ROZDZIAŁ 1
Nigdy nie rozumiałem sensu wieczorów panieńskich. Chociaż zważywszy na moje doświadczenia podczas przyjęć ogrodowych, proszonych kolacji i eleganckich rautów, najprawdopodobniej po prostu źle znoszę wszelkie imprezy. Z dzisiejszej perspektywy to by wyjaśniało, dlaczego w okresie ostrego balangowania byłem nieszczęśliwy i nienawidziłem siebie. Jeśli chodzi o rozwój osobisty, radziłem sobie doskonale.
Równie doskonale radziłem sobie podczas wieczoru panieńskiego Bridge. Czy raczej podczas jej wieczoru nieokreślonego płciowo, bo nie zgodziła się, by na jej przedślubnym przyjęciu zabrakło połowy jej znajomych. Impreza nie mogłaby się też obyć beze mnie, miałem wszakże pełnić obowiązki druhny. Chociaż, prawdę powiedziawszy, z wielu względów wolałbym spędzić ten wieczór w domu, ze swoim fantastycznym chłopakiem prawnikiem.
Fantastycznym chłopakiem prawnikiem, który po dwóch latach wciąż wydawał mi się fantastyczny.
I który - dowodząc, że jest fantastycznym prawnikiem, ale mniej fantastycznym chłopakiem - był spóźniony.
Tkwiłem w odgrodzonej strefie VIP w modnym, choć niedrogim barze, a na głowie miałem dziergany kapelusz w kształcie wulwy. Zamówiłem go u przyjaciółki Bridge, gdy uświadomiłem sobie, że gadżety na wieczory panieńskie przeważnie mają kształt falliczny. Oczywiście mógłbym wybrać strój bez motywów genitalnych, ale taki nie nadawałby się na wieczór nieokreślony płciowo i Bridge byłaby zawiedziona. A tego wolałem uniknąć, bo przecież pełniłem obowiązki nie tylko druhny, lecz także, rzecz jasna, przyjaciela.
James Royce-Royce wyciągnął lizak w kształcie penisa ze słoja w kształcie penisa. Przez ostatnie miesiące, gdy widywałem jego albo jego męża, Jamesa Royce'a-Royce'a, towarzyszył im niedawno adoptowany syn, o imieniu, a jakże, James. By uniknąć nieporozumień, nazywali go Mały Jim.
- Luc, wybacz - powiedział - ale mam ci za złe, że zdecydowałeś się na falliczne słodycze ze sklepu, zamiast poprosić mnie o pomoc.
Bernadette May, umiarkowanie znana autorka książek kucharskich, z którą Bridge przeżyła tyle zawodowych katastrof, że z czystej konieczności się zaprzyjaźniły, rzuciła nam pogardliwe spojrzenie z drugiego końca stołu. Należała do ludzi, którzy gardzą niemal wszystkimi i rzadko to ukrywają.
- Bo pewnie podałbyś prawdziwy koński penis oprószony szafranem i przybrany płatkami złota.
- Za to po tobie należałoby się spodziewać biszkoptu z marcepanowymi siusiakami - odgryzł się James Royce-Royce.
- Właśnie dlatego - naciągnąłem włóczkową wulwę na uszy - się do was nie zwróciłem. Organizowałem przyjęcie na cześć Bridget, a nie zawody w gotowaniu potraw z motywem siurka.
Bridge w kapeluszu w kształcie penisa siedziała obok mnie i tak jak reszta gości miała na sobie podkoszulek, na którym w wyniku nieporozumienia z drukarnią widniał napis: "Suki Bridge nie Oliver moim zdaniem może być używamy tego ironicznie zresztą za późno na zmiany".
- W sumie - stwierdziła - zawody w gotowaniu potraw z motywem siurka to całkiem niezły pomysł.
- Raczej z motywem genitaliów płci wszelakich - poprawiła ją Priya. - Nie wrócę do domu do swoich dziewczyn i nie powiem im, że byłam na fallocentrycznych zawodach w kucharzeniu.
Dziewczyny w liczbie mnogiej stanowiły efekt ostatnich wypadków w życiu Priyi, przez który przygotowany przeze mnie i Bridge plan rozmieszczenia gości wziął w łeb. Priya i Theresa próbowały ułożyć sobie wspólne życie we dwie, ale eksperymentalny trójkąt w okresie świątecznym pociągnął za sobą znacznie mniej eksperymentalną serię regularnych seksrandek, które przerodziły się w trwały i oficjalny związek, i to akurat wtedy, gdy pomagałem Bridge adresować zaproszenia.
- Przecież wiesz - odparłem - że Theresa i Andi byłyby mile widziane. Na nie też czekały podkoszulki.
Priya lekceważąco wzruszyła ramionami.
- Niby tak, ale trójkąt jest fajny właśnie dlatego, że dwie partnerki mogą sobie dotrzymać towarzystwa, zamiast przychodzić na takie gówniane imprezy, gdzie musiałyby udawać, że lubią zaprzyjaźnionych ze mną dupków.
Skrzywiłem się.
- Nie zapominaj, że nie wszyscy tutaj się znają, więc wyzywanie nas od dupków może zostać opacznie zrozumiane.
- Bez obaw - odezwała się Jennifer, która siedziała mężowi na kolanach, pijąc koktajl jak człowiek, przez najzwyczajniejszą w świecie słomkę. - Brian mówi tak cały czas.
- No cóż - wtrącił się Peter, którego Jennifer prawie całkiem zasłoniła. - Z niego też jest niezły dupek.
Bridget rozpostarła ramiona, jakby chciała objąć całą grupę.
- Przyjmijmy, że kocham was wszystkich, moje dupki, i na tym skończmy dyskusję.
- Jak teraz o tym myślę - James Royce-Royce oglądał wciąż nienapoczęty falliczny lizak - to wydaje mi się, że powinniśmy mieć też dekoracje z motywem dupy.
Wbiłem w niego wzrok.
- Może lepiej nie. Moja historia wyszukiwania już i tak jest kompromitująca.
- Naprawdę? - Priya spojrzała na mnie z niedowierzaniem. - Właściwie mieszkasz z Oliverem. Nie sądzę, żebyś wpisywał do wyszukiwarki coś innego niż: "jak zrobić wegański dżem" albo "malownicze trasy spacerowe w okolicy Clerkenwell".
Nie wspomniała o haśle: "wieczór nieokreślony płciowo", ale ku mojemu przerażeniu nie rozminęła się aż tak bardzo z prawdą.
- Skąd ta pewność?
- W zeszłym tygodniu - powiedziała druzgocąco monotonnym głosem - poprosiłeś mnie w mailu o opinię na temat lampki stołowej.
Wszyscy goście chóralnie westchnęli.
- Luc - zawołał James Royce-Royce. - Nie. Tylko nie lampka stołowa.
- Zamknij się - uciszyłem go niezwykle dojrzale.
Priya ponuro pokiwała głową.
- Tak, razem z Oliverem uprawiają ostry lamping bez zabezpieczeń.
- Zamknij się - uciszyłem ją niezwykle dojrzale.
- Robią to w prawie każdy weekend - kontynuowała Priya. - W każdym pokoju. Na każdym stole.
- Na jednym. - W desperacji uniosłem ręce. - I tylko raz.
James Royce-Royce, patrząc na nas z rozbawieniem znad kieliszka martini, uniósł brew.
- Od tego się zaczyna. Ani się obejrzycie, jak pójdziecie w prawdziwą perwersję, na przykład w oświetlenie podłogowe.
- Tylko nie to! - krzyknąłem, choć Oliver zasugerował kiedyś, że zdziałałoby to cuda w moim salonie.
- Mam nadzieję - włączył się Peter - że przynajmniej używacie zabezpieczenia przepięciowego.
Przybrałem postawę, która, miałem nadzieję, wyrażała zdecydowanie, lecz nie urazę.
- Nienawidzę was wszystkich. Chce ktoś jeszcze drinka?
Na szczęście większość miała pełne szklanki, ale kilka koleżanek Bridget z pracy poprosiło o kosmosy. Chodziło im chyba o cosmopolitany. Idąc do baru, wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić, czy mój fantastyczny chłopak prawnik zamierza się zjawić.
Przepraszam, napisał. Utknąłem w pracy. Wkrótce do ciebie dołączę.
Przepraszam, kajał się w następnej wiadomości. Wciąż nie mogę się wyrwać.
Przepraszam, powtórzył w kolejnej. Wychodzę za dziesięć minut.
A potem: Nie martw się. Wszystko gra i zaraz ruszam w drogę.
Potem: Na pewno zorganizowałeś wspaniałą imprezę.
Potem: Wiem, że nie tak się powinien zachowywać partner. Wynagrodzę to tobie i Bridget.
Potem: Wychodzę. Będę za dwadzieścia minut.
Potem: Nie spodziewałem się takich korków. Przepraszam.
To był cały Oliver. Jego nieobecność trochę mnie irytowała. Ale pisane w panice esemesy wydały mi się dziwnie wzruszające, a poza tym byłem w nim zakochany. Więc pieprzyć to.
Właśnie pisałem żartobliwą, acz uszczypliwą, choć zarazem dodającą otuchy wiadomość, gdy wpadłem na dwóch stojących tyłem do mnie facetów.
- Cholera. - Omsknął mi się kciuk i przez przypadek wysłałem Oliverowi bezsensowny ciąg liter. - Przepraszam. Nie chciałem...
I wtedy odwrócił się mój pieprzony eks. Co gorsza, przez ułamek sekundy, zanim zakręciło mi się w głowie i zaparło mi dech w piersi, nieomal ucieszyłem się na jego widok. Spędziliśmy razem pięć lat i do części mojego mózgu, która odpowiadała za uczucie do niego, jeszcze nie dotarło w pełni, że to sprzedajny skurwiel.
- O Boże - powiedział człowiek, który kiedyś zrujnował mi życie. - Luc.
- Miles - wyjąkałem. - Kopę lat.
Kopę lat, od kiedy za pięćdziesiąt tysięcy sprzedałeś brukowcowi intymne szczegóły naszego związku. Mimo to uśmiechnąłem się, bo nie zasługiwał na moje autentyczne emocje.
On natomiast rozpromienił się, jakby naprawdę się ucieszył, że na siebie wpadliśmy. Zawsze miał zniewalający uśmiech, który dodatkowo zyskał dzięki nowej, nienagannie wypielęgnowanej brodzie. Co za kutas, totalny kutas.
- Prawda? - Spojrzał na towarzyszącego mu, nieprawdopodobnie przystojnego młodzieńca, całego w brokacie i barwach tęczy. - JoJo, to Luc. Luc, to JoJo.
- Cześć. - JoJo wspiął się na palcach, żeby pocałować mnie w oba policzki. - Skąd znasz Milesa?
Nawet o mnie nie wspomniał? W sumie, czemu miałby to robić? A tak w ogóle, skarbie, musisz wiedzieć, że mój poprzedni związek skończył się, bo zrobiłem tego kolesia w chuja?
- Och, kiedyś... byliśmy ze sobą.
Miles obrócił się i stanął tuż obok mnie. Położył dłoń na moich plecach gestem tyleż przyjaznym, co zaborczym.
- To były szalone czasy, prawda, Luc? Mamy mnóstwo zaległości do nadrobienia. Chcesz do nas dołączyć na drinka?
Nawet gdybym nie musiał wracać do gości Bridge, rozmowa z nimi figurowałaby na szarym końcu mojej listy upragnionych zajęć, gdzieś między wypaleniem brwi palnikiem cukierniczym a spędzeniem tygodnia w wannie pełnej martwych kałamarnic.
- Byłoby super - odparłem - ale jestem bardzo zajęty. Bridge wychodzi za mąż i jestem jej druhną, a za chwilę zjawi się tu mój chłopak...
Natychmiast uświadomiłem sobie, jak żałośnie zabrzmiała ta wzmianka o Oliverze. Szkoda, że nie dodałem jeszcze: "Ale go nie znasz, bo chodzi do innej szkoły".
- Och, wciąż kumplujesz się z Bridge? - zapytał Miles. - Fajnie. Zawsze uważaliście, że gej jest najlepszym przyjacielem kobiety. Jak w latach dziewięćdziesiątych.
Mówił poważnie? Czy robił sobie, kurwa, jaja?
- Chyba bym tak tego nie...
- Skoro o ślubach mowa... - Od JoJo biła radość jak od słoneczka z kreskówki. - Mogę mu powiedzieć?
Miles pocałował swojego chłopaka w czubek ślicznej główki.
- Teraz już chyba musisz.
- Pobieramy się!
Spojrzałem na wyciągniętą rękę JoJo, który miał na palcu pierścionek z brylancikami. Czegoś tak eleganckiego z pewnością sam bym nie wybrał i prawdę powiedziawszy, po Milesie też nie spodziewałem się takiego gustu. Może kupił to cacko za kasę ze sprzedaży moich tajemnic.
- Och - odparłem i natychmiast uświadomiłem sobie, że on oczekuje pewnie bardziej wyrazistej reakcji. - Gratuluję.
Przez chwilę milczeliśmy, ale krępująca cisza mówiła sama za siebie. Niby jak miałem zareagować na to obwieszczenie? Miles z dyżurnym uśmiechem sprzedawcy obuwia chwalił się przede mną swoim uroczym narzeczonym jak szczeniaczkiem, którego nosi się w dizajnerskiej torbie, i zachowywał się, jakby nigdy mnie, kurwa, nie zdradził.
- W każdym razie - dodałem - powinienem... może... No tak.
Już miałem sobie pójść, gdy zmieniła się muzyka i rozległy się pierwsze takty Tartaru, popularnej piosenki Jona Fleminga z albumu Koło historii. W ramach promocji drugiego sezonu Pokaż wszystko udzielił kilku głębokich i poruszających wywiadów o tym, jak walka z nowotworem skłoniła go do konfrontacji z własną śmiertelnością, dzięki czemu uświadomił sobie, co jest naprawdę ważne w życiu. Jakoś nikt nie zwrócił uwagi na to, że mój ojciec nigdy nie chorował na raka, nikt nie postawił mu takiej diagnozy ani nawet nie podejrzewał u niego tej choroby, a mimo to wszyscy, którzy zmierzyli się z nowotworem, zaczęli go traktować jako swojego reprezentanta. Został nawet twarzą kampanii społecznej Narodowego Funduszu Zdrowia.
Nieważne. Album Koło historii miał dowodzić, jaki to stał się zajebiście mądry i błyskotliwy, kiedy z młodego i samolubnego fiuta zmienił się w starego i samolubnego fiuta, a Tartar był egocentryczną pieśnią żałobną o wpatrywaniu się w otchłań, by powrócić silniejszym, za którą ten fajans dostał Grammy, ale nadal miałem go głęboko w dupie. Po nieoczekiwanym spotkaniu z narcystycznym eksem, który odtrącił mnie, żeby trochę zarobić, nie miałem najmniejszej ochoty wracać myślami do narcystycznego ojca, który odtrącił mnie, żeby zarobić znacznie więcej.
Próbując skupić na czymś uwagę, spojrzałem na telefon. Autokorekta zmieniła moją wiadomość do Olivera z "Okej, do zobaczenia wkrótce" na "Okej, do zobaczenia twojego dokumentu", dlatego teraz na ekranie widniała cała seria odpowiedzi:
Jakiego dokumentu?
Pisałeś do kogoś innego?
Lucien, coś się stało?
Przyjadę najszybciej, jak tylko się da. Jeśli coś się stało, napisz.
Przepraszam, że tyle to trwa.
Pewnie powinienem był odpisać, nie miałem jednak siły na tę konfrontację. Los, wszechświat albo inna siła zdecydowały w odstępie trzydziestu sekund postawić na mojej drodze wyraźnie szczęśliwego i odnoszącego sukcesy gównianego eksa i wyraźnie szczęśliwego i odnoszącego sukcesy gównianego ojca. Wprawdzie, technicznie rzecz biorąc, też byłem szczęśliwy i odnosiłem sukcesy, ale miałem poczucie porażki, gdy mój fantastyczny chłopak prawnik tkwił w korku, a mnie przedstawiono fantastycznemu, perfekcyjnemu JoJo, który w tej swojej pstrokatej kamizelce i z pobłyskującym pierścionkiem obnosił się ze swoimi zaręczynami i swoją urodą.
Jakby tego wszystkiego było mało, przypomniałem sobie, że mam na głowie włóczkową wulwę.
Przyjaciółki Bridge czekały na kolejne cosmopolitany, ale nagle pełnienie obowiązków druhny wydało mi się mniej ważne niż potrzeba ucieczki. Musiałem zaczerpnąć powietrza, bo w barze było za głośno i za gorąco. Schowałem telefon do kieszeni dżinsów i wymknąłem się na zewnątrz, by w starym dobrym stylu poużalać się nad sobą.
Tylko że, jak się okazało, nawet to mi się nie udało, bo na pieprzonej londyńskiej ulicy można co najwyżej posadzić tyłek na chodniku, którym ciągnie dwadzieścia siedem milionów osób, szaleńczo spiesząc skądś tam dokądś tam i bezlitośnie tratując każdego, kto znajdzie się na ich drodze.
Nie pałam do siebie aż taką nienawiścią, by pozwolić całemu miastu na takie traktowanie, dlatego ruszyłem na poszukiwanie miejsca, gdzie mógłbym przycupnąć, ale jak już wspomniałem, w Londynie nie uświadczysz wolnej ławki, więc zawędrowałem do słabo oświetlonego parku, do którego w innym stanie umysłu nie wszedłbym w obawie przed zamordowaniem i/lub aresztowaniem.
I wtedy przypomniało mi się, że najlepsza przyjaciółka uczyniła mnie druhną podczas ślubu, o którym marzyła od piątego roku życia, a ja właśnie uciekłem z jej wieczoru nieokreślonego płciowo.
Kurwa.
Oż kurwa jego mać.
W pewnym sensie było to pocieszające. Ludzie zawsze się martwią, że bycie w związku ich zmieni, dlatego ucieszyłem się, że pomimo relacji z Oliverem wciąż potrafiłem zachować się jak palant wobec przyjaciółki. I partnera. I wszystkich wokół.
Kurwa.
W końcu znalazłem pustą ławkę i osunąłem się na nią jak wór ziemniaków, takich, które leżały za długo w kuchni i z których zaczęły wyrastać dziwne wypustki. To było doskonałe porównanie. Byłem jak stary ziemniak z mnóstwem wypustek. Powierzono mi banalnie proste zadanie. Miałem skrzyknąć kilka zaprzyjaźnionych osób, by spędziły miłe chwile w barze przy owocowych drinkach i przekąskach w kształcie penisa, ale nawet to udało mi się spierdolić.
Znów spojrzałem na telefon.
Gdzie jesteś?
O kurwa. To też spierdoliłem.
GDZIE JESTEŚ??!!?? WSZYSTKO OK???!
To nie był Oliver, tylko Bridge. Zorientowała się, że wyszedłem. A to oznaczało, że w tym wyjątkowym dla niej dniu - cóż, naprawdę wyjątkowy powinien być dla niej dopiero dzień ślubu, więc ten wieczór nie był chyba aż tak ważny - znalazłem się w centrum uwagi.
Zdjąłem z głowy włóczkową wulwę i przyjrzałem się jej, a ona odwzajemniła moje spojrzenie, jak płonące namiętnością oko Saurona.
Kurwa.
Byłem najgorszą druhną pod słońcem.
Kurwa.
Byłem złym przyjacielem i partnerem, a ludzie robili mnie w konia i porzucali mnie, bo byłem beznadziejny i zasługiwałem na takie traktowanie.
Kurwa.
- Można się przysiąść?
Gdy się odwróciłem, zobaczyłem Olivera. Wyglądał zarazem schludnie i nonszalancko w poluźnionym krawacie i koszuli rozpiętej po to, by odsłonić napis na podkoszulku: "Suki Bridge nie Oliver moim zdaniem może być używamy tego ironicznie zresztą za późno na zmiany". Wydawał się bardziej zmartwiony niż zły.
- Jak mnie znalazłeś?
- Bridget twierdziła, że zniknąłeś, więc popytałem ludzi, czy nie widzieli, jak z baru wybiega wysoki mężczyzna z waginą na głowie.
- Wulwą - poprawiłem go.
- Słucham?
- Wagina to to, co w środku, a na zewnątrz jest wulwa.
Oliver posłał mi ciepły, krzepiący uśmiech.
- Tak czy inaczej, na tyle wyróżniasz się w tłumie, że nietrudno cię znaleźć. - Obszedł ławkę, usiadł obok i mnie objął. Bezwiednie wtuliłem się w niego. - Wiem od Bridget, że natknąłeś się na Milesa. Jej zdaniem właśnie dlatego uciekłeś.
Pokiwałem głową.
- Na dodatek puścili piosenkę mojego ojca.
Oliver przytulił mnie czule.
- Wygląda mi to na małe trzęsienie ziemi. Przykro mi, że mnie przy tobie nie było.
- Mnie też. Kurwa, przepraszam. Chciałem powiedzieć... że byłoby super, gdybyś tu był. Nie chodziło mi o to, że... Wiem, musiałeś zostać w pracy.
- Zrozumiałem, co masz na myśli.
- Po prostu fajnie byłoby powiedzieć: "Hej, Miles, pierdol się, wiedzie mi się wspaniale".
Oliver zaśmiał się cicho.
- Mogłeś to powiedzieć.
- Tak, ale nie miałbym na to dowodu.
- Sam jesteś tego najlepszym dowodem.
Być może pewnego dnia przestanie mnie dziwić, że Oliver zawsze mówi to, co trzeba. To jednak nie był ten moment.
- Kurwa, Oliver. Przestań być taki... taki... do bólu idealny.
Siedzieliśmy razem przez chwilę. Wtulony w niego dopuściłem do siebie poczucie bezpieczeństwa i miłość, a on chwycił moją rękę i nic nie mówił, bo nie musiał.
- Poza tym - dodałem, doszedłszy do wniosku, że dobre samopoczucie jest przereklamowane i należy zepsuć atmosferę - jego narzeczony ma góra dwanaście lat.
- Zakładam, że nie dosłownie?
- Nie, ale jest... takim... ślicznym chłopczykiem o imieniu JoJo. Co za człowiek nosi takie imię?
- Zakładam, że to pytanie retoryczne?
- Powiem ci - kontynuowałem. - Zwykły fiut, ot co.
Oliver siedział obok i wciąż mnie nie oceniał, choć postanowiłem obrazić niewinnego człowieka, którego dopiero co poznałem.
- Być może. Osobiście uważam jednak, że większym fiutem jest facet, który cię sprzedał i przez którego boisz się po raz kolejny komuś zaufać.
- O tak. To niezły fiut. Choć, jak na ironię, ma małego.
- Naprawdę? - Oliver znów się uśmiechnął. - Czy chcesz tylko, żebym poczuł się wyjątkowy?
- Tak serio, to nie pamiętam. Ale zasługuje na małego fiuta. Gdybyś mógł rozgadać wśród znajomych, że ma malusieńkiego, będę wdzięczny i z góry dziękuję.
Tym razem Oliver parsknął śmiechem.
- Dla ciebie wszystko, Lucien.
Nie pozostało mi nic innego, jak go pocałować.
A potem pocałować raz jeszcze. No wiecie, na wszelki wypadek.
Nagle poczułem się... całkiem dobrze. Wszystko inne przestało się liczyć. To znaczy, wciąż liczyli się moi przyjaciele, praca i sprawy, które leżały mi na sercu. Nie przejmowałem się już jednak ani Milesem, ani JoJo.
- Chyba mogę już wracać - oznajmiłem.
Wstaliśmy, włożyłem wulwę na głowę i pozwoliłem, by Oliver Blackwood, mój fantastyczny chłopak prawnik, poprowadził mnie z powrotem na nieokreślony płciowo wieczór mojej najlepszej przyjaciółki. W głębi duszy wiedziałem, że wszystko będzie dobrze.
Przecież miałem już nigdy więcej nie spotkać Milesa.