Rozdział II
Przeszłość i teraźniejszość
- Najpierw historia doktora Antékirtta, która zaczyna się od momentu, gdy hrabia Mathias Sandorf skoczył w wody Adriatyku. Pod gradem kul, którymi zasypała mnie ostatnia salwa agentów policji, udało mi się przemknąć cało i zdrowo. Noc była bardzo ciemna i nie mogli mnie dostrzec. Prąd morski znosił mnie na pełne morze i na ląd nie mógłbym powrócić, nawet gdybym chciał. Zresztą nie miałem na to najmniejszej ochoty. Lepiej było utonąć niż zostać pojmanym i zawiedzionym przed pluton egzekucyjny do twierdzy Pisino. Myślałem sobie: Jeśli zginę, wszystko będzie skończone, jeśli ocaleję, będę mógł uchodzić za martwego. Nic mi nie przeszkodzi w wymierzeniu sprawiedliwości, co poprzysiągłem hrabiemu Zathmarowi, twojemu ojcu i sobie samemu... i dokonam tego!
- Wymierzeniu sprawiedliwości? - zdziwił się Pierre i spojrzenie ożywiło mu się na te zaskakujące dlań słowa.
- Tak, Pierre, poznasz moją misję, ponieważ wyrwałem cię z grobu cmentarza w Raguzie zmarłego jak ja, lecz żywego jak ja po to, byś razem ze mną mógł ją wymierzyć.
Po tych słowach Pierre Bathory poczuł się przeniesiony o piętnaście lat wstecz, w epokę, kiedy jego ojciec padł rozstrzelany na dziedzińcu fortecy Pisino.
- Przede mną - kontynuował doktor - aż po włoskie wybrzeże rozciągało się morze. Choć byłem doskonałym pływakiem, nie mogłem przecież go przepłynąć. Z wyjątkiem opatrznościowego natrafienia bądź na szczątki wraku, bądź na jakiś statek, który zabrałby mnie na pokład, byłem skazany na zagładę. Gdy jednak z życia czyni się ofiarę, to ma się siły by go bronić, na ile tylko jest to możliwe. Na początku co chwilę zanurzałem się pod wodę, by uniknąć ostatnich kul posyłanych w mym kierunku. Następnie, gdy już byłem pewien, że nie zostanę zauważony, pozostawałem na powierzchni i kierowałem się na otwarte morze. Lekkie i przylegające do ciała ubranie prawie mi nie przeszkadzało. Było około wpół do dziesiątej wieczorem. Według moich szacunków płynąłem ponad godzinę w kierunku przeciwległym do brzegu, oddalając się od portu Rovigno, którego światła stopniowo znikały w oddali. Dokąd zmierzałem i jaką miałem nadzieję? Nie miałem żadnej, Pierre, lecz czułem w sobie siłę przetrwania, upór i nadludzką wolę, które mnie podtrzymywały. Nie zależało mi na ocaleniu własnego życia, lecz na wypełnieniu w przyszłości mej misji! Toteż gdyby wówczas pojawiła się jakaś rybacka łódź, natychmiast bym znurkował, by jej uniknąć! Na tym austriackim wybrzeżu na iluż jeszcze mogłem natrafić zdrajców, gotowych mnie wydać dla nagrody! Iluż Carpenów przypadało na jednego uczciwego Andréę Ferrata? Tak też się stało pod koniec pierwszej godziny. Nagle w ciemności pojawiła się jakaś łódź. Przybywała od strony morza i przepłynęła tuż obok mnie, kierując się ku lądowi. Ponieważ odczuwałem już zmęczenie, odpoczywałem na plecach, lecz odwróciłem się instynktownie, gotów zniknąć. Rybacka łódź płynąca do któregoś z portów Istrii musiała być dla mnie podejrzana! Natychmiast utwierdziłem się w tym przekonaniu. Jeden z marynarzy zarządził po dalmatyńsku zmianę kursu. Natychmiast zanurkowałem, zanim ktokolwiek z pokładu mógł mnie spostrzec, i łódź przepłynęła ponad moją głową. U kresu powstrzymywanego oddechu wynurzyłem się na powierzchnię i płynąłem dalej na zachód. Z upływem nocy bryza słabła. Wraz z wiatrem uspakajało się falowanie morza. Unoszony byłem jedynie długą martwą falą18, która popychała mnie na pełne morze. W ten sposób, raz płynąc, raz odpoczywając, przez kolejną godzinę oddalałem się od brzegu. Myślałem tylko o osiągnięciu celu, a nie o drodze do przebycia. Pięćdziesiąt mil do przepłynięcia przez Adriatyk, tak, chciałem je pokonać, tak, musiałem je pokonać! Ach, Pierre, trzeba przejść przez taką próbę, by zobaczyć, do czego człowiek jest zdolny, jaki rezultat osiągnąć może ludzka maszyna, łącząc siłę duchową z siłą fizyczną! Przez następną godzinę w ten sposób się motywowałem. Ta część Adriatyku była kompletnie pusta. Ostatnie ptaki też ją opuściły i powróciły do swych gniazd na skałach. Nad moją głową przelatywały jeszcze parami mewy, wydając przenikliwe piski. Tymczasem, choć nie chciałem nic wiedzieć o zmęczeniu, moje ramiona stawały się ociężałe, a nogi zdawały coraz więcej ważyć. Palce dłoni się rozwierały i z trudem udawało mi się je łączyć. Głowa sprawiała wrażenie armatniej kuli umieszczonej na barkach, i z ledwością unosiłem ją ponad powierzchnię wody. Owładnął mnie pewien rodzaj halucynacji. Przestałem panować na biegiem mych myśli. Strudzony mózg tworzył dziwne ich połączenia. Czułem, że zatracam precyzję zarówno słyszenia dochodzących do mnie z oddali dźwięków, jak i postrzegania świateł, gdybym się nagle znalazł w ich zasięgu, a właśnie dokładnie coś takiego mi się przydarzyło. Bodaj koło północy gdzieś z daleka od wschodu dobiegł do mych uszu głuchy warkot, warkot, którego natury nie potrafiłem określić. Zamykające się wbrew mojej woli powieki przeniknął jakiś rozbłysk. Usiłowałem unieść głowę, ale udawało mi się to ledwie w połowie. Rozglądałem się. Wchodzę w te wszystkie szczegóły, Pierre, ponieważ powinieneś je znać, a poprzez nie poznasz także mnie!
- Pamiętam o wszystkim, co pana dotyczy, doktorze! - odparł młodzieniec. - Czy myśli pan, że moja matka nie opowiadała mi, kim był hrabia Mathias Sandorf?
- To się zgadza, że znała Mathiasa Sandorfa, Pierre, lecz nie doktora Antékirtta! Tymczasem jego właśnie musisz poznać! Posłuchaj go zatem...! Słuchaj mnie!
Hałas, jaki posłyszałem, powodował płynący od wschodu statek kierujący się ku brzegom Italii. Światło pochodziło z jego lampy wiszącej na sztagu fokmasztu, co wskazywało na steamer. Wkrótce spostrzegłem również jego światła pozycyjne, czerwone na bakburcie19 i zielone na sterburcie, a skoro widziałem je jednocześnie, zatem statek płynął wprost na mnie.
Zbliżała się decydująca chwila. Najprawdopodobniej ten steamer był austriacki, ponieważ nadpływał od strony Triestu. Otóż zamiast prosić o azyl na jego pokładzie, już lepiej było oddać się w ręce żandarmów z Rovigno! Nie zamierzałem wcale tego czynić, ale zdecydowany byłem skorzystać z nadarzającej się sposobności ocalenia.
Ten steamer płynął bardzo szybko. Zbliżając się do mnie, dosłownie rósł w oczach. Widziałam spienioną wodę przed jego dziobnicą20. Za niecałe dwie minuty miał przeciąć miejsce, gdzie pozostawałem w bezruchu.
Byłem przekonany, że to steamer austriacki. Było jednak całkiem możliwe, że płynął do Brindisi lub do Otranto, a przynajmniej, że tam się zatrzyma. Gdyby tak właśnie było, to powinien dotrzeć do celu w mniej niż dobę.
Podjąłem decyzję i oczekiwałem. Byłem pewny, że w ciemności nikt mnie nie zauważy, i utrzymywałem się na kursie tej ogromnej masy, która posuwała się na umiarkowanych obrotach, kołysząc lekko w rytm martwej fali.
W końcu parowiec znalazł się tuż przede mną, przesłaniając całe morze swą dziobnicą do wysokości dwudziestu stóp. Otoczyła mnie piana sprzed dziobu, ale nie zostałem uderzony. Długi metalowy kadłub ocierał się o mnie, a ja żwawo odpychałem się od niego rękami. Trwało to raptem kilka sekund. Gdy spostrzegłem rysujące się wzniesione kształty rufy, ryzykując poszatkowanie przez śrubę napędową, uchwyciłem się steru.
Na moje szczęście statek był załadowany do pełna i jego śruba pracowała głęboko pod wodą, nie wynurzając się na powierzchnię, w przeciwnym bowiem razie nie byłbym w stanie sprostać powodowanym przez nią wirom ani nie mógłbym zawisnąć przy sterze, którego się uczepiłem. Przymocowano do niego dwa żelazne łańcuchy wychodzące z rufy, jak czyni się to zazwyczaj na statkach parowych. Uchwyciłem jeden z tych łańcuchów i podciągnąłem się aż do czopu mocującego. Znalazłem się ponad powierzchnią wody i jako tako ulokowałem przy tylnicy21. Byłem we względnie bezpiecznym miejscu.
Trzy godziny później nastał dzień. Według moich obliczeń, jeśli statek płynął do portu w Brindisi lub w Otranto, to w zajmowanym miejscu miałem pozostawać jeszcze przez dwadzieścia godzin. Najbardziej doskwierały mi pragnienie i głód. Bardzo liczyło się to, że nie można było mnie zauważyć z pokładu, a nawet z welbotu zawieszonego na rufie na szlupbelkach. Byłem natomiast widoczny dla przepływających obok statków i te mogłyby zasygnalizować moją obecność. Tego dnia na szczęście niewiele ich mijaliśmy, a te, które się pojawiały, płynęły wystarczająco daleko, by nie dostrzec człowieka uczepionego łańcuchów steru.
Ściągnąłem z siebie odzienie, które prażące słońce szybko wysuszyło. Trzysta florenów Andréi Ferrata nadal pozostawało w moim pasie. Miały zapewnić mi bezpieczeństwo, gdy znajdę się już na lądzie. Tam nie musiałbym się niczego obawiać. W obcym kraju hrabia Mathias Sandorf nie musiał się lękać austriackich agentów. Tam ekstradycja nie obejmuje uchodźców politycznych. Mnie nie wystarczało jednak to, że uratowałem życie. Ja chciałem uchodzić za zmarłego. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że ostatni uciekinier z donżonu w Pisino postawił stopę na włoskiej ziemi.
Wszystko układało się po mojej myśli. Dzień minął bez przygód. Nadeszła noc. Około godziny dziesiątej wieczorem spostrzegłem regularne rozbłyski światła z południowego zachodu. To była latarnia w Brindisi. Dwie godziny później steamer wchodził do portu.
Jednak wcześniej, około dwóch mil od lądu, zanim na pokładzie zjawił się pilot, zrobiłem pakiecik ze swej odzieży i zamocowawszy go na szyi, puściłem wreszcie łańcuchy steru i bezszelestnie zsunąłem się do wody.
Minutę później steamer zniknął mi z oczu, usłyszałem jeszcze tylko świst jego parowego gwizdka.
Po upływie pół godziny, płynąc po spokojnym morzu, znalazłem się na plaży, na którą nie docierały fale. Wyszedłem na brzeg przez nikogo niezauważony. Schroniłem się między skałami i włożyłem na siebie ubranie. Zmęczenie przemogło głód i zasnąłem w pokrytej suchymi wodorostami skalnej szczelinie.
O świcie wszedłem w ulice Brindisi. Wynająłem pokój w jednym z najskromniejszych hoteli i tam przed podjęciem decyzji dotyczących mego przyszłego życia oczekiwałem nowin.
Dwa dni później, Pierre, dowiedziałem się z gazet o tym, jak zakończył się spisek z Triestu. Informowano również o poszukiwaniach ciała hrabiego Sandorfa, które nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Zostałem uznany za martwego, równie martwego, jakbym padł rozstrzelany z moimi dwoma towarzyszami, Ladislasem Zathmarem i twoim ojcem, Étienne'em Bathorym, na dziedzińcu twierdzy Pisino! Ja, martwy...! Nie, Pierre, przekonają się, że jestem żywy!
Pierre Bathory z zapartym tchem słuchał opowieści doktora. Robiła na nim tak silne wrażenie, jakby pochodziła z głębi grobu. Tak, to hrabia Mathias Sandorf opowiadał to wszystko! Gdy doktor siedział naprzeciw Pierre'a, żywego obrazu swego ojca, stopniowo opuszczał go zwykły chłód. Otworzył przed młodzieńcem całą duszę. Po tylu latach ukrywania pokazał mu ją taką, jaka była naprawdę! Tym niemniej nadal nie powiedział ani słowa o sprawie, do której poznania Pierre wręcz się palił z niecierpliwości!
To, co doktor opowiedział o swym brawurowym pokonaniu Adriatyku, było prawdą w najdrobniejszych szczegółach. W ten właśnie sposób cały i zdrowy dotarł do Brindisi, podczas gdy Mathias Sandorf dla wszystkich pozostawał martwym.
Nie należało jednak zwlekać z opuszczeniem Brindisi. To miasto było jedynie portem tranzytowym. Tam wsiadało się na statki płynące do Indii lub wysiadało z przybywających do Europy. Na ogół świeciło pustką, z wyjątkiem jednego lub dwu dni w tygodniu, kiedy przypływały wielkie parowce, w szczególności należące do Peninsular and Oriental Company22. W podobnych warunkach uciekinier z Pisino mógł zostać rozpoznany, a chociaż tutaj nie musiał lękać się o życie, to przecież zależało mu na tym, by uchodzić za zmarłego.
O tym właśnie rozmyślał doktor nazajutrz po przybyciu do Brindisi, spacerując u stóp tarasu, na którym wznosiła się kolumna Kleopatry, w miejscu, gdzie zaczynała się antyczna Via Appia23. Projekt swego nowego życia miał już opracowany. Zamierzał udać się na Wschód i tam dojść do bogactwa, a tym samym do potęgi. Nie odpowiadało mu jednak skorzystanie z jednego z parowców, które kursują do portów Azji Mniejszej. Nie chciał się znaleźć wśród pasażerów różnych narodowości. Potrzebował bardziej dyskretnego środka transportu, a takich nie było w Brindisi. W efekcie wieczorem tego samego dnia pojechał koleją żelazną do Otranto.
W ciągu półtorej godziny pociąg zawiózł go do tego miasta, leżącego na samym końcu obcasa włoskiego buta, nad kanałem stanowiącym wąskie wejście na Adriatyk. Tam, w niemal porzuconym porcie, doktor znalazł szebekę, której właściciel po uzgodnieniu ceny zgodził się go zawieźć do Smyrny24, dokąd eksportował małe albańskie konie, nie znajdujące nabywcy w Otranto.
Nazajutrz szebeka wyruszyła w morze. Doktor patrzył, jak za horyzontem znikała latarnia na Punta di Leuca, skrajny punkt Italii, podczas gdy po przeciwległej stronie rysowały się we mgle góry Acrocérauniennes25. Po kilku dniach monotonnej podróży, ominąwszy przylądek Matapan, krańcowy południowy punkt Grecji, szebeka zawinęła do portu w Smyrnie.
O tej części podróży doktor opowiedział Pierre'owi dosyć pobieżnie, podobnie zresztą jak o zaskakującej śmierci swojej córeczki, o czym dowiedział się z gazet. Po jej zniknięciu pozostał sam na świecie!
- W końcu znalazłem się na terenie Azji Mniejszej, gdzie następnie przez długie lata żyłem nieznany nikomu. By tam zapewnić sobie byt, sięgnąłem do zasobów wiedzy, którą karmiłem się w młodości podczas studiowania medycyny, chemii i nauk przyrodniczych w węgierskich szkołach i na uniwersytetach, gdzie wykładał twój ojciec, cieszący się wielką sławą.
Całkiem dobrze mi się powiodło, i to szybciej niż się spodziewałem. Najpierw w Smyrnie w ciągu siedmiu lub ośmiu lat osiągnąłem znakomitą reputację jako lekarz. Kilka nieoczekiwanych uzdrowień pozwoliło mi nawiązać kontakty z najbogatszymi osobistościami tamtych krajów, gdzie sztuka medyczna jest ciągle mało zaawansowana. Opuściłem zatem miasto i podobnie jak nauczyciele z dawnych czasów, jednocześnie lecząc i ucząc sztuki leczenia, poznawałem zarazem tajniki nieznanej mi terapii talibów26 z Azji Mniejszej i panditów27 z Indii. Przebiegałem liczne prowincje, zatrzymując się tu i tam a to na kilka tygodni, a to na kilka miesięcy, ciągle wzywany i proszony do Karahisar28, do Binder, do Adany29, do Aleppo30, do Trypolisu31, do Damaszku, zawsze poprzedzany ciągle rosnącą renomą, gromadząc wzrastającą wraz z nią fortunę.
Tego było jednak za mało. Potrzebowałem nieznającej granic potęgi, takiej, jaką mógłby dysponować jeden z tych bogatych indyjskich radżów, których wiedza równała się ich fortunie.
Nadarzyła się po temu okazja.
W północnej Syrii, w mieście Hims32, pewien człowiek powoli umierał na chorobę, której natury dotychczas żaden lekarz nie potrafił rozpoznać. W rezultacie nie umiano zastosować skutecznego leczenia. Człowiek ten zwał się Faz-Rhât i piastował wysoki urząd w imperium osmańskim33. Miał zaledwie czterdzieści pięć lat i żal mu było rozstawać się z życiem, tym bardziej że olbrzymi majątek pozwalał mu korzystać ze wszystkich jego przyjemności.
Faz-Rhât usłyszał o mnie, bo stałem się wówczas już bardzo sławny. Poprosił, bym przybył do Hims, a ja uczyniłem zadość jego zaproszeniu. "- Doktorze - powiedział do mnie - ofiaruję ci połowę mojej fortuny, jeśli przywrócisz mi siły do życia. - Zatrzymaj sobie tę połowę fortuny - odrzekłem. - Będę się tobą opiekował i wyleczę cię, jeśli Bóg pozwoli".
Bardzo szczegółowo przebadałem tego już opuszczonego przez lekarzy chorego. Dawali mu co najwyżej kilka miesięcy życia. Udało mi się wreszcie postawić trafną diagnozę. Trwałem przy panu Faz-Rhât przez trzy tygodnie, śledząc wyniki leczenia, jakiemu go poddałem. Całkowicie powrócił do zdrowia. Gdy chciał uregulować swój dług wobec mnie, zaakceptowałem jedynie słuszne moim zdaniem honorarium i wyjechałem z Hims.
Trzy lata później w następstwie nieszczęśliwego wypadku podczas polowania Faz-Rhât stracił życie. Nie miał rodziców ani potomków, a swym testamentem mnie uczynił jedynym spadkobiercą wszystkich jego dóbr, których wartość szacowano na co najmniej pięćdziesiąt milionów florenów34.
Trzynaście lat wcześniej uciekinier z Pisino schronił się w prowincjach Azji Mniejszej. Nazwisko doktora Antékirtta, owiane już pewną legendą, stało się znane także w Europie. Osiągnąłem zamierzony rezultat. Pozostało mi teraz już tylko zająć się wreszcie jedynym celem mego życia.
Zdecydowałem się powrócić do Europy, a przynajmniej w kilka miejsc nad Morzem Śródziemnym na jej skrajnych peryferiach. Odwiedziłem też wybrzeże afrykańskie i za wysoką cenę nabyłem ważną wyspę, bogatą i urodzajną, mogącą zapewnić materialne potrzeby małej kolonii, wyspę o nazwie Antékirtta. To tutaj, Pierre, jestem władcą, absolutnym panem, królem bez poddanych, lecz z załogą oddaną mi ciałem i duszą. Posiadam też system obronny, który stanie się potężny, kiedy zostanie ukończony. Mam urządzenia komunikacyjne łączące mnie z licznymi punktami śródziemnomorskiego wybrzeża. Dzięki temu i własnej bardzo szybkiej flocie rzec by można, że Morze Śródziemne stało się moją domeną!
- Gdzie znajduje się wyspa Antékirtta? - spytał Pierre Bathory.
- Na przybrzeżnych wodach Wielkiej Syrty, która od najdawniejszych czasów cieszy się złą reputacją, na krańcach tego morza, które północne wiatry czynią niebezpiecznymi nawet dla nowoczesnych statków, w głębi tej zatoki wcinającej się w afrykańskie wybrzeże pomiędzy regencją Trypolitanii a Cyrenajką.
Tam faktycznie, na północy archipelagu Wysp Syrtyjskich, leżała Antékirtta. Wiele lat wcześniej doktor przemierzał wybrzeża Cyrenajki, odwiedził Souzę35 - dawny port Cyreny, okolice Barcy36, te wszystkie miasta, które zastąpiły antyczną Ptolemaidę, Berenice37, Adrianopolis, jednym słowem - dawne Pentapolis38, niegdyś greckie, macedońskie, rzymskie, perskie, saraceńskie itd., a obecnie arabskie, zależne od paszaliku39 Trypolisu. Różnorodne trasy jego podróży, a jeździł tam, gdzie go wzywano, wiodły również przez liczne archipelagi rozsiane wzdłuż libijskiego wybrzeża, czyli Pharos i Antirode, bliźniaki Plintine, Enesipte, skały Tyndariennes, Pyrgos, Plate, Ilos, Hyphales, Pontiennes, Wyspy Białe i wreszcie - Syrtyjskie40.
Jego uwagę zwróciła szczególnie wyspa Antékirtta, znajdująca się w zatoce Wielka Syrta, trzydzieści mil na południowy zachód od wilajetu41 Bengazi, będącego najbliższym od niej punktem wybrzeża. Tak ją nazwano, ponieważ była najbardziej wysuniętą pośród Wysp Syrtyjskich lub też Kyrtyjskich. Od tego momentu doktor myślał, żeby pewnego dnia stać się jej właścicielem i niejako wyprzedzając ten fakt, nadał sobie nazwisko Antékirtt, którego sława wkrótce szeroko się rozniosła, zwłaszcza w Starym Świecie.
Dwie istotne przyczyny podyktowały mu ten wybór: po pierwsze Antékirtta była wystarczająco duża - osiemnaście mil obwodu - by mogła dać przestrzeń życiową dla tylu mieszkańców, ilu chciał tam osiedlić, po drugie - wystarczająco wysoka, ponieważ z dominującego, liczącego osiemset stóp wysokości wzniesienia można było obserwować zatokę aż po brzeg Cyrenajki, po trzecie - o dostatecznie zróżnicowanych, nawadnianych przez rzeczki uprawach, by zaspokoić potrzeby paru tysięcy mieszkańców. Poza tym otaczało ją słynące z groźnych sztormów morze, tak pechowe dla Argonautów42, a które opiewali poeci: Apollonios z Rodos43, Horacy, Wergiliusz, Propercjusz44, Seneka45, Waleriusz Flakkus46, Lukan47, a także inni, bardziej geografowie niż poeci: Polibiusz48, Salustiusz49, Strabon50, Mela51, Pliniusz52, Prokopiusz53. Wszyscy oni wskazywali na niebezpieczeństwa grożące na wodach Wielkiej Syrty i Małej Syrty, naprawdę "porywających", zgodnie z ich nazwą54.
Takie właśnie warunki odpowiadały doktorowi Antékirttowi. Nabył wyspę za zawrotną sumę, stając się jej pełnoprawnym właścicielem, bez feudalnej ani jakiejkolwiek innej zależności. Sułtan ratyfikował prawnie akt zrzeczenia się Antékirtty, co z jej nabywcy czyniło suwerennego właściciela.
Doktor zamieszkiwał na wyspie już od trzech lat. Mniej więcej trzysta rodzin, Europejczyków i Arabów, przyciągniętych jego ofertami i gwarancją szczęśliwego życia, tworzyło niewielką kolonię, składającą się z około dwóch tysięcy ludzi. Nie byli oni niewolnikami ani nawet poddanymi, lecz towarzyszami oddanymi swemu przywódcy, podobnie jak i temu zakątkowi ziemskiego globu, który stał się ich nową ojczyzną.
Stopniowo zorganizowano regularną administrację z milicją gotową do obrony wyspy. Spośród znakomitszych mieszkańców wybrano skład sędziowski, który ani razu nie miał okazji do wykonywania swoich zadań. Następnie w najlepszych stoczniach Anglii, Francji i Ameryki skonstruowano według planów doktora wspaniałą flotę statków parowych, jachtów parowych, szkunerów i "Electriców", przeznaczoną do szybkiego przemieszczania się w basenie Morza Śródziemnego. Jednocześnie na Antékirtcie przystąpiono do budowy fortyfikacji. Tych prac jeszcze nie ukończono, choć doktor popędzał, a miał ku temu poważne powody.
Czyżby Antékirtta musiała się obawiać jakichś wrogów w okolicach Wielkiej Syrty? Tak! Groźna sekta, a właściwie stowarzyszenie piratów, patrzyła z zazdrością i nienawiścią na zakładanie kolonii przez jakiegoś cudzoziemca w pobliżu libijskiego wybrzeża.
Owa sekta było to muzułmańskie bractwo Muhammada ibn Alego as-Sanusiego55. Tamtego roku (1300 od hidżry56) stała się ona groźniejsza niż kiedykolwiek, a na obszarze swych wpływów liczyła niemal trzy miliony członków. Zdominowane przez nią zawije57 i wilajety, stanowiące miejsca oddziaływania rozpowszechnione w Egipcie, w imperium osmańskim w Europie i w Azji, w krajach Ba?lé58 i Tubu59, we wschodniej Nigricji60, w Tunezji, w Algierii, w Maroku, na niezależnej Saharze aż po granice zachodniej Nigricji - najliczniejsze były w Trypolitanii i Cyrenajce. Bractwo stanowiło nieustanne zagrożenie dla europejskich ośrodków w północnej Afryce, dla cudownej Algierii, której pisane było stać się najbogatszym krajem świata, a w szczególności dla wyspy Antékirtta, jak można było się spodziewać. Zatem zastosowanie przez doktora nowoczesnych środków ochrony i obrony było uzasadnioną przezornością.
Oto czego dowiedział się Pierre Bathory podczas tej rozmowy, która dostarczyć mu miała jeszcze wielu innych informacji. Przywieziono go na wyspę Antékirtta w głębi Wielkiej Syrty, będącą jednym z najbardziej nieznanych zakątków Starego Świata, kilkaset mil od Raguzy, gdzie pozostawił dwie istoty, o których pamięć miała nigdy go nie opuścić: matkę i Savę Toronthal.
Następnie doktor w kilku słowach uzupełnił parę szczegółów dotyczących tej nowej fazy jego życia. Podczas gdy wydawał rozporządzenia mające zapewnić bezpieczeństwo wyspy, gdy zajmował się wykorzystaniem jej bogactw naturalnych i zagospodarowaniem terenów na potrzeby materialne i duchowe małej kolonii, ciągle informowany był o losie dawnych przyjaciół, których śladu nigdy nie zgubił. W szczególności wiedział, że pani Bathory z synem i Borikiem opuściła Triest i zamieszkała w Raguzie.
W ten sposób Pierre dowiedział się, po co szkuner "Savar?na" przybył do Gravosy, wzbudzając duże publiczne zainteresowanie, dlaczego doktor złożył wizytę pani Bathory, w jaki sposób pieniądze, o których jej syn nigdy nie wiedział, trafiły do niej i spotkały się z odmową z jej strony, i wreszcie jak to się stało, że doktor przybył na czas, by wyrwać z grobu Pierre'a znajdującego się w stanie snu hipnotycznego.
- Ciebie, mój synu - kończył doktor - tak!, ciebie, który straciwszy głowę, nie cofnąłeś się przed samobójstwem...!
Na to słowo Pierre w odruchu oburzenia znalazł siłę, by się podnieść.
- Samobójstwem...! - zawołał. - Więc pan sądził, że sam zadałem sobie cios?
- Pierre... chwila rozpaczy...!
- Zrozpaczony, tak! byłem zrozpaczony...! Uznałem, że pan, przyjaciel mego ojca, też mnie opuścił, opuścił po uczynieniu obietnic, o które pana nie prosiłem...! Zrozpaczony, tak! i nadal jestem...! Ale zrozpaczonemu Bóg nie każe umierać...! Każe mu żyć... by się zemścić!
- Nie... by wymierzyć sprawiedliwość! - poprawił doktor. - Któż zatem zadał ci cios?
- Człowiek, którego nienawidzę - odparł Pierre - człowiek, którego napotkałem owego wieczora przypadkowo na pustej drodze wiodącej wzdłuż murów Raguzy! Być może ten człowiek sądził, że rzucę się na niego i go sprowokuję...! Jednak mnie uprzedził...! Zadał mi cios...! Ten człowiek to Sarcany, to...
Pierre nie był w stanie dokończyć. Na myśl o tym nędzniku, w którym teraz widział męża Savy, jego mózg doznał wstrząsu, oczy się zamknęły i wydawało się, że życie zeń ulatywało, jakby się otworzyła rana.
W jednej chwili doktor go ożywił, przywrócił mu świadomość i patrząc na niego, szeptał:
- Sarcany...! Sarcany!
Po doznanym wstrząsie stan Pierre'a wymagał chwili odpoczynku. Młodzieniec jednak odmówił.
- Nie! - oznajmił. - Zaczynając, powiedział pan: Najpierw historia doktora Antékirtta, która zaczyna się od momentu, gdy hrabia Mathias Sandorf skoczył w wody Adriatyku...
- Tak, Pierre.
- Zatem pozostaje panu opowiedzieć mi o tym, czego jeszcze nie wiem o hrabi Mathiasie Sandorfie!
- Masz dość siły, by mnie wysłuchać?
- Proszę mówić!
- No, dobrze! - zgodził się doktor. - Lepiej od razu skończyć z tymi tajemnicami, które masz prawo znać, ze wszystkim, co przeszłość zawiera strasznego, by więcej do tego nie powracać. Pierre, uznałeś, że cię opuściłem, bo wyjechałem z Gravosy...! Zatem posłuchaj, a potem mnie osądzisz! Jak wiesz, Pierre, w przeddzień naszej orzeczonej wyrokiem sądowym egzekucji razem z towarzyszami podjęliśmy próbę ucieczki z fortecy Pisino. Niestety, Ladislas Zathmar w chwili, gdy miał do nas dołączyć u stóp donżonu, został schwytany przez strażników. Mnie oraz twojego ojca porwał prąd rzeki w otchłań Buco i znaleźliśmy się poza ich zasięgiem. Gdy uniknąwszy niemal cudem wirów Foiby, wyszliśmy na ląd z Kanału Limskiego, zauważył nas pewien nędznik i nie zawahał się sprzedać naszych głów, za które rząd wyznaczył nagrodę. Po wykryciu nas u rybaka z Rovigno tuż przed tym, jak miał nas przewieźć na drugą stronę Adriatyku, twój ojciec został schwytany i przewieziony do Pisino. Ja miałem więcej szczęścia i udało mi się uciec! O tym wszystkim wiesz, a teraz opowiem ci to, czego jeszcze nie wiesz. Zanim wydał nas ów Hiszpan, zwący się Carpena, co rybak Andréa Ferrato przypłacił wolnością, a kilka miesięcy później życiem, dwaj ludzie sprzedali tajemnicę spiskowców z Triestu.
- Jak się nazywali...? - zawołał Pierre Bathory.
- Nie pytasz najpierw, w jaki sposób ich zdrada została odkryta? - odparł doktor.
Szybko opowiedział o tym, co wydarzyło się w celi donżonu. Opisał zjawisko akustyczne, które ujawniło nazwiska dwóch zdrajców.
- Ich nazwiska, doktorze! - niecierpliwił się mocno Pierre Bathory. - Nie chce mi pan ich powiedzieć!
- Powiem ci!
- Kto to?
- Jeden z nich to księgowy, który dostał się do domu Ladislasa Zathmara i okazał się szpiegiem! To człowiek, który usiłował cię zabić! To Sarcany.
- Sarcany! - krzyknął Pierre, znajdując dość siły, by ruszyć w stronę doktora. - Sarcany...! Ten łajdak...! I pan o tym wiedział...! I pan, towarzysz Étienne'a Bathoryego, pan, który zaoferował jego synowi protekcję, pan, któremu powierzyłem sekret mej miłości, pan, który dodawał mi otuchy, pan pozwolił temu niegodziwcowi wejść do domu Silasa Toronthala, podczas gdy mógł go przed nim zamknąć jednym słowem... Swoim milczeniem dopuścił pan do zbrodni...! tak! zbrodni...! oddania tej nieszczęśliwej dziewczyny Sarcany'emu!
- Tak, Pierre, tak właśnie postąpiłem!
- Ale dlaczego...?
- Ponieważ ona nie mogła zostać twoją żoną!
- Ona...! ona...?
- Ponieważ gdyby Pierre Bathory poślubił pannę Toronthal, byłoby to jeszcze szkaradniejszą zbrodnią!
- Ale dlaczego...? dlaczego...? - powtarzał Pierre coraz bardziej przerażony.
- Ponieważ Sarcany miał wspólnika...! Tak, miał wspólnika w tej ohydnej machinacji, która posłała twojego ojca na śmierć...! A tym wspólnikiem był... w końcu musisz się o tym dowiedzieć...! bankier z Triestu, Silas Toronthal!
Gdy Pierre to usłyszał, wszystko pojął...! Nie był w stanie nic odpowiedzieć. Skurcz zacisnął mu usta. Poczuł się przygnieciony okropnością paraliżującą i usztywniającą całe jego ciało. Zdawało się, że poprzez rozszerzone źrenice jego spojrzenie zgłębia niezbadane ciemności.
Trwało to tylko kilka sekund, podczas których doktora ogarnęły obawy, czy aby pacjent przeżyje ten straszy zabieg operacyjny, jakiemu został poddany!
Na szczęście Pierre Bathory posiadał silną naturę. Udało mu się opanować wszystkie sprzeciwy jego duszy. Kilka łez wypłynęło mu z oczu...! Następnie opadł na fotel i opuścił dłoń na dłoń doktora.
- Pierre - odezwał się doktor głosem czułym i poważnym - wobec całego świata obydwaj nie żyjemy! Obecnie zostałem całkiem sam, nie mam przyjaciół, nie mam dziecka...! Chcesz zostać moim synem?
- Tak...! ojcze...! - odparł Pierre Bathory.
Wówczas uczucie ojcowskie złączyło się z uczuciem synowskim, które pchnęło jednego w ramiona drugiego.
18 Martwa fala (rozkołys) - długa, łagodna, powoli gasnąca fala posztormowa, powstała wskutek długotrwałego działania wiatru z jednego kierunku; występuje tylko na dostatecznie rozległych obszarach wodnych.
19 Bakburta - lewa burta statku.
20 Dziobnica - przedłużenie stępki statku w kierunku dziobu, inaczej - stewa dziobowa.
21 Tylnica (stewa rufowa) - przedłużenie stępki statku w kierunku rufy.
22 Peninsular and Oriental Steam Navigation Company - towarzystwo zawiązane w roku 1822; początkowo jego statki pływały na trasach z Wielkiej Brytanii do Portugalii i Anglii, od roku 1842 także w inne rejony świata, przewożąc pocztę i pasażerów; w roku 2006 sprzedane "Dubai Ports World" za 13,9 miliarda dolarów.
23 Via Appia - najstarsza rzymska droga zaczynająca się na rzymskim Forum Romanum a kończąca w Brindisi; jej budowę rozpoczął Appiusz Klaudiusz w roku 312 p.n.e.
24 Smyrna - obecna nazwa Izmir, miasto portowe w zachodniej Turcji.
25 Góry Acrocérauniennes - zachodnia część nadmorskich gór Cérauniennes leżących w południowo-zachodniej Albanii.
26 Talib - uczeń muzułmańskiej szkoły teologicznej zdobywający wiedzę na temat Koranu.
27 Pandit - tytuł nadawany w Indiach uczonym.
28 Karahisar - miasto w dystrykcie Tavas w prowincji Denizli w Turcji.
29 Adana - miasto w Azji, w południowej Turcji nad rzeką Seyhan, ośrodek administracyjny ilu Adana.
30 Aleppo - miasto w północno-zachodniej Syrii, ok. 50 km na południe od granicy z Turcją, siedziba władz prowincji Halab.
31 Trypolis - tutaj chodzi o miasto portowe leżące w północnym Libanie.
32 Hims (Homs) - miasto w zachodniej Syrii, w oazie Pustyni Syryjskiej w dolinie rzeki Orontes, ośrodek administracyjny muhafazy Hims, położony na linii kolejowej Aleppo-Damaszek.
33 Imperium osmańskie - państwo rządzone przez dynastię Osmanów, istniejące od końca XIII wieku do roku 1922, początkowo z ośrodkiem w północno-zachodniej Anatolii, od 1453 roku ze stolicą w Stambule, u szczytu potęgi w XVI-XVIII wieku obejmujące większość Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej i południowo-wschodniej Europy.
34 Około stu dwudziestu pięciu milionów (ówczesnych) franków (przyp. J. Verne'a).
35 Souza - obecna nazwa Susa lub Soussa, miasto portowe w starożytności noszące nazwę Apollonia.
36 Barca - grecka nazwa Barqy, arabskiej wioski palestyńskiej, położonej 37 km na północ od Gazy, w pobliżu współczesnego izraelskiego miasta Aszdod.
37 Berenice - obecna nazwa Bengazi, miasto w Libii, nad zatoką Wielka Syrta (Morze Śródziemne), stolica Cyrenajki.
38 Pentapolis - powstałe w starożytności określenie grupy pięciu powiązanych z sobą miast; w tym przypadku to: Apollonia, Cyrena, Ptolemaida, Berenice i Tauchira lub Arsinoe (obecna nazwa Tukra).
39 Paszalik (paszałyk) - okręg administracyjny w Turcji osmańskiej, prowincja pozostająca pod zarządem paszy.
40 Wyliczane tu nazwy geograficzne autor prawdopodobnie czerpał z dzieła Wyspy Afryki (Iles de l'Afriques, 1848) Armanda d'Avezac (1800-1875) archiwisty i geografa, który w szczególności zakładał istnienie Atlantydy; archipelag Wysp Syrtyjskich jest wymieniany właściwie tylko u niego; w rzeczywistości nie istnieje.
41 Wilajet - prowincja, jednostka administracyjna w państwach muzułmańskich.
42 Argonauci - w mitologii greckiej uczestnicy wyprawy po złote runo na statku "Argo" pod wodzą Jazona.
43 Apollonios z Rodos (pocz. III wieku p.n.e.-po 246 p.n.e.) - grecki poeta, kierował Biblioteką Aleksandryjską, autor poematu epickiego Argonautyki.
44 Propercjusz (ok. 50 p.n.e.-między 15-2 p.n.e.) - rzymski poeta, autor elegii miłosnych i trenów.
45 Seneka Młodszy (ok. 4 p.n.e.-65 n.e.) - rzymski pisarz, poeta i filozof, wychowawca Nerona, który zmusił go do samobójstwa.
46 Waleriusz Flakkus (I wiek n.e.) - rzymski poeta, autor dzieła Argonautica.
47 Lukan (39-65) - rzymski poeta, autor epopei Pharsalia, skąd Sienkiewicz zaczerpnął zwrot "ogniem i mieczem"(ferro et igni).
48 Polibiusz (ok. 200-ok. 118 p.n.e.) - grecki historyk i kronikarz rzymskiej republiki, ceniony za wiarygodność.
49 Salustiusz (86-34 p.n.e.) - rzymski historyk i polityk, członek senatu, autor częściowo zaginionego dzieła Historiae.
50 Strabon (63 p.n.e.-24 n.e.) - grecki geograf, historyk i podróżnik, autor dzieła Geographica hypomnemata.
51 Pomponiusz Mela (ok. 15-ok. 45) - rzymski geograf, autor dzieła De situ orbis libri tres (O położeniu krajów świata ksiąg trzy).
52 Pliniusz Starszy (23-79) - rzymski historyk i pisarz, autor swego rodzaju encyklopedii Naturalis historia; zginął w czasie wybuchu Wezuwiusza.
53 Prokopiusz z Cezarei (490-561) - bizantyński historyk, autor dzieł Historia wojen i Historia sekretna.
54 Nazwa pochodzi od starogreckiego słowa surtis oznaczającego "zwał piachu i skał", które jest zbliżone do słowa surtos - "porywać, ciągnąć, wlec".
55 Muhammad ibn Ali as-Sanusi (1787-1859) - muzułmański polityk i teolog urodzony w Algierii; w roku 1837 założył nawiązujące do idei pierwotnego islamu bractwo sanusijja.
56 Hidżra - ucieczka Mahometa z Mekki do Medyny w 622 roku, od którego liczą się lata kalendarza muzułmańskiego; rok H = 1300 przeliczony na kalendarz gregoriański według wzoru H - H / 33 + 621 daje rok 1882, czyli bieżący rok akcji powieści.
57 Zawija - rodzaj muzułmańskiego klasztoru z meczetem i szkołą.
58 Ba?lé - jeden z ludów zamieszkujących Czad, prawdopodobnie chodzi o tereny zamieszkiwane przez ten lud.
59 Tubu - najprawdopodobniej chodzi o tereny południowo-wschodniej Sahary, południowo-wschodniej Libii, północnego Nigru i północno-zachodniego Sudanu zamieszkiwane przez lud o tej nazwie.
60 Nigricja - dawna nazwa terenów Afryki ciągnących się od Nigru i Mali aż po Sudan.