ITERACJA PIERWSZA: Anioł z Goliadu
ITERACJA PIERWSZA
anioł z goliadu
Złożony obraz, optycznie kodowany przez eskortowiec liniowca
powietrznego Lord Brunel: widok z góry na przedmieście Cherbourga, 14
października 1905 roku.
Willa, ogród, taras.
Usuwając z tarasu poręcz z kutego żelaza, odsłaniamy wózek inwalidzki i jego pasażerkę. Promienie słońca odbijają się jaskrawo od niklowanych
szprych w kołach.
Pasażerka, właścicielka willi, opiera artretyczne dłonie na pledzie
utkanym na krosnach Jacquarda.
Te dłonie zbudowane są ze ścięgien, tkanki, kości i stawów. Spokojne
działanie czasu i informacji sprawiło, że włókna ludzkich komórek
splotły się w kobietę.
Nazywa się Sybil Gerard.
Poniżej, w zaniedbanym francuskim ogrodzie, bezlistne winorośle oplatają
drewniane kraty na białych, łuszczących się ścianach. Ciepły podmuch
rozwiewa siwe włosy przy szyi, niosąc przez otwarte okno z pokoju
zapachy węglowego dymu, jaśminu i opium.
Kobieta spogląda uważnie w niebo, na ogromną sylwetkę o nieopisanym
wdzięku - metal, jeszcze za jej życia, nauczył się latać. Tę wspaniałość
wyprzedzają maleńkie bezpilotowe aeroplany, które z warkotem nurkują na
tle czerwieniejącego horyzontu.
Jak szpaki, myśli Sybil.
Sterowiec rozjaśnia się od środka; prostokątne złociste okna sugerują
ludzkie ciepło. Bez wysiłku, z niezrównaną łatwością funkcji
organicznych, Sybil wyobraża sobie daleką muzykę: muzykę Londynu.
Pasażerowie spacerują, piją, flirtują, może tańczą.
Budzą się nieproszone myśli, umysł splata perspektywy, z emocji i wspomnień składa znaczenia.
Przypomina sobie swoje życie w Londynie. Siebie, dawno temu, idącą
Strandem, przeciskającą się przez tłum przy Temple Bar. Dalej... Miasto
Pamięci rozrasta się wokół niej, aż po mury Newgate, gdy pada na nie
cień jej ojca na stryczku...
Szybka jak odchylony promień światła Pamięć zbacza tutaj w inny zaułek -
taki, w którym zawsze trwa wieczór...
***
Jest 15 stycznia 1855 roku.
Pokój w Grand Hotelu przy Picadilly.
Jedno krzesło stoi przechylone do tyłu, blokując oparciem drzwi. Na
drugim wiszą ubrania: damski płaszcz z falbaną, ubłocona spódnica z grubego sukna, męskie kraciaste spodnie i wcięty surdut.
Dwie postacie w pościeli na łóżku pokrytym fornirem z klonowego drewna;
na dworze, w lodowatym uścisku zimy, Big Ben wybija dziesiątą:
szorstkie, organowe dźwięki i płonący węglem oddech Londynu.
Pod zimną kołdrą Sybil przysunęła stopy do rozgrzanej ceramicznej
butelki owiniętej flanelą. Czubki palców musnęły łydkę mężczyzny i ten
dotyk wyrwał go z głębokiego zamyślenia. Taki już był ten dandys, Mick
Radley.
Spotkała go w Akademii Tańca Laurenta przy Windmill Street. Teraz, kiedy
już się poznali, bardziej by jej pasował do Kellnera przy Leicester
Square, a nawet do Portland Rooms. Zawsze się zastanawiał, planował,
mruczał pod nosem. To ją martwiło. A pani Winterhalter nie byłaby
zadowolona; "dżentelmena z kół politycznych" należało traktować z delikatnością i dyskrecją. Te cechy pani Winterhalter posiadała w nadmiarze, nie uznawała ich jednak u swoich dziewcząt.
- Dość łajdaczenia się, Sybil - rzekł Mike.
To jedno z tych jego niespodziewanych stwierdzeń: konkluzja czegoś, co
właśnie sobie przemyślał.
Uśmiechnęła się; twarz do połowy ukryła pod ciepłym brzegiem kołdry.
Wiedziała, że lubi jej uśmiech, uśmiech zepsutej dziewczyny. Obróć to w żart, nakazała sobie.
- Gdybym się nie łajdaczyła, czyż teraz leżałabym tu z tobą?
- Koniec z bieganiem za mężczyznami.
- Chodzę tylko do dżentelmenów.
Mick parsknął rozbawiony.
- A więc uważasz mnie za dżentelmena?
- Bardzo szykownego dżentelmena - potwierdziła, by mu pochlebić. -
Eleganckiego. Wiesz, że nie lubię radykalnych lordów. Pluję na nich,
Mick.
Sybil zadrżała, choć raczej z zadowolenia niż z lęku. Dopisało jej
szczęście: gwarantowało steki, gorącą czekoladę, łóżko z czystą pościelą
w dobrym hotelu. W błyszczącym, nowiutkim hotelu z centralnym
ogrzewaniem parowym, choć chętnie by zamieniła niespokojne, bulgoczące i stukające zwoje radiatorów na blask ognia w kominku.
W dodatku przystojny był ten Mick Radley, musiała to przyznać. Ubierał
się modnie, miał pieniądze i nie żałował ich. Jak dotąd nie zażądał od
niej niczego obrzydliwego czy niezgodnego z naturą. Mick był
dżentelmenem z Manchesteru w podróży i wkrótce pewnie wyjedzie,
wiedziała więc, że związek nie potrwa długo. Jednak przynosił jej
korzyści, a po rozstaniu mógł przynieść jeszcze większe, jeśli uda się
wzbudzić w nim poczucie winy i wielkoduszność.
Mick oparł się o grubą puchową poduszkę i wsunął palce o zadbanych
paznokciach w kędzierzawe włosy. Miał na sobie jedwabną nocną koszulę, z pianą koronki na froncie. Nosił tylko to, co najlepsze. Teraz chciał
pewnie porozmawiać. Mężczyzn po pewnym czasie nachodzi zwykle taka
ochota. Na ogół mówią o swoich żonach.
Ale Dandys Mick zawsze wracał do polityki.
- A więc nienawidzisz lordów, Sybil?
- Dlaczego nie? - spytała. - Mam swoje powody.
- Jestem tego pewien - odparł.
Spojrzał na nią chłodno, z taką wyższością, że przeszedł ją dreszcz.
- O co ci chodzi, Mick?
- Wiem, jakie masz powody, by nienawidzić rządu. Znam twój numer.
Ogarnęło ją zdumienie, potem strach. Usiadła na łóżku. W ustach czuła
posmak zimnego żelaza.
- Trzymasz swoją kartę w torebce - powiedział. - Podałem twój numer
znajomemu z magistratu. Przepuścił go przez rządową Maszynę, a ona
wydrukowała twoje akta z Bow Street. Ta-ta-ta, jak grzechotka. -
Uśmiechnął się drwiąco. - Teraz wiem o tobie wszystko, dziewczyno. Wiem,
kim jesteś.
Próbowała zachować zuchwały ton.
- A kimże takim, panie Radley?
- Nie Sybil Jones, skarbie. Jesteś Sybil Gerard, córka Waltera Gerarda,
agitatora luddytów.
Wdarł się do jej ukrytej przeszłości.
...Szumiące gdzieś daleko Maszyny, przędące historię...
Mick obserwował jej twarz i śmiał się z tego, co na niej zobaczył.
Rozpoznała to spojrzenie - takie jak u Laurenta, kiedy pierwszy raz
wypatrzył ją na zatłoczonym parkiecie. Zachłanne.
- Od jak dawna wiesz? - Głos jej drżał.
- Od naszej drugiej nocy. Przecież podróżuję z generałem. Ma wrogów, jak
każda ważna osoba. Jako jego sekretarz i asystent nie mogę ryzykować.
Sybil odsunęła się.
- Szpiegowałeś bezbronną dziewczynę - oświadczyła. - Jesteś prawdziwym
draniem, i tyle.
Ale słowa go nie dotknęły - był zimny i twardy niczym sędzia albo jakiś
lord.
- Może i szpiegowałem, ale wykorzystuję rządową maszynerię dla własnych
słodkich celów. Nie jestem donosicielem i nie będę potępiał
rewolucjonisty, jakim był Walter Gerard... cokolwiek mówią o nim dzisiaj
radykałowie. Twój ociec był bohaterem.
Przesunął poduszkę.
- Tak, Walter Gerard był moim bohaterem... Słuchałem, jak w Manchesterze
mówił o Prawie do Pracy. Był wspaniały. Gardła nas bolały od wrzasków.
Ech, dobre Piekielne Koty... - Głos Micka stał się ostry i surowy,
zabrzmiał w nim akcent z Manchesteru. - Słyszałaś o Piekielnych Kotach,
Sybil? Za dawnych dni?
- Uliczny gang. Bezdomni chłopcy z Manchesteru.
Mick zmarszczył czoło.
- Byliśmy bractwem! Gildią przyjaciół! Twój ojciec znał nas dobrze.
Można powiedzieć, że był naszym politycznym patronem.
- Wolałabym, żeby nie wspominał pan mojego ojca, panie Radley.
Mick niecierpliwie potrząsnął głową.
- Kiedy usłyszałem, że skazali go i powiesili... - Słowa jak sopel lodu
wbity między żebra - wzięliśmy z chłopakami pochodnie i łomy i zaczęliśmy szaleć. Prawdziwe dzieło Neda Ludda, dziewczyno! Lata minęły...
- Delikatnie strzepnął gors nocnej koszuli. - Niewielu ludziom opowiadam
tę historię. Rządowe Maszyny mają długą pamięć.
Teraz zrozumiała wielkoduszność Micka i jego czułe słówka, te dziwne
uwagi, jakie do niej kierował: o tajemnych planach, lepszej przyszłości,
znaczonych kartach i ukrytych asach. Pociągał za sznurki, uzależniał ją
od siebie. Córka Waltera Gerarda była cenną zdobyczą dla takiego
człowieka jak Mick.
Wyśliznęła się z pościeli i w samych pantalonach i koszuli ruszyła po
lodowatej podłodze do fotela. Szybko, w milczeniu przeszukiwała stos
ubrań. Płaszcz z falbaną, żakiet, rozłożysta klatka krynoliny z opadającą na nią spódnicą, brzęcząca zbroja gorsetu...
- Wracaj do łóżka - rzucił leniwie Mick. - Nie bądź śmieszna. Jest
zimno. - Pokręcił głową. - To nie jest tak, jak myślisz, Sybil.
Nie obejrzała się nawet. Gorset włożyła przy oknie, gdzie przez pokrytą
lodem szybę ledwie przeświecało światło ulicznej latarni. Szybkim,
wprawnym szarpnięciem zaciągnęła na plecach sznurówki.
- A jeśli nawet - dodał z namysłem Mick - to tylko w niewielkim stopniu.
Po drugiej stronie ulicy publiczność wychodziła właśnie z opery:
eleganckie towarzystwo w długich płaszczach i cylindrach. Okryte derkami
dorożkarskie konie tupały nogami po czarnym makadamie. Ślady śniegu z przedmieść bielały jeszcze na parowym powozie jakiegoś lorda. W tłumie
krążyły prostytutki. Nieszczęsne duszyczki! W taką mroźną noc trudno
doprawdy znaleźć przyjazną twarz wśród wszystkich tych żabotów i diamentowych spinek.
Sybil odwróciła się do Micka, zakłopotana, zagniewana, a przede
wszystkim przestraszona.
- Komu jeszcze o mnie powiedziałeś?
- Nikomu - zapewnił. - Nawet mojemu przyjacielowi generałowi. Nikt
jeszcze nie powiedział, że Mick Radley jest niedyskretny. Więc wracaj do
łóżka.
- Nie - odparła. Stała wyprostowana, bose stopy przemarzały jej na
zimnej podłodze. - Sybil Jones może dzielić z tobą łoże... Ale córka
Waltera Gerarda nie jest osobą pozbawioną znaczenia.
Mick zamrugał, wyraźnie zdziwiony. Zastanowił się, pocierając wąski
podbródek, wreszcie skinął głową.
- Muszę się więc pogodzić ze stratą, panno Gerard. - Usiadł i dramatycznym gestem wskazał drzwi. - Wkładaj zatem spódnicę, te twoje
buciki na mosiężnych obcasach, panno Gerard, i wynoś się razem ze swoim
znaczeniem. Ale szkoda by było, gdybyś teraz wyszła. Przydałaby mi się
sprytna dziewczyna.
- Nie wątpię, ty draniu - rzuciła Sybil, ale zawahała się. Miał jeszcze
jedną kartę w rękawie. Poznała to po jego minie.
Uśmiechnął się, mrużąc oczy.
- Byłaś kiedy w Paryżu, Sybil?
- W Paryżu? - Jej oddech kondensował się w powietrzu.
- Tak. Wesoły, cudowny Paryż, kolejny cel podróży generała, kiedy tylko
zakończy cykl wykładów w Londynie. - Mick poprawił koronkowe mankiety. -
Nie powiem na razie, do czego byłabyś mi potrzebna. Ale generał to
świetny strateg, a rząd francuski przeżywa pewne trudności, co wymaga
pomocy ekspertów. - Roześmiał się tryumfalnie. - Ale widzę, że to cię
nudzi.
Sybil przestąpiła z nogi na nogę.
- Zabierzesz mnie do Paryża, Mick? - spytała wolno. - To obietnica czy
jakaś chytra sztuczka?
- Uczciwa, szczera i bez sztuczek. Jeśli mi nie wierzysz, to sprawdź.
Mam w płaszczu bilet na prom z Dover.
Sybil przeszła do krytego brokatem fotela i podniosła gruby płaszcz
Micka. Zadrżała z zimna i narzuciła go na ramiona. Pierwszorzędna ciemna
wełna... Czuła się jak otulona ciepłą warstwą pieniędzy.
- Poszukaj w przedniej prawej kieszeni - powiedział Mick. - W portfelu.
Był rozbawiony i pewny siebie - jakby go bawiło, że mu nie wierzy. Sybil
wsunęła zziębnięte dłonie do kieszeni. Były głębokie, aksamitne w dotyku.
Lewa ręka uchwyciła twardy, zimny metal. Wyciągnęła groźnego, brzydkiego
wielolufowego derringera. Rękojeść wykładana kością słoniową, błysk
stalowych kurków i mosiężnych naboi: mały jak jej dłoń, ale ciężki.
- Nieładnie. - Mick zmarszczył brwi. - Schowaj to z powrotem. Grzeczna
dziewczynka.
Sybil odłożyła broń, ostrożnie, ale szybko, jakby trzymała żywego kraba.
W drugiej kieszeni zalazła portfel z czerwonej marokańskiej skóry.
Wewnątrz były wizytówki, cartes-de-visite z jego maszynowo drukowanym
portretem. I londyński rozkład jazdy kolei.
I jeszcze ozdobny prostokąt sztywnego kremowego papieru: bilet pierwszej
klasy na Newcomena z Dover.
- Będą ci potrzebne dwa bilety - stwierdziła. - Skoro naprawdę chcesz
mnie tam zabrać.
Mick przytaknął.
- I jeszcze jeden na pociąg z Cherbourga. Nic prostszego. Mogę
zatelegrafować po bilety z recepcji.
Sybil zadrżała znowu i mocniej otuliła się płaszczem. Mick roześmiał
się.
- Nie rób takiej kwaśnej miny. Ciągle myślisz jak ladacznica. Skończ z tym. Zacznij myśleć sprytniej, bo na nic mi się nie przydasz. Teraz
jesteś dziewczyną Micka. Wszystko przed tobą.
Odpowiedziała mu powoli, z wahaniem.
- Nigdy nie byłam z żadnym mężczyzną, który wiedział, że jestem Sybil
Gerard.
Kłamała, oczywiście. Był przecież Egremont: człowiek, który ją
zniszczył. Charles Egremont doskonale wiedział, kim ona jest. Ale już
się nie liczył. Żył teraz w innym świecie, razem ze swoją dziobatą,
szacowną małżonką, swymi szacownymi dziećmi i szacownym miejscem w Parlamencie.
Zresztą Sybil nie łajdaczyła się z Egremontem. W każdym razie nie w ścisłym sensie tego słowa. To kwestia poziomu.
Widziała, że tym kłamstwem sprawiła Mickowi przyjemność. Pochlebiła mu.
Otworzył błyszczące pudełko z cygarami, wyjął jedno i zapalił od
olejowego ognika zapalniczki. Pokój wypełnił się słodkim zapachem
tytoniowego dymu.
- Dlatego teraz trochę się mnie wstydzisz, co? - zapytał w końcu. - Cóż,
to mi odpowiada. To, co wiem, daje mi większą władzę nad tobą. Większą
niż same pieniądze.
Zmrużył oczy.
- Liczy się tylko to, co człowiek wie. Prawda, Sybil? Liczy się bardziej
niż ziemia i pieniądze, bardziej niż pochodzenie. Informacja. Jest teraz
modna.
Przez moment Sybil nienawidziła go za tę swobodę i pewność. Ogarnęła ją
złość, ostra i prymitywna. Stłumiła to uczucie. Nienawiść rozpłynęła
się, straciła czystość, zmieniła się w skrępowanie. Owszem, nienawidziła
go, ale tylko dlatego, że poznał ją naprawdę. Wiedział, jak nisko upadła
Sybil Gerard, która była kiedyś wykształcona, dumna i wyniosła, nie
gorsza od arystokratek.
Z czasów sławy ojca, z dzieciństwa, pamiętała chłopców podobnych do
Micka Radleya. Obszarpanych, gniewnych chłopców z fabryk, po tuzinie za
pensa, którzy po wiecach tłoczyli się wokół ojca i robili wszystko, co
im rozkazał. Zrywali tory kolejowe, wybijali zatyczki z kotłów maszyn
napędzających krosna, rzucali mu pod nogi policyjne hełmy. Ona i ojciec
uciekali z miasta do miasta, często nocą, mieszkali w piwnicach, na
strychach, w anonimowych pokojach, ukrywali się przed policją radykałów
i sztyletami innych spiskowców. A czasami, kiedy jego własne płomienne
mowy rozpalały w nim emocje, ojciec obejmował ją i solennie obiecywał
nowy świat. Miała żyć jak arystokratka w zielonej i spokojnej Anglii...
kiedy tylko runie tron Króla Pary, kiedy Byron i jego Industrialni
Radykałowie zostaną całkowicie zniszczeni...
Ale konopna lina zdławiła słowa ojca. Radykałowie wciąż rządzili, szli
od zwycięstwa do zwycięstwa, tasowali świat niczym talię kart. A teraz
Mick Radley znalazł się na szczytach, Sybil Gerard zaś - na dnie.
Stała w milczeniu, otulona płaszczem Micka. Paryż... Obietnica kusiła ją,
a kiedy pozwoliła sobie w nią uwierzyć, poczuła nagły jak błyskawica
dreszcz podniecenia. Zmusiła się, by pomyśleć o porzuceniu Londynu.
Wiodła tu złe, marne, brudne, ale przecież nie do końca rozpaczliwe
życie. Wciąż miała coś do stracenia: wynajęty pokój na Whitechapel i najdroższego Toby'ego, kota. Była też pani Winterhalter, organizująca
spotkania między szybkimi dziewczętami i dżentelmenami z kół
politycznych. Pani Winterhalter była wyzyskiwaczką, ale też damą i kimś
pewnym; trudno będzie znaleźć kogoś podobnego. Straci też swych dwóch
stałych dżentelmenów, Chadwicka i Kingsleya, których widywała po dwa
razy w miesiącu. Stały dochód, który chronił ją przed ulicą. Ale
Chadwick miał zazdrosną żonę w Fulham, a w chwili ogłupienia Sybil
ukradła najlepsze spinki Kingsleya. Wiedziała, że ją podejrzewa.
Zresztą żaden z nich nie wydawał pieniędzy tak swobodnie jak Mick.
Zmusiła się, by rzucić mu możliwie najsłodszy uśmiech.
- Spryciarz z ciebie, Micku Radleyu. Wiesz, że trzymasz mnie na smyczy.
Może z początku się zezłościłam, ale nie jestem taka tępa, żeby nie
poznać się na takim galancie.
Mick dmuchnął dymem.
- Sprytna jesteś - stwierdził z podziwem. - Rzucasz pochlebstwami jak
anioł. Ale mnie nie oszukasz, więc i siebie nie oszukuj. Mimo wszystko
jesteś laleczką, jakiej mi trzeba. Wracaj do łóżka.
Posłuchała.
- Na Jowisza! - zawołał. - Twoje śliczne stópki zmieniły się w dwie
bryły lodu. Dlaczego nie nosisz pantofelków? - Z determinacją szarpnął
jej gorset. - Pantofelków i czarnych jedwabnych pończoch - dodał. -
Laleczka pięknie wygląda w łóżku, kiedy ma na nogach czarne jedwabne
pończochy.
***
Stojący przy drugim końcu oszklonej lady subiekt Aarona spojrzał na Sybil
podejrzliwie. Stał z wyniosłą miną, w swoim zgrabnym czarnym surducie i wypolerowanych butach. Wiedział, że coś się dzieje - umiał to wywąchać.
Sybil czekała, aż Mick zapłaci. Skromnie złożyła dłonie na spódnicy i obserwowała go z ukosa spod błękitnego ronda kapelusza. Pod spódnicą,
wciśnięty w kratę krynoliny, tkwił szal, porwany szybko, kiedy Mick
przymierzał cylindry.
Umiała kraść w sklepach - sama się tego nauczyła. Wymagało to silnych
nerwów. W tym cały sekret. I odwagi. Nie wolno patrzeć w lewo ani w prawo - po prostu złapać, unieść spódnicę, wepchnąć i opuścić. A potem
stać całkiem spokojnie, z książką psalmów w dłoni, niczym panna z dobrego domu.
Subiekt przestał się nią interesować. Przyglądał się teraz grubasowi,
który przebierał w jedwabnych podwiązkach. Sybil szybko sprawdziła
spódnicę: nic nie było widać.
Młody piegowaty kasjer o poplamionych atramentem palcach wprowadził
numer Micka do maszyny kredytowej na ladzie. Zgrzyt, pstryk,
pociągnięcie dźwigni z kościaną gałką - i po wszystkim. Wręczył Mickowi
drukowany kwit i opakował zakupy w sztywny zielony papier.
Aaron i Syn nie zauważą nawet straty kaszmirowego szala. Może odkryją to
maszyny obrachunkowe przy kontroli, ale strata ich nie zaboli. Ich pałac
handlowy był zbyt wielki, zbyt bogaty. Wszystkie te greckie kolumny,
żyrandole z irlandzkiego kryształu, miliony zwierciadeł - sala za salą
pełne gumowych butów jeździeckich i francuskiego mydła, lasek, parasoli,
sztućców, oszklonych szafek ze srebrną zastawą, broszek i prześlicznych
złotych pozytywek... A przecież to tylko jeden z tuzina sklepów. Do tego -
dobrze wiedziała - Aaron nie był naprawdę elegancki, nie był sklepem
arystokratów.
Tyle że w Anglii można zajść wszędzie, jeśli tylko człowiek jest sprytny
i ma pieniądze. Pewnego dnia pan Aaron, brodaty żydowski handlarz z Whitechapel, zostanie lordem. Przy krawężniku postawi swój własny parowy
powóz ze swoim własnym herbem na drzwiczkach. Parlament radykałów nie
przejmie się, że pan Aaron nie jest chrześcijaninem. Dali tytuł nawet
Charlesowi Darwinowi, chociaż twierdził, że Adam i Ewa byli małpami.
Windziarz we francuskiej liberii otworzył przed nią klekoczącą mosiężną
kratę. Mick wszedł za nią z paczką pod pachą. W chwilę później jechali
już na dół.
Wyszli od Aarona w gwar i szum Whitechapel. Mick sięgnął do kieszeni po
plan ulic, a Sybil spojrzała na zmieniające się litery, biegnące wzdłuż
frontu sklepu. Mechaniczny fryz, rodzaj powolnego kinotropu dla ogłoszeń
Aarona, zrobiony z kawałków malowanego drewna, obracających się kolejno
za mozaiką ukośnych szybek. ZAMIEŃ SWOJE RĘCZNE PIANINO, zachęcały
zmienne litery, NA PIANOLĘ KASTNERA.
Po zachodniej stronie Whitechapel horyzont jeżył się dźwigami
budowlanymi i nagimi stalowymi szkieletami, dla ochrony przed rdzą
malowanymi czerwoną minią. Starsze budynki pokryły rusztowania; zdawało
się, że czego tylko nie burzono, by zrobić miejsce nowemu, to
przerabiano na jego obraz. Słyszała dalekie sapanie z wykopów i czuła
drżenie chodnika - to potężne maszyny ryły kolejną linię metra.
Mick bez słowa skręcił nagle w lewo. Kapelusz miał przekrzywiony na bok,
a kraciaste nogawki migały pod brzegiem długiego płaszcza. Musiała
podbiec, żeby nie zostać z tyłu. Obszarpany chłopak z blaszanym
numerkiem w klapie zamiatał z przejścia topniejący śnieg. Nie zwalniając
kroku, Mick rzucił mu pensa i wszedł w uliczkę zwaną Zaułkiem Rzeźników.
Dogoniła go i wzięła pod ramię; mijali czerwono-białe tusze wiszące na
czarnych żelaznych hakach: wieprzowe, baranie, cielęce. I grubych
mężczyzn w poplamionych fartuchach, zachwalających swój towar. Kobiety
tłoczyły się wokół nich z koszami w rękach: służące, kucharki, szacowne
panie domu przy mężach. Czerwony na twarzy, zezowaty rzeźnik zastąpił
Sybil drogę, demonstrując w dłoniach sine mięso.
- Hej, panienko... Kup swojemu dżentelmenowi nereczek na pasztet!
Sybil pochyliła głowę i wyminęła go.
Załadowane owocami nosiłki stały przy krawężnikach; sprzedawcy
nawoływali klientów, a ich aksamitne płaszcze połyskiwały guzikami z mosiądzu lub masy perłowej. Każdy miał przypiętą blaszkę z numerem, choć
- według Micka - przynajmniej połowa z nich była fałszywa. Równie
fałszywa, jak wagi i odważniki. Derki i kosze leżały na wykreślonych
kredą kwadratach na chodniku. Mick opowiadał, jak można poprawić wygląd
wyschniętych owoców i dodać życia śniętym węgorzom. Uśmiechnęła się,
widząc, jaką przyjemność sprawia mu popisywanie się tą wiedzą. Handlarze
zachwalali swoje miotły, mydło i świece, ponury kataryniarz kręcił
oburącz korbą, a jego machina napełniała uliczkę jazgotem dzwonków,
strun i bębnów.
Mick przystanął obok drewnianego blatu na kozłach, pilnowanego przez
zezowatą wdowę w żałobnej bombazynowej sukni, z kikutem glinianej fajki
w zębach. Przed nią stały rzędami fiolki oleistej substancji. Sybil
uznała, że to jakaś lecznicza mikstura, gdyż na każdej buteleczce
przylepiono niebieską kartkę z niewyraźnym obrazkiem dzikiego Indianina.
- A cóż to takiego, mateczko? - Mick stuknął palcem w zalany czerwonym
woskiem korek.
- Olej skalny, mój panie - odparła, wyjmując fajkę z ust. - Nazywają to
barbadoską smołą.
Przeciągła wymowa drażniła ucho, ale Sybil zrobiło się jej żal. Jakże
daleko znalazła się ta kobieta od tych obcych miejsc, które były jej
domem.
- Doprawdy? - zdziwił się Mick. - Nie pochodzi przypadkiem z Teksasu?
- Lecznicza maść z tajemnego źródła Natury, rozkwit zdrowia i życia
każdemu zapewnia z góry. Zbierana przez dzikiego Senecę z wód Oil Creek
w Pensylwanii. Trzy pensy za buteleczkę, z gwarancją uleczenia.
Kobieta spoglądała na Micka z dziwną miną, przysłaniając powiekami blade
oczy ukryte w siatce zmarszczek - jakby odnajdywała w zakamarkach
pamięci jego twarz. Sybil zadrżała.
- Życzę szczęścia, mateczko - rzucił Mick z uśmiechem przypominającym
Sybil pewnego złośliwego detektywa, jasnowłosego małego człowieczka,
który pracował wokół Leicester Square i w Soho. Dziewczęta nazywały go
Borsukiem.
- Co to jest? - spytała, ujmując Micka pod ramię. - Co ona sprzedaje?
- Olej skalny - wyjaśnił i zerknął przez ramię na przygarbioną kobietę w czerni. - Generał opowiadał, że w Teksasie wypływa z ziemi...
- I naprawdę leczy? - zainteresowała się Sybil.
- Nieważne - mruknął. - Dość już gadania. - Rzucił radosne spojrzenie w głąb zaułka. - Tam widzę jednego. Wiesz, co masz robić.
Sybil kiwnęła głową i przez targowy tłum zaczęła się przeciskać w stronę
człowieka, którego wypatrzył Mick. Był to sprzedawca ballad, chudy, o zapadniętych policzkach, z długimi tłustymi włosami pod cylindrem
owiniętym jaskrawą szarfą w groszki. Ugiął ręce w łokciach, a dłonie
złożył jak do modlitwy. Rękawy wygniecionego surduta były ciężkie od
nutowych zwojów.
- "Tory do nieba", panie i panowie - nawoływał wprawnie. - "Ze świętej
prawdy tory odlane, na skale wieków kładzione; klamry miłości wiążą je z sobą, przez Boga w niebiesiech stworzone". Piękna melodia i tylko dwa
pensy, panienko.
- Ma pan "Kruka San Jacinto"? - spytała Sybil.
- Mogę zdobyć, mogę zdobyć - zapewnił sprzedawca ballad. - A co to
takiego?
- O wielkiej bitwie w Teksasie, o wielkim generale.
Mężczyzna uniósł brwi. Oczy miał niebieskie i błyszczące szaleństwem,
może z głodu, może z religijnego uniesienia albo od dżinu.
- Więc ten Jacinto to któryś z krymskich generałów? Francuz?
- Nie, nie. - Sybil uśmiechnęła się z politowaniem. - Generał Houston.
Sam Houston z Teksasu. Bardzo mi zależy na tej pieśni.
- Dzisiaj po południu kupuję świeże publikacje. Poszukam twojej pieśni,
panienko.
- Będę potrzebować przynajmniej pięciu egzemplarzy. Dla przyjaciół.
- Za dziesięć pensów dostaniesz sześć.
- Niech będzie sześć. Dziś po południu, w tym miejscu.
- Wedle życzenia, panienko. - Sprzedawca dotknął ronda cylindra.
Sybil odwróciła się i zniknęła w tłumie. Udało się. Nie było nawet tak
źle. Czuła, że zdoła się przyzwyczaić. Może to ładna melodia, która
spodoba się ludziom, kiedy balladzista będzie musiał sprzedać te sześć
kopii.
Mick pojawił się nagle u jej ramienia.
- Nieźle - pochwalił.
Sięgnął do kieszeni płaszcza i gestem sztukmistrza wyjął kawałek
jabłecznika: jeszcze gorący, posypany cukrem i owinięty w zatłuszczony
papier.
- Dziękuję - powiedziała zaskoczona, ale zadowolona.
Miała właśnie zamiar zatrzymać się, ukryć gdzieś i wyjąć skradziony
szal, a przecież Mick by to zobaczył. Nie widziała go, ale on ją
obserwował. Taki już był. Nigdy o tym nie zapomni.
Przeszli, razem i osobno, wzdłuż Somerset i przez cały targ przy
Petticoat Lane. Zapadł wieczór i zapłonęły światła: lśniące gazowe
latarnie, biało świecące karbidówki, brudne lampy olejne, łojowe świece
na straganach. Harmider ogłuszał Sybil, ale sprawiła radość Mickowi,
oszukując jeszcze trzech sprzedawców ballad.
W wielkiej, jaskrawo oświetlonej oberży na Whitechapel, gdzie trójkątne
płomienie gazu migotały na złocistej tapecie, Sybil przeprosiła go i wyszła do toalety. Tam, bezpieczna w cuchnącej kabinie, wyjęła szal. Był
cudownie miękki i miał cudowny fiołkowy kolor - jeden z tych nowych
barwników, które mądrzy ludzie otrzymują z węgla. Złożyła starannie
zdobycz i wsunęła ją za gorset, gdzie była bezpieczna. Potem wyszła na
zewnątrz i powróciła do swego opiekuna, którego znalazła przy stoliku.
Kupił jej dżin z miodem.
Usiadła.
- Dobrze sobie radziłaś - stwierdził i przysunął jej szklaneczkę.
W sali pełno było żołnierzy z Krymu na przepustkach, Irlandczyków z wiszącymi im u ramion ulicznicami. Wszyscy mieli coraz bardziej czerwone
nosy i stawali się coraz bardziej hałaśliwi. Za szynkwasem nie pracowały
kobiety, ale potężni, zwaliści barmani w białych fartuchach, z pałkami
ukrytymi pod kontuarem.
- Dżin to napój dla dziwek, Mick.
- Wszyscy lubią dżin. A ty nie jesteś dziwką, Sybil.
- Ladacznicą, kobietą wszeteczną... - Spojrzała na niego ostro. - Jak
jeszcze byś mnie nazwał?
- Teraz jesteś z Mickiem Dandysem - odparł. Oparł się wygodnie i wsunął
kciuki w wycięcia kamizelki. - Jesteś awanturnicą.
- Awanturnicą?
- Jak diabli. - Wyprostował się. - Twoje zdrowie.
Pociągnął dżinu z brandy, posmakował z nieszczęśliwą miną i przełknął.
- Mniejsza z tym, kochanie. Zaprawiają to terpentyną, albo ja jestem
Żydem.
Wstał.
Wyszli. Uwiesiła mu się na ramieniu, próbując skłonić do zwolnienia
kroku.
- Czyli ty też jesteś awanturnikiem, Micku Radleyu. Tak?
- Właśnie tak, Sybil - przyznał cicho. - A ty będziesz u mnie
terminować. Dlatego rób, co ci powiem, i bądź posłuszna. Ucz się
sztuczek tego fachu. A pewnego dnia wstąpisz do związku. Do gildii.
- Jak mój ojciec, co? Żartujesz sobie z tego, Mick. Z tego, kim był on i kim ja jestem.
- Nie - stwierdził Mick krótko. - On był staromodny i dziś jest nikim.
Sybil skrzywiła się.
- A czy nas, zepsute dziewczyny, przyjmują do tej twojej szykownej
gildii?
- To gildia wiedzy - wyjaśnił z powagą. - Wodzowie i politycy mogą nam
odebrać najróżniejsze rzeczy. Z pomocą swoich przeklętych praw, swoich
fabryk, sądów i banków... Mogą przebudować świat wedle własnej woli, mogą
ci zabrać dom, rodzinę, nawet pracę, którą wykonujesz... - Mick gniewnie
wzruszył ramionami; szczupłe barki napięły gruby materiał płaszcza. - A nawet okraść córkę bohatera z jej cnoty, jeśli, mówiąc to, nie jestem
nazbyt zuchwały. - Mocnym, bolesnym chwytem przycisnął jej dłoń do
rękawa. - Ale nigdy nie odbiorą ci tego, co wiesz. Prawda, Sybil? Tego
ci zabrać nie potrafią.
***
Sybil usłyszała w korytarzu kroki Hetty, potem zgrzyt jej klucza w drzwiach. Pozwoliła, by ptasie organki ucichły z wysokim jękiem.
Hetty zerwała z głowy ośnieżony kapelusz i strząsnęła z ramion ciężki
granatowy płaszcz. Grubokoścista, hałaśliwa brunetka z Devonu, należała
do dziewcząt pani Winterhalter. Piła za dużo, ale była na swój sposób
miła i zawsze dobra dla Toby'ego.
Sybil złożyła korbkę z porcelanowym uchwytem i zamknęła podrapane wieko
taniego instrumentu.
- Ćwiczyłam. Pani Winterhalter chce, żebym zaśpiewała w przyszły
czwartek.
- Do licha z tym babskiem - rzuciła Hetty. - Myślałam, że dzisiaj wypada
ci noc z panem C. Czy może z panem K.?
Tupała dla rozgrzewki przed małym kominkiem. Nagle zauważyła pudełka z butami i kapeluszami od Aarona i Syna.
- A niech mnie! - zawołała z uśmiechem, nieco tylko krzywym z zazdrości.
- Nowy amant, co? Masz szczęście, Sybil Jones!
- Może... - Odchylając głowę do tyłu, Sybil sączyła gorący cytrynowy
kordiał, który łagodził drapanie w podrażnionym gardle.
- Winterhalter nic o nim nie wie? - Hetty mrugnęła porozumiewawczo.
Sybil z uśmiechem pokręciła głową. Hetty jej nie zdradzi.
- Wiesz coś o Teksasie, Hetty?
- To kraj w Ameryce. Rządzą tam Francuzi, tak?
- Nie, ten to Meksyk. Czy chciałabyś pójść na pokaz do kinotropu?
Przemawia były prezydent Teksasu. Mam bilety... Za darmo.
- Kiedy?
- W sobotę.
- W sobotę tańczę - oznajmiła Hetty. - Może Mandy pójdzie. - Chuchnęła w dłonie. - W nocy odwiedzi mnie przyjaciel. Nie będzie ci przeszkadzać?
- Nie.
Pani Winterhalter surowo żądała, by żadna z dziewcząt nie przyjmowała
mężczyzn w swoim pokoju. Tę zasadę Hetty łamała często, jakby zachęcając
dozorcę, Cairnsa, by na nią doniósł. Jako że pani Winterhalter płaciła
czynsz bezpośrednio jemu, Sybil rzadko miała okazję z nim rozmawiać.
Jeszcze rzadziej widywała jego zgryźliwą żonę z grubymi łydkami,
gustującą w okropnych kapeluszach. Ani Cairns, ani jego żona nigdy nie
naskarżyli na Hetty, choć Sybil nie mogła zrozumieć, dlaczego. Przecież
pokój Hetty sąsiadował przez ścianę z ich sypialnią. A Hetty zawsze
robiła bezwstydny harmider, kiedy sprowadzała do siebie mężczyzn: zwykle
zagranicznych dyplomatów, ludzi o dziwnym akcencie i - sądząc po
odgłosach - paskudnych nawykach.
- Jak chcesz, możesz dalej śpiewać. - Hetty przyklęknęła przed zasypanym
popiołem paleniskiem. - Masz piękny głos. Nie powinnaś marnować swoich
darów.
Drżąc, dorzucała do ognia pojedyncze bryłki węgla. Zdawało się, że
gryzący chłód wtargnął do pokoju przez pękniętą futrynę zabitego
gwoździami okna, i przez jedną ulotną chwilę Sybil czuła w powietrzu
czyjąś obecność, miała wyraźne wrażenie, że jest obserwowana, że czyjeś
oczy wpatrują się w nią z innego świata. Pomyślała o nieżyjącym ojcu.
Ucz się używać głosu, Sybil, powtarzał jej. Ucz się mówić. To
wszystko, co mamy, żeby z nimi walczyć. Było to w ostatnich dniach
przed aresztowaniem, kiedy zrozumieli, że radykałowie znowu zwyciężyli.
Pojęli to wszyscy, może z wyjątkiem Waltera Gerarda. Wtedy zobaczyła -
tak wyraźnie, że zamarło w niej serce - absolutną otchłań klęski ojca.
Jego ideały miały zaginąć - nie zostać zapomniane, ale całkowicie
usunięte z historii, miażdżone znowu, i znowu, i znowu - jak trup
bezpańskiego psa pod dudniącymi kołami pociągu. Ucz się mówić. To
wszystko, co mamy...
- Poczytasz mi? - poprosiła Hetty. - Zrobię herbaty.
- Dobrze.
W nieuporządkowanym, nerwowym życiu z Hetty głośne czytanie stanowiło
jeden z nielicznych rytuałów, dających poczucie domowego ciepła. Sybil
sięgnęła po dzisiejsze Ilustrowane Wiadomości Londyńskie, ułożyła
krynolinę na trzeszczącym, cuchnącym wilgocią fotelu i spojrzała na
pierwszą stronę. Pisali o dinozaurach.
Radykałowie wariowali na punkcie dinozaurów. Oto rycina siedmiu
mężczyzn, wśród nich lorda Darwina, wpatrzonych w jakiś nieokreślony
kształt zagłębiony w węglowej płycie w Turyngii. Sybil przeczytała
podpis, pokazała Hetty obrazek. Kość. To coś w węglu okazało się
monstrualną kością, długą na wzrost człowieka. Zadrżała. Przewróciwszy
kartkę, natrafiła na wizję artysty ukazującą potwora takiego, jak mógł
wyglądać naprawdę: obrzydliwość z podwójnym rzędem groźnych trójkątnych
zębów wzdłuż wypukłego grzbietu. Zdawało się, że jest wielkości
przynajmniej słonia, chociaż wstrętny łeb miał niewiele większy od
psiego.
Hetty nalała herbaty.
- Gady panowały nad całym światem, tak? - zacytowała i nawlekła igłę. -
Nie wierzę w ani jedno słowo.
- Dlaczego nie?
- To na pewno kości tych przeklętych olbrzymów z Biblii. Tak przecież
mówią księża.
Sybil milczała. Żadne z tych wyjaśnień nie wydawało się jej bardziej
prawdopodobne. Przeszła do drugiego artykułu, który wychwalał Artylerię
Królewską na Krymie. Znalazła rycinę dwóch przystojnych młodych
oficerów, podziwiających dalekosiężne działo. Miało lufę grubą jak
fabryczny komin i bez trudu poradziłoby sobie ze wszystkimi dinozaurami
lorda Darwina. Uwagę Sybil zwrócił jednak drugi rysunek, przedstawiający
artyleryjską Maszynę. Skomplikowana struktura zachodzących na siebie
trybów była dziwnie piękna, niby ozdobiona barokowymi wzorami tapeta.
- Masz coś do cerowania? - spytała Hetty.
- Nie, dziękuję.
- Przeczytaj teraz ogłoszenia. Nie znoszę tych wojennych nonsensów.
Była tam PORCELANA HAVILAND z Limoges we Francji; VIN MARIANI, francuski
tonik, z listem pochwalnym Aleksandra Dumasa oraz Księgą Przepisów,
Portretami i Autografami Osób Sławnych, po zgłoszeniu się w siedzibie
firmy przy Oxford Street; pasta SILVER ELECTRO SILICON, nie drapie, nie
ściera się, jest jak żadna inna; DZWONEK ROWEROWY "NOWA PODRÓŻ", który
dźwięczy własnym głosem; WODA LITOWA DOKTORA BAYLEYA leczy chorobę
Brighta i skazę moczanową; "REGENT" GURNEYA, KIESZONKOWA MASZYNA PAROWA,
przeznaczona do napędzania domowych maszyn do szycia.
To ostatnie zainteresowało Sybil, choć nie dlatego, że obiecywało
dwukrotnie szybszą pracę przy koszcie pół pensa za godzinę.
Reklamie towarzyszył rysunek gustownie ozdobionego małego kotła,
ogrzewanego gazem lub naftą. Charles Egremont kupił taki dla swojej
żony. Maszynę dostarczono razem z gumową rurą, która poręcznie wsunięta
pod uchylone okno odprowadzała nadmiar pary. Mimo to - o czym Sybil
dowiedziała się z zachwytem - maszyna zmieniła bawialnię madame w turecką łaźnię.
Gazeta się skończyła i Sybil poszła spać. Koło północy obudził ją głośny
i rytmiczny zgrzyt sprężyn w łóżku Hetty.
***
W teatrze Garricka było mroczno i zimno; kurz leżał na galerii, balkonie
i rzędach odrapanych foteli. Ale pod sceną, gdzie zszedł Mick Radley,
panowała absolutna ciemność. Pachniało wilgocią i siarką.
- Widziałaś kiedy kinotrop od środka, Sybil? - zadudnił z dołu jego
głos.
- Raz byłam za sceną. W sali muzycznej, w Bethnal Green. Znałam takiego
jednego, który tam pracował. Taki dziurkacz.
- Ukochany? - spytał Mick. Głos brzmiał ostro wśród ech.
- Nie - zapewniła szybko Sybil. - Trochę śpiewałam... Ale się nie
opłacało.
Usłyszała krótki trzask jego zapalniczki. Płomień rozjarzył się po
trzeciej próbie i Mick zapalił ogarek świecy.
- Zejdź na dół - polecił. - Nie stój tam jak gęś i nie pokazuj kostek.
Sybil oburącz uniosła krynolinę i niepewnie wstąpiła na strome, wilgotne
schody.
Mick sięgnął za wysokie sceniczne zwierciadło, wielką płytę
posrebrzanego szkła z postumentem na kołach, z błyszczącymi smarem
trybami i drewnianymi dźwigniami. Wyjął tani czarny sakwojaż z wodoszczelnego brezentu, ułożył ostrożnie na podłodze i przykucnął, by
odpiąć małe blaszane zameczki. Z wnętrza wydobył plik dziurkowanych
kart, owiniętych czerwoną papierową taśmą. W teczce były jeszcze inne
paczki; Sybil dostrzegła też lśnienie polerowanego drewna.
Podniósł karty ostrożnie, niczym Biblię.
- Bezpieczne jak domy - rzekł. - Patrz, wystarczy je zamaskować... Wypisać
na opakowaniu coś głupiego, na przykład "Wykład o abstynencji, część
pierwsza, druga, trzecia". Wtedy nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby je
ukraść ani nawet załadować i obejrzeć. - Zważył w dłoni gruby blok i przejechał kciukiem po brzegu; rozległ się ostry krótki dźwięk, jaki
wydaje nowa talia w dłoni szulera. - Wiele w nie zainwestowałem.
Tygodnie pracy z najlepszymi kinotropistami Manchesteru. Sam wszystko
zaprojektowałem, muszę dodać. Piękna rzecz, dziewczyno. Artystyczna na
swój sposób. Wkrótce sama zobaczysz.
Zamknął sakwojaż i wstał. Wsunął paczkę kart do kieszeni, potem pochylił
się nad skrzynią i wyjął grubą szklaną rurę. Zdmuchnął z niej kurz i specjalnymi szczypcami chwycił za koniec. Szkło pękło z puknięciem
wpadającego do środka powietrza - wewnątrz był świeży kawał wapna. Mick
wysunął je ostrożnie, nucąc coś pod nosem. Delikatnie wcisnął je na
miejsce w palniku Drummonda, wielkim urządzeniu w kształcie talerza z okopconego żelaza i błyszczącej blachy. Przekręcił kurek na wężu,
pociągnął nosem, przekręcił drugi i przysunął świecę.
Sybil krzyknęła, gdy zapłonął bezlitosny blask. Mick zaśmiał się z niej
wśród syku płonącego gazu. Przed oczami fruwały jej niebieskie plamki.
- Lepiej - uznał.
Starannie skierował promień światła w zwierciadło i zaczął ustawiać
pokrętła.
Sybil rozejrzała się niepewnie. Pod sceną u Garricka panował brud, ścisk
i bałagan. W takim miejscu mógłby zdechnąć pies albo nędzarz: na
podartych, pożółkłych plakatach nieprzyzwoitych fars w stylu Łobuza
Jacka czy Londyńskich figlarzy. Zauważyła wciśniętą w kąt parę
damskich niewymownych. Krótka kariera śpiewaczki scenicznej dała jej
wyobrażenie, w jaki sposób mogły tu trafić.
Za rurami i naprężonymi linkami podążyła wzrokiem do lśniącej Maszyny
Babbage'a. Kinotropowy model był niewielki, nie wyższy niż ona sama. W przeciwieństwie do reszty wyposażenia, Maszyna wyglądała na dobrze
utrzymaną. Stała na czterech mahoniowych klockach. Podłoga i sufit pod
nią i nad nią zostały starannie wyszorowane i pobielone. Parowe
kalkulatory to delikatne urządzenia; słyszała, że mają swoje narowy.
Lepiej wcale takiego nie mieć, niż mieć i nie dbać o niego. W ostrym
blasku światła Drummonda lśniły dziesiątki ząbkowanych mosiężnych
kolumn, umocowanych w szerokich gniazdach nawierconych w polerowanej
płycie. Błyszczały dźwignie, wahacze, tysiące stalowych kółek wyciętych
z niezwykłą precyzją. Maszyna pachniała olejem lnianym.
Przyglądając się jej tak długo i z tak bliska, Sybil miała dziwne
wrażenie. Czuła jakby głód, jakby zachłanność... Tak mogłaby reagować na
obecność - powiedzmy - pięknego, szybkiego konia. Chciała... nie tyle mieć
ją, co w jakiś sposób posiąść.
Nagle Mick z tyłu ujął ją za łokieć. Drgnęła.
- Piękna zabawka, prawda?
- Tak. Jest... piękna.
Mick nie puszczał jej. Powoli wsunął drugą dłoń, w rękawiczce, pod
kapelusz. Musnął policzek. Kciukiem uniósł jej podbródek.
- I czujesz coś przy niej, prawda?
Pełen emocji głos przeraził ją. Oczy Micka błyszczały w ostrym świetle.
- Tak, Mick - przyznała posłusznie i szybko. - Czuję... coś.
Zerwał jej kapelusz, który zawisł na szyi.
- Nie boisz się jej chyba? Nie w objęciach Micka Dandysa. Czujesz pewien
szczególny frisson. Polubisz to wrażenie. Jeszcze zrobimy z ciebie
dziurkacza.
- Naprawdę? Czy dziewczyna może robić coś takiego?
- Czyżbyś nigdy nie słyszała, co potrafi lady Ada Byron? - Roześmiał
się. - Córka premiera, prawdziwa Królowa Maszyn. - Wypuścił ją i teatralnym gestem rozłożył szeroko ramiona. Płaszcz rozsunął się na
boki. - Ada Byron, przyjaciółka i uczennica samego Babbage'a! Lorda
Charlesa Babbage'a, ojca Maszyny Różnicowej, Newtona nowej epoki!
Otworzyła szeroko oczy.
- Ale Ada Byron to lady.
- Zdziwiłabyś się, wiedząc, jakich ludzi zna lady Ada Byron - oświadczył
Mick. Sięgnął do kieszeni po karty i zdarł z nich opakowanie. - Co
prawda nie tak, żeby pić z nimi herbatkę wśród diamentowego dworu na
swoich przyjęciach w ogrodzie... Ale Ada jest... nazwałabyś ją szybką, na
jej własny, matematyczny sposób. - Przerwał na chwilę. - Nie chcę przez
to powiedzieć, że jest najlepsza. Znam dziurkaczy z Towarzystwa Parowego
Intelektu, przy których nawet ona jest nieco staromodna. Jednak Ada
obdarzona jest geniuszem. Wiesz, co to znaczy, Sybil? Posiadać geniusz?
- Co? - spytała Sybil.
Nienawidziła tej oszałamiającej pewności w jego głosie.
- Czy wiesz, jak powstała geometria analityczna? Człowiek nazwiskiem
Descartes zobaczył muchę na suficie. Miliony przed nim widziały muchy na
suficie, ale dopiero René Descartes uczynił z tego naukę. Teraz
mechanicy codziennie korzystają z jego odkryć, a przecież gdyby nie on,
wciąż bylibyśmy ślepi.
- Przecież muchy nikogo nie obchodzą - stwierdziła Sybil.
- Ada doznała kiedyś olśnienia, które dorównuje odkryciu Descartesa. Jak
dotąd nikt nie potrafił go wykorzystać. Nazywają to czystą matematyką. -
Mick parsknął śmiechem. - Czystą. Wiesz, co to znaczy, Sybil? To znaczy,
że nikt nie potrafi jej uruchomić. - Z uśmiechem roztarł dłonie. - Nikt
nie potrafi.
Wesołość Micka zaczynała jej działać na nerwy.
- Myślałam, że nienawidzisz lordów!
- Nienawidzę lordowskich przywilejów. Tego, czego nie uzyskali uczciwie
i otwarcie. Ale lady Ada żyje i przysięga na moc swych szarych komórek,
nie na swą błękitną krew. - Położył karty na srebrzystą tacę z boku
maszyny, potem odwrócił się nagle i chwycił Sybil za rękę. - Twój ojciec
jest martwy, dziewczyno! Nie dlatego to mówię, by cię zranić, ale
zrozum, że luddyci umarli. Są zimni jak popiół. Tak, wszyscy
maszerowaliśmy, krzyczeliśmy, żądaliśmy prawa do pracy i takich rzeczy...
Piękne słowa. Lecz lord Babbage kreślił rysunki, gdy my pisaliśmy
pamflety. A jego rysunki zbudowały ten świat.
Pokręcił głową.
- Ludzie Byrona, ludzie Babbage'a, Industrialni Radykałowie... Oni władają
Wielką Brytanią! Posiedli nas, dziewczyno! Cały glob leży im u stóp,
Europa, Ameryka, wszystko! Izba Lordów po sufit załadowana jest
radykałami. Królowa Wiktoria palcem nie kiwnie bez zgody uczonych i kapitalistów. - Spojrzał na nią. - Dalsza walka nie ma sensu. A wiesz
dlaczego? Bo radykałowie grają uczciwie, a przynajmniej w miarę
uczciwie... I możesz stać się jednym z nich, jeśli masz dość rozumu. Nie
zmusisz rozumnych ludzi do walki z takim systemem, bo wydaje im się o wiele bardziej sensowny od innych.
Stuknął się palcem w pierś.
- Ale to nie oznacza, że ty i ja nie mamy szans. Musimy tylko myśleć
szybciej, mieć oczy otwarte i uszy czujne...
Stanął w pozie boksera: ugięte łokcie, zaciśnięte pięści, kciuki na
wysokości twarzy. Potem odgarnął włosy i uśmiechnął się szeroko.
- Łatwo ci mówić - zaprotestowała Sybil. - Ty możesz robić, co zechcesz.
Należałeś do zwolenników mojego ojca... Cóż, było ich wielu i niektórzy
trafili teraz do Parlamentu. Ale kobieta upadła jest nikim, rozumiesz?
Jest zrujnowana... I taka musi pozostać.
Mick wyprostował się i zmarszczył brwi.
- Właśnie o to mi szło. Obracasz się w wyższych sferach, a myślisz jak
ulicznica. W Paryżu nikt nie wie, kim jesteś. Policja i rząd mają tutaj
twój numer, to fakt. Ale numer to tylko znaki, a twoje akta to zwyczajny
plik kart. Ci, którzy wiedzą, potrafią zmienić numer. - Parsknął, widząc
jej zdumienie. - Tu, w Londynie, nie jest to łatwe. Przyznaję. Ale we
Francji Ludwika Napoleona sprawy wyglądają całkiem inaczej. W modnym
Paryżu wszystko dzieje się szybciej, zwłaszcza dla awanturnicy z wprawnym językiem i zgrabną nóżką.
Sybil podniosła rękę do ust i przygryzła kostki dłoni. Nagle zapiekły ją
oczy. To przez ten ostry zapach wapna... i ze strachu. Nowy numer w rządowych Maszynach - to oznacza nowe życie. Życie bez przeszłości.
Przeraziła ją myśl o takiej swobodzie. Nawet nie z racji tego, co z niej
wynikało, choć było to niezwykłe i oszałamiające. Raczej z powodu tego,
czego zażąda w zamian Mick Radley.
- Naprawdę mógłbyś zmienić mój numer?
- W Paryżu mogę ci kupić nowy. Przedstawić cię jako Francuzkę,
Argentynkę albo uciekinierkę z Ameryki. - Mick skrzyżował szczupłe
ramiona. - Ale pamiętaj, niczego nie obiecuję. Musisz na to zasłużyć.
- Ale nie oszukasz mnie, prawda? - zapytała wolno. - Bo... Bo mogę być
szczególnie słodka i miła dla kogoś, kto wyświadczy mi taką przysługę.
Mick wbił ręce w kieszenie i zakołysał się na piętach.
- Naprawdę byś mogła - rzucił cicho.
Jej drżący głos coś w nim rozniecił. Poznała to po oczach. Jakiś chciwy,
pożądliwy żar; coś, co - wiedziała - było w nim od początku. Pragnienie
posiadania, chęć, by... by jeszcze głębiej wbić w nią haczyki, pewniej
chwycić na wędkę.
- Mogłabym, jeśli będziesz traktował mnie uczciwie i przyzwoicie, jak
swoją "awanturnicę-terminatorkę", nie jak głupią ulicznicę, którą możesz
oszukać i porzucić. - Łzy napłynęły jej do oczu. Zamrugała i zuchwale
podniosła głowę. Niech płyną, pomyślała, może w czymś pomogą. - Nie
dawałbyś mi nadziei, żeby ją potem odebrać, prawda? To by było okrutne i nikczemne. Jeśli to zrobisz, to ja... ja... skoczę z Tower Bridge.
Spojrzał jej prosto w oczy.
- Przestań chlipać, dziewczyno, i posłuchaj uważnie. I zapamiętaj. Nie
jesteś tylko ładnym kawałkiem muślinu Micka... Owszem, lubię te rzeczy jak
każdy mężczyzna, ale mogę je znaleźć, gdzie zechcę. I nie do tego jesteś
mi potrzebna. Potrzebuję chytrego języka i śmiałego serca, jakie miał
Walter Gerard. Będziesz moją uczennicą, Sybil, a ja twoim mistrzem. I niech tak stoją sprawy między nami. Masz być lojalna, posłuszna i szczera. Żadnych oszustw, żadnej impertynencji. A w zamian nauczę cię
fachu i zapewnię dobrobyt. Przekonasz się, że będę tak dobry i szczodry,
jak ty lojalna i wierna. Czy wyrażam się jasno?
- Tak, Mick.
- Zawarliśmy pakt?
- Tak, Mick. - Uśmiechnęła się.
- Dobrze. W takim razie uklęknij tutaj i złóż ręce, o tak... - Ułożył jej
dłonie jak do modlitwy. - Złóż przysięgę. Że ty, Sybil Gerard, ślubujesz
na aniołów i świętych, na moce niebieskie, dominia i trony, na serafiny
i cherubiny i wszystkowidzące oko, słuchać we wszystkim Michaela Radleya
i służyć mu wiernie, tak ci dopomóż Bóg. Przysięgasz?
Spoglądała na niego zdumiona.
- Naprawdę muszę?
- Tak.
- Ale to przecież wielki grzech składać takie przyrzeczenie człowiekowi,
który... chciałam powiedzieć... nie jesteśmy złączeni świętym węzłem...
- Tamto to śluby małżeńskie - rzucił niecierpliwie. - A to przysięga
terminatorska.
Nie miała wyboru. Uniosła spódnicę i uklękła na zimnym, szorstkim
kamieniu.
- Przysięgasz?
- Przysięgam. Tak mi dopomóż Bóg.
- Nie bądź taka smutna - pocieszył ją, pomagając wstać. - W porównaniu
do innych, ta przysięga jest łagodna i kobieca. Ma cię wzmocnić, gdyby
dręczyły cię wątpliwości albo nielojalne myśli. A teraz weź to... -
Wręczył jej kapiącą świecę. - Poszukaj tego nasączonego dżinem
inspicjenta i powiedz, że ma napalić pod kotłem.
***
Jedli kolację w Argyll Rooms, w okolicy Haymarket, całkiem blisko
Akademii Tańca Laurenta. Były tu oddzielne gabinety, gdzie klient mógł
spędzić całą noc.
Sybil nie pojmowała, dlaczego Mick wybrał taki gabinet. Z pewnością nie
wstydził się pokazywać z nią publicznie. Ale w połowie posiłku kelner
wprowadził krępego, niskiego dżentelmena z wypomadowanymi rudymi włosami
i złotą dewizką na opiętej aksamitnej kamizelce. Mężczyzna był okrągły i pulchny jak dziecięca lalka.
- Witaj, Corny - rzucił Mick, nie odkładając nawet noża i widelca.
- Dobry wieczór, Mick - odparł przybysz, z dziwnym, nieokreślonym
akcentem aktora albo prowincjusza będącego od dawna na służbie u wielkich państwa. - Słyszałem, że jestem ci potrzebny.
- I dobrze słyszałeś, Corny. - Mick nie przedstawił ich sobie ani nie
zaproponował gościowi, by usiadł. Sybil była nieco zakłopotana. - To
niewielka rola i powinieneś bez trudu ją zapamiętać. - Wyjął z kieszeni
szarą kopertę. - To twój tekst, didaskalia i honorarium. U Garricka w sobotę wieczorem.
Mężczyzna uśmiechnął się smętnie.
- Sporo czasu minęło, odkąd ostatni raz grałem u Garricka...
Wziął kopertę, mrugnął do Sybil i wyszedł bez słowa pożegnania.
- Kto to był, Mick? - spytała Sybil.
Mick zajął się baraniną, dolewając sobie sosu z cynowego dzbanka.
- Aktor. Zagra z tobą u Garricka w czasie wykładu Houstona.
- Zagra? Ze mną? - zdumiała się Sybil.
- Pamiętaj, że jesteś początkującą awanturnicą, Sybil. Być może będziesz
musiała grać najróżniejsze role. Polityczne przemówienie zawsze zyskuje,
kiedy się je trochę dosłodzi.
- Dosłodzi?
- Mniejsza z tym. - Nagle stracił zainteresowanie kolacją i odsunął
talerz. - Jutro będzie dość czasu na próby. Teraz chcę ci coś pokazać.
Wstał i zaryglował drzwi. Podniósł z podłogi swój brezentowy sakwojaż i ułożył go na czystym, choć mocno pocerowanym obrusie.
Sakwojaż intrygował Sybil. Nie dlatego, że Mick ciągle nosił go ze sobą,
najpierw zza kulis Garricka do drukarni, żeby obejrzeć plakaty
wystąpienia Houstona, a potem do Argyll Rooms, ale dlatego, że był taki
tandetny. Nie przypominał innych rzeczy, z których był w oczywisty
sposób dumny. Dlaczego Dandys Mick miałby nosić taką torbę, skoro stać
go było na jakąś szykowną konfekcję od Aarona, z niklowanymi zamkami, z jedwabiu tkanego w szachownicę Ady? Wiedziała, że w czarnym sakwojażu
nie ma już przeznaczonych na wykład kart kinotropowych, ponieważ Mick
owinął je starannie w stronicę Timesa i ukrył za lustrem pod sceną.
Mick odpiął pogięte blaszane zaczepy, otworzył torbę i wyjął długie,
wąskie pudełko z gładkiego palisandru okutego jasnym mosiądzem. Sybil
pomyślała, że wewnątrz mógłby się znaleźć teleskop - widziała podobne
futerały na wystawie firmy optycznej z Oxford Street. Mick trzymał
pudełko delikatnie, prawie że komicznie - niczym jakiś papista
przenoszący relikwie martwego papieża. Ogarnięta niemal dziecięcym
podnieceniem, Sybil całkiem zapomniała o człowieku imieniem Corny i niepokojących uwagach Micka na temat występu wraz z nim u Garricka. Mick
kojarzył jej się teraz z iluzjonistą. Ułożył palisandrowy futerał na
obrusie - niemal oczekiwała, że zaraz podwinie rękawy: niczego tu nie
mam, widzicie? Niczego.
Kciukami wysunął z miniaturowych oczek małe mosiężne haczyki.
Znieruchomiał, dla większego efektu.
Sybil spostrzegła, że wstrzymuje oddech. Czyżby przyniósł dla niej
prezent? Jakiś symbol jej nowej pozycji? Coś, co tajemniczo naznaczy ją
jako jego "awanturnicę-terminatorkę"?
Mick uniósł palisandrowe wieko z ostrymi mosiężnymi narożnikami.
Pudełko było pełne kart. Napchane po brzegi - przynajmniej dwadzieścia
talii. Sybil poczuła rozczarowanie.
- Nie widziałaś jeszcze niczego podobnego - rzekł. - Zapewniam cię.
Wyjął i pokazał jej jedną, z prawego krańca. Nie, to nie była karta do
gry, choć podobnej wielkości. Wykonano ją z jakiejś dziwnej mlecznej
substancji - ani z papieru, ani ze szkła - bardzo cienkiej i lśniącej.
Mick lekko ścisnął kartę między kciukiem a palcem wskazującym. Wyginała
się łatwo, ale puszczona, natychmiast wracała do dawnego kształtu.
Znajdowało się na niej może czterdzieści ciasno ułożonych rządków
kolistych otworów, nie większych niż dziurki w guziku z masy perłowej.
Trzy rogi były lekko zaokrąglone, a czwarty ścięty ukośnie. Bladym
fioletowym atramentem ktoś wypisał przy nim "1".
- Kamforowana celuloza - oświadczył Mick. - Piekielny materiał, gdyby
dotknął go płomień, ale żaden inny nie nadaje się do zaawansowanych
operacji Napoleona.
Napoleona? Sybil nic nie rozumiała.
- Czy to karty kinotropowe, Mick?
Uśmiechnął się szeroko, wyraźnie zachwycony. Jakby wypowiedziała
właściwe słowa.
- Nigdy nie słyszałaś o Wielkim Napoleonie? To ordinateur,
najpotężniejsza Maszyna Akademii Francuskiej. Maszyny londyńskiej
policji to przy nim zwykłe zabawki.
Sybil udała, że przygląda się zawartości pudełka. Wiedziała, że spodoba
się to Mickowi. Był to zwykły drewniany futerał, pięknie wykonany i wyłożony zielonym suknem, jakie kładzie się na stoły bilardowe. Mieścił
w sobie bardzo dużo gładkich, mlecznych kart - może kilkaset.
- Wytłumacz mi, co to takiego, Mick.
Roześmiał się z satysfakcją - tak jej się wydawało. I nagle pochylił się
i pocałował ją w usta.
- W odpowiednim czasie. - Wyprostował się, odłożył kartę na miejsce,
zamknął wieczko i wsunął haczyki. - Każde bractwo ma swoje tajemnice.
Dandys Mick sądzi, że nikt dokładnie nie wie, co się stanie, jeśli
przepuści się ten stosik przez Maszynę. Wykaże wtedy pewną kwestię,
udowodni pewien ciąg zagnieżdżonych hipotez matematycznych... Wszystko to
jest bardzo złożone. A przy okazji sprawi, że nazwisko Michaela Radleya
zabłyśnie jak gwiazda w konfraterni dziurkaczy. - Mrugnął. - Francuscy
dziurkacze mają własne bractwa. Les Fils de Vaucanson... Tak siebie
nazywają. Towarzystwo Jacquardowskie. Pokażemy jeszcze to i owo tym
cebulojadom.
Miała wrażenie, że jest pijany, choć wiedziała, że wypił tylko dwie
butelki piwa. Nie... raczej oszołomiony tymi kartami w pudełku,
czymkolwiek one były.
- Ten futerał i jego zawartość są niezwykle kosztowne, Sybil.
Usiadł znowu i sięgnął do czarnej torby. Wyjął z niej złożony arkusz
sztywnego, szarego papieru, całkiem zwyczajne nożyczki i kłębek mocnego
zielonego sznurka. Rozprawiając, rozwinął papier i zaczął pakować
pudełko.
- Bardzo kosztowne - podjął. - Podróże z generałem narażają człowieka na
pewne zagrożenia. Po występie odjeżdżamy do Paryża, ale jutro rano
zaniesiesz to na pocztę przy Great Portland Street. - Owinął papier
sznurkiem. - Utnij tutaj - polecił. Zrobiła, co kazał. - A teraz
przytrzymaj tu palcem. - Zawiązał idealny węzeł. - Wyślesz naszą paczkę
do Paryża. Poste restante. Wiesz, co to znaczy?
- Że zatrzymają ją dla adresata.
Mick kiwnął głową; z kieszeni spodni wyjął pręcik czerwonego laku, a z drugiej swoją zapalniczkę. Rozpaliła się przy pierwszej próbie.
- Tak, zatrzymają ją dla nas w Paryżu. Bezpieczną jak w banku.
Lak pociemniał nad oleistym płomieniem. Czerwone krople kapnęły na
zielony węzeł i szary papier. Mick wrzucił nożyczki i sznurek do torby,
lak i zapalniczkę schował do kieszeni, wyjął wieczne pióro i wypisał
adres.
- Ale co to jest, Mick? Skąd wiesz, ile to warte, jeśli nie masz
pojęcia, do czego służy?
- Tego przecież nie powiedziałem, prawda? Czegoś tam się domyślam.
Dandys Mick zawsze się czegoś domyśla. Dość, by zabrać oryginał do
Manchesteru, kiedy jechałem tam w sprawach generała. Dość, by
najsprytniejszych dziurkaczy wypytać o ich najnowsze metody kompresji. I dość, by za pieniądze generała powierzyć rezultat celulozie kalibru
Napoleona.
Nic nie zrozumiała. Równie dobrze mógłby mówić po chińsku.
***
Ktoś zapukał. Ponury posługacz, krótko ostrzyżony i pociągający nosem,
wciągnął wózek i sprzątnął nakrycia. Nie spieszył się i wyczekiwał,
jakby spodziewał się napiwku, ale Mick ignorował go i spokojnie patrzył
w przestrzeń. Od czasu do czasu uśmiechał się do siebie niczym kot.
Chłopak wyszedł, parskając wzgardliwie. Po dłuższej chwili rozległo się
stukanie laski o drzwi. Przybył drugi z przyjaciół Micka.
Krępego mężczyznę potężnej budowy cechowała niespotykana brzydota. Miał
wyłupiaste oczy i siny podbródek, a kwadratowe, pochyłe czoło zwieńczała
lśniąca brylantyną parodia eleganckich loków, takich jakie nosił
premier. Przybysz miał nowy i dobrze skrojony wieczorowy kostium,
płaszcz, cylinder, laskę, szykowną perłę w fularze i złoty sygnet
masonów na palcu. Twarz i szyja ogorzały mu od słońca.
Mick podniósł się, uścisnął tamtemu prawicę i zaproponował krzesło.
- Późno pan pracuje, panie Radley - stwierdził obcy.
- Robimy, co możemy, by zaspokoić pańskie szczególne potrzeby,
profesorze Rudwick.
Brzydki mężczyzna usiadł na krześle; zaskrzypiało głośno. Wyłupiaste
oczy obrzuciły Sybil pożądliwym wzrokiem i przez jedną chwilę przeraziła
się najgorszego: że wszystko to było tylko oszustwem, a teraz ona sama
stanie się przedmiotem jakiejś obrzydliwej transakcji.
Ale Rudwick odwrócił głowę.
- Nie będę krył, drogi panie, mej niecierpliwości, by na nowo podjąć swe
prace w Teksasie. - Ściągnął wargi. W szerokiej szramie ust tkwiły małe,
szarawe, podobne do kamyków zęby. - Rola salonowego lwa w Londynie nudzi
mnie śmiertelnie.
- Prezydent Houston udzieli panu audiencji... Jutro o drugiej, jeśli to
panu odpowiada.
- Doskonale - burknął Rudwick.
Mick kiwnął głową.
- Sława pańskiego teksaskiego znaleziska, profesorze, z dnia na dzień
zatacza coraz szersze kręgi. Słyszałem, że zainteresował się nim sam
lord Babbage.
- Pracowaliśmy razem w Instytucie w Cambridge - przyznał Rudwick,
niezdolny ukryć pełnego satysfakcji uśmieszku. - Teoria pneumodynamiki...
- Tak się składa - wtrącił Mick - że wszedłem w posiadanie dziurkowanej
sekwencji, która mogłaby zabawić jego lordowską mość.
Ta uwaga chyba zirytowała gościa.
- Zabawić, drogi panie? Lord Babbage jest człowiekiem bardzo... zajętym.
- Lady Ada była tak łaskawa i wspomogła mnie w początkowych próbach...
- Wspomogła pana? - Rudwick zaśmiał się nieprzyjemnie. - A więc to jakiś
system hazardowy? Z pewnością, jeśli zwrócił jej uwagę...
- Ależ skąd - zaprzeczył krótko Mick.
- Jej wysokość dobiera sobie dziwnych przyjaciół - stwierdził Rudwick,
spoglądając posępnie na Micka. - Czy znasz pan człowieka nazwiskiem
Collins, tak zwanego bukmachera?
- Nie miałem przyjemności.
- Ten człowiek ssie ją niczym wesz psie ucho. - Ogorzała twarz Rudwicka
pociemniała gwałtownie. - Uczynił mi oburzającą propozycję...
- I? - wtrącił delikatnie Mick.
Rudwick zmarszczył czoło.
- Wydało mi się, że znasz go pan. Wyglądał mi na takiego, co może się
obracać w pańskich kręgach...
- Nie, drogi panie.
Rudwick pochylił się do Micka.
- Jest jeszcze jeden dżentelmen, panie Radley; bardzo wysoki i o zimnym
spojrzeniu. Mam uczucie, że ostatnio ciągle mnie śledzi. Czy nie jest
może agentem waszego prezydenta Houstona? Wygląda na Teksańczyka.
- Mój prezydent szczęśliwie nie narzeka na kwalifikacje swoich agentów.
Rudwick wstał, czerwony na twarzy.
- Będzie pan łaskaw zażądać od tego hultaja, żeby tego zaprzestał.
Mick także się podniósł i uśmiechnął niewinnie.
- Z całą pewnością przekażę pańskie uwagi memu pracodawcy, profesorze.
Ale obawiam się, że przeszkadzam panu w rozrywkach zaplanowanych na tę
noc...
Podszedł do drzwi, otworzył je i zamknął za szerokimi plecami Rudwicka,
okrytymi eleganckim płaszczem.
Potem mrugnął porozumiewawczo do Sybil.
- Idzie na walki szczurów. Nasz uczony profesor lubi takie prymitywne
sporty. - Zastanowił się chwilę. - Ale mówi szczerze, prosto z mostu.
Spodoba się generałowi.
***
Po wielu godzinach ocknęła się w Grandzie, w łóżku obok Micka.
Przebudził ją trzask jego zapalniczki i słodki aromat cygara. Wziął ją
dwa razy na szezlongu za stołem w Argyll Rooms i jeszcze raz w hotelu.
Nie wiedziała, że może być tak gwałtowny. Uznała to za dobry znak, choć
po trzecim razie była trochę obolała w dolnych partiach.
Pokój był ciemny, rozświetlony tylko blaskiem gazowej latarni za oknem.
Przysunęła się bliżej.
- A po Francji, gdzie chciałabyś pojechać, Sybil?
Nigdy się nad tym nie zastanawiała.
- Z tobą, Mick...
Zaśmiał się, wsunął rękę pod kołdrę i sięgnął palcami do jej kobiecego
wzgórka.
- A gdzie pojedziemy, Mick?
- Jeśli ruszysz ze mną, to najpierw trafisz do Meksyku. Potem na północ,
by wyzwolić Teksas, z francusko-meksykańską armią pod wodzą generała
Houstona.
- Ale... Przecież Teksas to strasznie dziwne miejsce...
- Przestań myśleć jak ulicznica z Whitechapel. Widziany z Picadilly,
cały świat jest dziwny. Sam Houston ma w Teksasie swój pałac. Zanim
Teksańczycy go wypędzili, był największym sprzymierzeńcem Brytyjczyków
na zachodzie Ameryki. Ty i ja moglibyśmy w Teksasie żyć jak książęta,
zbudować dom nad jakąś rzeką...
- Czy naprawdę nam na to pozwolą, Mick?
- Chodzi ci o rząd Jej Królewskiej Mości? O zdradziecki Albion? - Mick
parsknął cicho. - Cóż, zależy to od stosunku brytyjskiej opinii
publicznej do generała Houstona. Robimy, co możemy, żeby poprawić jego
reputację. Dlatego zaplanował ten cykl wykładów.
- Rozumiem - szepnęła Sybil. - Jesteś bardzo sprytny, Mick.
- To ważne sprawy, Sybil. Równowaga sił. Od pięciuset lat Brytania
wykorzystuje ją w Europie, a w Ameryce działa nawet lepiej. Unia,
Konfederacja, Republika Teksasu i Kalifornia... wszystkie po kolei zyskują
brytyjską łaskawość, póki nie staną się zbyt zuchwałe, zbyt niezależne.
Wtedy spadają w dół. Dziel i rządź, moja droga. - W ciemności rozjarzył
się czerwony ognik cygara. - Gdyby nie brytyjska dyplomacja, brytyjska
władza, Ameryka stałaby się już jednym wielkim narodem.
- A twój przyjaciel generał? Pomoże nam?
- W tym całe piękno naszej rozgrywki - oświadczył Mick. - Dyplomaci
uznali, że Sam Houston ma nieco sztywny kark. Nie podobały się im jego
działania i jego polityka, więc nie wspierali go tak silnie, jak
powinni. Ale teksaska junta, która go zastąpiła, jest o wiele gorsza.
Okazują otwartą wrogość wobec brytyjskich interesów. Ich dni są
policzone. Generał musiał posiedzieć jakiś czas tutaj, na wygnaniu, ale
teraz ruszył w drogę powrotną do Teksasu, odebrać to, co mu się zgodnie
z prawem należy. - Wzruszył ramionami. - Powinniśmy zacząć już rok temu.
Kłopot w tym, że rząd Jej Królewskiej Mości sam nie wie, czego chce.
Wewnątrz trwa walka frakcji. Niektórzy nie ufają Samowi Houstonowi... Ale
Francuzi i tak nam pomogą. Ich meksykańscy klienci prowadzą wojnę
graniczną z Teksańczykami. Potrzebują generała!
- To znaczy, Mick, że jedziemy na wojnę?
Nie mogła sobie wyobrazić Dandysa Micka prowadzącego szarżę kawalerii.
- To raczej coup d'état - uspokoił ją. - Niewiele zobaczymy krwi.
Rozumiesz, jestem doradcą politycznym Houstona i zostanę przy nim. To ja
zorganizowałem mu te londyńskie występy i wyjazd do Francji, to ja
wykorzystałem pewne kontakty, co pozwoliło uzyskać audiencję u cesarza
Francuzów...
Czy to możliwe?
- To ja przepuszczam przez kinotrop najlepsze i najnowsze karty z Manchesteru, ja dbam o prasę i opinię publiczną, wynajmuję ludzi do
naklejania plakatów...
Zaciągnął się cygarem, a drugą ręką obmacywał ją tam... Usłyszała, jak z satysfakcją wydmuchuje kłąb tytoniowego dymu.
Ale nie miał chyba ochoty na jeszcze jeden raz, przynajmniej nie w tej
chwili, ponieważ wkrótce zasnęła i śniła o Teksasie: Teksasie falujących
równin, pasących się owiec i błyszczących w popołudniowym słońcu okien
szarych rezydencji.
***
Sybil siedziała przy przejściu, w trzecim rzędzie na widowni u Garricka
i myślała smętnie, że generał Sam Houston, niegdyś z Teksasu, nie
ściągnął wielkich tłumów. Ludzie schodzili się powoli, a pięcioosobowa
orkiestra piszczała, piłowała i trąbiła. W rzędzie przed nią zajmowała
miejsca cała rodzina: dwaj chłopcy w błękitnych marynarkach i spodniach,
z wyłożonymi kołnierzykami koszul, dziewczynka w szalu i ozdobnym
płaszczyku, potem dwie mniejsze, pilnowane przez guwernantkę - chudą, z haczykowatym nosem, załzawionymi oczami i kichającą w chusteczkę.
Później wsunął się najstarszy chłopak, z pogardliwą miną. I tatuś w płaszczu, z laską i bokobrodami, a za nim tłusta mamusia z długimi
lokami pod brzydkim kapeluszem i z trzema złotymi pierścionkami na
grubych, krótkich palcach. Po chwili wszyscy usiedli wśród szelestu
płaszczy i szali, chrupania kandyzowanej skórki pomarańczy - wyraźnie
dobrze sytuowani i oczekujący poprawy sytuacji. Czyści, wyszorowani i zadbani w swych eleganckich, maszynowej roboty, ubraniach.
Jakiś urzędnik w okularach usiadł obok Sybil; dostrzegła szeroki na cal
błękitny pasek wzdłuż linii włosów - wygolił je, by wysokim czołem
sugerować intelekt. Czytał program Micka i ssał kwaśne cukierki. Za nim
trzech oficerów z Krymu; wyraźnie zadowoleni z siebie, przyszli
posłuchać o staromodnej teksaskiej wojnie, prowadzonej staromodnymi
metodami. Wśród widzów znalazło się ich więcej - wszyscy w jaskrawych
czerwonych płaszczach... Ci przyzwoici, którzy nie marnują pieniędzy na
ulicznice i dżin, ale biorą żołd od królowej, studiują arytmetykę
artyleryjską, a potem wracają do pracy w stoczniach i na kolei. I podwyższają swój status.
Sporo przyszło takich wspinających się w górę typów: sprzedawcy,
sklepikarze i aptekarze, ze swymi dobrze ułożonymi żonami i dziećmi. Za
czasów jej ojca tacy ludzie - ludzie z Whitechapel - byli gniewni,
wychudzeni i obdarci, z kijami w dłoniach i sztyletami za pasem. Ale za
radykałów wszystko się zmieniło i teraz nawet Whitechapel miała swoje
ciasno zasznurowane, wymyte kobiety i swoich szykownych, spoglądających
na zegarki mężczyzn, którzy czytywali Słownik użytecznej wiedzy i Dziennik doskonalenia moralnego - i wspinali się w górę.
Nagle przygasły gazowe płomienie w miedzianych pierścieniach, a orkiestra zagrała marną interpretację "Come to the Bower". Z sykiem
zapłonęło światło Drummonda i rozsunęła się kurtyna przesłaniająca
kinowy ekran. Muzyka zagłuszała stuk kart wkręcanych do kinowej Maszyny.
Ozdobne zygzaki wyrastały niby czarny szron od brzegów ekranu. Objęły
ramą wysokie, wąskie litery, wyszukaną czcionkę maszynowego gotyku;
litery głosiły czarno na białym:
Editions Panoptique Prezentuje
Houston - starszy mężczyzna potężnej budowy - wkroczył pod kinotropem na
scenę z lewej kulisy i, utykając, przeszedł na środek. Na moment zniknął
w cieniu poniżej jaskrawego snopa światła Drummonda.
Sybil obserwowała go uważnie, z ciekawością, czujnie... Po raz pierwszy
oglądała pracodawcę Micka. Ale dostatecznie często spotykała w Londynie
amerykańskich uciekinierów, żeby wyrobić sobie o nich opinię. Unioniści
ubierali się prawie tak, jak zwykli Brytyjczycy - jeśli tylko mieli na
to pieniądze. Konfederaci woleli stroje modne i krzykliwe, ale trochę
dziwne, nie całkiem odpowiednie. Sądząc wedle Sama Houstona, Teksańczycy
byli jeszcze dziwniejsi i bardziej zwariowani.
Houston był solidnie zbudowany, czerwony na twarzy, masywny. Miał ponad
sześć stóp wzrostu. Nosił ciężkie buty, a na szerokich ramionach
szorstki pled, podobny do peleryny, ale w barbarzyńsko jaskrawe pasy,
czerwone, czarne i brązowe. Zamiatał nim scenę niby aktor tragedii swoją
togą. W prawej ręce trzymał grubą mahoniową laskę i teraz machał nią
lekko, jakby nie potrzebował podpory. Sybil spostrzegła jednak, że drżą
mu nogi i poruszają się złote frędzle na szwach spodni.
Wspiął się na zaciemnioną mównicę, wytarł nos i łyknął ze szklaneczki
czegoś, co wyraźnie nie było wodą. Nad jego głową kinotrop wyświetlił
barwny obraz: brytyjskiego lwa i jakiegoś długorogiego byka. Zwierzęta
spotkały się pod niewielkimi skrzyżowanymi flagami: Union Jackiem i teksaską, z samotną gwiazdą; obie były jaskrawe, obie
czerwono-biało-niebieskie. Houston poprawiał coś za mównicą; pewnie
lustro, domyśliła się Sybil, żeby mógł widzieć za sobą kinotrop i wiedzieć, co się dzieje.
Ekran znów stał się czarno-biały, kolejne elementy gasły jak padające
kostki domina. Pojawił się portret wykreślony ciemnymi, łamanymi
liniami: wysokie łysiejące czoło, krzaczaste brwi, szeroki nos ujęty w klamrę najeżonych bokobrodów kryjących uszy. Zaciśnięte stanowczo wąskie
wargi, uniesiona broda. Potem, poniżej, słowa: GENERAŁ SAM HOUSTON.
Zapłonął drugi snop światła Drummonda, pochwycił Houstona na mównicy, na
oczach publiczności zmienił go nagle w jasną płaskorzeźbę. Sybil
klaskała głośno. Przestała jako ostatnia.
- Dziękuję wam serdecznie, panie i panowie z Londynu - zaczął Houston.
Miał głęboki, dźwięczny głos doświadczonego oratora, nieco skażony obcym
akcentem. - Wielki zaszczyt czynicie przybyszowi. - Rozejrzał się po
widowni. - Widzę, że jest tu wielu dżentelmenów w służbie wojskowej Jej
Królewskiej Mości. - Zsunął nieco pled i ostre światło błysnęło na
orderach przypiętych do piersi. - Wasze profesjonalne zainteresowanie,
panowie, sprawia mi satysfakcję.
W rzędzie przed Sybil dzieci zaczęły się wiercić. Dziewczynka pisnęła z bólu, gdy któryś z braci ją uszczypnął.
- Widzę też, że mamy tu przyszłego brytyjskiego wojownika!
Zabrzmiały zdziwione śmieszki. Houston zerknął w lustro i pochylił się
nad mównicą. Z wdziękiem poczciwego dziadunia ściągnął bujne brwi.
- Jak ci na imię, synu?
Niegrzeczny chłopczyk wyprostował się gwałtownie.
- Billy, sir - odparł. - Billy... William Greenacre, sir!
Houston z powagą skinął głową.
- Powiedz mi, paniczu Greenacre, czy chciałbyś uciec z domu i żyć wśród
Indian?
- Tak, sir - wyrzucił chłopiec i zaraz dodał: - O nie, sir.
Publiczność znów się zaśmiała.
- W twoim wieku, młody Williamie, byłem dzielnym chłopcem, jak ty. I tak
właśnie postąpiłem. - Obraz za głową generała uległ zmianie. Pojawiła
się barwna mapa z zaznaczonymi wszystkimi państwami Ameryki, prowincjami
o dziwnych kształtach i niezwykłych nazwach. Houston sprawdził to w lustrze i mówił szybko.
- Urodziłem się w amerykańskim stanie Tennessee. Rodzina pochodziła ze
szkockiej szlachty. Przeżywaliśmy trudne chwile na naszej małej farmie
na pograniczu. Urodziłem się Amerykaninem, ale nie czułem się poddanym
jankeskiego rządu w Waszyngtonie. - Kinotrop pokazał portret
amerykańskiego dzikusa, istotę o szalonych oczach, obwieszoną piórami, z policzkami pomalowanymi w barwy wojenne z kinowych klocków. - Tuż za
rzeką żył potężny naród Cherokee, lud cechujący się prostotą i wrodzoną
szlachetnością. Uznałem, że wolę Indian niż swych amerykańskich
sąsiadów. Ich dusze bowiem przeżarte były żądzą dolarów.
Houston pokręcił głową, okazując brytyjskiej publiczności, że cierpi z powodu tej narodowej wady Amerykanów. Zdobył sobie sympatię, pomyślała
Sybil.
- Cherokee podbili moje serce - mówił dalej Houston. - Uciekłem z domu,
żeby się do nich przyłączyć. Nie wziąłem niczego, panie i panowie, prócz
skórzanego płaszcza na grzbiet i wielkiej opowieści Homera, Iliady, do
kieszeni.
Kinotrop przeformował się od dołu do góry, ukazując wizerunek z greckiej
urny: wojownika z pióropuszem na hełmie i wzniesioną włócznią. Trzymał
tarczę z godłem kruka o rozpostartych skrzydłach. Rozległy się lekkie
oklaski zachwyconych widzów, a Houston skromnie skinął głową, jakby były
przeznaczone dla niego.
- Jako dziecku amerykańskiego pogranicza - kontynuował - nie dane mi
było pobierać nauk, chociaż w późniejszym czasie zostałem prawnikiem i kierowałem państwem. Jako młodzieniec jednak szukałem wykształcenia w pradawnej szkole. - Uniósł obwieszoną medalami klapę surduta. - Serce w tej poranionej piersi - rzekł i uderzył pięścią w żebra - wciąż drży,
słysząc szlachetne opowieści o bohaterstwie, które samym bogom pozwala
rzucić wyzwanie, o nieskazitelnym honorze, trwającym... do śmierci!
Czekał na oklaski. Rozległy się po chwili, choć nie tak głośne, jak
chyba się spodziewał.
- Nie dostrzegłem sprzeczności między życiem bohaterów Homera i życiem
mych ukochanych Cherokee - oświadczył.
Na ekranie włócznia zakwitła piórami indiańskiego oszczepu, a na twarzy
wojownika pojawiły się barwy wojenne.
Houston zerknął do notatek.
- Razem polowaliśmy na niedźwiedzie, jelenie i dziki, łowiliśmy w czystych strumieniach, uprawialiśmy żółtą kukurydzę. Przy ognisku, pod
otwartym niebem, przekazywałem swym dzikim braciom moralną lekcję, jaką
me młode serce wyciągnęło ze słów Homera. Z tego powodu nadali mi
indiańskie imię Kruk, od pierzastego ducha, którego uważają za
najmądrzejszego z ptaków.
Grek rozpłynął się; ustąpił miejsca wspaniałemu krukowi rozkładającemu
skrzydła na cały ekran, z pasiastą tarczą na piersi. Sybil poznała go.
Był to amerykański orzeł, godło podzielonej Unii - ale białopióry ptak
Jankesów stał się czarnym krukiem Houstona. Sprytne, pomyślała, może
nawet za sprytne. Dwa klocki kinotropu zaklinowały się na osiach, przez
co w górnym lewym rogu ekranu pozostały dwa punkty błękitu z poprzedniego obrazu - niewielki błąd, ale irytujący nad miarę, niby
drobinka w oku. Karty Micka zmuszały kinową Maszynę do najwyższego
wysiłku.
Zamyślona, straciła wątek przemowy.
- ...głos trąbki bojowej w obozie ochotników z Tennessee.
Pojawił się kolejny kinoportret: mężczyzna podobny nieco do Houstona,
ale z gęstymi włosami nad czołem i zapadniętymi policzkami. Z podpisu
wynikało, że jest to GENERAŁ ANDREW JACKSON.
Tu i tam rozległy się syknięcia, zapewne żołnierzy. Publiczność
zaszemrała. Niektórzy z Brytyjczyków pamiętali jeszcze "Hickory"
Jacksona, i wspominali go bez sympatii. Według słów Houstona, Jackson
walczył mężnie przeciwko Indianom i nawet przez jakiś czas był
prezydentem Ameryki. Wszystko to nie miało tutaj znaczenia. Houston
wychwalał Jacksona jako swego patrona i nauczyciela, "uczciwego
człowieka, który wewnętrzną wartość ludzi wyżej sobie cenił niż pozłotę
bogactwa czy pozorów". Jednak aplauz dla tych sentymentów był w najlepszym razie niechętny.
Pojawiła się kolejna scena: jakiś prymitywny fort na pograniczu. Houston
opowiadał o oblężeniu z początków swej wojskowej kariery, kiedy pod
wodzą Jacksona uczestniczył w kampanii przeciwko Indianom zwanym Cree.
Wydawało się jednak, że utracił swych naturalnych słuchaczy: żołnierzy.
Trzej krymscy weterani w rzędzie przed Sybil wciąż szeptali coś gniewnie
o Hickorym Jacksonie.
- Ta piekielna wojna skończyła się, zanim nowoorleańczycy...
Nagle światło Drummonda błysnęło czerwienią. Mick pracował ciężko pod
sceną: filtr z barwionego szkła, potężny głos bębna, na ekranie białe
kłęby dymu nad kinowymi armatami wokół fortu i pojedyncze iskierki
pocisków.
- Noc po nocy słyszeliśmy, jak fanatycy Cree wyją swe groźne pieśni
wojenne - krzyczał Houston, stojąc w kolumnie blasku pod ekranem. -
Sytuacja wymagała bezpośredniego ataku, z szablą w dłoni. Mówiono, że
atak na bramę to pewna śmierć... Ale nie na darmo byłem Ochotnikiem z Tennessee...
Mała figurka sunęła w stronę fortu: nie więcej niż kilka czarnych
kwadratów, ruchoma grupa klocków. Scenę ogarnęła ciemność. W mroku
rozległy się oklaski zaskoczonych widzów. Chłopcy na jaskółce zaczęli
gwizdać. I znowu światło objęło Houstona. Przechwalał się ranami: dwie
kule w ramię, cios nożem w nogę i strzała w brzuchu... Nie wymówił
wulgarnego słowa, ale rozmasował dłonią żołądek, jakby cierpiał na
niestrawność. Jak twierdził, całą noc leżał na polu bitwy, a potem przez
długie dni podróżował na noszach przez pustkowia, krwawił, gorączkował...
Urzędnik obok Sybil sięgnął po cukierka i spojrzał na zegarek. W pogrzebowej czerni ekranu błysnęła pięcioramienna gwiazda. Houston
opowiadał, jak cudem uniknął śmierci. Jeden z zablokowanych klocków
ekranu uwolnił się, ale za to znieruchomiał inny, w dole po prawej.
Sybil stłumiła ziewnięcie.
Gwiazda jaśniała coraz bardziej. Houston opowiadał, jak włączył się w życie polityczne Ameryki. Motywem, jak twierdził, było pragnienie
dopomożenia jego ukochanym Cherokee. To dość niezwykłe, uznała Sybil,
ale podobne do wszystkich tych nieodmiennie fałszywych mów polityków.
Publiczność zaczynała się nudzić. Woleliby jakieś walki, może kolejne
poetyckie opowieści o życiu wśród Indian. Tymczasem Houston mówił o tym,
jak został wybrany do jakiegoś prymitywnego odpowiednika Parlamentu, na
jakieś niejasne dla słuchaczy stanowiska w prowincjonalnym rządzie. A przez cały czas gwiazda rosła, rozgałęziała ramiona, aż w końcu stała
się godłem rządu Tennessee.
Nagle Houston zmienił ton głosu. Mówił wolniej, z sentymentalną nutą,
przeciągając słowa. Opowiadał o kobiecie.
Sybil wyprostowała się i zaczęła słuchać uważniej.
Jak zrozumiała, Houstona wybrano na gubernatora, zdobył trochę pieniędzy
i z nadzieją myślał o przyszłości. Znalazł też narzeczoną, dziewczynę z dobrej rodziny w Tennessee. Poślubił ją.
Ale na kinotropowym ekranie macki ciemności wyciągały się od krawędzi i zagrażały godłu.
Ledwie gubernator i pani Houston zdążyli razem zamieszkać, kiedy żonka
rzuciła wszystko i uciekła z powrotem do rodziny. Zostawiła list,
wyjaśnił Houston, list zdradzający straszliwy sekret. Tajemnicę, której
nigdy nie zdradził i przysiągł zabrać ze sobą do grobu.
- Sprawa osobista, o której honorowy dżentelmen nie może i nie powinien
wspominać. Przeżyłem katastrofę... - Gazety atakowały go (najwyraźniej
mieli w Tennessee gazety). - Jadowite usta oszczerców pluły na mnie
jadem - skarżył się Houston.
Na ekran powróciła grecka tarcza, a na niej czarne kleksy - błoto,
domyśliła się Sybil.
Wyznania Houstona były coraz bardziej szokujące. Przeszedł przez to
wszystko i naprawdę rozwiódł się z żoną - potworne. Naturalnie, stracił
stanowisko, oburzony naród zrzucił go z urzędu. Sybil nie rozumiała,
dlaczego zdecydował się wspominać o tym paskudnym skandalu. Jakby się
spodziewał, że londyńczycy udzielą moralnej aprobaty człowiekowi
rozwiedzionemu. A jednak zauważyła, że damy są zaintrygowane i może
wręcz mu współczują. Nawet tłusta mamusia wachlowała swój podwójny
podbródek.
Generał Houston był przecież cudzoziemcem, na wpół dzikusem, jak
wynikało z jego własnych słów. Ale kiedy wspominał żonę, mówił o niej
czule, jak o prawdziwej miłości, zamordowanej przez okrutną i tajemną
prawdę. Jego potężny głos łamał się pod wpływem emocji, których się nie
wstydził. Otarł czoło haftowaną chusteczką, wyjętą z kieszeni lamparciej
kamizelki.
Właściwie nie wyglądał źle; miał ponad sześćdziesiątkę, ale taki
człowiek może być dobry dla dziewczyny. Złożył zuchwałe, męskie
wyznanie, sam przywołał sprawę skandalu rozwodowego i tajemniczego listu
od pani Houston. Wciąż o nim mówił, ale nie zdradzał sekretu. Pobudził
zainteresowanie słuchaczy i nawet Sybil umierała z ciekawości.
A równocześnie kpiła z siebie i z własnej naiwności. Najpewniej rzecz
jest prosta i głupia, wcale nie tak głęboka i tajemnicza, jak twierdził.
Pewnie ta dziewczyna, choć z dobrego domu, wcale nie była taka anielska,
na jaką wyglądała. Pewnie jakiś oszust z Tennessee skradł jej dziewiczą
cnotę, zanim jeszcze Kruk Houston pojawił się na horyzoncie. Mężczyźni
przestrzegają twardych zasad wobec swoich oblubienic, choć nigdy wobec
siebie.
Prawdopodobnie Houston sam sprowadził na siebie nieszczęście. Może
wyobrażał sobie pożycie małżeńskie bestialsko i ohydnie - przecież tak
długo żył wśród dzikusów. Albo okładał żonę pięściami - Sybil miała
wrażenie, że po pijanemu mógł być prawdziwym potworem.
Na kinotropie ożyły harpie, symbolizujące zapewne oszczerczych
przeciwników Houstona, którzy splamili jego bezcenny honor farbą
drukarską brukowej prasy. Paskudne, pokrzywione stwory tłoczyły się na
ekranie o barwach demonicznej czerwieni i czerni. Klocki szumiały
nieustannie, a harpie wysuwały szpony. Nigdy jeszcze takich nie
widziała... Artysta dziurkowania kart z Manchesteru musiał przeżywać
deliryczne koszmary... Houston gadał o wyzwaniach i o honorze, przez co
rozumiał pojedynki. Amerykanie byli słynnymi pojedynkowiczami, kochali
broń i strzelali do siebie z byle powodu. Zabiłby kilka tych
dziennikarskich hien, stwierdził stanowczo, gdyby nie godność
gubernatora. Dlatego rzucił karty i wrócił do swoich Cherokee. Był teraz
jak kocioł pod pełną parą; rozpalił się tak, że strach było patrzeć.
Widzowie bawili się tym widokiem; rezerwę przełamały wytrzeszczone oczy
i żylasty teksaski kark. Jednakże emocje te graniczyły z niesmakiem.
Może zrobił coś naprawdę strasznego, myślała Sybil, rozcierając dłonie
schowane w króliczej mufce. Może to on był winien i sam ją skrzywdził...
Tak, mogło tak być. Mick będzie wiedział; całkiem możliwe, że Mick zna
tę tajemnicę.
Houston opowiadał, jak pohańbiony opuścił Stany Zjednoczone i wyjechał
do Teksasu, a gdy tylko wymówił to słowo, na ekranie rozwinęła się mapa:
obszar pośrodku kontynentu. Houston twierdził, że ruszył szukać ziemi
dla swych biednych, cierpiących Indian Cherokee, ale wszystko to stawało
się nieco skomplikowane.
Spytała urzędnika obok o godzinę. Minęło dopiero sześćdziesiąt minut.
Trzecia część mowy. Zbliżała się jej chwila.
- Wyobraźcie sobie kraj kilka razy większy od waszej ojczystej wyspy -
mówił Houston. - Nie ma tam dróg szerszych niż trawiaste ścieżki Indian.
W owym czasie nie było też w nim ani jednej mili brytyjskiej kolei
żelaznej, nie było żadnych Maszyn. Jako dowódca teksaskich sił zbrojnych
nie dysponowałem pewniejszym i szybszym sposobem przesyłania rozkazów
niż konny zwiadowca, któremu grozili Komancze i Karankawa, meksykańskie
bandy i tysiące bezimiennych niebezpieczeństw dzikich pustkowi. Nic
dziwnego zatem, że pułkownik Travis za późno otrzymał moje instrukcje i,
co okazało się tragiczne, uwierzył w odsiecz pułkownika Fannina.
Otoczony siłami wroga pięćdziesiąt razy liczniejszymi niż własne, Travis
oświadczył, że celem jego jest zwycięstwo lub śmierć... Choć wiedział, że
ta ostatnia z pewnością jest mu pisana. Obrońcy Alamo zginęli co do
jednego. Szlachetny Travis, nieustraszony pułkownik Bowie i David
Crockett, legenda pogranicza... - Panowie Travis, Bowie i Crockett
otrzymali po jednej trzeciej ekranu każdy; przy niewielkich rozmiarach
portretów, ich twarze zdawały się dziwnie kanciaste. - Zyskali jednak
bezcenny czas dla mojej fabiańskiej strategii.
Żołnierskie opowieści... Zszedł z mównicy i ciężką, lśniącą laską
wskazywał na ekran.
- Jak widzicie, oddziały Lopeza de Santa Anna zajęły stanowiska tutaj, z lasem na lewym skrzydle i mokradłami rzeki San Jacinto na tyłach. Jego
inżynierowie okopali się wokół taborów i ustawili wzmocnione palisady,
przedstawione tutaj. Szybkim marszem z Burnham Ford moich sześciuset
ludzi zajęło zalesione brzegi Buffalo Bayou, kryjąc się przed
zwiadowcami nieprzyjaciela. Atak rozpoczął się ogniem armatnim z pozycji
teksaskich... Teraz widzimy ruszającą lekką kawalerię... Uderzenie piechoty
odepchnęło nieprzyjaciela, a jego artylerię, nie ustawioną jeszcze na
pozycjach, pogrążyło w całkowitym chaosie. - Niebieskie kwadraty i romby
na kinotropie powoli ścigały czerwone meksykańskie regimenty przez
zielono-białą szachownicę lasów i bagien.
Sybil przesunęła się w fotelu, próbując zmniejszyć ucisk krynoliny.
Krwawe przechwałki Houstona osiągnęły w końcu punkt przełomowy.
- W tej bitwie padło dwóch Teksańczyków i sześciuset trzydziestu
najeźdźców. Masakry Alamo i Goliadu zostały pomszczone krwią Santanisty!
Dwie meksykańskie armie poszły w rozsypkę, pochwyciliśmy czternastu
oficerów i zdobyli dwadzieścia dział.
Czternastu oficerów, dwadzieścia dział... Tak, to był sygnał dla niej.
Nadeszła właściwa chwila.
- Niech pan nas pomści, generale! - wykrzyknęła, choć trema ściskała jej
gardło. Spróbowała jeszcze raz, poderwała się i zamachała ręką. - Niech
pan nas pomści!
Houston umilkł zdumiony.
- Niech pan pomści nasz honor! - zawołała chrapliwie Sybil. - Pomści
honor Brytanii!
Rozległy się okrzyki zdziwienia. Sybil czuła, że oczy widzów kierują się
na nią - spojrzenia, którymi ludzie mogliby obrzucać wariatkę.
- Mój brat! - krzyknęła, ale lęk ją opanował. Nie spodziewała się, że to
takie straszne. O wiele gorsze niż śpiew na scenie... O wiele.
Houston wzniósł ramiona, pasiasty koc rozwinął się za nim jak peleryna.
Tym gestem zdołał jakoś uciszyć publiczność, zapanować nad nią. Nad jego
głową kinotrop zwalniał, klocki nieruchomiały kolejno, pozostawiając San
Jacinto zmartwiałe na moment przed ostateczną wiktorią. Houston obrzucił
Sybil wzrokiem wyrażającym surowość i rezygnację.
- O co chodzi, moja droga? Co cię dręczy? Powiedz.
Sybil chwyciła oparcie fotela przed sobą, mocno zamknęła oczy i wyśpiewała:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki