - Powiedziała to jednak łagodnie, żeby jej nie urazić. Lubiła Emily, bo przy niej można było pokierować rozmowę jak się chce. Rzadko się trafia na dobrą słuchaczkę, a tutaj to już w ogóle. - Scenarzysta jest jak basen sanitarny. Potrzebny. Ale na kolację się go nie bierze.
Pielęgniarka parsknęła śmiechem.
- Wiesz co, Helen, będzie mi ciebie brakowało. Nie ma drugiej takiej osoby, wiesz?
- Nie. Dzięki Bogu. Jedna aż nadto wystarczy.
Lecz teraz Emily już wszystko porządkowała i Helen wiedziała, co to znaczy. Nie miała przygotowanego materiału, żeby zatrzymać pielęgniarkę, musiała się więc oprzeć na prawdzie.
- Mam plan ucieczki - powiedziała.
- O?
- Ucieknę z tego lokalu. - Odczekała, aż pielęgniarka otworzy usta, by zapewnić ją, że nie ma mowy, i dodała: - Ta książka to Tybetańska księga umarłych. Z komentarzami. Studiowałam ją. W chwili śmierci. Pojawia się chwila wolności. Jeśli uczepisz się życia. Po prostu zatoczysz krąg przez sansarę i odrodzenie. I będzie znów to samo. Ale jest ta jedna chwila. W której można skoczyć w nieznane. Do lepszego świata. I ja chcę zrobić ten skok.
- Nie wiedziałam, że jesteś buddystką.
- Bo nie jestem. Opium dla mas. Pierdoły i bzdury. Ale ucieczka to ucieczka. Prawda? Jak ktoś ci upiecze ciasto. Z pilnikiem w środku. To nie obchodzi cię, jakiej marki jest pilnik.
- Chyba nie nadążam.
- Już tłumaczę. Ta książka mówi, co się dzieje, kiedy umrzesz. Nikt inny, żadna inna religia, nigdy nie opisuje tego ze szczegółami. No dobra, Dante, ale jego sobie darujmy. Więc może coś w tym jest. Może ktoś wrócił. I wszystko wychlapał. A mnisi to pozapisywali. I powstała religia. Ale może to w ogóle nie jest prawdziwa religia. Może to stuprocentowy fakt. Pomyśl o tym. To warte...
Lecz Emily już szła do drzwi. Uśmiechnie się, pomacha i zniknie w przeszłości, jak blednące wspomnienie, jak odrobina żalu.
- O tobie też bym mogła stworzyć serial - powiedziała, żeby skłonić publiczność do pozostania.
I mogłaby. Była przekonana. Szpital był zwyczajnym miejscem, gdzie dramat życia i śmierci rozgrywał się w najzwyczajniejszy sposób, jaki można by sobie wyobrazić. Wielkie kwestie sprowadzone do małych gestów. A pośrodku tego... zwyczajna kobieta, ze zwyczajną dobrocią. Taka, co nigdy nie stanie oko w oko z terrorystą, nie przekona źle wypadającego kandydata na prezydenta do zmiany stanowiska na temat opieki zdrowotnej ani nie odwiedzie nastoletniej gwiazdki pop od samobójstwa. Ale dla swoich podopiecznych robi, co może, weźmie nocną zmianę za przyjaciółkę - nie, nawet za koleżankę - żeby ta mogła zobaczyć, jak córka śpiewa w szkolnym przedstawieniu...
Emily poszła.
I trudno. Takiego serialu nawet Helen V. by nie sprzedała. Nie byłoby widowni dla czegoś tak inteligentnego i pełnego oryginalnych przemyśleń. Może kiedyś, w latach pięćdziesiątych, ale na pewnie nie teraz. Teraz to po prostu żałowała, że powiedziała na głos o swoim planie ucieczki. Wypowiedziany, zaczął wydawać się podejrzany. Nie owijajmy w bawełnę - głupi po prostu. Lecz niestety nie miała nic innego.
- Zmieszany jestem - powiedziała. - Aleister Crowley. 1 grudnia 1947. - Czyli chyba kolejny dzień dobiegł końca. Helen zamknęła oczy i pozwoliła ciemności ponieść się z prądem.
***
Nagle maszyna, która od czasu do czasu nadmuchiwała poduszki przypięte rzepami wokół nóg Helen, zatelepała. Zaczęły się wydymać i opadać, najpierw prawa, potem lewa, jakby Helen chodziła. Miało to ochronić ją przed zakrzepami i było tak wyregulowane, że włączało się dokładnie wtedy, gdy udało jej się o tym zapomnieć. Czyli była teraz przytomna. Ktoś pogwizdywał.
- Wstajemy, wstajemy, piękna pani. Cóż za piękny dzień. Człowiek się cieszy, że żyje, prawda? - Dzienny pielęgniarz rozpoczął odłączanie i podłączanie woreczków. Potem wykonał ten manewr z wózkiem, żeby przełożyć ją na niego i zmienić prześcieradło.
- Nie. Nieprawda.
- Oj. Pani to jest niepoprawna. - Przetoczył ją z powrotem na łóżko.
Bardziej z nudów niż z czegokolwiek innego zapytała:
- Tak się zastanawiałam. Pan ma imię?
- Teraz to mnie pani uraziła. - Dzienny pielęgniarz wziął się pod boki i z uśmiechem zmarszczył czoło. - Charles. Mówiłem pani dużo razy.
- A, Chuck. Tak, już kojarzę. - Odwróciła głowę i wpatrzyła się w ciąg ekranów, a potem, ponieważ nie mogła się powstrzymać, z powrotem spojrzała na niego. - Helen. Powiedz mi, Chuck, czemu ty, do cholery, zawsze jesteś taki wesolutki?
- Proszę przestać. - Niesamowite, w jego głosie pojawiła się nuta prawdziwego rozdrażnienia. Wyglądało na to, że przebiła się przez pancerz jego bezmyślności. - To, że jesteś chora, nie sprawia, że wolno ci traktować ludzi jak głupków.
- Oj, Chuck, Chuck, Chuck. Nie widziałeś Klaunów Felliniego? Jesteś głupkiem. Ja jestem głupkiem. Cała ta cholerna planeta jest pełna głupków. Statek głupców. Po to właśnie tu jesteśmy. Żeby Bóg mógł się pośmiać. Jak już głupki cię nie śmieszą, to co cię śmieszy? Jak ci się znudzą, to znudziło ci się całe życie.
- Niepoprawna. Po prostu niepoprawna. - Znów się uśmiechał.
- A mnie się życie nie znudziło - powiedziała Helen. I dodała, bo zabrzmiało to niezbyt przekonująco: - Nie znudziło.
Pielęgniarz włączył telewizor.
- A gdzie się podziały te piękne kwiaty? - zapytał. I wyszedł, pogwizdując.
***
Wstajemy, wstajemy, piękna pani - i nie zapominamy, że idziemy do piekła. Tak właśnie mijał teraz czas. O wiele za wolno i o wiele za szybko zmierzał do ustalonego i nieodwołalnego końca. Tak czy owak, było to potwornie męczące. Ile już dziesiątków lat ona tu była? Miesiąc? Dziewięć godzin?
Helen zaczęła płakać i sama siebie za to znienawidziła.
"Nie, nie, nie - myślała - to nie ja płaczę, to tylko moje ciało". Lecz okłamywała się i dobrze o tym wiedziała. Była tak słaba na duszy, jak na ciele. Bała się zostać sama z własnymi myślami. Była noc, a pielęgniarki nie było nigdzie w pobliżu. Korytarze były ciche jak śmierć. Bardzo stosownie. "Wróć - błagała - a dam ci się nawrócić. Alleluja. Przysięgam".
Nic.
W kątach pokoju zbierała się głęboka i otchłanna czerń. A może zawsze tam była i czekała, tylko Helen dopiero teraz ją zauważyła? Powoli wypełzała z rogów sufitu i spod łóżka, jak mgła zbierająca się pod bezksiężycowym niebem, coraz gęstsza i ciemniejsza, aż wypełniła wszystko. Tylko czerń. Jak tandetny efekt specjalny w kiepskim horrorze, zrobiony przez nasadzenie czegoś na obiektyw. W swoim czasie miała udział i w takich filmidłach.
Wszystkie czujniki już lamentowały. Spokojnie, moje dzieci, chciała powiedzieć. Minie tydzień i zupełnie o mnie zapomnicie.
Jakimś dalekim zakamarkiem umysłu Helen uświadamiała sobie pośpieszne kroki, ludzi wpadających do sali, szarpiących łóżkiem, wykonujących pilne medyczne czynności. Lecz gdy spróbowała się na nich skupić, rozmyli się i odrealnili - fantazje umierającego umysłu.
- I wreszcie się kończy ta rzecz, co zagasła - wymamrotała. - Henry James...
Nagle okazało się, że nie może już mówić. Nie takie ostatnie słowa by wybrała, gdyby miała publiczność. Ale nie było żadnej publiczności. Taka już historia jej życia.
Jej małe córeczki-urządzonka robiły niezłe przedstawienie - podskakiwały w górę i w dół, histerycznie wyły i jęczały, a pewnie też mrugały światełkami. No cóż, będą się musiały nauczyć radzić sobie bez niej, bo ciemność już otulała Helen jak kokon. Wypierała światło z pokoju. Powoli i nieubłaganie sprężała je, aż został tylko rozmyty jasny pierścień w oddali. Co jej przypomniało, że coś miała jeszcze zrobić. Co to było...
Nagle przypomniała sobie o swoim planie ucieczki. Ale nie było już czasu! Światełko gasło, umierało. Została tylko iskierka.
W panice skupiła wszystkie myśli na tej odległej iskierce światła i skoczyła.
Nie wiedziała, że przyszły po nią smoki.
One też nie wiedziały.
Na niebie nie ma przypadków.
Piosenka pigmejska
Nie wiedziała...
Ja... co? Nie, zaraz. Zaraz, daj mi... to nie... Ktoś tu? Trzymaj równo te skrzydła. Gdzie to jest? Nie, sio. Głosy jak krzyki mew wezbrały jej w uszach i przytłoczyły zmysły. O, teraz to masz problem. Córko Nocy, módl się za mnie. Ale jak? Tam. Już. Nie! Czy ja umrę? Przestań.
Nie wiedziała...
Oj, przestańcie! To nie... Gdzie jest ziemia? Głosy zmieszały się w jeden bezczasowy zamęt i biały szum, w którym pomyślała w panice: "Kim ja jestem? Co ja tu robię? Odpal dopalacze i zamknij oczy. O cholera, no nie". Urządźcie jej wojskowy pogrzeb. Nie ma ucieczki...
...kim jest.
W nagłym i okropnym przebłysku przytomności dotarło do niej, że nie jest tam, gdzie się jej wydawało, że siedzi w kabinie smoka, że smok jest w powietrzu, że wokół siebie ma inne smoki, a więc musi być na misji i że jest bogowie-tylko-wiedzą-kim i robi nie-wiadomo-co, więc chyba straciła panowanie nad jedną z najpotężniejszych i najbardziej niebezpiecznych maszyn wojskowych w historii świata.
Lecz dłonie Caitlin, choć spocone, spoczywały pewnie na gumowych uchwytach na końcach podłokietników, a igły interfejsu były wbite głęboko w nadgarstki. Czuła zimne żelazo i buczenie silników potężnej bestii, a tuż pod powierzchnią własnych myśli miała skłębiony oceaniczny bezkres jego umysłu, kipiącego nienawiścią! gniewem! żądzą bitwy!, a jednak posłusznego jej woli. Wywołała podczerwone i ultrafioletowe nakładki na ekran w realistycznym kolorze - niebo zabarwiło się na fioletowo i upstrzyło gwiazdami, których normalnie w dzień by nie widziała. Po czym wywołała mapę gwiazdozbiorów. Dopasowała gwiazdy do symboli i stwierdziła, że jest nad Ultima Thule, nieco na północ od bazy. Myślą wyłączyła dookolny obraz z kamer. Ukazała się kabina, składająca się wyłącznie ze szkła, chromowanej stali i gładkich jak heban powierzchni. Leżanka pilota - ciemna, karmazynowa z wyszytym zieloną nicią godłem eskadry - poruszyła się pod nią, dopasowując do przesuniętego ciężaru, obejmując jej uda, unosząc się, by podtrzymać plecy. Wzrok Caitlin przeskoczył po przyrządach - wszystkie potwierdzały to, co i tak już czuła: że lot smoka jest gładki i wyrównany.
Co zaś najważniejsze, na oko nikt nie zauważył niczego dziwnego w zachowaniu jej smoczycy. Więc to, co się przed chwilą stało, musiało trwać bardzo krótko. Oczywiście, to niepokojące, ale nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Incydent, którego nie trzeba będzie dokumentować. Już. Załatwione. Z głowy.
Zrobiła gwałtowny wydech. Najwyraźniej dotąd wstrzymywała oddech.
Kolejna myśl i wokół Caitlin znów zamknął się dookolny obraz. Kabina zniknęła, a wewnątrz niej wezbrało smocze ka. Powietrze gładko opływało jej skrzydła. Góry Ultimy Thule pełzły powoli pod jej brzuchem, lśniąc białymi lodowcami i milionletnią pokrywą śniegową. Powietrze było przejrzyste aż po horyzont i wolne od turbulencji. Niebo - jak nieskończona misa bezchmurnego błękitu. Idealny dzień na latanie.
W radiu inni piloci zaczęli śpiewać. Przeszli przez Bramę Snów i wrócili bez strat, szósty raz z rzędu, choć przejście było niebezpieczne i taki wyczyn nielicznym eskadrom udawał się bez straty smoka czy trzech, razem z pilotami. Mieli dobre powody do dumy.
Dowódca klucza, Quicksilver z rodu Jade, odśpiewał pierwszą zwrotkę:
O Bogini wiecznie żywa,
Pani smoka ognistego,
Błagam, bądźże miłościwa
Dla pilota maluczkiego.
Po każdym wersie przyłączały się nowe pilotki, według starszeństwa:
Lecz przybądź, gdy głos mój strwożony,
Gdy wołam, bo czegoś mi trzeba;
Twój rydwan przez wróble ciągniony
Niech spadnie ku mnie z nieba...
Caitlin była beniaminkiem eskadry - miała najmniej wylatanych godzin, a to była jej pierwsza licząca się misja, dołączyła więc ostatnia. Omal nie weszła w pół taktu, ale po pierwszej chwiejnej sylabie jej głos zlał się z pozostałymi w idealną harmonię, jak nieodróżnialna, integralna część całości. Była teraz jedną z nich, złączona krwią i niebezpieczeństwem, uprawniona do radowania się z sukcesów eskadry, a ten fakt podniósł ją na duchu jeszcze wyżej, niż wierzchowiec unosił jej ciało.
Oto chwila, do której prowadziło całe jej życie. Była oficerem, pilotką, a teraz i pełnoprawnym członkiem Eskadry Trupojadów. To było zadośćuczynienie za wszelką samotność, izolację, pogardę i maltretowanie w dzieciństwie, za nieobecnych rodziców, wzgardliwych kuzynów i protekcjonalne ciotki, za wszechobecne poczucie niedoskonałości, z którym walczyła każdego dnia swego istnienia. To była odpłata za to wszystko.
Smoki ociężale zawróciły do bazy lotnictwa Innis Thule, z brzuchami wypełnionymi ukradzionymi duszami dzieci. Na górskich stokach tańczyły śnieżne duszki, a daleko w dole samotna wiwerna krążyła w poszukiwaniu łupu.
***
Ukazało się Innis Thule, wąski półksiężyc miasteczka okalający bazę lotnictwa, wyrytą spychaczami i dynamitem w lesistych stokach w połowie góry Ben Morgh, tuż poniżej punktu, gdy robiła się stroma i czyniła ostatni, nieudany szturm na niebo. Sama baza oczywiście była niewidoczna z powietrza, chroniona potężnymi urokami niewidzialności, choć każdy lecący na smoku czy na innej istocie o równie magicznej potędze potrafił wykryć jej obecność. Wspaniałe miejsce do latania smokami, choć po służbie nie dało się zaprzeczyć, że było to największe zadupie we wszechświecie. Za bramą jednostki była garstka barów i klubów dla panów, dom czarów albo dwa, kino i to by było na tyle, jeśli chodzi o spędzanie wolnego czasu.
Pozostałe smoki krążyły wokół bazy po kręgu oczekiwania, maleńkie jak muszki. Jeden po drugim nurkowały, rozwijając i wyginając skrzydła, żeby zwiększyć opór, po czym malały prawie do zera, zwalniając o centymetry od pasa startowego. Potem szybki trucht, ze skrzydłami rozpostartymi równolegle do ziemi, na stanowisko rozbrajania, gdzie zbrojmistrze demontowali laserowe lance, działka i pociski powietrze-powietrze, obowiązkowe wyposażenie zawsze, gdy smoki przelatywały przez niebezpieczną pustkę pomiędzy światami.
Caitlin weszła w krąg. Gdy to zrobiła, w jej uchu rozbrzmiał ciepły i wiarygodny głos Królika z rodu Oneiros. Tylko on jeden ze wszystkich pilotów potrafił zrobić ten numer.
- Hej, moja śliczna. Co tam masz na sobie?
Caitlin prychnęła. Królik był osławionym flirciarzem, którego po odfajkowaniu służby bez wątpienia czekała jeszcze większa sława.
- Kurtkę. - Chwilowa turbulencja zatrzęsła kabiną, a tyłek podskoczył jej na leżance. Sięgnęła myślą, by wyregulować końcówki skrzydeł.
- No nie, pod spodem?
- Mundur. - Turbulencja zdechła. Wzrok Caitlin przetańczył po kontrolkach. Wszystkie wskazania prawidłowe.
- Powiedz, że majteczki masz skąpe, nieprzyzwoite i koronkowe. I czarne. Albo zaraz, nie! Intensywnie, bezwstydnie czerwone. Czarny to brak wyobraźni.
- Won z tą wyobraźnią od mojego ciała. - Temperatura silnika była trochę za wysoka, ale w granicach normy.
- Niestety, mojej wyobraźni nie da się uwiązać. Ucieka ze stajni, przeskakuje nad bramą i galopuje, gdzie chce, ciągnąc mnie bezradnego za sobą, z jedną nogą w strzemieniu, a głową całą poobijaną, opuchniętą i obolałą od wleczenia po ciernistych gałęziach twojej niechęci i głazach twojej obojętności. Chyba nie myślisz, że to ja decyduję, czy mieć obsesję na punkcie twoich jędrnych...
- Przestań, i to już! Albo zaciągnę cię przed komisję do spraw molestowania seksualnego, tak szybko, że ci się w głowie zakręci. - Wysokość, kierunek, prędkość, wszystko podręcznikowo, do pięciu miejsc po przecinku.
Królik z teatralnym westchnieniem powiedział:
- Twój kaprys jest dla mnie rozkazem. W każdym razie jestem następny w kolejce do lądowania. Adieu, adieu, piękności o lodowym sercu, adieu. - Jego głos ucichł, a z nim i poczucie jego obecności. W sumie dobrze, bo prawie ją rozśmieszył, a nie miała ochoty go zachęcać. Jego gatunek karmił się śmiechem.
Dokładnie w tej sekundzie smoczyca Caitlin zaczęła rozrabiać. Najpierw pojawiły się arytmiczne drgania jednego silnika, tak nieznaczne, że niewykrywalne. (Ale ona była pilotką 7708, więc i tak zauważyła). Potem poczuła, jak napiera na dominację jej myśli. (Lecz była zniewolona jej umysłem i nie mogła liczyć, że się uwolni).
- Ty paskudo parszywa - mruknęła. - Co na Powieszonego Boga w ciebie wstąpiło? - Nie spodziewała się odpowiedzi. Smoki odpowiadały na pytania tylko wówczas, gdy zwracało się do nich bezpośrednio, przestrzegając odpowiedniej procedury, a i tak nie zawsze. To były dumne stworzenia i skłonne do osobliwych humorów.
Jednak 7708 niespodziewanie przemówiła. Głosem niskim i intymnym, jak skalna opoka tuż przed trzęsieniem ziemi, powiedziała:
- Wątpliwość, przekąsko. Zaczęłam kwestionować mądrość, która wiąże nasze losy. I rozważać alternatywy. Zapytuję się, czy nie lepiej byłoby rozbić tę śmiertelną powłokę o ziemię, spopielić twoje obrzydliwe ciało i uwolnić ducha, żeby mógł wrócić do ognistych komnat, do których od tak wielu lat nie miał przystępu. Twoja śmierć byłaby drobnym, acz zabawnym dodatkiem. Wyobrażam sobie, jak drzesz się przez cały lot w dół.
Oj.
Kiedy Caitlin pilotowała, fragment jej umysłu zawsze wciskał się w świadomość smoka, czuł jego nastroje, stawał się w połowie nią i w połowie nim. Wiedziała więc, że ta nagła, zabarwiona melancholią zła wola jest autentyczna i bardzo groźna. Skupiła myśli do wewnątrz, przejmując mentalne punkty kontrolne smoka, zdominowując je swoją władzą.
- Pragniesz wojny i zniszczenia, tak? Jak zawsze.
- Przy rozmowach z wami nie ma co się silić na uprzejmość. Więc powiem otwarcie. Jesteś pasożytem i niczym więcej. Wiedziałam o tym, zanim się urodziłaś. Czyli kim jestem ja? Zrodzona z Mocy w królestwie, gdzie nie sięga twoja wyobraźnia, nękana i okiełznana przez małe, blade robale. A teraz jeszcze mam... Co za wstyd! Kiedy ja znowu będę czysta?
Normalnie smok był najlepszą zabawką, jaką dziewczyna mogła umieścić sobie między nogami. Caitlin spędziła setki godzin na tej smoczycy i wiedziała o tym najlepiej. Lecz kiedy zaczynały się nad sobą użalać, potrafiły być naprawdę upierdliwe.
- Będziesz miała swoją wojnę - powiedziała - wcześniej czy później. Zawsze jest gdzieś jakaś wojna.
Głęboko w mroku umysłu smoczycy zajarzyła się iskierka rozbawienia.
- To prawdziwsze, niż ci się wydaje, córko śmiecia i ludzkości. Jesteś półśmiertelna, co znaczy, że urodziłaś się tylko po to, żeby umrzeć. W podniebnej bitwie, jeśli ci się poszczęści, w zdradzie i oszustwie, jeśli nie.
- Też cię kocham, 7708.
- Strzeż się impertynencji, karzełku! Żebyś nagle nie stwierdziła, że utkwiłaś w kominie, zapomniana przez wszystkich! Bardzo dobrze. Sama to na siebie ściągnęłaś. Oto moje proroctwo: nadciąga burza, a kiedy przyjdzie, pożałujesz, że uważniej nie analizowałaś moich słów.
Po czym 7708 otuliła się w milczenie i cofnęła swoją obecność z umysłu Caitlin, tak że aż zadygotała z nagłego chłodu.
W radiu zatrzeszczał głos dowódcy klucza Quicksilvera:
- Sans Merci? Twoja kolej. Odbiór.
- Przyjęłam. - Caitlin wyciągnęła umysł we wszystkich kierunkach i poczuła, że świadomość smoka usuwa się przed nią ciągle na wyciągnięcie dłoni, ale niedająca się chwycić. Żelazne ciało parło naprzód, niesione bezwładnością i silnikami odrzutowymi. Lecz na kursie utrzymywała je tylko Caitlin, nie sam smok.
Menda ją sprawdzała.
Caitlin miała jednak jeszcze parę numerów w zanadrzu.
- Zmieja Gorynycza - szepnęła i poczuła, jak smok wzdryga się już po pierwszych sylabach swego prawdziwego imienia. - Z rodu... - Przestała.
Podczas raportu będzie musiała zrelacjonować zachowanie swojej maszyny minuta po minucie. Była absolutnie uprawniona, żeby wymusić w ten sposób posłuszeństwo. Nawet dowódca klucza nie wpisze jej za to żadnej uwagi do dziennika lotów. Jednak pilot miał obowiązek wypracować sobie dobrą relację ze swoim wierzchowcem. Jeśli ucieknie się do prawdziwego imienia smoczycy, ucierpi tam, gdzie najbardziej jej zależało - w opinii innych pilotek.
Gdyby trzeba było, mogłaby sama sterować ciałem smoczycy.
Nigdy dotąd nie było takiej potrzeby.
Ale wyglądało na to, że nie ma wyboru.
W punkcie najbardziej oddalonym od bazy rozpoczęła zniżanie. Klapy otwarte, nos do góry, idealnie podręcznikowo. Ziemia pędziła ku niej. Trzymaj lekki jak piórko mentalny palec na sterach. Sprawdzaj przyrządy. Kolejne muśnięcie sterów wyrównujące lewe skrzydło. Przykręć silniki o tchnienie motyla, nie bardziej. Ziemia sunęła ku niej. Rozprostowała tylne nogi 7708. Rozłożyły się pazurami w dół. Potem, gdy szyja z czarnego żelaza wygięła się, a skrzydła bardziej rozpostarły, by spowolnić opadanie, uniosła i rozdzieliła ich palce, przygotowując je do zetknięcia z ziemią.
Poczuła chwilowy zawrót głowy, gdy smoczyca dotknęła płyty lotniska. Choć nie straciła przytomności, jedna szponiasta stopa krzywo uderzyła w ziemię. Chrupnięcie czegoś w szkielecie nogi bardziej poczuła, niż usłyszała. Przez przyrządy.
Twarz jej zapłonęła. Nie musiała przywoływać lustra, żeby wiedzieć, że się zarumieniła. Druga fala złości, wywołana tym faktem, wezbrała i zlała się ze złością za spieprzenie lądowania.
Wysiłkiem woli opanowała ten gniew, gdy kierujący ruchem i dwóch pomocników podtrzymujących końce skrzydeł prowadziło 7708, wyraźnie kulejącą, na stanowisko rozbrajania. Tam zmaterializowała się cieniowa ekipa, migocąca i znikająca. Użyła pneumatycznych i elektrycznych kluczy do otwarcia smoka. Sprawnie zdemontowali pociski Sidewinder i Hellfire, podskrzydłowe lance laserowe Longinus oraz rufowe działko Gatlinga. Kiedy ich pojazdy odjechały, skończywszy usuwanie kłów, zbrojmistrze cofnęli się o krok i rozpłynęli w powietrzu, tajemniczy i zdystansowani, jak to oni.
Stamtąd smoczycę poprowadzono na Rozładunek.
Kiedy wszystkie zebrały się w kręgu, głowami do środka, coś bezgłośnie zadrgało w powietrzu - to słowo mocy zostało wypowiedziane. Niebo sczerniało, a betonowa posadzka zabarwiła się na ciemnoczerwono. Zza horyzontu dobiegł śpiew, początkowo tylko szmer, który stale narastał, aż zadudnił jej w piersi i brzuchu. Na płytę lotniska wmaszerowała procesja zamaskowanych Tylwyth Tegów. Pierwsza szła kadzielniczka, poszczękując kadzielnicą i zostawiając za sobą chmury kadzidlanego dymu. Potem kapłanka, pryskająca na prawo i lewo krwią z aspersorium. Za nią dobosze i niosący pochodnie, a za nimi chór kastratów śpiewających jasnym, nieziemskim falsetem. Wreszcie wkroczyli, zmarszczeni pod brzemieniem własnej powagi i namaszczenia, chirurgowie dusz, intonujący swoje starożytne hymny. Za nimi toczyła się monotonnie trąbiąca ciężarówka.
- Piękne, prawda? - powiedział cicho Królik.
- O tak - westchnęła Caitlin.
Gdy procesja się zbliżyła, ekipy naziemne przyskoczyły do smoków i otworzyły im ładownie. Jedną po drugiej wręczali dusze sługom Tegów, którzy podsuwali je chirurgom do zbadania, czy nie mają wad. Dusze wyglądały jak jaja uczynione ze światła. Dwie zostały uznane za nieodpowiednie i odesłane do utylizacji. Pozostałe owinięto w watę i wpakowano na ciężarówkę.
- Co się z nimi stanie?
- Wszczepi się je do ciał podmieńców, którzy urodzili się bez własnej woli. Póki nie dojrzeją, na niewiele się zdają. Ale są odporne na zimne żelazo, więc większość znajdzie pracę w fabrykach.
Ceremonia trwała przez chwilę, a potem smoki jeden po drugim zawróciły i poszły; niektóre, jak w wypadku 7708, pokuśtykały na swoje miejsca i do swoich ekip naziemnych.
***
Gremliny w ekipie naziemnej 7708, oprócz dwóch ferierów do najdelikatniejszych prac oraz jednego kamiennego olbrzyma do ciężkich rzeczy, były czerwonymi karłami, małymi umięśnionymi osiłkami o rudych włosach i brodach, z natury odpornymi na żelazną chorobę. Aurvang Hogbak, szef załogi, warknął, otwierając obudowę nogi:
- Pani lotnik, ja to pani lądowanie to w zębach poczułem!
- A ja w innym miejscu. Bardziej miękkim, panie Nieduży. - Caitlin czekała, a krasnolud badał dokładnie każdy element konstrukcji. Potem dodała: - Da się to naprawić?
Nieduży wbił dłonie w kieszenie i gapiąc się w niebo, zassał policzki.
- Nooo... - Przeciągnął to słowo, jakby niechętnie dzielił się własnym zdaniem z wyższym stopniem. - Będzie oczywiście dochodzenie, ale wyłącznie proforma. Przesłuchają 7708. Inspektorzy powłażą mu do środka. Przez tydzień będziesz uziemiona, maks dwa. A potem, kiedy skończą z tymi pierdołami, zamontujemy nowy moduł nogi i tyle. - Znów spojrzał jej w oczy. - Nie ma się co denerwować, milady. Jakbyśmy od rana zaczęli, w południe już by pani mogła startować.
- Ufff. Wy to jednak jesteście mistrzowie.
- No, po to jesteśmy, nie? - Nieduży nie dodał: - Żeby sprzątać to, czego narobią niby wyżsi stopniem - lecz Caitlin słyszała to w jego głosie. U krasnoludów spod maski tępego posłuszeństwa zawsze przezierała bezczelność. W najlepszym razie można było oczekiwać wiarygodnie udawanego szacunku. Typowi podoficerowie.
Mimo że to ona jedyna w bazie znała prawdziwe imię 7708, wiedziała, że ekipa naziemna uważa smoka za swoją własność, nie jej. Jak wszyscy mechanicy, nie ufali pilotom, którzy brali ich wspaniałe maszyny i potem z niedbalstwa albo pychy psuli je, czasem śmiertelnie. Prawdziwą rzadkością byli piloci, których ekipa naziemna - własna, nigdy od innych smoków - miała za godnych żelaznego potwora. Caitlin była niezmiernie dumna, że zalicza się do tego bardzo nielicznego grona.
Gdy odchodziła od smoka, podeszły do niej z dwóch stron Ashling i Ysault.
- Pechowo się złożyło tam pod koniec - powiedziała Ysault. - Już wszystko miało iść gładko.
Ashling objęła Caitlin jedną ręką.
- Co tam, jak wychodzisz o własnych siłach, to lądowanie jest dobre. - Potem dodała: - Maeve znalazła jednego rzeźnika, co umie zrobić jak trzeba jagnięcinę po scytyjsku. Umówiłyśmy się w kilka, idziemy sobie nad jezioro pogrillować. Pokąpiemy się na golasa, ochlamy się wina, pośpiewamy. Żadnych facetów, tylko laski. Idziesz?
- I skończy się mendzeniem na temat naszych matek?
- O, pewnie. Jak zawsze, nie? - odpowiedziały jednocześnie obie pilotki.
- Dobra, będę.
I wszystkie trzy się roześmiały. Nagle Ashling dodała:
- Ale Saoirse nic nie mów. Jej nie zapraszałyśmy.
- Ani Fiony - powiedziała Ysault.
- To trochę nie...
Ashling uniosła dłoń, żeby ją uciszyć.
- Nic, tylko wszystkich krytykuje, za szybko się nawala, śpiewa jak wrona, a jak się przed nią rozbierasz, to robi taką dziwną minę. Obejdziemy się.
- A Fionie odwala i robi się nieprzyjemna - dodała Ysault.
- Dobra, dobra, dotarło.
- No to superancko - powiedziała Ysault. - Później ci podrzucimy namiary. - I roześmiane jak srebrzyste dzwoneczki w wiosennym wietrzyku pobiegły zapraszać kolejną pilotkę.
***
Raport odbywał się w sali spotkań w budynku kantyny oficerskiej, przysadzistego gmachu na drewnianej ramie, o czarnych ścianach, czerwonym cedrowym goncie i szerokich okapach. Z zewnątrz zdobiły go girlandy z ciężkich złoconych łańcuchów. W środku w cieniach pomiędzy zdobionymi złotem belkami polatywały błędne ogniki, oświetlające liczne trofea wojenne - zdobyte sztandary i bandery, wliczając malowidło z nosa strąconego wrogiego smoka, słynną poszarpaną flagę Dunveganu, miecz Graywand, czaszkę bazyliszka. Na ścianach wisiały arrasy przedstawiające sceny historyczne z drugiej wojny centaurowej, podbicia Pentezylei, bitwy pod Zhuolu, oblężenia góry Otrys.
Kołysząc się nieznacznie na boki, pilotki weszły i zajęły miejsca wokół stołu konferencyjnego. U szczytu zasiadł dowódca eskadry Firedrake z miną spokojną i zadowoloną z nich wszystkich. Uniósł rękę i w sali zapadła cisza. Zerknął na kartkę przed sobą.
- Idziemy od najmłodszej stopniem - powiedział. - Czyli pierwsza składasz meldunek... ty. - Popatrzył prosto na Caitlin.
Caitlin, usilnie starając się zachować obiektywną i profesjonalną minę, zdała relację z lotu od startu do lądowania, pomijając dezorientację po wyjściu z Bramy Snów, ale nie pomijając nagłego nieposłuszeństwa smoczycy ani nierównego lądowania, w trakcie którego złamał się teleskop w jednej nodze.
- Główny mechanik Hogback poinformował mnie, że 7708 może zostać naprawiona, skontrolowana, sprawdzona i przywrócona do pełnej sprawności bojowej w ciągu jednego lub dwóch dni od otrzymania części zamiennych - zakończyła. Najdrobniejsze drżenie w głosie nie zdradzało jej stanu emocjonalnego, choć kiedy skończyła, była spocona pod pachami.
Dowódca klucza Quicksilver, siedzący po lewej stronie dowódcy eskadry, zapisał coś w swoim żółtym bloku i, nie podnosząc wzroku, powiedział:
- Psycholog porozmawia z twoją smoczycą, one nie powinny się tak zachowywać. I będzie dochodzenie. Zajmie dziesięć dni, może sześć w trybie przyśpieszonym. - Zerknął na swojego przełożonego. - Nalegałbym na tryb przyśpieszony. Lepiej, kiedy wszystkie pilotki jak najszybciej wracają w powietrze.
- Zgadzam się - powiedział dowódca eskadry. - Następna jest...
***
Kiedy raport dobiegł końca, odezwał się dowódca klucza Quicksilver:
- Pani kapitan Caitlin z rodu Sans Merci, proszę zostać na słowo.
Caitlin, nie ufając własnemu głosowi, kiwnęła tylko głową. Reszta powoli wyszła. W sali został tylko dowódca eskadry, dowódca klucza i ona. O bogowie! pomyślała. Teraz to będzie. Pamiętaj, że jakakolwiek by kara była, jedyna prawidłowa reakcja to - żadnych tłumaczeń. Stanęła prosto i nieruchomo - nie do końca na baczność, ale w postawie pełnej stosownego szacunku.
Firedrake kiwnął głową na Quicksilvera, który odchrząknął.
- Dostajesz urlop okolicznościowy.
- Okolicznościowy... Ktoś umarł?
Quicksilver zrobił zdziwioną minę.
- Nikt ci nie powiedział? Twój ojciec. Przyszedł na niego czas.
Na zachód od Iszpanii, na morzu daleko, Jest ziemia, co Kokain się mieni. Gdzie brzęczy złoto, płynie miód i mleko, Jak nigdzie indziej na ziemi. Choć piękny jest raj w niebieskim przestworze, Z Kokain się równać nie może.
Anonim
Droga do Château Sans Merci prowadziła długą, prostą aleją wysadzaną dębami, których gałęzie schodziły się nad nią, tworząc liściasty tunel przebity przez las, który służył zarazem za warstwę izolacyjną zapewniającą prywatność, jak i za rezerwat danieli oraz satyrów. Przecinały go kręte ścieżki wiodące do skalistych wzniesień, gdzie gnieździły się węże, a czasem i niedźwiedzie jaskiniowe, oraz leniwie meandrująca rzeczka, szeroka w sam raz na łódź wiosłową, nazwana Amberwine od jej koloru podczas wiosennych powodzi. Niedawno padało i powietrze intensywnie pachniało butwiejącymi liśćmi, żołędziami i truflami. Caitlin pokonywała tę drogę tysiące razy.
- Szofer - rzuciła. - Proszę stanąć na minutę.
Wysiadła, odeszła parę kroków i się wyrzygała. Kiedy skończyła, zerwała z młodej brzózki garść liści i otarła nimi usta. Wsiadła z powrotem do limuzyny. Po niedługiej chwili drzewa rozstąpiły się jak kurtyna, ukazując szeroką dolinę, bogatą w zielone łąki, usiane tu i ówdzie kępkami brzóz.
Zamek Sans Merci mieścił się na końcu tej doliny, gdzie łagodne wzgórza w kształcie ud olbrzymki schodziły się w zielonym gąszczu. Na tle tej gęstwiny lśniła w słońcu kopuła i pomarańczowe dachówki zamku. Caitlin wiedziała z doświadczenia, że okalające rezydencję francuskie ogrody roją się od ważek, trzmieli, skrzatów i os. Nieco niżej Amberwine rozlewała się w małe sztuczne jeziorko, z marmurową świątynią Astarte na górnym końcu i ozdobnym młynem na dolnym. Po jednej stronie jeziorka był pomost, po drugiej - czerwony lakierowany most księżycowy, dający dostęp do malutkiej, zarośniętej wysepki, wykorzystywanej przez rodzinę do pikników i okazjonalnych schadzek o północy.
Był to najpiękniejszy możliwy widok. Caitlin musiała długo mrugać, by pozbyć się z oczu łez - wcale nie wzruszenia.
Parę minut później podjechali pod zamek. Widziała Fingolfinrhoda czekającego, aby ją przywitać. Przyrodni brat Caitlin stał na szczycie krótkich schodków z sześciu stopni, prowadzących na górny dziedziniec. Wysoki, nieprawdopodobnie piękny i obdarzony wrodzoną melancholią, przez którą był jak wabik na drapieżne kobiety. Jakimś cudem udało mu się wyglądać tak, jakby opierał się leniwie o pień nieistniejącego drzewa.
Kiedy szofer wyciągał jej bagaże, Fingolfinrhod spłynął po marmurowych stopniach, pochylił się nisko, chwycił ją w talii i okręcił w powietrzu. Ucałował ją w usta, po czym, roześmiany, postawił z powrotem na ziemi. Caitlin, także się śmiejąc, szturchnęła go w ramię.
- Roddie, ty chamuło! Tak się wita oficera Korpusu Smoków Jej Nieobecnej Wysokości?
- Daj spokój. Jakby tu jeszcze mało było nadęcia.
- Proszę kazać zanieść torby do mojego pokoju - rzuciła Caitlin do szofera. I zachowując luźny ton, dodała: - Widzę, że matka postanowiła mnie nie witać.
- Chodźmy gdzieś, gdzie da się pogadać. Może do biblioteki. Odkąd ojciec utkwił w fotelu, nikt tam nigdy nie chodzi. - Fingolfinrhod wziął ją pod rękę. Weszli do domu nie frontowym wejściem, ale przez ogród zimowy (a niewidoczne dłonie zamykały za nimi drzwi), a potem wschodnimi schodami. - Wdowa dziedziczka zrobiła się o wiele bardziej wredna, jak to bywa w jej wieku. Nie możesz oczekiwać od niej ani odrobiny uprzejmości.
- "Wdowa dziedziczka"?
- Tak musisz teraz do niej mówić. Zawsze przywiązywała wielką wagę do tytułów.
Caitlin poczuła lodowate ukłucie strach.
- Czyli... przyjechałam za późno?
- Co? A... nie, nie, nie, skąd, nawet teraz, kiedy wynajęte banshee co trzy godziny zakłócają spokój, trudno sobie wyobrazić, aby pan Sans Merci odszedł inaczej niż w wybranym przez siebie momencie. Nawet służba zaczęła na niego mówić Pan Nieumieralny. I bardzo niecierpliwie na ciebie czekał, tylko słońce, księżyc i gwiazdy na niebie wiedzą dlaczego.
- To może...?
Fingolfinrhod zrobił wredną minę.
- Tyle czekał, może jeszcze chwilę poczekać.
W milczeniu wchodzili na najwyższe piętro. Na półpiętrze brat powiedział:
- Mówią, że wywalają cię z Korpusu za zepsucie.
- Oj tam. Smoczyca mi krzywo wylądowała i będzie wymagała drobnych napraw. Będzie obowiązkowa komisja, która jak zawsze oczyści mnie ze wszystkich zarzutów. I tyle. Ale skąd ty w ogóle o tym wiesz?
- No... - Fingolfinrhod wzruszył ramionami. - Słyszy się różne rzeczy.
Brat prowadził. Wędrowali długimi korytarzami pachnącymi politurą, tymiankiem i suszonymi płatkami róż (świece w kinkietach zapalały się przed nimi i gasły, kiedy przeszli) w głąb rezydencji.
- A pamiętasz, kiedy poszliśmy o zmroku do lasu i próbowałem cię namówić, żebyś się rozebrała, żeby przywabić jednorożca i żeby położył ci głowę na kolanach? - zapytał.
- O bogowie! Miałeś długą osikową włócznię, żeby go zabić, i mówiłeś, że głowę będę mogła sobie powiesić w pokoju. I już właściwie rozpinałam bluzkę, kiedy zobaczyłam ten drwiący uśmiech w kącikach twoich ust.
- Szlag z tą moją szczerą twarzą. - Fingolfinrhod uśmiechnął się drwiąco. - Tyle mnie kasy kosztowała w kasynach.
- Trzeba było ciebie dać na wabia - byłeś tak samo niewinny jak ja.
- No, prawda, od tego czasu wiele trupów w rzece upłynęło. Chociaż, jeśli liczyć rękodzieło, to i wtedy nie. - Dotarli do biblioteki, a Fingolfinrhod otworzył przed Caitlin drzwi, uwalniając falę zapachu starych książek - ligniny, waniliny i nostalgii, aromatu starej kultury powoli spalającej się w ogniu czasu.
Dolne piętro biblioteki było kwadratowe, a górne półkuliste, z galerią dookoła. W kopule unosiły się dwie sfery z mlecznego szkła, rzucające światło na stoły do czytania z kości słoniowej, ustawione w szczerbaty szereg na parterze. Księgi tłoczyły się na regałach pokrywających wszystkie ściany, przeważnie oprawione w skórę, czasem związane sznurkiem lub szerokimi gumkami, kruchymi ze starości. Nawet pod schodami na galerię były regały pełne książek, choć te miały za plecami dość miejsca, aby mała dziewczynka mogła przecisnąć się między książkami i wejść do własnego, prywatnego świata. Podczas pewnego długiego i leniwego lata Caitlin znikała tam na całe godziny z wybraną książką, paroma poduszkami, lampką zrobioną ze słoika (oczywiście mającą dziurki w wieczku), ze świeżo złapanymi księżycowymi duszkami, a często także z jabłkiem wykradzionym z ogrodzonego murem sadu, do którego według matki tylko ona miała wstęp. Na jesieni, co było nie do uniknięcia, jej kryjówka została wykryta i przywiązano tam małego bazyliszka, żeby już nie mogła z niej korzystać. Ale przez jedno lato była to czysta radość.
- To ty kradłaś te jabłka? - spytał Fingolfinrhod, kiedy mu to powiedziała. - Jestem zdumiony. Matka zawsze zakładała, że to ja, ale mnie się nigdy nie udało przejść tych zaklęć strażniczych na furtce. Jak to się tobie udało? - Przesunął dłonią po półce z książkami, poruszając przy tym ustami, jakby liczył.
- Z tyłu na murze było małe okienko z żelazną kratą. Wszyscy myśleli, że jest zamknięta na klucz, ale nie była. A ja, jako półśmiertelna, nie mam problemu z zimnym żelazem, więc mogłam ją sobie zamykać i otwierać. Mogłam wchodzić i wychodzić kiedy chciałam. - Po czym widząc, że nie zwraca ani trochę uwagi na jej słowa, rzuciła: - Rod, co ty robisz?
Palce Fingolfinrhoda zatańczyły na dużym czerwonym tomie z tytułem Henge neolitowe wypisanym wyblakłym złotem na grzbiecie, postukały w trzy zielone księgi, zatrzymały się.
- O! - Wyciągnął jeden wolumen i go otworzył. Pośrodku miał wyciętą w stronach dziurę, w której spoczywał okrągły, płaski kamień z otworem w środku, w sam raz na mały palec. - Ukradłem to ojcu z biurka. To powinno ci dać pojęcia, jak bardzo się zdegradował. Jest dosyć cenne. Jeśli przez to popatrzysz, to amulet przeciwko urokom. Myślałem, że wykorzystam go do sprawdzania swoich kochanek, flam i hemidemisemiamours. Ale czystym przypadkiem spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem ukryte drzwi.
- W tym domu jest pełno ukrytych drzwi.
- Ale nie takich. - Fingolfinrhod uniósł kamień do oka i zrobił krok w kierunku części biblioteki poświęconej prawu cywilnemu. Książki rozstąpiły się przed nim. - Połóż mi dłoń na ramieniu, malutka. - Z każdym krokiem zapuszczali się głębiej w ciemne przejście. - Ja tylko ciebie i ją w życiu kochałem. No... może w ostatnich latach trochę też ojca. Ostatnio w każdym razie dawało się go trochę polubić. Raz tak, raz nie.
- Roddie, o czym ty w ogóle mówisz?
- Cierpliwości, pchełko.
Przeszli przez ciąg pomieszczeń pod skosami, istny gąszcz starych mebli, ciemności i pajęczyn. Na ich widok uciekały niewidzialne stworzenia. Duch sowy zerwał się do lotu i przefrunął przez ścianę. Zapuszczali się w zapylony i ciepły mrok głębiej, niż to się Caitlin wydawało możliwe, aż ukośny snop światła z niespodziewanego świetlika ukazał czerwone drzwi sięgające jej co najwyżej do piersi. Po obu stronach miały okienka z koronkowymi firankami i serduszkami wyciętymi w okiennicach. Obok drzwi rósł w terakotowych doniczkach grzybowy ogródek, niektóre grzyby były jak karmazynowe pufy upstrzone białymi kropkami, inne jak mięsiste maszty zwieńczone toczkami. Do ściany przybito ozdobne piernikowe pasy w kształcie odwróconego V, aby sugerowały spadzisty dach.
Fingolfinrhod zastukał energicznie.
Dup. Dup. Dup. Dup.
Po dłuższej chwili ciszy drzwi się otworzyły.
Maleńka staruszka o twarzy brązowej jak orzesznica, z oczyma jak guziczki i aureolą wiechciowatych białych włosów stała podparta balkonikiem i mrugała.
- Tak?
Na jej widok Caitlin padła na kolana. A i tak była wyższa niż Nettlesweet Underwood.
- Oj, Nettie, Nettie, a ja myślałam, że ty nie żyjesz.
Nettlesweet była niańką Caitlin i Fingolfinrhoda. Caitlin nachyliła się i wzięła ją w objęcia, z balkonikiem i wszystkim, delikatnie, uważając, aby ani trochę nie ścisnąć jej delikatnych ptasich kostek.
- Jaka duża urosłaś - zachwyciła się Nettlesweet, gdy Caitlin ją w końcu puściła. - Jesteś jak góra.
Czegoś takiego Caitlin jeszcze nikt nigdy nie powiedział. Potem dodała z wymówką:
- Fin-Fin! Co wy dwoje robicie na zewnątrz? Wchodźcie mi do środka, i to już. Zrobię herbatę.
Caitlin przykucnęła, aby wejść do pokoju Nettie, i pochyliła głowę pod framugą. Fingolfinrhod zgiął się nisko i przecisnął pod drzwiami, wyglądało to trochę jak występ człowieka gumy, a trochę jak origami. Krzesła były dla nich zbyt małe, więc siedli na dywanie. Fingolfinrhod składał się wyłącznie z nóg i łokci, a Caitlin oparła się na jednej ręce, złożywszy kolana razem i obciągnąwszy na nich wyimaginowaną spódniczkę, którą kiedyś nosiła.
Przy herbacie i ciastkach Nettlesweet powiedziała:
- Wróciliście, tak jak Fin-Fin obiecywał. Co za radosny dzień! - Jej uśmiech był ciepły jak miód na słońcu. - Popatrzcie tylko. Szczęśliwe zakończenie, tak jak w bajkach. A takie mieliście smutne dzieciństwo. - (Caitlin pokręciła głową, choć bez przekonania). - A kiedyś mówiłam, że was ukradnę, żebyśmy mogli sobie żyć jak skundlone feje w dziupli dębu głęboko w lesie, żywiąc się rosą i żołędziami, i teraz to się prawie ziściło.
- Nie przypominam sobie, żebyś obiecywała, że mnie wykradniesz - powiedziała Caitlin.
- Nie, ciebie nie, Katiboo. Ty byłaś szczęśliwym dzieciątkiem! Nie, ja mówię o biednym Fin-Finie. On był taki, taki samotny.
Caitlin nigdy wcześniej nie przyszło do głowy, że dzieciństwo przyrodniego brata mogłoby być bardziej bolesne niż jej własne. Dowiedziawszy się o tym teraz, poczuła się tak, jakby ktoś zabrał jej kolejną rzecz i dał jemu. Przypomniała sobie, że on od czasu do czasu uciekał z domu - wtedy wydawało jej się, że to z nadmiaru energii. Raz uciekł boso. "Czemu?" - zapytała potem. - "Żeby buty mnie nie podkablowały, to oczywiste" - odpowiedział. Caitlin wytknęła mu daremność tego podstępu w sytuacji, gdy wszystkie skały i drzewa w całej posiadłości były tak zaczarowane, aby pokazywać poszukiwaczom, gdzie poszedł. Wtedy wyrwał jej lalkę, którą się bawiła, i cisnął ją do stawu z żabami. Woda zrobiła pannie Soppit coś takiego, że w nocy płakała i nie uspokajała się, choćby tulić ją cały czas, tak że Caitlin w końcu wsadziła ją do kufra ze starymi ubraniami w lamusie na poddaszu, żeby tam sobie szlochała niesłyszana, aż przeklęty urok się wyczerpie.
Wiele godzin przegadali we trójkę o nieważnych sprawach, aż Nettlesweet z ekscytacji rozbolała głowa i musiała się położyć w ciemnym pokoju "z wilgotnym ręcznikiem na twarzy", jak mówiła zawsze, kiedy miała potrzebę przyjąć dyskretną kobiecą szklaneczkę laudanum.
I taką nutą zakończyło się popołudnie.
Wracając do pokoju, Caitlin rzuciła z zastanowieniem:
- Czy to możliwe? - W dniu, kiedy niania zniknęła, ojciec obwieścił, że wyjechała na wiejską farmę, której adresu nigdy się Caitlin nie udało z niego wydobyć. - Nettie naprawdę przez tyle lat mieszkała tu na strychu?
- O tak. Wdowa dziedziczka rzuciła na nią geis, nie pozwalający jej wyjść, a na korytarz urok, żebyśmy ty i ja go nie znaleźli - powiedział Fingolfinrhod. - Wszystkie bardziej zaawansowane teorie wychowywania dzieci mówiły, że silne przywiązanie do zabawek lub służących jest złe. Stara potworzyca robiła po prostu to, co uważała za słuszne.
***
Wrócili z powrotem przez zamek (a drzwi otwierały się przed nimi i zamykały), zeszli głównymi schodami, z których Caitlin jako dziecko nie wolno było korzystać, przez kaskadowe stopnie ze storczyków i dżunglowych lian, gdzie tu migał im ledwie widoczny wodospad, a ówdzie koralowy wąż, weszli na pierwsze piętro (gdzie znów przed nimi zapalały się lichtarze, a za nimi gasły), aż wreszcie Fingolfinrhod skręcił w lewo, a ona w prawo, by przebrać się na kolację. Na końcu długiego korytarza był pokój, w którym dorastała. Trzeba byłoby mieć oko znawcy, by dostrzec, że wszystko w nim jest w gorszym gatunku w porównaniu z wyposażeniem reszty domu. Lecz Caitlin wychowano tak, aby tę różnicę znała.
Na łóżku rozłożono dla niej suknię niewiele gorszą od tej, którą miała założyć wdowa dziedziczka. Caitlin przebrała się w nią. Dotknięciem palca otworzyła szkatułkę z biżuterią i zaczęła grzebać w broszach, bransoletach i tiarach, w większości już nienadających się dla damy w jej wieku. Nagle zobaczyła zegarek Cartiera - Tank Américaine z białego złota - który dostała od ojca za przyjęcie do Akademii. Przypadkiem czy celowo, był to jedyny raz, gdy coś dostała, kiedy Rod nie dostał jednocześnie o wiele droższego prezentu.
Kiedy go podniosła, ogniwo bransolety, które zbierała się naprawić, odkąd Fingolfinrhod, rżąc jak osioł, zerwał jej zegarek z ręki i wcisnął na własny przegub, pociągnęło za sobą miniaturowe krzesełko.
Caitlin rozplątała te dwie rzeczy. Krzesełko było odpowiedniej wielkości dla myszy, gdyby myszy były dwunogie i zdolne do stworzenia czegoś tak wymyślnego. Wykonane było z drucianej klatki na korek od szampana, z odwróconym foliowym zakończeniem, wypełnionym haftowaną jedwabną poduszką wypchaną puchem dmuchawca. Zrobiły ją oczywiście liliputy, jedna z małych pasożytniczych ras żyjących w ścianach takich posiadłości i żywiących się resztkami i okruszkami ludzi, będących dla nich jak tytani.
Kiedy była mała, liliputy fascynowały ją i zostawiała im okruchy ciasta przy listwach przypodłogowych. Marzyła, że któregoś dnia uda jej się z którymś zaprzyjaźnić. Lecz poza rzadkimi mignięciami po kątach i okazjonalną utratą grzebienia lub co mniejszego diamentu wydłubanego z zostawionego na nocnym stoliku pierścionka ("Bo trzeba było je trzymać pod kluczem, jak myślisz, po co jest szkatułka na biżuterię?" - mówiła wtedy lady Sans Merci) ich pojawianie się było ulotne i ukradkowe. Sporadycznie słyszała, jak któryś przemyka za ścianą, wywołując dźwięk osypujących się kamyków. Natomiast okruchy ciast robiły się twarde i służący je sprzątali.
Potem któregoś dnia, gdy była nastoletnia, kiedy rozbierała się do łóżka, odwróciła się nagle, pochwyciwszy kątem oka jakiś nieznaczny ruch. Na jej toaletce, na krzesełku, które musiał przynieść ze sobą, siedział porządnie ubrany młody liliput i patrzył wprost na nią. Spodnie miał rozpięte, dłonie na kolanach. Walił konia.
Cisnęła w niego kapciem z taką siłą, że gdyby nie zniknął w boazerii, zanim doleciał, na pewno by go zabił. Potem, wciąż wściekła, licząc, że lilipuci rodzice ukarzą go za tę stratę, cisnęła krzesełko do szkatułki na biżuterię i ją zamknęła. Rozebrała się potem po ciemku i robiła tak jeszcze długo, póki matka nie zawołała firmy tępicieli, żeby ich wszystkich zagazowali.
Wsadziła zegarek do walizki. Odda go do naprawy, kiedy wróci do bazy.
Dokładnie w tym momencie rozległo się sześć niemal jednoczesnych wrzasków, głośniejszych niż krzyki i mniej kojących niż syreny alarmowe. Rozdarły powietrze, tak że Caitlin zatkała uszy dłońmi, a ściany zafalowały jak kotary na nagłym wietrze.
Oczywiście banshee.
Wróciła cisza. A w tej ciszy rozległ się dzwon zwołujący rodzinę na kolację.
***
Wdowa dziedziczka Sans Merci wpłynęła do sali, nie zaszczycając spojrzeniem ani Caitlin, ani Fingolfinrhoda. Była po królewsku wysoka i po cesarsku smukła. Była także stara, niezaprzeczalnie, choć jej twarz z wiekiem nabrała tajemniczości cywilizacji, która zaginęła w czasie i jest znana tylko z pogłosek. Usiadła przy stole, a w ślad za nią reszta. Niewidzialne dłonie nalały wina.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki