Kiedy taksówka zatrzymała się przed bramą przy ulicy Gaztambide 21, poczułem, że brak mi tchu. Kolejne objawy dały o sobie znać zaraz potem, zanim jeszcze zdążyłem sam u siebie zdiagnozować dolegliwość, którą natychmiast rozpoznałbym u każdego innego pacjenta.
- Źle się pan czuje? - Taksówkarz odwrócił się i spojrzał na mnie, marszcząc brew. - Bardzo pan zbladł. Może zawiozę pana na pogotowie?
- Nie, dziękuję. - Spróbowałem unormować oddech, choć wiedziałem, że zwiększy to ucisk w klatce piersiowej. - Ile jestem panu winien? - Przy okazji nauczyłem się, że kontrolując hiperwentylację, można zarazem zwiększyć znacząco częstotliwość uderzeń serca.
Nigdy wcześniej nie miałem ataku paniki. Strach dobrze znałem, bałem się wielokrotnie, podczas bombardowań, w aucie, które wiozło mnie do Alicante, na molo, od którego mój statek odbijał bez końca, w celi komisariatu w Oranie, w porcie w Marsylii, a potem w czasie niekończącej się podróży samochodem z Francji do Szwajcarii. Przeżyłem chwile wielkiego strachu i pomniejsze lęki, bałem się o siebie i o innych, bałem się śmierci, że mnie zabiją, że stracę panowanie nad sobą; najadłem się w życiu wiele strachu, ale nigdy nie doznałem ataku paniki. Aż do 21 grudnia 1953 roku. Aż do chwili, gdy ten taksówkarz, któremu zostawiłem wygórowany napiwek, by jak najszybciej opuścić jego wóz, zatrzymał się przed domem, w którym kiedyś mieszkałem, w którym nadal mieszkała moja matka, w którym już nie mieszkał mój ojciec.
Wejście na górę zajęło mi dłuższą chwilę. Najpierw zatrzymałem się przed budynkiem, tyłem do ulicy, i otworzyłem torbę podróżną, włożyłem głowę do środka i poczekałem, aż odzyskam normalny oddech. Moje serce stopniowo się uspokajało, ale wrażenie ucisku zeszło z klatki piersiowej do żołądka, by tam już zostać. Miałem ochotę zapalić, lecz drżenie rąk zasygnalizowało mi, że nie powinienem tego robić. Zrozumiałem, że mam tylko dwie opcje: wejść w końcu w tę bramę lub wrócić do Szwajcarii. Ponieważ moje nogi wolały zostać tutaj, bez trudu pokonały trzy stopnie prowadzące do środka.
Z kanciapy zajmowanej niegdyś przez Margaritę, gderliwą staruszkę, którą lubiłem, mimo że śmierdziała, bo gdy wracałem po południu ze szkoły, zawsze dawała mi cukierka, spojrzał na mnie z ukosa jakiś nieznajomy. Szybko poderwał się z krzesła i zapytał, dokąd idę. Od chwili, gdy wysiadłem na dworcu Norte, mierzyłem się z Madrytem niczym z dziwnym zwierzęciem, potworem poddanym pewnej metodycznej, fantastycznej przemianie. Pod nowym, tu i ówdzie przeświecającym naskórkiem miasta, które zawsze uważałem za swoje, dostrzegałem pozostałości znanego mi świata, swojskie zapachy, detale, dźwięki, które mieszały się w obojętnej na mój powrót obcej scenerii z innymi, niespodziewanymi elementami, jakich nigdy nie zdołałbym przewidzieć. Zmieniły się nie tylko flagi. Także kolor tramwajów, godła na drzwiach taksówek, mundury policjantów, stroje śmieciarzy, nazwy kin, sklepów, ulic, nawet format tabliczek, na których je umieszczano. W czasie, gdy wyjaśniałem następcy Margarity, kim jestem i po co idę na pierwsze piętro do mieszkania B po prawej, uświadomiłem sobie jednak, że są rzeczy, które nigdy się nie zmienią. Na przykład arogancja skrywająca wścibstwo madryckich dozorców. Wrogość, z jaką zwracają się do obcych. Łatwość, z którą ich niechęć zostaje zastąpiona przez usłużny uśmiech, gdy namierzą przybysza skłonnego dać im napiwek. Bardzo szybko miałem odkryć, że pewne stałe elementy zachowały się nie tylko w otaczającym mnie świecie, wiele z nich przetrwało w nietkniętym stanie we mnie samym. Kiedy wspinałem się po schodach, serce podchodziło mi do gardła, a jednak na szóstym stopniu rzeczywistość wykonała spektakularny obrót wokół własnej osi, jakby niezliczone koła zębate skomplikowanej maszynerii wreszcie w jednej chwili zaskoczyły, by ogłosić, choćbym sam nie umiał w to uwierzyć, że Germán Velázquez Martín właśnie wrócił do domu.
Potrafiłem sobie przypomnieć przynajmniej sześć różnych par. Najbardziej podobały mi się skórzane klapki w kolorze pudrowego różu, z odkrytymi piętami. Grzbiet stopy otulały w nich dwa obłoczki z malutkich delikatnych piórek, bardzo miłych w dotyku. Ale były też inne: w zimie płócienne zielone, latem pantofle z żółtej skórki, które tata przywiózł jej z Maroka. Kiedy robiło się bardzo zimno, nosiła czerwone bambosze, wyściełane od środka barankiem. Ostatnie, jakie zdążyłem sobie przypomnieć, były granatowe, jak te, które właśnie zobaczyłem, bo nie starczyło mi czasu, by podejść bliżej, a ona już tam była.
Pantofle mamy, która jak niezawodny żywy zegar miała w zwyczaju oczekiwać nas na półpiętrze przed uchylonymi drzwiami mieszkania, niczym czuły wysłannik ogłaszały jej obecność. W dzieciństwie, kiedy źle mi poszedł jakiś egzamin albo pobiłem się z kimś na przerwie, nic nie pocieszało mnie tak skutecznie jak widok jej kapci na szczycie schodów. Nic też nie przygnębiało mnie równie mocno jak ich brak. Jednak żadnej z tamtych emocji nie można porównać z tym, co poczułem teraz. Być może dlatego, że z odległości sześciu stopni schodów ujrzałem nagle efekty upływającego czasu, kostki nieoczekiwanie delikatne, pokryte wysuszoną bladą skórą. Biegłem ku nim z raptownym, nowym niepokojem, który nie ściskał mi serca, ale bolał mocniej.
- Mamo.
Skóra na jej twarzy, cienka i pomarszczona - jak niegdyś ta na jej kapciach, które najbardziej lubiłem - zrobiła na mnie mniejsze wrażenie niż brak bujnych loków, zastąpionych teraz przez krótkie siwe włosy, tak rzadkie, że prześwitywał przez nie zarys czaszki. Najbardziej jednak poruszyło mnie jej skarlałe ciało, nieznana mi koścista kruchość ramion, które mnie objęły, tkanina pozostawiająca zbyt wiele okrutnego luzu wokół talii, krzyk żeber ponad nieobecną już krągłością bioder. A jednak to była ona, nadal ona i miałem ją przed sobą. Moja matka, powtórzyłem to zresztą wiele razy, mamo, mamo, mamo, tylko po to, by nacieszyć się brzmieniem tego słowa w swoich ustach, by wymówić dwie bliźniacze sylaby. Niejeden raz obawiałem się, że nigdy już nie znajdę okazji, by je wypowiedzieć.
- Och, Germán! - wyszeptała, trzymając mnie w objęciach, potem odsunęła swoją twarz od mojej, by spojrzeć na mnie z szerokim uśmiechem i policzkami mokrymi od łez. - Germán, synku, nie masz nawet pojęcia, jak się cieszę... Teraz już mogę umrzeć, teraz już tak... - Pocałowała mnie wiele razy w policzki, z głośnym cmoknięciem, jak wtedy, gdy byłem mały. - Och, kochanie! Świetnie wyglądasz, i jak bardzo zmężniałeś, przecież byłeś jeszcze dzieciakiem, kiedy... - Dotykała mojej twarzy, szyi, ramion, jakby chciała się upewnić, że widzi je naprawdę, w końcu roześmiała się i przestała płakać. - Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś, a właściwie to nie rozumiem... - Pociągnęła mnie delikatnie do przedpokoju i choć zamknęła drzwi, zniżyła głos do szeptu: - Przecież w Szwajcarii miałeś wszystko, wciąż myślę, że nie powinieneś był wracać.
Wiosną 1952 roku Klinika Waldau została wybrana przez pewne laboratorium farmaceutyczne zajmujące się badaniami nad chloropromazyną, lekiem odkrytym zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Najbardziej szanowani psychiatrzy w moim szpitalu przyjęli pierwszy w historii neuroleptyk z nieufnością - nie zdołali przeczuć rangi rewolucji, która za chwilę miała się dokonać. Ich konserwatyzm okazał się dla mnie szansą - powierzono mi kierowanie próbami klinicznymi, które miały odmienić życie części moich pacjentów, a także moje własne.
Lubiłem pracę psychiatry, ale nigdy nie stała się dla mnie prawdziwą pasją. Wciąż czułem się jak entomolog przypinający owady do korkowej tablicy, by się przekonać, jak długo będą w stanie przebierać łapkami, a potem skrupulatnie odnotować wyniki. Dopiero to doświadczenie zrobiło ze mnie prawdziwego lekarza. Nowa terapia nie tylko przynosiła dużo lepsze skutki niż elektrowstrząsy, śpiączka insulinowa, kąpiele w lodowatej wodzie i inne medyczne tortury. Chloropromazyna leczyła lub przynajmniej znosiła objawy chorób, o których sądziliśmy, że nigdy nie zdołamy ich pokonać. We wrześniu 1953 roku pojechałem do Wiednia, żeby o tym opowiedzieć.
W dniu, kiedy podpisałem pierwszą zgodę na to, by spędził tydzień ze swoją rodziną, Walter Friedli miał prawie czterdzieści osiem lat. Przyjęto go do Kliniki Waldau w wieku lat dziewiętnastu. Poznałem go pewnego przedpołudnia w styczniu 1947 roku, wtedy ledwo na mnie spojrzał. Podniósł na chwilę jasne, przejrzyste oczy, zapadnięte w oczodołach, a potem na powrót wbił wzrok we własne dłonie. Nie interesowałem go ja, nie interesowało go nic ani nikt. Przesypiał wiele godzin dziennie. Nie odzywał się choćby słowem do personelu kliniki lub do innych pacjentów. Większość dnia spędzał pogrążony w głębokiej apatii, przerywanej tylko niekiedy energicznym potrząsaniem głową, za to wieczorami cierpiał ogromnie.
W porze podwieczorku siadał na parapecie w galerii. Zawsze w tym samym oknie, o tej samej porze i w tej samej pozie. Wtedy dopiero zaczynał mówić: najpierw mamrotał pod nosem, choć ton jego monologu podnosił się, w miarę jak coraz bardziej męczyły go wewnętrzne głosy. Walter Friedli był schizofrenikiem i miał omamy słuchowe. Co wieczór kłócił się z matką, która zmarła na atak serca, zanim skończył trzy lata, ale mimo to zarzucała mu, że ją zamordował. Przyjmował też inne wizyty - osób, które kiedyś poznał, i osób, które nigdy nie istniały, a wszystkie one prześladowały go z równą zaciekłością, wszystkie go atakowały, wszystkie mu ubliżały, stawiały przed nim żądania, których nie był w stanie spełnić. Nie mogę, krzyczał, nie mogę tego zrobić, nie mogę stąd wyjść, wiesz, że nie mogę... Przez kilka godzin przekonywał, miotał się, wyzywał swoich nieprzyjaciół, walczył z nimi, by się w końcu poddać. Potem wybuchał płaczem, osłaniając głowę ramionami, by uchronić się przed nadchodzącymi zewsząd wyimaginowanymi atakami, które bolały go bardziej niż prawdziwe ciosy.
O najbardziej ponurej godzinie każdego dnia pan Friedli szlochał w głos niczym bezbronne zwierzątko osaczone przez stado bestii. Tak też zresztą się czuł. Jeśli niebo było pochmurne, bure chmury zlewały się w jedno z jego poszarzałym obliczem. Kiedy padało, cichy, zrezygnowany płacz jego klęski wydawał się naturalną kontynuacją wody cieknącej po szybach. Zmierzch przenikał go wówczas i zespalali się w jedno - deszcz, mrok, niebo zasnute czarnymi chmurami, które przyjmowały ludzki kształt. Nawet intensywne kontrasty letnich zachodów słońca nie mogły powstrzymać jego wewnętrznego dżdżu, bowiem piekło, w którym żył, było niezależne od pogody, pór roku, światła. Przestrzegał jedynie ze skrupulatną dokładnością godziny swojego spotkania z potworami. Tak egzystował najbardziej nieszczęsny człowiek, jakiego kiedykolwiek poznałem, mężczyzna zdrowy i silny, który miał kochającą starszą siostrę.
Co niedziela Marie Augustine Bauer, z domu Friedli, poprawiała włosy, pociągała szminką wargi, wkładała swoje najlepsze ubranie, by odwiedzić Waltera. Była to czarująca kobieta, zawsze miła, uśmiechnięta nawet w chwili, gdy siadała obok brata na parapecie i próbowała wziąć go za rękę. Czasem jej na to pozwalał. Innym razem nie. Niekiedy Marie Augustine opowiadała mu o matce. Tłumaczyła, że była naprawdę dobrą i czułą osobą, że bardzo go kochała, nim umarła we śnie, bez niczyjego udziału. Walter rozmawiał ze swoimi głosami, jak gdyby słowa siostry do niego nie docierały, choć niekiedy nagle popadał w milczenie i zdawało się, że jej słucha. Wtedy było jeszcze gorzej. W takie dni bił ją, popychał, zrzucał na podłogę, lecz Marie Augustine nigdy się na niego nie obrażała. Wstawała, poprawiała sukienkę, szła na chwilę do łazienki i wracała do niego. Kiedy się z nami żegnała, uśmiechała się i raz jeszcze dziękowała za opiekę nad bratem.
Wybrałem Waltera bardziej nawet ze względu na nią niż na niego. Kiedy chloropromazyna zaczęła przynosić poprawę w stanach ostrych u pacjentów przyjętych w wyniku epizodu psychotycznego lub cierpiących na poważne zaburzenia lękowe, kiedy polepszenie następowało tak szybko, że oni sami relacjonowali mi ewolucję własnych objawów i rozumieli, jak źle z nimi było, a wreszcie stwierdzali, że czują się już na tyle silni, by wrócić do domu i prowadzić normalne życie, rozpocząłem eksperymentalną kurację pana Friedliego. Był to przypadek przewidziany w protokole. Chociaż, zasadniczo, po chloropromazynie spodziewano się, że podniesie standard życia pacjentów w ostrej fazie choroby, badania obejmowały też ocenę jej działania na pacjentów przewlekłych. Zanim wyjaśniłem, jak zmieniło się życie Waltera Friedliego, zrobiłem przerwę i spojrzałem na krzesła pośrodku ósmego rzędu.
We wrześniu 1953 roku na sympozjum neuropsychiatrycznym w Wiedniu wraz z pięcioma kolegami z różnych klinik europejskich, z którymi przez cały czas badań pozostawałem w kontakcie, wziąłem udział w sesji poświęconej w całości klinicznym badaniom chloropromazyny. Nie mieliśmy limitów czasowych. Organizatorzy zarezerwowali dla nas całe przedpołudnie; upłynęły już prawie trzy godziny, kiedy - jako przedostatni - zabrałem głos. Dopiero w tym momencie jakaś bardzo wysoka blondynka, niemal olbrzymka o kształtach raczej otyłych niż bujnych, zaczęła coś szeptać na ucho jegomościowi siedzącemu obok niej. On był śniady, drobniejszy, z szerokim czołem typowym dla południowca i gęstymi falującymi włosami, bardzo ciemnymi pomimo pojedynczych siwych kosmyków, raczej żółtawych niż białych. Z początku pomyślałem, że to na pewno Włoch, ale w porę uświadomiłem sobie, że podczas wystąpienia mojego kolegi z Mediolanu - drugiego podczas tej sesji - nic nie mówiła. Ta dojrzała walkiria interesowała się jedynie Walterem, przeszkadzała tylko mnie. W ten sposób wydedukowałem, że odbiorca jej przekładu musi być Hiszpanem.
Europejskie Stowarzyszenie Psychiatryczne nie zaprosiło żadnego specjalisty z kraju, którego nigdy nie przestałem uważać za swój. To wykluczenie oznaczało zajęcie pewnego stanowiska względem dyktatury Franco. Ale nie tylko to - był to zarazem wyraźny protest wobec eugenicznych doktryn, którym patronował hiszpański reżim, i promowanej przezeń bezkompromisowej moralności ultrakatolickiej, której nieustanny wpływ na terapię psychiatryczną doprowadził do dramatycznego i przywodzącego na myśl wieki nader ciemne uwstecznienia tej specjalizacji. A jednak tamtego dnia pośród publiczności siedzieli dwaj aż nadto osławieni specjaliści, Belg i Niemiec, mimo że organizatorzy prosili ich o opuszczenie sali przed rozpoczęciem sympozjum. Wszyscy wiedzieli, że przed klęską Hitlera obaj prosili dyrektorów nazistowskich obozów koncentracyjnych o przesyłanie mózgów zagazowanych jeńców do badań, ale sesje w Wiedniu były otwarte, dlatego bez przeszkód mogli wejść i nas wysłuchać. Mówiłem dalej o Walterze Friedlim, starając się przekazać słuchaczom euforię, która mnie ogarnęła, gdy zaczął ze mną rozmawiać, kiedy powiedział mi, że od kilku dni nie słyszy już głosu swojej matki i myśli, że Marie Augustine ma rację, bo matka nie mogła oskarżać go o morderstwo. Mówiłem, nie zważając na to, że wielka blondyna nie zwróciła uwagi, gdy przerwałem na chwilę i spojrzałem na nią znacząco. Jeśli kontynuowałem, to dlatego, że mężczyzna siedzący obok niej skorzystał z owej przerwy, by się do mnie uśmiechnąć, i poruszył ręką w powietrzu, jakby był pewien, że i ja mu w odpowiedzi pomacham.
Po zakończeniu sesji czekał w holu z jeszcze bardziej promiennym uśmiechem. Ruszył w moją stronę, otworzył ramiona i zwrócił się do mnie imieniem, którym wcześniej nazywał mnie tylko jeden człowiek.
- Pilocie! - Ojciec mówił tak do mnie, bo w dzieciństwie chciałem zostać lotnikiem. - Bardzo się cieszę, że cię widzę! Niech cię uściskam!
Złapał mnie w objęcia, a ja pozwoliłem na to, choć zupełnie nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Kiedy wypuścił mnie z ramion, jego mina, a szczególnie nieco ironiczny wyraz, jaki lekko uniesiony łuk brwi nadawał tej twarzy, na której malowało się teraz radosne zaskoczenie, wydał mi się boleśnie znajomy.
- Jasne - odezwałem się po hiszpańsku, nie zastanawiając się, od jak dawna nie mówię w ojczystym języku z nikim oprócz siebie samego. - No jasne, pan był... - Przerwałem i dla pewności jeszcze raz obrzuciłem go spojrzeniem. Teraz nie miałem już wątpliwości. - Był pan uczniem mojego ojca, prawda?
- Tak jest! Ale nie mów do mnie per pan, człowieku. Kiedy odstawałeś od ziemi o tyle - wyciągnął rękę poziomo, pokazując wzrost pięcio- lub sześciolatka - mówiłeś do mnie Pepe Luis, więc...
To zdrobnienie zadziałało niczym zaklęcie. Stanął mi przed oczami obraz młodego chłopaka, szczupłego, lecz muskularnego, o nieco cygańskiej urodzie. Miał długie, silne ręce i bezwłosą, młodzieńczą pierś kontrastującą z wiecznym cieniem czarnego zarostu, opierającego się goleniu z takim uporem, jakby nie wierzył, że jego gęstość musi ulec upływowi czasu. Wszystko to wydobyłem z pamięci, lecz w pierwszym rzędzie przypomniałem sobie, że go nie lubiłem.
Pośród wszystkich uczniów taty, którzy wpadali do nas na kolację lub na drinka, on był jedynym, który pożerał mamę wzrokiem: jej jasne loki, zgrabną kibić, krągłe biodra. Jak żywy stanął mi w pamięci - chłopak, który wodził za nią oczami, chodził za nią krok w krok z nabożną fascynacją dziecka, które po raz pierwszy w życiu zobaczyło morze. Przypomniała mi się gorliwość, z jaką się podrywał, by pomóc jej zebrać szklanki ze stołu, ich śmiechy dobiegające z kuchni, drwiąca mina ojca, który kręcił głową, i dzika, straszliwa zazdrość, którą wzbudzały we mnie jego naiwne zaloty. Po jego wyjściu mama siadała obok swego męża i skarżyła się ze śmiechem, a niech go, co za nudziarz z tego Pepego Luisa, nie powinieneś go więcej zapraszać. On odpowiadał, drocząc się z nią, akurat, bałamutko, nie skarż się, w głębi duszy podoba ci się to... To powinno starczyć, bym się uspokoił, a jednak nigdy nie przepuściłem okazji, by mu dogryźć. Odwal się od mojej mamy, mówiłem mu. Nienawidzę cię. Powiem tacie, żeby cię oblał. Mama powiedziała, że nie chce, żebyś tu więcej przychodził... On wybuchał śmiechem i unosił pięści, jakby chciał się ze mną boksować, albo łapał mnie w pasie i kładł na brzuchu. Wówczas nienawidziłem go jeszcze bardziej. Teraz miałem prawie trzydzieści trzy lata i w holu Wydziału Medycznego Uniwersytetu Wiedeńskiego tamta wrogość przepełniła mnie takim zażenowaniem, że bez wahania przyjąłem jego zaproszenie na kolację.
Zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu. Wchodząc do restauracji, spodziewałem się długiego wieczoru pełnego wspomnień i nostalgii, a jednak się pomyliłem. Jego żona, którą pomimo wyraźnego niemieckiego akcentu, z jakim mnie przywitała, przedstawił mi jako Angelę, nie dotrzymała nam towarzystwa. On nie tracił czasu na usprawiedliwianie jej nieobecności i nawet nie dał mi okazji, bym przeprosił go za dawną wrogość.
- Przyjechałem tu ze względu na ciebie, Germán - oświadczył, zanim maître zdążył choćby podejść do naszego stolika. - Oczywiście chloropromazyna bardzo mnie interesuje, jak wszystkich, ale kiedy zobaczyłem twoje nazwisko w programie, nie zastanawiałem się ani chwili.
W czerwcu 1953 roku José Luis Robles piastował stanowisko dyrektora szpitala psychiatrycznego dla kobiet w Ciempozuelos, zaskakująco korzystne jak na ucznia profesora Wydziału Psychiatrii na Uniwersytecie Centralnym2 w Madrycie, który - skazany po wojnie na śmierć - popełnił samobójstwo w celi w Porlier, nim wykonano wyrok. Ale tego też nie powiedział mi od razu.
- Zrozumiem oczywiście, jeśli mi odmówisz. Po śmierci twojego ojca praktykować jako psychiatra w Hiszpanii... Do diaska! Nie myśl, że nie rozumiem. Ale i ty mnie zrozum. Jesteś moim asem w rękawie, Germán, niepowtarzalną okazją. Uszanuję, jeśli odmówisz, ale moim obowiązkiem jest spróbować cię przekonać.
Na tym etapie nie zacząłem nawet jeszcze ważyć ani szacować argumentów, na których Robles nie mógł się oprzeć, gdy wpadł mu do głowy szalony, choć bardzo szlachetny pomysł zaproponowania mi nie tyle prób klinicznych, co wręcz całego programu badawczego w szpitalu psychiatrycznym, którym kierował. Niektóre z tych powodów miałem potem wyłożyć na głos, by wyjaśnić swoją decyzję mojej mamie, mojej siostrze Ricie, profesorowi Goldsteinowi, samemu Roblesowi. Inne, głębsze, zachowałem dla siebie, chociaż to one okazały się decydujące. Bo na tym etapie wiedziałem, że muszę odmówić. Wiedziałem, że na początku odmówię. Ale przeczuwałem, że na końcu się zgodzę.
- Znam cię od małego, a twój ojciec nauczył mnie niemal wszystkiego, co umiem, więc nie będę wciskał ci bajek. Szczerze powiedziawszy, życie w Hiszpanii trudno uznać za wielką wygraną na loterii. Pewnie sobie myślisz, że nie poszło mi tak źle, skoro zostałem dyrektorem szpitala, co?
- Owszem. - Kelner przyniósł wino, nalał nam do kieliszków, a ja jednym haustem opróżniłem pół mojego. - Rzeczywiście, właśnie miałem cię o to spytać.
- No tak i wcale mnie to nie dziwi, ale... - On też się napił, nim dokończył. - Nasz zawód w Hiszpanii... - Znów się napił. - Umarł nie tylko twój ojciec, Germán. Rozstrzelani, uchodźcy, prześladowani... Krótko mówiąc, większość psychiatrów, których znałem przed wojną, zniknęła. Uczniowie Kraepelina, uczniowie Freuda, stypendyści Rady Rozwoju Nauk3... Choć trudno w to uwierzyć, sytuacja wygląda tak, że żaden z nich nie praktykuje. Wielu zdołało uciec za granicę, a ci, którzy nie mogli tego zrobić, siedzą w domu. Straciliśmy ich w roli nauczycieli, straciliśmy naszą szansę jako ich uczniowie. Nigdy nie będziemy mogli niczego się od nich nauczyć, bo im nie darują, nie im. Ale kilka lat temu przyszedł moment, kiedy musieli spuścić z tonu, otworzyć drogę psychiatrom, którym oni sami złamali karierę, bo nie mieli wystarczająco dużo ludzi, żeby obsadzić wszystkie miejsca. - Podniósł głowę, żeby na mnie spojrzeć, zrozumiał, że mu nie wierzę, i pociągnął kolejny łyk wina. - Miałem szczęście, to prawda. Brat mojej żony bardzo mi pomógł. To Niemcy, chyba się domyśliłeś. Angela nie interesuje się polityką. Dostała surową lekcję, bo po klęsce Hitlera u niej w domu przymierali głodem. Wszyscy mężczyźni z jej rodziny należeli do NSDAP i tylko jeden się uratował. Hermann przyjechał do Hiszpanii w 1936 roku jako ochotnik Legionu Condor. Przez całą wojnę walczył w armii Franco, poznał wielu ludzi i akurat zaraz po zawieszeniu broni ktoś pomógł mu przekroczyć granicę na lewych dokumentach. Potem bardzo szybko się zaaklimatyzował. Ożenił się z arystokratką, zaprzyjaźnił z wpływowymi ludźmi, a w czterdziestym szóstym przekonał swoją młodszą siostrę, że w Madrycie będzie jej lepiej niż w Norymberdze. Przyjechała i niedługo potem się poznaliśmy. Od razu zaczęliśmy się spotykać, wzięliśmy ślub, nie zadając zbyt wielu pytań. W tamtym momencie nie wiedziałem jeszcze, że mój szwagier ma takie dobre układy, ale kiedy nadarzyła się okazja... Powiedzmy, że jedyne, co musiałem zrobić, to pojawić się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.
- Vallejo Nájera, jak przypuszczam.
- Zgadza się. - Wreszcie powiedział prawdę. - Vallejo.
Gdy już wypowiedział to nazwisko, mówił dalej, nie przestawał mówić przez całą kolację. Hiszpania nadal istnieje. Hiszpanie muszą jakoś żyć. Co z pewnością rozumiem, wciąż są tam psychicznie chorzy, teraz nawet więcej niż przed wojną. Ktoś przecież musi się nimi zająć. Nie jest dumny z życia ze spuszczoną głową, ale też niczego sobie nie wyrzuca. Bo on nie był bogaty, nie miał tyle szczęścia, by uciec za granicę, a musiał coś jeść, utrzymać dzieci. Zarządzanie szpitalem psychiatrycznym dla kobiet w Ciempozuelos nie jest aż tak wspaniałym stanowiskiem. Szpitalem ważnym, prestiżowym, tym, który się liczy, jest ten męski kierowany przez samego Valleja. A stanowisko, które on zajmuje, nie budzi zawiści. Za to praca jest tam ciekawsza. Hiszpania nie zniknie wraz ze śmiercią Franco. Mój kraj nie może dłużej obywać się bez ludzi takich jak ja. Uchodźstwo oznacza dla kraju ogromne wykrwawienie intelektualne. On nie ma oporów, żeby przyznać, że nauka hiszpańska znalazła się w rękach zastępców. A ci zastępcy, ignoranci, w większości miernoty, są nawet gorsi niż faszyści. W Hiszpanii nikt nie słyszał o chloropromazynie. To stawia mnie na niezrównanej pozycji, o ile chciałbym wrócić do domu. On zobowiązuje się załatwić wszystkie formalności, załatwić mi zwolnienie ze służby wojskowej, pokonać biurokratyczne trudności, które mogą się pojawić. Psychiatria ojczysta mnie potrzebuje. Mógłbym dokonać w niej wielkich rzeczy i pomóc tylu straszliwie cierpiącym kobietom. Jeśli wrócę do Hiszpanii, nie będę miał konkurencji. Zrobię karierę na poziomie, który niełatwo byłoby mi osiągnąć w Szwajcarii. Ostatecznie i tak mogę to potraktować jako pobyt czasowy. Gdybym zechciał potem wyjechać, on zobowiązuje się załatwić mi paszport bez żadnych ograniczeń. Już omówił tę sprawę w Departamencie Zdrowia Publicznego4. Pewnie chciałbym znów zobaczyć się z matką, która ma już chyba z sześćdziesiąt lat. Gwarantuje mi, że jeśli przyłączę się do jego zespołu w Ciempozuelos, nikt, komu sam o tym nie opowiem, nie będzie nic wiedział o moim życiu. Nie będę pracował dla Franco, tylko dla setek kobiet pozostawionych własnemu losowi. Przecież jakkolwiek by patrzeć, ani ja, ani moja rodzina nie mamy sobie nic do zarzucenia.
- Wręcz przeciwnie - podsumował. - Twój ojciec był wspaniałym człowiekiem. Od początku do końca.
Jeszcze nim zwieńczyliśmy kolację kawą, odkryłem kilka rzeczy na temat Joségo Luisa Roblesa. Przede wszystkim, że nie jest zdrajcą ani chorągiewką, ani politycznym przechrztą. Był zarazem kimś lepszym i kimś gorszym, człowiekiem pragmatycznym, po trosze oportunistą i cynikiem, który nie obawia się ujawnić swojej potrójnej natury. Był również osobą inteligentną, ambitną, która gra w otwarte karty, ale jedynie do pewnego stopnia. Złożył swoją ofertę, traktując ją jako strategiczne posunięcie we własnym interesie. Gdyby jego placówka pierwsza w Hiszpanii wprowadziła nową terapię, z pewnością zwiększyłoby to jej prestiż. To również miało swoje dobre i złe strony. Przyjmując jego propozycję, byłbym jedynie pionkiem, przy odrobinie szczęścia gońcem na szachownicy, gdzie kto inny porusza figurami. Ale gdyby nie pozwolił mi się tego domyślić, gdyby przedstawił mi się jako szlachetna i uczciwa ofiara represji, nigdy w życiu nie obdarzyłbym go nawet częścią tej odrobiny zaufania, jakie we mnie wzbudził. W takim wypadku nie dotarlibyśmy nawet do deseru. Przypuszczam, że dobrze o tym wiedział.
Powiedziałem mu, że potrzebuję czasu do namysłu, i uściskaliśmy się na pożegnanie. Potem przez resztę konferencji i podczas długiej podróży powrotnej do Berna wciąż rozmyślałem, ważyłem za i przeciw, szacowałem rozmiar i rangę moich własnych powodów, racji, które chciałem zachować tylko dla siebie. Wreszcie doszedłem do jakiejś konkluzji i napisałem do mamy, a ona przestraszyła się tak bardzo, że zadzwoniła do mnie tego samego dnia, w którym odebrała mój list.
- Przemyśl to dobrze, synku. Hiszpania to już nie jest ten kraj, który ty pamiętasz, i bez wątpienia w niczym nie przypomina Szwajcarii. Teraz wszystko jest inaczej...
Ale ja skończyłem trzydzieści trzy lata. Nie byłem już młodzieńcem, który może pielęgnować niesprecyzowaną wizję, że któregoś dnia wróci. To mogła być moja ostatnia szansa na dalsze bycie Hiszpanem, na przerwanie łańcucha identycznych dni, który bardzo szybko zmieniłby mnie w kolejnego Szwajcara.
- Jestem pewna, że tam żyje ci się dużo lepiej. Tu jest wielka bieda, Germán, bieda materialna i ta druga, i to nawet w większym stopniu. Już sobie tam ułożyłeś życie, synku. A co zrobisz z żoną? Powinieneś pomyśleć także o niej...
Choć tęskniłem za wieloma rzeczami, tak ważnymi jak moja rodzina, tak błahymi jak jedzenie czy stanowczość światła, owego dzikiego słońca o niemal namacalnych promieniach, które od dawna mnie nie ogrzewały, mógłbym dożyć swoich dni w Szwajcarii, gdyby moje życie wyglądało inaczej. Jedynym, co mnie tu trzymało, był mój nauczyciel, niemiecki Żyd, psychiatra, cudem ocalony przed komorą gazową dzięki obywatelstwu, którym teraz właśnie planowałem wzgardzić. Samuel Goldstein zawsze postępował ze mną niczym drugi ojciec. Uratował mi życie, przyjął mnie do swojego domu, traktował jak członka rodziny, żywił, dbał o mnie, prowadził, opiekował się mną, a wszystko to jedynie przez wzgląd na lojalność wobec mojego nieżyjącego ojca, na przyjaźń, którą zadzierzgnęli podczas studenckich czasów w Lipsku. Od trzech lat, ku ubolewaniu nas obu, Samuel Goldstein był również moim teściem.
- Mówiłeś mi już, że jesteście w separacji, ale małżeństwa się rozstają, godzą, wracają do siebie, różnie to bywa... Jeśli wrócisz, klamka zapadnie. Utracisz Rebeccę na zawsze.
Kochałem ogromnie tego człowieka, ale wiedziałem, że jeśli wyjadę, zdejmę zarówno jemu, jak i sobie ciężar z barków. Moje małżeństwo okazało się pułapką, w której oboje skazaliśmy się na dotrzymywanie sobie towarzystwa w spółce po dwakroć zgorzkniałej. Nie poszczęściło się nam, mawiał, nie zagłębiając się w detale. Nie było takiej potrzeby. Jednak tamtej nocy w Wiedniu, kiedy Robles gadał jak najęty, ja też nie tknąłem kolacji. Zanadto zaabsorbowała mnie wizja uchylonych drzwi, światełko, które niewyraźnie rysowało się na horyzoncie.
- A praca? Powiem ci coś, José Luis nie jest taki zły. On przynajmniej odbierał ode mnie telefony, kiedy twój ojciec siedział w więzieniu, i przyszedł do nas po jego śmierci, co oznaczało jak gdyby przyjście na pogrzeb, bo skoro nie pozwolili nam go pochować ani nie powiedzieli, dokąd go zabrali, to... Ale wyobrażam sobie, że zrobił się taki sam jak reszta, bo ty nawet sobie nie wyobrażasz, jak tu się żyje, Germán. Dyktatura obraca w gówno wszystko, czego się tknie, uwierz mi. Poza tym praca w szpitalu psychiatrycznym pod Madrytem, teraz... Przecież masz takie dobre miejsce w tej świetnej klinice, sądzę, że popełniłbyś wielki błąd, naprawdę.
José Luis Robles mieszkał w Hiszpanii, gdzie nie było niczego, gdzie wszystkiego brakowało, ale znał swoją profesję i dobrze wiedział, jak działają sanatoria psychiatryczne. Byłem pewien, że zrobił drobiazgowe rozeznanie i odkrył, że w Klinice Waldau miałem dobre stanowisko. Dobre, ale w sumie nic specjalnego. Moi zwierzchnicy czuli się zbyt ważni, by zajmować się jakąś tam nową terapią, w której działanie nie wierzyli, i właśnie dlatego zaproponowali mi objęcie kierownictwa nad badaniami klinicznymi, które uczyniły ze mnie lepszego psychiatrę, ale także człowieka uzależnionego od poprawy zdrowia swoich pacjentów. Wiedziałem, że po powrocie do Berna moje pole działania w terapii chloropromazyną zostanie na pewno zawężone, i to bardzo. Dzięki mojej pracy jej podstawowe przeznaczenie zostało usankcjonowane, a badania nad zastosowaniami bardziej złożonymi na pewno nie byłyby powierzone mojej pieczy. Wcześniej czy później znów poczułbym się entomologiem, nieco mądrzejszym, niewątpliwie, trochę bardziej skutecznym, ale w dużej mierze podobnie sfrustrowanym co wcześniej. W Hiszpanii za to wszystko było dopiero do zrobienia. A jedynym człowiekiem, który wiedział, jak to zrobić, byłbym ja.
- Ale przede wszystkim, Germán, przysięgnij, że nie wracasz ze względu na mnie. Bo jestem ci z całego serca wdzięczna za pieniądze, które wysyłałeś mi przez te wszystkie lata, ale już ci nieraz mówiłam, że tego nie potrzebuję. Sama sobie doskonale radzę, naprawdę. Twoja siostra mieszka zaraz obok, po drugiej stronie parku, wpada do mnie z dziećmi codziennie po południu, Rafa dobrze zarabia w firmie transportowej... Nie zrozum mnie źle, synku. Dałabym wszystko, żeby cię zobaczyć, naprawdę, ale nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybyś przeze mnie zrujnował sobie życie.
Od piętnastu lat codziennie czułem się winny, że nie rujnuję sobie życia. Od piętnastu lat codziennie rano mierził mnie zapach kawy i co wieczór męczyły wyrzuty sumienia, że kładę się spać najedzony. Prawie co miesiąc dostawałem list z Madrytu, jedną kartkę od mamy, drugą od Rity, na których przepraszały, że nie piszą częściej, ale znaczki są drogie. Na początku przekazywały mi wieści od taty z więzienia. Potem już nie, choć dalej pisały o swoich codziennych sprawach. Ja wstydziłem się opowiadać im o moim życiu. Rano chodzę na uniwersytet, pisałem, wracam do domu coś zjeść, uczę się trochę i o ósmej zaczynam pracę w restauracji... Nigdy im nie napisałem, że w tej spokojnej, wygodnej rutynie one obie zawsze były obecne. Bo ja nie musiałem stać w kolejce przed żadnym więzieniem. Bo płaciłem za znaczek pierwszą lepszą monetą spośród tych, które nosiłem w kieszeni. Bo nie dojadałem na kolację resztek. Bo kiedy potrzebowałem pióra, książki, zeszytu, wystarczyło, że po prostu poszedłem do sklepu i je kupiłem. Bo miałem w nadmiarze tego, czego im brakowało, bo żyłem życiem, którego je pozbawiono, bo uratowałem się, podczas gdy one pogrążały się w przeznaczonej także dla mnie topieli, dźwigały los, który powinien być moim udziałem, wspólnie zmagały się z nieszczęściem, którego ja samotnie nie mogłem poznać.
Nigdy nie mówiłem o tym mamie. Także 21 grudnia 1953 roku, kiedy już naściskaliśmy się, nacałowaliśmy, napatrzyliśmy na siebie do woli, zarazem smutni i szczęśliwi. Nie mogłem jednak udawać, że nie zauważam braku wielu rzeczy. Znikły wszystkie przedmioty przedstawiające jakąś wartość, oprócz pianina. Puste miejsca na ścianach, na półkach, na parapetach zgotowały mi swoiste powitanie, nim rozległ się dzwonek u drzwi. Potem było już łatwiej.
- Co? Zmyła ci głowę?
Wydawało się, że upływ czasu zdeponował w mojej siostrze wszystko to, co zabrał mamie. Nigdy bym nie zgadł, w jaką kobietę się przeistoczy. Stała przede mną zarazem szczuplejsza i grubsza niż w moich wspomnieniach, z idealną ilością tłuszczu rozmieszczoną w godzien podziwu sposób na figurze, która pomimo dwóch porodów wciąż pozostawała figurą mi znaną. Rita nie tylko była bardzo ładna. Emanowała swoistym rodzajem piękna właściwym osobom szczęśliwym. Jej skóra, włosy, zęby lśniły dyskretnym blaskiem, który zdawał się mieć swoje źródło gdzieś wewnątrz i przenikał każdą komórkę ciała. Nie mogłem jej uściskać, póki mama nie wzięła od niej dziecka. Potem tak. Potem długo trzymaliśmy się w objęciach i choć łzy zbierały nam się pod powiekami, żadne z nas się nie rozpłakało.
- Ja tam bardzo się cieszę, Germán, że wróciłeś. Naprawdę bardzo. - Już wypuściliśmy się z objęć, ale przytuliła mnie raz jeszcze. - Bardzo, okropnie, naprawdę. I ona też, choćby mówiła, że nie, bo... - Wzięła mnie pod ramię, prowadząc do salonu. Nagle uniosła głowę. - Co tam ci nagadała? Zgadnij, co ugotowała na kolację, mimo że fatalnie jej to robi na żołądek.
Wziąłem do ust pierwszy kęs i natychmiast uznałem, że nadziewane mięsem papryczki mojej mamy, moje ulubione danie od zawsze i na zawsze, to ostatni powód, którego mi brakowało, by satysfakcja z powrotu się dopełniła. Okazało się jednak, że się myliłem.
Istniał jeszcze jeden powód, dla którego opłacało mi się wrócić do Hiszpanii, choć miało upłynąć trochę czasu, nim go odkryłem.
Dziewiątego czerwca 1933 roku o wpół do dziesiątej rano ktoś zadzwonił do gabinetu mojego ojca.
Tamtego dnia tata nie szedł na uniwersytet, a ja do szkoły. Nasze zajęcia skończyły się niemal jednocześnie, ale od moich wakacji dzieliła mnie jeszcze poważna przeszkoda. Musiałem się przygotować do egzaminu końcowego z francuskiego, przedmiotu, który był zmorą mojego dzieciństwa, a teraz mógł z powodzeniem zatruć mi lata młodzieńcze. Głoski nosowe znajdowały się znacznie poza zakresem moich możliwości fonetycznych, nie byłem w stanie pojąć kapryśnego użycia niektórych partykuł, całkiem zbędnych w moim odczuciu, a i tak nie to stanowiło największy problem. Sytuację najbardziej pogarszał fakt, że mama nigdy nie dawała za wygraną. Wciąż zaglądała mi przez ramię, tu źle napisałeś, znów się pomyliłeś, czy to możliwe, że nadal nie umiesz utworzyć czasu przeszłego dokonanego? Jej słowa nudziły mnie bardziej niż podręcznik i przerażały mocniej niż oblany egzamin. Znałem tylko jeden sposób, by uniknąć tego przytłaczającego nadzoru. Kiedy ojciec musiał przygotować zajęcia, poprawić egzaminy lub przyjąć jakiegoś pacjenta, z którym nie mógł się umówić gdzie indziej, zamiast do swojego gabinetu na uniwersytecie udawał się do małego mieszkania, które wynajął na parterze, a ja szybko biegłem za nim. W gabinecie łatwiej mi się skupić, mamo. Na dole jest ciszej i nie tak gorąco, mówiłem latem, i jest cieplutko, zapewniałem zimą. Ona nie wierzyła ani w jedno, ani w drugie, ale tata lubił, gdy dotrzymywałem mu towarzystwa, nawet jeżeli zamykał się w gabinecie, kiedy ja udawałem, że uczę się francuskiego przy stole w kuchni, która nie była używana do innych celów. Tamtego ranka zdążyłem właśnie rozłożyć tam moją stałą dekorację: podręczniki, zeszyty, ołówki, kałamarz i pióro, gdy usłyszałem dzwonek. Germán, idź otworzyć, to pewnie Eloy z hydraulikiem!, krzyknął tata, nie wstając z krzesła, sprawdzają coś tam w rurach... Ale to nie był mąż Margarity. I nie przyszedł oglądać rur.
Moja pamięć na zawsze już podzieliła ów poranek na dwie przeciwstawne części przecięte dźwiękiem dzwonka. Nim się rozległ, scenę wypełniało światło, promienie jeszcze młodego, lecz już ambitnego słońca przenikały do przedpokoju przez przeszklone drzwi gabinetu, wręcz czuję ich ciepło na skórze. Wtedy otworzyłem drzwi. Nie mogłem, rzecz jasna, poczuć mroźnego powiewu, ale tak to się utrwaliło w moim wspomnieniu. Pamiętam też niemożliwą mgłę, jakiś szarawy poblask przenikający przez szyby fantasmagorycznie pozbawione koloru. Nie mogło tak to wyglądać, ale coś z tego musiało tam zajść, kiedy moim oczom ukazała się ta dziwna para.
Jakiś czas wcześniej mąż Lucili, rzeźniczki z targu Vallehermoso, uciekł ze swoją sprzedawczynią. Pewnego poranka, po powrocie z zakupów, mama powiedziała, że biedaczka obsługuje z zapuchniętymi od płaczu oczami i zdruzgotaną twarzą. To zdanie bardzo mnie zaintrygowało. Zapytałem, jak ktoś może mieć zdruzgotaną twarz, ale nikt nie zadał sobie trudu, by mi to wyjaśnić. Dziewiątego czerwca 1933 roku zrozumiałem to, patrząc w twarz mężczyzny nieco starszego od mojego ojca, jego opadłą żuchwę, oddzieloną od reszty ust, oczy tak szeroko rozwarte, jakby zobaczył ducha. Na jego przykładzie pojąłem też inne rzeczy. Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo bladego jak wosk ani kropel potu tak grubych, tak idealnie okrągłych jak te, które otarł, nim się ze mną przywitał. Przejechał chusteczką po twarzy, zmieniając ją w białawą wilgotną maskę, podobną obliczom posągów przed kościołem w deszczowy dzień. Wyglądał jak przybysz z zaświatów, duch kogoś, kto wiele wycierpiał, ale i tak nie przerażał tak bardzo jak towarzysząca mu kobieta.
Na pierwszy rzut oka nie było w niej nic niezwykłego. Nie okazywała niepokoju czy bólu, a jednak wyglądała osobliwie. Miała oblicze rzymskiego generała, dumnie uniesiony podbródek, który ciągnął jej twarz ku górze, lecz nie równoważył długiego haczykowatego nosa, dokładnie takiego samego jak ten, który w dzieciństwie rysowałem wiedźmom. Jej wargi były tak wąskie, że ledwo widoczne, lecz ciemne, lekko zezujące oczy patrzyły, jakby zamierzały przewiercić mnie na wylot. Miała na sobie ubranie dobrej jakości, na głowie toczek z ciemnej tkaniny, który za kilka godzin musiał okazać się stanowczo za ciepły, sznur pereł na szyi, złote kolczyki w uszach, zbyt dużo biżuterii jak na poranną wizytę u psychiatry. Spokój kobiety kontrastował z nerwowością jej towarzysza, ale jej głos, chłopcze, co tak stoisz? idź zawiadom pana doktora, no już, zabrzmiał tak surowo i szorstko, że sprowokował do reakcji mężczyznę, który poprosił mnie, dużo grzeczniej, żebym był tak miły i zaanonsował ich ojcu.
Tato! Tato! Pobiegłem do gabinetu i bez pukania otworzyłem drzwi. Tato, to nie Eloy, masz gości. Jakiś zwykły pan i dziwna pani... Kilka godzin później, kiedy już wszystko wróciło do normy, pogratulował mi tej oceny. Masz oko diagnosty, Germán, powiedział, naprawdę nikt nie mógłby opisać ich lepiej. Po tym, co zobaczyłem i usłyszałem tego ranka, przyjąłem tę pochwałę z dumą. Zawsze chciałem być lotnikiem, ale właśnie podjąłem decyzję, że będę studiował to samo co mój ojciec, nawet jeśli on przeraził się nie mniej ode mnie na widok swoich gości.
Juan, do?a Aurora, co za miła niespodzianka! Gdy podszedł do nich, zrozumiał, że wybrał niewłaściwą formułę powitania, i uśmiech zniknął mu z ust. Co mogę dla was zrobić? Mężczyzna wskazał mnie skinieniem głowy, nie mamy zbyt wiele czasu, Andrés, lepiej chodźmy do twojego gabinetu. Ojciec nawet na mnie nie spojrzał, kiedy prowadziłem ich przez przedpokój, ale naciskając klamkę, obrócił się, stwierdził, że idę za nimi, i powiedział, żebym poszedł się uczyć. Nie zrobiłem tego. Jego gabinet łączył się z innym pokojem poprzez dwuskrzydłowe drzwi, które były uchylone. Zsunąłem buty, by nie robić hałasu, stanąłem za zamkniętym skrzydłem drzwi i stamtąd mogłem bez przeszkód obserwować dwa krzesła ustawione naprzeciw biurka w gabinecie ojca. Ani on, ani jego goście nie odkryli mnie, kiedy stałem się milczącym świadkiem sceny rodem z koszmaru.
Posłuchaj, Andrés, mężczyzna mówił rwącym się, głuchym głosem, przyszliśmy, bo dziś rano, niewiele ponad godzinę temu, do?a Aurora zabiła swoją córkę. Tak wszystko się zaczęło. Nie mogłem widzieć twarzy ojca, ale usłyszałem jego głos, w którym pobrzmiewało ledwo słyszalne drżenie. Co takiego? Nie rozumiem... Mężczyzna, który miał na imię Juan, wyciągnął z kieszeni marynarki jakiś przedmiot owinięty w chusteczkę, rozpakował, by jego rozmówca mógł go zobaczyć, rozluźnił węzeł krawata i odchrząknął, bezskutecznie próbując oczyścić głos. Oddała cztery strzały w głowę Hildegart z tego pistoletu. Potem przyszła do mojego gabinetu i przekazała mi broń. Co takiego?, zapytał znów ojciec, a w odpowiedzi usłyszał jedynie cmoknięcie kobiety, która zaczynała się niecierpliwić. Zrobiła to pani, do?o Auroro? Jasne, że zrobiłam, potwierdziła i zarzuciła nogę na nogę. Doprawdy, nie wiem, co was tak zdumiewa, nie ma w tym nic szczególnego... Słuchałem z fascynacją tego stanowczego głosu, mocnego, pewnego siebie, w tym samym tonie, jakim przyjaciółka mojej matki lub ona sama mogłyby komentować fakt, że podniosły się czynsze, lub roztrząsać, na którą partię zagłosują. Hildegart była moim dziełem, wyjaśniła do?a Aurora, i nie udała mi się. Za późno to zrozumiałam, ale teraz jestem pewna. Wszystkie moje starania poszły na marne, a potem... Zrobiłam to, co zrobiłby artysta, który pojął, że popełnił błąd - zniszczyłam swoje dzieło, by zacząć od początku. Na tym etapie mój ojciec otrząsnął się już z szoku na tyle, by zadać kilka ostrożnych pytań. Nie sądzi pani, że Hildegart była niezależnym bytem? Czy nie była kompletną osobą pani zdaniem? Była osobą, przyznała, była nią, bo ja sobie tego życzyłam, ale na pewno nie kompletną. Nie mogła być, gdyż to ja ją ukształtowałam, tchnęłam w nią własnego ducha. Ducha? Ojciec znów łagodnie przerwał. Niech pani wybaczy, do?o Auroro, ale nie wiem zbyt dobrze, co pani przez to rozumie. Dusza bardziej się panu podoba?, zaproponowała, wydając ustami nieokreślony odgłos, coś pomiędzy śmiechem a prychnięciem. No to dusza, niech będzie dusza. I niech pan nie myśli, że mi to umknęło. Dziś rano, w chwili jej śmierci... W tym momencie pochyliła się do przodu, otworzyła dłonie w powietrzu, po raz pierwszy pozwoliła sobie okazać coś w rodzaju emocji. Dokładnie w tej samej sekundzie, gdy dokonała żywota, dusza, którą jej dałam, uleciała z jej ciała i powróciła do mnie. Złożyła na spódnicy dłoń, którą przed chwilą oparła na piersi, i przyjęła obojętną postawę, którą zachowywała wcześniej. Teraz znów mam w posiadaniu całą moją duszę. I dlatego ją pani zabiła? Nie widziałem ojca, ale usłyszałem szybkie, nieprzerwane drapanie jego pióra po papierze. Zabiła ją pani, by odzyskać duszę, której jej użyczyła? Nie. Zabiłam ją, ponieważ moja córka była dobra, była uduchowiona i zasługiwała na to, by się wznieść, by szybować. W tym podłym świecie moi wrogowie sprostytuowaliby ją, a na to nie mogłam pozwolić. Pani wrogowie? Kim są pani...? Wybacz mi, Andrés.
Mężczyzna, który był z ojcem na ty, podniósł rękę i przerwał dialog, w którym niemal nie brał udziału. Rozumiem, że to dla ciebie bardzo interesujące, zauważyłem, że już odzyskał głos, kolory wracały powoli na jego twarz, ale jak ci wcześniej mówiłem, nie mamy zbyt wiele czasu. Do?a Aurora poprosiła mnie, żebym zajął się jej sprawą, żebym został jej obrońcą. Zgodziłem się, ale pierwsze, co musi zrobić, to oddać się w ręce policji. Dlatego przyszliśmy do ciebie, żeby poprosić cię o fachową opinię, zanim pójdziemy do sądu. Z początku poradziłem jej, by zeznała, że działała w afekcie, pod wpływem niemożliwego do powściągnięcia impulsu, ale potem zacząłem się nad tym zastanawiać i... Oskarżenie zwróci się o opinię do biegłego, to pewne. My poprosimy o opinię innego i dlatego zanim postanowimy, co robić, chciałbym wiedzieć, co o tym sądzisz, bo jeśli się zgodzisz, będziesz moim biegłym. Ojciec milczał przez chwilę. Czy tak właśnie było, do?o Auroro?, zapytał w końcu, poczuła pani nagle niepohamowaną potrzebę, by zabić córkę? Nie, odparła z tą samą zdumiewającą pewnością siebie, z jaką wyznała zbrodnię. Powzięłam tę decyzję już kilka dni wcześniej. Nie mogłam postąpić inaczej, ta sytuacja stała się nie do wytrzymania, rozumie pan? Oni ją przekonali, moi wrogowie polecili jej, by oddaliła się ode mnie... Do tego momentu wydawała mi się dziwną osobą i pospolitą morderczynią, ale wtedy zrozumiałem, że jest coś jeszcze. Oni są bardzo potężni, podekscytowała się nagle, głos jej nabrzmiał gniewem do tego stopnia, że z trudem rozumiałem, co mówi, oni, agenci międzynarodowych potęg, odsunęli Hilde ode mnie. W dziwny sposób kołysała się na krześle, zaciśnięte pięści trzymała razem i poruszała nimi w tym samym nieregularnym rytmie, w którym jej korpus pochylał się w lewo, prostował i znów pochylał, wciąż w tę samą stronę. Jej ciało ich nie interesowało, oczywiście, oni chcieli zawładnąć jej duszą, sprostytuować jej ducha, widziałam, na co się zanosi. Hilde powiedziała mi, że mnie zostawia, że zamieszka u sąsiadki, ale ja znałam prawdę, wiedziałam, że odchodzi do nich, by wspólnie z nimi konspirować przeciwko mnie, czy nie rozumiecie? Tak, do?o Auroro, tak, ja panią rozumiem... Głos mojego ojca ją uspokoił. To wszystko ich wina, zapewnił łagodnie. No właśnie, morderczyni skinęła głową kilkukrotnie, wreszcie jakiś człowiek na poziomie, i skierowała pełne wyrzutu, bardzo niemiłe spojrzenie na swojego towarzysza, inteligentnego mężczyznę. Sądzę, że to byłby błąd, Juan, stwierdził mój ojciec, kiedy kobieta poprawiała sobie zakładki na spódnicy, aż ułożyły się idealnie prosto, lepiej będzie, jeśli powie prawdę. Ale wtedy oskarżą ją o zbrodnię z premedytacją, zakwestionował adwokat, a to spowoduje dużo surowszy wyrok. Wiem, ale... Sam powiedziałeś, będą biegli. Jeśli podtrzyma tę samą wersję, wyjdzie jej to na dobre, uwierz mi. Chyba pan nie sugeruje, że jestem wariatką, co? Aż do tego momentu nie rozumiałem za bardzo, o co spierają się dwaj przyjaciele, ale przenikliwość do?i Aurory mi to zdradziła. Nie, znów wyczułem ostrożność w głosie ojca, wcale nie mówię, że jest pani szalona. Mówię jedynie, że zapewne będzie dla pani lepiej, jeśli sąd tak będzie myślał. Nie ma mowy, słyszy pan? Wstała z krzesła i zaczęła chodzić po pokoju wielkimi krokami, przez co jeszcze bardziej upodobniła się do rzymskiego generała. Na to w żadnym razie panu nie pozwolę, zatrzymała się, obróciła do ojca, wymierzyła weń palcem, w żadnym razie, ani panu, ani nikomu innemu. Czy wy naprawdę nie rozumiecie? Opuściła moje pole widzenia lewą stroną i zaraz pojawiła się w nim ponownie. Czy ktoś może pomyśleć, że postradałam zmysły?, krzyknęła, kierując wzrok na drzwi, za którymi się ukrywałem. Zrobiłam to, co musiałam zrobić, zachowałam się, jak przystoi matce, skarciła swojego adwokata. Co wy sobie myślicie, że nie kochałam swojej córki? Zabiłam ją, by ją uratować, w końcu oparła ręce o biurko ojca, podniosła głowę ku niemu, niech to wreszcie do was dotrze. Ja ją stworzyłam i ja ją zniszczyłam, to był mój przywilej, moje prawo... Ooo! Ten okrzyk zapoczątkował nowy etap, nieoczekiwaną transformację, równie radykalną jak najbardziej absurdalny zwrot w męczącym koszmarze. A ty? Co ty tu robisz?
Moja kotka się obudziła. Wyszła z domu, zbiegła za mną po schodach do kuchni, gdzie zasnęła w swoim ulubionym miejscu, na starej poduszce, którą położyłem dla niej kiedyś w kącie, na palniku nieużywanego pieca. Lubiłem patrzeć, jak śpi, kiedy się uczyłem lub udawałem, że to robię, ale już dłuższą chwilę temu całkiem o niej zapomniałem. Ona tymczasem obudziła się i postanowiła mnie znaleźć, otarła się kilka razy o moje kostki, a potem uznała za bardziej godne uwagi to, co działo się w gabinecie. Choć wcisnęła się przez uchylone drzwi bezszelestnie, swoim pojawieniem się wywarła spektakularny efekt, nie tyle z własnej woli, co wskutek reakcji kobiety, która zapomniała, że zamordowała własną córkę, i wzięła kotkę w ramiona, pozwoliła polizać się po szyi i dekolcie, przemawiając do niej nader czule i słodko. Jesteś śliczniutki, wiesz? Jesteś piękny. Wreszcie wyprostowała ręce i odsunęła zwierzę od siebie, by sprawdzić jego płeć. Śliczniutka, wybacz, jesteś śliczniutka, tak? Obróciła się ku ojcu z radosną miną i twarzą innej kobiety, zupełnie różnej od tej, która przed chwilą krzyczała. To pana kotka? Należy do mojego syna Germána, który otworzył państwu drzwi. A jak się wabi? Greti, nazywa się Greti. Jak Garbo? Nie, to nie dlatego. Wybraliśmy to imię, bo czytane wspak oznacza tygrysa - tigre, a ponieważ jest w prążki... Ach, świetnie! Więc masz bardzo ładne imię, Greti, gładziła ją po grzbiecie, naprawdę bardzo ładne, drapała pod bródką, jak gdyby wiedziała, że to lubi najbardziej, sprawdzimy, co tam słychać, i zaniosła ją na ręku na balkon, może zobaczymy jakiegoś ptaszka... To by ci się podobało, co, łobuzico? Adwokat przyglądał się temu szeroko rozwartymi oczami, ze strapioną miną, w konsternacji tak wielkiej, jak gdyby już zrezygnował z prób pojęcia wszystkiego, co się zdarzyło przez ostatnie dwie godziny. Widzisz teraz?, ojciec zwrócił się do niego tonem niemal pogodnym, posłuchaj mojej rady, Juan. Spotkamy się wieczorem i wszystko ci wyjaśnię. Musi mi pan coś obiecać, doktorze, nowa wielbicielka mojej kotki odezwała się do niego, jakby przypomniała sobie coś nader ważnego. Niech mi pan obieca, że wysterylizuje pan to zwierzątko. Jeszcze jest na to za młoda, ale za dwa, trzy miesiące... W tym momencie Greti wyrwała się z jej objęć i wybiegła z pokoju, jakby zrozumiała, o czym mowa, musi pan ją wysterylizować, biedactwo, koty w mieście... Musimy już iść, do?o Auroro. Adwokat wstał i podszedł do niej. Jeśli pan jej nie wysterylizuje, kiedy dostanie rui, ucieknie, nie będzie umiała wrócić, przejedzie ją auto albo tramwaj, a jeśli nie - zajdzie w ciążę z jakimś ulicznym kocurem... Do?o Auroro, robi się późno. A kto wie, jakie choroby przenoszą te koty, dlatego mówię panu, żeby... Zamilkła. Spojrzała na adwokata. Potem na mojego ojca. Rozejrzała się wokół, jak gdyby nie wiedziała, co robi w tym gabinecie. Na koniec podeszła do krzesła, na którym wcześniej siedziała, wzięła torebkę i przewiesiła przez ramię. Tak, tak, chodźmy, powiedziała do swojego towarzysza i w milczeniu wyszli z gabinetu. Ojciec odprowadził ich do drzwi, a ja skorzystałem z okazji, by wrócić do kuchni, jak najciszej umiałem, ale on natychmiast tam przyszedł. Oparł się o ścianę, skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na mnie uważnie. Kiedy podniosłem wzrok znad zeszytu, po jego wargach przemknął cień uśmiechu. Czy nie powiedziałem ci, żebyś poszedł do kuchni się uczyć?
Wizyta Aurory Rodríguez Carballeiry w gabinecie doktora Velázqueza miała się stać jednym z przełomowych momentów mojego życia, choć tamtego ranka nie umiałem jeszcze oszacować jej efektów. Wiem, wiem, że kazałeś mi się uczyć, przyznałem, ale od kiedy otworzyłem drzwi, wszystko było takie dziwne, że nie umiałem się powstrzymać, chciałem dowiedzieć się więcej... Zerknąłem na tatę, szukając oznak gniewu w jego twarzy, ale nie znalazłem ich, więc dokończyłem szczerze, myślałem, że mnie nie widziałeś. Rzeczywiście nie przyłapałem cię, wreszcie się uśmiechnął, podszedł do stołu, przyłapałem Greti. Zobaczyłem, że wychyla pyszczek, cofa się, chodzi w kółko, zanim wejdzie... Koty nie ocierają się o powietrze.
Tamtego dnia, choć skończyłem właśnie trzynaście lat, ojciec przestał traktować mnie jak dziecko. Słuchaj, tato, mogę cię o coś spytać? Bo ta pani mówi tak dobrze i wygląda tak normalnie... Nie aż tak bardzo, przerwał mi, kiedy ją zobaczyłeś, wydała ci się dziwna. Tak, przyznałem, to prawda, ale potem, kiedy usłyszałem, jak mówi... To nie znaczy, że nie jest dziwna, ale nie wszyscy dziwacy są wariatami. Wiele lat później, kiedy już wiedziałem, że nigdy nie będę mógł go o to zapytać, zrozumiałem, że Andrésowi Velázquezowi spodobała się moja inicjatywa, zainteresowanie, które skłoniło mnie do nieposłuszeństwa, fakt, że miałem odwagę ukryć się za drzwiami. Tamtego ranka nie tylko się nie rozgniewał, lecz rozmawiał ze mną jak z dorosłym. Nie poddał cenzurze żadnego z moich pytań, nie wykręcił się od żadnej odpowiedzi. Tym sposobem odkryłem, że jego uczniowie mieli rację, i poznałem doskonałego profesora Wydziału Psychiatrii na Uniwersytecie Centralnym w Madrycie, mojego ojca.
Owego ranka w kuchni, której nie używano do gotowania, przeprowadził moją inicjację w specjalności, którą w przyszłości mieliśmy dzielić. Zaczął od podstaw, nie nazywaj ich wariatami, bo to chorzy ludzie. Choć choroby psychiczne mogą ich doprowadzać do popełniania zbrodni równie straszliwych jak ta, są dolegliwościami fizycznymi, podobnie jak przypadłości somatyczne. Ale choroby ciała można wyleczyć, zakwestionowałem, a wariatów, to znaczy chorych na głowę, się nie da... Oni nigdy nie wyzdrowieją. A może jednak tak, zaoponował, mam nadzieję, że jeszcze nadejdzie dzień, kiedy będziemy mogli ich leczyć, i mówił dalej, przeplatając to, co wiedział, tym, co jedynie przeczuwał, już odkryliśmy, że w wielu przypadkach przyczyna tego, co nazywamy szaleństwem, jest fizyczna, choć jeszcze nie rozumiemy, czego tak naprawdę brakuje lub czego jest w nadmiarze w organizmach tych osób... Zrobił obszerną dygresję, wyjaśnił mi, czemu wybrał tę specjalizację, opowiedział o swoich hiszpańskich i niemieckich nauczycielach, o rzeczach, które on teraz wiedział, a których oni nie mogli go nauczyć, kiedy chodził na ich wykłady, o nieustannym rozwoju wiedzy na temat ludzkiego umysłu, o przeczuciu, że decydujący przełom jest już blisko. W takim razie warto, żebym został psychiatrą, tak?, zapytałem, jeśli już tak niewiele brakuje... Moje kalkulacje rozbawiły go, ale natychmiast odzyskał powagę. Warto, pod warunkiem że właśnie tego pragniesz, że naprawdę cię to interesuje. Nigdy nie będziesz robił dobrze czegoś, czego nie chcesz robić.
To było najważniejsze, czego ojciec nauczył mnie w dniu, kiedy postanowiłem zostać psychiatrą. Mimo to, gdy weszliśmy razem do domu i zastaliśmy mamę przyklejoną do radia, znacznie większe wrażenie zrobiła na mnie jego diagnoza do?i Aurory. Zbyt krótko z nią rozmawiałem, powiedział mi, więc nie jestem całkiem pewien, ale powiedziałbym, że to paranoiczka w czystej postaci. Paranoja to tajemnicza przypadłość, bo nie zaburza sprawności umysłowej. Paranoicy poruszają się, mówią, a nawet rozumują jak osoby zdrowe, choć nie opierają się na tych samych przesłankach, bo choroba poważnie zniekształca ich postrzeganie rzeczywistości... W tym momencie przypomniało mu się, że rozmawia z dzieckiem, i zrozumiał, że zapędził się za daleko. Chciałem powiedzieć, że prowadzą życie na pozór normalne. Mogą mieszkać sami, dbać o siebie, zarządzać swoimi pieniędzmi, wchodzić w relacje z innymi ludźmi, założyć rodzinę, mieć dzieci... W czynnościach dnia codziennego nie różnią się od osób zdrowych, rozumiesz? Nie tylko go rozumiałem. Słuchając go, porównywałem w myślach wszystkie jego uwagi ze wspomnieniem kobiety, która właśnie opuściła jego gabinet, i jej tajemnica wydawała mi się coraz bardziej fascynująca. Ale poza tym, podsumował, do?a Aurora to osoba szczególna. Jest bardzo inteligentna, świetnie wykształcona, umie trafnie wyrażać swoje myśli. Ma na swoim koncie wiele publicznych wystąpień, posługuje się bogatym słownictwem i świetnie operuje pojęciami abstrakcyjnymi, znów ściszył głos, złożonymi koncepcjami, trudnymi do zrozumienia. Dlatego zbiła cię z tropu.
Nie do wiary, mama nawet nie ściszyła radia, kiedy weszliśmy, nie mogę w to uwierzyć, kobieta taka jak ona, która pisze artykuły, wygłasza wykłady, która tyle wie na różne tematy... Patrzyła na nas, jakby nie rozumiała, co robimy w naszym własnym domu, jej twarz stężała w absolutnym zdumieniu, to nie do uwierzenia, nie pojmuję... Siadając koło niej, ja wierzyłem już we wszystko. Nauczyłem się, że istnieją paranoicy głupi i paranoicy inteligentni, błyskotliwi i przeciętni, ale wszystkich prześladują manie. Ojciec opisał mi ich objawy w prostszych słowach, ale zrozumiałem go tak dobrze, że gdy się dowiedziałem, iż do charakterystycznych przejawów choroby zalicza się megalomania, powiedziałem coś, co mu zaimponowało. A skąd wiecie, że mania wielkości poprzedza manię prześladowczą?, zapytałem. Możliwe, że najpierw czują się prześladowani, a potem przychodzi im do głowy, że skoro tak bardzo ktoś ich ściga, to pewnie są bardzo ważni. Chcę powiedzieć, że nie chodzi o to, iż uważają się za Napoleona, i dlatego są ścigani, tylko że... Tak, tak, rozumiem, co masz na myśli, odpowiedział. I masz rację, pokiwał głową, by podkreślić te słowa, ja też się nad tym nieraz zastanawiałem, ale tak naprawdę nie wiemy tego. Moja mama nie wiedziała, że Aurora Rodríguez Carballeira przyszła do gabinetu półtorej godziny po zamordowaniu swojej córki. Gdy o tym usłyszała, przestraszyła się tak bardzo, jakbyśmy wystawili się z tatą na wielkie niebezpieczeństwo.
Tylko mi nie mów, że będziesz jej bronił... Ja?, ojciec zaśmiał się wymuszenie, jakby przeczuwał, że nie zdoła jej przekonać, jak miałbym jej bronić, skoro nie jestem adwokatem? Czy nie mówiłem ci, że przyszła z Juanem Botellą? To on będzie jej obrońcą. Przyprowadził ją do mnie, bo chce, żebym został biegłym w tej sprawie, i zgodziłem się, oczywiście, bo... Zgodziłeś się?, mama poderwała się z fotela, a tata uniósł obie ręce, próbując uspokoić ją tym gestem. Posłuchaj, Caridad, chwycił ją łagodnie za ramiona, żyjemy w cywilizowanym kraju, tak? wszyscy przestępcy mają prawo do obrony... Ona znów usiadła, a on dalej mówił, starając się być jak najbardziej przekonującym, Juan jest adwokatem, znają się od wielu lat, co twoim zdaniem ten biedak miał począć? A dla mnie to niesamowicie interesujący przypadek, prawdę mówiąc, człowiek nie trafia na takie sprawy codziennie... Tak, niesamowicie interesujący, żona posłała mu kpiący uśmiech, proszę, proszę, co ty powiesz... Potem jednak się zamyśliła. Dobrze, słuchaj, rób, jak uważasz, ale nic mi nie opowiadaj, dobrze? bo już ja cię znam. Teraz tylko brakuje, żebyś ją polubił, bo oczywiście absolutnie wcale nie interesują cię zabójcy... Ojciec położył prawą dłoń na sercu, obiecuję ci, że będę się opierał z całych swoich sił. Ona również próbowała mu się oprzeć, ale wreszcie uśmiechnęła się, słysząc komicznie uroczysty ton męża. Idę na uczelnię, muszę się spotkać z kilkoma osobami, sprawdzić parę rzeczy... Nie czekajcie na mnie z obiadem.
Mama też nie zjadła w domu tamtego dnia. Po chwili wstała i oświadczyła, że idzie do swojej przyjaciółki Matilde. Pewnie biedaczka jest załamana, zaryzykowała przypuszczenie, była bliską znajomą ich obu, matki i córki... Co za koszmar!, i dalej rozmawiała ze mną, lub ze swoim odbiciem, gdy wkładała kapelusz przed lustrem w przedpokoju, taka wspaniała dziewczyna, taka inteligentna, cudowne dziecko, matka była z niej taka dumna... Wyszła, a ja znów włączyłem radio i słuchałem wiadomości o zbrodni, dopóki Herminia nie zawołała mnie na obiad. Potem powiedziałem jej, że nie chcę deseru, wstałem i już w drzwiach kuchni rzuciłem, idę do szkoły, muszę się uczyć francuskiego, a w bibliotece łatwiej mi się skupić... Kłamstwo!, zdemaskowała mnie moja siostra Rita z buzią pełną natillas, nie znosisz francuza, wszystko powiem. A co ty tam wiesz, dziecinko?, przez chwilę rozważałem możliwość wdania się z nią w kłótnię, ale zrezygnowałem, bo pokrzyżowałoby mi to plany. Na razie, Herminia. A ty donoś, komu chcesz, to była jedyna skuteczna metoda, by unieszkodliwić moją siostrę, wszystko mi jedno.
Hildegart widziałem raz w życiu, chociaż uświadomiłem to sobie dopiero wtedy, gdy mama przypomniała mi, że spotkaliśmy się kiedyś przed wejściem do Ateneo. To było rok wcześniej, w grudniu, poszliśmy do centrum kupić turróna, tylko mi nie mów, że nie pamiętasz... W końcu wydobyłem z pamięci mgliste wspomnienie dziewczyny, której w tamtym momencie nie poświęciłem zbyt wiele uwagi, ale która nie bardzo pasowała do opisów, jakie nazajutrz po zbrodni pojawiły się we wszystkich gazetach. Hildegart Rodríguez nie była tak brzydka jak jej ojciec, ale moim zdaniem nie należała też do szczególnie urodziwych. Miała twarz okrągłą jak bochen chleba, podwójny podbródek rzucający cień na dekolt, grube brwi i przysadzistą sylwetkę matrony, kontrastującą z lokami przewiązanymi gładką wstążką, które okalały jej twarz. Na to zwróciłem największą uwagę, bo wydało mi się, że ta fryzura nie pasuje do tak przemądrzałej pani.
Kiedy ją poznałem, nie wiedziałem, że ma szesnaście lat, a odkrycie tego faktu wprawiło mnie w ogromne zdumienie. Nie zainteresowało mnie nic z tego, o czym mówiła, ale zarazem, chcąc nie chcąc, musiałem wysłuchać dyskusji, w którą wciągnęła moją rodzicielkę, chociaż cały czas dyskretnie, lecz bezskutecznie pociągałem tę ostatnią za rękaw. W dniu śmierci dziewczyny mama opowiedziała mi, że Hildegart próbowała ją namówić, by przekonała męża do przyłączenia się do Ligi na rzecz Reformy Seksualnej, międzynarodowej organizacji eugenicznej, której hiszpańską sekcję stworzyły między innymi ona i do?a Aurora, a do której mój ojciec nigdy nie chciał się zapisać, choć wiele osób próbowało go do tego nakłonić. A kimże ja jestem, by decydować, kto ma prawo żyć, a kto powinien umrzeć? On sam wyjaśnił mi swoje motywy tamtego lata. Jakie prawo może mieć ktokolwiek, żeby zabronić drugiemu człowiekowi wziąć ślub i spłodzić dzieci, tylko dlatego, że tamten jest niski, brzydki lub obciążony chorobą dziedziczną albo ma czarną skórę? Wiem, że jest wielu zwolenników eugeniki działających w dobrej wierze, którzy chcą jedynie zapewnić ludzkości lepszą przyszłość, wiem dobrze, mam pośród nich kilku przyjaciół, ale jest też wielu ludzi myślących podobnie jak ja. Cel nigdy nie uświęca środków, a kto czuje się w prawie decydować o życiu innych ludzi, równie dobrze może zapragnąć decydować o wszystkim.
Tamtego wieczoru przed wejściem do Ateneo mama nie przywołała tych argumentów. Ograniczyła się do wymijających odpowiedzi wobec nalegania tamtej pani operującej niezrozumiałymi dla mnie pojęciami w przemowie, z której ledwie zdołałem zrozumieć spójniki i przyimki, bo z użytych przez nią rzeczowników znałem nie więcej niż połowę. Potem wyjaśniła mi, że ta dziewczyna była nadzwyczajną osobą, cudownym dzieckiem, które nauczyło się czytać i pisać niemal w kołysce. Hildegart otrzymała dyplom maszynistki jako czterolatka, a w moim wieku już wygłaszała prelekcje, pisała artykuły, a nawet książki, później studiowała na uniwersytecie, wygłaszała wykłady i była liderką dla wielu młodych ludzi. Wszystko to i więcej jeszcze zdążyła zrobić, zanim matka ją zamordowała. A jednak leżąc w trumnie, Hildegart Rodríguez Carballeira wyglądała dokładnie na tę, którą była w istocie - młodą dziewczynę, niemal nastolatkę.
Dziewiątego czerwca 1933 roku wyszedłem z domu po obiedzie z teczką w ręku. Miałem w niej książkę do francuskiego, której nie otworzyłem już tego wieczoru. Przez całą drogę obawiałem się, że nie pozwolą mi wejść do Círculo Federal. Nigdy wcześniej tam nie byłem, nie znałem nikogo z partii, ale na Puerta del Sol wchłonął mnie niejednorodny tłum podążający w tym samym kierunku, który i ja zamierzałem obrać. Były tam osoby w najróżniejszym wieku, wiele kobiet, wielu młodych ludzi, nawet małe dzieci, za to bardzo niewiele bólu. Pomyślałem, że madrytczykami spieszącymi na czuwanie przy zwłokach swojej przedwcześnie zmarłej krajanki powodowały motywy podobne do owej chorobliwej ciekawości, która i mnie tam pchała, nawet jeśli sam przed sobą próbowałem się usprawiedliwić, argumentując, że przecież byłem świadkiem wyznania jej morderczyni, a oni nie. Odczekałem niemal godzinę, nim udało mi się dotrzeć do katafalku, i tam także nie dojrzałem ani śladu łez w oczach czy smutku na twarzach młodych aktywistów Partii Federalnej, którzy wartowali w głębi. Hildegart przeszła do ich partii dopiero ostatnio, a przecież w PSOE5, gdzie działała przez cztery lata, również bardzo jej nie opłakiwano. Stojąc w kolejce, czytałem gazetę. Pisali tam, że gdy wydalono ją z partii, wydała książkę Czy Marks się pomylił? Tego socjaliści nie umieli jej wybaczyć.
Gdyby ujrzeli ją moimi oczami, wybaczyliby jej wszystko. Jej widok w trumnie, ciało pokryte czerwonymi i białymi kwiatami, w barwach Partii Federalnej, zamknięte oczy, ziejące dziury od kul na twarzy, pomimo ciemnej pasty, którą je wypełniono, nie próbując zamaskować, był tak wzruszający, że aż zawstydziłem się własnego wspomnienia, w którym pojawiała się jako dziewczyna gruba i przemądrzała, raczej antypatyczna. Chętnie przyglądałbym się jej dłużej, nauczył się lepiej tej twarzy, ale za mną tłoczyli się kolejni ludzie, a towarzysze partyjni zmarłej nie pozwolili, bym przyłączył się do nich. Być może dlatego postanowiłem, że następnego dnia pójdę na pogrzeb, co okazało się łatwiejsze, niż się spodziewałem, nie musiałem nawet kłamać. Ojciec wyszedł z domu bardzo wcześnie. Kiedy zadzwonił przed południem, uprzedzając, że nie przyjdzie na obiad, mama zapytała go, czy chce z nią pójść po południu do Círculo Federal, żeby pożegnać Hildegart. On powiedział, że nie będzie mógł, a wtedy ja zaofiarowałem się za niego i nieoczekiwanie zostałem przyjęty do niewielkiego konduktu złożonego ze zszokowanych kobiet, które gadały przez całą drogę. Zrobiły sumienny przegląd dziwactw do?i Aurory, zachowań, które powinny były je zaniepokoić i zasygnalizować im, do czego jest zdolna, przeanalizowały grozę zawartą w tej nieporównywalnej do niczego zbrodni, a ja tymczasem rozglądałem się wokół i starałem myśleć na własny rachunek. Tym sposobem zastanowiło mnie coś istotnego. Pomimo żalu, który sparaliżował mnie w obliczu zwłok ofiary, pomimo wzruszenia wzbudzonego samotnością martwej dziewczyny, pomimo że doskonale rozumiałem odrażający ciężar tej zbrodni, nie udało mi się wzbudzić w sobie nienawiści do morderczyni. Nie znienawidziłem jej wówczas, gdy przyjaciółki mamy wymieniały imponujące zasługi Hildegart, i nie miałem jej znienawidzić nigdy, tak dobrze przyswoiłem pierwszą lekcję profesora Velázqueza.
Aż nadto zasłużona poprawka z francuskiego oznaczała dla mnie lato w Madrycie, podczas którego nawet nie skarżyłem się na upał. Moim jedynym obowiązkiem było wytrzymać z rana dwie godziny korepetycji z prywatną nauczycielką zatrudnioną przez rodziców, która była moją ostatnią deską ratunku. Największą przyjemność tych dni stanowiły dla mnie natomiast prywatne rozmowy z psychiatrą, który - jako biegły obrony - odwiedzał co tydzień przestępczynię w więzieniu Qui?ones. Czas, jaki pozostawał mi pomiędzy obowiązkiem i przyjemnością, poświęcałem w całości na pożeranie gazet, szczególnie reportaży, które "La Tierra" zaczęła publikować w drugiej połowie czerwca. Ich autor, Eduardo de Guzmán, składał naprzemiennie z moim ojcem wizyty w więzieniu dla kobiet. Zestawiałem wrażenia ich obu i konsultowałem moje wnioski z jedynym z tej dwójki, który rozmawiał ze mną przynajmniej raz dziennie, kiedy wspólnie jedliśmy śniadanie w jakimś barze.
Nigdy wcześniej nie zbliżyliśmy się z ojcem tak bardzo. To był najważniejszy dług, jaki zaciągnąłem latem 1933 roku u najsłynniejszej dzieciobójczyni w historii Hiszpanii, ale nie jedyny. Aurora Rodríguez Carballeira nie tylko odkryła przede mną moje powołanie. Ponadto wzbudziła we mnie pewną wiarę w moje realne możliwości jego wypełnienia. Pokazała mi, do jakiego stopnia jestem w stanie dać się porwać pasji odkrywania pokrętnych motywów ludzkiego działania, i prócz wskazania profesji nakreśliła także decydujące linie mojego życia.
Gdy nadszedł wrzesień i zaliczyłem francuski z niepojętą nawet dla mnie samego łatwością, nie wiedziałem, że będę skazany na mówienie tym językiem przez wiele lat. Nie mogłem również przypuszczać, że nigdy nie zdołam porozmawiać z moim ojcem jak równy z równym, jak koledzy po fachu. Nic jednak nie okazało się tak zdumiewające jak to, co zdarzyło się dwadzieścia lat później, kiedy sądziłem, że niczego więcej już się nie nauczę.
W lutym 1954 roku odkryłem, że codziennie rano w pokoju numer 19 w pawilonie Sagrado Corazón w szpitalu psychiatrycznym dla kobiet w Ciempozuelos na pianinie gra nie kto inny jak Aurora Rodríguez Carballeira.
Jej teczka z historią choroby nosiła numer 6966.
Na wstępie znajdowała się informacja, że pacjentkę przyjęto do zakładu 24 grudnia 1935 roku na prośbę jej opiekuna i w myśl nakazu sądowego. Diagnoza miała datę znacznie późniejszą: 30 kwietnia 1942 roku. Zwłoka ta wydawała się nieistotna, ponieważ brakowało rozpoznania - w całym tego słowa znaczeniu. Zamiast niego wpisano jedynie dwa pytania bez próby odpowiedzi, komentarza czy jakichś adnotacji. Paranoja? Schizofrenia paranoidalna? To było wszystko, czego doczekała się przez dwie dekady od leczących ją psychiatrów kobieta, którą zafascynowałem się jako trzynastolatek.
- No cóż, ten... - José Luis Robles zastygł, patrząc na mnie z otwartymi ustami. - Jeśli sądzisz, że masz czas, żeby zająć się jeszcze jedną... Ale w sumie to nie rozumiem, czemu ona cię tak bardzo interesuje.
Gdzieś czytałem, że uciekła. Musiałem to przeczytać, bo przez piętnaście lat mój kontakt z Hiszpanią ograniczał się do listów, które wymieniałem z rodziną. W Neuchâtel nie mieszkali republikańscy uchodźcy lub przynajmniej ja żadnego z nich nie spotkałem. Szwajcaria nie była zbyt gościnnym krajem dla moich rodaków. Doktor Goldstein słyszał, że w Genewie istniała zorganizowana grupa, która spotykała się w niedziele na wspólną paellę, ale choć namawiał mnie, żebym do nich pojechał, nigdy się na to nie zdecydowałem. Genewa była daleko, ja byłem sam, w tym kraju nawet nie wiedzieli, co to szafran, nie miałem żadnej bohaterskiej historii do opowiadania, za to istniało ryzyko, że się rozpłaczę, gdy wysłucham opowieści o losach innych. Miałem już dosyć łez.
Uznałem więc, że musiałem o tym gdzieś przeczytać albo może usłyszałem o tym na statku, którym opuszczałem Hiszpanię, lub podczas kwarantanny, którą odbyłem, nim pozwolono mi zejść na ląd w porcie Mazalquivir, czy też na innym statku, który zawiózł mnie do Marsylii. Nie pamiętałem. Wiedziałem tylko, że przez piętnaście lat byłem przekonany, że do?a Aurora uciekła. Kiedy znów ją spotkałem, moje cele zawodowe się podwoiły. Chloropromazyna interesowała mnie równie mocno jak możliwość zostania jej psychiatrą.
- Znałem ją, wiesz? W dniu zbrodni jej adwokat przyszedł do gabinetu mojego ojca i wtedy ją zobaczyłem, byłem przy tym.