II.
Po nocy pogodnej i cichej, ranek wstał chmurny znowu i wiatr, jakby przebudzony, obłoki nieść zaczął jak wczora. Goniły z zachodu, niby za wieczornymi spóźnione - Z razu wybiegły zarumienione i drobne, przodowi wysłańcy, tuż za niemi cała czereda szarych zwijających się w grube wały, poszarpanych na skrajach, i wnet całe niebiosa zaciągnęły się jakby smętną płótna oponą, po której kłębiły się, dymiły coraz nowe chmur gromady. Wiatr też ziemię zamiatać poczynał, i na pogorzeliskach obalał gdzieniegdzie chwiejące się dylów szczątki; padały na popielisku, a dym i kurzawa podnosiły się od nich i rozwlekały daleko.
Zimny powiew zachodni zmusił ruszać się z ziemi. Pilno trzeba było myśleć o lepszem schronieniu.
W tej gdeckiej, błotnistej, zewsząd odkrytej nizinie, lada napaść była niebezpieczną, ni się schronić tu ni bronić nie było można. Blizko stojące lasy pewniejszym były przytułkiem. Pierwsi powstawali Doliwowie, myśląc o napojeniu koni, Dębiec też stał do posługi gotowy, zbierając się ognia rozłożyć trochę, aby ciepłą strawą jaką orzeźwić przynajmniej rannego Lasotę, i skostniałego od zimna staruszka.
Mszczuj chciał odchodząc własną opończą okryć O. Jana, gdy, schylając się nad nim, postrzegł, że twarz miał trupio bladą, a zlekka do niej dłoń przyłożywszy, uczuł, że kapłan żyć już przestał. Skonać musiał spokojnie w nocy, z modlitwą na ustach, ręce miał jakby do niej złożone i zaciśnięte na książce, którą ocalił z kościoła. Książka ta była jedyną po nim spuścizną.
Mszczuj ani się zadziwił ni użalił tej śmierci, dla O. Jana była ona dobrodziejstwem, dla podróżnych oswobodzeniem od ciężaru, któremu nie wiedzieli jak podołają. Oba z bratem poszeptawszy gdy się przekonali, że O. Jan nie żył a skostniał był zupełnie - zajęli się naprzód pogrzebem. Dzikiemu zwierzowi a krukom zwłok na pastwę nie podobna było zostawić, naradziwszy się więc, postanowili złożyć je w kościelnym grobie, z którego wyszedł do nich wczora.
Dębiec się ofiarował dopomódz im do tego pobożnego dzieła, ale go odesłali do koni, i sami we dwu, ująwszy zwłoki za głowę i nogi o dnia brzasku, skierowali się milczący ku zwaliskom nie zbyt odległego kościołka.
Tu jakby na przyjęcie zwłok kapłana, stała właśnie otwarta trumna dębowa, z jednego kloca wyrobiona, z której trupa rabusie wywlekli... Do niej więc włożyli pobożnie bracia O. Jana, i wiekiem przysłonili na spoczynek wieczny.
Zasunąwszy potem płytą kamienną, która wprzódy wnijście do grobów okrywała otwór podziemią - wrócili do spalonej chaty.
Lasota przebudzony dawno, patrzał na to co się działo, lecz popadł był w rodzaj odrętwienia, który wielka rodzi niedola, - ani się cudzej śmierci mógł użalić, ani by własnej starał uniknąć.
Dębiec klęcząc warzył coś w garnku, konie były napojone, a choć pasza na wpół wypalonych ogrodach nie wiele je posilić mogła, rzeźwiejsze były po spoczynku niż wczora.
Ranek choć chmurny, coraz się jaśniejszym stawał, gdy Doliwowie do drogi już stali w gotowości. Lasota leżał jeszcze na rękach oparty.
- Ojcze, odezwał się Mszczuj do starego nie zdającego się myśleć o podróży - jechać nam trzeba, a i wy z nami też musicie.
Potrząsnął głową Lasota.
- Dajcie mi tu tak spokojnie zemrzeć - rzekł ledwie dosłyszalnym głosem. Po co się już męczyć aby nędzne życie ocalić, gdy się ono na nic nie zdało nikomu. Gdybym ręce miał.
- Serce macie! zawołał Mszczuj - my was tu nie zostawiemy.
- Księdzu Bóg oczy zamknął, da i mnie tu skończyć, rzekł stary.
- Bóg tego nie chce, gdy wam życie ocalił - dodał drugi.
Nie dopuścili Doliwowie by się starzec dobrowolnie głodem zamorzył, i niemal gwałtem nagląc, ująwszy go pod ręce z ziemi podnieśli. Dębiec dopomagał, podprowadzono konia, którego rany poprzysychały, wciągnięto go nań, i ruszyli wszyscy z nieszczęśliwego pogorzeliska, które już nigdy się do pierwszej swej możności i dawnego życia podnieść nie miało. Raz jeszcze przeciągając przez zwaliska te, napatrzeć się musieli strasznego obrazu spustoszenia.
Gdecz naówczas był niemal całej polski wizerunkiem w gruzach leżącej i popiołach, bezpańskiej, zniszczonej i pustej. Krajało się serce tym co ją niedawno jeszcze pamiętali żywą, wesela pełną, z tłumami przebiegającemi ulice, z grodami zasobnemi, z kościoły śpiewem brzmiącemi. Dziś milczała jak wielki cmentarz, a krucy się unosili nad nią, szukając niedogniłych trupów, i oszalałe tłumy burzyły co jeszcze stało.
W posępnem milczeniu przejechawszy około zburzonego gródka, puścili się drogą ku lasom.
Okolica jak zajrzeć pustą była, bo kto się wyrwał z rąk Czechów, skrywał się po lasach i gęstwinach. Bezpieczniejszemi też uczuli się jadący, gdy się wpośród drzew znaleźli. Tu choć dosyć obeznanym z krajem, nie łatwo się teraz pokierować było. Jedyna większa droga, dla uchodzących służyć nie mogła, spotkać się na niej było łatwo z kupami zbrojnemi, albo z oddziałem Czechów, po całym rozsianych kraju. Gromady dziczy rycerstwu nie przepuszczały, a Czesi w niewolę brali. Rzucić się więc musieli w stronę bezdrożami, a Mszczuj, który myśliwym był, zapewniał, iż po korze drzew się kierując, manowcami ku Wiśle doprowadzi. Nie było bowiem innego schronienia jak za Wisłą, choć ów pokój co tam miał panować, pogłoską był tylko i słuchem - nic nie ręczyło za bezpieczeństwo, a czterej zbiegowie, z których jeden był bezbronnym, drugi pokaleczonym i wycieńczonym głodem - obronić się nie mogli napaści nawet małej garstki złych ludzi.
Zapasu żywności też, oprócz tej jaką na plecach w worze niósł Dębiec i Doliwowie w sakwach jeszcze mieli po trosze, nie było żadnego, ta na długo starczyć nie mogła. Trzeba się było zdać na opatrzne losy.
W głębi puszczy jesień jeszcze nie była tak widoczną, ocalało tu więcej liścia, trawy i zieleni, wiatr nie dojmował tak ostro. Przebywszy przerzedzony bór od skraju, gdy się w gąszcze dostali, - jechali ostrożnie, nadsłuchując niemal ubezpieczeni. Przodem postępował Mszczuj prowadząc, za koniem jego szedł Dębiec, dalej wlókł się koniowi cugle puściwszy Lasota, istny trup żywy - a pochód zamykał Wszebór.
Dwa czy trzy razy zwierz im z pod nóg pierzchnął prawie, ale nikt się oń nie pokusił, gonić nie było sposobu, rzucić oszczepem zadaleko. W kilka godzin dopiero młode spłoszone sarniątko, udało się Mszczujowi, w chwili gdy przystanęło niewiedząc jeszcze gdzie pierzchnie - przeszyć dzidą rzuconą. Pobiegł za niem Dębiec i skaleczone pochwycił. Pożądana to była zdobycz, i gdy stanęli na łączce dla koni, mogli upiec kawał mięsa, którego dawno nie kosztowali.
W głębinie lasów nic się nie zdawało ludzi zwiastować - milczały całe, a choć Mszczuj dla ubezpieczenia się ucho do ziem przykładał, nie posłyszał nic coby obawę jaką wzniecić mogło.
Gdy konie popasłszy na lepszej trawie, której tu podostatkiem było - napiły się w strumieniu, orzeźwiały, puścili się zaraz w dalszą drogę.
Wiodła ich ona prawie jednostajnie gąszczami, borem, zaroślami, w jednym kierunku, jak ich Mszczuj zapewniał, który już dnie i czas, gdy się nad Wisłę dostać mieli obliczał. Nie przeciwiał mu się nikt bo lepiej znał kraj, a swego pewnym się zdawał. Lasota milczał obojętny, dawał się prowadzić, nie pytając, bo nie patrząc prawie. Czynił co mu wskazano, sam już jakby woli pozbywszy, nawet karmić się i poić dając - i nie upominając o nic. Pamiętali o nim towarzysze podróży, nie dziwiąc się temu bo wiedzieli że rodzinę utracił, a w nim samym życia było niewiele.
Miało się już tego dnia ku wieczorowi, gdy, jadąc tak powoli, Mszczuj, który oczyma naprzód sięgał daleko, aby nie wpaść w jakie niebezpieczeństwo, ręką dał znać jadącym za sobą, aby przystanęli. Zatrzymano wnet konie, uciszyli się wszyscy. Mszczuj zlazłszy ze swego, począł skulony iść naprzód, aż przypadł i pełznął na brzuchu.
Z za gałęzi drzew, już z liści trochę obnażonych, widać było, na małej łączce u pnia dębu starego, coś czego zrazu dobrze rozeznać nie mogli. Bielała jakby odzież jakaś, niby ludzi oznajmująca. Mszczuj się tak skradając po cichu, przysunął do pnia starego drzewa, a tu, rozpatrzywszy się - wstał śmiało na nogi.
Jadący za nim domyślili się, iż obawiać się nie było czego. Skinął też na nich aby się zbliżyli.
Widok jaki mieli przed oczyma, zdumiał ich litość nie przestrach obudzając. U pnia dębu siedziało z włosami rozpuszczonemi śliczne dziewczę, zaledwie lat piętnaście mieć mogące. Kwiatek ten świeży zwarzył już jakiś podmuch ostry, na zbladłej twarzy okrutną boleść widać było wyrytą. Oczy miała zwrócone ku górze i nieruchoma tak siedziała, gdyby posąg jaki. Z dwojga oczu niebieskich ciekły dwa łez strumienie, ciekły i zaschły na twarzy, na której dwie tylko krople wezbrane, jak perły się lskniły. Rączyny miała podłożone pod głowę, sparte na drzewie, a na kolanach jej spoczywała druga niewiasta, sukniami obwinięta, z głową zakrytą, śpiąca, chora czy zmęczona. Twarzy jej widać nie było. Obok dwóch niewiast leżały rozsypane węzełki, suknie zrzucone, kosz z jadłem i sprzęt drobny.
Były same, we dwie tylko - nikogo więcej z niemi. Po sukniach znać w nich było niewiasty majętnego rodu, żony żupanów lub władyków. Młodsza miała na sobie przyodziewek futerkiem okładany, druga okryta była kosztowną suknią z ciężkiej tkaniny. Na szyi dzieweczki świeciły łańcuszki złote i wieszadła, kolce miała przy uszach, pierścienie na rękach białych wpośród włosów wyglądały.
Mszczuj, który ją pierwszy zobaczył, stanął jak wryty. Piękniejszej niewiasty nie widział w życiu swojem - zdała mu się królewną, albo duchem zaczarowanym tych borów. Obie niewiasty były jakby skamieniałe, nie słyszały przybywających, nie poruszały się wcale. Domyślał się Mszczuj, że ta która na kolanach dzieweczki spoczywała, uspioną być musiała - a ona nie śmiała ani drgnąć, by jej snu nie przerywać.
Dopiero gdy konie bliżej podeszły a parsknęły i tentent się dał słyszeć wyraźniej, z krzykiem porwała się dzieweczka, budząc uśpioną... Przerażona do obłąkania prawie, nie wiedziała co czynić, bo nie mogła rychło do przytomności przywieść obudzonej.
Gdy się tamta podniosła, ujrzeli w niej starszą i poważniejszą niewiastę, twarzy jeszcze świeżej i wdzięcznej, rysów pięknych, z brwiami i oczyma czarnemi, wyrazu dumnego i pańskiego. Ciemnemi i rozrosłemi łuki brwi w półkola zwieszały się nad powiekami przysłaniającemi źrenice wielkie i ogniste. Patrzała niemi strwożona lecz gniewna razem. Dziewcze daleko mocniej przelękłe usiłowało chwytając ją i ciągnąc, uprowadzić z sobą; gdy Mszczuj się pokazał i pospieszył zawołać, by się nie lękały niczego.
Na ten głos, mowę swoją usłyszawszy niewiasty, choć strwożone jeszcze się tuliły do siebie, znać było, że nabrały otuchy. Starsza się podniosła, wyprostowała dumnie, osłoniła płaszczem, którym była przykrytą, i dosyć śmiało poczęła się Doliwie przyglądać. Młodsza skryła się za nią i instynktem raczej niż z rozmysłem, chwytała włosy rozsypane, których długie, jasne warkocze, całe jej ramiona okrywały, jakby płaszczem złocistym.
Mszczuj, choć znał dawniej na dworze, potem po grodach bywając, wszystkie niemal znaczniejsze rodziny, nie przypominał sobie tych dwu niewiast które - gdyby je był raz widział w życiu, z pamięci wyjść nie mogły. Piękność tylko co rozkwitłego dziewczęcia, tak była zachwycającą, że dość na nią raz spojrzeć było, aby na wieki o niej pamiętać. Twarz też starszej pani, uderzającą była i wdziękami i wyrazem a przybraną powagą. - Zdało się jakby cudzoziemką była, bo i płeć miała śniadszą niż polskie niewiasty i na wierzchniej wardze czarny puszek porastał. Silna, wzrostu więcej niż miernego, pulchna i pełna, postawę miała królowej, i wejrzenie do rozkazywania nawykłe.
Chociaż to spotkanie ich w głębi lasów i przestrach młodszej dowodziły, że obie były w położeniu rozpaczliwem, same jedne, opuszczone, uciekające zapewne przed tą tłuszczą, która nie szanowała ani kościołów, ani niewiast; twarz przecie starszej nie wydawała zbytniej trwogi. Brwi tylko czarne zbiegły się jej nad oczyma i dwie marszczki przecięły czoło. Patrzała długo na Mszczuja, badając go oczyma, i czekając aż się odezwie.
- Nie lękajcie się miłościwe panie - rzekł przybywający - myśmy nie napastnicy, sami uchodzim od napaści. Nas tu dwu braci Doliwów, stary Lasota z pod Szrody, i człek ze służby. Jedziemy ze spustoszonego kraju od Gdecza, gdzie już i żywej nie zostało duszy.
Gdy to mówił Mszczuj, nadciągnęli jego towarzysze, którym też starsza pani przypatrywała się bacznie, a z za niej kiedy niekiedy, trwożliwie wyglądała ciekawa, kryjąca się za płaszczem, biała twarzyczka dziewczęcia.
Zatrzymali się wszyscy na widok tych niewiast samych jednych śród lasu, bezbronnych, aż litość nad niemi brała. Walczyć z nieszczęściem wszelkiem, męzką jest rzeczą i mężowi przystojną - lecz gdy niewieście bezbronnej, bezsilnej przyjdzie tak stanąć nad przepaścią na łasce dziczy, gdy niewiasta w kwiecie wieku, żywota ginie marnie - najtwardsze serce się ściska. Patrzali nadciągający zdjęci litością wielką, nawet Lasota, któremu własna przypomniała się rodzina, oczy otworzył zagasłe i poruszył się na swym koniu.
- Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, co was tu ku nam sprowadził, ozwała się starsza niewiasta - Bogu niech będą dzięki. Oto już trzeci dzień jak tu siedzimy same, drżąc a płacząc. Ostatni sługa co był z nami, poszedł się rozsłuchać po okolicy - i nie wraca. Na Poniec, gród nasz napadły gromady srogie - ludu ćma... Ledwieśmy z córką ujść pośpiały z jednym starym. I tego nie ma teraz, niewraca, a nas tu głodna śmierć lub zwierza paszczęka czekała...
Co z domem, co z mężem się stało! Bóg jeden wie.
Zasłoniła ręką oczy, z których łzy pociekły, i zamilkła.
Wszyscy z koni zsiadali, przybliżając się nieco. Młode dziewcze wciąż strwożone za matkę się kryło.
Z nazwiska męża znano starszą niewiastę; była ona rodem z Rusi, greckiej matki dziecię, poślubił ją był możny władyka Leliwa. Miała imię Marty.
Za Bolesława wielkiego czasów, gdy z Rusią były ściślejsze stosunki, a chwilami przyjaźniejsze, swatali się książęta i żupany z rusinkami, brali niekiedy rusini żony ze dworu króla i po grodach.
Ani Marty Leliwowej, ani córki jej nikt z przybyłych nie znał z twarzy, ni je kiedy widział w życiu. Spicymierza, inaczej zwanego Spytkiem, który nie dawno się był przeniósł na siedzibę do Ponieca, widywali nieraz Doliwowie i Lasota. Mąż to był podeszły już w lata, rycerski, odwagi niezmiernej, czego w wyprawach mnogie dał dowody. Nie śmiano domyślać się nawet co się z nim stało, zmiarkowali wnet wszyscy, że gdy podczas napadu czerni był doma, niżeli by miał uchodzić, raczej życie dał. Mógł żonie swej i dziewce do lasu kazać się schronić, ale sam pewnie kroku dostał.
Aby daremną mową nie rozżalać zbolałej niewiasty, nikt się nie odezwał z pytaniem o niego, ona sama ręce łamiąc mówić poczęła - bo się pohamować nie mogła, jak zwykle niewiasty w złej doli.
- Bóg jeden wie co się z panem mym najmilejszym stało - wołała. Z ludźmi swojemi chciał się bronić do upadłego, a czy potrafił z tych gromad, co go osaczyły, choćby przebojem się wyrąbać?
I płakać zaczęły obie. Wtem Lasota, który przez całą drogę milczał, podstąpił okazując poszarpaną zbroję i ciało pokrwawione, lada jako chustami poobwiązywane, na których też zaschłej krwi plamy widać było.
- Nie narzekać już dziś na nic, a dziękować Bogu, kto choć żywot ocalił - rzekł. Moi wszyscy zginęli! Ja cudem ocalałem. Kogo Bóg zachowa sierotą, musi się poddać losowi, poległych opłakując. Dziękujcie Bogu, że was czerń do nogi nie wycięła, bo się na rycerstwo, władyków i żupanów zawzięli srodze, tak aby plemię nasze całe po wszech ziemiach wytępili.
Znałem ja Spytka - nie ustąpił pewnie sromotnie, więc bodaj z życiem uszedł.
Nam też i mnogim niedobitkom, mało co żywota zostało.
Spytajcie miłościwa pani, czy z tych naszych co się w Gdeczu schronili, żywa uszła dusza inaczej jak w pętach.
Płacz i narzekania niewiast na nowo się rozpoczęły, pocieszać je było trudno, milczeli wszyscy. Tym czasem, że się na wieczór zbierało, obozować tu postanowiono, nie chcąc i niewiast opuszczać - które na sługę czekały. - Któż wiedział czy go się doczekać mogły?
Choć w tak srogiem utrapieniu, gdy życie na włosku wisi, nie czas myśleć o piękności niewieściej i w niej się rozmiłowywać - oba Doliwowie, ujrzawszy córkę Spytkową, jako byli młodzi nieżonaci a gorącego serca, nie mogli się jej napatrzeć.
Dziewcze się kryło jak mogło za matką, widząc jak ją oczyma prześladowali, nie pomagało to wiele, bo Doliwowie pod pozorem posług różnych bliżej się cisnęli, aby choć popatrzeć na nią, a krasą się polubować.
Rozdzielone były wprawdzie od siebie obozowiska, niewiasty się trzymały na uboczu trochę - ale młodym łatwo było wymyśleć sposoby, przybliżenia się do nich.
Sługa ów Spytkowej, na którego czekała aby jej wieści przyniósł o mężu i o grodzie ich - nie powracał; coraz więc prawdopodobniejszem się zdawało, że go gdzieś pochwycono, albo się obłąkał w lesie, lub padł pastwą dzikiego zwierza, choć miał to być człek wielce sprawny i z lasem po bartniczemu oswojony, że w nim był jak w domu.
Jawnem to było dla Doliwów, że opuścić tak niewiast nieszczęśliwych nie godziło się. Koni nie miały, tabor niemi zwiększony, jeszcze się wolniej musiał posuwać ku Wiśle, na większe będąc narażony niebezpieczeństwa. Nikt na to nie sarknął, Doliwom obu podróż ze Spytkówną uśmiechała się, bo się w niej na pierwsze wejrzenie rozmiłowali, nie wiedząc wcale o sobie.
Już mrokiem, gdy coraz bardziej o powrocie sługi wątpić poczęto, radzić trzeba było o jutrze, bo stać dłużej, dla szczupłego jadła nie mogli.
Spytkowa zaklinać poczęła ręce łamiąc, aby ją tak samą nie porzucano. Odezwał się tedy stary Lasota, który stał się mówniejszym. -
- Któż by o tem myślał! - Nie przeto będzie bezpieczniej i lepiej, bo i my nie wiele możemy a przekradać się musimy bronić nie mogąc.
- Dokądżeście ciągnęli -? spytała Spytkowa.
- My...? ku Wiśle - odparł stary. - A no inna to rzecz była nam uchodzić samym, inna z sobą niewiasty prowadzić. Doliwowie nas ku Wiśle prowadzili, gdzie na Mazurach pokój być ma; bo ten niepoczciwiec Masław żelazną ręką lud trzyma. - Ale my go znać nie chcemy, tem ci więcej niewiast mu pokazywać nie można, bo nic też nie szanuje, ni czci ni życia; a siłą się swą upił jako miodem. - Więc za Wisłę ciągniemy - dokąd? gdzie? Bóg wiedzieć raczy.
Nikt długo nie odpowiadał.
- E! odezwał się w końcu Mszczuj - tak jak jest na zawsze zostać nie może - Ład wróci nasi się skupią, tym czasem choćby szałasy skleciwszy przesiedzimy złą godzinę.
- A głód? mruknął Lasota głowę spuszczając...
- Na to sobie radzić będziemy, odparli uśmiechając się Doliwowie. - Zresztą co nam pozostało? samym o sobie myśleć i życia bronić!
Stary nie odpowiedział nic, niewiasty szeptały między sobą, i nie postanowiwszy więcej zamilkli wszyscy.
Już noc była prawie, gdy wśród tej ciszy leśnej, popłoch znowu padł na obozujących, szczególniej niewiasty lękliwe. Szelest się dał słyszeć między gałęźmi. Mszczuj i Wszebor wnet do koni i oszczepów skoczyli. Zbliżał się chód jakiś i po chwili z gąszczy wysunął się, rozglądając ostrożnie człek o kiju idący, z toporem za pasem i oszczepem. Był to ów wysłaniec Spytkowej, o którego powrocie zwątpiono.
Zobaczywszy go, rzuciły się zrazu niewiasty ku niemu, ale wpatrzywszy weń baczniej, wnet się powstrzymały, nie spiesząc z pytaniami.
Szedł on, a raczej wlókł się, zataczając ze znużenia, z twarzą zbiedzoną i posępną - łatwo było odgadnąć, że złe przynosił wieści.
Zbliżył się rozpatrzywszy ku ognisku, stanął, popatrzał litościwie na panią swą, oparł się na kosturze i milczał długo, oczyma tylko mówił, że go o co pytać nie było. Spytkowa też badać już nie śmiała, woląc przedłużyć niepewność, niż dostać wiadomość, którą przeczuwała. Stary ów Sobek, choć męzkiego serca człek, popatrzywszy na swe panie, płakać zaczął. Milczenie groźne, jak te co burzę poprzedza, panowało przy ognisku. Lasota się ozwał pierwszy.
- Zginął Spytek? co z waszym grodem się stało?..
Ręką w powietrzu zamachnąwszy, ku ziemi ją spuścił Sobek.
- Zdala tylko patrzałem - rzekł - jak dymiło gniazdo nasze - niema go już, nie został nikt, nic nie zostało.
Ranny Żugwa, co się ze zgliszcz wywlókł do lasu, gdziem go konającego znalazł, powiedział mi tylko, że pan nasiekł dużą trupów górę, nim go dostali, a legł rycerską śmiercią. W kawały go rozsiekli zbóje.
Zaszły się od nowego płaczu niewiasty, popadawszy na ziemię, ani śmiał kto ich łzy tamować. Przybyły Sobek więcej nie mówiąc, jak stał zwalił się tuż przy ogniu, bo mu znużenie wielkie nogi podcięło. Odstąpili na stronę Doliwowie i Lasota, zostawując płaczące z ich bolem i losem - naradzając się z sobą co dalej poczynać mieli.
Troje pieszych przybywało im do gromady, bo i Sobek do niej przyłączyć się musiał. Oba bracia się na to godzili, że niewiasty na konie posadzą, a sami pieszo pójdą. Lasoty z nędznej, wychudłej szkapy poranionej zsadzać się nie godziło, bo iść by był niemógł wcale. Pieszo tak idąc, wędrówka przeciągnąć się musiała.
Odeszli z sobą dla narady dwaj bracia, a choć zgodni, jakoś tak na się patrzali, jakby się pokąsać mieli, i nieufnemi ku sobie spoglądali oczyma. Przyczyną tego było owo dziewczę, na które oba łakomie patrzali, i jeden drugiego oczy szpiegował. Mszczuj posądzał Wszebora, a Wszebor Mszczuja.
- Ja konia mojego dam dziewczynie - odezwał się Mszczuj, biorąc w bok - sam pójdę przy niej, aby się gdzie nie spłoszył lub nie padł.
- Dlaczego ty a nie ja? - odezwał się Wszebór szydersko - toć i ja to potrafię.
- A czemuż znowu tobie koniecznie ma przypaść dziewczyna? - ofuknął drugi.
Spojrzeli sobie w oczy ostro.
- Bo mi dziewczyna do smaku! - rozśmiał się Wszebor.
- I mnie toż samo! - odparł Mszczuj.
- No i mnie!
- I mnie!!
Poczęli tak rzucać coraz ostrzejszemi słowy, oczyma się mierząc, jakby się już wyzywali. Żaden ustąpić nie chciał.
A jak byli oba zawsze gorący i łatwi do zadarcia, już się im i na gniew zbierało. Dopiero, gdy wybuch był blizki, wstyd się im zrobiło ludzi i samych siebie.
- Słuchajno - rzekł głos zniżając Wszebor - nie pora nam się o cudzą dziewkę zrzeć - dajmy pokój. Pierw ją i matkę ratować trzeba, potem się rozprawiemy czyją ma być. Spytkowa i córka niech sobie same wybierają konie, podprowadzimy je im oba.
Mszczuj głową skinął.
- Ino nie myśl - dodał - żebym ja ci tak łatwo ustąpił. Znasz mnie, że ze mną nie łacno.
- A ze mną też! - znamy się oba.
- Pewno! Niema się tu o co zajadać. Dziewki żaden nie weźmie siłą.
Wszebor się uśmiechnął się pogardliwie.
- Czemu? - zapytał - inaczej jak siłą rzadko się niewiasty biorą!
- A jak siłą to i siłą! - mruknął drugi.
Znowu się omal nie powaśnili. Szczęściem, gdy tak na uboczu pryskali słowy, nikt ich nie podpatrzył i nie podsłuchał. Zamilkli wczas, rozchodząc się, z krótkiej rozprawy z sobą wynosząc niechęć i gniew wzajemny.
Nocą trzeba było, liche skleciwszy szałasy, ognie pogasić aby nie zdradziły, a jednemu stać na straży na przemiany... Dobrze, że jesienne chmurne niebo, deszczem się tego dnia nie rozlało.
Jak tylko świt sposobiono się do drogi. Tu znowu wczorajszy spór się wszczął, ale milczkiem. Oba Doliwowie z końmi się parli wyprzedzając, aby je poddać niewiastom, komu się dziewczyna dostanie. Więc jeden drugiego popychał, oczyma zaognionemi mierząc, a żaden ustąpić nie myślał.
Zawczasu powiązano węzły i sakwy, które Sobek miał dźwigać na sobie, poodziewały się matka i córka, stały gotowe, gdy się przed niemi Doliwowie z końmi znaleźli. Dziękowała Marta Spytkowa, a popatrzywszy na nie, wybrała Wszeborowego konia, który był cięższy i silniejszy, chcąc za sobą córkę posadzić, aby się od niej nie rozdzielać, w tem Mszczuj się ozwał, że konie ich słabe były, podróż długa, więcej jak po jednemu sadzić na nie trudno.
Dziewczę się zawahało, samo od matki nie chcąc zostać, matka też porzucić ją nie rada. Gotowe były iść pieszo. Doliwowie stali, a tu czas naglił.
- Miłościwa pani - rzekł Mszczuj - czasu niema co tracić na rozmysły. Siadajcie wy na jedną szkapę, dzieweczka na drugą, my przy was pójdziemy, a na oczach ją przecie mieć będziecie.
Dziewczę się do matki tuliło, Spytkowa wahała. Lasota, którego już wsadzono na konia, nawoływał.
- Niema się tu co drożyć, gdy o życie idzie!
Uścisnąwszy dziecko i poszeptawszy jej na ucho, choć od niej oderwać się było trudno, siadła starsza pani na Wszeborowego konia, Kasię dając Mszczujowi, który zwycięzko a szydersko na brata się oglądał.
Dziewczę imię miało Katarzyny, jednej z najpowszechniej czczonych naówczas patronek.
Ruszyli więc w imię Boże, manowcami znowu i koń przed koń, tak że dziewczę za matką zostać z Mszczujem musiało, ale się zaraz otuliło i osłoniło tak, że ani oczu nawet jej widzieć nie mógł.
Mijając ze starszą brata Wszebor, schylił mu się do ucha.
- Niedoczekanie twe, abyś ty się nią długo cieszył, wezmęć ja ją z kolei.
- Zobaczemy - rzekł Mszczuj.
- A no...
- Zobaczemy.
I tak się gniewni bracia rozstali. - Umyślnie wiedziono najdzikszemi puszczy ostępami, w których śladów nie było ludzkiej stopy. Lasy się w tę stronę nieprzerwanie ciągnęły, a jak sobie Doliwa pochlebiał, miały ich aż do Wisły doprowadzić, boć cały kraj naówczas nie czem innem był, tylko ogromnym lasem, tu i owdzie poprzerąbywanym, wykarczowanym kawałami.
Gdzie się kolwiek człek obrócił, bliżej lub dalej las widział przed sobą, i choć się trafiła polana albo łąka, tuż za nią bór się znowu poczynał. Jechali tak długo, gdy z południa już rzadnąć począł bór i ze strachem niemałym wybiegłszy naprzód Mszczuj, postrzegł, że stali nad rozległą, płaską, odkrytą równiną.
Wprawdzie na drugim jej krańcu bory znowu widać było gęste, lecz tak daleko, iż powoli jadąc, niemal dnia potrzebowali, nimby się tam dostali. Właśnie w tej stronie kędyś i ta Wisła, za którą się schronić mieli, znajdować się była powinna. Należało więc coś obmyśleć, aby długo na widoku nie stać w przerzedzonym lesie.
Sobek się ofiarował sakwy zrzuciwszy, wypełznąć ostrożnie dla rozpoznania okolicy.
Zdala już gdzieniegdzie nad ziemię podnoszące się dymy, oznajmywały, że dolina całkiem opustoszałą nie była.
Sobek który bartnikiem niegdyś bywał, wdrapawszy się na drzewo, dojrzał w dali spalony gródek, mury kościółka na pół obalone, a co gorsza - zdało mu się dojrzeć też ogromne obozowisko ludzi pieszych i konnych, z szeroko porozkładanemi ogniami, około których stada się pasły, bydło i konie leżały, kupy jakieś nagromadzone sterczały.
Domyślał się, iż trafili nieszczęściem na jedną z tych gromad, które ciągnąc z osady do osady, dwory, grody, klasztory i kościoły pustoszyły równając z ziemią. Byłli to lud z okolicy, prusacy czy Masławowe wojsko - trudno się kto mógł domyśleć, a dla zbiegów równem to było.
Potrwożyły się, chcąc nazad w puszczę niewiasty, choć obóz leżał w bardzo wielkiem oddaleniu; godzili się wszyscy dalej w lewo brnąć, w stronę, w którą się lasy zataczały i niemi okrążyć dolinę.
Śmielszy od innych Sobek, radził w gąszczy przystanąć i czekać, sam się ofiarując iść na zwiady.
Choć Lasota mu się to starał odradzić, a niewiasty stracić się sługi lękały, nie było dla podróżnych obojętnem dowiedzieć się, co się w tej stronie działo, ku której dążyli.
Nie długo się spierano, bartnik tak siebie pewnym był, a ochoczo się brał do tego, iż mu się wybrać dozwolono. Doświadczony bywalec umiał się wygadać jak było potrzeba, przybrać postać różną, udawać kogo chciał, a spodziewał się, że w mnogim tłumie czerni, nikt go przecie poznać nie może. Im większe były gromady, tem mu się zdało bezpieczniej, bo wszyscy się tam znać nie mogli. Mowa i odzież prosta, łatwo mu się przekraść dozwalała.
Od kraju lasu do obozowiska przestrzeń była znaczna - musiał Sobek tak się przekradać aby nie widziano, że z puszczy wychodził.
Doliną nieco dalej, przepływał strumień, którego brzegi gęste wierzby i łoza zarastała. Aż do brzegu jego Sobek położywszy się na ziemi, ostrożnie pełznąć musiał po łące i roli.
Dostawszy się do zarośli, zwolna się niemi przekradając, mógł się przysunąć do obozu i znaleźć w nim niepostrzeżony, jakby od stad pasących się nad wodą przychodził.
Ze zręcznością dzikiego człowieka, którego instynkt i wprawa wiedzie jak zwierzę, wszył się w łozy Sobek. Zdala chyba myśliwca oko mogło dostrzedz z lekka drgające gałęzie, tam gdzie się on przedzierając ostrożnie, poruszał niemi. Baczył i na to, trzymając się wody, gdy było można.
Dosyć mu też czasu zabrało to przekradanie się nad rzeczułką, gdy usłyszał wreście rżenie koni, ryk bydła, i szmer a gwar ogromnej ludzi kupy. Był już około pastwiska.
Śmiały równie jak zręczny, Sobek topór zostawiwszy w łozach, sam się z nich dobył niosąc pęk nałamanych dopiero wici, które idąc po drodze plótł a kręcił na pęta.
Nikt też na niego oczów nie zwrócił i z łozami pod pachą wsunął się w stado pasących się koni rozpierzchłych szeroko.
Ztąd już widzieć mógł, iż nie na wojsko żadne trafił, ani na Czechów lub Prusaków, ale na tę zbójecką czerń, która z żagwiami i kołami od dworu do dworu ciągnęła.
Biesiadowano około pobranych łupów ze śmiechem i krzykami. Dalej pośrodku obozu powiązane w łyka, leżały pokotem pobrane niewiasty i wyrostki.
Za obóz wyrzuconych kilka się trupów walało, około których psy warcząc chodziły. Namiotów ani szałasów nie klecili najezdcy, leżąc pod gołem niebem. Paliły się ogromne ognie, a przy nich piekły barany i porznięte bydło. Stały beczki poodbijane, z których kto chciał czerpał. Na ziemi dostrzegł Sobek kupy owe wszelkiego bogatego sprzętu dworskiego i kościelnego. Ponad gromadami sterczały starym obyczajem Stanice z bożyszczami różnemi. A że dawnych poniszczonych nie stawało, w większej części rzezane były ladajako, nieforemnie z drzewa.
Pieśni pogańskie i swawolne rozlegały się do koła, bo gromady były podpiłe, a ochota wielka.
Sobek stał tak patrząc pośród koni, nie wiedząc czy iść ma dalej, gdy opiły parobczak, który z biczyskiem stada pilnował, przystąpił doń i począł mu się przypatrywać. Nie ulękły stary, plótł dalej wić, wzajem mu też w oczy zaglądając.
- Pasza zła! - zamruczał, poczynając rozmowę chłopak.
- Ta! dla koni - rzekł Sobek - a dla nas jest jej podostatkiem. Cóżeś to ty głodny? - zaśmiał się.
- Ja nie! ano mi march szkoda.
- Licho ich nie pobierze. Darmoć one przyszły, bośmy je po dworach zganiali, choćby który i zdechł! Przecie i krukom się coś należy - mówił Sobek spokojnie.
- Na! na! - mruknął parobczak - jużby dosyć tej włóczęgi... Dwór się na okolicę pono i jeden nie ostał, ani klasztór, ani kościolisko, a za chatą tęskno.
- Hę? cóżeś to w niej zostawił? - pytał Sobek. - dziewczynę?
- A pewnie, jak nie dwie! - odparł parobczak - gołowąs nie jestem, toć mi się należy!
Obrócił się głową ku obozowisku.
- E! tam ich jest kilka, tam! a no sobie starszyzna pobierze, nam ino chyba baby zostaną!
- Wrócicie do swojej, to i lepiej. Niema tam komu bałamucić, kiedy wszyscy wyszli - mówił Sobek.
- E! e! - mruknął pastuch. - Wszyscy, albo i nie.
Ziewnął i westchnął razem, a nabrawszy fantazyi z bicza trzasł, że aż konie się spłoszyły, czem sobie śmiechu narobiło pacholę.
- Toć już pewno wrócimy teraz, kiedy nie ma co dalej robić, bo nic nie zostało! - odezwał się Sobek - a i mnie do chałupy markotno.
- Zjesz licha! - rzekł pastuch. - Zostałoć horodyszcze Olszowe! Władyki się na nim zamknęły, z któremi skarby są wielkie i dziewuch siła, a tych ani dostać. - Toć musiemy borsuki z jamy wykurzyć!
- Gdzie? jakie Olszowe horodyszcze? wtrącił stary - jam nie słyszał.
- Boś stary i głuchy! - śmiał się parobczak - a gdzieżeś był, gdy my tam chodzili?
- Ja? - odparł Sobek - jam trzodę pasł. Niewiem nic.
- Toć tam ludzi nam nabito i musieli precz odejść - ale ich głodem weźniemy!
To mówiąc pastuch świstać począł i do rozmowy nie miał ochoty.
Sobkowi też wić się rwała, klął wołając, że po lepszą łozę musi iść. Nikt nań nie zważał. Powlókł się znowu w gąszcze nad rzeczkę. Zaszył się w nie, postał, popatrzał, przyczaił, dopadł zostawionego topora, wetknął go za pas i zobaczywszy że pastuch znowu na ziemi legł, wcale za nim nie patrząc, napowrót począł z tą samą ostrożnością przedzierać się zaroślami ku lasowi.
Śmiała ta wycieczka szczęśliwie mu się powiodła, nikt ani nań spojrzał nawet.
Szybszym krokiem, trzymając się brzegu, doszedł do cypla lasu, wypełzł z zarośli, i dobiegł do puszczy niepostrzeżony. Tu, na wilgotnej ziemi dobrze dla jego oczów znaczne ślady koni, poprowadziły go do miejsca, gdzie nań niecierpliwie oczekiwano.
Nie bez obawy myślano tam czy mu się uda dostać języka, choć Spytkowa ręczyła za niego, iż człek był przebiegły i zręczny, jakiego drugiego nieznano, dlaczego i nieboszczyk mąż, jej go i córce dał w usługi. Wrócił bartnik wcześniej niżeli się go spodziewano. Postrzegłszy idącego zdala, wszyscy się doń cisnąć zaczęli.
- Cóżeś widział? co za ludzie są? - pytała Spytkowa.
- Czerń taż sama pewnie, która i u nas była w Poniecu - rzekł Sobek. - Nietylkom ją na oczy oglądał, ale między nich prawie wszedłem, i z pastuchem gadałem.
Niedługo pono pójdą po chatach odpoczywać, łup podzieliwszy, bo się już przed niemi nic nie zostało, krom jednego Olszowego Horodyszcza. - Tam się władyki bronią, ludzi im nabili i chyba ich głodem będą brać, bo inaczej nie mogą.
- Ho! ho! - przerwał Lasota - niedoczekanie. Na Horodyszczu siedzi stary Belina ze swojemi, ten się zawczasu zasposobił, nieda się choćby mu się i rok bronić przyszło. Belinę znam. Smieli się z niego ongi ludzie, że w bezpiecznem miejscu siedząc, zawsze się tak zbroił, opasywał, zboże zsypywał, jakby się oblężenia spodziewał. Przed się on jeden rozum miał.
Za Bolesława myśleli wszyscy, że się już wszystko skończyło, tylko on w nawrócenie nie wierzył, a wróżył wciąż, że poganie kiedyś kościoły wywrócą, a nas chrześcian wymordują. On ci jeden widział i wiedział co się stać miało! - dodał wzdychając Lasota.
- A czemużby my, miłościwy panie - odezwał się, do nóg mu kłaniając Sobek - zamiast za tę Wisłę, do której się dobrać trudno, nie pociągnęli na Olszowe Horodyszcze! Jabym poprowadził!
Zamilkli wszyscy.
- Wieszże ty drogę! - spytał Lasota.
- Znajdę ją, głaskając się po głowie i potrząsając nią odezwał stary.
- A przyjmąż nas tam? - dodał starszy Doliwa.
- Jak odepchnąć mogą? - zawołał Lasota - oni mi plemiennicy, ona mi krewna. Belina nigdy chrześcianina a rycerskiego człowieka nie odepchnął od proga.
- Nie objemy go bardzo! - dodała Spytkowa - której ta myśl się wydała ratunkiem jedynym.
Doliwowie się nie sprzeciwiali, nie opierał się nikt tak szczęśliwej myśli - szło tylko o to, jak i którędy dostać się do Belinów. Wedle powieści Sobka, półtora albo dwa dni było drogi, a do gródka docierać musiano ostrożnie, bo choć czerń od niego odstąpiła, czaty i straże do koła zostawić musiała, na które wpaść było łatwo.
Mszczuj to przypomniał, a Lasota pochwalił. Czerń się pewnie zdobyczy nie wyrzekła i Horodyszcza zupełnie opuścić nie mogła.
Na przednie zwiady znowu się Sobek ofiarował ochoczo. Jedyny był człek, że go wszyscy pokochać musieli, bo znużonym nigdy nie był, gotów do posługi zawsze, jadła potrzebował mało, snu niewiele, do rady chętny, gdy o nim zapomniano, pół dnia milczał nie zaczepiając nikogo. - Przed wieczorem jeszcze pociągnięto głębiej w puszczę dla bezpieczeństwa, i żeby czasu nie tracić. Doliwowie zdali na bartnika prowadzenie. Następny dzień zostawał cały jeszcze na powolny pochód ku Horodyszczu. W niewiasty trochę ducha wstąpiło z nadzieją, że się między swych miały dostać, a nie gdzieś w ostępie obozować, Masława się ciągle obawiając, napadu i niewoli.
TOM I
I.
Smutny był wieczór jesienny; słońce zakryte, którego spłowiałe blaski z za chmur gdzieniegdzie przeglądały, już się ku zachodowi kłoniło. Całe niebios sklepienia okrywały szare, podarte, kłębiące się, nad widnokręgiem, w ciemną, jednostajną zasłonę zbite obłoki.
W powietrzu oczyma było można dojrzeć górą goniący wicher, który kiedy niekiedy tylko z chmur spadał na ziemię - sunął się po niej uginając drzew wierzchołki, obłamując gałęzie i uciekał znów gdzieś w górne szlaki.
Ziemia obleczona żałobą, szara, z zieloności odarta, wydawała się zmarłą, uśpioną, gdy po nad nią pędem leciały z zachodu poszarpane dziwnie, postrzępione, rozpływające się i zlewające obłoki, przybierające barwy różne, jakby je to gniew rumienił, to złość sinemi czyniła. Tam gdzie czuć było słońce, gorzały żółtawe łuny - gdzie na chwilę obnażyło się niebo, jaśniało jakąś barwą zielonawą. Szare chmury wszystkie zdawały się spieszyć na wschód, by tam stanąć jak wojsko do boju, jedną groźną czarną ławą.
Dołem, nie wesoły też krajobraz przedstawiał się oku. Nizka, błotnista dolina leżała wśród lasów, które ją czarnemi obejmowały ścianami. - Gdzieniegdzie na niej stało osamotnione, na pół zeschłe czy zgorzałe drzewo prastare, z gałęźmi obnażonemi i jakby w rozpaczy podniesionemi do góry.
Resztę liści pożółkłych oberwały z nich wichry jesienne.
Wśród błota wiła się droga, na której świeże ślady wypisały jakieś straszne dzieje wczorajsze, nie starte jeszcze niczem i nie spłukane, nieoschłe i niezarosłe.
Czytać było można z tej drogi, jak z księgi, co się tu wczoraj, dziś może dziać musiało. Przeszła po niej burza straszliwa. Wydeptana była, wygnieciona, wybita, jakby nią mnogi lud i stada przeszły, koła ją poryły, drągi porozrzynały, tu i owdzie leżały drzewa, wozów połamanych szczęty podarte szmaty krwawe, porwane szaty, potargane powrozy. Znać było na niej resztki wielkiego obozowiska, czy olbrzymiej gromad wędrówki.
Na ślizgiej powierzchni, gdzieniegdzie bosych nóg ślady się wycisnęły, dziecięce obok starych, zwierzęce obok ludzkich, owdzie leżącego ciała znamię, które padło i wlokło się pasami porąc ziemię. Wśród kałuż błota były i czarne zastygłej posoki plamy.
Wojny to zdawały się być ślady nielitosne, co po sobie śmierć i spustoszenie zostawiły.
Na stratowanym gościńcu szczątkami życia karmiło się ptastwo, dziubiąc rozsypane ziarna, pijąc może krew rozlaną.
W dali na pagórku widać było mury ogorzałe, niżej sterczące w dolinie belki czarne, powywracane budowy, szczątki jakiejś ludzkiej osady, w której nie było człowieka. Po nad tą pustynią głuche panowało milczenie, z wiatrem tylko kiedy niekiedy jakby żałośliwe dolatywało psów wycie. Stado kruków i kawek zwijało się w powietrzu, to przypadając ku ziemi, to podnosząc się z wrzaskiem i krążąc nad opustoszoną doliną. Ptacy obejmowali tu panowanie, a zwierz z lasów poglądał, rychło mógł przyjść za niemi, po człowieku zagarnąć dziedzictwo. Nad błotem latały z krzykiem boleśnym strwożone czajki. Jedno życie się tu skończyło, zaczynać miało drugie.
Wpatrzywszy się w miejsce, gdzie osadę zniszczoną znaczyły mury rozbite, jeszcze po nad nią dostrzedz było można nieznaczne prawie pasemka dymu unoszącego się z pogorzeliska. Napróżno usiłując się wzbić do góry, podniósłszy się nieco, opadały ciężko i rozścielały się po ziemi. W powietrzu czuć było zgorzeliznę trupią.
Na ścieżynie wiodącej do najbliższego cypla lasu, ukazał się jeździec na koniu. Wysunął się zwolna z za gałęzi, stał i patrzał długo - rozsłuchiwał bacznie, nim się dalej posunąć ośmielił.
Oko jego rozglądało się po okolicy, wśród której żywej nie widać było duszy, głosu ni cienia człowieka. Jeździec ów, z ciemną brodą potarganą, lat średnich mężczyzna, był, jakby świeżo wyrwał się z boju, i ocalał z walki - potłuczony cały i krwawy. Pancerz miał poszarpany od ciosów co go ugodziły i na kawały na nim porozcinały. Szmaty jego wisiały zeń, obnażając gdzieniegdzie pokaleczone ciało krwawe. Reszta pogiętego hełmu ledwie się trzymała na głowie bujnym ciemnym włosem okrytej, strzaskanego miecza głównia wisiała mu u pasa; w ręku miał kawał włóczni złamanej, w kilku miejscach zbroja i z pod niej przezierająca odzież jak rdzą brunatną, zaschłą krwią była zbroczona.
Koń pod nim posieczon i poraniony był także, szedł nakuliwając z głową zwieszoną, a gdy mógł stanąć, wnet łeb spuszczał szukając pod nogami wyschłej trawy, w kałużach wody. Pomimo tej nędzy dzisiejszej, na wojaku i jego wierzchowcu, znać było dawne lepsze czasy. Twarz biednego, wybladłego zbiega, rysy miała szlachetne i dumne, oko zamglone było smutkiem nie niewieścim, lecz mężną rycerską niedolą. Poszarpane suknie i zbroje niegdy były kosztowne i piękne.
Westchnąwszy, gdy z konia obejrzał okolicę, zsiadł z niego wędrowiec, poklepał biedne zwierzę po szyi, uzdę wziął w rękę i podpierając się dzidą, powolnym krokiem iść począł ku pogorzelisku. Ranny w nogę, z posieczoną piersią, rozbitą głową, wlec się musiał powoli i często odpoczywać. Zdało się czasami, że zachwiawszy się padnie, że mu ochota odejdzie dalej się tak ciągnąć, aby nędzny żywot ocalić, stawał, opierał się na koniu, dyszał i znowu tak wlókł ku pogorzelisku. Koń też kulejąc i napadając szedł posłuszny, a raczej dawał mu się ciągnąć, skubiąc z głodu resztki traw, gdy je znajdował po drodze.
Tak ścieżką tą od lasów, znaną mu pewnie, zbliżał się wojak ów ku kopcowi naprzód, grodzisku otoczonemu wałami, na którem spalonego zamczyska widać było zczerniałe ściany.
Spustoszenie straszliwe jakieś, nieludzkie przeszło tędy niedawno jeszcze, niezostawiwszy po sobie nic, nad kupę węgli i gruzu. Na okopach poopalane, połamane, sterczały gdzieniegdzie ostrokoły, brama strzaskana, na pół zgorzała leżała w błoto wciśnięta na ziemi.
Krokiem powolnym, przybysz wsunął się w środek okopów. Miejsce to musiało mu być dobrze znane, szukał po niem oczyma w gruzach, przeszłości którą pamiętał.
Żadna budowa nie ostała się całą na grodzisku, gdzieniegdzie kamiennych murów grubych sterczały ściany na pół poobalane, oparłszy się zniszczeniu. Obok ziemia nawet była poryta, jakby w niej czegoś szukano. Rozbitych naczyń skorupy rozsypanych bodni klepki, koły, belki, wyleżana słoma starta i pomięta, poogryzane kości białe, plac prawie cały zalegały. Na boku leżały ścierwa koni, których żebra już na pół obnażyły kruki.
Spłoszone podniosły się wrzeszcząc i wnet obsiadły znowu swą pastwę.
Wszedłszy do środka wzrokiem ponurym przejrzał do koła wszystko człek nieznany, konia postawił u wnijścia, a sam krokiem powolnym począł przez łomy zalegające grodzisko wdzierać się w głąb jego. Szukał miejsc jakichś, śladów, jakby z nich odgadnąć chciał dzieje tego zniszczenia... Lecz gruzy je przysypały, zwaliska zatarły. Spodziewał się może znaleźć trupy, a tych tu widać nie było.
Kilka razy rozpatrując się schylił ku ziemi, sięgnął ręką po łachman jakiś, dobył opalony szmat z pod drzewa i rzucił go z odrazą i gniewem. Minąwszy kupę rumowisk, szedł pod mur dalej, ale i tu toż samo znalazł bezładne zniszczenie.
U muru tylko, jakby osypana i zapadła ziemia, czarną obnażyła pieczarę, w której głębiach nic widać nie było. Z ciemności gdzieniegdzie sterczały połamanych belek końce. Zajrzał tu przybysz, ręką się osłoniwszy, zginając z trudnością, patrzał długo i wstał namarszczony...
Właśnie miał to cmentarzysko opuścić, gdy podrażniony słuch jego, wśród tej ciszy głuchej, pochwycił jakby szmer jakiś, niby ostrożnego chodu ludzkiego echo.
Strzymał się spoglądając ku wnijściu.
Tu nic widać nie było, koń tylko pasł się chciwie na wałach, znalezioną odrobiną zieleni. Posunął się więc, krocząc znowu przez belki i rumowiska ku miejscu, gdzie były wrota zamkowe, gdy w tejże chwili ukazała się w nich ludzka postać.
Człowiek ten wchodził, wsuwał się raczej ostrożnie, wstrzymał na widok konia i stał wylękły, oczyma wodząc na wszystkie strony.
Z daleka postrzegłszy z ruin wychodzącego zbrojnego mężczyznę naprzeciw sobie, w pierwszej chwili rzucił się był do ucieczki - lecz za drugiem ku niemu spojrzeniem w ręce plasnąwszy, zatrzymał się i, kroków parę podbiegłszy, padł przed nim na kolana.
To niespodziane wśród ruin zjawisko - było jakby do nich podobne - podstarzały już mężczyzna, z głową odkrytą, włosami rozrzuconemi, nie miał na sobie nic, oprócz na ciało nagie narzuconej zdartej, połatanej siermięgi. Nogi jego okrywały spodnie z płótna grubego, poobwiązywane sznurami u dołu, które skórznie podarte utrzymywały. Twarz wynędzniała, żółta, z oczyma blademi, miejscami włosem porosła, podobniejszym go czyniła do trupa wstającego z grobu, niż do żywego stworzenia. Padłszy na kolana, załamane ręce podniósł do góry.
- Wy żywi! - krzyknął.
Wojak nie odpowiadając nic, ręką wskazał na wiszącą kawałami porozdzieranemi zbroję, na poszarpane i poranione ciało.
- Żywem! - rzekł głosem bez dźwięku - żywem, ale po co żywot, gdy wszyscy moi poginęli, gdy nam tylko grób został!..
I powiódł oczyma dokoła.
Klęczący wstawał powoli i mówił ochrypły, drżący.
- Ja czwarty dzień tułam się po lesie, trawę gryzłem, liście ssałem, grzyby suche jadłem i korę, ledwie dusza w ciele.
- Dziękuj Bogu i za to - zamruczał uzbrojony - ja też nie wiem czy żyję - nie wiem jak żyję... a na co dziś życie się zdało.
W milczeniu ten, który powstał z ziemi, przysunął się i w rękę pocałował mówiącego. Stali oba nie mogąc znaleźć słowa.
- Jakżeście ocaleli? - spytał po tem cicho.
- Chcieliśmy się tam, za Szrodą opierać garści Czechów. Kupka nas była niewielka ale mężna. Padli wszyscy i mnie za zabitego rzucono na pobojowisku, dopiero noc mnie ocuciła. Koń uszedł, a potem sam wrócił gdziem leżał... jego oddech poczułem nad sobą, gdym oczy otworzył. Tułałem się i ja po lasach, oprócz wody nic nie mając, tu zdechnąć przyjdzie! To zdychać!
Zamilkł opuściwszy głowę.
- Gdzież ludzie? trupów niema? Gdzie Gdeczanie wasi? - spytał po chwili.
- Gdy Czechy nadciągały, jam był w lesie - począł drugi - wróciłem, aby patrzeć na pogorzelisko, nie było już wracać po co. Wszystką ludność, choć o mir i łaskę prosiła poprowadzili, pognali ze sobą wszystkich, nie został nikt, prócz tych co padli. Miasto złupione, domy złupione.
Popatrzał ku dolinie i jęknął boleśnie.
- A wasi? wasi? miłościwy panie! - zapytał cicho.
- Nie mam ja już nikogo, nikogo - odparł pierwszy ponuro.
To mówiąc, wziął konia za uzdę i zwolna z grodziska schodzić zaczął. Za nim wlókł się człek w odartej siermiędze.
U stóp zamku jednem zgliszczem szerokiem leżała wielka osada.
Na czarnem pogorzelisku stały gdzieniegdzie żurawie studzien, resztki ścian, których ogień nie dojadł, słupy od bram, koły od płotów, wysokie kozły szop zwalonych.
W pośrodku murowanego kościołka, z głazów wzniesione boki sterczały tylko - dach spalony runął. Zbliżyli się ku niemu - stanęli.
W głębi widać było ołtarza resztkę ogorzałą i poobalane wielkie świeczniki drewniane. Wnijście do grobów pod kościołem stało w pośrodku rozdarte. I tam znać łupów szukano. Nie ocalało nic. Na jednej ścianie wisiał tylko krucyfiks czarny, a na nim wpół spalony Chrystus, jedną ręką trzymał się jeszcze. Ptastwo, które się tu już na sen nocny tuliło, słysząc szelest, zerwało się, pierzchnęło, poczęło kołować z wrzaskiem i padać na ścian wierzchy.
Ostatnie promienie słońca przedarłszy się przez chmury, światłem pomarańczowem, jakby łuną pożarną nagle oblały ten obraz spustoszenia.
Z trwogą przybyli rozglądali się dokoła. Ślady życia jeszcze gdzieniegdzie były widoczne. Pod ścianami chat walał się statek gospodarski, rozbite wiadra, rzucone kądziele, zapomniane dzieci kolebki, kamienie od żarn wywróconych.
Wojak i zbiedzony człek w siermiędze postawszy przed kościołem, wyszli dalej ku spalonej osadzie.
Nadchodziła noc, trzeba było szukać schronienia.
- Miłościwy panie, władyko Lasoto - jęczącym głosem ozwał się siermiężny idący za nim - gdyby chleba choć okruszyna, możebym sił nabrał i szałas gdzie sklecił.
Na koniu, którego wiódł za sobą Lasota, wisiały próżne sakwy. Zwrócił się ku nim wojak i dobył z nich szczątek czegoś spleśniałego, czarnego, rozłamał i dał proszącemu.
Z chciwością niezmierną oburącz porwał zgłodniały ten pokarm, zaiskrzyły mu się doń oczy, począł gryźć ze zwierzęcem łakomstwem, zapomniawszy o wszystkiem.
Lasota szedł dalej, niepatrząc nań, szukając znużonemi oczyma przytułku, ale chaty drewniane, chałupy z płotów i chrustu, klecie, ogień pozjadał do szczętu, nie ocalało z nich nic nad węgły grożące upadkiem, ledwie od wiatru mogące osłonić.
Nierychło dopiero, chleb spożywszy do pruszyny, siermiężny pogonił za błądzącym po pogorzelisku Lasotą. Po drodze zaglądał do studzien, chcąc wodą ugasić pragnienie, nie było jej czem zaczerpnąć.
Lasota znalazł wreszcie w głębi gdzieś resztę dachu zwieszoną nad nędznemi ścianami dwoma. Tu, konia w blizki ogród puściwszy, sam zwalił się na ziemię - szedł jakby już tylko miejsca szukał gdzieby skonał, w obu dłoniach twarz zanurzył, oczy zasłonił i pozostał nieruchomy.
Tymczasem zeschły chleb, kropla wody, odżywiły nieco wygłodzonego, który trochę sił i przytomności odzyskał.
Był to jeden z osadników, tego zburzonego a niedawno jeszcze znacznego i do głównych dzielnic królewskich należącego grodu, Gdecza, który najezdzcy Czechy złupili, ludność z niego całą uprowadziwszy.
Człek ten zwał się Dębiec.
Lasota miał posiadłości rozległe pod Szrodą, często w mieście i na zamku przebywał. Dębiec kołodziej wysługiwał mu się we dworze, znali się zdawna. Możnego władykę i biednego rzemieślnika, wojna i nędza zrównały teraz. Lasotów gródek był spustoszony, on sam niemiał gdzie przytulić głowy, Dębcowi zostało tylko pogorzelisko jego chaty.
Ku niej się skierował, przedzierając przez poobalane domostwa, spodziewając się może znaleźć coś ocalonego. Doszedłszy do miejsca, które trudno poznać było, stanął wryty. Nie było nic oprócz wielkiej węgla kupy.
Mrok padał. Przemógłszy się Dębiec otarł oczy i wszedł na swe zgliszcza, poczynając się w nich rozglądać. Kijem podniesionym z ziemi, zwolna rozgarniał popioły i żużle - szukał czegoś. Pod chatą był w ziemi wilgotnej wygrzebany loszek, w którym coś czasem składano.
Pomyślał czy w niem co nie ocalało. Co? sam nie wiedział. Garść mąki może, suszonego mięsa resztka, krup trochę, choćby spleśniałego chleba okrawek. Grzebiąc się, natrafił w istocie na niezgorzałe drzwi loszku, ukląkł i rękami je oczyściwszy z ziemi, począł z wielkiem wysileniem odwalać. Osłabłemu szło ciężko, dyszał, kładł się na ziemi i wstawał, aż kołkiem podważywszy, podnieść mu się drzwi udało. Kryjówka zdawała się nietknięta, nikt tam w ubogiej chacie łupu się nie spodziewał.
Głodny Dębiec spuściwszy się, z okrzykiem radości, postrzegł tu spiżarnię swą ubogą, nienaruszoną.
Z niespokojnym pośpiechem począł w niej gospodarzyć, wyrzucając coraz coś wynalezionego, co dawniej pogardzone było, a dziś droższe nad złoto. Wkrótce jednak napowrót się wydobył z jamy, zabrał żywność lichą, i pospieszył szukać z nią tego, co go przed chwilą kawałkiem chleba obdarzył. Znalazł go pod ścianą, na pół uśpionego ze znużenia, wpół zamarłego z głodu.
Noc coraz ciemniejsza zapadała.
- Panie miłościwy - odezwał się Dębiec przypadając - mam strawę! Znalazłem ją w jamie mojej. Widać ją tam ukryć chcieli. Rozpalę ognia trochę... jeść - jeść będziemy! jeść!
Powtarzał ten wyraz, jakby w nim była wybawienia nadzieja. Lasota zwolna podniósł głowę.
- Ogień rozpalić! - mruknął - ogień! aby ściągnąć nim licho! ani mi się waż.
- Nikogo tu już ogień nie ściągnie - westchnął Dębiec - patrzajże, panie miły i tak gdzieniegdzie węgle się jeszcze żarzą, dym czerwony się kurzy! Zbójce bezbożni, Czechy, odciągnęły, pusto do koła, życie ratować trzeba. Głodem zemrzemy.
Lasota znowu twarz w dłonie zanurzywszy, nic nie odpowiedział. Pragnienie więcej niż głód go paliło, a było zarazem głodem i gorączką.
Niezważając na zakaz, kołodziej począł ogień przysposabiać. O głownie niedogorzałe na zgliszczach łatwo było. Z chaty swej wyniósł garnek jakiś, który znalazł w lochu rzucony. Miał już począć gotować, gdy Lasota wody zawołał.
Tym więc czerepem, jedynym jaki mieli i wicią znalezioną na pogorzelisku, pobiegł Dębiec zaczerpnąć u studni. Gdy wodę przyniósł Lasocie, pochwyciwszy garnek w dłonie drżące, stary wypił go do kropli.
Kołodziej poszedł zaczerpnąć znowu i zabierał się do uwarzenia wieczerzy, gdy wicher zadął i przyniósł z sobą wyraźny tentent koni.
Porwał się, choć osłabły Lasota, wołając o zgaszenie ogniska, i natychmiast zalano je co prędzej.
Gęsty mrok był, który pochmurne niebo zwiększało. Tylko w miejscu gdzie zaszło słońce jarzyły się jeszcze niebiosa i ku nim patrząc, postrzegli tu skryci zbiegowie, na gościńcu który przez środek osady prowadził - cienie dwu konnych ludzi jadących powoli.
Jak czarne dwa widma malowali się im na zorzy zachodniej, i choć zdala, dobrze ich rozeznać było można.
Lasota i Dębiec z ciekawością i niepokojem im się przypatrywali.
Niepotrzebował długiego czasu Lasota, aby w nich poznać, domyśleć się raczej, takich jak on sam był, zbiegów, tułających się, uchodzących nocą przed czeskiemi mordami i łupieżą.
Ludzie byli orężni, bo nad głowami ich sterczały dzidy, które w rękach trzymali, a konie pod niemi były rosłe. Na głowach wiewały hełmów czuby. Lecz możnaż było zaręczyć, że to nie Czesi jeszcze, wśród tego spustoszenia, krążyli za jakąś zdobyczą?
Stanęli jezdni naprzeciw spalonego kościoła... Wiatr silniejszy ustał był nieco - i słychać było rozmawiających z sobą. Lasota bacznie ucha nadstawiał, dochodziły go wyrazy urywane.
- Psie syny.
- Zwierzęta dzikie! Szatańskie plemie.
Po tych przekleństwach, swoich było się można domyśleć. Lasota złożył dłonie w trąbę i choć osłabłym głosem, huknął ku nim.
Na ten odgłos, konni zrazu rzucili się do ucieczki, potem wnet stanęli, rozglądając do koła.
- Swoi! zawołał Lasota - bywajcie tu! bywaj! bywaj!
Dębiec, który wprzódy jeszcze poznał w nich swoich, wstał z ziemi i pospieszył na spotkanie. W gromadzie zawsze bezpieczniej wszystkim było.
Na widok z mroku wychodzącej mary tej, jezdni stanęli w gotowości do obrony lub ucieczki, ale kołodziej zbliżywszy się, poznał sąsiadów, i począł wołać po nazwiskach.
Byli to dwaj bracia Doliwowie, ziemianie od Szrody, o miedzę od Lasoty osiedli.
Wszebór i Mszczuj Doliwowie, równie błąkaniem się o głodzie znużeni byli od dni kilku, dworce ich z ogniem poszły. Z koni pozsiadawszy zwrócili się ku miejscu przez Dębca im wskazanemu.
Kołodziej szedł uradowany przodem, wołając:
- To nasi z Doliwian, miłościwy panie. Wszebór i Mszczuj.
Dźwignął się nieco na łokciu spierając Lasota. Znów ognia niecić spieszył kołodziej.
Nie było powitania, bo czemże się pozdrawiać mieli? chyba ocalonym żywotem nędznym, z którym nie wiedzieli co począć. Patrzali na się tylko smutnemi oczyma.
Gdy ogień błysnął żywiej, starszy z Doliwów, widząc zbroję podartą i krwawe znamiona, a twarz Lasoty wynędzniałą, nie mógł się wstrzymać od przekleństwa na wrogów.
- Ot, na co nam zeszło! - krzyknął - ot, co się, z naszą ziemią stało!
Przeklęty dzień i godzina, gdy nam Mieszko i Ryksa zapanowali!
Dębiec im konie poodbierał, puszczając spętane w blizkie ogrody, gdzie się, choć nędznie, pożywić mogły. Posiadali na ziemi. Z kolei narzekanie ze wszystkich się ust wyrywało.
- Z Poznania - począł Mszczuj - jeno gruzy też stoją. Czego niemka Ryksa nieuwiozła, to Czesi zabrali! Poszła ona precz do swoich, do niemców - za nią i syn Kaźmierz uchodzić musiał. Pana nie mamy, otworem stoją rubieże, kraj bezpański, łupi kto chce. Złupili też Czesi Gniezno, obdarli kościół, wywieźli skarby drogie, pognali w łykach braci naszych jak bydło. Popalone sioła - gdzie spojrzeć pustynia!
- Zczezło marnie Bolesławowe królestwo - dodał Wszebór - rycerstwo nasze przepadło, wojuje kto chce, bośmy bezpańscy. Głowy niema.
- Tylko umierać nam, aby już oczy nie widziały końca - dołożył Lasota.
- Czechy, czechami, niemcy, niemcami - rzekł Mszczuj - własny lud burzy kościoły, pogaństwo wraca, życie nasze na włosku. Kupy się włóczą i wołają stare - Łado! a którego z władyków napadną na krzyż go przybijają z urągowiskiem.
- Co poczynać? umierać? - mruknął Lasota...
W tem Mszczuj głową potrząsł.
- Kto ma siły za Wisłę ciągnie do Masława, tam, mówią, pokój jeszcze, on jeden siłę ma. Co czynić? do siły się garnąć chyba, a nie, to życie potracim, mówił Wszebór. My też, sami nie wiemy, chyba by się do niego przekradać, aby żywot ocalić.
- Do Masława? - przerwał słabym głosem Lasota. - Co ci się śni? Człek ten niepoczciwy, przechera, wszystkich naszych nieszczęść przyczyną.
Mszczuj ramionami dźwignął.
- Prawda to! ano dziś będzie dobry kto bądź, byle życie zbawił.
- Lepiej umierać! - mruknął stary.
Gwarzyli tak urywanemi wyrazy, gdy Dębiec przerwał rozmowę, pytając czy nie byli głodni.
- A któż dziś nie głodny! - zawołał Mszczuj.
- Co mam, tem się podzielę - rzekł kołodziej. Nie wiele tego jest - byle duszę w ciele utrzymać.
Począł tedy mięso wędzone i krupy uwarzone na skorupkach, które w gruzach poznajdywał, rozkładać przed niemi. Lichy to był posiłek, ale się zdał głodnym najsmaczniejszą w świecie potrawą. Dziękowali mu niezmiernemi wdzięczności wyrazy.
- Niech ci Bóg płaci! - wołali.
- Zapłaćcie wy mnie sami - odparł Dębiec - siedzieć tu nie będziecie, powleczecie się gdziekolwiek bądź, pozwólcie mi z sobą, bo tu zginę. Jutro do dnia pewnie ruszycie w lasy, dajcież mi się wlec za wami. Wezmę co mam żywności, podzielimy się.
- Któż z nas wie, co pocznie jutro? - zawołał Lasota.
- W lasy trzeba i za Wisłę - dodał Mszczuj - innej dla nas rady niema. Masław przyjmuje wszystkich.
- Ani mówcie o tem - a sromajcie się myśli - przerwał stary Lasota.
Masław? a któż tego chłopiego syna nie znał na Mieszkowym dworze? Niewiedzieć zkąd i jak, od chlewów się dobył ten parszywiec, liżąc nogi, pochlebstwem dobił się podczaszowstwa. Mieszkowi potem życie skrócił, królową panię wygnał zmowami swemi, Kaźmierza pana swego wypędził. To jego sprawy.
- Pewnie tak - odrzekł Mszczuj - ja go też ni kocham, ni bronię, psubrat jest, a no kto dziś panem? przy kim siła? albo trzeba gardło dać lub iść mu służyć!
- A! tak - wtrącił się zdala Dębiec - służyć już komu bądź, niech choć rudy pies panuje, byleśmy bezpańskiemi nie byli.
Umilkli wszyscy pospuszczawszy głowy, Lasota orzeźwiawszy nieco, podniósł się sycząc, aby ciało pobite, rany i odzież potarganą opatrzeć. - Znać w nim było męża, który nie jedno już przebolawszy w życiu, cierpieć się nauczył, chłodno, śmiało, prawie nie jęknąwszy, począł się rozdziewać z przywrzałej do poranionego ciała zbroi i kaftana. Krew, która była przyschła, puściła się znowu z ran, więc bieliznę drąc, zakładał nią posieczone i pokłute ciało, a drudzy nań z podziwem patrzali. Był to znak przecie, że do życia chciał powrócić i o jakimś myślał ratunku. Czekali wszyscy milcząc, aż stary dokończy, bo się im trzeba było naradzić wspólnie, co dalej czynić mieli, gdzie się schronić, dokąd uchodzić.
Nie było naówczas w kraju kąta prawie, któregoby najazdy czechów, pomorców, prusaków nie spustoszyły, lub sam lud, do pogaństwa wracający nie zakrwawił i nie zniszczył.
Możniejszym szczególnie, którzy byli wszyscy za Mieszka pierwszego i Bolesława chrześcijaństwo przyjęli, duchowieństwu wszelkiemu, rycerstwu, największe groziło niebezpieczeństwo. Nie ostał się jeden kościół, żaden klasztór całym przed napaścią, żaden cmentarz nie splugawionym. Legli od zbójeckich rąk kapłani niemal wszyscy a wielkie dzieło nawrócenia z pomocą chrześciańskich narodów dokonane, obalone zostało.
Na rękę to było po części niemcom, odzyskującym przez to prawo nawracania mieczem, zawojowywania i pochwycenia znowu zwierzchnictwa nad kościołem odbudowanym.
Ruś też i Węgry korzystały z uroszczeń Bezpryma, z dogodnej chwili, aby kraje zawojowane przez Bolesława oderwać od Polski. Czeski Brzecisław myślał już o zagarnięciu całego państwa i połączeniu go z koroną swoją. Począł to wielkie dzieło od złupienia Krakowa, Gniezna, Poznania i uczynienia pustki z ziem, nad któremi chciał panować.
Gdy rany swe obwiązawszy Lasota, legł znowu na ziemi, a Dębiec siadł na uboczu, oba Doliwowie, spojrzawszy na siebie, pierwszą wznowili rozmowę.
- Cóż myślicie? - ozwał się Mszczuj - co czynić mamy? mówcie! starszego posłuchamy radzi.
Lasota podniósł głowę, jakby się chciał przekonać, że mowa do niego była zwróconą.
- Pytacie mnie - rzekł. - Wiem że ja sam co czynić? Wiem, jeno czego nie uczynię. Za Wisłę do Masława nie pójdę, srom to i hańba, parobczakowi się kłaniać, gdy się namaszczonym królom służyło. Myśmy wszyscy stali przy panach naszych, stali przy Mieszkowej wdowie, potem przy Kaźmirzu, mamyż iść do tego co nam ich odebrał? A gdybyśmy i poszli doń, chyba ażeby mu zanieść głowy nasze, bo żywić nas nie będzie.
Zamilkli Doliwowie.
- Nie wiem, czy znacie Masława, jak ja go znam - dodał Lasota. - Patrzałem ja nań, jak rósł na dworze z pacholęcia przy psiarni, potem ręczniki i dzbanki nosił, sokoły chuśtał, miód nalewał, a do ucha i łask się wkradał powoli i tak do łańcucha na szyi, do pasa rycerskiego doszedł, na powiernika i radzcę. Dopiero go duma zdęła niepoczciwa.
Po śmierci Mieszka, królową chciał zawładnąć, bodaj się z nią żenić i królować, a Kaźmirza się pozbyć. Rozumna pani odepchnęła go, otaczając się swojemi ku obronie. Zaczęli na nią krzyczeć, że kraju i nas znać nie chce, a prześladowali ją tak, że skarby wielkie zabrawszy, uchodzić do swoich nad Ren musiała. Został Kaźmirz, nad którym Masław chciał rozciągnąć opiekę, aby go zgubił, musiał i ten uciekać od niego. Pozbył się go prędko. Myśmy bezpańscy jako stado bez pasterza zostali, a wilk się nam stręczy miasto niego. Kraj obcy ludzie łupią i drą.
Czyjeż to sprawy jeśli nie jego!
Myśmy się precz od zdrajcy ustąpili, uczynił się poganinem aby sobie czerń pozyskał. Pogan też, ile ich jest, prusaków i pomorców ma z sobą. Cóż my tam przy nim i z nim, ludzie chrzczeni i Chrystusa wyznający czynić będziemy? Ciała nie ocalemy a dusze potracim!
Mówił tak, a Doliwowie milczeli.
- Alboż to prawda, co głoszą - rzekł powoli Mszczuj - że się poganinem uczynił? Chyba na oko, nie wierzę by nim był.
W tem Dębiec, który zdala siedząc przysłuchiwał się - zawołał.
- O! miłościwy panie! To jawna rzecz, że z pogany trzyma. Stare Stanice pochowane, z ziemi i lasów dobyto, postawiono znów kamienie i słupy, jak dawniej bywało. Wszystkie dawne świątki obchodzą o białym dniu. Księdza żadnego nie żywią, a którego gdzie dopadli stracono. Masław mówi, że z księżmi przyszła niewola.
- Zły Masław - przerwał Wszebór - a gdzież i jak się schronić i ratować! W Czechach też pęta i łyka każdego czekają, na Ruś daleko, a i tam kto wie, jaka byłaby gościna? Błądzić po lasach i z głodu mrzeć, toć lepiej się od razu obwiesić na gałęzi.
Dogasał ogień przy którym siedzieli, Dębiec kilka głowni zebrawszy, dorzucił i znowu go odżywił.
- Co czynić? co czynić! powtarzali stroskani.
- Masława ja znam ze dworu dobrze - odezwał się Mszczuj po przestanku - zrazu my się drużyli. Człek śmiały do wściekłości, zuchwały do szaleństwa, a roi mu się we łbie panowanie, bo mu za młodu wróżka jakaś przepowiadała, że dojdzie wysoko. I to pewna, że żadnego by z nas nie oszczędził, byle mu się to na co zdało, a co mu z tego przyjdzie, gdy nas pogubi?
Mówili jeszcze, gdy szelest się słyszeć dał w ciemnościach. Nic widać nie było o trzy kroki przestraszeni ruszyli się wszyscy, oprócz Lasoty, nasłuchując bacznie czy się konie, puszczone na paszę nie ruszyły, zwierza uląkłszy i trwogi tej nie nabawiły.
W tem płomię, które się podniosło oświecając szerzej pogorzelisko, ukazało za węgłem stojącą postać ludzką.
Człowiek stary, ręką wychudłą opierał się o kawał ściany, a dość nań było wejrzeć, aby się pozbyć obawy i poznać w nim nieszczęśliwą ofiarę, co się gdzieś z gruzów tych, głos ludzki zasłyszawszy, dobyła.
Mężczyzna był w podeszłym wieku, wynędzniały, twarzy bladej, w podartym i powalanym przyodziewku czarnym, z głową nizko postrzyżoną, na długiej, chudej, kościstej szyi sterczącą. Wiek już go był przygarbił, a wycieńczenie ledwie mu się na nogach utrzymać dozwalało. Zeschłe wargi otwarte miał, oczy osłupiałe, resztka życia już w nim tylko tlała.
Spoglądał po siedzących, jakby znajomych między niemi szukając twarzy, a z piersi znać trudno mu było dobyć głosu. W tem porwał się z ziemi Mszczuj i podbiegł ku niemu, wołając.
- Wyż to jesteście? ojcze Janie? wy?
Starzec głową potrząsł, spragnionemu, wygłodzonemu mówić było trudno, a zbliżyć się też nie mógł i ściany trzymał, by nie paść, drżąc cały.
Doliwa podbiegłszy, rękę mu podał i przywiódł ku ogniowi.
Znany to był wszystkim proboszcz miejscowy. Trzy dni już w grobach pod kościółkiem schroniony, uszedłszy oka łupiezców, żył okruszynami chleba i kroplami wody, co po murach ściekała. Zasłyszawszy ludzkie głosy, poznawszy swoich, wydobył się sił ostatkiem z zakątka, w którym się na śmierć gotował.
Z całego mienia, jedno najdroższe ocalił - książkę, którą w rękach trzymał i do piersi ją przyciskał.
Dębiec pospieszył też na ratunek staremu. - Posadzono go przy ognisku - kołodziej przyniósł mu wody, Lasota oddał swój chleb zczerstwiały. Ze łzami w oczach ojciec Jan, opatrzności i im dziękował, ale długo, prócz urywanych wyrazów, nic z niego dobyć nie było można. Głos stracił z przerażenia i boleści, nie nad sobą płacząc, ale nad losem kościoła i owieczek.
Po długim spoczynku, gdy go woda i strawa do życia przywróciła, począł, jakby w gorączce mówić, coraz silniejszym głosem.
- Patrzałem na upadek nasz - mówił - a gdybym wiek żył, z oczów mi nie zejdzie widok ten straszny.
Spadli jako burza na nas łupieżcy - za grzechy nasze. Miasto się bronić nie mogło, z okolicy tłumy się zbiegły na gród, rąk było nadto, oręża mało a strachu więcej nad wszystko. Oprócz wojewody naszego i Żupana, przyciągnęli ludzie ze Szrody, zbiegli się z grodków okolicznych... Było więcej niż się pomieścić mogło, dusili się w okopach.
Jam przy kościele został - niegodziło mi się go opuszczać.
Włożyłem komżę, stułę i kapę, wziąłem krzyż w ręce, chrześcianie przecie byli choć wrogi.
Bronić się nie myślał nikt - opierać się nie mogliśmy, wysłano starszyznę Prokopa z różczką złotą przeciw nim, z poddaństwem i pokorą.
Nie pomogło czołem bicie. Lud wszystek popędzili w niewolę, miasto zniszczono i złupiono. Sądny był dzień gniewu pańskiego. Mnie na progu kościoła za włosy porwała dzicz, rzuciła na ziemię, tratując nogami. Bóg chciał, by ta kupa, skarbów szukając, padła do zakrystyi i skarbca, a jam się miał czas schronić do grobów i skryć między płyty kamienne, które tam stoją.
Przyszli i tam zbóje - chodzili koło mnie, ocierali się niemal, czekałem tylko chwili, gdy mnie porwą i na śmierć pociągną - Bóg ich zaślepił. Poobalawszy trumny, powywlekawszy trupy, wyszli zostawując mnie. Słyszałem nad głową moją płonący kościół - jak padały belki, jak runął dach, którego krokwie spalone na pół, przez otwarte drzwi grobowe, aż do nóg moich się staczały.
Jak ocalałem, na co Bóg chciał mi życie przedłużyć! albo wiem? - dodał starzec. - Rzekł i pomyślawszy chwilę ciągnął dalej.
- Jeśli na co mi życie było dozwolone, chyba abym wysłuchał narzekania wasze i przyniósł pociechę. Z nad mogiły, nad którą stoję, widzą moje oczy jasno. Nie trwóżcie się, że upadły krzyże i wróciło pogaństwo, ani myślcie Masławowi bić pokłony. Przejdzie dopust Boży jako wicher i burza, połamawszy gałęzie, a pni nie obali... i zazielenią się z wiosną. Ale wam nie płakać i narzekać, ani ręce łamać trzeba i padać na ziemię, ale się gromadzić i stać murem a bronić. Niewiasty płaczą, mężowie walczą, Bóg dzielnym pomoże, gdy serca podniosą ku niemu!
Czyż wszystko nasze wyginęło rycerstwo, co z Bolesławem szerokie ziemie podbijało? Czy już tylko czerń została, której dawniej nie obawiano się tysiąców, gdy jedno serce za tysiąc stało?
Rozbici jesteście, a skoro się zbijecie znowu, krzyż w ręce ująwszy, zwyciężycie. I pójdzie czerń po lasach wylękła, a zdrajcy pod miecz i stryczek szyją przyniosą.
Masławowi się kłaniać! - zawołał z zapałem starzec - toć jedno co Boga zaprzeć i chrztu świętego.
Złym Bóg dopuszcza godzinę zwycięztwa, ale im panowania nie daje. Idźcie, zbierajcie się, radźcie, pana szukajcie. Bóg będzie z wami.
Kościoła mi żal, lecz oczy moje widzą, jak się podniesie, jak się w nim ozwą hymny i chwała Pana sławić będzie! Nie dajcie sercom słabnąć, ufajcie Bogu! Bóg ocali!
To mówiąc, słabnął starzec, głosu mu nie stawało, chylił się już, drżącą ręką na cztery strony krzyż zakreślił błogosławiąc słuchaczom, którzy głowy skłonili, i zamilkł, chyląc się ku ziemi. Nadbiegł Dębiec, niosąc garść słomy, którą był przysposobił dla siebie i na niej układł znużonego, który ręce na piersi złożył i powieki jak do snu zamknął. Milczeli wszyscy - ogień przygasał, i reszta też do spoczynku siębrała...
Niebo na noc, zwolna się z chmur oczyszczać zaczęło, gdzieniegdzie na niem przez rozdarte obłoki, migały gwiazdki blade. Wiatr ustawał, cisza coraz rzadziej przerywana szumem w powietrzu, rozkładała się nad doliną, w ciemnościach stojącą. Pasek tylko jeszcze wązki niebios, ostatkami zachodnich brzasków się świecił.
Słowa natchnione starca, serca trochę dodały, myśleli wszyscy co jutro poczynać, a choć się nie radzili, zgadzały się ich myśli.
Swoich szukać trzeba było i do kupy zbijać, nadziei nie tracąc. Trzem jezdnym przybywał ciężar nowy, osłabły starzec, którego na łup głodnej śmierci lub nieprzyjaciela, porzucić się nie godziło. Lecz młodsi pieszo iść mogli, a Dębiec też mający im towarzyszyć, pospieszać bardzo nie dozwalał i koni siły zmuszały do powolnej jazdy. Rozmyślali o tem, nie śmiejąc się odzywać, siedzieli i drzemali u gasnącego ognia.
Ojciec Jan usnął widać znękany, bo oddechu jego nawet słychać nie było.
Lasota też zdał się niewiele dbać o swój los, i obojętnie patrzeć na to, co go spotkać miało. Tak noc przetrwali całą. Dniało, gdy Doliwowie między sobą radzić zaczęli, w którą się obrócić stronę. Nie mówili już o Masławie, ale ku Wiśle lasami zdążać myśleli, aby się, przebywszy ją, na Mazurach gdzie schronić, bo tam czerń jeszcze nie powstała.
Dniało, gdy jakby cudem, ocalony gdzieś kogut, sam jeden na pogorzelisku, zaśpiewał na zaranie oznajmując pustkowiu początek dnia nowego. Głos ten usłyszawszy, ruszyli się wszyscy. Lepsze on czasy i spokojne dwory przypomniał.
Jedyny teraz mieszkaniec spustoszonej osady, nie czując co go otaczało, dobył z piersi może ostatni raz głosu, posłuszny nałogowi staremu... Głos ten, nawołujący do życia śmierć i popioły, zdał się strasznem urągowiskiem a razem upomnieniem. Strwożeni jedni, drudzy odżywieni podnosić się zaczęli, jakby ich czujny ów stróż zawstydził.
- Tak nam też przystało, póki żyjemy się obwoływać! - zawołał Lasota - podnieść się usiłując.
W drogę!!
III.
Do dnia o słocie, wyruszono z noclegu. Nocą jeszcze wzięło się na deszcz jesienny, spokojny, powolny, do gęstej mgły podobny, który się, jak Sobek mówił kręcąc głową, na długo obiecywał. Oślizły wnet drogi leśne, obmokli wkrótce podróżni, a niewiasty, choć się od zimna poosłaniały i wilgoci - przemarzłe jechały i zmoczone. Spytkowej gdy tylko mówić z przewodnikiem przestała, a mówiła rada - na płacz się zbierało.
Mszczuj ani wczora, ani dnia tego wiele nie zyskał na dziewczęciu, przy którem ciągle się być starał, konia wiodąc i gałęzie łamiąc, aby nie trąciła o nie. Kasia wciąż unikała spojrzenia na niego, a deszcz dozwalał się jej tak osłaniać, że wcale nie mógł dojrzeć, ani oczu dziewczęcia.
Starsza pani, Wszebora trzymała przy sobie rada, z żalami się przed nim rozwodząc nieskończonemi.
A że macierzy się zalecać musi, kto chce córki dostać, Wszebór sobie rachował, że co straci nie będąc przy Kasi, to odzyska przy pani matce. - I śmiał się z Mszczuja w duchu. Mszczuj i tak był markotny, bo mu Spytkówna często, gdy ją zagadnął, nie odpowiadała.
Dziewczę było płochliwe, skromne, milczące na podziw, jakby w sobie młodości nie czuło. - Żal i boleść może je takiem czyniły. Słowa się nie mógł dopytać Doliwa, a jeźli co szepnęła, to tak prędko i cicho, że pochwycić było trudno.
Za to pani matka mówiła za dwoje. Od tej czego chciał i nie chciał, mógł się Wszebór dowiedzieć. Młodość swoją spędzoną na Rusi, pierwsze swaty, wesele, przybycie do polan, pożycie z małżonkiem, przygody swe i jego, aż do ostatnich wypadków, po kilkakroć mu, coraz co nowego wtrącając, opowiadała Marta Spytkowa.. Mówiąc, płakała i śmiała się czasami, gdy zapomniała o smutku, śmiech się łzami przeplatał, płacz uśmiechem, niekiedy i czarnemi oczyma zagrała, jakby jeszcze młodą była.
Mówiła o sobie, o mężu, o córce, o wielu, co się gotowi byli rozmiłować w niej, gdyby tylko dozwoliła - o wszystkiem co na pamięć przyszło. Rozpowiadanie to widać było dla niej potrzebą, bo gdy Doliwy nie stało, wołała Sobka, obracała się do córki, a rzadko się jej usta zamykały.
Smutku się znać w ten sposób pozbywała, bo ledwie zamilkła, łzy się jej puszczały z oczów. Wszebór mało jej co przerywał, dość było jednego słowa, by dalej popędzić nieustającą powieść.
W przeciągu jednego dnia, on z panią matką tak już był poufale a dobrze, jakby się znali od dawna.
A że w owych czasach w ogóle ludzie szczersi byli, mógł naprowadzić wprędce rozmowę na córkę i chwalić ją począwszy, dał do zrozumienia, że mu do serca przylgnęła.
- A! toć to jeszcze dziecina! niedojrzała a słaba - odparła chmurno Spytkowa - daleko to temu, aby ją mężczyźnie dać. Gołębiami się jej zabawiać i piosenki śpiewać, pociechy by z niej nie miał gospodarz, bo rączyny ma słabe. Gdzie! gdzie! daleko do tego!
I głową potrząsała. Nie nalegał Wszebór, rad może będąc, że Spytkowa dziewczęcia łatwo się pozbyć nie ma ochoty.
Mszczujowi szło gorzej, a no cierpiał.
Nie odpowiadała mu Kasia, dla tego jej idąc swoje prawił i różnemi baśniami, zabawiał ją jak mógł.
Kiedy niekiedy trochę odsłoniła twarzy, matkę chcąc zobaczyć, chusty poprawić, błyskało wówczas oczko niebieskie, szyjka biała, rumianego lica trochę, złotych włosów pierścionek, i wnet się otulała znowu, a Mszczuj nic nie widział, tylko oponę pofałdowaną po której deszcz spływał.
Mimo młodości, tak jej smutnie z oczów patrzało pieszczoszce, taka była jeszcze przestraszona i zbolała!
Stary Lasota znów teraz milczał drogę całą, Dębiec z Sobkiem, dobrze się dobrawszy do pary, przodowali gwarząc po cichu z sobą. Tym, choć niedawno się poznali, w ciągu jednego dnia udało się zupełnie pobratać i podrużyć. Kołodziej z bartnikiem rozumieli się dobrze, jakby z jednej dzieży chleb jedli. Po wycieczce śmiałej do obozu, Dębiec dla towarzysza powziął takie poszanowanie, iż mu się jak starszemu i ojcu pod rozkazy poddawał.
Sobek pilnował, aby nie wpadli na ludzi, nie spotkali się z włóczęgami, a wymijali drogi leśne.
Dziwili mu się wszyscy, jak miał oko i ucho i nos wprawny, do pochwycenia najmniejszego głosu, światełka, woni. Zaleciała spalenizna, wiedział pewnie co się i gdzie, jak daleko paliło, czy drzewo, czy mokre liście, czy dziupla przegniła. Powietrze też ciągnąc, wodę w blizkości poczuł, pole rozpoznał, las od boru zdala rozróżnił. On pierwszy ostrzegł, gdzie co mignęło w gąszczy i nieomylił się ani na zwierzęciu, ni na ptaku, a najmniejszy szmer, którego drudzy się nie domyślali, chwytał i zrozumiał. Nieraz zachrzęszczało w zaroślach, załopotały skrzydła ptasze, nie potrzebował głowy podnosić, by powiedzieć co przebiegło drogę i co poleciało górą... Ślady też na ziemi czytał jakby książkę dla siebie pisaną, a nie uszła jego oka złamana gałąź, wyleżały barłóg, spasiona łąka, zmącona woda.
Z jego łaski też na żywności nie zbywało, bo Doliwom pokazywał na pewno, gdzie zwierza szukać mieli i jakiego; a gdy na rzeczkę trafili, rękami bez saka ryby łowił. I był człek, choć niby spokojny, nieustannie czynny, po drodze to grzyby, to jagody zbierając, to nasłuchując, to przyglądając się, a wszystko to nic go nie zdawało się kosztować.
Doliwowie też zdawszy się na niego, już się nie mięszali do drogi, słuchali co im powiedział, bo się nie mylił nigdy.
Tak się coraz w głąb puszczy dalej dostawali a dzień ten, mimo wszelkich ostrożności nie obył się bez strachu.
Wśród lasu, Sobek naprzód poczuł zgorzeliznę, ale zaręczał, że ognisko wygasłe być musiało dawno, i dym tylko tak przywrzał do wilgoci. Rozpatrując się baczniej, postrzegł w gąszczy z gałęzi narzuconą kupę, która widocznie ręką ludzką była sklecona i za szałas służyć musiała. Zbliżywszy się ostrożnie, znaleźli tu śpiącego człowieka, który zbudzony nagle, postrzegłszy ich, wyrwał się chcąc uchodzić. Bliżej stojący Sobek z Dębcem, rzucili się nań i obalili na ziemię - lękając się aby o nich nie oznajmił, bo nie wiedzieli kto był.
Sobek broniącemu się, byłby na razie głowę rozbił toporem, gdyby się wczas nie opatrzył, że to zbieg był, chowający się w lesie, a nie żaden z czerni włóczęga. Straszno było wejrzeć na niego, bo, choć młody i silny, od dni wielu kryjąc się bez żywności, utrzymując życie wodą, liśćmi, korzonkami, wychudł był i wysechł straszliwie, a głodowa gorączka i obłąkanie go opanowało. Sił miał mało, wejrzenie straszne, jakby mu się wewnątrz paliło, a płomię lało oczyma.
Gdy ze strachu ochłonąwszy ludzie, poznali kto był - litość ich wzięła nad nieszczęśliwym. Podniesiono go z ziemi, a gdy inni nadjechali, dała mu Spytkowa chleba suchego, który on chwyciwszy, zapamiętale, nie patrząc, nie słysząc nic, jeść począł. W tej pierwszej chwili nic się też od niego dopytać, nic dowiedzieć nie było można. Zaspokajał głód, pozbywał się trwogi, której doznał nagle ze snu gorączkowego będąc zbudzony.
Lasota litujący się chętnie tym, co jak on nieszczęśliwi byli, pilno się w zmienione lice począł wpatrywać. Mimo strasznie wychudłej i poczerniałej twarzy, zdało mu się jakoby go gdzieś kędyś widywał.
Zbieg też popatrzywszy nań - zamruczał pierwsze słowo, co mu się z ust wyrwało: Lasota!
- Boże miłosierny! Toś ty nie kto inny tylko Bohdaś Toporczyk! - krzyknął stary ręce łamiąc. Ale cóż tu w lesie robisz? sam? Przecieżeś przy Kaźmirzu był i myśleliśmy, ześ z nim za granicę do Niemców uszedł, takeście się z nim trzymali. Królewicz cię lubił, niepowinien był opuścić.
Dopiero się usta Toporczykowi otwarły.
- On też mnie nie opuścił - rzekł - nadto to dobry i bogobojny pan, choć z nim ludzie sobie niedobrze, niepoczciwie poczęli! Odbiłem się ja przypadkiem od dworu jego, nim ujechał do matki. Potem już wracać nie było do kogo i gonić nie miałem sposobu. Chwyciła burza i ot - co się stało ze mną.
Mówiąc, jęczał Bohdaś. Stali nad nim wszyscy z miłosierdziem wielkiem mu się przypatrując... Znowu tedy jednym biednym człowiekiem pomnożyła się owa gromadka, a nim go odżywiono i naradzono się, co poczynać dalej, wieczór się zbliżył.
Obradować musiano, już nieopodal będąc od Horodyszcza, jak się dostać do niego, czy nocą dobijać, czy nazajutrz stać i spoczywać do wieczora, by potem, dnia unikając, przybyć o mroku.
Starsza pani o pośpiech nalegała mocno, trwożną będąc i zmęczoną, drudzy się wahali. Bohdasia Toporczyka ni myśleć było porzucić, a wszystkim po głowie chodziło, że im więcej ich przytułku miało szukać na grodzisku, tem trudniej z tylu gębami znaleźć mogli przyjęcie. Już się ich teraz ośmioro zebrało, a żywić w głodny czas ludzi tylu, nie było łatwo oblężonym. Choć Belinowie znani byli jako ludzie chrześciańscy i miłosierni, przecie naprzód o los i przeżywienie rodziny własnej dbać musieli.
Nikt nie mówił nic, frasowali się wszyscy. - Sobek spytany radził tegoż wieczora, korzystając z mroku jechać dalej. Nieco pożywiony i napojony Bohdaś ofiarował się wlec dopóki sił stanie. Spytkowa w której koszu była jeszcze odrobina jakiegoś napoju, dać go kazała osłabłemu, co go nieco orzeźwiło.
Więc choć ciemność nadchodziła, że słota trochę nad zachodem ustała, wszyscy się do dalszego uszykowali pochodu. Wedle rachunku Sobkowego, który nie mylił nigdy, przed pierwszemi kury, dostać się mieli do tej doliny, w środku której nad rzeczką stało Belinów Olszowe Horodyszcze. Sobek z Dębcem szli przodem, za niemi jechał Lasota, dwie niewiasty, przy których szli Doliwowie i przybysz ostatni. Tego Mszczuj pod rękę wiódł, bo nie wiele jeszcze siły miał do chodu.
Spytany Lasota przez jejmość starszą, mógł poświadczyć o Toporczyku, iż był na dworze królowej Ryksy, przy królewiczu Kaźmirzu wychowany, któremu go do zabaw dodawano; starego rodu i możnego dziecięciem. Spodziewano się po nim wiele, bo i księża go uczyli Benedyktyni i sam dwór głowę otwierał, a pojętny był we wszystkiem, i choć nauki miał więcej niż inni, rycerskiego ducha w sobie zachował.
Gdy tak szli, zagadł go wkrótce Lasota, pozywając ku sobie, aby się coś więcej dowiedzieć, jak popadł w to nieszczęście, z którego cudem ocalał. Lecz, o tem niechętnie mówił Toporczyk, winę zwalając na nieostrożność własną - a domyśleć się tylko było można, że wyprawiony został, aby królewiczowi, już zagrożonemu wygnaniem z kraju za matką, posiłki przywołać.
Dla niego się poświęciwszy, ścigany, odcięty od Kaźmirza, zmuszony błąkać się, gdy kraj cały wojna i pożoga objęła, tułał się już, byle życie ocalić.
Na wspomnienie o Masławie, cały się Bohdaś wstrząsł, zawrzał, pięści mu się same ścisnęły jak do bójki, i w gniewie okrutnym zawołał, że wolałby z głodu umrzeć, lub od czerni ginąć, niż łaską jego żyć.
- Psiego syna tego imienia wymówić nie mogę, bo mnie dławi! - mówił. - On sprawca! on winowajca, on zdrajca. Wszystka krew nasza na jego głowę! Nie może to być, aby go Bóg nie ukarał. Królowę naprzód, która nim pogardzała, jak zasłużył, prześladował i wygonił, królewicza zamordować chciał, gdyby mu nie uszedł, sam panowania zapragnąwszy! Wiedział przechera, że gdy się krew poleje i pustynią kraj stanie - ludzie zawołają na ratunek, choćby zbója! Aleć lepiej ginąć, niż u niego łaski żądać!
I wedle obyczaju wieku, Toporczyk kląć i bezcześcić począł Masława, za którym też nikt się nie ujmował.
- Psa nie wart - przerwał Lasota - toć pewna, a skoro siłę będzie miał, pokłonią mu się ludzie, komu życie miłe!
- Nie doczeka zbój tego! nie doczeka, póki nas choć garść została - począł Bohdaś. Albo nazad nie możemy powołać do nas wnuka Bolesławowego? Uszedł od nas, ale gdy doń ręce wyciągniemy przyjdzie, i panować nam będzie, nie jako ojciec, ale jako dziad, bo mąż rycerski jest, rozumny, bogobojny, do boju i do rady. Czyż nas już do szczętu jak pszczoły wybito?
Choćby garść została, cesarz mu pomoc da, by Czechy zawojowaniem naszej ziemi nie urosły do zbytku. Iść trzeba - prosić, wołać!
- Toć to syn Ryksy! - szepnął cicho jeden z Doliwów.
- Wiem ci ja - gorąco począł Toporczyk - że królowej matki nikt u nas nie lubił, - że jej wszystkie złe przypisywano.
Jam patrzał tam, jam żył. Nie tak było - nie tak! Królowa pani pobożna i rozumna, surowa była dla ludzi, przeto jej nie lubili - ale sprawiedliwa i miłosierna. Prawili na nią, że naszych nie cierpiała, a niemcy się otaczała, prawda i to, bo nikt się też do niej nie garnął, obyczaj nasz stary pogański zrażał ją i zniechęcał. Bała się ludzi naszych, wolała z pobożnemi i mądremi obcować, o świętych sprawach słuchać. Rady ich zasięgała, bo jej zkądindziej wziąć nie mogła. Nasi na nią koso patrzali.
A! a! - mówił spocząwszy nieco Toporczyk - nie łacno to zrozumieć jak i co się stało z nami. Czujemy tylko, że nas ręka Boża dotknęła, za to żeśmy własnych panów szanować nie umieli. Za to dziś czerń nam karki gniecie!
Gdy tak rozpowiadał, a wszyscy go słuchali ciekawie, po długim i nużącym pochodzie, już w głęboką noc, kazał się naprzód jadącym uciszyć, potem stanąć Sobek, bo się już las przerzedzać zaczynał i zdało się jakby się już zbliżali ku dolinie, wśród której stało Olszowe Horodyszcze.
Trochę też jaśniej się na niebie zrobiło, bo resztka księżyca weszła była, i choć z za obłoków przyświecała.
Sobek poszedł znowu przodem skradając się, by wypatrzeć, czy do koła gródka, kupy jakie oblegające go, lub strzegące nie stały. Wszyscy więc nieruchomie w gąszczach się zatrzymali, a bartnik przygarbiwszy się popod krzaki wsunął i puścił na zwiady.
W istocie dolina, którą mieli przed sobą była ową Olszową, a wpośród niej nad rzeczką Olszanką zwaną i moczarami ją otaczającemi, wznosiło się horodyszcze, na kopcu dosyć wysokim i mocno obwarowanym. Wały i ostrokoły wysokie, całe je niemal osłaniały, tak, że ledwo gdzieniegdzie z za nich dachy wyglądały.
W dolinie Sobek niedojrzał nigdzie żywej duszy, nad rzeczułką tylko ślady były świeże jeszcze ogromnego zbiegowiska, wydeptane, wyleżane, wypalone miejscami. Głównie zgasłe, koły przy których konie stawiono, jamy na ogniska pokopane w ziemi, reszty poobalanych szałasów, kupy kości białych zalegały dokoła.
Na gródku też, do którego Sobek zbliżyć się usiłował, cisza była jakby wszyscy wymarli, ani światła, ani głosu. Dobrze się dopiero wsłuchawszy, po szmerze i chodzie rozpoznał, iż na wałach stróże czuwali i chodzili.
Opatrzywszy jeszcze z której strony wrót do wnijścia szukać było potrzeba, powrócił nazad spiesznie posłany, aby natychmiast gromadkę swą prowadzić, póki do koła cicho i bezpiecznie było.
Zaledwie z lasu się wysunęli w dolinę, gdy na gródku posłyszeli nawoływanie, znać ludzie czujni, postrzegłszy ich, zaraz się ruszyć musieli. Sobek, który po nocy jak kot dobrze widział, dostrzegł, iż po nad ostrokołami ludzie wyglądali tu i owdzie. Im się ku gródkowi bardziej zbliżali, tem ruch silniejszy się stawał. Do wrót wiodła droga stroma, pozawalana umyślnie kamieniami i belkami, w kilku miejscach poprzekopywana; po nocy z wielkim trudem i niebezpieczeństwem przyszło ją przebywać.
Zostawując za sobą towarzyszów, jakby rozbudzony, ruszył przodem, pierwszy stary Lasota. Czatowano już nań u wrót, bo gdy huknął i nawoływać zaczął. Belina! wnet mu się odezwano.
- Kto i zkąd?
- Ranni, nieszczęśliwi, sieroty, dwie niewiasty i kilku niedobitków, zawołał stary, miłosierdzia waszego prosimy. Ratujcie, kto w Boga wierzy, przytułek dajcie!
Na to pierwsze wołanie, czy się naradzano, czy wahano, długo nie było żadnej odpowiedzi. Lasota zniecierpliwiony, do samego Beliny odzywać się począł, aby ku niemu wyszedł.
- Belina! stary! bywaj do mnie! na miłosierdzie Boże.
Znów tedy czekano długo, a za ostrokołami szmer tylko i tuptanie słychać było. Aż w górze, na pomoście pokazała się postać jakaś ciemna, mężczyzna w wysokiej czapce na głowie, z kijem białym w ręku.
- Podwórca i gród nasz, jak nabił pełne, chleba omal mamy. Choćby dusza rada, jak przyjmować! My się tu sami ledwie przekarmić możemy...
- Dajcież nam, choć bez chleba, w spokoju u was głodem pomrzeć raczej, niżbyśmy w ręce zbójów i niewolę haniebną wpadli - krzyknął Mszczuj.
Milczano długo. Spytał głos z góry.
- Kto wy?
Lasota się pierwszy wymienił, bo był im znany i pokrewny, powiedziano potem o Spytkowej z córką, dalej o dwu Doliwach, wreszcie Toporczyka wymieniono i sług dwu.
- Osiem dusz! osiem gąb! z góry wołać poczęto. Nie może być, tu na trzech miejsca niema.
- Niewiasty weźmiemy! - zakrzyczał głos drugi.
- Belino stary - przerwał Lasota, na głos doniosły się siląc - w którym gniew czuć było. Chcesz byśmy ci tu legli pod wrotami srom czyniąc, żeś chrześcijańskiego serca nie miał. Dobrze... Legniem, niech nas tu wilcy jedzą, pod oczyma waszemi!
Na pomoście wszczął się gwar i swary, słychać było żwawą sprzeczkę. Jedni chcieli uczynić miłosierdzie, drudzy się wzbraniali. Lasota i Doliwowie nie mówili nic, Toporczyk milczał, siadłszy na ziemi, Spytkowa ręce łamiąc lamentowała głośno, dziewczę płakało po cichu.
- Gdyby już nas choć puścili, wołała Spytkowa, rzucę się im do nóg, nie może być, żebym nie wyprosiła dla was schronienia.
Po przestanku, ktoś się z za ostrokołu pochylił ku dołowi.
- Bohdaś Toporczyk? Tyś to? - zapytał.
- Jam ci, albo cień mój, bom ledwie żyw - rzekł głowę podnosząc Bohdaś. - Byłbym już umarłym, gdyby nie miłosierdzie tych ludzi.
- Niewiast dwie, Lasota i Toporczyk! - zawołano z góry - więcej nikogo. Dziej się wola Boża!..
Stało się milczenie, Spytkowa poczęła się przebijać ku wrotom, aż Bohdaś wstał i podstąpił.
- Niewiasty puszczajcie - rzekł - ja nie pójdę bez drugich, zostanę z niemi. Gdyby najmniejszy ze sług za wrotami miał zostać, ja także. Albo wszyscy, albo nikt. Pójdziemy dać gardło Masławowi.
Osłabły Bohdaś tak głos podniósł nagle, że się drudzy postraszyli, życie mu wracało z całym ogniem młodości.
Znów tedy na górze się swarzono i rozprawiano, a wrota stały zaparte. Bohdaś wpadł w gorączkę.
- Puszczajcież niewiasty! - wołał - choć to się należy, aby dzicz ich nie zbezcześciła i nie znęcała się nad niemi. A niechcecie ocalić braci, chrześcian ubogich, żeby z niemi kawałka chleba nie dzielić - kat was porwij! Godniście, aby was dobyto i wyrzezano lub popędzano w niewolę!
Śmiałe te wyrazy nie wywołały odpowiedzi, wszystko zamilkło. Potem jeden się strofujący głos podniósł, a inne zmilczały. Wśród tej ciszy słychać było szlochania Spytkowej i gniewne przekleństwa Mszczuja.
Zmęczeni podróżą, posiadali u wrót na kłodach i kamieniach. Miłosierdzia prosić już nikt nie chciał, wszystkich gniew okrutny burzył.
Czas jakiś tak upłynął, a nie można było wiedzieć co się stanie - gdy za wrotami światło się pokazało, stąpanie zbliżyło, drągi i zapory, któremi była zawalona furta, zaczęto hałasując odrzucać.
Nikt się już nie odzywał, ani prosił. Po długiej i mozolnej robocie około wrót, z ciężkością się one roztwarły i sam stary Belina, poważny, otyły, silny, wzrostu wielkiego, z długą bladą twarzą mąż, lat średnich ukazał się w nich na mieczu oparty.
- Chodźcie wszyscy - rzekł chmurno - chodźcie, a nie mówcie nic, aż oczyma własnemi ujrzycie co się tu u nas dzieje.
Wstąpiła tedy pierwsza spiesznie Spytkowa, córkę za sobą wiodąc, i ledwie próg przeszedłszy padła na kolana, Bogu i gospodarzowi dziękując, który stał nie ruszywszy głową w myślach pogrążony.
Wszedł potem Lasota, Toporczyk, Doliwowie i słudzy, którzy konie za sobą wiedli. Dwóch pachołków u wrót trzymało smolne pochodnie, gdy w pierwsze podworce wchodzili, a tuż za niemi znowu furtę poczęto zabijać i umacniać jak była...
Belina milczący przodem idąc, prowadził - na witanie czasu nie było.
Podwórza w grodzisku w istocie widok przedstawiały dziwny i straszny, litość mogący obudzić. Jak okiem zajrzeć, jednym pomostem, na gołej ziemi, na słomie, w błocie leżeli ludzie tak ściśnięci, iż ścieżki pomiędzy niemi do przejścia nie było...
Naród to był wszelkiego stanu i wieku, matki z dziećmi na rękach, wyrostki tulące się przy kolanach starców, wojacy w poszarpanych pancerzach skórzanych, z których żelazne łuski się sypały - zgrzybiali mężowie bez okrycia głowy, z obnażonemi piersiami, napół nadzy.
Kto ledz nie mógł, siedział sparty o częstokół, o ścianę, o plecy sąsiada, o nogi jego. Niektórzy ze znużenia, może z głodu, spali tak głęboko, że ich ani światło, ani głosy, ani potrącanie nogami przechodzących obudzić nie mogło. Drudzy, których sen nie brał, siedzieli popodpierani na rękach, z włosy rozpuszczonemi w nieładzie. Inni jeszcze zrywali się przestraszeni, nie wiedząc, co się stało, myśląc, że nieprzyjaciel nadchodził, oszczepów szukając i krzycząc.
U szop, pod budynkami, w sieniach, wszędzie tę nawałę ludu nieszczęśliwego widać było. Twarze zbladłe, żółte, wynędzniałe, dowodziły że i tu ledwie czem było życie utrzymać. Nowi przybysze wpuszczeni w ten tłok, musieli sobie za Beliną drogę torować, wśród tych pokotów, nieraz następując leżącym na ręce i nogi. Belina więc naprawdę mógł tylko ukazać co się u niego działo, aby się uniewinnić, że przybyłych zrazu wpuścić nie chciał.
Przez szopę i drugie wrota, weszli w wewnętrzne podwórze, gdzie stał dworzec. Znaleźli w niem kilka rozbitych namiotów i poklecone z chrustu chiżyny - ale i tu tłok był też niezmierny, wszystkie kąty zapełnione ludźmi, końmi, bydłem i owcami. Trzody musiano schronić pod szopy a dozorować, aby zgłodniali ludzie, jak to się już trafiało, nocami nie zabijali potajemnie dla odżywienia się.
Tu pod namiotami chroniło się co było przedniejszego z rycerstwa i ziemian. Niewiasty ich z żoną Beliny, dzieci i co słabsze pod dachami mieszkało.
Stary gospodarz z posępną twarzą wwiódł ich naprzód na dół do wielkiej świetlicy, gdzie za lepszych czasów izba była gościnna i stołowa. - Gmach to był długi, na słupach dębowych oparty, w którym oprócz stołów, ław i ogniska ogromnego kamieniem obłożonego, nic więcej nie było. Ściany okrywały od góry do dołu porozwieszane odzienie i zbroje tak, że ich nawet widać nie było. Tu też mostem ludzie leżeli na ziemi, na ławach, na stołach, pootulani w płaszcze i opończe, niektórzy ledwie nie w kominie samym, na którego skraju kilku spało razem ściśniętych.
- Patrzajcież - rzekł odwracając się gospodarz - patrzajcie a nie winujcie mnie. Zdawna już niemamy nic oprócz trochy solonego mięsiwa, kaszy i mąki. Warzymy z niej polewkę, aby życie utrzymać.
Ręką na podłogę wskazał.
Potem, że już słowa zbytnie były, mruknął tylko.
- Mieśćcie się sobie gdzie i jako możecie. - Niewiasty do moich zawiodę. Co Bóg da to da!
Leżący na podłodze, stołach i ławach, przebudzeni światłem i głosem, tu i owdzie, przecierając oczy podnosili głowy, przypatrywali się stojącym jeszcze przybyszom. Z kilku kątów odzywały się wołania.
- Lasota! Mszczuj! Wszebór!
Bohdasia Toporczyka chwycił już był syn gospodarza, młody Belina, z którym na dworze królowej i królewicza byli w drużbie serdecznej - chwycił go i ściskał wołając.
- Nie wiń nas bracie, nie wiń, a patrz.
Stary Lasota, któremu sił nie starczyło, nie pytając i nie czekając, jak stał, miejsca trochę opatrzywszy, padł między leżących, głową komuś na nogi. Ten się nawet nie ruszył, ległszy starzec dyszeć począł a jęczeć.
Ci co się poprzebudzali, radzi byli miejsce zrobić przybyszom - zsuwali się jako mogli. Więc choć w ciasnocie i zadusze, na pierwszą noc przypadł kto gdzie mógł, a młody Tomko Belina, umieściwszy Bohdasia w kącie, aby mu tam było wygodniej, sam poszedł na straż.
Zaledwie światło zagasło, pospali się znowu wszyscy, a kto nie usnął, dyszał cicho, aby drugich nie budzić.
Sobek i Dębiec, w pierwszem podwórcu razem z końmi zostać musieli. Tak się skończyła owa wędrówka niebezpieczeństw pełna, szczęśliwiej niż by się kto mógł spodziewać.
Nazajutrz rano, ledwie świt, ruszać się poczęli niektórzy i wychodzić z zaduchy, na wały, gdzie już i lud wszystek rozbudzony słychać było gwarzący, płaczące dzieci, nucące niewiasty, spierających się ludzi, wrzawę niemałą dokoła.
Obraz ten po dniu prawie straszniejszym był niż nocą, która nie dawała lica ludzkiego dopatrzeć, a snem ból skrępowała. Teraz się to wszystko rozbudzane poruszało i w słowach a jękach skarżyło na niedolę swoją. Matkom, co dzieci przy piersiach miały, pokarmu brakło, kilkoro niemowląt poumierało nocą z chłodu i głodu. Zawodziły z płaczem wielkim niewiasty, obstępując zżółkłe i zsiniałe zwłoki. Jęczeli chorzy, wołali o pokarm głodni, a co żwawszego było, wodę nosiło, niemocnym służyło.
Starszyzna powyznaczana przez Belinę, z kijami chodziła czyniąc porządek i nakazując milczenie. Żadna noc tu nie przeszła, żeby kilku ofiar nie wzięła. I tej też, ludzi starszych co chorzy byli, dzieci kilkoro umarło.
Krzątano się około pogrzebów, których na gródku nie było gdzie sprawić. Musiano furtę odmykać i ludzie z łopatami szli, niosąc zwłoki do blizkiego lasu, aby je tam pogrzebać. A spieszyć było trzeba i oglądać się, żeby czatująca czerń nie napadła.
To był pierwszy widok, który oczy przybyłych uderzył, gdy zrana wyszli, aby się z wałów rozpatrzyć do koła. Nim z nich zeszli, wołano na mszę świętą w drugie podwórze, gdzie na górnym ganku, codzień rano o. Benedyktyn Gedeon, człowiek wielce świątobliwy, ocalony z Trzemeszeńskiego klasztoru odprawiał ją, aby ducha i męztwa nieszczęśliwym dodawał.
On tu jeden, wśród tej strasznej powodzi i zniszczenia, gdy wszyscy o miłosierdziu Bożem zwątpili, rozpaczy się poddając - spokojnym umysłem swym odwagę umiał natchnąć i nadzieję. Ażeby ów mnogi lud mógł się modlić w czasie świętej ofiary - na górnym pomoście ustawiono ołtarz, który zdala widać było. Kto chciał, ten i z drugiego podworca przez wrota szerokie kapłana mógł widzieć i modlić się z nim razem.
Widok był piękny choć smutny, gdy co żyło cisnąc się poczęło, mężczyźni i niewiasty, aby się modlić do tego Boga, w którym jednym ratunku nadzieję pokładano.
Cicho się stało w podwórcach, tylko płacz niewiast i westchnienia przerywały milczenie. Było ich tu wiele osieroconych jak Spytkowa i jej córka, których mężowie, ojcowie i bracia poginęli w walkach, zabłąkali się bez wieści. Większa ich część w białych zasłonach, czepcach i namitkach siedziała, stała, klęczała na uboczu, tak, że twarzy ich dojrzeć nie było można. A że ścisk ludu był wielki, z rozkazu o. Gedeona osobno ustawiona była płeć biała - oddzielnie mężczyźni.
Wszyscy prawie ci zbiegowie, choć jak Lasota, niegdy się do najmajętniejszych liczyli - teraz odzieży całej nie mieli, stali w porwanych opończach, w siermięgach pożyczanych, w kaftanach zabłoconych, jak kto przyszedł, w łachmanach prawie.
Nad starym Lasotą, który pokaleczony był, a nic prócz porąbanego kaftana i poprutego pancerza nie miał, ulitowawszy się Belina, nazajutrz zrana przyniósł mu szmaty do poobwiązywania ran i opończę dostatnią. Pancerz rzucić musiano w kąt, a kaftan też krwią pobroczony, na nic się nie zdał. Sobek, który i do tego sprawny był, poobmywał mu i opatrzył rany. Tak samo Tomko Belina przyodział Toporczyka, którego dawna odzież od wilgoci się popadała i niemal na nim pogniła. Ale Bohdaś tego dnia wstać o swej sile nie mógł i gdy przyszła godzina roznoszenia strawy, musiano mu ją przynieść do tego kąta, w którym leżał.
Strawa to była licha. Chleba już oddawna piec nie mogli, wszyscy więc zarówno, mężowie i niewiasty i dzieci obchodzili się polewką z mąki, rzadko mięsa kawałkiem lub trochą tłustości okraszoną.
Nikt się na głód uskarżać się nie śmiał, troszczono się tylko, czy na tyle głów stanie długo strawy, nim się rzeczy na lepsze obrócą. Stary Belina sam w zasieki i bodnie codzień zaglądał, oczyma je mierząc, na jak długo w nich życia było.
Chociaż czerń która oblegała gródek, ustąpiła od niego, wiedziano że to pokój był nie trwały, że na głód rachowano, co poddać się przymusi.
Nieraz też już tu mowa była, czy nie iśćby przebojem za Wisłę. Lecz tam trzeba się było albo poddać Masławowi, albo z nim do walki wystąpić. Znaczniejsza część, albo raczej wszystkie rycerstwo zamknięte na Olszowem Horodyszczu, brzydziło się Masławem i pogaństwem, nawet ocalenia nie chcąc szukać u niego.
Radzono codzień i nic uradzić nie umiano, a gdy spory i rozprawy kończyły się, o. Gedeon zamykał je, jednemi zawsze słowy.
- Módlmy się, w Bogu ufność miejmy, Bóg pomoże!
Tylko młodość w takim ucisku szczęśliwą jest, że na chwilę o niem zapomnieć może. Któżby się domyślił, że nazajutrz rano, pierwszą troską obu Doliwów było dośledzić, gdzie się niebieskie oczy Kasi podziały. Wstali natychmiast zabiegając i kręcąc się a dowiadując, gdzie córka lub matka być mogła.
Już w drodze z powodu dziewczęcia tak się z sobą jakoś, nie mówiąc o co powaśnili, iż unikali nawet rozmowy, i jeden od drugiego głowę odwracał. Obu piękne dziewczę z myśli wyjść nie mogło. Wszebór sobie panią matkę tak pozyskał w ciągu drogi, że już jej dla siebie pewnym był, ale nie obrachował tego, że żwawa i raźna jeszcze niewiasta, nie dla córki, a dla siebie samej na niego okiem rzuciła. We wdowieńskim stanie, bez opieki, mówiła sobie - trudno pozostać było... Chciała niby nie sobie męża, a dziewczynie dać ojca i dla niej się poświęcić.
Wszeborowi co innego się śniło.
Mszczuj, który czasu podróży nie mógł się zbliżyć do trwożliwej Kasi, dlatego może goręcej się jeszcze w niej rozmiłował. Myśleli teraz oba ino o tem, jakby dalej serdeczne zamysły prowadzić.
W obu ich jedna krew była gorąca, lecz jak się to w rodzinach zdarza, inaczej ona u Wszebora, inaczej w Mszczuju grała. Zapalczywi oba, każdy po swojemu do celu zmierzali. Na łowach Wszebór się rad zasadzał na zwierza, a Mszczuj gonił i ubijał, pierwszy dzień cały gotów był strawić w szałasie na przesmyku, byle się zwierza doczekał, drugi wolał ścigać i walczyć. Tak samo i we wszystkiem czynili. Wszebór milczkiem a zręcznością, Mszczuj gorącem sercem i gotową zawsze dłonią.
Na Olszowem Horodyszczu, w pośród tego natłoku, gdzie mężczyźni musieli być oddzieleni osobno, trudno było kogo zobaczyć i dostąpić do niewiast. Trzymały się one osobno w kilku izbach, pod opieką Belinowej, mało która i wyjrzeć śmiała, dla samego sromu, bo niebyło kątka, zkądby oczów bez miary nie patrzało i uszu nie podsłuchiwało.
Więc choć oba rozmiłowani błądzili po podwórzach, głowy zadzierając, jakby wróblów pod strzechą upatrywali, nie postrzegli nigdzie tych, za któremi gonili. A tu im i trzeci przybył, młody Belina, który zrana do leżącego Toporczyka przyszedłszy, gorąco się go jął rozpytywać o Kasię Spytkównę, bo mu się srodze najrzane liczko podobało. Widział je i Toporczyk zdala, ale ten zbolały był tak i strapiony, że go nawet krasa niewieścia nie mogła rozbudzić.
- Daj ty mi spokój z dziewczyną! - odparł spytany - ani znam, ani wiem co są za niewiasty. Spotkałem je na drodze, gdym ledwo żyw był, starsza mi pić dała, za co niech jej Bóg stokrotnie płaci. Pytaj o to Doliwów, jeźli co powiedzieć zechcą, bo mi się widzi, że oni oba zęby ostrzą na owego wyrostka. Mnie to nie w głowie.
- Dzieweczka jak malina! - rzekł Belina.
- Choćby była jak anioł, co ich w kościołach stawią - nie pora o dziewczętach myśleć, gdy na gardło nieprzyjaciel następuje - rzekł Toporczyk.
Rozśmiał się Belina i zamilkł, ale znać mu grzeszna myśl z głowy nie wyleciała, bo gdy Doliwowie, napróżno się nabłądziwszy po dziedzińcach, jeden za drugim powrócili do izby, do nich przystał pytając co były za niewiasty. Ci też w słowach skąpi, nie wiele mu powiedzieć chcieli. Kolnęło ich to, że już i więcej ktoś począł myśleć o dziewczęciu.
Tak wśród tych chmur, jak słoneczko jasne, kraśna twarzyczka młodym oczom na pociechę i utrapienie zaświeciła. - Młodość taką jest, że i w największym ucisku, serce jej bije, głowa marzy. Starzy rozprawiali o obronie, o chlebie, tamtym niebieskie oczy o niczem myśleć nie dawały.
Gospodarskiemu synowi Tomkowi Belinie, który do matki i niewiast przy niej będących, przystęp miał łatwiejszy, prędzej się trafić mogło najrzeć, choć zdala piękne dziewczę. Doliwowie o zbliżeniu się do niej i myśleć nie mogli.
Z południa jakoś, starsza pani Spytkowa, sama wyszła się dowiedzieć o tego, co jej w podróży tak dobrze posługiwał, a tak pilno słuchał. Zobaczywszy ją zdala, oba się wnet ku niej rzucili. - Pamiętna przyjaźni Wszebora wdowa, pod chustą mu wyniosła coś, ze swojego zapasu podróżnego, aby podkarmić opiekuna, a zobaczywszy brata z nim, datek swój na dwu rozdzieliła.
Poczęli się oba pytać o nią i córkę.
- Bogu dziękować - wzdychając odparła pani Marta - żeśmy się tu dostali. Przynajmniej między ludźmi jesteśmy, a co drugim to i nam! Tu i ginąć byłoby raźniej. Obieśmy zdrowe, choć długo tę drogę i nasze nieszczęście czuć będziemy.
Tak rozpocząwszy Spytkowa, choć na niedolę się skarżyła, twarzą wesołą zwróciła się do Wszebora, białe ząbki wyszczerzywszy.
I już się jej usta nie zamknęły, tyle znów do opowiadania miała, czego Mszczuj jeszcze nie słyszał, o dostatkach swych dawnych, o mieniu i wielmożności, o miłości nieboszczyka dla siebie, o wszystkiem co przeżyła. Frasowała się już teraz tylko, jakby się na Ruś do swoich dostać mogła, gdzie była pewną opieki, pomocy i rychłego nawet zamążpójścia, bo tam za nią nie jeden wzdychał.
Trzymała ich tak obu długo stojących przed sobą w milczeniu, to ku jednemu, to ku drugiemu czarnemi oczyma poglądając, to śmiejąc się, to łzy ocierając, to ręce łamiąc, to niemi rzucając i wywijając, bo była niewiasta żywa i mówna, a wiedziała pewnie, że się mężczyznom podobać może. Drudzy też, obcy, schodzili się słuchać i patrzeć, a im więcej ich było, tem się weselszą zdawała, tak, że gdy żegnać się przyszło i do córki wracać, łzy już zupełnie poosychały.