Maska Mefisto - Małgorzata Wachowicz

-
Proszę czekać

Sznur

6 lutego 2017, ponie­dzia­łek

Czerń nocy wchło­nęła całe świa­tło...

Pstryk­nię­ciem palca wysu­nął z paczki papie­rosa i umie­ścił w kąciku ust. Pło­mień zapałki oświe­tlił na krótką chwilę wiszącą na ścia­nie pokoju białą maskę. Znie­kształ­cił cie­niem krwawą pręgę ust.

Jest i nie ma. Jak życie - prze­mknęła mu przez głowę myśl szybka jak bły­ska­wica i rów­nie ulotna. - Brak świa­tła i brak tlenu powo­dują jed­na­kowy sku­tek, wieczną ciem­ność.

Wró­cił do zda­rze­nia, które roze­grało się w podob­nie krót­kim cza­sie.

Wysia­dła z windy. Zamy­kał wła­śnie drzwi miesz­ka­nia, za któ­rymi zosta­wił zwłoki gru­basa... Widziała go. Czy zauwa­żyła jego szcze­gólny znak? Zawa­hał się, czy nie zli­kwi­do­wać świadka. Nad­je­chała druga winda...

Zbiegł scho­dami z czter­na­stego pię­tra. Nie mógł nara­żać się na spo­tka­nie kolej­nych osób. Nie ryzy­ko­wał jazdy windą, nie była bez­a­wa­ryj­nym środ­kiem trans­portu. Narzę­dzie zbrodni miał przy sobie. Oraz sto pięć­dzie­siąt koła1 w bank­no­tach dwu­stu­zło­to­wych.

Na ulicy stała grupa repor­te­rów. Pako­wali sprzęt do samo­chodu. Wyszedł na stronę podwórka i znik­nął.

Zacią­gnął się dymem. Wypeł­nił nim płuca i powoli wypu­ścił.

Od tam­tego zda­rze­nia minęło sie­dem mie­sięcy. Musiała nie zauwa­żyć... Ale czy cze­go­kol­wiek mógł być pewien?

Sie­dział w ciem­no­ści, a prze­cież ona nie ist­niała. Była jedy­nie bra­kiem świa­tła widzial­nego.

Nic nie jest tym, na co wygląda...

Sku­pił się na odbi­ciu żarzą­cej się koń­cówki papie­rosa w szy­bie okien­nej. Jeden maleńki punk­cik świa­tła na tle mroku wszech­świata. Tak jak on sam. Pod­szedł do okna. Mylił się. To nie był jeden punkt. Niebo usiane było gwiaz­dami...

22 lutego 2017, środa

Śnieg prze­stał padać. Wiatr roz­wiał chmury i przez powstałą szcze­linę przedarła się wiązka pro­mieni sło­necz­nych. Jak obraz z pro­jek­tora rzu­cony na ekran ozło­ciły szary świat.

- To mi było potrzebne. - Komi­sarz wydziału kry­mi­nal­nego Adam Dziki poczuł przy­pływ ener­gii i prze­cią­gnął się.

Słowa skie­ro­wane były do Witka Wilka, naczel­nika wydziału i jego szefa.

- Włamy na Limance prze­każ pro­ku­ra­to­rowi... - Wilk odsu­nął plik kar­tek. - Temat zakoń­czony. Przejdźmy do sprawy naj­waż­niej­szej. Adam, chcę go dorwać przed eme­ry­turą.

- Moją czy twoją? - Prze­jawy nad­cho­dzą­cej wio­sny rady­kal­nie popra­wiły Dzi­kiemu humor.

- Bądź poważny, zbliża się twoja czter­dziestka!

- Masz dobrego infor­ma­tora.

- Zaraz infor­ma­tora... Cze­piasz się szcze­gó­łów...

- Sta­rzeję się - roze­śmiał się Dziki. - A na cze­pia­niu się szcze­gó­łów polega moja praca.

- Słusz­nie, komi­sa­rzu, słusz­nie! - Wilk wzru­szył ramio­nami. - A od prze­słu­cha­nia2 się nie wymi­gasz. I jed­nym fla­ko­nem3 nie wykrę­cisz!

- Obie­cuję ci poważne prze­słu­cha­nie. Nie­jed­nego świadka oczy­ścimy z zarzu­tów4. Żaró­wek 455 volt nie zabrak­nie.. Będziesz cał­ko­wi­cie wysprzę­glony6 słu­chał płyt7.

- Na to liczę!

Obaj rów­no­cze­śnie ryk­nęli śmie­chem. Po chwili spo­waż­nieli.

- Przejdźmy do sprawy.

Prze­stępca dzia­łał od roku. Zabi­jał i okra­dał. W prze­ci­wień­stwie do kla­sycz­nych zło­dziei, któ­rzy ogo­ła­cali domy ze wszyst­kich cen­nych przed­mio­tów, on zabie­rał wyłącz­nie gotówkę.

Seria roz­po­częła się w lutym 2016 roku, w ostat­nią sobotę kar­na­wału. Kac­per Sądecki, poten­tat cukier­ni­czy, pod­czas swo­ich sie­dem­dzie­sią­tych uro­dzin zor­ga­ni­zo­wa­nych w for­mie balu prze­bie­rań­ców został zamor­do­wany we wła­snej rezy­den­cji. Stało się to na pię­trze, w jego gabi­ne­cie, w cza­sie kiedy na par­te­rze bawiło się dwu­stu gości.

Posia­dłość leżała na ubo­czu. Droga dojaz­dowa tutaj się koń­czyła.

Sejf został opróż­niony. Oddarta połówka dwu­stu­zło­to­wego bank­notu przy­ci­śnięta była butem ofiary. Sprawca zabrał narzę­dzie zbrodni oraz rekwi­zyt, któ­rego zna­cze­nia na początku nie dostrze­żono. Maskę kar­na­wa­łową jed­nego z gości.

Pięć mie­sięcy póź­niej zamor­do­wał sześć­dzie­się­cio­ośmio­let­niego biz­nes­mena Adriana Lor­do­wi­cza w jego miesz­ka­niu w War­sza­wie.

Modus ope­randi był ten sam: opróż­niony sejf, cenne przed­mioty leżące na wierz­chu nie­tknięte i zagar­dle­nie ofiary. Sprawca użył baweł­nia­nego sznura, który przy­niósł ze sobą.

Zadbał o brak śla­dów, które pro­wa­dzi­łyby do jego iden­ty­fi­ka­cji. Jakby znał metody, któ­rymi będzie posłu­gi­wać się poli­cja. Nie­zro­zu­miały wobec tego dla orga­nów ści­ga­nia był fakt, że zosta­wił "wizy­tówkę" potwier­dza­jącą, że jest sprawcą pierw­szego zabój­stwa.

Była to bra­ku­jąca część bank­notu.

Kolejne trzy mie­siące póź­niej okradł dealera samo­cho­dów i zabił jego prze­by­wa­jącą w domu żonę. Ten sam modus ope­randi. Zagar­dle­nie, kra­dzież, zigno­ro­wa­nie leżą­cych na widoku war­to­ścio­wych przed­mio­tów oraz "wizy­tówka" mor­dercy, połowa bank­notu dwu­stu­zło­to­wego

Śledz­two powie­rzono Woje­wódz­kiej Komen­dzie Poli­cji w Łodzi. Objęło ono rów­nież zabój­stwo na tere­nie War­szawy z uwagi na tego samego sprawcę. Na czele czte­ro­oso­bo­wego zespołu ope­ra­cyj­nego sta­nął komi­sarz Adam Dziki, towa­rzy­szyli mu aspi­ranci Bro­ni­sław Jasie­czek, Karol Maku­szyń­ski i Sta­ni­sław Danek. Z ramie­nia pro­ku­ra­tury sprawę objął Jerzy Jasień.

- W przy­padku pierw­szej zbrodni sprawca przy­szedł z zewnątrz i znik­nął przez nikogo nie­zau­wa­żony. Nie miał powią­zań z dena­tem ani nikim z gości. Zosta­wił jedy­nie ślady mikrow­łó­kien czar­nych skó­rza­nych ręka­wi­czek, co wyja­śnia brak dak­ty­lo­sko­pii. Mamy też bio­me­cha­nikę chodu. W gabi­ne­cie, gdzie popeł­nione zostało prze­stęp­stwo, tech­nicy zebrali z dywanu ślady obu­wia metodą elek­tro­sta­tyczną8. Tak samo było rów­nież w przy­padku dwóch pozo­sta­łych zbrodni. Potwier­dzają tego samego sprawcę, o co sam zadbał, pozo­sta­wiw­szy kawałki bank­no­tów - refe­ro­wał Dziki.

- Więc musimy zna­leźć buty, któ­rych pode­szwy będą paso­wały. - Wilk roze­śmiał się roz­ba­wiony. - A sprawca nie zaprze­czy, że należą do niego.

- Jeśli zaprze­czy, zafun­du­jemy mu spa­cer po pły­cie9. Spo­sób sta­wia­nia kro­ków jest rów­nie nie­po­wta­rzalny, jak odci­ski dak­ty­lo­sko­powe pal­ców. Pro­blem, że wła­ści­ciela tych butów na razie nie mamy.

- Co ze śla­dami tra­se­olo­gicz­nymi pojaz­dów?

- Zdję­li­śmy odci­ski opon i mikro­ślady lakieru, czar­nego. Otarł się o drzewo. Samo­chód pro­duk­cji nie­miec­kiej, sied­mio­letni, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem volks­wa­gen golf. Jedna z naj­po­pu­lar­niej­szych marek, kolor rów­nież. Jest takich kil­ka­set tysięcy. Szu­kamy, ale to igła w stogu siana. Pozo­stałe zabój­stwa zostały odkryte po kilku dniach.

- Sądecki na takim odlu­dziu nie miał kamer?

- Miał, ale wyłą­czył. Czuł się bez­piecz­nie w takim tłu­mie. Nie chciał nagry­wać zachla­nych gości ani samego sie­bie, jak się wygłu­pia. Nie wyle­wali za koł­nierz.

- Zro­zu­miałe.

- Sądec­kiemu ukradł co naj­mniej pięć­dzie­siąt osiem tysięcy zło­tych i dwa tysiące dola­rów. Tyle wiemy od sekre­tarki. Z sejfu Radzie­jew­skich wyjął dwie­ście dzie­sięć tysięcy zło­tych. Lor­do­wicz miał sto pięć­dzie­siąt tysięcy w sej­fie. Sejfy otwie­rał per­fek­cyj­nie. - Dziki miał przed sobą pro­to­koły zeznań.

- Mniej­sze kwoty bywają moty­wem zbrodni. Dla­czego trzy­mali tyle pie­nię­dzy w domu, a nie w banku?

- To aku­rat nie nasza sprawa, gdzie ludzie prze­cho­wują pie­nią­dze.

- To były ich wszyst­kie oszczęd­no­ści?

- Nazy­wasz takie kwoty oszczęd­no­ściami? - Dziki wybuch­nął śmie­chem. - Muszę zacząć być mniej roz­rzutny. Będę pił jedną kawę dzien­nie zamiast trzech.

- Nie żar­tuj.

- To była kro­pla w morzu w sto­sunku do tego, co mają w ban­kach. Jak wyda­jesz kro­cie, to pew­nie faj­nie jest mieć pod ręką więk­szą sumę. Może zresztą dla nich nie była więk­sza. Co do świad­ków... Mamy jed­nego, który go widział po zabój­stwie Lor­do­wi­cza w War­sza­wie.

- Roz­ma­wia­łeś z nim?

- Z nią. To kobieta.

- Prze­słu­cha­łeś ją?

- Nie było potrzeby. Dosta­li­śmy z War­szawy pełne zezna­nie. Nie­wiele wnosi. Na początku nie powią­zali tej sprawy z pro­wa­dzo­nym przez nas śledz­twem. Powia­do­mili nas dopiero tydzień po zna­le­zie­niu zwłok. Widziała go przez moment, mijała go na kory­ta­rzu. Nie miał­bym pytań uzu­peł­nia­ją­cych, niczego nie pomi­nęli. Zna­la­zła guzik, który zgu­bił. Nie było na nim mate­riału bio­lo­gicz­nego, ślady dak­ty­lo­sko­powe wyłącz­nie jej.

- Bie­rzesz pod uwagę, że zabójca jest psy­chicz­nie chory? - Wilk prze­glą­dał zdję­cia ofiar. - Kla­syczny zło­dziej rzadko zabija.

- Psy­chicz­nie chory nie zabija dla forsy. Ma oso­bi­ste motywy. Leczące kom­pleksy, potwier­dza­jące nad­zwy­czajną moc czy wła­dzę. Two­rzy wła­sne sce­na­riu­sze. Tu tego nie mamy.

- Jed­nak...

- Zacznijmy od tego, że "psy­cho­pata" i "chory psy­chicz­nie" to dwa różne poję­cia. Każdy, kto zabija, jest psy­cho­patą. Chyba że robi to w obro­nie wła­snej, z czym nie mamy tu do czy­nie­nia. Ale nie każdy, kto zabija, jest chory psy­chicz­nie. Psy­cho­patę two­rzy defi­cyt empa­tii. Nor­malny czło­wiek, nawet bar­dzo agre­sywny, powstrzyma eska­la­cję dzia­łań, kiedy zoba­czy łzy czy prze­ra­że­nie ofiary, a psy­cho­pata nie. Ma też obni­żony poziom lęku. Nie czuje stra­chu przed karą, co dodat­kowo zmniej­sza hamulce jego dzia­ła­nia. Nie funk­cjo­nują u niego pra­wi­dłowo te struk­tury mózgu, które odpo­wia­dają za posza­no­wa­nie norm spo­łecz­nych czy poczu­cie winy.

- I tu, i tu nie styka we łbie. - Wilk był uparty.

- Niby tak, ale... Róż­nica w nie­sty­ka­niu jest zasad­ni­cza. Psy­cho­pata to oso­bo­wość dys­so­cjalna. Ale jego dzia­ła­nia wyni­kają z logicz­nych prze­my­śleń i pro­ce­sów inte­lek­tu­al­nych. Wszystko ma zapla­no­wane. Nato­miast psy­chicz­nie chory - kon­ty­nu­ował Dziki - działa irra­cjo­nal­nie. Ata­kuje kogoś, bo poja­wił się w jego pro­ce­sie uro­je­nio­wym, wyzwa­la­jąc nie­uza­sad­nioną agre­sję. Ofiara może pobu­dzić go swoim zacho­wa­niem, wyglą­dem czy wyróż­nia­niem się. Cechą, która zadziała jak zapal­nik, ale tylko u niego.

- Czy te róż­nice mają w prak­tyce jakieś zna­cze­nie? W obu przy­pad­kach może dojść do agre­sji i prze­mocy. Naru­sze­nia nie­ty­kal­no­ści cie­le­snej, wresz­cie zbrodni. Roz­dzie­lamy nie­po­trzeb­nie włos na czworo.

- Mylisz się. Psy­cho­pata to nie wariat. Jeśli jest dobrze wykształ­cony, ma wysoki poziom inte­li­gen­cji, to jest go cho­ler­nie trudno namie­rzyć. Bo stać go na pre­cy­zyjne opra­co­wa­nie planu.

- Co naj­wy­raź­niej ma tu miej­sce.

- Wła­śnie. Ma wszystko dograne w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Więc wróćmy do tego, na co przed chwilą zwró­ci­łeś uwagę. Dla­czego zabija? To jeden cztery osiem10 kk. Czemu nie krad­nie, kiedy nikogo nie ma w domu?

- Może myśli, że nikogo nie ma, nie wie, że ktoś jest?

- Wszystko ma dograne per­fek­cyj­nie, a ten jedyny aspekt wymyka mu się spod kon­troli? I to pod­sta­wowy? - Dziki roz­ło­żył ramiona w geście bez­rad­no­ści. - Przyj­mijmy teo­re­tyczny wariant, że jed­nak tak jest. Dla­czego zatem po pro­stu go nie obez­wład­nia?

- Został roz­po­znany. Działa w sta­nie napię­cia. Sytu­acja wów­czas łatwo może się wymknąć spod kon­troli. - Wilk wstał, żeby roz­pro­sto­wać kości.

- A dla­czego zosta­wia przedarty bank­not? - Dziki znowu zaczął prze­mie­rzać trasę okno - drzwi. - Mia­łoby to sens, gdyby chciał nas prze­ko­nać, że mamy do czy­nie­nia z jed­nym zabójcą, a w rze­czy­wi­sto­ści tak by nie było... Byłaby to zor­ga­ni­zo­wana grupa prze­stęp­cza... W razie wpadki dawa­liby sobie nawza­jem alibi. Temu jed­nak zaprze­czają ślady tra­se­olo­giczne.

- Wra­camy do wer­sji psy­chicz­nie cho­rego?

- Nie... Nie! On pro­wa­dzi jakąś grę.

- Z kim?

- To aku­rat jest oczy­wi­ste. Z nami. Z poli­cją.

- Po co?

- Może miał jakieś zatargi z poli­cją. Skrzyw­dzili go... Nie­na­wiść albo chęć poka­za­nia, że jest lep­szy.

Dziki otwo­rzył sze­roko jedno skrzy­dło okienne. Do pokoju wpa­dło chłodne powie­trze, wcią­gnęli je z lubo­ścią do płuc.

- Wra­cam cią­gle myślami do pierw­szej sprawy, Sądec­kiego - powie­dział Wilk. - Dla­czego taki defi­cyt świad­ków? Tam było dwie­ście osób!

- Byli urżnięci w trupa. Nie tylko alko­ho­lem się raczyli. To nie był począ­tek imprezy, zdą­żyli się nasą­czyć jak gąbki. Można ich było wyży­mać! Widzieli faceta w masce Wal­de­mara Maza­gal­lego, byli pewni, że to Maza­galli. Sam byś tak pomy­ślał.

- Logiczne. Ale dla­czego sam Maza­galli go nie zde­kon­spi­ro­wał?

- Jak nie wiesz, o co cho­dzi, to na ogół po pierw­sze cho­dzi o pie­nią­dze... A zaraz potem o dupę. Tu mamy do czy­nie­nia z tym dru­gim przy­pad­kiem. Bzy­kał w tym cza­sie blond pięk­ność prze­braną za Mari­lyn Mon­roe, któ­rej mąż jako Spi­der­man chlał z Fan­to­ma­sem Sądec­kim.

- Kel­ne­rzy musieli być trzeźwi!

- Obsługa nie znała tych ludzi. Ale zda­rzył się cie­kawy incy­dent... Jedna z kel­ne­rek zeznała, że facet zalany w trupa w, jak to okre­śliła, "bia­łej jak śmierć masce", spy­tał ją, gdzie jest szef tego bur­delu. Prze­cież jak bar­dzo byś się nie upił, nie zapo­mnisz, do kogo przy­sze­dłeś i jak się nazywa gospo­darz, prawda?

- No raczej!

- Więc takie pyta­nie mógł zadać tylko ktoś, kto zna­lazł się tam przy­pad­kowo i nie wie­dział nawet, gdzie jest. A ta infor­ma­cja była mu potrzebna. Zga­dza się?

- Sprytne sfor­mu­ło­wa­nie. Kel­nerka głu­pie zapy­ta­nie zali­czyła na karb upo­je­nia alko­ho­lo­wego...

- Ale z tego pły­nie po raz kolejny wnio­sek, że zna­lazł się tam przez przy­pa­dek. Wszedł i oka­zja sama się nada­rzyła.

- Myślisz, że to go ośmie­liło i skło­niło do dal­szych prze­stępstw?

- Zoba­czył, jakie to było pro­ste. Była zima. Miał ręka­wiczki, zna­lazł maskę. Nawet gdyby dzia­łały kamery, był nie­roz­po­zna­walny. Nie był z nikim powią­zany. Czło­wiek zni­kąd. Odszedł i ślad się urwał. Zbrod­nia, kurwa, dosko­nała! - Dziki ude­rzył pię­ścią w biurko. - I wiesz co? Mam prze­czu­cie, że skoń­czy­łoby się na kra­dzieży, gdyby nie tele­fon sekre­tarki.

- Prze­czu­cia nie zali­czają się do metod naszych dzia­łań. - zażar­to­wał Wilk. - Ale rzadko cię mylą... Nie mogę zro­zu­mieć braku śla­dów bio­lo­gicz­nych... Ręka­wiczka może się uszko­dzić, zsu­nąć. Ofiara się broni, dra­pie... Powinna mieć komórki jego naskórka pod paznok­ciami. Włos, rzęsę, krew. Cokol­wiek!

- Zagar­dle­nie bły­ska­wicz­nie pozba­wia przy­tom­no­ści. Krew dopływa tęt­ni­cami do głowy, sznur blo­kuje odpływ. Odru­chowo pró­bu­jesz zmniej­szyć ucisk, nie masz czasu na kontr­atak. Po czte­rech minu­tach jest po wszyst­kim... Pyta­nie, dla­czego wybrał takie narzę­dzie zbrodni. Wymaga walki, fizycz­nego wysiłku i bli­skiego kon­taktu z ofiarą. Czemu nie używa broni pal­nej? W apar­ta­men­towcu strzał usły­sze­liby sąsie­dzi, ale w rezy­den­cjach leżą­cych na ubo­czu takiego nie­bez­pie­czeń­stwa nie było.

- Nie posiada pisto­letu. - Wilk wycią­gnął naj­prost­szy wnio­sek.

- Jaki pro­blem zdo­być go na czar­nym rynku?

- Musisz mieć dostawcę, a więc świadka zakupu. - Wilk był uparty.

- Coś innego przy­szło mi do głowy. On ma broń, tylko nie chce jej uży­wać.

- Dla­czego?

- Bo sta­nowi ślad pro­wa­dzący do niego. Jakie grupy ludzi w Pol­sce mają broń?

- Zare­je­stro­wani detek­tywi, osoby pry­watne, myśliwi...

- Kto jesz­cze? - Dziki wpa­try­wał się w szefa z ocze­ki­wa­niem.

- Prze­stępcy oczy­wi­ście. Ale ja mówię o broni zare­je­stro­wa­nej ofi­cjal­nie.

- Ja rów­nież.

- To już nie mam pomy­słu. - Wilk opadł bez­rad­nie na opar­cie krze­sła.

- Poli­cja.

27 lutego 2017, ponie­dzia­łek

Ekran tele­wi­zora sta­no­wił jedyne źró­dło świa­tła w mroku pokoju. Powle­kało wszystko pul­su­jącą nie­bie­ską poświatą. Poja­wiły się napisy koń­cowe, wycią­gnął dłoń uzbro­joną w pilota i klik­nął. Zapa­dła ciem­ność.

Odgar­nął do tyłu włosy, długa płowa grzywka wyma­gała wizyty u fry­zjera. Włą­czył lampę i pokój zalało świa­tło. Zmru­żył oczy i skrzy­wił się. Wyjął płytę z napędu, Zawrót głowy11.

Intryga dopra­co­wana w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Kim Novak nie­wzru­szona jak lalka. Wyprana z uczuć, jak on.

Reali­zuje pre­cy­zyjny plan. Jak on. Dokładna w deta­lach, reży­ser był mistrzem.

Wsu­nął ostroż­nie płytę na miej­sce. Pomię­dzy zie­loną z napi­sem Czło­wiek, który wie­dział za dużo z 1956 roku a szarą Pół­noc, pół­nocny zachód z 1959 roku. Dalej Psy­choza 1960 rok i Ptaki z 1963 roku.

Zawrót głowy reży­ser nakrę­cił w roku 1958. Wszyst­kie filmy stały w kolej­no­ści zgod­nej z datą ich powsta­nia. Począw­szy od naj­star­szego.

Liczył się porzą­dek. Tak na półce, jak i w życiu.

Oraz odpo­wied­nie rekwi­zyty...

Cza­sem peł­niły jedy­nie funk­cję Mac Guf­fina12 , ale czę­ściej były clou planu. Nie­zbędne w każ­dym sce­na­riu­szu. Zarówno sztuki, jak i życia. Nie zawsze były to przed­mioty mar­twe. Rekwi­zy­tem mógł być sam czło­wiek, jak w fil­mie Star­sza pani znika z 1938 roku.

Zamy­ślił się...

Hitch­cock poja­wiał się na led­wie zauwa­żalny moment w każ­dym swoim fil­mie. Widzo­wie sku­piali uwagę, żeby tego nie prze­ga­pić. Sto­so­wał ten trik na samym początku filmu, żeby potem mogli śle­dzić uważ­nie fabułę. Dawał im to, na co cze­kali, ale to on wyzna­czał, na co mają cze­kać... Zawłasz­czał umy­sły widzów...

On też zasto­so­wał trik auto­ry­zu­jący swoje dzieło, był nim przedarty bank­not. Wska­zał psom13, czego mają szu­kać. On grał, oni tań­czyli do jego rytmu...

Dolus direc­tus14 miał taki sam jak Mistrz, pie­nią­dze i satys­fak­cję.

Zga­sił świa­tło. Miga­jące punk­ciki na czar­nym fir­ma­men­cie sta­no­wiły jedy­nie obraz ciał nie­bie­skich sprzed wie­ków, który dopiero teraz dotarł na Zie­mię. W rze­czy­wi­sto­ści wiele z nich dawno nie ist­niało.

Nic nie jest tym, na co wygląda...

Sku­pił się na ostat­nich deta­lach akcji pla­no­wa­nej na następny dzień. Jej sce­na­riusz róż­nił się w szcze­gó­łach od poprzed­nich.

28 lutego 2017, wto­rek

Body cze­kał na szefa. Swoją ksywę zawdzię­czał musku­lar­nej budo­wie ciała. Metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i sto dwa­dzie­ścia jeden kilo­gra­mów mię­śni pozba­wio­nych grama tłusz­czu. O dzie­więć kilo­gra­mów wię­cej niż Wita­lij Kliczko, bok­ser WBC.

Naresz­cie pryn­cy­pał poja­wił się w drzwiach. Body w każdy wto­rek odwo­ził go na lot­ni­sko na Lublinku, a potem dostar­czał mer­ce­desa i walizkę z kasą do jego willi. Następ­nie powi­nien wró­cić do domu swoim pas­sa­tem, któ­rego tam zosta­wił.

Po umiesz­cze­niu kasy w sej­fie nastę­po­wała jed­nak drobna mody­fi­ka­cja planu, o któ­rej szef nie wie­dział. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Cze­kała tam na niego, rów­nie nie­cier­pli­wie jak on, żona szefa. Dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nia dłu­go­noga ruda pięk­ność ze świeżą opa­le­ni­zną pro­sto z Dubaju. Z którą przy­pa­dli sobie do gustu i spo­ty­kali się od pół roku. Oczy­wi­ście jedy­nie wów­czas, kiedy jej męża nie było w domu. A że czę­sto go nie było, to Body spę­dzał z panią Winiar­ską wię­cej czasu niż jej pra­wo­wity mał­żo­nek. Dbał o każdy kawa­łe­czek jej ciała.

Na to cze­kał, od kiedy Winiar­ski powie­dział o dzi­siej­szym wyjeź­dzie. On, jego testo­ste­ron i pozo­stałe krą­żące we krwi hor­mony. Które nie tyle krą­żyły, ile zapier­da­lały w żyłach jak małe samo­cho­dziki i Body czuł się jak tyka­jąca bomba, która w każ­dej chwili może eks­plo­do­wać. Zaczął ukła­dać sce­na­riusz spo­tka­nia. Dłoń powę­dro­wała na kolano i musiał sobie wbić do głowy, że jesz­cze chwilkę musi pocze­kać.

Wra­cał obrze­żami mia­sta, skrę­cił już ze Szcze­ciń­skiej w Sia­no­kosy, po chwili był na Oku­lic­kiego. Lekko go zarzu­ciło na ostrym zakrę­cie. Pano­wały egip­skie ciem­no­ści, szosę oświe­tlały wyłącz­nie reflek­tory jego samo­chodu. W tych warun­kach powi­nien zwol­nić, ale hor­mony wymie­szane z opa­rami ben­zyny tłu­miły roz­są­dek, a droga była pusta. Przy­ha­mo­wał przed prze­jaz­dem kole­jo­wym, po czym znów doci­snął gaz. Zro­bił objazd i doje­chał do Łozo­wej. Już czuł zapach per­fum Ilonki. Musiał zwol­nić z powodu dziur w asfal­cie i sła­bej widocz­no­ści. Minął ostat­nie zabu­do­wa­nia i dojeż­dżał do nasypu nie­strze­żo­nego prze­jazdu kolei aglo­me­ra­cyj­nej. Za nim były już tylko poro­śnięte samo­siejką pust­ko­wia. Z pra­wej strony opusz­czony zakład pro­duk­cyjny ze spa­loną do połowy ruiną i ogródki dział­kowe, wymarłe o tej porze roku. Wokół żywego ducha. Zbli­żała się pół­noc.

Przed torami stał samo­chód. Miał włą­czone świa­tła awa­ryjne, dzięki czemu Body nie zapar­ko­wał mu w dupie. Zaklął i gwał­tow­nie zaha­mo­wał. Obok auta leżał pogięty rower i czło­wiek wyglą­da­jący jak kupka szmat, zagra­dza­jąc prze­jazd. Zatrzy­mał się tuż za zde­rza­kiem volks­wa­gena. Drzwi od strony kie­rowcy były sze­roko otwarte.

- Kurwa, trzeba być debi­lem, żeby w lutym popier­da­lać na rowe­rze, i to w środku nocy - zaklął wku­rzony.

Gdyby hor­mony nie zmą­ciły mu umy­słu, zacho­wałby czuj­ność, wio­ząc dwie­ście dwa­dzie­ścia koła. Na tle otwar­tych drzwi samo­chodu zary­so­wała się syl­wetka męż­czy­zny. Twarz zaja­śniała nie­współ­mier­nie mocno w sto­sunku do reszty postaci. Body wes­tchnął zre­zy­gno­wany i odchy­lił się, wypi­na­jąc pas. Oswo­bo­dzony wysta­wił lewą nogę na jezd­nię. Pod­niósł głowę do góry i zamarł. Strach spa­ra­li­żo­wał jego ciało. Poczuł skurcz żołądka i ucisk w klatce pier­sio­wej. Serce pode­szło mu do gar­dła. Przed nim stała postać w bia­łej masce z agre­syw­nym maki­ja­żem i czer­wo­nymi ustami...

Śmierć...! Źre­nice mu się roz­sze­rzyły, mię­śnie łydek i ramion napięły.

Nie, zaraz... To maska Mefi­sto! Widział ten chro­mo­lony film dawno temu... Spa­ra­li­żo­wany stra­chem mózg zaczął znowu pra­co­wać. Prze­cież dziś ostatki! Prze­bie­ra­niec wraca z balu!

Ulga roz­luź­niła napięte mię­śnie. Ode­tchnął pełną pier­sią.

Wokół pano­wała cał­ko­wita cisza. Gdzieś w oddali zaszcze­kał pies. Postać unio­sła wypro­sto­wane ramiona. Bły­snął srebrny metal. Wylot lufy pisto­letu był ostat­nią rze­czą, jaką Body zoba­czył.

Wraz z hukiem wystrzału w jego czole poja­wił się otwór. Try­snęła krew i popły­nęła cie­płą strugą, zale­wa­jąc mu usta. Opadł na plecy w poprzek sie­dzeń. Twarz prze­cięta krwawą wstęgą upodob­niła go do maski Mefi­sto. Reży­ser tego spek­ta­klu doce­niał takie bonusy. Przez chwilę kon­tem­plo­wał dzieło w pul­su­ją­cym świe­tle lamp awa­ryj­nych.

Wyjął z mer­ce­desa reje­stra­tor jazdy, a z nese­sera gotówkę i wło­żył tam przedarty bank­not. Scho­wał do bagaż­nika rekwi­zyty, rower i udra­po­wane szmaty. Poha­mo­wał chęć zapa­le­nia papie­rosa. Spoj­rzał w niebo. Tylko gwiazdy były świad­kami jego poczy­nań. Wyglą­dały jak maleń­kie świe­tliki, a w rze­czy­wi­sto­ści miały śred­nice milio­nów kilo­me­trów.

Nic nie jest takie, jak wygląda.

Minął tory i poje­chał szu­trową drogą, dalej nie było już żad­nych zabu­do­wań. Przy prze­jeź­dzie kole­jo­wym został srebrny ośmio­cy­lin­drowy mer­ce­des S 320 CDI.

1 marca 2017, środa

Pies biegł w kie­runku torów. Wiatr roz­wie­wał mu futerko, a łapy miał ubło­cone aż do brzu­cha. Wolała nie myśleć, ile czasu będzie go czy­ścić pod prysz­ni­cem po powro­cie do domu. Zawo­łała, żeby wra­cał, ale roz­sza­lał się na całego. Kiedy pod­cho­dziła bli­żej, przy­pa­dał do ziemi i wyska­ki­wał do góry, okrę­cał się wokół wła­snego ogona i gnał przed sie­bie. Pro­wo­ko­wał ją do zabawy. Cóż, skoro zde­cy­do­wała się na szcze­niaka...

- Dobrze, Maks, do torów i z powro­tem. - Rzu­ciła psu patyk. Pobiegł jak sza­lony, uszy powie­wały mu w pędzie. Uśmiech­nęła się roz­bro­jona. Sło­dziak.

Przed samymi torami na pobo­czu stał ele­gancki srebrny samo­chód. Nikogo obok nie było. Pode­szła bli­żej, żeby spraw­dzić, czy kie­rowca źle się nie poczuł. Zaj­rzała przez szybę. Zakryła usta, wyjęła z kie­szeni tele­fon i połą­czyła się z nume­rem 997.

8 marca, środa

Dziki i Jasień prze­glą­dali zdję­cia z miej­sca zbrodni. Minął tydzień od zda­rze­nia. Sek­cja potwier­dziła przy­czynę śmierci. Strzał z pisto­letu. Kula została w czaszce ofiary. Modus ope­randi zabój­stwa Lucjana Bosaka, ksywa Body, odbie­gał od poprzed­nich, co było zro­zu­miałe. Bio­rąc pod uwagę jego posturę, próba udu­sze­nia go miała małe szanse powo­dze­nia.

- Mia­łeś, Adam, rację, twier­dząc, że zabójca ma broń - powie­dział Wilk, wita­jąc się rów­no­cze­śnie z pro­ku­ra­to­rem. - Obyś się mylił w dru­giej kwe­stii.

- Też bym chciał. - Dziki wyjął z szafki fili­żankę. - Espresso czy ame­ri­cano?

- O czym mówi­cie? - zain­te­re­so­wał się Jasień.

- O por­cji kawy, espresso to...

- Pytam, w jakiej kwe­stii wolał­byś się mylić - spre­cy­zo­wał pro­ku­ra­tor.

- A, jasne. - Dziki prze­tarł dło­nią łuki brwi. - Jestem roz­ko­ja­rzony, w nocy mie­li­śmy dwa wezwa­nia. Sprawca jakby znał metody pro­wa­dze­nia śledz­twa. Wie, jakich śla­dów będziemy szu­kać...

- Podej­rze­wasz, że to glina? - Jasień wycią­gnął oczy­wi­sty wnio­sek.

- Nie wiem... Tym razem mamy pocisk, cze­kamy, czy ARSE­NAŁ go ziden­ty­fi­kuje.

Broń palna po zde­to­no­wa­niu ładunku pro­cho­wego zosta­wia na łusce oraz poci­sku ślady mecha­nicz­nych zary­so­wań, two­rząc zacię­cia cha­rak­te­ry­styczne dla danego egzem­pla­rza. Broń posia­dana legal­nie jest przed sprze­dażą odstrze­li­wana, a odstrze­lony pocisk, będący wizy­tówką pisto­letu i wła­ści­ciela, tra­fia do bazy Auto­ma­tycz­nego Sys­temu Iden­ty­fi­ka­cji Broni ARSE­NAŁ i czeka na mate­riał porów­naw­czy, czyli w prak­tyce na zna­le­zie­nie broni, a tym samym jej wła­ści­ciela.

Otwo­rzyły się drzwi i wszedł tech­nik z uśmie­chem kota z Che­shire.

- Co tam, chło­paki? - Rzu­cił się zama­szy­ście na krze­sło. Wie­dział, że nie­cier­pli­wie cze­kają na tę infor­ma­cję, więc celowo ocią­gał się z jej poda­niem. W tej pracy miał mało roz­ry­wek.

- Gadaj, kurwa, bo cię zapusz­kuję za znę­ca­nie się. - Dzi­kiemu naj­szyb­ciej puściły nerwy.

- No więc, pano­wie... - Zamie­rzał się podro­czyć, ale spoj­rzał na Dzi­kiego i odpu­ścił, tam­ten miał mocny prawy sier­powy. - Mamy pisto­let!

- A więc zare­je­stro­wany! - ucie­szył się Dziki. - Bingo!

- Do kogo należy? - Jasie­niowi zaświe­ciły się oczy.

- Po kolei... - Sady­sta uniósł otwartą dłoń do góry, jakąś przy­jem­ność musiał mieć. - To pol­ski pisto­let samo­pow­ta­rzalny P-64 z lufą na cztery bruzdy pra­wo­skrętne, tak zwany CZAK. Z maga­zyn­kiem wymien­nym pudeł­ko­wym na sześć naboi 9 mm Maka­rowa. Jesz­cze do nie­dawna naj­mniej­szy pisto­let zasi­lany tym nabo­jem... - Patrzył z satys­fak­cją na wra­że­nie, jakie zro­bił. - Zatkało kakało?

- Bez gastro­no­mii! To stary rupieć, ktoś go jesz­cze używa? Wieki temu TT-tki go wyparły, w latach sześć­dzie­sią­tych chyba... To zaby­tek.

- Model "M" - dodał z satys­fak­cją zwia­stun rewe­la­cji.

- M? Wer­sja mili­cyjna...

- Zga­dza się, komi­sa­rzu.

- Na kogo zare­je­stro­wany?

- Zaraz z butów powy­ska­ku­je­cie. - Pod­parł się pod boki, ale napo­tkał wzrok Dzi­kiego i szybko dokoń­czył. - Zare­je­stro­wany został na funk­cjo­na­riu­sza poli­cji, sier­żanta Kazi­mie­rza Loc­kiego.

- Niech to szlag, Adam! Więc mia­łeś rację! - Wilk zaczął krą­żyć po pokoju.

- Gdzie pra­cuje? - odzy­skał głos Jasień.

- Tu jest pro­blem...

- Chyba nie chcesz powie­dzieć, że u nas?

- Sier­żant Locki zagi­nął osiem­na­ście lat temu.

- Jak to? - wykrzyk­nęli wszy­scy trzej rów­no­cze­śnie.

- Powin­ni­ście się sły­szeć! - Tech­nik ucie­szył się z wra­że­nia, jakie zro­bił. Miał dziś bar­dzo udany dzień.

- Co to zna­czy? Nie żyje?

- Nie wia­domo. Znik­nął i nikt nie wie, co się z nim stało. Ciała do dziś nie zna­le­ziono.

- Miał jakąś rodzinę?

- Ja swoje zro­bi­łem, reszta to wasza działka.

- Gdzie to się stało?

- Był wtedy poste­ru­nek w wio­sce Chów-Par­cele. Za Ozor­ko­wem. Ponad dzie­sięć lat temu został zli­kwi­do­wany, doku­menty prze­jął Zgierz.

10 marca, pią­tek

Dziki przy­je­chał do Zgie­rza prze­stu­dio­wać doku­men­ta­cję sier­żanta Loc­kiego. Zagi­nął w maju 1999 roku, mając czter­dzie­ści lat. Zosta­wił żonę i syna. Tu, w Zgie­rzu, pra­co­wał czło­wiek, który był pod­wład­nym Loc­kiego na poste­runku w Par­ce­lach. Pięć­dzie­się­cio­ośmio­letni Sta­ni­sław Kasprzy­kow­ski na początku potrak­to­wał Adama nie­uf­nie. Oba­wiał się, że Woje­wódzka wykryła jakieś nie­pra­wi­dło­wo­ści w funk­cjo­no­wa­niu poste­runku w Chów-Par­ce­lach sprzed lat i on zosta­nie za nie obcią­żony odpo­wie­dzial­no­ścią. Kiedy dowie­dział się, o co cho­dzi, stał się bar­dziej roz­mowny.

- Żona nie wie­działa, co mogło się z nim stać? - Dziki zaczął prze­słu­cha­nie od pytań o rodzinę sier­żanta.

- Żona? Skąd! On robił, co chciał, nie pytał o pozwo­le­nie. Piękna kobieta. Jak z ame­ry­kań­skiego filmu. Jesz­cze teraz nie­źle wygląda.

- Co to zna­czy, zdra­dzał ją?

- Na ten temat to nic nie wiem. Ale... na początku parę razy widzia­łem u niej siniaki na twa­rzy... wie pan. Nie­obli­czalny był.

- Na początku?

- Potem nauczyła się nie pro­wo­ko­wać go. Scho­dzić z drogi.

- Skąd pan wie, że to mąż ją ude­rzył?

- Komi­sa­rzu! Pan go nie znał! Gdyby ktoś inny to zro­bił, toby go pocho­wali następ­nego dnia. To był furiat...

- Sady­sta?

- Mało powie­dziane. Oszo­łom. Ona się nauczyła z tym żyć i nie pod­ska­ki­wała. Wie­działa, że jakby chciała uciec, to by go ośmie­szyła. Zna­la­złby ją na końcu świata. Może mi pan wie­rzyć...

- Tole­ro­wa­li­ście to?

- Komi­sa­rzu, było nas tam trzech. Bo czwarty wła­śnie spró­bo­wał nie tole­ro­wać. Z poła­ma­nymi żebrami i szczęką odwieźli go karetką do szpi­tala. Zanim go zabrali, Locki zagro­ził, żeby nie szu­rał, bo to samo może spo­tkać jego brata. To bie­dak zeznał, że go napa­dli w lesie po ciemku, i nie roz­po­znał. Wypro­wa­dził się, jak tylko wyszedł ze szpi­tala, zabrał całą rodzinę i już go nie widzie­li­śmy. Nikt Loc­kiemu nie pod­sko­czył. Nikt...

- A pan? Mógł pan patrzeć, jak nad­uży­wał sta­no­wi­ska?

- Nie zro­zu­mie pan tego. On miał kolesi w powie­cie. I paru zbi­rów u nas. A dono­siła mu więk­szość. To mała spo­łecz­ność. Maleńka. Nie było tajem­nic. A on potrze­bo­wał wor­ków do bicia... Gnida jakich mało. Miał dni złe i dni gor­sze. W te gor­sze strach było wejść mu w drogę... A potem zaczął w te gor­sze pić... Coraz wię­cej... I coraz mniej było tych złych...

- To rysuje mi się kon­cep­cja... Wielu oso­bom się nara­ził. Mogli chcieć się zemścić. Nawet ten Czwarty, co mu Locki żebra poła­mał.

- Spraw­dzali go wtedy. Do Szcze­cina się prze­niósł. Nie miał z tym nic wspól­nego.

- Co ludzie mówili? Prze­cież jakieś podej­rze­nia mie­li­ście? W takiej małej spo­łecz­no­ści trudno coś ukryć.

- My miej­scowi to pew­ność mie­li­śmy.

- Słu­cham? - Adam wstał i pod­szedł do okna. - Wie­dzie­li­ście, co się stało? Mam całą doku­men­ta­cję. Woje­wódzka pro­wa­dziła docho­dze­nie, nawet Komenda Główna przez jakiś czas się zaj­mo­wała sprawą. To był jed­nak funk­cjo­na­riusz... Nie widzę żad­nych kon­kret­nych hipo­tez.

- Ano, bo nie ma... A chce pan usły­szeć? Nie­ofi­cjal­nie.

- Jasne. - Dziki spoj­rzał zdzi­wiony. Tego jesz­cze nie grali... - Wie­cie, co z cia­łem się stało? - nagle go oświe­ciło. - Rozu­miem! Wspól­nie się go pozby­li­ście?

- Nie, komi­sa­rzu, skąd. - Kasprzy­kow­ski się uśmiech­nął. - Nic z tych rze­czy. I nie dla­tego, że mu się nie nale­żało, skur­wie­lowi. Nie było odważ­nego.

- Więc co się stało?

Kasprzy­kow­ski spoj­rzał na zega­rek. Stara gwar­dia, która nosiła jesz­cze zegarki. I to mecha­niczne. Adam nie omiesz­kał tego sko­men­to­wać.

- Jak pan widzi. Ale i komi­sarz widzę z tego samego klubu.

- Tak. Mia­łem kie­dyś po dziadku, ale dwa lata temu zasza­la­łem i za dwie pen­sje kupi­łem nowy.

- Robi wra­że­nie. Mój po ojcu.

- Będzie cho­dził dłu­żej niż ten - zauwa­żył Dziki. - Spie­szy się pan? Zają­łem dużo czasu.

- Nie o to cho­dzi. Mogę już wycho­dzić, więc może sią­dziemy coś prze­gryźć po dru­giej stro­nie ulicy? Pyszny kapu­śniak na wędzonce robią. Palce lizać. Tam spo­koj­nie poga­damy.

- Z chę­cią. - Adam zro­zu­miał, że Kasprzy­kow­ski nie chce oma­wiać sprawy na komen­dzie.

Usie­dli w kącie przy­tul­nej salki. Sto­liki nakryte były kwie­ci­stymi obru­sami. Zamó­wili zachwa­lany przez Kasprzy­kow­skiego kapu­śniak na wędzonce i cepe­liny.

- Zdziwi się pan, że pamię­tam nie­które rze­czy po pięt­na­stu latach, zaraz, nawet chyba już wię­cej czasu minęło, odkąd zgi­nął.

- Osiem­na­ście - popra­wił go Adam.

- A cho­lera, jak ten czas leci... Wtedy zda­rzyło się coś, można powie­dzieć, nie­spo­ty­ka­nego. Locki dostał w dupę.

- Kto się odwa­żył?

- Pan słu­cha, komi­sa­rzu. Jedna nitka do nas od szosy głów­nej pro­wa­dziła... Zresztą do tej pory tak tam jest. Synuś prusz­kow­skiego mafioza zapu­ścił się swoim lam­bor­ghini i zgu­bił drogę. A Locki pre­tek­stu, żeby dać komuś wpier­dol, od dawna nie miał, bo mu wszy­scy z drogi scho­dzili. Więc na gło­dzie był.

- Zapo­wiada się cie­ka­wie. - Dziki powstrzy­mał uśmiech, domy­ślał się już dal­szego ciągu.

- Słu­chaj pan dalej... - Kasprzy­kow­ski też uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie tam­tego dnia. Więk­szość minio­nych zda­rzeń stała się z cza­sem białą plamą, a tamto wspo­mnie­nie było wiecz­nie żywe. Jakieś kolo­rowe takie. Powie­dział o tym Ada­mowi.

- Może cze­kał pan na to z utę­sk­nie­niem?

- Wszy­scy cze­ka­li­śmy jak cho­lera!

- I...?

- I się docze­ka­li­śmy! Loc­kiego już sam widok lalu­sia wkur­wił. A to auto jesz­cze bar­dziej. Przy ryneczku nasz poste­ru­nek był, aku­rat sporo ludzi się krę­ciło. Każdy niby odwra­cał głowę, przy­glą­dać się sier­żan­towi też nie było bez­piecz­nie. Ale wszy­scy cze­kali, co z tego wynik­nie. A laluś pod­je­chał i zasta­wił radio­wóz. I pre­tekst był... Cho­ciaż dla niego nie zawsze był potrzebny. Od słowa do słowa, za dużo tych słów nie było, synuś dostał man­tel i z buzią jak świeży tatar z cebulką i zła­maną ręką został wepchnięty do swo­jej luk­stor­pedy z przy­ka­za­niem, żeby jego dupa wię­cej w Chów-Par­ce­lach się nie poka­zy­wała. Na odjezdne dostał jesz­cze parę razy lolą w maskę... Aż bolało, jak ten złoty lakier pry­skał.

Kasprzy­kow­ski na to wspo­mnie­nie aż się przy­gar­bił.

- Wró­cił? - Nie mógł się docze­kać dal­szego ciągu Dziki.

- Nie sam. Synuś przy­je­chał z dwoma fiszami. Locki musiał go prze­pro­sić pod groźbą utraty pracy i wsa­dze­nia do pier­dla. Wię­zie­nia bał się mniej niż utraty sta­no­wi­ska, to ono czy­niło go Bogiem w tej dziu­rze. Prze­pro­sił, a laluś drwił z niego w żywe oczy, nie żało­wał sobie. Publicz­nie.

- Wyobra­żam to sobie!

- Mia­łem farta widzieć to na wła­sne oczy. Mio­dzio! Synuś wyco­fał zarzuty, a sier­żant dostał ostrze­że­nie. Jeśli sytu­acja się powtó­rzy, wypier­dol z roboty. Kiedy odje­chali, uchlał się. Co dalej, nie wiem, bo ludzie poucie­kali, żeby mu się gdzieś nie­chcący nie napa­to­czyć. Poza­my­kali się w domach. Następ­nego dnia już go nie było.

- Więc co się stało?

- Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści. Synuś ofi­cjal­nie odpu­ścił, bo był jakiś układ. Ale tatuś musiał zacho­wać twarz i zemścił się za ska­to­wa­nie jedy­naka... nieofi­cjal­nie. Przy­je­chali w nocy i zabrali Loc­kiego albo na miej­scu utłu­kli. Mafia skłonna do wyba­cza­nia nie jest, nie?

- Więc taki wariant przy­ję­li­ście? Logiczny... A nie mógł uciec, wie­dząc, że tak się może to skoń­czyć? On cał­kiem głupi nie był?

- W tam­tym cza­sie? Pijany jak świ­nia? Na pie­szo z tego zadu­pia, bo radio­wóz został? Nie, raczej tego nie widzę...

- Więc co stało się z cia­łem?

- Musieli wywieźć pod osłoną nocy. Poli­cja roz­orała cały teren w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów. Rzeki nie ma, żeby uto­pili. Stud­nie spraw­dzili. Psy poli­cyjne wario­wały, bo jego ślady były wszę­dzie... Ale nie zna­la­zły nic.

- No dobrze, ale droga dojaz­dowa jest jedna. Polem nie poje­chali... Mam w zezna­niach, że nikt nie sły­szał w nocy, żeby prze­jeż­dżał samo­chód. No i z domu musie­liby go wycią­gnąć. Tam była żona...

- Nie wiem, sam miesz­ka­łem tuż przy dro­dze. Musie­liby koło mnie jechać... Nie sły­sza­łem. To jest, kurwa, zagwozdka.

- Są zezna­nia świad­ków. - Adam miał w gło­wie całą doku­men­ta­cję. - Mafiozo i jego syn mają na ten czas alibi. I to nie fik­cyjne, byli rze­czy­wi­ście w miej­scu publicz­nym. Tyle że takie zada­nia ludziom się zleca.

- To jest zagadka. Jak pan to odkryje, do tego po tylu latach, to... sta­wiam obiad w Ana­tewce!!! Gęsi pipek palce lizać tam dają... I barsz­czyk z fasolką. Raz byłem. Bo wie pan, co?

- Tak?

- Ja tamtą noc pamię­tam jesz­cze z jed­nego powodu... - Kasprzy­kow­ski lekko się zaczer­wie­nił. - Dziew­czyna ze mną była... Moja obecna żona... Jasno już było, jak spać poszli­śmy... Okno było otwarte.

- Sły­szałby pan, gdyby samo­chód prze­jeż­dżał?

- Bez­względ­nie.

- Ale był pan... hm... zajęty. Mógł pan nie sku­piać się na dro­dze. Przez okno pan nie wyglą­dał.

- Moja uwaga istot­nie była skie­ro­wana gdzie indziej, ale...

- Ale?

- Jest "ale"... Rurę w poprzek drogi kła­dli. Wtedy prze­wier­tem tego nie robili. Cham­ski rów był wyko­pany. I przy­kryty dechami. Pan możesz sobie wyobra­zić, jaki to hałas robiło? Każdy prze­jazd po tych dechach sta­wiał na nogi, tak napier­da­lało.

- Nie ma tego w pana zezna­niach.

- Bo nie powie­dzia­łem. Celowo. Chcia­łem, żeby się wynie­śli i dali nam spo­kój. A to był dowód, że on jed­nak gdzieś tu był. Skur­wiel, niech mu zie­mia czy co tam go przy­krywa cię­ża­rem będzie...

- Może do tej dziury koło pana go wpa­ko­wali? - Przy­szło Ada­mowi do głowy.

- Nie, na drugi dzień opier­do­li­łem roboli, sam deski zwa­li­łem i kaza­łem zasy­pać. Nie­stety, bo by się sprawa roz­wią­zała.

- To mamy pro­blem.

- Wie pan, jak tak wra­cam myślami wstecz... - Kasprzy­kow­ski głę­boko się zamy­ślił - to się różne dziwne rze­czy przy­po­mi­nają... On miał takie powie­dzonko, naj­czę­ściej go uży­wał, jak komuś dawał wpier­dol, a bie­dak się pró­bo­wał tłu­ma­czyć... Mówił: "Nic nie jest takie, na jakie wygląda". Wszy­scy to powta­rzali, kiedy jego nie było w pobliżu. Został kie­dyś odzna­czony, takie były czasy, uro­czy­stość się odbyła w naszym zadu­piu. Jak mu przy­pi­nali odzna­cze­nie, ludzi­ska mię­dzy sobą to zda­nie powta­rzali...

- Dobre...

- Można po tylu latach dać sobie spo­kój z gno­jem.

- Można by było, gdyby w zeszłym tygo­dniu nie zgi­nął czło­wiek.

- A co ma pier­nik do wia­traka?

- Zastrze­lono go z P-64 CZAK nale­żą­cego do sier­żanta Loc­kiego.

- O kurwa! - Poli­cjant wychy­lił się do przodu. - Czyli mafia go wtedy dopa­dła i zabrali mu spluwę... Ale szu­kać to ich w polu teraz można.

- A nie dopusz­cza pan faktu, że on żyje? Miałby teraz pięć­dzie­siąt osiem lat. Tyle, ile pan.

Cień wątpliwości

13 marca, ponie­dzia­łek

Czarne bmw wyprze­dziło dwa tiry i mer­ce­desa. Do skrętu na Chów-Par­cele zostało osiem kilo­me­trów. Dziki był umó­wiony z żoną Kazi­mie­rza Loc­kiego. Wła­ści­wie wdową po nim. "Nic nie jest tym, na co wygląda", przy­po­mniał sobie powie­dzonko sier­żanta przy­to­czone przez Kasprzy­kow­skiego.

Ano nie jest!

Nie ocze­ki­wał po tej wypra­wie spek­ta­ku­lar­nych suk­ce­sów. Był pewien, że osiem­na­ście lat temu poszu­ki­wa­nia zostały popro­wa­dzone z nale­żytą sta­ran­no­ścią. Tak się zawsze działo, kiedy sprawa doty­czyła funk­cjo­na­riu­sza. Liczył na zna­le­zie­nie jakie­goś punktu zacze­pie­nia. Ludzie nie zni­kają bez śladu! Gdzieś musiał być błąd... Nie­uważ­ność...

Coś tak oczy­wi­stego, że nikt nie poświę­cił temu uwagi.

Skrę­cił w prawo w wąską szosę obsa­dzoną po obu stro­nach drze­wami. Koła sunęły miękko po asfal­cie. Na zdję­ciach sprzed osiem­na­stu lat droga była pokryta kocimi łbami. Lustro­wał oto­cze­nie, roz­wa­ża­jąc moż­li­wość, że Locki jed­nak zbiegł. Wycho­dził z zało­że­nia, że jeżeli zda­rze­nia z logicz­nego punktu widze­nia nie mogły zaist­nieć, to zna­czy, że nie zaist­niały. Nikt nie widział wjeż­dża­ją­cego obcego samo­chodu od strony szosy głów­nej. Tak było spi­sane w pro­to­ko­łach zeznań i potwier­dził to w roz­mo­wie Kasprzy­kow­ski.

Zabójcy na pie­chotę nie przy­szli. Czyli nie zabili Loc­kiego.

Sier­żant nie wyje­chał, ponie­waż jedyny samo­chód, jakim dys­po­no­wał, został na miej­scu. Ale mógł przejść w nocy nie­zau­wa­żony do szosy i zła­pać stopa albo prze­cze­kać do rana, a potem jakim­kol­wiek środ­kiem loko­mo­cji odje­chać w dowol­nym kie­runku...

Na pod­sta­wie wie­dzy, jaką dotych­czas posia­dał, logika pod­po­wia­dała mu taki prze­bieg zda­rzeń.

Zbli­żała się godzina dzie­wiąta, z Locką umó­wił się o jede­na­stej... Teraz nazy­wała się Rolecka.

Wje­chał na rynek zabu­do­wany wokół dwu­kon­dy­gna­cyj­nymi budyn­kami. Znał go już pra­wie na pamięć ze zdjęć. Zmie­niły się szyldy i branże skle­pi­ków, ale poza tym nie­wiele. Sklep mię­sny pozo­stał w tym samym miej­scu, gdzie był pięt­na­ście lat wcze­śniej. Rów­nież księ­gar­nia i warzyw­niak. Na miej­scu poste­runku poli­cji była teraz apteka.

Rynek leżał przy skrzy­żo­wa­niu dwóch dróg. Jedną z nich przy­je­chał, pro­wa­dziła dalej do miej­sco­wego kościoła, który był widoczny z rynku. Surowe neo­go­tyc­kie ceglane mury wspi­nały się wysoko, nisko pły­nące chmury zakry­wały co jakiś czas dach wieży i krzyż. Poja­wiał się i zni­kał. Dzi­kiego tak pochło­nął malow­ni­czy widok, że omal nie zapo­mniał, po co się tu zna­lazł. Z dru­giej strony warto było poznać atmos­ferę miej­sca, w któ­rym wyda­rzyło się nie­wy­tłu­ma­czalne. Ruszył na prze­chadzkę.

Przy kolej­nym skrzy­żo­wa­niu ulica się koń­czyła sta­rym, poro­śnię­tym drze­wami cmen­ta­rzem. Cią­gnął się aż do muru kościoła. Skie­ro­wał się w tamtą stronę. Chod­nik pod jego sto­pami był nowy, uło­żony we wzory z sza­rych i czer­wo­nych kostek beto­no­wych. Cmen­tarz od ulicy oddzie­lał solidny mur z czer­wo­nej cegły. Był poła­tany i odno­wiony. Ulice były czy­ste. Ściany budyn­ków świeżo poma­lo­wane. Chów-Par­cele miały dobrego gospo­da­rza.

Mijał bramę, kiedy jego wzrok przy­cią­gnęła nie­wielka kaplica cmen­tarna z suro­wej czer­wo­nej cegły, wyglą­da­jąca na dużo star­szą niż kościół. Pod­szedł bli­żej. Było w niej coś upior­nego. Mroczna archi­tek­tura sko­ja­rzyła mu się z łódzką kamie­nicą braci Auer­ba­chów przy ulicy Naru­to­wi­cza. Poło­żył dłoń na zim­nej wie­ko­wej klamce, kiedy usły­szał za sobą kroki.

- Dzień dobry, zwie­dzamy od rana? - Star­szy wąsaty męż­czy­zna w piko­wa­nej kufajce z mio­tłą w dłoni pod­szedł bli­żej.

- Dzień dobry. Wła­ści­wie przy­je­cha­łem w innej spra­wie, ale nie mogłem się oprzeć...

- To nasza naj­więk­sza duma. Osiem­na­sty wiek. Dużo wycie­czek przy­jeż­dża... Dzięki temu coś się dzieje. A pan nie­tu­tej­szy... - Zacie­ka­wie­nie prze­bi­jało z głosu męż­czy­zny.

- Robi wra­że­nie. Mogę zaj­rzeć do środka?

- Każdy może.

Nie bez trudu otwo­rzył cięż­kie drew­niane wrota. Zaskrzy­piały żela­zne zawiasy. Wewnątrz pano­wał pół­mrok. Pod sto­pami miał zimne kamienne bloki wytarte sto­pami kilku poko­leń. Wnę­trze doświe­tlały jedy­nie górne okienka prze­szklone witra­żami. Osa­dzone w gru­bym murze, wpusz­czały nie­wiele świa­tła.

Oczy powoli przy­zwy­cza­jały się do pół­mroku, doj­rzał obraz z wize­run­kiem świę­tego Anto­niego wiszący na wprost wej­ścia. Na ocio­sa­nym kamien­nym ołta­rzu stała grom­nica. Drzwi z gło­śnym zgrzy­tem same zamknęły się za nimi, cał­ko­wi­cie odci­na­jąc świa­tło sło­neczne. Drew­niana więźba dachowa pra­co­wała, skrzy­piąc i trzesz­cząc, poru­szana nie­wi­dzial­nymi siłami.

Ze wszyst­kich zaka­mar­ków wiało chło­dem. Wstrzą­snął się, cho­ciaż nie był podatny na takie bodźce.

- Boi się pan? - Głos orga­ni­sty odbił się echem od ścian i wró­cił dziw­nie zmie­niony.

- A powi­nie­nem?

- To miej­sce na wszyst­kich źle działa.

- Piękna archi­tek­tura, ale... istot­nie, pobu­dza wyobraź­nię...

- Po ojcu jestem orga­ni­stą. Zaj­muję się opo­rzą­dze­niem terenu i kościoła. O kaplicę też muszę zadbać, świece wymie­nić...

- Pew­nie robi pan to przy otwar­tych drzwiach.

Ich gło­śny śmiech odbił się echem, odcza­ro­wu­jąc grozę miej­sca. Wyszli na zewnątrz, gdzie przy­wi­tało ich słońce.

- Od razu lepiej... - Dziki spoj­rzał na zega­rek. Zostało sporo czasu do godziny jede­na­stej.

- Spie­szy się pan? Pew­nie do rodziny? - Sta­ru­szek wyraź­nie szu­kał roz­mówcy.

- Nie. Do pani Rolec­kiej przy­je­cha­łem. - Wyjął legi­ty­ma­cję poli­cyjną. - Komi­sarz Adam Dziki z Komendy Woje­wódz­kiej w Łodzi.

- Ja Macia­szek Józef jestem. Zna­leź­li­ście Loc­kiego!? - Sta­ru­szek zatrzy­mał się prze­jęty.

- Nie. Ale przy­je­cha­łem w tej spra­wie. Pamięta pan coś z tam­tych wyda­rzeń? Może dzień, kiedy zagi­nął?

- Sporo lat minęło. Lał wtedy deszcz... Niebo pła­kało... - Macia­szek spoj­rzał w górę i się zadu­mał.

- Słu­cham?

- Ulewa, mówię, była wtedy. Jak ni­gdy przed­tem i ni­gdy potem...

- Ma pan genialną pamięć!

- Pamięć mam jak sito, ale daw­niej­sze sprawy jakby bar­dziej sie­dzą w gło­wie. Tam­ten dzień nie ze względu na Loc­kiego zosta­nie mi na zawsze w sercu. Nie tylko niebo pła­kało, ja też... Ojca wtedy pocho­wa­łem.

- Rozu­miem... A pamięta pan jesz­cze, co się wtedy działo? Możemy chwilę poroz­ma­wiać?

- Pew­nie, dla mnie to przy­jem­ność, bo za bar­dzo gęby otwo­rzyć nie mam do kogo. Ale usiądźmy gdzieś, bo nogi już nie te.

Wró­cili na rynek i usie­dli w kawiarni. Dziki zamó­wił her­batę i ser­nik dla nich obu.

Poło­żył na sto­liku dyk­ta­fon.

- Zga­dza się pan, żebym nagry­wał naszą roz­mowę?

- Oczy­wi­ście, panie komi­sa­rzu.

- Więc co istot­nego przy­po­mina pan sobie?

- Poprzed­niego dnia, zanim znik­nął, to była dopiero chryja... - zaczął roz­e­mo­cjo­no­wany roz­mówca i Dziki usły­szał to samo, co wcze­śniej opo­wie­dział mu Kasprzy­kow­ski. Było to naj­wy­raź­niej nie­za­po­mniane wyda­rze­nie dla całej tutej­szej spo­łecz­no­ści. Zakoń­czył kon­cep­cją, co według więk­szo­ści miesz­kań­ców stało się z sier­żan­tem. Pokry­wała się z prze­ka­zem, który dostał wcze­śniej od Kasprzy­kow­skiego.

- Więc jak pan wytłu­ma­czy - Dziki upił łyk gorą­cej her­baty - fakt, że nikt nie widział wjeż­dża­ją­cych obcych samo­cho­dów.

- Panie, a kto tam wie. Ludzi­ska poszli spać, nikt nie kon­tro­lo­wał, co się w nocy działo. A musiało się to stać w nocy, bo jesz­cze po zmroku parę osób widziało sier­żanta na ulicy... Zapity w bańkę...

- Tak, mam to w pro­to­ko­łach zeznań.

- No wła­śnie. A następ­nego dnia... Wła­ści­wie kon­kret­nie o któ­rej godzi­nie on znik­nął, to nie wia­domo. Bo rano był pogrzeb mojego ojca, był orga­ni­stą, więc na cere­mo­nię sta­wili się pra­wie wszy­scy. Ojciec był lubiany. Do rany przy­łóż... Dwa lata do dzie­więć­dzie­siątki mu zostało. Ale nie docze­kał, Pan Bóg miał swój plan...

- Bli­scy zawsze odcho­dzą za szybko, nie­za­leż­nie od tego, w jakim są wieku. Trudno się z tym pogo­dzić.

- O, to, to... Za szybko. - Józef Macia­szek zapa­trzył się w resztki ser­nika na tale­rzyku, oczy mu się zaszkliły. Po chwili się pozbie­rał. - Po pogrze­bie była stypa, dopiero w porze obia­do­wej oka­zało się, że ni­gdzie nie można zna­leźć sier­żanta.

- Kto to zauwa­żył pierw­szy?

- Nie mam poję­cia. I tak cud, że ktoś zwró­cił tak szybko uwagę, że go nie ma. Locki lubił sobie... - Sta­ru­szek ude­rzył się kan­tem dłoni w szyję i spoj­rzał wymow­nie. Gest nie budził wąt­pli­wo­ści. - Cza­sem na całe dni zni­kał.

- Tak, to też mam w zezna­niach...

- A po tym, co go spo­tkało, to nawet nikt by się nie zdzi­wił. Tylko chyba z powiatu dzwo­nili, to zaczęli go szu­kać... I tak do dziś nie zna­leźli - pod­su­mo­wał dra­ma­tycz­nie.

- No wła­śnie. Może żyć?

- Coś pan, komi­sa­rzu! Wyklu­czone! Ubity w czam­buł.

- Gdzie w takim razie podziało się ciało?

- Tego to ja nie wiem. Ani chybi musieli wywieźć. Bo poli­cja takie poszu­ki­wa­nie urzą­dziła, z psami nawet... Psy z psami cho­dziły, rozu­miesz pan? - zare­cho­tał z wła­snego dow­cipu, po czym dotarło do niego, że z "psem" wła­śnie roz­ma­wia i zawsty­dzony zakrył dło­nią usta. - Oj, prze­pra­szam, komi­sa­rzu, tak mi się wymskło...

- Dobre. Powi­nien pan dodać, że co dwie głowy, to nie jedna. - Adam nie miał pro­blemu z dow­ci­pami doty­czą­cymi swo­jego zawodu.

- Pan to jest równy facet.

- Może zapa­mię­tał pan coś... dziw­nego... co pana zasko­czyło, co nie zda­rzało się stan­dar­dowo, dało panu do myśle­nia?

- Wszystko zezna­łem wtedy, nic nie zata­iłem, bo i nie było co... Teraz już wiele z tego nie pamię­tam.

- Jasne. Może jesz­cze po ser­niczku zjemy? Przy­niosę...

- Nie odmó­wię.

Po chwili stały przed nimi nowe por­cje cia­sta.

- Niech pan powie parę słów o żonie sier­żanta. Jak im się ukła­dało?

- To aku­rat żadna tajem­nica. Locki był bru­tal i rap­tus. Ale jakoś sobie z tym pora­dziła, chyba naj­mą­drzej, jak mogła. Wie pan, sto­so­wała trzy zasady wzo­ro­wej żony: nie zaprze­czaj, nie wypy­tuj, nie odma­wiaj. Ona innego wyj­ścia nie miała.

- Rozu­miem... Co jesz­cze o niej może pan powie­dzieć?

- Drobna, deli­katna kobieta. Zawsze ele­gancka, jakby w tej dziu­rze to miało zna­cze­nie... Włosy jasny blond, uma­lo­wana... Jak aktorki w fil­mach. Przy­stojna, kul­tu­ralna, szkoda jej dla takiego... Ech!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Koło - potocz­nie: tysiąc zło­tych [wróć]

2. Picie alko­holu (gwara poli­cyjna) [wróć]

3. Pół litra wódki (gw. pol.) [wróć]

4. Opróż­nimy nie­je­den kie­li­szek wódki (gw. pol.) [wróć]

5. Butelka wódki (gw. pol.) [wróć]

6. Zalany w trupa (gw. pol.) [wróć]

7. Leżał upity (gw. pol.) [wróć]

8. W miej­scu, gdzie poru­szał się prze­stępca, roz­kłada się folię meta­li­zo­waną. Sondą pod­łą­czoną do gene­ra­tora podaje się na nią ładu­nek elek­tryczny około 3000 wol­tów. Impuls przy­ciąga pył do folii, odwzo­ro­wu­jąc pode­szwę buta. [wróć]

9. Dwu­me­trowa płyta z urzą­dze­niem pomia­ro­wym dają­cym dyna­miczny odcisk stopy z zazna­czo­nymi punk­tami naci­sku (tzw. podo­metr). [wróć]

10. 148 kk; para­graf kodeksu kar­nego - zabój­stwo [wróć]

11. Film w reż. A. Hitch­cocka [wróć]

12. Ilu­zo­ryczny cel, do któ­rego podąża boha­ter (filmu), nie­ma­jący wpływu na prze­bieg akcji. [wróć]

13. Gwa­rowe okre­śle­nie poli­cjanta [wróć]

14. Zamiar bez­po­średni [wróć]