ROZDZIAŁ 2
Pierwsze dni po wybuchu wojny Helena zapamiętała jako potworny chaos i nieustanny lęk - nad głowami przelatywały im z hukiem samoloty i każdy kulił się wówczas w oczekiwaniu, że na miasto spadną bomby, bo słyszeli w radiu doniesienia o bombardowaniu Warszawy i błyskawicznym marszu niemieckich wojsk przez Polskę. Kilka razy uciekali do piwnic i siedzieli tam, spanikowani, z grupą sąsiadów, oczekując na najgorsze, podczas gdy na zewnątrz wszystko wydawało się drżeć.
- Zasypie nas! - wołali niektórzy i zasłaniali uszy, by choć trochę stłumić dobiegający ich przeraźliwy huk i warkot.
- Zginiemy pod gruzami... - wieszczyli ponuro inni.
Tak się nie stało, ale już siódmego września przez miasteczko przemaszerowało kilka oddziałów niemieckich, z których jeden zatrzymał się w bliskiej okolicy na dwa dni. Żołnierze przeszukali domy w sąsiadującej z miasteczkiem wsi, zgromadzili wszystkich mężczyzn w kościele i ich tam zamknęli.
- Spalą nas żywcem! - słychać było spanikowane szepty i niektórzy próbowali sforsować drzwi. Niemcy oddali wówczas kilka strzałów na postrach i buntownicy się wycofali. Kobiety patrzyły z przerażeniem i poczuciem bezradności, świadome, że niewiele mogą zdziałać wobec uzbrojonych i wyszkolonych żołnierzy. Helenę, kiedy dotarły do niej pogłoski o tych wydarzeniach, zdenerwowała ta bierność.
"Gdybyśmy wszyscy z całej okolicy ruszyli na nich, uwolnilibyśmy tych ludzi" - myślała, ale kiedy próbowała porozmawiać o tym z sąsiadami, ci wzruszali ramionami i odpowiadali, że nie pójdą przecież z patelniami przeciwko armii. Wobec tego sama zaczęła planować, jak uwolnić mężczyzn, ale okazało się to niepotrzebne, bo po dwóch dniach niemiecki oddział pomaszerował dalej. Kobiety otworzyły wrota kościoła i odzyskały swych braci, mężów, ojców i synów, nieco zabiedzonych po dwudniowym poście. Ten pokaz siły mocno jednak osłabił morale wszystkich, choć nadal byli tacy, którzy widzieli w tym przejaw łaskawości zwycięzców.
- Widzicie, nic im nie zrobili, tak tylko postraszyli trochę - mówili. - Nie będzie tak źle, zobaczycie. Dadzą nam żyć, to kulturalny naród.
Potem przyszedł kolejny oddział przedstawicieli kulturalnego narodu. Wkroczył do miasteczka, witany spojrzeniami pełnymi lęku, ale żołnierze nie interesowali się mieszkańcami - z wyjątkiem tych, którzy zajmowali najbardziej okazałe kamienice w centrum. Te osoby zgromadzono na ulicy, wpakowano do ciężarówek i powieziono nie wiadomo dokąd, a ich wygodne i niedawno odnowione mieszkania zajęli Niemcy. Zorganizowali w budynku szkoły jakiś urząd, którego nazwa nic nikomu nie mówiła, a w domu kultury - siedzibę żandarmerii. Pojawił się też nowy burmistrz, który nakazał zmienić na niemieckie nazwy ulic, placów i urzędów; zniknęły polskie flagi, a zamiast nich pojawiły się symbole nazistowskie.
"Zapłacicie za to!" - myślała buntowniczo Helena, z nienawiścią patrząc na swastykę i powiewającą nad ratuszem niemiecką flagę. Płakać jej się chciało na widok tych symboli - i wielu ludzi wokół niej także ocierało oczy i wzdychało z żalem.
Ona, która wojnę znała dotąd tylko z książek i kronik filmowych, wyobrażała sobie, że będzie to czas bohaterów i patriotów - okaże się wówczas, ile kto jest wart. Kiedy jednak przez jej miasteczko przetoczyła się wielka fala uciekinierów z wiosek leżących w okolicy, w której przebiegała linia frontu, zniknęły jej romantyczne złudzenia. Widziała tłumy znękanych, przerażonych ludzi, którzy szli przed siebie, niosąc na plecach to, co udało im się zabrać w pośpiechu, zanim obcy żołnierze wypędzili ich z własnych domów. Wyglądali, jakby stracili wiarę w to, że jeszcze może być dobrze, jakby nie było w nich nadziei. Wśród tej rzeszy mignęła jej w pewnym momencie znajoma twarz.
- Ania? - zapytała niepewnie, gdy przebiła się przez tłum i dotarła na tyle blisko, by móc chwycić dziewczynę za ramię.
- Helenko! - Padły sobie w ramiona i obie się rozpłakały.
Ania była jej najlepszą przyjaciółką z gimnazjum i choć z czasem ich drogi się rozeszły, tego dnia odniosły wrażenie, jakby rozstały się ledwie wczoraj. Tuliły się do siebie i Helena czuła, jak jej przyjaciółka drży.
- Dokąd idziecie? - zapytała, kiedy już łzy trochę obeschły.
Odpowiedziało jej bezradne wzruszenie ramion, więc zaoferowała przyjaciółce gościnę. Nie było łatwo pomieścić się w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu, bo rodzina Anny liczyła aż siedem osób, ale ani Helena, ani jej rodzice nie myśleli o wygodach, zbyt przejęci i przerażeni tym, co ich goście opowiadali.
- Wpadli z karabinami nad ranem i wrzeszczeli, że mamy się wynosić - mówiła mama Anny. - Dwóch moich synów załadowali na ciężarówkę i razem z innymi młodymi chłopakami i dziewczynami gdzieś powieźli. Sąsiada, który nie chciał puścić córki, zastrzelili...
Zamilkła i zapatrzyła się w okno, a po jej twarzy popłynęły łzy. Widać było, że ta scena znów rozgrywa się przed jej oczami, że tamten moment zmienił w niej coś już na zawsze.
- Ludzie mówią, że powieźli ich na roboty do Rzeszy - podjęła opowieść Ania, widząc, że mama nie jest w stanie mówić. - Bo po co wybieraliby samych młodych? - Popatrzyła z nadzieją na Helenę, jakby od jej odpowiedzi zależał los tych ludzi.
- Tak, pewnie są im potrzebni do pracy - przytaknęła więc, choć wcale nie była pewna, jaka jest prawda. Widziała jednak w oczach tych kobiet pragnienie potwierdzenia, że ktoś oprócz nich wierzy w to, że ci młodzi chłopcy i dziewczęta nadal żyją.
- Niewiele zdążyliśmy zabrać ze sobą, bo wrzeszczeli, wymachiwali bronią i szarpali nas. Nie wiem, co dalej z nami będzie...
- Odczekamy chwilę i wrócimy do domu - odpowiedziała z przekonaniem Lidka, ciężarna siostra Anny. Jej mąż dostał powołanie latem i od tej pory nie miała od niego znaku życia. - Musimy przecież pozostać w okolicy, żeby Staszek nas odnalazł.
Rodzina Anny została u Heleny przez tydzień, a potem - mimo zapewnień, że mogą u nich mieszkać tak długo, jak chcą - wyruszyli w drogę powrotną.
- Może chociaż Lidzia i dzieci niech zostaną - proponowała mama Heleny, bo Anna miała dwie siostrzyczki w wieku czterech i pięciu lat oraz ośmioletniego brata.
- Nie, pójdziemy wszyscy - zadecydowała babcia Anny. - Dość nas już podzielili, trzeba trzymać się razem, bo jak się teraz rozdzielimy, to możemy się już nigdy nie odnaleźć.
Odeszli więc, a Helena długo patrzyła za nimi. Wymogła na Ani obietnicę, że wrócą, jeśli okaże się, że ich dom został zniszczony, ale nie była pewna, czy przyjaciółka dotrzyma słowa. Zresztą sama też myślała, że gdyby była w jej sytuacji, wolałaby zamieszkać choćby w szałasie, byle tylko wśród swoich i z nadzieją na powrót bliskich. Patrzyła, jak wędrują przed siebie drogą, wzdłuż której rósł szpaler pięknych, bujnych kasztanowców. Ich korony powiewały na wietrze i szumiały, a Helena pomyślała, że to piękno kłóci się z tym, co dzieje się wokół.
"Ile jeszcze zła dotknie ten nieszczęsny kraj?" - pytała w duchu.
Tymczasem w miasteczku zapanował względny spokój. Przez długi czas nic się nie działo, więc życie powoli wracało do normy, poza tym, że pewnej nocy zniknęło bezpowrotnie pięć rodzin żydowskich. W należących do nich sklepach i warsztatach w ciągu kilku dni pojawili się zupełnie obcy ludzie - ale nikt specjalnie nie interesował się losem poprzednich właścicieli i nie zadawał pytań, bo każdy miał swoje troski i zmartwienia. Wyjątkiem była Helena, która od samego początku postanowiła zbojkotować wszystkie te warsztaty i sklepy i ani razu nie przekroczyła ich progu.
"Z całą pewnością nie przejęli ich w uczciwy sposób" - myślała i patrzyła z pogardą na ludzi, którzy czerpali zyski z czyjegoś nieszczęścia.
Z czasem zaczęły docierać pogłoski o tym, jaki los spotyka Żydów. Niejednokrotnie wygłaszane były tonem pełnym satysfakcji. Helenie trudno było uwierzyć w prawdziwość tych wieści, bo były tak straszne, że nawet gdyby tkwiło w nich tylko małe ziarenko prawdy, i tak zdawało się to niewyobrażalnym okrucieństwem. Z lękiem i współczuciem wspominała czarnowłosą Salomeę, która wraz z mamą prowadziła salonik krawiecki, gdzie Helena często bywała. Wymieniały się z Salomeą książkami, niekiedy podczas przymiarek plotkowały o aktorach i aktorkach albo oglądały katalogi z najnowszą modą i marzyły o takich kreacjach, jakie prezentowały modelki.
"Co się teraz z tobą dzieje, Salciu?" - zastanawiała się i odmawiała modlitwę za wszystkie znane jej żydowskie rodziny.
Przed oczami stawał jej też śliczny Dawidek, który przesiadywał w cukierni swoich rodziców i ilekroć go widywała, miał buzię ubrudzoną czekoladą. Albo poważny pan Samuel, u którego można było kupić najpiękniejsze materiały. Ci ludzie stanowili ważną część jej życia i nie mogła uwierzyć w to, że nikt nie próbuje protestować wobec tak podłego ich potraktowania.
- Może warto by było napisać prośbę o wyjaśnienie, co się z nimi wszystkimi stało? - pytała każdego, kto chciał rozmawiać na ten temat. - Albo wręcz żądanie, aby pozwolono im wrócić?
- Jeśli ci życie niemiłe, to pisz! - słyszała w odpowiedzi.
- Kto będzie ryzykował dla jakichś żydków? - prychali niektórzy.
- Mało masz własnych problemów? - odpowiadali inni.
Byli i tacy, którym los sąsiadów nie był obojętny, ale znali życie na tyle dobrze, by nie wierzyć, że jakakolwiek petycja mogłaby zmienić coś w takiej sytuacji.
- Jest wojna, więc będą i ofiary. Może ich tylko wywieźli w jakieś inne miejsce - mówili, bo było im żal tej naiwnej dziewczyny. - Nic nie poradzisz, a tylko narazisz siebie i swoich bliskich. Zapomnij. Przyjdzie czas, to im odpłacimy. Już niedługo!
Helena ustąpiła, ale nigdy nie przestała myśleć o tych ludziach i modlić się za ich bezpieczny powrót, choć wkrótce okazało się, że nie tylko los żydowskich rodzin jest niepewny. Ojciec kuzynki Heleny - Stefanii - nie wrócił po klęsce wrześniowej do domu i jego córka i żona musiały skupić się na tym, żeby układać sobie życie bez niego i nie tracić nadziei, choć nie było żadnych informacji o jego losie. Stefania pracowała w piekarni. Helena współczuła jej, gdyż dziewczyna musiała budzić się w środku nocy, a potem stać godzinami w upalnym pomieszczeniu, przygotowując kolejne bochenki. Stefcia jednak nie narzekała, bo ciotka Krystyna nie była nigdzie zatrudniona, więc zarobki dziewczyny pozwalały im obu się utrzymać. Poza tym w pewnym momencie praca kuzynki okazała się błogosławieństwem dla całej rodziny, gdyż dzięki niej mieli każdego dnia pół bochenka chleba i nie musieli stać po niego w ciągnącej się wzdłuż całej ulicy kolejce. Dziewczyna przynosiła go Helenie do apteki, kiedy wracała do siebie.
- Przynajmniej chleba nam nie zabraknie... - mówiła, bo jej pracodawca pozwolił każdemu zabierać co dzień jeden bochenek, a ona dzieliła go sprawiedliwie na dwie części, aby wspomóc swoich krewnych.
Wkrótce pojawiło się nowe zmartwienie, bo władze wprowadziły godzinę policyjną i wśród mieszkańców zrobiło się nerwowo. Ci, którzy nie mieli przepustek, pędzili do domu, gdy już udało im się zrobić jakieś zakupy albo gdzieś się zasiedzieli, i z obawą zerkali na zegar ratuszowy, choć patrole zdarzały się bardzo rzadko.
- Nie mogą przecież pilnować każdego miasteczka - mówił ojciec Heleny, kiedy jego żona siedziała przy oknie, z niepokojem wypatrując powrotu córki z pracy.
Pracodawca Heleny, jedyny aptekarz w miasteczku, który na początku wojny - tak jak wielu innych przedsiębiorców - zawiesił działalność, dość szybko wrócił do zawodu i poprosił o to także swą pomocnicę. Teraz, kiedy studia farmaceutyczne przerwała wojna, zatrudnił ją na pełen etat. Wcześniej, gdy musiała dojeżdżać pociągiem do pobliskiego dużego miasta, gdzie funkcjonowała uczelnia, nie mogła poświęcać tyle czasu na pracę. Każdego ranka Helena, postukując obcasami wytartych czółenek, przemierzała ulice swojego miasteczka, by dotrzeć do apteki, gdzie przygotowywała leki, wydawała zamówienia i prowadziła księgi rachunkowe. Praca była ciekawa i zarobek całkiem niezły, chociaż krewni Heleny, zanim zaczęła się wojna, uważali inaczej, bo dziewczyna jedną trzecią pensji skrupulatnie odkładała na wymarzoną kawalerkę. Dość już miała ciągłej kontroli rodzicielskiej i traktowania jej, jakby wciąż była małą dziewczynką.
- Cenię tę pracę - mówiła za każdym razem, gdy ktoś proponował jej załatwienie innej posady, takiej, w której dostanie lepszą pensję.
Wybuch wojny sprawił, że nikt nawet nie próbował podawać w wątpliwość sensu jej posady w aptece, gdyż zarabianie pieniędzy, nawet niewielkich, stało się bardzo ważną życiową kwestią. Helena cieszyła się, że przynajmniej w tym względzie jej rodzina może mieć poczucie bezpieczeństwa, bo także jej rodzice pracowali. Inaczej ciotka Krystyna, której stan psychiczny wciąż nie pozwalał na zatrudnienie się gdziekolwiek - zdarzały się dni, kiedy przez cały dzień płakała i nie wstawała z łóżka.
- Boję się, że zaczną to sprawdzać, uznają ją za zbędną i gdzieś wywiozą - wyznała pewnego dnia Stefania. Nowe władze często podkreślały wagę pracy zarobkowej i rzeczywiście istniało zagrożenie, że niepracująca kobieta w dość młodym wieku w końcu zwróci czyjąś uwagę. Słyszało się o różnych sytuacjach z innych miast, kiedy osoby, które nie wypełniały obowiązku pracy, zostawały uznane za "nieprzydatne" i nagle znikały. Wreszcie udało się - za ogromną łapówkę, na którą poszła duża część oszczędności Heleny i dwie pensje jej mamy - załatwić ciotce fikcyjny etat w fabryce, w której pracowała mama. Na szczęście urzędnik, który podbijał jej kartę pracy, zadowolił się później braniem pensji, jaka należała się nieistniejącej pracownicy, i nie wymagał dodatkowych wpłat.
- Ale swoją drogą, Krysiu, musisz wziąć się w garść - powtarzała mama Heleny, kiedy spotykały się z siostrą. - Nie może być wszystko na głowie Stefci, a i Gustaw nie byłby zadowolony, widząc cię w takim stanie!
Do ciotki jednak prawie nic nie docierało, więc Helena poszukała w swoich notatkach odpowiednich ziół i przygotowała mieszankę, która koiła nerwy, choć wiedziała, że przy takim stanie zioła niewiele zmienią. I tym bardziej żal jej było kuzynki, która wracała rano wyczerpana po całej nocy w piekarni, a potem musiała jeszcze zajmować się domem, ponieważ matka najczęściej spędzała cały dzień, patrząc w okno.
Helena czuła czasami wyrzuty sumienia, bo ona sama nie miała takich problemów. A przy tym lubiła swoją drogę do pracy, atmosferę apteki i cichego, spokojnego szefa, który rzadko się odzywał i nigdy nie wypytywał jej o sprawy osobiste, a na dodatek chętnie uczył ją zawodu, którego tajniki zdążyła już trochę poznać na studiach farmaceutycznych.
"Kiedy skończy się wojna, wrócę na uczelnię i może założę własną aptekę" - myślała dziewczyna i przykładała się do nauki. Szczególnie interesowała ją lecznicza moc roślin, więc wielokrotnie przeglądała ogromną księgę ziół, którą miał w swej bibliotece farmaceuta, robiła notatki, starała się zapamiętywać wygląd konkretnych bylin.
Często po pracy zatrzymywała się w miejskim parku i pochylona przemierzała alejki w poszukiwaniu leczniczych roślin. Suszyła je potem i chowała do słoiczków czy papierowych torebek, starannie opisując zawartość. Czasem ucierała maści albo robiła mieszanki, którymi hojnie obdarowywała każdego, kto skarżył się na jakieś dolegliwości.