Smutny był wieczór jesienny;
słońce zakryte, którego spłowiałe blaski z za chmur gdzieniegdzie
przeglądały, już się ku zachodowi kłoniło. Całe niebios sklepienia
okrywały szare, podarte, kłębiące się, nad widnokręgiem, w ciemną,
jednostajną zasłonę zbite obłoki.
W powietrzu oczyma było można dojrzéć górą goniący wicher,
który kiedy niekiedy tylko z chmur spadał na ziemię - sunął się po
niéj uginając drzew wierzchołki, obłamując gałęzie i uciekał znów
gdzieś w górne szlaki.
Ziemia obleczona żałobą, szara, z zieloności odarta,
wydawała się zmarłą, uśpioną, gdy po nad nią pędem leciały z
zachodu poszarpane dziwnie, postrzępione, rozpływające się i
zlewające obłoki, przybierające barwy różne, jakby je to gniew
rumienił, to złość sinemi czyniła. Tam gdzie czuć było słońce,
gorzały żółtawe łuny - gdzie na chwilę obnażyło się niebo, jaśniało
jakąś barwą zielonawą. Szare chmury wszystkie zdawały się spieszyć
na wschód, by tam stanąć jak wojsko do boju, jedną groźną czarną
ławą.
Dołem, nie wesoły téż krajobraz przedstawiał się oku. Nizka,
błotnista dolina leżała wśród lasów, które ją czarnemi obejmowały
ścianami. - Gdzieniegdzie na niéj stało osamotnione, na pół zeschłe
czy zgorzałe drzewo prastare, z gałęźmi obnażonemi i jakby w
rozpaczy podniesionemi do góry.
Resztę liści pożółkłych oberwały z nich wichry jesienne.
Wśród błota wiła się droga, na któréj świeże ślady wypisały
jakieś straszne dzieje wczorajsze, nie starte jeszcze niczém i nie
spłukane, nieoschłe i niezarosłe.
Czytać było można z téj drogi, jak z księgi, co się tu
wczoraj, dziś może dziać musiało. Przeszła po niéj burza
straszliwa. Wydeptana była, wygnieciona, wybita, jakby nią mnogi
lud i stada przeszły, koła ją poryły, drągi porozrzynały, tu i
owdzie leżały drzewa, wozów połamanych szczęty podarte szmaty
krwawe, porwane szaty, potargane powrozy. Znać było na niéj resztki
wielkiego obozowiska, czy olbrzymiéj gromad wędrówki.
Na ślizgiéj powierzchni, gdzieniegdzie bosych nóg ślady się
wycisnęły, dziecięce obok starych, zwierzęce obok ludzkich, owdzie
leżącego ciała znamię, które padło i wlokło się pasami porąc
ziemię. Wśród kałuż błota były i czarne zastygłéj posoki plamy.
Wojny to zdawały się być ślady nielitosne, co po sobie
śmierć i spustoszenie zostawiły.
Na stratowanym gościńcu szczątkami życia karmiło się
ptastwo, dziubiąc rozsypane ziarna, pijąc może krew rozlaną.
W dali na pagórku widać było mury ogorzałe, niżéj sterczące
w dolinie belki czarne, powywracane budowy, szczątki jakiéjś
ludzkiéj osady, w któréj nie było człowieka. Po nad tą pustynią
głuche panowało milczenie, z wiatrem tylko kiedy niekiedy jakby
żałośliwe dolatywało psów wycie. Stado kruków i kawek zwijało się w
powietrzu, to przypadając ku ziemi, to podnosząc się z wrzaskiem i
krążąc nad opustoszoną doliną. Ptacy obejmowali tu panowanie, a
zwierz z lasów poglądał, rychło mógł przyjść za niemi, po człowieku
zagarnąć dziedzictwo. Nad błotem latały z krzykiem boleśnym
strwożone czajki. Jedno życie się tu skończyło, zaczynać miało
drugie.
Wpatrzywszy się w miejsce, gdzie osadę zniszczoną znaczyły
mury rozbite, jeszcze po nad nią dostrzedz było można nieznaczne
prawie pasemka dymu unoszącego się z pogorzeliska. Napróżno
usiłując się wzbić do góry, podniósłszy się nieco, opadały ciężko
i rozścielały się po ziemi. W powietrzu czuć było zgorzeliznę
trupią.
Na ścieżynie wiodącéj do najbliższego cypla lasu, ukazał się
jeździec na koniu. Wysunął się zwolna z za gałęzi, stał i patrzał
długo - rozsłuchiwał bacznie, nim się daléj posunąć ośmielił.
Oko jego rozglądało się po okolicy, wśród któréj żywéj nie
widać było duszy, głosu ni cienia człowieka. Jeździec ów, z ciemną
brodą potarganą, lat średnich mężczyzna, był, jakby świeżo wyrwał
się z boju, i ocalał z walki - potłuczony cały i krwawy. Pancerz
miał poszarpany od ciosów co go ugodziły i na kawały na nim
porozcinały. Szmaty jego wisiały zeń, obnażając gdzieniegdzie
pokaleczone ciało krwawe. Reszta pogiętego hełmu ledwie się
trzymała na głowie bujnym ciemnym włosem okrytéj, strzaskanego
miecza głównia wisiała mu u pasa; w ręku miał kawał włóczni
złamanéj, w kilku miejscach zbroja i z pod niéj przezierająca
odzież jak rdzą brunatną, zaschłą krwią była zbroczona.
Koń pod nim posieczon i poraniony był także, szedł
nakuliwając z głową zwieszoną, a gdy mógł stanąć, wnet łeb
spuszczał szukając pod nogami wyschłéj trawy, w kałużach wody.
Pomimo téj nędzy dzisiejszéj, na wojaku i jego wierzchowcu, znać
było dawne lepsze czasy. Twarz biednego, wybladłego zbiega, rysy
miała szlachetne i dumne, oko zamglone było smutkiem nie
niewieścim, lecz mężną rycerską niedolą. Poszarpane suknie i
zbroje niegdy były kosztowne i piękne.
Westchnąwszy, gdy z konia obejrzał okolicę, zsiadł z niego
wędrowiec, poklepał biedne zwierzę po szyi, uzdę wziął w rękę i
podpierając się dzidą, powolnym krokiem iść począł ku pogorzelisku.
Ranny w nogę, z posieczoną piersią, rozbitą głową, wlec się musiał
powoli i często odpoczywać. Zdało się czasami, że zachwiawszy się
padnie, że mu ochota odejdzie daléj się tak ciągnąć, aby nędzny
żywot ocalić, stawał, opierał się na koniu, dyszał i znowu tak
wlókł ku pogorzelisku. Koń téż kulejąc i napadając szedł posłuszny,
a raczéj dawał mu się ciągnąć, skubiąc z głodu resztki traw, gdy je
znajdował po drodze.
Tak ścieżką tą od lasów, znaną mu pewnie, zbliżał się wojak
ów ku kopcowi naprzód, grodzisku otoczonemu wałami, na którém
spalonego zamczyska widać było zczerniałe ściany.
Spustoszenie straszliwe jakieś, nieludzkie przeszło tędy
niedawno jeszcze, niezostawiwszy po sobie nic, nad kupę węgli i
gruzu. Na okopach poopalane, połamane, stérczały gdzieniegdzie
ostrokoły, brama strzaskana, na pół zgorzała leżała w błoto
wciśnięta na ziemi.
Krokiem powolnym, przybysz wsunął się w środek okopów.
Miejsce to musiało mu być dobrze znane, szukał po niém oczyma w
gruzach, przeszłości którą pamiętał.
Żadna budowa nie ostała się całą na grodzisku, gdzieniegdzie
kamiennych murów grubych sterczały ściany na pół poobalane,
oparłszy się zniszczeniu. Obok ziemia nawet była poryta, jakby w
niéj czegoś szukano. Rozbitych naczyń skorupy rozsypanych bodni
klepki, koły, belki, wyleżana słoma starta i pomięta, poogryzane
kości białe, plac prawie cały zalegały. Na boku leżały ścierwa
koni, których żebra już na pół obnażyły kruki.
Spłoszone podniosły się wrzeszcząc i wnet obsiadły znowu swą
pastwę.
Wszedłszy do środka wzrokiem ponurym przejrzał do koła
wszystko człek nieznany, konia postawił u wnijścia, a sam krokiem
powolnym począł przez łomy zalegające grodzisko wdzierać się w głąb
jego. Szukał miejsc jakichś, śladów, jakby z nich odgadnąć chciał
dzieje tego zniszczenia... Lecz gruzy je przysypały, zwaliska
zatarły. Spodziewał się może znaleźć trupy, a tych tu widać nie
było.
Kilka razy rozpatrując się schylił ku ziemi, sięgnął ręką po
łachman jakiś, dobył opalony szmat z pod drzewa i rzucił go z
odrazą i gniewem. Minąwszy kupę rumowisk, szedł pod mur daléj, ale
i tu toż samo znalazł bezładne zniszczenie.
U muru tylko, jakby osypana i zapadła ziemia, czarną
obnażyła pieczarę, w któréj głębiach nic widać nie było. Z
ciemności gdzieniegdzie stérczały połamanych belek końce. Zajrzał
tu przybysz, ręką się osłoniwszy, zginając z trudnością, patrzał
długo i wstał namarszczony...
Właśnie miał to cmentarzysko opuścić, gdy podrażniony słuch
jego, wśród téj ciszy głuchéj, pochwycił jakby szmer jakiś, niby
ostrożnego chodu ludzkiego echo.
Strzymał się spoglądając ku wnijściu.
Tu nic widać nie było, koń tylko pasł się chciwie na wałach,
znalezioną odrobiną zieleni. Posunął się więc, krocząc znowu przez
belki i rumowiska ku miejscu, gdzie były wrota zamkowe, gdy w téjże
chwili ukazała się w nich ludzka postać.
Człowiek ten wchodził, wsuwał się raczéj ostrożnie,
wstrzymał na widok konia i stał wylękły, oczyma wodząc na wszystkie
strony.
Z daleka postrzegłszy z ruin wychodzącego zbrojnego
mężczyznę naprzeciw sobie, w pierwszéj chwili rzucił się był do
ucieczki - lecz za drugiém ku niemu spojrzeniem w ręce plasnąwszy,
zatrzymał się i, kroków parę podbiegłszy, padł przed nim na kolana.
To niespodziane wśród ruin zjawisko - było jakby do nich
podobne - podstarzały już mężczyzna, z głową odkrytą, włosami
rozrzuconemi, nie miał na sobie nic, oprócz na ciało nagie
narzuconéj zdartéj, połatanéj siermięgi. Nogi jego okrywały spodnie
z płótna grubego, poobwiązywane sznurami u dołu, które skórznie
podarte utrzymywały. Twarz wynędzniała, żółta, z oczyma blademi,
miejscami włosem porosła, podobniejszym go czyniła do trupa
wstającego z grobu, niż do żywego stworzenia. Padłszy na kolana,
załamane ręce podniósł do góry.
- Wy żywi! - krzyknął.
Wojak nie odpowiadając nic, ręką wskazał na wiszącą kawałami
porozdzieranemi zbroję, na poszarpane i poranione ciało.
- Żywem! - rzekł głosem bez dźwięku - żywem, ale po co
żywot, gdy wszyscy moi poginęli, gdy nam tylko grób został!..
I powiódł oczyma dokoła.
Klęczący wstawał powoli i mówił ochrypły, drżący.
- Ja czwarty dzień tułam się po lesie, trawę gryzłem, liście
ssałem, grzyby suche jadłem i korę, ledwie dusza w ciele.
- Dziękuj Bogu i za to - zamruczał uzbrojony - ja téż nie
wiem czy żyję - nie wiem jak żyję... a na co dziś życie się zdało.
W milczeniu ten, który powstał z ziemi, przysunął się i w
rękę pocałował mówiącego. Stali oba nie mogąc znaleźć słowa.
- Jakżeście ocaleli? - spytał po tém cicho.
- Chcieliśmy się tam, za Szrodą opierać garści Czechów.
Kupka nas była niewielka ale mężna. Padli wszyscy i mnie za
zabitego rzucono na pobojowisku, dopiero noc mnie ocuciła. Koń
uszedł, a potém sam wrócił gdziem leżał... jego oddech poczułem nad
sobą, gdym oczy otworzył. Tułałem się i ja po lasach, oprócz wody
nic nie mając, tu zdechnąć przyjdzie! To zdychać!
Zamilkł opuściwszy głowę.
- Gdzież ludzie? trupów niema? Gdzie Gdeczanie wasi? -
spytał po chwili.
- Gdy Czechy nadciągały, jam był w lesie - począł drugi -
wróciłem, aby patrzeć na pogorzelisko, nie było już wracać po co.
Wszystką ludność, choć o mir i łaskę prosiła poprowadzili, pognali
ze sobą wszystkich, nie został nikt, prócz tych co padli. Miasto
złupione, domy złupione.
Popatrzał ku dolinie i jęknął boleśnie.
- A wasi? wasi? miłościwy panie! - zapytał cicho.
- Nie mam ja już nikogo, nikogo - odparł pierwszy ponuro.
To mówiąc, wziął konia za uzdę i zwolna z grodziska schodzić
zaczął. Za nim wlókł się człek w odartéj siermiędze.
U stóp zamku jedném zgliszczem szerokiém leżała wielka
osada.
Na czarném pogorzelisku stały gdzieniegdzie żurawie
studzien, resztki ścian, których ogień nie dojadł, słupy od bram,
koły od płotów, wysokie kozły szop zwalonych.
W pośrodku murowanego kościołka, z głazów wzniesione boki
sterczały tylko - dach spalony runął. Zbliżyli się ku niemu -
stanęli.
W głębi widać było ołtarza resztkę ogorzałą i poobalane
wielkie świeczniki drewniane. Wnijście do grobów pod kościołem
stało w pośrodku rozdarte. I tam znać łupów szukano. Nie ocalało
nic. Na jednéj ścianie wisiał tylko krucyfiks czarny, a na nim wpół
spalony Chrystus, jedną ręką trzymał się jeszcze. Ptastwo, które
się tu już na sen nocny tuliło, słysząc szelest, zerwało się,
pierzchnęło, poczęło kołować z wrzaskiem i padać na ścian wierzchy.
Ostatnie promienie słońca przedarłszy się przez chmury,
światłem pomarańczowém, jakby łuną pożarną nagle oblały ten obraz
spustoszenia.
Z trwogą przybyli rozglądali się dokoła. Ślady życia jeszcze
gdzieniegdzie były widoczne. Pod ścianami chat walał się statek
gospodarski, rozbite wiadra, rzucone kądziele, zapomniane dzieci
kolebki, kamienie od żarn wywróconych.
Wojak i zbiedzony człek w siermiędze postawszy przed
kościołem, wyszli daléj ku spalonéj osadzie.
Nadchodziła noc, trzeba było szukać schronienia.
- Miłościwy panie, władyko Lasoto - jęczącym głosem ozwał
się siermiężny idący za nim - gdyby chleba choć okruszyna, możebym
sił nabrał i szałas gdzie sklecił.
Na koniu, którego wiódł za sobą Lasota, wisiały próżne
sakwy. Zwrócił się ku nim wojak i dobył z nich szczątek czegoś
spleśniałego, czarnego, rozłamał i dał proszącemu.
Z chciwością niezmierną oburącz porwał zgłodniały ten
pokarm, zaiskrzyły mu się doń oczy, począł gryźć ze zwierzęcém
łakomstwem, zapomniawszy o wszystkiem.
Lasota szedł daléj, niepatrząc nań, szukając znużonemi
oczyma przytułku, ale chaty drewniane, chałupy z płotów i chrustu,
klecie, ogień pozjadał do szczętu, nie ocalało z nich nic nad węgły
grożące upadkiem, ledwie od wiatru mogące osłonić.
Nierychło dopiero, chleb spożywszy do pruszyny, siermiężny
pogonił za błądzącym po pogorzelisku Lasotą. Po drodze zaglądał do
studzien, chcąc wodą ugasić pragnienie, nie było jéj czém
zaczerpnąć.
Lasota znalazł wreszcie w głębi gdzieś resztę dachu
zwieszoną nad nędznemi ścianami dwoma. Tu, konia w blizki ogród
puściwszy, sam zwalił się na ziemię - szedł jakby już tylko miejsca
szukał gdzieby skonał, w obu dłoniach twarz zanurzył, oczy zasłonił
i pozostał nieruchomy.
Tymczasem zeschły chléb, kropla wody, odżywiły nieco
wygłodzonego, który trochę sił i przytomności odzyskał.
Był to jeden z osadników, tego zburzonego a niedawno jeszcze
znacznego i do głównych dzielnic królewskich należącego grodu,
Gdecza, który najezdzcy Czechy złupili, ludność z niego całą
uprowadziwszy.
Człek ten zwał się Dębiec.
Lasota miał posiadłości rozległe pod Szrodą, często w
mieście i na zamku przebywał. Dębiec kołodziéj wysługiwał mu się we
dworze, znali się zdawna. Możnego władykę i biednego rzemieślnika,
wojna i nędza zrównały teraz. Lasotów gródek był spustoszony, on
sam niemiał gdzie przytulić głowy, Dębcowi zostało tylko
pogorzelisko jego chaty.
Ku niéj się skierował, przedzierając przez poobalane
domostwa, spodziewając się może znaleźć coś ocalonego. Doszedłszy
do miejsca, które trudno poznać było, stanął wryty. Nie było nic
oprócz wielkiéj węgla kupy.
Mrok padał. Przemógłszy się Dębiec otarł oczy i wszedł na
swe zgliszcza, poczynając się w nich rozglądać. Kijem podniesionym
z ziemi, zwolna rozgarniał popioły i żużle - szukał czegoś. Pod
chatą był w ziemi wilgotnéj wygrzebany loszek, w którym coś czasem
składano.
Pomyślał czy w niém co nie ocalało. Co? sam nie wiedział.
Garść mąki może, suszonego mięsa resztka, krup trochę, choćby
spleśniałego chleba okrawek. Grzebiąc się, natrafił w istocie na
niezgorzałe drzwi loszku, ukląkł i rękami je oczyściwszy z ziemi,
począł z wielkiém wysileniem odwalać. Osłabłemu szło ciężko,
dyszał, kładł się na ziemi i wstawał, aż kołkiem podważywszy,
podnieść mu się drzwi udało. Kryjówka zdawała się nietknięta, nikt
tam w ubogiéj chacie łupu się nie spodziewał.
Głodny Dębiec spuściwszy się, z okrzykiem radości, postrzegł
tu spiżarnię swą ubogą, nienaruszoną.
Z niespokojnym pośpiechem począł w niéj gospodarzyć,
wyrzucając coraz coś wynalezionego, co dawniéj pogardzone było, a
dziś droższe nad złoto. Wkrótce jednak napowrót się wydobył z jamy,
zabrał żywność lichą, i pospieszył szukać z nią tego, co go przed
chwilą kawałkiem chleba obdarzył. Znalazł go pod ścianą, na pół
uśpionego ze znużenia, wpół zamarłego z głodu.
Noc coraz ciemniejsza zapadała.
- Panie miłościwy - odezwał się Dębiec przypadając - mam
strawę! Znalazłem ją w jamie mojéj. Widać ją tam ukryć chcieli.
Rozpalę ognia trochę... jeść - jeść będziemy! jeść!
Powtarzał ten wyraz, jakby w nim była wybawienia nadzieja.
Lasota zwolna podniósł głowę.
- Ogień rozpalić! - mruknął - ogień! aby ściągnąć nim licho!
ani mi się waż.
- Nikogo tu już ogień nie ściągnie - westchnął Dębiec -
patrzajże, panie miły i tak gdzieniegdzie węgle się jeszcze żarzą,
dym czerwony się kurzy! Zbójce bezbożni, Czechy, odciągnęły, pusto
do koła, życie ratować trzeba. Głodem zemrzemy.
Lasota znowu twarz w dłonie zanurzywszy, nic nie
odpowiedział. Pragnienie więcéj niż głód go paliło, a było zarazem
głodem i gorączką.
Niezważając na zakaz, kołodziéj począł ogień przysposabiać.
O głownie niedogorzałe na zgliszczach łatwo było. Z chaty swéj
wyniósł garnek jakiś, który znalazł w lochu rzucony. Miał już
począć gotować, gdy Lasota wody zawołał.
Tym więc czerepem, jedynym jaki mieli i wicią znalezioną na
pogorzelisku, pobiegł Dębiec zaczerpnąć u studni. Gdy wodę
przyniósł Lasocie, pochwyciwszy garnek w dłonie drżące, stary wypił
go do kropli.
Kołodziéj poszedł zaczerpnąć znowu i zabierał się do
uwarzenia wieczerzy, gdy wicher zadął i przyniósł z sobą wyraźny
tentent koni.
Porwał się, choć osłabły Lasota, wołając o zgaszenie
ogniska, i natychmiast zalano je co prędzéj.
Gęsty mrok był, który pochmurne niebo zwiększało. Tylko w
miejscu gdzie zaszło słońce jarzyły się jeszcze niebiosa i ku nim
patrząc, postrzegli tu skryci zbiegowie, na gościńcu który przez
środek osady prowadził - cienie dwu konnych ludzi jadących powoli.
Jak czarne dwa widma malowali się im na zorzy zachodniéj, i
choć zdala, dobrze ich rozeznać było można.
Lasota i Dębiec z ciekawością i niepokojem im się
przypatrywali.
Niepotrzebował długiego czasu Lasota, aby w nich poznać,
domyśleć się raczéj, takich jak on sam był, zbiegów, tułających
się, uchodzących nocą przed czeskiemi mordami i łupieżą.
Ludzie byli orężni, bo nad głowami ich sterczały dzidy,
które w rękach trzymali, a konie pod niemi były rosłe. Na głowach
wiewały hełmów czuby. Lecz możnaż było zaręczyć, że to nie Czesi
jeszcze, wśród tego spustoszenia, krążyli za jakąś zdobyczą?
Stanęli jezdni naprzeciw spalonego kościoła... Wiatr
silniejszy ustał był nieco - i słychać było rozmawiających z sobą.
Lasota bacznie ucha nadstawiał, dochodziły go wyrazy urywane.
- Psie syny.
- Zwierzęta dzikie! Szatańskie plemie.
Po tych przekleństwach, swoich było się można domyśleć.
Lasota złożył dłonie w trąbę i choć osłabłym głosem, huknął ku nim.
Na ten odgłos, konni zrazu rzucili się do ucieczki, potém
wnet stanęli, rozglądając do koła.
- Swoi! zawołał Lasota - bywajcie tu! bywaj! bywaj!
Dębiec, który wprzódy jeszcze poznał w nich swoich, wstał z
ziemi i pospieszył na spotkanie. W gromadzie zawsze bezpieczniéj
wszystkim było.
Na widok z mroku wychodzącéj mary téj, jezdni stanęli w
gotowości do obrony lub ucieczki, ale kołodziéj zbliżywszy się,
poznał sąsiadów, i począł wołać po nazwiskach.
Byli to dwaj bracia Doliwowie, ziemianie od Szrody, o miedzę
od Lasoty osiedli.
Wszebór i Mszczuj Doliwowie, równie błąkaniem się o głodzie
znużeni byli od dni kilku, dworce ich z ogniem poszły. Z koni
pozsiadawszy zwrócili się ku miejscu przez Dębca im wskazanemu.
Kołodziéj szedł uradowany przodem, wołając:
- To nasi z Doliwian, miłościwy panie. Wszebór i Mszczuj.
Dźwignął się nieco na łokciu spierając Lasota. Znów ognia
niecić spieszył kołodziéj.
Nie było powitania, bo czemże się pozdrawiać mieli? chyba
ocalonym żywotem nędznym, z którym nie wiedzieli co począć.
Patrzali na się tylko smutnemi oczyma.
Gdy ogień błysnął żywiéj, starszy z Doliwów, widząc zbroję
podartą i krwawe znamiona, a twarz Lasoty wynędzniałą, nie mógł się
wstrzymać od przekleństwa na wrogów.
- Ot, na co nam zeszło! - krzyknął - ot, co się, z naszą
ziemią stało!
Przeklęty dzień i godzina, gdy nam Mieszko i Ryksa
zapanowali!
Dębiec im konie poodbierał, puszczając spętane w blizkie
ogrody, gdzie się, choć nędznie, pożywić mogły. Posiadali na ziemi.
Z kolei narzekanie ze wszystkich się ust wyrywało.
- Z Poznania - począł Mszczuj - jeno gruzy téż stoją. Czego
niemka Ryksa nieuwiozła, to Czesi zabrali! Poszła ona precz do
swoich, do niemców - za nią i syn Kaźmierz uchodzić musiał. Pana
nie mamy, otworem stoją rubieże, kraj bezpański, łupi kto chce.
Złupili téż Czesi Gniezno, obdarli kościół, wywieźli skarby drogie,
pognali w łykach braci naszych jak bydło. Popalone sioła - gdzie
spojrzeć pustynia!
- Zczezło marnie Bolesławowe królestwo - dodał Wszebór -
rycerstwo nasze przepadło, wojuje kto chce, bośmy bezpańscy. Głowy
niema.
- Tylko umierać nam, aby już oczy nie widziały końca -
dołożył Lasota.
- Czechy, czechami, niemcy, niemcami - rzekł Mszczuj -
własny lud burzy kościoły, pogaństwo wraca, życie nasze na włosku.
Kupy się włóczą i wołają stare - Łado! a którego z władyków napadną
na krzyż go przybijają z urągowiskiem.
- Co poczynać? umierać? - mruknął Lasota...
W tém Mszczuj głową potrząsł.
- Kto ma siły za Wisłę ciągnie do Masława, tam, mówią, pokój
jeszcze, on jeden siłę ma. Co czynić? do siły się garnąć chyba, a
nie, to życie potracim, mówił Wszebór. My téż, sami nie wiemy,
chyba by się do niego przekradać, aby żywot ocalić.
- Do Masława? - przerwał słabym głosem Lasota. - Co ci się
śni? Człek ten niepoczciwy, przechera, wszystkich naszych
nieszczęść przyczyną.
Mszczuj ramionami dźwignął.
- Prawda to! ano dziś będzie dobry kto bądź, byle życie
zbawił.
- Lepiéj umierać! - mruknął stary.
Gwarzyli tak urywanemi wyrazy, gdy Dębiec przerwał rozmowę,
pytając czy nie byli głodni.
- A któż dziś nie głodny! - zawołał Mszczuj.
- Co mam, tém się podzielę - rzekł kołodziéj. Nie wiele tego
jest - byle duszę w ciele utrzymać.
Począł tedy mięso wędzone i krupy uwarzone na skorupkach,
które w gruzach poznajdywał, rozkładać przed niemi. Lichy to był
posiłek, ale się zdał głodnym najsmaczniejszą w świecie potrawą.
Dziękowali mu niezmiernemi wdzięczności wyrazy.
- Niech ci Bóg płaci! - wołali.
- Zapłaćcie wy mnie sami - odparł Dębiec - siedzieć tu nie
będziecie, powleczecie się gdziekolwiek bądź, pozwólcie mi z sobą,
bo tu zginę. Jutro do dnia pewnie ruszycie w lasy, dajcież mi się
wlec za wami. Wezmę co mam żywności, podzielimy się.
- Któż z nas wie, co pocznie jutro? - zawołał Lasota.
- W lasy trzeba i za Wisłę - dodał Mszczuj - innéj dla nas
rady niema. Masław przyjmuje wszystkich.
- Ani mówcie o tém - a sromajcie się myśli - przerwał stary
Lasota.
Masław? a któż tego chłopiego syna nie znał na Mieszkowym
dworze? Niewiedzieć zkąd i jak, od chlewów się dobył ten
parszywiec, liżąc nogi, pochlebstwem dobił się podczaszowstwa.
Mieszkowi potém życie skrócił, królową panię wygnał zmowami swemi,
Kaźmierza pana swego wypędził. To jego sprawy.
- Pewnie tak - odrzekł Mszczuj - ja go téż ni kocham, ni
bronię, psubrat jest, a no kto dziś panem? przy kim siła? albo
trzeba gardło dać lub iść mu służyć!
- A! tak - wtrącił się zdala Dębiec - służyć już komu bądź,
niech choć rudy pies panuje, byleśmy bezpańskiemi nie byli.
Umilkli wszyscy pospuszczawszy głowy, Lasota orzeźwiawszy
nieco, podniósł się sycząc, aby ciało pobite, rany i odzież
potarganą opatrzeć. - Znać w nim było męża, który nie jedno już
przebolawszy w życiu, cierpieć się nauczył, chłodno, śmiało, prawie
nie jęknąwszy, począł się rozdziewać z przywrzałéj do poranionego
ciała zbroi i kaftana. Krew, która była przyschła, puściła się
znowu z ran, więc bieliznę drąc, zakładał nią posieczone i pokłute
ciało, a drudzy nań z podziwem patrzali. Był to znak przecie, że do
życia chciał powrócić i o jakimś myślał ratunku. Czekali wszyscy
milcząc, aż stary dokończy, bo się im trzeba było naradzić
wspólnie, co daléj czynić mieli, gdzie się schronić, dokąd
uchodzić.
Nie było naówczas w kraju kąta prawie, któregoby najazdy
czechów, pomorców, prusaków nie spustoszyły, lub sam lud, do
pogaństwa wracający nie zakrwawił i nie zniszczył.
Możniejszym szczególnie, którzy byli wszyscy za Mieszka
pierwszego i Bolesława chrześcijaństwo przyjęli, duchowieństwu
wszelkiemu, rycerstwu, największe groziło niebezpieczeństwo. Nie
ostał się jeden kościół, żaden klasztór całym przed napaścią, żaden
cmentarz nie splugawionym. Legli od zbójeckich rąk kapłani niemal
wszyscy a wielkie dzieło nawrócenia z pomocą chrześciańskich
narodów dokonane, obalone zostało.
Na rękę to było po części niemcom, odzyskującym przez to
prawo nawracania mieczem, zawojowywania i pochwycenia znowu
zwierzchnictwa nad kościołem odbudowanym.
Ruś téż i Węgry korzystały z uroszczeń Bezpryma, z dogodnéj
chwili, aby kraje zawojowane przez Bolesława oderwać od Polski.
Czeski Brzecisław myślał już o zagarnięciu całego państwa i
połączeniu go z koroną swoją. Począł to wielkie dzieło od złupienia
Krakowa, Gniezna, Poznania i uczynienia pustki z ziem, nad któremi
chciał panować.
Gdy rany swe obwiązawszy Lasota, legł znowu na ziemi, a
Dębiec siadł na uboczu, oba Doliwowie, spojrzawszy na siebie,
pierwszą wznowili rozmowę.
- Cóż myślicie? - ozwał się Mszczuj - co czynić mamy?
mówcie! starszego posłuchamy radzi.
Lasota podniósł głowę, jakby się chciał przekonać, że mowa
do niego była zwróconą.
- Pytacie mnie - rzekł. - Wiem że ja sam co czynić? Wiem,
jeno czego nie uczynię. Za Wisłę do Masława nie pójdę, srom to i
hańba, parobczakowi się kłaniać, gdy się namaszczonym królom
służyło. Myśmy wszyscy stali przy panach naszych, stali przy
Mieszkowéj wdowie, potém przy Kaźmirzu, mamyż iść do tego co nam
ich odebrał? A gdybyśmy i poszli doń, chyba ażeby mu zanieść głowy
nasze, bo żywić nas nie będzie.
Zamilkli Doliwowie.
- Nie wiem, czy znacie Masława, jak ja go znam - dodał
Lasota. - Patrzałem ja nań, jak rósł na dworze z pacholęcia przy
psiarni, potém ręczniki i dzbanki nosił, sokoły chuśtał, miód
nalewał, a do ucha i łask się wkradał powoli i tak do łańcucha na
szyi, do pasa rycerskiego doszedł, na powiernika i radzcę. Dopiero
go duma zdęła niepoczciwa.
Po śmierci Mieszka, królową chciał zawładnąć, bodaj się z
nią żenić i królować, a Kaźmirza się pozbyć. Rozumna pani
odepchnęła go, otaczając się swojemi ku obronie. Zaczęli na nią
krzyczeć, że kraju i nas znać nie chce, a prześladowali ją tak, że
skarby wielkie zabrawszy, uchodzić do swoich nad Ren musiała.
Został Kaźmirz, nad którym Masław chciał rozciągnąć opiekę, aby go
zgubił, musiał i ten uciekać od niego. Pozbył się go prędko. Myśmy
bezpańscy jako stado bez pasterza zostali, a wilk się nam stręczy
miasto niego. Kraj obcy ludzie łupią i drą.
Czyjeż to sprawy jeśli nie jego!
Myśmy się precz od zdrajcy ustąpili, uczynił się poganinem
aby sobie czerń pozyskał. Pogan téż, ile ich jest, prusaków i
pomorców ma z sobą. Cóż my tam przy nim i z nim, ludzie chrzczeni i
Chrystusa wyznający czynić będziemy? Ciała nie ocalemy a dusze
potracim!
Mówił tak, a Doliwowie milczeli.
- Alboż to prawda, co głoszą - rzekł powoli Mszczuj - że się
poganinem uczynił? Chyba na oko, nie wierzę by nim był.
W tém Dębiec, który zdala siedząc przysłuchiwał się -
zawołał.
- O! miłościwy panie! To jawna rzecz, że z pogany trzyma.
Stare Stanice pochowane, z ziemi i lasów dobyto, postawiono znów
kamienie i słupy, jak dawniéj bywało. Wszystkie dawne świątki
obchodzą o białym dniu. Księdza żadnego nie żywią, a którego gdzie
dopadli stracono. Masław mówi, że z księżmi przyszła niewola.
- Zły Masław - przerwał Wszebór - a gdzież i jak się
schronić i ratować! W Czechach téż pęta i łyka każdego czekają, na
Ruś daleko, a i tam kto wie, jaka byłaby gościna? Błądzić po lasach
i z głodu mrzeć, toć lepiéj się od razu obwiesić na gałęzi.
Dogasał ogień przy którym siedzieli, Dębiec kilka głowni
zebrawszy, dorzucił i znowu go odżywił.
- Co czynić? co czynić! powtarzali stroskani.
- Masława ja znam ze dworu dobrze - odezwał się Mszczuj po
przestanku - zrazu my się drużyli. Człek śmiały do wściekłości,
zuchwały do szaleństwa, a roi mu się we łbie panowanie, bo mu za
młodu wróżka jakaś przepowiadała, że dojdzie wysoko. I to pewna, że
żadnego by z nas nie oszczędził, byle mu się to na co zdało, a co
mu z tego przyjdzie, gdy nas pogubi?
Mówili jeszcze, gdy szelest się słyszeć dał w ciemnościach.
Nic widać nie było o trzy kroki przestraszeni ruszyli się wszyscy,
oprócz Lasoty, nasłuchując bacznie czy się konie, puszczone na
paszę nie ruszyły, zwierza uląkłszy i trwogi téj nie nabawiły.
W tém płomię, które się podniosło oświecając szerzéj
pogorzelisko, ukazało za węgłem stojącą postać ludzką.
Człowiek stary, ręką wychudłą opierał się o kawał ściany, a
dość nań było wejrzeć, aby się pozbyć obawy i poznać w nim
nieszczęśliwą ofiarę, co się gdzieś z gruzów tych, głos ludzki
zasłyszawszy, dobyła.
Mężczyzna był w podeszłym wieku, wynędzniały, twarzy bladéj,
w podartym i powalanym przyodziewku czarnym, z głową nizko
postrzyżoną, na długiéj, chudéj, kościstéj szyi sterczącą. Wiek już
go był przygarbił, a wycieńczenie ledwie mu się na nogach utrzymać
dozwalało. Zeschłe wargi otwarte miał, oczy osłupiałe, resztka
życia już w nim tylko tlała.
Spoglądał po siedzących, jakby znajomych między niemi
szukając twarzy, a z piersi znać trudno mu było dobyć głosu. W tém
porwał się z ziemi Mszczuj i podbiegł ku niemu, wołając.
- Wyż to jesteście? ojcze Janie? wy?
Starzec głową potrząsł, spragnionemu, wygłodzonemu mówić
było trudno, a zbliżyć się téż nie mógł i ściany trzymał, by nie
paść, drżąc cały.
Doliwa podbiegłszy, rękę mu podał i przywiódł ku ogniowi.
Znany to był wszystkim proboszcz miejscowy. Trzy dni już w
grobach pod kościółkiem schroniony, uszedłszy oka łupiezców, żył
okruszynami chleba i kroplami wody, co po murach ściekała.
Zasłyszawszy ludzkie głosy, poznawszy swoich, wydobył się sił
ostatkiem z zakątka, w którym się na śmierć gotował.
Z całego mienia, jedno najdroższe ocalił - książkę, którą w
rękach trzymał i do piersi ją przyciskał.
Dębiec pospieszył téż na ratunek staremu. - Posadzono go
przy ognisku - kołodziéj przyniósł mu wody, Lasota oddał swój chléb
zczerstwiały. Ze łzami w oczach ojciec Jan, opatrzności i im
dziękował, ale długo, prócz urywanych wyrazów, nic z niego dobyć
nie było można. Głos stracił z przerażenia i boleści, nie nad sobą
płacząc, ale nad losem kościoła i owieczek.
Po długim spoczynku, gdy go woda i strawa do życia
przywróciła, począł, jakby w gorączce mówić, coraz silniejszym
głosem.
- Patrzałem na upadek nasz - mówił - a gdybym wiek żył, z
oczów mi nie zejdzie widok ten straszny.
Spadli jako burza na nas łupieżcy - za grzechy nasze. Miasto
się bronić nie mogło, z okolicy tłumy się zbiegły na gród, rąk było
nadto, oręża mało a strachu więcéj nad wszystko. Oprócz wojewody
naszego i Żupana, przyciągnęli ludzie ze Szrody, zbiegli się z
grodków okolicznych... Było więcéj niż się pomieścić mogło, dusili
się w okopach.
Jam przy kościele został - niegodziło mi się go opuszczać.
Włożyłem komżę, stułę i kapę, wziąłem krzyż w ręce,
chrześcianie przecie byli choć wrogi.
Bronić się nie myślał nikt - opierać się nie mogliśmy,
wysłano starszyznę Prokopa z różczką złotą przeciw nim, z
poddaństwem i pokorą.
Nie pomogło czołem bicie. Lud wszystek popędzili w niewolę,
miasto zniszczono i złupiono. Sądny był dzień gniewu pańskiego.
Mnie na progu kościoła za włosy porwała dzicz, rzuciła na ziemię,
tratując nogami. Bóg chciał, by ta kupa, skarbów szukając, padła do
zakrystyi i skarbca, a jam się miał czas schronić do grobów i skryć
między płyty kamienne, które tam stoją.
Przyszli i tam zbóje - chodzili koło mnie, ocierali się
niemal, czekałem tylko chwili, gdy mnie porwą i na śmierć pociągną
- Bóg ich zaślepił. Poobalawszy trumny, powywlekawszy trupy, wyszli
zostawując mnie. Słyszałem nad głową moją płonący kościół - jak
padały belki, jak runął dach, którego krokwie spalone na pół, przez
otwarte drzwi grobowe, aż do nóg moich się staczały.
Jak ocalałem, na co Bóg chciał mi życie przedłużyć! albo
wiem? - dodał starzec. - Rzekł i pomyślawszy chwilę ciągnął daléj.
- Jeśli na co mi życie było dozwolone, chyba abym wysłuchał
narzekania wasze i przyniósł pociechę. Z nad mogiły, nad którą
stoję, widzą moje oczy jasno. Nie trwóżcie się, że upadły krzyże i
wróciło pogaństwo, ani myślcie Masławowi bić pokłony. Przejdzie
dopust Boży jako wicher i burza, połamawszy gałęzie, a pni nie
obali... i zazielenią się z wiosną. Ale wam nie płakać i narzekać,
ani ręce łamać trzeba i padać na ziemię, ale się gromadzić i stać
murem a bronić. Niewiasty płaczą, mężowie walczą, Bóg dzielnym
pomoże, gdy serca podniosą ku niemu!
Czyż wszystko nasze wyginęło rycerstwo, co z Bolesławem
szerokie ziemie podbijało? Czy już tylko czerń została, któréj
dawniéj nie obawiano się tysiąców, gdy jedno serce za tysiąc stało?
Rozbici jesteście, a skoro się zbijecie znowu, krzyż w ręce
ująwszy, zwyciężycie. I pójdzie czerń po lasach wylękła, a zdrajcy
pod miecz i stryczek szyją przyniosą.
Masławowi się kłaniać! - zawołał z zapałem starzec - toć
jedno co Boga zaprzéć i chrztu świętego.
Złym Bóg dopuszcza godzinę zwycięztwa, ale im panowania nie
daje. Idźcie, zbierajcie się, radźcie, pana szukajcie. Bóg będzie z
wami.
Kościoła mi żal, lecz oczy moje widzą, jak się podniesie,
jak się w nim ozwą hymny i chwała Pana sławić będzie! Nie dajcie
sercom słabnąć, ufajcie Bogu! Bóg ocali!
To mówiąc, słabnął starzec, głosu mu nie stawało, chylił się
już, drżącą ręką na cztery strony krzyż zakreślił błogosławiąc
słuchaczom, którzy głowy skłonili, i zamilkł, chyląc się ku ziemi.
Nadbiegł Dębiec, niosąc garść słomy, którą był przysposobił dla
siebie i na niéj układł znużonego, który ręce na piersi złożył i
powieki jak do snu zamknął. Milczeli wszyscy - ogień przygasał, i
reszta téż do spoczynku siębrała...
Niebo na noc, zwolna się z chmur oczyszczać zaczęło,
gdzieniegdzie na niém przez rozdarte obłoki, migały gwiazdki blade.
Wiatr ustawał, cisza coraz rzadziéj przerywana szumem w powietrzu,
rozkładała się nad doliną, w ciemnościach stojącą. Pasek tylko
jeszcze wązki niebios, ostatkami zachodnich brzasków się świecił.
Słowa natchnione starca, serca trochę dodały, myśleli
wszyscy co jutro poczynać, a choć się nie radzili, zgadzały się ich
myśli.
Swoich szukać trzeba było i do kupy zbijać, nadziei nie
tracąc. Trzem jezdnym przybywał ciężar nowy, osłabły starzec,
którego na łup głodnéj śmierci lub nieprzyjaciela, porzucić się nie
godziło. Lecz młodsi pieszo iść mogli, a Dębiec téż mający im
towarzyszyć, pospieszać bardzo nie dozwalał i koni siły zmuszały do
powolnéj jazdy. Rozmyślali o tém, nie śmiejąc się odzywać,
siedzieli i drzémali u gasnącego ognia.
Ojciec Jan usnął widać znękany, bo oddechu jego nawet
słychać nie było.
Lasota téż zdał się niewiele dbać o swój los, i obojętnie
patrzeć na to, co go spotkać miało. Tak noc przetrwali całą.
Dniało, gdy Doliwowie między sobą radzić zaczęli, w którą się
obrócić stronę. Nie mówili już o Masławie, ale ku Wiśle lasami
zdążać myśleli, aby się, przebywszy ją, na Mazurach gdzie schronić,
bo tam czerń jeszcze nie powstała.
Dniało, gdy jakby cudem, ocalony gdzieś kogut, sam jeden na
pogorzelisku, zaśpiewał na zaranie oznajmując pustkowiu początek
dnia nowego. Głos ten usłyszawszy, ruszyli się wszyscy. Lepsze on
czasy i spokojne dwory przypomniał.
Jedyny teraz mieszkaniec spustoszonéj osady, nie czując co
go otaczało, dobył z piersi może ostatni raz głosu, posłuszny
nałogowi staremu... Głos ten, nawołujący do życia śmierć i popioły,
zdał się straszném urągowiskiem a razem upomnieniem. Strwożeni
jedni, drudzy odżywieni podnosić się zaczęli, jakby ich czujny ów
stróż zawstydził.
- Tak nam téż przystało, póki żyjemy się obwoływać! -
zawołał Lasota - podnieść się usiłując.
W drogę!!