Masoni. Architekci nowoczesnego świata - John Dickie

Kup ebooka

54.99 zł
42.34 zł (31,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Lizbona. Tajemnice Johna Coustosa

Kiedy 14 marca 1743 roku John Coustos, czter­dzie­sto­letni jubi­ler z Lon­dynu, wycho­dził z jed­nej z lizboń­skich kawiarni, został pochwy­cony, zakuty w kaj­danki i wepchnięty do karety, a wkrótce po tym zna­lazł się w jed­nym z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych budyn­ków w całej Euro­pie, usy­tu­owa­nym na pół­noc­nym krańcu placu Ros­sio. Była to sie­dziba try­bu­nału inkwi­zy­cji.

Cousto­sowi, tak jak set­kom cza­row­nic, here­ty­ków i Żydów, któ­rych już wcze­śniej przy­pro­wa­dzano do tego miej­sca, ogo­lono głowę i ode­brano ubra­nia, zosta­wia­jąc go jedy­nie w płó­cien­nej bie­liź­nie. Wtrą­cono go do lochu i pod­dano ostrej dys­cy­pli­nie, a nakaz izo­la­cji i ciszy był surowo egze­kwo­wany: jego współ­więź­nia cier­pią­cego na upo­rczywy kaszel pobito do nie­przy­tom­no­ści. Kon­takty z przy­ja­ciółmi czy rodziną były zaka­zane, podob­nie jak posia­da­nie jakich­kol­wiek rze­czy oso­bi­stych i ksią­żek - nawet Biblii. Nie­do­zwo­lone było wszystko, co zagłu­sza­łoby głos bożego sumie­nia albo pozwo­li­łoby więź­niowi zapo­mnieć o nazbyt wyraź­nych wizjach potwor­no­ści cze­ka­ją­cych na niego pod­czas auto da fé inkwi­zy­cji. To ogromne wido­wi­sko reli­gij­nej spra­wie­dli­wo­ści było pro­ce­sją, któ­rej punkt kul­mi­na­cyjny sta­no­wiły modli­twy, zakli­na­nia oraz publiczna egze­ku­cja za pomocą jed­nej z dwóch metod: dla tych, któ­rzy w ostat­nim momen­cie zaak­cep­to­wali wiarę kato­licką, prze­wi­dziane było miło­sierne udu­sze­nie, a dla opor­nych -?nie­opi­sane katu­sze pło­mieni.

Jak opo­wiada Coustos, inkwi­zy­cja począt­kowo prze­py­ty­wała tak, jakby chciała mu udzie­lić ducho­wego wspar­cia, lecz on zda­wał sobie sprawę, że jego odpo­wie­dzi nie mają zna­cze­nia. W końcu został wypro­wa­dzony z celi i sta­nął przed obli­czem prze­wod­ni­czą­cego try­bu­nału inkwi­zy­cji, który prze­czy­tał zarzuty wobec niego tak, jak gdyby mówił do ściany:

Przy­na­le­żąc do sekty maso­nów, naru­szył on nakazy papieża, a sekta ta jest odra­ża­ją­cym sie­dli­skiem świę­to­kradz­twa, sodo­mii i wielu innych ohyd­nych zbrodni, które obja­wiają się, nazbyt wyraź­nie, w zacho­wy­wa­niu żela­znej taj­no­ści i wyklu­cza­niu kobiet. Rze­czony Coustos odmó­wił przed­sta­wie­nia inkwi­zy­to­rom praw­dzi­wych zwy­cza­jów i obrzę­dów masoń­skich zebrań, a wręcz upie­rał się przy tym, że maso­ne­ria jest sama w sobie dobra, i to wła­śnie naj­bar­dziej obra­ziło całe kró­le­stwo. Dla­tego też inkwi­zy­tor żąda, aby rze­czony wię­zień został ska­zany z zacho­wa­niem naj­su­row­szego rygoru oraz aby w tym celu sąd wyko­rzy­stał całą swoją wła­dzę i uciekł się nawet do tor­tur.

Coustos został prze­nie­siony do usy­tu­owa­nego w wieży kwa­dra­to­wego pomiesz­cze­nia bez okien, któ­rego drzwi zaopa­trzono w dodat­kowe obi­cie mające wyci­szać krzyki pocho­dzące z wewnątrz. Jedy­nym źró­dłem świa­tła były dwie świece sto­jące na biurku, przy któ­rym sekre­tarz try­bu­nału ocze­ki­wał na spi­sa­nie zeznań więź­nia. W cie­niu znaj­do­wali się dok­tor i chi­rurg.

Coustosa chwy­ciło czte­rech rosłych męż­czyzn i zaci­snąw­szy żela­zną obręcz wokół jego szyi, przy­twier­dziło go do łoża spra­wie­dli­wo­ści. Na kostki zało­żono mu pier­ście­nie, do któ­rych przy­mo­co­wano liny, i roz­cią­gnięto mu nogi do gra­nic moż­li­wo­ści. Następ­nie prze­wią­zano go ośmioma pętlami liny -?dwiema na każdą rękę i nogę -?i prze­ło­żono mu je przez dło­nie. Coustos czuł, jak sznury się naprę­żają, zaci­skają i w końcu zaczy­nają wrzy­nać mu się w ciało. Na pod­łogę zaczęła spły­wać krew. Powie­dziano mu, że jeżeli umrze pod­czas tor­tur, winny będzie tylko jego upór. Pośród jego krzy­ków dało się sły­szeć pyta­nia inkwi­zy­tora, które zada­wano mu już wiele razy: "Czym jest wol­no­mu­lar­stwo? Jaka jest jego struk­tura? Na czym pole­gają zebra­nia loży?". Wkrótce Coustos stra­cił przy­tom­ność i prze­nie­siono go z powro­tem do lochów.

Sześć tygo­dni póź­niej inkwi­zy­tor pod­jął kolejną próbę uzy­ska­nia zeznań, tym razem wyko­rzy­stu­jąc inną metodę, czyli budzące postrach waha­dło (strap­pado). Coustos znaj­do­wał się wów­czas w pozy­cji pio­no­wej, a ręce stop­niowo wygi­nano mu do tyłu, aż wierzch­nie strony jego dłoni łączyły się; następ­nie powoli wycią­gano mu ręce do góry, aż ramiona wysko­czyły mu ze sta­wów, a z ust popły­nęła krew. Kiedy bła­gał nie­biosa o pomoc, inkwi­zy­tor upar­cie zada­wał pyta­nia: "Czy wol­no­mu­lar­stwo jest reli­gią? Dla­czego nie przyj­mu­je­cie w swoje sze­regi kobiet? Czy to dla­tego, że dopusz­cza­cie się sodo­mii?".

Po tym, jak leka­rze nasta­wili mu kości i minęły dwa mie­siące jego rekon­wa­le­scen­cji, tor­tury zostały wzno­wione. Tym razem wokół torsu prze­wią­zano go łań­cu­chem, który przy­mo­co­wano także do jego nad­garst­ków. Maszyna zacią­gała łań­cuch coraz moc­niej, co ści­skało mu wnętrz­no­ści i wybi­jało nad­garstki i ramiona. "Dla­czego wol­no­mu­lar­stwo jest owiane taką tajem­nicą? Co macie do ukry­cia?"

Coustos twier­dził, że w lochach pałacu Estaus spę­dził łącz­nie szes­na­ście mie­sięcy, pod­czas któ­rych pod­da­wano go tor­tu­rom dzie­wię­cio­krot­nie, zanim w końcu 21 czerwca 1744 roku prze­pro­wa­dzono go przez ulice w ramach auto da fé. A jed­nak poszczę­ściło mu się. Ośmiu z jego współ­więź­niów spa­lono żyw­cem w punk­cie kul­mi­na­cyj­nym całego pochodu, a on sam został ska­zany na cztery lata pracy na gale­rach. Ta rela­tywna wol­ność, jaką prze­wi­dy­wał jego wyrok, pozwo­liła mu skon­tak­to­wać się z przy­ja­ciółmi, któ­rzy prze­ko­nali bry­tyj­ski rząd do zdo­by­cia uła­ska­wie­nia dla Coustosa.

Coustos zaczął spi­sy­wać swoją histo­rię, kiedy dotarł do Lon­dynu 15 grud­nia 1744 roku, jed­nakże już w roku 1745 wybu­chło powsta­nie jako­bic­kie. "Śliczny Książę Karo­lek", czyli Karol Edward Stu­art, zebrał woj­ska w Szko­cji w regio­nie High­lands z zamia­rem prze­for­so­wa­nia swo­jego kato­lic­kiego prawa do tronu, na któ­rym kie­dyś zasia­dał jego dzia­dek. Armia jako­bi­tów zawę­dro­wała aż do mia­sta Derby, znaj­du­ją­cego się w sercu Anglii, co wywo­łało panikę w samej sto­licy. Co prawda powsta­nie wkrótce zostało stłu­mione, ale i tak roz­nie­ciło powszechne zain­te­re­so­wa­nie książ­kami doku­men­tu­ją­cymi bar­ba­rzyń­stwa, któ­rych dopusz­czał się Kościół kato­licki. Tom The Suf­fe­rings of John Coustos for Free-Masonry, uzu­peł­niony rysun­kami wszyst­kich tor­tur, jakim pod­dano jego autora, został więc wydany w ide­al­nym momen­cie. Coustos zyskał sławę, a jego książka docze­kała się wielu tłu­ma­czeń i dru­ko­wano ją jesz­cze w XIX wieku. Stał się on zatem męczen­ni­kiem dla sprawy maso­ne­rii i jej "żela­znej taj­no­ści".

Pro­blem pole­gał jedy­nie na tym, że nie wszystko, co napi­sał Coustos, było zgodne z prawdą.

Ponad dwa wieki póź­niej z lizboń­skich archi­wów wycie­kły zapi­ski inkwi­zy­cji pocho­dzące z jego prze­słu­chań, trak­tu­jące o tym, że Coustos w rze­czy­wi­sto­ści wyja­wił tajem­nice maso­ne­rii, które przy­się­gał chro­nić, choćby miało go to kosz­to­wać życie. Sto­jąc przed per­spek­tywą tor­tur i auto da fé, Coustos roz­sąd­nie wszystko wyznał, kiedy tylko inkwi­zy­cja zaczęła zada­wać mu pyta­nia.

Nie ozna­cza to, że wyzna­nia te pomo­gły mu unik­nąć katu­szy -?por­tu­gal­ska inkwi­zy­cja rzadko potrze­bo­wała wymó­wek, aby wypró­bo­wać swoje narzę­dzia tor­tur. Coustos zna­lazł się na łożu spra­wie­dli­wo­ści dwu­krot­nie, ale za każ­dym razem pole­żał tam nie dłu­żej niż kwa­drans -?tak tylko, żeby nikt nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Jed­nak ni­gdy nie zaznał strap­pado czy nie­na­zwa­nych tor­tur z uży­ciem łań­cu­cha.

Coustos zataił przed czy­tel­ni­kami coś jesz­cze: gdyby lizboń­ska inkwi­zy­cja dobrze poszu­kała, i tak zna­la­złaby opu­bli­ko­wane źró­dła, które odpo­wie­dzia­łyby na jej pyta­nia. Przy­kła­dem jest choćby pam­flet Sama Pri­charda z 1730 roku zaty­tu­ło­wany Masonry Dis­sec­ted [Maso­ne­ria obna­żona]. Publi­ka­cje doty­czące maso­ne­rii są nie­malże tak samo wie­kowe jak ona sama, więc jej tajem­nice tak naprawdę ni­gdy nie były aż tak tajem­ni­cze.

Coustos naj­wy­raź­niej stwier­dził, że pokusa zro­bie­nia z sie­bie boha­tera jest zbyt duża, i kiedy tylko zna­lazł się z powro­tem na wol­no­ści, sfa­bry­ko­wał swoją histo­rię w celu uwiecz­nie­nia fra­pu­ją­cego mitu, zgod­nie z któ­rym masoni są powier­ni­kami jakichś donio­słych i nie­bez­piecz­nych prawd, dostęp do nich ma jedy­nie kilku wybrań­ców, a osoby te poprzy­się­gły strzec tych sekre­tów za wszelką cenę.

"Żela­zna taj­ność" maso­nów jest wymi­ja­jąca i bar­dzo wpły­wowa -?napę­dza fascy­na­cje i hipo­tezy, które zawsze ota­czały maso­nów, oraz pobu­dza lojal­ność i przy­ciąga kło­poty. Utrzy­my­wa­nie tajem­nic to gra i zarówno Coustos, jak i inkwi­zy­to­rzy dali się jej ponieść. A jed­nak, tak jak według mnie zro­zu­miał to John Coustos, waż­niej­sze od samych tajem­nic są histo­rie two­rzone wokół tych tajem­nic. Taj­ność to klucz do histo­rii maso­ne­rii, ponie­waż z jej pomocą może otwo­rzyć się przed nami bogaty zbiór opo­wie­ści o tym, jak budo­wano świat, w któ­rym żyjemy.

Wyzna­nia Coustosa doty­czyły oso­bli­wych rytu­ałów sta­no­wią­cych sedno maso­ne­rii oraz powią­za­nej z nimi filo­zo­fii. Aby zro­zu­mieć wol­no­mu­la­rzy, należy zro­zu­mieć ich rytu­ały i filo­zo­fię, które ofi­cjal­nie są tajem­nicą. Wyko­rzy­stu­jąc infor­ma­cje pocho­dzące z zeznań Coustosa, w dru­gim roz­dziale niniej­szej książki zwięźle przed­sta­wię czy­tel­ni­kom wszyst­kie naj­waż­niej­sze sekrety tych rytu­ałów. Jed­nak dzieje maso­ne­rii są dużo bar­dziej zło­żone. Jak udo­wad­nia histo­ria Coustosa, zanim poznamy te naj­waż­niej­sze tajem­nice, warto się dowie­dzieć, czego można ocze­ki­wać od histo­rii maso­ne­rii i tajem­ni­czo­ści, która odgrywa w niej tak klu­czową rolę.

Kiedy John Coustos zetknął się z por­tu­gal­ską inkwi­zy­cją, histo­ria tego bra­ter­stwa, którą masoni nazy­wają cza­sem sztuką kró­lew­ską, była już w peł­nym roz­kwi­cie. Wów­czas wol­no­mu­lar­ska mito­lo­gia wią­zała swoje początki z budow­ni­czymi świą­tyni króla Salo­mona, ale obec­nie, dzięki ogrom­nym nakła­dom detek­ty­wi­stycz­nej pracy aka­de­mic­kiej, źró­deł udo­ku­men­to­wa­nej histo­rii maso­ne­rii upa­truje się nie­malże sto pięć­dzie­siąt lat przed Cousto­sem. Temat ten zosta­nie opi­sany w roz­dziale trze­cim.

Ponadto, kiedy Coustos został aresz­to­wany, wol­no­mu­lar­stwo było jesz­cze w wielu istot­nych aspek­tach nowo­ścią. W 1717 roku w Lon­dy­nie spo­śród opa­rów intryg wyło­nił się nowy kształt tej orga­ni­za­cji -?oraz jej nowy kodeks -?lecz już wkrótce maso­ne­ria zyskała ogromną popu­lar­ność i zaczęła roz­prze­strze­niać się po świe­cie z zadzi­wia­jącą pręd­ko­ścią. To jeden z naj­bar­dziej roz­chwy­ty­wa­nych kul­tu­ro­wych towa­rów eks­por­to­wych Wiel­kiej Bry­ta­nii, pod tym wzglę­dem porów­ny­walny ze spor­tami takimi jak tenis, piłka nożna czy golf. Sam John Coustos pomógł zaszcze­pić ją we Fran­cji oraz w Por­tu­ga­lii. W roz­dziale czwar­tym powrócę do cza­sów współ­cze­snych Cousto­sowi, aby opi­sać lon­dyń­skie korze­nie tego, co przez resztę książki będzie już histo­rią glo­balną.

Tak naprawdę istota maso­ne­rii nie zmie­niła się od cza­sów Coustosa - na­dal jest to brac­two skła­da­jące się wyłącz­nie z męż­czyzn zobo­wią­za­nych przy­sięgą do prze­strze­ga­nia metody samo­do­sko­na­le­nia się, któ­rej sedno sta­no­wią rytu­ały odpra­wiane w izo­la­cji od świata zewnętrz­nego. Za sym­bo­lami poja­wia­ją­cymi się w rytu­ałach kryją się war­to­ści moralne, a naj­waż­niej­szy z tych sym­boli zwią­zany jest z rze­mio­słem kamie­niar­stwa. Stąd też pocho­dzi nazwa brac­twa1, a także utoż­sa­miane z tym brac­twem sym­bole węgiel­nicy i cyr­kla oraz far­tuch i ręka­wiczki.

Jed­nak jeśli to byłby począ­tek i koniec maso­ne­rii, jej histo­ria byłaby nudna. Cha­rak­teru nadają jej bowiem tajem­nice -?jedną z funk­cji taj­no­ści jest przy­cią­ga­nie do maso­ne­rii wielu milio­nów ludzi. Pod­czas skła­da­nia zeznań w 1743 roku Coustos wyja­śnił, że tajem­ni­czość była, czę­ściowo, po pro­stu przy­nętą na nowych rekru­tów: "Tajem­nice, rzecz jasna, wzbu­dzały cie­ka­wość, dzięki czemu do tej spo­łecz­no­ści pra­gnęło wstą­pić wiele osób". Pośród nich nie bra­ko­wało ludzi wspa­nia­łych i dobrych: wszy­scy wol­no­mu­la­rze są dumni z gale­rii nie­zwy­kłych postaci, które były ich braćmi. Coustos rów­nież stwier­dził, że jest "wielce uho­no­ro­wany przy­na­leż­no­ścią do spo­łecz­no­ści, w któ­rej sze­re­gach znaj­do­wało się kilku chrze­ści­jań­skich kró­lów, kil­koro ksią­żąt i osób o jak naj­lep­szych przy­mio­tach". Bycie człon­kiem maso­ne­rii jest atrak­cyjne mię­dzy innymi z uwagi na pre­stiż, który wiąże się z przy­na­leż­no­ścią do tak eks­klu­zyw­nej grupy, a tajem­ni­czość taką eks­klu­zyw­ność gwa­ran­tuje: zna­jo­mość masoń­skich sekre­tów, jakie­kol­wiek by one były, odróż­nia masona od cowana (czyli nie­ma­sona).

Od cza­sów Coustosa lista sław­nych maso­nów cią­gle się wydłuża. Samo brac­two chęt­nie wska­zuje na ojców naro­dów, któ­rzy do nich przy­stą­pili: to Giu­seppe Gari­baldi, Simón Boli­var, Moti­lal Nehru i Geo­rge Washing­ton, który prze­szedł ini­cja­cję sześć lat po wyda­niu książki Coustosa. Maso­nami było rów­nież pię­ciu kró­lów Anglii oraz, łącz­nie z Washing­tonem, aż czter­na­stu pre­zy­den­tów Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wol­no­mu­lar­stwo może pochwa­lić się rów­nież pokaźną listą pisa­rzy, takich jak naro­dowy poeta szkocki Robert Burns, autor Nie­bez­piecz­nych związ­ków Pierre Cho­der­los de Lac­los, twórca Sher­locka Hol­mesa Arthur Conan Doyle oraz główny przed­sta­wi­ciel lite­ra­tury nie­miec­kiej Johann Wol­fgang von Goethe. Na liście tej znaj­dują się także liczni kom­po­zy­to­rzy, mię­dzy innymi Wol­fgang Ama­de­usz Mozart, Joseph Haydn i Jan Sibe­lius. Maso­nów można odna­leźć wśród spor­tow­ców, takich jak gol­fi­sta Arnold Pal­mer, kara­ib­ski mistrz kry­kieta Clive Lloyd, bok­ser Sugar Ray Robin­son czy koszy­karz Sha­qu­ille O'Neal; nie brak tam rów­nież arty­stów estra­do­wych, począw­szy od Harry'ego Houdi­niego i Petera Sel­lersa, a na Nacie Kingu Cole'u i Oli­vie­rze Har­dym skoń­czyw­szy. Do maso­nów przed­się­bior­ców nato­miast można zali­czyć takich tyta­nów jak Henry Ford, mistrz branży samo­cho­do­wej, Wil­liam Lever, pio­nier prze­my­słu deter­gen­to­wego, czy Cecil Rho­des, magnat gór­ni­czy. Masoni odno­szą rów­nież suk­cesy w wielu innych, zupeł­nie nie­zwią­za­nych ze sobą dzie­dzi­nach -?wystar­czy wymie­nić Davy'ego Croc­ketta i Oscara Wilde'a, Walta Disneya i Win­stona Chur­chilla, Buzza Aldrina i "Buf­falo Billa" Cody'ego, Paula Revere'a i Roya Rogersa, "Duke'a" Elling­tona i księ­cia Wel­ling­ton.

Obec­nie Wielką Bry­ta­nię zamiesz­kuje około 400 tysięcy maso­nów, Stany Zjed­no­czone -?1,1 miliona, a na całym świe­cie jest ich 6 milio­nów. Nie­gdyś było ich nato­miast znacz­nie wię­cej.

Takie nazwi­ska i liczby świad­czą o magne­tycz­nej sile tajem­ni­czo­ści oraz ogrom­nym i trwa­łym wpły­wie maso­ne­rii. Na kar­tach tej książki pojawi się wielu maso­nów, będą także fascy­nu­jące histo­rie zwią­zane z ich przy­na­leż­no­ścią do tego sto­wa­rzy­sze­nia. Jed­nak jesz­cze bar­dziej fra­pu­jąca jest gene­ralna nar­ra­cja wol­no­mu­lar­stwa -?spo­sób, w jaki męż­czyźni łączą się w brac­twie, które od setek lat roz­prze­strze­nia się na cały świat dzięki mocy swej aury tajem­ni­czo­ści.

Kiedy tylko maso­ne­ria poja­wiała się w nowym miej­scu, nie pozo­sta­wało to bez wpływu na lokalne spo­łe­czeń­stwo. Wystar­czy podać jeden przy­kład: dzia­ła­nia podej­mo­wane pry­wat­nie, za zamknię­tymi drzwiami lóż, poma­gały sze­rzyć się war­to­ściom, które utoż­sa­miamy ze współ­cze­snym życiem publicz­nym. Masoni od dawna dążą do życia w zgo­dzie z zasa­dami reli­gij­nej i raso­wej tole­ran­cji, demo­kra­cji, kosmo­po­li­ty­zmu i rów­no­ści wobec prawa.

Jed­nak histo­ria, którą będę opi­sy­wał w niniej­szej książce, opo­wiada o czymś wię­cej niż wspo­mniane powy­żej war­to­ści oświe­ce­niowe -?świa­tłu towa­rzy­szą prze­cież nie­małe pokłady ciem­no­ści. W naszej współ­cze­sno­ści, którą masoni pomo­gli ukształ­to­wać, nie bra­kuje impe­ria­li­zmu, glo­bal­nych wojen, dyk­ta­tur, fana­ty­zmu reli­gij­nego oraz budo­wa­nia i oba­la­nia państw i naro­dów.

To wszystko skła­nia mnie do tego, aby wspo­mnieć jesz­cze o inkwi­zy­to­rach, któ­rzy tor­tu­ro­wali Coustosa. Zro­zu­mie­nie, jak wol­no­mu­la­rze i ich tajem­ni­czość były postrze­gane przez ich wro­gów, pomaga nam z kolei pojąć, co spra­wiło, że dla więk­szo­ści osiem­na­sto­wiecz­nego świata stali się oni tak atrak­cyjni, co wyróż­nia ich nawet dzi­siaj oraz co spra­wia, że ich histo­ria jest warta opo­wie­dze­nia.

W 1738 roku papież Kle­mens XII, znany przede wszyst­kim jako ini­cja­tor budowy fon­tanny di Trevi, wydał bullę In emi­nenti apo­sto­la­tus spe­cula, na mocy któ­rej przy­na­leż­ność do maso­ne­rii była zaka­zana, wszy­scy jej człon­ko­wie zostali obło­żeni eks­ko­mu­niką, a inkwi­zy­cja miała za zada­nie zgłę­bić jej arkana. John Coustos nie był zatem jedyną ofiarą inkwi­zy­cji.

Podejrz­li­wość papieża i jego inkwi­zy­to­rów była podyk­to­wana słusz­nymi i pil­nymi powo­dami -?wol­no­mu­lar­stwo zde­cy­do­wa­nie miało cha­rak­ter reli­gijny, i to w jakimś mrocz­nym wymia­rze. Wkrótce oka­zało się, że masoni nawet Boga nazy­wali na swój spo­sób: był to dla nich Wielki Archi­tekt Wszech­świata. Wol­no­mu­la­rze modlili się, skła­dali reli­gijne przy­sięgi i doko­ny­wali swo­ich rytu­ałów, lecz mimo to twier­dzili, że ich ugru­po­wa­nie nie jest reli­gią. Według nich maso­ne­ria nie sta­rała się roz­strzy­gać kwe­stii boskich: nie trzy­mano się tam jed­nej kon­kret­nej teo­lo­gii. Jak zresztą Coustos mówił por­tu­gal­skim inkwi­zy­to­rom, "w [naszym] brac­twie nie wolno roz­ma­wiać o kwe­stiach reli­gijnych": ten zakaz został wpro­wa­dzony, aby zapo­biec kon­flik­tom mię­dzy jego człon­kami i aby unik­nąć innych poten­cjal­nych pro­ble­mów. Nie powinno jed­nak nikogo dzi­wić, że wol­ność sumie­nia maso­nów trą­ciła jado­witą here­zją Kościo­łowi, który posta­wił sobie za cel utrzy­ma­nie swego mono­polu na prawdę.

Bry­tyj­skie pocho­dze­nie maso­ne­rii rów­nież w niczym jej nie poma­gało. Jeśli masoni wywo­dzili się z tak dziw­nego kraju z wszech­wład­nym rzą­dem, wybo­rami i gaze­tami codzien­nymi, to z pew­no­ścią wyda­wali się nie­zna­nym zagro­że­niem -?a kto wie, może nawet szpie­gami.

Wol­no­mu­la­rze ewen­tu­al­nie mogli być rów­nież glo­balną sie­cią dywer­san­tów: stali się podej­rzani nie tylko ze względu na swoją bry­tyj­skość, lecz także kosmo­po­li­tyzm. Nie byli bowiem oby­wa­te­lami żad­nego pań­stwa ani niczy­imi pod­da­nymi.

Wol­no­mu­lar­stwo przy­cią­gało także nie­zwy­kle zróż­ni­co­wane grupy ludzi: kup­ców, praw­ni­ków, akto­rów, Żydów, a nawet Afry­ka­nów. Praw­dziwa spo­łeczna mena­że­ria. Nie było to rów­nież zwy­kłe zbio­ro­wi­sko pochleb­ców, któ­rzy pole­gali na opiece wpły­wo­wego pro­tek­tora -?co prawda w sze­re­gach maso­ne­rii znaj­do­wało się wielu ary­sto­kra­tów, ale nie zawsze spra­wo­wali oni tam wła­dzę. Tak naprawdę nie było wia­domo, czy w ogóle kto­kol­wiek miał tam wła­dzę. Dla tych, któ­rzy uwa­żali, że hie­rar­chie spo­łeczne są usta­lone przez Wszech­mo­gą­cego Boga, było to nie­po­ko­jące.

Oczy­wi­ście masoni zawsze twier­dzili, że ich ugru­po­wa­nie nie ma cha­rak­teru poli­tycz­nego, ale z dru­giej strony żaden spi­sko­wiec z głową na karku ni­gdy by nic takiego nie przy­znał. W cza­sach, kiedy monar­chia abso­lutna była normą, nie­wiele kra­jów pro­wa­dziło otwarte życie poli­tyczne, znane nam z realiów, w któ­rych żyjemy obec­nie. Wszel­kie spo­tka­nia sto­wa­rzy­szeń sta­no­wiły poten­cjalne zagro­że­nie dla usta­lo­nego porządku i dla wro­gów maso­ne­rii nie liczyło się to, że podob­nie jak w przy­padku reli­gii i nawet z tych samych powo­dów w lożach nie można było dys­ku­to­wać o poli­tyce.

W oczach Kościoła kato­lic­kiego wol­no­mu­lar­stwo było więc bar­dzo nie­bez­pieczne, a jego pota­jemny cha­rak­ter tylko te obawy potę­go­wał. John Coustos twier­dził, że jego brac­two nie ma żad­nych tajem­nych celów, a wręcz prze­ciw­nie -?"dobro­czyn­ność i bra­ter­ska miłość" były "pod­stawą i ser­cem tego sto­wa­rzy­sze­nia". Masoni na­dal zresztą wyra­żają się w podob­nym duchu. Odpo­wie­dzi lizboń­skich inkwi­zy­to­rów rów­nież brzmią bar­dzo współ­cze­śnie: "Jeśli zatem to sto­wa­rzy­sze­nie maso­nów jest tak cno­tliwe, to nie ma powo­dów, aby tak skru­pu­lat­nie ukry­wać jego sekrety". Obec­nie masoni obru­szają się, kiedy ich brac­two nazywa się taj­nym zgro­ma­dze­niem, i twier­dzą: "Nie jeste­śmy taj­nym zgro­ma­dze­niem. Jeste­śmy zgro­ma­dze­niem, które ma tajem­nice". Nie jest to jed­nak prze­ko­nu­jąca odpo­wiedź -?jeśli już się przy­zna, że ma się sekrety, to żadne pokłady ide­al­nie skro­jo­nej szcze­ro­ści i otwar­to­ści nikogo nie uspo­koją i każdy, kto ma w sobie choć odro­binę podejrz­li­wo­ści, uzna, że na­dal coś się ukrywa. Być może nie powinno więc być zasko­cze­niem, że Waty­kan ni­gdy nie wyzbył się swo­jej pier­wot­nej wro­go­ści wobec maso­ne­rii i na­dal uważa, że loże są zgub­nym sie­dli­skiem ate­izmu.

Prze­ciw­ni­ków maso­ne­rii czę­sto łączy okre­ślony styl myśle­nia, czyli wiara w teo­rie spi­skowe, któ­rych powsta­nie zawdzię­czamy wła­śnie oba­wom przed maso­ne­rią. Masoń­skie teo­rie spi­skowe są w modzie wła­ści­wie od począt­ków XIX wieku. Nie­które są dziw­nie prze­ko­nu­jące, a inne zupeł­nie kurio­zalne. To masoni otruli Mozarta. Kuba Roz­pru­wacz był maso­nem i to jego pobra­tymcy zacie­rali jego ślady. Masoni zapla­no­wali rewo­lu­cję fran­cu­ską, zjed­no­cze­nie Włoch, upa­dek impe­rium osmań­skiego oraz rewo­lu­cję w Rosji. Inter­net jest pełen stron poświę­co­nych ilu­mi­na­tom, czyli gałęzi wol­no­mu­lar­stwa, któ­rej człon­ko­wie, mię­dzy innymi Bono, Bill Gates i Jay Z, pod­pi­sali tajemny pakt zobo­wią­zu­jący ich do wyko­na­nia nie­go­dzi­wego planu zawład­nię­cia świa­tem.

Nie­które z takich mitów są nie­szko­dliwe i przy­po­mi­nają raczej histo­rie o duchach w stylu "ja-tam-w-to-nie-wie­rzę-ale-podobno-to-prawda", które nasto­lat­ko­wie opo­wia­dają sobie nawza­jem, żeby tro­chę się postra­szyć. Nie­które jed­nak są bar­dzo nie­bez­pieczne. Mus­so­lini, Hitler i Franco oskar­żali maso­ne­rię o knu­cie spi­sków i w rezul­ta­cie wymor­do­wali tysiące jej człon­ków. Komu­ni­ści z kolei zawsze postrze­gali maso­nów jako grupę prze­bie­głych kapi­ta­li­stów i w Chiń­skiej Repu­blice Ludo­wej wol­no­mu­lar­stwo jest na­dal zaka­zane. Świat islamu także ma za sobą długą tra­dy­cję anty­ma­soń­skiej para­noi.

Sama przy­sięga mil­cze­nia, którą bra­cia skła­dają pod­czas swo­jej ini­cja­cji, jest już wystar­cza­jąca, aby puścić wodze wyobraźni peł­nej teo­rii spi­sko­wych. Tajem­ni­czość maso­nów jest jak stud­nia -?ludzie, któ­rzy ją zbu­do­wali, znają jej głę­bię, ale reszta nas może jedy­nie zer­kać ponad ota­cza­ją­cym ją murem i snuć domy­sły. Kiedy my spo­glą­damy w dół na lustro wody, zasta­na­wia­jąc się, co może czaić się poni­żej, czarna tafla odbija tylko nasze lęki. Zasad­ni­czo to wła­śnie dla­tego maso­ne­ria nie­ustan­nie wywo­łuje nie­po­ro­zu­mie­nia i wzbu­dza nie­uf­ność oraz wro­gość. Żadna histo­ria maso­ne­rii nie jest kom­pletna, jeżeli nie uwzględ­nia rów­nież jej prze­ciw­ni­ków.

Wol­no­mu­la­rze są spad­ko­bier­cami wspa­nia­łej tra­dy­cji. Każdy z nich potrafi opo­wie­dzieć coś o histo­rii maso­ne­rii i wielu uważa, że bada­nia histo­ryczne pogłę­biają ich wie­dzę na temat arka­nów ich sto­wa­rzy­sze­nia.

A jed­nak, aż do nie­dawna, maso­nom zale­żało, żeby ich histo­ria była tajna i znali ją tylko jej człon­ko­wie. Cowani nie mieli dostępu do archi­wów i biblio­tek wiel­kich lóż. Następ­nie, jedno poko­le­nie wstecz, naj­by­strzejsi bra­cia zro­zu­mieli, że histo­ria maso­nów jest zbyt istotna, aby była ich wyłączną wła­sno­ścią. Maso­ne­ria ma swój udział w kształ­to­wa­niu naszego świata, więc jej histo­ria należy do nas wszyst­kich. W dzi­siej­szych cza­sach w archi­wach wiel­kich lóż czę­sto już można spo­tkać histo­ry­ków, któ­rzy nie są maso­nami. Ich praca, uzu­peł­nia­jąca i kwe­stio­nu­jąca wysiłki naj­lep­szych masoń­skich histo­ry­ków, nakre­śliła fascy­nu­jące i wciąż roz­wi­ja­jące się pole badaw­cze. Jed­nym z celów niniej­szej książki jest uka­za­nie czę­ści tych badań znacz­nie szer­szej publicz­no­ści.

Odczu­wana przez maso­nów duma z wła­snej histo­rii dopro­wa­dziła do powsta­nia wielu prac, które są tak naprawdę nar­ra­cjami toż­sa­mo­ścio­wymi: ich celem nie jest odkry­cie prawdy, lecz raczej pobu­dza­nie esprit de corps brac­twa. Książka The Suf­fe­rings of John Coustos for Free-Masonry jest mode­lem dla wielu masoń­skich nar­ra­cji, ponie­waż jest to czarno-biały obraz uka­zu­jący kon­fron­ta­cję masoń­skiej tra­dy­cji tole­ran­cji, roz­sądku i bra­ter­skiej miło­ści ze złymi i bez­myśl­nymi ruchami anty­wol­no­mu­lar­skimi.

W maso­ne­rii naj­waż­niej­sze powinny być -?i czę­sto tak wła­śnie jest - war­to­ści takie jak filan­tro­pia, soli­dar­ność, etyka i ducho­wość. Panuje tam nawet zasada, że nie można dołą­czyć do brac­twa w celu uzy­ska­nia zawo­do­wych czy oso­bi­stych korzy­ści. Takie reguły mają swoją wagę i trak­to­wa­nie ich jako przy­krywkę dla jakichś hanieb­nych czy­nów byłoby cyniczne. Jeśli jakiś histo­ryk nie zauważa co bar­dziej szla­chet­nych moty­wów maso­ne­rii, uka­zuje bar­dzo stron­ni­czą wer­sję wyda­rzeń.

Jed­nak należy też przy­znać, że masoni są zbyt powścią­gliwi w kwe­stii jed­nego, nie­zwy­kle waż­nego wątku ich histo­rii, czyli nawią­zy­wa­nia kon­tak­tów. Tak samo jak reszta ludzi na całym świe­cie wol­no­mu­la­rze zapo­znają się z innymi oso­bami. W odpo­wied­nich warun­kach loże mogą być świet­nymi miej­scami budo­wa­nia sieci kon­tak­tów z bar­dzo róż­nych powo­dów - i dobrych, i złych. Trzeba jed­nak dodać coś na ich obronę. Przy­kła­dowo w Wiel­kiej Bry­ta­nii męż­czyźni zbie­rają się w grupy ze względu na coś, co ich łączy: wszy­scy uczęsz­czali do tej samej pry­wat­nej szkoły lub lubią spo­ty­kać się w jed­nym kon­kret­nym pubie. Podob­nie jak tego typu grupy maso­ne­ria nie przyj­muje w swoje kręgi kobiet, ale jej człon­ko­wie pocho­dzą z róż­nych klas spo­łecz­nych -?a przy­naj­mniej są to co bar­dziej odpo­wiedni repre­zen­tanci róż­nych klas. Masoni pod­kre­ślają, że pod­czas ich cere­mo­nii wkłada się ręka­wiczki po to, aby nikt nie mógł odróż­nić dłoni księ­cia od dłoni śmie­cia­rza. Mimo to loże cza­sami stają się sie­dli­skami nepo­ty­zmu czy nawet kon­spi­ra­cji i nie wszyst­kie teo­rie spi­skowe i obawy zwią­zane z podej­rza­nymi dzia­ła­niami maso­nów są nie­uza­sad­nione. Ponadto idea maso­ne­rii, czyli wzór męskiej wspól­noty zro­dzony z mitu, rytu­ałów i tajem­ni­czo­ści, oka­zała się zaraź­liwa już od samego początku i sami jej człon­ko­wie nie mogli jej kon­tro­lo­wać: była ona uży­wana i naduży­wana, sto­so­wana i dosto­so­wy­wana na nie­zli­czone spo­soby. A zarówno sycy­lij­ską mafię, jak i Ku Klux Klan łączą z maso­ne­rią te same klu­czowe nici DNA.

Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych napi­sa­łem tę książkę, jest zamiar poka­za­nia struk­tur ludz­kiego doświad­cze­nia, które są o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż mogłoby to wyni­kać z masoń­skich nar­ra­cji toż­sa­mo­ścio­wych czy cynicz­nych obse­sji na punk­cie nepo­ty­zmu wśród wol­no­mu­la­rzy. Zamiast spłasz­czać te struk­tury poprzez spo­glą­da­nie na roz­le­gły kra­jo­braz histo­rii maso­ne­rii z góry, posta­no­wi­łem zanu­rzyć się w kon­kretne epoki i miej­sca na całym świe­cie, które ode­grały w tej histo­rii szcze­gól­nie istotną rolę. Deter­mi­nu­jącą zasadą był dla mnie fakt, że maso­ne­ria ni­gdy nie mogła cał­ko­wi­cie odse­pa­ro­wać się od ota­cza­ją­cego ją spo­łe­czeń­stwa. Orga­ni­za­cja ta powstała w szcze­gól­nych warun­kach XVII i XVIII wieku w Wiel­kiej Bry­ta­nii i -?nie zmie­nia­jąc się przy tym zbyt dra­stycz­nie -?przy­sto­so­wy­wała się do napo­ty­ka­nych po dro­dze oko­licz­no­ści. Inte­re­sują mnie wła­śnie te inte­rak­cje pomię­dzy wol­no­mu­lar­stwem i spo­łe­czeń­stwem: maso­ne­ria, wraz z całym swoim ide­ali­zmem i her­me­tycz­no­ścią, pomo­gła ukształ­to­wać naszą współ­cze­sność. O kobie­tach nato­miast opo­wiem wię­cej póź­niej. (Tak samo jak o ludziach, któ­rych inkwi­zy­cja nazy­wała "sodo­mi­tami").

Nasza cie­ka­wość wcale nie słab­nie. "Na czym pole­gają zebra­nia loży? Co tak dokład­nie macie do ukry­cia?" Sto­su­nek do maso­ne­rii więk­szo­ści z nas ma coś wspól­nego z lizboń­ską inkwi­zy­cją. Pomi­ja­jąc obse­sję zwią­zaną z sodo­mią, ich pyta­nia bar­dzo przy­po­mi­nają nasze pyta­nia. Za sprawą inter­netu ich tajem­nice nie są już dziś tak bar­dzo tajem­ni­cze, ale oka­zuje się, że nam, nie­ma­so­nom, cią­gle jest mało. W tele­wi­zji zawsze znaj­dzie się jakiś nowy film doku­men­talny, który obie­cuje uka­zać nam naj­pil­niej strze­żone sekrety wol­no­mu­lar­stwa. Histo­rie o maso­nach zawsze są w modzie.

Jed­nak tajem­ni­czość wol­no­mu­la­rzy jest znacz­nie bogat­sza, niż można to poka­zać w jakim­kol­wiek doku­men­cie. Jest skom­pli­ko­wana, sub­telna i, według mnie, jej bada­nie spra­wia dużo przy­jem­no­ści. Ma wiele wąt­ków, dzięki czemu łączy się z mitami i nie­po­ro­zu­mie­niami, które stały się już jej czę­ścią. Mimo to, jak wyznał John Coustos, u jej sedna leży histo­ria, która zaczyna się u progu świą­tyni osa­dzo­nej poza cza­sem i prze­strze­nią...

2

Nigdzie. Przedziwna śmierć Hirama Abiffa

Męż­czy­zna w far­tu­chu dzier­żący w dłoni miecz mówi, żebyś odło­żył swoje pie­nią­dze, klu­cze i tele­fon -?wszyst­kie meta­lowe przed­mioty, które łączą cię ze świa­tem zewnętrz­nym. Na oczy zakła­dana jest ci opa­ska i czu­jesz, że pod­wi­jane są prawy rękaw two­jej koszuli oraz lewa nogawka spodni, tak aby odsło­nić kolano. Lewą rękę wyj­mują ci z rękawa i odsła­niają pierś. Na szyję zakła­dają ci pętlę.

Robisz krok do przodu. Twoje życie masona wła­śnie się roz­po­częło.

Następ­nie opi­sane jest, co czeka przy­szłego masona, który ma prze­kro­czyć próg loży po raz pierw­szy. Nakre­ślone tu przeze mnie cere­mo­nie bar­dzo przy­po­mi­nają te, przez które prze­szedł John Coustos w Rain­bow Cof­fee House przy Fleet Street. Kolejne rytu­ały wyzna­czają jego ini­cja­cję oraz drogę z jed­nej pozy­cji zaj­mo­wa­nej w maso­ne­rii do następ­nej -?takie ozna­cze­nia sta­tusu nazy­wane są stop­niami. Tajem­nice są klu­czowe dla dra­ma­tycz­nej wymowy rytu­ałów masoń­skich.

Lizboń­scy inkwi­zy­to­rzy stwier­dzili, że rytu­ały te są "absur­dalne", i na prze­strzeni wie­ków wielu saty­ry­ków podzie­lało ich zda­nie. Śmia­nie się z tych rytu­ałów jest bar­dzo łatwe, ale na pewno nie ory­gi­nalne: im wię­cej dowia­duję się o maso­nach, tym bar­dziej nie­swojo czuję się, sły­sząc takie żarty, ponie­waż nie pozwa­lają nam one poznać histo­rii maso­nów i nie widzimy wów­czas, jak bar­dzo są oni do nas podobni.

Kiedy śmie­jemy się z rytu­ałów innych osób, zapo­mi­namy, jak duża część naszego życia opiera się na rytu­ałach, nawet jeśli na co dzień ich nie zauwa­żamy. Cho­dzi o przy­zwy­cza­je­nia takie jak ude­rza­nie dłoni o dłoń w geście uzna­nia, poda­wa­nie sobie dłoni na powi­ta­nie lub mówie­nie "na zdro­wie" pod­czas toa­stów. Nie­ważne, jak bar­dzo mate­rialne czy skom­pu­te­ry­zo­wane sta­nie się nasze życie lub jak głę­boko jeste­śmy prze­ko­nani o dobo­rze natu­ral­nym czy Wiel­kim Wybu­chu -?ni­gdy nie pozbę­dziemy się potrzeby rytu­ałów orga­ni­zu­ją­cych naszą codzien­ność. Naro­dziny, śluby i śmierci: nikt z nas nie czuje się odpo­wied­nio poże­niony, wydany za mąż czy wysłany na drugą stronę bez sto­sow­nych cere­mo­nii.

Prze­ciętny mason rozu­mie magię odpo­wied­nio odpra­wio­nych rytu­ałów lepiej niż więk­szość z nas. Rytu­ały ini­cja­cyjne bar­dziej suge­styw­nie niż inne doświad­cze­nia pod­po­wia­dają nam, że sta­li­śmy się kimś nowym. Rodzinne rytu­ały łączą rodzinę, ponie­waż wyko­nuje się je wspól­nie i ze wspól­nym punk­tem odnie­sie­nia, ale z dru­giej strony jeste­śmy podejrz­liwi wobec osób, które mają inne rytu­ały niż my. Co prawda w ogóle nie jestem reli­gijny, ale dora­sta­łem w kul­tu­rze angli­ka­ni­zmu i kiedy ludzie tacy jak ja sty­kają się z ideą muzuł­mań­skiego hadż­dżu (piel­grzymki do Mekki), żydow­skiego brit mila (rytu­ału obrze­za­nia) lub hin­du­skiej ofiary wedyj­skiej, zazwy­czaj jest to dla nich dziwne. Każdy, kto dopiero poznaje rytu­ały maso­nów i sto­so­wane przez nich ter­miny, nie­mal na pewno uznaje je za mętne -?potrzeba więc odro­biny cier­pli­wo­ści i empa­tii. Na szczę­ście, choć bra­cia muszą godzi­nami uczyć się wszyst­kich prze­mów i mecha­ni­zmów swo­jego sto­wa­rzy­sze­nia, nam wystar­czy tylko garść takich infor­ma­cji, aby doce­nić wol­no­mu­lar­ską histo­rię.

Kiedy już kan­dy­dat z opa­ską na oczach prze­kro­czy próg loży, popro­szony jest, żeby uklęk­nął do modli­twy. Następ­nie jest wie­dziony trzy­krot­nie wokół pokoju, aby potem zostać zapre­zen­to­wa­nym star­szym ofi­ce­rom loży, któ­rzy orze­kają, że męż­czy­zna ten ma co naj­mniej dwa­dzie­ścia jeden lat, jest "dobrych oby­cza­jów" i "uro­dził się wolny".

Zachę­cony przez mistrza loży kan­dy­dat składa wów­czas sze­reg oświad­czeń, zwłasz­cza doty­czą­cych tego, że wie­rzy w wybra­nego boga oraz że jego chęć dołą­cze­nia do maso­ne­rii nie jest podyk­to­wana "inte­re­sow­no­ścią lub innymi nie­ho­no­ro­wymi powo­dami".

Następ­nie przy­cho­dzi czas na kroki. Postu­lant idzie trzy kroki do przodu, z któ­rych każdy jest więk­szy niż poprzedni, a jego pięta musi uło­żyć się tak, aby obie stopy two­rzyły węgiel­nicę (czyli przy­rząd słu­żący do wyty­cza­nia kątów pro­stych). Zaraz po tym kan­dy­dat ponow­nie musi usta­wić nogi pod kątem pro­stym, klę­ka­jąc przed ołta­rzem na obna­żo­nym lewym kola­nie i wysu­wa­jąc prawą stopę do przodu; pro­szony jest wtedy o poło­że­nie ręki na Biblii, Kora­nie lub jakiej­kol­wiek innej wybra­nej przez sie­bie "księ­dze świę­tego prawa". W tym momen­cie należy rów­nież przy­siąc, że ni­gdy nie spi­sze się sekre­tów maso­ne­rii, które lada chwila ma się poznać. Jeśli nato­miast ktoś zdra­dzi jej tajem­nice, wów­czas cze­kają go mro­żące krew w żyłach kary: "pod karą pod­cię­cia mi gar­dła, wyrwa­nia języka oraz zako­pa­nia mojego ciała na brzegu morza przy naj­niż­szym pozio­mie wody, w odle­gło­ści jed­nego kabla od brzegu, gdzie fale odpły­wają i przy­pły­wają dwu­krot­nie w regu­lar­nych odstę­pach w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech godzin". Kiedy kan­dy­dat wypo­wie już te słowa i przy­pie­czę­tuje przy­sięgi poca­ło­wa­niem księgi świę­tego prawa, staje się "nowo przy­ję­tym" maso­nem, a z oczu zdej­mo­wana jest mu prze­pa­ska. Następ­nie opo­wiada mu się o trzech wiel­kich "sym­bo­licz­nych świa­tłach" maso­ne­rii. Pierw­sze leży przed nim na ołta­rzu i jest współ­dzie­lone z najwięk­szymi reli­giami świata -?to księga świę­tego prawa, czyli prze­wod­nik w spra­wach wiary. Dru­gie i trze­cie to insy­gnia wol­no­mu­lar­stwa, które wid­nieją na budyn­kach, far­tu­chach i przy­pin­kach na całym świe­cie: węgiel­nica, ozna­cza­jąca pra­wość, oraz cyr­kiel, sym­bol samo­kon­troli.

Następ­nie maso­nowi po ini­cja­cji pomaga się wstać i zapra­sza się go, aby sta­nął po pra­wej stro­nie mistrza, skąd może już spo­koj­nie spoj­rzeć w życz­liwe oczy braci sie­dzą­cych pod ścia­nami i podzi­wiać kwa­dra­towy kształt loży wraz z jej sławną pod­łogą w sza­chow­nicę. Za cza­sów Coustosa wzór ten zazwy­czaj był ryso­wany kredą -?dokład­nie tak, jak opo­wie­dział inkwi­zy­to­rom.

Uwagę nowo przy­ję­tego masona przy­ciąga ume­blo­wa­nie loży -?są tam, przy­kła­dowo, dwa filary się­ga­jące, mniej wię­cej, do ramion i zwień­czone glo­bami. Wokół ołta­rza, na któ­rym leży otwarta księga świę­tego prawa, znaj­dują się nato­miast trzy świece na minia­tu­ro­wych kolum­nach, z któ­rych każda ma inny kształt. Jedna, zakoń­czona mister­nie wyry­tymi liśćmi, jest wyko­nana w stylu korync­kim, a pozo­stałe dwie -?joń­skim i doryc­kim. Jak można się domy­ślić, wszystko to ma wymiar sym­bo­liczny. Na tym jed­nak eta­pie mistrz wyja­śnia jedy­nie zna­cze­nie świec (czyli, jak mówią masoni, "trzech małych świa­teł") odno­szą­cych się do trzech prze­wod­ni­ków, któ­rzy będą towa­rzy­szyć nowo przy­ję­tym maso­nom w ich życiu: to słońce, księ­życ i mistrz loży. Coustos przy­znał bowiem, że "słońce oświe­tla dzień, a księ­życ noc, i tak samo mistrz musi kie­ro­wać swo­imi ofi­ce­rami i uczniami i im prze­wo­dzić".

To jed­nak nie koniec lek­cji udzie­la­nej przez mistrza. Wol­no­mu­lar­stwo ma kilka stopni, z któ­rych ten wła­śnie, znany jako sto­pień ucznia, jest dopiero pierw­szym. Nowo przy­jęty brat może się więc spo­dzie­wać, że cze­kają go jesz­cze kolejne cere­mo­nie, a na razie wolno mu nauczyć się, jak nazy­wają to masoni, Znaku, Tokena i Słowa.

Znak, przy­po­mnie­nie o karach cze­ka­ją­cych każ­dego, kto zdra­dzi masoń­skie tajem­nice, polega (jak wyznał Coustos) na "przy­ło­że­niu pra­wej ręki do gar­dła tak, jakby się chciało je pod­ciąć".

Token, nazy­wany przez maso­nów rów­nież Dotknię­ciem, jest nam znany jako wol­no­mu­lar­ski uścisk dłoni. Według Coustosa dzięki temu masoni "w każ­dym miej­scu na świe­cie mogą roz­po­znać innych braci i upew­nić się, kto do ich brac­twa nie należy". Mistrz poka­zuje taki uścisk, kła­dąc kciuk na knyk­ciu palca wska­zu­ją­cego nowego masona.

Słowo to Boaz, czyli nazwa jed­nej z dwóch kolumn, które, jak opi­sane zostało w Księ­dze kró­lew­skiej, stały przy wej­ściu do świą­tyni Salo­mona. Wol­no­mu­la­rze czer­pią wiele swo­ich sym­boli z tej świą­tyni i jej budow­ni­czych. Słowo to jest tak tajemne, że masoni mogą je sobie tylko prze­li­te­ro­wać i ni­gdy nie wolno im wymó­wić go w cało­ści. Coustos, rzecz jasna, wszystko o nim inkwi­zy­cji opo­wie­dział. Boaz ma rów­nież zna­cze­nie sym­boliczne -?ozna­cza siłę.

Nowy mason musi jesz­cze zapre­zen­to­wać się przed ofi­ce­rami loży, za każ­dym razem wymie­nia­jąc z nimi Znak, Token i Słowo. To wszystko upraw­nia go do otrzy­ma­nia wol­no­mu­lar­skiego far­tu­cha z bara­niej skóry.

Po tym, kiedy nowy czło­nek wol­no­mu­lar­stwa zobo­wiąże się do wspo­mo­że­nia zubo­ża­łych maso­nów i ich rodzin, można mu wyba­czyć zało­że­nie, że cała pro­ce­dura już się skoń­czyła. Wciąż bowiem musi dowie­dzieć się o sym­bo­licz­nych narzę­dziach prze­zna­czo­nych dla maso­nów w stop­niu ucznia: to dwu­dzie­stocz­te­ro­ca­lowa miarka (lub linijka), mło­tek (lub pobi­jak) oraz dłuto; wszystko to meta­fo­rycz­nie przy­po­mina o tym, że powinno się dobrze wyko­rzy­sty­wać swój czas, ciężko pra­co­wać oraz nie pod­da­wać się tru­dom. Nowy mason musi także nauczyć się wielu innych sym­boli oraz abs­trak­cyj­nych rze­czow­ni­ków. Czeka na niego nie­mało infor­ma­cji o praw­dzie, hono­rze i cno­tach. O roz­wa­dze, powścią­gli­wo­ści oraz męstwie. Życz­li­wo­ści. Dobro­czyn­no­ści. I jesz­cze o wier­no­ści, posłu­szeń­stwie oraz -?co oczy­wi­ste -?dys­kre­cji. Wspo­mina mu się także o kilku innych zasa­dach, takich jak obo­wią­zek "nie­za­kłó­ca­nia spo­koju i porządku orga­ni­za­cji".

Następ­nie przy­cho­dzi czas na naj­dłuż­szy rytuał, sygna­li­zu­jący zamknię­cie posie­dze­nia loży -?jest on pełen kolej­nych zna­ków, modlitw, stu­kań, pod­nio­słych sfor­mu­ło­wań i dys­tyn­go­wa­nych ruchów. Po tym wszyst­kim, czyli po kil­ku­go­dzin­nych cere­mo­niach, masoni mogą udać się na uro­czy­sty posi­łek.

Pod­czas uczty nowo wybrany brat być może zasta­na­wia się, o co tyle krzyku. Te posępne pro­ce­dery i upiorne prze­strogi miały zapew­nić mu miej­sce w kom­pa­nii braci sto­ją­cej na straży prze­ło­mo­wych tajem­nic. Dołą­czył już zatem do tego sto­wa­rzy­sze­nia, ale gdzie te wszyst­kie sekrety? Jak na razie dowie­dział się tylko sekre­tów na temat sekre­tów. Zna już Znak, uścisk dłoni, hasło i tak dalej. Jed­nak wszystko to po pro­stu mówi o tym, że powi­nien on sta­rać się być przy­zwo­itym czło­wie­kiem.

Męż­czy­zna docho­dzi do wnio­sku, że w takim razie oświe­ce­nie przyj­dzie może wraz z kolej­nymi stop­niami. A jed­nak, kiedy nad­cho­dzi pora na cere­mo­nie ini­cja­cyjne, w któ­rych trak­cie jest on przy­jęty na drugi i trzeci sto­pień maso­ne­rii -?czyli sto­pień cze­lad­nika i mistrza -?oka­zuje się, że poza nie­wiel­kimi zmia­nami wszyst­kie one są do sie­bie bar­dzo podobne.

W cere­mo­nii dru­giego stop­nia (czyli stop­nia cze­lad­nika) kan­dy­data przy­go­to­wuje się, obna­ża­jąc jego prawe kolano i prawą pierś -?czyli odwrot­nie niż w cere­mo­nii pierw­szej. Drugi uścisk lub wol­no­mu­lar­ski uścisk dłoni polega na przy­ci­śnię­ciu kciu­kiem knyk­cia palca środ­ko­wego, a nie wska­zu­ją­cego. Prze­sła­nia moralne są tak samo jasne jak w przy­padku stop­nia pierw­szego, lecz zacho­dzą też pewne zmiany: kan­dy­dat sły­szy, że oprócz bycia przy­zwo­itym czło­wie­kiem powi­nien także dowie­dzieć się wię­cej o świe­cie. Następ­nie męż­czy­zna składa przy­sięgę pod karą roz­dar­cia jego piersi i wyrwa­nia mu serca, które zosta­nie pożarte przez sępy. Słowo to w tym przy­padku Jakin, czyli nazwa dru­giej kolumny ze świą­tyni Salo­mona.

Kan­dy­da­towi na sto­pień trzeci (sto­pień mistrza) należy cał­ko­wi­cie zdjąć koszulę i obna­żyć oba kolana. W uści­sku dłoni mistrza trzeba roz­dzie­lić palce środ­kowy i ser­deczny tro­chę tak, jak robił to Spock, a karą za zła­ma­nie przy­sięgi jest prze­cię­cie na pół oraz spa­le­nie wnętrz­no­ści na popiół, który potem zosta­nie roz­rzu­cony na powierzchni ziemi. Sło­wem jest w tym przy­padku Maha­bone -?jego zna­cze­nie nie jest jasne, ale według nie­któ­rych w jakimś nie­okre­ślo­nym języku ozna­cza "loża jest otwarta".

Cere­mo­nia stop­nia mistrza jest naj­waż­niej­szą ze wszyst­kich trzech i sta­nowi punkt kul­mi­na­cyjny pro­cesu przy­ję­cia do maso­ne­rii. Trwa znacz­nie dłu­żej niż dwie poprzed­nie, a jej moty­wem prze­wod­nim jest śmierć -?mimo to wydaje się, że masoni dobrze się wów­czas bawią. Męż­czy­zna ubie­ga­jący się o przy­ję­cie na ten wyż­szy sto­pień musi przy­go­to­wać nie­wielką sztukę, w któ­rej odgrywa mor­der­stwo Hirama Abiffa, archi­tekta świą­tyni Salo­mona. Jak powiada histo­ria, Hiram został zabity w wyniku cio­sów zada­nych mu w głowę po tym, kiedy odmó­wił wyja­wie­nia sekre­tów mistrza kamie­niar­stwa. Kan­dy­dat odgrywa rolę Hirama: inne osoby na niego krzy­czą, nieco nim ponie­wie­rają i "grze­bią" go w płó­cien­nym worku na zwłoki, a następ­nie obno­szą go po loży w pro­ce­sji. Wresz­cie Hiram Abiff zostaje wskrze­szony dzięki magii uści­sku dłoni mistrza oraz spe­cjal­nemu, życio­daj­nemu masoń­skiemu obję­ciu.

Sekrety zamknięte są w idei ini­cja­cji na trzy spu­sty: samo ist­nie­nie rytu­ałów jest tajem­nicą, w ich trak­cie składa się kilka prze­ra­ża­ją­cych przy­siąg zacho­wa­nia tajem­nicy, a same tajem­nice ukryte są za sym­bo­lami. Punkt kul­mi­na­cyjny cere­mo­nii nada­nia stop­nia mistrza nad­cho­dzi, gdy ujaw­nia się naj­głęb­szą i naj­strasz­niej­szą tajem­nicę. A jest nią stwier­dze­nie, że... śmierć to poważna sprawa, która pozwala nam spoj­rzeć na świat z szer­szej per­spek­tywy.

Kan­dy­dat na sto­pień mistrza zostaje rytu­al­nie spo­nie­wie­rany, kiedy pró­buje się go zmu­sić do wyja­wie­nia sekre­tów maso­ne­rii.

I tak naprawdę to już wszystko. Oka­zuje się, że mimo tych wielu warstw tajem­nic masoń­ska obiet­nica ujaw­nie­nia ukry­tych sekre­tów oka­zuje się ład­nym opa­ko­wa­niem dla kilku słów prawdy. Jak wyja­śnia rytuał dru­giego stop­nia, maso­ne­ria jest po pro­stu "szcze­gól­nym sys­te­mem moral­no­ści, zawo­alo­wa­nym ale­go­rią i uka­za­nym za pomocą sym­boli".

Co prawda mogli­ście sły­szeć mię­dzy innymi o maso­nach trzy­dzie­stego trze­ciego stop­nia, ale w maso­ne­rii nie ma już wyż­szego stop­nia niż ten trzeci, czyli mistrz. Jed­nak na prze­strzeni czasu co bar­dziej entu­zja­styczni bra­cia opra­co­wali sporo "stopni pobocz­nych", a Ryt Szkocki, wraz ze swo­imi trzy­dzie­stoma dodat­ko­wymi stop­niami, jest najbar­dziej skom­pli­ko­wany. (Na Wyspach Bry­tyj­skich znany jest on jako Rose Croix). Warto mimo wszystko pamię­tać, że te poboczne stop­nie są po pro­stu dodat­ko­wymi waria­cjami na temat tych trzech stopni opi­sa­nych powy­żej. Kiedy zapy­ta­łem jed­nego masona, dla­czego tak mu zale­żało na zdo­by­wa­niu wielu kolej­nych stopni, odpo­wie­dział mi po pro­stu, że "to uza­leż­nia". Żaden z nich nie jest wyjąt­kowo inno­wa­cyjny: wszyst­kie są oparte na tym samym połą­cze­niu ale­go­rii, sztam­po­wych zasad moral­nych i uro­czy­stego poczu­cia wspól­noty. Nie bra­kuje tam nato­miast kre­atyw­no­ści w kwe­stii wyko­rzy­sta­nia sym­boli i impo­nu­ją­cych kostiu­mów.

Nie powin­ni­śmy zatem nego­wać fascy­nu­ją­cego cha­rak­teru masoń­skich cere­mo­nii, tak samo jak nie powin­ni­śmy odgór­nie zakła­dać, że moral­ność i filo­zo­fia wyra­żane poprzez takie rytu­ały są banalne. Zna­cze­nia ukryte w tych wszyst­kich sym­bo­lach mogą się wyda­wać wyjąt­kowo okle­pane: bądź dobrym czło­wie­kiem, sta­raj się być oczy­tany i sza­nuj prze­ko­na­nia reli­gijne innych osób. A jed­nak, w porów­na­niu z nie­bez­piecz­nie absur­dal­nymi ide­ami pro­pa­go­wa­nymi przez wiele orto­dok­syj­nych reli­gii - pale­nie na sto­sach cza­row­nic, zabi­ja­nie nie­wier­nych, pięt­no­wa­nie grzesz­ni­ków -?zasady, któ­rych mają prze­strze­gać masoni, wydają się bar­dzo pozy­tywne.

Wol­no­mu­la­rze pod­kre­ślają, że ich bra­ter­stwo nie jest reli­gią, choć zda­niem wielu skoro tak jak w przy­padku reli­gii mają oni wła­sne cere­mo­nie i sym­bole oraz poru­szają tema­tykę moral­no­ści i ducho­wo­ści, upie­ra­nie się przy tym przy­po­mina dzie­le­nie włosa na czworo. Może zatem powinno się przed­sta­wiać wol­no­mu­lar­stwo jako reli­gię dru­giego rzędu - człon­ko­wie wol­no­mu­lar­stwa mają wol­ność sumie­nia, mogą podej­mo­wać wła­sne decy­zje w przy­pad­kach zawi­ło­ści teo­lo­gicz­nych, a jed­no­cze­śnie dys­po­nują mode­lem wspól­nego życia w kon­struk­tyw­nym spo­koju ducha. Łatwo się z tego śmiać, ale trudno się z tym nie zgo­dzić, zwłasz­cza że wielu maso­nów udziela się także cha­ry­ta­tyw­nie.

Po tym jak John Coustos wyznał to wszystko por­tu­gal­skim inkwi­zy­to­rom, kil­ka­krot­nie przy­znali oni, że Coustos jest "godny uzna­nia" - przy­naj­mniej do czasu, aż zaczęto pytać go o cel tych wszyst­kich rytu­ałów. Oto co w tej spra­wie zapi­sali inkwi­zy­to­rzy:

[Coustos] powie­dział: jedy­nym celem [rytu­ałów] jest utrzy­ma­nie tajem­nic, któ­rych mają strzec wszy­scy człon­ko­wie.

Pyta­nie: jeśli, tak jak mówi, jedy­nym moty­wem wspo­mnia­nych zasad i cere­mo­nii jest pod­trzy­my­wa­nie tajem­nic, jaki jest wów­czas główny cel tej taj­no­ści, skoro za jej naru­sze­nie grożą tak surowe i nie­spo­ty­kane kary? (...)

[Coustos] powie­dział: głów­nym celem takich pro­ce­dur jest taka wła­śnie taj­ność.

Zatem celem wol­no­mu­lar­skiej taj­no­ści jest taj­ność. Nie brzmi to jak dobry spo­sób, aby cokol­wiek ukryć. Innymi słowy, całe to zamie­sza­nie wokół tajem­nic jest rytu­alną fik­cją, a prze­ra­ża­jące kary za zła­ma­nie przy­siąg ni­gdy nie będą egze­kwo­wane -?to tylko teatr. Jak można się spo­dzie­wać, dla inkwi­zy­to­rów ta część wypo­wie­dzi Coustosa była "skró­towa, wymi­ja­jąca i myląca" i wła­śnie dla­tego go tor­tu­ro­wano: prawda o maso­ne­rii była po pro­stu kom­plet­nie roz­cza­ro­wu­jąca.

Mimo że Coustos w rze­czy­wi­sto­ści nie był boha­te­rem, za jakiego się poda­wał, trzeba pod­kre­ślić, że nie zmy­ślił cze­goś, co zado­wo­li­łoby inkwi­zy­to­rów. Z łatwo­ścią mógł prze­cież prze­ka­zać im infor­ma­cje o jakichś wyssa­nych z palca świę­to­kradz­twach, dzięki czemu jego oprawcy byliby ukon­ten­to­wani, że nie mar­nują czasu. Kiedy Tom­maso Cru­deli, wło­ski mason, został aresz­to­wany przez inkwi­zy­cję we Flo­ren­cji mniej wię­cej w tym samym cza­sie, sprawa prze­ciwko niemu była oparta na zezna­niach innego wol­no­mu­la­rza. Zgod­nie z tymi infor­ma­cjami rekruci byli mastur­bo­wani przez wyż­szych rangą maso­nów, a następ­nie zmu­szano ich do pod­pi­sa­nia wła­snym nasie­niem prze­ra­ża­ją­cej przy­sięgi: zobo­wią­zy­wali się ponoć do popeł­nia­nia wszyst­kich moż­li­wych prze­stępstw, z wyjąt­kiem sodo­mii. Dla­tego też Coustos w pew­nym sen­sie był męczen­ni­kiem: cier­piał za to, że roz­cza­ro­wał inkwi­zy­cję. A jed­nak od tego czasu inni masoni, tacy jak Coustos, oraz wro­go­wie maso­nów, tacy jak inkwi­zy­to­rzy, nie mogli powstrzy­my­wać się przed upa­try­wa­niem w tajem­ni­cach maso­ne­rii cze­goś wię­cej, niż w rze­czy­wi­sto­ści można było w nich doj­rzeć. Na tym wła­śnie polega iro­nia, która będzie prze­pla­tać się przez wiele kolej­nych histo­rii. Koniec koń­ców tajem­nice maso­nów nie skry­wają żad­nych szcze­gól­nych tre­ści, lecz jed­no­cze­śnie sami masoni oraz ich wro­go­wie na prze­strzeni dzie­jów i w róż­nych zakąt­kach świata dopil­no­wali, żeby każdy chciał te sekrety odkryć.

3

Edynburg. Sztuka pamięci

Skromna grupa o wielkich ambicjach

Naj­waż­niej­sze sym­bole wyko­rzy­sty­wane przez maso­nów w ich rytu­ałach, czyli far­tu­chy, kolumny, węgiel­nice i kiel­nie, zwią­zane są z pracą kamie­nia­rzy. Według wol­no­mu­la­rzy przed­mioty te nie tylko niosą prze­sła­nie moralne, lecz także opo­wia­dają histo­rię o maso­ne­rii, któ­rej począt­ków upa­try­wać można w gil­diach śre­dnio­wiecz­nych rze­mieśl­ni­ków. Takie infor­ma­cje znaj­dują się rów­nież w nie­zli­czo­nych książ­kach poświę­co­nych maso­ne­rii. Do wol­no­mu­la­rzy bar­dzo prze­ma­wia idea, zgod­nie z którą są oni potom­kami śre­dnio­wiecz­nych kamie­nia­rzy: łączy ich to bowiem z budow­ni­czymi tak wspa­nia­łych katedr jak te w Salis­bury, Lin­coln czy Yorku. To z kolei przy­wo­dzi na myśl wizję idyl­licz­nej Anglii sprzed rewo­lu­cji prze­my­sło­wej.

A jed­nak kiedy przy­cho­dzi moment, w któ­rym trzeba wyja­śnić, w jaki spo­sób gil­die prze­kształ­ciły się w loże masoń­skie, histo­rycy stoją przed ogrom­nym pro­ble­mem, ponie­waż śre­dnio­wieczni kamie­nia­rze wyjąt­kowo nie­udol­nie radzili sobie z for­mo­wa­niem gil­dii. W XIV i XV wieku wła­ści­wie każdy sza­nu­jący się fach we wszyst­kich angiel­skich mia­stach miał wła­sną gil­dię. Garn­ca­rze, gra­ba­rze, grę­pla­rze, grze­bie­nia­rze, gwoź­dzia­rze -?wszy­scy mieli ugrun­to­wane gil­die. Wszy­scy oprócz kamie­nia­rzy.

Powo­dem była nie­wy­star­cza­jąca ilość pracy -?budul­cem więk­szo­ści budyn­ków w śre­dnio­wiecz­nej Anglii był nie kamień, ale nie­ko­niecz­nie szla­chetna mie­szanka wikliny z gliną, w któ­rej nie bra­ko­wało także gałęzi, słomy czy zwie­rzę­cych odcho­dów. Na usługi kamie­niar­skie nie było zatem takiego popytu jak, przy­kła­dowo, na pracę cie­śli czy strze­cha­rzy. W rezul­ta­cie w więk­szo­ści miast nie można było zebrać wystar­cza­ją­cej liczby kamie­nia­rzy, nawet żeby porząd­nie zagrać w kości, a co dopiero stwo­rzyć gil­dię. Jeżeli nato­miast kamie­nia­rze nale­żeli już do gil­dii, zazwy­czaj znaj­do­wali się tam razem z innymi przed­sta­wi­cie­lami prze­my­słu budow­la­nego -?głów­nie róż­nego rodzaju robot­ni­kami.

Kamie­nia­rze pro­wa­dzili wędrowne życie, łapiąc się róż­nych oka­zji i z rzadka gru­pu­jąc się w danym miej­scu, aby zbu­do­wać kamienny most lub dom. W wielu przy­pad­kach róż­nica mię­dzy kamie­nia­rzem a zwy­kłym robot­ni­kiem była bar­dzo sub­telna. Kiedy nato­miast reali­zo­wane były duże pro­jekty - budowa zamku, opac­twa czy kate­dry -?zatrud­niano wielu kamie­nia­rzy, i to z dale­kich stron; czę­sto taka rekru­ta­cja była przy­mu­sowa, ponie­waż otrzy­my­wano nakaz od mistrza kamie­niar­stwa, który zawie­rał umowę z kró­lem lub bisku­pem. Tacy eli­tarni mistrzo­wie rów­nież nie mieli sta­łego zatrud­nie­nia, ale indy­wi­du­al­nie byli bar­dzo wpły­wowi. Dla­tego też tra­dy­cyjne gil­die nie mogły repre­zen­to­wać zarówno ich, jak i maso­wych, zwy­kłych pra­cow­ni­ków.

Co cie­kawe, spo­śród tak wielu rze­mieśl­ni­ków okresu angiel­skiego śre­dnio­wie­cza kamie­nia­rze mieli naj­mniej­sze szanse na to, że zrze­sza­jąca ich orga­ni­za­cja prze­trwa wieki i prze­kształci się w takie brac­two jak wol­no­mu­lar­stwo. Już od wielu poko­leń masoń­scy histo­rycy bez­sku­tecz­nie pró­bują odkryć ogniwo pomię­dzy, jak sami mówią, ope­ra­tyw­nymi kamie­nia­rzami -?czyli oso­bami uzbro­jo­nymi w dłuta, piony, a także mię­śnie i odci­ski -?oraz dzi­siej­szymi spe­ku­la­tyw­nymi wol­no­mu­la­rzami - ludźmi, któ­rych narzę­dzia mają wymiar filo­zo­ficzny, a nie prak­tyczny.

Jeśli zatem to nie śre­dnio­wieczne gil­die są bra­ku­ją­cym ogni­wem mię­dzy daw­nymi kamie­nia­rzami a dzi­siej­szymi wol­no­mu­la­rzami, to co nim jest? Do prawdy możemy zbli­żyć się, choć bar­dzo powoli, bada­jąc nie rze­czy­wi­stość pracy śre­dnio­wiecz­nych kamie­nia­rzy, lecz ich kul­turę i histo­rię, czyli ele­menty, które stały się póź­niej czę­ścią wol­no­mu­lar­stwa.

Wspólne życie każ­dego śre­dnio­wiecz­nego fachu wypeł­nione było regu­la­cjami, rytu­ałami oraz mitami. Nie bra­ko­wało tam także rytu­ałów ini­cja­cyj­nych czy uro­czy­stych i prze­ra­ża­ją­cych przy­siąg, które miały na celu ochronę tajem­nic danego rze­mio­sła i wzmac­nia­nie soli­dar­no­ści wśród rze­mieśl­ni­ków. Trzeba było zapa­mię­tać różne prawa i hasła, czę­sto po to, aby dema­sko­wać oszu­stów, któ­rzy poja­wiali się u bram mia­sta w poszu­ki­wa­niu pracy. Wypra­wiano także huczne uczty z oka­zji świąt i opo­wia­dano sobie legendy: szewcy, któ­rzy zaj­mo­wali się wyra­bia­niem wytwor­nych butów, wie­rzyli, że po tym, jak ich patron, Święty Hugo, zmarł męczeń­ską śmier­cią, jego kości zamie­niły się w szew­skie narzę­dzia.

Bry­tyj­scy kamie­nia­rze nad­ra­biali braki w orga­ni­za­cji swo­jej gil­dii, two­rząc wyjąt­kowo duży zestaw zasad, sym­boli i mitów. Kamie­niar­ski kodeks znany jako Stare obo­wiązki (Old Char­ges) był prze­ka­zy­wany ust­nie, ale ponie­waż pamięć ustna jest zawodna, jego treść czę­sto się zmie­niała -?poje­dyn­cze frag­menty były doda­wane, ujmo­wane, prze­ina­czane czy zapo­mi­nane. Co jakiś czas różne wer­sje Sta­rych obo­wiąz­ków były spi­sy­wane, a pierw­szy tekst, który prze­trwał ten zawiły pro­ces, napi­sany jest wier­szem, dzięki czemu łatwiej było zapa­mię­tać jego 826 wer­sów; obec­nie znany jest on maso­nom na całym świe­cie jako poemat Regius. Jego pocho­dze­nie nie zostało pre­cy­zyj­nie usta­lone, ale przy­pusz­cza się, że powstał w hrab­stwie Shrop­shire w 1430 roku.

Prze­pisy wyszcze­gól­nione w Sta­rych obo­wiąz­kach to stan­dar­dowe reguły dla śre­dnio­wiecz­nych rze­mieśl­ni­ków. Można tam zna­leźć zarówno ogólne wska­zówki doty­czące dobrych manier (nie prze­kli­naj w kościele, nie wydmu­chuj nosa w ser­wetkę), jak i regu­la­cje bez­po­śred­nio doty­czące pracy kamie­niar­skiej, czyli, przy­kła­dowo, mistrz musi spra­wie­dli­wie pła­cić swoim pra­cow­ni­kom i nad­zo­ro­wać jakość ich pracy. Jed­nak to, co wyróż­nia Stare obo­wiązki i co napro­wa­dza nas na szlak powsta­nia wol­no­mu­lar­stwa, to mito­lo­gia kamie­nia­rzy -?histo­ria opo­wia­da­jąca o tym, jak rze­mio­sło kamie­niar­skie naro­dziło się u zara­nia dzie­jów i jak wielcy kamie­nia­rze prze­ka­zy­wali sobie przez wieki jego tra­dy­cje.

Dra­ma­tis per­so­nae tych opo­wie­ści to nie byle kto z nie byle jakim pocho­dze­niem: greccy myśli­ciele spo­ty­kają się tam z wiel­kimi szy­chami z Księgi Wyj­ścia i Księgi Kró­lew­skiej. Jest też kilka postaci, które są naprawdę istotne, ponie­waż stały się póź­niej czę­ścią masoń­skich legend. Jedna z nich to Her­mes Tri­sme­gi­stos, uczony, który po poto­pie z udzia­łem Noego odkrył geo­me­tryczne zasady kamie­niar­stwa wyryte przez zapo­bie­gli­wych kamie­nia­rzy sprzed cza­sów potopu na dwóch kamien­nych fila­rach. Następ­nym w kolejce wiel­kim kamie­nia­rzem był Eukli­des, grecki mate­ma­tyk, który prze­ka­zał sta­ro­żyt­nym Egip­cja­nom całą wie­dzę z zakresu kamie­niar­stwa: dzięki temu powstały pira­midy. Jest tam rów­nież Salo­mon, który zatrud­nił czter­dzie­ści tysięcy kamie­nia­rzy do budowy swo­jej świą­tyni, sta­no­wią­cej obraz kamie­niar­skiego kunsztu. Główny kamie­niarz pocho­dził z Tyru i w póź­niejszych wer­sjach opo­wie­ści nazy­wano go Hira­mem Abif­fem -?to ten sam, który odgrywa naj­waż­niej­szą rolę w masoń­skich rytu­ałach trze­ciego stop­nia.

Kamie­niar­skiej mito­lo­gii nie spo­sób odmó­wić braku wznio­sło­ści: bez­ładna grupa rze­mieśl­ni­ków przy­pi­sy­wała sobie pocho­dze­nie tak dawne i oka­załe, że nie powsty­dzi­łaby się go żadna dyna­stia kró­lew­ska. Mieli oni także bar­dzo poważne ambi­cje inte­lek­tu­alne: Stare obo­wiązki utoż­sa­miały rze­mio­sło kamie­niar­skie z geo­me­trią i to wła­śnie dla­tego Eukli­des, znany jako ojciec geo­me­trii, miał dla kamie­nia­rzy tak duże zna­cze­nie. Geo­me­tria była prze­cież zali­czana do pod­stawy pro­gra­mo­wej śre­dnio­wiecz­nych uni­wer­sy­te­tów wraz z gra­ma­tyką, logiką, reto­ryką, aryt­me­tyką, muzyką i astro­no­mią. Stare obo­wiązki gło­siły zresztą, że kamie­niar­ska geo­me­tria jest naj­bar­dziej sza­cowną dzie­dziną ludz­kiej wie­dzy, i masoni na­dal trak­tują geo­me­trię jako meta­forę fun­da­men­tal­nego porządku wszech­świata. Wielka litera G, która czę­sto figu­ruje obok węgiel­nicy i cyr­kla jako insy­gniów masoń­skich, odnosi się wła­śnie do geo­me­trii i do Boga2.

Na­dal jed­nak daleko nam do zna­le­zie­nia rze­czy­wi­stego histo­rycz­nego związku pomię­dzy Sta­rymi obo­wiąz­kami a wol­no­mu­lar­stwem. (A do tego wła­śnie miej­sca dotarli masoń­scy histo­rycy pra­cu­jący nad tym zagad­nie­niem).

Po stu­le­ciach misty­fi­ka­cji (w któ­rych, jak się prze­ko­namy, osiem­na­sto­wieczni masoni ode­grali nie­małą rolę) prze­ko­nu­jąca wer­sja począt­ków wol­no­mu­lar­stwa uka­zała się dopiero nie­dawno, kiedy to w 1988 roku opu­bli­ko­wano prze­ło­mowe wyniki badań. Początki maso­ne­rii wcale nie się­gają śre­dnio­wie­cza -?należy ich raczej upa­try­wać w okre­sie, kiedy śre­dnio­wieczny świat roz­pa­dał się już na kawałki i rodziła się nowo­cze­sność. Ponadto iskra maso­ne­rii została wznie­cona nie pośród śre­dnio­wiecznych gil­dii i gotyc­kich katedr Anglii, lecz na rene­san­so­wym dwo­rze sto­licy Szko­cji, czyli Edyn­burga.

Szkocki Salomon

Refor­ma­cja podzie­liła Europę na wskroś. Aż do 1517 roku Kościół rzym­sko­ka­to­licki sta­no­wił jedyną drogę do Boga i jedyny gwa­rant wła­dzy kró­lew­skiej. Rzym zaj­mo­wał pewne miej­sce w cen­trum świata chrze­ści­jań­skiego, a w całej Euro­pie potężne gotyc­kie kate­dry ze swoją strze­li­stą nie­zmien­no­ścią świad­czyły o porządku spraw ludz­kich, który pocho­dził wprost z nieba.

Potem jed­nak przy­szedł czas na atak Lutra, w wyniku któ­rego naro­dził się pro­te­stan­tyzm, a chrze­ści­jań­stwo zostało nie­od­wra­cal­nie podzie­lone. Roz­po­częła się epoka wojen reli­gij­nych i po całym kon­ty­nen­cie roz­prze­strze­nił się głód nowych idei -?naj­le­piej w for­mie dru­ko­wa­nej. W rezul­ta­cie dotych­czas nie­kwe­stio­no­wane aspekty wiary takie jak dok­tryna czyśćca oraz czcze­nie reli­kwii i ikon zaczęły być trak­to­wane jako znaki dzia­ła­nia Anty­chry­sta.

Refor­ma­cja poja­wiła się w Szko­cji późno, ale z impe­tem. Począw­szy od 1560 roku ofiarą tego entu­zja­zmu zaczęły być budynki reli­gijne. Szkoccy pro­te­stanci byli znani z wście­kło­ści, z którą nisz­czyli bał­wo­chwal­cze pomniki, witraże oraz kamienne orna­menty. Kate­dra Świę­tego Andrzeja, naj­więk­szy kościół w kraju oraz nie­zwy­kły owoc stu­pięć­dzie­się­cio­let­niej pracy, została zde­wa­sto­wana i opusz­czona. W Edyn­burgu ogra­biono i znisz­czono opac­two Holy­rood -?miej­sce spo­czynku kró­lów. Wyznawcy nowego, pro­te­stanc­kiego Kościoła w Szko­cji byli prze­ko­nani, że Bóg chce, aby miej­sca modlitw były bru­tal­nie surowe -?wystar­czy pro­sto­kątny budy­nek o ścia­nach z kamie­nia polnego. Nie budo­wano już katedr, klasz­to­rów czy wyra­fi­no­wa­nych kościo­łów, więc szkoccy kamie­niarze nie bez powodu oba­wiali się refor­ma­cji. Strata takiego klienta jak Kościół była dla nich kata­strofą.

Ponadto, jak wia­domo, nie­szczę­ścia cho­dzą parami -?upa­dek wła­dzy kró­lew­skiej ozna­czał wstrzy­ma­nie głów­nych pro­jek­tów budow­la­nych monar­chii. Król Szko­cji Jakub VI nie­za­prze­czal­nie był dziec­kiem refor­ma­cji, któ­rego dzie­ciń­stwo było burz­liwe nawet jak na ówcze­sne stan­dardy. Jego matką była Maria Stu­art, kró­lowa Szko­tów i kato­liczka ska­zana na wygna­nie po tym, jak poślu­biła męż­czy­znę, który praw­do­po­dob­nie był odpo­wie­dzialny za spi­sek pro­chowy uwień­czony śmier­cią ojca Jakuba. W rezul­ta­cie wybu­chła sze­ścio­let­nia wojna domowa, a trzy­na­sto­mie­sięczny Jakub został porwany i pospiesz­nie koro­no­wany w kościele para­fial­nym w Stir­ling. Młody król został wycho­wany na pro­te­stanta przez despo­tycz­nych opie­ku­nów, któ­rzy wma­wiali mu, że jego matka była cza­row­nicą, a w tym samym cza­sie zachłanne dwor­skie frak­cje toczyły ze sobą walki. Zwa­śnieni i roz­ju­szeni szkoccy ary­sto­kraci zacho­wy­wali się jak wysoko uro­dzeni ban­dyci.

Jakub miał zale­d­wie dzie­więt­na­ście lat, kiedy w 1585 roku posta­no­wił podzię­ko­wać swoim współ­wła­da­ją­cym i sam prze­jął kon­trolę nad rzą­dem. Przez kolejne pięt­na­ście lat cier­pli­wie i mądrze hamo­wał reli­gij­nych eks­tre­mi­stów i prze­ja­wiał nawet pewien sto­pień tole­ran­cji, a oprócz tego zdo­był popar­cie ary­sto­kra­cji, więc prze­moc z jej strony rów­nież zma­lała. Bar­dzo roz­sąd­nie wysto­so­wał także jedy­nie for­malny pro­test, kiedy Elż­bieta I ścięła jego matkę w 1587 roku. Z każ­dym rokiem wyda­wało się coraz bar­dziej pewne, że to Jakub obej­mie tron po bez­dziet­nej Elż­bie­cie I i złą­czy Anglię i Szko­cję.

Jakub był nie tylko dobrym poli­ty­kiem, lecz także inte­lek­tu­ali­stą - poetą, teo­lo­giem oraz auto­rem prac poświę­co­nych teo­rii i prak­tyce kró­lo­wa­nia. Ponadto Daemo­no­lo­gie [Demo­no­lo­gia], książka poświę­cona czar­nej magii, napi­sana przez Jakuba w 1597 roku, była głów­nym źró­dłem, z któ­rego korzy­stał Szek­spir, kreu­jąc wiedźmy w Mak­be­cie (1606). Ten król nauko­wiec tchnął nowe życie w szkocki dwór i jesz­cze bar­dziej otwo­rzył go na wpływy euro­pej­skiego rene­sansu. Ary­sto­kra­cja zaczęła podró­żo­wać do Fran­cji i Włoch, skąd wra­cała zafa­scy­no­wana całym wachla­rzem mię­dzy­na­ro­do­wych inte­lek­tu­al­nych tren­dów się­ga­ją­cych od teo­rii poezji, medy­cyny i tech­niki woj­sko­wej aż po alche­mię, astro­lo­gię i magię.

Posą­dzone o magię kobiety przed obli­czem Jakuba VI, króla Szko­cji (1566-1625). Rycina pocho­dzi z książki Daemo­no­lo­gie Jakuba VI.

Jakub zbu­do­wał lojalną mu admi­ni­stra­cję spo­śród sze­re­gów ary­sto­kra­cji i inte­lek­tu­ali­stów. Jed­nym z jej nowych człon­ków był Wil­liam Schaw, wykształ­cony i obyty w świe­cie drobny ary­sto­krata, który został mia­no­wany na kró­lew­skiego prze­ło­żo­nego robót. Osoba pia­stu­jąca to sta­no­wi­sko była odpo­wie­dzialna za budowę, naprawę i utrzy­ma­nie wszyst­kich budyn­ków króla Szko­cji oraz za orga­ni­za­cję kró­lew­skich cere­mo­nii.

Tak jak inni pół­noc­no­eu­ro­pej­scy inte­lek­tu­ali­ści, Schaw był zachwy­cony rene­san­sem, który w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji powra­cał do kla­sycz­nych wzor­ców. Klu­czo­wym źró­dłem był dla Schawa tekst O archi­tek­tu­rze ksiąg dzie­sięć, napi­sany w I wieku p.n.e. przez Witru­wiu­sza -?inży­niera i kon­struk­tora, który pra­co­wał dla Juliu­sza Cezara. Witru­wiusz uwa­żał, że ludzie pro­jek­tu­jący budynki muszą być inte­lek­tu­ali­stami, a nie tylko zwy­kłymi budow­ni­czymi. Pod jego wpły­wem pre­stiż daw­nych mistrzów budow­nic­twa zma­lał, a na hory­zon­cie rene­san­so­wej Europy poja­wił się nowy boha­ter: archi­tekt. Wil­liam Schaw był pierw­szym w histo­rii Szko­tem, któ­rego nazwano archi­tektem.

W lutym 1594 roku dwór świę­to­wał naro­dze­nie kró­lew­skiego potomka w zamku w Stir­ling. Kró­lowi Jaku­bowi bar­dzo zale­żało, aby chrzest jego syna był spek­ta­klem wyra­fi­no­wa­nia oraz poboż­no­ści, i w tym celu zle­cił eks­pre­sową budowę nowej kaplicy zam­ko­wej. Za pro­jekt odpo­wia­dał Schaw i do jego reali­za­cji zatrud­niono naj­lep­szych kamie­nia­rzy z całego kraju. Kaplica kró­lew­ska w Stir­ling jest naj­wcze­śniej­szym tego typu budyn­kiem okresu rene­sansu w Wiel­kiej Bry­ta­nii, a jej cha­rak­te­ry­styczną cechą są zakoń­czone łukami okna w stylu flo­ren­tyń­skim i, podob­nie jak w przy­padku kaplicy Syk­styń­skiej, wznie­sio­nej w latach sie­dem­dzie­sią­tych XV wieku, wymiary i wzór kaplicy kró­lew­skiej wzo­ro­wane są na świą­tyni Salo­mona, opi­sa­nej w Księ­dze kró­lew­skiej. Pewien angiel­ski wysłan­nik na szkoc­kim dwo­rze opi­sał ją nawet jako "wspa­niałą świą­tynię Salo­mona". Król Salo­mon był sta­ro­te­sta­men­to­wym uoso­bie­niem kró­lew­skiej mądro­ści, sta­no­wił więc ide­alne alter ego dla króla naukowca takiego jak Jakub i nadworni poeci w Szko­cji nie omiesz­kali takich porów­nań wygła­szać. Nie­któ­rzy twier­dzili nawet, że Jakub jest do Salo­mona podobny.

Cztery lata póź­niej Schaw zasiadł w pałacu Holy­rood w Edyn­burgu, aby roz­po­cząć tajne nego­cja­cje w imie­niu swo­jego Salo­mona. Naprze­ciwko niego przy stole znaj­do­wała się grupa mistrzów kamie­niar­stwa, z któ­rych nie­któ­rzy brali udział w budo­wie kró­lew­skiej kaplicy w Stir­ling. Spo­tka­nie to zaszcze­piło jedne z naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cych idei rene­san­so­wej kul­tury dwor­skiej Jakuba VI w śre­dnio­wiecz­nych meto­dach pracy kamie­nia­rzy opi­sa­nych w Sta­rych obo­wiąz­kach. Owo­cem tych prze­mian była maso­ne­ria.

Podob­nie jak w Anglii kamie­nia­rze w Szko­cji nie byli odpo­wied­nio zor­ga­ni­zo­wani: gil­die w obu miej­scach zostały dodat­kowo osła­bione przez refor­ma­cję i w ich skład wcho­dzili zwy­kli robot­nicy. Jed­nak kiedy król Jakub VI miał już pełną wła­dzę, zaczęło poja­wiać się coraz wię­cej pro­jek­tów pre­sti­żo­wych budyn­ków -?w takich warun­kach kamie­nia­rze mogli już spo­koj­nie ode­tchnąć. Gdzie­nie­gdzie, jesz­cze przed spo­tka­niem z Scha­wem, zaczęli się for­mo­wać w lokalne grupy, które nie miały nic wspól­nego z gil­diami, a wręcz były im nie­znane. Grupy takie nazy­wano lożami, a nazwa ta zwią­zana jest z tym­cza­so­wymi cha­łu­pami sta­wia­nymi na pla­cach budowy -?po raz pierw­szy wów­czas słowo "loża" zaczęło odno­sić się nie do miej­sca, ale do orga­ni­za­cji3.

Spo­tka­nie w 1598 roku z kró­lew­skim prze­ło­żo­nym robót miało bar­dzo ambitny pro­gram. Schaw uznał, że rodzące się orga­ni­za­cje kamie­nia­rzy są szansą na zgro­ma­dze­nie przy dwo­rze klu­czo­wych stron­ni­ków króla, i chciał mia­no­wać się ogól­no­kra­jo­wym patro­nem, a dokład­nie "głów­nym dozorcą" kamie­nia­rzy. Loże sta­łyby się wów­czas czę­ścią pań­stwo­wej struk­tury, odby­wa­łaby regu­larne spo­tka­nia i spi­sy­wały reje­stry. Taki sys­tem funk­cjo­no­wałby nie­za­leż­nie od miej­skich gil­dii w uję­ciu lokal­nym i, w prze­ci­wień­stwie do nich, byłby prze­zna­czony wyłącz­nie dla kamie­nia­rzy oraz bez­po­śred­nio wią­załby się z dwo­rem kró­lew­skim.

Loże Schawa były tajem­nicą skry­waną przed gil­diami czy wła­dzami lokal­nymi. Ze spo­tkań lóż spi­sy­wano co prawda pro­to­koły, ale nie poka­zy­wano ich oso­bom z zewnątrz -?zresztą w pro­to­ko­łach i tak wid­niały jedy­nie prak­tyczne infor­ma­cje zwią­zane z prze­my­słem budow­la­nym. Dzia­łal­ność lóż jed­nak nie koń­czyła się na oma­wia­niu suchych fak­tów. Jak wid­nieje na doku­men­cie jed­nej z sie­dem­na­sto­wiecz­nych szkoc­kich lóż, "ist­niały sekrety, któ­rych nie wolno było spi­sy­wać". Można jed­nak dotrzeć do wska­zó­wek pro­wa­dzą­cych ku tym nie­pi­sa­nym sekre­tom -?pierw­sza z nich znaj­duje się w umo­wie spo­rzą­dzo­nej pomię­dzy Scha­wem a kamie­nia­rzami.

Jako stały bywa­lec dworu Schaw znał war­tość pochleb­stwa -?aby zatem zyskać zbio­rową przy­chyl­ność kamie­nia­rzy, zwo­łał zebra­nie 27 grud­nia, czyli w dniu Świę­tego Jana Ewan­ge­li­sty, który kamie­nia­rze z nie­zna­nego powodu uznali za swoje święto. (Masoni na­dal zresztą cele­brują ten dzień, tak samo jak dzień Świę­tego Jana Chrzci­ciela w czerwcu). Schaw nie omiesz­kał rów­nież włą­czyć do umowy obszer­nych cyta­tów ze Sta­rych obo­wiąz­ków i obie­cał, że nowy sys­tem lóż pozwoli im na­dal prze­strze­gać ich tra­dy­cyj­nych zasad. Ponadto prze­ko­nał kamie­nia­rzy, że król, który uważa się za szkoc­kiego Salo­mona, z pew­no­ścią będzie przy­chylny ich potrze­bom.

Była to dobra decy­zja ze strony Schawa, lecz poszedł on także o krok dalej i odwo­łu­jąc się do kul­tury rene­sansu, zna­lazł war­to­ści, które przy­pa­dłyby do gustu kamie­nia­rzom. Oświad­czył, że wszy­scy masoni i ich prak­ty­kanci będą pod­dani "testowi sztuki i nauki pamięci". To wła­śnie był naj­bar­dziej inno­wa­cyjny ruch Schawa. Kamie­nia­rze zde­cy­do­wa­nie musieli zapa­mię­ty­wać wiele infor­ma­cji -?nie tylko Stare obo­wiązki -?a Schaw powie­dział im, że to, co robią, nie jest po pro­stu zapa­mię­ty­wa­niem, lecz upra­wia­niem sztuki i nauki zapa­mię­ty­wa­nia.

Aby zro­zu­mieć, jak wielką skalę miało pochleb­stwo Schawa, należy nieco przyj­rzeć się pery­fe­riom myśli rene­san­so­wej. Sztuka pamięci była jed­nym z ulu­bio­nych zapo­ży­czeń euro­pej­skiej kul­tury ze sta­ro­żyt­no­ści. Naj­bar­dziej zna­nym jej przed­sta­wi­cie­lem był rzym­ski mówca Cyce­ron, który korzy­stał z niej w każ­dym swoim prze­mó­wie­niu, a król Jakub VI podobno rów­nież uczył się jej od jed­nego z nadwor­nych poetów. Przede wszyst­kim należy wyobra­zić sobie, że idzie się przez duży budy­nek: każde pomiesz­cze­nie to jeden z aka­pi­tów wypo­wie­dzi, a każdy ele­ment w danym pomiesz­cze­niu (kolumna, ołtarz, wzór kafel­ków na posadzce) to jeden z punk­tów, o któ­rym chce się wspo­mnieć. Osoby doświad­czone w sztuce pamięci mogą prze­cho­wy­wać i przy­po­mi­nać sobie co do słowa nawet dłu­gie prze­mowy.

W cza­sach rene­sansu nie­któ­rzy filo­zo­fo­wie zaczęli utoż­sa­miać sztukę zapa­mię­ty­wa­nia z poszu­ki­wa­niem mądro­ści. Opie­rało się to na idei, zgod­nie z którą sam Bóg prak­ty­ko­wał sztukę zapa­mię­ty­wa­nia, szy­fru­jąc naj­więk­sze sekrety uni­wer­sum w stwo­rzo­nym przez sie­bie świe­cie.

Ta nie­wielka grupka wykształ­co­nej elity prak­ty­ku­ją­cej sztukę zapa­mię­ty­wa­nia była niczym ówcze­śni teo­re­tycy fizyki. Otwo­rzone przez nich per­spek­tywy były nie tylko fascy­nu­jące, lecz także poten­cjal­nie nie­bez­pieczne. Czy gatu­nek ludzki mógł pora­dzić sobie z tym, co w każ­dej chwili mogło zostać odkryte? Co jeżeli ujaw­niono by jakąś prawdę sprze­ci­wia­jącą się Biblii? Z takich wła­śnie powo­dów nie­któ­rzy rene­san­sowi inte­lek­tu­ali­ści pro­wa­dzili bada­nia na uni­wer­sy­te­tach lub w sto­wa­rzy­sze­niach w tajem­nicy. Ukry­wali wyniki swo­ich prac przed nie­po­wo­ła­nymi oso­bami za pomocą coraz to nowych kodów i sym­boli. W poszu­ki­wa­niu wie­dzy okul­ty­stycz­nej człon­ko­wie takich grup szcze­gól­nie chęt­nie korzy­stali z pism na wpół mitycz­nego Her­mesa Tri­sme­gi­stosa - dzięki niemu nazy­wano ich nawet her­me­ty­kami. Główny her­me­tyk Bry­ta­nii, enig­ma­tyczny Ale­xan­der Dic­sone, czę­sto gościł na szkoc­kim dwo­rze w ostat­niej deka­dzie XVI wieku, ponie­waż nie­jed­no­krot­nie słu­żył kró­lowi Jaku­bowi VI jako emi­sa­riusz i pro­pa­gan­dy­sta.

Schaw prze­ko­ny­wał więc szkoc­kich kamie­nia­rzy, że oni rów­nież byli her­me­ty­kami, i mimo że nie zda­wali sobie z tego sprawy, brali wła­śnie udział w naj­więk­szym filo­zo­ficz­nym przed­się­wzię­ciu ludz­ko­ści. Zgod­nie z pole­ce­niami Witru­wiu­sza zawar­tymi w dziele O archi­tek­tu­rze ksiąg dzie­sięć byli oni zarówno inte­lek­tu­ali­stami, jak i budow­ni­czymi. Her­me­tyzm dosko­nale wpi­sy­wał się w folk­lo­ry­styczne ele­menty, które już były zawarte w Sta­rych obo­wiąz­kach kamie­nia­rzy. Geo­me­tria. Tajemna wie­dza prze­ka­zy­wana sobie od zara­nia dzie­jów. Her­mes Tri­sme­gi­stos: ten sam mędrzec, który, jak podają Stare obo­wiązki, po poto­pie odkrył sekrety kamie­nia­rzy wyryte na kolum­nie. Sekretne sto­wa­rzy­sze­nia poświę­cone poszu­ki­wa­niu okul­ty­stycz­nej prawdy. Wiel­kie budynki jako składy świę­tej wie­dzy. Sztuka zapa­mię­ty­wa­nia. A oprócz tego, rzecz jasna, jak okiem się­gnąć sym­bole. Ener­gia wyzwo­lona poprzez taki mariaż ust­nej, rze­mieśl­ni­czej kul­tury śre­dnio­wiecz­nych kamie­nia­rzy z nauko­wym, her­me­tycz­nym ele­men­tem rene­san­so­wej kul­tury dwor­skiej była elek­try­zu­jąca i otwo­rzyła nie­skoń­czone moż­li­wo­ści. Jedną z kon­se­kwen­cji tych prze­mian była zmiana cha­rak­teru loży, która nie sta­no­wiła już orga­ni­za­cji, lecz zarówno wyima­gi­no­wane, jak i realne miej­sce, w któ­rym kamie­nia­rze mogli wspól­nie prak­ty­ko­wać sztukę zapa­mię­ty­wa­nia. Prawdy zawarte w ale­go­rycz­nym wystroju lóż -?kolumny, pod­łoga w sza­chow­nicę i tak dalej - pomo­gły prze­kształ­cić rze­mieśl­ni­cze rytu­ały w coś nie­zwy­kle donio­słego, nie­malże magicz­nego. Dzi­siej­sze loże masoń­skie są teatrami, gdzie wysta­wiana jest sztuka zapa­mię­ty­wa­nia.

Korzy­sta­jąc z ter­mi­nów masoń­skich histo­ry­ków, można więc stwier­dzić, że dzięki Scha­wowi w lożach na­dal zasia­dali ope­ra­tywni kamie­nia­rze, lecz mieli oni jed­no­cze­śnie cha­rak­ter spe­ku­la­tywny, ponie­waż w celach filo­zo­ficz­nych odpra­wiali rytu­ały.

Nego­cja­cje Schawa z kamie­nia­rzami ni­gdy jed­nak nie przy­nio­sły satys­fak­cjo­nu­ją­cych rezul­ta­tów -?roz­pi­sał on co prawda regu­la­min lóż, ale w 1602 roku zmarł i usta­no­wione przez niego sta­no­wi­sko głów­nego dozorcy nie prze­trwało próby czasu. Wkrótce zmiany poli­tyczne poło­żyły kres umo­wom mię­dzy kamie­nia­rzami a wła­dzami w Edyn­burgu: w 1603 roku zmarła Elż­bieta I, Jakub VI, król Szko­cji, został Jaku­bem I, kró­lem Anglii, i oba kraje złą­czono.

Nie­mniej zapro­jek­to­wana przez Schawa sieć lokal­nych lóż prze­trwała i wciąż się roz­ra­stała: do 1710 roku w całej Szko­cji było już ich około trzy­dzie­stu. Ponadto 80 pro­cent szkoc­kich lóż zna­nych nam z cza­sów Schawa ist­nieje do dziś. Naj­star­sze masoń­skie loże świata, które liczą już ponad czte­ry­sta lat, znaj­dują się w Kil­win­ning, Edyn­burgu oraz Stir­ling i szkoccy masoni są bar­dzo dumni z tych rekor­dów.

Z per­spek­tywy czasu widzimy, że za pośred­nic­twem Schawa rene­san­sowa kul­tura dwor­ska w okre­sie pano­wa­nia Jakuba VI wywo­łała pośród kamie­niar­skich lóż reak­cję łań­cu­chową i w ciągu następ­nych dzie­się­cio­leci pre­stiż nadany im przez Schawa zaczął przy­cią­gać wysoko uro­dzo­nych męż­czyzn.

Pie­nią­dze były istot­nym powo­dem, dla któ­rego takich osób w lożach przy­by­wało. Jeśli nowi człon­ko­wie byli dobrze sytu­owa­nymi męż­czy­znami, a nie pra­cow­ni­kami fizycz­nymi, to chęt­nie przyj­mo­wano ich szczo­dry wkład do wspól­nej uczty lub fun­du­szu pogrze­bo­wego. Od czasu do czasu mogli oni też zaofe­ro­wać jakieś zle­ce­nie budow­lane.

Gwał­towne napię­cia o cha­rak­te­rze reli­gij­nym i poli­tycz­nym wywo­łane refor­ma­cją rów­nież ode­grały nie­małą rolę w przy­cią­ga­niu do lóż kolej­nych osób. Szkoc­kich kamie­nia­rzy łączył wspólny zawód, a nie wspólna wiara - byli wśród nich zarówno pro­te­stanci, jak i kato­licy, i takie prio­ry­tety wpo­iła im refor­ma­cja. Sam Schaw był kato­li­kiem, który nauczył się dys­kre­cji i ule­gło­ści potrzeb­nych do prze­trwa­nia i pro­spe­ro­wa­nia na pro­te­stanc­kim dwo­rze. Loże były wów­czas, tak jak i dziś, bez­pieczną przy­sta­nią: jeżeli maso­ne­ria pomo­gła ukształ­to­wać dzi­siej­szy świat, stało się to czę­ściowo dzięki temu, że ofe­ro­wała schro­nie­nie przed panu­ją­cym poza jej murami cha­osem.

Spo­tka­nie Wil­liama Schawa z kamie­nia­rzami w 1598 roku zaowo­co­wało zało­że­niem sys­temu lóż, z któ­rych każda obej­mo­wała kon­kretny obszar. W lożach doko­ny­wano tajem­nych rytu­ałów opar­tych na sztuce zapa­mię­ty­wa­nia oraz pod­trzy­my­wano śre­dnio­wieczne rze­mieśl­ni­cze tra­dy­cje w połą­cze­niu z ele­men­tami rene­san­so­wych nauk. Ważną rolę odgry­wały wza­jemna pomoc, bra­ter­stwo oraz bez­wy­zna­niowa bogo­boj­ność. Jed­nak człon­ko­wie tych lóż nie byli jesz­cze wol­no­mu­la­rzami w takim sen­sie, jak rozu­miemy to dzi­siaj: po pierw­sze, nie sto­so­wano jesz­cze okre­śle­nia "wol­no­mu­larz", które było wów­czas w Szko­cji prak­tycz­nie nie­znane; po dru­gie, ich orga­ni­za­cja nie była scen­tra­li­zo­wana; po trze­cie, loże na­dal były ści­śle powią­zane z potrze­bami pra­cu­ją­cych kamie­nia­rzy.

Prze­kształ­ce­nie szkoc­kiego modelu lóż Schawa we współ­cze­sną maso­ne­rię zaczęło się wraz z ich roz­prze­strze­nia­niem się na połu­dnie do Anglii, gdzie znano ich już pod wspólną nazwą wol­no­mu­lar­stwa uzna­nego.

Wolni i uznani masoni

Wol­no­mu­la­rze czę­sto ofi­cjal­nie mówią o sobie "wolni i uznani masoni", jed­nak nie­wielu z nich rozu­mie, do czego tak naprawdę odnosi się słowo "uznany". Co cie­kawe, z przy­miot­ni­ków "wolny" i "uznany" to ten drugi oka­zuje się dużo bar­dziej pomocny w odkry­wa­niu angiel­skich eta­pów wcze­snego roz­woju maso­ne­rii.

Ory­gi­nal­nie angiel­skie słowo "fre­ema­son" ("wol­no­mu­larz") odno­siło się do kamie­nia­rza, który obra­biał "free stone" ("kamień cio­sowy"), czyli drob­no­ziar­ni­sty pia­sko­wiec lub wapień. W prze­ci­wień­stwie do mniej wykwa­li­fi­ko­wa­nych "usta­wia­czy", któ­rzy jedy­nie kła­dli ocio­sane kamie­nie w odpo­wied­nie miej­sce ściany, zada­niem tych rze­mieśl­ni­ków było nada­wa­nie kamie­niom odpo­wied­niego kształtu. Wraz z upły­wem czasu słowo "fre­ema­son" zaczęło odno­sić się do każ­dego wyż­szego rangą rze­mieśl­nika obra­bia­ją­cego kamień i ludzie na­dal uży­wali go w taki sam spo­sób nawet wów­czas, kiedy powstała znana nam dzi­siaj maso­ne­ria -?to ter­mi­no­lo­giczna nie­ści­słość, która spra­wia histo­ry­kom wiele trud­no­ści.

Bez­po­śred­nich poprzed­ni­ków współ­cze­snych wol­no­mu­la­rzy można szu­kać w Anglii dopiero od momentu, w któ­rym w histo­rycz­nych doku­men­tach zaczęły poja­wiać się wzmianki o "uzna­nych maso­nach" lub tajem­nej orga­ni­za­cji zna­nej jako Uzna­nie. Wynika to ze znacz­nych podo­bieństw pomię­dzy ich rytu­ałami a rytu­ałami prak­ty­ko­wa­nymi przez człon­ków lóż Schawa oraz współ­cze­snych wol­no­mu­la­rzy. Wraz z roz­prze­strze­nia­niem się Uzna­nia wycie­kało także coraz wię­cej infor­ma­cji o "sekre­tach, które ni­gdy nie mogą zostać spi­sane" -?doty­czyły one uzna­nych angiel­skich maso­nów, któ­rzy wkrótce sami zapra­co­wali na miano wol­no­mu­la­rzy.

Wstrzą­sa­jące wyda­rze­nia, do jakich doszło pod­czas rzą­dów Karola I, syna króla Jakuba, ode­grały ogromną rolę w roz­prze­strze­nia­niu się lóż Schawa w Anglii. Po tym, jak w 1638 roku doszło do sporu doty­czą­cego modli­tew­nika, w Szko­cji wybu­chły wojny trzech kró­lestw, które na dobre zakoń­czyły się dopiero w 1651 roku i spra­wiły, że całe Wyspy Bry­tyj­skie zamie­niły się w pie­kło. Z 7,5 miliona miesz­kań­ców zabito około 800 tysięcy, a w Irlan­dii praw­do­po­dob­nie zgi­nęło 40 pro­cent przed­wo­jen­nej popu­la­cji. Wszystko to spra­wia, że kamie­niar­ska wer­sja her­me­tycz­nego poszu­ki­wa­nia oświe­ce­nia za pośred­nic­twem sym­boli jesz­cze wyraź­niej jawi się jako duchowy azyl.

Pocho­dzący z poło­żo­nego w regio­nie West Midlands hrab­stwa Staf­ford­shire Elias Ash­mole został uzna­nym maso­nem w paź­dzier­niku 1646 roku -?rela­cja przed­sta­wia­jąca jego ini­cja­cję jest jed­nym z naj­star­szych opi­sów takich cere­mo­nii w Anglii. Istotne jest nie tylko miej­sce tego wyda­rze­nia, lecz także to, co Ash­mole musiał wów­czas zro­bić: jego ini­cja­cja odbyła się w War­ring­ton w hrab­stwie Lan­ca­shire, nie­da­leko miej­sca, w któ­rym miesz­kał wów­czas z teściami i docho­dził do sie­bie po tru­dach służby w poko­na­nym woj­sku roja­li­stów. Przez więk­szość wojen trzech kró­lestw Lan­ca­shire było zajęte przez szkocką armię, którą uważa się za jed­nego z głów­nych pro­pa­ga­to­rów poglą­dów i prak­tyk szkoc­kich lóż. (Reje­stry edyn­bur­skiej loży Schawa wska­zują, że w maju 1641 roku masoni słu­żący w szkoc­kiej armii w pół­noc­nej Anglii prze­pro­wa­dzali ini­cja­cje ofi­ce­rów wal­czą­cych w woj­nie domo­wej).

Dzięki swo­jemu sta­no­wi­sku ofi­cera arty­le­rii Ash­mole był wyjąt­kowo dobrym kan­dy­da­tem na masona. Człon­ko­wie loży świet­nie znali dzieje Witru­wiu­sza i pamię­tali, że w legio­nach Juliu­sza Cezara był spe­cja­li­stą od broni cięż­kiej i kon­stru­ował oraz obsłu­gi­wał wszyst­kie typy machin mio­ta­ją­cych. Dzięki swo­jej wie­dzy o tra­jek­to­riach i innych aspek­tach tak bar­dzo powa­ża­nej geo­me­trii byli tak naprawdę hono­ro­wymi kamie­nia­rzami.

Ash­mole stał się czło­wie­kiem o sze­ro­kich i (jak się obec­nie wydaje) wyjąt­kowo oso­bli­wych zain­te­re­so­wa­niach. Był anty­kwa­riu­szem bada­ją­cym, kata­lo­gu­ją­cym i zbie­ra­ją­cym wszystko, od sta­ro­żyt­nych monet aż po nie­zwy­kłe okazy zoo­lo­giczne; dziś naj­bar­dziej znany jest z tego, że jego wła­sność stała się pod­stawą kolek­cji oks­fordz­kiego Ash­molean Museum. Ash­mole z wiel­kim odda­niem poświę­cał się zgłę­bia­niu heral­dyki, a jego obser­wa­cje astro­lo­giczne doce­nił nawet król Karol II. Ponadto badał on magiczne sym­bole, alche­mię i był prze­ko­nany, że jego inte­lek­tu­alne zdol­no­ści są wyni­kiem ruchów Mer­ku­rego.

Takie wła­śnie ezo­te­ryczne hobby przy­cią­gały do lóż wysoko uro­dzo­nych ludzi. Przy­kła­dowo Ash­mole inte­re­so­wał się rów­nież różo­krzy­żem, co było modne w przy­padku sekret­nych sto­wa­rzy­szeń i osób zgłę­bia­ją­cych wie­dzę okul­ty­styczną. W poło­wie dru­giej dekady XVII wieku kul­turę euro­pej­ską zelek­try­zo­wały infor­ma­cje z Nie­miec, zgod­nie z któ­rymi odkryto tajemne i święte bra­ter­stwo powstałe wiele wie­ków wcze­śniej. Orga­ni­za­cja ta znana była jako Zakon Braci Oświe­co­nych Róży i Krzyża i zawdzię­czała nazwę swo­jemu zało­ży­cie­lowi, misty­kowi i leka­rzowi Chri­stia­nowi Rosen­kreu­zowi, który pod­czas swo­ich podróży do Orientu posiadł wiel­kie tajem­nice. Różo­krzy­żowe pisma zawie­rały nowe spoj­rze­nie na her­me­tyzm i chrze­ści­jań­stwo oraz ogła­szały nadej­ście nowej epoki ducho­wej.

Nie­stety, zakon różo­krzyża ni­gdy nie ist­niał -?tak samo jak i jego zało­ży­ciel. Wszystko to było ale­go­rią, a być może nawet zwy­kłą misty­fi­ka­cją. Nie powstrzy­mało to jed­nak ludzi, któ­rzy albo na­dal chcieli do tego zrze­sze­nia dołą­czyć, albo na­dal inte­re­so­wali się jego zało­że­niami. Być może niektó­rzy męż­czyźni zasi­la­jący sze­regi szkoc­kich i angiel­skich lóż byli prze­ko­nani, że dołą­czają do zakonu różo­krzyża lub podob­nej orga­ni­za­cji, a nawet jeżeli tak nie było, to mit różo­krzy­żow­ców przy­dał maso­ne­rii jesz­cze wię­cej sym­bo­liki. Przy­kła­dowo uważa się, że rytuał śmierci i wskrze­sze­nia Hirama Abiffa ma swoje źró­dło w różo­krzy­żo­wej nekro­man­cji.

Elias Ash­mole (1617-1692).

Ash­mole całe życie pozo­stał już uzna­nym maso­nem. W 1682 roku wziął udział w spo­tka­niu uzna­nych maso­nów w Lon­dy­nie. Opi­sał je w dzien­niku takimi sło­wami: "Mia­łem sta­tus star­szego członka (przy­jęto mnie już trzy­dzie­ści pięć lat temu)" oraz "Wszy­scy razem zje­dli­śmy obiad w tawer­nie Pod Pół­księ­ży­cem przy ulicy Che­ape­side, a ten zacny posi­łek został opła­cony ze skła­dek nowo przy­ję­tych maso­nów".

Naj­bar­dziej szcze­gó­łowy opis dzia­łań przy­ję­cia -?i taki, który uka­zuje wyraźne podo­bień­stwa do rytu­ałów wol­no­mu­lar­stwa -?pocho­dzi z rodzin­nego hrab­stwa Ash­mole'a, czyli Staf­ford­shire. W 1686 roku Robert Plot, pro­fe­sor che­mii na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, opu­bli­ko­wał pracę doty­czącą tego regionu, któ­rej kilka stron poświę­co­nych zostało uzna­nym maso­nom. Pro­fe­sor Plot nie nale­żał co prawda do tej orga­ni­za­cji, ale był nie tylko wykła­dowcą aka­de­mic­kim, lecz także kusto­szem nowo powsta­łego Ash­molean Museum, więc Ash­mole mógł być źró­dłem jego infor­ma­cji.

Plot był bar­dzo podejrz­liwy wobec skry­to­ści maso­nów i stwier­dził, że mają oni skłon­ność do snu­cia "intyrg" [sic!]. Pozy­skał o nich jed­nak wystar­cza­jąco wiele infor­ma­cji, aby przed­sta­wić istotne dowody. Uznani masoni odby­wali swoją ini­cja­cję "pod­czas zebra­nia lub, jak mówi się w nie­któ­rych miej­scach, w loży, która musi skła­dać się z co naj­mniej pię­ciu lub sze­ściu star­szych człon­ków zakonu, któ­rych kan­dy­daci obda­ro­wują ręka­wicz­kami...". Jak wyja­śnił Plot, rytuał ini­cja­cyjny "polega przede wszyst­kim na prze­ka­zy­wa­niu sobie pew­nych tajem­nych zna­ków, które są znane człon­kom w całym kraju". Ponadto ist­niały dwa spo­soby dołą­cze­nia do orga­ni­za­cji: nale­żało być albo kamie­nia­rzem, albo dobrze sytu­owa­nym i powa­ża­nym czło­wie­kiem, który został "zaak­cep­to­wany" lub "uznany" -?stąd też pocho­dzi nazwa orga­ni­za­cji.

Wojny domowe nie były jed­nak jedy­nym czyn­ni­kiem zwięk­sza­ją­cym atrak­cyj­ność lóż w Bry­ta­nii. Rene­sans naro­dził się we Wło­szech w XV wieku jako odpo­wiedź na potrzebę ponow­nego zgłę­bie­nia wie­dzy kla­sycz­nej, lecz w poło­wie XVII stu­le­cia oka­zało się, że sta­ro­żyt­ność została już prze­ści­gnięta. Czy Ary­sto­te­les roz­po­wszech­niał swoją wie­dzę za pomocą dru­ko­wa­nych ksią­żek? Czy to Feni­cja­nie odkryli Ame­rykę? Czy legiony Juliu­sza Cezara kon­stru­owały armaty? Cały zastęp nowych tech­no­lo­gicz­nych nowi­nek, od mikro­sko­pów, poprzez zegarki kie­szon­kowe, amu­ni­cję musz­kietu, aż po pompę powietrzną, nie tylko prze­wyż­szył wszystko, co kla­syczny świat miał do zaofe­ro­wa­nia, lecz także glo­ry­fi­ko­wał umie­jęt­no­ści i wie­dzę ludzi, któ­rzy te wyna­lazki kon­stru­owali. To nowo odkryte zami­ło­wa­nie do tech­no­lo­gii zmniej­szało prze­paść mię­dzy pracą umy­słową a prak­tycz­nym podej­ściem do życia -?to, że inte­lek­tu­ali­sta może nauczyć się cze­goś od rze­mieśl­nika, nie było już niczym nie­sto­sow­nym, a idea, zgod­nie z którą Bóg był uwa­żany za Wiel­kiego Archi­tekta Wszech­świata, nie sta­no­wiła już obraź­li­wej ana­lo­gii.

Wraz ze zwięk­sza­jącą się liczbą wysoko uro­dzo­nych męż­czyzn zapra­sza­nych do lóż Schawa oraz zgro­ma­dzeń maso­nów uzna­nych pod koniec XVII i na początku XVIII wieku na jaw wycho­dziły także kolejne infor­ma­cje o rytu­ałach i poglą­dach tych orga­ni­za­cji. Same loże two­rzyły coraz wię­cej reje­strów i zaczęły nawet prze­le­wać na papier "sekrety, które ni­gdy nie mogą zostać spi­sane", aby mieć pod ręką instruk­cje dla nowych człon­ków. Zarówno loże Schawa, jak i uznani masoni dys­po­no­wali tym samym zesta­wem prze­róż­nych przy­siąg, sekret­nych zna­ków i mitów, które były bar­dzo podobne do masoń­skich rytu­ałów opi­sy­wa­nych przez Johna Coustosa przed obli­czem lizboń­skiej inkwi­zy­cji w 1743 roku i prze­pro­wa­dza­nych w dzi­siej­szych lożach masoń­skich. W ramach ini­cja­cji nale­żało zło­żyć przy­sięgę pod karą "pogrze­ba­nia w miej­scu, które pod­czas przy­pływu pokrywa woda i o któ­rym nikt się nie dowie", i trzeba było nauczyć się kilku zna­ków, włącz­nie z gestem pod­ci­na­nia gar­dła oraz uści­śnię­cia dłoni, czyli "taj­nego znaku prze­ka­zy­wa­nego z ręki do ręki". Masoni przy­jęli także mityczną histo­rię o korze­niach ich orga­ni­za­cji się­ga­ją­cych cza­sów świą­tyni Salo­mona, nauczyli się dwóch słów klu­czy: Boaz i Jakin (nazw dwóch kolumn sto­ją­cych u wej­ścia do świą­tyni).

Do tam­tej pory wol­no­mu­lar­stwo roz­wi­jało się powoli: około 1700 roku, wiek po prze­ło­mo­wym spo­tka­niu Schawa ze szkoc­kimi mistrzami sztuki kamie­niar­stwa, orga­ni­za­cja cie­szyła się już popu­lar­no­ścią, lecz na­dal bra­ko­wało jej cen­tra­li­za­cji i cią­gle była powią­zana z pracą kamie­nia­rzy. Poza gra­ni­cami Szko­cji przy­jęta maso­ne­ria miała swoje istotne ośrodki w hrab­stwach takich jak Staf­ford­shire czy Che­shire oraz w mia­stach, na przy­kład w Yorku czy Lon­dy­nie.

Upływ czasu nie był jed­nak wystar­cza­jący, aby wykuć osta­teczny kształt wol­no­mu­lar­stwa. Przede wszyst­kim potrzeba było oczysz­cza­ją­cej kata­strofy, która wyda­rzyła się pamięt­nego 2 wrze­śnia 1666 roku, a roz­po­częła się od iskry wznie­co­nej w pie­karni Tho­masa Far­ri­nera przy Pud­ding Lane w Lon­dy­nie. Wielki pożar tra­wił Lon­dyn przez pięć dni, a jego odbu­dowa trwała pięć­dzie­siąt lat i wyma­gała pracy naj­lep­szych angiel­skich rze­mieśl­ni­ków spe­cja­li­zu­ją­cych się w obróbce kamie­nia.

4

Londyn. Tawerna Gęś i Ruszt

Ceremonia zwieńczenia

Dwu­dzie­stego szó­stego paź­dzier­nika 1708 nie­wielka grupa męż­czyzn dotarła na górny pomost rusz­to­wa­nia oka­la­ją­cego kopułę kate­dry Świę­tego Pawła, która została wła­śnie pokryta dosko­nałą bla­chą oło­wianą z Der­by­shire. Pró­bu­jąc zła­pać oddech, męż­czyźni mogli też nacie­szyć oczy nie lada wido­kiem.

Daleko za bliź­nia­czymi zachod­nimi wie­żami kate­dry wid­niał maje­sta­tyczny pałac Buc­kin­gham. Na pół­nocy można było doj­rzeć zale­sione wzgó­rza rejo­nów Hamp­stead i High­gate. Jeśli męż­czyźni spoj­rze­liby na wschód, w stronę morza, mogliby śle­dzić zakola Tamizy, na któ­rej tło­czyły się statki i barki wypeł­nione bogac­twami z Bostonu, Bar­ba­dosu czy Ben­galu. Co prawda na tej wyso­ko­ści nie było sły­chać hałasu pobli­skich ulic, ale cha­rak­te­ry­styczny dla Lon­dynu fetor sadzy i tam wdzie­rał się do noz­drzy. Ponadto miej­sca, w któ­rych koń­czyły się otwarte obszary wiej­skie i zaczy­nały się budynki -?czyli od ulicy Pic­ca­dilly na zacho­dzie oraz dziel­nicy White Cha­pel na wscho­dzie -?były zasnute kopal­nia­nym dymem. Nie­mniej ponad jego smu­gami góro­wały kościelne iglice i wieże, które były znane tym męż­czy­znom tak dobrze jak twa­rze ich wła­snych dzieci: kościół Świę­tej Bry­gidy przy Fleet Street ze swoją wąską pagodą, geo­me­tryczna wieża kościoła Świę­tego Michała przy Cro­oked Lane z ele­gancko zakrzy­wio­nymi łuko­wa­tymi przy­po­rami czy kościół St Benet's Paul Wharf, któ­rego wieży z czer­wo­nej cegły wykoń­czo­nej kamie­niem oraz zwień­czo­nej zgrabną kopułą i latar­nią nie dało się pomy­lić z żadną inną. Każdy kościół był nowy, każdy był wyjąt­kowy i każdy był nie­zwy­kłym świa­dec­twem Bożej chwały, umie­jęt­no­ści ludzi sto­ją­cych na rusz­to­wa­niu i lat spę­dzo­nych przez nich na przy­wra­ca­niu Lon­dynu do życia po tym, jak w 1666 roku pochło­nęło go pie­kło.

Widok na połu­dniową stronę kate­dry Świę­tego Pawła i innych kościo­łów pro­jektu Wrena w okre­sie naro­dzin współ­cze­snej maso­ne­rii.

Reży­se­rem tego pro­cesu wskrze­sze­nia był sir Chri­sto­pher Wren: główny archi­tekt kate­dry i pięć­dzie­się­ciu innych kościo­łów uświet­nia­ją­cych mia­sto. Tego dnia Wren znaj­do­wał się w kate­drze Świę­tego Pawła, ale świa­domy, że ma na karku sie­dem­dzie­siąt sześć lat, posta­no­wił nie wspi­nać się na szczyt rusz­to­wa­nia. Zamiast tego został na dole i cze­kał, aż grupa, na któ­rej czele sta­nął jego syn, odprawi cere­mo­nię zakoń­cze­nia budowy: krótki, acz uro­czy­sty moment, kiedy do latarni zwień­cza­ją­cej kate­dralną kopułę doło­żono ostatni kamień.

Poło­że­nie tego ostat­niego kamie­nia przy­nio­sło zupeł­nie uza­sad­nione poczu­cie ukoń­cze­nia pracy. I nie cho­dziło wyłącz­nie o to, że sir Chri­sto­pher Wren stał się pierw­szym w histo­rii archi­tek­tem, który nad­zo­ro­wał cały pro­ces budowy kate­dry -?od początku do końca. Kilka rodzin, w tym rodzina Wrena, ode­grało klu­czową rolę w histo­rii nowej kate­dry Świę­tego Pawła. Kiedy w czerwcu 1675 roku kła­dziono kamień węgielny pod kate­drę, syn Wrena Chri­sto­pher miał zale­d­wie cztery mie­siące, a trzy­dzie­ści trzy lata póź­niej był już prawą ręką ojca i dostą­pił zaszczytu prze­wo­dze­nia cere­mo­nii zwień­cze­nia. Pod­czas pierw­szego dnia budowy Wre­nowi towa­rzy­szył jego naj­bar­dziej zaufany mistrz kamie­niarstwa Tho­mas Strong, któ­rego po śmierci zastą­pił jego młod­szy brat Edward. Edward rów­nież brał udział w cere­mo­nii zwień­cze­nia, i to wraz z synem, także Edwar­dem, który był ser­decz­nym przy­ja­cie­lem Chri­sto­phera syna. To wła­śnie Edward syn odpo­wia­dał za kon­struk­cję latarni, która była wów­czas koń­czona.

A jed­nak tych kilku męż­czyzn sto­ją­cych tego dnia na rusz­to­wa­niu łączyło coś wię­cej niż tylko rodzina, przy­jaźń i poko­le­nie pracy nad wspól­nym przed­się­wzię­ciem. W dzien­niku rodziny Wre­nów uwiecz­niono ten moment dla potom­nych i zazna­czono, że ta nie­wielka grupka na rusz­to­wa­niach skła­dała się z maso­nów: "Naj­wyż­szy lub też ostatni kamień na szczy­cie latarni został poło­żony rękami syna inspek­tora Chri­sto­phera Wrena, zastę­pu­ją­cego swo­jego ojca, w obec­no­ści tego wspa­nia­łego rze­mieśl­nika, pana Stronga, jego syna oraz innych wol­nych i uzna­nych maso­nów zatrud­nio­nych przy budo­wie". Wol­nych i uzna­nych maso­nów. Stron­go­wie nale­żeli zatem do maso­nów uzna­nych. Kiedy Edward Strong zmarł w 1724 roku, jedna z gazet opi­sała go jako "jed­nego z naj­star­szych kamie­nia­rzy i WOL­NO­MU­LA­RZY w Anglii", a następ­nego roku jego syn zna­lazł się już na liście człon­ków loży masoń­skiej, która spo­ty­kała się w Gre­en­wich.

Ojciec i syn Wre­no­wie rów­nież byli maso­nami uzna­nymi. Sir Chri­sto­pher został "zaak­cep­to­wany jako brat" 18 maja 1691 roku pod­czas "wiel­kiego zebra­nia bra­ter­stwa uzna­nych maso­nów w kate­drze Świę­tego Pawła", a po jego śmierci w kilku gaze­tach opi­sano go jako wol­no­mu­la­rza, co -?bio­rąc pod uwagę, że bez­sprzecz­nie nie był on kamie­nia­rzem -?ozna­czało, że nale­żał do wol­no­mu­la­rzy uzna­nych. W przy­padku jego syna nie było już wąt­pli­wo­ści: w 1729 roku został mistrzem swo­jej loży.

Wiemy rów­nież, że w odbu­do­wie Lon­dynu brali udział także inni masoni uznani. Tho­mas Wise (1618-1685) był mistrzem kamie­niar­stwa, który kil­ka­krot­nie poma­gał przy budo­wie kate­dry Świę­tego Pawła na wcze­snym eta­pie prac i wia­domo, że prze­wod­ni­czył spo­tka­niu maso­nów uzna­nych w 1682 roku. John Thomp­son (?-1700) był maso­nem uzna­nym, który pra­co­wał przy kilku kościo­łach zapro­jek­to­wa­nych przez Wrena, włącz­nie z kościo­łami Świę­tego Weda­sta, St Mary-le-Bow oraz Wszyst­kich Świę­tych przy Lom­bard Street.

Jako archi­tekci Wre­no­wie byli w oczy­wi­sty spo­sób zwią­zani z mistrzami kamie­niar­stwa sta­no­wią­cymi fun­da­menty zrze­sze­nia wol­no­mu­la­rzy uzna­nych, ale akcep­to­wano tam także inne zna­mie­nite osoby publiczne, któ­rych z prze­my­słem budow­la­nym nic nie łączyło. W 1708 roku, czyli w tym roku, w któ­rym odbyła się cere­mo­nia zwień­cze­nia na szczy­cie kate­dry Świę­tego Pawła, został spo­rzą­dzony doku­ment doty­czący życia w Lon­dy­nie i to w nim nazwano orga­ni­za­cję maso­nów uzna­nych "bra­ter­stwem wielu przed­sta­wi­cieli szlachty i zie­miań­stwa".

Masoni uznani roz­po­częli swoją lon­dyń­ską histo­rię jako część Kom­pa­nii Mura­to­rów: w doku­men­tach Kom­pa­nii się­ga­ją­cych 1630 roku przy­ję­cie jest kil­ka­krot­nie wspo­mi­nane. Lon­dyń­ska Kom­pa­nia Mura­to­rów była jedną z nie­wielu kamie­niar­skich gil­dii -?zało­żono ją w poło­wie XIV wieku i od 1481 roku jej człon­ko­wie mogli nosić libe­rię. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do gil­dii innych fachów był to klub dostępny dla elity prze­my­słu budow­la­nego i przyj­mo­wano tam wyłącz­nie wybra­nych rze­mieśl­ni­ków. Do lon­dyń­skich maso­nów uzna­nych można było dołą­czyć, tylko jeżeli otrzy­mało się zapro­sze­nie, a i tak nie było to tanie przed­się­wzię­cie: opłaty były dwu­krot­nie wyż­sze niż te za dołą­cze­nie do samej Kom­pa­nii Mura­to­rów, które już były wyso­kie. Jeden z naj­waż­niej­szych histo­ry­ków wcze­snej maso­ne­rii opi­sał Uzna­nie jako "eks­klu­zywny ele­ment znaj­du­jący się wewnątrz Kom­pa­nii Mura­to­rów", a pod koniec XVII wieku ugru­po­wa­nie to stało się już nie­za­leż­nym orga­nem.

W Lon­dy­nie masoni uznani byli więc elitą elit i Stron­go­wie świet­nie tam paso­wali. Edward ojciec odzie­dzi­czył po wła­snym ojcu (który także był kamie­nia­rzem) kamie­nio­łomy w dwóch hrab­stwach, a oprócz zysków z kamie­nio­ło­mów Stron­go­wie otrzy­my­wali rów­nież godziwe zapłaty za duże zle­ce­nia przy budo­wie kate­dry Świę­tego Pawła i innych kościo­łów pro­jektu Wrena, do któ­rych zatrud­niali wielu innych kamie­nia­rzy. Brali oni udział także w innych pre­sti­żo­wych pro­jek­tach, mię­dzy innymi w budo­wie szpi­tala Kró­lew­skiej Mary­narki Wojen­nej w Gre­en­wich oraz nale­żą­cej do rodziny Chur­chilla posia­dło­ści Blen­heim Palace w hrab­stwie Oxford­shire. Stron­go­wie byli zresztą bar­dzo bogaci: rząd nie­zbyt dobrze radził sobie z opła­ca­niem na czas przed­się­bior­ców, więc czę­sto musieli oni sami z góry prze­zna­czać duże sumy pie­nię­dzy na płace robot­ni­ków i mate­riały. Raz nawet to oni udzie­lili rzą­dowi pożyczki, dzięki któ­rej można było kon­ty­nu­ować pracę przy kate­drze Świę­tego Pawła. Krótko mówiąc, Stron­go­wie w ogóle nie przy­po­mi­nali skrom­nych śre­dnio­wiecz­nych rze­mieśl­ni­ków rodem z masoń­skich legend -?podob­nie jak inni uznani wol­no­mu­la­rze zgro­ma­dzili duże bogac­two zasi­lane pań­stwo­wymi pie­niędzmi inwe­sto­wa­nymi w odbu­dowę sto­licy Anglii po poża­rze.

Cere­mo­nia zwień­cze­nia na szczy­cie kate­dry Świę­tego Pawła była począt­kiem końca rekon­struk­cji Lon­dynu -?oraz fun­du­szy. Duża część tych pie­nię­dzy pocho­dziła z podat­ków od węgla, czyli tego samego paliwa, któ­rego dym prze­sła­niał widok z kate­dral­nej kopuły. Ostatni z trzech rzą­do­wych podat­ków od węgla koń­czył się we wrze­śniu 1716 roku i budżet prze­zna­czony na odbu­dowę mia­sta wyczer­pał się na początku następ­nego roku -?ozna­czało to, że pro­ces przy­wra­ca­nia Lon­dynu do życia rów­nież został ukoń­czony.

Lon­dyń­scy wol­no­mu­la­rze uznani bez wąt­pie­nia byli eks­klu­zywną i pre­sti­żową orga­ni­za­cją, lecz pozo­sta­wali także rela­tyw­nie nie­znani. Ukoń­cze­nie rekon­struk­cji Lon­dynu przy­spie­szyło nato­miast roz­wój wyda­rzeń, które prze­kształ­ciły ją w naj­słyn­niej­sze tajne sto­wa­rzy­sze­nie na świe­cie.

Chri­sto­pher Wren, oprócz tego, że był geniu­szem, był także bar­dzo ujmu­ją­cym czło­wie­kiem. Miał spo­kojne uspo­so­bie­nie, był lojalny wobec przy­ja­ciół, oddany pracy i w zupeł­no­ści nie­ska­lany korup­cją, co w osiem­na­sto­wiecz­nej Anglii ozna­czało, że był o krok od świę­to­ści. Można by więc uka­zać go jako ucie­le­śnie­nie ide­ałów wol­no­mu­lar­stwa, lecz był już w pode­szłym wieku, wyko­nał swoją pracę i stał się kuszą­cym celem poli­tycz­nym. W kwiet­niu 1718 roku został pozba­wiony sta­no­wi­ska kró­lew­skiego inspek­tora, które zaj­mo­wał głów­nie w uzna­niu za cało­kształt pracy; zastą­piono go kimś, kto był korzyst­niej­szym kan­dy­da­tem z per­spek­tywy poli­tycz­nej i kto po prze­ję­ciu jego funk­cji posta­wił mu poważne zarzuty nie­go­spo­dar­no­ści.

Pro­blem Wrena nie pole­gał jed­nak tylko na tym, że skoń­czono pobór podatku od węgla: co gor­sza, archi­tekt zna­lazł się po nie­wła­ści­wej stro­nie ówcze­snego poli­tycz­nego roz­łamu. Bry­tyj­ska histo­ria w XVII i XVIII wieku krę­ciła się wokół kwe­stii reli­gii oraz konek­sji par­la­mentu z monar­chią, co stało się oczy­wi­ste od czasu tak zwa­nej chwa­leb­nej rewo­lu­cji prze­pro­wa­dzo­nej w latach 1688-1689. Jakub II z dyna­stii Stu­ar­tów docze­kał się kato­lic­kiego syna z kato­licką żoną i marzył, aby w jego kraju zaczęto naśla­do­wać abso­lu­tyzm rodem z kato­lic­kiej Europy, gdzie król miał nie­ogra­ni­czoną wła­dzę pocho­dzącą od Boga. Dla­tego też pod­czas chwa­leb­nej rewo­lu­cji ci, któ­rym kato­li­cyzm i abso­lu­tyzm były nie w smak, zde­tro­ni­zo­wali Jakuba, a tron prze­ka­zali jego pro­te­stanc­kiej córce Marii oraz jej holen­der­skiemu mężowi Wil­lia­mowi, który rów­nież był pro­te­stan­tem. Od tego czasu panu­jący monar­cho­wie mogli usta­na­wiać prawo wyłącz­nie po otrzy­ma­niu zgody par­la­mentu. Jed­nak nawet po chwa­leb­nej rewo­lu­cji nie­po­koje na tle reli­gijno-poli­tycz­nym wciąż trwały i stały się przed­mio­tem kon­fliktu pomię­dzy tory­sami a wigami.

Torysi byli zwo­len­ni­kami wła­dzy monar­chicz­nej i Kościoła angli­kań­skiego, a czę­ściowo popie­rali także kato­li­ków i jako­bi­tów -?chcieli bowiem, aby na tro­nie zasiadł kato­licki syn Jakuba II. Dekady, które nade­szły po chwa­leb­nej rewo­lu­cji, były więc nazna­czone serią jako­bic­kich powstań.

Wigo­wie byli nato­miast zwo­len­ni­kami monar­chii zależ­nej od par­la­mentu oraz tole­ran­cji reli­gij­nej w angli­kań­skim kraju, w któ­rym panuje pro­te­stancki monar­cha.

Star­cie mię­dzy tymi dwiema par­tiami osią­gnęło apo­geum, kiedy w 1714 roku kró­lowa Anna zmarła, nie pozo­sta­wia­jąc żad­nego potomka. Anna pocho­dziła z dyna­stii Stu­ar­tów, była kon­ser­wa­tywną angli­kanką oraz sym­pa­ty­zo­wała z tory­sami. Jedy­nym moż­li­wym pro­te­stanc­kim kan­dy­da­tem do obję­cia tronu był Jerzy, nie­miecki książę elek­tor Hano­weru, który był lute­ra­ni­nem i zago­rza­łym wigiem. Kiedy zasiadł na tro­nie i zapo­cząt­ko­wał tym samym dyna­stię hano­wer­ską, wigo­wie zaczęli bez­kom­pro­mi­sowo przej­mo­wać wła­dzę. Dopil­no­wali przede wszyst­kim tego, aby torysi nie zaj­mo­wali żad­nych waż­nych sta­no­wisk w służ­bie cywil­nej, armii, na uni­wer­sy­te­tach czy w Kościele. Sir Chri­sto­pher Wren zna­lazł się w ogniu kry­tyki wła­śnie dla­tego, że był zna­nym tory­sem: jego rodzina była lojalna wobec dyna­stii Stu­ar­tów, odkąd jego ojciec słu­żył Karo­lowi I jesz­cze przed woj­nami domo­wymi. Oskar­że­nia pod adre­sem Wrena zostały odrzu­cone rok póź­niej, a jego następca, który był wigiem, został zwol­niony pod zarzu­tami korup­cji i nie­kom­pe­ten­cji -?nie­mniej ujaw­niony został słaby punkt wiel­kiego archi­tekta.

Ta dra­styczna zmiana w ukła­dzie sił mię­dzy tory­sami a wigami w połą­cze­niu z zakoń­cze­niem odbu­dowy Lon­dynu prze­rwała sieć patro­natu tory­sów, dzięki któ­remu przed­się­biorcy z lon­dyń­skiego zrze­sze­nia maso­nów uzna­nych przez ostat­nie pięć­dzie­siąt lat gro­ma­dzili wiel­kie majątki. Nad­szedł czas, aby to wigo­wie prze­jęli kon­trolę i prze­kształ­cili swoją orga­ni­za­cję we wła­sną sieć patro­natu.

Doktor Desaguliers

Piwiar­nia Gęś i Ruszt znaj­do­wała się przy cią­gną­cej się wzdłuż połu­dnio­wej strony kate­dry ulicy St Paul's Chur­chy­ard; poło­żone przy niej tawerny i księ­gar­nie sta­no­wiły cen­trum kul­tu­ral­nego życia Lon­dynu jesz­cze na długo przed wiel­kim poża­rem. Gospoda Gęś i Ruszt wyjąt­kowo przy­pa­dła do gustu maso­nom wol­nym i uzna­nym i choć bra­kuje doku­men­tów, które mogłyby roz­wiać wszyst­kie wąt­pli­wo­ści, bar­dzo moż­liwe, że to wła­śnie tam sir Chri­sto­pher Wren w 1691 roku został "uznany".

Dwu­dzie­stego czwar­tego czerwca 1717 roku, w dniu Świę­tego Jana Chrzci­ciela, człon­ko­wie róż­nych lóż masoń­skich zebrali się w piwiarni Gęś i Ruszt. Każda z lóż brała swoją nazwę od tawerny, w któ­rej się spo­ty­kano, a więc były tam gospody Pod Koroną przy Par­ker's Lane, znaj­du­ją­cej się nie­da­leko Drury Lane, Pod Jabłonką przy Char­les Street w dziel­nicy Covent Gar­den, Szkla­nica i Wino­grona przy ulicy Chan­nel Row w dziel­nicy West­min­ster oraz, rzecz jasna, Gęś i Ruszt.

Głów­nym punk­tem spo­tka­nia było przy­zna­nie Anthony'emu Say­erowi, niczym nie­wy­róż­nia­ją­cemu się księ­ga­rzowi, nowego sta­no­wi­ska w struk­tu­rach maso­ne­rii, czyli pozy­cji wiel­kiego mistrza. Następ­stwa tego zebra­nia były kolo­salne: poja­wiła się Wielka Loża, która rościła sobie prawo do usta­na­wia­nia praw dla całego bra­ter­stwa. Histo­ria współ­cze­snego wol­no­mu­lar­stwa zaczyna się wła­śnie tego dnia w 1717 roku -?w 2017 roku masoni na całym świe­cie świę­to­wali trzech­set­le­cie swo­jej orga­ni­za­cji.

To słynne spo­tka­nie w tawer­nie Gęś i Ruszt było punk­tem zwrot­nym w histo­rii maso­ne­rii -?i wła­śnie dla­tego zaska­ku­jące jest, że wiemy o nim tak mało. Nie pozo­stały po nim żadne mate­rialne ślady: Gęś i Ruszt i trzy inne tawerny, w któ­rych spo­ty­kały się loże, już od dawna nie ist­nieją. Co jesz­cze dziw­niej­sze, masoni, któ­rzy zazwy­czaj skrzęt­nie doku­men­tują swoje dzia­ła­nia, nie mają żad­nych pro­to­ko­łów ze spo­tka­nia. Jak zaraz się prze­ko­namy, ist­nieją pod­stawy, aby podej­rze­wać, że zebra­nie pró­bo­wano ukryć. Lata pomię­dzy rokiem 1717 a 1723 były naj­waż­niej­szymi, a mimo to naj­bar­dziej enig­ma­tycz­nymi w całej histo­rii maso­ne­rii, więc należy przyj­rzeć się im pod histo­rycz­nym mikro­sko­pem.

Naro­dziny Wiel­kiej Loży miały miej­sce aku­rat wów­czas, kiedy skoń­czyły się pie­nią­dze na odbu­dowę Lon­dynu i kiedy roz­po­częły się rządy wigów. Ludzie, któ­rzy utwo­rzyli Wielką Lożę, byli ambitni, powa­żani, zaradni - i wszy­scy byli wigami. Wiele infor­ma­cji można zyskać, przy­pa­tru­jąc się naj­waż­niej­szemu z nich, czyli męż­czyź­nie sto­ją­cemu za spo­tka­niem w tawer­nie Gęś i Ruszt: dok­to­rowi Joh­nowi The­ophi­lu­sowi Desa­gu­lier­sowi.

Dok­tor Desa­gu­liers ode­grał klu­czową i trwałą rolę w kształ­to­wa­niu histo­rii, rytu­ałów i war­to­ści wol­no­mu­lar­stwa. Nie tylko był jed­nym z głów­nych twór­ców Wiel­kiej Loży, lecz także wpi­sał w spo­tka­nia lóż edu­ka­cyjne wykłady i przy­czy­nił się do zało­że­nia fun­du­szu zapo­mo­go­wego Wiel­kiej Loży; pod­czas swo­ich podróży sze­rzył rów­nież idee maso­ne­rii w Euro­pie kon­ty­nen­tal­nej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki