Maskarada geniuszy - Fritz von Herzmanovsky-Orlando

Reflow text when sidebars are open.
2
Kiedy Metternich zakotwiczył obowiązujące po wieczne czasy żelazne podwaliny konstytucji i zaspokoił nordyckiego ducha porządku, nieoczekiwanie wyłoniło się pewne kłopotliwe pytanie: Jaki będzie los południowych prowincji, jak zadbam w nich o zadowolenie, żeby z tlącego się pod popiołem ognia nowego ruchu narodowego nie wybuchł potężny pożar? I po wielotygodniowych rozmyślaniach wielkiemu mężowi stanu przyszła do głowy zbawcza myśl: spraw, żeby stworzony dawno temu przez poetów ludowy ideał Południa stał się polityczną rzeczywistością, spraw, żeby tajemnicze królestwo masek przybrało realne kształty, tak jest, prawdziwy, głęboki ideał Południa, który do tej pory mógł jedynie wieść wyimaginowany żywot w figurach komedii dell'arte!
Jak swego czasu ze smoczych zębów posianych w bruzdach zagonów przez Kadmosa wyrośli zbrojni w pancerzach, tak teraz pojawiły się, dzwoniąc dzwoneczkami, legiony armii arlekinów, zastępy wyrosłe jak spod ziemi. Za nimi podążali poważni krzywonosi skaramusze z ogromnymi czarnymi dziurami w nosach. Po nich Brighella, reprezentant żarłoków i samochwałów, pajac Pulcinella z garbem i wielkim haczykowatym nosem oraz stary Pantalone, w którym bojaźliwi, często oszukiwani, skąpi i zakochani drobnomieszczanie dostrzegali swoje kryształowo czyste odbicie. Starożytny pleciuch Dorsennus wcielił się współcześnie w postać Dottore, wzór uczonego jurysty, który nabiera i oszukuje ludzi, i trzyma ich na krótkiej smyczy, bezwzględnie wykorzystując przepisy prawa. Wyższe stany mogły mówić o zaspokojeniu swojej próżności, stwierdzając, iż są należycie uhonorowane w samochwale Tartaglii. Wysokie szarże wojskowe miały swojego Napperone Flagrabombę, kapitana Spavento i sędziwych bohaterów wojennych Malagambę oraz kapitana Cucurucu. Żeby Arlekin nie panoszył się za bardzo, miał za konkurenta równie niezdarnego, głupiego i bezczelnego Truffaldina, którego wspierali najrzetelniej Mezzetin i Gelsomino. Płeć piękna znajdowała wdzięczne odzwierciedlenie w figurach łagodnej Colombiny, frywolnej Zerbinetty, Pulcelli, Spiletty, Zurlany i Civetty. Wszystkie wymienione figury wieczności ukazuje nam mistrz Ficoroni w swym wspaniałym, acz chaotycznie skomponowanym miedziodruku De larvis, scenicis et figuris comicis (Rzym 1754).
Każda została przyjęta w Tarokanii z otwartymi ramionami i w krótkim czasie doszła do wysokich godności lub sprawowała któryś z najważniejszych urzędów. A wszystkie owe lekkie i pogodne istoty prowadziły całe życie publiczne w formie stylowej maskarady w o wiele wyrazistszy, wyważony, chciałoby się wręcz powiedzieć, hieratyczny sposób. Kręciły się kolorowe tam i siam, komplementowały najuroczyściej, nie wykonując najmniejszej pracy ani nie tworząc niczego, z wyjątkiem pompatycznych, ociekających samochwalstwem rozporządzeń. Nawet przy przeniesieniu psiej budy lub na przykład odnowieniu deski klozetowej w wioskowym szalecie publicznym były flagi, szpalery, salwy honorowe i wielogodzinne patetyczne mowy. A kiedy wszystko się skończyło, bywało, że nadjeżdżał pędem na spienionym koniu posłaniec z meldunkiem, że akt urzędowy został spełniony w niewłaściwym miejscu.
Ale akurat takie państwa kwitną i prosperują, i cieszą się poważaniem sąsiadów.
Jak już wspomnieliśmy, znakomity Cyriak przybył około godziny jedenastej do miejscowości granicznej, której nazwę przemilczymy, wszak jesteśmy jak najdalsi od tego, by propagować ruch turystyczny, a tym bardziej wskazywać nowe drogi lekkomyślnej radości wędrowania. Kontrola celna była nadzwyczaj skrupulatna i została dokonana z największą surowością. W owym kraju nic bowiem nie jest bardziej zakazane niż pewien gatunek kiełbasy, której nazwę utrzymuje się w ścisłej tajemnicy i dlatego ona sama nigdy nie zostanie znaleziona. Z upodobaniem jednak dręczono podróżnych, przetrzymywano ich na granicy bez potrzeby i dawano im stosownie odczuć potęgę porządku państwowego. Ludzie obdarzeni czułym słuchem ponoć słyszeli, jak fiskus wprost piszczał z uciechy.
Podróżnych obstąpiły liczne zamaskowane i ponure z wyglądu figury i jeszcze raz skrupulatnie obmierzyły bagaże. Potem należało się poddać okadzaniu chlorem, przejść przez kałużę wypełnioną roztworem karbolu, a następnie umieszczono przygotowanych w ten sposób przybyszów w przestronnym dyliżansie pocztowym, w którym przydzielono miejsca według nieznanego nikomu porządku.
Sąsiadem Pizzicollego w dyliżansie był sympatyczny z wyglądu starszy pan, który miał się już wkrótce objawić jako radca dworu na stacji obserwacyjnej jemiołuszek w styryjskim St. Lambrecht.
- Bo tym jemiołuszkom - tak rozpoczął rozmowę dostojnik - tym jemiołuszkom nie można ufać. O tak. Właśnie tak. Nie inaczej. Niech pan posłucha: w St. Lambrecht jest nas siódemka. Ni mniej, ni więcej. Siódemka. Dzień i noc na posterunku. Nocą biurka są całkiem przytulne, co prawda, to prawda! Na pewno panu wiadomo, że jemiołuszki zwiastują nieszczęście. Nie wyobraża pan sobie bardziej podniecającej chwili, niż kiedy nagle, w środku pogrążonej w głębokim śnie nocy, trębacz od jemiołuszek melduje upiornym dęciem w róg, że właśnie nadlatują rzeczone złowróżbne ptaki...
Z zewnątrz dobiegło nieartykułowane nawoływanie, które przerwało opowieść miłemu starszemu panu. Jak się okazało, to zakurzony wędrowiec z polakierowaną na zielono skrzynką na plecach, gestykulując niczym semafor, zmusił wreszcie dyliżans do zatrzymania się. Po kilku niezdarnych, chybionych próbach wsiadł do pojazdu, zajął wolne miejsce i wyrzucił z siebie fontannę słów w niezrozumiałym dla wszystkich języku. Następnie wybałuszył oczy i powiódł pytającym wzrokiem po twarzach obecnych. Z zielonej skrzynki wydobył się niespodziewanie uwodzicielsko słodki głos gongu. Nieznajomy gestem nakazał skrzynce milczenie. Dźwięk powtórzył się nieco głośniej. Nieznajomy, zwracając się do obecnych, wypowiedział kilka słów przeprosin. Skrzynka odpowiedziała jak wcześniej niemal perfumowanym brzmieniem. Nieznajomy uderzył z wściekłością w pokrywę. W odpowiedzi skrzynka podniosła ogłuszający wrzask. Pasażerowie ze strachu skulili głowy, a spłoszone konie, stuliwszy uszy, ruszyły z kopyta. Foryś dosiadający wierzchem cuganta podskoczył niemal do gwiazd. Nieznajomy upadł na plecy i zaczął przebierać w powietrzu nogami. Zielona skrzynka się rozpadła i kłębowisko sprężyn przykryło konwulsyjnie drgającego na podłodze jegomościa. Anglik podniósł znudzony wzrok znad wielkiej płachty gazety. Mężczyzna ze skrzynką w dalszym ciągu wił się wśród rozsypanych stalowych sprężyn. Sąsiad Cyriaka po lewej zerwał się z miejsca, przyjrzał nieszczęśnikowi przez lorgnon, po czym zwrócił się do naszego podróżnika.
- Moje nazwisko Chrysostomus Paperlapander von Schwetzheim. Znałem niejakiego Museusa Cymbelknechta z wyglądu przypominającego tę bezładną kupkę nieszczęścia na podłodze. To dziwne. Ale są rzeczy jeszcze dziwniejsze. Przedmiot mojego zainteresowania. Czy to złodziej drewna na księżycu, czy inny dziwak, który najmuje się jako palacz podtrzymujący wężowy ogień Kundalini. Zakładam, że wiedzą panowie, o kim mówię. Czy melancholik, który na okrągło rozbija filozoficzne jajo. Alchemicy wśród panów na pewno mnie rozumieją. A poza tym: niejeden wesoły tancerz, któremu świat wydawał się świętem radości, aż tak zaplątywał lekkomyślne nogi w przypadkowym związku własnych zjawisk życiowych, że w uroczystych momentach - mam nadzieję, że jak dotąd panowie podążają za tokiem mojego wywodu - czarny lakier z butów jego duszy ulatniał się w mrocznych żałobnych chórach. Wiem, że mówię niejasno. Z moich ust słowa wyfruwają jak nietoperze, nietoperze oszczędzone przez koty Kanta. Było ich cztery - ukłon w stronę żywiołów - a miały na imię Disamis, Darapti, Felisan i Baroco. Tak, to one wyłapały niejednego kiełbia, który zagnieździł się jak insekt w głowie mrukliwego myśliciela. Nawiasem mówiąc, proszę wybaczyć człowiekowi zaplątanemu w rabatach cudowności te być może osobliwe słowa!
Wszystkim spodobały się ozdobniki wieńczące jego mowę. Kiwano z uznaniem grzecznemu młodemu człowiekowi i pochwalano jego zamiar odwiedzenia Abstrusianum, celem jego podróży była bowiem nowo założona i dotowana najhojniej ze wszystkich wyższych szkół poliszynelskich, która pozyskała tak wybitne kadry nauczycielskie, jak doktor Graziano i światowej sławy polihistor Don Triburzio, zwany Dottore Insavilupabiglione.
Lody zostały przełamane. Rozmowa falowała to w jedną, to w drugą stronę. Nikt już nie dbał o osobnika wciąż wijącego się konwulsyjnie na podłodze. Od czasu do czasu ucho Cyriaka chwytało rzadko słyszane frazy, jak "Sylfidy nie mają torebek stawowych" i podobne. Dyliżans pocztowy zatrzymał się znowu i wsiadł jeszcze jeden pan. Tenże nosił półmaskę ze szkła lustrzanego, co budziło odczucia nader osobliwe. Wrażenia tego nie łagodziła nawet tutka ze słoniowego ucha, w której przycupnęły duże, zdradliwe z wyglądu cukierki. Nowy pasażer częstował nimi, błyskając maską, co wzbudziło wśród podróżnych szczery apetyt. Połykacz ognia wypakował swój kram i zabrał się do śniadania. Schrupał kilka strzelających cukierków i zaczął obwąchiwać zawiniętą w niebieski papier rakietę, zapewne już nie pierwszej świeżości, bo w końcu odrzucił ją z obrzydzeniem. Pocisk w kształcie kiełbasy eksplodował z ogłuszającym hukiem. Szkapy na nowo zerwały się do biegu.
Ekstrawagancje te dodały odwagi połykaczowi noży, który grzecznie puścił w krąg swój koszyczek ze śniadaniem.
"W ładne tu wpadłem towarzystwo!", rzekł do siebie Pizzicolli.
Jakże się jednak Bogu ducha winien wystraszył, gdy pochwycił uchem następujące pytanie:
- Kim pan jest, jeśli mogę zapytać?
- Odrzucaczem pół frakowych - brzmiała odpowiedź. - A pan?
- Mistrzem w ciosaniu kołków na głowie - dobiegł charkot z ust osobnika o podejrzanym wyglądzie.
- Łaskawco, a co to takiego? - zdziwił się Pizzicolli i powiódł w krąg oczyma szeroko otwartymi ze strachu.
- Mój panie, proszę się nie przerażać - pouczył go jegomość w ciskających iskry, oszlifowanych fasetowo okularach, które nadawały mu niesamowity wygląd - to nie są urzędy, bynajmniej, to jedynie godności, nie musi pan specjalnie zwracać uwagi na tych ludzi! Bo gdzie na świecie dostanie pan odrzucone poły? Mniej więcej tam, gdzie odrzucony przez klepaczy złota pergamin ze skóry wołowej lub odrzucony przez organizm przeszczep - albo gdzie znajdzie pan skrzynię z kołków ociosanych na głowie, jeśli wolno sięgnąć po taką obrazowość? - Zażył tabaki i tak prawił dalej: - Przechowywałby pan swoje rzeczy w skrzynce z takiego szemranego drewna, a może nawet powierzył życie jachtowi wycieczkowemu, którego maszt i poszycie zostały zbudowane z takich pociętych na deski kołków? Bo ja nie, nigdy, przenigdy! Och, chciałbym zobaczyć tego nieodpowiedzialnego żałosnego obrzydliwca, który zdobyłby się na odwagę i wziąłby mi za złe to pytanie! Co więcej, posunę się dalej: ja nie użyłbym trocin z tego drewna, choćby w najszlachetniejszym gatunku, na przykład ociosanego na głowie księcia następcy tronu chińskiego cesarza, nawet tyle, ile mieści się w mojej spluwaczce!
Popatrzył groźnie w krąg. Inni pasażerowie pokiwali głowami na znak poparcia. Osobnik o podejrzanym wyglądzie sięgnął z wahaniem za pazuchę, wyciągnął ukryty na suchotniczej piersi szary gumowy zewłok i zaczął ten flak nadmuchiwać.
"Aha, poduszka powietrzna!", pomyślał Cyriak.
Ku jego zdumieniu przedmiot przybrał jednak inny kształt i patrzcie, niebawem stanął przed nimi piesek, szary, kudłaty pinczer. Stojąc na trzech łapach, dzięki sprytnemu urządzeniu potrafił wydalać jakąś żrącą ciecz, co też uczynił w obfitości na obrębek sukni czytającej damy. Cienkie wargi wykrzywił okrzyk oburzenia.
Dumny właściciel nacisnął guzik i podejrzany pies wyfrunął z furkotem przez okno na wiosenne powietrze. Powszechna uwaga skupiła się na damie. Plama bowiem urosła i tkanina zaczęła się rozpadać. Najgorsze, że ten rozpad postępował, wygryzając coraz więcej tkaniny. Nieszczęśnica co rusz podnosiła wzrok znad swojej książki - a czytała Birch-Pfeiffer - i cichymi, niecierpliwymi jęknięciami próbowała powstrzymać rozkład lub nawet go odpędzić, mniej więcej tak, jak się odpędza natrętnie powracającą muchę. Ubytki obejmowały jednak coraz większą powierzchnię, a rzucająca się w oczy nagość zaczynała być wręcz krępująca. W końcu wstał mężczyzna o powiewających siwych włosach, który nosił błękitne okulary, o tyle jednak podejrzane, że były ze szkła mlecznego. Kiedy pokręcił głową, jego włosy zafalowały jak obłok pary wodnej.
- Ja jako warzelnik - zaczął - w charakterze warzelnika-wąchacza wzywam panią, zanim uwikła się pani w obrazę, pokazując publicznie w obscenicznej postaci bądź tę obrazę wyrażając, bądź podejrzenie wkroczenia w nią uznawszy za godne rozwagi w całej swej rozciągłości jako możliwość już spełnioną... Och, spójrzcie, jak igrają owieczki!
Tu przerwał podniosłą przemowę i wskazał łąkę, naturalnie nie omieszkawszy przy tym spojrzeć na nią nad szkłami okularów.
Przerwę tę wykorzystano, dając mu zimnego pączka, żeby nie dotykał już nieprzyjemnego tematu, którego dotknął był poprzednio. Jednakże on, nieprzekupny jak Rzymianin, odsunął od siebie smakowity wypiek sękatą prawą ręką wykrzywioną przez podagrę.
- Ha, będąca w trakcie obnażania - podjął z budzącą wstręt swadą urodzonego mówcy - nie w lupanarze orgiastycznego Rzymu cezarów, nie w orientalnym haremie, a tym bardziej w budzie jarmarcznej swoistego... jak by to nazwać... teatru dziwolągów, bo cierpiąca na przesyt Ameryka tak to chyba odczuwa, jako sztukę wysoką... nie, instytutu anatomicznego...
W środku tych wywodów elokwentnego mówcy Cyriak zwrócił się nagle do swojego sąsiada:
- Przepraszam, kim jest ten pan?
- To Janus von Nebelwischer, wąchacz nieobyczajności, co jednak, by zasugerować dyskretny charakter jego urzędu, zostało dla niepoznaki zmienione w "warzelnika-wąchacza".
- Mogłem się domyślić! Ale jak można warzyć wąchanie?
- Widzi pan... - zaczął jego mentor. - Posłuchajmy jednak, co będzie mówił dalej. Tu i ówdzie przebąkuje się, że to urodzony na nowo Cyceron i Katon w jednej osobie.
- Krótko mówiąc, wzywam panią do natychmiastowego opuszczenia tego lokalu posuwającego się na kołach. A czynię to w imieniu Truffaldina, policmajstra czterech królów, podległego jedynie skizowi.
Pojazd się zatrzymał. Płaczącą kobietę, przedstawiającą kostiumem co najwyżej obraz szkaradzieństwa, wsadzono do opróżnionego naprędce worka pocztowego. Listy i gazety odfrunęły na wietrze niczym wesołe białe stadko. Pożegnano je piosenką odegraną na trąbce. W tym momencie Cyriaka olśniło i uświadomił sobie, po co pocztylioni noszą przysłowiowy róg. O tak, podróże kształcą!
Sąsiad poklepał go po plecach.
- Widzi pan, to dlatego poczta sprawuje się często tak marnie!
Wskazał laską fruwające listy. Następnie opróżniono bogaty bagaż podręczny damy, wysypując wszystko do worka prosto na jej głowę, a klatkę z wypchaną papugą spłaszczono i położono na samym wierzchu jako przepuszczającą powietrze kratę. Kobieta jednak wciąż krzyczała, ponieważ pociemniałe niebo nad głową groziło deszczem, a wiatr, który zajął się roznoszeniem poczty, mocno podkreślał te ponure przepowiednie.
- No, przecież jesteśmy ludźmi - odezwał się po chwili Nebelwischer. - Widzicie tę kapliczkę, to właściwie tylko figura świętej Kummernis, osobliwej chrześcijańskiej odpowiedniczki brodatej Wenus.
- Na co nam święta z brodą? Nam przydałaby się Angelika, i tylko ona, więc precz z brodatą świętą! Tam wyrzucimy odrażające babsko.
Nieludzcy konduktorzy próbowali usunąć figurę, ale ich wysiłki spełzły na niczym. Wszyscy pasażerowie pomagali. Na próżno. Wtedy dowództwo objął starzec w okularach z mlecznego szkła. Najpierw kazał wyładować kilka walizek, a następnie stanął na ich stosie i wymachując szkieletem parasola, zakrzyknął:
- Wyprzęgać szkapy!
Spełniono jego polecenie.
- Dwa dyszle podłożyć pod rzeźbę Kummernis!
Również to polecenie wykonano. Krótko mówiąc, bo co będę nawijał po próżnicy, sześć koników z zaprzęgu w końcu wyważyło rzeźbę z zawiasów i pognało ze sprofanowanym idolem po zakurzonej równinie, gnało po niej coraz dalej i dalej, by na ostatek zniknąć na horyzoncie jako punkcik. Po niebie przetoczył się grzmot.
- Wsiadać - wołali konduktorzy - zaraz ruszamy dalej!
- No tak, ale koniska?
- Ee, a co nas obchodzą koniska...! My mamy jechać!
- Owszem, ale skoro koniska odjechały?
- O krucafuks, tegośmy nie widzieli! Coś takiego! A to łajdackie nasienie!
I zacni ludzie zaczęli drapać się po głowach.
Wywiązała się brzydka kłótnia, ale ogłuszający grzmot położył kres wszelkim krzykom, a w następnej chwili niebiosa spuściły na podróżnych potoki wody niczym mokre zasłony. Krótko mówiąc, lało tak, jak lać może tylko w krajach zamieszkanych przez ludzi nieznających prawdziwego porządku. Wszyscy cisnęli się do kapliczki, nie troszcząc się o utopioną już damę w worku pocztowym. A tu patrzcie, w świątynce, dokładnie tam, gdzie wcześniej stała święta, ziała czarna dziura. Z wahaniem zaczęto zstępować w głąb ziemi. Z drewnianej kuli opartej o ścianę świątyni zrobiono pochodnię i towarzystwo ruszyło dalej ciemnym korytarzem. Kiedy podróżni weszli do sklepionej piwnicy, podniosła się jakaś nieruchoma postać o podejrzanym wyglądzie, w połowie imperatora, a w połowie zapitego pomocnika targowego.
- Cenotaf polskiego króla?
- Nie, jeden z siedmiu grobów Attyli! - zaskrzeczał blady starzec, który niespodziewanie stanął przed zdziwionymi podróżnikami, jakby wyczarowany z muślinu. - Jam jest starzec Quihlohradez, a to tylna część cudu natury. I upraszam o mały napiwek, żeby trochę poprawić moje nędzne dochody w charakterze strażnika tej odnogi korytarza i bocznych odgałęzień. Uwaga, podest! - mówił dalej. - Panowie chcą się pewnikiem dostać do Gurkfeld krótszą drogą?
- Do Gurkfeld? Ani nam to w głowie! - odpowiedział chór.
- Kto nie widział Gurkfeld, ten nic nie widział - oświadczył starzec z ważną miną i skrócił knot latarni. - Nawiasem mówiąc, proszę śmiało dalej! Oberwanie chmury potrwa dobre dwa tygodnie, znam to.
Ruszyli więc dalej, schodząc krok za krokiem w czeluść ziemi. Droga była śliska. Czasem w bocznej odnodze potężnych sklepionych korytarzy, które przemierzali, odzywał się huczący wodospad.
- A to tutaj to Jajo! - Przewodnik wskazał potężny nieforemny twór naciekowy. - Nazwane tak od śniadania, które cesarz Franciszek raczył tu kiedyś spożyć. A to są trzy obwąchujące się lwy. Tam grający na pianinie embrion, a tutaj dmący w trąbę ogórek kiszony, tak tak.
Wszyscy oglądali z podziwem nazwane w ten sposób i jednoznacznie utrwalone dla wyobraźni twory przyrody trwającej jakby w otępieniu.
- Nie chcą się państwo sfotografować? - Z tym pytaniem wyszedł zza dmącego w trąbę ogórka kiszonego ponury mężczyzna z kudłatą brodą i oczami czerwonymi od zapalenia spojówek, który popychał przed sobą wielką skrzynię na kółkach.
- Hi hi, hi hi - zaśmiał się szyderczo garbus, który przyświecając sobie latarenką na kiju, szukał na ziemi niedopałków cygar - hi hi, proszę mu nie wierzyć, on nie ma żadnego aparatu! Przecież fotografia nie została jeszcze nawet wynaleziona!
- Ty łachudro - zawył kudłacz - typie spod ciemnej gwiazdy! Mówisz, że nie wynaleziono fotografii? Owszem, moi panowie, nie przeczę, że jest ona jeszcze w powijakach. Robię zdjęcia na papierkach do zawijania głów cukru, wychodzi taniej niż na ceracie używanej w górnym świecie i mam już rezultaty... rezultaty! A więc nie należy mu wierzyć. Proszę, zważcie, to człowiek, który szuka niedopałków cygar w dziewiczych grotach! Och, to niepojęte... ach, panowie... zostańcie, proszę!
No cóż, podróżni ruszyli w dalszą drogę.
- Moje nazwisko doktor Eusebius Nockhenbrenner. - Tak przemówił mężczyzna w czarnych okularach, który, krocząc obok naszego bohatera, uznał wreszcie, że czas się przedstawić. - Widzę, że to i owo, co przeżył pan w ostatnich godzinach, wydało się panu osobliwe. A mimo to rzeczy dziejące się tutaj nie są ani na jotę bardziej osobliwe niż w jakimkolwiek innym kraju. Tutejsze zdarzenia mają tylko bardziej krystaliczną postać, nowo przybyli mają do nich większy dystans, a mała przepaść dyferencjalna, że się tak wyrażę, sprawia, że wszystko wydaje się panu bardziej plastyczne. Tak samo jak w teatrze, który w zasadzie nie jest niczym innym jak uporządkowaną rzeczywistością. Południe jest groteskowe za sprawą swego nieporządku, Północ - za sprawą porządku. My, szczęśliwcy, zajmujemy miejsce pośrodku między błazeńską czapką a pikielhaubą. Naturalnie od czasu do czasu wyrasta z ziemi jakiś chwast zrodzony mocą gospodarki narodowej lub decyzji administracyjnej. Kiedyś, proszę pana, mieliśmy na przykład ministerstwo angelikańskie...
- Tak, tak - bąknął w roztargnieniu Cyriak - a czy to miało jakiś związek z Kościołem wysokim?
- Ależ skąd, to była prawdziwa hańba, proszę pana, rzecz miała się zupełnie inaczej. Kiedyś mieliśmy króla, Amandusa Kadrschafkę, w cywilu niesympatycznego tłuściocha, bo wcześniej był cukiernikiem. Na pewno zna pan to coś zielonego do posypywania niektórych tortów, smakuje nawet całkiem, całkiem... Arcydzięgiel litwor, Angelica? Nazwa ludowa: kichawiec. Dzisiaj spotyka się go rzadziej, ale wcześniej, w dawnych czasach, ludzie przepadali za nim, na porządku dziennym były morderstwa z powodu tych słodyczy, a Ludwik XIV na przykład tupał jak dziecko, jeśli już do srebrnego kubka z poranną czekoladą nie dostał garstki kichawca grubo posypanego cukrem. Ale gdy już dostał, to przez całe przedpołudnie podjadał cichutko i z lubością, aż mu się uszy trzęsły, a tę jego namiętność sprytnie podsycał zwłaszcza kardynał Mazarin. Ów dwulicowy osobnik przybył kiedyś z Galicii do Paryża, aby handlować starymi gaciami - epidemia dżumy stworzyła bowiem pomyślną koniunkturę. Tamże przedstawił się królowi w mało jeszcze używanym stroju kardynalskim i w krótkim czasie wtrącił Europę w otchłań nieszczęść. Wobec żałosnego stanu służby wywiadowczej i rozpoznawczej w tamtej epoce prawie nikt do końca życia nie zakłócał mu spokoju. Bo jak dziś nie brakuje fałszywych fordanserów, tak w tamtych czasach modnym zawodem byli kardynałowie i wielcy inkwizytorzy, masowo fałszowani. Ale do rzeczy: król Amandus I koniecznie chciał doprowadzić do renesansu kichawca, co godzinę zakładał nową plantację arcydzięgla, pragnąc w ten sposób zazielenić cały Kras. Zaraz jednak zadeptano to okazałe zielsko, gdyż dumni radcy kichawcowi w swej urzędniczej gorliwości hamowali jak przylepione łajno koła machiny państwowej. Ich sekretarze wplatali się zaś jak nicienie między szprychy, a w każdym salonie rozsiedli się aroganccy i bezmyślni kichawcowi koncypiści tylko dlatego, że żaden z nich nie wiedział, co ma robić.
Pod koniec wywodów doktora Nockhenbrennera odezwał się dzwoneczek, cichy i delikatny, a jednak ewidentnie obwieszczający coś ważnego. "To musi być kolej!", przemknęło mimowolnie przez myśl Cyriakowi. I rzeczywiście, skręciwszy za róg, akurat kiedy gasła ostatnia pochodnia, stanęli niewątpliwie na tyłach budynku stacyjnego. "Freienfeld - St. Superan", głosił czytelny napis przy wejściu. A na drzwiach z mleczną szybą: "Do kas osobowych".
- W północnych prowincjach mamy też naturalnie kolej - wyjaśnił niechętnie radca, podejmując wykład - lecz ukrywamy ją starannie przed podróżującą publicznością, ponieważ w miarę możliwości chcielibyśmy sterować ruchem turystycznym. W równinnych prowincjach południowych jest to niestety trudne do przeprowadzenia. Ale tutaj, w krainie jaskiń, przyroda wychodzi nam życzliwie w pół drogi na spotkanie. My musimy tylko podzielić teren i dlatego mamy tyle dyrekcji kolejnictwa, ile niepowiązanych ze sobą systemów jaskiniowych. Wygląda na to, że w samą porę! Nie sądziłem, że tą drogą dojdziemy do dworca.
Ledwo znaleźli się na peronie, z ciemności górskiej nocy wynurzył się sapiący skład. Przed grupką podróżnych przetoczyły się, wypuszczając parę i trwoniąc wiele rozżarzonego popiołu, cztery stękające lokomotywy - podobne do płaskich oszczędnościowych pieców, typu już niezbyt chętnie pokazywanego w górnym świecie. Na peron wyskoczyli konduktorzy, którzy otwierali drzwi niezliczonych coupé i wykrzykiwali niezrozumiale nazwę stacji w falującej jak dym ciemności.
Akurat nad peronem jął spadać z nieznanej wysokości cienki strumień lodowatej wody. Poprzebierane dzieci, biegając wzdłuż pociągu, zachwalały różne towary, świeżą wodę, żywe odmieńce i odłamki minerałów. Przy skalnej ścianie blisko końca pociągu dały się słyszeć głośne krzyki. To jakiś urzędnik energicznie zabraniał temu i owemu z podróżnych korzystania z przybytku, choć stosowny napis legitymował ów jako taki, ponieważ całkiem niedawno w jego niesamowitych labiryntach zabłąkało się i przepadło jak kamień w wodę paru nieszczęśników.
Szykowano się już do wsiadania, gdy nadbiegł kierownik pociągu.
- Czy wśród podróżnych są cudzoziemcy? Jeśli tak, to najpierw podpisać deklarację wiecznego milczenia!
Zdziwiony Pizzicolli chciał zaprotestować, ale wręczono mu protokół, w którym aż roiło się od błazeńskich tyrad na serio, istna hanswurstiada.
- Ktoś ukrył kiełbasę? - zabeczał osobnik z diabelską bródką, który nagle wyrósł jak spod ziemi i zezował tak, że widać było tylko białka jego oczu.
Nie dość na tym, zjawiło się także czterech skaramuszy w czarnych nakryciach głowy, którzy z pochmurną miną przejrzeli protokół i długo mierzyli wzrokiem podróżnego. Następnie zaczęli coś mruczeć między sobą i ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma spoglądali ponuro przed siebie.
- Czy ktoś wzbudził podejrzenia ukrycia kiełbasy? - zapytał w końcu jeden z nich, zwracając się do kierownika pociągu ostrym, lodowatym tonem.
- Nie, nikt.
- Wsiadać! Wsiadać! - pokrzykiwali już konduktorzy.
- Stać! - powstrzymali podróżnych chmurni panowie.
Podbiegło jakichś dwóch młodszych osobników z kasetką i przystąpiło do Cyriaka. Kazano mu ściągnąć surdut i wystawić prawą rękę, po czym pedantycznie zdjęto mu odcisk kciuka, który cała czwórka długo oglądała ze wszystkich stron. W końcu poprawiono kilka linii, zamalowano na czarno cały arkusz, pewnie po to, by wprowadzić w błąd niepowołanych, którym papier mógł wpaść w ręce, i z wahaniem pozwolono kontynuować podróż.
- To byli skaramusze - wyjaśnił uczynny mentor - ale dziś występowali tylko półurzędowo. W pełnej gali urzędowej noszą do tego jeszcze sztuczny garb, co ogromnie dodaje powagi postaci, a przy szczególnie uroczystych okazjach dodatkowo czarną półmaskę z wydłużonym krzywym nosem. W tym przebraniu zjawiają się również na posiedzeniach Wielkiej Rady i przekazują swoje opinie. To bardzo mądra regulacja, gdyż tym sposobem nikt nigdy nie wie, kto właśnie mówił. Długi nos ma dodatkowo tę zaletę, że słuchający na dobrą sprawę nie rozumieją ani słowa. Jak pan widzi, to całkiem proste: w ten sposób Parlament jest zupełnie nieszkodliwy i nie trzeba rezygnować z jego dekoracyjnej roli.
Panowie jeszcze długo rozmawiali na tę modłę, ale co chwila przerywały im organa kontrolne. Dziwne było wszakże to, że kolejni urzędnicy wielekroć kwestionowali dokumenty podróżne, które ich poprzednicy uznali nie dalej niż parę minut wcześniej. Bilety sprawdzano ponownie za pomocą dużych lup, ba, jeden zmierzono nawet mikrometrem, a wyniki podyktowano komisji. Przewodniczący tejże, uparty starzec ze zwitkami waty w uszach, wydawał się jednak absolutnie niezadowolony z rezultatu.
W końcu od biletu Cyriaka oderwano kawalątek i spalono. Wszyscy powąchali dym i chyba to wreszcie ich uspokoiło.
- Do wszystkich diabłów! - huknął Cyriak. - Z czymś takim jeszcze się nigdzie nie spotkałem, ktoś tutaj stracił umiar!
- Owszem - potwierdził Nockhenbrenner - trochę dziś przesadzają. Może to konsekwencje burzy... kto ich tam wie? A może ogłoszono ostatnio jakieś surowe rozporządzenia? Jak panu wiadomo, mamy nowego skiza, który wywraca wszystko na dziesiątą stronę.
Jednak to, co nastąpiło teraz, było naprawdę tak niezwykłe, że wprawiło w drżączkę nawet flegmatyków. Oto otworzyły się raptownie drzwi coupé i do środka wkroczyli dwaj halabardnicy oraz dwaj cavalle w mundurach. Każdy z nich miał umocowany na nakryciu głowy koński łeb z papier-mâché, a do tego namalowane na płaszczu dwie ręce: jedna trzymała cugle, druga - również namalowaną - szablę. Nockhenbrenner zerwał się z miejsca i stanął na baczność, gdyż cavalle poprzedzali zawsze szczególnie wysokich urzędników. I rzeczywiście, do przedziału wkroczył błyskający złotem pan w kapeluszu z piórem i peruce alonżce, podpierając się olbrzymim ołówkiem, jakie widuje się niekiedy na wystawach sklepów papierniczych gustujących w innowacjach.
- Dlaczego pan nie wstaje? - ryknął na Cyriaka dostojnik. - Nie wie pan, kim jestem?
- Prawdopodobnie agentem firmy produkującej ołówki... tyle że ja niczego nie kupuję - mruknął Pizzicolli.
- Ha, pożałuje pan tego, pożałuje, pojmuje pan! - ryknął paradnie wystrojony urzędnik, a cavalle poparli jego słowa groźnymi spojrzeniami. - Na dobrą sprawę jestem Trullem! - wykrzykiwał złoty pan łamiącym się głosem. - Jestem podróżującym ramieniem skiza! Dlaczego pan nie drży... Dawać bilet!
Cyriak podał mu kartonik.
- Skąd pan ma... ten... bilet? - zawołał tamten tryumfalnie.
- Zakupiony przy okienku w Freienfeld-St. Superan.
- Ach tak... a od kiedy to sprzedaje się tam bilety, na których nie ma stempla daty? Hę, przyjacielu, w tej chwili pan wysiądzie, w tej chwili, i jeśli o mnie chodzi, może pan po drodze umrzeć z głodu, tak, mój panie, śmierć z głodu to sprawiedliwa pokuta za pański występek!
W tym momencie cierpliwość Cyriaka się wyczerpała.
- Wynocha stąd, panie idioto, wynocha! Nauczę ja pana moresu, wynocha, strullowany hanswurście! Bo wbiję panu w czaszkę pański własny ołówek!
I zamierzył się, jakby chciał się rzucić na wysokiego urzędnika. Ten czmychnął, bulgocząc z wściekłości. Cyriak cisnął za nim jeszcze jakiś bagaż, który wyszarpnął z siatki bagażowej. Kuferek się otworzył i ze środka wypadł okrągły biały przedmiot, który dzwoniąc, podskakiwał za wystrojonym galowo jegomościem. Jego ostatnie słowo brzmiało "Bomba!", w następnej chwili pocisk rozerwał się z brzękiem.
Cyriak odetchnął z ulgą i usiadł obok radcy Nockhenbrennera, który tylko w milczeniu załamywał ręce i wpatrywał się w ziemię. Zbudził się również właściciel podręcznego kuferka i mruczał pod nosem ledwo słyszalnie:
- Co... ja... teraz... zrobię... co... ja teraz... zrobię...
Cyriak otarł pot z czoła i przeprosił roztrzęsionego, zapewniając, że naturalnie pokryje szkodę w całości. Ten jednak tylko zaprotestował, kręcąc głową, i opadł zdruzgotany na siedzenie.
- Nieszczęsny - zaczął skrzekliwym głosem Nockhenbrenner - o nieszczęsny! Wie pan, co pan narobił? O tym, że przepędził pan dyrektora generalnego sieci, nawet nie wspomnę! To jeszcze źle się dla pana skończy, bardzo źle. Ale oto zniszczył pan najwyższe honorowe wyróżnienie tego czcigodnego męża, roztrzaskał jego szczęście na kawałki... jego... honoru kawałki na kawałki!
Cyriak już po raz drugi omal nie wybuchnął gniewem. Zaraz mu jednak wyjaśniono, że zniszczył bluźnierczą ręką honorowy nocnik wysokiego urzędnika, który właśnie otrzymał przeniesienie w dobrze zasłużony stan spoczynku. Honorowy nocnik jest najwyższym państwowym symbolem urzędowego honoru. Albowiem dopiero od radcy dworu wzwyż wiadoma czynność może być załatwiana na miejscu, w pomieszczeniu urzędowym, bez potrzeby wychodzenia za potrzebą... i jest to przedmiot zazdrości wszystkich podwładnych... o, jakże dziwny jest jednak ten świat!
Takiego symbolicznego naczynia nigdy nie nadawano po raz drugi... A gdyby skiz zjawił się pewnego dnia i zażądał od wyróżnionego zdania sprawy, gdzie jest nocne naczynie... to nie do pomyślenia! Cyriak obiecał szlochającemu panu, że odkupi mu całą zgraję najpiękniejszych braci roztrzaskanego naczynia. Rozbity nocnik miał bowiem kształt ludzika, krzepkiego, żywotnego ludzika. Oferta Cyriaka spotkała się jednak z lodowatą odmową.
- Jak nie, to nie - skwitował młodzieniec i pomyślał, że nie musi się już obawiać żadnych kuriozów podczas tej podróży, lecz miał się gorzko mylić.
Nic dziwnego, że po całym zamieszaniu zapadł na koniec w głęboki sen. Może po godzinie zbudził go potrząsaniem jego towarzysz podróży. Pizzicolli chciał zapytać o przyczynę, lecz Nockhenbrenner wskazał tylko złamaną strapieniem kupkę nieszczęścia w kącie i mruknął:
- Nieszczęsny, zniszczył pan człowiekowi szczęście i radość życia! Jesteśmy u celu.
Pociąg stanął. Podróżni zaczęli wysiadać. Cyriak i Nockhenbrenner, którzy nie musieli troszczyć się o bagaż, udali się od razu na przejście kontrolne. Tam ośmiu ponurych panów wciągnęło naszego bohatera do protokołu, w którego sporządzaniu uczestniczył również obrażony wysoki urzędnik siedzący w lektyce. Po tej czynności Cyriaka zwolniono. Mając Nockhenbrennera za jedynego towarzysza, ruszył na górę po schodach, które miały chyba prowadzić do podziemnego dworca, jednakowoż ku swemu zdziwieniu stwierdził, że ostatnie otworzone przezeń drzwi wiodą do jakiejś szafy, w niej zaś po prawej stronie mieści się wiele półek z kompotem. Zmieszany obejrzał się za swoim towarzyszem, który został trochę z tyłu. Tak, to tutaj. I obaj panowie otworzyli wewnętrzne drzwi, żeby w następnej chwili znaleźć się w przytulnej drobnomieszczańskiej sypialni, w której dziwiły jedynie niezliczone ślady ulicznego błota na podłodze. Następnie weszli do gospody, w której ospała dziewka dziergała coś w świetle małej lampy. Jeszcze jedne drzwi - i znaleźli się na wolnym powietrzu.
Plac dworcowy w Gurkfeld. Właśnie na nim stał. Jego towarzysz pożegnał się dosyć chłodno, postawił kołnierz i wysoko podnosząc nogi, wkroczył w ciemność. No cóż. Cyriak poczuł się trochę jak banita, jak ktoś, kogo władza państwowa ma na oku. Czemu go aż tak sprowokowano? Przecież zabrakło tylko posądzenia o czary i obowiązku posiadania przy sobie paszportu! Ale aż tak jeszcze nie upadli na głowę w kraju skaramuszy! I z tą uspokajającą myślą potelepał się dalej.
Gurkfeld! Dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Klasztor kapucynów. Pałac księcia Sparrenschilda. Słynne końskie targi w dzień świętych Anastazego i Nikodema. Fabryka erzacu kawy firmy R. & Th. Gianaklis fr?res. Hm, tyle to pamiętał jeszcze ze szkoły. Padał cichy, smutny deszcz. Cztery znudzone latarnie gazowe sączyły mętne światło na jakiś monument pomiędzy nimi. Cyriak wprawdzie podszedł do niego, lecz nie potrafił odcyfrować napisu.
Usłyszawszy nagle dźwięk werbla, aż się wzdrygnął. Na instrumencie o wilgotnym brzmieniu grał jakiś chłopiec bez nakrycia głowy, któremu z długich loków kapała woda. Akurat zamierzał ostro zbesztać dziecko, podejrzewając je o żebractwo, gdy ono z rzadko spotykaną słodyczą w głosie zaczęło śpiewać piosenkę, którą przerywały od czasu do czasu pojedyncze trataty i trututy. A co śpiewało dziecko pięknym, słodkim głosikiem?
Gdy noc miłą spędzić pragniesz,
cudzoziemcze, ze mną idź!
Z piramidy nikt nie spadnie,
trzech Carusów zabrzmi ładnie,
pięknych dziewcząt pląsy snadnie
tam zobaczysz, ze mną idź!
Skarby z kuchni i z piwnicy
na talerzu i w szklenicy,
gulasz, szynka, wino, gin -
niech ci służą, ze mną idź!
Dźwiękami rzewnej kantyleny nadobne stworzenie zakończyło śpiew i szelmowsko popatrzyło na Cyriaka kątem oka.
- Kim jesteś?
- Ja... jestem dziewczyną z baru.
- Ależ ty jesteś chłopcem!
- Owszem - odpowiedziała młoda istota, spuszczając oczy, dzięki czemu mógł podziwiać jej długie rzęsy - tyle że... całkowicie według tego, jak sobie państwo życzą, sam się pan przekona! Przyjdzie pan do nas do variétés, prawda?
To mówiąc, nadobna istota nałożyła różu na policzki i z wprawą pociągnęła szminką usta.
- W Gurkfeld variétés? Dobrze, przyjdę!
Mały tambur przewiesił przez ramię ociekający wodą werbel i ruszył przodem, troskliwie prowadząc Cyriaka za rękę. Dziecięca dłoń była delikatna, lecz o mocnym uścisku, a przegub obejmowała bransoleta, co niemało zdziwiło poczciwego Cyriaka. Po kilku minutach weszli w ciasny, mroczny zaułek, na którego końcu paliło się mętne światło. Wejście do variétés. "Musis Artibusque", informował złotymi literami napis nad wejściem.
U starca przebranego za Ludwika XIV bohater nasz nabył bilet. Strzelający z bicza koniuszowie rozchylili wyświechtaną aksamitną portierę i Cyriak wkroczył do zadymionego wnętrza świątyni muz. Wszędzie paliły się niespokojnie różowawożółte lampy gazowe. Nieliczni goście rzadko rozsiani w o wiele za dużym pomieszczeniu.
Na scenie zawaliła się właśnie ludzka piramida. Akrobatów nagrodziły pojedyncze oklaski. Cyriak usiadł. Kurtyna poszła w górę. Pojawił się hinduski magik, który kazał młodej pomocnicy wejść do dużej latarni. Dziewczę było wyraźnie widać w przezroczystej obudowie. Magik obszedł szklaną klatkę, a następnie zapalił znajdujący się w środku proszek, który eksplodował, buchając gęstym niebieskim dymem. Następnie rozbił szklaną obudowę - i patrzcie: piękna asystentka zniknęła.
- Hipnoooza... hipnoooza... - westchnął jakiś zduszony głos nieopodal ucha Cyriaka.
Ten, poirytowany prymitywnym szwindlem, obejrzał się z surową miną, szukając właściciela głosu.
- Jak najbardziej... hipnoza! - potwierdził prymitywny z wyglądu osobnik obok niego. - Założy się pan!
Tymczasem Hindus wkroczył już znowu do akcji i z cudzoziemskim akcentem poprosił kilku panów na scenę, twierdząc, że w okamgnieniu zamieni ich w psy. Temu i owemu z widzów widocznie to schlebiało, gdyż posłuchali wezwania. Był wśród nich także sąsiad Cyriaka.
To, co się teraz wydarzyło, było jednak zdumiewające ponad wszelką miarę. Ledwo dotknięci laseczką, panowie zaczęli się kurczyć i błyskawicznie zamienili się w radośnie szczekające kundle. Burza oklasków nie miała końca. Nawet Cyriak był zafascynowany. Jakże się jednak zdziwił, gdy psy wróciły na miejsca wśród publiczności i także jego sąsiad usiadł na tylnych łapach jako duży dog ulmski obok niego, na zajmowanym uprzednio fotelu.
Radośnie potrząsając uszami, zamieniony w psa człowiek wypatrywał następnych pokazów. Z wywieszonego jęzora kapała ślina, taki był podniecony, zaciekawiony i pełen napięcia, kiedy zaglądał do programu. Cyriak patrzył na niesamowitego sąsiada zupełnie skonfundowany. Ten uśmiechnął się, schował na moment wywieszony jęzor, z którego kapała ślina, i rzekł:
- Widowisko pierwsza klasa, i co pan teraz powie?
Przerażony Pizzicolli zerwał się z miejsca.
- Przecież jest pan psem!
Rozległy się okrzyki "Cisza!" i "Siadać!".
- Jakim psem? To już przesada... zaraz pan to odszczeka! - warknął na niego sąsiad, obnażając zęby.
Przy Pizzicollim natychmiast pojawili się oburzeni widzowie.
- No, no, ale pan sobie pozwala... pan radca miejski Orebespichler psem! W tej chwili ma pan go przeprosić, mój panie, posunął się pan zdecydowanie za daleko!
Cóż innego pozostało Cyriakowi, jak podporządkować się woli mówiącego wobec zagrożenia ze strony panów, których było przecież wielu. Kapelmistrz zastukał w pulpit batutą, Cyriak wstał i zwracając się do podstępnie łypiącego doga, powtórzył dyktowane mu słowa przeprosin. Dog otrzepał się, aż zatrzeszczała sierść, i włożył sękatą łapę w dłoń Pizzicollego. No nie, tego już było za wiele! Mimo wszystko to przecież pies, całkiem wyraźnie wskazywał na to skrajny palec przedniej łapy, który zamiast kciuka osadzony był zbyt wysoko. Po tym zdarzeniu Cyriak, z zimnym potem na czole, nie czekał dłużej. Wyszedłszy do foyer, ugryzł się w palec, chcąc skonstatować, czy to mu się śni, czy może jednak jest przytomny. To przecież niesłychane. Czy to on zwariował, czy wszyscy inni?
Bezradnie rozejrzał się dokoła, po czym podszedł do baru wziąć sobie jakiś chłodny napój. A tam układnie i z kokieterią powitała go barmanka. Cyriak zatrzymał się jak wryty... Toż to mały tambur z placu dworcowego!
Nieśmiało popatrzył na młodą dziewczynę.
- Przepraszam, panienko, czy nie jest pani właściwie nocnym doboszem?
- Pan chyba żartuje - nadęła wargi młodziutka ślicznotka, szelmowsko strzelając oczami.
Cyriak opowiedział jej swoją przygodę.
- Ależ, panie, jakże to wszystko możliwe? U nas nie ma żadnego monumentu, a tym bardziej placu dworcowego z tej prostej przyczyny, że Gurkfeld nie leży przy linii kolejowej... jesteśmy bardzo pokrzywdzeni - dodała, kokieteryjnie skubiąc ozdobny fartuszek.
- A może to był braciszek panienki?
Nie, braciszka też nie ma.
Cyriak oklapł, zupełnie zdruzgotany. Zaraz jednak zerwał się na nogi.
- Ha, mam was, podstępna bando! Oczywiście... to przecież jedno z kłamstw rozpowszechnianych przez państwo, że nie ma linii kolejowej... teraz już dla mnie wszystko jasne... o, jakże mi się w głowie rozjaśniło! Wszyscy jesteście w zmowie, wy, podłe nasienie!
Zwabieni krzykami Cyriaka, ze wszystkich stron zbiegli się ludzie.
- Jak nic oszalał! Gurkfeld miałoby leżeć przy linii kolejowej! Monument! Zenzl wziął za chłopaka... no, coś takiego! - Oni wiedzą lepiej, jak jest naprawdę! - Tak jest, panie, oho, to ten sam, który uważa pana Orebespichlera za ulmskiego doga... Policja, policja!
Zaraz zjawiły się jednak następne grupy wzburzonych ludzi.
- Że Zenzl to dziewczyna... o nie! Toż to chłopak! Panie, czy pan nie masz oczu? Gdzie nawet najpulchniejszy chłopak miałby taki biust...? Panie, nie widziałeś pan nigdy biustu...? Pewnie nie widział, skoro uznał Orebespichlera Poldzika za psa...
Takie i podobne uwagi sypały się, dopełniając zamieszania.
Zjawił się także dziko warczący dog i łypał przekrwionymi ślepiami na roztrzęsionego Cyriaka. Potężny osobnik z wybałuszonymi oczyma, które potrafiły spoglądać tylko w jednym kierunku, chwycił młodzieńca za fraki i ryknął:
- Ten pan jest przysięgłym!
To mówiąc, wskazał trzęsącą się ręką coraz zajadlej warczącego kundla, który zjeżywszy sierść na grzbiecie, obwąchiwał właśnie jeden z rogów bufetu. Zwłaszcza jeden punkt wydawał się wzbudzać poważne zastrzeżenia. Piękny chłopiec - lub może raczej barmanka - czochrał po łbie dziką bestię i pokazywał jej koniuszek kiełbasy, który zapchlony potwór, a zarazem rzekomy ławnik starał się łapczywie pochwycić.
Wreszcie zjawiła się policja. W ostatnim momencie... Cyriak myślał już, że zwariuje. Do lokalu miarowym krokiem wkroczyło siedmiu mężczyzn, każdy w wysokim lakierowanym czaku, z wojskową szablą i szerokim skórzanym bandoletem, na którym dziwnym trafem widniało motto: "Josef Piatniks Söhne, k.k. Tarockkartenfabrik in St. Pölten". Wszystkich siedmiu jak jeden mąż stanęło na baczność.
Chwilę później jeden wystąpił przed szereg i wydał oddziałowi kilka szczekliwych rozkazów. Podchodząc kolejno do wszystkich, temu i owemu poprawił mundur albo zakwestionował niedoczyszczony guzik. A potem nastąpiło kilka militarnych ewolucji, za które policjanci zebrali od obecnych oklaski. Do komendanta podszedł starszy pan spowity w kłęby dymu. Cyriak w życiu nie widział większego palacza. Człowiek w chmurze nikotynowego dymu wskazał kościstym palcem naszego delikwenta i skierował do podoficera parę ochrypłych, ociekających flegmą słów, obcych w brzmieniu, przypuszczalnie upomnienie, żeby tu nie urządzał ćwiczeń, tylko wykonywał policyjne czynności. Ten jednak pokręcił tylko głową i rzekł:
- Proszę dać nam spokój, panie Dżianaglis, fałszywie nas zaalarmowano, dziś wieczorem gra inna muzyka!
I rzeczywiście, do foyer wbiegło kłusem następnych siedmiu mężczyzn. Na ich bandoletach zdziwiony Cyriak mógł zaś przeczytać "Josef Glanz' Söhne in Troppau", wykaligrafowane na cieniutkiej mosiężnej blaszce. Obie grupy pozdrowiły się najuprzejmiej i parę razy przedefilowały przed sobą marszowym krokiem.
Publiczność była zachwycona, choć, nawiasem mówiąc, również ta grupka okazała się fałszywa. A ponieważ do trzech razy sztuka, po kilku minutach zjawił się, powitany hucznymi brawami, właściwy korpus z dewizą "Florian Pojatzis Söhne, Eydam, Neffend Erben in Stadt Steyr, auch Zündhölzchen en gros". Tak, to byli ci właściwi!
Boże wspieraj, weź w obronę
Księżyc nam i Pagat teraz,
a ponadto dbaj o Skiza!
Co w łączności będąc z tronem,
lud i państwo zawsze wspiera!
Tak śpiewał tłum, gdyż entuzjazm, z jakim przyjmowano oddział, osiągnął właśnie apogeum.
Mała bufetowa wśród radosnych okrzyków wskoczyła na blat stołu, a stamtąd ześlizgnęła się na grzbiet dzielnego doga. I oto jechała na nim na czele pochodu, a gdy mijała roztrzęsionego Cyriaka, akurat poprawiała podwiązkę pod krótką spódniczką i posłała mu prawdziwie ogniste spojrzenie. To go dobiło. Miał dosyć. Mocnym krokiem podszedł do palącego Greka, którego skłonny był uznać za osobę rzeczową i nieprzekupną.
- Pan Gianaklis, nieprawdaż?
Zagadnięty wyjął z ust cygarniczkę, z grzeczności omal się nie udławił kataralną plwociną i zapytał, czym może służyć.
Cyriak poprosił, żeby go w końcu aresztować lub przynajmniej osadzić w domu wariatów, może tam uda się znaleźć jedynych normalnych ludzi w tym państwie. Gianaklis z niechęcią popatrzył na niego, parę razy obrócił w palcach bursztynową cygarniczkę, po czym oświadczył z zamyśloną miną:
- Mój panie, jedyną rzeczą tutaj, która zasługuje na uwagę, jest słynna panorama. Przedstawia ona Grianán of Aileach... Co, nigdy pan nie słyszał? Widzi pan - to mówiąc, wziął Cyriaka pod ramię i zaczął z nim chodzić w koło, objaśniając kolejno - to stare linie umocnień parę kilometrów na północ od Londonderry. Ale, ale... Co z panem?
Tymczasem dog zbliżył się do nich niepostrzeżenie i szarpał starszego pana za połę surduta.
- Zenzl pyta, czy zechcesz potem wieczerzać z nami dwojgiem? Zgódź się, Nestorku, bądź miły!
- Panie - błagał Cyriak z rozszerzonymi ze strachu oczyma - panie, niech pan nie słucha podszeptów tego ulmskiego doga. Niech pan się trzyma z dala od grzesznej biesiady z tą hermafrodytyczną, a w dodatku małoletnią heterą! Ona, lub on, albo kimkolwiek jeszcze jest ta lekkomyślna beauty, zaślepi również pana. Proszę rzecz rozważyć: wytwórca kawy figowej w takim podejrzanym towarzystwie!
- Mój panie - stwierdził ze smutkiem Gianaklis - niestety dojrzał pan do tego, by znaleźć się w zakładzie, w którym życzy pan sobie zamieszkać. Chciałem uspokoić pańską zbłąkaną duszę odesłaniem do świętej, czystej sztuki. Nic nie koi pomieszanych zmysłów lepiej niż widok malowanego płótna dookoła, z sumą niezliczonych punktów zbiegających się na horyzoncie. Te nierealne cosie dosłownie nucą pieśń wieczności. Chodźmy...
I charkający flegmą Grek popchnął Cyriaka w stronę drzwi, za którymi stał gotowy do jazdy ekwipaż fabrykanta. Wsiedli do pojazdu. Wyglądając od czasu do czasu przez tylne okno, Cyriak stwierdził, że podąża za nimi coraz bardziej oblepiony błotem dog z wywieszonym jęzorem. Widok to był niesamowity ponad wszelką miarę.
Po dość długiej jeździe zatrzymali się przed okratowaną bramą z kutego żelaza. Droga wiodła następnie przez park pełen mokrych od deszczu gałęzi przed portal budynku przypominającego sanatorium. Mnóstwo kamiennych krasnali wskazywało zgodnie zakrzywionymi palcami w jednym zgubnym kierunku. Portier wprowadził panów do poczekalni. Po kilku minutach zjawił się rosły pan o posępnym spojrzeniu i miotlastej brodzie. Gianaklis wyszedł mu na spotkanie i dokonał prezentacji:
- Pan von Pizzicolli, pan dyrektor Schnopfdieterich!
Wymieniony z nazwiska popatrzył przenikliwie na Cyriaka, rozsiewając przy tym intensywny zapach jodyny, który od razu legitymizował go jako człowieka nauki, po czym zapytał, raptownie zwracając upierścieniony palec wskazujący w kierunku jego splotu słonecznego:
- Czytał pan może Demonologię eksperymentalną Silviniusa Čwecki? Nie? Jaki ma pan stosunek do Dionizjaków Nonnosa? A może jest pan ofiarą Eliphasa Léviego w tłumaczeniu i z komentarzami Helgi Kund? Uległ pan magii liczb Hulischa, a może czytał Sól i przestrzeń Maacka? Hem hem, zaraz kończymy! - Po czym grzmiącym głosem wsiadł znienacka z góry na Cyriaka: - Proszę oddać proch słoneczny, proch Marsa, Wenus i Saturna, proszę opróżnić kieszenie! Dwie marki pięćdziesiąt za paczuszkę - dodał, zwracając się do Gianaklisa. A potem znów do pacjenta: - Gdzie pański barometr płodności Schnullera? W kieszeni kamizelki? Hę? A co pan sądzi o żywiołakach, tych fekaliach z zaświatów, występujących obok kryształowej magicznej kuli jako produkt uboczny przy zaklęciach? Ha ha, no co? Już pana przejrzałem: neurastenik, który zapadł na chorobę umysłową przez nieostrożne obchodzenie się z aparaturą czarnej magii!
To mówiąc, zaśmiewał się głosem pustym jak grób.
Kiedy Gianaklis zauważył, że ogarniętemu pasją naukowości uczonemu grozi zagubienie w bezdennych odmętach, jako praktyczny kupiec wziął sprawę w swoje ręce i oświadczył, że w przypadku Pizzicollego chodzi o ciężkie zaburzenie wywołane przez sugestię. A następnie opowiedział Schnopfdieterichowi o zajściu w variétés. Tenże Cyriak uparcie twierdzi - co za idiotyzm! - że nasz zacny Orebespichler to ulmski dog, i bredzi, że przybył tutaj nieistniejącą, ergo absolutnie nierealną koleją państwową. Nie dość na tym, równie uparcie uważa małą Zenzl - "zna ją pan przecież" - za chłopaka.
- Hm, hm - wpadł mu w słowo zamyślony Schnopfdieterich - cambiatio sexus incerti[4], hm, hm, no, no, Zenzl, prawdziwa szynszylka Wenus z niej! Tak, to o nią toczą się zażarte boje! Przez tego brzdąca mamy tutaj na leczeniu pana Zimmetvogla, pod numerem 90. Tak szaleje, że guma pęka w jego celi. I jest tu także syn hurtownika Heuochsa - melancholik. W najbliższym czasie ma być dostarczony młody doctorandus von Schattenpieper, nadzieja całego miasta. A młody Böff, zna go pan przecież, ten, któremu w zeszłym roku nagle pokrzywiły się nogi, tak, ten, on też już się całkiem zagubił. Tak, baby albo coś w tym rodzaju! Czasem sami nie wiemy, jak to wyrazić... Po prostu nieszczęście!
Wreszcie Cyriak wstał i genialnym manewrem nadał sprawie zupełnie inny obrót.
- Moi panowie - zaczął - do wszystkiego się przyznaję! Ale czuję się zupełnie normalnie i muszę niestety oświadczyć, że jestem pozbawiony subsystencji[5]!
Na te słowa obaj panowie cofnęli się z obrzydzeniem. Gianaklis pożegnał się chłodno. Schnopfdieterich przycisnął jakiś guzik. Zjawiło się dwóch posługaczy domowych, którzy mało delikatnie wyekspediowali naszego bohatera na zewnątrz.
Ten znalazł się z powrotem w drobnym deszczu. Noc prawie już minęła, zaczęło się rozjaśniać. Był śmiertelnie zmęczony. Głowa go bolała, oczy piekły, nogi miał mokre. Stopniowo opuszczały go zmysły, pierwszy dzień podróży przyniósł jednak za wiele przeżyć. Kiedy Cyriak się obudził, znajdował się w sali zapełnionej białymi łóżkami, w których leżeli przypięci pasami śpiewacy. Duży znak zapytania na tabliczce umieszczonej nad wezgłowiem łóżka uświadomił mu, że chodzi tutaj o niego, a gdy zapytał zezującą diakonisę, ta wyjaśniła, że znajduje się na oddziale śpiewaczym krajowego zakładu dla umysłowo chorych. Tym sposobem spełniło się co do joty jego życzenie wypowiedziane w foyer lokalu rozrywkowego, bo kiedy znaleziono go w parku sanatoryjnym, przyjęto go na oddział od razu, co zawdzięczał pewnie niewidzialnej ręce profesora Schnopfdietericha.
1
Cyriakus von Pizzicolli, syn cieszących się poważaniem rodziców, ujrzał światło tego świata w Styxenstein[1]. Każdemu innemu taki wybór miejsca narodzin dałby do myślenia. Jemu nie dał.
Moralnym przesłaniem niniejszej opowieści jest unaocznienie nawet najbardziej ograniczonym umysłom, że nie jest rzeczą obojętną, czy ktoś urodził się w miejscowości o tak złowieszczej nazwie. O tak, signatura rerum!
Cyriak wzrastał w możliwie najprzyjemniejszych warunkach i wszystko wskazywało na to, że czeka go uporządkowane życie, wolne od trosk i, co godne podkreślenia, tchnące atmosferą mieszczańskiej powagi i szacunku.
Ułożyło się jednak inaczej. Winna była temu pewna potęga, niosąca upojenie i dreszcz, moc dana szczególnie urodziwym i powabnym dziewczętom, wszelako osóbkom tego rodzaju, że trzeba w nich dostrzegać figurantki tajemniczego żywiołu, którego natury pewnie nigdy nie zdołamy zgłębić do ostatka i który na zawsze pozostanie dla nas ukryty pod ową maską.
I właśnie jedna z owych dziewcząt odznaczających się tego rodzaju tajemniczym pięknem stanęła na drodze życia Pizzicollego. Było to stworzenie nadzwyczajnej urody, w wieku, gdy u niektórych z nich objawiają się w szczególnej mierze wdzięki typowe dla misterium androginiczności. Zrodzony z takiego spotkania tragizm stał się w pełni udziałem Pizzicollego, choć otwarta pozostaje kwestia, czy to zagadkowe stworzenie, w jego przypadku elementarna figura wywoławcza losu, katalysatrix mystica, nie było koniec końców młodszą siostrą Afrodyty - i tym sposobem dotykamy po raz pierwszy pewnej szczególnej tajemnicy.
Moglibyśmy tutaj wskazać nader osobliwe tajne źródła lewantyńskie, prawdziwe skarbnice dziwaczności, intrygujące partie wiedzy bizantyjskiej, która upadła w połowie XV wieku, a także wiele innych okoliczności związanych z młodzieńczym splendorem i blaskiem, cudownymi kwiatami w hołdującym pięknu ogrodzie Erosa. Ileż godnych uwagi nieoczekiwanych szczegółów dałoby się o tym opowiedzieć, gdyby pozwolił na to dostatek miejsca!
Rodzina Pizzicollich pochodziła z Ankony, gdzie dziadek Cyriaka w czasach, gdy ta część tak zwanych legacji Państwa Kościelnego znajdowała się jeszcze pod administracją austriacką, sprawował urząd c.k. strażnika czystości monety w przeniesionej tamże Roweryjskiej Mennicy księcia Urbino, urząd po prawdzie nad wyraz odpowiedzialny, lecz na dobrą sprawę pozbawiony kompetencji.
W zasadzie nie było tam nic do roboty, ponieważ rzeczona mennica wstrzymała bicie monet w roku 1631 wskutek procesu fiskalnego, który skończył się dopiero w wiekach późniejszych. Żeby się zanadto nie rozwodzić, napomknijmy tylko, że powodem wstrzymania produkcji była kwestia kompetencji, która, jak się wydaje, doczeka się rozwiązania nie wcześniej, niż uda się wreszcie ustalić, jakim sposobem książę Urbino z rodu delle Rovere mógł być jednocześnie synem ostatniego, zmarłego w 1508 roku księcia z rodu Montefeltre, a zarazem synem papieża Juliusza II, lub jakoś podobnie, i właśnie mianował księciem Urbino swego syna Francesca delle Rovere, dotychczasowego tyrana Senigaglii, który z kolei był ponoć potomkiem wspomnianego Guidobalda z Montefeltre. Ja, mówiąc szczerze, nigdy do końca nie zrozumiałem opisanego związku, jednakowoż, jeśli się nie mylę, w jego obronie stanął Uniwersytet Lecce z Apulii, a podważanie tego stanu rzeczy jest w pewnych kręgach niemile widziane. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości: następca Juliusza II, Leon X, którego droga do piekła dosłownie wybrukowana była nieudanymi synami, z obrzydzenia tą kwestią prawną Francesca wypędził, a Urbino oddał w lenno Lorenzowi de Medici, swemu nepotowi, sądząc po malowidłach, zapewne synowi istniejącego wyjątkowo już wówczas murzyńskiego jazz-bandu.
Jednakże w roku 1631 rządzący wtedy jego następca Urban VIII skonfiskował Urbino i wcielił do Państwa Kościelnego, w którego strukturach księstwo pozostawało do 1860 roku, lecz pewnego nudnego popołudnia po dłuższym oblężeniu dało się wziąć szturmem Garibaldiemu, i to zupełnie w pojedynkę. Inni panowie zagadali się przy małej czarnej.
Kto by jednak sądził, że sprawa została w ten sposób definitywnie załatwiona, ten jest w błędzie. Nie wszystko jeszcze stracone, czekają nas w Urbino nowe sprawy nie do rozwiązania, jak zapewniano mnie ze wszystkich stron w rzeczonym mieście w Caffé Centrale.
O młodym Cyriaku właściwie niewiele jest do powiedzenia. Był urodziwym, dobrze wychowanym młodzieńcem, którego trzymano bardzo krótko. Zwłaszcza jego matka, z domu baronowa Inacher-Kadmič, ochrzczona niezwykłym imieniem Autonoë, obwiniała go o wszystkie możliwe uchybienia. Posunęła się nawet do tego, że pewnego razu, gdy przelatujący gołąb zanieczyścił jego nowy, czarny odświętny kapelusz, ofuknęła nieśmiałego chłopca: "Zobacz, coś ty znowu narobił!".
Jego nadzwyczajny pociąg do wędrówek należało być może tłumaczyć pragnieniem ucieczki od tych ustawicznych zarzutów. On sam nigdy się do tego nie przyznał, może były znacznie głębsze przyczyny, a możliwe, że te przyczyny leżały we wcześniejszym życiu, gdyż takie podejrzenie wydaje się potwierdzać przebieg niniejszej opowieści. Godne uwagi było u niego to, że gardził wtedy dziczyzną, w szczególności zaś jeleniną, a ponadto miał ambiwalentny stosunek do myślistwa, które zarazem przyciągało go i odpychało, a imię Anna wprawiało nieomal w przerażenie. Przez przynależność tego złowieszczego imienia do rodzaju żeńskiego ów stan przybrał z czasem zatrważające rozmiary. Nawiasem mówiąc, po ukończeniu przez chłopca siódmego roku życia strach ten zniknął zupełnie.
Na koniec wypada jeszcze odnotować, że osobliwa więź łączyła Cyriaka z psami. Często się zdarzało, że cała sfora z nastroszoną sierścią napadała na niego, przy czym nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak nagle tworzyły się wokół niego zbiorowiska tego rodzaju. Za każdym razem kundle zatrzymywały się jednak przed Cyriakiem, traciły kontenans, po czym jeden po drugim każdy z osobna zaczynał zajmować się czymś innym, jakby rzecz w ogóle go nie obchodziła, i na koniec zgraja ordynusów ulatniała się nie wiadomo kiedy. Godna uwagi była regularna obecność wśród nich molosów, czyli rasy psów występującej jedynie w antycznych opowieściach.
Wyjąwszy kilka krótkich podróży Cyriak nigdy nie wyjeżdżał z Grazu, gdzie mieszkała rodzina Pizzicollich. Zmieniło się to, gdy katastrofa o rzadko aż tak tragicznej mocy nieoczekiwanie uczyniła z Cyriaka sierotę. Otóż jego rodzice utonęli w rzece Mur, gdy zażywali w niej niedzielnej kąpieli. Szare fale wypluły na brzeg jedynie zdeformowany cylinder ojca, owego dnia wyjątkowo, pewnie dla żartu, ozdobiony śmieszną kępką sierści z grzbietu kozicy. Wstrząśnięty młodzieniec poczuł się wolny, spieniężył odziedziczone mienie nieruchome i w zachwycająco promienny letni poranek udał się na stację kolejową. W pełni zdrów na ciele i umyśle wsiadł do przyśpieszonego pociągu osobowego, który przyjeżdżał z Bruck o ósmej trzynaście, dotarł około godziny jedenastej do granicy królestwa snów i tuż przed północą tego samego dnia znalazł się już na własną prośbę w zakładzie dla obłąkanych.
"Królestwo snów - zakrzykną pewnie chórem czytelnicy, odsuwając książkę z obrzydzeniem - tony bzdur napisano już na ten temat. Czy coś takiego naprawdę istnieje?"
Tak, tak i jeszcze raz tak! Tego pytania nie można im jednak brać za złe, bo nieprzerwanie trzeba mieć przed oczyma fakt, że cały świat odnosi się do Austrii z niesłychanym désintéressement, a nawet z pożałowania godną niewiedzą, ledwo zna parę fałszywych informacji o uczęszczanych trasach turystycznych, przekazywanych przez przewodniki krajoznawcze. Niemałą winę za to ponosi zapewne niepowodzenie konferencji w sprawie międzynarodowego rozkładu jazdy, odnoszących taki skutek, że ważne linie kolejowe, na których ekspresy odprawiane są z jakiejś stacji granicznej z pompą, smrodem i hałasem, wkrótce potem znikają bez śladu w głębi tegoż kraju, w pierwszej kolejności utraciwszy wagon restauracyjny w procesie swego rodzaju tajemniczego łuszczenia. Najczęściej zdarza się to w rejonie Leoben, w zakątku burzowym europejskiego ruchu turystycznego.
Leoben, o tak, Leoben! "Pociąg, który tędy przejedzie, jest, można rzec śmiało, uratowany". Tak brzmi utarte powiedzonko wielkich austriackich kolejarzy, podczas gdy zainteresowanie pozostałych urzędów kolejnictwem osiąga kulminację przede wszystkim w przejażdżkach dla przyjemności z całą rodziną i żywym dobytkiem za darmo lub za śmiesznie niską opłatą luksusową klasą tak często, jak to możliwe. Nieraz byłem świadkiem, jak starzy, doświadczeni naczelnicy stacji długo patrzyli, kręcąc głowami, za przejeżdżającym przez Leoben ekspresem. Po czym wracali do biura, rzucali się z westchnieniem na sofę z czarnej skóry i jeszcze długo jęczeli: "Ojojoj, ojojoj!", a następnie zapadali w drzemkę dręczeni przez koszmary senne.
Kiedy rozważyć to wszystko sprawiedliwie, nie ma się co dziwić, że nie dostrzegano osobliwego tworu państwowego, który rozpoczął żywot wkrótce po kongresie w Laibach[2] w roku 1821 i wgryza się coraz dalej i dalej, niepowstrzymanie podbijając świat. To on, a nie zdławiona przez pluskwy Azja, wcześniej czy później położy kres na przykład imperium brytyjskiemu. On, zakotwiczony jak żaden inny w europejskości i stanowiąc poniekąd ciało astralne białej rasy, nazywany - może to określenie będzie najwłaściwsze - "Królestwem Taroków". Jak wszystkie rzeczy transcendentalne, trudno to ująć w powszechnie zrozumiałe słowa.
Jak wspomnieliśmy, na kongresie w Laibach postanowiono, co było zresztą najrozsądniejsze, wstawić państwo buforowe pomiędzy terytoria germańskie, słowiańskie i romańskie, Burgundię Południowego Wschodu lub Burgundię Lewantu, jak poetycko nazywali ją niektórzy. I wcale się nie mylili, gdyż akurat Burgundia jest ściśle związana ze Wschodem. To Burgundia przez całe średniowiecze dążyła do panowania nad Lewantem i w trakcie wypraw krzyżowych podbiła całą Grecję i część Azji Przedniej i założyła tam Królestwo Jerozolimskie, księstwa Edessy, Trypolisu i Antiochii, w Grecji zaś najbardziej dumna była z podbicia Aten, Elidy, Achai i Koryntu. Żadne inne dwory nie jaśniały takim blaskiem, a Achaja przez długi czas stanowiła wzór życia dworskiego i ostoję minezengerów.
Jest rzeczą oczywistą, ze względu na epokę, w której zostało założone, że powstające właśnie państwo buforowe musiało mieć ściśle określoną monarchistyczną konstytucję. Mocno łamano sobie głowę nad wyborem dynastii. W rachubę wchodziły różne domy panujące. Wielkiemu królowi Bawarii Ludwikowi na przykład bez przerwy suszył głowę doświadczony znawca Orientu Fallmerayer, który radził mu dochodzić dawnych praw i w płomiennych barwach malował Jego Wysokości na ścianie Cesarstwo Karyntii.
Ba, w poufnej rozmowie ten obdarzony bogatą fantazją człowiek podsunął nawet pomysł utworzenia nowego kontynentu - "Karnewalii" - który to pomysł może jeszcze kiedyś dojrzeje. Qui vivra verra![3]
Wkrótce potem wybuchła zaaranżowana przez Anglię grecka wojna wyzwoleńcza, a uknute w londyńskiej mgle intrygi skanalizowały niebezpieczeństwo ze strony Wittelsbachów w kierunku Hellady. Wydawało się rzeczą przesądzoną, że tron Tarokanii trafi w ręce Koburgów. Wtedy jednak zaczął marudzić cesarz Franciszek, który pragnął tam powołać do życia kwartogeniturę Habsburgów, co z kolei zezłościło do żywego inne rody panujące. Kiedy europejska równowaga została już zachwiana tak mocno, że dało się słyszeć głuche podzwanianie szablami, Metternich raz jeszcze zabłysnął wielkim umysłem. Rozwiązanie było tak proste, a przy tym tak dynastyczne jak to tylko możliwe, z drugiej zaś strony odpowiadało nie tylko najgłębszym odczuciom ludu, lecz także ideałom zbliżającego się roku 1848, że możemy jedynie podziwiać w pełnym czci zdumieniu wzlot tego wielkiego ducha.
A co on takiego uczynił? Otóż stworzył właśnie owo "Królestwo Taroków", przez zrzędów, którym zawsze coś się nie podoba, zwane również "Lustrzanym Królestwem Lewej Drogi". Konstytucja była wzorowa. Opierała się na surowych, nieubłaganych zasadach niezwykle popularnej w Austrii gry w taroka, której ezoteryczna wykładnia tłumaczy wszystkie zagadki świata i naturalnie znacznie wykraczałaby poza ramy tej skromnej opowieści.
Na wzór antycznych tetrarchów w nowym królestwie rządziło czterech królów, których wybierano rokrocznie w sposób zgoła genialny. Ograniczenie czasowe do wymienianego okresu opierało się na następującej obserwacji: w talii taroka króle po całorocznym używaniu są tak zabrudzone, że wprost nie do poznania. Od biedy można je oczyścić benzyną, królów z krwi i kości natomiast nie można.
Jak więc odbywał się wybór owych ojców narodu w nieco sztywnych przebraniach? Monarchami czyniono czterech mężczyzn, czterech takich, którzy byli najbardziej podobni do królów z tak zwanej normatywnej talii taroka strzeżonej w stolicy Gradisce. Owa normatywna talia odpowiadała obiektowi podobnemu do "wzorca metra", który przechowywany jest w Paryżu, metropolii wszelkiego koguciego ważniactwa.
Rzeczonego kompletu kart strzegła dzień i noc gwardia honorowa utworzona z zasłużonych mężów; co dwa tygodnie tasowali i przy okazji sprawdzali te karty światowej sławy uczeni. Po morderstwie powiązanym z rabunkiem, którego ofiarą padły Niemcy, powstał plan przeniesienia talii do Genewy, żeby podobnie jak w przypadku mniej więcej identycznej rangą "komisji dunajskiej" stworzyć przy okazji nowe synekury dla politycznych fircyków.
Wspomniany system wyborczy po prostu odciął drogę wszelkim szwindlom, wszelkiemu łapownictwu i wszelkim intrygom, i tymże trybem do najwyższej godności dochodzili mężowie różnych stanów bez względu na wykształcenie, bogactwo, uczoność, pochodzenie, a nawet niemogący się wykazać nieposzlakowaną opinią, co było procedurą w podobnie genialny sposób stosowaną pewnie jeszcze tylko przez papiestwo. Jednakowoż ostatniego z wymienionych punktów przestrzega się tam rygorystycznie.
Najpotężniejszym człowiekiem w państwie był w każdym razie niejaki Skiz, nazwany tak od występującej wśród owych kart nieco komicznej, arlekińskiej figury. Jak najdalsi jesteśmy wszakże od poglądu, że ów nieistotny szczegół powierzchowności mógł mieć cokolwiek wspólnego z wewnętrzną, dostojną godnością tego stanowiska. Wielcy mężowie stanu zawsze wydają się zewnętrznie trochę komiczni.
Tenże skiz był zatem kanclerzem, który władał królestwem mocą władzy dyktatorskiej, niemal w rytmie godzinnym sypał jak z rękawa nowym prawem, a co tydzień przeprowadzał jakąś przełomową zmianę. Najbliższym skizowi rangą i znaczeniem był tak zwany Księżyc, a właściwie Dwadzieścia Jeden, co oznaczało, że figura ta osiągnęła dwudziesty pierwszy stopień wysoce mistycznej formy wolnomularstwa. Za trzecią osobę w hierarchii uważano Pagata, ministra finansów, który miał naprawdę bardzo wiele do powiedzenia. Wspólnie zaś tworzyli Trull, czyli nieodwoływalny z założenia gabinet.
W momencie powstania królestwo obejmowało sporą część południowej Austrii, dawne regiony: Fryzyngę, Salzburg, Bamberg i Enklawę Brixeńską, na północy graniczyło ze Styrią i Karyntią, na wschodzie z Chorwacją, na południu dochodziło do morza, a na południowym zachodzie do granicy Wenecji, tej lagunowej republiki, którą przypuszczalnie zamierza połknąć jako pierwsze obce ciało. Które miasto jest bowiem bardziej fantastyczne i nierealne, prawie już nie z tego świata, i piękniejsze (a przy tym rzeczywiście najmniej znane) niż ta osnuta baśniami królowa Adriatyku, przez to jakby stworzona, by być przejściem do królestwa snów?
A czysto wizualnie: kto by się w tym połapał?
Ja, który przez parę latek uczęszczałem tam do gimnazjum lub przynajmniej czegoś, co jest się tam skłonnym za gimnazjum uważać, często trafiałem tylko z trudem i po wielogodzinnym błądzeniu do ojcowskiego palazzo, mieszczącego się w odległości niespełna trzech minut drogi od placu Świętego Marka. Jakże często nie zjawiał się w szkole profesor! Jakże często spotykałem swą biedną matkę z rozglądającą się błędnym wzrokiem dziewką służebną, bo zabłądziły podczas zakupów. Albo widziałem ojca wbijającego ponury wzrok w ziemię, przygryzającego posiwiałego wąsa i od czasu do czasu ze złością okładającego laską miejski bruk. "Ty już idź do domu - zwykł do mnie mawiać w takich razach. - Pozdrów ode mnie mamę i przekaż, że może podawać zupę... zjawię się najpóźniej za pięć minut..." Ale nieraz już zapadł wieczór, a nawet głęboka noc, nim wymęczony rodziciel mógł zasiąść do obiadu.
Tak wiele potrafi sprawić ojcowski autorytet, by nie okazać słabości. Podobnie działa również osobliwy kompleks, który nachodzi każdego, kto osiadł w Wenecji, i każe człowiekowi raczej błądzić bez dachu nad głową, niż zapytać o drogę lub, co więcej, dać się odprowadzić. Nawiasem mówiąc, nic by to zresztą nie dało.
My byliśmy wszak tylko obcy, nie byliśmy z urodzenia wenecjanami. Bardzo często jednak spotykałem także rdzennych mieszkańców lagunowego miasta, lamentujących przed wizerunkami Madonny, wśród nich listonoszy i policjantów, a nawet miejskich inżynierów z tyczkami mierniczymi. Fałszywy wstyd zabraniał tym nieszczęśnikom zasięgać informacji o drodze. Woleli się zwracać do wyższych instancji, a Kościół z uśmieszkiem zgarniał całkiem ładny grosz za składane przed Bogiem śluby i obietnice. Zauważyłem też, że podobnie jak sprzedawane po obniżonej cenie, bo błędne rozkłady jazdy, można tam kupić śmiesznie tanio fałszywe plany miasta, ponieważ wszystko przecież to jedno i to samo i litografuje się jak popadnie, co akurat strzeli człowiekowi do głowy. Kopiuje się nawet bezmyślnie lub, co gorsza, tnie na kawałki stare wykroje, by wciskać je naiwnym podróżnym jako plany.
Nie będziemy jednak niepotrzebnie wałkować tego smutnego rozdziału historii obyczajów i na końcu naszych rozważań jeszcze tylko zauważmy, że nad wyraz ożywione życie uliczne w zasadzie niezbyt gęsto zaludnionego miasta to zasługa wielu zabłąkanych. Człowiekowi się wydaje, że ma przed sobą metropolię, a wenecjanie są tylko z tego dumni.