PROLOG.
GŁOS ŻALU
"Rosja stoi na skraju przepaści, popychana przez Putina i jego
polityczną krótkowzroczność".
Anna Politkowska, 2004
Moja matka zawsze była kłopotliwą osobą, nie tylko dla rosyjskich władz,
ale także dla przeciętnego obywatela, który przegląda prasę i czyta
artykuły. Niestety większość Rosjan wierzy w to, co płynie z rządowych
kanałów telewizyjnych: w wirtualny świat wykreowany przez propagandę, w którym w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Problemy, o których co
jakiś czas informuje się opinię publiczną, mają źródło w krajach
Zachodu, albo, jak z przekąsem mówi się w Rosji, "na zgniłym Zachodzie".
Mama w swoich artykułach rzadko mówiła o przyjemnych sprawach, prawie
zawsze była posłanniczką złych wiadomości. Pisała prawdę, nagą i surową,
na temat żołnierzy, zbrodniarzy i zwyczajnych ludzi, którzy kończyli
jako mięso armatnie. Opowiadała o bólu, krwi, śmierci, okaleczonych
ciałach i zrujnowanym życiu.
7 października 2006 roku, w dniu, w którym ją zamordowano, dniu urodzin
Putina, miałam dwadzieścia sześć lat i przygotowywałam się do zostania
matką. Do tamtej pory pragnęłam wierzyć, że jej popularność na Zachodzie
w jakiś sposób uchroni ją od czającego się ryzyka i tragicznej śmierci.
Myliłam się.
Dyktatorzy potrzebują ofiar w ludziach, by umocnić swoją władzę. Tylko
mówiąc prawdę, możemy obronić wolność i pokonać zakłamanie. Choć w Rosji
brakuje wolności, nie chciałam jej opuszczać. Kraj, który wydał na świat
morderców mojej matki, mimo wszystko był krajem, w którym chciałam żyć i pracować.
W Rosji, zwłaszcza w liczących się kręgach, szybko zapomniano o Annie
Politkowskiej, gdyż pielęgnowanie pamięci o takich osobach jak moja mama
jest niebezpieczne. O wiele wygodniej jest zatrzeć ślady i zapomnieć o jej prawdzie.
Na Zachodzie nazwisko Politkowska jest powodem do dumy, mojej matce
poświęcono place i ulice, jej dorobek dziennikarski studiowany jest na
uniwersytetach, a książki sprzedają się na całym świecie. Za to w Rosji
okryte jest ono zasłoną milczenia. Dzisiaj już Czeczenia, której
dotyczyły najważniejsze śledztwa mamy, została spacyfikowana, a rządy w republice ugruntowane. U władzy stoi Ramzan Kadyrow, zawsze otwarcie
manifestujący swoją nienawiść do niej.
Anna i Wiera w Moskwie w lipcu 2005 roku
Wojna w Ukrainie wywróciła nasze życie do góry nogami. Po 24 lutego 2022
roku z powodu naszego nazwiska znów zaczęto grozić, nawet śmiercią, tym
razem mojej zaledwie nastoletniej córce. Od kiedy w szkole pojawił się
temat konfliktu w Ukrainie, koledzy i koleżanki zaczęli ją brutalnie
atakować. I tak zdecydowałyśmy się na dobrowolne wygnanie, ucieczkę do
innego państwa. Z dnia na dzień spakowałyśmy walizki i opuściłyśmy
Moskwę, która odebrała nam już tak wiele. Mnie matkę, a mojej córce
babcię.
Postanowiłam napisać tę książkę, by przypomnieć lekcję, którą
pozostawiła po sobie moja matka: bądźcie odważni i zawsze nazywajcie
rzeczy po imieniu. Włącznie z dyktatorami.
1
BEZSENNE OCZY
Tyk-tyk-tyk-tyk. Spacja, nowa linia i znów tyk-tyk-tyk-tyk. Bez końca.
To nie był tylko dźwięk w tle, na który nie zwraca się większej uwagi,
ale ścieżka dźwiękowa mojego życia. Cowieczorna kołysanka.
Gdy dzień dobiegł końca - wszyscy już zjedli, ktoś wyprowadził psa,
pokazaliśmy zrobione prace domowe i poszliśmy do łóżek - zaczynało się
tyk-tyk-tyk-tyk. Matka była skupiona - poważne spojrzenie zza oprawek
okularów - i nawet na chwilę nie odrywała oczu od maszyny do pisania,
jak gdyby wykonywała najważniejszą pracę w swoim życiu. Jeśli zauważyła,
że ja i mój starszy o dwa lata brat ją obserwujemy, pytała: "A wy co?
Czemu nie śpicie? Po co wstaliście? Marsz do łóżek!". Tyk-tyk-tyk-tyk.
Mama urodziła się w Nowym Jorku, gdy jej rodzice byli na misji
dyplomatycznej w Stanach Zjednoczonych. Jej ojciec, mój dziadek, Stiepan
Fiedorowycz Maziepa był Ukraińcem i pracował w przedstawicielstwie
ukraińskim przy ONZ. Moja babcia, Raisa Aleksandrowna Maziepa, była w połowie Rosjanką, a w połowie Ukrainką i choć nie należała do misji
dyplomatycznej, pojechała z mężem. W epoce sowieckiej dyplomaci nie
mogli odbywać długich zagranicznych podróży bez małżonka. Wszystko, co
dziadkowie opowiadali mi o mojej mamie z czasów jej dzieciństwa, bardzo
przypomina mi to, co dzisiaj widzę w swojej córce. Taka sama
determinacja, to samo umiłowanie wolności. Moja matka wierzyła w wolność
i sprawiedliwość dla wszystkich.
Marzyła, by zostać dziennikarką, zanim jeszcze się urodziłam, i nigdy
nie miała co do tego wątpliwości. Nie było "planu B". Miałam zaledwie
miesiąc, gdy ukończyła studia na Wydziale Dziennikarstwa na
uniwersytecie w Moskwie. Był rok 1980 i właśnie odbywała się u nas
letnia olimpiada, którą zbojkotowało sześćdziesiąt pięć państw w odpowiedzi na sowiecką inwazję na Afganistan.
Minęło kilka lat i kraj wszedł w najbardziej liberalny okres w całej
historii. Słowo pieriestrojka, "przebudowa", stało się znane na całym
świecie. Było hasłem o rzeczywistym znaczeniu, które oznaczało stopniowe
osłabienie cenzury, a w rezultacie zniesienie kontroli nad mediami. Krok
po kroku unormowały się również relacje z Zachodem. Nie byliśmy już
wrogami, a zaczynaliśmy współpracować.
Anna Politkowska jako dziennikarka ukształtowała się właśnie w okresie
pieriestrojki. Idealnie ucieleśniała jej ducha, pragnienie zmiany:
marzyła o pełnej demokracji i o wykonywaniu swojego zawodu w wolnym
kraju, tak jak to być powinno, tak jak rzadko się zdarza na świecie.
Moi rodzice poznali się w bardzo młodym wieku. Mama miała siedemnaście
lat i była w ostatniej klasie liceum, a tata, Aleksandr Politkowski, był
studentem dziennikarstwa. Pojawił się niespodziewanie w jej domu podczas
jakiegoś przyjęcia i od tamtej chwili życie mamy całkowicie się
zmieniło. Pobrali się trzy lata później, w 1978 roku. W dniu ślubu tata
stanął przed przyszłymi teściami z kwiatkiem w berecie, czarnym chlebem
i wódką w torbie listonoszce i ogłosił, że przyszedł po pannę młodą.
Dziadkowie jednak nie rozumieli jego studenckiego poczucia humoru.
Przyjęcie odbyło się w mieszkaniu o powierzchni 19 metrów kwadratowych,
w którym w tym samym roku urodził się mój brat Ilja.
Aleksandr i Anna w dniu ślubu, z jej dwiema przyjaciółkami z dzieciństwa: z lewej Marija, po prawej Jelena
Moja matka obroniła pracę dyplomową na temat życia i twórczości
rosyjskiej poetki Mariny Cwietajewej. Uwielbiała ją i wciąż wracała do
jej dzieł. Pamiętam, że zawsze na stole miała książkę z jej poezją lub
prozą. Losy Cwietajewej były tragiczne. Miała ciężkie życie, a w jej
intymnych i szczerych wierszach można wyraźnie odczuć ból i cierpienie,
którymi była naznaczona. Gdy miała 48 lat, popełniła samobójstwo. Mama
była dokładnie w tym samym wieku, gdy zginęła. Po jej zabójstwie
zainteresowanie, którym zawsze darzyła tę poetkę, nagle wykroczyło dla
mnie poza zwyczajne, typowe dla nas upodobanie dla poety czy pisarza.
Choć oczywiście nic z tego nie pamiętam, ja także, zawinięta w becik,
byłam obecna na obronie mamy. Zabrała mnie ze sobą tylko dlatego, że nie
miała mnie z kim zostawić, lecz lubię myśleć, że to nie był przypadek.
To zabawne, że w wieku zaledwie miesiąca znalazłam się na Wydziale
Dziennikarstwa uniwersytetu w Moskwie, a po wielu latach, w tym po
długiej przerwie poświęconej muzyce, przeznaczenie zesłało mnie na tę
samą ścieżkę kariery. Dzisiaj chciałabym móc posłuchać jej mowy przed
komisją, obserwować jej gesty, mimikę.
Zdjęcie rodzinne: Anna trzyma na rękach Wierę, jeszcze w beciku, obok Ilja, za nimi Aleksandr
Byłam też już przy tym, gdy studiowała i pomału stawała się
dziennikarką, którą dzisiaj zna cały świat. Mój brat i ja z jednej
strony byliśmy hamulcem, który nieuchronnie krępował jej ruchy, a z drugiej impulsem popychającym ku przyszłości, energią, której
potrzebowała, by się nie poddawać.
Pracę zaczęła zaraz po ukończeniu studiów. Początkowo nie na pełny etat,
bo przy dwójce małych dzieci w tamtych czasach rzadko która kobieta
mogłaby sobie na to pozwolić. Jej pierwsza praca była szczególna.
Zajmowała się listami przychodzącymi do redakcji pewnej gazety, której
siedziba była niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Przynosiła do domu
torby listów, otwierała je, przypinała do kopert i sortowała w zależności od dziennikarza, do którego były adresowane. Następnie
odnosiła je do redakcji i układała na biurkach odbiorców. Po jakimś
czasie udało jej się znaleźć ciekawsze zajęcie. Od 1982 do 1993 roku
pisała dla gazet "Izwiestija", "Wozdusznyj Transport" i "Megapolis-Ekspress", dla stowarzyszenia Eskart i wydawnictwa Paritet. W 1994 roku zaczęła pracować dla bardzo popularnego wtedy tygodnika
"Obszczaja Gazieta". Do tego czasu mój brat i ja podrośliśmy już na
tyle, że w końcu mogła w pełni poświęcić czas swojemu powołaniu.
"Obszczaja Gazieta" zajmowała się polityką, ekonomią i społeczeństwem,
publikowała reportaże śledcze na najbardziej aktualne tematy i wywiady z ważnymi ludźmi, politykami, przedstawicielami świata kultury i mediów.
Relacjonowała także plany prywatyzacji wielkich przedsiębiorstw
państwowych, w tamtym okresie odbywającej się pełną parą. To właśnie na
tym polu mama zaczęła pisać o ważnych społecznie i delikatnych
problemach.
Uśmiechnięta Anna z dziećmi
Ze względu na jej, łagodnie mówiąc, mało ustępliwy charakter,
działalność zawodowa wiązała się z ciągłymi kłótniami i utarczkami z kolegami i redaktorami. Praca z nią nie była łatwa. Któregoś razu
powiedziała redaktorowi naczelnemu Jegorowi Jakowlewowi, że z powodu
problemów rodzinnych nie zdoła oddać tekstu na czas, na co ten
odpowiedział, że go to nie interesuje. Dodał, że: "są to jej prywatne
sprawy". Może akurat tym razem mama się spierała, ale w rzeczywistości
dla niej praca nigdy nie schodziła na drugi plan, niezależnie od życia
osobistego. Uważała swoje podejście za słuszne, a z czasem przerodziło
się ono w prawdziwą obsesję na punkcie pracy.
W czasopiśmie Jakowlewa mama zajmowała się konkretną częścią
prywatyzacji: aukcjami pożyczek na udziały, które w połowie lat 90.
odbywały się praktycznie wszędzie i w których początkowo mogli
uczestniczyć wszyscy obywatele. Mechanizm wypracowany przez ludzi,
którzy zgromadzili wiele akcji, pozwolił na nabywanie i prywatyzowanie
mienia publicznego po bardzo korzystnych cenach.
W związku z tym mama prowadziła dziennikarskie śledztwo dotyczące
interesów oligarchy Władimira Gusinskiego. Był to wpływowy człowiek,
właściciel największego wówczas prywatnego kanału telewizyjnego, NTV, i nie podobało mu się takie zainteresowanie. Kazał do niej zadzwonić i umówić spotkanie, podczas którego pokazał dossier o niej i jej rodzinie
- o nas i tacie. W tamtym okresie, w burzliwych latach 90., często, a zwłaszcza wśród ludzi władzy, zbierało się informacje o potencjalnych
wrogach. Tak naprawdę nie wiem, czemu to miało służyć. Wiem tylko, że
mama wróciła do domu przestraszona i zdenerwowana, a później nie
poruszaliśmy więcej tego tematu.
Dla czasopisma mama zajmowała się jeszcze jedną bardzo delikatną sprawą,
a mianowicie sektami religijnymi czy też pseudosektami, które po upadku
ZSRR pojawiały się jak grzyby po deszczu w całym kraju. Dzisiaj nie
pozwala im się na aktywność w Rosji, ale w tamtym czasie rząd miał inne
sprawy na głowie, dzięki czemu prężnie działały. Mama zebrała mnóstwo
materiałów na temat sposobów, w które ich przywódcy zdobywali
zwolenników, i odkryła, że używają hipnozy i różnych metod wywierania
psychologicznej presji. Złapane w ten sposób "ofiary" zmuszano do
sprzedania wszystkich dóbr, opuszczenia na zawsze rodzin i zerwania z nimi kontaktu. Mama spotykała się z rodzinami i spisywała ich wyznania i obawy, próbowała coś zrobić, by zatrzymać ten trend, a przynajmniej go
zdemaskować.
Ale, jak utrzymują jej koledzy z tamtego okresu, najbardziej wyrazistym
rezultatem jej pięciu lat pracy w "Obszczoj Gazietie" był nieustający i praktycznie niedający się rozwiązać konflikt pomiędzy nią a redaktorem
naczelnym Jegorem Jakowlewem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki