Master - Olgierd Świerzewski

Reflow text when sidebars are open.
Nazywam się Aleksander Rymer i przyznaję: nienawidzę ludzi. Nie jest to uczucie bardzo gwałtowne, pełne pasji, ale raczej opisałbym je jako wstręt podobny do tego, który towarzyszy nam na widok karalucha kroczącego dumnie przez środek naszego pokoju, lub irytację, jaką odczuwamy, gdy wokół naszego ucha krąży komar. W końcu z przyjemnością patrzymy na plamę krwi na ścianie lub na naszym ciele, gdy trafimy dręczącego nas owada i zakończymy jego parszywy, pasożytniczy żywot. Nie odczuwam z powodu moich uczuć wstydu ani tym bardziej wyrzutów sumienia. Tak jak nie czułem niczego poza ekscytacją, gdy będąc chłopcem, przyglądałem się z ukrycia, jak hodowca owiec, u którego z matką spędzaliśmy wakacje, zarzynał jagnię. Bycie dobrym, dobro jako kategoria moralna, zawsze wydawało mi się banalne, jak happy end w scenariuszu filmowym. Złe wiadomości, którymi karmią mnie media lub o których opowiadają mi różni ludzie, wywołują we mnie ekscytację. Zamach bombowy, wypadek lotniczy, tonący statek - to wszystko przemawia do mojej wyobraźni. Czuję podniecenie, słuchając takich informacji. Mam wówczas świadomość dynamiki świata, nieoznaczoności, twórczego chaosu, z którego w każdej minucie wyłania się nowa rzeczywistość. Śmierć i narodziny w odwiecznym kołowrocie sansary. Innych niż te dramatyczne doniesień nie czytam, nie słucham, nie oglądam, chyba że muszę, szukając tematów do finansowych transakcji. W końcu za to mi płacą, abym kojarzył fakty, dokonywał wyboru, inwestował czyjeś pieniądze, zarabiał. Jestem w tym dobry, choć nie od razu potrafili to zauważyć ci, którzy decydowali o moim awansie. Czasem bawię się przed snem myślą, jakiego rodzaju torturę mógłbym wymyślić dla mojego byłego szefa, Mike'a Rottermana. Ten ulubiony wariant to wepchnięcie mu szczura w odbyt. Spanikowany gryzoń biegłby do środka jego ciała, rozpychając jelita, może dotarłby aż do żołądka? Czytałem o tego rodzaju torturze zadawanej w Chile przez oprawców Pinocheta. Myślę, że taka metoda przyniosłaby Rottermanowi dostatecznie długie konanie, wystarczającą ilość czasu, aby zrozumiał, kto zadał mu to cierpienie. A jednocześnie brak patosu, wręcz komizm takiego umierania nie pozwoliłyby mu zrobić z siebie męczennika. Tak, opisy tortur, jakie zadawane były przez stulecia, przekonują, że nasze okrucieństwo jest niezmierzone jak wszechświat, który wciąż się rozszerza.
Nienawidzę mojego ojca, który mnie spłodził i na tym zakończył swoją rodzicielską misję, pozostawiając moją głupią matkę przez następnych dwadzieścia kilka lat w absurdalnym przeświadczeniu, że łączy ich związek, nieformalny wprawdzie, ale związek. Odkąd sięgam pamięcią, przez te wszystkie lata mojego dzieciństwa matka wlokła mnie po całym mieście, wybierając w najróżniejszych sklepach suknię ślubną dla siebie i miejsce, w którym odbędzie się ich wesele. Już jako dziesięciolatek uważałem, że zakochała się jak idiotka i dalej tak żyje. Mniej więcej co miesiąc udawała się do parafialnej kancelarii, aby zamówić termin ślubu. Proboszcz, z którego twarzy najlepiej zapamiętałem jego mięsiste wargi, niczym usta postaci Murzynów z kreskówek, wypowiadał pod jej adresem szereg przekleństw, twierdząc, że bez zapłaty z góry nigdy więcej nie zarezerwuje terminu ślubu w kalendarzu parafialnym. Nienawidziłem tego grubego sukinsyna, odkąd przy innych dzieciakach nazwał moją matkę wariatką. Miałem zawsze podejrzenie, że ma lubieżne myśli na mój temat i myśląc o moich niewinnych genitaliach, oblizuje swoje miękkie jak dwa pozbawione skorupy ślimaki wargi. Moja matka narzekała i płaciła mu zaliczki na ceremonię ślubną z taką regularnością, jakby płaciła rachunki. Zresztą o tych ostatnich często zapominała, co wywoływało we mnie irytację. Kiedy ni stąd, ni zowąd wyłączali nam prąd, miałem wrażenie, że stan wojenny w Polsce trwa nadal. Wiecznie pusta lodówka i bałagan w rachunkach to dwa obrazy, które nasuwają mi się, gdy wspominam nasze dwupokojowe mieszkanko w bloku na Woli, którego klatki śmierdziały stęchlizną, wyziewami gotowanych potraw, sączącymi się z mieszkań, i moczem na parterze. Tak było, dopóki nie zamontowano domofonów.
Nienawidzę domofonu. Zawsze, kiedy się przedstawiasz, następuje cisza, jakby ktoś miał trudności ze skojarzeniem tego, kim jesteś. Wystarczy ta nawet krótka chwila, abym poczuł brak szacunku dla mnie. Ona przez pierwsze tygodnie po chwili pauzy mówiła: Ach to ty. Poczekaj, zaraz otworzę. Kurwa, myślałem, poczekaj jak Jurand pod krzyżackim zamkiem, bezbronny i upokorzony. Ach to ty. A kto inny? Już czułem rozdrażnienie, już czułem zazdrość, za którą mógłbym zabić.
Wracając do mojej matki. Nienawidziłem jej. Miała szare oczy, rozedrgane, pełne egzaltacji, urodę Poli Negri, nieprzenikniony smutek na twarzy, który wywoływał lęk. Kiedy dostawała ataku histerii, próbowała sprawić, abym czuł się winny, że przez moje narodziny ojciec ją porzucił. Co tydzień powtarzała mi, że umrze na serce i wówczas przekonam się, jak mi jej będzie brakować. Nie tylko nie mogłem sobie wyobrazić, aby mi jej brakowało, ale również nie czułem swojej winy, że ten angielski palant ją zostawił. Za to czasami miałem ochotę przytrzymać jej głowę w sedesie, gdy po kolejnej antydepresyjnej dawce leków wyrzucała z siebie nadmiar toksyn. Przytrzymać, aby się utopiła we własnych wymiocinach. Ciągle połykała tony proszków, a potem, z organizmem rozdygotanym od zatrucia, wsiadała za kółko i obijała zderzaki wszystkich samochodów, które miały to nieszczęście, że ich właściciele zaparkowali w sąsiedztwie jej starego poloneza.
Kiedy jako nastolatek przeczytałem Blaszany bębenek Güntera Grassa, pożałowałem, że nie starczyło mi inwencji i stanowczości, aby doprowadzić oboje moich rodziców do śmierci. Matka zginęła w wypadku drogowym, rok przed moim powrotem do Polski. Jak zwykle po zażyciu tuzina proszków ruszyła samochodem w drogę. Wjeżdżając na nowo wybudowaną obwodnicę miejską, którą notabene już po miesiącu ponownie zamknięto, władowała się prosto pod pędzącego tira. W portfelu miała obrazek Jezusa Miłosiernego, zdjęcie ojca i moje, gdy miałem siedem lat. Nie przyjechałem na pogrzeb matki. Przed jej siostrą udałem, że podczas urlopu zapadłem na ciężką tropikalną chorobę. Wysłałem za to pokaźną sumę na pokrycie kosztów pogrzebu. Nie lubię pogrzebów. Potem od ciotki dostałem informację, że kupiła z myślą o mnie miejsce obok grobu matki, tak na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że egzotyczny wirus mnie pokonał.
Nienawidzę moich szkolnych czy uniwersyteckich nauczycieli i późniejszych korporacyjnych przełożonych, bo kazali mi naiwnie gapić się w gwiazdy, w tym samym czasie dymając mnie w dupę, kradnąc pomysły i odbierając nagrody za moją pracę.
Nienawidzę też Jej, bo zostawiła mnie w momencie, gdy pełen rozterek, wkraczając w dorosłe życie, najbardziej potrzebowałem przewodnika. Na mojej studniówce w liceum Norwida przekonała dyskdżokeja, aby puścił Grand Valse Brillante. Wszyscy zeszli z parkietu. Podeszła do mnie i wyciągnęła ręce, czekając, aż wezmę ją w ramiona. Moment, gdy poczułem ruch Ziemi, być może moje stopy czyniły ten ruch szybszym niż zwykle...
Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca,
Świat, co w ramiona ci wpadł?
To nie był dobry poranek. Czasem, kiedy tylko otwieram powieki, mam poczucie, że jest mi niewygodnie we własnej skórze. Obok mnie spała kobieta, której nie tylko nie kochałem, ale wręcz nie znałem. Momentami brzydziłem się jej ust, jej dotyku, jej skóry. Gdyby chociaż była to zwykła prostytutka, która po przebudzeniu wypije dwoma łykami podaną jej kawę, weźmie pieniądze i ze swoim naciąganym w pośpiechu na stojąco tandetnym wyzywającym ubraniem i intensywnym zapachem mdławych perfum, ulotni się z przepełnionego grzechem mieszkania. Zamykając za nią drzwi, wraz z głębszym oddechem poczułbym ulgę i zostałoby mi jedynie rozczarowujące wspomnienie spędzonej z nią nocy. Ale ta kobieta, która spała w moim łóżku, nie była jednorazowym kontraktem. Miała prawo przebywać w nim, wałęsać się po moim mieszkaniu, nazywać mnie swoim ukochanym czy jeszcze koszmarniej. Jeśli chciałbym ją wyrzucić ze swojego życia ot tak, jak to robiłem w myślach, mówiąc do niej: "Precz!", przekonałbym się, że to nie zwykłe "do widzenia", ale cała kosztowna transakcja. Gdybym to zrobił, po moim mieszkaniu krzątałaby się nie tylko ona i jej chronicznie nieszczęśliwa, okaleczona tuzinem kolczyków powbijanych gdzie się da, córka, ale i jakiś śmierdzący tanią wodą prawnik z kretyńską muszką zaplątaną na jego pomarszczonym jak u jaszczura podgardlu. Zaraz potem pod domem staliby łowcy plotek, którzy śliniąc się z radości, zapełnialiby szpalty swoich tandetnych tabloidów. W tym czasie, gdy ja zarządzałbym kryzysem, do samochodu stojącego przed dworkiem gdzieś na trasie do Sandomierza, sapiąc, ładowaliby się jej rodzice. On ubrany w myśliwskie buty, krzepko dzierżyłby w dłoniach sztucer albo inne cholerstwo. Synu, skrzywdziłeś moją córusię. Nie zasługujesz, by dłużej żyć. Może trochę przerysowuję. Bawiłem się przez moment różnymi wariantami tej sceny, nie mając nawet pojęcia, że życie pisze ciekawsze scenariusze. Jasna cholera, mówił do niej "córusia", choć miała czterdzieści kilka lat!
Kiedy uciekłem z sypialni, stąpając na palcach, upewniwszy się, że ta rozwalona w moim łóżku kobieta się nie zbudzi i nie zacznie ode mnie czegoś żądać, zrozumiałem, że straciłem kontrolę nad swoim życiem. Nienawidzę tego uczucia. Nikt nie da nam przeżyć raz jeszcze już minionych dni. Poczułem wielką solidarność z rzeszami straconych na szafocie trucicieli, którzy nie widzieli innej drogi do odzyskania wolności i decydowali się na podjęcie ryzyka otrucia swojego małżonka. Zrobiło mi się wstyd, że zabrakło mi inicjatywy i wykazałem się w tym względzie zupełną biernością. To niepodobne do mnie. Obiecałem sobie, że tuż po obiedzie oznajmię jej, że nasz związek okazał się pomyłką, którą warto sobie spokojnie wyjaśnić i pozamiatać jak najszybciej bałagan, jaki spowodowaliśmy, wchodząc w zbyt bliską relację.
Spojrzałem na zegarek. Była szósta rano. Jak w każdą sobotę miałem ochotę polecieć na dwie, może trzy godziny moim piperem. Planowałem, że udam się na północny wschód, w kierunku Mazur. Może to dawne wspomnienia Jej i naszej wyprawy na żagle, które od kilku dni wypełniały mnie smakiem pitej z metalowego kubka wódki i zapachem szumiących lekko na wietrze tataraków, w których ukryliśmy jacht, aby się kochać, sprawiły, że tak silnie tego poranka nienawidziłem tej pozostawionej w łóżku kobiety. Tęsknota za Nią potrafiła przyjść w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach i miejscach.
Piłem kawę, stojąc w kuchni oparty o blat, i zastanawiałem się, jak absurdalny impuls, związany ze śledzeniem kogoś ukrytego pod czerwonym, głębokim niczym zwiędły tulipan parasolem, spowodował ciąg wydarzeń, które w konsekwencji doprowadziły mnie do takiego rozczarowania. Zbiegi okoliczności, ciąg przypadków poza moją wolą. Nienawidzę tego. Nienawidzę tych momentów, w których wydaje mi się, że istnieje jakaś siła wyższa, która realizuje wobec mnie plan i stawia na mojej drodze kogoś, kto będzie wartością w moim życiu. Bzdura. Naiwność, która prowadziła mnie wyłącznie do utraty czujności i wplątywała w niewygodne układy. To, że nie mogłem odmienić przeszłości, wydawało mi się problemem, który piekł jak zgaga i odbierał mi o poranku spokój ducha. Ale kilka godzin później, gdy nagi, z dłońmi uwięzionymi w jakichś cholernych stalowych imadłach, z plastikową folią do pakowania kurczaków na głowie i nogami spętanymi szarą taśmą klejącą, jakiej używa się do oklejania paczek wysyłanych do rodziny na święta ze Stanów czy Anglii, zdałem sobie sprawę, że ocena osobistego komfortu jest bardzo dynamiczna i zmienna. Śniadanie z kobietą, która nadaremnie próbuje nawiązać kontakt ze swoją córką, nie jest najgorszą rzeczą, jaka może mnie spotkać. Ale to była refleksja, która przyszła dopiero później, kiedy dowiedziałem się, że mam za długie łapy, więc trzeba mnie nauczyć trzymać je przy sobie. Szczerze mówiąc, nie wiem, czemu ucieszyłem się, że "trzymać przy sobie" oznaczało jedynie zmiażdżenie moich dłoni w imadłach. Widocznie sądziłem, że mi je po prostu odetną. Chyba zirytowałby mnie widok mojej dłoni leżącej jak kawał mięsa gdzieś z dala ode mnie. Moje palce pracujące na komputerze, ich opuszki bawiące się pieszczeniem kobiecego ciała... Szkoda by było je stracić... Wiedziałem, że czekające mnie za chwilę miażdżenie kości niewątpliwie będzie torturą, której zapewne nie wytrzymam i zacznę wyć jak ranne zwierzę, a może nawet przekonywać moich oprawców, że powinni zmienić sposób działania, że powinniśmy negocjować, że zapłacę im dobrą kwotę "odstępnego". Ale czułem też, że na ich miejscu nie zrezygnowałbym z przyjemności stosowania tortur i żadne pieniądze nie skusiłyby mnie do przerwania egzekucji. Ich dalsze działanie wskazywało na to, że podzielają mój punkt widzenia. Pomyślałem więc, że w końcu to tylko jakaś pieprzona chwila, która minie. Jak widok za oknem pędzącego ekspresu. Żal mi było tylko swojego ciała, które nie było zapewne czymś nadzwyczajnym, ale w końcu służyło mi przez czterdzieści lat i pozwoliło na odczuwanie niejednej życiowej przyjemności.
Tak. Wiele miłych chwil dostarczyłem moim zmysłom przez ten czas. Oczy widziały piękno kobiecego ciała, wschody słońca nad morzem, gdy o świcie przebijałem się przez chmury swoim piperem, czy szczyty nowozelandzkich Alp, w które wybrałem się pod wpływem filmów o Hobbitach. Moje podniebienie rozkoszowało się świetną orientalną kuchnią, której tajniki nie zawsze estetyczne poznałem dogłębnie w brooklyńskiej restauracji moich niedoszłych teściów. Moje usta, język i dłonie smakowały ciała kobiet, a mój członek był pieszczony z takim zaangażowaniem, jakby był przedmiotem staroskandynawskiego kultu fallicznego. Słońce całowało moją skórę, nozdrza rozkoszowały się zapachami porannej, skąpanej w rosie sawanny, morskiej bryzy na wybrzeżu Kornwalii czy słodkimi perfumami na kobiecym ciele. Byłem szczęśliwcem. Jeśli to wszystko miało się teraz skończyć, to zapragnąłem do ostatniej sekundy, w której nie zniknie moja świadomość, wbrew tchórzliwej pokusie nie popaść w rozpacz, lecz zamiast tego zachować godne milczenie umysłu.
KILKA MIESIĘCY WCZEŚNIEJ
Jeśli ktokolwiek powiedział ci, że wystarczy być zdolnym i pracowitym, aby odnieść sukces, to cię okłamał. - To zdanie usłyszałem od Mike'a Rottermana, kiedy wpadł do mnie tuż po lunchu, w chwili, gdy pakowałem swoje rzeczy do kartonowego pudła. Słońce nabrało już pomarańczowej barwy i raczej zapraszało do leniwego odpisywania na setki maili niż do podejmowania ważkich życiowych decyzji. - A jeśli ci to ulży - dodał Rotterman - możesz tego, kto ci wcisnął ten kit, obarczyć winą za rozczarowania w twoim życiu - zakończył z cynicznym uśmiechem.
Do tamtego momentu nie rozumiałem, skąd się wziął mój gwałtowny awans na partnera i decyzja o wysłaniu mnie do Polski. Dopiero wówczas, gdy wypowiedział tamto zdanie i w jego oczach dostrzegłem pogardliwą satysfakcję, doszło do mnie, że mój szef po prostu się mnie pozbył, abym nie stanowił dla niego zagrożenia. Jednym zgrabnym ruchem zamknął mi karierę w centrali korporacji w Nowym Jorku. Spoglądając na niego z udawanym zdziwieniem, wyobraziłem sobie, że jak Ted Bundy rozbijam mu czaszkę młotkiem i zjadam jego mózg plastikową łyżeczką, którą przed chwilą znalazłem w opróżnianej przeze mnie szufladzie biurka.
- Powiedziałem: "rozczarowania" - rzekł, odwracając się do mnie w drzwiach. - Nie "niepowodzenia", bo uważam, że odnosisz sukcesy. Ale wiem, że chcesz więcej. Wiem, bo byłem kiedyś taki sam. W razie problemów w Polsce dawaj znać. Możesz na mnie liczyć.
Wracając do swego mieszkania na Greenwich Street, powtarzałem w myślach usłyszane od Rottermana słowa. Miałem ogromną ochotę na to, aby jeszcze raz padły one między nami. Oczywiście w wyobraźni to ja wypowiadałem je pod jego adresem. To było takie filmowe. Jak w Vabank Machulskiego, kiedy Kwinto pokazywał Kramerowi "ucho od śledzia".
Pomimo początkowego zauroczenia Rottermanem musiałem na koniec mojej nowojorskiej przygody przyjąć do wiadomości, że okazał się gnidą, cwanym i tchórzliwym spryciarzem. I chyba to bolało mnie najbardziej. Ulec takiemu szmaciarzowi było dla mnie czymś, czego nie mogłem zaakceptować. To uderzało w moją ambicję najsilniej. Wiedziałem już, że zrobię wszystko, aby mu pokazać, jak bolesnym błędem było wejście mi w drogę. Wyrok zapadł. Miałem silną motywację, aby zrealizować plan zemsty, który już wówczas zaczął powstawać w mojej głowie. Na początku był oczywiście zwykłym marzeniem, fantazją snutą w chwilach, gdy nagromadzony w ciągu dnia stres budził mnie zlanego potem o trzeciej czy czwartej nad ranem i zmuszał do nerwowego szukania ukojenia dla myśli. Z czasem te luźne rozmyślania przekształciły się w mapę drogową dla moich poczynań. Ale byłoby kłamstwem, twierdzić, że wierzyłem w możliwość realizacji planów rewanżu. Raczej czułem się jak marynarz, którego ciało zdradziło początki trądu, a którego dawni druhowie odizolowali, zostawiając swojemu losowi w małej szalupie. Czy w takiej sytuacji mógłbym liczyć na to, że ich jeszcze spotkam i dokonam zemsty? Zresztą odwet na Rottermanie nie stanowił nigdy głównego motywu dla moich działań.
Wielokrotnie podczas chwil różnorakich trudności, momentów, w których czułem, że jestem niedostatecznie skupiony na zadaniu, że brakuje mi determinacji lub po prostu wyczerpanie skłaniało mnie do szukania w sobie resztek energii, zastanawiałem się, co mnie motywuje. Nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Lubię, gdy się wiele dzieje, jest akcja, lubię grę o wysoką stawkę i ryzyko. Ktoś kiedyś powiedział o mnie, że mam cechy artysty, że nakręca mnie podziw innych, poczucie władzy, i to nie tej wynikającej z podległości służbowej, z prostej drabinki stanowisk i hierarchii korporacyjnej, a raczej takiej, którą można określić władzą duchową, charyzmą pozwalającą mi być liderem w swojej grupie, wymykać się prostym schematom. Tak, było w tym dużo racji. Lubię zaskakiwać. Nienawidzę statycznych układów, które niszczą inwencję i każą mi tkwić w rutynowych czynnościach, niczym pochylony nisko azjatycki zbieracz ryżu stojący w stęchłej zimnej wodzie. Nie nadaję się do tego, aby biernie czekać na decyzję innych w mojej sprawie. Działam. Wiem też, że obok działania, kluczem do sukcesu jest to, aby zachować milczenie, nie zdradzać własnych myśli i sądów.
Można mówić wiele, ale pod warunkiem, że wypowiadane słowa są rolą, którą napisałeś dla siebie i której się wyuczyłeś jak aktor, aby potem odegrać ją na scenie. Przyswojenie sobie kilku podstawowych zasad, zrozumienie czegoś, co nazywam "dynamiką świata", w młodości było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. W przeciwieństwie do mądrego Owidiusza, który powiedział kiedyś: "Widzę rzeczy dobre i pochwalam je, idę jednak za złymi", ja miewałem momenty, gdy ulegałem pokusie robienia rzeczy, które uznaje się za dobre. Tworzę w sobie iluzję uczuć, takich jak miłość, przyjaźń czy współczucie... Za wszystkie te słabości przychodziło mi później płacić. Momentami nie umiałem dopasować się do tempa akcji. A wiem, że powinienem być jak akrobata z cyrku Du Soleil, czytający sekwencje ruchu uciekającego pod nim ogromnego koła. Patrzyłem na ten numer z podziwem. Dwóch przebranych za diabłów mężczyzn balansowało na potężnych, obracających się z wielką szybkością kołach i aby było ciekawiej, owe koła zawieszono na gigantycznym tłoku, który również, niczym wielka wskazówka zegara, poruszał się po wyznaczonym dla niego okręgu. Utrzymanie się na tej konstrukcji graniczyło z cudem i było możliwe jedynie dzięki mistrzostwu i niezwykłej kociej sprawności obu cyrkowców.
Pamiętam zdanie z Nie ma kto pisać do pułkownika Marqueza, że akrobaci jedzą koty, aby zachować giętkość ciała. Coś jest na rzeczy, bo obserwując ich, miałem wrażenie realności magicznej, a jednocześnie przyszła mi do głowy myśl, że w mojej karierze, w moich relacjach ze światem, muszę na przyszłość umieć się dopasować do tempa, jakie dyktuje nam każdy dzień, a z nim ciągle zmieniająca się hierarchia czy sieć relacji. Mój dzień to płynące na taśmie filmowej klatki, sekwencje wydarzeń, niezliczone ilości podejmowanych decyzji, czasem tych, wydawałoby się banalnych, a jednak noszących w sobie zalążek sukcesów lub porażek. Zacząłem trenować swój umysł i przystosowywać go do tego, aby był zdolny szybciej niż umysł przeciętnego człowieka analizować zaistniałe sytuacje, gesty, słowa, sygnały. Krótko mówiąc, pragnąłem uzyskać nad sobą, swoim życiem i karierą całkowitą kontrolę. Kiedy trzeba działać, nie chciałem zwlekać ani chwili, kiedy trzeba czekać, zamierzałem wykazać się cierpliwością godną tybetańskiego mnicha, analizować, oceniać, w wyobraźni wyprzedzać wydarzenia, dobierać odpowiednie słowa i środki.
W ciągu kilku dni po obejrzeniu cyrkowego spektaklu przeczytałem biografie sławnych ludzi. Aleksander Macedoński, Pompejusz, Juliusz Cezar, Marek Antoniusz, Oktawian, Napoleon. Wszyscy mieli początkowo wiele szczęścia, potrafili chwytać okazje, działali bez zbędnej zwłoki, gdy sytuacja wymagała od nich takiego działania. A potem? Potem, tracili jasność umysłu, ulegali urojeniom, wahali się, wpadali w pułapkę wątpliwości. Ich pragmatyzm ustępował miejsca romantycznym wizjom, wierze w nadprzyrodzoną moc otrzymaną z góry, predestynującą ich do realizowania przez nich dziejowych misji. Ten brak racjonalności prowadził do katastrofy. Nie sądzę, aby którykolwiek z nich miał w młodości jasną koncepcję własnej kariery i wiedział, co chce wykuć na marmurowej tablicy swoich osiągnąć. Nie wierzę, aby realizowali plan, który nakreślili sobie jako nastolatkowie. Życie jest jak wielki ocean dla rozbitka uwięzionego na tratwie. Można sobie wyznaczyć kurs i ustalić, gdzie się chce dotrzeć, ale zazwyczaj nigdy się tam nie dociera. Wiara w osiągnięcie celu podróży motywuje, ale co się dzieje, gdy zdajemy sobie sprawę, że ocean z nas zadrwił? Wielu popada w odrętwienie, nawet obłęd. Poddaje się. Tylko nielicznym jest dane zakończyć drogę w miejscu, w którym zaplanowali się znaleźć. Reszta przeżywa rozczarowanie i cały swój czas poświęca na topienie smutków i frustracji, nosząc w sobie nieugaszony żal. Kilkorgu uda się przystosować do nowych warunków, stawić czoło wyzwaniom, by w końcu dotrzeć do miejsca, które podporządkują swojej niezłomnej woli. Miałem zamiar należeć do tych ostatnich, do tych, którzy zaadaptują się do każdych warunków po to, aby w końcu nagiąć świat do swojej wizji.
O poranku, którego słoneczna mgiełka wypełniła nasz open space mieszczący się na trzydziestym dziewiątym piętrze nowojorskiego wieżowca, wprost od swojego biurka, na którym stał firmowy kubek z gorącą, przywiezioną z Gwatemali aromatyczną kawą, zostałem wezwany do sali zarządu. Wiele jest słodkich myśli i marzeń w głowie menedżera, który zostaje wezwany przez najważniejszych partnerów. Te sekundy podczas jazdy windą w górę pozostają w pamięci na długo. O czym wówczas myślałem? Nie potrafiłem sformułować ani jednej precyzyjnej myśli. Wiem tylko tyle, że byłem podekscytowany z powodu zbliżającej się rozkoszy. Bardzo fizyczne uczucie - jak gra wstępna z kochanką. Wstąpiłem do świątyni, w której szefowie pełnili kapłańską posługę, a o której na naszym piętrze krążyły legendy i tylko nieliczni mogli je skonfrontować z rzeczywistością. Sala przeszklona u góry, wypełniona dębowymi meblami i regałami z książkami w pięknych, skórzanych okładkach, wydała mi się podobna do dawnej Octagon Library w londyńskim Buckingham House. Zrozumiałem, dlaczego niektórzy nazywali ją świątynią. Stanąłem pośrodku, jak oskarżony przed sędziami, po to, aby usłyszeć decyzję partnerów:
- Biorąc pod uwagę bardzo pozytywną opinię o tobie, jaką wystawił ci twój szef, Mike Rotterman, oraz doceniając twoje zaangażowanie i kreatywność, postanowiliśmy nominować cię do stopnia partnera i powierzyć zadanie kontrolera finansowego w naszej spółce w Warszawie.
Zamiast rozkoszy moje ciało odczuło ciężkość, zmęczenie. Energia jak benzyna z przebitego baku wylewała się na środek sali, a ja kurczyłem się niczym przekłuty balonik. Klęska... Mój umysł analizował możliwe scenariusze na podobieństwo programu antywirusowego skanującego dysk komputera. W sali zapadła cisza i wszyscy siedzieli w skupieniu, bacznie obserwując moją reakcję. Choć raz zasłużyłem sobie na zainteresowanie członków zarządu, pomyślałem nie bez cienia smutnej satysfakcji. Było w tym coś nobilitującego i nie przejmując się ich brakiem czasu czy zniecierpliwieniem, przedłużałem tę chwilę.
Pierwszy obraz, jaki podpowiedział mi mój umysł po usłyszeniu ich decyzji? Pomyślałem, że moja winda jadąca dotąd w górę stanęła między piętrami budynku, że to koniec podróży, zesłanie na peryferie wielkiego biznesu. I to po dziesięciu latach morderczej pracy uwieńczonej niedawnym sukcesem. Uczucie, które mnie wówczas ogarnęło, porównałbym do tego, które towarzyszyło mi we śnie, jaki od czasu do czasu miewam. W tym śnie jadę windą w górę w przeszklonym wieżowcu. Bardzo wysokim wieżowcu. Zawsze, kiedy myślę o tym, jak jest wysoki i że jego czubek wystaje ponad chmury, ogarnia mnie ciepło, spokój, uczucie błogości i przemożne pragnienie, aby tam dotrzeć. Ale im jestem bliżej celu, tym bardziej opanowuje mnie przeświadczenie, że tam nie dojadę. Euforię zastępuje pesymizm, potem nieprzyjemne uczucie pustki. Winda nieoczekiwanie staje, a potem słychać trzask pękających lin. Próbuję otworzyć rękoma drzwi i uciec. Czasem jestem już bardzo blisko, wciskam stopę w szczelinę. Pęka ostatnia lina, winda spada. Budzę się z uczuciem paniki... Tak było również wtedy, gdy usłyszałem ich propozycję. Jeszcze chwilę wcześniej, gdy wezwali mnie do świątyni, moja winda była blisko chmur.
Gdybym miał broń, być może wyciągnąłbym ją w tamtej chwili i jak religijny fanatyk z zimną precyzją wpakował każdemu członkowi zarządu po jednej kulce w czoło. Sześć kul w magazynku. Jedna zostałaby dla mnie, gdyby nie udało mi się uciec. Ale nie miałem broni. Stałem przed nimi, uśmiechając się i analizując, co oznacza wypowiedziana przez nich formułka o partnerze, Warszawie i kontrolerze finansowym. W rzeczywistości zdanie, które od nich usłyszałem, zawierało znacznie więcej treści i brzmiało jakoś tak: "Twój szef ani słowem nie wspomniał, że wyłącznie sobie przypisał cały sukces z ostatniej transakcji, którą wymyśliłeś i z bezczelną brawurą doprowadziłeś do szczęśliwego finału. W związku z tym wysyłamy cię tam, gdzie albo nauczysz się zabijać, albo sam wkrótce staniesz się ofiarą strzału, jaki padnie z broni wytrawnego myśliwego". Tyle mniej więcej znaczyła dla mnie decyzja partnerów, aby skierować mnie do Warszawy. Ale zaraz potem, w moim umyśle pojawił się inny obraz: tratwa i ocean, który odsłania przede mną majaczącą na horyzoncie wyspę, mogącą zaoferować mi schronienie. Czy w takiej sytuacji mogłem wybrzydzać? Otrzymywałem warunki potrzebne do tego, aby przywrócić mi siły do walki i przygotować do dalszej drogi. I to było dobre.
Patrzyli na mnie, a ja stałem, milcząc, by w końcu rzec zdecydowanym głosem:
- Wspaniale. Dziękuję wam za zaufanie i wierzę w wasze wsparcie w tym nowym ekscytującym dla mnie wyzwaniu.
Moją pasją jest fotografia. Poza irytującym i dręczącym mnie koszmarem wspomnień o sobie, to Ona zostawiła mi to hobby. No i kilka cytatów, które znalazłem w zeszycie ukrytym w pudle z fotografiami. Teraz nie wydały mi się tak fascynujące jak niegdyś: Odkryłem, że choć aparat fotograficzny nie może wyrazić duszy, to może to zrobić fotografujący, Ansel Adams. Fotografia nie jest związana z patrzeniem, lecz z czuciem. Jeżeli nie czujesz nic w tym, na co patrzysz, nigdy nie uda ci się sprawić, aby ludzie, patrząc na twoje zdjęcia, cokolwiek odczuwali, Don McCullin. Nie ma rzeczywistości samej w sobie, są tylko obrazy widziane z różnych perspektyw, Albert Einstein. Chociaż fotografie nie mogą kłamać, kłamcy mogą fotografować, Lewis Hine. To ostatnie zdanie lubiłem najbardziej.
Poza fotografiami, które sam wykonałem, mam dużą kolekcję różnych odbitek znanych fotografów. Praca i mieszkanie w Nowym Jorku sprawiły, że uwielbiam artystów portretujących ulice miasta, w którym spędziłem kilka lat. Bruce Davidson, Elliott Erwitt, Rebecca Lepkoff, Jill Freedman, Mary Ellen Mark, Jeff Mermelstein i Martha Cooper byli moimi wzorami, mistrzami, których style naśladowałem. Banalnym, ulotnym sytuacjom uchwyconym na ulicach Nowego Jorku potrafili nadać specyficzne, wręcz symboliczne znaczenie i osiągnąć dzięki temu głęboki intelektualny efekt.
Fascynuje mnie styl Sally Mann. Jej gnijące ciała porównałbym do niepokojących obrazów genialnego Hieronima Boscha. Podziwiam też odwagę Diane Arbus. Może to właśnie dzięki jej fotografiom pozostała mi specyficzna słabość do samotników balansujących na krawędzi norm społecznych, włóczęgów bez zasad, żyjących z dnia na dzień.
Fotografowałem głównie w weekend. Kilka razy, z okazji jakichś firmowych imprez czy dla udokumentowania chwil związanych z biznesowym sukcesem, uwieczniłem nasz zespół, naszych szefów na kilku zgrabnych fotografiach. Podarowałem je im na pamiątkę. Spodobały się i dzięki temu stałem się kimś w rodzaju firmowego kronikarza. To pozwoliło mi bez przeszkód nosić ze sobą aparat, ba, trzymać go u siebie całkiem legalnie na biurku. Nigdy nie wybierałem wcześniej celu, obiektu. Po prostu robiłem kronikę tego, co obserwowałem, co spotykało mnie w życiu. Nastrój Nowego Jorku. Neony odbijające się w kałużach lub na mokrym asfalcie. Korki uliczne. Kamienica ze schodami przeciwpożarowymi, na których siedzi para zagubionych Portorykańczyków.
Kobiety. Są ciekawszym obiektem niż mężczyźni. Pewnie dlatego, że mniej skrywają emocje. Pracownica służb komunalnych oparta o ścianę, w żółtym kasku na głowie, z bardzo silnym makijażem. Jedząca bajgla gruba policjantka. Dyskretnie elegancka recepcjonistka w hotelu, która odpłynęła na moment myślami gdzieś daleko od zniecierpliwionego klienta. Może przed chwilą w hotelowej toalecie test ciążowy pokazał jej pozytywny wynik? Kelnerka w coffee point z dziesięcioma kolczykami wbitymi niczym pijawki w zakole jej ucha. Dziewczyna uprawiająca jogging w Central Parku, ze słuchawkami na uszach, w światłocieniach porannych promieni przebijających się przez liście drzew w taki sposób, że jej skóra nosiła plamki, niczym skóra smukłej jaszczurki. Młoda Arabka siedząca na schodach przed kamienicą z trzymanym na rękach dzieckiem. Spojrzenie jej podkrążonych od smutku oczu wskazuje na to, że poza nim nie ma nikogo na świecie, dla kogo miałaby dłużej żyć. Elegancka staruszka zaplątana w trzy smycze, na których trzyma białe westy, a której twarz zdaje się mówić: "Oto prawdziwe nieszczęście, jakie może spotkać nowojorską kobietę z powodu niezliczonych emigrantów zajmujących zbyt dużo miejsca na chodniku". Sprzedawczyni w Apple, nadaremnie próbująca ukryć cierpienie spowodowane silną migreną. Całe masy kobiet.
Robiłem zdjęcia wszędzie i wszystkim. Na tym beznogi weteran podczas sylwestra na Time Square zalotnie spogląda na dwie pulchne dziewczyny. Monstrualni pożeracze bułek z McDonalds, którzy oburzają się na linie lotnicze, gdy te każą im wykupić po dwa miejsca dla siebie na pokładzie samolotu. Małżeństwo dyskutujące o swoim rozwodzie, niczym bohaterowie sztuki Albeego w samym środku Starbucksa. Stewardessa wysiadająca z gracją gwiazdy mediolańskich wybiegów z taksówki na JFK. Czemu została moją dziewczyną? Nie wiem. Miała fajny uniform, kruczoczarne włosy, tajlandzkie pochodzenie i na imię May. Tylko przypadek sprawił, że nie została moją żoną. Afroamerykanie o posturze LeBrona Jamesa grają w szachy w Central Parku. Żydzi w święto Jom Kippur. Striptizerka tańcząca na rurze w klubie. Nagi facet uciekający przed policją w Central Parku. Dzień Świętego Patryka i rzeka Hudson zabarwiona zielenią, niczym torfowe bajoro. Biała para całująca się na ławce na tle Afroamerykanów protestujących przeciwko brutalności i rasizmowi policji. I jedno z moich najlepszych zdjęć: samobójca skaczący pod wjeżdżające z pędem na stację wagony metra. Miałem przeczucie, że facet zamierza to zrobić. Wiedziałem to. Mam dar wyczuwania ludzkich emocji. Czułem jego lęk i jednocześnie determinację. Były tak silne, że od razu skojarzyłem je z samobójstwem. Słyszałem zbliżający się pociąg i odbierałem coraz silniejsze emocje, jego emocje. Dyskretnie przygotowałem aparat i się zaczaiłem. Klatka po klatce uchwyciłem jego skok. Mogłem sprzedać to zdjęcie do gazet. Ale po co?
Fotografuję wszystko. Nie szukam wyłącznie sensacji. Szukam sprzeczności, wewnętrznego napięcia, detali... Tu na przykład młoda para jadąca rowerami. Tren sukni o mało nie wkręcił się w szprychy. Krok od wypadku, śmieszności, groteski. Feministka z gołymi piersiami, na których jest napis: "Stop seksualnemu niewolnictwu". Aresztowanie meksykańskiego handlarza prochami na promie do Long Island. Na jego koszulce widać: "Born to be free". Lotnisko JFK w wigilijny poranek i tłumy ludzi oczekujących na swoich bliskich. Wybierałem poszczególne postaci i czekałem, aby uchwycić moment ich powitania z rodziną, ukochaną lub przyjacielem. Zabawa w przewidywanie typu osoby, na którą czekają, stanowiła dla mnie miłą rozrywkę. Moja intuicja rzadko podpowiadała mi fałszywy obraz. Powierzchowność mówi o nas tak wiele... Mój członek pomalowany na zielono z przyklejonymi kolcami, udający kaktus. A tu znowu zwłoki pakowane w czarny plastikowy worek, z którego zwisa zakrwawiona dłoń, po strzelaninie na rogu Sto Sześćdziesiątej Piątej i Summit Avenue. Afroamerykanin, ortodoksyjny Żyd, Latynos i biały stojący we czwórkę w jednym rzędzie na przejściu dla pieszych. Moja dziewczyna - May. Cała seria w uniformie stewardessy, a potem tylko z jego elementami. Ładna. W tym swoim mundurku nieprzyzwoicie mnie podniecała. Ulice Nowego Jorku. Mnóstwo ulic. Broadway, Wall Street, Piąta Aleja... Ludzie w parkach.
Był czas, gdy uprawiałem jogging, biegnąc do Nelson A. Rockefeller Park. Lubiłem tam biegać, było blisko domu. Od wody wiało rześkie powietrze. Moje drugie mieszkanie mieściło się w budynku Greenwich Court Condominium w dzielnicy TriBeCa na dolnym Manhattanie. Miejsce miało swoją duszę, dawniej mieściły się tam fabryki i magazyny. W latach sześćdziesiątych resztki przemysłowej działalności opuściły dzielnicę. Budynki przemysłowe zostały przekształcone w przestrzenne lofty. Ruszałem w kierunku Warren Street, mijałem skrzyżowanie, wbiegając na Murray Street, zostawiałem Teardrop Park South, by skręcić w River Terrace i dotrzeć do celu. Cała droga zajmowała mi około sześciu minut. Do dziś nie wiem, dlaczego tak bardzo lubiłem to miejsce. Może dlatego, że za parkiem rozciągała się panorama na zatokę, a może dlatego, że był jak mały ogródek skalny, przy którym wyrastały szklane wieżowce, co czyniło całość surrealistyczną wizją rodem z filmów science fiction, w których Tom Cruise odkrywa na nowo swoje człowieczeństwo.
Zanim spotkałem May, żyłem zupełnie sam. Pierwsze mieszkanie mieściło się na Brooklynie i raczej nie nadawało się do życia we dwoje. Nie miewam przyjaciół. Nie sądzę, abym mógł kogoś na serio nazwać tym określeniem, z którym wiąże się, jakby nie było, jakiś ładunek emocjonalny. Znajomi z pracy, z którymi nieraz imprezowałem, to za mało, abym mógł ich nazwać przyjaciółmi. Jak każdy kawaler miałem swoje przyzwyczajenia, swoje miejsca, swoje rytuały. Nigdy nie zmieniam tras, którymi chadzam. Idąc do metra, skręcałem w Chambers Street, gdzie na rogu mieści się TB Bank, często kupowałem jabłka i banany od stojącego naprzeciwko właściciela straganu. Jego zielony parasol rozpościerający się nad owocami stanowił też reklamę banku. Idąc dalej, mijałem salon Yuya Nail Spa. Obok w Chambers Beauty Spa pracowały dziewczyny tak ładne, że marzenia o nich stanowiły dla mnie inspirację do masturbacji przed snem. Raz z jedną z nich bez powodzenia próbowałem się umówić na randkę. Czekając na nią, gapiłem się na ekskluzywny bordowo-brązowy budynek salonu, wciśnięty między klimatyczną brązową kamienicę ze znajdującymi się na zewnątrz schodami przeciwpożarowymi, niczym te, na których z gitarą przesiadywała Holly Golightly w Śniadaniu u Tiffany'ego, a budynkiem pokrytym okropną elewacją, dodatkowo spaskudzoną jasnoniebieskimi elementami. Zresztą większość budynków na tej ulicy przypominało dawny Nowy Jork, znany z filmów Woody'ego Allena. Przeważnie były to starsze budynki przemysłowe przekształcone w mieszkania. Z miejsca, gdzie stałem, widziałem szyldy znajdujących się po drugiej stronie ulicy sklepu z papierosami, małej knajpki Dirty Bird, Subwaya i Cafe Amores Restaurant, z której brałem pizzę na wynos. Był tam przystanek, skąd łapałem autobus do pracy. Parę kroków bliżej w Kitchenette Restaurant kupowałem kawę i parząc dłonie, przechodziłem na drugą stronę ulicy.
Nie było tu pasów, więc czasem ciężko było przebiec i zawsze się bałem, że zawartość papierowego kubka wyląduje na moim garniturze. Lubiłem to miejsce, tak samo jak samą Kitchenette, małą jadłodajnię połączoną z piekarnią, w której spędziłem sporo czasu w trakcie remontu mojego mieszkania. Przy wejściu do restauracji, choć uważałem, że ta nazwa jest nieco na wyrost, wzrok przyciągały szklane gabloty wypełnione ciastkami. Dalej ciągnęła się zrobiona ze starych drzwi ogromna lada, wzdłuż której umieszczono rzędem kolorowe stołki. Biały blat ubarwiony był fantazyjnie różowymi grochami współgrającymi z pstrokatymi barwami stolików. Na ladzie i na półce pod ścianą w szklanych kloszach ukryte były smakowite torty. Całość, począwszy od wiszących obrazków, pojemników na mąkę czy też szafki, sprawiała wrażenie wnętrza sportretowanego w kolorowym komiksie z lat pięćdziesiątych. Jedynie kasa i ekspres do kawy przypominały, że jest dwudziesty pierwszy wiek. Czasami w weekend, gdy miałem więcej czasu, przychodziłem tam na śniadanie i potem wysiadywałem na jednym z czerwonych stołków przy ladzie, zamawiając kolejne kubki kawy z bitą śmietaną.
Lubię to miejsce również ze względu na Tashę. Pracowała tam około miesiąca, może trochę dłużej, co i tak było w jej karierze całkiem niezłym osiągnięciem. Zazwyczaj rzucała pracę po jednym, dwóch dniach, tłumacząc to sobie zbyt mało ambitnymi zadaniami. Jej skóra miała barwę porannej latte, wielkie sarnie oczy przesłaniała urocza mgiełka rozleniwienia, długie, pieczołowicie prostowane co dzień kruczoczarne włosy chwytałem w dłonie, gdy robiliśmy to od tyłu. W mojej pamięci utkwiły przede wszystkim jej rozkosznie szerokie biodra, których łuki, krągłe niczym Bay Ridge, smakowałem językiem, skręcając następnie w kierunku jej pępka, który świdrowałem jak mały koliber, aż kazała mi przestać, bo czuła łaskotanie. Seks z Tashą był rzeczą tak uroczo niezależną od jakichkolwiek głębszych relacji, że nie chcąc tracić takiej partnerki, załatwiłem jej kolejną pracę w sklepie Zucker's Bagels and Smoked Fish. Jej właściciel, Matt Pomerantz, wcześniej pracował na Wall Street. Tasha wyglądała bardzo seksy w czapeczce z zielonym napisem Zucker's. Narobiłem jej wtedy mnóstwo zdjęć, a wraz z nią bułkom, pierogom, naleśnikom, śledziom i innym żydowskim potrawom, jakie tam robiono. Co z tego, skoro wytrzymała w nowym miejscu ledwie tydzień. Odeszła, a wraz z nią okres najfajniejszego bzykania, jakie miałem.
Obok Capital One Bank jest zejście do metra. Po drugiej stronie ulicy widać Cosmopolitan Hotel, a na dole obok restauracji Cosmo Daily News znajduje się punkt Starbucksa, gdzie kupowałem kawę, kiedy moja firma znajdowała się jeszcze na Wall Street i jeździłem do niej metrem. Żal mi było to wszystko zostawić. W Nowym Jorku moje narcystyczne ego znajdowało dla siebie godne miejsce do egzystencji. Tu czułem tętno, energię, jak tę płynącą z głębi ziemi w czakramie w Krakowie. Pamiętam, gdy Ona mnie tam zaprowadziła. Po kilku minutach stania pod murami Wawelu zrobiło mi się słabo. Pod pozorem straty czasu umknąłem stamtąd, bojąc się, że narobię sobie wstydu, zasłabnąwszy. Ona uwielbiała wszystko, co wiązało się z ezoteryką, kosmiczną energią i metempsychozą. Fascynowały mnie Jej umysł, Jej zmienność, Jej ciało. Bardzo...
Dzień po decyzji partnerów piłem kawę w przeszklonym salonie mego loftu. Nazajutrz miałem samolot do Warszawy. Spoglądałem na meble pozostawiane w mieszkaniu i zastanawiałam się, czy powinienem je wynajmować jeszcze przez jakiś czas. Właściwie po co? Aby czekało na mnie? A jeśli nie wrócę? Jeśli tam, w Warszawie, polegnę, dam się pokonać zwartemu niczym młyn rugbistów zespołowi partnerów, którzy pozbędą się mnie, zanim zdążę ogarnąć sprawy po swojemu. Nie miałem nawet kogo poprosić, aby mnie spakował. Szkoda, że May nie umiała godnie przyjąć wiadomości o konieczności rozstania. Zastanawiałem się, co zrobić z takimi rzeczami jak adapter, winylowe płyty Coltrane'a, Duke'a Ellingtona, Milesa Davisa, wielkie antyramy z powiększonymi fotografiami Winogranda, Elliotta Erwitta czy mój ulubiony obraz - blond małolatę z papierosem autorstwa Sally Mann, pokaźny zbiór książek, kilka posążków z Azji otrzymanych od rodziców May. Musiałem zmieścić gdzieś saksofon tenorowy. To moja duma. Kupiłem go tu, w Nowym Jorku, choć grać umiałem już znacznie wcześniej. W sumie niewiele miałem dorobku, za którym mógłbym tęsknić w Warszawie.
Nie miałem ochoty na zmianę miejsca, ale z drugiej strony znam zasady gry. Myślenie o tym, że potraktowano mnie niesprawiedliwie, pozbawiałoby mnie tylko energii. A ta była mi potrzebna do przeżycia zbliżającej się konfrontacji w Polsce. Jeśli pragnąłem coś osiągnąć, to w nowej placówce musiałem grać ostro i szybko, aby nie zapomniano mnie w centrali i nie zastąpiono tuzinem młodych menedżerów, znacznie sprawniejszych w biznesie niż ja. Irytowała mnie tylko myśl, że żaden z członków zarządu nie wie, jak bardzo Rotterman okradł mnie z sukcesu.
- Kto sygnuje swoim nazwiskiem mastera, ten otrzymuje od zarządu pochwały za sukces lub cięgi za porażkę - Rotterman objaśnił mi kiedyś prostą korporacyjną zasadę.
Masterem nazywaliśmy tekst końcowego raportu złożonego przez lidera z cząstkowych dokumentów nadesłanych mu przez pozostałych członków zespołu. W tym przypadku on sygnował transakcję i mastera swoim nazwiskiem, o mnie zaledwie wspomniawszy mimochodem, gdzieś małym drukiem.
Ale nie wolno mi było się skarżyć. Znałem zasady. Irytuje mnie, gdy ktoś, przystępując do rozgrywki, akceptuje jej reguły, a widząc, że jest spłukany, zaczyna histeryzować i twierdzić, że wcześniej nie wyjaśniono mu, na czym polega gra. Lubię karty. Szczególnie brydża i pokera. Lubię też szachy. Gram bardzo dobrze. Mówią, że mam chłodną głowę, że nie widać po mnie stresu i potrafię blefować z absolutnie kamienną twarzą. Ale nie gram na pieniądze. Nie chcę popaść w hazard. Unikam sytuacji, w których dużo zależałoby od przypadku. Nauczyłem się żyć tak, aby trzymać się zasady: Czego nie wezmę sam, tego od nikogo w prezencie nie otrzymam. Nie skarżę się na nic. Oczywiście że jak każdy mam skłonności do narzekania. Ale przez lata wyrugowałem z siebie chęć do użalania się nad sobą. Nie udaję, że nie znam zasad. Przystępując do gry w korporacyjne życie, zaakceptowałem je. Czy miałem kiedyś pokusę, aby wszystko odrzucić? Tak. Czasem czułem nudę i wszechogarniające mnie ograniczenia. Byłem jak Travis Bickle krążący w swej taksówce po szukającym nocnego wytchnienia Nowym Jorku. Miewałem momenty, gdy zazdrościłem fanatykom, którzy mieli odwagę wysadzić się dla jakiejś idei.
Od dzieciństwa kusiło mnie samobójstwo. Dosłownie, kusiło. Towarzyszące mi uczucie przypominało to, które musiała nosić w sobie dziewczyna z obrazu Malczewskiego z ciekawością spoglądająca na powierzchnię zatrutej wody w beczce. Wyobrażałem sobie, że widząc swoje odbicie na tafli, z trudem powstrzymywała się, aby nie spróbować, aby się nie przekonać, co by się stało, gdyby wypiła choćby łyk. Czy wszystkie problemy, niespełnione pragnienia, ambicje, rozczarowania zniknęłyby w jednej chwili? Hamletowski dylemat. Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz. A jeśli po drugiej stronie jest jeszcze większa nuda, choćby nazywała się krainą wiecznej szczęśliwości? Tak czy inaczej, myślałem, nie będzie odwrotu i trafię być może w miejsce gorsze, niż przyszło mi żyć dotychczas. Już po moim wyjeździe z Polski słyszałem o samobójczej śmierci mego ulubionego redaktora radiowego - Tomasza Beksińskiego. W pożegnalnym liście do ojca pisał o nadziei na koniec, który nie pozostawia już żadnych okruchów wspomnień czy emocji. Jakiś czas później myślałem o tym samym. Raz znalazłem się już naprawdę blisko. Bardzo.
Był styczeń, kilka dni po sylwestrze, który przesiedziałem sam w wynajmowanym ciasnym londyńskim mieszkanku w Hammersmith. Na jakimś forum internetowym umieściłem pytanie, w jaki sposób najłagodniej i najskuteczniej się zabić. Przez następne dwa dni czytałem odpowiedzi: leki nasenne, powieszenie, podcięcie sobie żył, torba plastikowa na głowie. Ktoś na forum nazwał mnie tchórzliwym gnojkiem, który łatwo chce się wymigać od życia. Zabawne, jak prozaiczne myśli mogą nas czasem powstrzymać przed skończeniem ze sobą. Dla mnie, na chwilę przed odsunięciem stołka stanowiącego oparcie dla stóp, taką myślą była wizja moich rozkładających się zwłok wiszących na linie. Jak w obrazach Sally Mann. Mam plastyczną wyobraźnię, więc zobaczyłem swoje ścierwo ze wszystkimi szczegółami, łącznie z gałkami oczu, które pozostały, pomimo że skóra z kości twarzy zgniła, odsłaniając resztki czerwonych mięśni, galaretowatego mięsa i białożółtawą czaszkę. Zanim mnie znajdą, rozmyślałem, pewnie będę przypominać surowe zepsute resztki, które wyrzuca się w workach na zapleczu masarni. Nie, gorzej, wzdrygnąłem się. To będzie jak psia padlina rozjechana na drodze, zżerana przez muchy. Moje martwe ciało. Mięso z kością. Gnijąca bezkształtna masa. Zanim mnie znajdą, moje organy obumrą i nie przydadzą się na nic. Zresztą akurat to mnie nie obchodziło. Byłem egoistą i miałem zamiar umrzeć jak egoista. Takie snułem rozważania, przyglądając się swoim dłoniom, które nadal zachowywały świeżość i elastyczność. Wziąłem głęboki oddech, aby się zdobyć na odwagę i już, już prawie byłem gotów, gdy ponownie naszły mnie wyobrażenia rodem z turpistycznych fotografii Sally Mann.
Stałem na tym stołku i zacząłem się śmiać. Rozbawiła mnie wizja, w której matka prosi pedofilskiego księdza proboszcza, aby mnie pochował po katolicku, żeby uniknąć choć części mojego potępienia albo wstydu wobec rodziny i sąsiadów. Wiem, że zrugałby ją od ostatnich. I te problemy administracyjne związane ze ściąganiem zwłok z obcego kraju. Matka była tak znerwicowana, że dostawała ataków migreny na myśl, że musi uporać się z wypełnieniem deklaracji podatkowej. Ale to wszystko, rzecz jasna, nie powstrzymałoby mnie przed samounicestwieniem, raczej nie w smak było mi to, że moje ciało miałoby wyglądać jak kawał cuchnącego ścierwa.
Rozbawiony nieco wszystkimi stworzonymi przez wyobraźnię obrazami podjąłem decyzję o odwołaniu spektaklu i zejściu ze sceny. Opuszczając stołek, zapomniałem jednak, że wciąż mam zawiązaną wokół szyi pętlę. Stołek runął, a ja zawisłem, dusząc się, bo lina niebezpiecznie nacisnęła moją krtań, odcinając dopływ powietrza. Z głębi świadomości usłyszałem okrzyk zwierzęcego instynktu zmuszający mnie do samoobrony i w atawistycznym odruchu udało mi się oburącz chwycić linę i nieco się na niej podciągnąć, zwalniając nacisk, jaki wywierała na gardło. Niewiele poprawiłem swoją sytuację. Ale wciąż żyłem i miałem nadzieję, że jestem bliżej tego niż tamtego świata. Z trudem łapiąc powietrze, zawinąłem linę wokół nadgarstka. Wrzynała się w rękę boleśnie, tak że moja dłoń stała się blada. Nie było we mnie paniki. Raczej zimna kalkulacja. Starałem się myśleć szybko, co jeszcze mogę zrobić, aby wyzwolić się z tej pułapki, jaką sobie zgotowałem. Miałem w kieszeni zapalniczkę. Paliłem wtedy sporo papierosów. Wolną ręką wyjąłem ją, otworzyłem ogień i skręcając się w męczarniach, zacząłem nadpalać linę wokół mojej dłoni, jako że ułożenie ciała sprawiało, iż nie mogłem lewą ręką sięgnąć wyżej. Dzięki Bogu lina nie była gruba. Użyłem takiej zwykłej, żeglarskiej. W końcu pękła. Spadłem w dół. Miałem nadpaloną skórę na nadgarstku, ale żyłem.
Położyłem się na podłodze, przylgnąwszy twarzą do zimnej posadzki. Nie zważając na ból ręki, myślałem o tym, że wolę żyć. Linka na szyi cisnęła w krtań, przypominając, że kilka minut wcześniej nałożyłem ją sobie sam, dobrowolnie, uważając, że nie mam szans, aby uciec przed nicością apatii i nudy. A teraz, teraz liczyło się dla mnie tylko to, że mogę odetchnąć, wciągnąć w płuca powietrze, nadal myśleć. Po chwili, stojąc przed lustrem z liną uwieszoną na szyi, chłodziłem palącą jak diabli ranę pod strumieniem zimnej wody. Śmiałem się do siebie. Pierwszy raz od momentu, gdy wyjechałem z Polski, śmiałem się do siebie. I narastał we mnie jakiś gniew, jakiś rodzaj buntu przeciwko własnej głupocie.
Kiedy ponad dwadzieścia lat temu wylatywałem do Londynu, w Warszawie panował półmrok zimnego listopadowego wieczoru. Listopad to w Polsce okropna pora, depresyjna. Chociaż poświąteczny styczeń też potrafi dać nieźle w kość. W Londynie czułem w sobie misję i przez pierwsze godziny, a nawet dni, tak usilnie nie myślałem o Niej, jak myślałem wtedy, kiedy dowiedziałem się, że nie przyjedzie, bo przez mój wyjazd sprawy same się rozwiązały i stało się to, co i tak stać się musiało. Nie powiedziała mi tego nawet prosto w oczy. O wszystkim dowiedziałem się dopiero, gdy byłem daleko, i to przez telefon. Tkwiąc jak kretyn ze słuchawką trzymaną w zgrabiałych od zimna dłoniach na londyńskiej ulicy, po raz pierwszy stanąłem twarzą w twarz ze zjawiskiem, które nazywam emocjonalnym milczeniem umysłu. Bo nie czułem już nic, tak jakby do wnętrza mojego mózgu ktoś wstawił metalową zimną blaszkę, blokującą fragmenty komórek odpowiadających za empatię.
Była moją pierwszą miłością, tak chyba to mogę nazwać, i pierwszą nauczycielką, mentorką i przyjacielem. Nauczyła mnie wszystkiego, czego młody mężczyzna może nauczyć się od swojej starszej, bardziej doświadczonej i mądrzejszej od niego kochanki.
Te tygodnie spędzone wieki temu w Londynie były dla mnie drogą przez mroczny korytarz. Spodziewałem się ataku egzaltowanej histerii. No bo czymże jest miłość? Gdyby spojrzeć na nią z perspektywy psychiatrii klinicznej, to nietrudno udowodnić, iż jest to rodzaj mniej lub więcej uświadomionej nerwicy, dysfunkcji stanu popędowo-emocjonalnego. Ale odczuwałem raczej znużenie, pustkę, która pozbawiała mnie chęci do czegokolwiek, również do dalszego studiowania, by w końcu zaprowadzić mnie na stołek, który o mało nie stał się moim stryczkiem.
W tamten styczniowy wieczór, z liną zwisającą z szyi, czułem się jak adept masońskiej inicjacji, który powstał ze stojącej pośrodku mrocznej sali trumny, aby narodzić się do nowego życia. Ten obraz masońskiego wtajemniczenia pozostał w mojej wyobraźni na długo i kilka lat później, gdy obserwowałem go na żywo, wracałem myślą do styczniowego wieczoru w londyńskim Hammersmith. Jeśli miałbym wybrać w moim życiu jakiś znaczący moment, bez cienia wątpliwości wybrałbym te parę minut, pomiędzy trzecią pięćdziesiąt a czwartą nad ranem.
Kiedy wraz z nadejściem mroźnego poranka wyszedłem z mieszkania i szedłem na stację metra, obserwowałem świat na nowo, jakby była to przestrzeń wypełniona przedmiotami, tymi ożywionymi tak jak ja i inni ludzie, i tymi martwymi, stanowiącymi całą resztę. Przedmioty. Wyzbyte empatii, odcięte od wzajemnych więzi, egoistyczne, ograbione ze złudzeń, pozbawione w gruncie rzeczy jakichkolwiek zasad. Poczułem ulgę. Poczułem się wolny, tak egzystencjalnie wolny, zdany na własne wybory, wyzuty z moralności, którą mi wpojono. Moje horyzonty nagle się rozszerzyły i to było nowe doświadczanie świata. Przestałem czuć do kogokolwiek sympatię, moje emocjonalne zaangażowanie ograniczało się do rozumienia czyichś emocji, ale nie miałem najmniejszej ochoty ich z kimkolwiek współdzielić. Byłem wolny, całkowicie wolny i postanowiłem z tej wolności skorzystać.
Jedną z konsekwencji związanych z odczuwaniem wolności jest brak imperatywów moralnych, kulturowych kierunkowskazów. Jest oczywiste, że w tej nowej sytuacji szukałem jakiś wskazówek dla siebie. Naturalnie poszukiwania zacząłem od własnego wnętrza, aby po chwili złapać się na tym, że poruszałem się jednowymiarowo, wyłącznie po dawno już wpojonych mi schematach i w ramach skostniałych hierarchii wartości. Dla opisania mojego nowego podejścia próbowałem znaleźć nowe definicje, aby uniknąć szufladek: hedonizm, materializm, epikureizm. Jedyne, co z tych ćwiczeń umysłowych wyniosłem, to uwolnienie się od ocen moralnych, zarówno wobec otaczającego mnie świata, jak i wobec samego siebie, oraz postanowienie o unikaniu na przyszłość jakichkolwiek uzależnień, wszystkich, bez wyjątku. Nawet uzależnienia od komfortu czy seksu. Przez następnych piętnaście lat pracy w Londynie i Nowym Jorku uczyłem się tego, że wszystko jest w ruchu: kariera, życie, fortuna, zdrowie, no i pragnienie konkretnej kobiety. Druga próba, ta z May, zakończyła się po pięciu latach związku traumatycznymi zaręczynami, które jak koszmar powracają obrazem nas przysypanych szkłem, szczątkami nieszczęśników, którzy mieli mniej fartu niż my, i wszystkimi innymi przedmiotami, które znajdowały się pomiędzy naszym stolikiem a wybuchającą witryną restauracji, w tym szczątkami fanatyka, który postanowił zrobić z siebie żywą bombę.
Znów szereg zbiegów okoliczności, które zdecydowały za mnie. Nie godzę się na to, by być pionkiem w czyjejś grze. Ta rola mi nie odpowiada. Odrzuciłem wiarę w przeznaczenie czy wyroki niebios. Po prostu uznałem, że pewne rzeczy dzieją się samoczynnie, bez określonego celu czy sensu i należy je zaakceptować niezależnie od skali okropieństwa, jakie ze sobą niosą. Inercja jest iluzją. Wiara w niezmienność jest największą pokusą i zarazem słabością myślenia wielu ludzi. Tak samo jak przywiązanie do wizji, że nasza kariera ma prawo poruszać się tylko w jednym kierunku i w jedną stronę: do góry. Miałem to szczęście, że dość szybko zrozumiałem, jak niebezpieczna jest taka wiara. Ona - przez swoje odejście - była pierwszą, która mnie tego nauczyła.
W tamtym czasie ułożyłem sobie własną psychologiczną teorię wypływającą z M-Teorii. Dziesięć wymiarów powoduje wielość możliwych do zdarzenia się wszechświatów, a świadomość tego implikuje w nas wszechogarniającą niepewność co do scenariusza zdarzeń, w dowolnym punkcie naszego życia. W tym chaosie, pomyślałem, trzeba ciągle być w ruchu jak człowiek, pod którym pękają kolejne połacie kry. Biegnąc szybko, ucieka się przed czarną otchłanią tworzących się wokół przerębli, czarnych dziur z ich osobliwościami, z których nie ma powrotu. Ale w swoich rozważaniach poszedłem dalej - trzeba również, myślałem, wciąż kreować, ani na moment nie wypuszczać sterów z rąk, choćby raz pikowało się w dół, a innym razem groziło to przeciągnięciem samolotu. Tworząc chaos dla innych, samemu należało zachować pełną kontrolę. Odtąd tę myśl uczyniłem swoim mottem.
- Sądzicie, że gdzieś jest inaczej? - Przemek wzruszył ramionami i, spoglądając na czarno-biały portret Jima Morrisona wiszący na ścianie lokalu. - Robię audycję od dwóch lat, mam swoją markę, swoich słuchaczy, gości. I co? Wpakowali mi na głowę dziewuchę, która nie ma zielonego pojęcia o programie, natomiast ma niewyparzoną gębę i wpieprza mi się w każdy temat. Dlaczego to zrobili? Bo byłem za dobry, za niezależny, kogoś wyżej to uwierało w dupę. Więc wpakowali mi na kark kontrolera. Czujecie to? Suka co tydzień składa raporty, czy byłem poprawny politycznie, czy nie atakowałem zaprzyjaźnionych ze stacją polityków. To jest powód do wkurwienia.
W piątkowe wieczory klub Paparazzi na Mazowieckiej wypełniali pracownicy położonych w śródmieściu biur pragnący przed weekendem, w alkoholu i rozmowach o błahych sprawach, zgubić stres kończącego się tygodnia. Byli wśród nich młodzi menedżerowie i prawnicy z warszawskiej filii Green Stone, którzy często wybierali to miejsce, aby prywatnie z partnerami i przyjaciółmi przegadać sprawy, które działy się w firmie, i oddać przyjemności plotkowania przy dobrych drinkach.
- Gdyby porównać wasze korporacje do barokowych czy renesansowych dworów królewskich, to tam w podobnych sytuacjach, używano trucizny - odezwał się Paweł.
Spojrzeli na niego, nie wiedząc, jak zareagować na taką uwagę.
- Mój mąż ma specyficzne poczucie humoru - mówiąc to, Karolina objęła Pawła i pocałowała w policzek.
Przez chwilę wszyscy próbowali sobie wyobrazić siebie, dyskretnie dodających cyjanek do kawy któregoś z partnerów w kuchni lub sali konferencyjnej Green Stone.
- Czemu od razu jesteście do niego nastawieni negatywnie? - spytała Beata. - My, Polacy, zawsze jesteśmy pesymistami, widzimy wszystko w czarnych barwach, a szklanka jest zawsze od połowy pusta.
Z racji śródziemnomorskiej urody i hinduskiego partnera, gdziekolwiek bywała, Beata brana była za obcokrajowca, a wszyscy kelnerzy zwracali się do niej po angielsku. Była pewna siebie i działała silnie na mężczyzn.
- Potwierdzam - zaśmiał się Vishi. - Kiedy idę ulicą uśmiechnięty, to ludzie biorą mnie za wariata i patrzą oburzeni, aż moja twarz zrobi się smutna, szara. Wtedy jest okay. Co tak na mnie patrzycie?
- Próbujemy sobie wyobrazić, jak twoja śniada twarz robi się szara - złamał zasady poprawności politycznej Maks.
- Spadaj - oburzył się Vishi.
- Mnie wolno, bo też jestem mniejszością w tym kraju - śmiał się Maks. - Geje są jak kolorowi. Dziwni i inni.
Maks miał gęste ciemne włosy, szczupłą twarz i kwadratowe okulary nowojorskiego intelektualisty, które przyciągały do niego wiele kobiet rozczarowanych jego brakiem zainteresowania wobec ich starań.
- Maks, nie wchodź na swoje tematy - przerwała mu Beata, krzywiąc się z niesmakiem.
Musieli mówić głośno, bo w lokalu panował gwar.
- A kiedy idziecie gdzieś z Vishim, trzymając się za ręce, nie budzicie sensacji? - wzruszył ramionami Maks. - Kiedy idziemy tak z Michałem po Chmielnej czy Marszałkowskiej, to ludzie omijają nas łukiem. Zachowują się tak, jakbyśmy wydychali z płuc wirusy HIV.
- E tam, nie przesadzaj - nie zgodziła się z nim Beata. - Poprawiło się. Jest już inaczej, dużo lepiej. Stajemy się świadomym, europejskim społeczeństwem, któremu ciągle wmawia się ksenofobię, rasizm i antysemityzm. Czas wyleczyć się z tych kompleksów i żyć jak inni.
Poza niepokojącą urodą miała w sobie dużą dawkę charyzmy, która sprawiała, że wypowiadane przez nią tezy brzmiały jak niepodważalna prawda. Vishi, odkąd ją poznał, oszalał na jej punkcie, podporządkowując się jej autorytetowi we wszystkim.
- To pewnie za sprawą piłkarzy - zauważył Przemek. - Pełno ciemnoskórych gra w polskiej lidze.
- Ale nie zdeklarowanych gejów - zaśmiał się Maks, z zainteresowaniem spojrzawszy na młodego mężczyznę, który przeciskając się między stolikami, zaczepił o skórzaną kanapę, na której siedział z przyjaciółmi.
- Lubię ten kawałek. - Janek podniósł do góry palec i nasłuchiwał, jak przez szmery rozmów wypełniających szczelnie salę, ledwie słyszalnie sączyła się muzyka.
Jego pewne siebie, nieco kpiące spojrzenie, męska twarz z zarysowanymi kośćmi policzkowymi i sportowa sylwetka sprawiały, że Maks czuł w jego obecności przyjemny niepokój.
- Co to? - zainteresowała się Beata.
- Moloko. Trochę stare, ale rewelacja - wyjaśnił Janek. - Uwielbiam ich.
Przez moment próbowali uchwycić dźwięk piosenki, poruszając nieznacznie ciałami w jej rytm.
- Mamy w szpitalu lekarkę z Kenii - zaczął Paweł, poprawiając swoje modne, "allenowskie" okulary. Nie lubił tańca. Przepadał za tym, gdy podczas imprez lub wesel mógł znaleźć pijanego i przez pół wieczoru ciągnąć go za język w różnych kwestiach, kpiąc w duchu ze zbyt szczerych lub absurdalnych odpowiedzi. - Gdybyście widzieli twarze pacjentów, których bada... Zawsze pytają potem kogoś z personelu, czy ta pani doktor zna się na rzeczy. No to jak to nazwać?
- Ładna? - spytał Janek.
- Kto?
- Lekarka.
- Ładna, a co?
- Poznaj mnie z nią. - Janek mrugnął do Pawła. - Nie kochałem się jeszcze z babką o innym kolorze skóry.
- Janek kupił sobie porsche i postanowił przelecieć wszystkie dziewczyny o katalogowych rozmiarach. - Marta z niesmakiem pokręciła głową.
Czasem koledzy mówili do niej "Mara", bo ze swoją czarną grzywką łudząco przypominała amerykańską aktorką Rooney Mara. Sama wolała, gdy porównywano ją do Audrey Hepburn.
- No właśnie, Marta - ożywił się Janek. - Ciągle mam wolne terminy, a ty nie możesz się zdecydować. Kocham się w tobie beznadziejnie, ale jak długo można karmić się platoniczną miłością. Ciało potrzebuje zabawy.
- Ja jestem produktem luksusowym - odcięła się zagadnięta. - A ty działasz jak hurtownik.
- O, przepraszam, moja ostatnia wyglądała jak Natalia Siwiec.
- Kto to? - zmarszczył czoło Paweł, próbując skojarzyć nazwisko z osobą.
- Najpiękniejszy kibic Euro 2012 - wyjaśniła Karolina, pisząc esemesa do opiekunki, aby położyła córkę spać i nie czekała z tym na ich powrót.
Karolina tego dnia rano nałożyła szkła kontaktowe. Próbowała się do nich przyzwyczaić, ale długie godziny spędzane przed komputerem sprawiały, że oczy boleśnie piekły, a soczewki stawały się twarde i drażniły źrenice, powodując bóle głowy. Przed wyjściem na spotkanie poddała się i zmieniła szkła na okulary. Wstydziła się swojej wady wzroku i odczuwała kompleksy, widząc kobiecą pewność siebie Beaty.
- No i co z tą kibic? - zainteresował się Paweł. - To twoja dziewczyna?
- Nie z kibic miałem romans, tylko z dziewczyną podobną do niej - wyjaśnił Janek. - Nie jestem gotowy na stałe związki.
- Może jesteś kryptogejem? - spytał Maks.
Janek się zarumienił. Mimo że miał trzydzieści cztery lata, jego twarz zachowała łobuzerski urok nastolatka. Stażystki w firmie marzyły, aby zwrócił na nie uwagę.
- Jeśli nie czujesz podniecenia przy Michale - ciągnął obojętnym głosem Maks - to znaczy, że nie jesteś. Moja dupa działa na wszystkich.
- Maks, ty się za szybko upijasz - zganił partnera Michał.
- Ty mi nie podskakuj - zezłościł się Maks. - Wiesz, że podpadłeś i cicho siedź.
- Z czym podpadłeś? - wtrącił się Paweł, wychylając się w stronę Michała, aby dobrze usłyszeć odpowiedź.
- Oskarża mnie, że miałem romans z tancerzem - wzruszył ramionami Michał. - Zobaczył nas razem na Brackiej i ubzdurał sobie, że go zdradzam.
- Maksiu - odezwał się Przemek. - Michał miałby cię zdradzać? E tam. Fakt, ma wspaniały głos, który robi na mnie radiowcu duże wrażenie. Jak każdy aktor jest flirciarzem, to też prawda. Lubi uwodzić, na tym polega praca aktora. Ale cię kocha, Maksiu. Chociaż, może to dupiarz jak my wszyscy, kto go tam wie. Co, Michał? Jak to jest?
- Dziękuję, Przemo. - Michał ze zrezygnowaniem machnął dłonią. - Wielkie dzięki. Teraz będę miał w domu przejebane.
- Maks - wtrąciła się Karolina, poprawiając okulary, jak to miała w zwyczaju, gdy chciała podkreślić swoją wypowiedź, a co zawsze irytowało pozostałych, gdyż wyglądało jak belferski gest. - Sorry za szkolny tekst, ale związek to zaufanie, nie możesz ciągle zadręczać się z zazdrości o Michała. Paweł ma wiecznie nocne dyżury, pewnie młode pielęgniarki kręcą się wokół niego.
- Niektóre całkiem niezłe - przytaknął Paweł, podnosząc brwi z satysfakcją.
- Nic mi nie mówiłeś - zaniepokoiła się Karolina.
- Poznasz mnie z nimi? - włączył się Janek. - Pielęgniarki działają na wyobraźnię.
- Żartowałem. - Paweł speszył się i szybko dokończył swojego drinka. - No nie patrz tak na mnie - zwrócił się do żony. - Żartowałem. U nas w szpitalu same stare babska, wszystkie młode wyjechały na Zachód.
- Dajcie spokój - przerwała Beata. - Wszystko, co można powiedzieć o związkach, to truizmy. Zamówmy po kolejce, bo trzeźwieję.
Janek dał znak kelnerce, aby do nich podeszła.
- Truizmy - powtórzył zamyślony Maks. - Może jestem konserwatywnym gejem, ale chcę mieć trwały związek, jednego partnera. Za dużo wymagam?
- To nie jest nawet kwestia wymagania - rzekła znudzona Beata. - To jest kwestia tego, czy nawzajem się kręcimy. Jeśli ja kręcę Vishiego i czuję się atrakcyjna, to wiem, że nie będzie się oglądał za innymi. Jak się zaniedbam, to sama go sprowokuję do szukania nowych doznań.
- Bardzo fajne - zezłościła się Marta. - Słowem, jak u ruskich oligarchów, dopóki jesteś młoda i masz jędrną dupę i cycki, to jesteś okay, z czasem i tak wymienię cię na nowszy model.
- Co chcesz od Ruskich? - oburzył się Przemek.
- Przemek spotyka się z trzema Rosjankami naraz - wyjaśnił Janek. - I dalej szuka.
- Internet to jest raj do szybkich numerków. - Przemek pokiwał z zadowoleniem głową.
Przemek Tymiński był do niedawna jednym z najbardziej wpływowych dziennikarzy radiowych. Jednak jego ostry dociekliwy styl prowadzenia wywiadów na żywo sprawił, że zebrał pokaźne grono nieprzyjaciół. Po jednym z wywiadów z premierem rządząca partia utraciła dwa procent w sondażach.
- Jak to robisz? Z tymi Rosjankami? - zainteresował się Paweł.
- Jestem na portalach dla facetów szukających żony. - Widząc podchodzącą do nich kelnerkę, Przemek wychylił do końca swoje whisky.
- Słucham państwa? - Kelnerka zastygła z trzymanymi w dłoniach długopisem i kartką papieru.
- Trzy podwójne Glenfiddich - zaczął dyktować zamówienie Janek. - Marta?
- Manhattan.
- Cosmopolitan dla Karoli. Beata?
- Pornstar Martini.
- Łatwo ci mówić o kręceniu, jak emanujesz seksem - zaśmiał się Janek do Beaty. - Vishi, mojito? Mojito. Maks?
- Strawpiroska.
- Dla mnie Margaritę - zamówił Michał.
- Dziękuję. - Kelnerka złożyła kartkę i odeszła od stołu.
Przez moment milczeli, bawiąc się swoimi iPhone'ami, to znów przyglądając tłumowi rozmówców naokoło. Karolina w myślach analizowała odważny ubiór Beaty i porównywała go z elegancką dyskrecją Marty. Przemek przeglądał pocztę w swoim telefonie. Michał robił im wspólne zdjęcia, wrzucając je od razu na Facebooka.
- Martuś, nawiązując do tego, co mówiła Beata o kręceniu - zaczął Janek - ja proponuję czysty układ: dam ci się wykorzystać i wymienisz mnie na kogoś innego.
- Jasiu - Marta nachyliła się do przyjaciela - po nocy ze mną nie chciałbyś innej, a ja rzucając cię, sprawiłabym ci ból, a tego bym nie chciała, bo jesteś świetnym kumplem.
- No i co z tym portalem? - Paweł wrócił do przerwanego tematu Rosjanek.
- Jestem singlem, więc stanowię atrakcyjny towar. - Przemek przeciągnął się, wyrzucając ramiona do góry. - Przyjeżdżają do mnie na weekend, czasem na dłużej i jest fun. Właśnie Tania potwierdziła, że jutro rano będzie u mnie. Oczywiście ja płacę za bilety.
- A potem? - Marta zmarszczyła nos z niesmakiem.
- Potem piszę, że sorry, ale to nie to, czego szukam, i znajduję nowe. C'est la vie - rozłożył ręce Przemek.
Paweł spojrzał na niego z podziwem i zazdrością. Nie lubił przyjaciół swojej żony. Dla niego byli bandą pewnych siebie, zarabiających zdecydowanie z dużo pyszałków.
- Żądasz od nich certyfikatu na brak wirusa HIV? - spytał rzeczowo Michał.
Przemek poprawił się na kanapie i wyraźnie zaniepokoił.
- Nie - jęknął zmartwiony. - A powinienem?
- Tak myślę - przytaknął Michał.
- Nie przyszło ci do głowy, że one jeżdżą po całej Europie, by pobawić się z frajerami takimi jak ty? - westchnęła z pobłażliwym uśmiechem Marta.
- Ja podziwiam prawników - rzekł Przemek, wpatrując się zimno w Martę. - Mają riposty na wszystkie okazje. Ten nowy, który przyjeżdża ze Stanów, to też prawnik?
- Nie - zaprzeczyła Karolina. - Finansista.
- Szkoda - wycedził. - Moglibyście się razem sobą zachwycać i masturbować swoją prawniczą inteligencją.
- Trudno się masturbować inteligencją - zauważyła niewzruszona Marta.
Zapadła nieprzyjemna cisza.
- Coś wiemy o naszym nowym partnerze? - zmienił temat Maks.
- Studiował na mojej uczelni - zauważył Vishi.
- Londyńczyk? - wtrącił się Michał.
- Ja ci dam Londyńczyka - fuknął Maks. - On ma świra na punkcie Colina Firtha - wyjaśnił, po czym chwycił partnera za włosy i pocałował.
- Za dużo pijesz - zganił przyjaciela Michał. - A dla Colina rzuciłbym nawet ciebie.
- On mi kiedyś złamie serce - westchnął Maks.
Kelnerka przyniosła drinki.
- Boicie się go? - spytała Beata.
- Kogo? - zdziwiła się Marta.
- Nowego partnera.
- A chuj z nim - wzruszyła ramionami Marta.
- Co sobie obiecaliśmy? - zadumał się Janek. - Pamiętacie?
- Jedziesz muszkieterami? - zaśmiała się Marta.
- Tak, kurwa, muszkieterami - mówiąc to, Janek podniósł szklaneczkę z whisky.
- Jeden za wszystkich! - rzuciła Karolina.
- Wszyscy za jednego! - dodali pozostali, podnosząc swoje drinki.
- Dokładnie - przytaknął Janek. - Jak, kurwa, w NATO. Atak na jednego, to atak na wszystkich.
- Wierzysz w to, co mówisz? - Beata spojrzała na Janka z pobłażaniem.
- To znaczy? - zmieszał się. - Naiwność?
- Co zrobicie, gdy któryś z partnerów będzie chciał was tknąć? - ciągnęła Beata, popijając swoje martini. - Odważycie się przeciwstawić? Zastrajkujecie?
- Raz mieli zamiar to zrobić - przerwał jej Maks. - Radwański chciał mnie wypieprzyć, jak się dowiedział, że jestem gejem.
- Poważnie? - zmartwił się Michał. - Nie mówiłeś mi o tym.
- Nieważne, było, minęło. - Maks złapał dłoń partnera. - Miałeś wtedy premierę w teatrze.
- No i co zrobiliście? - dopytywała Beata.
- Poszliśmy wszyscy do Dempseya - odrzekła Karolina. - Marta, Janek, Vishi i ja.
- A Robert? - spytał Paweł.
- Kutas się wykręcił - wzruszył ramionami Maks. - Katol pieprzony, nie będzie się wstawiał za gejem.
- I co Dempsey na to? - drążyła temat Beata.
- Kurwa, co Dempsey na to! - krzyknął Janek i z radości klepnął się po udzie. - Ta pani - wskazał na Martę - wygłosiła najbardziej zajebistą mowę, jaką kiedykolwiek słyszałem. Czego tam nie było. Wolność, równość, prawa człowieka, upadek dobrego imienia, niepoprawność polityczna, złamanie zasad diversity, precedensy sądowe w Ameryce, miliony odszkodowania, sprawa ktoś kontra coś tam, na koniec, że cała nasza czwórka rzuci papierami, jeśli Maksowi spadnie włos z głowy.
- Wow - cmoknął z podziwem Przemek. - Dobre. Zajebiste!
- Od tej pory pani mecenas jest na topie mojej listy nocnych pragnień - zażartował Janek. - Pani zdrowie!
- Za Martę! - zaśmiali się wszyscy, podnosząc szklanki z drinkami.
- Wariaci - zmieszała się Marta.
- Za najlepszą papugę w tym mieście! - nie dał za wygraną Maks.
Wypili.
- Wy naprawdę macie tak silne seksualne potrzeby? - zwrócił się do Przemka i Janka Paweł. - Pytam jako lekarz, z zawodowej ciekawości.
Janek spojrzał zdziwiony bezpośredniością pytania i przez moment zastanawiał się, jak powinien zareagować.
- Wychowywałem się we Francji, no to przyjąłem paryski styl i stałem się uwodzicielem - wybrnął z niezręcznej sytuacji.
- A co robiłeś we Francji?
- Ojciec Janka był ambasadorem - wyjaśniła Karolina, po czym zwróciła się do Janka. - Gdybyś nie był takim durnym dupiarzem, byłbyś do tej pory szczęśliwy z Anią.
- A ty? - drążył Paweł, patrząc na Przemka.
- Jak pilot myśliwca - zamyślił się Przemek. - Chwalisz się kumplom, ile ustrzeliłeś. To frajda. Adrenalina. Za każdym razem jest na nowo, inaczej. Boski stan.
- Daj spokój. - Marta wzruszyła ramionami. - Z byle kim to już czysta mechanika.
- Narkotyk - bronił się Przemek.
- Wracając do sprawy z Maksem - przypomniała urwany wątek Beata - to zachowaliście się zajebiście. Ale co zrobilibyście, gdyby Dempsey był twardy i powiedział, żebyście się gonili?
- Rzucilibyśmy się mu do nóg i zaczęli przepraszać - zaśmiał się Janek, klękając i chwytając Przemka za kolana. - Panie Dempsey, prosimy, niech pan nas nie wyrzuca. Pierdolić Maksa, niech pan nas nie wyrzuca, błagamy.
- Wal się, degeneracie. - Przemek przybrał surowy ton, parodiując Dempseya. - Wypierdalajcie z mojej firmy! - Po chwili namysłu spojrzał na Janka łagodniej i zmienił nagle głos, nadając mu barwę uwodzicielsko-zaczepną. - Albo nie. Ty, słoneczko, możesz zostać, bo ładny jesteś, wiesz? A z Maksiem to było tak, że to on pierwszy zaczął. Nie wiesz tego, kochany, ale to on mi złamał serce. Musisz wiedzieć, że bałamucił mnie tak długo, aż mu uległem, wykorzystał mnie, tak, nie patrz na mnie z takim potępieniem. Wykorzystał. Jestem romantyczny, uwierzyłem, straciłem głowę, oddałem się mu. Ech... To była szalona noc. A o poranku, o poranku spojrzał na mnie pogardliwie i oznajmił, że mam starczą, obwisłą dupę. Tak. Maks zranił moje uczucia. Teraz już znasz prawdę o tym nicponiu. Dlatego musiałem go wyrzucić, ale uwierz mi, słońce, robię to z prawdziwym bólem. Nie cofaj, złotko, swoich dłoni, tak miło trzymałeś je na moich kolanach, dobrze?
Wszyscy wybuchli śmiechem, bijąc Przemkowi brawo.
- To było całkiem niezłe. - Michał pokiwał głową z uznaniem.
- Kurde! - Paweł uderzył dłonią o blat stołu. - Zaimponowaliście mi. Niewielu w tym mieście odważyłoby się pójść do szefa w obronie kumpla i tak mu wygarnąć.
- Może też powinienem to zrobić - zastanowił się Przemek. - Odważnie powiedzieć, żeby zabrali mi tę bicz z redakcji.
- Powinieneś - przyznał Janek. - Mówiłem ci, żebyś ruszył dupę i walczył o siebie.
- Zamówię jeszcze kolejkę - podsumował Przemek, dając znak kelnerce. - Pamięta pani, co było ostatnim razem? - spytał, kiedy po chwili podeszła.
- Mam zapisane na kasie.
- No to poprosimy jeszcze raz to samo - zadecydował.
Przez dłuższą chwilę wszyscy siedzieli zatopieni we własnych myślach. Karolina spojrzała na zegarek, szepnęła do męża, że powinni się niedługo zbierać, bo obiecała opiekunce, że wrócą przed północą. Michał wysyłał do kogoś esemesa. Janek objaśniał Vishiemu zalety swego porsche.
- To kto w końcu przyjeżdża z Nowego Jorku? - spytał Przemek. - Jakiś finansista?
- Sami nie wiemy - przyznał Maks. - To Polak, który tam pracował. Ponoć bystry gość. Ale nie wiadomo, w jakim charakterze tu go przysyłają. Dempsey się wkurwił. Naradzali się wczoraj z Radwańskim. Nie ma nic gorszego niż gość umocowany w centrali. Oni tu mieli swoje Wielkie Księstwo Warszawskie, a teraz im rewizora wpierdalają na kark.
- Dempsey był wczoraj pijany - zauważyła Marta.
- Skąd wiesz? - zdziwił się Vishi. - Ja nic nie czułem poza płynem do higieny.
- Mój ojciec wlewał sobie perfumy do ust, aby nie czuć było od niego alkoholu. Był nadziabany. Jak tamten wejdzie mu na kark, to się rozwali i znowu pójdzie na całość, jak dwa lata temu.
- Może dlatego go przysyłają - zauważył Paweł. - Wiedzą, że wasz szef długo nie da rady.
- Radwański jest wkurwiony, bo liczył, że obejmie firmę - stwierdził Janek.
- Janek, co ty pierdolisz? - wzruszył ramionami Maks. - Jak prawnik może zarządzać funduszem inwestycyjnym. Radwański co najwyżej może być consigliere szefa, ale szefem nigdy nie będzie.
- Może i tak - zgodził się z przyjacielem Janek. - Ale dla niego to był zajebisty układ. Dempsey, dupiarz i alkoholik mający gdzieś firmę i on, zarządzający de facto całością.
- A inni partnerzy? - zainteresowała się Beata. - Vishi mówił, że ta nowa babka, jego szefowa, jest pełna inicjatywy.
- Chojecka? - zamyślił się Janek. - Ambitna baba, zresztą Vishi wie więcej. Ale to nie ten format. Ona jest profesorem ekonomii, taki typ naukowca, a tu trzeba być politykiem, rekinem. Czasem trzeba komuś dopierdolić, kogoś nastraszyć. Ona tego nie potrafi. Sam intelekt to za mało.
- A Winkler? - zasugerował Vishi.
- Winkler jest za sprytny - wtrąciła się Marta. - Będzie czekał i przyłączy się do tego, kto będzie górą.
- Szafrański?
- To ciołek - rzekł pogardliwie Janek. - Zna się na energetyce, ale w takich politycznych grach porusza się jak słoń w składzie porcelany.
- No dobrze, Janek - zniecierpliwiła się Karolina, poprawiając okulary. - Ale czemu zakładasz czarny scenariusz? Czemu uważasz, że będzie jakaś wojna? Może okaże się, że to świetny facet, który czegoś nowego nas nauczy.
- Może - rzekł sceptycznie Janek. - Po prostu gdybam. Moim zdaniem Dempsey i Radwan tamtego kopną w jaja na dzień dobry i od razu się okaże, czy gość ma cojones ze stali, czy też wydmuszki wielkanocne.
- Wojna nikomu nie służy - podsumował filozoficznie Vishi.
Rozmawiali do północy. Śmiali się, żartowali, wyobrażając sobie małżeństwo Janka i Marty, czy też wychowywanie dziecka przez Michała i Maksa, nawiązując do głośnego oświadczenia Dolce i Gabbana w sprawie adopcji dzieci przez pary homoseksualne.
Po powrocie do domu Karolina kochała się z mężem. Lubiła uprawiać seks, gdy była lekko pijana. Pozwalała sobie wówczas na przekroczenie granic naturalnego wstydu, miała mniej oporów przed pieprzną rozmową, którą Paweł uwielbiał.
Beata wskoczyła z Vishim do gorącej wanny. Planowali, co będą robić następnego sobotniego poranka. Beata czepiała się wyglądu Karoliny i Marty, krytykując ich zbyt konserwatywny mieszczański styl.
Maks i Michał przenocowali u siebie Przemka, który zamówił jeszcze kilka kolejek whisky i był w kiepskim stanie.
Janek, pomimo że dużo wypił, pojechał swoim porsche pod dom byłej żony, Ani. Stał tam przez kwadrans, przypominając sobie, jak wspólnie wracali nad ranem z licznych imprez. Z ulgą, że patrol policji zatrzymał kogoś jadącego tuż przed nim, wrócił do domu i przed snem zażył tabletkę ecstasy.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji