Maszyny księcia Raimondo - Dorota Ceran

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słońce zalewa ulice neapolitańskiego Centro Storico, największego kompleksu staromiejskiego Europy. Jest sierpień, upał sięga trzydziestu czterech stopni, ludzie suną sobie powolutku wąskimi uliczkami, sączą kawę przy rozstawionych wprost na chodnikach stoliczkach lub przy kontuarach maleńkich barów. Turystów nie ma tu wielu. Czasami jacyś młodzi wędrowcy z plecakami przycupną na przykościelnych schodach, czasami grupka z przewodnikiem mrużąc oczy spogląda w górę, by zajrzeć w twarz kamiennemu bohaterowi na marmurowym cokole. Przed sklepami stoją ich właściciele paląc papierosy, zagadując przechodniów, niektórych częstując specjałami wprost ze sklepowej półki. Tak na zachętę... może wrócisz tu i zrobisz zakupy? Może zatrzymasz się na chwilę, żeby pogadać. Ale bez narzekania. Nikt tu nie oczekuje, że opowiesz mu o "swojej starej bidzie", o ataku wyrostka cioci Zeni, pensji zbyt małej wobec twych umiejętności, wiedzy i kompetencji i o ogólnej niesprawiedliwości społecznej. Wolą usłyszeć, co ciekawego Cię spotkało od wczoraj, w czym Ci się poszczęściło i co rozbawiło Cię do łez.

A wokół - zabytki, zabytki, zabytki, zabytki..... W głowie może się zakręcić. Już pewnych rzeczy nie jesteś w stanie dostrzec, docenić, zachwycić się, taka tu tego mnogość. I wszystko takie jakieś... codzienne, przybrudzone nieco, zamieszkałe, oswojone. Ludzie mieszkają w kamienicach, które w innych miejscach oglądałoby się jako muzea architektury średniowiecznej, renesansowej, barokowej... A tu... pranie z okien się zwiesza, gary szczękają zza kuchennych żaluzji, motorynki brzęczą, uliczni muzycy śpiewają dla kasy i dla własnej przyjemności, klaksony, sygnały karetek mieszają się z głośnym szumem ulicznych rozmów, prowadzonych pełnym głosem, bez robienia zbędnych tajemnic z życia swojego i najbliższych sąsiadów.

Wśród tego rozgwaru, na upalnym, gorącym od słońca cokole, leży sobie Nil. Bo jesteśmy na Piazzetta del Nilo. Posąg brodatego boga pochodzi, bagatela, z przełomu II i III wieku. Stał dokładnie w tym samym miejscu już w epoce rzymskiej. Macie pojęcie? I ludzie chodzą sobie wokół niego, jak gdyby nigdy nic. Możesz przejść i nie zauważyć. Więc spójrz proszę, bo warto.

W średniowieczu wyproszono boga z jego legowiska. Wiadomo, nie były to czasy przyjazne dla pogańskich świętości.

Ale szczęśliwie nadszedł renesans i odnaleziono posąg, niestety... bez głowy. I ta okoliczność doprowadziła do poważnego nieporozumienia. Otóż, zachowały się postaci dzieci otoczone przez boga opiekuńczym ramieniem. I neapolitańczycy uznali, że oto mają przed sobą symbol miasta, kobiety zatem[1], roztaczającej opiekę nad swym ludem. Do dziś funkcjonuje w Neapolu nazwa posągu Corpo di Napoli, czyli Ciało Neapolu.

Jakież było zdumienie mieszkańców miasta, gdy dwieście lat później odnaleziono głowę posągu... i okazało się, że to brodaty chłop.

Idąc wzdłuż Vico San Domenico Maggiore i mijając z lewej strony Piazza san Domenico Maggiore idźmy prosto zacienioną uliczką, gdzie gwar maleje, fasady są nieco bardziej odrapane a sznury z praniem coraz gęściej zasnuwają słoneczne i bezchmurne niebo. To Via de Sanctis Francesco. Po dwustu, może dwustu pięćdziesięciu metrach skręcamy w uliczkę jeszcze ciemniejszą, gdzie promienie słońca nie mają jak zajrzeć. To Calata S. Severo Pietrasanta. I tu czeka na nas niespodzianka. To Museo Capella San Severo.

Kaplica wyłania się z mroków ciemnych zaułków będąc dla nieuprzedzonego spacerowicza nie lada niespodzianką. Bowiem nagle, wśród zwykłych, po neapolitańsku zaniedbanych kamienic potykasz się o brylant. Piękna tego miejsca żadne słowa nie opiszą. Ja tylko opowiem, co tam znaleźć można.

Ale najpierw legenda. W 1590 roku prowadzono w pobliżu pałacu rodziny de Sangro więźnia, a właściwie aresztanta, na sądową rozprawę. Nie wiem, jakie zarzuty ciążyły na podsądnym, ale jakie by nie były, on sam utrzymywał, że jest niewinny. Przechodząc koło pałacowego ogrodu ujrzał wizerunek Matki Boskiej w jednej z ulicznych kapliczek. Widok Madonny wlał nadzieję w jego serce. Prosząc o uwolnienie obiecał Maryi, że jeśli wysłucha błagań skołatanej duszy, kupi srebrną lampę, by oświetlała wizerunek w kapliczce.

Madonna wysłuchała próśb niedoszłego skazańca, któremu winy nie udowodniono, tym samym puszczając na wolność. Srebrna lampa zabłysła w kapliczce. Wieść rozeszła się wśród ludu lotem błyskawicy. Tłumy zaczęły oblegać pałacowe ogrody, ludzie modlili się dniami i nocami, czyniąc z jednej strony niemałe zamieszanie, z drugiej - wprowadzając atmosferę dokonanego przez Maryję cudu. Dopełniło go jeszcze jedno niezwykłe wydarzenie. Jeden z członków rodu de Sangro, Giovanni Francesco, zapadł był na ciężką, nieuleczalną, zdawało się chorobę. Modlił się przed znanym nam już wizerunkiem Madonny i koniec końców prośby księcia zostały wysłuchane.

Książę postanowił w miejscu cudownej kapliczki postawić większy przybytek i tak oto powstała kaplica nazwana wówczas Pietellą.

Po latach syn uzdrowionego Francesco, Alessandro, który był biskupem Benewentu, przekształcił niewielką kaplicę w obiekt, który możemy dzisiaj podziwiać.

150 lat po cudownych wydarzeniach, w 1749 roku, kolejny przedstawiciel rodu de Sangro, Raimondo, postanowił gruntownie przebudować wnętrze kaplicy. Tytuł księcia brzmiał: Raimondo de Sangro, VII książę di Sansevero. Stąd dzisiejsza nazwa przybytku, będącego kaplicą grobową rodu de Sangro - Capella di Sansevero.

Rzeźby, które tu znajdziemy uważam za najpiękniejsze, jakie widziałam kiedykolwiek w życiu. Aż dziw, że nie są najsłynniejszymi dziełami tego typu na świecie, że znane są wyłącznie tym, którzy zaplączą się w gąszcz neapolitańskich uliczek i szczęśliwym zrządzeniem losu trafią w to miejsce. Nazwisko autora, Giuseppe Sammartino, winno być przywoływane w podręcznikach sztuki, historii, kultury wszystkich typów szkół we wszystkich krajach świata bez względu na system oświaty tam panujący.

Przede wszystkim - Cristo Velato, czyli Chrystus Zawoalowany. I nie ma znaczenia, czy jesteś wierzący, wątpiący czy sprawy wiary są Ci kompletnie obce. Wizerunek leżącego na środku kaplicy Chrystusa jest tak bajecznie piękny, że w każdym wypadku wstrzymasz oddech. Masz bowiem do czynienia z samym czystym pięknem. Geniusz artysty pozwolił ukazać wspaniałego, niezwykłej urody człowieka, który choć martwy, bo całunem przykryty, wygląda, jakby spokojnie spał. Całun jest przezroczysty, z tak cienkiego muślinu, że widać każdy szczegół twarzy, każdą żyłę na dłoniach, każdy włos. Muślin zaś utkany jest z marmuru. Nawet maleńki, jakże realistyczny kawałeczek koronki wystający spod Chrystusowej nogi jest wyraźnie jedwabny, choć przecież marmurowy. Dla tych, którzy przyjdą tu nie tylko szukać kunsztu artysty, lecz czegoś więcej, spotkanie z tak pięknie wyobrażonym Bogiem z pewnością będzie przeżyciem głęboko mistycznym.

Antonio Corradini, to drugi artysta, którego nazwiskiem należy uzupełnić podręczniki szkolne. Jego rzeźby są wyeksponowane wzdłuż ścian kaplicy. Najpiękniejsze z nich to Skromność i Rozczarowanie. Są tak realistyczne, że powieszono kartki z zaleceniem "Non toccare[2]", bo niektórzy dowcipnisie próbowali zdjąć tiul z nagiej damy, tak bardzo wydawał się on prawdziwy. I dama też...

Książę Raimondo, ostatni arystokratyczny właściciel kaplicy zajmował się alchemią, komponował różne mikstury, sprawdzał na ludziach działanie swoich specyfików. Wydawało mu się, że jest Leonardem aż w końcu Kościół obłożył go ekskomuniką. Z tym, że na Raymondzie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.

Urodził się w 1710 roku i po wczesnej śmierci matki i opuszczeniu go przez ojca pozostawał pod wpływem wychowującego go dziadka - Paola, mieszkającego w Neapolu. Tutaj zaczął pobierać pierwsze nauki. Okazał się nadzwyczaj zdolnym chłopcem, który już w wieku dziewięciu lat został przyjęty na nauki do kolegium jezuickiego w Rzymie. To nie lada wyczyn, gdyż jezuici byli zawsze bardzo wymagający jeśli chodzi o walory intelektualne swoich podopiecznych. Młody człowiek okazał się wdzięcznym słuchaczem. W krótkim czasie opanował biegle osiem języków (nie udało mi się dowiedzieć, jakich, niestety). Jednak celował w naukach przyrodniczych i te sprawiały mu najwięcej radości.

Był autorytetem w wielu dziedzinach, także w astronomii, architekturze wojskowej, chemii, hydrostatyce....

Był pierwszym Mistrzem Loży Masońskiej w Neapolu, a zarazem cieszył się z początku podziwem i zaufaniem papieża Benedykta XIV, który udzielił mu zezwolenia na czytanie pozycji z Indeksu Ksiąg Zakazanych.

Jednak kolejne eksperymenty naukowe księcia zaczęły budzić w kręgach kościelnych niepokój. A kiedy Raymond zaczął popisywać się swoimi przemyśleniami nader dalekimi od dogmatów Kościoła Katolickiego, zwłaszcza przemyśleniami dotyczącymi pochodzenia człowieka, jego fizyczności i psyche, papież powiedział: Basta! Uznał księcia za zło wcielone i obłożył go ekskomuniką, co - jak już wspominałam - kompletnie uczonego arystokratę nie obeszło.

Jego eksperymenty budziły tyle zainteresowania co i grozy. Jednym z pierwszych wynalazków okrytych złą sławą była lampa. "Wieczna lampa", która przy użyciu minimalnej ilości oliwy paliła się przez bite trzy miesiące. Na czym rzecz polegała, książę nigdy nie zdradził. Natomiast z przyjemnością chwalił się tym, że podstawa lampy wykonana została z kości, jak się wyraził - "najszlachetniejszego ze zwierząt na Ziemi". I nawet, jeśli miał na myśli lamparta czy słonia - niesmak pozostał.

Nigdy nie dowiemy się do końca, jaka była prawda ani w sprawie rzeczonej lampy, ani w żadnej innej, ponieważ książę przed śmiercią zniszczył całe swoje naukowe archiwum. Sam zmarł w wieku 61 lat w wyniku zatrucia chemikaliami, które stosował do eksperymentów.

Był neapolitańczykiem. Mieszkańcem miasta, które trwa w swojej niezmienności od prawie trzech tysięcy lat.

* * *

Kiedy jesteś w Neapolu nie możesz oprzeć się wrażeniu, że to miejsce zostało stworzone wyłącznie po to, by sprawić ci osobistą przyjemność. Jeśli jadąc tu myślisz, że będą to kolejne urocze wakacje w turystycznym miejscu, że główną atrakcją będą zabytki i poranki na plaży plus pizza., nie mylisz się. I nie daj się przestraszyć tym, co mówią niektórzy: że to miasto złodziei i że kamorra urządza strzelaniny na ulicach, na których walają się tony śmieci. Za to spotkasz się ze zjawiskiem, o którym nikt nigdy ci nie wspomni - z ludźmi, którzy są inni niż w krajach, które znasz, łącznie z twoim własnym. Jeśli szukasz prawdy o nich i mieście, wynajmij maleńkie mieszkanko w Centro Storico, najlepiej na ostatnim piętrze, dzięki czemu ponad dachami dojrzysz skrawek zatoki z majaczącą w oddali Capri.

Jeśli wydaje ci się, że jesteś we współczesnej, ogromnej metropolii, to oczywiście masz rację. Ale kiedy przyjdzie chwila, gdy zda ci się, że świat cofnął się o całe wieki wiedz, że jesteś w miejscu, gdzie wiek XXI walczy tu z XVIII stuleciem, a antyczne bóstwa wyzierają zza murów katolickich świątyń.

Grupa wyrostków, która właśnie Cię mija biegnąc w sobie tylko znanym kierunku i celu to obraz, który mieli przed oczami i Wergiliusz, i Tomasz z Akwinu i Gustaw Herling-Grudziński. Te dzieci były tu zawsze, umorusane, spalone słońcem, czasem głodne, nie zawsze szczęśliwe, zawsze pełne nadziei.

Elegancki, szpakowaty pan, w doskonale skrojonym garniturze, który nosi się z gracją południowego arystokraty jest nim w istocie. Od pokoleń. Przemierza via Chiaia tak, jak jego ojciec, dziadek, pradziadek... Nie znajdziesz w jego wzroku nagany wobec krzykliwych lazzaroni, przeciwnie - uśmiecha się życzliwie, poprawiając okulary od Prady.

Szeroka limuzyna zaparkowała na środku ulicy dokładnie tam, gdzie zwykły niegdyś zatrzymywać się powozy przed Palazzo Reale. Nie znajdziesz na niej śladu zarysowań, żadnych wgnieceń. Stoi blokując przejazd. Z tylnego siedzenia wydobywa się wielki grubas w skórzanej kurtce. Czarne włosy, przerzedzone na czubku głowy ma spięte w kitkę na karku. Trzaska drzwiczkami i daje znać kierowcy, że może odjechać. Sam kieruje się wprost do jednej z najdroższych kawiarni Neapolu - "Il Gambrinus". Tej samej, która zaopatrywała pałac królewski w świeże pieczywo w czasach, gdy królowie jeszcze tu mieszkali.

Przed kawiarnią przechadza się przebrany w wojskowy mundur z czasów burbońskich kuglarz. Gra na instrumencie podobnym nieco do mandoliny. W ten sposób sam akompaniuje sobie do śpiewanej pieśni, w rytm której maszeruje za nim grupa muzykantów. Powoli przyłączają się do nich rozbawieni przechodnie. Kuglarz tak prowadzi taniec, by jak najwięcej osób znalazło się przed wejściem do Gambrinusa.

Na Piazza Carolina stoi oszklony wózek, z którego mężczyzna w białym fartuchu i czapce kucharza sprzedaje rogale z czekoladowym nadzieniem.

- Ciao, Rafaello! - ktoś go pozdrowił. Dzieciaki kłębią się wokół wózka. Piekarz daje każdemu z nich rogalik.

- Grazie, Rafaello - i już ich nie ma.

Rafaello wygląda jak archetyp Włocha z filmu klasy B: brunet z cienkim wąsikiem nad zbyt pełnymi ustami. Wielkie, czarne oczy zdradzające naturę tyleż romantyczną co psotną.

Piazza Gesu to swoiste wrota do Centro Storico. Kiedy miniesz wielką bryłę kościoła Santa Chiara zobaczysz kamienicę, której wejście ozdobione jest jedną z miliona neapolitańskich kapliczek. Stara, zabytkowa, pamiętająca wiek osiemnasty jest schronieniem dla wizerunku patrona miasta - świętego Januarego. I od wieków ogląda te same sceny. Tuż obok niej, oparty plecami o ścianę domu stoi młody mężczyzna w nieco zbyt szerokiej marynarce i rozmawia przez telefon. Najwyraźniej rozmowa nie jest miła, bo mężczyzna mówi głosem podniesionym i szeroko gestykuluje wolną od aparatu ręką. Pojawia się chłopak z grupki, która minęła cię już dzisiaj kilka razy. Facet z telefonem wyciąga rękę i łapie jednego dzieciaka za kołnierz. Skończył rozmowę, włożył telefon do kieszeni spodni i zaczyna coś mówić chłopcu do ucha. Kiedy go puszcza, ten ucieka mu z pola widzenia..

Wchodzisz do kaplicy. Jest niewielka. Tonie w mroku rozświetlonym punktowymi lampami skierowanymi na poszczególne rzeźby i obrazy. Wśród setek ornamentów i symboli dostrzegasz gołębia z niesionym w dziobie trójkątem. Umieszczono go w centralnym punkcie sklepienia, z rozpostartymi skrzydłami, by niósł symbol pełen znaczeń - od chrześcijańskiego uniwersum opartego na wierze w Trójcę Świętą poprzez pitagorejską Deltę odsyłającą do zdobyczy nauki aż po charakterystyczny znak masoński. Na środku leży On, Cristo Velato.

A na półpiętrze od trzystu lat stoją - oni.

Neapol, 22 marca 1765

Gigi biegnie wzdłuż muru pałacu starając się nie robić rumoru. Tu, w przeciwieństwie do ulic, gdzie odbywa się codzienny handel, zawsze jest cicho i dość pusto. Od czasu do czasu przechodzi jakaś kobieta niosąc z targu ryby, warzywa, czy butelki z winem. Czasem przemknie jakiś dzieciak, jakiś pies szuka wśród śmieci czegoś do zjedzenia, kot wygrzewa się na plamie słońca.

Teraz zbliża się północ i jest cicho, jak w grobie. Gigi ma na sobie za dużą, białą koszulę i za krótkie spodnie związane złotym sznurkiem. Znalazł ten sznurek na śmietniku przy pałacu. Leżał porzucony przez pokojówkę po zmianie starych wiązań do zasłon i Gigi uznał go za coś niebywale cennego. I było. Dzięki temu złotu przytroczonemu do podartych portek znacznie wzrósł jego autorytet wśród małych lazzaroni. Choć i bez tego dwunastoletni Gigi wiedzie życie szefa niemałej, bo siedmioosobowej bandy podobnych oberwańców. Razem chodzą w miasto na polowanie. A to buchną kubek mleka z okna starej Valentiny, a to pomarańczę z wozu handlującego nimi Giuseppe, a to wyżebrzą bułkę czy kawałek placka u Rafaella, kiedy przebiegają obok jego piekarni. To wszystko stanowi premię, którą sobie przyznają po udanym połowie. Lazzaroni specjalizują się w podkradaniu nocą, nad brzegiem zatoki, łódek rybaków, przywiązanych do wbitych w ląd kołków. A każdej nocy któraś z nich kołysze się samotnie przy brzegu. Zawsze jest przecież ktoś, kto akurat nie wypływa. Lazzaroni łódkę odwiązują, wpychają do wody i odpływają od brzegu by jakieś 40, 50 metrów w głąb zatoki zarzucić swoją zdobyczną sieć. Zwykle udaje się złapać tyle ryb, by każdy miał co jeść następnego dnia. Zdarzały się już i takie szczęśliwe noce, gdy rano chłopcy mogli pójść z na targ i co nieco sprzedać.

Dzisiaj w nocy jednak Gigi postanowił zająć się czym innym. Od kilku dni ludzie w okolicy mówią, że u księcia w pałacu dzieją się dziwne rzeczy. Okna na parterze szczelnie zasłonięto. Wieczorami na dziedzińcu pojawiają się wozy wypełnione nie wiadomo czym, szybko opróżniane i jeszcze szybciej znikające w czeluściach uliczek tak wąskich, że nie trzeba wielkiej sztuki by splunąć z okna do sąsiada z przeciwka.

Gigi umówił się z Antoniem, że spotkają się przy pałacu i spędzą noc na czuwaniu pod oknami. Może wreszcie coś wypatrzą. Antonio jest dwa lata starszy od Gigiego. Wysoki, chudy. Z jego pociągłej twarzy nie schodzi uśmiech. Całymi dniami a czasami i nocami włóczy się, jak wszyscy lazzaroni po ulicach Neapolu, wypływa na połowy i handluje rybami na targu. Dziwne są tylko dwie rzeczy: cały utarg zawsze oddaje kolegom i nigdy nikogo nie zaprosił do siebie do domu. Jeśli wstydzi się biedy, to głupio robi, bo nikt tu nie mieszka w pałacach. I czemu oddaje wszystkie zarobione pieniądze? Niepojęte.

Z mieszkania wymknął się Gigi cichutko, jak zwykle. Siostra, Simona, spała już dawno. Wychowywała go od roku, od chwili, gdy matka zmarła na coś, co najpierw zabrało jej mowę, potem władzę w nogach a na koniec możliwość złapania oddechu. Ojciec wypłynął trzy lata temu w piękną, spokojną noc i nigdy nie wrócił. Simona była dumą Gigiego, choć czasem go ta piękna siostra złości okropnie. Jest starsza zaledwie sześć lat, a myśli, że może rządzić i domem, i bratem.

- Pssst - usłyszał, gdy znalazł dobre miejsce pod murem, skąd dziedziniec pałacu było widać jak na dłoni. To Antonio dojrzał go w ciemnym kącie pod krzakiem opuncji.

- Uważaj na krzaki. Okropnie kłują.

- Wiem... coś się dzieje?

- Zasłonili okna, ale między żaluzjami błyszczy światło. I to nie są świece.

- Dlaczego?

- Za jasno.

- E, jak bardzo dużo, to może być bardzo jasno. Na balach tak salony oświetlają. Tysiące świec się pali i jest widno, jak w dzień.

- E tam... tysiące. Zwariowałeś? By się spalili z gorąca.

- Patrz! Ktoś wyszedł przed pałac! - Antonio aż podskoczył z wrażenia.

- Oj! - jęknął Gigi. - Przecież miała być w domu. Jak wychodziłem, to była.

Z drzwi pałacu wyszła Simona. Trudno właściwie powiedzieć, że wyszła. Wybiegła w jakimś popłochu i nie rozglądając się wiele, umknęła do wyjścia, gdzie przyczaili się chłopcy.

- Auuuu - syknął Gigi, który chcąc się schować przed siostrą wcisnął się w kłującą opuncję.

Simona jednak się nie zatrzymała tylko biegiem umknęła w kierunku ulicy, na której mieszkali.

- Antonio, muszę lecieć żeby być w domu przed nią. Ty!? - przysunął swoją twarz do twarzy przyjaciela - co ona tu robiła w nocy? Co ona tu w ogóle robiła?

Neapol, 23 kwietnia 1765

Książę zwykł siadać w swojej pracowni zagłębiony w lekturze. Kiedyś uzyskał zgodę papieża Benedykta XIV na dostęp do ksiąg zakazanych. Jego niezwykły umysł kazał mu poszukiwać coraz to nowych zagadnień naukowych. Czytał prace antycznych filozofów i oświeceniowych myślicieli. Także, a może zwłaszcza teraz, kiedy zgodę papież cofnął a samego księcia wygnał poza wspólnotę Kościoła. To co najbardziej Raimonda od dawna zajmowało, to dzieła poświęcone alchemii i tradycji masońskiej.

Dzisiaj jednak analizuje zwykłe matematyczne obliczenia związane z projektem armaty. Regent miał do nich kilka uwag i teraz Raimondo próbuje się do nich odnieść. Jest trochę zniecierpliwiony uwagami Bernarda, a właściwie jego irytującym sposobem wypowiadania się kategorycznie o rzeczach, o których mimo swojego wykształcenia - nie ma pojęcia. Bernardo nie potrafi zrozumieć, że im armata lżejsza, tym łatwiej może towarzyszyć przemieszczającej się piechocie. Stawianie wielkich, stacjonarnych machin, których nie sposób szybko przewieźć, to już za mało w walce na muszkiety. Na szczęście, mimo swojego sceptycyzmu, regent nie upierał się zbytnio przy swoim. Raimondo przejrzał jeszcze raz dokładnie karty z obliczeniami i rysunkami projektu. Wszystko się zgadza. Teraz tylko trzeba sięgnąć do królewskiej kiesy, by projekt mógł stać się rzeczywistością.

* * *

Tymczasem w pałacowej kuchni Simona kroiła cebulę na sos. Łzy leciały jej po policzkach, z nosa kapało. Setki razy w życiu zmagała się z tym okropnym warzywem, które robiło z niej rozmazaną idiotkę i szczerze je nienawidziła. Ale cóż, jutro na obiad ma być między innymi mięso w cebulowym sosie, a do tego trzeba obrać i pokroić na piórka cały worek tego okropieństwa. Inna rzecz, że jak się już cebulę udusi w oliwie, jak się doda do tego te wszystkie przyprawy, to zapomina się o zasmarkanym nosie i spuchniętych oczach.

W kuchni było pełno ludzi. Jedna dziewczyna kroiła mięso, druga tłukła na miazgę wielki pęk bazylii wygiętym w pałąk nożem czyniąc niemiłosierny hałas. Stara kucharka wyciągała z pieca placki, które układała na talerzach wyłożonych serwetkami, żeby obsączyć je z resztek tłuszczu. Wszyscy uwijali się, jakby zaraz miała się zacząć proszona uczta, tymczasem były to codzienne zajęcia, zwykły dzień, zwykłe, powszednie czynności. Przez kuchnię co jakiś czas przewijał się młody chłopak, Beppe, usuwając spod rąk pracujących przy potrawach ludzi produkowane przez nich śmieci. A to obierki, a to skorupki jajek, a to puste koszyki po owocach.

Beppe wybiegł z kuchni z misą brudnej wody, żeby wylać ją na tyły małego podwórza za kuchnią. Miał szybko przynieść tę misę Simonie, bo obierki cebuli tworzyły już na stole wielką górę. Raptem potknął się o jakiś leżący tu badyl i wyłożył jak długi. Brudna, tłusta woda rozlała się po całym podwórku i po nim samym. Całe szczęście, że misa się nie stłukła... dostałby od Mariny za swoje. Usiadł na ziemi oceniając szkody. No i jak ma wrócić do kuchni taki brudny? Najgorsze, że te wszystkie baby będą się z niego śmiać.

- Co jest, młody? - Giovanni szedł w kierunku stajni i zauważył uwalanego w pomyjach chłopaka.

- Potknąłem się - Beppe cisnął przed siebie z wściekłością patyk, przyczynę swojego upadku.

- Ej!!! Mogłeś mnie trafić! Wstawaj, konie zaraz będę do stajni przeprowadzał. Książę ma dzisiaj gości.

- Giovanni, możesz zanieść do kuchni tę misę? Nie mogę tam teraz iść.

- Ja?! Do kuchni? Chłopaku, co ty... A właściwie... tak, masz rację, zaniosę. Dobra, dawaj to.

W świetle otwartych drzwi zobaczył kogoś, kogo jeszcze osobiście nie poznał. Simona pracowała tu już od miesiąca ale jakby go unikała. On już dawno ją zauważył i zrobiła na nim wrażenie. I nie tylko dlatego, że taka śliczna, ale dlatego, że wiecznie roześmiana, wesoła, energiczna... Nie było w niej tej złości, która charakteryzowała prawie każdą neapolitańską dziewczynę.

Stała tyłem, kiedy wparował z misą.

- No gdzie ten chłopak, misa mi potrzebna! Nie wiecie, gdzie poszedł? - utyskiwała, pociągając głośno nosem.

- A panna się zaziębiła czy płacze?

- Dawaj misę i nie mędrkuj, młody - Simona miała dość cebuli na kolejny rok. Nawet nie chciało jej się odwracać do kuchcika.

- A czemu to panna taka niemiła jest?

Simona gwałtownie odwróciła się na pięcie.

- No!... O mój Boże kochany!

Simona była na siebie wściekła, bo czuła, jak się czerwieni od stóp po końcówki rozsypanych włosów. Jej wielkie oczy były czerwone za sprawą cebuli, podobnie zresztą jak nos. Chciała go poznać... I miało być tak pięknie. Ona w nowej czerwonej spódnicy i w tej pięknej bluzce z szarfą w pasie. I w nowych bucikach. I ładnie uczesana. Poznał... poznał kuchennego kocmołucha, spoconego i zasmarkanego.

Nic nie powiedziała, wyrwała Giovanniemu misę z ręki i odwróciła się do swojej cebuli.

Spojrzał na starą kucharkę, Marinę, pytająco. Ta machnęła tylko ręką i wzięła ze stołu talerz pełen placków, by przenieść go do spiżarni.

- Idź stąd Giovanni. Nie plącz mi się tutaj. A kotki nie drażnij, bo może podrapać.

Giovanni wziął z rąk starej ciężki talerz i podążył za nią. Nachylił się jej do ucha i szepnął:

- A kotka ma jakieś imię?

- Simona. Ale to porządna dziewczyna. Ani mi się waż!

Giovanni położył dłoń na sercu.

- Znasz mnie przecież - i uciekł zanim dostał od Mariny kuksańca.