Czcij ojca swego i matkę swoją.
To nie jest diss na moją matkę, ona była tylko zwykłą inspiracją.
.
Nienawidzę smaku arbuza. I jego zapachu. I obrzydliwej konsystencji czy tam struktury, czy faktury - chuj z tym - która wyczuwalna jest od razu na języku i podniebieniu, gdy kawałek owocu dotknie tkanek jamy ustnej. To wszystko powoduje u mnie odruch wymiotny. Serio. Już sam zapach sprawia, że chce mi się rzygać i ledwo powstrzymuję torsje. Podobne odruchy towarzyszą mi, gdy trze ktoś styropianem o powierzchnię betonową. To skrzypienie przyprawia mnie o wszystkie negatywne odruchy fizjologiczne, które rozszarpują człowieka, jego ciało i umysł. Ona arbuza kochała i latem zawsze kupowała go na rynku obok nas. Nienawidziła z kolei, gdy ktoś rozdzielał watę. Zakrywała wtedy uszy i dziwnie zaciskała zęby. Oczy wychodziły jej z orbit. Wyglądała jak chomik cierpiący na nagły atak Gravesa-Basedowa. Dosłownie. Chomik. Lub inny gryzoń.
Zawsze szliśmy w sobotę rano zrobić zakupy na cały tydzień. Na rynek szliśmy. Pieszo se szliśmy. I nic nie mówiliśmy. Czasem po drodze wchodziliśmy na chwilę do skupu butelek. Prowadziła go jej przyjaciółka Helena. Nauczycielka, która nigdy nie wylewała za kołnierz i ją z roboty za to wyjebali. A ponoć była świetnym pedagogiem. Lubiłem ją. Zawsze była wesoła, a na jej twarzy pląsały pąsy. I śmierdziała. Nie wiedziałem, że to był zapach przetrawionego jabola.
Nawet wtedy, gdy ledwo dawała radę unieść go, bo tyle miała siat z zakupami, musiała to kupić. Arbuza. Nie potrafiła sobie odmówić chwilowej przyjemności. Mimo ciążącej jej wagi sprawunków znalazła sposób, jak donieść za jednym zamachem wszystko na chatę. M3, a w nim upchnięte cztery osoby. Co jakiś czas kładła torby na chodniku, przystawała na chwilę oddechu, brała się pod boki, sapała i szła dalej. Na polikach zawsze malowały jej się pąsy. Rumiane. Czerwone. Jej twarz była jak maki. Te pod Monte Casino. Albo nie! To była godzina jej pąsowej twarzy. Czasem nawet i dwie godziny. Bo snuła się po całym bazarze i kupowała wszystko naraz. Jabłka w pierwszej alejce, ziemniaki (Bryza tak, Irga nie) w trzeciej, żeby za chwilę wrócić do pierwszej po kapustę, bo tamta była w dobrej cenie. Smakowała sery, wędliny, jakby była znawczynią smaku. Bazarową Magdą Gessler, kiwającą głową na tak, jeśli wyrób seropodobny czy wędlinopodobny znajdował u niej aprobatę. Jak nie, nie dawała po sobie poznać, żeby nie obrazić sklepowej. Tu nie było logiki, planu. A może była, tylko że nielogiczna. Niedozwolone było zrobienie tylko części zakupów, zanieść je do domu, a dom był dwieście metrów od bazaru, i iść z powrotem na rynek. Nie będę chodzić w tę i z powrotem. Nóg na loterii nie wygrałam.
Musiałem z nią iść, bo honor mi na to nie pozwalał, żeby ją olać. A może nie chciało mi się słuchać, że inne mamy mają lepiej, bo mają lepsze dzieci. Każda mama miała dobrze, a ona nie. Ona miała najgorzej. I ten ciągły wstyd, który ciągnął się przed nią i za nią. Powodowałem go ja. Brałem więc plecak, taki stary ze szkoły. To nie był plecak, to była kostka Enrico Benetti. Wkładała tam zawsze kartofle. Ciężko mi było z tą dychą byliny na plecach. Ale dawałem radę. Hyrox na Bałuckim zakończyłem wiele razy.
Dźwigała tego arbuza zawsze i sapiąc na ulicy, wspominała wtedy, że gdy była w ciąży, mogła jeść wyłącznie arbuza. Jezu, jak ja go wtedy jadłam. Tylko arbuza mogłam. Wszystkie inne próby zjedzenia czegoś innego powodowały, że żołądek podchodził jej do gardła i rzygała. Nawet łyk herbaty bez cukru i cytryny (serio, goła herbata!) sprawiał, że wymiotowała. Żartowała przy tym, że to przeze mnie, bo trułem ją od środka. Że byłem jak Adrian, dziecko Rosemary Woodhouse, diabłem rozwijającym się w jej macicy, motylicą macicową. Chociaż może tak naprawdę myślała. A może rzeczywiście trułem? Ciało obce w ciele matki. Krew z krwi matki. Syn w matce, przytwierdzony na chama pępowiną i wysysający z niej wszystko, co najlepsze. Chyba wyssałem, bo urodziłem się gruby. Cztery trzysta. Ludzka świnia. Dziecka do końca ciąży jednakże nie udało jej się wyrzygać.
Początkowo namawiała mnie, żebym przekonał się do tego owocu. Dawałem się przekonać. Widziałem, jak je go łapczywie, a sok ścieka jej czasem aż po brodzie. Strużka ulepu wędruje po szyi, aż przez dekolt, do biustu. Zazdrościłem jej chwilowego szczęścia i doznań, jakie niósł za sobą owoc. Nigdy jednak nie dałem rady wyzbyć się wstrętu. Mam go do dzisiaj. Proponowała drobne sumy pieniędzy, żebym tylko włożył kawałek arbuza do ust. Ale ja nie mogłem. Usta same mi się zamykały i nie szło ich otworzyć. Mi nie szło.
Ponoć pamięć płodu kształtuje się w szóstym miesiącu życia i może przejadłem się owocem. Ale idźmy w bardziej zawiłe interpretacje. Weźmy relację płód-łożysko. Może ten smak nie kojarzy mi się dobrze? Może. Bo nie jestem w stanie tak do końca powiedzieć, czy mnie chciała. Gdzieś w szpargałach zachowała bransoletkę, którą noworodkowi zakładają na przegub ręki. Wszystko wskazywało na to, że chciała, łzy bowiem czasem napływały jej do oczu i ścigały się po jej policzku na wspomnienie czasu niemowlęctwa. Grały w berka na jej twarzy. Zawsze powtarzała, że bardzo chciałaby wrócić do tamtych czasów. Pytałem o to babcię. Nie o wyimaginowaną podróż w czasie, ale o to, czy ona mnie chciała. Podobno, gdy ogłosiła rodzinie, że będzie miała dziecko, padło w jej kierunku jedno pytanie. Dasz radę? Dam. Odpowiedziała. Skłamała. Albo wierzyła, że da, a nie dała. Czy to więc nie równa się kłamstwu? Ciekawe, co by zrobiła, gdyby doszła do wniosku, że nie da.
Wyobraziłem sobie, jak musiała się czuć. Gdy mnie rodziła. Nikt nie zawiózł jej na poród do szpitala. Może nie proponował? A może nie chciała? Opowiadała, że pojechała tramwajem. Dała radę. Sama. Jak palec. Stała jak kołek w wagonie, trzymając się uchwytu poręczy. Lata osiemdziesiąte potrafiły być bezwzględne dla ciężarnych. I dla matek. I dla dzieci najbardziej. Oddychaliśmy wtedy wszyscy przemocowym powietrzem zmieszanym z wonią rozcieńczonego royala, kupionego na melinie, czasem okraszoną zapachem ruskiego kiepa i Old Spice'a. Ale Old Spice był dla tych, którzy mieli kasę i wykazywali się rozrzutnością. Magnum też było dla tych lepszych. Ja dostawałem go zawsze za czerwony pasek na świadectwie. Zanim dojechała do celu, ścierpła jej cała ręka. Poruszała dłonią nerwowo, chcąc wrócić w niej czucie. Urodziła dzień przed terminem. Jeden dzień krócej była w ciąży. Była to jedna z niewielu sytuacji, że się nie spóźniła. I że dociągnęła plan do końca. Za późno było już, żeby się wycofać. Raz w życiu się nie wycofała. Jeden jedyny. Ale chyba nie miała innego wyjścia. Nie no, zawsze jest inne wyjście. Może go nie zauważyła i chyba później żałowała.