Matka - Władysław Reymont
6.49 zł
5.32 zł
(3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
- Czekalim tydzień, czekalim cierpliwie i drugi, bo strażniki wciąż się włóczyli po okolicy, węsząc jako te psy polowe, a i noce były za widne, księżyc tak świecił, że o staję można było zobaczyć wszystko. Aż przyszła noc czarna jak smoła, zaraz z wieczora padał deszcz, a potem jęła dąć wichura taka, że drzewa rwała z korzeniami i płoty obalała... Pogasili wnet światła w chałupach, a dla niepoznaki, to paru starych i kobiet niecoś poszło do karczmy, co stoi przy cerkwi, żeby oko mieć na żyda, bo poposki to sługa i djabelski, szpiegował nas ciągle i donosy pisał... Dobrze już było przed północkiem, bo kury piały gdzieniegdzie na zmianę, kiedyśmy wyszli na drogę. Cała wieś była, od najstarszych, aż do tych sysaków przy piersiach, co je matki poniesły... Drzewo krzyżowe wyciągnęli z Jędrzychowego stawu, bo tam mu było najprzespieczniej, złożyli w krzyż, przyćwieczyli Pana Jezusową mękę, którą byli nasi przywieźli z Częstochowy już poświęconą, wzięli na ramiona i ruszylim wolniusieńko na wzgórek... Zmieniali się ciągle, bo kużden chciał dźwigać Jezusa skrzywdzonego... wieś cała szła, a cicho było jak w grobie, ni pies nie zaszczekał, ani kto nogą trącił o kamień - tyła co naród popłakiwał i dusze skwierczały żałością, że choć to Jezusa, a jak te złodzieje przekradać musimy. A kiedy wkopali na starem miejscu, poświęcić było trzeba. - Cóż, kiedy księdza nie było! To wstał stary Wojciech, co mu było ze sto lat, siwy kiej gołąb i cicho powiada: - Narodzie polski umęczony, katolicki narodzie! Niema kto nam sierotom poświęcić tego krzyżowego drzewa, to go ano płakaniem skropimy i przysięgą, że go moskwicinom nie damy! Klękli wszyscy dokoła i przysięgli. Ale że i żałości powstrzymać trudno było, to jęli tę ziemię i te kamienie i ten krzyż tak całować, i skowyczeć i jęczeć - aże starsi musieli przyciszać i naród rozganiać do domów. Nie dziwno, bali się, żeby jaki zły człowiek nie posłyszał i nie wydał. Przeszło potem parę niedziel spokojnych i cichych. Cieszylim się, że abo nie obaczyli nowego krzyża, albo dadzą spokój, żeby narodu nie drazźnić... już i tak umęczonego. A wieczorami, że to było o wiośnie, tośmy po dwie, po trzy a w końcu i wieś cała, chodzili na ten wzgórek, pod krzyż, pomodlić się, pośpiewać - bo to i nabożeństw majowych był czas... Pociecha to była i radość oczom wyjrzeć przed dom i widzieć, że Jezus tam stoi i pod swoją świętą opieką ma wieś całą - jak za dawnych polskich czasów. A już mój cieszył się najbardziej - że to pobożny był i jego starunkiem i pomyśleniem krzyż stanął... A Polak był twardy i katolik, bo choć zapisały go w prawosławne, do cerkwi nie chodził i popu w ślepie pluł; nieraz już sztrafy płacił i baty brał - że plecy to miał jak ta ziemia zbronowana - porznięte. Dobry człowiek był i święty prawie, wieczne odpocznienie daj mu Panie. Aż tu jednego wieczoru, kiedym wszyscy klęczęli u krzyża, przybiegają koniarki i mówią: Kozacy. Naród się porwał uciekać, ale Wojciech krzyknął: - Jezusa jadą rąbać, a przysięglim, że nie damy! Ostali wszystkie, nikt się nie ruszył, ino jaki taki, że straszno poczynało być - popłakiwał i trząsł się, to moja matka, staruszeczka taka, przyklęknęła przy samym krzyzie i zaśpiewała: "Serdeczna Matko"... Śpiewali wszyscy mocno, że aż w piersiach zapierało. A kozunie otoczyły dookoła i naczelnik powiada: - Rozegnać nahajkami, a to drzewo zrąbać. Tak ci krzyż nazwał. Jezus kochany! To jak nie wpadły z koniami na naród, jak nie zaczęły bić, gdzie który trafił, aże krew pryskała. Ale nikt się nie bronił, ino przyciskali się do siebie i osłaniali Jezusa, ażeby nie powiedziały, że to bunt... I nie zmogli nas wtenczas, odstąpili, bo naród, że już trudno było ścierpieć, to rwał kamuszki, a i do żerdek się brał, ale od krzyża nikt się nie ruszył... Aż naczelnik przychodzi i przekłada, żeby się do domów rozejść, że krzyż zostanie i nikt go już nie ruszy, bo tak car nakazał.... Nie wierzylim, bo moskwicin to był i ze złych pies najgorszy... Ale zdjął czapkę, sam krzyż pocałował, i żegnał się, a bił w piersi, a za nim to samo kozunie... Na mękę pańską krzywo nie przysięgną, bo jużby im tego Jezus nie darował... Poszliśmy do domów... Ale jeszcze nikt się nie położył, bo i wielu opatrywało porozbijane twarze i ręce, kiedy moja matka, co się była ostała, wlata do wsi i krzyczy: - Moskale krzyż rąbią! Jezus, Marja, Józefie... Jak kto stał i co miał pod ręką, chwytał i leciał bronić... A tam już kozunie rąbali, to mówię, jakby mi kto siekierą serce rozrąbał - nie bolałoby tak!... Widzę, widzę jeszcze i zawdy widziała będę, aż w godzinę skonania i sądu, jak krzyż padał i cały ociekał był krwią żywą, krwią przenajświętszą, jak ten Jezus najświętszy rączki rozłożył i tak mu twarz zbladła umęczona - i padł, aże jęknęło, jakby się ziemia rozstąpiła!... I już nie wiem ci ja dobrze, co potem było, ino to wiem, że kużden bił kozuniów, że naród tela cierpliwy wściekł się za Pańską krzywdę i bił, gryzł, drapał... deptał, oździerał to djable nasienie... Biły chłopy, biły kobiety, biły dzieci, biły wszystkie aż do umęczenia, aż do śmierci... co uciekło, to uciekło, a z reszty nie zostało i tyla, żeby człowieka jednego można było złożyć albo i rozeznać... O męko Jezusowa pohańbiona, i Ty żywa Krwi za nas wylana, zmiłuj się nad narodem polskim, bo zginąć przyjdzie! A nastał ci potem sądny dzień... nastał!... Sprowadzili wojsko, całą wieś zegnali na wzgórek, tam pod ten krzyż zrąbany, gdzie jeszcze leżały pobite. Po kolei brali, ściągali ze szmat i prali nahajkami, aż te kamienie i trawy pokryły się rosą krwawą... A drugie sołdaty wieś rabowali, palili, rżnęli bydło, niszczyli dobytek i, co młodsze, ciągali i gwałcili... Nie słowami ci to opowiem, ani tym jazgotem cierpiącego serca, ani tem płakaniem - jeno Bożą moc mieć, a piorunami zagrochotać, a morem, a pożogą wygładzić tych piekielników. A i tego mało, za zapłatę za mękę naszą, mało!... Bili wszystkich, aż do dzieci, co ledwie na czworakach łaziły, to wzięli i matkę moją, że to pierwsza broniła Jezusa... Mój mąż chciał bronić, bo jakże matka, staruszka, gołąbka to siwa, co już ledwie chodziła i czekała, rychło pójść trzeba do Jezusa! Ale krzyknęła: - Nie broń synu! Za wiarę pomrę jak sam Jezus! Ale nie wytrzymała... Przynieśliśmy do domu ledwie żywą i tak okrwawioną, że szmaty całkiem były przemoczone i pod rano, to już ino dychała ledwie, a piukała jak ten ptaszek marznący. Tyleśmy rozeznali, że księdza chce. I jeszcze ksiądz nie zdążył, wszedł pop z kozakami! Poznała go i tą pasyjką, co ją przyciskała do piersi, jęła się bronić i prosić o księdza!... Mąż juści skoczył do popa, do nóg mu się nawet pokłonił, po tych pazurach psich całował, pieniędzy dał, żeby tylko księdza pozwolił konającej - odszedł, a kozuniów ostawił przy drzwiach, i nakaz, żeby księdza nie puścili. Umarła bez świętej spowiedzi!... Juści grzeszna ona tam nie była i co była winowata, to już dobrze odcierpiała pod tymi batami i myślę, że Jezus się zmiłował i wziął ją do chwały swojej, ale zawdy bez spowiedzi umierać, bez rozgrzeszenia - strach! Ale pomarła i my nic pomódz nie mogliśmy... Bo i jak połowę wsi wywieźli, ostały tylko te jak ja i mój, cośmy ledwie żyli z pobicia... i ostał ino płacz tych dzieciątek co ich ojców pobrali, i ta krew pod krzyżem, i te porozwalane chałupy, i te połamane sady, i te pocięte świętych pańskich obrazy - zniszczenie ano, śmierć ano - cierpienie ano i ten Bóg w niebie... O! sieroty my, Boże sieroty! A pop pilnował, nasłał swoich zaraz po matczynej śmierci i kazał ją pochować na prawosławnym, tam, gdzie te psy moskiewskie leżą i te zdrajce piekielne naszego narodu... Zmówili się ci, co ostali jeszcze, żeby odbić trupa, że to już na pohańbienie szło wszystkim i śmierć duszną... I nocą wygrzebali matkę i pochowali po katolicku, choć ksiądz nie dał, bojał się... Pop się zwiedział, zaskarżył... Strażniki szukały po cmentarzu, rozgrzebywały mogiłki.... nie znaleźli... bo ją pod zieloną darń schowali, że nawet moskiewskie oko nie rozeznało, a i widać Pan Jezus nie dał pohańbić służki swojej. Wzięły mojego męczyć i dopytywać i o krzyż, i o matkę, i o wszystko, bo karczmarz powiedział, że on był pierwszy do wszystkiego. Takci i było bo Polak był prawy i katolik! Ale już tej męki nie zdzierżał, bo go tak przeżarła boleśnie, że jak ten cień był, że jako ten wiór wysechł, to ino krzyknął imię Jezusa i rzucił się na naczelnika i jął go łbem o ścianę bić... Oderwali go ledwie, bo zabiłby inaczej... Na całe życie go zasądziły - na całe życie do ciężkich robót i na pięćset rózeg... za bunt... Przy wszystkich mieli go bić, przy wsi całej!.. A ja musiałam patrzeć na to, i dzieci moje, co im było wtedy na czwarty rok - bo to bliźnięta i wszystkie - bo spędzili nas nahajami! I biły go!... Pamiętam... pamiętam!...*** Jezusie, Jezusie!...*** O pomsty, pomsty męko Jezusowa! O Matko bolesna, siedmiu mieczami przeszyta! Pomsty!*** I jeszcze tego dnia pomarł!...*** Przed śmiercią ocknął się... patrzył na mnie... to na dzieci... porzęził, aż żywą krew oddał i powiedział ostatnią parą: - Dzieci nie daj!... Dałabym to!! Katolicką krew dałabym to, tym wściekłym psom?! Niedoczekanie ich! Lepsza śmierć przecież, nizli zatracenie duszne.*** Ucichło we wsi, których wywieźli w Sybir, których pozamykali do kreminałów, których wygnali na posielenie, a ci co ostali, goili się z ran i zabiegać musieli i krwawo znoić się, żeby wystarczyło i la tamtych! Jakże, bratów cierpiących za jedną wiarę narodu swojego - ostawić bez wspomożenia? - grzech... - A w każdej chałupie kogoś brakowało, a w niektórych to i po dwie i po trzy osoby!... To mówię, że wieś była jak ten cmentarz w Zaduszki - że ino płakanie, a wypominki żałośliwe i modlenia słychać było po nocach... A tam, gdzie przódzi stał krzyż, przez całe lata straże stojały, tośmy się ino w cichości, a nocami po chałupach zbierali, żeby się wspólnym pacierzem pokrzepić i inszą dolę u Jezusa wyskamlać!... A ja byłam sama, jak ten palec, i ino z temi dzieciątkami, com je strzegła, jak oka w głowie. Braty pomogły, że obrobiłam się w polu i przy sadzeniu, i przy żniwach, i przy siewach jesiennych... tyłem się ino namarkociła, że krowy nie miałam żadnej, bo mi ją wtedy moskale zarznęły... Aż tu jednego dnia wchodzi do mnie jakaś pani szlachetnie ubrana, pięknie pochwaliła Boga i pogaduje o tem i owem. Mało co rzekłam - bojałam się, że to szpieg mógł być nasłany! moskiewica!... Ale nie, z Warszawy była i przywiozła nam wspomożenie, że zaraz kupiłam krowę i dwa prosiaki... I nakazała, że jak się nam krzywda jaka stanie, żeby prosto do niej iść i powiedzieć. To pomogą i bronić będą!... We wszystkich chałupach była i wszystkich wspomogła - ale już samo najszczersze złoto, to było jej serce litościwe... To mówię, że zaraz się weselej we wsi zrobiło, jakoby okna wywarł na świat Boży, na to słoneczko jasne... Już się człowiek nie czuł tak opuszczony, skoro i panowie stoją za nami... I tak powinno być, boć i my i panowie, to nic innego - jeno jeden naród cierpiący... I jedna nam męka i zatracenie... To jak mówiłam, aż do jesieni cicho było we wsi... do późnej jesieni, bo już były przyszły deszcze listopadowe i słoty takie i roztoki po drogach, że psa było trudno wygnać za chałupę... Już myślałam, że i zapomnieli o nas całkiem. Dzieciątka chowały się zdrowo i już umiały i Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Wierzę zaczynały, a chłopak że to przemyślniejszy, to i elementarz se cięgiem przeglądał, żem mu już zwolna i niektóre litery nazywała... a on poznawał, robak ten mój kochany!... Tom ino żyła temi dzieciskami i Boga i Matki Najświętszej w każdy dzień upraszałam, żeby ich dochować do wieku. Bo cóż tam ja, cóż ta mnie? Sierotami męża mi już nie brać nowego. - Wdowam po umęczonym, sierotam po zabitych. Grzechby był śmiertelny! Żeby ino dzieci wychować, a utwierdzić ich w naszej świętej, katolickiej, polskiej wierze, a pomstę im w serca wrazić i pamiętanie na wiek wieków - że moskale zabiły im ojca, moskale zabiły im babkę i mnie sponiewierały, że krwią ociekłam; moskale wycięły sad, wyrżnęły bydło, i poniszczyło dobro wszystkie. Tom często, kiedy strażniki szły przez wieś, pokazywała ich dzieciom i nauczałam: - Pamiętajcie, bo moskale to zbóje, to krzyżobójcy! Ja wiem, że to grzech, wiem, że Pan nasz Jezus powiedział, żeby miłować nieprzyjacioły! Nauczał - a ukrzyżowały go żydy. Nauczał, bo tak w katechizmie stoi, a moskale zrąbali święte drzewo krzyżowe i mordują naród wierzący! To jakże, jakże nam ich miłować?! I co wspomnę tę Jezusową krzywdę i to nasze pohańbienie, to jaże mi się dusza kurczy z bolenia i cosik krzyczy mi aż we wnętrznościach: bij, morduj, oździeraj! choćby tymi pazurami... I nie śmierć bym zadała tym psom djabelskim nie, ino taką mękę, żeby im każda kosteczka pękała z osobna, żeby im każde dychanie było przebijaniem goździami, a każde patrzenie paleniem piekielnem - żeby lata całe konały, a skonać nie mogły... O Jezus, bądź miłościw mnie grzesznej! Pokarz choćby i czyścem za to, ale nie mogę darować, nie mogę Panie Ukrzyżowany! za swoją krzywdę nie mogę i za Twoją, słodki Jezusie!*** Aż tu raz, wieczorkiem przychodzi strażnik z papierem i powiada, żebym szła z dziećmi do miasta, do naczelnika! Jezusie Ty mój kochany, myślałam, że mi się rozum pomięsza i pęknie to serce kołaczące. I słowa rzec nie rzekłam, bom sił nie miała... Strażnik, że to był z naszych, chociaż zdrajca, ulitował się i powiada cicho, że dzieci mają mi odebrać i poślą je na wychowanie do monastery do tych suk prawosławnych... Panno Najświętsza! Ostaną prawosławnemi, wyrzekną się wiary, narodu swojego, zapomną, że ojca zabili, że babkę ich zabili!... I to krew krwi moich, serdeczne wnętrzności moje!... I ja sama mam je tam odprowadzić, sama zawieźć na zgubę te duszyczki niewinne... Ja, matka, dzieci swoje rodzone!!*** Ratunku nie było żadnego! Poleciałam na wieś, do starszych, u nóg się włóczyłam, jak ten pies skamlałam o zlitowanie i ratunek!... Każden się bojał, bo jakże, niezagojone jeszcze mieli plecy po nahajach kozackich... Tyle, co płakali nademną i wzywali miłosierdzia Pańskiego. A ja byłam sama i dzieci mieli nam wziąć!... O Matko Bolesna! Przyleciałam do domu ledwie żywa, dzieci spały przy sobie na ojcowskiem łóżku, ino je ta lampka z przed Częstochowskiej oświecała; spały se robaki kochane, jeszcze widzę te bielusie głowiny na poduszkach, jeszcze słyszę dychanie równiuśkie ptaszków moich serdecznych... Nie budziłam, niech se tam śpią!... To mówię, że aż rozum mi się mięszał i tak we mnie dygotało wszystko, że ani wstać, ani usiedzieć nie mogłam, bo i raz wraz zdało mi się, że idą już po dzieci... Jezus, com ja przecierpiała, Marjo! A noc była ciemna i deszcz tak lał i wichura tak szarpała chałupą i biła drzwiami - że straszno było... I co robić, co robić? To mnie taka męka łamała, jakby kto kołem bił... Zdrzemnęłam się z utrudzenia przy oknie, aż tu mój nieboszczyk jawił się przedemną jak żywy, a cały we krwi, a cały w ranach i tym samym głosem powiada: - Dzieci nie daj! - Pogroził palcem i zniknął... Ocknęłam się zaraz. Dzieci se spały spokojnie. Ucieknę, myślę sobie, w tyli świat, do borów, a choćby i po proszonem, a choćby jako ta dziadówka ostatnia - a dzieci nie zgubię, nie oddam w prawosławne. Zebrałam, com miała na podorędziu szmat i grosza, zawinęłam w toboł i wyjrzałam, noc ino wyła, jak te psy wściekłe... ale na drodze widać nic nie było... Płakały ździebko, skorom je obudziła, ale obiecałam, że do ciotki, co mieszka w trzeciej wsi, poprowadzę... Kury zaczynały piać na północ, kiedym się zebrała iść... Ale nie mogłam tak zaraz, bo co przestąpić chcę próg, to jakby mnie coś za włosy darło i nazad do izby ciepało... Ostawię to wszystko i nigdy już może nie zobaczę! Te obrazy święte, ten dom, te ściany, te pola - a samej iść we świat, we świat, jak temu wiatrowi!... Rodzonam ztąd i ojce moje, i dziadowie z tej ziemi świętej, z tych drzew, z nieba tego - a teraz mi iść na poniewierkę i zatracenie! Miłosierdzia! miłosierdzia! bo już nie zdzierży człowiekowe serce! Jakże mi odejść, kiedym zrośnięta była z tą wsią, jak ten kamień! To mówię, że te kamienie ulitowałyby się nademną, te drzewaby wysłuchały tego skowytu, jaki w sobie miałam. A iść musiałam, bo jutro przyjdą i dzieci zabiorą! Pacierz ino, ten ostatni pacierz odmówiłam z dziećmi na progu, pod tą strzechą naszą... Odeszłam, musiałam, bo już drugie kury piały. I jakby mi wszystkie żyły wypruwał i jakby mi kto gorących węglików nasypał w serce - tak bolało!... A co parę kroków zrobię, to muszę przystanąć, a obejrzeć się za się na ten dom, na to obejście, na to pole rodzone... To mnie tak ciągnęło z powrotem, że jażem sobie te piersi darła pazurami i krwią żywą płakałam. We wsi spali wszystkie, ino te pieski nasze, te pieski polskie, kochane pomrukiwały, a poznawszy mnie zasię, łasiły się i lizały po rękach moje dzieciątka! i szły za nami... One jedne litowały się nademną i ten Bóg! Doszlim na wzgórek, gdzie to moskale Jezusa zrąbali, trza było odpocząć, bo dzieci, chociem zakazywała srogo, chlipały czegoś i pomęczone były; jakże, wieś długa, noc ciemna, a droga jako jedna rzeka błota i kamieni... Wiedziałam tylko, że idę w cały świat, do Polski całej, do narodu swojego, do bratów, żeby mnie ratowali... przed moskalami!... A com innego wiedzieć mogła? Ale kiedym już ze wzgórza schodzić miała w las, co tam zaraz stoi, to jakby mnie kto obuchem w głowę zwalił, że ruszyć się nie mogłam, nogów oderwać nie mogłam, ino mi się patrzeć chciało na wieś, na tę wieś kochaną!... To już i nie płakałam, to mówię, że jakby coś skamieniało we mnie, jakby mnie mróz ściął na lód, że ino przeklinałam jak mogłam, a tak mnie złość chyciła, taka złość, jak tego dzikiego, tropionego zwierza... Ja we świat sierotą... we świat... na żebry... a tam jutro Mochy przyjdą, chałupę zabiorą, krowę zabiorą, święte obrazy potną, na naszych łóżkach przewalać się będą... i izby swoim smrodem świńskim nawieją... niedoczekanie ich! Ja mam we świat, na tułaczkę! To wszystko, co moje, niech idzie z tym wiatrem Panu Jezusowi na ofiarę... Ostawiłam dzieciątka na kraju boru i sama poleciałam, krowę wygnałam w ogród, prosiaki wypuściłam i z czterech stron podpaliłam chałupę... Chciał Jezus, żeby mojego zabili, żeby matkę zabili, to i tę ochfiarę do świętych Jego nóżek poniosłam... A moskalom, to świńskie łajno - - I ani się już obejrzałam, ino po tych czubach drzew, co się rumieniły, wiedziałam, że się pali - A niechta skapieje cały świat, kiedy nie żyć na nim poczciwemu człowiekowi, niech tak skapieje!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.