PROLOG
Zabijanie było codziennością
Zawodowy zabójca to w światowej literaturze (a także w kinie) postać szczególna i - trzeba przyznać - traktowana przez twórców z czymś w rodzaju sympatii. Perwersyjnej, tłumaczonej nie względami moralnymi, lecz wymogami komercyjnymi, ale jednak. Ilekroć bowiem pojawia się na ekranie bądź na stronach książki taki, który dla pieniędzy (czasem także w imię ideologii czy religii) posyła w zaświaty innych ludzi, niemal nigdy nie jest to prymitywna bestia, lecz osoba skomplikowana wewnętrznie, pełna sprzeczności. Można powiedzieć - misjonarz. Wprawdzie likwiduje określone cele, ale nieobce są mu ludzkie uczucia. Gdy zajdzie potrzeba, zaopiekuje się sierotą albo skrzywdzonym zwierzęciem.
To, co robi taki facet, budzi nasz sprzeciw, a mimo to im dłużej oglądamy go w akcji i poznajemy jego trudną przeszłość, zaczynamy mu kibicować. Nie mordercy, lecz człowiekowi. Przecież wcale nie urodził się mordercą, myślimy. Tak pokierowało nim życie. Zwłaszcza że najczęściej zabija tych, którzy na to zasługują.
Jako dziennikarz otrzymałem niegdyś zaskakującą ofertę od seryjnego mordercy - propozycję zrobienia z nim wywiadu rzeki. Z człowiekiem odsiadującym wyrok dożywotniego więzienia, przyznającym się do kilkudziesięciu (!) zabójstw, zabijającym przez niemal całe swoje życie. Który pierwszą ofiarę zepchnął z transformatora, gdy miał czternaście lat. Był nią jego kolega ze szkoły, znienawidzony za codzienne drwiny i upokorzenia.
Długo się zastanawiałem, czy w ogóle należy jechać na spotkanie z tym człowiekiem. A jeśli już, to czy powinienem podać mu rękę. Przecież to bestia, od której lepiej trzymać się z daleka. Ale z drugiej strony... Będziemy rozmawiać przez kraty, w obecności funkcjonariuszy służby więziennej. Bez bezpośredniego kontaktu.
Pojechałem zatem do zakładu karnego, odczekałem swoje na dyżurce. Później zaprowadzono mnie do kantyny. Kupiłem kawę i czekałem na rozwój wypadków.
- Czy mógłby pan kupić kawę i mnie? - usłyszałem za sobą.
To był on. Bez jakiejkolwiek obstawy, bez kajdanek na rękach i nogach. Ubrany nie w czerwony uniform więźnia niebezpiecznego, lecz w szarą flanelową koszulę i samodziałowe spodnie. W niczym nie przypominał bezwzględnego egzekutora.
Byliśmy w tej kantynie tylko we dwóch. Nie licząc bufetowej.
Nasza rozmowa (pierwsza z wielu) trwała dwie godziny; na tyle nam pozwoliły władze więzienne.
W miarę jak mój rozmówca rozwijał swoją ponurą opowieść, wywołany sytuacją niepokój ustępował. Zrozumiałem, że człowiek nie rodzi się zły, że jego życiowe wybory determinują okoliczności. Jeden ma siłę pójść właściwą drogą, inny popełnia potworny błąd, przeważnie uruchamiając lawinę kolejnych złych decyzji. Więzień, którego zwierzeń słuchałem, miał - jak często bywa - trudne dzieciństwo. Ojczym go dręczył, matka nie potrafiła ochronić syna przed furią męża, szkoła nie okazywała zrozumienia.
Fot. SE/East News
Gdy zabił po raz pierwszy, postanowił uciekać. Zmienił swoje życie w jedną wielką i krwawą podróż. Zabijał, by zdobyć środki do życia, wsiadał w pociąg i jechał na drugi koniec Polski, tam zabijał ponownie i wracał. Częstym obiektem jego ataków bywali homoseksualiści - pozorna zgoda na współżycie ułatwiała mu wyprowadzanie ich do lasu, gdzie mordował z zimną krwią.
Trudno w to uwierzyć, ale udawało mu się funkcjonować w ten sposób przez dobrych kilkanaście lat. Po drodze, oczywiście, zawierał rozmaite znajomości. Jego kompanami przeważnie stawali się ludzie z marginesu społecznego, przestępcy i mordercy. Tacy sami jak on. Tworzyli jego naturalne środowisko - mówiący jego językiem i postępujący według jego zasad (a raczej niekierujący się nimi w ogóle).
On zabijał nie dla przyjemności, ale po to, by żyć. Inna sprawa, że z wyrzutami sumienia potrafił radzić sobie wyjątkowo dobrze.
W jakimś sensie żył nie jak człowiek, ale jak zwierzę, które albo upoluje, albo zostanie upolowane.
Po kilku latach nasz kontakt się urwał, ale nadal często myślę o moim rozmówcy. Co musiałoby się wydarzyć (albo nie wydarzyć) w przeszłości, żeby znalazł się w zupełnie innym miejscu niż zakład karny o podwyższonym rygorze?
Twórcy filmów i książek z zawodowymi mordercami w rolach głównych także starają się pokazać nam wszelkie przesłanki stojące za czynami, które większości ludzi nie mieszczą się w głowie. I sugerują, że w głębi duszy kilerzy są takimi samymi empatycznymi osobami jak my.
Egzekutor z filmu Luca Bessona Leon zawodowiec (zagrany przez Jeana Reno) nie ma litości dla ofiar. Ale potrafi otoczyć opieką małą Matyldę, której rodziców zabili skorumpowani policjanci.
Zabójca z filmu Amerykanin (w tej roli George Clooney), który przyjeżdża z krwawą misją do Toskanii, zaczyna odczuwać niechęć zarówno do swojej profesji, jak i do samego siebie. I pragnie zerwać z dotychczasowym życiem.
Z kolei wspomniany już przeze mnie John Wick to opowieść o kimś, kto pragnie porzucić życie płatnego cyngla, ale nie może tego zrobić, dopóki nie wyrówna rachunków z rosyjską mafią. Wick nie jest bowiem notorycznym sadystą, lecz... człowiekiem honoru, doprowadzającym sprawy do końca.
Nieco inaczej jawi się jeden z najsłynniejszych literackich zawodowych kilerów, bohater słynnej powieści Fredericka Forsytha Dzień Szakala. Człowiek, który ma zapolować na prezydenta Francji Charles'a de Gaulle'a, szalenie inteligentny, chłodno oceniający szanse i zagrożenia. Podchodzi do swojej pracy z wyjątkową starannością i - jakkolwiek to zabrzmi - z profesjonalizmem.
Przykłady można mnożyć, ale jedno jest pewne: kultura masowa lubi kilerów.
Czy może raczej jej odbiorcy?
Tak czy inaczej, szeroko rozumiana sztuka dostarcza nam wzorca zabójcy - zarówno uwikłanego w świat zbrodni prawdziwego człowieka, jak i "inżyniera śmierci", odhumanizowanego, ale fascynującego zabójczą sprawnością.
Czy kilerzy polskiej mafii należeli kiedykolwiek do którejś z tych kategorii?
* * *
Artur Górski: Zanim przejdziemy do rozmowy o różnych typach zabójców polskiej mafii, chciałbym rozwiać pewną wątpliwość. Na internetowych forach często spotykam się z głosami oburzenia: "Jakim cudem Masa dostał status świadka koronnego? Przecież to niemożliwe, że nie ma krwi na rękach! Nawet jeśli nie zabijał, z pewnością zlecił niejedną egzekucję. Na pewnym szczeblu grupy przestępczej było to nieuniknione".
Jarosław Sokołowski "Masa": Kiedyś odpowiadałem na takie komentarze, a teraz po prostu już mi się nie chce. Bo ile razy mogę zapewniać, że nie mam na sumieniu niczyjej śmierci? Jeśli ktoś w to nie wierzy, to - choćbym przysięgał na nie wiem jak świętą księgę - i tak go nie przekonam. Dla niego nie jest istotne, że zanim przyznano mi status świadka koronnego, wymiar sprawiedliwości dokładnie przekopał moją gangsterską przeszłość. Wyobrażasz sobie, jaki to byłby wstyd dla państwa, gdyby się okazało, że świadek koronny numer jeden pozbawił kogoś głowy? Co byłyby warte wyroki, które zapadły także dzięki moim zeznaniom? Zapewniam cię, że zostałem prześwietlony lepiej niż rentgenem.
A.G.: Uważałeś, że zabijanie jest rzeczą niegodną, nawet wtedy, gdy byłeś w mafii?
J.S.: E tam, nie rób ze mnie świętego! Ja miałem po prostu cholerne szczęście. Wręcz niewyobrażalne. Wcale nie byłem dobrym człowiekiem - gdybym musiał zabić, zrobiłbym to bez mrugnięcia okiem. Nieraz tak katowałem, że według wszelkich znaków na niebie i ziemi klient już dawno powinien być trupem. A jednak nie umierał. Powiem ci, że zabić człowieka wcale nie jest tak łatwo. Walisz go w łeb, walisz, walisz, on upada, tryska z niego krew. Wydaje się już, że odpłynął w zaświaty, a on wstaje i spierdala. Powtarzam, miałem szczęście!
Kiedyś zleciłem jednej z moich grup porozmawianie z pewnym Cz., który coś mi tam był winien. Szczegóły w tym wypadku są nieistotne. Pojechały do niego bardzo ostre chłopaki i przeprowadziły akcję według własnego scenariusza. Cz. został wyrzucony ze swojego mieszkania na pierwszym piętrze przez okno, głową w dół. Następnie przez jakiś czas jeździł po nim samochód. Kiedy chłopcy uznali, że pacjent nie przeżył operacji, wrzucili go do bagażnika i przywieźli do mnie, do domu. Zobaczyłem zmasakrowaną ofiarę i oblał mnie zimny pot. Krzyknąłem: "Czy was, kurwa, pojebało? Trupa mi przywozicie? Mieliście z nim tylko porozmawiać! Zabierać go, i to w try miga! Zakopać gdzieś w lesie, żebym go już więcej nie oglądał!".
Stało się dla mnie jasne, że ta śmierć obciąża moje konto. Ale wiesz, jak to się skończyło? Jak Cz. poczuł leśne powietrze, od razu się ocknął i spierdolił swoim oprawcom. Na moje szczęście przeżył.
Od drugiej połowy lat 90. zabijanie stało się w polskiej mafii codziennością; wystarczyło niewiele, żeby zawieźć gościa do lasu i tam go odjebać. Czasem powód był poważny, a czasem ograniczał się do podejrzenia nielojalności. Jakby dobrze pokopać, to znalazłoby się jeszcze z kilkaset ciał, o których dziś już nikt nie pamięta.
A.G.: Czy płatny zabójca polskiej mafii w czymkolwiek przypominał hollywoodzkie wzorce?
J.S.: Nie żartuj! Polska rzeczywistość nie miała nic wspólnego z kinem. Po pierwsze, właściwie nie było płatnych kilerów. Gangsterzy zabijali przeważnie za friko, bo to był ich obowiązek. Albo było to w ich interesie. Niektóre grupy składały się wyłącznie z chłopaków gotowych strzelić temu czy innemu w łeb.
A.G.: Zabijanie dla przyjemności?
J.S.: Znałem i takich, którzy opowiadając o ostatnich chwilach swojej ofiary, prawie dostawali orgazmu. Ale przeważnie nikt nie zabijał dla satysfakcji. Raczej na zasadzie: jak nie ja jego, to on mnie. Oczywiście, w przypadku grubszych ryb do odpalenia oferowało się jakieś sumy, często robiące wrażenie. Inna sprawa, czy kiedykolwiek te pieniądze zostały przekazane wykonawcy. W Pruszkowie dużo się obiecywało, ale jak ktoś miał trochę oleju w głowie, dzielił te obietnice przez cztery.
Fot. Jacek Waszkiewicz/Reporter
A.G.: Bywają zlecenia łatwiejsze i trudniejsze. Takie, którymi prawie nikt się nie zainteresuje, i takie, o których media trąbią miesiącami. Skąd braliście ludzi do tych najtrudniejszych? Często dziennikarze spekulowali o kilerach z radzieckich służb specjalnych.
J.S.: Tacy też byli. Ale z reguły na mokrą robotę nie chodzili zabójcy pokroju Szakala. Na przykład ci, którzy zabili Pershinga, czyli Ryszard B. i Ryszard N., nie należeli do elity w swoim fachu. Delikatnie mówiąc.
Ale wracając do twojego pytania. Poszukiwania kandydatów na kilerów prowadziliśmy przede wszystkim wśród ludzi... śmiertelnie chorych. Ale nie takich, którzy mieli kojfnąć za dzień lub dwa. Powiedzmy, że za kilka miesięcy. Interesowali nas ci żyjący ze świadomością zbliżającej się śmierci, ale jeszcze w dobrym stanie fizycznym. Dobrym fizycznym, ale kiepskim psychicznym. Takich desperatów, nierozczulających się nad cudzą krzywdą, nieznających słowa "litość". Takich, którzy wiedzą, że ich samych już za chwilę spotka coś najgorszego. Być może to właśnie tacy zabijają dla przyjemności, perwersyjnej przyjemności dzielenia się z innymi własną tragedią? Może dlatego wśród mafijnych kilerów bywały osoby z marskością wątroby bądź rakiem. Zabijały, a potem los wymierzał im sprawiedliwość.
Inna kategoria to gangsterzy niższej kategorii, którzy za wszelką cenę starali się zasłużyć na uznanie w grupie i wskoczyć na wyższy szczebel w jej hierarchii.
Do nich zaliczyłbym wspomnianego Ryszarda B. Facet bardzo pragnął zaimponować pruszkowskim starym, szczególnie swojemu patronowi, czyli Maliźnie, i dlatego nie miał oporów, żeby przyjąć zlecenie na Andrzeja K.
Czasami zdarzali się ludzie, którzy w ogóle chcieli dołączyć do ekipy, więc decydowali się na wyjątkowo drastyczny chrzest bojowy.
A.G.: Rozumiem, że także w ich przypadku nie chodziło o pieniądze?
J.S.: Absolutnie nie. Pieniądze miały być konsekwencją morderstwa. Stajesz się swojakiem, dołączasz do grupy, zaczynasz kręcić z nią interesy i zarabiasz. Ale wiadomo, że nigdy nie odmówisz, kiedy zleci ci się odpalenie jakiegoś frajera. Bo zabić to dla ciebie jak splunąć.
Kolejna kategoria to mordercy, którym nie układało się na wolności. Po prostu nie radzili sobie w życiu poza puszką i zabijali, żeby trafić za kratki. Naprawdę znałem wielu chłopaków, którzy lepiej czuli się w chliwie niż na wolności. Tam mieli wikt i opierunek, i to przez wiele lat, bo jednak za głowę nie idzie się siedzieć na rok. A na wolności nie potrafili na siebie zarobić. Często mieli rodziny i robili to dla nich - kiedy garowali pod celą, grupa wspierała ich najbliższych całkiem pokaźnymi sumami. Inna sprawa, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia i obiecane siano nie spływało nigdy.
Skutecznymi kilerami byli też goście, którym koło dupy kręcił się strach. Wiedzieli, że muszą zabić, bo cel jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem. W jakimś sensie był to więc rodzaj pojedynku. Wygrywał szybszy.
Generalnie w polskiej mafii byli gotowi zabijać niemal wszyscy. Na szczęście nie wszyscy musieli. Dziwi mnie tylko jedno - czemu, skoro mieliśmy tak lichych speców od zabijania, w sumie prawie nikomu niczego nie udowodniono?
Tyle trupów, a tak mało wyroków. Może jednak organy ścigania nie stanęły na wysokości zadania?
A.G.: No to przypomnijmy sobie głośne zabójstwa. Także te, za które nikt nigdy nie odpowiedział.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI