Rozdział pierwszy
To było wydarzenie sezonu - wielki bal w pałacu króla Jerzego, na który
zaproszono panny na wydaniu z całego królestwa.
Kopciuszek nie mógł uwierzyć, że też tam będzie.
Jeden taniec, obiecał sobie, przyglądając się pałacowym wieżyczkom z okna karocy. Jeśli uda mi się zatańczyć chociaż raz... nawet gdybym miała
tańczyć sama... będę szczęśliwa. Chcę choć raz poczuć się wolna, wirować i wirować w blasku księżyca.
Pałac był przeogromny. W swoich murach pomieściłby całe miasto, a Kopciuszek mógłby spędzić resztę wieczora na odkrywaniu wszystkich
zakątków dziedzińca, na którym zatrzymała się jego karoca.
Ale był spóźniony. Tak bardzo spóźniony, że przy wrotach nie stał już
nikt, kto mógłby go powitać. Nawet długie hole były puste, nie licząc
kilkudziesięciu strażników o twarzach pozbawionych wyrazu, którzy stali
bez ruchu wzdłuż ozdobionych portretami ścian.
Dziewczyna ruszyła nieśmiało szerokimi schodami w poszukiwaniu sali
balowej. Nie miała zaproszenia, więc nie śmiała zapytać o drogę w obawie, że strażnicy wyproszą ją za pałacowe bramy.
Pewnie spędziłaby cały wieczór na błądzeniu po wspaniałych wnętrzach (co
samo w sobie było wielkim przeżyciem), gdyby przypadkiem nie natknęła
się na czarującego młodego mężczyznę.
- Do sali balowej idzie się tamtędy, panienko - odezwał się nieznajomy,
delikatnie muskając jej dłoń.
Kopciuszek odwrócił się do niego na pięcie, starając się ukryć
zakłopotanie. Spodziewał się zobaczyć jednego ze strażników, ale z ulgą
ujrzał przed sobą elegancko ubranego młodzieńca, który też musiał być
gościem na balu.
- Ach, rzeczywiście. Dziękuję!
Policzki dziewczyny, które zaróżowiły się z wysiłku od wspinania się po
wysokich schodach, teraz spłonęły pąsowym rumieńcem. Nieznajomy musiał
ją wziąć za głuptasa! Dlaczego nie wpadła na to, że wystarczyło pójść za
dźwiękiem muzyki? Z sali gdzieś niedaleko dobiegała melodyjna gra
orkiestry wymieszana z przytłumionym szumem rozmów.
Nieznajomy jednak nie sprawiał wrażenia, że wziął ją za głupią. Może był
zbyt uprzejmy, by dać to po sobie poznać - to by wyjaśniało jego
wyprostowane ramiona i sztywną postawę. Ale z jego oczu biły ciepło i życzliwość, a gdy się ukłonił, dziewczyna poczuła w brzuchu nieznaną
dotąd, lecz cudownie błogą lekkość.
- Dziękuję - powtórzyła, dygając odruchowo.
- Czy... zechciałabyś ze mną zatańczyć?
Kopciuszek zamrugał.
- Chyba czytasz mi w myślach - powiedział z cichym śmiechem. - Jedyne,
czego pragnę, to zatańczyć... Tak dawno nie tańczyłam, że zaczęłam się
martwić, czy jeszcze pamiętam, jak to się robi!
Młodzieniec parsknął śmiechem i wyglądał, jakby trochę się odprężył, a dzieląca ich dotąd formalna sztywność gdzieś wyparowała. Jego twarz
rozjaśnił uśmiech równie ciepły jak jego oczy. Podał Kopciuszkowi swoje
ramię.
- W takim razie pozwól, że ci przypomnę.
Przez kilka kolejnych minut świat wokół Kopciuszka jakby się rozmył, a dziewczyna zapomniała się w tańcu, otoczona lśniącymi smugami kolorów i świateł. Poczuła, jak nogi same prowadzą ją w walcu, a cudowna muzyka
otula ją i zakrada się prosto do serca.
Widziała tylko twarz młodzieńca, który wpatrywał się w nią, jakby na
sali balowej nie było nikogo prócz nich. Pomyślała, że nigdy nie zapomni
tego spojrzenia. Co jakiś czas jego usta rozchylały się lekko, jakby
chciał coś powiedzieć, ale muzyka była tak obezwładniająca, że szybko
zmieniał zdanie. Tylko cudem nie wpadali na inne pary. A może byli na
parkiecie zupełnie sami? Kopciuszek nie miał pojęcia.
Gdy wybrzmiała ostatnia nuta walca, dziewczyna miała wrażenie, że zaraz
zbudzi się z cudownego snu. Wspaniałą muzykę zastąpił szum rozmów,
powietrze wypełniła odurzająca mieszanka drogich perfum, a żyrandole
nagle rozjarzyły się oślepiającym światłem.
Kopciuszek spodziewał się, że młodzieniec podziękuje za taniec i odejdzie, ale on nachylił się i wyszeptał:
- Może wyjdziemy na chwilę na zewnątrz? Chciałbym ci pokazać pałacowe
ogrody.
I znów dziewczynie zdało się, że mężczyzna czyta jej w myślach. A może
po prostu myśleli podobnie? Jej ojciec lubił mawiać tak o sobie i jej
matce. Powtarzał, że już podczas pierwszego spotkania czuł, jakby znali
się od zawsze.
A może mam takie poczucie, bo minęły całe wieki, od kiedy ostatnio się
z kimś zaprzyjaźniłam?, zastanawiała się, gdy opuścili pałac. Chłodny
wietrzyk musnął jej kark, a ona wzięła głęboki oddech, napawając się
świeżą zielenią ogrodu.
- Jak tu spokojnie - powiedziała, przesuwając opuszkami palców po świeżo
strzyżonym żywopłocie. - Czy obrazisz się, jeśli powiem, że podoba mi
się tuaj bardziej niż w sali balowej?
- A dlaczego?
Przez chwilę milczała, zastanawiając się, co nieznajomy pomyśli sobie,
jeśli wyjawi mu prawdę.
- Wydaje mi się, że czuję się swobodniej wśród kwiatów i drzew. Minęło
wiele czasu, od kiedy ostatnio byłam wśród tylu ludzi - przyznała
nieśmiało. - Nawet nie wiedziałabym, o czym z większością z nich
rozmawiać.
- Nie przybyłaś na bal, żeby poznać... poznać nowych ludzi?
- Przede wszystkim chciałam popatrzeć. Posłuchać muzyki i zobaczyć
królewski pałac. Ale muszę przyznać, że tu, w ogrodzie, jest jeszcze
piękniej.
- I zdecydowanie mniej duszno.
Zaśmiali się oboje, a dziewczyna znów poczuła w brzuchu tę samą lekkość.
- Chcę zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół tej nocy - powiedziała.
- Walca, kwiaty, fontanny...
- I mnie? - spytał jej towarzysz przekornie.
Uśmiechnęła się, ale była zbyt onieśmielona, by odpowiedzieć. Tak,
bardzo chciała zapamiętać i jego. To, jak trzymał jej rękę, delikatnie,
lecz pewnie, jakby nie zamierzał jej już puścić. To, jak jego ramiona
unosiły się, gdy się do niego uśmiechała. Czułość, która brzmiała w każdym wypowiadanym przez niego słowie.
Ale przecież nie znała nawet jego imienia. Powinna była go zapytać tuż
po tym, jak się spotkali, ale od tamtej chwili miała w głowie mętlik
myśli i uczuć. Na dodatek teraz, gdy zatańczyli razem i uciekli z sali
balowej, żeby zaszyć się w tym pięknym ogrodzie, czuła, jakby przeżyli
wspólnie wielką przygodę. Nie miała ochoty wykonywać kroku wstecz na
rzecz konwencjonalnych uprzejmości.
No a poza tym, musiała przyznać to w duchu, bała się, że on z kolei
zapyta ją o to, skąd pochodzi.
- O czym myślisz? - spytał, wyczuwając, że pogrążyła się w zadumie.
- Że nie chcę, by ta noc się skończyła - odpowiedziała.
Nachylił się bliżej, a ona przechyliła głowę, spodziewając się, że chce
jej coś powiedzieć. Ale on zacisnął usta i odchrząknął, a na jego
policzki wkradł się rumieniec.
- Ja też nie. - Zawahał się. - Spędziłem wiele lat z dala od Valors.
Wydawało mi się, że nie mam ochoty tu wracać, ale teraz zaczynam
zmieniać zdanie.
- Naprawdę? A gdzie byłeś?
Zamrugał, jakby zaskoczyło go, że Kopciuszek nie zna odpowiedzi, ale na
jego twarz szybko powrócił uśmiech.
- Daleko. W szkole. Niezbyt ciekawa historia. Może masz ochotę jeszcze
się przejść?
Dziewczyna skinęła głową.
- Bardzo mi tu dobrze. Dziwne, że ogrody nie przyciągnęły więcej ludzi.
Jesteśmy tu sami?
- Wszyscy są w środku - odparł.
- Tańczą?
- Tak... i mają nadzieję, że poznają królewicza.
- Rozumiem. Ja w każdym razie cieszę się, że jestem tutaj. Też mieliśmy
kiedyś ogród... oczywiście nie tak wspaniały jak ten, ale... och! -
Spostrzegła rosnący nieopodal rząd różanych krzewów.
- Lubisz róże?
- Kto ich nie lubi?! - odpowiedziała i przyklękła, uważając, żeby nie
zawadzić suknią o ostre kolce. - Moja matka hodowała róże. Zbierałyśmy
je razem każdego ranka.
Umilkła, przypominając sobie, jak podtrzymywała tę tradycję z ojcem po
śmierci matki. Ścinali kwiaty jeden po drugim, a lśniące krople rosy
spływały po ich płatkach i skapywały na jej drżące palce.
- Osiem pąsowych róż, siedem białych i trzy gałązki mirtu - szepnęła,
wskazując najpierw czerwoną, a potem białą różę na rosnących wzdłuż
alejki krzewach.
- Co takiego?
- Ulubiony bukiet mamy. Taki podarował jej mój ojciec, gdy się
oświadczył.
Historia ich zalotów była jedną z jej najukochańszych, tatuś opowiadał
ją na okrągło. Nigdy jej nie nudziła, zawsze prosiła o więcej.
Zanim matka umarła, swoją opowieść za każdym razem kończył uśmiechem i tym samym zdaniem: "Twoja matka jest moją prawdziwą miłością".
Lecz po jej śmierci na jego twarzy zagościła kamienna powaga, bruzdy na
czole utrwaliły się i pogłębiły, a zęby zacisnęły się mocno od
powstrzymywanego płaczu. Mówił już tylko: "Twoja matka była moją
prawdziwą miłością".
Wtedy odkryła, że jedno słowo mogło zmienić wszystko. Odtąd nie prosiła
go już o tę historię.
- Niemal o tym zapomniałam - powiedziała cicho, z napięciem. - Minęło
tyle czasu...
- Osiem pąsowych róż, siedem białych i trzy gałązki mirtu - powtórzył. -
Pomogę ci to zapamiętać.
Dziewczyna spojrzała na niego, czując, jak jej serce wypełnia fala
ciepła. Jak to możliwe, że ktoś, kogo znała ledwie od kilku godzin,
wydawał jej się tak drogi?
Przemierzyli ogród, minęli marmurowe altany i lśniące oczka wodne, a ona
zupełnie straciła poczucie czasu. W końcu przysiedli obok schodów.
- Myślę, że pewna część ogrodów bardziej ci się spodoba. Ale to dość
daleko. Jesteś zmęczona?
- Nie, ani trochę.
Zaczął ją prowadzić, ale idąc za nim, obejrzała się przez ramię.
- Poczekaj, chciałabym jeszcze przez chwilę popatrzeć. Tak tu pięknie.
Przechylił głowę.
- Co cię tak zachwyciło?
- Wszystko. Wieżyczki, drzewa, fragmenty kotar za szybami okien. Nawet
chmury. - Kopciuszek położył sobie dłoń na piersi i zwrócił się w stronę
panoramy Valors, omiatając wzrokiem błyszczące w dole miasto. - Tylko
spójrz w tym kierunku. Ach! Co za widok.
- Muszę przyznać, że nigdy go nie doceniałem.
- Widzę pałac każdego dnia z mojego okna, ale stąd jest jeszcze bardziej
urzekający - powiedziała dziewczyna. Oparła się o balustradę,
podziwiając lśniące białe mury pałacu i skryte w dole ogrody. - Nie
wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę mogła tu wrócić.
Przysiadła na stopniu i przesunęła fałdy sukni, by mocno objąć kolana.
- Zawsze marzyłam, by się tu znaleźć. Dziwne, że odtąd nie będę już tego
robić.
Przykląkł przy niej, usadawiając się na stopniu niżej.
- O czym jeszcze marzysz?
Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę. Przed przybyciem na bal miała
tak wiele marzeń. Lecz wszystkie były tylko tym - marzeniami.
Życzeniami, jeśli miała być szczera, bezradnymi życzeniami, by jej życie
się odmieniło. A mimo to dotąd nie miała nawet odwagi opuścić domu.
Przynajmniej do tego wieczora.
Ale nie mogła mu tego powiedzieć.
- Chciałabym poznać więcej świata - odparła powoli. - Chciałabym nieść
pomoc innym...
Zamilkła. Nie myślała o tym wiele. Nie była nawet pewna, co to znaczy:
nieść pomoc innym. Poza tym jak miała to robić, skoro była uwięziona w domu swojej macochy?
- O czymś jeszcze?
Zacisnęła usta. Po tym balu mogła nie mieć już więcej okazji, by z kimkolwiek o tym porozmawiać. Po balu musi wrócić do usługiwania
hrabinie Tremaine i swoim przyrodnim siostrom i znów usunąć się w cień.
- Chciałabym sobie przypomnieć, co to znaczy być kochaną - wyznała w końcu, nie odrywając wzroku od swoich dłoni. Słysząc własne słowa,
natychmiast ich pożałowała. Brzmiały tak rozpaczliwie, nawet w jej
uszach. Ale nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio usłyszała od
kogoś coś życzliwego ani tym bardziej, kiedy ostatnio ktoś trzymał ją za
rękę i próbował ją poznać.
Powrót do domu, w którym czekała ją tylko wrogość i lekceważenie, to
ostatnie, o czym chciała w tej chwili myśleć. Marzyła, by ta noc nigdy
się nie skończyła.
- Pewnie myślisz, że dramatyzuję - powiedziała szybko, zanim jej
towarzysz mógł odpowiedzieć.
- Nie, ani trochę.
Nie śmiała spojrzeć mu w oczy, ale on przysunął się do niej, tak że
czubki ich palców niemal się zetknęły.
- Rozumiem to. Sam też czasem o tym marzę. - Wziął głęboki oddech. -
Matka powtarzała, że istnieje wiele rodzajów miłości: miłość
bezwarunkowa, miłość do samego siebie, miłość do członków rodziny,
miłość przyjacielska, miłość... romantyczna. - Zawahał się, jakby szukał
odpowiednich słów. - Każda z nich jest ważna, na każdą ma się miejsce w sercu. Mówisz, że dawno nie byłaś wśród ludzi. Ze mną jest dokładnie
odwrotnie. Otaczają mnie ludzie, ale niewielu potrafi spojrzeć głębiej
niż... sięgnąć głębiej...
- ...do serca? - spytała.
Na jego ustach zagościł nieodgadniony uśmiech.
- Tak, do serca - powiedział cicho. I pocałował ją.
To był jej pierwszy pocałunek. Nigdy wcześniej nie była zakochana. Ale
gdy jego usta dotknęły jej ust, coś w niej rozkwitło, ożyło po raz
pierwszy od wielu lat. W tej jednej chwili wszystkie zmartwienia i obawy
uleciały, a ich miejsce zajęła radość, jakiej nie czuła od bardzo dawna.
Wtem zegar zaczął wybijać godzinę, a ona przypomniała sobie ostrzeżenie
Dobrej Wróżki:
Gdy zegar wybije północ, czar pryśnie i wszystko znów stanie się takie,
jakie było wcześniej.
Kopciuszek cofnął głowę, przerywając pocałunek.
- O nie!
- Co się stało?
- Już północ.
- Tak, rzeczywiście.
Podniosła się, ale on złapał ją za rękę.
- Ale dlaczego...
Jęknęła. W jej głowie kłębiły się setki wyjaśnień, ale zdobyła się tylko
na jedno słowo:
- Żegnaj.
- Nie, nie, zaczekaj. Nie możesz teraz odejść, przecież
dopiero...
- Muszę. - Wyrwała się z jego objęć. - Proszę, pozwól mi. Muszę.
- Ale dlaczego?
Zegar znów zabił, napełniając ją jeszcze większym przerażeniem. Co mogła
powiedzieć?
- Bo... królewicz! Tak, wciąż jeszcze nie poznałam królewicza.
- Królewicza? - Zmarszczył brwi.
- Żegnaj.
Rzuciła się biegiem przez ogrody i salę balową, zatrzymując się tylko na
chwilę, by pomachać na pożegnanie strażnikom stojącym w galerii. Wszyscy
próbowali zatrzymać ją na dłużej, ale nie zwracała uwagi na ich
nawoływania. Nawet gdy na schodach zgubiła jeden ze szklanych
pantofelków, wiedziała, że nie może po niego wrócić.
Nie miała czasu.
Gdy znalazła się w karocy, powóz pomknął w dół zbocza w kierunku Valors.
To była najdłuższa minuta jej życia.
Bardzo powoli jej lśniący strój zaczął tracić swój blask, a gdy zegar
uderzył po raz dwunasty, znów miała na sobie porwaną suknię matki,
siedziała na dyni, a zamiast woźnicy i stangreta patrzyli na nią jej
pies Bruno i koń Major.
Drgnęła, gdy w oddali dostrzegła powóz pędzący w ich kierunku. Uskoczyła
z drogi w chwili, gdy przemknął obok, a dynia rozprysnęła się pod
końskimi kopytami.
Powóz zniknął za zakrętem, a Kopciuszek uspokoił oddech i przykląkł,
żeby podnieść myszki, które tego wieczora odegrały rolę eleganckich
rumaków.
Dziewczynie zakręciło się w głowie, gdy myślami wróciła do ostatnich
chwil balu. Żałowała, że nie mogła zostać z przystojnym nieznajomym
choćby chwili dłużej. Och, dlaczego nie wymyśliła lepszej wymówki?
Przecież zupełnie nie zależało jej na poznaniu królewicza! Pokręciła
głową, czując palący wstyd.
Przynajmniej nie muszę się martwić, że jeszcze kiedyś go zobaczę,
pomyślała.
Ale mimo takiego zakończenia, jej serce wciąż drżało na wspomnienie
cudownych chwil, które właśnie przeżyła. W końcu miała okazję obejrzeć z bliska królewski pałac - jego migoczące żyrandole, wytworne stroje gości
i zachwycające ogrody - i choć przez jeden wieczór podelektować się
romantyczną muzyką.
W mroku zalśnił szklany pantofelek, który wciąż miała na nodze. Schyliła
się, żeby go zdjąć.
Dziwne, że nie zniknął, tak jak wszystko inne.
Przytuliła go do piersi. Przed wydarzeniami tej nocy nawet nie śniła, że
w jej życiu mogła pojawić się magia.
To wszystko nie byłoby możliwe bez Dobrej Wróżki.
Wpatrzyła się w gwiazdy migoczące na niebie. Coś podpowiadało jej, że
wróżka mogła ją usłyszeć.
- Bardzo ci dziękuję... za wszystko.
Ponownie spojrzała na pantofelek. Przynajmniej on będzie przypominał jej
o tej jednej cudownej nocy.
Czar Dobrej Wróżki stracił moc. Jutro powita ją dobrze znana szara
codzienność. Macocha znów będzie miała dla niej długą listę obowiązków,
a Gryzelda i Anastazja dalej będą zamęczać ją swoimi zachciankami. Ale
tej nocy poczuła promyk radości, jakiej nie zaznała od bardzo wielu lat.
Po raz pierwszy przyszła jej do głowy myśl o opuszczeniu domu i skupieniu się na marzeniach, które miały szansę się spełnić. Lecz na
razie brakowało jej odwagi, by przekuć myśli w czyny - jeszcze nie
teraz. Nie od razu po tak cudownej nocy.
Nie wiedziała, że los może nie dać jej wyboru.
Rozdział drugi
Pierwszy blask świtu ozdobił niebo promieniami różowawego światła, od
którego rumieniły się wiszące nad miastem obłoki.
Wiele panien, które przybyły na bal z daleka, dopiero wracało do domu.
Ich stopy były opuchnięte od tańca, a w sercu kiełkował zawód: przez
całą noc nie udało im się wymienić nawet najkrótszego spojrzenia z królewiczem Karolem.
Dla Kopciuszka poranek rozpoczął się tak jak każdy, choć tego dnia
dziewczyna obudziła się w nieco lepszym humorze niż zwykle. Nuciła,
przygotowując śniadanie dla macochy i przyrodnich sióstr.
Gryzelda i Anastazja nadal spały, gdy wspinała się po schodach, żeby
zanieść im tace z jedzeniem. Ale nim dotarła na miejsce, do sypialni obu
córek wpadła macocha, nakazując im czym prędzej się ubrać.
- Całe miasto o tym mówi - oznajmiła hrabina Tremaine, gdy Kopciuszek
wniósł tacę ze śniadaniem do pokoju Anastazji, w którym wszystkie się
zebrały. - Całe królestwo. Prędko, dziewczęta, zaraz tu będzie.
- Ale kto? - spytała Gryzelda.
- Arcyksiążę. Szukał jej całą noc.
- Kogo szukał? - spytały siostry chórem.
- Tej dziewczyny. Tej, która zgubiła na balu pantofelek. Podobno
zakochał się w niej do szaleństwa.
Anastazja ziewnęła szeroko.
- Arcyksiążę?
- Nie, nie, nie. Królewicz!
Kopciuszek upuścił tacę ze zduszonym okrzykiem. Królewicz?
Dziewczyna nie mogła w to uwierzyć. Nigdy by nie pomyślała, że
mężczyzną, z którym spędziła cały wieczór, mógł być sam królewicz Karol.
Miała niewielkie nadzieje na to, że jeszcze kiedyś go zobaczy, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałaby, że następca tronu Aurelais może
zechcieć odszukać właśnie ją.
- Podnieś to, wstrętna niezdaro.
Kopciuszek ukląkł posłusznie, lecz myślami był daleko od odłamków
porcelany rozrzuconych po podłodze. Z uwagą chłonął każde słowo macochy.
- Jedyną wskazówką jest szklany pantofelek - ciągnęła hrabina Tremaine.
- Arcyksiążę ma za zadanie dopilnować, by pantofelek przymierzyła każda
panna na wydaniu w królestwie. A jeśli znajdzie się ta, na której stopę
pasuje, panna rozkazem króla poślubi królewicza.
Poślubi królewicza.
Kopciuszkowi zakręciło się w głowie. Wszystko straciło ostrość.
Dziewczyna na chwilę zapomniała o macosze i przyrodnich siostrach -
zapomniała, gdzie jest. Skoro królewicz pragnął ją poślubić, to znaczy,
że... że ją pokochał. A jeśli to prawda, może nie będzie musiała dłużej
usługiwać hrabinie, ani mieszkać sama w ciasnej izdebce na poddaszu.
Może wreszcie stanie się wolna.
Odruchowo zaczęła nucić melodię, do której poprzedniego wieczora
tańczyła z nieznajomym. Z królewiczem. Towarzyszyła jej wyobrażona
orkiestra: partie smyczkowe narastały harmonicznie, harfa wtórowała im z rozmachem, a flety śpiewały upojną kontrmelodię. Dziewczyna kiwała się w jej takt, kierując z każdym krokiem do swojego pokoju, by przygotować
się na przybycie arcyksięcia. Nie mogła przyjąć go z przykurzonymi
włosami i w poplamionym fartuchu.
Drżała z podekscytowania. Kiedy ostatnio pozwoliła sobie na tyle
nadziei?
Sięgnęła po grzebień leżący koło lustra i zaczęła czesać włosy, a każde
przesunięcie ząbków powodowało, że po jej plecach przebiegały ciarki.
Zerknęła przez okno na królewski pałac, którego mury i wieżyczki lśniły
perłową bielą. Stał na malachitowym obłoku wzgórza niczym dostojny
łabędź, otoczony wspaniałym ogrodem z niekończącymi się rzędami wiązów i świerków o zieleni tak głębokiej, że mogła przyćmić nawet szmaragdy.
Czy to możliwe? Może królewicz właśnie w tej chwili wyglądał przez jedno
ze strzelistych okien i zastanawiał się, gdzie jej szukać? Czy naprawdę
był gotów ją poślubić, jeśli przekona się, że to ona jest właścicielką
pantofelka? Nie miała pojęcia, jak mogło wyglądać ich kolejne spotkanie,
ale to nie miało znaczenia. Ta niepewność była nawet ekscytująca.
Nareszcie przyszłość mogła przynieść jej coś poza codziennymi
obowiązkami, utyskiwaniem macochy i złośliwością sióstr. Jej życie może
się zmienić. W końcu.
Nachyliła się do lustra i przyjrzała swojemu odbiciu, żałując, że musi
wystąpić przed arcyksięciem w starej, połatanej sukience.
Odłożyła grzebień i spojrzała przez odbijające się w lustrze okno.
Arcyksiążę wciąż jeszcze się nie zjawił. Wprost nie mogła się doczekać
jego przybycia, oczekiwanie wydawało jej się nie do zniesienia. Splotła
ręce na brzuchu, poddając się narastającej ekscytacji.
Tak się w niej zapomniała, że nie usłyszała hrabiny Tremaine, która
wspinała się po krętych schodach prowadzących do jej ciasnego pokoiku na
poddaszu wieżyczki. Dostrzegła ją, gdy było już za późno.
- Nie - szepnęła, gdy za jej plecami pojawiła się macocha, a jej ciemna
sylwetka wypełniła taflę lustra.
Ku przerażeniu Kopciuszka hrabina sięgnęła do klamki po wewnętrznej
stronie drzwi. Dziewczyna odwróciła się, ale macocha zdążyła wyciągnąć
klucz i zatrzasnąć drzwi.
- Nie! - Kopciuszek rzucił się do nich i uderzył w nie pięściami. - Nie
możesz mnie tu zamknąć! Błagam! Nie możesz! Nie możesz!
Ale kroki hrabiny oddalały się już, aż w wieżyczce znów zapanowała
cisza. Dziewczyna skuliła się na podłodze.
Na nic krzyki, wiedziała, że macocha nie wróci. Znalazła się w pułapce.
Na dole ze skrzypnięciem otworzyła się brama. Chrapnęły konie, a ciężkie
koła karocy zaterkotały na bruku podjazdu.
Przybył arcyksiążę.
Dziewczyna poczuła przypływ nadziei. Poderwała się i pobiegła do okna,
rozpaczliwie próbując zwrócić uwagę arcyksięcia.
- Wasza Wysokość! - zawołała, machając. - Tutaj! Proszę, błagam o pomoc!
Arcyksiążę wysiadł z karocy, wspierając się na wyciągniętej ręce
stangreta. Jego cień miał osobliwy kształt - smukły, poza wystającym
okrągłym brzuchem i jajowatą głową. Na czarnych włosach spoczywało
wysokie błękitne czako z czerwonym piórem pasującym do szarfy
przewieszonej przez ramię. Hrabina powitała go na dziedzińcu, a on
odpowiedział jej zdawkowo, po czym ruszył żwawo w kierunku drzwi.
- Wasza Wysokość! - zawołała znów dziewczyna, jeszcze głośniej.
Lecz arcyksiążę zniknął już w środku.
Nie usłyszał jej. Nikt jej nie usłyszał i nikt nie usłyszy. W końcu
tkwiła zamknięta na szczycie wieży dworku, wysoko ponad koronami drzew.
Krzyczała na próżno.
Złość ścisnęła ją za gardło, ale dziewczyna próbowała nie zwracać na to
uwagi. Dotąd nie kwestionowała okrucieństwa macochy. Przez lata nauczyła
się z nim godzić, a każdej nocy poświęcała nawet chwilę, by wybaczyć
hrabinie Tremaine i jej córkom ich złośliwość i nieżyczliwość, choć te
zdawały się sprawiać im przyjemność.
Ale teraz macocha odebrała jej nadzieję właśnie w chwili, gdy dziewczyna
po raz pierwszy od dawna zdołała uwierzyć, że jej marzenia mogą się
spełnić. Kopciuszek miał wrażenie, jakby znalazł się w klatce.
Ze szpar w ścianach wyjrzały myszki i zbliżywszy się do dziewczyny,
zaczęły skubać skraj jej spódnicy. W innej sytuacji ucieszyłaby się na
ich widok, ale tym razem, odwróciła się od nich, ocierając łzy.
- Proszę, zostawcie mnie samą - powiedziała cicho.
Ale myszy nie rozumiały jej słów. Otoczyły ją kręgiem, skrobiąc
pazurkami po drewnianej podłodze.
Od tak dawna myszy i wierny Bruno były jej jedynymi przyjaciółmi. I zdecydowanie wolała ich towarzystwo od towarzystwa przyrodnich sióstr.
Nie licząc ostatniej nocy, od wielu tygodni, a nawet miesięcy, nie miała
okazji zamienić słowa z nikim poza swoimi przyszywanymi krewnymi.
Coś ukłuło ją w sercu, gdy przypomniała sobie, jak dobrze rozmawiało jej
się z Karolem - królewiczem Karolem. Gdyby tylko już wtedy wiedziała,
z kim spędza wieczór.
Ale czy cokolwiek by to zmieniło? I tak uciekłabym o północy, prawda?
Niepewna odpowiedzi westchnęła i popatrzyła, jak myszy czmychają przez
szpary w ścianach z powrotem do swoich gniazd. Gdyby tylko sama
potrafiła z taką łatwością opuścić ten pokój. Nie było nikogo, kto
mógłby jej pomóc. Nie mogła liczyć na ratunek ze strony myszy.
Wzięła drżący oddech i spróbowała się uspokoić. Dawniej całymi nocami
zastanawiała się, co takiego zrobiła, że tak zraziła do siebie macochę.
W zamian za odrobinę ciepła była gotowa przełknąć dumę i okazywać jej
bezwzględne posłuszeństwo, choć ta uległość zdawała się tylko jeszcze
bardziej rozwścieczać bezduszną hrabinę. Z czasem dziewczyna zupełnie
się poddała i skupiła na codziennych obowiązkach. Nierozmyślanie o swojej sytuacji i poświęcanie uwagi przyziemnym czynnościom sprawiało,
że dni stawały się znośniejsze.
Czas wlókł się niemiłosiernie. Dziewczyna nie miała pojęcia, jak długo
siedziała na podłodze, ocierając łzy i wmawiając sobie, że wszystko
jeszcze się ułoży. Zdawało jej się, że minęły wieki, zanim rozległ się
trzask ponownie zamykanej bramy.
Kopciuszek podniósł się i podszedł do okna. Oparł się o drewniany
parapet i z rozpaczą patrzył na oddalającą się karocę arcyksięcia,
dopóki nie skryły jej dęby rosnące wzdłuż drogi.
Hrabina nie wyszła odprowadzić arcyksięcia, co mogło oznaczać tylko, że
żadna z jej córek nie zdołała wcisnąć stopy w szklany pantofelek.
Kopciuszka to nie zaskoczyło, ale nie poczuł satysfakcji. Jedynie ulgę.
Może przynajmniej wszystko będzie tak jak dawniej.
Dziewczyna zacisnęła usta. Tylko głupiec mógłby w to uwierzyć.
Nic nie mogło być już takie jak dawniej. Poza tym teraz, gdy
zakosztowała innego życia - po raz pierwszy od śmierci ojca - jak mogła
wrócić do usługiwania macosze i siostrom?
Zacisnęła palce na fałdach fartucha, tłumiąc westchnienie.
Jeszcze nie wszystko stracone, pomyślała. Wciąż mam drugi
pantofelek.
Ale co mogła zrobić ze szklanym pantofelkiem uwięziona na poddaszu?
W oddali zbierały się burzowe chmury, a przez otwarte okno wdarł się
chłodny powiew wiatru. Dziewczyna wstała, żeby je zamknąć, ale
przystanęła na chwilę i wyjrzała na podwórze.
Dworek ojca był jedynym domem, jaki znała. Kiedyś był piękny. Posiadłość
otaczały rozłożyste dęby, a po szarych ceglanych murach piął się zielony
bluszcz.
Jej ulubionym miejscem był ogród, gdzie na otoczonej kwiatami huśtawce
spędzała z matką długie godziny.
Huśtawki już nie było, została zdjęta wiele lat temu. To miejsce
stanowiło jej jedyną pamiątkę po rodzicach - hrabina Tremaine zdążyła
sprzedać większość należących do nich sprzętów i przedmiotów: portrety i obrazy, książki, meble, stroje. A listy spaliła.
Dziewczyna od tak dawna ignorowała wewnętrzny głos, który popychał ją do
opuszczenia tego miejsca. Jak mogła opuścić dworek, który był wszystkim,
co znała - jedynym, co pozostało jej po kochających rodzicach? Skąd
mogła wiedzieć, czy życie tam, w wielkim świecie, nie okaże się równie
pełne cierpienia? Dokąd miała się udać? Jak zarobić na swoje utrzymanie?
Nie istniało wiele rozwiązań dla sierot bez grosza przy duszy.
Poza tym hrabina Tremaine i jej córki były jej jedyną żyjącą rodziną.
Ten prosty fakt sprawiał, że ignorowała żal i znosiła upokorzenie
wynikające z tego, że we własnym domu sprowadzono ją do roli służącej.
Tatuś chciałby, żebym o nie dbała, powtarzała sobie.
Ale po raz pierwszy zaczęła wątpić, czy rzeczywiście tego by chciał.
W końcu przekonała się, że hrabina nigdy nie będzie życzyła jej dobrze,
że była gotowa zdeptać każdą iskierkę radości w życiu pasierbicy.
Wtem na schodach wieżyczki znów rozbrzmiały miarowe kroki hrabiny, jak
gdyby rozmyślania Kopciuszka przywołały ją na górę. Ale tym razem miała
towarzystwo.
- Co za bezczelność! Jak ona śmie! - oburzała się piskliwie Anastazja. -
To oczywiste, że pantofelek był mój. Mój!
- Twój? - odparła Gryzelda z drwiną. - Zabawne.
Ich matka spojrzała na nie z dezaprobatą.
- Dziewczęta! Więcej godności.
Siostry Kopciuszka ucichły, ale tylko na chwilę.
Anastazja pierwsza przerwała ciszę.
- Dlaczego tam idziemy? - spytała lekko zasapana. - Fuj, ile tu kurzu!
- Co to za chrobot? Czy tu są myszy? - zaniepokoiła się Gryzelda. -
Matko, czy możemy już wrócić na dół? Musimy do niej iść? To takie...
- Cisza! - przerwała jej ostro hrabina. - Dość tych narzekań.
Kopciuszek przygotował się na awanturę. Ton głosu macochy wskazywał, że
nie była w dobrym nastroju. Ale dziewczyna ze zdziwieniem odkryła, że
wcale się nie boi - w końcu co więcej mogła jej zrobić ta okrutna i nieczuła kobieta? Arcyksiążę odjechał i na pewno już tutaj nie wróci.
Dalej szuka nieznajomej, na której stopę pasuje szklany pantofelek, a gdy ją znajdzie, zaprowadzi ją do królewicza - jej królewicza.
Kroki wciąż się zbliżały.
- Czas, żebyście się przekonały, jak paskudny ma charakter - powiedziała
hrabina. - Postąpiła wbrew mojemu wyraźnemu zakazowi i wykradła się na
bal.
Dziewczyna zamarła zaskoczona. Skąd macocha wiedziała, że była na balu?
Przecież wróciła do domu na długo przed nimi, a o poranku wszystko
odbywało się niemal tak jak zawsze, przynajmniej do chwili, gdy
dowiedziała się o arcyksięciu...
Melodia, którą nuciła. Był nią walc zagrany przez orkiestrę podczas
balu. Po plecach dziewczyny przeszedł zimny dreszcz. Czy macocha mogła
ją rozpoznać?
Jeśli tak, musiała się domyślić, że szklany pantofelek należy do
Kopciuszka, a Kopciuszek jest dziewczyną, której szuka królewicz.
Nagle wszystko stało się jasne: to, że macocha zjawiła się w pokoju
Kopciuszka i że zamknęła drzwi na klucz. Ale co mogła planować teraz,
skoro arcyksiążę już odjechał?
Nie przeproszę, postanowił Kopciuszek z przekonaniem. Na pewno nie za
to, że poszłam na bal.
W zamku szczęknął klucz, przekręciła się gałka, a dziewczyna wzięła
głęboki oddech i spróbowała uspokoić nerwy...
...czując, że dopiero teraz znalazła się w prawdziwej pułapce.
Rozdział trzeci
Co za porażka!
Ferdynand, arcyksiążę Malloy, zatopił się w pluszu aksamitnych poduszek
karocy, żałując, że ze wszystkich miejsc na świecie musiał być akurat
tutaj.
Obok niego leżał pomięty dokument zwinięty w luźny rulon, a według
znajdującej się na nim listy miał do odwiedzenia jeszcze niemal sto
domostw.
Zamknął oczy, wiedząc, że jeśli pozwoli sobie na drzemkę, natychmiast
dojedzie do kolejnego przystanku. Mógł mieć tylko nadzieję, że ta
rodzina nie okaże się tak nieznośna jak poprzednia.
Na samo wspomnienie okropnych córek hrabiny Tremaine czuł ciarki na
plecach. Doprawdy niesmaczne, z jaką zachłannością rzuciły się na
szklany pantofelek.
- Coś takiego, on jest mój! - przekrzykiwały się nawzajem. - To mój
pantofelek!
Ferdynand czuł, że jeśli usłyszy te trzy słowa choćby jeszcze raz,
całkiem postrada zmysły. Nie zdziwiłby się, gdyby nazajutrz miał obudzić
się z siwymi strąkami w miejscu swoich kruczoczarnych włosów.
Co za upokorzenie!
Przez zasłony w oknie karocy zaglądały promienie słońca. Arcyksiążę
skrzywił się z niechęcią, po czym otworzył jedno oko i wyjrzał na
zewnątrz. Zbliżali się do pomnika jego ojca stojącego pośrodku jednego z bardziej eleganckich placów miasta. Znaleźli się w jego ulubionej części
Valors. W dzieciństwie Ferdynand wiecznie przechwalał się swoim kolegom,
jak ważny był jego ojciec, skoro jego podobizna znajdowała się w samym
sercu miasta, i to w tak heroicznej i pełnej godności pozie.
- Pewnego dnia też będę miał swój pomnik - powtarzał z upodobaniem.
Dlatego doznał absolutnego zgorszenia, gdy ujrzał, że na głowie ojca
przysiadły gołębie, a nieczyszczony od tygodni kamień zarósł warstwą
brudu. Na domiar złego w otaczającej posąg rabatce kwiatowej okoliczne
psy urządziły sobie toaletę!
Gdyby nie jego niezwykle napięty grafik, wypadłby z karocy, przepłoszył
gołębie i zażądał od prostackich poddanych, by zabrali swoje
barbarzyńskie bestie.
- Hańba - mruknął, marszcząc czoło. I to po tym wszystkim, co jego
rodzina zrobiła dla Aurelais! Postanowił, że podniesie temat zaniedbania
pomnika ojca zaraz po powrocie do pałacu.
Jak też zmieniły się czasy! Gdy był dzieckiem, ludzie traktowali
arystokrację z szacunkiem. Sama myśl, że królewicz mógłby poślubić
przeciętną szlachciankę, wywołałaby wielkie poruszenie. A ożenek z kobietą z gminu o zupełnie pospolitym pochodzeniu byłby prawdziwym
skandalem!
Jego ojciec, który przed nim pełnił funkcję najbliższego doradcy króla,
z pewnością przekonywałby władcę, aby ten do tego nie dopuścił. To samo
próbował zrobić Ferdynand.
Jego ojciec nadzorował odbudowę Aurelais po zakończeniu wojny
siedemnastoletniej. Lecz według Ferdynanda jego największym dokonaniem
było wygnanie z królestwa wszystkich magicznych istot - to znaczy
wróżek, które zbyt chętnie zaczęły maczać palce w polityce. Najgorszy
był ten absurdalny zwyczaj błogosławienia i przeklinania członków
rodziny królewskiej.
Ale pewnym było, że Ferdynand nie dostanie pomnika za odnalezienie
jakiejś pannicy gubiącej pantofelki. Nawet jeśli była "prawdziwą
miłością" królewicza Karola, jak wyraził się sam zainteresowany...
Co takiego zrobił, żeby zasłużyć sobie na taki los? Żeby kręcić się po
całym królestwie jak jakiś, za przeproszeniem, chłopak na posyłki? Całą
noc i poranek spędził na recytowaniu głupiego obwieszczenia o jakimś
pantoflu ze szkła zamiast pracować nad projektami kluczowych ustaw i planów budżetowych dla rady królewskiej.
Tak, w Aurelais już od ponad dwudziestu lat panował pokój, ale wciąż
należało wynegocjować wiele międzynarodowych umów i traktatów i szukać
mądrości najtęższych umysłów w państwie. Nawet parę dni temu Ferdynand
przeczytał o wynalazcy, który okrążył cały świat balonem na gorące
powietrze.
I mógł również zabierać nim pasażerów! Inne państwa budowały okręty,
którymi docierały w najdalsze zakątki świata, ustanawiały ważne szlaki
handlowe, odkrywały nowe ziemie.
A tymczasem Ferdynand, prawa ręka króla Aurelais, zjeżdżał całe
królestwo w poszukiwaniu... właścicielki buta.
Spojrzał z niesmakiem na szklany pantofelek spoczywający na poduszce na
jego podołku. Jakże go korciło, żeby cisnąć nim przez okno.
O wszystko winił królewicza.
- Przestraszyłeś ją - oskarżył go Karol poprzedniej nocy. - Gdybyś nie
posłał za nią swoich ludzi, może by wróciła.
Młodzieniec był niespełna rozumu. Ferdynand musiał z całych sił
powstrzymywać się przed powiedzeniem tego na głos.
Jego Miłość też na niewiele się zdał. To on wpadł na pomysł, by każda
panna w królestwie przymierzyła pantofelek. Z czym zresztą Ferdynand się
zgodził. Sam nawet z radością napisał obwieszczenie:
Ogłasza się wszem i wobec rozpoczęcie najwyższej wagi poszukiwań, które
objąć mają całe królestwo, jak długie i szerokie. Jego celem jest, co
następuje: każda panna na wydaniu, bez wyjątku, przymierzy na swą stopę
pantofelek ze szkła, a jeśli on pasującym się okaże, panna ta zostanie
uznana za cel poszukiwań i niezwłocznie okrzyknięta prawdziwą miłością
następcy tronu Aurelais, Jaśnie Oświeconego Królewicza.
Ferdynand nie spodziewał się tylko, że to on będzie musiał podjąć się
tych poszukiwań.
Król Jerzy zawsze był nieco nieracjonalny, gdy chodziło o jego syna. To
przypominało Ferdynandowi, jak ogromnie się cieszył, że jego samego los
nie pokarał żoną i dziećmi. Istniały bardziej eleganckie sposoby na
zapisanie się w pamięci przyszłych pokoleń.
Miał tylko nadzieję, że szybko znajdzie tę pannę. Oby jak najszybciej.
Starając się otrząsnąć z senności, sięgnął do kieszeni po chustkę, by
przetrzeć monokl, ale nim zdążył jej użyć, woźnica zatrzymał karocę.
- Jesteśmy na miejscu, Wasza Wysokość.
Ferdynand skrzywił się, po czym sięgnął po czako, przybrał najgodniejszą
minę, na jaką było go stać, opuścił karocę i ruszył w stronę drzwi
wejściowych. Nim dotarł na ganek, ktoś wyjrzał zza ciężkiej kotary w oknie domu i wycofał się pośpiesznie, gdy napotkał spojrzenie
arcyksięcia.
- To on! - pisnęła młoda kobieta. - Arcyksiążę! Z moim...
Ferdynand wcisnął sobie czako na uszy, żeby nie usłyszeć znienawidzonego
słowa.
- ...pantofelkiem!
Zapowiadał się nieznośnie długi dzień.
Rozdział czwarty
Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, a Kopciuszek przygotował się na
spotkanie z macochą.
Odchodzę, powtarzał w myślach, ćwicząc rozmowę z hrabiną Tremaine.
Nie zostanę tu ani minuty dłużej.
Tylko... dokąd miał pójść? Dokąd mógł się udać? Nikt nie uwierzy, że
dziewczyna w połatanej roboczej spódnicy jest panną, która na balu
wystąpiła w przepięknej sukni i szklanych pantofelkach.
Może... odszukam arcyksięcia i pokażę mu drugi pantofelek? Kopciuszek
odetchnął głęboko, czując w sercu otuchę na myśl o tym planie. Wtedy na
pewno mi uwierzy.
Przez szparę w drzwiach wsunął się do izdebki cień macochy,
przysłaniając stłumione światło słoneczne wpadające do pokoiku
Kopciuszka. Po chwili w drzwiach stanęła hrabina, a zza jej pleców
wyjrzały przyrodnie siostry.
Kopciuszek nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz Gryzelda i Anastazja były na poddaszu. Ich zmarszczone nosy i pełne pogardy
spojrzenia sugerowały, że one również nie pamiętają.
- Zapomniałam, jak tu ciasno - mruknęła Gryzelda. - Ledwo się tu
mieścimy.
- I brudno - dodała Anastazja. - Zakurzą mi się włosy. - Przerzuciła
sobie rudy pukiel przez ramię i powachlowała się dłońmi.
Kopciuszek wyprostował plecy, starając się nie zwracać uwagi na
zaciśnięte usta hrabiny i uniesione wysoko brody sióstr. Nie zamierzał
pozwolić, by zraniły go ich drwiny i przytyki.
- Arcyksiążę odjechał - oświadczyła hrabina pusto. - I nie wróci.
- Wiem - odpowiedział Kopciuszek.
- Dobrze. Nie umknęło mojej uwadze, że nie byłaś z nami szczera. -
Uniosła dłoń, gdy Kopciuszek spróbował zaprotestować. - Dogłębnie
przemyślałam sprawę i zamierzam cię zgłosić.
- Zgłosić? - powtórzył Kopciuszek, marszcząc czoło. Takiego obrotu spraw
zupełnie się nie spodziewał. - Za co?
- Za co? - Hrabina zaśmiała się ostro i odwróciła do swoich córek. -
Udaje, że nie ma pojęcia.
Gryzelda i Anastazja najwyraźniej także go nie miały, ale zarechotały
posłusznie.
- Nie mogłaś wystąpić na balu w tych łachmanach. Komu ukradłaś suknię?
- Co? - wydusił zdumiony Kopciuszek. Przygryzł wargę, próbując się
uspokoić. - Nie... nie rozumiem - dodał drżącym głosem.
- Czyżby? - prychnęła hrabina. - Suknia, kolczyki, karoca... szklane
pantofelki.
Gryzelda pierwsza zrozumiała.
- Ona?! To nie mogła być ona.
- Matko! - zawołała Anastazja, krzyżując ręce na piersi. - To ona jest
tą panną od pantofelka? Przecież to niemożliwe.
- Nie mam co do tego wątpliwości. - Hrabina ponownie wbiła lodowate
spojrzenie w Kopciuszka. - Zdaje się, że wszystkie jej nie doceniłyśmy.
Ale popełniła ogromny błąd. - Ponownie uniosła dłoń władczym gestem. -
Przeszukajcie jej pokój.
- Nie!
Kopciuszek rzucił się, żeby powstrzymać siostry, ale były zbyt szybkie.
Gryzelda odepchnęła go na bok, niemal ciskając o ścianę. W dzikim szale
razem z Anastazją ściągnęły pościel z łóżka, po czym pocięły materac
znalezionymi na komodzie nożycami.
Dziewczyna próbowała zachować spokój, ale czuła wzbierającą w piersi
panikę. Ta scena przywołała wspomnienia z poprzedniego wieczora, gdy
siostry rozszarpały jej suknię - suknię jej matki, którą własnoręcznie
przerobiła - zerwały sznur zielonych korali i zasypywały ją obelgami,
dopóki nie wybuchła płaczem.
Za każdym razem, gdy wydawało jej się, że ma w sobie siłę, by wytrzymać
ich złośliwość i wrogość, znajdowały nowy sposób, by ją skrzywdzić.
Nie mogła dopuścić, by znalazły pantofelek. Tylko on pozostał jej po
balu. Tylko on przypominał o ulotnej chwili szczęścia. I tylko on mógł
pomóc jej znaleźć nowe, lepsze życie.
- Przestańcie, błagam! - zawołała, próbując wyrwać Anastazji nożyce.
- Matko! - wrzasnęła Anastazja.
Na nadgarstku Kopciuszka zacisnęły się zimne palce, a ostre paznokcie
wpiły się w jego skórę. Szarpnął się, z przerażeniem przyglądając się
rozszalałym siostrom.
Gryzelda znalazła pantofelek.
- Miałaś rację! - wykrzyknęła. - Matko, to...
Hrabina wyciągnęła rękę.
- Podaj mi go.
Ale zanim Gryzelda zdołała wykonać polecenie, Kopciuszek wyrwał się
macosze i chwycił pantofelek.
Twarz hrabiny pociemniała.
- Kopciuszku, daj mi pantofelek!
- Nie.
- Natychmiast, Kopciuszku!
Dziewczyna nie drgnęła. Zgodnie z królewskim rozporządzeniem królewicz
miał poślubić pannę, na której stopę pasował szklany pantofelek
znaleziony na balu. Gdyby oddała swój hrabinie, któraś z jej córek
mogłaby ogłosić, że pantofelek należy do niej, zabrać go do pałacu i skłamać królowi, że to ona przetańczyła cały wieczór z królewiczem.
Nawet jeśli królewicz nie rozpozna w niej dziewczyny z balu, co do czego
nie było wątpliwości, pantofelek był potężną kartą przetargową.
- Nie - powtórzył Kopciuszek stanowczo.
- Jak chcesz. - Głos hrabiny był dziwnie spokojny. - Gryzeldo,
Anastazjo.
Siostry jednocześnie naskoczyły na Kopciuszka. Umysł dziewczyny przez
chwilę ogarnęło obezwładniające przerażenie. Nie mogła pozwolić, by
zdobyły pantofelek. Gryzelda i Anastazja szarpały ją, wrzeszcząc
"Oddawaj!", a ona w jednej chwili uświadomiła sobie, co musi zrobić.
Zbierając wszystkie siły, uniosła pantofelek wysoko nad głowę. Przez
moment skupiła wzrok na promieniu słońca, który odbił się w nim,
rozświetlając go niczym diament.
A potem cisnęła nim o ścianę.
Pantofelek rozprysnął się na tysiąc kawałeczków.
- Patrz, coś narobiła! - wrzasnęła Gryzelda.
Dysząc ciężko, dziewczyna ledwo to usłyszała. Widok roztrzaskanego
pantofelka sprawiał jej ból, poczuła, jak serce ściska jej się z rozpaczy. Szklany bucik był jej kluczem do odnalezienia mężczyzny,
którego poznała na balu, do własnego szczęścia z dala od tyranii
hrabiny. A teraz w jednej chwili przepadł, a wraz z nim rozprysły się
jej wszelkie nadzieje...
Zacisnęła zęby. Przynajmniej teraz macocha nie użyje go dla własnych
korzyści.
- Matko! - jęknęła Anastazja. - Jak ona mogła?!
- Nie rozumiem, skąd wzięła szklany pantofelek...
- Cisza! - przerwała im hrabina. Mówiła cicho, ale każde słowo było
nasączone jadem. - Dziewczęta, zostawcie nas.
- Ale, matko!
- Nie będę powtarzać.
Sapiąc ze wściekłości, Gryzelda i Anastazja wymaszerowały z pokoju i zatrzasnęły drzwi. Gdy zniknęły, hrabina podeszła do roztrzaskanego
pantofelka i posłała Kopciuszkowi lodowate spojrzenie.
- Oszukałaś mnie.
- Nie możesz myśleć, że ukradłam...
- Nie interesuje mnie, skąd wzięłaś suknię i buty - przerwała jej
hrabina. - Ani jak zdołałaś dostać się na bal. - Jej bladozielone oczy
zmrużyły się groźnie. - Twoja zuchwałość sięgnęła szczytu. Spójrz na
siebie. Sierota, marna służka. Kto by cię zechciał? Z pewnością nie syn
króla.
Jej słowa ubodły Kopciuszka do żywego. Ledwo panował nad łamiącym się
głosem.
- J-jestem córką mojego ojca. Twoją pasierbicą. Jesteśmy rodziną -
powiedział cicho.
Hrabina zaśmiała się głucho.
- Rodziną? Naprawdę masz fantazję, jeśli w to wierzysz.
Kopciuszkowi zadrżały usta.
- Za co tak mnie nienawidzisz?
- Nienawidzę? - W oczach hrabiny pojawiło się niedowierzanie, a po nim
rozbawienie. - Skąd pomysł, że zasługujesz na moją uwagę, a tym bardziej
nienawiść?
- Ale...
- Czy kiedykolwiek cię uderzyłam? Głodziłam? Ośmieszałam publicznie?
Taki los czeka dziewczęta w sierocińcu.
Kopciuszek pokręcił głową w milczeniu.
- Zamknęłam cię tutaj, bo nie mogę ci ufać. Oszukałaś mnie i moje córki.
- Nigdy nie skłamałam - zaprotestował Kopciuszek, zbierając się na
odwagę. - Na każdym kroku byłam ci posłuszna. Robiłam, co kazałaś.
Sprzątałam, gotowałam, nigdy się nie skarżyłam. Chciałam tylko, żebyś
traktowała mnie jak swoją córkę.
- Jak mogłabym uważać cię za swoją córkę? - warknęła hrabina, marszcząc
się z wściekłości. Lecz zaraz opanowała się i ciągnęła: - Do dnia, w którym cię poznałam, nie przepracowałaś ani dnia w swoim pasożytniczym
życiu. Pamiętasz, co powiedziałaś ojcu na mój widok? "Tatusiu,
przyprowadziłeś mi nową matkę!" - Hrabina skrzywiła się, powtarzając te
słowa. - Jakbym była rzeczą, jakimś przedmiotem, który można sobie
wybrać, kupić.
Kopciuszek pamiętał. Pamiętał, że tymi słowami chciał tylko wyrazić
radość na widok hrabiny Tremaine. Nie miały być obraźliwe.
- Ucieszyłam się, że mogłam cię wreszcie poznać. Nie chciałam...
- Pamiętam, jak patrzyłaś na moje córki. Z góry. Z pogardą. Ty z tymi
swoimi wymyślnymi sukienkami i lekcjami muzyki. Z kolekcją strojów do
jazdy konnej, kwiatami i tymi nieznośnymi pioseneczkami dla ptaków i tego psiska. - Hrabina prychnęła z niesmakiem. - Pierwsze co zrobiłaś,
to zadrwiłaś ze mnie i ośmieszyłaś moje córki przed swoim ojcem.
- Nie wie...
- Oczywiście, że nie wiedziałaś. Uważasz, że twoja ignorancja to
niewinność. Ja zaczynałam z niczym. Własną krwawicą zapewniłam moim
córkom najlepsze możliwe życie. Ale ty śmiałaś się z naszych starych
ubrań, z zębów Gryzeldy, z włosów Anastazji.
Dziewczyna zdumiała się, słysząc te oskarżenia. Czy naprawdę tak było?
Tak wyraźnie pamiętała dzień, w którym macocha przybyła do dworu.
Przyjechały, gdy miała lekcję muzyki, a ona przerwała ją natychmiast i wybiegła z saloniku, gdy tylko za oknem ukazał się powóz ojca. Nikt nie
powiedział jej wcześniej o hrabinie Tremaine, więc jej pojawienie się
nieco ją zaskoczyło: jej upięte wysoko włosy na kształt serca, przez
które zdawała się górować nawet nad ojcem, jej długa szyja i wyniosła
postawa, zupełnie ją onieśmieliły. Była ubrana w suknię w kolorze wina z wysokim kołnierzem. Po bokach miała swoje córki z równo przyciętymi
loczkami i ponurymi minami.
- To hrabina - szepnęła jedna ze służących, która minęła Kopciuszka
ukrywającego się pod schodami.
- Lepiej nie podbiegaj do ojca i nie przytulaj się do niego tak jak
zwykle. Trzymaj bródkę wysoko i dygnij, witając jego gości.
I dziewczynka tak właśnie zrobiła. Ale może uniosła brodę zbyt wysoko
albo nie dygnęła wystarczająco nisko. Jej tatuś nigdy wcześniej nie
oczekiwał od niej przestrzegania sztywnej etykiety, a ona chciała tylko
zaimponować swojej nowej matce. Była taka stremowana.
- Hrabino Tremaine - powiedziała na powitanie, dygając najniżej, jak
potrafiła.
Tatuś zaśmiał się i pomógł jej się podnieść.
- Szkoda czasu na takie ceremoniały. Jesteśmy rodziną.
- Ojej, tatusiu! - zawołała, obejmując go mocno. - Przyprowadziłeś mi
nową matkę!
Z przejęcia potrząsnęła głową, poluzowując wstążkę we włosach. Ojciec
pomógł dziewczynce ją zawiązać.
- Może pokażesz Gryzeldzie i Anastazji salonik muzyczny, a ja pomogę
hrabinie Tremaine się rozgościć? - zaproponował.
- Mam dziś lekcję muzyki - wyjaśniła swoim nowym siostrom, starając się
być uprzejma i taktowna. Bardzo jej zależało, żeby ją polubiły. -
Nauczycielka pokazywała mi właśnie nową piosenkę. Czeka na mnie na
górze. Może dołączycie?
- Ja chcę śpiewać - oświadczyła Gryzelda - a Anastazja gra na flecie.
Skąd mogła wiedzieć, że jej przyrodnie siostry nie miały słuchu? Wcale
nie chciała ich ośmieszyć.
Jakiś czas później przypadkowo usłyszała, jak dwie służące rozmawiały
ukradkiem w kuchni. Nie widziały jej, a ona nie miała zamiaru
podsłuchiwać, ale ich słowa utkwiły jej w pamięci:
- Nie podoba mi się ta nowa pani. Widziałaś, jak pilnuje rachunków?
Właśnie dostałam od niej burę za to, że sypię kurom za dużo ziarna i zbyt hojnie smaruję chleb masłem. Widzi mi się, że wyszła za naszego
dobrego pana tylko dla pieniędzy.
- Nie mów tak, jeszcze będą z tego kłopoty! Jej poprzedni mąż był
hrabią.
- Tak, ale bez grosza przy duszy.
- Niemożliwe, nasz pan nie...
- Oszukała naszego pana, jestem tego prawie pewna. Słyszałam, że hrabia
Tremaine przegrał cały majątek w karty, a gdy został powołany do wojska
w trakcie wojny, zaciągnął się tylko po to, żeby uciec wierzycielom.
Potem próbował zdezerterować i został powieszony. Straszny dyshonor.
- Nie możesz wierzyć w te wszystkie pogłoski.
- To żadne pogłoski! Wiesz, jak dobre serce ma nasz pan. Pewnie spotkał
ją podczas swoich podróży i zlitował się nad nią i jej córkami. Ale ona
nie jest taka niewinna, na jaką wygląda. Gdybyś tylko wiedziała, co
ludzie o niej wygadują! Wydaje jej się, że jest nie wiadomo kim! A teraz, gdy stała się panią tego domu, najbardziej boję się o naszą
kochaną...
W tym momencie służące spostrzegły Kopciuszka i umilkły.
W tamtej chwili dziewczyna nie rozumiała wagi słów, które właśnie
usłyszała. Nawet po śmierci ojca, gdy hrabina Tremaine zyskała
niepodzielną władzę nad dworkiem, nie rozmyślała wiele nad przeszłością
swojej macochy.
Po każdym okrutnym geście hrabiny powtarzała sobie, że mimo wszystko
lepiej będzie zostać w domu swojego ojca ze swoją przyszywaną rodziną,
zamiast szukać szczęścia gdzie indziej.
Ale może to błąd? Macocha była wyrachowana, nie miała skrupułów, gdy
chodziło o jej interes i dobro jej córek. Była też bezwzględna, ale
Kopciuszek nie dopuszczał do świadomości, jak bardzo. Chronił się,
przykrywając swoje nieszczęście marzeniami, i udawał, że wszystko jest w porządku. Powtarzał sobie, że jest im potrzebny.
Dziewczyna spojrzała na hrabinę Tremaine, kobietę, która kiedyś miała
wszystko, czego pragnęła: bogactwo, status, powszechny podziw i szacunek. Teraz mieszkała w niszczejącym dworku, bez służby poza
pasierbicą, a z dawnej fortuny zostało jej tak niewiele, że aby kupić
suknie balowe dla córek, musiała sprzedać ostatnie jedwabne zasłony.
- Źle mnie zrozumiałaś, matko - powiedział Kopciuszek cicho. - Żałuję,
że nie mogłam wyjaśnić moich intencji już wtedy, skoro moje słowa tak
zaważyły na naszej relacji. Nie patrzyłam z góry na Gryzeldę i Anastazję. Jedyne, czego pragnęłam, to mieć matkę, tak jak one. Moja
zmarła...
- Wystarczająco się nasłuchałam o twojej zmarłej matce od twojego
świętej pamięci ojca - prychnęła hrabina. - Gdy odszedł, wzięłam sobie
za cel wreszcie cię naprostować. Starałam się, jak mogłam, wychować cię
na porządną dziewczynę, ale widzę, że wszystkie moje wysiłki były
daremne. - Kopnęła odłamki szkła w stronę Kopciuszka. - Sprzątnij ten
bałagan. Później zdecyduję, co z tobą zrobić.
Odwróciła się na pięcie i zanim Kopciuszek zdążył doskoczyć do drzwi,
znów je zatrzasnęła, a w zamku szczęknął klucz.
Po drugiej stronie odezwały się głosy jej córek.
- Co teraz zrobisz, matko? - spytała Anastazja. - Nie może tu zostać! Co
jeśli arcyksiążę wróci i...
- Zdaję sobie sprawę z sytuacji, Anastazjo.
- N-no dobrze... ale przecież nie możemy wiecznie trzymać jej zamkniętej.
Hrabina uniosła głos, jakby chciała, żeby Kopciuszek ją usłyszał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki