Prolog
Za zdradę kompanów...
Mężczyzna wszedł bez pukania - zrzucono mu klucz przez okno, żeby sam sobie otworzył drzwi. Dziewczyna nie spodziewała się, że twarz gościa będzie ostatnią, jaką ujrzy w swoim niedługim, dwudziestojednoletnim życiu. Gdy zobaczyła wycelowaną lufę pistoletu, leżała na łóżku. Próbowała sięgnąć po telefon, ale nie miała szans.
Nic nie wskazywało na to, że pozornie przyjacielska wizyta będzie tak naprawdę egzekucją. Jacek N. był dobrym znajomym chłopaka ofiary, Piotra. Znany w środowiskach przestępczych pod pseudonimem Kato, odbył długą drogę, aby wysłać w zaświaty piękną blondynkę. Monika Hanssen mieszkała razem ze swym ukochanym w szwedzkim Malmö; Kato przybywał z Polski. Nawiasem mówiąc, to nie dziewczyna o perłowych włosach stanowiła główny cel - zadaniem Kato było zgładzenie kolegi. Oczywiście, jej los, jako świadka egzekucji Piotra R., został przesądzony na etapie planowania wyprawy, ale gdyby tamtego dnia nie było jej w domu, sprawy potoczyłyby się inaczej. Na ironię losu zakrawa fakt, że potencjalny obiekt zamachu przeżył i do dzisiaj zmaga się z traumą tamtego zdarzenia.
Tę historię opowiedział mi gangster związany z grupą pruszkowską, zastrzegając sobie anonimowość. Jego zdaniem Kato, który trafił z dożywotnim wyrokiem do więzienia, odpowiada nie tylko za tę zbrodnię. Jego mocodawcy zaś pozostają na wolności.
Sprawę tragicznej śmierci Moniki opisywały media. W pierwszym numerze magazynu "Śledczy" Ewa Ornacka opublikowała artykuł zatytułowany "Świat kobiet mafii nie przypomina Hollywood". Przytoczyła w nim słowa Piotra R., z którym spotkała się w nowogardzkim zakładzie karnym (odsiadywał wyrok za udział w grupie przestępczej Marka M. "Oczki"). "Do końca życia będę żył ze świadomością, że ta piękna, dobra jak anioł dziewczyna zginęła przeze mnie", wyznał. "Jej rodzina nigdy mi tego nie wybaczy".
Monika mieszkała w Szwecji od lat. Była piękna. Jak pisze Ornacka, w liceum podkochiwało się w niej kilku przystojnych kolegów. Dzięki jej urodzie zainteresowały się nią agencje modelingu i dziewczyna wkrótce pojawiła się na okładkach magazynów z modą. Jednocześnie była bardzo ambitna - zamierzała ukończyć studia prawnicze i realizować się w swoim hobby, fotografii podróżniczej. Stanowiła tak zwaną doskonałą partię, mogła zatem przebierać wśród najatrakcyjniejszych mężczyzn, lecz zapałała miłością do trzydziestosiedmioletniego gangstera. Początkowo najprawdopodobniej nie miała pojęcia, czym tak naprawdę zajmuje się Piotr, a potem wypierała ze świadomości coraz czarniejsze przypuszczenia. Przebywał w Szwecji "na wystawce", czyli ukrywał się przed policją, która akurat przeprowadzała masowe aresztowania w zachodniopomorskim środowisku przestępczym. Swoje interesy (napady na tiry, handel narkotykami) prowadził na skalę europejską, między innymi w Niemczech i Holandii. Do Skandynawii pojechał po wolność, a spotkał miłość, która wywróciła do góry nogami jego system wartości (według innej wersji poznał Monikę w Szczecinie). Przez głowę przemknęła mu nawet - naiwna, jak się miało okazać - idea porzucenia dawnych kompanów i przejścia na jasną stronę mocy. I być może dopiąłby swego, gdyby 22 lipca 1999 roku do drzwi jego dziewczyny nie zapukał Kato. Podobno powiedział jedynie: "No!", i zaczął strzelać.
Pierwsza kula trafiła Piotra; padł na ziemię, ale przeżył, udając martwego. Kątem oka widział, jak jego kompan zabija Monikę. Nie próbował jej ratować, zresztą nie był w stanie - sądził zapewne, że sam odpływa do krainy wiecznych łowów. Jednak gdy zabójca zmieniał magazynek, wykrzesał z siebie resztkę sił, zerwał się z podłogi i wybiegł z mieszkania.
Poczucie zagrożenia nie opuściło Piotra R. nawet w więzieniu. Nieustannie docierały do niego sygnały, że ludzie związani z kryminalnym podziemiem Szczecina dybią na jego głowę. W rozmowie z prasą wyznał nawet, że dostał ostrzeżenie: ktoś będzie próbował doprawić jego posiłek trucizną. Trudno powiedzieć, na ile owa psychoza strachu miała pokrycie w rzeczywistości, a na ile była efektem gigantycznego stresu. Jedno jest pewne: R. wciąż żyje. Na szczęście!
Dlaczego Kato przybył aż z Polski, by go zabić? Przecież byli kolegami z jednej grupy przestępczej. Otóż właśnie dlatego. Podczas gdy policja aresztowała gangsterów, on bujał po Europie, zatem padło na niego podejrzenie, że być może wystawił kompanów.
Zajmijmy się przez chwilę osobą egzekutora - Jacka N., pseudonim Kato. Jak głosi plotka, za spartaczenie roboty w Malmö mafia wydała na niego wyrok śmierci. Ponoć już nawet wygłuszono i oklejono folią pomieszczenie, w którym miało dojść do egzekucji, więc aresztowanie zwyczajnie uratowało mu życie. Czy szwedzkie zlecenie było jedynym zabójstwem, jakie popełnił? Wiele wskazuje, że nie.
Mój informator twierdzi, że po szczeblach gangsterskiej kariery Kato wspinał się jako członek różnych grup. "Najpierw latał u Sławka Krakowiaka, potem u Sznyta, przez jakiś czas kręcił się po Pruszkowie, aż w końcu zaczepił się na dłużej w szczecińskiej grupie Oczki. Zawsze cechowała go brutalność i skłonność do radykalnych rozwiązań. Bądźmy szczerzy, to był zwykły zwyrodnialec, bestia gotowa na wszystko. Ofiarom lubił obcinać ręce samurajskim mieczem. Jego szefowie szybko się zorientowali, że jest człowiekiem w gruncie rzeczy bez sumienia i można go wykorzystywać do mokrej roboty".
W 1993 roku stołeczne środowisko przestępcze zelektryzowała wiadomość: Janek z Otwocka, gangster zwany potocznie Żydem, chce odpalić Pershinga. Panowie się pokłócili i teraz Żyd szuka kilera na ożarowskiego bossa. Nie bardzo się orientowano, o co poszło, powszechnie wiadomo było natomiast, że z Żydem mało kto jest w stanie się dogadać. Nikt go nie lubił, a wielu zapłaciłoby spore pieniądze, żeby definitywnie zatkać mu twarz. Tyle że tym razem to on miał ochotę kogoś uciszyć. I to personę z samego szczytu świecznika.
Andrzej K. "Pershing" początkowo nic nie robił sobie z zagrożenia, tym bardziej że pozostawało raczej w sferze plotek niż faktów, ale z czasem spuścił z tonu. Zaczął obawiać się o życie. I wtedy, jak twierdzi mój rozmówca: "Wpadł na szatański plan. Plan, który kompletnie do niego nie pasował, bo jednak Pershing nie był człowiekiem gwałtownym i niechętnie wydawał wyroki śmierci. Z jakichś tam względów nie chciał zabijać Janka Żyda, ale postanowił wylać mu na głowę kubeł zimnej wody. Tym kubłem miała być śmierć kierowcy i bliskiego współpracownika Żyda, Jacka Ż. Pershing wierzył, że po takiej lekcji otwocki gangster przestanie się pultać i wróci do szeregu. Wydano wyrok, a do jego wykonania wydelegowano Kato. Razem z nim na mokrą robotę pojechali inni gangsterzy. Ale to Kato miał zabić...".
Na Jacka Ż. czekano pod warszawską dyskoteką Trend. W środku było wielu gości, także wywodzących się z grupy pruszkowskiej (to, co wydarzy się za chwilę, widział Masa oraz kilku gangsterów z grupy Marka Cz. "Rympałka"). W pewnym momencie do Ż. podeszli: Andrzej Z. "Słowik", Paweł M. "Małolat", wspomniany Kato oraz dwóch innych miastowych. Zaczęła się rozmowa; Jacek Ż., zapewne nieświadomy zagrożenia, wdał się w gwałtowną pyskówkę. Jako że na miejscu było wielu świadków, pruszkowscy zaproponowali, aby kierowca Żyda poszedł z nimi do ich samochodu, gdzie mieli kontynuować rozmowę.
Ż. uznał, że to dobry pomysł, i wsiadł do auta. Po chwili towarzystwo odjechało w siną dal. Taką, z której kierowca Żyda nie powrócił już nigdy. Wprawdzie w kartotekach figuruje jako osoba zaginiona, ale raczej trudno się spodziewać, że gangsterzy wywieźli go w bezpieczne miejsce i tam pozostawili.
"Cy Kato zabił chłopaka? Teraz wszyscy zaangażowani w tę zbrodnię śmieją się z niego. Oni są na wolności, a on siedzi z dożywotnim wyrokiem. Wprawdzie za inną sprawę, ale więzienie to więzienie. Gdyby zdecydował się opowiedzieć o kulisach zabójstwa Jacka Ż., o zleceniodawcach i innych uczestnikach tamtego zdarzenia, mógłby posłać do chliwa kilka osób. A sam miałby podstawę do oczekiwania na złagodzenie kary. Wyjść z więzienia po dwudziestu pięciu latach a nie wyjść nigdy to jednak duża różnica", mówi były gangster.
Na razie Kato milczy i siedzi z drobnymi przestępcami, z którymi na wolności nawet nie raczyłby porozmawiać.
* * *
Za przywłaszczenie mafijnych pieniędzy
Zbliżał się wieczór, gdy w kieszeni Marka D. "Doriana" odezwał się telefon. Dzwonił Pershing. Nie pytał, czy jego kierowca ma czas.
- Zaraz masz być u mnie - rzucił. - Jedziemy na wycieczkę.
- Dokąd?
- A co cię to obchodzi? Moja sprawa. A jak na Hawaje, to odmówisz?
- Na Hawaje nie dojedziemy samochodem.
- Nie mądrz się. Ty wszędzie dojedziesz, jak ci każę.
Ton jednoznacznie wskazywał, że boss nie żartuje.
Dorian rozłączył się, wskoczył w mercedesa i mniej więcej pół godziny później parkował pod willą Andrzeja K. w Ożarowie. Ten już czekał pod domem. Wyraźnie mu się śpieszyło.
- Kurs na Lublin - powiedział, wsiadając. - Wiesz, jak tam jechać?
Dorian wzruszył ramionami.
- Szefie, do Lublina to ja mogę z zamkniętymi oczami - odparł.
Ruszyli.
Wystarczyły dwie godziny, by mercedes sunął lubelskim Krakowskim Przedmieściem. Zatrzymał się przed jednym z eleganckich hoteli, gdzie znajdowało się kasyno, do którego ciągnęli nie tylko lokalni biznesmeni, ale i bogaci przybysze zza Buga.
W tej jaskini hazardu krążyły wielkie pieniądze, które jednak rzadko kiedy lądowały w portfelach grających. Ale bez względu na to, kto i ile tracił, jednym z tych, którzy zarabiali zawsze, był Andrzej K. Jego pomysł na biznes w kasynie wydawał się dziecinnie prosty - miał w nim swoich ludzi, którzy pożyczali graczom (rzecz jasna pod stołem) pieniądze. Na wysoki procent.
Popyt był tak wielki, że współpracownicy lidera Pruszkowa ledwie nadążali z podażą - tracący wszystko, z czym przyszli, hazardziści dramatycznie potrzebowali zastrzyku gotówki. Nawet jeżeli dług miał w przyszłości wywołać lawinę ponurych konsekwencji. Nakręceni alkoholem, przerażeni, że właśnie stracili ostatnią złotówkę, biegali po sali, szukając facetów, którzy - jakimś cudem - zawsze mieli wypchane portfele. I chętnie pożyczali, nie tłumacząc szczegółowo, na czym polega deal. W tych niepisanych umowach nie było informacji małym drukiem, tylko siano z ręki do ręki i krótki przekaz: "Rozliczasz się w ciągu trzech dni".
Dla amatorów ruletki te trzy dni były jak wieczność. Po czym wcale nierzadko okazywało się, że na zebranie żądanej kwoty nie wystarczyłyby nawet trzy lata...
Nawalali jednak nie tylko dłużnicy, ale i ludzie Pershinga. Fakt, niezwykle rzadko, ale zdarzało się...
W takiej właśnie sprawie Andrzej K. przyjechał z Dorianem do Lublina.
- Frajer mi wisi hajs, a mówi, że nie ma - oznajmił podczas podróży. - Ciekawe, co on z tą forsą zrobił? Widzisz, Mareczku, mógłbym mu tę kasę odpuścić, bo nie chodzi o jakąś wielką sumę. Ale są, kurwa, zasady! On ma mi wyjaśnić, gdzie przepultał kasę, ukorzyć się i zadeklarować termin zwrotu!
Kasyno znajdowało się na parterze. Ochroniarze, którzy doskonale wiedzieli, kim są właśnie przybyli goście, rozstąpili się na boki i ukłonili grzecznie.
Pershing niemal natychmiast dostrzegł winowajcę. Facet siedział przy stoliku, smętnie pochylony nad szklanką whisky, sprawiając wrażenie człowieka przygotowanego na spotkanie z przeznaczeniem.
Zbliżyło się do niego na dystans wyciągniętej ręki.
- Nad czym się tak, chuju, zastanawiasz? - zapytał Pershing.
Mężczyzna podniósł głowę i wpatrywał się przez chwilę w bossa tępym wzrokiem.
- A w czym rzecz? - wybełkotał.
- Już ty dobrze wiesz, w czym, frajerze. Nie strugaj wariata, bo skończysz gorzej, niż zakładam w tej chwili.
Współpracownik Andrzeja K. milczał przez chwilę.
- Nie mam, szefie - wyznał grobowym głosem. - No nie mam...
- Gówno mnie to obchodzi. Możesz sobie nie mieć, ale oddać, kurwa, musisz.
- Nie mam. Przegrałem.
- Jak to: przegrałeś? Przecież ty nie jesteś od grania, tylko od pożyczania frajerom!
- Wiem. Ale pomyślałem sobie...
- I nie jesteś, kurwa, od myślenia!
- Ale pomyślałem, że pofarci mi się. Że pójdzie mi karta i nie będzie żadnego problemu. Teraz nie mam. Nie oddam.
W tej samej chwili Pershing nie wytrzymał - jego pięść wylądowała na twarzy nieszczęśnika, który spadł z krzesła i rozciągnął się jak długi na podłodze. Prawdopodobnie na tym skończyłaby się "fizyczna" część kary, gdyby mężczyźnie nie odbiło. Wbrew logice i instynktowi samozachowawczemu chwycił za krzesło i ruszył w stronę bossa. Próbował załatwić problem w najbardziej nierozsądny sposób, czyli pod wpływem impulsu zamiast chłodnej kalkulacji. Pershing uderzył po raz drugi, po czym krzyknął do Doriana:
- Dawaj pod drzwi!
Kierowca wybiegł na parking, włączył silnik i z piskiem kół podjechał na wstecznym pod główne wejście, uderzając w drzwi. Szkło posypało się na chodnik. Otworzył bagażnik i wbiegł do kasyna. Razem z Pershingiem wyciągnęli dłużnika na zewnątrz i bijąc go po głowie, zapakowali do kufra.
Dla nieszczęśnika rozpoczęła się najtrudniejsza podróż i najgorszy czas w życiu.
W środku nocy mercedes zajechał do jednej z mafijnych dziupli pod Warszawą, gdzie na żywą przesyłkę czekało trzech oprawców. Mieli wytłumaczyć opornemu, że z Pershingiem nie pogrywa się w taki sposób. Że pieniądze się oddaje i - przede wszystkim - nie podnosi się ręki na szefa. Mężczyznę katowano dzień i noc, w zasadzie bez żadnej przerwy. Zmieniały się ekipy dręczycieli, ale bicie nie ustawało. Nie było zabawy w dobrego i złego policjanta. Złym był każdy.
Trzy dni później Pershing zadzwonił do swojego szofera.
- Odwieź klienta do Lublina. Ma dość.
W dziupli, gdzie trzymano ofiarę, oczom Doriana ukazał się koszmarny widok. Jak wspominał po latach: "Myślałem, że rzucę pawia. Przede mną stała jakaś ociekająca krwią masa, która człowieka przypominała jedynie w niektórych fragmentach. Głowa wyglądała tak, jakby przez kilka godzin trzymał ją w ulu pełnym wściekłych pszczół. To był napompowany balon. Bez oczu, bez ust".
- Po coś się, człowieku, stawiał? - zapytał skatowanego, gdy jechali w stronę Lublina.
Pytanie było retoryczne.