Ułańska fantazja
Swoje najbliższe przyjaciółki poznałam w różnych okolicznościach. Mańka, odkąd biegałyśmy w pieluchach, jest niczym moja bliźniaczka genetyczna. Poznałyśmy się, gdy butem marki Relaks popsułam jej bałwanka. Nie ma miesiąca, żeby mi tego, lafirynda, nie wypomniała. Z Baśką znamy się z pracy, też od wielu lat. Jest szaloną scenografką i ekscentryczną babką po pięćdziesiątce. Lucy poznałam, gdy nasze córki chodziły do przedszkola, i najpierw połączyły nas wspólne jasełka, potem zebrania w szkole, aż w końcu picie wina.
Wszystkie razem często spotykałyśmy się na różnych imprezach - nie tylko tych alkoholowych. I tak właśnie powstała grupa wzajemnej nieadoracji. Bo kto inny powie ci prosto w twarz, że przytyłaś pięć kilo. Albo gdy jakiś absztyfikant na Tinderze pokazuje penisa, to przyjaciółka uświadomi, że nie robi tego po to, żeby zapytać o stan zdrowia członka, tylko po prostu jest napalony.
Nasze spotkania nazwałyśmy dzidowiskiem. Na pierwszy rzut oka widać, że nazwa nawiązuje do głębi intelektualnej, żywości umysłu oraz polotu ich uczestniczek. Jaka nazwa, taki charakter spotkań. Chodzi nam o to, żeby poluzować napięte do granic możliwości gumki i po prostu pobyć ze sobą.
Na te okazje nigdy nie ma żadnego specjalnego dress code'u, to znaczy jest, ale tylko dres. Obowiązuje zasada: im brzydziej, tym lepiej. Oczywiście nie dotyczy to Lucy, bo ta, nawet siedząc z nami w domu, musi wyglądać co najmniej ładnie. Przychodząc odjebana jak szczur na otwarcie kanału, zazwyczaj mówi:
- To najgorsze, co znalazłam w szafie.
Niejedna marzyłaby o takich "najgorszych ciuchach" w garderobie.
Pewnej soboty spotkałyśmy się u Mańki. Byłam ja i Baśka. Lucy niestety tym razem nie mogła przyjść, bo stary szedł na jakąś służbową kolację i to jej przypadł w udziale wieczór z bąbelkiem. Jak wiadomo, że koleżanki będą się delektować dobrym winem, to wtedy boli podwójnie.
Rozsiadłyśmy się wygodnie na kanapie u Mańki. Na stole stały pyszne przekąski, czipsy, popcorn i wszystko to, na co nie powinno się nawet patrzeć. Wszystkie rzeczy kaloryczne i niezdrowe, aż miałam ochotę się nimi ponacierać w ramach oswojenia wroga. Ale nie to było tematem naszych rozważań. Baśka włączyła przyjemną muzykę i oddała się nastrojowi.
- Oj, dziewczyny, chyba bym już chciała się ustatkować - rozmarzyła się.
- Ty? Przecież jesteś wolnym ptakiem. Nie lubisz rodzinnego kieratu - powiedziałam.
- No ale wiesz, dzieci to jednak dzieci, będzie miał kto ci podać szklankę wody na starość - ciągnęła.
- Baśka, dla tej szklanki wody tyle stresu przez całe życie? Daj spokój - poradziła Mańka i dodała ironicznie: - Ja na przykład próbowałam oddać swoje drugie dziecko, gdy codziennie budziło się o czwartej rano, ale okazało się, że akt urodzenia to nie paragon, i nie chcieli mi go przyjąć w urzędzie stanu cywilnego.
- Dobra, Baśka, ja ci podam tę szklankę wody na starość, nawet dwie, ale przestańmy rozmawiać o dzieciach. Włączmy sobie jakąś zajebistą komedię - zaproponowałam.
Pomysł się spodobał i opatulone w koce, sącząc kieliszek za kieliszkiem, oglądałyśmy film. Wino było chyba z Wielkiej Brytanii, bo ulatniało się po angielsku. Nikt nic nie widział, a zawartość butelek znikała jak kamfora. Po skończonej projekcji byłyśmy już w świetnych nastrojach. Okazało się, że wypiłyśmy wszystko do dna. Padła propozycja, żeby zamówić kolejną porcję przez internet. I wtedy Mańka się ożywiła.
- Ja nam tu zaraz zamówię coś dobrego - powiedziała, już mocno rzężąc.
Baśce włączył się po pijaku tak zwany syndrom kuriera i zaczęła wysyłać esemesy. Wiadomo, że nie ma nic gorszego, jak zobaczyć rano wiadomość wysłaną do swojego dentysty, że na ostatniej wizycie idealnie szpachlował dziurkę.
Wino coś długo nie dojeżdżało, więc doszłyśmy do wniosku, a raczej ja ponagliłam Baśkę, że czas się zbierać. Zamówiłam taksówkę, zgarnęłam przyjaciółkę i pojechałyśmy do domu.
Następnego dnia obudził mnie tupot białych mew, no ale matka nie wielbłąd - pić też czasem musi.
Zaczął się kolejny tydzień normalnego życia i wszystkie wróciłyśmy do swoich obowiązków, gdy pewnego dnia zadzwoniła do mnie Lucy. Był to bardzo dziwny telefon. W słuchawce słyszałam jakieś krzyki, ale ona się nie odzywała. Pewnie trzymała telefon w kieszeni spodni i jej tyłek bezwiednie chciał się ze mną skontaktować. Oddzwoniłam, lecz nie odebrała. Po pewnym czasie znów usłyszałam dzwonek telefonu.
- Asia! - powiedziała Lucy dość oschłym tonem. Pewnie nadal była zazdrosna, że tak dobrze bawiłyśmy się z dziewczynami. W tle słyszałam coś jakby mewy.
- No cześć, Lucy, co tam? Co to za dziwne krzyki? Aż tak cię twój osobisty trener sponiewierał? - powitałam ją radośnie. Lucy ćwiczyła w każdej wolnej chwili.
- W dupie jestem, i to czarnej, a nie na treningu! Masz pięć minut, żeby zjawić się pod moim blokiem - rozkazała.
Hm, nadal nie wiedziałam, czym sobie zasłużyłam, żeby się w tej dupie z nią meblować.
- Ale coś się stało? - zapytałam.
- Proszę pana, proszę postawić je na razie tutaj - usłyszałam w słuchawce zdenerwowaną Lucy, ale to chyba nie było do mnie.
- Halo, Lucy? Jesteś tam? Mogę ci jakoś pomóc? - dopytywałam, nadal słysząc dziwne piszczenie. Po chwili szamotaniny usłyszałam przyjaciółkę ponownie.
- Czy możesz mi jakoś pomóc?! Tak! Uprzejmie zapierdalaj tutaj i łap biegające przed moim blokiem lamy! - wykrzyczała do słuchawki, a ona rzadko posługuje się wrzaskiem oraz wulgaryzmami.
Jakie lamy? O czym ona mówi? Jakaś nowa moda w warszawskim Wilanowie? Nigdy nie wiadomo, co ci dorobkiewicze wymyślą. Kiedyś zimą jeden as rozbijał się po ulicach cabrio.
Wsiadłam szybko do samochodu i podjechałam kawałek, który nas dzielił.
Zatrzymałam się i ujrzałam pod blokiem istny cyrk. Wśród ciekawskich gapiów stały dwie dorodne lamy, wydając dziwne odgłosy i plując na siebie. Chyba właśnie znalazłam prototypy swoich dzieci. Gdy Lucy mnie zobaczyła, podbiegła z szybkością błyskawicy. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby tak szybko się ruszała. Ona raczej z tych, co działają w slow motion.
- Po chuj mi te lamy, co ja mam z nimi zrobić? - zapytała, a ja nadal czułam się zagubiona.
- Nie wiem po co, chciałaś psa, zmieniłaś zdanie? - zapytałam, pragnąć rozluźnić atmosferę.
- Przestań palić głupa. Tu mam list przewozowy, patrz, jest na nim twoje imię i nazwisko oraz numer telefonu. A może te parzystokopytne same znały mój adres i po prostu przyszły mnie odwiedzić? - drwiła.
W tej chwili stanęła mi przed oczami rozbawiona twarz Mańki zamawiającej przez internet wino. Przeprosiłam na chwilę Lucy i poszłam zadzwonić.
- Mańka, kurwa - zaczęłam z grubej rury.
- Wr, wr, wr, lubię, jak mnie tak wyzywasz - odpowiedziała zalotnie.
- Mańka, skup się. Co ty zamówiłaś w internecie na naszym sobotnim dzidowisku? - zapytałam powoli, żeby zrozumiała.
- Nie pamiętam za bardzo. Wiesz, lekko mnie ścięło - powiedziała zgodnie z prawdą.
- A możesz to jakoś sprawdzić w historii? To pilne - dodałam, patrząc na tłum ludzi, plujące ssaki oraz świdrującą mnie wzrokiem Lucy.
- Czekaj, co ja tu mam... Zestaw sado-maso, jak obciąć włosy na jajach. Asia, co myśmy robiły w sobotę? - zatrwożyła się.
Jak to mówią, relaksowałyśmy się.
- No i dalej mam lamy - powiedziała i w słuchawce zapadła wymowna cisza.
- No właśnie, stara, lamy, takie zwierzęta. I wiesz, gdzie one się aktualnie znajdują? Popierdalają po Wilanowie pod blokiem Lucy.
- O kurwa - powiedziała Mańka, bo już jej się wszystko złożyło do kupy.
- Zadzwoń teraz do niej i wytłumacz, że wygrałaś konkurs na najbardziej tępą dzidę i po pijaku zamówiłaś jej trochę większe psy. Tylko dlaczego tam był mój numer telefonu? - zapytałam.
- A czy ja cię pytałam, dlaczego kiedyś po pijaku napisałaś do Kuby Wojewódzkiego, że go kochasz i chcesz, żeby został twoim mężem? - wypomniała mi.
No tak, na takie pytania nigdy nie ma odpowiedzi. Swoją drogą, mógł z grzeczności odpisać.
- Idę to odkręcać. Odezwę się potem - rzuciłam.
Poszłam z Lucy negocjować z panem, aby zabrał z powrotem zwierzęta, oraz przekonać go, że mieszkanie nie jest najlepszym miejscem do ich chowu. Mańka zadzwoniła do Lucy i wytłumaczyła się ze swojego głupiego pomysłu. Tłum się rozszedł, a lamy i ja wróciłyśmy do domu, tylko że innym transportem.
Gdy dzień wydawał się już kończyć, dostałam esemesa od Mańki: "Jestem najgorsza. Po dalszym dochodzeniu okazało się, że za te sierściuchy zapłaciłam z konta klasowego".
I wtedy sobie uświadomiłam, że skarbnikami powinni zostawać tylko ci, którzy mają nieposzlakowaną opinię i zaświadczenie od lekarza o poczytalności.