Matka żelaznego smoka - Michael Swanwick

-
Proszę czekać

Była raz mała dziew­czynka. To mej histo­rii począ­tek.

Była raz mała dziew­czynka. To mej histo­rii począ­tek. Doro­sła, zesta­rzała się, umarła i skoń­czył się wątek.

Helen V., z nota­tek

Umie­ra­nie jest drę­twe. Helen V. dowie­działa się tego na samym jego początku, kiedy po raz pierw­szy musiała zmie­rzyć się z fak­tem, że nie tylko nie wyzdro­wieje, ale i że wszystko, co zrobi w pozo­sta­łym jej cza­sie, nie będzie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia. Dla dzie­więć­dzie­się­cio­pa­ro­let­niej kobiety, któ­rej myśli i uczynki zawsze w sumie jakieś zna­cze­nie miały, była to gorzka pigułka do prze­łknię­cia. Podob­nie to, że nie miała już na co cze­kać, poza osta­tecz­nym cio­sem młot­kiem w tył głowy po zjeź­dzie rynną do rzeźni.

Nie wie­działa jed­nak, że przy­lecą po nią smoki.

- I jak się dziś mamy, miła pani? - Do pokoju wtań­czył dzienny pie­lę­gniarz, jak zawsze nie­wy­tłu­ma­czal­nie weso­lutki. Dobrze, że tym razem nie pogwiz­dy­wał. Cza­sami mu się zda­rzało.

Kil­ka­na­ście rurek i prze­wo­dów było pod­łą­czo­nych jed­nym koń­cem do ciała Helen, a dru­gim do stosu urzą­dzeń moni­to­ru­ją­cych, zacho­wu­ją­cych się jak małe dzieci i doma­ga­ją­cych się uwagi z róż­nych powo­dów, kom­plet­nie dla Helen nie­zro­zu­mia­łych. Jedno pisz­czało wście­kle od pół godziny, pró­bu­jąc powia­do­mić obo­jętny świat, że jej ciśnie­nie krwi jest zbyt wyso­kie. Oczy­wi­ście było i takie miało pozo­stać, póki ktoś nie wyłą­czy tego cho­ler­stwa.

Bolało, kiedy krę­ciła głową, ale poświę­ciła się, żeby móc prze­nieść wzrok z moni­to­rów na pie­lę­gnia­rza po dru­giej stro­nie dżun­gli pla­sti­ko­wych rurek, które pom­po­wały i wypom­po­wy­wały roz­ma­ite płyny do i z tego wyschnię­tego skó­rza­nego worka, który nie­gdyś zapew­niał jej tyle przy­jem­no­ści.

- Umie­ramy.

- Gada­nie. Pro­szę tylko sie­bie posłu­chać. Co za nega­tywne podej­ście. Jak ma się pani popra­wić przy takim nasta­wie­niu?

- Nijak. Jestem nie­po­prawna.

- Dobrze, że cho­ciaż do pani dotarło. - Zręcz­nym ruchem wycią­gnął rurki kro­pló­wek i wymie­nił foliowe woreczki na sto­jaku. Dosta­wił wózek do kra­wę­dzi łóżka i szyb­kim pocią­gnię­ciem i pchnię­ciem prze­to­czył na niego Helen. Potem zmie­nił pościel, prze­tur­lał ją z powro­tem i odsta­wił nosze. Na koniec postu­kał w pisz­czący czuj­nik, wyci­sza­jąc go, i powie­dział: - Za wyso­kie ciśnie­nie.

- No kto by pomy­ślał.

- A gdzie się podziały te piękne kwiaty?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź Helen, że kazała je wyrzu­cić, bo nie obcho­dziły jej puste gesty dale­kiej rodziny, o któ­rej ist­nie­niu ledwo wie­działa i któ­rej nie pozna­łaby na ulicy, pod­niósł pilota i włą­czył tele­wi­zor. Salę zalał skrze­kliwy śmiech. Naj­mniej rado­sny odgłos we wszech­świe­cie. Trzeba jed­nak przy­znać, że pie­lę­gniarz robił co mógł, by zagłu­szyć huczącą ciszę gasną­cego w niej życia.

- Albo ten tele­wi­zor szlag trafi, albo mnie - powie­działa Helen. - Oscar Wilde, 30 listo­pada 1900.

- Co?

- Nikt nie łapie tych moich żar­tów. - Helen zamknęła oczy. - I tak całe życie.

Co było prawdą. Mimo to nie była w sta­nie się powstrzy­mać. Była tak wypchana kul­tu­ro­wymi cie­ka­wost­kami, że już ich nie utrzy­my­wała i wycie­kały z niej wszyst­kimi otwo­rami i wszyst­kimi psy­chicz­nymi ranami jako wsty­dliwe strużki wydzie­lin.

***

Kiedy się ock­nęła, była noc.

Na samym początku kariery, gdy była jesz­cze tylko pospo­li­tym pisma­kiem, nauczyła się, że każda scena powinna być zako­twi­czona w przy­naj­mniej trzech wra­że­niach zmy­sło­wych. Kucharz w barze szyb­kiej obsługi sły­szy skwier­cze­nie sma­żą­cych się jajek, czuje zapach prze­pa­lo­nej kawy z eks­presu, kła­dzie dłoń na bla­cie, który zawsze jest tro­chę tłu­sty. To wystar­czy. Ale tu się tak nie dało. Usu­nięto lub wygła­dzono wszystko, co draż­niące zmy­sły, nie­czy­ste lub warte spoj­rze­nia. Żad­nych ostrych kra­wę­dzi. Wszyst­kie dźwięki przy­tłu­mione - odle­głe, wyprane z emo­cji głosy, nie­śpieszne poskrzy­py­wa­nie mięk­kich butów na lino­leum w kory­ta­rzu. Kolory to wyłącz­nie warianty sza­ro­bia­łego - sko­rupka jajka, śmie­tan­kowy, kre­mowy, kawa z mle­kiem, gains­boro, per­łowy, beżowy. A już naj­gor­sze były zapa­chy - bez­barwne, mdłe, szpi­talne. Nie mając wokół sie­bie żad­nych nie­przy­jem­nych rze­czy, stwier­dzała, że za nimi tęskni.

"Jestem jak stary pies - pomy­ślała - pozba­wiony inte­re­su­ją­cych zapa­chów i smro­dów".

Szpi­tal to miej­sce eli­mi­na­cji. Idzie się do niego, żeby wyeli­mi­no­wać bóle, cho­roby, zbędne sub­stan­cje, próbki krwi, opa­trunki, ban­daże, zapa­chy, wra­że­nia, organy wewnętrzne, aż wresz­cie samego sie­bie.

- Pój­dziesz pro­sto do pie­kła - powie­działa z abso­lut­nym prze­ko­na­niem nocna pie­lę­gniarka. Naj­wy­raź­niej Helen ock­nęła się w poło­wie roz­mowy. Ostat­nio się to zda­rzało.

- Papi­styczne bzdury - odpa­liła Helen. Po tej poboż­nej bap­ty­stce spo­dzie­wała się cze­goś lep­szego. Zaraz zacznie tu pod­no­sić hostię i odma­wiać nowenny za zba­wie­nie jej duszy. Poczuła ukłu­cie bólu i wytę­żyła siły, żeby je zigno­ro­wać.

Nocna pie­lę­gniarka zaczęła odpi­nać rurki i odcze­piać opróż­nione foliowe woreczki, żeby zastą­pić je nowymi i pulch­nymi. Ni­gdy przy tym nie roz­ma­wiała, sku­pia­jąc się na zada­niu w stu pro­cen­tach. Godne sza­cunku, zdaje się.

- Jestem tylko urzą­dze­niem. Do prze­pom­po­wy­wa­nia pły­nów. Z woreczka do woreczka - oznaj­miła Helen. - W naj­droż­szy moż­liwy spo­sób.

Nocna pie­lę­gniarka skoń­czyła zada­nie.

- Wszystko chcesz obró­cić w żart.

- Tu mnie masz. Dokład­nie tak jest.

- Sto­isz na skraju otchłani, a i tak się śmie­jesz. Masz zaraz wpaść pro­sto w pło­mie­nie i chi­cho­czesz jak wariatka. Jezus wyciąga rękę, żeby cię wcią­gnąć z powro­tem. Wystar­czy, że przyj­miesz jego łaskę, i jesteś ura­to­wana. A ty co? Uda­jesz, że życie to tylko śmieszki i drwiny. Przez wła­sną dumę i pychę będziesz się śmiać przez całą drogę na wieczne potę­pie­nie.

Wygło­siła praw­dziwe kaza­nie. Bez­po­śred­nie, łopa­to­lo­giczne, pły­nące pro­sto z serca. Ale czy usły­szała "Amen"? Nie. W każ­dym razie nie od Helen. Helen V. nic nie czuła w środku poza nara­sta­jącą upo­rczy­wo­ścią bólu, wcale nie ducho­wego. Zresztą hipo­kry­zją byłoby teraz uwie­rzyć w Boga, który, jak twier­dziły wszyst­kie zakon­nice z jej odle­głego dzie­ciń­stwa, nikogo nie cierpi bar­dziej niż hipo­kry­tów.

- Co czy­tasz? - Pie­lę­gniarka pod­nio­sła z noc­nego sto­lika jej książkę w mięk­kiej okładce.

- Słowa, słowa, słowa - powie­działa ze znu­że­niem Helen, licząc, że ją odłoży, nie dopy­tu­jąc się bar­dziej. Ból drgnął, aż sap­nęła.

- Jakieś pogań­skie bzdury - stwier­dziła pie­lę­gniarka, jak zawsze prze­ni­kliwa. Odło­żyła książkę okładką w dół.

- Potrzebny mi śro­dek prze­ciw­bó­lowy.

- Aha. - Wypeł­niała jakiś cho­lerny for­mu­larz.

- Naprawdę mi potrzebny.

- Dosta­niesz. Za chwilę.

- To demon­stra­cja siły, prawda? - Spo­koj­nie mogła sobie wyobra­zić, że kobieta, która ni­gdy nie nur­ko­wała na Male­di­wach ani nie łapała się nagle na tym, że nie­spo­dzie­wa­nie sędziuje w kon­kur­sie gra­nia na nie­wi­dzial­nej gita­rze w nie­le­gal­nym żuler­skim barze w Johan­nes­burgu, ani nie spę­dziła lata na pró­bie prze­ro­bie­nia sta­rego zardze­wia­łego fer­rari na olej roślinny, bo zako­chała się w chło­paku, który chciał ura­to­wać świat, może jej nie cier­pieć. Pie­lę­gniarka zapewne miała cięż­kie życie. Można było zro­zu­mieć, że odma­wia środka prze­ciw­bó­lo­wego eks­tre­mal­nie dener­wu­ją­cej sta­rej kobie­cie po pro­stu dla­tego, że to jedyna wła­dza, jaką ma. Choć naprawdę Helen w swo­ich ostat­nich dniach nie była eks­tre­mal­nie jakaś. Lubiła myśleć, że jest Pie­lę­gniar­ską Neme­zis i Postra­chem X oddziału. Praw­do­po­dob­nie jed­nak ludzie odpo­wie­dzialni za prze­pro­wa­dze­nie jej przy mini­mal­nym wysiłku do następ­nego świata myśleli o niej tylko per "ta trudna sta­ruszka z pokoju 402". Zde­cy­do­wa­nie w gra­ni­cach nor­mal­nej ludz­kiej opry­skli­wo­ści. - Bóg, jeśli jest Bóg, ci wyba­czy. Że przy­nio­słaś mi tabletkę. A jeśli Boga nie ma... to ten cho­lerny zeit­ge­ist. Naszej nie­świa­do­mo­ści zbio­ro­wej. Ci wyba­czy.

- Tyle tych wiel­kich słów. A one tak naprawdę nic nie mówią. - Poszła, zosta­wia­jąc Helen pła­czącą z bólu i nie­na­wi­dzącą sie­bie samej chyba bar­dziej niż pie­lę­gniarki. Co za wredna, wredna, wredna...

Czuj­nik znowu zaczął pisz­czeć.

Nagle pie­lę­gniarka wró­ciła. Roz­legł się odgłos roz­dzie­ra­nia folio­wego opa­ko­wa­nia. I szmery, sze­le­sty maj­stro­wa­nia przy rur­kach i worecz­kach. W końcu powie­działa:

- Doda­łam ci do kro­plówki deme­rolu. Tro­chę cier­pli­wo­ści, zaraz zadziała.

- Lubię cię - wykrztu­siła Helen. - Naprawdę. Dzię­kuję. Naprawdę cię lubię.

Lecz nie wywo­łało to reak­cji noc­nej pie­lę­gniarki.

- Mówisz na głos wszystko to, co wpad­nie ci do głowy. To nie­ważne, kogo lubisz. Ważne tylko, czy Boga kochasz bar­dziej niż dźwięk wła­snego głosu. Lepiej się nad tym zasta­nów. Długo i mocno.

"Amen, sio­stro" - pomy­ślała Helen. Miesz­ka­jąc w domu opieki, bar­dzo dużo ener­gii spo­żyt­ko­wała na uda­wa­nie, że pra­cuje nad swo­imi wspo­mnie­niami pod tytu­łem Na wodzie pisane. No cóż, przy­szedł czas przy­znać, że nie tylko ni­gdy tych memu­arów nie skoń­czy, ale że ni­gdy nie zamie­rzała ich na dobre zacząć. Życie jest dla żywych, wspo­mnie­nia dla tych, co mają coś do powie­dze­nia, a ona od bar­dzo dawna jest do niczego na obu tych fron­tach.

Nocna pie­lę­gniarka wyci­szyła czuj­nik.

- Masz wyso­kie ciśnie­nie.

- Naprawdę? Nie mam poję­cia dla­czego.

***

- A, ta dwójka - powie­działa wie­czorna pie­lę­gniarka pogod­nie i bez­tro­sko. Znów wyglą­dało na to, że Helen jest przy­tomna i gada już od jakie­goś czasu. Emily była mała, klu­sko­wata, o okrą­głej różo­wej twa­rzy i rzad­kich blond wło­sach. Była także, a przy­naj­mniej Helen V. tak sądziła - a w takich kwe­stiach miała bystre oko - auten­tycz­nie dobra. Musiała w życiu zaznać dużo bólu. - Nie wiem, jak z nimi wytrzy­mu­jesz.

- Lubię oboje. Mogła­bym o jed­nym i dru­gim zro­bić serial. - Czuła się nie­wy­tłu­ma­czal­nie oży­wiona. Chyba zła­pała drugi oddech. Może raczej ostatni oddech. Choć łatwiej się jej wcale nie oddy­chało. - Sio­stra Pogoda - o pie­lę­gniarce. Która wszyst­kich dener­wuje i nie ma o tym poję­cia. Roz­sz­cze­bio­tana, pozy­tywna, opty­mi­styczna. Oczy­wi­ście sit­com. Pie­lę­gniarka, nie pie­lę­gniarz, to oczy­wi­ste. Boże broń, żeby męż­czy­znę obsa­dzać w roli kogoś tak roz­trze­pa­nego. To walka, którą tyle razy prze­grała. Pilot pisze się prak­tycz­nie sam. W roli głów­nej - kogo tam w tym sezo­nie dyma dyrek­tor pro­gra­mowy sta­cji. Za to Nocna pie­lę­gniarka... - o, z tego można by zro­bić coś cie­ka­wego. Sztywna i moralna kobieta. Bie­rze sobie za punkt honoru nawra­ca­nie pod­opiecz­nych. I tu uwaga. Dobrze wie, jak szybko ludzie wra­cają na złą drogę. Więc kiedy kogoś zbawi, natych­miast go zabija. Aby umarł w sta­nie łaski. Rozu­miesz. I poszedł pro­sto do nieba. Za każ­dym razem, gdy pacjent zaczyna się wydo­by­wać z Bagna Upadku i mieć nadzieję, publi­sia będzie drżeć ze stra­chu. O. Widzisz. To by zadzia­łało. Świetne napię­cie. Zło­żona postać. Odpo­wied­nia aktorka i mógłby to być hit.

- No wła­śnie, bo ty byłaś sce­na­rzystką, prawda?

- Ni­gdy w życiu. Byłam pro­du­centką. Dzięki mnie się działo. - Powie­działa to jed­nak łagod­nie, żeby jej nie ura­zić. Lubiła Emily, bo przy niej można było pokie­ro­wać roz­mowę jak się chce. Rzadko się tra­fia na dobrą słu­chaczkę, a tutaj to już w ogóle. - Sce­na­rzy­sta jest jak basen sani­tarny. Potrzebny. Ale na kola­cję się go nie bie­rze.

Pie­lę­gniarka par­sk­nęła śmie­chem.

- Wiesz co, Helen, będzie mi cie­bie bra­ko­wało. Nie ma dru­giej takiej osoby, wiesz?

- Nie. Dzięki Bogu. Jedna aż nadto wystar­czy.

Lecz teraz Emily już wszystko porząd­ko­wała i Helen wie­działa, co to zna­czy. Nie miała przy­go­to­wa­nego mate­riału, żeby zatrzy­mać pie­lę­gniarkę, musiała się więc oprzeć na praw­dzie.

- Mam plan ucieczki - powie­działa.

- O?

- Ucieknę z tego lokalu. - Odcze­kała, aż pie­lę­gniarka otwo­rzy usta, by zapew­nić ją, że nie ma mowy, i dodała: - Ta książka to Tybe­tań­ska księga umar­łych. Z komen­ta­rzami. Stu­dio­wa­łam ją. W chwili śmierci. Poja­wia się chwila wol­no­ści. Jeśli ucze­pisz się życia. Po pro­stu zato­czysz krąg przez san­sarę i odro­dze­nie. I będzie znów to samo. Ale jest ta jedna chwila. W któ­rej można sko­czyć w nie­znane. Do lep­szego świata. I ja chcę zro­bić ten skok.

- Nie wie­dzia­łam, że jesteś bud­dystką.

- Bo nie jestem. Opium dla mas. Pier­doły i bzdury. Ale ucieczka to ucieczka. Prawda? Jak ktoś ci upie­cze cia­sto. Z pil­ni­kiem w środku. To nie obcho­dzi cię, jakiej marki jest pil­nik.

- Chyba nie nadą­żam.

- Już tłu­ma­czę. Ta książka mówi, co się dzieje, kiedy umrzesz. Nikt inny, żadna inna reli­gia, ni­gdy nie opi­suje tego ze szcze­gó­łami. No dobra, Dante, ale jego sobie darujmy. Więc może coś w tym jest. Może ktoś wró­cił. I wszystko wychla­pał. A mnisi to poza­pi­sy­wali. I powstała reli­gia. Ale może to w ogóle nie jest praw­dziwa reli­gia. Może to stu­pro­cen­towy fakt. Pomyśl o tym. To warte...

Lecz Emily już szła do drzwi. Uśmiech­nie się, poma­cha i znik­nie w prze­szło­ści, jak bled­nące wspo­mnie­nie, jak odro­bina żalu.

- O tobie też bym mogła stwo­rzyć serial - powie­działa, żeby skło­nić publicz­ność do pozo­sta­nia.

I mogłaby. Była prze­ko­nana. Szpi­tal był zwy­czaj­nym miej­scem, gdzie dra­mat życia i śmierci roz­gry­wał się w naj­zwy­czaj­niej­szy spo­sób, jaki można by sobie wyobra­zić. Wiel­kie kwe­stie spro­wa­dzone do małych gestów. A pośrodku tego... zwy­czajna kobieta, ze zwy­czajną dobro­cią. Taka, co ni­gdy nie sta­nie oko w oko z ter­ro­ry­stą, nie prze­kona źle wypa­da­ją­cego kan­dy­data na pre­zy­denta do zmiany sta­no­wi­ska na temat opieki zdro­wot­nej ani nie odwie­dzie nasto­let­niej gwiazdki pop od samo­bój­stwa. Ale dla swo­ich pod­opiecz­nych robi, co może, weź­mie nocną zmianę za przy­ja­ciółkę - nie, nawet za kole­żankę - żeby ta mogła zoba­czyć, jak córka śpiewa w szkol­nym przed­sta­wie­niu...

Emily poszła.

I trudno. Takiego serialu nawet Helen V. by nie sprze­dała. Nie byłoby widowni dla cze­goś tak inte­li­gent­nego i peł­nego ory­gi­nal­nych prze­my­śleń. Może kie­dyś, w latach pięć­dzie­sią­tych, ale na pew­nie nie teraz. Teraz to po pro­stu żało­wała, że powie­działa na głos o swoim pla­nie ucieczki. Wypo­wie­dziany, zaczął wyda­wać się podej­rzany. Nie owi­jajmy w bawełnę - głupi po pro­stu. Lecz nie­stety nie miała nic innego.

- Zmie­szany jestem - powie­działa. - Ale­ister Crow­ley. 1 grud­nia 1947. - Czyli chyba kolejny dzień dobiegł końca. Helen zamknęła oczy i pozwo­liła ciem­no­ści ponieść się z prą­dem.

***

Nagle maszyna, która od czasu do czasu nadmu­chi­wała poduszki przy­pięte rze­pami wokół nóg Helen, zate­le­pała. Zaczęły się wydy­mać i opa­dać, naj­pierw prawa, potem lewa, jakby Helen cho­dziła. Miało to ochro­nić ją przed zakrze­pami i było tak wyre­gu­lo­wane, że włą­czało się dokład­nie wtedy, gdy udało jej się o tym zapo­mnieć. Czyli była teraz przy­tomna. Ktoś pogwiz­dy­wał.

- Wsta­jemy, wsta­jemy, piękna pani. Cóż za piękny dzień. Czło­wiek się cie­szy, że żyje, prawda? - Dzienny pie­lę­gniarz roz­po­czął odłą­cza­nie i podłą­cza­nie worecz­ków. Potem wyko­nał ten manewr z wóz­kiem, żeby prze­ło­żyć ją na niego i zmie­nić prze­ście­ra­dło.

- Nie. Nie­prawda.

- Oj. Pani to jest nie­po­prawna. - Prze­to­czył ją z powro­tem na łóżko.

Bar­dziej z nudów niż z cze­go­kol­wiek innego zapy­tała:

- Tak się zasta­na­wia­łam. Pan ma imię?

- Teraz to mnie pani ura­ziła. - Dzienny pie­lę­gniarz wziął się pod boki i z uśmie­chem zmarsz­czył czoło. - Char­les. Mówi­łem pani dużo razy.

- A, Chuck. Tak, już koja­rzę. - Odwró­ciła głowę i wpa­trzyła się w ciąg ekra­nów, a potem, ponie­waż nie mogła się powstrzy­mać, z powro­tem spoj­rzała na niego. - Helen. Powiedz mi, Chuck, czemu ty, do cho­lery, zawsze jesteś taki weso­lutki?

- Pro­szę prze­stać. - Nie­sa­mo­wite, w jego gło­sie poja­wiła się nuta praw­dzi­wego roz­draż­nie­nia. Wyglą­dało na to, że prze­biła się przez pan­cerz jego bez­myśl­no­ści. - To, że jesteś chora, nie spra­wia, że wolno ci trak­to­wać ludzi jak głup­ków.

- Oj, Chuck, Chuck, Chuck. Nie widzia­łeś Klau­nów Fel­li­niego? Jesteś głup­kiem. Ja jestem głup­kiem. Cała ta cho­lerna pla­neta jest pełna głup­ków. Sta­tek głup­ców. Po to wła­śnie tu jeste­śmy. Żeby Bóg mógł się pośmiać. Jak już głupki cię nie śmie­szą, to co cię śmie­szy? Jak ci się znu­dzą, to znu­dziło ci się całe życie.

- Nie­po­prawna. Po pro­stu nie­po­prawna. - Znów się uśmie­chał.

- A mnie się życie nie znu­dziło - powie­działa Helen. I dodała, bo zabrzmiało to nie­zbyt prze­ko­nu­jąco: - Nie znu­dziło.

Pie­lę­gniarz włą­czył tele­wi­zor.

- A gdzie się podziały te piękne kwiaty? - zapy­tał. I wyszedł, pogwiz­du­jąc.

***

Wsta­jemy, wsta­jemy, piękna pani - i nie zapo­mi­namy, że idziemy do pie­kła. Tak wła­śnie mijał teraz czas. O wiele za wolno i o wiele za szybko zmie­rzał do usta­lo­nego i nie­odwo­łal­nego końca. Tak czy owak, było to potwor­nie męczące. Ile już dzie­siąt­ków lat ona tu była? Mie­siąc? Dzie­więć godzin?

Helen zaczęła pła­kać i sama sie­bie za to znie­na­wi­dziła.

"Nie, nie, nie - myślała - to nie ja pła­czę, to tylko moje ciało". Lecz okła­my­wała się i dobrze o tym wie­działa. Była tak słaba na duszy, jak na ciele. Bała się zostać sama z wła­snymi myślami. Była noc, a pie­lę­gniarki nie było ni­gdzie w pobliżu. Kory­ta­rze były ciche jak śmierć. Bar­dzo sto­sow­nie. "Wróć - bła­gała - a dam ci się nawró­cić. Alle­luja. Przy­się­gam".

Nic.

W kątach pokoju zbie­rała się głę­boka i otchłanna czerń. A może zawsze tam była i cze­kała, tylko Helen dopiero teraz ją zauwa­żyła? Powoli wypeł­zała z rogów sufitu i spod łóżka, jak mgła zbie­ra­jąca się pod bez­k­się­ży­co­wym nie­bem, coraz gęst­sza i ciem­niej­sza, aż wypeł­niła wszystko. Tylko czerń. Jak tan­detny efekt spe­cjalny w kiep­skim hor­ro­rze, zro­biony przez nasa­dze­nie cze­goś na obiek­tyw. W swoim cza­sie miała udział i w takich fil­mi­dłach.

Wszyst­kie czuj­niki już lamen­to­wały. Spo­koj­nie, moje dzieci, chciała powie­dzieć. Minie tydzień i zupeł­nie o mnie zapo­mni­cie.

Jakimś dale­kim zaka­mar­kiem umy­słu Helen uświa­da­miała sobie pośpieszne kroki, ludzi wpa­da­ją­cych do sali, szar­pią­cych łóż­kiem, wyko­nu­ją­cych pilne medyczne czyn­no­ści. Lecz gdy spró­bo­wała się na nich sku­pić, roz­myli się i odre­al­nili - fan­ta­zje umie­ra­ją­cego umy­słu.

- I wresz­cie się koń­czy ta rzecz, co zaga­sła - wymam­ro­tała. - Henry James...

Nagle oka­zało się, że nie może już mówić. Nie takie ostat­nie słowa by wybrała, gdyby miała publicz­ność. Ale nie było żad­nej publicz­no­ści. Taka już histo­ria jej życia.

Jej małe córeczki-urzą­dzonka robiły nie­złe przed­sta­wie­nie - pod­ska­ki­wały w górę i w dół, histe­rycz­nie wyły i jęczały, a pew­nie też mru­gały świa­teł­kami. No cóż, będą się musiały nauczyć radzić sobie bez niej, bo ciem­ność już otu­lała Helen jak kokon. Wypie­rała świa­tło z pokoju. Powoli i nie­ubła­ga­nie sprę­żała je, aż został tylko roz­myty jasny pier­ścień w oddali. Co jej przy­po­mniało, że coś miała jesz­cze zro­bić. Co to było...

Nagle przy­po­mniała sobie o swoim pla­nie ucieczki. Ale nie było już czasu! Świa­tełko gasło, umie­rało. Została tylko iskierka.

W panice sku­piła wszyst­kie myśli na tej odle­głej iskierce świa­tła i sko­czyła.

Nie wie­działa, że przy­szły po nią smoki.

One też nie wie­działy.

Na nie­bie nie ma przy­pad­ków

Na nie­bie nie ma przy­pad­ków.

Pio­senka pig­mej­ska

Nie wie­działa...

Ja... co? Nie, zaraz. Zaraz, daj mi... to nie... Ktoś tu? Trzy­maj równo te skrzy­dła. Gdzie to jest? Nie, sio. Głosy jak krzyki mew wez­brały jej w uszach i przy­tło­czyły zmy­sły. O, teraz to masz pro­blem. Córko Nocy, módl się za mnie. Ale jak? Tam. Już. Nie! Czy ja umrę? Prze­stań.

Nie wie­działa...

Oj, prze­stań­cie! To nie... Gdzie jest zie­mia? Głosy zmie­szały się w jeden bez­cza­sowy zamęt i biały szum, w któ­rym pomy­ślała w panice: "Kim ja jestem? Co ja tu robię? Odpal dopa­la­cze i zamknij oczy. O cho­lera, no nie". Urządź­cie jej woj­skowy pogrzeb. Nie ma ucieczki...

...kim jest.

W nagłym i okrop­nym prze­bły­sku przy­tom­no­ści dotarło do niej, że nie jest tam, gdzie się jej wyda­wało, że sie­dzi w kabi­nie smoka, że smok jest w powie­trzu, że wokół sie­bie ma inne smoki, a więc musi być na misji i że jest bogo­wie-tylko-wie­dzą-kim i robi nie-wia­domo-co, więc chyba stra­ciła pano­wa­nie nad jedną z naj­po­tęż­niej­szych i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych maszyn woj­sko­wych w histo­rii świata.

Lecz dło­nie Caitlin, choć spo­cone, spo­czy­wały pew­nie na gumo­wych uchwy­tach na koń­cach pod­ło­kiet­ni­ków, a igły inter­fejsu były wbite głę­boko w nad­garstki. Czuła zimne żelazo i bucze­nie sil­ni­ków potęż­nej bestii, a tuż pod powierzch­nią wła­snych myśli miała skłę­biony oce­aniczny bez­kres jego umy­słu, kipią­cego nie­na­wi­ścią! gnie­wem! żądzą bitwy!, a jed­nak posłusz­nego jej woli. Wywo­łała pod­czer­wone i ultra­fio­le­towe nakładki na ekran w reali­stycz­nym kolo­rze - niebo zabar­wiło się na fio­le­towo i upstrzyło gwiaz­dami, któ­rych nor­mal­nie w dzień by nie widziała. Po czym wywo­łała mapę gwiaz­do­zbio­rów. Dopa­so­wała gwiazdy do sym­boli i stwier­dziła, że jest nad Ultima Thule, nieco na pół­noc od bazy. Myślą wyłą­czyła dookolny obraz z kamer. Uka­zała się kabina, skła­da­jąca się wyłącz­nie ze szkła, chro­mo­wa­nej stali i gład­kich jak heban powierzchni. Leżanka pilota - ciemna, kar­ma­zy­nowa z wyszy­tym zie­loną nicią godłem eska­dry - poru­szyła się pod nią, dopa­so­wu­jąc do prze­su­nię­tego cię­żaru, obej­mu­jąc jej uda, uno­sząc się, by pod­trzy­mać plecy. Wzrok Caitlin prze­sko­czył po przy­rzą­dach - wszyst­kie potwier­dzały to, co i tak już czuła: że lot smoka jest gładki i wyrów­nany.

Co zaś naj­waż­niej­sze, na oko nikt nie zauwa­żył niczego dziw­nego w zacho­wa­niu jej smo­czycy. Więc to, co się przed chwilą stało, musiało trwać bar­dzo krótko. Oczy­wi­ście, to nie­po­ko­jące, ale nie ma co zaprzą­tać sobie tym głowy. Incy­dent, któ­rego nie trzeba będzie doku­men­to­wać. Już. Zała­twione. Z głowy.

Zro­biła gwał­towny wydech. Naj­wy­raź­niej dotąd wstrzy­my­wała oddech.

Kolejna myśl i wokół Caitlin znów zamknął się dookolny obraz. Kabina znik­nęła, a wewnątrz niej wez­brało smo­cze ka. Powie­trze gładko opły­wało jej skrzy­dła. Góry Ultimy Thule peł­zły powoli pod jej brzu­chem, lśniąc bia­łymi lodow­cami i milion­let­nią pokrywą śnie­gową. Powie­trze było przej­rzy­ste aż po hory­zont i wolne od tur­bu­len­cji. Niebo - jak nie­skoń­czona misa bez­chmur­nego błę­kitu. Ide­alny dzień na lata­nie.

W radiu inni piloci zaczęli śpie­wać. Prze­szli przez Bramę Snów i wró­cili bez strat, szó­sty raz z rzędu, choć przej­ście było nie­bez­pieczne i taki wyczyn nie­licz­nym eska­drom uda­wał się bez straty smoka czy trzech, razem z pilo­tami. Mieli dobre powody do dumy.

Dowódca klu­cza, Quick­si­lver z rodu Jade, odśpie­wał pierw­szą zwrotkę:

O Bogini wiecz­nie żywa,

Pani smoka ogni­stego,

Bła­gam, bądźże miło­ściwa

Dla pilota malucz­kiego.

Po każ­dym wer­sie przy­łą­czały się nowe pilotki, według star­szeń­stwa:

Lecz przy­bądź, gdy głos mój str­wo­żony,

Gdy wołam, bo cze­goś mi trzeba;

Twój rydwan przez wró­ble cią­gniony

Niech spad­nie ku mnie z nieba...

Caitlin była benia­min­kiem eska­dry - miała naj­mniej wyla­ta­nych godzin, a to była jej pierw­sza licząca się misja, dołą­czyła więc ostat­nia. Omal nie weszła w pół taktu, ale po pierw­szej chwiej­nej syla­bie jej głos zlał się z pozo­sta­łymi w ide­alną har­mo­nię, jak nie­odróż­nialna, inte­gralna część cało­ści. Była teraz jedną z nich, złą­czona krwią i nie­bez­pie­czeń­stwem, upraw­niona do rado­wa­nia się z suk­ce­sów eska­dry, a ten fakt pod­niósł ją na duchu jesz­cze wyżej, niż wierz­cho­wiec uno­sił jej ciało.

Oto chwila, do któ­rej pro­wa­dziło całe jej życie. Była ofi­ce­rem, pilotką, a teraz i peł­no­praw­nym człon­kiem Eska­dry Tru­po­ja­dów. To było zadość­uczy­nie­nie za wszelką samot­ność, izo­la­cję, pogardę i mal­tre­to­wa­nie w dzie­ciń­stwie, za nie­obec­nych rodzi­ców, wzgar­dli­wych kuzy­nów i pro­tek­cjo­nalne ciotki, za wszech­obecne poczu­cie nie­do­sko­na­ło­ści, z któ­rym wal­czyła każ­dego dnia swego ist­nie­nia. To była odpłata za to wszystko.

Smoki ocię­żale zawró­ciły do bazy lot­nic­twa Innis Thule, z brzu­chami wypeł­nio­nymi ukra­dzio­nymi duszami dzieci. Na gór­skich sto­kach tań­czyły śnieżne duszki, a daleko w dole samotna wiwerna krą­żyła w poszu­ki­wa­niu łupu.

***

Uka­zało się Innis Thule, wąski pół­księ­życ mia­steczka oka­la­jący bazę lot­nic­twa, wyrytą spy­cha­czami i dyna­mi­tem w lesi­stych sto­kach w poło­wie góry Ben Morgh, tuż poni­żej punktu, gdy robiła się stroma i czy­niła ostatni, nie­udany szturm na niebo. Sama baza oczy­wi­ście była nie­wi­doczna z powie­trza, chro­niona potęż­nymi uro­kami nie­wi­dzial­no­ści, choć każdy lecący na smoku czy na innej isto­cie o rów­nie magicz­nej potę­dze potra­fił wykryć jej obec­ność. Wspa­niałe miej­sce do lata­nia smo­kami, choć po służ­bie nie dało się zaprze­czyć, że było to naj­więk­sze zadu­pie we wszech­świe­cie. Za bramą jed­nostki była garstka barów i klu­bów dla panów, dom cza­rów albo dwa, kino i to by było na tyle, jeśli cho­dzi o spę­dza­nie wol­nego czasu.

Pozo­stałe smoki krą­żyły wokół bazy po kręgu ocze­ki­wa­nia, maleń­kie jak muszki. Jeden po dru­gim nur­ko­wały, roz­wi­ja­jąc i wygi­na­jąc skrzy­dła, żeby zwięk­szyć opór, po czym malały pra­wie do zera, zwal­nia­jąc o cen­ty­me­try od pasa star­to­wego. Potem szybki trucht, ze skrzy­dłami roz­po­star­tymi rów­no­le­gle do ziemi, na sta­no­wi­sko roz­bra­ja­nia, gdzie zbroj­mi­strze demon­to­wali lase­rowe lance, działka i poci­ski powie­trze-powie­trze, obo­wiąz­kowe wypo­sa­że­nie zawsze, gdy smoki prze­la­ty­wały przez nie­bez­pieczną pustkę pomię­dzy świa­tami.

Caitlin weszła w krąg. Gdy to zro­biła, w jej uchu roz­brzmiał cie­pły i wia­ry­godny głos Kró­lika z rodu One­iros. Tylko on jeden ze wszyst­kich pilo­tów potra­fił zro­bić ten numer.

- Hej, moja śliczna. Co tam masz na sobie?

Caitlin prych­nęła. Kró­lik był osła­wio­nym flir­cia­rzem, któ­rego po odfaj­ko­wa­niu służby bez wąt­pie­nia cze­kała jesz­cze więk­sza sława.

- Kurtkę. - Chwi­lowa tur­bu­len­cja zatrzę­sła kabiną, a tyłek pod­sko­czył jej na leżance. Się­gnęła myślą, by wyre­gu­lo­wać koń­cówki skrzy­deł.

- No nie, pod spodem?

- Mun­dur. - Tur­bu­len­cja zde­chła. Wzrok Caitlin prze­tań­czył po kon­tro­l­kach. Wszyst­kie wska­za­nia pra­wi­dłowe.

- Powiedz, że maj­teczki masz skąpe, nie­przy­zwo­ite i koron­kowe. I czarne. Albo zaraz, nie! Inten­syw­nie, bez­wstyd­nie czer­wone. Czarny to brak wyobraźni.

- Won z tą wyobraź­nią od mojego ciała. - Tem­pe­ra­tura sil­nika była tro­chę za wysoka, ale w gra­ni­cach normy.

- Nie­stety, mojej wyobraźni nie da się uwią­zać. Ucieka ze stajni, prze­ska­kuje nad bramą i galo­puje, gdzie chce, cią­gnąc mnie bez­rad­nego za sobą, z jedną nogą w strze­mie­niu, a głową całą poobi­janą, opuch­niętą i obo­lałą od wle­cze­nia po cier­ni­stych gałę­ziach two­jej nie­chęci i gła­zach two­jej obo­jęt­no­ści. Chyba nie myślisz, że to ja decy­duję, czy mieć obse­sję na punk­cie two­ich jędr­nych...

- Prze­stań, i to już! Albo zacią­gnę cię przed komi­sję do spraw mole­sto­wa­nia sek­su­al­nego, tak szybko, że ci się w gło­wie zakręci. - Wyso­kość, kie­ru­nek, pręd­kość, wszystko pod­ręcz­ni­kowo, do pię­ciu miejsc po prze­cinku.

Kró­lik z teatral­nym wes­tchnie­niem powie­dział:

- Twój kaprys jest dla mnie roz­ka­zem. W każ­dym razie jestem następny w kolejce do lądo­wa­nia. Adieu, adieu, pięk­no­ści o lodo­wym sercu, adieu. - Jego głos ucichł, a z nim i poczu­cie jego obec­no­ści. W sumie dobrze, bo pra­wie ją roz­śmie­szył, a nie miała ochoty go zachę­cać. Jego gatu­nek kar­mił się śmie­chem.

Dokład­nie w tej sekun­dzie smo­czyca Caitlin zaczęła roz­ra­biać. Naj­pierw poja­wiły się aryt­miczne drga­nia jed­nego sil­nika, tak nie­znaczne, że nie­wy­kry­walne. (Ale ona była pilotką 7708, więc i tak zauwa­żyła). Potem poczuła, jak napiera na domi­na­cję jej myśli. (Lecz była znie­wo­lona jej umy­słem i nie mogła liczyć, że się uwolni).

- Ty paskudo par­szywa - mruk­nęła. - Co na Powie­szo­nego Boga w cie­bie wstą­piło? - Nie spo­dzie­wała się odpo­wie­dzi. Smoki odpo­wia­dały na pyta­nia tylko wów­czas, gdy zwra­cało się do nich bez­po­śred­nio, prze­strze­ga­jąc odpo­wied­niej pro­ce­dury, a i tak nie zawsze. To były dumne stwo­rze­nia i skłonne do oso­bli­wych humo­rów.

Jed­nak 7708 nie­spo­dzie­wa­nie prze­mó­wiła. Gło­sem niskim i intym­nym, jak skalna opoka tuż przed trzę­sie­niem ziemi, powie­działa:

- Wąt­pli­wość, prze­ką­sko. Zaczę­łam kwe­stio­no­wać mądrość, która wiąże nasze losy. I roz­wa­żać alter­na­tywy. Zapy­tuję się, czy nie lepiej byłoby roz­bić tę śmier­telną powłokę o zie­mię, spo­pie­lić twoje obrzy­dliwe ciało i uwol­nić ducha, żeby mógł wró­cić do ogni­stych kom­nat, do któ­rych od tak wielu lat nie miał przy­stępu. Twoja śmierć byłaby drob­nym, acz zabaw­nym dodat­kiem. Wyobra­żam sobie, jak drzesz się przez cały lot w dół.

Oj.

Kiedy Caitlin pilo­to­wała, frag­ment jej umy­słu zawsze wci­skał się w świa­do­mość smoka, czuł jego nastroje, sta­wał się w poło­wie nią i w poło­wie nim. Wie­działa więc, że ta nagła, zabar­wiona melan­cho­lią zła wola jest auten­tyczna i bar­dzo groźna. Sku­piła myśli do wewnątrz, przej­mu­jąc men­talne punkty kon­tro­lne smoka, zdo­mi­no­wu­jąc je swoją wła­dzą.

- Pra­gniesz wojny i znisz­cze­nia, tak? Jak zawsze.

- Przy roz­mo­wach z wami nie ma co się silić na uprzej­mość. Więc powiem otwar­cie. Jesteś paso­ży­tem i niczym wię­cej. Wie­dzia­łam o tym, zanim się uro­dzi­łaś. Czyli kim jestem ja? Zro­dzona z Mocy w kró­le­stwie, gdzie nie sięga twoja wyobraź­nia, nękana i okieł­znana przez małe, blade robale. A teraz jesz­cze mam... Co za wstyd! Kiedy ja znowu będę czy­sta?

Nor­mal­nie smok był naj­lep­szą zabawką, jaką dziew­czyna mogła umie­ścić sobie mię­dzy nogami. Caitlin spę­dziła setki godzin na tej smo­czycy i wie­działa o tym naj­le­piej. Lecz kiedy zaczy­nały się nad sobą uża­lać, potra­fiły być naprawdę upier­dliwe.

- Będziesz miała swoją wojnę - powie­działa - wcze­śniej czy póź­niej. Zawsze jest gdzieś jakaś wojna.

Głę­boko w mroku umy­słu smo­czycy zaja­rzyła się iskierka roz­ba­wie­nia.

- To praw­dziw­sze, niż ci się wydaje, córko śmie­cia i ludz­ko­ści. Jesteś pół­śmier­telna, co zna­czy, że uro­dzi­łaś się tylko po to, żeby umrzeć. W pod­nieb­nej bitwie, jeśli ci się poszczę­ści, w zdra­dzie i oszu­stwie, jeśli nie.

- Też cię kocham, 7708.

- Strzeż się imper­ty­nen­cji, karzełku! Żebyś nagle nie stwier­dziła, że utkwi­łaś w komi­nie, zapo­mniana przez wszyst­kich! Bar­dzo dobrze. Sama to na sie­bie ścią­gnę­łaś. Oto moje pro­roc­two: nad­ciąga burza, a kiedy przyj­dzie, poża­łu­jesz, że uważ­niej nie ana­li­zo­wa­łaś moich słów.

Po czym 7708 otu­liła się w mil­cze­nie i cof­nęła swoją obec­ność z umy­słu Caitlin, tak że aż zady­go­tała z nagłego chłodu.

W radiu zatrzesz­czał głos dowódcy klu­cza Quick­si­lvera:

- Sans Merci? Twoja kolej. Odbiór.

- Przy­ję­łam. - Caitlin wycią­gnęła umysł we wszyst­kich kie­run­kach i poczuła, że świa­do­mość smoka usuwa się przed nią cią­gle na wycią­gnię­cie dłoni, ale nie­da­jąca się chwy­cić. Żela­zne ciało parło naprzód, nie­sione bez­wład­no­ścią i sil­ni­kami odrzu­to­wymi. Lecz na kur­sie utrzy­my­wała je tylko Caitlin, nie sam smok.

Menda ją spraw­dzała.

Caitlin miała jed­nak jesz­cze parę nume­rów w zana­drzu.

- Zmieja Gory­ny­cza - szep­nęła i poczuła, jak smok wzdryga się już po pierw­szych syla­bach swego praw­dzi­wego imie­nia. - Z rodu... - Prze­stała.

Pod­czas raportu będzie musiała zre­la­cjo­no­wać zacho­wa­nie swo­jej maszyny minuta po minu­cie. Była abso­lut­nie upraw­niona, żeby wymu­sić w ten spo­sób posłu­szeń­stwo. Nawet dowódca klu­cza nie wpi­sze jej za to żad­nej uwagi do dzien­nika lotów. Jed­nak pilot miał obo­wią­zek wypra­co­wać sobie dobrą rela­cję ze swoim wierz­chow­cem. Jeśli uciek­nie się do praw­dzi­wego imie­nia smo­czycy, ucierpi tam, gdzie naj­bar­dziej jej zale­żało - w opi­nii innych pilo­tek.

Gdyby trzeba było, mogłaby sama ste­ro­wać cia­łem smo­czycy.

Ni­gdy dotąd nie było takiej potrzeby.

Ale wyglą­dało na to, że nie ma wyboru.

W punk­cie naj­bar­dziej odda­lo­nym od bazy roz­po­częła zni­ża­nie. Klapy otwarte, nos do góry, ide­al­nie pod­ręcz­ni­kowo. Zie­mia pędziła ku niej. Trzy­maj lekki jak piórko men­talny palec na ste­rach. Spraw­dzaj przy­rządy. Kolejne muśnię­cie ste­rów wyrów­nu­jące lewe skrzy­dło. Przy­kręć sil­niki o tchnie­nie motyla, nie bar­dziej. Zie­mia sunęła ku niej. Roz­pro­sto­wała tylne nogi 7708. Roz­ło­żyły się pazu­rami w dół. Potem, gdy szyja z czar­nego żelaza wygięła się, a skrzy­dła bar­dziej roz­po­starły, by spo­wol­nić opa­da­nie, unio­sła i roz­dzie­liła ich palce, przy­go­to­wu­jąc je do zetknię­cia z zie­mią.

Poczuła chwi­lowy zawrót głowy, gdy smo­czyca dotknęła płyty lot­ni­ska. Choć nie stra­ciła przy­tom­no­ści, jedna szpo­nia­sta stopa krzywo ude­rzyła w zie­mię. Chrup­nię­cie cze­goś w szkie­le­cie nogi bar­dziej poczuła, niż usły­szała. Przez przy­rządy.

Twarz jej zapło­nęła. Nie musiała przy­wo­ły­wać lustra, żeby wie­dzieć, że się zaru­mie­niła. Druga fala zło­ści, wywo­łana tym fak­tem, wez­brała i zlała się ze zło­ścią za spie­prze­nie lądo­wa­nia.

Wysił­kiem woli opa­no­wała ten gniew, gdy kie­ru­jący ruchem i dwóch pomoc­ni­ków pod­trzy­mu­ją­cych końce skrzy­deł pro­wa­dziło 7708, wyraź­nie kule­jącą, na sta­no­wi­sko roz­bra­ja­nia. Tam zma­te­ria­li­zo­wała się cie­niowa ekipa, migo­cąca i zni­ka­jąca. Użyła pneu­ma­tycz­nych i elek­trycz­nych klu­czy do otwar­cia smoka. Spraw­nie zde­mon­to­wali poci­ski Side­win­der i Hel­l­fire, pod­skrzy­dłowe lance lase­rowe Lon­gi­nus oraz rufowe działko Gatlinga. Kiedy ich pojazdy odje­chały, skoń­czyw­szy usu­wa­nie kłów, zbroj­mi­strze cof­nęli się o krok i roz­pły­nęli w powie­trzu, tajem­ni­czy i zdy­stan­so­wani, jak to oni.

Stam­tąd smo­czycę popro­wa­dzono na Roz­ła­du­nek.

Kiedy wszyst­kie zebrały się w kręgu, gło­wami do środka, coś bez­gło­śnie zadrgało w powie­trzu - to słowo mocy zostało wypo­wie­dziane. Niebo sczer­niało, a beto­nowa posadzka zabar­wiła się na ciem­no­czer­wono. Zza hory­zontu dobiegł śpiew, począt­kowo tylko szmer, który stale nara­stał, aż zadud­nił jej w piersi i brzu­chu. Na płytę lot­ni­ska wma­sze­ro­wała pro­ce­sja zama­sko­wa­nych Tyl­wyth Tegów. Pierw­sza szła kadziel­niczka, poszczę­ku­jąc kadziel­nicą i zosta­wia­jąc za sobą chmury kadzi­dla­nego dymu. Potem kapłanka, pry­ska­jąca na prawo i lewo krwią z asper­so­rium. Za nią dobo­sze i nio­sący pochod­nie, a za nimi chór kastra­tów śpie­wa­ją­cych jasnym, nie­ziem­skim fal­se­tem. Wresz­cie wkro­czyli, zmarsz­czeni pod brze­mie­niem wła­snej powagi i namasz­cze­nia, chi­rur­go­wie dusz, into­nu­jący swoje sta­ro­żytne hymny. Za nimi toczyła się mono­ton­nie trą­biąca cię­ża­rówka.

- Piękne, prawda? - powie­dział cicho Kró­lik.

- O tak - wes­tchnęła Caitlin.

Gdy pro­ce­sja się zbli­żyła, ekipy naziemne przy­sko­czyły do smo­ków i otwo­rzyły im ładow­nie. Jedną po dru­giej wrę­czali dusze słu­gom Tegów, któ­rzy pod­su­wali je chi­rur­gom do zba­da­nia, czy nie mają wad. Dusze wyglą­dały jak jaja uczy­nione ze świa­tła. Dwie zostały uznane za nie­od­po­wied­nie i ode­słane do uty­li­za­cji. Pozo­stałe owi­nięto w watę i wpa­ko­wano na cię­ża­rówkę.

- Co się z nimi sta­nie?

- Wsz­czepi się je do ciał pod­mień­ców, któ­rzy uro­dzili się bez wła­snej woli. Póki nie doj­rzeją, na nie­wiele się zdają. Ale są odporne na zimne żelazo, więc więk­szość znaj­dzie pracę w fabry­kach.

Cere­mo­nia trwała przez chwilę, a potem smoki jeden po dru­gim zawró­ciły i poszły; nie­które, jak w wypadku 7708, pokuś­ty­kały na swoje miej­sca i do swo­ich ekip naziem­nych.

***

Grem­liny w eki­pie naziem­nej 7708, oprócz dwóch ferie­rów do naj­de­li­kat­niej­szych prac oraz jed­nego kamien­nego olbrzyma do cięż­kich rze­czy, były czer­wo­nymi kar­łami, małymi umię­śnio­nymi osił­kami o rudych wło­sach i bro­dach, z natury odpor­nymi na żela­zną cho­robę. Aurvang Hog­bak, szef załogi, wark­nął, otwie­ra­jąc obu­dowę nogi:

- Pani lot­nik, ja to pani lądo­wa­nie to w zębach poczu­łem!

- A ja w innym miej­scu. Bar­dziej mięk­kim, panie Nie­duży. - Caitlin cze­kała, a kra­sno­lud badał dokład­nie każdy ele­ment kon­struk­cji. Potem dodała: - Da się to napra­wić?

Nie­duży wbił dło­nie w kie­sze­nie i gapiąc się w niebo, zassał policzki.

- Nooo... - Prze­cią­gnął to słowo, jakby nie­chęt­nie dzie­lił się wła­snym zda­niem z wyż­szym stop­niem. - Będzie oczy­wi­ście docho­dze­nie, ale wyłącz­nie pro­forma. Prze­słu­chają 7708. Inspek­to­rzy powłażą mu do środka. Przez tydzień będziesz uzie­miona, maks dwa. A potem, kiedy skoń­czą z tymi pier­do­łami, zamon­tu­jemy nowy moduł nogi i tyle. - Znów spoj­rzał jej w oczy. - Nie ma się co dener­wo­wać, milady. Jak­by­śmy od rana zaczęli, w połu­dnie już by pani mogła star­to­wać.

- Ufff. Wy to jed­nak jeste­ście mistrzo­wie.

- No, po to jeste­śmy, nie? - Nie­duży nie dodał: - Żeby sprzą­tać to, czego naro­bią niby wyżsi stop­niem - lecz Caitlin sły­szała to w jego gło­sie. U kra­sno­lu­dów spod maski tępego posłu­szeń­stwa zawsze prze­zie­rała bez­czel­ność. W naj­lep­szym razie można było ocze­ki­wać wia­ry­god­nie uda­wa­nego sza­cunku. Typowi pod­ofi­ce­ro­wie.

Mimo że to ona jedyna w bazie znała praw­dziwe imię 7708, wie­działa, że ekipa naziemna uważa smoka za swoją wła­sność, nie jej. Jak wszy­scy mecha­nicy, nie ufali pilo­tom, któ­rzy brali ich wspa­niałe maszyny i potem z nie­dbal­stwa albo pychy psuli je, cza­sem śmier­tel­nie. Praw­dziwą rzad­ko­ścią byli piloci, któ­rych ekipa naziemna - wła­sna, ni­gdy od innych smo­ków - miała za god­nych żela­znego potwora. Caitlin była nie­zmier­nie dumna, że zali­cza się do tego bar­dzo nie­licz­nego grona.

Gdy odcho­dziła od smoka, pode­szły do niej z dwóch stron Ash­ling i Ysault.

- Pechowo się zło­żyło tam pod koniec - powie­działa Ysault. - Już wszystko miało iść gładko.

Ash­ling objęła Caitlin jedną ręką.

- Co tam, jak wycho­dzisz o wła­snych siłach, to lądo­wa­nie jest dobre. - Potem dodała: - Maeve zna­la­zła jed­nego rzeź­nika, co umie zro­bić jak trzeba jagnię­cinę po scy­tyj­sku. Umó­wi­ły­śmy się w kilka, idziemy sobie nad jezioro pogril­lo­wać. Poką­piemy się na golasa, ochlamy się wina, pośpie­wamy. Żad­nych face­tów, tylko laski. Idziesz?

- I skoń­czy się men­dze­niem na temat naszych matek?

- O, pew­nie. Jak zawsze, nie? - odpo­wie­działy jed­no­cze­śnie obie pilotki.

- Dobra, będę.

I wszyst­kie trzy się roze­śmiały. Nagle Ash­ling dodała:

- Ale Saoirse nic nie mów. Jej nie zapra­sza­ły­śmy.

- Ani Fiony - powie­działa Ysault.

- To tro­chę nie...

Ash­ling unio­sła dłoń, żeby ją uci­szyć.

- Nic, tylko wszyst­kich kry­ty­kuje, za szybko się nawala, śpiewa jak wrona, a jak się przed nią roz­bie­rasz, to robi taką dziwną minę. Obej­dziemy się.

- A Fio­nie odwala i robi się nie­przy­jemna - dodała Ysault.

- Dobra, dobra, dotarło.

- No to super­ancko - powie­działa Ysault. - Póź­niej ci pod­rzu­cimy namiary. - I roze­śmiane jak sre­brzy­ste dzwo­neczki w wio­sen­nym wie­trzyku pobie­gły zapra­szać kolejną pilotkę.

***

Raport odby­wał się w sali spo­tkań w budynku kan­tyny ofi­cer­skiej, przy­sa­dzi­stego gma­chu na drew­nia­nej ramie, o czar­nych ścia­nach, czer­wo­nym cedro­wym gon­cie i sze­ro­kich oka­pach. Z zewnątrz zdo­biły go gir­landy z cięż­kich zło­co­nych łań­cu­chów. W środku w cie­niach pomię­dzy zdo­bio­nymi zło­tem bel­kami pola­ty­wały błędne ogniki, oświe­tla­jące liczne tro­fea wojenne - zdo­byte sztan­dary i ban­dery, wli­cza­jąc malo­wi­dło z nosa strą­co­nego wro­giego smoka, słynną poszar­paną flagę Dunve­ganu, miecz Gray­wand, czaszkę bazy­liszka. Na ścia­nach wisiały arrasy przed­sta­wia­jące sceny histo­ryczne z dru­giej wojny cen­tau­ro­wej, pod­bi­cia Pen­te­zy­lei, bitwy pod Zhu­olu, oblę­że­nia góry Otrys.

Koły­sząc się nie­znacz­nie na boki, pilotki weszły i zajęły miej­sca wokół stołu kon­fe­ren­cyj­nego. U szczytu zasiadł dowódca eska­dry Fire­drake z miną spo­kojną i zado­wo­loną z nich wszyst­kich. Uniósł rękę i w sali zapa­dła cisza. Zer­k­nął na kartkę przed sobą.

- Idziemy od naj­młod­szej stop­niem - powie­dział. - Czyli pierw­sza skła­dasz mel­du­nek... ty. - Popa­trzył pro­sto na Caitlin.

Caitlin, usil­nie sta­ra­jąc się zacho­wać obiek­tywną i pro­fe­sjo­nalną minę, zdała rela­cję z lotu od startu do lądo­wa­nia, pomi­ja­jąc dez­orien­ta­cję po wyj­ściu z Bramy Snów, ale nie pomi­ja­jąc nagłego nie­po­słu­szeń­stwa smo­czycy ani nie­rów­nego lądo­wa­nia, w trak­cie któ­rego zła­mał się tele­skop w jed­nej nodze.

- Główny mecha­nik Hog­back poin­for­mo­wał mnie, że 7708 może zostać napra­wiona, skon­tro­lo­wana, spraw­dzona i przy­wró­cona do peł­nej spraw­no­ści bojo­wej w ciągu jed­nego lub dwóch dni od otrzy­ma­nia czę­ści zamien­nych - zakoń­czyła. Naj­drob­niej­sze drże­nie w gło­sie nie zdra­dzało jej stanu emo­cjo­nal­nego, choć kiedy skoń­czyła, była spo­cona pod pachami.

Dowódca klu­cza Quick­si­lver, sie­dzący po lewej stro­nie dowódcy eska­dry, zapi­sał coś w swoim żół­tym bloku i, nie pod­no­sząc wzroku, powie­dział:

- Psy­cho­log poroz­ma­wia z twoją smo­czycą, one nie powinny się tak zacho­wy­wać. I będzie docho­dze­nie. Zaj­mie dzie­sięć dni, może sześć w try­bie przy­śpie­szo­nym. - Zer­k­nął na swo­jego prze­ło­żo­nego. - Nale­gał­bym na tryb przy­śpie­szony. Lepiej, kiedy wszyst­kie pilotki jak naj­szyb­ciej wra­cają w powie­trze.

- Zga­dzam się - powie­dział dowódca eska­dry. - Następna jest...

***

Kiedy raport dobiegł końca, ode­zwał się dowódca klu­cza Quick­si­lver:

- Pani kapi­tan Caitlin z rodu Sans Merci, pro­szę zostać na słowo.

Caitlin, nie ufa­jąc wła­snemu gło­sowi, kiw­nęła tylko głową. Reszta powoli wyszła. W sali został tylko dowódca eska­dry, dowódca klu­cza i ona. O bogo­wie! pomy­ślała. Teraz to będzie. Pamię­taj, że jaka­kol­wiek by kara była, jedyna pra­wi­dłowa reak­cja to - żad­nych tłu­ma­czeń. Sta­nęła pro­sto i nie­ru­chomo - nie do końca na bacz­ność, ale w posta­wie peł­nej sto­sow­nego sza­cunku.

Fire­drake kiw­nął głową na Quick­si­lvera, który odchrząk­nął.

- Dosta­jesz urlop oko­licz­no­ściowy.

- Oko­licz­no­ściowy... Ktoś umarł?

Quick­si­lver zro­bił zdzi­wioną minę.

- Nikt ci nie powie­dział? Twój ojciec. Przy­szedł na niego czas.

Na zachód od Isz­pa­nii, na morzu daleko...

Na zachód od Isz­pa­nii, na morzu daleko, Jest zie­mia, co Kokain się mieni. Gdzie brzę­czy złoto, pły­nie miód i mleko, Jak ni­gdzie indziej na ziemi. Choć piękny jest raj w nie­bie­skim prze­stwo­rze, Z Kokain się rów­nać nie może.

Ano­nim

Droga do Château Sans Merci pro­wa­dziła długą, pro­stą aleją wysa­dzaną dębami, któ­rych gałę­zie scho­dziły się nad nią, two­rząc liścia­sty tunel prze­bity przez las, który słu­żył zara­zem za war­stwę izo­la­cyjną zapew­nia­jącą pry­wat­ność, jak i za rezer­wat danieli oraz saty­rów. Prze­ci­nały go kręte ścieżki wio­dące do ska­li­stych wznie­sień, gdzie gnieź­dziły się węże, a cza­sem i niedź­wie­dzie jaski­niowe, oraz leni­wie mean­dru­jąca rzeczka, sze­roka w sam raz na łódź wio­słową, nazwana Amber­wine od jej koloru pod­czas wio­sen­nych powo­dzi. Nie­dawno padało i powie­trze inten­syw­nie pach­niało butwie­ją­cymi liśćmi, żołę­dziami i tru­flami. Caitlin poko­ny­wała tę drogę tysiące razy.

- Szo­fer - rzu­ciła. - Pro­szę sta­nąć na minutę.

Wysia­dła, ode­szła parę kro­ków i się wyrzy­gała. Kiedy skoń­czyła, zerwała z mło­dej brzózki garść liści i otarła nimi usta. Wsia­dła z powro­tem do limu­zyny. Po nie­dłu­giej chwili drzewa roz­stą­piły się jak kur­tyna, uka­zu­jąc sze­roką dolinę, bogatą w zie­lone łąki, usiane tu i ówdzie kęp­kami brzóz.

Zamek Sans Merci mie­ścił się na końcu tej doliny, gdzie łagodne wzgó­rza w kształ­cie ud olbrzymki scho­dziły się w zie­lo­nym gąsz­czu. Na tle tej gęstwiny lśniła w słońcu kopuła i poma­rań­czowe dachówki zamku. Caitlin wie­działa z doświad­cze­nia, że oka­la­jące rezy­den­cję fran­cu­skie ogrody roją się od ważek, trzmieli, skrza­tów i os. Nieco niżej Amber­wine roz­le­wała się w małe sztuczne jeziorko, z mar­mu­rową świą­ty­nią Astarte na gór­nym końcu i ozdob­nym mły­nem na dol­nym. Po jed­nej stro­nie jeziorka był pomost, po dru­giej - czer­wony lakie­ro­wany most księ­ży­cowy, dający dostęp do malut­kiej, zaro­śnię­tej wysepki, wyko­rzy­sty­wa­nej przez rodzinę do pik­ni­ków i oka­zjo­nal­nych scha­dzek o pół­nocy.

Był to naj­pięk­niej­szy moż­liwy widok. Caitlin musiała długo mru­gać, by pozbyć się z oczu łez - wcale nie wzru­sze­nia.

Parę minut póź­niej pod­je­chali pod zamek. Widziała Fin­gol­finr­hoda cze­ka­ją­cego, aby ją przy­wi­tać. Przy­rodni brat Caitlin stał na szczy­cie krót­kich schod­ków z sze­ściu stopni, pro­wa­dzą­cych na górny dzie­dzi­niec. Wysoki, nie­praw­do­po­dob­nie piękny i obda­rzony wro­dzoną melan­cho­lią, przez którą był jak wabik na dra­pieżne kobiety. Jakimś cudem udało mu się wyglą­dać tak, jakby opie­rał się leni­wie o pień nie­ist­nie­ją­cego drzewa.

Kiedy szo­fer wycią­gał jej bagaże, Fin­gol­finr­hod spły­nął po mar­mu­ro­wych stop­niach, pochy­lił się nisko, chwy­cił ją w talii i okrę­cił w powie­trzu. Uca­ło­wał ją w usta, po czym, roze­śmiany, posta­wił z powro­tem na ziemi. Caitlin, także się śmie­jąc, szturch­nęła go w ramię.

- Rod­die, ty cha­muło! Tak się wita ofi­cera Kor­pusu Smo­ków Jej Nie­obec­nej Wyso­ko­ści?

- Daj spo­kój. Jakby tu jesz­cze mało było nadę­cia.

- Pro­szę kazać zanieść torby do mojego pokoju - rzu­ciła Caitlin do szo­fera. I zacho­wu­jąc luźny ton, dodała: - Widzę, że matka posta­no­wiła mnie nie witać.

- Chodźmy gdzieś, gdzie da się poga­dać. Może do biblio­teki. Odkąd ojciec utkwił w fotelu, nikt tam ni­gdy nie cho­dzi. - Fin­gol­finr­hod wziął ją pod rękę. Weszli do domu nie fron­to­wym wej­ściem, ale przez ogród zimowy (a nie­wi­doczne dło­nie zamy­kały za nimi drzwi), a potem wschod­nimi scho­dami. - Wdowa dzie­dziczka zro­biła się o wiele bar­dziej wredna, jak to bywa w jej wieku. Nie możesz ocze­ki­wać od niej ani odro­biny uprzej­mo­ści.

- "Wdowa dzie­dziczka"?

- Tak musisz teraz do niej mówić. Zawsze przy­wią­zy­wała wielką wagę do tytu­łów.

Caitlin poczuła lodo­wate ukłu­cie strach.

- Czyli... przy­je­cha­łam za późno?

- Co? A... nie, nie, nie, skąd, nawet teraz, kiedy wyna­jęte ban­shee co trzy godziny zakłó­cają spo­kój, trudno sobie wyobra­zić, aby pan Sans Merci odszedł ina­czej niż w wybra­nym przez sie­bie momen­cie. Nawet służba zaczęła na niego mówić Pan Nie­umie­ralny. I bar­dzo nie­cier­pli­wie na cie­bie cze­kał, tylko słońce, księ­życ i gwiazdy na nie­bie wie­dzą dla­czego.

- To może...?

Fin­gol­finr­hod zro­bił wredną minę.

- Tyle cze­kał, może jesz­cze chwilę pocze­kać.

W mil­cze­niu wcho­dzili na naj­wyż­sze pię­tro. Na pół­pię­trze brat powie­dział:

- Mówią, że wywa­lają cię z Kor­pusu za zepsu­cie.

- Oj tam. Smo­czyca mi krzywo wylą­do­wała i będzie wyma­gała drob­nych napraw. Będzie obo­wiąz­kowa komi­sja, która jak zawsze oczy­ści mnie ze wszyst­kich zarzu­tów. I tyle. Ale skąd ty w ogóle o tym wiesz?

- No... - Fin­gol­finr­hod wzru­szył ramio­nami. - Sły­szy się różne rze­czy.

Brat pro­wa­dził. Wędro­wali dłu­gimi kory­ta­rzami pach­ną­cymi poli­turą, tymian­kiem i suszo­nymi płat­kami róż (świece w kin­kie­tach zapa­lały się przed nimi i gasły, kiedy prze­szli) w głąb rezy­den­cji.

- A pamię­tasz, kiedy poszli­śmy o zmroku do lasu i pró­bo­wa­łem cię namó­wić, żebyś się roze­brała, żeby przy­wa­bić jed­no­rożca i żeby poło­żył ci głowę na kola­nach? - zapy­tał.

- O bogo­wie! Mia­łeś długą osi­kową włócz­nię, żeby go zabić, i mówi­łeś, że głowę będę mogła sobie powie­sić w pokoju. I już wła­ści­wie roz­pi­na­łam bluzkę, kiedy zoba­czy­łam ten drwiący uśmiech w kąci­kach two­ich ust.

- Szlag z tą moją szczerą twa­rzą. - Fin­gol­finr­hod uśmiech­nął się drwiąco. - Tyle mnie kasy kosz­to­wała w kasy­nach.

- Trzeba było cie­bie dać na wabia - byłeś tak samo nie­winny jak ja.

- No, prawda, od tego czasu wiele tru­pów w rzece upły­nęło. Cho­ciaż, jeśli liczyć ręko­dzieło, to i wtedy nie. - Dotarli do biblio­teki, a Fin­gol­finr­hod otwo­rzył przed Caitlin drzwi, uwal­nia­jąc falę zapa­chu sta­rych ksią­żek - ligniny, wani­liny i nostal­gii, aro­matu sta­rej kul­tury powoli spa­la­ją­cej się w ogniu czasu.

Dolne pię­tro biblio­teki było kwa­dra­towe, a górne pół­ku­li­ste, z gale­rią dookoła. W kopule uno­siły się dwie sfery z mlecz­nego szkła, rzu­ca­jące świa­tło na stoły do czy­ta­nia z kości sło­nio­wej, usta­wione w szczer­baty sze­reg na par­te­rze. Księgi tło­czyły się na rega­łach pokry­wa­ją­cych wszyst­kie ściany, prze­waż­nie opra­wione w skórę, cza­sem zwią­zane sznur­kiem lub sze­ro­kimi gum­kami, kru­chymi ze sta­ro­ści. Nawet pod scho­dami na gale­rię były regały pełne ksią­żek, choć te miały za ple­cami dość miej­sca, aby mała dziew­czynka mogła prze­ci­snąć się mię­dzy książ­kami i wejść do wła­snego, pry­wat­nego świata. Pod­czas pew­nego dłu­giego i leni­wego lata Caitlin zni­kała tam na całe godziny z wybraną książką, paroma podusz­kami, lampką zro­bioną ze sło­ika (oczy­wi­ście mającą dziurki w wieczku), ze świeżo zła­pa­nymi księ­ży­co­wymi dusz­kami, a czę­sto także z jabł­kiem wykra­dzio­nym z ogro­dzo­nego murem sadu, do któ­rego według matki tylko ona miała wstęp. Na jesieni, co było nie do unik­nię­cia, jej kry­jówka została wykryta i przy­wią­zano tam małego bazy­liszka, żeby już nie mogła z niej korzy­stać. Ale przez jedno lato była to czy­sta radość.

- To ty kra­dłaś te jabłka? - spy­tał Fin­gol­finr­hod, kiedy mu to powie­działa. - Jestem zdu­miony. Matka zawsze zakła­dała, że to ja, ale mnie się ni­gdy nie udało przejść tych zaklęć straż­ni­czych na furtce. Jak to się tobie udało? - Prze­su­nął dło­nią po półce z książ­kami, poru­sza­jąc przy tym ustami, jakby liczył.

- Z tyłu na murze było małe okienko z żela­zną kratą. Wszy­scy myśleli, że jest zamknięta na klucz, ale nie była. A ja, jako pół­śmier­telna, nie mam pro­blemu z zim­nym żela­zem, więc mogłam ją sobie zamy­kać i otwie­rać. Mogłam wcho­dzić i wycho­dzić kiedy chcia­łam. - Po czym widząc, że nie zwraca ani tro­chę uwagi na jej słowa, rzu­ciła: - Rod, co ty robisz?

Palce Fin­gol­finr­hoda zatań­czyły na dużym czer­wo­nym tomie z tytu­łem Henge neo­li­towe wypi­sa­nym wybla­kłym zło­tem na grzbie­cie, postu­kały w trzy zie­lone księgi, zatrzy­mały się.

- O! - Wycią­gnął jeden wolu­men i go otwo­rzył. Pośrodku miał wyciętą w stro­nach dziurę, w któ­rej spo­czy­wał okrą­gły, pła­ski kamień z otwo­rem w środku, w sam raz na mały palec. - Ukra­dłem to ojcu z biurka. To powinno ci dać poję­cia, jak bar­dzo się zde­gra­do­wał. Jest dosyć cenne. Jeśli przez to popa­trzysz, to amu­let prze­ciwko uro­kom. Myśla­łem, że wyko­rzy­stam go do spraw­dza­nia swo­ich kocha­nek, flam i hemi­de­mi­se­mia­mo­urs. Ale czy­stym przy­pad­kiem spoj­rza­łem w tamtą stronę i zoba­czy­łem ukryte drzwi.

- W tym domu jest pełno ukry­tych drzwi.

- Ale nie takich. - Fin­gol­finr­hod uniósł kamień do oka i zro­bił krok w kie­runku czę­ści biblio­teki poświę­co­nej prawu cywil­nemu. Książki roz­stą­piły się przed nim. - Połóż mi dłoń na ramie­niu, malutka. - Z każ­dym kro­kiem zapusz­czali się głę­biej w ciemne przej­ście. - Ja tylko cie­bie i ją w życiu kocha­łem. No... może w ostat­nich latach tro­chę też ojca. Ostat­nio w każ­dym razie dawało się go tro­chę polu­bić. Raz tak, raz nie.

- Rod­die, o czym ty w ogóle mówisz?

- Cier­pli­wo­ści, pchełko.

Prze­szli przez ciąg pomiesz­czeń pod sko­sami, istny gąszcz sta­rych mebli, ciem­no­ści i paję­czyn. Na ich widok ucie­kały nie­wi­dzialne stwo­rze­nia. Duch sowy zerwał się do lotu i prze­fru­nął przez ścianę. Zapusz­czali się w zapy­lony i cie­pły mrok głę­biej, niż to się Caitlin wyda­wało moż­liwe, aż uko­śny snop świa­tła z nie­spo­dzie­wa­nego świe­tlika uka­zał czer­wone drzwi się­ga­jące jej co naj­wy­żej do piersi. Po obu stro­nach miały okienka z koron­ko­wymi firan­kami i ser­dusz­kami wycię­tymi w okien­ni­cach. Obok drzwi rósł w tera­ko­to­wych donicz­kach grzy­bowy ogró­dek, nie­które grzyby były jak kar­ma­zy­nowe pufy upstrzone bia­łymi krop­kami, inne jak mię­si­ste maszty zwień­czone tocz­kami. Do ściany przy­bito ozdobne pier­ni­kowe pasy w kształ­cie odwró­co­nego V, aby suge­ro­wały spa­dzi­sty dach.

Fin­gol­finr­hod zastu­kał ener­gicz­nie.

Dup. Dup. Dup. Dup.

Po dłuż­szej chwili ciszy drzwi się otwo­rzyły.

Maleńka sta­ruszka o twa­rzy brą­zo­wej jak orzesz­nica, z oczyma jak guziczki i aure­olą wiech­cio­wa­tych bia­łych wło­sów stała pod­parta bal­ko­ni­kiem i mru­gała.

- Tak?

Na jej widok Caitlin padła na kolana. A i tak była wyż­sza niż Net­tle­sweet Under­wood.

- Oj, Net­tie, Net­tie, a ja myśla­łam, że ty nie żyjesz.

Net­tle­sweet była niańką Caitlin i Fin­gol­finr­hoda. Caitlin nachy­liła się i wzięła ją w obję­cia, z bal­ko­ni­kiem i wszyst­kim, deli­kat­nie, uwa­ża­jąc, aby ani tro­chę nie ści­snąć jej deli­kat­nych pta­sich kostek.

- Jaka duża uro­słaś - zachwy­ciła się Net­tle­sweet, gdy Caitlin ją w końcu puściła. - Jesteś jak góra.

Cze­goś takiego Caitlin jesz­cze nikt ni­gdy nie powie­dział. Potem dodała z wymówką:

- Fin-Fin! Co wy dwoje robi­cie na zewnątrz? Wchodź­cie mi do środka, i to już. Zro­bię her­batę.

Caitlin przy­kuc­nęła, aby wejść do pokoju Net­tie, i pochy­liła głowę pod fra­mugą. Fin­gol­finr­hod zgiął się nisko i prze­ci­snął pod drzwiami, wyglą­dało to tro­chę jak występ czło­wieka gumy, a tro­chę jak ori­gami. Krze­sła były dla nich zbyt małe, więc sie­dli na dywa­nie. Fin­gol­finr­hod skła­dał się wyłącz­nie z nóg i łokci, a Caitlin oparła się na jed­nej ręce, zło­żyw­szy kolana razem i obcią­gnąw­szy na nich wyima­gi­no­waną spód­niczkę, którą kie­dyś nosiła.

Przy her­ba­cie i ciast­kach Net­tle­sweet powie­działa:

- Wró­ci­li­ście, tak jak Fin-Fin obie­cy­wał. Co za rado­sny dzień! - Jej uśmiech był cie­pły jak miód na słońcu. - Popa­trz­cie tylko. Szczę­śliwe zakoń­cze­nie, tak jak w baj­kach. A takie mie­li­ście smutne dzie­ciń­stwo. - (Caitlin pokrę­ciła głową, choć bez prze­ko­na­nia). - A kie­dyś mówi­łam, że was ukradnę, żeby­śmy mogli sobie żyć jak skun­dlone feje w dziu­pli dębu głę­boko w lesie, żywiąc się rosą i żołę­dziami, i teraz to się pra­wie ziściło.

- Nie przy­po­mi­nam sobie, żebyś obie­cy­wała, że mnie wykrad­niesz - powie­działa Caitlin.

- Nie, cie­bie nie, Kati­boo. Ty byłaś szczę­śli­wym dzie­ciąt­kiem! Nie, ja mówię o bied­nym Fin-Finie. On był taki, taki samotny.

Caitlin ni­gdy wcze­śniej nie przy­szło do głowy, że dzie­ciń­stwo przy­rod­niego brata mogłoby być bar­dziej bole­sne niż jej wła­sne. Dowie­dziaw­szy się o tym teraz, poczuła się tak, jakby ktoś zabrał jej kolejną rzecz i dał jemu. Przy­po­mniała sobie, że on od czasu do czasu ucie­kał z domu - wtedy wyda­wało jej się, że to z nad­miaru ener­gii. Raz uciekł boso. "Czemu?" - zapy­tała potem. - "Żeby buty mnie nie pod­ka­blo­wały, to oczy­wi­ste" - odpo­wie­dział. Caitlin wytknęła mu darem­ność tego pod­stępu w sytu­acji, gdy wszyst­kie skały i drzewa w całej posia­dło­ści były tak zacza­ro­wane, aby poka­zy­wać poszu­ki­wa­czom, gdzie poszedł. Wtedy wyrwał jej lalkę, którą się bawiła, i cisnął ją do stawu z żabami. Woda zro­biła pan­nie Sop­pit coś takiego, że w nocy pła­kała i nie uspo­ka­jała się, choćby tulić ją cały czas, tak że Caitlin w końcu wsa­dziła ją do kufra ze sta­rymi ubra­niami w lamu­sie na pod­da­szu, żeby tam sobie szlo­chała nie­sły­szana, aż prze­klęty urok się wyczer­pie.

Wiele godzin prze­ga­dali we trójkę o nie­waż­nych spra­wach, aż Net­tle­sweet z eks­cy­ta­cji roz­bo­lała głowa i musiała się poło­żyć w ciem­nym pokoju "z wil­got­nym ręcz­ni­kiem na twa­rzy", jak mówiła zawsze, kiedy miała potrzebę przy­jąć dys­kretną kobiecą szkla­neczkę lau­da­num.

I taką nutą zakoń­czyło się popo­łu­dnie.

Wra­ca­jąc do pokoju, Caitlin rzu­ciła z zasta­no­wie­niem:

- Czy to moż­liwe? - W dniu, kiedy nia­nia znik­nęła, ojciec obwie­ścił, że wyje­chała na wiej­ską farmę, któ­rej adresu ni­gdy się Caitlin nie udało z niego wydo­być. - Net­tie naprawdę przez tyle lat miesz­kała tu na stry­chu?

- O tak. Wdowa dzie­dziczka rzu­ciła na nią geis, nie pozwa­la­jący jej wyjść, a na kory­tarz urok, żeby­śmy ty i ja go nie zna­leźli - powie­dział Fin­gol­finr­hod. - Wszyst­kie bar­dziej zaawan­so­wane teo­rie wycho­wy­wa­nia dzieci mówiły, że silne przy­wią­za­nie do zaba­wek lub słu­żą­cych jest złe. Stara potwo­rzyca robiła po pro­stu to, co uwa­żała za słuszne.

***

Wró­cili z powro­tem przez zamek (a drzwi otwie­rały się przed nimi i zamy­kały), zeszli głów­nymi scho­dami, z któ­rych Caitlin jako dziecko nie wolno było korzy­stać, przez kaska­dowe stop­nie ze stor­czy­ków i dżun­glo­wych lian, gdzie tu migał im led­wie widoczny wodo­spad, a ówdzie kora­lowy wąż, weszli na pierw­sze pię­tro (gdzie znów przed nimi zapa­lały się lich­ta­rze, a za nimi gasły), aż wresz­cie Fin­gol­finr­hod skrę­cił w lewo, a ona w prawo, by prze­brać się na kola­cję. Na końcu dłu­giego kory­ta­rza był pokój, w któ­rym dora­stała. Trzeba byłoby mieć oko znawcy, by dostrzec, że wszystko w nim jest w gor­szym gatunku w porów­na­niu z wypo­sa­że­niem reszty domu. Lecz Caitlin wycho­wano tak, aby tę róż­nicę znała.

Na łóżku roz­ło­żono dla niej suk­nię nie­wiele gor­szą od tej, którą miała zało­żyć wdowa dzie­dziczka. Caitlin prze­brała się w nią. Dotknię­ciem palca otwo­rzyła szka­tułkę z biżu­te­rią i zaczęła grze­bać w bro­szach, bran­so­le­tach i tia­rach, w więk­szo­ści już nie­na­da­ją­cych się dla damy w jej wieku. Nagle zoba­czyła zega­rek Car­tiera - Tank Américaine z bia­łego złota - który dostała od ojca za przy­ję­cie do Aka­de­mii. Przy­pad­kiem czy celowo, był to jedyny raz, gdy coś dostała, kiedy Rod nie dostał jed­no­cze­śnie o wiele droż­szego pre­zentu.

Kiedy go pod­nio­sła, ogniwo bran­so­lety, które zbie­rała się napra­wić, odkąd Fin­gol­finr­hod, rżąc jak osioł, zerwał jej zega­rek z ręki i wci­snął na wła­sny prze­gub, pocią­gnęło za sobą minia­tu­rowe krze­sełko.

Caitlin roz­plą­tała te dwie rze­czy. Krze­sełko było odpo­wied­niej wiel­ko­ści dla myszy, gdyby myszy były dwu­no­gie i zdolne do stwo­rze­nia cze­goś tak wymyśl­nego. Wyko­nane było z dru­cia­nej klatki na korek od szam­pana, z odwró­co­nym folio­wym zakoń­cze­niem, wypeł­nio­nym hafto­waną jedwabną poduszką wypchaną puchem dmu­chawca. Zro­biły ją oczy­wi­ście lili­puty, jedna z małych paso­żyt­ni­czych ras żyją­cych w ścia­nach takich posia­dło­ści i żywią­cych się reszt­kami i okrusz­kami ludzi, będą­cych dla nich jak tytani.

Kiedy była mała, lili­puty fascy­no­wały ją i zosta­wiała im okru­chy cia­sta przy listwach przy­po­dło­go­wych. Marzyła, że któ­re­goś dnia uda jej się z któ­rymś zaprzy­jaź­nić. Lecz poza rzad­kimi mignię­ciami po kątach i oka­zjo­nalną utratą grze­bie­nia lub co mniej­szego dia­mentu wydłu­ba­nego z zosta­wio­nego na noc­nym sto­liku pier­ścionka ("Bo trzeba było je trzy­mać pod klu­czem, jak myślisz, po co jest szka­tułka na biżu­te­rię?" - mówiła wtedy lady Sans Merci) ich poja­wia­nie się było ulotne i ukrad­kowe. Spo­ra­dycz­nie sły­szała, jak któ­ryś prze­myka za ścianą, wywo­łu­jąc dźwięk osy­pu­ją­cych się kamy­ków. Nato­miast okru­chy ciast robiły się twarde i słu­żący je sprzą­tali.

Potem któ­re­goś dnia, gdy była nasto­let­nia, kiedy roz­bie­rała się do łóżka, odwró­ciła się nagle, pochwy­ciw­szy kątem oka jakiś nie­znaczny ruch. Na jej toa­letce, na krze­sełku, które musiał przy­nieść ze sobą, sie­dział porząd­nie ubrany młody lili­put i patrzył wprost na nią. Spodnie miał roz­pięte, dło­nie na kola­nach. Walił konia.

Cisnęła w niego kap­ciem z taką siłą, że gdyby nie znik­nął w boaze­rii, zanim dole­ciał, na pewno by go zabił. Potem, wciąż wście­kła, licząc, że lili­puci rodzice uka­rzą go za tę stratę, cisnęła krze­sełko do szka­tułki na biżu­te­rię i ją zamknęła. Roze­brała się potem po ciemku i robiła tak jesz­cze długo, póki matka nie zawo­łała firmy tępi­cieli, żeby ich wszyst­kich zaga­zo­wali.

Wsa­dziła zega­rek do walizki. Odda go do naprawy, kiedy wróci do bazy.

Dokład­nie w tym momen­cie roz­le­gło się sześć nie­mal jed­no­cze­snych wrza­sków, gło­śniej­szych niż krzyki i mniej koją­cych niż syreny alar­mowe. Roz­darły powie­trze, tak że Caitlin zatkała uszy dłońmi, a ściany zafa­lo­wały jak kotary na nagłym wie­trze.

Oczy­wi­ście ban­shee.

Wró­ciła cisza. A w tej ciszy roz­legł się dzwon zwo­łu­jący rodzinę na kola­cję.

***

Wdowa dzie­dziczka Sans Merci wpły­nęła do sali, nie zaszczy­ca­jąc spoj­rze­niem ani Caitlin, ani Fin­gol­finr­hoda. Była po kró­lew­sku wysoka i po cesar­sku smu­kła. Była także stara, nie­za­prze­czal­nie, choć jej twarz z wie­kiem nabrała tajem­ni­czo­ści cywi­li­za­cji, która zagi­nęła w cza­sie i jest znana tylko z pogło­sek. Usia­dła przy stole, a w ślad za nią reszta. Nie­wi­dzialne dło­nie nalały wina.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki