Myślę, że dopóki nie poznałem Emmy Van
A., nigdy nie spotkałem osoby, której wygląd
tak bardzo odbiegałby od tego, kim naprawdę
była.
Podczas naszego pierwszego spotkania dała
się poznać jako kobieta delikatna, dyskretna,
bez wyrazu, małomówna, wręcz banalna,
skazana na zapomnienie. Jednak od dnia, w którym
ukazała mi swoje prawdziwe oblicze, myśl o niej
mnie nie opuszczała. Intrygująca, dumna,
błyskotliwa, paradoksalna, złapała mnie na wieki
w sieci swojego uroku.
Niektóre kobiety to pułapki, w które
wpadamy i z których już nie chcemy się uwolnić. Emma
Van A. nadal trzyma mnie w swojej.
Wszystko zaczęło się pewnego rześkiego
marcowego dnia w Ostendzie.
Zawsze marzyłem o Ostendzie.
Kiedy podróżuję, nazwy pociągają mnie
bardziej niż miejsca.
Słowa wznoszą się wyżej niż dzwonnice,
rozbrzmiewają z odległości, niejednorodne, na
przestrzeni tysięcy kilometrów, wyzwalają obrazy.
Ostenda...
Spółgłoski i samogłoski wykreślają plan,
stawiają mury, definiują klimat. Kiedy miasteczko
ma w nazwie patronat świętego, mój umysł
buduje je wokół kościoła, jeśli słownictwo związane jest z lasem - Boisfort[1] - albo polami -
Champigny[2]
- zieleń zalewa jego ścieżki. Jeśli opisuje surowiec - Pierrefonds[3]
- mój umysł zdrapuje
tynk, by odsłonić kamienie. Kiedy przywołuje
ingerencję istot nadprzyrodzonych - Dieulefit[4] -
dostrzegam osadę zbudowaną na stromej
kamienistej skarpie, wznoszącej się ponad polami.
Kiedy wybieram się do jakiegoś miasta, najpierw
spotykam się z jego nazwą.
Zawsze marzyłem o Ostendzie.
W zasadzie mogłem zadowolić się samym
tylko marzeniem, bez konieczności podróżowania
do tego miejsca, ale zawód miłosny zmusił mnie
do zmiany otoczenia. Wyjechać! Opuścić Paryż,
zbyt naznaczony miłością, która już nie istniała.
Szybko zmienić klimat, oczyścić atmosferę...
Północ wydawała się doskonałym wyborem,
ponieważ nigdy tam razem nie byliśmy.
Rozkładając mapę, od razu poczułem magię tych
siedmiu czarnych liter wypisanych na niebieskim tle
Morza Północnego - Ostenda. Moją uwagę
przyciągało nie tylko brzmienie nazwy.
Przypomniałem sobie, że przyjaciółka wspominała kiedyś
o godnym polecenia noclegu. Wystarczyło kilka
telefonów, by wszystko zorganizować.
Zarezerwowałem pensjonat, spakowałem bagaże
i mogłem ruszać w kierunku Ostendy, jakby czekało
tam na mnie moje przeznaczenie.
Ostenda. Zaczynając się od zdziwionego "O"
i aksamitnie przechodząc w spokojne "s", słowo
to wywoływało w moich myślach obrazy
słonecznej piaszczystej plaży ciągnącej się
w nieskończoność... Jako że w mojej głowie rozbrzmiewało
ono ostentacyjnie, a nie ostendacyjnie,
wyobrażałem sobie pastelowe ulice i błękitne niebo.
Korzenie etymologiczne słowa oost-einde
podpowiadały mi, że chodzi o miasto "położone na
zachodnim krańcu". W myślach nad brzegiem
morza układałem domy z dachami
zaczerwienionymi od wiecznie zachodzącego słońca.
Ponieważ dotarłem na miejsce w nocy, nie
wiedziałem, czego się spodziewać. Jeśli w kilku
punktach rzeczywistość Ostendy była
zbieżna z moim marzeniem o Ostendzie, to
sprawiła mi również wiele drastycznych zawodów.
Choć aglomeracja znajdowała się we Flandrii,
na końcu świata, pomiędzy falami morza
i morzem pól, oferowała szeroką plażę oraz
nostalgiczną groblę, odsłaniała również sposób, w jaki
Belgowie zeszpecili swoje nabrzeże pod
pretekstem otwierania go na jak największą
liczbę mieszkańców. Kloce budynków wyższe od
parowców, z mieszkaniami urządzonymi bez
smaku czy charakteru, stawiano, by zapewnić
zyski na rynku nieruchomości. Odkrywałem
urbanistyczny chaos, który spotykał się
z chciwością przedsiębiorców polujących na
pieniądze klasy średniej spędzającej tam swoje płatne
urlopy.
Na szczęście kwatera, w której wynająłem całe
piętro, ocalała jeszcze z XIX wieku. Willa
została wzniesiona w epoce Leopolda II, króla
budowniczego. Zwyczajna jak na swój czas, dzisiaj stała
się zupełnie wyjątkowa. Współczesne budowle są
przykładem całkowitego braku wyobraźni
i wyczucia geometrii. Proste równoległościany dzieli
się na piętra, piętra na mieszkania,
a mieszkania zamyka okropnymi przydymionymi szybami
okien, zawsze symetrycznych - stoi za tym
koncept obrzydzający myślenie o przestrzeni. Willa
zaś była przykładem architektonicznej
wolności, wizytówką swoich czasów. Malownicza
dzięki różnorodności rozmiarów i rytmice otworów
okiennych, gdzieniegdzie wychylała się
balkonem, w innym miejscu tarasem albo
przeszkloną werandą. Patrzyła na świat z okien wysokich,
niskich, średnich, a nawet narożnych kątowych.
Znalazło się też miejsce na dowcip, wyżłobione
malutkie okienko pod połacią łupkowych
dachówek, wole oko.
W otwartych drzwiach pojawiła się
pięćdziesięcioletnia ruda kobieta o szerokiej
krostowatej twarzy.
- Czego chcesz?
- Czy dobrze trafiłem do pani Emmy Van A.?
- Tak jest - wymamrotała z wiejskim
flamandzkim akcentem, który podkreślał jej
nieatrakcyjny wygląd.
- Wynająłem pierwsze piętro u państwa, na
dwa tygodnie. Moja przyjaciółka z Brukseli
pewnie panią uprzedziła.
- Ach tak, przecie! To pan! Powiadomię moją
ciotkę. Wejdź, proszę, wejdźże.
Swoimi szorstkimi dłońmi wyrwała mi z rąk
walizki, ustawiła je w holu i z nagłą
uprzejmością wepchnęła mnie do salonu.
Na tle okna odcinała się sylwetka delikatnej
kobiety. Siedziała na wózku inwalidzkim twarzą
zwrócona w stronę morza, z którego niebo
czerpało swój granat.
- Ciociu Emmo, twój lokator.
Emma Van A. odwróciła się i przyjrzała mi się
z uwagą.
Podczas gdy inni przy powitaniu usiłowaliby
się przypodobać nowemu gościowi, ona
zaczęła bacznie mi się przyglądać. Była bardzo
blada, ze skórą raczej dotkniętą przez czas niż
pomarszczoną. Włosy między czernią i bielą, nie
siwe, ale dwukolorowe z kontrastującymi
pasemkami. Emma Van A. miała małą głowę
osadzoną na szczupłej szyi. Czy to z powodu
wieku, czy postawy jej głowa przechylona była na
jedną stronę. Z uchem blisko lewego
ramienia i podbródkiem uniesionym nad prawym
sprawiała wrażenie osoby zasłuchanej
i obserwującej.
Musiałem przerwać tę ciszę.
- Witam panią. Jestem zachwycony, że będę
u pani gościł.
- Jest pan pisarzem?
Zrozumiałem sens jej badawczego spojrzenia.
Zastanawiała się, czy miałem wygląd osoby
piszącej powieści.
- Tak.
Odetchnęła z ulgą. Najwidoczniej moje
pisarskie zajęcie skłoniło ją do przyjęcia mnie pod
swój dach.
Stojąca za moimi plecami siostrzenica
zrozumiała, że intruz zdał egzamin wstępny, i rzuciła
swoim puzonowatym głosem:
- No, to ja skończę przygotowywać pokoje, za
pięć minut będzie gotowe.
Kiedy się oddalała, Emma Van A. omiotła ją
spojrzeniem, jakim patrzy się na wiernego, ale
dość nierozgarniętego psa.
- Proszę jej wybaczyć. Moja siostrzenica nie
stosuje form grzecznościowych. Widzi pan, po
holendersku zwracamy się do siebie per ty.
- Co za szkoda pozbawiać się przyjemności
przejścia na ty.
- Największą przyjemnością byłoby
posługiwanie się językiem, w którym istniałyby tylko
formy grzecznościowe, pan, pani, czyż nie?
Dlaczego odpowiedziała w ten sposób?
Obawiała się, że stanę się jej zbyt bliski? Stałem tam
trochę speszony. Poprosiła, bym usiadł.
- To ciekawe. Moje życie toczy się wśród
książek, ale nigdy nie spotkałam pisarza.
Wystarczyło się rozejrzeć, by móc
potwierdzić jej słowa. Tysiące woluminów piętrzyło się
na półkach w salonie, napierając nawet na
jadalnię. Aby pozwolić mi lepiej wszystko zobaczyć,
wtuliła się między meble i cicho jak cień
zapaliła lampy, które roztoczyły subtelny blask
światła.
Chociaż nic nie sprawia mi takiej
przyjemności jak przebywanie w otoczeniu
zadrukowanego papieru, to jednak ta biblioteka, nie wiedzieć
czemu, wprawiała mnie w zakłopotanie. Tomy
wyglądały majestatycznie, oprawiono je
w skórę lub płótno z precyzją i dbałością, tytuły
i nazwiska autorów wytłoczono złoconymi
literami. Książki różnej wielkości ułożono według ich
różnorodności, bez chaosu czy wybujałej
symetrii, według porządku, który wskazywał na
wyrobiony gust, a jednak... Czy jesteśmy aż tak
przyzwyczajeni do oryginalnych wydań, że
oprawiona kolekcja zbija nas z tropu? Czyżbym
cierpiał z powodu niemożności rozpoznania moich
ulubionych okładek? Trudziłem się, by nazwać
słowami swoje zakłopotanie.
- Proszę mi wybaczyć, nie czytałam pańskich
powieści - powiedziała, nie rozumiejąc mojego
zmieszania.
- Proszę nie przepraszać, nikt nie może znać
wszystkiego. Poza tym nie oczekuję tego od
ludzi, których spotykam.
Uspokojona, przestała potrząsać bransoletą
z koralu zawieszoną wokół chudego nadgarstka
i uśmiechnęła się do siebie.
- A jednak poświęcam wiele czasu na
lekturę. I powtórną lekturę. Tak, zwłaszcza powtórną.
Często powracam do tych samych książek.
Arcydzieła odkrywa się dopiero po trzeciej lekturze
albo nawet czwartej, czyż nie?
- Po czym rozpoznaje pani arcydzieło?
- Nigdy nie pomijam znanych fragmentów.
Pochwyciła wolumin oprawiony
w ciemnoczerwoną skórę i otworzyła go z werwą.
- Odyseja na przykład. Otwieram ją na dowolnej
stronie i rozkoszuję się lekturą. Ceni pan Homera?
- Ależ... oczywiście.
Po jej nagle pociemniałych tęczówkach
wywnioskowałem, że uważa moją odpowiedź za
zbyt lekką, wręcz zuchwałą. Wysiliłem się zatem,
by rozwinąć moją opinię.
- Często utożsamiałem się z Ulissesem,
ponieważ jest bardziej przebiegły niż inteligentny,
niespiesznie wraca do domu, traktuje Penelopę
z szacunkiem, nie gardząc żadną z pięknolicych kobiet
napotkanych w podróży. W gruncie rzeczy
Ulisses jest tak mało cnotliwy, że czuję się mu bliski.
Uważam go za nowoczesnego mężczyznę.
- To ciekawe i naiwne zarazem wierzyć, że
niemoralność jest nowoczesna... Młodzi ludzie
w każdym pokoleniu mają poczucie, że
wynaleźli grzech, cóż za zarozumialstwo! Jaki rodzaj
książek pan pisze?
- Moje książki. Nie można ich
zaklasyfikować do żadnego gatunku.
- Bardzo dobrze - podsumowała. Jej
profesorski ton wskazywał na to, że właśnie byłem
egzaminowany.
- Pozwoli pani, że podaruję jej jedną z nich?
- Ach... przywiózł ją pan ze sobą?
- Nie. Jestem jednak pewien, że
w księgarniach Ostendy...
- Ach tak, księgarnie...
Wypowiedziała to słowo w taki sposób,
jakby właśnie przypomniano jej o istnieniu czegoś
przestarzałego, zapomnianego.
- Widzi pan, ta biblioteka należała do mojego
ojca, który uczył literatury. Żyję z tymi wydaniami
od dzieciństwa, nie odczuwam potrzeby
powiększania jego kolekcji. Jest jeszcze tyle dzieł, których
nie poznałam. Proszę, nie dalej niż za pańskimi
plecami, George Sand, Dickens... zostało mi
jeszcze kilka tomów do odkrycia. Także Victor Hugo.
- Geniusz Victora Hugo wyróżnia to, że
zawsze jest jakaś stronica autorstwa Victora Hugo,
której nie przeczytaliśmy.
- Właśnie. Takie życie, pod opieką i w otoczeniu gigantów, jest dla mnie ostoją! To dlatego
nie ma tu... nowości.
Wymówiła słowo "nowość" po chwili
wahania, ostrożnie i niechętnie, wypowiadała je,
ledwo otwierając usta, jakby to był wyraz
wulgarny, sprośny. Słuchając jej, zdałem sobie sprawę,
że rzeczywiście chodzi o termin komercyjny,
odpowiedni, by określić modny aktualnie artykuł,
ale już nie utwór literacki. Odkryłem również, że
w jej oczach byłem autorem "nowości",
w pewnym sensie jedynie dostawcą.
- Czyż powieści Daudeta albo Maupassanta
w momencie publikacji nie były "nowościami"? -
zapytałem.
- Czas nadał im ich miejsce - odpowiedziała,
jakbym wykazał się brakiem szacunku.
Miałem ochotę zasugerować, że teraz to
ona wydawała się naiwna. Jednak nie czując się
uprawniony do krytykowania pani domu,
ograniczyłem się do zdiagnozowania przyczyny
mojego zmieszania. Ta biblioteka nie oddychała;
czterdzieści albo pięćdziesiąt lat temu
przeobraziła się w muzeum, nie mogła ewoluować, skoro
właścicielka wciąż nie była gotowa, by zaszczepić
w nią świeżą krew.
- Proszę mi wybaczyć moją niedyskrecję, czy
jest pan sam?
- Przyjechałem tu, żeby dojść do siebie po
rozstaniu.
- Och, bardzo mi przykro... naprawdę
przykro... musiałam pana skrzywdzić,
przypominając o tym... och, bardzo pana przepraszam.
Jej ciepło, przerażenie i nagła nerwowość
podkreślały szczerość, naprawdę miała sobie za złe,
że pogrążyła mnie w otchłani złych wspomnień.
W zakłopotaniu wyjąkała:
- Ostenda jest doskonała na zawody miłosne...
- Tak? Myśli pani, że uda mi się tu wyleczyć?
Spojrzała na mnie, marszcząc brwi.
- Wyleczyć? Chce się pan wyleczyć?
- Zabliźnić rany, tak.
- Sądzi pan, że to się panu uda?
- Tak, tak myślę.
- To dziwne - wymamrotała, patrząc na mnie,
jakby dopiero teraz mnie zobaczyła.
Pod ciężarem kroków siostrzenicy zadrżały
ostatnie stopnie schodów. Pojawiła się
zdyszana, splotła swoje krótkie ręce na piersiach
i oznajmiła mi tonem zwycięzcy:
- Gotowe, możesz się wprowadzać! Masz
tam na górze wszystkie pokoje. Wybierzesz
sobie, chodź za mną, proszę.
- Gerda pana zaprowadzi, mój drogi. Ja od
czasu moich problemów ze zdrowiem zajmuję
już tylko parter. Dlatego pozwala mi to
zostawić panu piętro, będzie się pan tam czuł
swobodnie. Proszę korzystać z książek, które pana
zainteresują, pod warunkiem, że odłoży je pan
na miejsce.
- Dziękuję.
- Gerda przyniesie panu śniadanie jutro rano,
o ile nie wstaje pan zbyt wcześnie.
- O dziewiątej trzydzieści będzie idealnie.
- Doskonale. A więc dobranoc panu. Miłego
pobytu.
Coś mnie tknęło. Poczułem, że jest typem
kobiety, która oczekuje, by ucałować jej dłoń na
pożegnanie. I rzeczywiście, kiedy tylko się
zbliżyłem, wyciągnęła rękę, nad którą pochyliłem się
wedle zwyczaju.
Jej siostrzenica patrzyła na nas jak na dwa
klauny, wzruszyła ramionami i rozpoczęła
żmudną wspinaczkę po trzęsących się schodach
z lakierowanego drewna.
Kiedy opuszczałem salon, zatrzymał mnie
głos Emmy Van A.
- Proszę pana, właśnie w tym momencie
pomyślałam o pańskich słowach. Kiedy mówił pan,
że liczy na zabliźnienie, moja reakcja nie
powinna zbić pana z tropu, chodziło mi o aprobatę.
Bardzo panu tego życzę. Będę nawet
niezmiernie temu rada.
- Dziękuję pani Van A., ja również będę rad.
- Ponieważ jeśli wyleczy się pan, to znaczy, że
nie było to warte zachodu.
Zamurowało mnie.
Patrząc na mnie badawczo, zadeklarowała
wzniosłym tonem:
- Z wielkiej miłości nie da się wyleczyć.
Po tych słowach jej ręce wprawiły w ruch koła
wózka i w trzy sekundy na powrót ustawiła się
przy oknie, przyjmując pozycję, w jakiej
zobaczyłem ją, wchodząc.
Na piętrze odkryłem wnętrze urządzone
z wyraźnym smakiem, ten bogaty, kobiecy i nieco
przestarzały styl tylko dodawał mu uroku.
Po krótkim namyśle wybrałem pokój
"niebieskich sikorek", nazwany w ten sposób z powodu
materiału rozciągniętego na ścianach; tkaniny
z japońskiej bawełny, która połyskiwała, nadając
pomieszczeniu wyrafinowanej subtelności.
Rozpakowując się, starałem się znaleźć pomiędzy
rozlicznymi bibelotami miejsce na moje rzeczy.
Dekoracja jednak, niczym barokowa rzeźba w muszli,
miała swój sens jedynie przez swoją obfitość.
Gerda poleciła mi kilka restauracji,
powierzyła komplet kluczy i zostawiła mnie samego.
Aby dostać się do swojego miejsca
zamieszkania, musiała przejechać na rowerze dziesięć
kilometrów.
Mój wybór padł na knajpkę znajdującą się
najbliżej Willi Circé. Spacery odłożyłem na
następny dzień. Upojony morskim powietrzem,
zasnąłem, gdy tylko wyciągnąłem się na ciężkich
pikowanych poduszkach, które pokrywały moje
posłanie.
O poranku, po sutym śniadaniu
przyniesionym przez Gerdę - grzybki, jajka i krokiety
ziemniaczane - nie byłem zaskoczony, gdy
odnalazłem Emmę Van A. na posterunku przy oknie.
Nie usłyszała, jak schodzę, więc we
wpadającym do pokoju mocnym świetle dnia mogłem
doskonale obserwować zarys sylwetki
i zachowanie mojej gospodyni.
Chociaż nic nie robiła, nie wydawała się
bezczynna. Rozmaite emocje odbijały się w jej oczach,
myśli spinały i rozprężały skórę na czole, usta
powstrzymywały tysiące słów, które chciały się z nich
wyrwać. Przepełniona bogatym życiem
wewnętrznym Emma Van A. była rozdarta między
stronicami otwartej powieści, którą trzymała na kolanach,
i marzeniami, które zalewały ją, kiedy
zwracała głowę ku zatoce. Odniosłem wrażenie, że
widzę dwa statki, statek myśli i statek książki,
które od czasu do czasu, kiedy opuszczała powieki,
wpływały na te same wody, zlewające się w jedną
falę. Po chwili jej statek wracał na wcześniej
wytyczoną trasę. Czytała, by nie dryfować samotnie.
Nie po to, by wypełnić wewnętrzną pustkę, ale by
dać upust nazbyt wybujałej wyobraźni.
Literatura była dla niej niczym upuszczenie krwi,
pomagała zapobiec gorączce...
Emma Van A. musiała być bardzo piękną
kobietą i nawet starość nie mogła tego ukryć.
Jednak jej niedawna choroba - wylew krwi do
mózgu, jak twierdziła Gerda - zesłał ją
z antykwariatu na bazar ze starociami. Mięśnie
straciły sprężystość, ciało nie było już szczupłe,
ale chude. Wydawała się tak lekka, że można
było sobie wyobrazić jej porowate, podatne na
pęknięcia kości. Zwyrodnienie stawów
utrudniało jej ruchy, a jednak płonął w niej taki
ogień, że zdawała się wcale nie zauważać swojej
ułomności. Miała wciąż niezwykłe oczy, duże,
błękitne. W ich błękicie odbijały się chmury
Północy.
Moje powitanie wyrwało ją z zamyślenia,
przeszyła mnie nieprzytomnym wzrokiem.
Powiedziałbym, że była poruszona. Jednak na jej
twarzy pojawił się uśmiech, prawdziwy,
pozbawiony hipokryzji, przebłysk słońca
w oceanicznym klimacie.
- Ach, dzień dobry. Czy dobrze pan spał?
- Tak dobrze, że nic nie pamiętam, a teraz idę
odkrywać Ostendę.
- Jakże ja panu zazdroszczę... Miłego dnia,
proszę pana.
Godzinami plątałem się po Ostendzie, nie
zapuszczając się w boczne uliczki na dłużej niż
dwadzieścia minut marszu od głównej
promenady czy nabrzeża. Czułem się jak mewa
przywoływana przez wielką przestrzeń.
Morze Północne miało kolor ostrygi,
brunatnozielone fale były pokryte pianą. Te
barwy mieniące się bogatymi i wyrafinowanymi
niuansami odcieni pozwalały mi odpocząć od
wspomnień Morza Śródziemnego, gdzie
czysty błękit i jaskrawożółty piasek
przypominały prymitywne dziecięce rysunki. Za sprawą
wytłumionych głosów zachwalających jodowane
przysmaki, których można zasmakować
w nadmorskich barach, to morze wydawało się
również bardziej słone.
Chociaż nigdy wcześniej nie byłem
w Ostendzie, odnajdywałem tu wspomnienia
i pozwalałem uczuciom z dzieciństwa kołysać moją
duszę. Z podwiniętymi nogawkami dreptałem po
gryzącym piasku, by potem moczyć stopy
w łagodzącej wodzie. Jak dawniej zanurzałem nogi
w falach do pół łydki, bojąc się pójść dalej. Jak
niegdyś czułem się taki mały pod
nieskończonym niebem, przed nieskończoną głębią.
Wokół mnie było niewielu ludzi. Sami
staruszkowie. Dlaczego starsi ludzie tak bardzo
cenią wybrzeże? Czy dlatego, że morska
kąpiel nie ma wieku? A może dlatego, że możemy
w niej odnaleźć pokorę i proste przyjemności
dzieciństwa? O ile budynki i stragany dają się
nadszarpnąć zębom czasu, o tyle piasek i fale
pozostają dziewicze, wieczne, niewinne. Plaża
pozostaje tajemnym ogrodem, do którego czas
nie ma wstępu.
Kupiłem krewetki i zjadłem je na stojąco,
maczając w pojemniku z majonezem, po czym
kontynuowałem moje błądzenie.
Kiedy około osiemnastej wróciłem do Willi
Circé, byłem pijany słońcem i wiatrem, a głowę
miałem nabitą marzeniami.
Emma Van A. odwróciła się w moim kierunku,
uśmiechnęła i zobaczywszy mój stan radosnego
zamroczenia, zapytała zdecydowanym głosem:
- A więc, jak tam odkrywanie Ostendy?
- Fascynujące.
- Dokąd pan dotarł?
- Aż do portu. Ponieważ, szczerze mówiąc,
nie mógłbym się tu osiedlić, nie żeglując.
- Ach tak? Zostałby pan tu pod warunkiem,
że mógłby pan stąd odejść? To bardzo męskie
podejście.
- Dobrze pani to widzi. Mężczyźni zostają
marynarzami, a kobiety...
- ... żonami marynarzy! Potem wdowami po
marynarzach.
- Na co się czeka, mieszkając przez całe życie
w porcie, na krańcu lądu?
Zauważywszy niestosowność pytania,
zerknęła na mnie z sympatią i bez odpowiedzi
zachęciła, bym kontynuował. Ciągnąłem więc dalej.
- Na odejście?
Wzruszyła ramionami, by wykluczyć taką
ewentualność.
- Na powrót?
Jej wielkie źrenice zatrzymały się na mojej
twarzy. Miałem wrażenie, że widzę w nich
skargę, ale jej niewzruszony głos temu zaprzeczył:
- Wspomnienia, proszę pana, wspomnienia.
Po czym odwróciła twarz w stronę okna. Była
tak pochłonięta swoimi myślami, że zapomniała
o mnie. Oddając się marzeniom, wpatrywała się
w dal, jakby kontemplowała pustą kartkę papieru.
Co wspominała? Nic pod tym dachem nie
opowiadało o jej przeszłości, wszystko
należało do odległych pokoleń, książki, meble, obrazy.
Miałem wrażenie, że przybyła tu niczym sroka
ze skradzionym skarbem, zostawiła go na
środku, a wokoło zmieniła jedynie zasłony.
Kiedy byłem już na piętrze, zadałem jej
siostrzenicy pytanie:
- Gerdo, pani ciocia zwierzyła mi się, że
poświęca swoje dni na wspomnienia. Pani zdaniem,
do czego powraca?
- Nie mam pojęcia. Ona nigdy nie pracowała.
Jest starą panną.
- Naprawdę?
- Tego to możesz być pewien. Nigdy nie
poznaliśmy żadnego mężczyzny cioci Emmy, biedaczka.
Nigdy. Rodzina o tym wie. No, jak tylko ktoś
mówi o mężczyźnie albo ślubie, zamyka się
w sobie jak ostryga w skorupce.
- Zerwane zaręczyny? Narzeczony, który
zginął na wojnie? Zawód miłosny, jej osobisty
dramat, do którego wciąż wraca z nostalgią?
- Żeby chociaż to! W czasach kiedy
rodzina była liczniejsza, wujowie i ciotki próbowali
przedstawić jej odpowiednie partie. Tak, tak.
Bardzo przyzwoici narzeczeni. Fiasko za
fiaskiem, uwierzyłbyś pan?
- To ciekawe...
- Zostać samej? Owszem! Ja bym nie
mogła... Nie poślubiłam może
najprzystojniejszego mężczyzny na całym wybrzeżu, ale
przynajmniej jest ze mną, dał mi dzieci. Takie życie jak
dola mojej cioci? Chybabym od razu popełniła
samobójstwo.
- A jednak nie wygląda na nieszczęśliwą.
- To trzeba przyznać - nigdy nie narzeka.
Nawet teraz, kiedy siły ją opuszczają,
a oszczędności topnieją jak masło na patelni, nawet teraz się
nie uskarża! Nie, odwraca się do okna,
uśmiecha i marzy. W gruncie rzeczy nic nie przeżyła,
ale przemarzyła...
Gerda miała rację. Emma żyła gdzie indziej,
nie wśród nas. Czyż ułożenie jej głowy - pod
kątem, z odchyloną ku górze twarzą, wątłą szyją -
nie sprawiało wrażenia, że jej marzenia ważą
zbyt dużo?
Właśnie od czasu tej rozmowy nazywałem ją
w sekrecie marzycielką... marzycielką z Ostendy.
Nazajutrz, kiedy usłyszała, jak schodzę,
odwróciła się wraz ze swoim wózkiem w moją
stronę.
- Czy ma pan ochotę na kawę w moim
towarzystwie?
- Z przyjemnością.
- Gerdo! Podaj nam, proszę, dwie filiżanki.
I szepnęła do mnie:
- Jej kawa jest jak wywar ze skarpet, tak słaba,
że nie ruszyłaby niemowlaka.
Gerda z dumą wniosła dwa parujące kubki,
jakby nasza chęć, by porozmawiać przy gorącym
napoju, była hołdem oddanym jej zdolnościom
kulinarnym.
- Pani Van A., byłem bardzo poruszony tym,
co mi pani powiedziała pierwszego wieczoru.
- Czym?
- Szybko wracam do siebie po tym, co
wygnało mnie z Paryża, nie straciłem więc zbyt wiele,
kończąc ten związek. Proszę sobie przypomnieć,
oświadczyła pani, że można wyleczyć się tylko
z tego, co tak naprawdę nie miało znaczenia,
natomiast prawdziwa miłość jest nieuleczalna.
- Pewnego razu widziałam, jak piorun strzelił
w drzewo. Widzi pan, ja też kiedyś byłam takim
drzewem. Nadchodzi taki moment, w którym
płoniemy, spalamy się. To bardzo intensywne
i cudowne uczucie. Gdy się skończy, zostaje już
tylko popiół.
Zwróciła się w stronę morza.
- Nigdy nie widziano pniaka, nawet żywego,
z którego odrodziłoby się całe drzewo.
Nagle odniosłem wrażenie, że to ona,
unieruchomiona na swoim wózku, była tym pniakiem
wrośniętym w ziemię...
- Mam poczucie, że mówi pani o sobie -
powiedziałem łagodnie.
Drgnęła. Gwałtowny niepokój, prawie
panika poruszyła jej palcami, jej oddech stał
się płytszy. Aby się uspokoić, sięgnęła po
filiżankę, wypiła łyk i sparzywszy się, przeklęła
wrzątek.
Udałem naiwność wobec tej próby zmiany
tematu i dolałem chłodnej wody do jej kawy.
Kiedy już doszła do siebie, dodałem mimo
wszystko:
- Proszę pamiętać, że niczego od pani nie
oczekuję, szanuję pani sekrety. Nie będę się do
nich zbliżał.
Przełykając ślinę, spojrzała na mnie, by
wybadać, czy jestem szczery. Wytrzymałem jej wzrok.
Przekonawszy się o mojej uczciwości, pochyliła
głowę i wymruczała zmienionym głosem:
- Dziękuję.
Nadszedł czas, bym ofiarował jej jedną
z moich książek, którą kupiłem dzień wcześniej.
Wyjąłem ją z tylnej kieszeni.
- Proszę, przyniosłem pani powieść, która
moim zdaniem najlepiej mi się udała. Byłbym
zaszczycony, gdyby znalazła pani czas, aby ją
przeczytać, i gdyby się pani spodobała.
Powstrzymała mój gest. Zamarła.
- Ja? Ależ... to niemożliwe...
Podniosła dłoń do serca.
- Rozumie pan, ja czytam tylko klasykę. Ja
nie czytuję... tych... tych...
- Nowości?
- Tak, najnowszych publikacji. Ja czekam.
- Na co pani czeka?
- Aż sława autora zostanie potwierdzona, aż
jego utwory zostaną ocenione jako te, które
powinny znaleźć się w prawdziwej bibliotece, aż...
- Aż autor umrze, tak?
Wyrwało mi się to wbrew mojej woli. Widząc
Emmę Van A., która krzywiła się wobec mojej
teraźniejszości, poczułem, jak krew się we mnie
gotuje.
- Cóż, zatem proszę to powiedzieć: dobry
pisarz to martwy pisarz! Proszę się nie obawiać,
mnie też to spotka. Pewnego dnia i mnie
dosięgnie przeznaczenie i odejdę z tego świata,
a nazajutrz może sięgnie pani po moją książkę!
Skąd ta wściekłość? Jakie to ma za znaczenie,
czy ta stara panna będzie mnie podziwiać, czy
też nie? Dlaczego chciałem, by się mną
zainteresowała?
Wyprostowała się na wózku, próbując
podciągnąć się najwyżej jak to możliwe, i choć wciąż
była niżej ode mnie, zmierzyła mnie wzrokiem
od stóp do głów.
- Proszę pana, biorąc pod uwagę mój wiek
i moje powtarzające się ataki choroby, proszę
nie snuć takich domysłów, z pewnością umrę
wcześniej niż pan. A śmierć nie doda mojej
osobie żadnych talentów. Nie bardziej zresztą niż
panu.
Jej wózek zakręcił się wokół własnej osi
i zatoczył krąg wśród mebli biblioteki.
- To smutne, ale musimy się z tym pogodzić -
my się już nie spotkamy.
Zatrzymała się przed monumentalnym
oknem wychodzącym na morskie fale.
- Czasem istoty stworzone, by płonąć żywym
ogniem uczuć, nie mogą przeżyć wielkiej pasji,
która była dla nich przeznaczona, ponieważ
jedna z nich jest zbyt młoda, a druga zbyt dojrzała.
I dodała łamiącym się głosem:
- Szkoda, bardzo chciałabym czytać pańskie
książki...
Była szczerze poruszona. Doprawdy ta
kobieta wywracała mój świat do góry nogami.
Podszedłem do niej.
- Pani Van A., byłem śmieszny, unosząc się.
Wygłupiłem się, przynosząc pani ten prezent,
zachowałem się ohydnie, chcąc go pani narzucić.
Proszę mi wybaczyć.
Odwróciła się w moją stronę. W jej oczach,
zazwyczaj tak suchych, zauważyłem łzy.
- Mam ochotę pochłonąć pańską książkę, ale
nie mogę.
- Dlaczego?
- Proszę sobie wyobrazić, co będzie, jeśli mi
się nie spodoba?
Na samą myśl o tym przeszył ją dreszcz
przerażenia. Jej gwałtowność mnie poruszyła.
Uśmiechnąłem się do niej. Zauważyła to
i odwzajemniła uśmiech.
- To by było okropne, jest pan taki sympatyczny.
- Czy gdybym okazał się kiepskim pisarzem,
przestałbym być sympatyczny?
- Nie. Stałby się pan żałosny. A dla mnie
literatura jest tak ważna, że nie zniosłabym pana
w żenującym wydaniu.
Drżała. Całą postawą świadczyła o szczerości
swych słów.
Chciało mi się śmiać. Po co tyle wzburzenia
dla kilku stron? Uważałem, że jesteśmy uroczy.
- Nie gniewajmy się, pani Van A. Zabiorę
swoją powieść i porozmawiamy o czymś innym.
- Nawet to nie jest już możliwe.
- Dlaczego?
- Rozmawiać. Nie mogę mówić tego, co chcę.
- Kto pani w tym przeszkadza?
Obróciła się w poszukiwaniu pomocy,
spojrzała na półki z książkami, by znaleźć tam jakieś
wsparcie, już miała odpowiedzieć, gdy poprawiła
się i wycieńczonym głosem rzekła:
- Ja.
Westchnęła i ze smutkiem powtórzyła swoją
odpowiedź:
- Tak, ja...
Nagle wbiła we mnie swoje badawcze
spojrzenie i rzuciła z mocą:
- Widzi pan, byłam kiedyś młoda, byłam
ponętna.
Dlaczego mi to mówiła? Jaki ja miałem z tym
związek? Stałem z otwartymi ustami.
Kiwając głową, kontynuowała swoją
wypowiedź.
- Tak, byłam zachwycająca. Byłam kochana!
- Jestem tego pewien.
Z furią zmierzyła mnie wzrokiem.
- Nie, wcale mi pan nie wierzy!
- Ależ tak...
- Nieważne. Nie obchodzi mnie, co inni
o mnie myślą. Co więcej, to ja sama stwarzałam
te pozory i wszystkie błędne opinie na swój
temat. To ja je prowokowałam.
- Co o pani mówiono, pani Van A.?
- No właśnie nic.
Chwila milczenia.
- Nic. Absolutnie nic.
Wzruszyła ramionami.
- Gerda nic panu nie mówiła?
- O czym?
- O tym niczym. Moja rodzina myśli, że moje
życie było puste. Proszę przyznać...
- Hmm...
- No właśnie, powiedziała panu! Moje
życie to jedno wielkie nic. A jednak było bogate.
Moje życie. To nie jest prawda, że nic go nie
wypełniało.
Podszedłem do niej.
- Chce mi pani opowiedzieć?
- Nie. Obiecałam.
- Słucham?
- Obiecałam, że dochowam tajemnicy.
- Komu? Czemu?
- Odpowiedź byłaby początkiem zdrady...
Ta kobieta mnie rozbrajała. Pod skorupą
antycznej starej panny kipiał przepełniony pasją
uśpiony temperament. Wysublimowana
inteligencja używająca słów niczym sztyletów.
Odwróciła się w moją stronę.
- Widzi pan, byłam kochana. Tak jak
rzadko kiedy jesteśmy kochani. Ja również kochałam.
Równie mocno. Och tak, równie mocno, o ile to
w ogóle możliwe...
Jej oczy zasnuły się łzami.
Położyłem dłoń na jej ramieniu, by dodać jej
otuchy.
- Opowiadanie historii miłości nie jest
zabronione.
- Dla mnie jest. Ponieważ w grę wchodzą zbyt
ważne postaci.
Uderzyła dłońmi o kolana, jakby chciała
uciszyć tę część siebie, która chciała mówić.
- Na co zdałoby się moje milczenie przez te
wszystkie lata, jeślibym teraz je złamała? Hm?
Mam zniweczyć mój długoletni wysiłek?
Jej guzowate palce zacisnęły się na kołach
wózka i energicznie wprawiły je w ruch.
Opuściła salon i zamknęła się w swoim pokoju.
Wychodząc z Willi Circé, minąłem na
chodniku Gerdę zajętą segregowaniem śmieci.
- Czy jest pani pewna, że pani ciocia nie
spotkała w swoim życiu wielkiej miłości?
- No pewnie. Często się z tego śmialiśmy. Jak
miałaby coś na ten temat do powiedzenia, to
pewnie mówiłaby o tym już od jakiegoś czasu,
choćby tylko po to, żeby mieć święty spokój!
Ogromnie przy tym hałasując, zgniatała
plastikowe butelki, redukując je do rozmiarów korka.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Na nazwę miejscowości Boisfort składają się dwa
wyrazy: bois - las, i fort - mocny (wszystkie przypisy pochodzą od
tłumacza).
[2] Nazwa miejscowości Champigny pochodzi od słowa
champ, czyli pole.
[3] Źródłem nazwy miejscowości Pierrefonds są słowa pierre -
kamień, i fonds - grunt, dno.
[4] Nazwę Dieulefit można rozbić na trzy człony: Dieu le fit,
i przetłumaczyć jako: Sprawiłby to Bóg.