Maskarada - Agata Mojcner

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Toruń, Polska

Zegar ratuszowy wybijał właśnie drugą w nocy, gdy samotna postać przemierzała wąskie, brukowane uliczki Starego Miasta. Szła szybkim krokiem, trzymając się mniej oświetlonych miejsc, by skutecznie wtopić się w ciemność. O tej porze roku większość ulic była wyludniona, co stanowiło zupełne przeciwieństwo tego, co działo się tu latem. Choć z natury była samotniczką, pomyślała, że właśnie teraz przydałby się jej tłum, z którym mogłaby się zmieszać. Bez niego było ją widać jak na tacy. Nie mogła jednak nic na to poradzić, bo nie ona stawiała tu warunki.

Nie tym razem.

Oczywiście doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nic nie było tu przypadkowe. Wybrał wszystko z rozmysłem, począwszy od pory roku, pozbawiając ją osłony; poprzez niby losowo wybrane miasto, aż do samego miejsca spotkania. Z trudem powstrzymała chęć zazgrzytania zębami ze złości. Wiedziała, jakie były zasady i że oboje musieli się ich trzymać, lecz wyraźnie grały na jego korzyść, nie jej. A wszystko przez ten cholerny ranking.

Na placu Rapackiego minęło ją trzech pijanych chłopaków, nieco młodszych od niej. Mieli szczęście, że nie próbowali jej zaczepiać. Nie, żeby ją to obchodziło; nie znała też polskiego. Była po prostu w takim stanie napięcia nerwowego, że nie ręczyła za siebie i swoje reakcje, a tej nocy miała zginąć z jej ręki tylko jedna osoba.

Powoli zbliżała się do celu. Znała miasto dość dobrze, bo w dzieciństwie często odwiedzała z rodzicami jednego z kolegów ojca, który od trzydziestu lat mieszkał w Toruniu. Jednak Siergiej nie wiedział nic o jej dzisiejszej wizycie. Prawdę mówiąc, poza jej wrogiem, tylko najbliższy i w zasadzie jedyny przyjaciel dziewczyny miał pojęcie, gdzie jej szukać. Zapewne umierał ze strachu, czekając na wiadomość w której miała oznajmić mu, że wciąż żyje. Mimowolnie uśmiechnęła się do siebie kwaśno. Powiedziała Igorowi o dzisiejszym pojedynku tylko dlatego, by wiedział skąd ewentualnie ma sprowadzić jej ciało. Biedak pewnie zużył już kilka ziołowych tabletek uspokajających, jednak równie dobrze jak ona wiedział, że nie mogła nie podjąć wyzwania. Takie były zasady. Gdy ktoś znajdujący się w rankingu wyżej niż ty wyzywał cię, nie istniało coś takiego jak prawo odmowy. Pakowałeś manatki i jechałeś w wyznaczone miejsce. I tyle.

Dotarła do końca długiej, gęsto oświetlonej latarniami alei i skręciła w mroczny wjazd, prowadzący do kilku opuszczonych, starych kamienic. Doskonale znała topografię terenu, co było wielką zasługą Igora, który jako pierwszorzędny haker wykradł dla niej plany architektoniczne budynków z najbliższej okolicy. Była doskonale przygotowana i wiedziała o tym. Nie pozostawało do zrobienia już nic więcej. Nic poza jednym - przeżyciem tej nocy.

Skontrolowała, czy wszystkie elementy uzbrojenia znajdują się tam, gdzie powinny i skierowała się ku wejściu do obdartego budynku. Jak na ironię była pełnia, a światło księżyca padało dokładnie na częściowo wyrwane z zawiasów drzwi. Czyżby i ta iluminacja została zaplanowana? Nie przyjechała tu jednak podziwiać ani piękna natury, ani starego budownictwa. Starając się zachować niezmąconą ciszę, podeszła do jednego z zasłoniętych tekturą okien, które znajdowały się w mroku. Nie zamierzała mu niczego ułatwiać.

Dostanie się do środka nie stanowiło żadnego problemu, w końcu robiła bardziej skomplikowane rzeczy i to setki razy. Bez przeszkód dotarła do klatki schodowej i zachowując wzmożoną czujność zaczęła wspinać się na górę. Umówili się na dachu o drugiej trzydzieści. Była druga dwadzieścia pięć, a więc nadszedł najwyższy czas, by założyła kominiarkę.

Jej przeciwnik już na nią czekał. Oparty swobodnie o jeden z kominów z rękoma założonymi na piersi, wyglądał niemal nonszalancko. Ubrał się podobnie jak ona - czarny, dopasowany strój, kominiarka. I broń, oczywiście. Podczas pojedynku wolno im było używać tylko noży, pistoletów z tłumikiem oraz własnego ciała. Jakiekolwiek ulepszenia - rzutki shuriken czy azjatyckie miecze chociażby - były zakazane. Kto by pomyślał, że płatni mordercy mają swój kodeks honorowy? Cóż, owszem. Mieli. Przynajmniej ci najlepsi, do których grona oboje należeli.

- Przed czasem - zaśmiał się - A myślałem, że dziewczyny mają w zwyczaju się spóźniać.

- Nie ja - ucięła, płynnie przechodząc na angielski. Na szczęście już dawno pozbyła się charakterystycznego dla swoich rodaków akcentu - Trochę się różnię od innych dziewczyn. Mamy inne definicje zabawy.

- Skoro tak twierdzisz, numerze dwa. Czy może wolisz: Meduzo?

- To nieistotne, Seth - powiedziała z naciskiem. Prędzej rzuciłaby się z dachu, niż nazwałaby go numerem jeden. Oczywiście doskonale o tym wiedział - Nie mam ochoty na jałowe gadki. Lepiej przejdźmy do rzeczy.

- Pewnie - wzruszył ramionami - Chciałem tylko nieco rozluźnić atmosferę zanim cię zabiję.

- Dzięki za chęci, ale zamierzam się z tobą uwinąć jak najszybciej. Wiesz, umówiona jestem - odparła z zimnym uśmiechem i wyciągnęła nóż. Natychmiast poszedł w jej ślady.

- Nie martw się. Usprawiedliwię twoją nieobecność - rzekł uprzejmie i wyprowadził cios.

Spodziewała się wyrównanej walki, w końcu dzieliła ich tylko jedna pozycja w rankingu. Była jednak i realistką. Znała reputację Setha. Pojawił się w branży stosunkowo niedawno, co nie przeszkadzało mu piąć się po kolejnych szczeblach hierarchii z prędkością błyskawicy. Bali się go nawet starsi mordercy, zwłaszcza ci, którzy znajdowali się przed nim w rankingu ogólnym; do tego stopnia, że gdy wyzywał ich na pojedynek, odwlekali konfrontację jak najdłużej się dało. Niestety, ona sama nie miała takiej możliwości, lecz mimo wszystko ani myślała się poddawać. Jak umierać, to z honorem. A nie zamierzała jeszcze odchodzić z tego świata.

Wymienili kilka szybkich uderzeń, jednak żadne nie spowodowało u drugiego większej szkody. Ponownie starli się na środku dachu, porzuciwszy noże. Więc mimo wszystko mieli coś wspólnego - ona również wolała walkę bez dodatkowej broni. Wyprowadziła parę kopniaków, dokładnie tak, jak uczył ją jej mentor, lecz przeciwnik był na to przygotowany i z łatwością je blokował. Nie musiała długo czekać na kontratak. Broniła się długo i zaciekle, ale w końcu jeden z ciosów dosięgnął jej twarzy i runęła na ziemię, czując jak jej skroń ostro pulsuje a materiał kominiarki staje się wilgotny. Najwyraźniej rozwalił jej łuk brwiowy.

Nie było jednak czasu na kontemplację. Natychmiast po upadku zerwała się na równe nogi, w ostatniej chwili unikając kolejnego ataku, tym razem mającego ostatecznie ją znokautować.

- Niezły refleks, mała - pokiwał głową z uznaniem - Kto cię uczył? Chciałbym wiedzieć, komu złożyć kondolencje.

- Mój mentor nie żyje - odparła lodowato - Niebawem do niego dołączysz. Zrób coś dla mnie i pozdrów go, jeśli się spotkacie.

Rzuciła się w przód, wyciągając zza paska drugi nóż i celując w jego brzuch. W ostatniej chwili zdążył się uchylić, lecz ostrze drasnęło mu ramię; nie powstrzymało go to jednak przed złapaniem jej w pół i przygwożdżeniem do ziemi. Nie wiedziała jak to się stało, ale sekundę później trzymał własny scyzoryk przy jej gardle, a jego usta wykrzywiał wyjątkowo okrutny uśmieszek.

- Musisz się jeszcze wiele nauczyć. Wielka szkoda, że nie zdążysz, bo masz potencjał.

Zacisnęła usta w wąską kreskę, sztyletując go wzrokiem. Musiała wybrnąć z tej sytuacji, zanim poderżnie jej gardło. Problem leżał w tym, że nie bardzo wiedziała jak to zrobić. W tym momencie księżyc oświetlił ich niczym gigantyczny reflektor i dostrzegła lodowaty błękit jego oczu, dotąd skrytych w cieniu. Widziała w nich wyłącznie spokój oraz wyrachowanie i nie miała wątpliwości, że zegar ratuszowy właśnie odliczał ostatnie sekundy jej życia. Zdała sobie sprawę, że oboje wstrzymują oddech i wtedy postawiła wszystko na jedną kartę.

Płynnym ruchem zrzuciła go z siebie, czując jak ostrze rozcina jej skórę na szyi. Była świadoma, że krwawi, jednak nie zwracała na to uwagi. Musiała działać szybko. Wyprowadziła kopniak z półobrotu celując prosto w rękę, w której nadal trzymał nóż. Broń upadła z brzękiem na beton, a jej wróg z wściekłością ponownie ruszył do walki. Wymienili całą serię uderzeń, lecz jej głowę wypełniała tylko jedna myśl - musiała to szybko skończyć, bo traciła coraz więcej krwi. Powoli zaczynała odczuwać zawroty głowy, jednak z całych sił walczyła o zachowanie koncentracji, uparcie ignorując narastającą wilgoć okalającego jej szyję golfu.

Wtedy wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, jego kopniak sprawił, że się zachwiała. W normalnych okolicznościach natychmiast odzyskałaby równowagę, ale teraz była dość osłabiona, co pogłębiała każda dodatkowa sekunda wysiłku. Po drugie, próbując stabilnie stanąć na nogach niebezpiecznie zbliżyła się do krawędzi dachu. Niestety, zapomniała o występie oddzielającym gzyms. Jak w zwolnionym tempie zobaczyła wyziewającą zza niego czarną pustkę, która zbliżała się do niej nieubłaganie.

A więc tak to się skończy. Umrę, stoczywszy się z dachu, pomyślała z ironią, po czym zaczęła spadać. Nie miała nawet szansy chwycić się gzymsu - był zbyt daleko. Z ust mimowolnie wyrwał się jej krótki krzyk.

Nagle poczuła na swoim przedramieniu mocny, pewny chwyt. Zawisła w powietrzu, dwadzieścia parę metrów nad ziemią, ze zdumieniem spoglądając w górę. Dostrzegła tam postać w kominiarce, wpatrującą się w nią intensywnym, nieodgadnionym wzrokiem. Przez chwilę żadne z nich nie wykonywało najmniejszego ruchu, aż zaczęła się zastanawiać, czy zamierza ją puścić. Wtedy jednak wzmocnił uchwyt i zaczął ją wciągać z powrotem na dach.

Kiedy ponownie poczuła pod plecami stabilną powierzchnię, odetchnęła z ulgą. Lecz nie na długo. Miejsce ulgi zastąpiła nienawiść, gdy zobaczyła swojego przeciwnika zbliżającego się do niej z pistoletem.

- Chyba sobie jaja robisz - warknęła - Po jakie licho mnie ratowałeś, skoro...

- Nie lubię łatwych rozwiązań - wzruszył ramionami i bezceremonialnie uderzył ją w głowę, natychmiast pozbawiając przytomności.