Masz prawo. Jak zachować rozum i godność człowieka w Polsce - Kamil Stępniak

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedsłowie

To nie jest książka dla ludzi o słabych nerwach oraz bez dystansu do codzienności. Założeniem niniejszej publikacji nie było stworzenie podręcznika do praw człowieka czy monografii naukowej traktującej o prawach podstawowych. Koncepcja napisania tej pozycji opierała się przede wszystkim na edukacji przez rozrywkę. Niekiedy kontrowersyjną, czasami nieprzyzwoitą, często balansującą na granicy. Jednak zawsze celową. Chciałem, aby ta książka nie tylko dostarczała wiedzy, ale także zmuszała do myślenia, śmiała się z powagi świata, a nawet z niej szydziła. Jeśli choć raz podczas czytania uniesiesz brew, uśmiechniesz się pod nosem albo poczujesz lekki dyskomfort - znaczy, że się udało.

Przyjęcie takiej konwencji oznacza przede wszystkim zgodę na to, aby mówić o sprawach poważnych (jak prawa i wolności człowieka) w sposób nieoczywisty. Powoduje jednocześnie zerwanie z akademickim formalnym stylem na rzecz bardziej ludzkiego języka bazującego na przykładach, żywego i prowokującego, bo taki potrafi dotrzeć tam, gdzie suche definicje zawodzą.

To także zaproszenie do rozmowy, a nie przydługiego wykładu. Do wspólnego śmiania się z paradoksów rzeczywistości i krytycznego spojrzenia na mechanizmy, które rządzą naszymi prawami, wolnościami i życiem codziennym. To konwencja szukająca tych, którzy mają odwagę czytać między wierszami.

Z uwagi na przyjęty sposób narracji mogą pojawić się w książce uogólnienia, skróty myślowe czy uproszczenia prezentowanych mechanizmów i działania instytucji prawnych. Ten świadomy zabieg nie wynika z braku szacunku do złożoności tematu, lecz z potrzeby dotarcia do Czytelnika w sposób zrozumiały, klarowny i angażujący.

Ta książka nie jest idealna, ale jest - autentyczna. Pisałem ją czasem z przymrużeniem oka, czasem całkiem serio. Mam nadzieję, że właśnie poprzez tę mieszankę udało się uchwycić coś ważnego. Jednocześnie podkreślę jeszcze raz: przyjęte założenia mogą powodować niepełność obrazu omawianych norm prawnych - to swoisty podatek płacony od komunikatywności przekazu.

Wierzę, że poznanie przedstawionych tu zagadnień stanie się dla Czytelnika nie tylko punktem wyjścia, ale i zaproszeniem do dalszych poszukiwań. Prawa człowieka, choć czasami brzmią jak hasło z plakatu, mają realne konsekwencje, które każdy z nas powinien dostrzegać w życiu codziennym. O prawach podstawowych mówi się najwięcej wtedy, kiedy zaczynają być łamane. Świadomość, którą chcę zbudować u Odbiorców, ma umożliwić im wyłapywanie jak papierek lakmusowy już pierwszych symptomów naruszeń. To niezwykle istotne w obliczu szerzącego się populizmu.

Prawa człowieka w dyskursie publicznym nie są sexy, często mówimy o nich jak o zestawie martwych definicji. A jednak są to reguły, które obowiązują nas codziennie: na ulicy, w sieci, przy kuchennym stole - nie w postaci deklaracji i konwencji, lecz określonych decyzji, wypowiedzi i czynów.

Nie musisz znać dokładnego brzmienia przepisów, aby rozumieć, jak funkcjonują prawa człowieka. Wystarczy, że nie zatracisz uważnego, czujnego spojrzenia i będziesz odważnie stawiać pytania, nawet te najbardziej niewygodne.

Jeśli ta książka sprawi, że chociaż przez chwilę spojrzysz inaczej na tematykę w niej poruszaną, to będzie dla mnie największa nagroda. Bo ta książka tak naprawdę jest o Tobie.

Kamil Stępniak

I.Zasady gry (zamiast wprowadzenia)

A wszystko przez to, że nauczyliśmy się czytać! Absolutnie to wszystko komplikuje. Całe szczęście młodzież wraca już powoli do pisma ikonicznego. Dzięki Bogu, na swoich smartfonach bezwiednie przeglądają niezliczone obrazki i viralowe filmiki z TikToka, spędzając na tym absurdalnie mnóstwo godzin. Ulga, że w tym czasie nie czytają. Nie dość, że wzrok się niszczy, czas marnuje, to jeszcze wymaga to myślenia. A tak, kiedy sobie tylko głupiutko patrzą w telefon, wiadomo od razu, że nawet nie zauważą, gdy ktoś sprytniejszy od nich przyjdzie i pokieruje ich życiem.

Nie żartuję, czytanie wszystko komplikuje. I to na wielu płaszczyznach. Parafrazując reklamę: obraz wyrazi więcej niż tysiąc słów. Przecież jak widzimy zdjęcie, nie mamy żadnych złudzeń co do tego, co na nim przedstawiono. Okej, je także można interpretować, ale pozostawia to mniej pola do popisu niż słowo. Pismo po prostu budzi niedomówienia. Ludzie nie lubią interpretacji albo przyjmują wyłącznie swoją - całkowicie subiektywną. Tak więc jeśli młodzi nie zaczną sobie tym tekstem życia komplikować, pozostaną szczęśliwsi i mniej zestresowani. Nie zaatakuje ich natłok myśli. A to, że będzie się nimi łatwiej rządziło i manipulowało? Wszystko ma swoje skutki uboczne, nawet aspiryna.

I oczywiście uogólniam, i krzywdzę młodzież, bo znam absolutnie fantastycznych młodych ludzi. Co więcej, według przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową badań stanu czytelnictwa z 2023 roku największy procent czytających - zarówno kobiet, jak i mężczyzn - jest w grupie wiekowej 15-18 lat1 #nadzieja. Tak naprawdę to wszyscy, bez wyjątku, spędzamy za dużo czasu z telefonem w ręku. Nasze przekonanie, że akurat my robimy rzeczy ważne, a dziecko marnuje czas, oglądając niezbyt ambitne treści, wydaje się zakorzenione w dwóch faktach: po pierwsze, mamy absolutnie mylne przeświadczenie, że jeśli jesteśmy starsi, to jednocześnie mądrzejsi; po drugie, możemy wyegzekwować naszą rację z powodu posiadanej nad dziećmi władzy rodzicielskiej. No i jeszcze - my nawet jak oglądamy, jak jakaś matka ubiera dziecko w ramach GRWM na wizytę na cmentarzu 1 listopada, to oficjalnie PRACUJEMY. "Kochanie, mamusia musi wziąć telefon, bo mamusia pracuje". Tatuś też pracuje, a że w trakcie ogląda nowe felgi do swojej drogowej strzały? No na coś trzeba te pieniądze wydać!

I w zasadzie mógłbym już kończyć ten rozdział wprowadzający - mądrze rzecz ujmując: propedeutyczny - bo właśnie o tym będzie ta książka. O tym, że zawsze znajdujemy się w jakimś stosunku podległości, który bywa czasem bolesny, a jednocześnie piękny (jak relacja rodzic-dziecko). Ten stosunek społeczny zachodzi nie tylko w rodzinie, ale także w pracy czy w relacji państwo-jednostka. Co więcej, jest on regulowany przez prawo. Prawo, które warto znać (bo przecież: ignorantia iuris nocet), a jeszcze lepiej - rozumieć.

Czy chcę powiedzieć przez to, że w państwie ktoś za pomocą prawa decyduje za nas, co jest dobre, a co złe, a jednocześnie czerpie korzyści z określonych mechanizmów? Niekiedy tak (patrz: nagła decyzja o drastycznym wzroście akcyzy na papierosy). Jednak nie to jest najgorsze. Znacznie boleśniejsze dla człowieka jest to, gdy politycy, niby dla naszego dobra, forsują jakieś rozwiązanie (niczym ci przewrażliwieni rodzice) i - co więcej - mają środki do tego, aby taką decyzję wprowadzić w życie i wyegzekwować (czy wspominałem już o rodzicach?). Na poziomie państwowym nazwiemy taką władzę imperium. I jest ona konieczna do właściwego funkcjonowania państwa, ale może być również niebezpieczna. Na przykład kiedy do głosu w państwie dochodzą populiści albo ludzie o nieczystych intencjach polityczno-biznesowych. Wtedy te prawnie nakazane kwestie przestają nam się podobać, ale jednocześnie nie mamy narzędzi - albo ich nie znamy - aby takim działaniom się przeciwstawić. Tak się już nieraz zdarzało w historii, choćby w ostatnich latach, gdy wprowadzono program podatkowy Polski Ład, by nie podawać bardziej drastycznych przykładów. Jeszcze nie teraz.

Skomplikowane związki, przemocowe relacje

Zatem czy państwo ma zupełną dowolność w stanowieniu prawa oraz w podchodzeniu do praw podstawowych? Na szczęście nie, choć tutaj powinniśmy posłużyć się określeniem ze statusu dotyczącego związków, który na Facebooku ustawiają sobie nastolatki mające swojego crusha (niewiedzącego nawet o ich istnieniu) oraz klerycy wyższych seminariów duchownych, czyli "to skomplikowane". Tak, relacje między państwem a jednostką mają status "to skomplikowane". Czasami jest to relacja przemocowa, najczęściej - relacja długotrwałego związku, w którym mąż i żona mają siebie dosyć, ale się nie poddają, najrzadziej zaś - relacja miłości i poszanowania.

Natomiast zasygnalizujmy jasno, że państwo może ingerować w nasze życie wyłącznie na określonych zasadach. To jak wtedy, gdy gracie w planszówkę i musicie poznać reguły gry, aby wiedzieć, jak pokonać siostrę stryjeczną, która denerwuje was swoją głupotą corocznie w Wigilię, co prowadzi do niestrawności nawet po spokojnym i uważnym przeżuciu karpia. No i takie reguły są zapisane w konstytucji oraz prawie międzynarodowym. Fenomenem wydaje się zatem, że tej krótkiej instrukcji, w której ustanowiono zasady gry o nazwie Państwo polskie, prawie nikt nie czyta. Mam nadzieję, że po tej książce to się zmieni. Chociaż nie, nie mam złudzeń. Dlatego najważniejsze rzeczy postaram się przedstawić tutaj, bo ja tę instrukcję przeczytałem i z chęcią się swoją wiedzą podzielę.

Ba, co więcej, do tej instrukcji wydawane są dodatkowe pouczenia, żeby wiedzieć, jak ją rozumieć. Nazywamy je prawniczymi komentarzami do aktów normatywnych. Przepraszam za to ciężkie słowo na końcu, później wyjaśnię. A, no i proszę sobie wyobrazić, że w tej instrukcji-konstytucji jest też napisane, jakie prawa mają gracze, to znaczy każdy z nas. Jest też coś o obowiązkach, ale o tym później. Albo wcale. Po co się denerwować po pracy czy szkole (no chyba że czytacie w pracy lub w szkole, to i tak jesteście poddenerwowani).

I jeszcze jedno, w tym krótkim akcie prawnym mamy ważny rozdział II, w którym zostały uregulowane prawa i wolności człowieka i obywatela. I wiecie, co wam powiem? To jest najpiękniejszy i najważniejszy rozdział na świecie. A przynajmniej w Polsce. Ileż tam zapisano wspaniałych idei, ileż praw człowieka i w ogóle jak nowocześnie i w duchu liberalizmu i demokracji, a jednocześnie z tym zakorzenieniem w tradycji, we francuskim: Liberté, Égalité i Fraternité. Po prostu cud-miód, malina. Ma on, ten rozdział II, tylko jeden problem - politycy go strasznie nie lubią, a w szczególności ci, którzy sprawują władzę.

To naprawdę paskudna relacja, co - jak sądzę - może u niego powodować różnego rodzaju problemy egzystencjalne, bo przed wyborami wszyscy mówią, że go kochają i będą realizować jego plany i wizje, a po wyborach - kiedy już wygrywają - jak jeden mąż go ignorują, obrażają, a nawet czasem opluwają. No nie ma on najłatwiejszego życia. Ale na szczęście ma moc sprawczą i przyjaciół, których zadaniem jest go bronić zawsze i w każdej sytuacji, a dzięki temu - chronić wszystkich graczy na planszy. Tymi sprzymierzeńcami są Trybunał Konstytucyjny i sądy, a także w pewnym zakresie prokuratura. A zaraz... może to obecnie nie najlepszy przykład. Ale jest jeszcze chociażby Rzecznik Praw Dziecka, przecież w żadnym normalnym kraju na taki urząd nie powoła się na kilka lat przeciwnika in vitro czy współautora projektu postulującego obniżenie granicy wieku odpowiedzialności karnej dzieci. Chwileczkę... może to też nie do końca trafione. No to mamy też Rzecznika Praw Obywatelskich, rzeczywiście nie ma on jakiejś niewiarygodnej mocy sprawczej, ale zawsze!

Królu złoty!

Nie wiem, czy wiecie, ale gdyby obecnie panował król, to byłoby lepiej. Nie, nie taki jak władca brytyjski Karol III, tylko taki prawdziwy, średniowieczny, z krwi i kości. Taki, jakim chciał być Andrzej Duda. I absolutnie będę to zdanie forsował. Gdyby taki monarcha rządził, byłoby prościej, łatwiej, bardziej zrozumiale. Już wyjaśniam dlaczego.

Gdy taki król miał jakąś wolę, wyznaczał swojego przedstawiciela do realizacji pomysłu. Posłaniec wsiadał na konia i wszystkim prostym ludziom oświadczał i rozpowiadał monarsze dyspozycje. Prosty chłop (którym, jak znam swoje szczęście, zapewne i ja bym był, gdybym żył w średniowieczu) przyjmował takiego wysłannika, słuchał, czego władca żąda, a następnie to wykonywał. Poprzez tego człowieka chłop zyskiwał niejako pewność co do tego, na czym dokładnie polega wydane zarządzenie. Dlaczego? Ponieważ królewski posłaniec - znający wolę pana - mógł w łatwy sposób przekazać coś więcej niż norma prawna. Mówił wprost, jak się mają zachowywać poddani, a może nawet - jaki cel muszą osiągnąć. W razie potrzeby rozwiewał też wszelkie wątpliwości. Ewentualnie zabijał prostaka, co rozwiązywało w jakimś zakresie problem, chyba że nowy rozkaz dotyczył zapłacenia podatków. Wtedy było to ekonomicznie nieuzasadnione. Jednak, wiadomo, rozrywki także nie zawsze się opłacają. Komu z nas w drodze na imprezę nie zdarzyło się kupić nadprogramowej paczki papierosów i alkoholu? Droga rozrywka, ale raz się żyje. Jak się wypali te fajki i wypije alko, to może nie będzie to jakieś długie życie, ale ma się wybór. To pozostaje niezmienne.

Tak na marginesie, wiecie, że to, że możecie kupować te rzeczy i bezkarnie powoli się nimi zabijać, też jest zagwarantowane w konstytucji? Nazywamy to wolnością osobistą. A że państwo przy okazji łoi nas na podatkach za te rozrywki, to już inna sprawa. Wracając! (jak mawiał dziadek mojej żony do swojego zięcia, a mojego teścia, gdy ten chciał w końcu zmienić temat, ale dziadek miał jeszcze coś do powiedzenia w poprzednim) do tego króla, powiedzielibyśmy, że poddany zyskiwał pewność co do treści normy prawnej. Czyli wiedział, w jakiej sytuacji co musiał zrobić i jaka kara grozi mu w przypadku niewykonania określonych czynności wymaganych przez prawo. Na wykładzie ze wstępu do prawoznawstwa powiedziałbym studentom, że norma prawna składała się z hipotezy, dyspozycji i sankcji i te wszystkie elementy poznał nasz poddany. Oczywiście to taki typowy przykład, bo normy są różnie zbudowane, zupełnie jak ludzie. Takie prymitywne i przekazywane ustnie prawo moglibyśmy nazwać prawem oralnym bądź zjawiskiem oralności prawa. Tak, oralności. A jeszcze, co do bycia chłopem, proszę się nie śmiać, bo z największym prawdopodobieństwem także byście nimi byli.

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz

Wszystko skomplikował (jak zawsze) pewien Niemiec o nazwisku Gutenberg. Wymyślił on sobie, że spoko byłoby móc kopiować tekst na dużą skalę, żeby nie tracić tak wiele energii na przepisywanie ksiąg (status na FB: "Benedyktyni nie lubią tego"). Później nieszczęśliwie jeszcze ludzie nauczyli się czytać, następnie zaczęli przekazywać tę umiejętność w szkole, sprzedawać książki, wertować je w celach naukowych, potem dla przyjemności..., no i cóż powiedzieć - tragedia gotowa! Nagle okazało się, że ludzie nie tylko czytają, ale jeszcze myślą o tym, co przeczytali. I wtedy zrobiło się naprawdę groźnie.

Może nawet dałoby się znieść tę powszechną umiejętność czytania, gdyby nie fakt, że tekst daje pole do interpretacji. No, gdyby tylko Orzeszkową czy Mickiewicza każdy inaczej rozumiał, to może pozostałoby to bez szkody dla społeczeństwa. Bez wiedzy na temat znaczenia Wielkiej Improwizacji w Dziadach drezdeńskich pewnie większość z nas by sobie dorosłe życie jakoś ułożyła. Fakt, nie byłaby to pełnia życia, trzeba by jakoś zaakceptować to intelektualne ubóstwo. Chociaż, umówmy się, prawdopodobnie mało kto pamięta, o co tam chodziło, wyłączywszy jednostki (wybitne) oraz nauczycieli i uczniów (z przyczyn oczywistych). Jasne więc jest, że każdy tekst trzeba zrozumieć, zinterpretować, a następnie wyciągnąć z niego jakieś wnioski. I gdy ktoś będzie uważał, że Werona była jedną z bohaterek Romea i Julii, to jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy po przeczytaniu aktu normatywnego dochodzimy do absurdalnie różnych wniosków. Bo to, że gdzie dwóch prawników, tam trzy zdania, to przecież wiadomo.

Jakiś czas temu, gdy zatrudniałem się na jednej z uczelni, standardowo musiałem wykonać badania medycyny pracy. Ponieważ nie lubię, jak takie rzeczy nade mną wiszą, znalazłem na jednym z portali lekarkę z niezłymi opiniami i pognałem przez pół miasta na warszawski Tarchomin. Okazało się, że placówka, w której owa lekarka przyjmuje, znajduje się w budynku mieszkalnym z parterem w całości zagospodarowanym przez lokale usługowe. Oszacowałem ich liczbę na co najmniej pięćdziesiąt. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nienawidzę się spóźniać, a kiedy stanąłem przed tym blokiem, właściwie już byłem spóźniony. Na miejscu zaś czekał mnie klimat zakopiańskich Krupówek w latach dwutysięcznych - reklama na reklamie i pomiędzy nimi reklama, czyli całkowity brak możliwości odnalezienia się w ogólnym bałaganie. Wpadam więc zdyszany w sieć korytarzy w poszukiwaniu właściwego gabinetu i po gorączkowej analizie rzeczywiście udaje mi się dotrzeć na miejsce. Gdy lekarka zapytała o podwyższony puls, powiedziałem prawdę - że goniłem jak chomik w kołowrotku.

Nie po to jednak wspominam tę historię, żeby wskazać na swoje osiągnięcia sportowe po trzydziestce, ale aby zwrócić uwagę na kolejny aspekt związany z prawem. Człowiek, który staje w obliczu tak dużej inflacji prawa (złośliwi mówią o sraczce legislacyjnej prawodawcy, ale to nie ja) przy jednoczesnej fikcji prawnej przyjętej w państwach demokratycznych - skoro akt został opublikowany (czyli ogłoszony) i stworzono ci okazję, by się z nim zapoznać, to znaczy, że cię obowiązuje - nie ma szans na wiedzę w zakresie obowiązujących regulacji. Nikogo nie interesuje to, że na przykład w 2023 r. polski prawodawca uchwalił blisko 34 tysiące stron aktów normatywnych2. Po wspomnianym już przeze mnie badaniu czytelnictwa z tego samego roku nastała euforia, bo 43% Polaków zadeklarowało, że w ciągu roku przeczytało chociaż jedną książkę, choć zaledwie rok wcześniej było to 34%3. Wnioski nasuwają się same. Tym bardziej że, umówmy się, nikt normalny w wolnej chwili nie czyta aktów prawnych dla rozrywki. Potwierdzają to słowa mojej szanownej małżonki, która weszła kiedyś późnym wieczorem do pokoju i zapytała: "Co czytasz?", na co zgodnie z prawdą odpowiedziałem: "A wiesz, projekt ustawy" - i usłyszałem po prostu: "Ty nie jesteś normalny". A proszę mi wierzyć, że moja najukochańsza na świecie żona jak coś mówi, to mówi... to znaczy wie.

Tak więc gdy wpadłem już do tego przybytku, dla którego przychodnia to zdecydowanie zbyt duże słowo, okazało się, że moje problemy są niczym wobec problemów innych ludzi. Na przykład pani w recepcji nie posiadała drukarki, zatem zarówno samo orzeczenie lekarskie, jak i fakturę za badanie kaligrafowała ręcznie, co jeszcze opóźniło mój moment wejścia do gabinetu. Bogu dziękowałem, że nie rypie tego na kamiennej tabliczce. I gdy już otrzymałem kartkę z wielkim napisem, że mam być zatrudniony na stanowisku ADIUNKT, co sugeruje jednak, że doktorat musiałem jakimś cudem napisać, pani lekarka postanowiła zweryfikować moje umiejętności i przydatność do wykonywania zawodu. A mianowicie umiejętność czytania. I to na głos. Moi nauczyciele z podstawówki pewnie nie uwierzą, ale poradziłem sobie z tym zadaniem bez problemów. Lekarka okazała się przemiła, sympatyczna i z chęcią odwiedzę ją jeszcze nie raz. Jednak musiałem zapytać, dlaczego sprawdzała, czy umiem czytać na głos. Wtedy poinformowała mnie, że przychodzą do niej ludzie najrozmaitszych profesji i nie potrafią przeczytać fragmentu na głos. Nawet krótkiego. I - według jej zapewnień - jest to sytuacja coraz częstsza.

Oczywiście to dowód anegdotyczny, a jednak wyniki PISA, badania prowadzonego w krajach OECD między innymi w zakresie rozumienia tekstów czytanych przez uczniów, nie napawają optymizmem. Duża część piętnastolatków nie potrafi czytać ze zrozumieniem4. A co dopiero interpretować. Mając na uwadze, że tekst aktu prawnego jest napisany bardzo specyficznym językiem, wydaje się, że tragedia jest po prostu gotowa.

Stare książki nie są jak stare wino

Gdy współczesny parlamentaryzm odkrył, że stanowienie prawa w formie pisemnej jest zdecydowanie bardziej efektywne niż przekazywanie prawa w wersji ustnej - przede wszystkim przez fakt, że nie ulega zniekształceniom - to zostaliśmy trochę z tymi tekstami prawnymi jak Himilsbach z angielskim.

Sytuacja przypomina nieco tę, kiedy rozmawiamy z grupą znajomych ze szkolnych lat na Messengerze czy jakimś innym, bardziej nowoczesnym komunikatorze. No i przypuśćmy, że prowadzimy długą ożywioną dyskusję. Wiadomo, że Anka ostatnio źle wygląda, Bartek przytył, a ten nowy chłopak Grześka to strasznie obsceniczny. Zwykły wtorek. Dyskusja toczy się długo i beznamiętnie, raz na jakiś czas ktoś wrzuci swój pogląd na jakąś sytuację. No i w trakcie pojawia się pomysł spotkania, załóżmy, że po latach. Najpierw ktoś wrzuci, że w piątek, później okazuje się, że jednak nie pasuje, bo praca, rodzina albo przygodny seks na horyzoncie na to nie pozwalają. Następnie miejsce: pub, schodki nad Wisłą, teatr (nie, bo za kulturalnie), kino (spoko, nie trzeba za dużo rozmawiać), aż w końcu umawiacie się pod kolumną Zygmunta, gdzie zdecydujecie w trakcie, co chcecie zrobić. No i na koniec godzina. Zawsze dla jednych za późna, a dla drugich za wczesna.

Wreszcie po tych wszystkich bojach i długich pertraktacjach nadchodzi TEN dzień. Co się okazuje? Część ludzi nie przyszła (standard), część czekała przy Poniatowszczaku, inni dotarli na inną godzinę niż umówiona. Mimo - wydawałoby się jasnych - ustaleń każdy odczytał to po swojemu.

Od razu przychodzą mi na myśl zajęcia z języka polskiego, podczas których zastanawialiśmy się, "co autor tekstu miał na myśli". Odpowiedzi były różne, ale najczęściej niewłaściwe.

Muszę się przyznać, że jestem ofiarą tych zajęć. Nie chodzi o to, że nie lubiłem języka polskiego, bo zawsze miałem z niego bardzo dobre oceny. U mnie w domu jednak jakimś cudem znajdowały się wszystkie możliwe lektury - najprawdopodobniej jeszcze z czasów nauki mojej mamy. Albo i starsze. Takie z pożółkłymi już stronami, a mimo to zdatne do dalszego użytkowania. Natomiast wszyscy inni w klasie mieli już nowe książki, w których na marginesach opisano najważniejsze wydarzenia, interpretacje, gotowe odpowiedzi. "Genialnie!" - chciałoby się powiedzieć. Powtórzmy: ja tego geniuszu nie zaznałem. Nie róbcie tego swoim dzieciom.

Tak samo w ustawach niestety (albo dla prawników na szczęście) na marginesach nie ma adnotacji, o co chodziło prawodawcy. Oczywiście, powiecie: "Hola, hola, panie Stępniak, są przecież komentarze do ustaw, podręczniki, praktyka!". Jasne. Tylko że w większości przypadków "doktryna nie jest jednomyślna" albo wręcz "stanowiska doktryny są podzielone". I błądź tu jak dziecko we mgle. Nawet przepisy, które wydawałyby się z gruntu oczywiste, takie się nie okazują.

Na przykład: do czasu przejęcia władzy przez "Koalicję 15 października" raczej nie było wątpliwości, że prezydenta w Polsce nie można odwołać w drodze referendum. Po prostu Konstytucja RP5 na to nie pozwalała. Tymczasem jeden ze znanych i medialnie liczących się profesorów prawa po kolejnych wystąpieniach Andrzeja Dudy zgłosił się z takim pomysłem. Bo w sumie dlaczego nie? Jeśli odpowiednio zinterpretować przepis...

I tak możemy dojść do absurdów, które zresztą wielokrotnie w ostatnich latach obserwowaliśmy. Interpretacja wyrwana z kontekstu to jedno z ulubionych narzędzi populistów. Natomiast prawnik, gdy chce rzetelnie wywieść normę prawną z przepisu prawnego, musi użyć określonych dyrektyw wykładni. Do tych podstawowych należą: wykładnia językowa (czyli to, co rozumiemy z danej jednostki redakcyjnej tekstu; och, jak bardzo niektórzy lubią na tym poprzestawać), wykładnia systemowa (czyli to, jaka jest relacja przepisu do całego systemu prawa) oraz wykładnia celowościowa (najprościej: jaki był cel regulacji). To tylko podstawowe metody, ale pamiętajmy, że to nie jest książka do prawoznawstwa. Chociaż w sumie mogłaby aspirować.

Okej, czyli do zapamiętania: do zrozumienia normy prawnej nie wystarczy przeczytanie jednego przepisu.

Burger drwala

Z przepisami prawa jest trochę jak z pociągiem. I zupełnie nie w tym kontekście, że się spóźnia, Wars zamknięty, a toaleta brudna. Każdy skład przewozi określony ładunek. Pociąg towarowy może transportować węgiel, u Tuwima mamy wagon "pełen bananów", a osobowy jest zazwyczaj pełen ludzi z marzeniami o dotarciu do celu podróży na czas. Są wagony bezprzedziałowe i z przedziałami, a wśród nich znajdziemy również sypialne i kuszetki. Podobnie jest z przepisami prawa - one też mogą nieść różny "ładunek". Dlatego przed przystąpieniem do dalszej lektury trzeba sobie zdać sprawę z kilku podstawowych, ale jednak nie dla wszystkich oczywistych, rzeczy.

O tym, czym jest i jak zdefiniować przepis prawny, wciąż się toczy może nie tyle spór, ile dyskusja. Istnieje wiele definicji, jak na przykład "przepisem prawa jest stanowiący całość gramatyczną [...] zwrot językowy zawarty w tekście aktu normatywnego. Poszczególny artykuł lub paragraf aktu normatywnego zawiera jeden albo kilka przepisów prawa"6, czy też "przepis prawa to jednostka redakcyjna aktu prawotwórczego"7. Tłumacząc z polskiego na nasze: co do zasady nie ma sporu, że przepis prawny jest zawarty w jednostce redakcyjnej określonego tekstu prawnego8.

Oznacza to też, że nie każde zdanie w sensie logicznym będzie nośnikiem tej naszej wartości normatywnej, bo niektóre z nich będą po prostu informowały o pewnych stanach, uczuciach, odczuciach, obserwacjach, tak jak: "Make Life Harder jest profilem na Instagramie". Prawo jako zbiór norm zajmuje się zdaniami, z których można wywieść normy postępowania, czyli coś w stylu: "Make Life Harder podlega podwójnemu opodatkowaniu ze względu na społeczną szkodliwość publikowanych treści". Choć ten przykład nie jest do końca udany ze względu na fakt, że odnosi się tylko do jednego podmiotu, co mogłoby sugerować, że norma wywiedziona z takiego przepisu nie ma charakteru abstrakcyjnego. I mimo że takie sytuacje się zdarzają, to aby uniknąć wątpliwości, dorzućmy do MLH jeszcze Michała Marszała. Czy zatem norma, która brzmiałaby: "Make Life Harder oraz Michał Marszał podlegają podwójnemu opodatkowaniu ze względu na społeczną szkodliwość publikowanych treści" byłaby poprawna? Znów nie do końca. Bo w ogóle nie wiem, czy wiecie, ale norma prawna jest jak hamburgery w jednej ze znanych sieci ze złotymi łukami. Musi być możliwa do zjedzenia (ta hamburgeronorma) przez wiele osób w różnych (choć w jakimś aspekcie podobnych) sytuacjach. Czyli żeby norma postępowania była normą prawną, musi być generalna (skierowana do wielu adresatów) i abstrakcyjna (możliwa do zastosowania w wielu sytuacjach).

Zatem prawdziwy prawodawca, nawet jeśli chciałby podwójnie opodatkować MLH i Marszała, ustanowiłby normę: "Profile internetowe na Instagramie, które zostały zakwalifikowane jako charakteryzujące się szczególną szkodliwością publikowanych treści, podlegają opodatkowaniu w wysokości podwójnej stawki". W ten sposób przepis mógłby być zastosowany w stosunku do wielu podmiotów. I właśnie o to chodzi w prawie: by mogło być stosowane wobec różnych adresatów w określonych sytuacjach, które z abstrakcyjnych - wskazanych w akcie normatywnym - stają się konkretnymi w realnym życiu.

W pierwotnej koncepcji dotyczącej norm prawnych mówiliśmy o normach trójczłonowych, czyli takich, które zawierają: hipotezę (określenie adresata i okoliczności, w których się on znajduje), dyspozycję (obowiązek konkretnego zachowania) oraz sankcję (jakie konsekwencje nastąpią, gdy adresat nie zachowa się w dany sposób)9. Jednak wraz z rozwojem nauki prawa specjaliści wskazali, że mamy różne rodzaje norm prawnych, które są rozmaicie zbudowane. Wśród nich możemy wyróżnić normy: merytoryczne, kompetencyjne, organizacyjne, proceduralne, programowe itd. Nie jest moją rolą opisywanie tutaj każdej z nich, ale ukazanie tego, że z przepisu prawnego, czyli tego pociągu, o którym pisałem wcześniej, można wyinterpretować normę prawną o różnym charakterze. Przełóżmy tę sytuację na mój ulubiony grunt, czyli jedzenie: w książce kulinarnej znajdziecie przepisy zarówno na wuzetkę, jak i na makaron Chow Mein, na koktajl owocowy oraz na steka.

Ale nie tylko od jakości przepisu, lecz także od umiejętności kulinarnych i wiedzy kucharza zależy, czy stek się uda czy nie. Bo nie w każdym przepisie znajdziecie informację, że warto go posolić na patelni dopiero po wstępnym obsmażeniu. Wtedy będzie delikatny jak wasz współmałżonek w pierwszych dniach znajomości. Zatem na to, jaki będzie ostateczny efekt pichcenia, wpływa szereg czynników - zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych względem samego przepisu.

Nigdy, cholero, nie dziel przez zero!

Z prawem jest też trochę jak z chodzeniem na randki. I zupełnie nie dlatego, że mogą wywołać konsekwencje prawne, jak na przykład z art. 133 § 1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (przerwa na znalezienie przepisu w internecie)10. Mam na myśli inny aspekt tego zagadnienia. Kiedy dwoje ludzi spotyka się raz, drugi, trzeci, to widzi, poznaje i rozważa różne kwestie. Ja na przykład, gdybym był kobietą i umawiał się z facetami, pewnie zwróciłbym uwagę na to, czy jest: szczery, inteligentny, opiekuńczy, inteligentny, z poczuciem humoru, inteligentny, szczodry, szczodry, szczodry, ale też - czy ma odpowiadające mi podejście do życia, czy lubimy podobne filmy, muzykę, czy książki czyta, a może więcej czasu spędza na siłowni (jedno oczywiście nie wyklucza drugiego).

I teraz: w tej budującej się relacji są zagadnienia, które można rozstrzygnąć binarnie. Wbrew opinii prawicy nie chodzi o płeć, tylko o to, że koleś albo spełniałby moje wymagania, albo nie. Bo jakby wiecznie na wszystkim i przesadnie oszczędzał, pomyślałbym (jako kobieta!), że sknera. A to pewnie na dłuższą metę życie utrudnia (nie mówię o racjonalnym oszczędzaniu). Albo jeśli nigdy by mi drzwi nie przytrzymał, a jego słownictwo obfitowałoby głównie w słowa nieprzyzwoite (art. 141 Kodeksu wykroczeń11), to stwierdziłbym, że cham. Czyli potencjalny absztyfikant (ktoś jeszcze tak mówi?) mógłby moje potrzeby zaspakajać lub nie.

Tak samo jest z normami prawnymi, o których pisałem wcześniej. Są one na tyle precyzyjnie i jasno sformułowane, że mogą być albo wykonane, albo niewykonane. Ich zadaniem jest wpływać na świat realny, więc jeśli adresat tej normy nie wykona, powinna go spotkać określona sankcja. Norma spełniona-norma niespełniona. Jak z facetem.

Przekładając to dalej na relacje partnerskie: jeśli chcesz się ze mną kochać (hipoteza), musisz założyć prezerwatywę (dyspozycja), inaczej nie pójdę z tobą do łóżka (sankcja). Genialny przykład, proszę przyznać. Są jednak takie sytuacje, w których te wymagania partnerskie mogą być wykonane w jakiejś części, a jednocześnie rzutują na cały związek i nie da się ich rozstrzygnąć w systemie zero-jedynkowym. Tutaj przykłady sypią się jak z rękawa: mężczyzna jest świetny, ale ma nieznośną mamusię (trzeba ocenić, czy chcemy się z nią użerać przez resztę życia); chłopak kochany, ale nie odpowiada mi to, że pali papierosy; jest wspaniały, ale nie lubimy tych samych filmów; dobry, ale uparty jak osioł. (Moja żona chyba to ostatnie zaakceptowała, tak sobie wmawiam). I takim cechom nadajemy wówczas różną wagę. Jedne są powodem do zerwania, inne wymagają pracy nad sobą i zmiany, a pozostałe należy po prostu zaakceptować. W tych wypadkach nie występuje sytuacja binarnego spełnienia (lub nie) określonego wymagania. Taka cecha może wpływać jednocześnie na cały nasz związek.

Wracając do prawa: tutaj także mamy do czynienia z sytuacjami, które rzutują na cały system prawny. Czyli oprócz norm, które są lub nie są spełnione, występują zasady prawa (również zawarte w przepisach). To, czym jest zasada prawa, najlepiej obrazuje art. 2 Konstytucji RP: "Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej". Z tego przepisu - jak dowodzi Monika Florczak-Wątor - można wywieść aż trzy zasady konstytucyjne: zasadę państwa demokratycznego, zasadę państwa prawnego, zasadę sprawiedliwości społecznej12.

Niektórzy powiedzieliby, że przecież tutaj także wyróżniamy zależność: spełniony-niespełniony, jednak nie do końca tak jest, bo ta zasada może być spełniona w różnym stopniu. To, czy Polska jest demokratycznym państwem prawnym, może przyjąć rozmaite odcienie. Niekiedy władze państwowe spełniają ten wymóg bardziej, a niekiedy - mniej.

Zasady prawa mają za zadanie wpływać na cały system prawny, na stanowione prawo oraz na działania władz publicznych. Niosą one ze sobą pewien ładunek aksjologiczny, odwołanie się do koncepcji teoretycznoprawnych (jak na przykład państwo prawa), które mają być spełniane nie tylko na gruncie art. 2 Konstytucji RP, ale w ogóle. Jeżeli porównalibyśmy tę sytuację do domu, to zasady prawa, w szczególności te zawarte w konstytucji, są jego filarami, które podtrzymują całą konstrukcję. Jeśli ich zabraknie, dach runie nam na głowy. Ścianami nośnymi dla tego domu są niewątpliwie prawa człowieka, również zagwarantowane w konstytucji. Jednocześnie ich lapidarność, ale także możliwość interpretacji i rozwijania stanowi pole nie tylko do rozwoju prawa, ale także, niestety, do nadinterpretacji i nadużywania. Mieliśmy już przykłady, że politycy widzieli demokratyczne państwo prawne jako niedemokratyczne państwo bezprawia i mówili nam, że to jest w porządku, że tak trzeba. Zasady prawa mają także kluczowe znaczenie przy późniejszej interpretacji norm prawnych (ich wykładni).

Za moich czasów na lekcjach matematyki uczyło się takich frazesów, jak "nigdy, cholero, nie dziel przez zero" - w ten sam sposób zasady prawa niosą ze sobą kluczowe wartości, które mają wpływ na funkcjonowanie całego systemu. Można wśród nich wyróżnić chociażby zasady: dobra wspólnego, pomocniczości, godności człowieka, władzy zwierzchniej narodu, legalizmu, podziału władz czy demokratycznego państwa prawnego. Pierwsze trzy zostały zaczerpnięte ze społecznej nauki Kościoła13. Bez tych zasad trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie państwa, podobnie jak niektórym bożonarodzeniowy nastrój bez Last Christmas.

Zgodność charakterów

Na koniec tego rozdziału wprowadzającego chciałem jeszcze tylko zaznaczyć, że prawo można także porównać do Windowsa. Żeby taki system operacyjny poprawnie działał, trzeba skonfigurować wiele elementów, tak wiele, że trudno byłoby je tutaj wszystkie opisać.

Jedną z najważniejszych "konfiguracji" systemu prawa jest hierarchiczność źródeł prawa. Oznacza to, że w państwie są różne akty prawne, stanowione w różnych procedurach, co nadaje im odpowiednią moc w systemie. I tak najważniejsza wśród aktów powszechnie obowiązujących jest Konstytucja RP. Dla jej przyjęcia przewidziana jest specjalna procedura prawodawcza oraz konieczność uzyskania podwyższonej większości głosów w parlamencie, a także możliwość przeprowadzenia referendum zatwierdzającego zmiany w Konstytucji RP14. Dalej w kolejności są ustawy oraz umowy międzynarodowe ratyfikowane za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie, w tym także prawo unijne - przy czym w razie kolizji ustaw z umowami międzynarodowymi pierwszeństwo ma umowa międzynarodowa, jeśli została przyjęta w trybie wielkiej lub dużej ratyfikacji15, następnie rozporządzenia (są to tak zwane akty niesamoistne - uprawnienie do ich wydania każdorazowo musi wynikać z upoważnienia zawartego w ustawie; wydawane są wyłącznie przez: Prezesa Rady Ministrów, Radę Ministrów, ministrów kierujących działami administracji rządowej, przewodniczących komitetów określonych w ustawach, Prezydenta RP oraz Krajową Radę Radiofonii i Telewizji), a później akty prawa miejscowego (obowiązują powszechnie, ale na obszarze działania organów, które je ustanowiły). Konstytucja wyróżnia jeszcze rozporządzenia Prezydenta RP z mocą ustawy (mogą być wydawane wyłącznie w czasie stanu wojennego - por. art. 234 Konstytucji RP).

Akty niższego rzędu muszą być zgodne z aktami wyższego rzędu. Czyli ustawa z konstytucją, rozporządzenie z ustawą i konstytucją itd. O braku tej zgodności powinien rozstrzygać Trybunał Konstytucyjny, choć w świetle ostatnich zmian systemowych coraz większe uznanie znajduje koncepcja, że mogą to robić także sądy powszechne. Przy czym ich orzeczenia nie mają skutku erga omnes (czyli skutek takiego wyroku wiąże wyłącznie strony postępowania, a nie wszystkich), tak jak powinno to być w przypadku TK.

Z punktu widzenia ochrony praw człowieka hierarchiczność źródeł prawa oraz ich kontrola są o tyle ważne, że większości parlamentarne oraz rządy lubią czasami tak stanowić przepisy, aby ominąć wymóg zmiany określonego aktu normatywnego. Na przykład: większość parlamentarna nie ma większości do zmiany konstytucji, więc próbuje jej postanowienia de facto zmienić ustawą. Bądź, aby nie zmieniać ustawy, wydaje się rozporządzenia, które są sprzeczne z ustawą, a jednocześnie naruszają podstawowe prawa jednostki.

Oprócz tych wymienionych wyróżniamy jeszcze źródła prawa wewnętrznie obowiązującego. Po prawniczemu powiedzielibyśmy zatem, że mamy dualny system źródeł prawa: akty powszechnie obowiązujące oraz akty wewnętrznie obowiązujące. Te drugie - zupełnie inaczej niż wcześniej omówione - nie tworzą katalogu źródeł prawa. Co prawda w art. 93 Konstytucji mówi się, że należą do nich uchwały Rady Ministrów i zarządzenia Prezesa Rady Ministrów, jednakże nie jest to katalog zamknięty jak wasz były na propozycję spotkania. Ich charakterystyczną cechę stanowi również to, że wiążą one podmiot, który je wydaje, z podległymi mu jednostkami organizacyjnymi. Tymi źródłami prawa będziemy się zajmować w bardzo ograniczonym zakresie16.

I jeszcze jedna uwaga: wbrew opiniom z pewnych środowisk slajd w prezentacji ani wpis szefa rządu w portalu X nie jest źródłem prawa - ani powszechnie, ani wewnętrznie obowiązującego. Tylko legalnie ustanowione przepisy mogą wpływać na nasze prawa i wolności, o których mówi ta książka.

W Konstytucji RP prawa i wolności człowieka i obywatela podzielono na: wolności i prawa osobiste, wolności i prawa polityczne oraz wolności i prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne. Przy czym trzeba odróżnić wolności od praw (czego w dyskursie publicznym w ogóle się nie uwzględnia). Bożena Gronowska zauważa, że "prawo "do czegoś" zawsze wynika z faktu zaistnienia dwustronnego stosunku obligacyjnego, w którym jedna ze stron jest uprawniona do określonego świadczenia, druga ma zaś obowiązek świadczenie to zrealizować", natomiast wolność jest "chroniona obowiązkiem o charakterze negatywnym". Autorka słusznie podkreśla w swoich rozważaniach, że obecnie zakaz arbitralnej ingerencji państwa w daną wolność to często za mało i skuteczna ochrona wolności jednostki będzie możliwa wyłącznie wtedy, gdy organy państwowe podejmą daleko idącą aktywność17.

Poznaliście zatem podstawowe zasady gry (jeśli przeczytaliście uważnie, to macie już większą świadomość niż niektórzy studenci prawa). Wiecie także, że ta książka nie będzie nudnym monologiem poważnego naukowca na temat prawa. Naukowiec pozostaje poważny, a ja chciałbym, aby te bardzo istotne dla nas wszystkich kwestie praw podstawowych zostały opowiedziane w sposób obrazowy, humorystyczny, niekiedy kontrowersyjny - po to, byście jak najwięcej wynieśli z lektury i zrozumieli, że prawo konstytucyjne to niezwykle ciekawa i wieloaspektowa dziedzina prawa, którą każdy świadomy obywatel powinien znać.

Jeden z moich wykładowców mawiał, że Konstytucję 3 maja było łatwiej obalić niż pół litra wódki. Ja spróbuję udowodnić, że bez grama alkoholu Konstytucję RP z 1997 r. da się zrozumieć, a może nawet polubić. Dobrej zabawy!

Przypisy

1 Stan czytelnictwa w 2023 r., https://www.bn.org.pl/download/document/1712244843.pdf [dostęp: 15.11.2024].

2 P. Rochowicz, Zalew aktów prawnych jest ogromny. Raport legislacyjny, https://www.rp.pl/prawo-dla-ciebie/art40041491-zalew-aktow-prawnych-jest-ogromny-raport-legislacyjny-bylismy-blisko-rekordu [dostęp: 8.11.2024].

3 Stan czytelnictwa książek w Polsce w 2023 r., https://www.bn.org.pl/download/document/1717404995.pdf [dostęp: 8.11.2024].

4 W tym zakresie można powołać się na przygotowaną przez Igę Kazimierczyk dla Fundacji Batorego analizę wyników PISA, w której autorka napisała: "spadki zauważymy w zakresie kompetencji pracy z tekstem. W krajach OECD średni wynik rozumienia czytanego tekstu był w 2022 roku niższy o 10 punktów w porównaniu z rokiem 2018. Polska jest jednak w grupie krajów, w których ten spadek był większy niż 20 punktów. Tak jak w przypadku matematyki, obserwujemy powrót do poziomu, który polscy uczniowie zanotowali w 2003 roku. Odsetek uczniów, osiągających w badaniu poziom "2" jest niemalże równy temu, który obserwowaliśmy w badaniu w 2000 roku. Do 2018 roku odsetek uczniów o najniższym poziomie kompetencji stale się zmniejszał i od 2009 roku nie był większy niż 15%. Obecnie jednak co czwarty uczeń lub uczennica w Polsce osiągają umiejętności pracy z tekstem na poziomie "2" i poniżej. Wyjaśnijmy, co w praktyce oznacza takie "2". To poziom, który opisuje kompetencje niewystarczające do dalszej samodzielnej nauki oraz do radzenia sobie z wyzwaniami dorosłego i w pełni samodzielnego życia. 22% badanych uczniów i uczennic rozumie jedynie proste komunikaty. Te osoby nie będą rozumiały treści zawieranych przez siebie umów, nie będą w stanie odróżniać informacji prawdziwych od fake newsów, raczej nie będą sięgały w przyszłości po teksty literackie czy książki i gazety - one po prostu mogą być dla nich za trudne i niezrozumiałe. W szkołach branżowych poniżej poziomu "1" jest 1/3 uczniów, a drugie tyle jest dokładnie na tym poziomie. 65% uczniów szkół branżowych to osoby o najniższych umiejętnościach - "2"". Por. I. Kazimierczyk, Co wyniki PISA mówią o polskiej edukacji, https://www.batory.org.pl/blog_wpis/co-wyniki-pisa-mowia-o-polskiej-edukacji [dostęp: 8.11.2024].

5 Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. (Dz.U. nr 78, poz. 483 z późn. zm.), dalej jako Konstytucja RP.

6 S. Grzybowski, Prawo cywilne. Zarys części ogólnej, Warszawa 1974, s. 54.

7 A. Peczenik, Struktura normy prawnej, "Studia Prawnicze" 1968, nr 20, s. 20. Więcej o różnych koncepcjach rozumienia normy prawnej zob.: J. Nowacki, Z. Tobor, Wstęp do prawoznawstwa, Warszawa 2020, s. 25-26.

8 Tamże, s. 26.

9 S. Wronkowska, Podstawowe pojęcia prawa i prawoznawstwa, Poznań 2005, s. 18-19.

10 Ustawa z dnia 25 lutego 1964 r. - Kodeks rodzinny i opiekuńczy (tekst jedn. Dz.U. z 2023 r., poz. 2809).

11 Ustawa z dnia 20 maja 1971 r. - Kodeks wykroczeń (tekst jedn. Dz.U. z 2023 r., poz. 2119).

12 M. Florczak-Wątor, art. 2, [w:] Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz, red. P. Tuleja, Warszawa 2019, s. 27.

13 M. Zubik, Prawo konstytucyjne współczesnej Polski, Warszawa 2020, s. 37-39.

14 Zgodnie z art. 235 ust. 6 Konstytucji RP: jeżeli ustawa o zmianie Konstytucji dotyczy przepisów rozdziału I, II lub XII, podmioty określone w ust. 1 mogą zażądać, w terminie 45 dni od dnia uchwalenia ustawy przez senat, przeprowadzenia referendum zatwierdzającego.

15 Aby zbyt daleko nie wchodzić w ten poboczny dla tej książki wątek, odsyłam do opracowania Marka Zubika, który świetnie omówił niniejszy problem (por. M. Zubik, dz. cyt., s. 72-84).

16 Zob. szerzej: M. Granat, Prawo konstytucyjne w pytaniach i odpowiedziach, Warszawa 2012, s. 145-146.

17 B. Gronowska, Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela, [w:] Prawo konstytucyjne, red. Z. Witkowski, A. Bień-Kacała, Toruń 2015, s. 152.