Marysieńka Sobieska - Tadeusz Żeleński Boy

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

IZAMIAST PRZEDMOWY

Kie­dy sza­now­na fir­ma księ­gar­ska1 po­dej­mu­jąc cykl bio­gra­fii hi­sto­rycz­nych za­pro­po­no­wa­ła mi na­pi­sa­nie Ma­ry­sień­ki (So­bie­skiej), myśl ta wy­da­ła mi się ku­szą­ca. Cóż za bo­gac­two ma­te­ria­łu! Mi­łość So­bie­skie­go do pięk­nej Fran­cuz­ki - ja­każ to cie­ka­wa po­wieść psy­cho­lo­gicz­na, pod­szy­ta ro­man­sem ry­cer­skim, in­try­gą po­li­tycz­ną w wiel­kim sty­lu. Co za kon­tra­sty: kró­lew­ski płaszcz z gro­no­sta­jów rzu­co­ny na zmię­to­szo­ne łóż­ko w Pie­la­sko­wi­cach czy w Ja­wo­ro­wie; Piast oże­nio­ny z Ce­li­me­ną2; pierw­sza wiel­ka ofen­sy­wa wpły­wów fran­cu­skich na Pol­skę, no i od­siecz au­striac­kie­go Wied­nia, jako fi­nał tej dwu­dzie­sto­let­niej pro­pa­gan­dy, sku­tecz­nej jak wszyst­kie pro­pa­gan­dy... splot za­gad­nień jak­że bo­ga­tych, pa­sjo­nu­ją­cych, skom­pli­ko­wa­nych. I ten uro­czy ba­rok, w ja­kim się kształ­tu­je ów he­ro­icz­ny po­emat! Już, już ob­ja­wił mi się wą­sal So­bie­ski jako py­za­ty ba­ro­ko­wy anio­łek, to dmą­cy w sur­mę zwy­cię­stwa, to stu­la­ją­cy bu­zię do po­ca­łun­ku!

Ale rów­no­cze­śnie ob­le­gły mnie wa­ha­nia. Znów być wy­my­śla­nym, i głu­pio wy­my­śla­nym! Tak bar­dzo nie­przy­ja­zne jest u nas na­sta­wie­nie ogó­łu do ko­goś, kto szu­ka ludz­kiej praw­dy pod ofi­cjal­nym ba­na­łem! Tak mi się już prze­ja­dło czy­tać bzdu­ry o po­mniej­sza­niu wiel­ko­ści i o "ży­ciu uła­twio­nym"! A je­że­li kie­dy, to tu­taj gro­zi nie­bez­pie­czeń­stwo, bo czyż Ma­ry­sień­ka nie wy­da­je się wcie­lo­ną ma­ło­ścią So­bie­skie­go, per­so­ni­fi­ka­cją mniej chlub­nych stron jego hi­sto­rii; czyż go ta Fran­cu­zecz­ka wciąż nie ścią­ga z po­mni­ka za połę kon­tu­sza na zie­mię? Ale gdy­by się w tym roz­pa­trzyć, oka­że się, iż wiel­kość z ma­ło­ścią spo­jo­ne są tu tak ści­śle, że od­gro­dzić ich nie­po­dob­na, tak jak nie zdo­ła­li roz­dzie­lić So­bie­skie­go z Ma­ry­sień­ką ci, co chcie­li nie do­pu­ścić jej do ko­ro­na­cji. Za­tem, co Bóg złą­czył, czło­wiek niech nie roz­łą­cza.

Ani czło­wiek, ani na­uka. A na­uka bywa tu w kło­po­cie. Prof. Ko­nop­czyń­ski stwier­dza w En­cy­klo­pe­dii Aka­de­mii Umie­jęt­no­ści3, że cza­sy So­bie­skie­go są szcze­gól­nie przez na­szą hi­sto­rię za­nie­dba­ne. "Hi­sto­ry­cy - pi­sze - wo­le­li nie ty­kać tej epo­ki, jak­by bo­jąc się roz­wiać hi­sto­rię o wiel­kim czło­wie­ku przez dro­bia­zgo­wy wgląd w jego po­stęp­ki."

W isto­cie, jest to bo­ha­ter szcze­gól­nie kło­po­tli­wy. Wciąż go trze­ba tłu­ma­czyć, wciąż roz­grze­szać, znaj­do­wać dla nie­go oko­licz­no­ści ła­go­dzą­ce. Wciąż się jak gdy­by cho­wa... Ale to może dla­te­go, że go się bie­rze zbyt gór­nie. Wów­czas So­bie­ski nu­dzi się i zmy­ka. A sko­ro go po­wie­sić na ścia­nie mię­dzy Chro­brym a Ko­ściusz­ką, co chwi­la wy­ła­zi z ra­mek, aby za­ła­twić ja­kąś ludz­ką po­trze­bę. Ła­twiej by­ło­by go może zro­zu­mieć, gdy­by się po­go­dzić z tym, że to, co się uwa­ża za jego sła­bość czy ska­zę, było naj­istot­niej­szym mo­to­rem jego ży­cia.

Sam So­bie­ski daje nam wska­zów­kę w tej mie­rze. Weź­my do rąk jego nie­osza­co­wa­ne li­sty do Ma­ry­sień­ki i zaj­rzyj­my pod r. 1667. Je­ste­śmy we Lwo­wie w mie­sią­cu wrze­śniu, w do­bie ro­dzą­cej się wiel­ko­ści het­ma­na, w naj­wspa­nial­szym może mo­men­cie jego ży­cia, tuż przed śmier­tel­ny­mi dnia­mi, gdy So­bie­ski za­mknie się ry­zy­kow­nym ma­new­rem w Pod­haj­cach, aby ścią­gnąć na sie­bie prze­wa­ża­ją­ce siły nie­przy­ja­cie­la i po­bić go na gło­wę. Ma wszyst­kie­go 7000 woj­ska, a cią­gnie na nie­go - tak do­no­si do Pa­ry­ża Ma­ry­sień­ce - 100 000 Ta­ta­rów i 50 000 Ko­za­ków. I rów­no­cze­śnie opi­su­je jej przy­go­dę, jaka mu się w tej chwi­li zda­rzy­ła z jej po­wo­du. Nie było od niej li­stów, a gruch­nę­ła tu wia­do­mość, że Ma­ry­sień­ka jest cho­ra. Co się z nim sta­ło pod wpły­wem tej wia­do­mo­ści i co się z nim dzia­ło przez dwa ty­go­dnie, to "wszyst­ko mia­sto i cała Pol­ska po­wie, bo nie masz tego dzie­cię­cia, któ­re by się nad nim nie uża­li­ło". Sam za­cho­ro­wał z żalu i nie­pew­no­ści, tak że bli­ski był śmier­ci. To­wa­rzy­sze bro­ni nie od­stę­po­wa­li go ani na chwi­lę; na­cie­ra­li go gor­czy­cą, wciąż mu ser­decz­ną wód­kę u nosa trzy­ma­li. Nie było ko­ścio­ła, szpi­ta­la, wię­zie­nia, gdzie by się przez te dwa ty­go­dnie nie mo­dlo­no - za zdro­wie Ma­ry­sień­ki. On sam ko­ścio­ły ślu­bo­wał za­fun­do­wać, ślu­bo­wał po­ścić o chle­bie i wo­dzie w obo­zie. A pa­trząc na jego bo­leść spo­wied­nik jego ksiądz Sol­ski, pła­kał tyl­ko - nad sobą i po­wta­rzał: "Cze­mu ja tak Boga ko­chać nie mogę!" Aż wresz­cie przy­szła wia­do­mość, że Ma­ry­sień­ka zdro­wa, i - wszyst­ko jak ręką od­jął. Wstał i był zdrów. "Owo - koń­czy So­bie­ski - jest to taka i tak dziw­na hi­sto­ria, o któ­rej wie­ki pi­sać będą mo­gły."

Za­uważ­my: jest to bo­daj­że pierw­sza oko­licz­ność, że So­bie­ski uczuł się po­sta­cią hi­sto­rycz­ną; uczuł, że wie­ki będą mo­gły pi­sać o jego przy­go­dzie. I może miał ra­cję. Bi­tew było w świe­cie bez liku, więk­szych i mniej­szych, ale taki list jak ów ze Lwo­wa 10 sep­tem­bra roku 1667 był i bę­dzie tyl­ko je­den. Czy­ta­łem gdzieś afo­ryzm, któ­ry mnie za­fra­po­wał: mia­no­wi­cie, że gdzie się biją dwie stro­ny, tam jed­na bywa za­zwy­czaj po­bi­ta, z cze­go nie­ko­niecz­nie wy­ni­ka, aby wódz prze­ciw­nej stro­ny był ge­niu­szem. I So­bie­ski ma za­pew­ne świa­do­mość, że ta­kich po­ty­czek jak te, któ­re do­tąd sta­czał, były w hi­sto­rii ty­sią­ce; ale ma za­ra­zem prze­czu­cie, że taką przy­go­dę mi­ło­sną jak jego nie­ła­two zna­la­zło­by się w dzie­jach i że "wie­ki o niej będą mo­gły pi­sać". Jak o tej Kle­opa­trze, któ­ra była jego ulu­bio­nym ro­man­sem.

Mo­gły­by - ale nie pi­szą, przy­najm­niej u nas. Na­wet nie bar­dzo czy­ta­ją. Wspo­mnia­łem li­sty So­bie­skie­go. Roz­kosz­na książ­ka. Ale jak wy­da­ne! Przed osiem­dzie­się­ciu bli­sko laty, w ogrom­nym, nie­czy­tel­nym to­mi­sku - dziś rzad­kość an­ty­kwar­ska - ska­stro­wa­ne przez wy­daw­cę4. A li­sty Ma­ry­sień­ki? Jesz­cze go­rzej; tych nie­wie­le, któ­re wy­da­no dru­kiem, zgu­bio­no w ogrom­nym to­mie ar­chi­wal­nych ma­te­ria­łów hi­sto­rycz­nych5. O tyle słusz­nie, że kto wie, czy owe li­sty to nie jest dziś naj­waż­niej­szy ma­te­riał hi­sto­rycz­ny do So­bie­skie­go. W każ­dym ra­zie czu­je się tu czło­wiek na znacz­nie pew­niej­szym grun­cie niż gdzie in­dziej. Bo coś mi się wi­dzi, że gdy cho­dzi o nasz wiek XVII, okrut­nie się za­czy­na zie­mia chwiać pod no­ga­mi pani Hi­sto­rii. Zwłasz­cza wszyst­ko, co jest zwią­za­ne z hi­sto­rią mi­li­tar­ną ów­cze­snej Pol­ski. Nie­daw­na dys­ku­sja6, z ta­kim ta­len­tem i bra­wu­rą prze­pro­wa­dzo­na przez Ol­gier­da Gór­kę, na te­mat wo­jen ko­zac­kich jest tego przy­kła­dem. Przede wszyst­kim wczo­raj­sza woj­na, któ­ra sto­su­nek do wo­jen w ogó­le i do ich stro­ny tech­nicz­nej uczy­ni­ła czymś o wie­le kon­kret­niej­szym - i kry­tycz­niej­szym - niż to było moż­li­we u książ­ko­wych uczo­nych, pa­trzą­cych na spra­wy wo­jen­ne ocza­mi za­ka­mie­nia­łych cy­wi­lów. Ta­kie po­ję­cia, jak moż­li­wo­ści mo­bi­li­za­cyj­ne i trans­por­to­we, apro­wi­za­cja, mapa szta­bu ge­ne­ral­ne­go, wąt­pli­wa war­tość do­ku­men­tar­na ko­mu­ni­ka­tów wo­jen­nych, wszyst­ko to z na­ocz­nej rze­czy­wi­sto­ści za­czę­to prze­no­sić wstecz i ży­wy­mi do­świad­cze­nia­mi oświe­tlać daw­ne dzie­je. Ten i ów z hi­sto­ry­ków sam nie­daw­no do­wo­dził puł­kiem czy ba­ta­lio­nem na polu bi­twy; z ko­niecz­no­ści ma inne oko na te spra­wy. Za­czę­to pod­da­wać kry­ty­ce tra­dy­cyj­ne cy­fry "na­wa­ły wro­ga", któ­ra sta­le prze­kra­cza­ła ja­ko­by dwu­dzie­sto­krot­nie i wię­cej garst­kę na­szych ry­ce­rzy. Co wię­cej, raz wszedł­szy na dro­gę scep­ty­cy­zmu za­czął cie­ka­wy hi­sto­ryk za­glą­dać do ar­chi­wów "po­hań­ca" i zna­lazł w nich, że tam zno­wuż bo­ha­ter­ska garst­ka Tur­ków i Ta­ta­rów raz po raz opie­ra się prze­moż­nej na­wa­le Po­la­ków. Taki był obu­stron­ny fa­son; a czę­sto cho­dzi­ło o jed­ną i tę samą bi­twę. I ła­two może się zda­rzyć, że jaki spec od hi­sto­rii mi­li­tar­nej - nie ubli­ża­jąc w ni­czym oso­bi­stej dziel­no­ści So­bie­skie­go - uj­mie jed­no zero z cy­fry owych 150 000 pod­ha­jec­kich nie­przy­ja­ciół; ale naj­sroż­szy bo­daj re­wi­zjo­ni­sta prze­czy­taw­szy jego li­sty do Ma­ry­sień­ki nie uj­mie nic z jego mi­ło­ści, tak jak nie uj­mie nic z owych ty­sią­ca czer­wo­nych zło­tych, któ­re na in­ten­cję ozdro­wie­nia Ma­ry­sień­ki pan het­man po­lny obie­cał "dać na do­bre uczyn­ki, tj. na mu­ro­wa­nie oo.bo­ni­fra­tel­lów", i z dru­gie­go ty­sią­ca czer­wo­nych zło­tych "na do­koń­cze­nie mu­rów pa­nien kar­me­li­ta­nek na­szych bo­sych", ani z tych dzie­wię­ciu ko­ścio­łów, w któ­rych mia­ło się od­pra­wiać po dzie­więć mszy przez dzie­więć nie­dziel.

Rzecz pro­sta, iż po­zy­cje te - i inne tym po­dob­ne - choć tak wzru­sza­ją­ce, nie uspra­wie­dli­wia­ły­by na­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia ową tak na­mięt­nie ko­cha­ną ko­bie­tą. Ale mała jej rącz­ka z przy­le­gło­ścia­mi sta­je się nie­sły­cha­nie in­te­re­su­ją­ca przez trans­mi­sje dzie­jo­we, któ­re roz­sze­rzy­ły jej te­ren ope­ra­cyj­ny. Wi­dzi­my tę rącz­kę dzia­ła­ją­cą z nie­za­wod­ną pre­cy­zją w trud­nym mo­men­cie ro­ko­szu Lu­bo­mir­skie­go i wiel­kiej gry Ma­rii Lu­dwi­ki, i w obu elek­cjach, i w po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej kró­la Jana, i w szan­sach wy­pra­wy wie­deń­skiej. Ró­żo­wy ję­zy­czek Ma­ry­sień­ki jest raz po raz w wa­ha­niach dzie­jo­wych ję­zycz­kiem u wagi. Na­tra­fia­my wciąż na jej bu­zię wer­tu­jąc do­ku­men­ty ar­chi­wal­ne fran­cu­skie­go mi­ni­ster­stwa spraw za­gra­nicz­nych7 (wy­da­ne przez na­szą Aka­de­mię Umie­jęt­no­ści), ko­re­spon­den­cję am­ba­sa­do­ra Fran­cji ze swo­im mi­ni­strem, ba, z sa­mym Lu­dwi­kiem XIV. Wszę­dzie Ma­ry­sień­ka, jej am­bi­cje, jej kom­bi­na­cje, jej fo­chy, jej pre­ten­sje.

Wy­daw­ca li­stów So­bie­skie­go do Ma­rii Ka­zi­mie­ry, Hel­cel, po­wia­da, że nasz bo­ha­ter tra­ci na po­zna­niu go z tych li­stów. Ja bym są­dził prze­ciw­nie. Bo te fak­ty, któ­re świad­czą prze­ciw nie­mu, ukryć by się nie dały; wia­do­me są i ską­di­nąd; ale do­pie­ro te li­sty, w któ­rych zwie­rza uko­cha­nej ko­bie­cie swo­je naj­po­uf­niej­sze my­śli, dają każ­de­mu fak­to­wi wła­ści­we oświe­tle­nie, a zwłasz­cza wła­ści­wy styl. Ten styl, za­czerp­nię­ty czę­ścią z ser­ca, a czę­ścią z fran­cu­skich ro­man­sów, któ­re nasz Po­lak nie tyl­ko czy­tał w obo­zie, ale wcie­lił je w czyn ze wspa­nia­łym roz­ma­chem, ta gra w Ce­la­do­na i Astreę, w Syl­wan­dra i Dia­nę8 nie jest - jak czę­sto mó­wio­no - śmiesz­nost­ką czy sła­bost­ką bo­ha­te­ra; wręcz prze­ciw­nie, ten styl jest samą isto­tą jego od­czu­wa­nia, jest dlań - w pew­nym zwłasz­cza mo­men­cie ży­cia - rze­czy­wi­sto­ścią prze­sła­nia­ją­cą mu wszyst­kie inne. I tyl­ko w tym sty­lu da się po­go­dzić sprzecz­no­ści jego cha­rak­te­ru, a ra­czej po­stęp­ków. Kie­dy pod datą 4 paź­dzier­ni­ka 1667 r. z obo­zu w Pod­haj­cach czy­ta­my pa­mięt­ny uni­wer­sał, w któ­rym przy­rze­ka - i nie ma w tych jego sło­wach żad­nej prze­sa­dy - "ca­łość do­bra po­spo­li­te­go wła­snym za­sło­nić tru­pem, da­jąc się in vic­ti­mam9 mi­łey Oy­czyź­nie", a wie­my ską­di­nąd, że przez cały ten czas on, wiel­ki mar­sza­łek ko­ron­ny i het­man po­lny, pro­wa­dził tar­gi z Wer­sa­lem, aby po na­rzu­co­nej kra­jo­wi elek­cji Fran­cu­za prze­han­dlo­wać swo­je god­no­ści za ty­tuł mar­szał­ka Fran­cji z do­dat­kiem fran­cu­skie­go księ­stwa i mi­łej go­to­wi­zny i na za­wsze wy­nieść się z Pol­ski, wy­da­je się to jed­nym po­twor­ne, dru­gim nie­zro­zu­mia­łe; inni wresz­cie wolą udać, że tego nie wi­dzą. Ale kie­dy już po zwy­cię­stwie pod­ha­jec­kim czy­ta­my w jego li­ście do Ma­ry­sień­ki, że "Rzecz­po­spo­li­ta ma być za co ob­li­go­wa­na Syl­wan­dro­wi"10, i kie­dy, oma­wia­jąc z żoną ro­ko­wa­nia wer­sal­skie, sta­le na­zy­wa Wer­sal, we­dle umow­ne­go klu­cza, pa­la­is en­chan­té (za­cza­ro­wa­ny pa­łac) - za­czy­na­my wcho­dzić w jego spo­sób od­czu­wa­nia. Za­kon ry­cer­ski, któ­re­go So­bie­ski jest ozdo­bą, z tra­dy­cji swo­ich za­wsze był po tro­sze mię­dzy­na­ro­do­wy: al­boż nie było wę­drow­nych ry­ce­rzy, u któ­rych nie o to cho­dzi­ło, gdzie i za kogo wal­czy­li, ale czy wal­czy­li dziel­nie? On, Syl­wan­der, od­dał usłu­gi Rze­czy­po­spo­li­tej, a te­raz chce ode­brać, wraz z Ma­ry­sień­ką, na­gro­dę - w "za­cza­ro­wa­nym pa­ła­cu". Ani­by się za­wa­hał: oj­czy­zna jego jest tam, gdzie jest ona. Czyż nie mówi mu tego jego ser­ce i czyż nie tak jest w ro­man­sach? Nie mierz­my pa­trio­ty­zmu zwy­cięz­cy pod­ha­jec­kie­go dzi­siej­szy­mi po­ję­cia­mi, a oszczę­dzi­my so­bie przy jego hi­sto­rii wie­lu draż­li­wych mo­men­tów. To nie jest bo­ha­ter z Sien­kie­wi­cza; a je­że­li ktoś po­wie­dział, że psy­chi­kę So­bie­skie­go od­ma­lo­wał Sien­kie­wicz w Kmi­ci­cu, moż­na by się na to zgo­dzić chy­ba z tą po­praw­ką, że jego Oleń­ką-re­ga­list­ką była - Ma­ry­sień­ka, co czy­ni cha­rak­te­ry­sty­kę na­sze­go re­ga­li­sty nie­skoń­cze­nie bar­dziej po­wi­kła­ną... Zwłasz­cza w cza­sie pa­no­wa­nia Mi­cha­ła Ko­ry­bu­ta.

Po­sta­cie na­szych wiel­kich bo­ha­te­rów ro­dzą w nas roz­ma­ite uczu­cia. Tak np. Żół­kiew­ski bu­dzi w nas cześć, Ba­to­ry gro­zę; So­bie­ski - z pew­no­ścią nie mniej­szy od tam­tych - bu­dzi mi­mo­wol­ny uśmiech. Nie tyl­ko przez swą sar­mac­ką po­stać Fre­drow­skie­go Cze­śni­ka (nie ufaj­my zbyt­nio tym po­zo­rom!), nie tyl­ko przez ten pan­to­fe­lek, któ­ry go tak sku­tecz­nie przy­ci­snął; ale przez to, że lwia - w każ­dym sen­sie - część jego hi­sto­rii jest po tro­sze ko­me­dią w naj­więk­szym sty­lu. So­bie­ski to jest uro­czy "bo­ha­ter mimo woli"; czło­wiek, któ­ry wciąż chce się spa­sku­dzić i nie może lub nie po­tra­fi; któ­ry raz po raz chce iść dro­gą naj­ła­twiej­szą, a idzie naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ną i stro­mą; któ­ry chciał­by być ren­tie­rem i żon­ko­siem i wciąż jest ry­ce­rzem, stra­ceń­cem, nie­stru­dzo­nym straż­ni­kiem gra­nic, pu­kle­rzem oj­czy­zny. Bo zważ­my, że od r. 1662 aż po r. 1673 bez prze­rwy to­czą się naj­pierw pry­wat­ne kon­szach­ty, póź­niej, ze wzro­stem jego zna­cze­nia, pół­ofi­cjal­ne ro­ko­wa­nia, ma­ją­ce umoż­li­wić Ja­no­wi So­bie­skie­mu cał­ko­wi­te wy­nie­sie­nie się z Pol­ski i na­tu­ra­li­za­cję we Fran­cji. I naj­czę­ściej nie ja­kieś we­wnętrz­ne sprze­ci­wy mo­ral­ne czy pa­trio­tycz­ne uda­rem­nia­ją mu ten za­miar, ale po pro­stu pię­trzą­ce się z ko­me­dio­wą prze­ko­rą kom­pli­ka­cje i prze­szko­dy. A pod­czas tego - Pod­haj­ce, Bra­cław, Kal­nik, Cho­cim... Aż wresz­cie po Cho­ci­miu los przy­gwoź­dził na­sze­go Ce­la­do­na ko­ro­ną do miej­sca i po­ło­żył ko­niec jego tę­sk­no­tom za pa­la­is en­chan­té. Bied­na Astrea11 też mu­sia­ła po­go­dzić się z lo­sem, choć nie rę­czę, czy­by i wów­czas nie od­da­ła tego pol­skie­go tro­nu za "ta­bu­ret" w Wer­sa­lu i ty­tuł diu­ka dla papy d'Arqu­ien.

Bo i na tro­nie Ma­ry­sień­ka po­zo­sta­ła mała... Ale czy po­wta­rza­jąc ten po­wszech­ny wy­rok nie po­peł­nia­my błę­du optycz­ne­go? Wiel­kość ko­bie­ty inne ma kry­te­ria. Przy­kuć do sie­bie wspa­nia­łe­go czło­wie­ka, naj­lep­sze­go w kra­ju; urzec go tak, że może go zo­sta­wiać sa­me­go na rok i dłu­żej bez oba­wy prze­lot­nej na­wet ry­wal­ki; igrać z nim bez mia­ry, pa­no­wać nad nim na wszel­kie spo­so­by, za­cho­wać dlań przez lat trzy­dzie­ści urok fi­zycz­ny i du­cho­wy, dzie­lić wszyst­kie jego my­śli, pla­ny i za­mia­ry, pod­sa­dzić go na tron i usiąść mu tam na ko­la­nach, i to wszyst­ko bę­dąc pra­wie bez ustan­ku w cią­ży, ro­dząc kil­ka­na­ścio­ro dzie­ci ży­wych i umar­łych - czy to nie jest swe­go ro­dza­ju wiel­kość, niech od­po­wie­dzą ko­bie­ty. I za­wra­cać (ob­łud­nie) het­ma­no­wi gło­wę w cza­sie klę­ski pod Mą­twa­mi, że ją zdra­dza, a kró­lo­wi w cza­sie od­sie­czy Wied­nia, że rzad­ko pi­sze! Pod­czas gdy kor­pu­lent­ny zwy­cięz­ca, któ­ry już po krze­śle na koń wsia­dał, pi­sał, nie otarł­szy na­wet potu z czo­ła, wprost z pola bi­twy pod Wied­niem, na bęb­nie, sąż­ni­ste epi­sto­ły, nig­dy nie za­po­mi­na­jąc "uca­ło­wać mi­lion razy wszyst­kich ślicz­no­ści i wdzięcz­no­ści naj­uko­chań­sze­go cia­łecz­ka".

Tak więc mo­gło­by się oka­zać na­wet i to, że wiel­kość Ma­ry­sień­ki nie lęka się na swój spo­sób ry­wa­li­za­cji z wiel­ko­ścią jej mał­żon­ka i może mniej się oba­wia ofen­sy­wy no­wo­cze­snych hi­sto­ry­ków... Bo kto wie, ile w naj­bliż­szym cza­sie Ol­gierd Gór­ka, zbli­ża­ją­cy się po­wo­li, ale nie­ubła­ga­nie do So­bie­skie­go, obe­tnie z po­tę­gi tu­rec­kiej pod Wied­niem, któ­rą sam So­bie­ski sza­cu­je na 300 000 luda, a inni uczest­ni­cy wal­ki ob­li­cza­ją na 300 000 na­mio­tów, li­cząc po trzy lub czte­ry twa­rze na na­miot. I wszyst­ko to w puch roz­bi­ła w parę go­dzin jed­na szar­ża ka­wa­le­rii!

Ale nie oba­wiaj­my się o wiel­kość So­bie­skie­go: do­syć jej zo­sta­nie. Ani ja nie go­tu­ję na nią żad­ne­go za­ma­chu. Nig­dy nie jest moją in­ten­cją po­mniej­szać praw­dzi­wą wiel­kość; cza­sem tyl­ko czu­ję po­trze­bę wska­zać, że me­cha­nizm jej i jej dro­gi są nie­co inne, niż się zdaw­ko­wo przyj­mu­je. I że nic jej tak sku­tecz­nie nie uni­ce­stwia niż pie­ty­stycz­ny kon­wen­cjo­na­lizm.

Tu sama obec­ność Ma­rii Ka­zi­mie­ry wy­star­czy, aby uchro­nić od ta­kie­go nie­bez­pie­czeń­stwa! Bo prze­cież nie o So­bie­skim mam pi­sać, ale o niej; i nie roz­dział hi­sto­rii pol­skiej mam tu kre­ślić, ale po pro­stu hi­sto­rię jej sa­mej. A je­że­li, speł­nia­jąc we­dle moż­li­wo­ści swo­ich to za­da­nie, siłą rze­czy będę mu­siał po­trą­cić o czy­ny So­bie­skie­go i przy­po­mnieć ka­wał dzie­jów Pol­ski, bę­dzie to ra­czej pod­szew­ka tych czy­nów i dzie­jów, skro­jo­na ze spód­nicz­ki owej ko­bie­ty, bar­dzo po­spo­li­tej i nie­po­spo­li­tej za­ra­zem, za­błą­ka­nej na na­szą zie­mię cu­dzo­ziem­ki, któ­rą bo­ha­ter nasz spo­lsz­czył na wie­ki, chrzcząc ją per­wer­syj­nym imie­niem Ma­ry­sień­ki.

*

Tak, nie oba­wiaj­my się o So­bie­skie­go. Nie ma nic do stra­ce­nia. Bo mimo cen­nych pu­bli­ka­cji w tym za­kre­sie, gdy­by się spy­tać, co prze­cięt­ny Po­lak wie o So­bie­skim, oka­za­ło­by się moż­li­we, iż wie tyle, że miał pięk­ne wąsy i że bił Tur­ków. Ale dziś wąsy go­li­my, do Tur­ków nie mamy żad­nej nie­na­wi­ści - i oto kult So­bie­skie­go za­wisł po tro­sze w po­wie­trzu. To są nie­bez­pie­czeń­stwa wią­za­nia czy­jejś chwa­ły z rze­cza­mi prze­mi­ja­ją­cy­mi.

Na­to­miast ten sam prze­cięt­ny Po­lak był­by może bar­dzo zdzi­wio­ny, gdy­bym mu się zwie­rzył, że Jan So­bie­ski, od cza­su jak się z nim za­po­zna­łem bli­żej, jest dla mnie jed­nym z naj­cie­kaw­szych pi­sa­rzy XVII wie­ku, mimo że jego na­zwi­ska nie znaj­dzie się w żad­nym pod­ręcz­ni­ku li­te­ra­tu­ry. Co pi­sał? Wła­śnie owe li­sty do uko­cha­nej ko­bie­ty, do wła­snej żony. Dla na­szej hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry wi­docz­nie to za mało; ale pani de Sévi­gné12 rów­nież pi­sa­ła tyl­ko li­sty do cór­ki, a od daw­na li­czy się bez­spor­nie do kla­sy­ków fran­cu­skich.

Nie ma nic cie­kaw­sze­go dla ba­dań sty­li­stycz­nych niż po­rów­na­nie li­stów, ja­kie So­bie­ski pi­sy­wał do in­nych, a li­stów do niej, do Ma­ry­sień­ki. Za­zwy­czaj w li­stach styl jego nosi zna­mio­na epo­ki: cięż­ki, z ła­ciń­ska za­wi­ja­ny, od­święt­ny i ma­ka­ro­nicz­ny. Do niej - jak­by inny czło­wiek pi­sał: myśl wy­ra­ża się swo­bod­nie, bez­po­śred­nio, z wzru­sza­ją­cą szcze­ro­ścią, znaj­du­jąc wy­raz dla sub­tel­no­ści bar­dzo na tle ów­cze­snej sar­mac­kiej Pol­ski eg­zo­tycz­nych.

Eg­zo­tycz­ną jest i cała ta przy­go­da. So­bie­ski i Ma­ry­sień­ka to z pew­no­ścią jed­no z naj­oso­bliw­szych w świe­cie zda­rzeń mi­ło­snych, ucie­le­śnio­na baj­ka. Jed­na mi­łość wy­peł­nia­ją­ca całe ży­cie czło­wie­ka, rzu­ca­ją­ca to ży­cie bez wa­ha­nia pod nogi ko­bie­ty, pro­wa­dzą­ca go po­przez ma­łost­ki do wiel­ko­ści, zwy­cię­sko opie­ra­ją­ca się prze­szko­dom, roz­łą­ce, zno­szą­ca grzech i na­ga­nę opi­nii, cza­sem ka­pry­sy i nie­wdzięcz­ność, wzbi­ja­ją­ca bo­ha­te­ra wy­żej nie­go sa­me­go i wio­dą­ca tę nie­do­bra­ną na po­zór, a w isto­cie świet­nie do­bra­ną parę aż na tron - czyż to nie jest hi­sto­ria z baj­ki?

Nie­wąt­pli­wie wdzię­ku i zna­cze­nia do­da­je tej przy­go­dzie jej tło oby­cza­jo­wo-po­li­tycz­ne. Ro­mans So­bie­skie­go z Ma­ry­sień­ką to szczy­to­wy punkt owej pierw­szej in­wa­zji wpły­wów fran­cu­skich do Pol­ski. We współ­ży­ciu tej pary obo­je za­cho­wa­li cał­ko­wi­cie swo­je od­ręb­no­ści na­ro­do­we. Ta ra­so­wa Fran­cuz­ka mia­ła czte­ry lata, kie­dy przy­by­ła do Pol­ski, ale Fran­cuz­ką zo­sta­ła do koń­ca; on, mimo iż doj­rze­wał w kli­ma­cie fran­cu­skiej lek­tu­ry, fran­cu­skiej po­li­ty­ki i mi­ło­ści, zo­sta­je za­wsze ty­pem naj­czyst­sze­go Po­lo­nu­sa, na­wet ze­wnętrz­nie; nig­dy nie zrzu­ci de­lii i kon­tu­sza ani nie zmie­ni sza­bli na szpa­dę. Od­bi­ja się to i w cha­rak­te­rze ich li­stów. Ona pi­sze po fran­cu­sku, mie­sza­jąc za­baw­nie pol­skie sło­wa, gdy chce być do­sad­niej­sza; on pi­sze po pol­sku, z lek­ka bar­wiąc fran­cusz­czy­zną, tak jak pi­sząc do in­nych ro­bił to ła­ci­ną.

Cały dłu­go­let­ni ro­mans utrwa­lo­ny jest w tych li­stach. Naj­pierw flirt pana cho­rą­że­go ko­ron­ne­go So­bie­skie­go z mło­dziut­ką wo­je­wo­dzi­ną Za­moy­ską; bo gdy on wo­jo­wał, ją wy­da­no tym­cza­sem za tego ma­gna­ta, jed­ne­go z naj­bo­gat­szych lu­dzi w Pol­sce; po­tem za­lot­na uf­ność, z jaką mło­da pani, za­nie­dby­wa­na przez swe­go męża, opo­ja, gar­nie się do tego świet­ne­go ry­ce­rza i ka­wa­le­ra, jesz­cze wów­czas tro­chę la­taw­ca i ba­ła­mu­ta. Po­tem mie­sza­ją się w to spra­wy po­li­tycz­ne, dwor­skie, wpro­wa­dza­ją­ce do ich "kon­fi­tur" - tak na­zy­wa­li li­sty - spe­cjal­ny klucz ma­ją­cy za­pew­nić dys­kre­cję, w ra­zie gdy­by list do­stał się w nie­po­wo­ła­ne ręce. Po­tem mło­da pani wy­jeż­dża do Pa­ry­ża, do­kąd chce ścią­gnąć swe­go "Ce­la­do­na",  jak zno­wuż So­bie­ski sam się na­zy­wał za­po­ży­cza­jąc imie­nia od bo­ha­te­ra sen­ty­men­tal­nej Astrei. Po­tem - dra­ma­tycz­ny epi­zod ro­ko­szu Lu­bo­mir­skie­go, w któ­rym kró­lo­wa Ma­ria Lu­dwi­ka ręką owdo­wia­łej w porę Ma­ry­sień­ki ku­pu­je udział So­bie­skie­go, dłu­go wzdra­ga­ją­ce­go się przy­jąć bu­ła­wę het­mań­ską w przeded­niu woj­ny do­mo­wej.

I od chwi­li mał­żeń­stwa za­czy­na się roz­kwit So­bie­skie­go jako pi­sa­rza, sko­ro mó­wi­my tu o nim zwłasz­cza w tym cha­rak­te­rze. Przed­tem jako czu­ły Ce­la­don, ska­za­ny na mo­no­ton­ne za­klę­cia i mi­ło­sne pe­ry­fra­zy, czuł się niby w ob­cym, przy­cia­snym stro­ju; obec­nie może pi­sać otwar­cie i szcze­rze wszyst­ko i o wszyst­kim; z cu­dow­ną pro­sto­tą mie­sza w swo­ich li­stach róż­ne tony. Wspo­min­ki mio­do­wych mie­się­cy prze­pla­ta­ją się go­ni­twą za ro­ko­sza­mi; wza­jem­ne sce­ny i wy­rzu­ty ko­chan­ków znaj­dą się w tym sa­mym li­ście, co opis nie­szczę­snej klę­ski pod Mą­twa­mi. I znów roz­łą­ka; mło­da pani je­dzie do Pa­ry­ża ku roz­pa­czy męża, któ­ry wy­ła­du­je swo­ją fu­rię mi­ło­sną w czy­nach wo­jen­nych, tym ra­zem prze­ciw praw­dzi­we­mu wro­go­wi. Po­przez te la­men­ty mi­ło­sne sła­ne z obo­zu do Fran­cji czu­je­my ura­sta­ją­ce­go bo­ha­te­ra. I nie naj­mniej­sze­go sma­ku do­da­je tym li­stom mi­ło­snym to, że prze­waż­nie da­to­wa­ne są z miejsc jak­że hi­sto­rycz­nych: Pod­haj­ce, Ka­mie­niec, Lwów, Cho­cim... Jest ja­kiś uro­czy kon­trast mię­dzy pro­sto­tą i zwię­zło­ścią, z jaką So­bie­ski do­no­si o swo­ich zwy­cię­stwach, nie­bez­pie­czeń­stwach i tru­dach, a roz­cią­gło­ścią jego mi­ło­snych roz­trzą­sań i ża­lów...

Bo coś się zmie­ni­ło w ro­man­sie: o ile So­bie­ski dłu­go nie chciał ab­dy­ko­wać z roli ko­chan­ka i przejść do spo­koj­niej­szej mi­ło­ści mał­żeń­skiej, o tyle ona, Ma­ry­sień­ka, nie do­trzy­mu­je mu kro­ku w tej eg­zal­ta­cji mi­ło­snej. I oto nie­skoń­czo­ny te­mat wspo­min­ków i ża­lów, któ­re na­su­wa­ją So­bie­skie­mu ileż wzru­sza­ją­cych kart w jego li­stach. Prze­jeż­dża przez miej­sca, w któ­rych spły­wa­ło ich pierw­sze po­ży­cie, do­ryw­cze, chwy­ta­ją­ce dzień - albo le­piej jesz­cze noc - mie­dzy ja­kąś bi­twą a mar­szem. Te­raz nie ma przy nim uko­cha­nej, wszyst­kie jej czu­łe "Ja­sień­ku ko­cha­ny" i "ser­ca mego pa­nie" tyl­ko żal w nim bu­dzą i tę­sk­ność. "Jaka tu róż­ność od onych cza­sów - pi­sze - i jaka od­mia­na! Pierw­sza owa szczę­śli­wa pod Czer­skiem sto­do­ła, gdzie le­d­wie nie ko­na­no, na dni tyl­ko kil­ka roz­jeż­dża­jąc się z swo­im Syl­wan­drem. Nuż żół­kiew­ska sto­do­ła, nuż owa w Chmie­lu, w któ­rej ja­kie pro­te­sta­cje i ja­kie la­men­ty, że i dnia wy­trwać nie mo­żo­no, gdzie mo­men­ty zda­ły się wie­ka­mi, gdzie się na­pa­trzeć, gdzie się na­ga­dać nie mo­żo­no, gdzie w drze­wie jed­nym da­le­ko od wszyst­kich lu­dzi za­mknąć się ży­czo­no i ty­siąc ty­się­cy ta­kich rze­czy, któ­re te­raz po­dob­no i na myśl już nie przy­cho­dzą. Wspo­mnij tyl­ko na osta­tek - przy­po­mi­na Ma­ry­sień­ce - że i śpią­ce­go nie mo­żo­no się na­pa­trzyć Syl­wan­dra i kie­dy on spał, a Bu­kiet ("Bu­kiet" to je­den z jej tkli­wych pseu­do­ni­mów) roz­bie­rał się, to albo na ta­kim siadł miej­scu, z któ­re­go nań pa­trzeć mógł, albo so­bie za­sło­nę od­sło­nić roz­ka­zał..."

Ale mimo iż tę­sk­no­ta ser­ca i zmy­słów jest na­tchnie­niem tych li­stów i daje skrzy­dła ich ję­zy­ko­wi, nie sądź­my, aby to były mo­no­ton­ne li­ta­nie mi­ło­sne. So­bie­ski pi­sze w nich żo­nie o wszyst­kim: o po­li­ty­ce, któ­rej oglą­da­my tu naj­se­kret­niej­sze ku­li­sy, czę­sto ja­skra­wy two­rzą­ce kon­trast z bo­ha­ter­ską fa­sa­dą; o ży­ciu obo­zo­wym, w któ­rym tak oto na przy­kład od­bi­ja­ją się kło­po­ty het­ma­na w woj­sku pol­skim:

"Za­je­chaw­szy tu do obo­zu - pi­sze het­man po­lny - sie­dzę jak na szyn­ku i naj­mniej przez pół roku, je­śli tak dłu­go żyć przyj­dzie, sie­dzieć będę. Po­dzieć się gdzie nie masz. Wszy­scy ku­pa­mi usta­wicz­nie cho­dzą, że jeść nie masz co, że le­nun­gów13 trze­ba, że ar­ma­ta wy­niść nie może bez pie­nię­dzy, na któ­rą już z wła­snych mo­ich 5000 wy­li­czy­łem. Te 1000 czer­wo­nych zło­tych dziś za­sta­wić po­sła­łem na le­nun­gi, a to dla­te­go, że co go­dzi­na nie­przy­ja­cie­la wy­glą­dać po­trze­ba. A szlach­ta tego ani w my­śli mieć nie chcą; owszem, mó­wią: że my się Ta­ta­rów nie bo­imy, tyl­ko Kon­de­usza; a w ostat­ku niech tu nas i po­pa­lą, a my wo­lim tu od­stra­dać wszyst­kie­go, a iść prze­ciw tam­te­mu..."

Tak oto w tych li­stach od­bi­ja się naj­au­ten­tycz­niej­sze ów­cze­sne ży­cie pol­skie, wi­dzia­ne ocza­mi czło­wie­ka, któ­ry z ra­cji swo­ich wy­so­kich szarż wszyst­ko znał, we wszyst­ko był wmie­sza­ny, na dwo­rze i w obo­zie, w woj­nę i po­li­ty­kę, i o wszyst­kim mó­wił swo­jej Ma­ry­sień­ce tak szcze­rze jak księ­dzu na spo­wie­dzi. Tyl­ko cza­sem, kie­dy za­pu­ścił się w do­nio­słe spra­wy pań­stwo­we i ich roz­wa­ża­nia, na­raz ża­łość ści­snę­ła mu ser­ce i ury­wał pi­sząc: Mais as­sez de ces ba­ga­tel­les14, i zno­wuż wra­cał do swo­ich ser­decz­nych tę­sk­not i bó­lów. Są tam sub­tel­no­ści mi­ło­sne, któ­re na tle tej sie­dem­na­sto­wiecz­nej Pol­ski wy­da­ją się za­dzi­wia­ją­co eg­zo­tycz­ne...

Bied­ny So­bie­ski! Za bo­ga­to był ob­da­rzo­ny, za wy­so­ko po­sta­wio­ny. Gdy­by był zwy­kłym so­bie szlach­ci­cem i gdy­by po nim zo­sta­ły te li­sty, uzna­no by go nie­wąt­pli­wie fe­no­me­nem, od­na­le­zio­no by i od­kry­to te li­sty, ob­no­szo­no by się z nimi, a ich au­to­ra uzna­no by za uni­kat spraw­no­ści, sub­tel­no­ści i pro­sto­ty ję­zy­ka, za jed­ne­go z na­szych naj­tęż­szych pro­za­to­rów owej epo­ki. Ale So­bie­ski-pi­sarz miał to nie­szczę­ście, że był ry­ce­rzem, het­ma­nem, kró­lem; czyn jego prze­sło­nił jego uczu­cia; błysk sza­bli, bla­ski ko­ro­ny za­ćmi­ły po­uf­niej­szy blask jego sło­wa. Obec­nie czas był­by może przy­wró­cić rów­no­wa­gę; nie uj­mu­jąc ceny bo­ha­te­ro­wi, od­dać pi­sa­rzo­wi to, cze­go jest go­dzien. I ży­czył­bym, aby z oka­zji naj­bliż­sze­go ob­cho­du od­sie­czy Wied­nia zro­bio­no po­śmiert­nie Jana So­bie­skie­go - ho­no­ro­wym człon­kiem PEN-Clu­bu.

Ma­ria Ka­zi­mie­ra jako Ju­trzen­ka

IIMŁODOŚĆ CELADONA

Ce­la­do­nem zwał się naj­chęt­niej w li­stach do swo­jej Astrei; na chrzcie świę­tym dano mu pro­ste imię Jana, a po przod­kach wziął ro­sną­ce w do­sto­jeń­stwa i zna­cze­nie na­zwi­sko So­bie­skich. Sko­ro na­zwi­sko to sta­ło się na­zwi­skiem kró­la i go­dłem nie­do­szłej, ale pla­no­wa­nej dy­na­stii, nie zbra­kło mu naj­wspa­nial­szych ro­do­wo­dów. Tak se­kre­tarz kró­lew­ski Chru­ściń­ski de­dy­ku­je kró­le­wi­czo­wi Ja­ku­bo­wi ge­ne­alo­gię, w któ­rej wy­wo­dzi So­bie­skich od Le­cha I, za­ło­ży­cie­la księ­stwa pol­skie­go oko­ło 470 r. po Chr. "Lecz gdy Kra­kus świę­te­go za­bił Sta­ni­sła­wa, wraz z nim So­bie­skich rzym­skie wy­pę­dzi­ły pra­wa" - do­koń­czył­by z uśmie­chem Fre­dro. Wo­bec ta­kich sta­ro­żyt­no­ści nie dziw, że ród mał­żon­ki na­sze­go kró­la, pan­ny d'Arqu­ien, wy­pro­wa­dza­li usłuż­ni ge­ne­alo­gi­ści od św. Lu­dwi­ka, od Hu­go­na Ka­pe­ta, a na­wet od Klo­dwi­ga.

W rze­czy­wi­sto­ści splen­dor So­bie­skich był śwież­szej daty, ale ród ten szyb­ko szedł w górę, bo­ga­cił się i ko­li­ga­cił. Bab­ka Jana była tyl­ko Snop­kow­ska, ale sio­stra już Ra­dzi­wił­ło­wa. Ko­leb­ką rodu była Ruś Czer­wo­na. Dziad­kiem Jana był Ma­rek So­bie­ski, ry­cerz i rę­bacz za­wo­ła­ny, to­wa­rzysz wy­praw Ba­to­re­go; oj­ciec, Ja­kub, za mło­du wo­ja­żer po Eu­ro­pie, póź­niej żoł­nierz, au­tor "dia­riu­sza z wy­pra­wy cho­cim­skiej", za­ży­wa­ją­cy roz­gło­su ora­to­ra i sta­ty­sty, wo­je­wo­da beł­ski i kasz­te­lan kra­kow­ski. Tę wy­so­ką god­ność otrzy­mał na schył­ku ży­cia, skró­co­ne­go po­dob­no przez al­te­ra­cję15 wy­ni­kła ze sprzecz­ki z kró­lem, w któ­rej Wła­dy­sław IV miał na­zwać nowo mia­no­wa­ne­go "pana kra­kow­skie­go" - par­we­niu­szem! Nie szu­kać wdzięcz­no­ści i pa­mię­ci u kró­lów, bo kie­dy nie­gdyś Wła­dy­sław ru­szał na Mo­skwę, par­we­niusz So­bie­ski przy­wiódł mu kil­ka cho­rą­gwi wy­sta­wio­nych wła­snym kosz­tem, a tak stroj­nych i świet­nych, że je zwa­no "zło­ty­mi ro­ta­mi".

Po So­bie­skich tedy wziął Ce­la­don w spad­ku za­mi­ło­wa­nie do prze­py­chu, ju­nac­two, swa­dę, ob­rot­ność dy­plo­ma­tycz­ną i am­bit świe­że­go ma­gna­ta. Ale ta­kie wy­wo­dy są za­wsze ry­zy­kow­ne; bo gdy­by ktoś chciał włą­czyć do tego spad­ku mi­łość oj­czy­zny i wier­ność kró­lo­wi, po­tknął­by się o fi­gu­rę - Hie­ro­ni­ma Ra­dzie­jow­skie­go, syna ro­dzo­nej sio­stry Ja­ku­ba, od­rośl tych sa­mych So­bie­skich.

N'in­si­stons pas16, jak­by po­wie­dzia­ła Ma­ry­sień­ka. Mamy na szczę­ście jesz­cze wspa­nial­szy za­sób cnót ry­cer­skich w ro­dzi­nie mat­ki, Teo­fi­li z Da­ni­ło­wi­czów. Dziad jej to het­man Sta­ni­sław Żół­kiew­ski, jed­na z naj­wspa­nial­szych po­sta­ci na­szych dzie­jów. Po klę­sce pod Ce­co­rą wdo­wa po het­ma­nie mu­sia­ła za ze­zwo­le­niem kró­la za­ło­żyć w Żół­kwi men­ni­cę, aby ro­do­we sre­bra prze­bić na dwie­ście ty­się­cy ta­la­rów, żą­da­nych jako okup za cia­ło męża i za syna w nie­wo­li. Jan Żół­kiew­ski umarł z ran; brat mat­ki, Da­ni­ło­wicz, zgi­nął okrut­ną śmier­cią z rąk wro­ga, jak póź­niej star­szy brat Jana So­bie­skie­go - Ma­rek. Po mat­ce, Da­ni­ło­wi­czów­nie, za­cho­wa­ła się zwię­zła no­tat­ka kre­ślo­na jej wła­sną ręką: Pa­mięć, ia­kom ia szła za mąż y iako się moie dzie­ci ro­dzi­li. W isto­cie: data za­mąż­pój­ścia, szcze­gó­ło­wa data uro­dze­nia każ­de­go z dzie­ci, i ani sło­wa wię­cej. Jest coś przej­mu­ją­ce­go w tym la­ko­ni­zmie. Było ich sied­mio­ro: naj­star­szy Ma­rek, dru­gi z ko­lei Jan (17 sierp­nia 1629); na­stęp­ne­go roku, 19 mar­ca - o ile to nie omył­ka w da­cie?! - cór­ka Zo­fia; po­tem Ka­ta­rzy­na, Anna, dwóch Sta­ni­sła­wów.

"Uro­dzi­łem się w Ole­sku, zam­ku na wy­so­kiej gó­rze. Pod­czas mego uro­dze­nia biły pio­ru­ny bar­dzo, tak że aż kra­wiec mat­ki mo­jej od tego ogłuchł i był głu­chym do sa­mej śmier­ci. Ta­ta­ro­wie też pod­pa­dli w ten­że wła­śnie czas pod za­mek" - pi­sze król Jan III w au­to­bio­gra­fii, skre­ślo­nej na ży­cze­nie nun­cju­sza pa­pie­skie­go. Nie brak w tym zgru­po­wa­niu fak­tów wro­dzo­ne­go So­bie­skie­mu pew­ne­go zmy­słu te­atral­no­ści.

Wy­cho­wa­nie chłop­ców było żoł­nier­skie, jak dla przy­szłych ry­ce­rzy przy­sta­ło. Wcze­śnie za­pra­wia­no Mar­ka i Jana do ćwi­czeń wo­jen­nych. Mat­ka, "ko­bie­ta mę­skie­go ser­ca", wska­zy­wa­ła im dro­gę obo­wiąz­ku. "Jak słod­ko jest umie­rać za oj­czy­znę, ucz się ode mnie" - czy­ta­li w Żół­kwi na na­grob­ku pra­dzia­da; avi­ti san­gu­inis ul­tor17 - czy­ta­li na na­grob­ku wuja Da­ni­ło­wi­cza.

Za­ra­zem oj­ciec, czło­wiek by­wa­ły w świe­cie, wy­so­ko na swój czas edu­ko­wa­ny, dbał o wy­kształ­ce­nie sy­nów. W r. 1640 wy­sy­ła ich do Kra­ko­wa, do szko­ły No­wo­dwor­skiej (póź­niej­sze­go gim­na­zjum Św. Anny), gdzie spę­dza­ją lat bli­sko sześć. Szcze­gó­ło­wa in­struk­cja ojca, wrę­czo­na "imć panu Or­chow­skie­mu, dy­rek­to­ro­wi" mło­dych So­bie­skich, sta­no­wi cie­ka­wy do­ku­ment tro­skli­wo­ści ojca oraz współ­cze­snych po­jęć wy­cho­waw­czych. Wszyst­ko tam jest wy­szcze­gól­nio­ne: na­bo­żeń­stwo, zdro­wie, oby­cza­je, ochę­dó­stwo, mi­łość bra­ter­ska, kon­wer­sa­cja, na­uka. Głów­ny na­cisk po­ło­żo­ny na ję­zy­ki: ła­ci­na oczy­wi­ście w sa­mej szko­le; prócz tego w domu fran­cu­ski, wło­ski, nie­miec­ki, a tak­że tu­rec­ki, jako po­trzeb­ny szlach­cie miesz­ka­ją­cej na Rusi. Jako przed­mio­ty: li­te­ra­tu­ra, a zwłasz­cza re­to­ry­ka; hi­sto­ria, fi­lo­zo­fia mo­ral­na, nie­co fi­zy­ki. "W lo­gi­ki, w me­ta­fi­zy­ki aby się nie wda­wa­li, omni­no18 nie chcę; bo te na­uki są ho­mi­num otio­so­rum19 albo tych, co się do teo­lo­gii bio­rą, a ich trze­ba ad ca­pes­sen­dam Rem­pu­bli­cam20 ćwi­czyć."

Jest przy­ję­te za­chwy­cać się tą oj­cow­ską in­struk­cją. Mnie się ona wy­da­je dość pry­mi­tyw­nym pe­da­go­gicz­nym ba­na­łem owe­go wie­ku. Z ta­kich re­cept wiódł się okrop­ny ma­ka­ro­nicz­ny styl i kra­szo­ne pod­nio­sły­mi cy­ta­ta­mi ga­dul­stwo ora­to­rów. Coś z Po­lo­nu­sa, a coś z Po­lo­niu­sza. A w re­zul­ta­cie po­je­cha­li mło­dzi So­bie­scy do Pa­ry­ża nie­zdol­ni roz­mó­wić się po fran­cu­sku...

Bo w lu­tym r. 1646 szes­na­sto­let­ni Jan i star­szy od nie­go o rok Ma­rek pu­ści­li się wraz ze swo­im dy­rek­to­rem Or­chow­skim i z ma­łym dwo­rem za gra­ni­cę dla do­peł­nie­nia edu­ka­cji. Ta­kie po­dró­że - w po­ło­wie XVII w. rzad­sze już niż po­przed­nio - były przy­wi­le­jem za­moż­niej­szych pa­niąt. I tu za­cho­wał się cen­ny do­ku­ment: wła­sną ręką Ja­ku­ba So­bie­skie­go kre­ślo­na In­struk­cja Sy­nom moim do Pa­ry­ża; szcze­gó­ło­we wska­zów­ki, jak się mają za­cho­wać w dro­dze, jak przy­glą­dać się świa­tu, zwie­dzać for­ty­fi­ka­cje, na wszyst­ko otwie­rać oczy, o wszyst­ko py­tać, przede wszyst­kim zaś ćwi­czyć się w ję­zy­kach. ,,To ozdo­ba każ­de­go szlach­ci­ca pol­skie­go i po­chwa­ła mię­dzy przed­ni­mi ozdo­ba­mi i po­chwa­ła­mi: umieć ję­zy­ki." Do­bry pan Ja­kub uwień­cze­nie edu­ka­cji wi­dzi w tym, co jest do­pie­ro jej abe­ca­dłem.

Oprócz ję­zy­ków za­le­ca Ja­kub So­bie­ski sy­nom ćwi­cze­nia w sty­lu, w wy­mo­wie oraz stu­dia hi­sto­rii sta­ro­żyt­nej Li­wiu­sza, Ta­cy­ta, Swe­to­niu­sza. Nie za­nie­dby­wać przy tym ćwi­czeń fi­zycz­nych: gra w pił­kę, kon­na jaz­da, szer­mier­ka (ale nie we Fran­cji, bo tam ła­two przy tej na­uce do­py­tać się zwa­dy i po­je­dyn­ku), wol­ty­żer­ka na drew­nia­nym ko­niu. Co się ty­czy tań­ca, ra­dzi oj­ciec uczyć się im ga­lar­dy fran­cu­skiej i in­nych przed­niej­szych tań­ców (wo­bec tego, że kró­lo­wą pol­ską zo­sta­ła księż­nicz­ka fran­cu­ska, fran­cu­skie tań­ce mo­gły być na dwo­rze po­trzeb­ne), ale przy­zna­je, że mało dba o tę sztu­kę: "bo­da­ie­ście na ko­niach, da Bóg, tań­co­wa­li bi­jąc się z Tur­ki y Ta­ta­ry, tego wam ży­czę". Mu­zy­kę, w szcze­gól­no­ści grę na lut­ni, zo­sta­wia sy­nom do woli, ale - pi­sze - "przy­znam się, że­bym ża­ło­wał tego cza­su, co by­ście na tym bła­zeń­stwie stra­wi­li. Bę­dzie­cie, da-li Bóg, mie­li tyle do­stat­ków, że mo­że­cie mu­zy­kę cho­wać. Le­piej, że oni sami wam będą grać niż wy so­bie." Od Po­la­ków mają się trzy­mać z da­le­ka dla plot­kar­stwa i złych oby­cza­jów: naj­wię­cej po­mię­dzy nimi ta­kich, "co Cie­lę­ta­mi przy­ież­dża­ją do Cu­dzey zie­mie, wy­ież­dża­ią zacz Woł­mi do Oy­czy­zny swo­iey". Przy tym roz­mo­wa z ro­da­ka­mi prze­szka­dza do ucze­nia się ję­zy­ków.

Ale i przed Fran­cu­za­mi ra­dzi oj­ciec mieć się na bacz­no­ści, każe po­stę­po­wać so­bie z nimi "iako z ogniem". Bo to na­ród let­ki, nie­sta­tecz­ny, kłó­tli­wy, skłon­ny do po­je­dyn­ków, wiel­kich klątw, przy­siąg i bluź­nier­stwa. "Na­le­piej tedy z da­le­ka z nimi, ani ich con­tem­ne­re21, ani też się z nimi ba­rzo ku­mać, bo oni się wnet za­ko­cha­ją w czło­wie­ku, a po­tem go wnet po­rzu­cą." Oto bez mała wszyst­ko, co miał pan Ja­kub do po­wie­dze­nia o Fran­cu­zach wy­sy­ła­jąc sy­nów po na­ukę i oświa­tę do Pa­ry­ża.

Ten zwię­zły sąd jest bar­dzo god­ny uwa­gi. Zważ­my, że wo­je­wo­da So­bie­ski jest czło­wie­kiem w Pol­sce wy­jąt­ko­wo świa­tłym, że za mło­du spę­dził parę lat w Pa­ry­żu, gdzie był (po­dob­no) uczniem naj­sław­niej­sze­go fi­lo­lo­ga, Ca­sau­bo­na. I oto ta jego cha­rak­te­ry­sty­ka Fran­cu­zów ho­ry­zon­tem swo­im nie róż­ni się zbyt­nio od tego, co by mógł po­wie­dzieć ze sły­chu ja­kiś prze­cięt­ny i dość ciem­ny szlach­cic do­ma­tor, ja­kiś pan Pa­sek. Świad­czy­ło­by to, że mię­dzy ów­cze­sną Pol­ską a Fran­cją mu­sia­ła być za­sad­ni­cza trud­ność zro­zu­mie­nia się. Świa­do­mość ta ma dla nas swo­ją wagę; bar­dziej może niż wszyst­ko inne ob­ja­śni nam ona nie­po­wo­dze­nia "par­tii fran­cu­skiej", któ­rą po­sta­ra się stwo­rzyć w Pol­sce kró­lo­wa Ma­ria Lu­dwi­ka.

Ale na­su­wa się inna wąt­pli­wość. Może po pro­stu pan Ja­kub So­bie­ski nie był tym lu­mi­na­rzem, za ja­kie­go ucho­dził i za ja­kie­go nam go do dziś dnia po­da­ją? Za­uwa­ży­łem, że w na­szych wy­daw­nic­twach hi­sto­rycz­nych - zwłasz­cza daw­niej­szych, ale now­sze czę­sto czer­pią z daw­niej­szych bez kon­tro­li - pa­nu­je oby­czaj grand­i­lo­kwen­cji pa­ne­gi­rycz­nej, trą­cą­cej sty­lem mó­wek po­grze­bo­wych. Ot, bio­rę do rąk "pe­re­gri­na­cję" po Eu­ro­pie Ja­ku­ba So­bie­skie­go z lat jego mło­do­ści, wy­da­ną przez Edwar­da hr. Ra­czyń­skie­go (Po­znań 1833). Czy­tam we wstę­pie wy­daw­cy; "Nie było w Pa­ry­żu uczo­ne­go, nie było wo­jow­ni­ka, z  któ­rym by So­bie­ski przy­najm­niej zna­jo­mo­ści nie za­brał, z wie­lu żył w ści­słej przy­jaź­ni." Chciał­bym w to wie­rzyć; ale z jego ksią­żecz­ki wca­le tego nie znać. Prze­ciw­nie, trud­no o coś bar­dziej ja­ło­we­go niż te za­pi­ski. Zwie­dził mło­dy Ja­kub Fran­cję, Wło­chy, Por­tu­ga­lię, Hisz­pa­nię, An­glię, Ho­lan­dię, Niem­cy, Au­strię - co go czy­ni­ło na ów czas fe­no­me­nem! - ale wy­niósł z tej "pe­re­gri­na­cji" dziw­nie mało. Oto cały jego za­pi­sek z mia­sta Do­rtrecht: "Mia­sto do­syć pięk­ne, wzdłuż idą­ce." O in­nych jest nie­co wię­cej, ale nie o wie­le cie­ka­wiej. Na­wet ten Pa­ryż! Naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cy szcze­gół, jaki tam znaj­dzie­my, do­ty­czy śmier­ci Hen­ry­ka IV i stra­ce­nia jego mor­der­cy, Ra­va­il­la­ca. Tego Ra­va­il­la­ca ro­ze­rwa­no koń­mi i po­tem roz­sie­ka­no; pu­blicz­ność zbie­ra­ła ka­wał­ki jego cia­ła i w chu­s­tecz­kach bra­ła je do do­mów.

"Był je­den in­tro­li­ga­tor - no­tu­je pan Ja­kub So­bie­ski - tak za­żar­ty prze­ciw temu Ra­wa­il­la­ko­wi, a był to go­spo­darz na po­zór sta­tecz­ny, z bro­dą wiel­ką, przy­niósł też był kil­ka sztu­czek cia­ła tego Ra­wa­il­la­ka i z wzgar­dy wiel­kiej, i z jadu sma­żył je w ja­jecz­ni­cy i jadł je; na co oczy moje i JP. Bra­nic­kie­go pa­trzy­ły; na­wet śmiał nas oby­dwóch pro­sić na ten swój ban­kiet, że­by­śmy mu go do­po­mo­gli jeść; aże­śmy mu w oczy oba­dwa plu­nąw­szy szli­śmy od nie­go. Ja ro­zu­miem, że się ten chłop od swo­je­go jadu na ten czas wściekł jako pies jaki..."

I jesz­cze inne zda­rze­nie. Ja­kub So­bie­ski za­cho­ro­wał; le­karz Szkot pu­ścił mu krew kil­ka­dzie­siąt razy i chciał osła­bio­ne­mu tą ku­ra­cją jesz­cze krew pusz­czać po­wia­da­jąc, że "nie trze­ba tych Po­la­ków oszczę­dzać, bo każ­dy Po­lak jak wół, siła ma krwi w so­bie..."

Z ta­kich wia­do­mo­ści i z ta­kich aneg­dot skła­da się wy­łącz­nie ów tyle sła­wio­ny dia­riusz po­dró­ży. Bierz­my tedy kry­tycz­nie le­gen­dy o pa­ry­skim po­by­cie Ja­ku­ba So­bie­skie­go; a za­raz uj­rzy­my, że nie­mniej kry­tycz­nie trze­ba brać pa­ry­ski po­byt Jana.

Do Pa­ry­ża je­cha­li mło­dzi So­bie­scy nie śpie­sząc się. Obej­rze­li po dro­dze spu­sto­szo­ne woj­ną trzy­dzie­sto­let­nią Niem­cy, gdzie dro­ga miej­sca­mi była bar­dzo nie­bez­piecz­na z przy­czy­ny band żoł­nier­skich i roz­bój­ni­czych. Je­cha­li na Frank­furt, Ber­lin, Wi­tem­berk, Lipsk, An­twer­pię; do Pa­ry­ża przy­by­li 9 iu­nii22 1646. Całą tę dro­gę opi­sał bar­dzo szcze­gó­ło­wo to­wa­rzy­szą­cy im imć pan Se­ba­stian Ga­wa­rec­ki.

O po­by­cie mło­dych So­bie­skich w Pa­ry­żu na­fan­ta­zjo­wa­no bar­dzo dużo, a głów­nym źró­dłem tych fan­ta­zji jest ob­szer­na Hi­sto­ria Jana So­bie­skie­go i Pol­ski na­pi­sa­na po fran­cu­sku w r. 1827 przez hr. de Sa­lvan­dy. Naj­śmiel­sze dzi­siej­sze vies ro­man­cées23 są za­iste opo­ką wie­dzy w po­rów­na­niu z tym dzie­łem na­uko­wym, w któ­rym na prze­strze­ni ty­sią­ca bli­sko stro­nic nig­dy au­tor nie po­da­je, skąd za­czerp­nął ja­kąś wia­do­mość. Do­wol­no­ści te nie były dla cu­dzo­ziem­ców prze­szko­dą: książ­ka opra­wia­ją­ca dzie­je So­bie­skie­go w skrót cał­ko­wi­tej hi­sto­rii Pol­ski tra­fi­ła na mo­ment za­in­te­re­so­wa­nia Pol­ską, zy­ska­ła wiel­ką po­czyt­ność, mia­ła kil­ka wy­dań, a ro­sła w po­wa­gę, w mia­rę jak jej au­tor zo­stał z cza­sem aka­de­mi­kiem, pa­ro­krot­nym mi­ni­strem oświa­ty, am­ba­sa­do­rem. Ale co oso­bliw­sze, i w pol­skiej na­uce hi­sto­rii dzie­ło Sa­lvan­dy'ego, ckli­wie ide­ali­zu­ją­ce po­stać na­sze­go bo­ha­te­ra, ode­gra­ło nie­ma­łą rolę. Ju­lian Bar­to­sze­wicz pod­da­je je - z oka­zji czę­ścio­we­go pol­skie­go prze­kła­du (1849) - dru­zgo­cą­cej kry­ty­ce24; mimo to Ple­bań­ski jesz­cze w r. 1862 pi­sze25: "Rzad­ko zna­leźć książ­kę tak peł­ną błę­dów jak Hi­sto­ria So­bie­skie­go przez Sa­lvan­dy'ego, a jed­nak jest ona pra­wie je­dy­ną wy­rocz­nią dla wie­lu uczo­nych."

I do dziś dnia po­ku­tu­je to i owo z tych le­gend na­wet w po­waż­nej wie­dzy o So­bie­skim, przy czym za­tra­ci­ła się naj­czę­ściej pa­mięć, że źró­dłem ja­kiejś ob­ro­słej już tra­dy­cją wia­do­mo­ści jest - ba­jecz­ka Sa­lvan­dy'ego.

Do ta­kich na­le­ży po­byt So­bie­skich w Pa­ry­żu. We­dle kwie­ci­stej stro­ni­cy Sa­lvan­dy'ego, Jan So­bie­ski doj­rze­wał w sa­lo­nie słyn­nej księż­nej de Lon­gu­evil­le26, gdzie chci­wie przy­słu­chi­wał się roz­mo­wom bo­ha­te­rek Fron­dy27 i wpa­try­wał się w bra­ta księż­nej, Wiel­kie­go Kon­de­usza28. "Kon­de­usz umiał od­gad­nąć ge­nial­ne­go czło­wie­ka w tym dwu­dzie­sto­let­nim cu­dzo­ziem­cu, któ­ry wpi­jał w nie­go żar­li­we spoj­rze­nie, po­śród zna­mie­ni­tej ciż­by przy­ku­tej do stóp jego sio­stry uro­kiem sta­no­wi­ska, dow­ci­pu i wdzię­ku." Za­ży­łość mię­dzy So­bie­skim a Kon­de­uszem mia­ła ja­ko­by prze­trwać całe ży­cie i utrwa­lić się w ko­re­spon­den­cji. Sa­lvan­dy wie na­wet, o czym roz­ma­wia­li: So­bie­ski, oby­wa­tel wol­ne­go kra­ju, za­dzi­wiał Kon­de­usza ho­ry­zon­ta­mi po­li­tycz­ny­mi; udzie­lał Fran­cji rad, wi­dział le­kar­stwo na jej nie­do­le w zwo­ła­niu Sta­nów Ge­ne­ral­nych, co - gdy­by go po­słu­cha­no - oszczę­dzi­ło­by może Fran­cji de­spo­ty­zmu Lu­dwi­ka XIV i przy­szłej re­wo­lu­cji! W za­mian ksią­żę opo­wia­dał mło­de­mu Po­la­ko­wi o mar­szach i bi­twach, a każ­de jego sło­wo od­ci­ska­ło się w umy­śle po­jęt­ne­go ucznia, aby nie­ba­wem wy­dać owo­ce. W sa­lo­nie pani de Lon­gu­evil­le ko­góż nie spo­tkał, ko­góż nie po­znał mło­dy Ja­sio! Tu­ren­ne29, Col­bert30, Bos­su­et, Vau­ban31, pani de Sévi­gné - już sław­na, po­wia­da Sa­lvan­dy - wszy­scy tam jak­by so­bie dali dla nie­go ren­dez-vous.

Już daw­no temu (1898) Wa­li­szew­ski zwra­cał uwa­gę, że to wszyst­ko jest z pal­ca wy­ssa­ne, choć­by dla­te­go, że księż­nej de Lon­gu­evil­le nie było wów­czas w Pa­ry­żu; była z mę­żem w Mo­na­ste­rze w West­fa­lii (gdzie sma­żył się słyn­ny po­kój west­fal­ski) na waż­nej am­ba­sa­dzie. Poza tym re­la­cja ta roi się od ana­chro­ni­zmów, któ­re nie przy­no­szą za­szczy­tu przy­szłe­mu aka­de­mi­ko­wi. Tak Fron­da roz­po­czę­ła się już po wy­jeź­dzie So­bie­skie­go; pani de Sévi­gné mia­ła w r. 1646 dwa­dzie­ścia lat, była mło­dziut­ką mę­żat­ką, je­że­li z cze­go sław­ną, to chy­ba ze swo­ich nie­do­li mał­żeń­skich; Kon­de­usz, zwy­cięz­ca spod Ro­croy, miał lat dwa­dzie­ścia pięć i ry­chło po­tem miał zo­stać zdraj­cą kra­ju i ba­ni­tą; sam So­bie­ski miał lat nie dwa­dzie­ścia, ale le­d­wo sie­dem­na­ście, i bar­dzo wąt­pli­we jest, czy z gim­na­zjum Św. Anny wy­niósł pro­jekt Sta­nów Ge­ne­ral­nych dla Fran­cji. Ko­re­spon­den­cji jego z Kon­de­uszem śla­dów nie ma, za­pew­ne dla­te­go, że nig­dy So­bie­ski Kon­de­usza nie wi­dział na oczy. Mimo to re­la­cje o suk­ce­sach mło­de­go So­bie­skie­go w sa­lo­nach pani do Lon­gu­evil­le, o sto­sun­kach jego z Kon­de­uszem po­wta­rza­ją się po dziś dzień we wszyst­kich, naj­now­szych na­wet mo­no­gra­fiach jako nie pod­le­ga­ją­cy wąt­pli­wo­ści fakt, bez żad­ne­go udo­ku­men­to­wa­nia. Ko­rzon po­wo­łał się na Sa­lvan­dy'ego, inni prze­pi­su­ją z Ko­rzo­na. Ostat­nią re­dak­cję tego fan­ta­zyj­ne­go Sa­lvan­do-So­bie­skie­go w Pa­ry­żu znaj­du­je­my w an­giel­skiej mo­no­gra­fii Mor­to­na32

Rze­czy­wi­stość pa­ry­ska - co nie ubli­ża w ni­czym na­sze­mu bo­ha­te­ro­wi - wy­da­je się znacz­nie skrom­niej­sza. Mło­dzi So­bie­scy wy­bra­li się ma­łym dwo­rem, pod opie­ką imć pana Or­chow­skie­go, na stu­dia. Oj­ciec za­le­ca im oszczęd­ność, cze­go by na pew­no twór­ca "zło­tych rot" nie czy­nił, gdy­by sy­no­wie mie­li pa­ra­do­wać w świe­cie. W in­struk­cji swo­jej dla sy­nów wo­je­wo­da So­bie­ski po­wia­da, że nie pro­si dla nich o li­sty po­le­ca­ją­ce od kró­la i kró­lo­wej z przy­czy­ny sła­bej ich jesz­cze zna­jo­mo­ści fran­cu­skie­go ("nie­po­dob­ną im była kon­wer­sa­cja fran­cu­ska"); do­syć bę­dzie cza­su z tymi li­sta­mi, kie­dy na­dej­dzie wia­do­mość, że sy­no­wie już zdol­ni są "kon­wer­so­wać ia­ko­kol­wiek z Dwo­rem". Nie­ste­ty, w kil­ka dni wła­śnie po przy­by­ciu sy­nów do Pa­ry­ża pan Ja­kub umie­ra, (dn. 13 czerw­ca w 1646), o czym mło­dzi So­bie­scy otrzy­ma­li wia­do­mość dn. 9 lip­ca. Wię­cej niż wąt­pli­we jest, czy wo­bec cięż­kiej ża­ło­by by­li­by z nich mo­gli ko­rzy­stać. Je­śli byli świad­ka­mi ło­wów kró­lew­skich w Sa­int-Ger­ma­in, to je­dy­nie jako zwy­kła pu­blicz­ność.

Od­bi­ja się to wszyst­ko dość wy­raź­nie w za­pi­skach po­dróż­nych imć Ga­wa­rec­kie­go. Ob­fi­ty w in­for­ma­cje z po­dró­ży po Niem­czech, dia­riusz ten sta­je się dziw­nie ubo­gi w cza­sie po­by­tu w Pa­ry­żu; na kil­ku­na­stu stro­ni­cach oprócz ba­nal­ne­go opi­su bu­dow­li i paru wia­do­mo­ści w ro­dza­ju: "Tymi cza­sy po Aca­de­miach róż­ne Co­me­die od­pra­wu­ią się", nie ma do­słow­nie nic do za­no­to­wa­nia. Trud­no by to po­go­dzić ze świa­to­wym ja­ko­by try­bem mło­dych pa­niąt. Na­to­miast sko­ro tyl­ko po­że­gna­li Pa­ryż i pu­ści­li się w ob­jazd po Fran­cji, imć Ga­wa­rec­ki jest zno­wuż w swo­im ży­wio­le, każ­dy dzień po­dró­ży do­star­cza drob­nych przy­gód i spo­strze­żeń.

Je­że­li roz­wi­ną­łem ob­szer­niej ten punkt, to dla­te­go, że wy­da­je mi się ce­lo­we po­ru­szać fak­ty nie­ja­sne i spor­ne niż po­wta­rzać rze­czy wie­lo­krot­nie po­wie­dzia­ne. Z na­tu­ry tego stu­dium wy­ni­ka zresz­tą, że ob­cho­dzi nas w nim przede wszyst­kim czło­wiek; spra­wa zaś po­by­tu w Pa­ry­żu wy­da­je się nie­obo­jęt­na dla psy­chi­ki póź­niej­sze­go Ce­la­do­na. Przy­ję­te jest - znów dużo przy­czy­nił się tu Sa­lvan­dy! - wie­le bu­do­wać na tym pa­ry­skim roku, z któ­re­go So­bie­ski ja­ko­by wy­niósł głę­bo­ką kul­tu­rę du­cha i wy­so­kie wy­kształ­ce­nie; wszyst­ko to jest po tro­sze do­ro­bio­ne wstecz, jak ów ro­do­wód od Le­cha I. Nie wy­da­je mi się, aby mło­dy ab­sol­went gim­na­zjum Św. Anny miał do­sta­tecz­ne przy­go­to­wa­nie po temu. Czy in­struk­cje oj­cow­skie były po śmier­ci ojca prze­strze­ga­ne - nie wia­do­mo; po­dob­no mło­dy Jan So­bie­ski za­cią­gnął się na ja­kiś czas do musz­kie­te­rów; opu­ścił wresz­cie Pa­ryż, gdzie ba­wił nie­speł­na rok, ma­jąc le­d­wie osiem­na­ście lat. Edu­ka­cja jego przyj­dzie póź­niej i bę­dzie zu­peł­nie inna.

I suk­ce­sy w Pa­ry­żu za­pew­ne miał, ale też inne. O ile z owe­go po­by­tu So­bie­skie­go w Pa­ry­żu nie ma śla­dów pi­sa­nych, od­naj­dzie się po wie­lu la­tach - pro­ble­ma­tycz­ny wpraw­dzie - ślad żywy. Bę­dzie nim ów za­gad­ko­wy po dziś dzień awan­tur­nik Bri­sa­cier - nie­do­szły "ksią­żę Bri­sa­cier­ski"! - któ­re­go in­try­ga za­prząt­nie na dłuż­szy czas parę dwo­rów Eu­ro­py i przy­czy­ni się do roz­dź­wię­ków mię­dzy Lu­dwi­kiem XIV a jego świe­żo uko­ro­no­wa­nym sprzy­mie­rzeń­cem. Ale o tym póź­niej.

Dn. 1 maja 1647 r. ru­szy­li mło­dzi So­bie­scy z Pa­ry­ża "na pe­re­gri­na­tią dla prze­irze­nia się w mia­stach y dla prze­wie­dze­nia pro­win­cyi fran­cu­skich". Zwie­dzi­li Fran­cję do­kład­nie: Or­le­an, Blo­is, To­urs, Sau­mur, Ro­chel­le, Po­itiers, Bor­de­aux, Gre­no­ble, Lyon, Ro­uen, Amiens, Ca­la­is - oto głów­ne eta­py. Z Ca­la­is do An­glii. "W mie­ście Can­te­be­ri - pi­sze wier­ny Se­ba­stian Ga­wa­rec­ki - go­spo­da pięk­na y do­stat­nia, ale lada iako trak­to­wa­ni­śmy byli, a za­pła­cić dro­go mu­sie­li. Wino hisz­pań­skie do­bre. Tu za­ży­wa­ią do sto­łu ma­luś­kich ta­li­rzy­ków drew­nia­nych, któ­ry kto stłu­cze, to za nie­go ie­den pe­nik, to iest grosz an­giel­ski, po­wi­nien dać."

Mimo woli przy tej na­iw­nej re­la­cji przy­po­mi­na mi czter­dzie­ści lat wprzó­dy od­by­ta "pe­re­gri­na­tia" oj­cow­ska; nie­wie­le róż­nią się od sie­bie po­zio­mem; ta­kie to i były te szla­chec­kie wo­ja­że... Po­tem Lon­dyn, Oks­ford, po­tem Ho­lan­dia, gdzie po­dróż­ni zwra­ca­ją uwa­gę na sztu­kę for­ty­fi­ka­cyj­ną; wresz­cie dn. 24 lip­ca 1648 r. wy­jeż­dża­ją So­bie­scy z Bruk­se­li do Pol­ski. Pół­trze­cią roku bli­sko trwa­ła ta po­dróż, mniej za­pew­ne bo­ga­ta w książ­ko­wą na­ukę niż w po­zna­wa­nie ob­cych zwy­cza­jów i oby­cza­jów.

Kie­dy mło­dzi pa­ni­cze sta­nę­li z po­wro­tem na zie­mi pol­skiej, za­sta­li w kra­ju głę­bo­kie i tra­gicz­ne zmia­ny. Król umarł, bez­kró­le­wie uj­rza­ło Pol­skę w ogniu woj­ny ko­zac­kiej. Chmiel­nic­ki po­bił woj­ska het­mań­skie nad Żół­ty­mi Wo­da­mi; pod Kor­su­niem obaj het­ma­ni, Po­toc­ki i Ka­li­now­ski, do­sta­li się z mnó­stwem ry­cer­stwa do nie­wo­li. Wresz­cie, wy­ru­szyw­szy w ogrom­nej sile, w kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi - pię­cio­kroć tyle służ­by! - z prze­py­chem rynsz­tun­ków, ta­bo­rów i rzę­dów, dum­nie i bit­nie, szlach­ta ucie­kła bez bi­twy spod Pi­ła­wiec w ata­ku nie­po­ję­tej pa­ni­ki. Tuż po tej po­trze­bie pi­ła­wiec­kiej - "plu­ga­wiec­kiej", jak ją za­raz ochrzczo­no - sta­nę­li Ma­rek i Jan So­bie­scy, wprost z dro­gi, przed mat­ką w Za­mo­ściu. "Wy­rze­kła­bym się was, gdy­by­ście mie­li być tacy jak ci spod Pi­ła­wiec" - rze­kła im po­dob­no ry­cer­ska nie­wia­sta. I mia­ła do­dać: "Z nią albo na niej", wska­zu­jąc na tar­czę ro­do­wą ge­stem Spar­tan­ki. I od tej chwi­li za­czy­na się dla mło­dych So­bie­skich służ­ba, któ­ra dla Mar­ka skoń­czy­ła się ry­chło chlub­ną śmier­cią, a dla Jana mia­ła trwać aż do zgo­nu.

Tak by po­wie­dział pol­ski Plu­tarch. W rze­czy­wi­sto­ści było to - jak zwy­kle - mniej pro­sto­li­nij­ne. Bo w kil­ka lat po­tem mat­ka-pa­triot­ka opu­ści kraj, aby osiąść za gra­ni­cą, a po­zo­sta­ły przy ży­ciu syn znaj­dzie się w obo­zie Szwe­dów. Dzie­dzic­two Żół­kiew­skich za­gu­bi­ło się na ja­kiś czas; od­naj­dzie się z cza­sem.

Kie­dy zwa­ży­my rolę mat­ki So­bie­skie­go, czu­je­my - poza pa­ne­gi­rycz­nym fra­ze­sem dzie­jo­pi­sów - ja­kąś ta­jem­ni­cę. Mat­ka ta, mimo że żyła do koń­ca r. 1661, zni­kła jak gdy­by cał­ko­wi­cie z ży­cia syna. Wie­my, że kil­ka lat ba­wi­ła poza kra­jem, ale wró­ci­ła z ob­czy­zny w r. 1658. Po­praw­ny udział w po­grze­bie - oto wszyst­ko, co wie­my o sto­sun­ku Jana do niej. Po­dob­no po­wo­dem opusz­cze­nia kra­ju przez Teo­fi­lę So­bie­ską był wstrząs, ja­kim stał się dla niej zgon Mar­ka, wsła­wio­ne­go już w obro­nie Zba­ra­ża: zgi­nął okrut­ną śmier­cią pod Ba­to­nem (1652). A zgi­nął w szcze­gól­nie bo­le­snych dla tej mat­ki oko­licz­no­ściach. Bo na­wet nie wia­do­mo na pew­no, co się z nim sta­ło; we­dle naj­częst­szej wer­sji, ścię­to go jako jeń­ca przed na­mio­tem Kan­te­mi­ra, ale i to nie jest pew­ne. Jana, któ­ry po­przed­nio wal­czył przy kró­lu pod Zbo­ro­wem, nie było wów­czas w sze­re­gach; po­dob­no le­żał ran­ny w po­je­dyn­ku; może ra­czej w ja­kiejś zwa­dzie, bo po­je­dyn­ki były wów­czas w Pol­sce rzad­ko­ścią. Po­dob­no mat­ka, któ­ra oso­bli­wie ko­cha­ła Mar­ka, nie mo­gła da­ro­wać Ja­no­wi tej nie­obec­no­ści. W Mar­ku wi­dzia­ła ona - i inni - przy­szłość rodu: wi­chro­wa­te­go Jana, skłon­ne­go do bur­dy i mi­ło­stek, mniej ce­ni­ła. Po­grą­żo­na w bo­le­ści, czy­ni wiel­kie fun­da­cje dla pa­mię­ci star­sze­go syna i prze­no­si się do Włoch. Wszyst­ko to wia­do­me jest dość mgli­sto; może znów hi­sto­ry­cy wo­le­li nie ty­kać draż­li­wych spraw. Szaj­no­cha wspo­mi­na o nie­chę­ci mat­ki do syna; dwo­rza­nin kró­la Jana, Da­ley­rac33, po­wia­da wprost w swo­ich za­pi­skach, że pani So­bie­ska w tym sa­mym stop­niu ko­cha­ła star­sze­go syna, w ja­kim nie­na­wi­dzi­ła młod­sze­go.

Ten punkt jest dla nas na­der in­te­re­su­ją­cy, cał­ko­wi­te bo­wiem osa­mot­nie­nie, w ja­kim zna­lazł się mło­dy Jan So­bie­ski, przy­go­to­wu­je nie­wąt­pli­wie ową bez­po­dziel­ną nad nim wła­dzę uko­cha­nej ko­bie­ty. I nie tyl­ko osa­mot­nie­nie: jest tu jak­by ja­kiś dość za­gad­ko­wy uraz na punk­cie ro­dzi­ny. Miał sio­strę, za­pew­ne. Ale w li­ście swo­im do żony w r. l668 pi­sze So­bie­ski, że "wszy­scy wie­dzą z daw­na o tej mo­jej in­ten­cji, że gdy­by mi się było że­nić nie przy­szło, tedy bym tak moje dys­po­no­wał do­bra, ja­ko­by się ża­den z nich nie cie­szył krew­ny..." Mimo że So­bie­skie­go, igra­jąc z jego na­zwi­skiem, na­zy­wa­no dość czę­sto "Sob­kiem", de­kla­ra­cja taka jest w owych, peł­nych kul­tu ro­do­we­go, cza­sach czymś dość oso­bli­wym i nie mamy dla niej wy­tłu­ma­cze­nia. Może by się ono zna­la­zło w tym­że li­ście, bo tuż po owym zda­niu wi­dzi­my znak wy­daw­cy, że coś tam opusz­czo­no; i w ogó­le może by się w tych li­stach So­bie­skie­go zna­la­zło klucz do nie­jed­nej po­uf­nej ta­jem­ni­cy - gdy­by były in­a­czej wy­da­ne.

Ach, te na­sze cen­zur­ki! Dam przy­kład, jak u nas trak­to­wa­no wy­da­wa­nie źró­deł. Ist­nie­je bar­dzo cie­ka­wa ko­re­spon­den­cja pana des Noy­ers, se­kre­ta­rza Ma­rii Lu­dwi­ki, wy­da­na w ory­gi­na­le w Ber­li­nie w r. 1859. Przed­tem, w r. 1844, ogło­sił część tych li­stów w pol­skim prze­kła­dzie za­słu­żo­ny Edward Ka­czyń­ski w zbio­rze pt. Port­fo­lio kró­lo­wej Ma­rii Lu­dwi­ki. Cha­rak­te­ry­zu­jąc w któ­rymś li­ście kró­la Jana Ka­zi­mie­rza, des Noy­ers po­wia­da, że "w po­ko­ju kró­la roz­ma­wia się tyl­ko o wsze­te­czeń­stwach" (on ne par­le que de lu­xu­re) pol­ski wy­daw­ca zmie­nia to na: "W jego po­ko­ju nie roz­ma­wia­ją o ni­czym, jak o Pi­śmie świę­tym..."34.

Wróć­my do na­sze­go bo­ha­te­ra. Po śmier­ci Mar­ka Jan zo­sta­je przy­szłym dzie­dzi­cem trzech ro­dów: Żół­kiew­skich, Da­ni­le­wi­czów i So­bie­skich, spad­ko­bier­cą ol­brzy­mich wło­ści. Jest sta­ro­stą ja­wo­row­skim. Ale, uro­dzo­ny żoł­nierz, słu­ży da­lej woj­sko­wo. W r. 1653 sta­je przy kró­lu na cze­le wła­snej cho­rą­gwi pan­cer­nej pod Żwań­cem; idzie do­bro­wol­nie jako za­kład­nik mię­dzy Ta­ta­rów; po­słu­je przy Bie­ga­now­skim do Tur­cji35, jak gdy­by chciał za­wcza­su do­brze po­znać przy­szłe­go wro­ga. Bije się z Ro­sją i z Ko­za­ka­mi pod Ochma­to­wem. Aż w r. 1655 zja­wia się na dwo­rze kró­lew­skim w War­sza­wie, gdy sto­li­ca bawi się i szu­mi nie prze­czu­wa­jąc bli­skie­go po­to­pu, któ­ry omal nie za­to­pił ca­łe­go kra­ju.

Dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­ni So­bie­ski był wów­czas ide­ałem mło­de­go pol­skie­go szlach­ci­ca. Ro­sły, przy­stoj­ny, krzep­ki, za­pal­ny jak proch (la po­uti­re - to je­den z jego pseu­do­ni­mów w póź­niej­szej ko­re­spon­den­cji z Ma­ry­sień­ką), wsła­wio­ny mę­stwem, oby­ty przy tym w świe­cie i dwor­ny ka­wa­ler, wiel­ce czu­ły na wdzięk nie­wie­ści, mu­siał cią­gnąć ku so­bie nie­jed­ne pięk­ne oczy. I tam na dwo­rze w r. 1655 po­zna­je ko­bie­tę, do któ­rej mi­łość zde­cy­do­wa­ła o ko­le­jach jego ży­cia. Bo­ha­ter spo­tkał swój los, Ce­la­don - swo­ją Astreę.

Ale to też nie bę­dzie ta­kie pro­ste.

Por­tret Wła­dy­sła­wa IV. Ry­to­wał Je­re­masz Falck, mie­dzio­ryt, ok. 1650

IIISZKOŁA KRÓLOWYCH

W tym sa­mym cza­sie, gdy mło­dzi So­bie­scy czła­pa­li kon­no przez Niem­cy, uda­jąc się po na­ukę do Pa­ry­ża, wio­sną w r. 1646 wjeż­dża w gra­ni­ce Pol­ski świe­ża jej kró­lo­wa, za­ślu­bio­na już przez pro­ku­ra­cję Wła­dy­sła­wo­wi IV, Ma­ria Gon­za­ga36, księż­nicz­ka de Ne­vers i de Cl?ves, księż­nicz­ka Man­tui itd., itd. Mło­da pani po­cho­dzi z rodu, w któ­re­go ży­łach pły­nie krew wszyst­kich kra­jów: Fran­cji, Włoch, Nie­miec, Hisz­pa­nii, Gre­cji: rasa awan­tur­ni­cza, gwał­tow­na, za­ra­zem in­te­li­gent­na i skłon­na do in­try­gi. Ród do po­ło­wy XVI w. wło­ski, póź­niej - przez mał­żeń­stwo - prze­szcze­pio­ny do Fran­cji.

Ma­ria Lu­dwi­ka, uro­dzo­na w r. 1611, za­tem wów­czas trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nia, mia­ła prze­szłość dość ta­jem­ni­czą. Mó­wię o prze­szło­ści ser­ca. Już to samo, że pięk­na, bo­ga­ta i moż­na księż­nicz­ka po­zo­sta­ła do tak póź­ne­go - jak na owe cza­sy - wie­ku nie­za­męż­na, było dość nie­ba­nal­ne. Wciąż mi­ja­ła się ze swo­im lo­sem. Ma­jąc lat osiem­na­ście roz­ko­cha­ła bra­ta kró­lew­skie­go Ga­sto­na, któ­ry był­by ją może wy­kradł, gdy­by Ri­che­lieu nie uprze­dził jego za­mia­rów osa­dza­jąc z kur­tu­azją Ma­rię w zam­ku Vin­cen­nes, słu­żą­cym tak­że za wię­zie­nie sta­nu: de­li­kat­na wska­zów­ka, że mał­żeń­stwo to nie by­ło­by po my­śli dwo­ru. Póź­niej omal nie zo­sta­ła kró­lo­wą pol­ską: kie­dy w r. 1635 spre­zen­to­wa­no Wła­dy­sła­wo­wi IV por­tre­ty trzech księż­ni­czek fran­cu­skich, kan­dy­da­tek do jego ręki i tro­nu, wy­brał "na oko" Ma­rię; ale se­nat za­wy­ro­ko­wał in­a­czej, zwy­cię­ży­ła Au­striacz­ka37.

Czy był­by uzy­skał rękę Ma­rii mło­dy Cinq-Mars, ulu­bie­niec kró­la, któ­ry roz­ko­chał się w star­szej od nie­go o dzie­sięć lat księż­nicz­ce, nie wie­my; ale nim przy­szło do de­cy­zji, nie­szczę­sny mło­dzian dał jako zbro­dzień sta­nu w r. 1642 gło­wę na sza­fo­cie, li­cząc lat dwa­dzie­ścia dwa. Otrze się o ży­cie Ma­rii przy­szły Wiel­ki Kon­de­usz - wów­czas mło­dy ksią­żę d'En­ghien; za­plą­cze się w nie - je­że­li wie­rzyć nie­dy­skre­cjom jej sio­stry - ja­kiś Włoch ni­skie­go rodu, dla któ­re­go Ma­ria Gon­za­ga go­to­wa była po­świę­cić swo­je sta­no­wi­sko. Co było i jak było, nie zdra­dzą nam tego ro­zum­ne, po­waż­ne oczy Ma­rii, któ­ra na wpół już zre­zy­gno­waw­szy z ży­cia tra­wi­ła je albo na sa­mot­nych du­ma­niach, na de­wo­cji, albo na in­te­li­gent­nych roz­mo­wach w sa­lo­nach, gdzie two­rzy­ła się wów­czas li­te­rac­ka kul­tu­ra Fran­cji. Po­now­ną moż­li­wość ko­ro­ny pol­skiej przy­ję­ła niby ra­do­sną nie­spo­dzian­kę. Mia­rę, jak nie­cier­pli­wie, z ja­kim na­pię­ciem cze­ka­ła księż­nicz­ka wia­do­mo­ści z War­sza­wy, daje try­um­fal­ny list am­ba­sa­do­ra fran­cu­skie­go, pana de Br?gy.

"Dzię­ki Naj­wyż­sze­mu!... - pi­sze dn. 13 lip­ca 1645 r. - Wa­sza Ksią­żę­ca Mość je­steś mia­no­wa­na pol­ską kró­lo­wą!... Jak­żem szczę­śli­wy, że tę po­cie­sza­ją­cą no­wi­nę ja pierw­szy Naj­ja­śniej­szej Pani przy­no­szę!..."

Tym ra­zem nie było oba­wy, aby dwór fran­cu­ski sta­wiał prze­szko­dy: na­stęp­ca Ri­che­lieu­go, Ma­za­rin, chęt­nie po­zby­wał się z Fran­cji tej "nie­spo­koj­nej gło­wy".

Zna­ne są re­la­cje o przy­by­ciu po­słów pol­skich i o zbyt­ku, ja­kim olśni­li Pa­ryż. Z koń­cem r. 1645 wy­ru­szy­ła Ma­ria do Pol­ski z licz­nym dwo­rem, w or­sza­ku mło­dych i ład­nych pa­nie­nek. Samo to świad­czy­ło­by o ge­niu­szu po­li­tycz­nym po­cząt­ku­ją­cej kró­lo­wej, bo ten se­raj miał być naj­sku­tecz­niej­szym orę­żem w wal­ce prze­ciw wpły­wom au­striac­kim. Mło­de Fran­cuz­ki roz­ko­cha­ły w so­bie wie­lu pa­nów pol­skich, a Jan So­bie­ski może być przy­kła­dem, jak kró­lo­wa umia­ła uży­wać tych na­rzę­dzi. Te pan­ny to był naj­so­lid­niej­szy ka­pi­tał sław­nej "par­tii fran­cu­skiej", a zię­cio­wie dwo­ru - z pra­wej i z le­wej ręki - oka­za­li się je­dy­ny­mi, na któ­rych moż­na było bu­do­wać. Wśród tego mło­de­go dwo­ru znaj­do­wa­ła się dziew­czyn­ka, któ­rej oso­ba była spo­wi­ta lek­kim cie­niem ta­jem­ni­cy. Po co kró­lo­wa wio­zła z sobą to dziec­ko do Pol­ski, nie było zu­peł­nie zro­zu­mia­le. Była to Ma­ria Ka­zi­mie­ra, cór­ka mar­gra­bie­go de La Gran­ge d'Arqu­ien i Fran­cisz­ki de la Châtre. Oj­ciec był skrom­nym ka­pi­ta­nem w gwar­dii Mon­sieur (bra­ta kró­lew­skie­go), ro­dzi­na była licz­na, ma­ją­tek ską­py. Mat­ka pan­ny d'Arqu­ien była nie­gdyś gu­wer­nant­ką Ma­rii Lu­dwi­ki, któ­ra wzię­ła z sobą dziew­czyn­kę, aby ulżyć ro­dzi­com. Może się dla niej coś znaj­dzie z cza­sem w Pol­sce.

Wszyst­ko w tych po­cząt­kach Ma­rii Ka­zi­mie­ry jest tro­chę nie­ja­sne, po­cząw­szy od wie­ku. Daw­niej­si kro­ni­ka­rze i hi­sto­ry­cy okre­śla­li datę jej uro­dze­nia roz­ma­icie: 1634 albo 1635, albo "oko­ło 1635" - inni wresz­cie 1638. Aż zna­le­zio­ny pod ko­niec ubie­głe­go stu­le­cia wła­sno­ręcz­ny dia­riusz kró­le­wi­cza Ja­ku­ba So­bie­skie­go, kre­ślo­ny już po śmier­ci mat­ki, nie­spo­dzia­nie od­mło­dził Ma­ry­sień­kę po­da­jąc wy­raź­nie w dwóch miej­scach datę jej uro­dze­nia: 28 czerw­ca 1641 r. Ogła­sza­jąc ów za­pi­sek My­ciel­ski (Czte­ry por­tre­ty kró­lo­wej Ma­ry­sień­ki) kon­klu­du­je: "Kwe­stia więc jest już na­resz­cie prze­cię­ta: wszyst­kie moż­li­we do­tych­cza­so­we po­rów­naw­cze kom­bi­na­cje i hi­po­te­zy upa­da­ją przed wia­ro­god­no­ścią tej wła­sno­ręcz­nej syna kró­lo­wej za­pi­ski..." Ja­koż od tego cza­su przy­ję­to rok 1641. Nie mam nic prze­ciw­ko temu, aby ład­ną ko­bie­tę od­mła­dza­no; mimo to nie wy­da­je się, aby ten dia­riusz kró­le­wi­cza roz­strzy­gał rzecz tak sta­now­czo. Syn za­pi­sał za­pew­ne tyl­ko to, co mógł wie­dzieć od mat­ki; czy­li datę, któ­rą ra­czy­ła usta­lić sama Ma­ria Ka­zi­mie­ra. Ale oto za­raz na­ty­ka­my się na sprzecz­no­ści. We­dle tej daty mia­ła­by Ma­ry­sień­ka czte­ry lata w chwi­li przy­by­cia do Pol­ski: na­to­miast na­dwor­ny le­karz kró­la Jana, O'Con­nor, po­da­je w swo­im pa­mięt­ni­ku, że przy­by­wa­jąc do Pol­ski przy­szła kró­lo­wa mia­ła lat "nie­speł­na dwa­na­ście". Komu wie­rzyć w epo­ce, gdy z da­ta­mi ob­cho­dzo­no się dość swo­bod­nie?

Z punk­tu wi­dze­nia "ro­man­su psy­cho­lo­gicz­ne­go", któ­ry tu na mar­gi­ne­sie hi­sto­rii kre­śli­my, nie jest obo­jęt­ne, czy po­zna­jąc Jana So­bie­skie­go Ma­ry­sień­ka mia­ła lat czter­na­ście czy dwa­dzie­ścia lub dwa­dzie­ścia je­den; czy pusz­cza­jąc się w swo­ją zu­chwa­łą po­dróż do Pa­ry­ża bę­dzie mło­dziut­ką, dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią mę­żat­ką, czy też dwu­dzie­sto­ośmio­let­nią ko­bie­tą; nie­ste­ty wąt­pli­we jest, aby się kie­dy uda­ło roz­strzy­gnąć te sprzecz­no­ści.

Je­że­li co by mo­gło po­przeć tezę "Ma­ry­sień­ki od­mło­dzo­nej", to - me­try­ki hi­po­te­tycz­nych jej oj­ców. Bo plot­ka - może nie­do­rzecz­na, ale dość upar­ta - czy­ni­ła ją cór­ką Ma­rii Lu­dwi­ki; jed­ni szep­ta­li, że to jest owoc mi­ło­ści z Cinq-Mar­sem, inni przy­pi­sy­wa­li oj­co­stwo Kon­de­uszo­wi. Pod­sy­cił plot­ki epi­zod, któ­ry się zda­rzył w po­dró­ży kró­lo­wej i któ­ry opóź­nił o kil­ka­na­ście dni przy­by­cie jej do War­sza­wy. Mia­no­wi­cie król Wła­dy­sław, do­tąd nie­cier­pli­wie ocze­ku­ją­cy no­wej mał­żon­ki, dał jej na­gle do po­zna­nia, aby się nie śpie­szy­ła do sto­li­cy, ale aby za­cze­ka­ła w Gdań­sku na dal­sze zle­ce­nia. Przy­czy­ną mia­ły być re­we­la­cje, ja­kie ktoś przy­wiózł kró­lo­wi co do prze­szło­ści Ma­rii Lu­dwi­ki - wła­śnie w związ­ku z tym dziec­kiem.

Nikt z hi­sto­ry­ków - a zaj­mo­wa­no się tym dość wy­czer­pu­ją­co - nie bie­rze dziś se­rio tej wer­sji. Król Wła­dy­sław po­sia­dał zbyt do­bry wy­wiad, aby pro­sząc o rękę Ma­rii Gon­za­gi nie miał być do­brze po­in­for­mo­wa­ny o jej ży­ciu i cha­rak­te­rze. Za­ra­zem sko­ro raz otrzy­mał ją z rąk kró­lo­wej Fran­cji, któ­ra wy­da­ła Ma­rię za mąż "jak wła­sną cór­kę", nie do po­my­śle­nia jest, aby mógł wsz­czy­nać tak nie­wcze­sne kwe­stie. Zda­je się, że o ile były tar­cia (któ­re w isto­cie opóź­ni­ły przy­ję­cie kró­lo­wej w War­sza­wie), były one - jak na kró­lów przy­sta­ło - wy­łącz­nie na­tu­ry fi­nan­so­wej. Cho­dzi­ło o resz­tę po­sa­gu i o ja­kiś cen­ny krzyż dia­men­to­wy, któ­ry w skład tego po­sa­gu miał wcho­dzić. A po­sag Ma­rii Gon­za­gi miał do­nio­słe prze­zna­cze­nie mi­li­tar­no-po­li­tycz­ne.

Je­że­li król Wła­dy­sław, za­sta­rza­ły ko­bie­ciarz, przy boku pół­ofi­cjal­nej ko­chan­ki, pan­ny d'Ec­ken­berg38, bez zbyt­niej nie­cier­pli­wo­ści ocze­ki­wał ja­dą­cej ku nie­mu żony, to samo moż­na po­wie­dzieć o tej, któ­ra z licz­nym or­sza­kiem zbli­ża się do Pol­ski. To, co Ma­ria Lu­dwi­ka sły­sza­ła o kró­lu, nie było zbyt po­cią­ga­ją­ce, pięć­dzie­się­cio­let­ni po­da­gryk, wsta­ją­cy z łóż­ka aż po obie­dzie, ocię­ża­ły, oty­ły... Cią­gnę­ła ją wła­dza, wiel­ka gra po­li­tycz­na, do któ­rej mia­ła pa­sję, a do któ­rej nie mo­gła się do­rwać we Fran­cji. I w isto­cie Ma­ria Lu­dwi­ka mia­ła być naj­czyn­niej­szą z ko­biet, ja­kie kie­dy­kol­wiek za­sia­da­ły na tro­nie pol­skim.

Je­cha­ła bez po­śpie­chu, ale z ocho­tą i z uf­no­ścią w swo­ją gwiaz­dę. Jest zima, mróz, dro­ga do­bra, kró­lo­wa dziel­nie zno­si tru­dy nie prze­ra­ża­jąc się na­wet epi­zo­dów wo­jen­nych, na któ­re na­ty­ka się w dro­dze przez Niem­cy. Od gra­nic Pol­ski za­czy­na­ją się zno­wuż nie­usta­ją­ce fety, przy­ję­cia, uczty, ka­wal­ka­dy, ła­ciń­skie ora­cje i re­pli­ki. Pa­no­wie pol­scy prze­sa­dza­ją się w zbyt­ku. "Wszyst­ko, co Gre­cy pi­sa­li o bo­gac­twach i zbyt­ku daw­nych Per­sów, nie wy­rów­ny­wa temu, co­śmy wi­dzie­li" - no­tu­je to­wa­rzy­szą­cy kró­lo­wej Fran­cuz La­bo­ureur. Przy sto­le ugi­na­ją­cym się od po­traw Fran­cuz­ki uda­ją, że je­dzą, nie­przy­wy­kłe do sza­fra­nu i ko­rze­ni, sta­no­wią­cych pod­sta­wę pol­skiej kuch­ni. Naj­więk­sze fety cze­ka­ją w bo­ga­tym Gdań­sku, gdzie dla uczcze­nia kró­lo­wej tań­czy przed nią pięć­dzie­się­ciu Mu­rzy­nów z bęb­na­mi i pisz­czał­ka­mi; sło­wem - jazz! I o lu­dzie nie za­po­mnia­no: na szczy­cie na­my­dlo­ne­go słu­pa za­wie­szo­no kom­plet­ne ubra­nie - zdo­bycz dla naj­zręcz­niej­sze­go. "Mó­wio­no, że kró­lo­wa w kie­sze­nie wło­żyć ka­za­ła 100 ta­la­rów, lecz to się praw­dzi­wym nie oka­za­ło" - no­tu­je współ­cze­sny a su­mien­ny świa­dek.

Po przy­mu­so­wym po­sto­ju w Gdań­sku nowa dy­plo­ma­tycz­na kwa­ran­tan­na w Fa­len­tach - wresz­cie w mar­cu r. 1646 przy­by­wa ob­lu­bie­ni­ca do War­sza­wy. Spo­tka­nie od­by­ło się w ka­te­drze Św. Jana. Król przy­jął żonę obo­jęt­nie, kry­tycz­nie. Wszech­wie­dzą­ca plot­ka twier­dzi, że był roz­cza­ro­wa­ny: Toż to jest owa pięk­ność, któ­rą­ście mi tak za­chwa­la­li?" - miał się, we­dle re­la­cji pani de Mot­te­vil­le, ode­zwać do am­ba­sa­do­ra. Zda­je się, że po pro­stu miał atak po­da­gry.

Przy­by­cie Ma­rii Lu­dwi­ki i jej frau­cy­me­ru jest pierw­szą in­wa­zją wpły­wów fran­cu­skich do Pol­ski, trud­no bo­wiem li­czyć krót­ko­trwa­ły po­byt Hen­ry­ka Wa­le­ze­go. Ów mógł zo­sta­wić je­dy­nie uprze­dze­nia i nie­chę­ci, któ­re nie uła­twi­ły roli tej pierw­szej na­szej kró­lo­wej z ra­mie­nia Fran­cji. Obec­ność jej za­zna­czy­ła się po­dwój­ną re­wo­lu­cją: w dzie­dzi­nie fi­nan­sów i w dzie­dzi­nie mody. Przez spo­ro lat zło­to fran­cu­skie mia­ło pły­nąć dość sze­ro­ką stru­gą do Pol­ski; i trze­ba przy­znać, że czy to przez brak zręcz­no­ści dy­plo­ma­tycz­nej, czy przez złą ko­niunk­tu­rę eks­pens39 ten był dla Fran­cji bo­daj że stra­co­ny, bo nic z wiel­kich za­my­słów po­li­tycz­nych na Pol­skę nie uda­ło się prze­pro­wa­dzić. Zresz­tą zło­to owo pły­nę­ło pra­wie wy­łącz­nie do kie­sze­ni ma­gna­tów, któ­rych opła­ca­nie mia­ło wejść w sta­ły zwy­czaj, jed­nych za to, że po­ma­ga­li, dru­gich, aby prze­sta­li szko­dzić, in­nych za neu­tral­ność. Za­czę­ło się to jesz­cze przed przy­by­ciem kró­lo­wej do Pol­ski. "Panu Ka­za­now­skie­mu - do­no­si po­seł de Br?gy Ma­rii Lu­dwi­ce - któ­ry się tu bar­dzo źle WK Mo­ści przy­słu­żył, wy­li­czy­łem go­tów­ką z po­le­ce­nia kar­dy­na­ła 4000 ta­la­rów, żeby mil­czał, lecz wstrzy­mu­jąc się z ofia­ro­wa­niem mu sta­łej pen­sji, bo wiem, co to za pta­szek!" Nie wiem, czy pta­szek Ka­za­now­ski - oso­bi­sty przy­ja­ciel kró­la, je­den z naj­bo­gat­szych lu­dzi w kra­ju - do­stał sta­łą pen­sję, ale inne ptasz­ki do­sta­ły; naj­świet­niej­sze na­zwi­ska ro­do­we i hi­sto­rycz­ne zna­la­zły­by się w tej ptasz­kar­ni. Ale to do­pie­ro póź­niej.

Nie była zresz­tą Pol­ska w tej mie­rze wy­jąt­kiem; pół Eu­ro­py, z ko­ro­no­wa­ny­mi gło­wa­mi na cze­le, mia­ło być na pen­sji fran­cu­skiej. Część tego zło­ta wra­ca­ła co praw­da do Fran­cji w za­mian za przed­mio­ty zbyt­ku i ele­gan­cji, w za­mian za kiec­ki i suk­nie co­raz droż­sze, mimo że ma­te­rii wy­cho­dzi­ło na nie co­raz mniej.

Bo prze­wro­tem w dzie­dzi­nie mody było zwłasz­cza ob­na­że­nie gor­su i szyi u ko­biet. Było to no­wa­tor­stwo w Pol­sce nie­sły­cha­ne, któ­re na "mod­no­chod­ne pa­nie" spro­wa­dzi­ło grad po­ci­sków sa­ty­rycz­nych i mo­ra­li­za­tor­skich. Na­wet mniej su­ro­wy ską­di­nąd au­tor Ogro­du fra­szek40 gor­szy się:

gdy na po­nę­tę żą­dzy wdo­wy i mę­żat­ki

uka­zu­ją i pier­si, i na­gie ło­pat­ki...

A inny ry­mo­twór­ca wzy­wa gro­mu nie­bios41 na ko­bie­ty, któ­re ob­na­ża­ją pier­si, woła siar­ki i smo­ły na ele­gant­ki, co "na wdzięcz­nej twa­rzy spro­śne mu­chy le­pią", i wi­dzi w tym pa­lec Boży, że w Ha­czo­wie pod Kro­snem pod­czas pro­ce­sji Bo­że­go Cia­ła pio­run ude­rzył w mod­ny kor­net42 szlach­cian­ki.

Pio­run pio­ru­nem, ale to pew­na, że uprze­dze­nia masy szla­chec­kiej do wszyst­kie­go, co fran­cu­skie i z Fran­cji, ode­gra­ły nie­ma­łą rolę w póź­niej­szych roz­gryw­kach po­li­tycz­nych, i kto wie, czy owe na­gie pier­si i ple­cy nie były tu naj­więk­szym ka­mie­niem ob­ra­zy. Bo o ile wpły­wy fran­cu­skie zwy­cię­ży­ły w ma­gna­te­rii, o ile dzia­ła­ły na wy­obraź­nię szlach­cia­nek w ich skrom­nych dwor­kach, o tyle nig­dy nie zdo­ła­ły po­ko­nać opo­ru bra­ci szlach­ty.

Po­ży­cie Wła­dy­sła­wa i Ma­rii Lu­dwi­ki było chłod­ne; i fi­zycz­nie, i du­cho­wo. Król, po­sta­rza­ły, na­wy­kły do ła­twych mi­ło­stek, bez en­tu­zja­zmu do­peł­nia mał­żeń­skiej po­win­no­ści, bu­dząc zgo­ła przez dłuż­szy czas po­waż­ny nie­po­kój, czy jej do­peł­nić ra­czy. Jak żywy udział brał se­nat Rze­czy­po­spo­li­tej w tych oba­wach, niech wska­że to pi­smo wo­je­wo­dy po­znań­skie­go, Krzysz­to­fa Opa­liń­skie­go, do am­ba­sa­do­ra fran­cu­skie­go pana de Brégy:

"Wier­ność, z któ­rą pra­gnę słu­żyć mo­jej kró­lo­wej, znie­wa­la mnie do udzie­le­nia jej po­dwój­ne­go ostrze­że­nia, któ­re ze­chcesz WMPan jej za­ko­mu­ni­ko­wać nie wy­ra­ża­jąc, iż po­cho­dzi ode mnie. A naj­pierw, żeby nie była tak nie­śmia­łą wzglą­dem kró­la i wcho­dzi­ła re­zo­lut­nie do jego po­ko­ju, jak to kró­lo­wa nie­boszcz­ka zwy­kła była czy­nić bez żad­ne­go na­tręc­twa z jej stro­ny; Król Je­go­mość bo­wiem bie­rze prze­ciw­ne za­cho­wa­nie się za do­wód nie­do­sta­tecz­ne­go dlań afek­tu Jej Kr. Mo­ści. Prócz tego na­le­ży jej być co­kol­wiek śmia­łą w piesz­cze­niu go i udzie­la­niu mu mi­ło­snych sa­tys­fak­cji, come si dice ita­lia­no: gli sche­rzi amo­ro­si43, po­nie­waż król nasz mi­ło­ści­wy jest co­kol­wiek lu­bież­nym w tej ma­te­rii mi­ło­snej, co Wasz­mość Pan zro­zu­miesz do­brze, acz­kol­wiek nie umiem użyć na­le­ży­tych do wy­tłu­ma­cze­nia się ter­mi­nów, le­piej się zna­jąc na prak­ty­ce w tych rze­czach niż na roz­pra­wia­niu o nich."

Wię­cej przed­się­bior­czo­ści oka­zu­je król wo­bec frau­cy­me­ru żony. Ale dla spryt­nych Fran­cu­ze­czek za­lo­ty jego nie są groź­ne; li­nia ich oso­bi­stej po­li­ty­ki wy­ty­czo­na jest wy­raź­nie; wszyst­kie te, nie­bo­ga­te prze­waż­nie, pan­ny po­wy­cho­dzą w Pol­sce świet­nie za mąż. "Nie ro­zu­miem" - od­po­wia­da sta­le pan­na de Ma­il­ly na jego umi­zgi kró­lo­wi. "Za to do­brze ro­zu­miesz to, co szep­ce pan Kra­siń­ski" - od­po­wia­da król. "Pan Kra­siń­ski jest oso­bą pry­wat­ną jak ja; aby ro­zu­mieć mowę kró­la, trze­ba być kró­lo­wą. Je­że­li WKMość po­zwo­li, to za­py­tam kró­lo­wej, co zna­czy to, co mi WKMość mówi." "O hul­taj­ko! - mru­czy król - wi­dzę, żeś ty szpa­ka­mi kar­mio­na..." Oto prób­ka tonu, jaki wno­si na pol­ski dwór ta mło­da ar­mia kró­lo­wej, wier­na i kar­na jak kor­pus jan­cza­rów.

Ale te wszyst­kie amo­ry kró­lew­skie to tyl­ko od nie­chce­nia, z na­ło­gu; na­praw­dę król my­śli o woj­nie; to jed­no go zaj­mu­je i pod­nie­ca. Na­ród, se­nat nie chcą sły­szeć o woj­nie z Tur­ka­mi; ale król bez­sil­ny, gdy cho­dzi­ło o re­for­my we­wnętrz­ne, za­wsze miał w Pol­sce spo­sób, aby wy­wo­łać woj­nę. Tu Wła­dy­sław za­mie­rza za po­mo­cą par­ty­zant­ki Ko­za­ków, spro­wo­ko­wać Tur­ka, aby woj­nie za­czep­nej dać po­zór woj­ny obron­nej; ale nie­bacz­nie rzu­co­na iskra na pro­chy ko­zac­kie spo­wo­du­je strasz­li­wy po­żar. Po­li­ty­ką król kie­ru­je sam, żo­nie nie daje się mie­szać do swo­ich spraw, od­sy­ła ją do garn­ków. A Ma­ria Lu­dwi­ka prze­wi­du­jąc ry­chłe wdo­wień­stwo my­śli o swo­jej przy­szło­ści, o za­bez­pie­cze­niu ogrom­ne­go po­sa­gu, któ­ry za­an­ga­żo­wa­ła w Pol­sce; nie czu­je się jesz­cze so­li­dar­na z kra­jem, w któ­ry los ją rzu­cił, a z któ­re­go lada prze­zię­bie­nie kró­la może ją wy­pę­dzić. Żona Wła­dy­sła­wa IV nie jest jesz­cze ową póź­niej­szą to­wa­rzysz­ką doli i nie­do­li Jana Ka­zi­mie­rza, ko­bie­tą nie­spo­ży­tej ener­gii, wal­czą­cą, błą­dzą­cą nie­raz, ale - po kró­lew­sku.

Je­dy­ny syn Wła­dy­sła­wa IV umie­ra dn. 9 sierp­nia 1647 r.; dn. 20 maja 1648 r. - w peł­ni woj­ny ko­zac­kiej - umie­ra sam król. Kan­dy­da­ta­mi do ko­ro­ny - dwaj bra­cia kró­lew­scy; je­den bi­skup, a dru­gi kar­dy­nał44. Kró­lem zo­sta­nie ten, któ­ry za­ślu­bi wdo­wę po bra­cie, na czym Rzecz­po­spo­li­ta za­osz­czę­dzi so­bie "od­pra­wę" kró­lo­wej-wdo­wy. Daje to za­ra­zem wi­do­ki no­wej elek­cji, bo moż­na przy­pusz­czać, że nowa para bę­dzie bez­po­tom­na.. A elek­cja była wiel­kim świę­tem szlach­ty, li­cy­ta­cją o jej ła­skę i gło­sy, po­twier­dze­niem jej po­tę­gi.

Tak więc de­cy­zja o tym, kto za­sią­dzie na tro­nie pol­skim - jest w ręku Ma­rii Lu­dwi­ki i w jej już do­brze za­sob­nej szka­tu­le. Wy­bie­rze Jana Ka­zi­mie­rza, któ­re­go uspo­so­bie­nie, we­dle po­wszech­nej opi­nii nie­sta­łe, skłon­ne do roz­ry­wek, nie­chęt­ne dla po­waż­nych spraw, wró­ży jej prze­moż­ny wpływ na rzą­dy.

Za­ra­zem wy­cho­dząc za Jana Ka­zi­mie­rza Ma­ria Lu­dwi­ka pod­da­ła swo­ją umo­wę ślub­ną za­twier­dze­niu kró­la Fran­cji, wy­jed­nu­jąc so­bie "za­pew­nie­nie wszel­kich praw przy­słu­gu­ją­cych Fran­cu­zom, praw­dzi­wym kra­jow­com i pod­da­nym kró­la ar­cy­chrze­ści­jań­skie­go, bez żad­nej eks­cep­cji i wy­jąt­ku". O pierw­szych la­tach mło­dziut­kiej jej dwor­ki pan­ny d'Arqu­ien w Pol­sce nie wie­my nic, chy­ba to, że gdy w r. 1654 od­tań­czo­no na dwo­rze ba­let kró­lew­ski, wy­stą­pi­ła jako żni­wiar­ka. Za­pew­ne nie ten je­den raz. Wła­dy­sław był wiel­kim mi­ło­śni­kiem mu­zy­ki i te­atru. Ope­ra jego była sław­na w Eu­ro­pie. Ba­le­ty, fe­erie, ma­chi­ny do spusz­cza­nia i pod­no­sze­nia bo­gów, okrę­ty, wozy, zwie­rzę­ta me­cha­nicz­nie po­ru­sza­ne... Za Jana Ka­zi­mie­rza bu­dżet te­atral­ny kur­czy się nie­co; Wło­si po tro­chu wy­cie­ka­ją z Pol­ski, ale świet­ne tra­dy­cje te­atru trwa­ją ja­kiś czas jesz­cze - póki nie prze­pę­dzą ich Szwe­dzi...

Bo już nie­dłu­ga jest chwi­la, że cały ten mło­dy dwór za prze­wo­dem kró­lo­wej, niby kur­czę­ta za prze­wo­dem ko­ko­szy, pierzch­nie ze sto­li­cy. Kie­dy kró­lo­wa wró­ci­ła ze Ślą­ska w lip­cu 1656 r. do od­zy­ska­nej na Szwe­dach War­sza­wy, mia­ła ze sobą trzy pan­ny: Po­toc­ką, Ra­dzi­wił­łów­nę i swo­ją ulu­bio­ną Ma­rię Ka­zi­mie­rę. Pan­na d'Arqu­ien, je­że­li przy­jąć chro­no­lo­gie kró­le­wi­cza Ja­ku­ba, li­czy­ła wów­czas lat do­pie­ro pięt­na­ście; wcze­śnie roz­wi­nię­ta, pięk­na, gło­śna z uro­dy i by­stre­go dow­ci­pu. Zna­my jej póź­niej­sze por­tre­ty: ścią­gła twarz o drob­nych ustach, ślicz­ne oczy wy­cię­te w mig­dał, gę­ste pu­kle ciem­nych wło­sów, szczu­pła, ale zręcz­na fi­gur­ka, któ­ra póź­niej na­wet w Pa­ry­żu mia­ła się wy­dać pas tant chien­ne45... - jak sama do­no­si z try­um­fem.

Pierw­szy z ist­nie­ją­cych por­tre­tów uka­zu­je Ma­ry­sień­kę jako świę­tą Mag­da­le­nę: sie­dzi na le­śnej mu­ra­wie z głów­ką wspar­tą na ob­na­żo­nej ręce, odzia­na lek­ką błę­kit­ną dra­pe­rią, a bar­dziej splo­ta­mi pysz­nych wło­sów. Owal twa­rzy nie­mal dzie­cin­ny, oczy ciem­no­piw­ne, któ­re "nie wie­dzą, czy śmiać się, czy dą­sać mają". Świę­ta Mag­da­le­na! Jak się dzi­wić So­bie­skie­mu, że gło­wę stra­cił? Na ta­kie dia­bel­skie misz­ku­lan­cje, na tę chy­trość, któ­ra za­cho­wu­je wszyst­kie po­ku­sy grze­chu po­zwa­la­jąc rów­no­cze­śnie mo­dlić się do sie­bie jak do świę­tej, ani roz­trop­ne in­struk­cje oj­cow­skie, ani spar­tań­skie przy­ka­za­nia mat­czy­ne nie za­wie­ra­ły żad­ne­go spo­so­bu.

A cha­rak­ter?

Prze­cho­wał się w Bi­blio­te­ce Ra­czyń­skich za­pi­sek (z r. 1657) mnisz­ki z klasz­to­ru sióstr be­ne­dyk­ty­nek w oko­li­cy Po­zna­nia, gdzie pan­na d'Arqu­ien jako dwór­ka kró­lo­wej mia­ła kwa­te­rę. Było to w cza­sie woj­ny szwedz­kiej. z na­ra­że­niem zdro­wia ustą­pi­ła jej ksie­ni wła­snej, naj­lep­szej celi. Ale za­cho­wa­nie się mło­dej pan­ny nie było bu­du­ją­ce:

"Przy­je­cha­ła pan­na d'Arqu­ien przed sa­mym ad­wen­tem do klasz­to­ru na­sze­go. Pan­na to była naj­zac­niej­sza z frau­cy­me­ru kró­lew­skie­go, któ­rej wie­leb­na pan­na ksie­ni ustą­pi­ła iz­deb­ki swo­jej z wiel­kim nie­wcza­sem swo­im i aż w cho­ro­bę była wpa­dła, za czym kró­le­stwo sła­ło do niej dok­to­ra swe­go. Było to by­cie pan­ny tej po­nie­kąd z nie­zbu­do­wa­niem in­szych. W nocy trze­ba było dok­to­ra pusz­czać do niej. Se­na­to­rów wie­le ją na­wie­dza­ło i czę­stym cho­dze­niem bar­dzo się uprzy­krza­li, i przez ko­ściół chcie­li do niej; nie było po­ko­ju przed nimi. A że łaź­ni czę­sto uży­wa­ła, a że wody w klasz­to­rze nie było, mu­sie­li z mia­sta no­sić. Mia­ła swo­je słu­gi i och­mi­strzy­nią, stół jej był z kró­lew­skiej kuch­ni..."

Su­ro­wy bio­graf Ma­ry­sień­ki Wa­li­szew­ski wi­dzi w tej no­tat­ce cał­ko­wi­tą jej cha­rak­te­ry­sty­kę. Ego­ist­ka, świa­to­wa, nie­wie­le trosz­czą­ca się o po­zo­ry, za­ję­ta sobą, nie zno­szą­ca sprze­ci­wu, umie­ją­ca ła­mać prze­szko­dy; oschłość ser­ca, któ­ra po­zwa­la iść pro­sto do celu od­su­wa­jąc nie­bez­pie­czeń­stwo wa­hań i kom­pro­mi­sów.

Sta­now­czo zdol­ny hi­sto­ryk dużo po­tra­fi zna­leźć w jed­nej wan­nie.

Po­śpiesz­my do­dać, że por­tret świę­tej Mag­da­le­ny, któ­ry wspo­mnia­łem wy­żej, po­ka­zu­je Ma­ry­sień­kę, już o kil­ka lat star­szą, jako mło­dą pa­nią Za­moy­ską. Pan­nie d'Arqu­ien może by nie przy­sta­ło dać się ma­lo­wać ta­kim kształ­tem. Bo oto zbli­ża się pora, gdy przy­bra­na mat­ka - kró­lo­wa Ma­ria Lu­dwi­ka - ma po­sta­no­wić o jej lo­sie. Do­tąd nie chcia­ła jej pu­ścić od sie­bie, mimo że sta­ra­li się o jej rękę Kra­siń­ski, Pac... A So­bie­ski? O So­bie­skim osob­no, to dłuż­sze dzie­je. Oso­bli­wy to dwór ten dwór Ma­rii Lu­dwi­ki. Pani po­boż­na, na­mięt­na po­li­tycz­ka, po­dob­no su­ro­wa dla swo­ich dwo­rek, co nie prze­szka­dza, że samo zja­wie­nie się no­we­go oby­cza­ju, owej mowy fran­cu­skiej, w któ­rej - jak po­wia­da Bran­tôme - sło­wa mi­ło­sne "ba­rziey są w uściech chu­tli­we, cud­niey dźwię­czą­ce a siel­niey szpik wzru­sza­ją­ce ni­że­li ine", mu­sia­ło na tym świe­żym grun­cie pol­skie­go tem­pe­ra­men­tu wy­dać buj­ne owo­ce. Pan­ny fran­cu­skie na­da­ją ton; kon­tu­szo­wa mło­dzież ko­cha się w nich na za­bój. Amor - czę­ściej zwa­ny przez po­etę Ku­pi­do - obie­ra so­bie kwa­te­rę w War­sza­wie. Wy­wiódł to zmyśl­nie pan An­drzej Morsz­tyn, po­eta i dwo­rak, ulu­bie­niec Ma­rii Lu­dwi­ki, w na­śla­do­wa­nym z Apu­le­ju­sza i Ma­ri­na po­ema­ci­ku Psy­che, na­pi­sa­nym zwin­ną okta­wą. Szu­ka­jąc syna swe­go, Amo­ra, We­nus prze­bie­ga róż­ne kra­je. U Wło­chów znaj­du­je plu­ga­wy nie­rząd; w Niem­czech mi­łość je­dy­nie zim­ną, ja­ko­by umar­łą; bie­ży z ko­lei do Fran­cji, ale oka­zu­je się, iż z Fran­cji Amor po­cią­gnął z kró­lo­wą Pol­ską do War­sza­wy - nad Wi­słę. Śpie­szy tam We­nus, ale uj­rzaw­szy kró­lo­wą, ten cud, nie ma już siły gnie­wać się na syna. Tu­taj ła­two się do­my­ślić, że po­eta-dwo­rak po­świę­ca nie­jed­ną okta­wę na od­da­nie hoł­du kró­lo­wej... "Lecz do­syć o niej" - po­wia­da:

...te­raz or­szak bia­ły

Jej nimf uwa­żaj; przy­znasz to bez spo­ru,

Że taka pani god­na tego dwo­ru.

I za­czy­na się se­ria li­chych con­ce­tii46, któ­ry­mi po­eta za­ostrza swo­je okta­wy po­świę­co­ne ko­lej­no każ­dej z pa­nien. Mlle Bes­sa­ine (póź­niej wo­je­wo­dzi­na Den­hof­fo­wa) "po­pę­ta ser­ca bez sen i na ja­wie". Dla pan­ny Gor­don, póź­niej swo­jej żony, znaj­du­je Morsz­tyn taką alu­zję; "to są jej pęta i trwa­łe Cor­do­ny". Dla pan­ny Ma­il­ly, po­tem kanc­le­rzy­ny Pa­co­wej: "tak do niej bie­żą i wiel­cy, i mali" (au! au!). Arka sta­no­wi alu­zję do pan­ny d'Arqu­ien. Ale przy­tocz­my prób­kę strof po­świę­co­nych przy­szłej Ma­ry­sień­ce:

Ta pierw­sza twa­rzą, choć ostat­nia laty,

Zro­dzo­na mie­dzy grzecz­ny­mi Fran­cu­zy,

Wol­na jest spa­lić w po­piół oba świa­ty.

Od wscho­du słoń­ca, aż gdzie się za­nu­rzy...

W kupę się ze­szły w tym aniel­skim cie­le

Dow­cip i ro­zum nie­mniej pew­nie świę­ty,

Zgo­ła z nie­biań­skiej po­szła pa­ran­te­le,

Bo wszyst­kich bo­gów jest w niej skarb za­mknię­ty;

Stąd wo­tem ser­ca nio­są jej w po­dar­ki

Jak do ko­ścio­ła i jako do Arki...

Nie są to z pew­no­ścią naj­lep­sze stro­fy, ja­kie wy­szły spod pió­ra Morsz­ty­na, ot, po­ezja dwor­ska; chce być po­chleb­nym, przy­zwo­itym. Ale w in­nych wier­szy­kach, któ­re krą­ży­ły w od­pi­sach po pa­ła­cach i al­ko­wach, znaj­dzie Morsz­tyn wła­sny ton bę­dą­cy swo­istym wy­ra­zem tej no­wej, z fran­cu­ska nie­co przy­bra­nej, ale bar­dzo pol­skiej muzy, jaka się ro­dzi w oko­li­cach war­szaw­skie­go dwo­ru. Po­ezja jego przy­mil­na, fi­glar­na i zmy­sło­wa, przed­się­bior­cza i śmia­ła w po­trze­bie ("Bo co za­kry­wa pie­rzyn­ka - to dla sa­me­go Morsz­tyn­ka), wzno­sząc się do rzad­kie­go na­ów­czas kunsz­tu for­my, nie­jed­ną mu­sia­ła za­wró­cić głów­kę. Po­chwa­ła jego: "cie­niut­kaś jak łąt­ka'" (z czym ry­mo­wa­ły "na­dob­ne draż­niąt­ka"!) mu­sia­ła spra­wić małą re­wo­lu­cję i spo­wo­do­wać pierw­sze w Pol­sce od­chu­dza­nia się Ka­chen i Ma­ry­nek. A co po­wie­dzieć o ta­kiej li­ta­nii bia­ło­ści, wy­prze­dza­ją­cej o dwa wie­ki słyn­ną Sym­pho­nie en blanc ma­jeur47 Teo­fi­la Gau­tier, gdzie, wy­szcze­gól­niw­szy wszyst­kie ro­dza­je bia­ło­ści, po­eta nasz kon­klu­du­je dwor­nie:

Ale biel­sza mej pan­ny płeć twa­rzy i szy­je

Nad mar­mur, mle­ko, ła­będź, per­łę, śnieg, li­li­je!

Tak w Pol­sce nie umia­no przed Morsz­ty­nem mó­wić do ko­biet. Tędy prze­szła już précieu­se, wy­cho­wan­ka Hôtel Ram­bo­uil­let. Morsz­ty­na za­wdzię­cza­my Ma­rii Lu­dwi­ce, przy­najm­niej w jego dys­tyn­go­wa­nej po­sta­ci. Bo nie daj Bóg, aby do bia­ło­głow­skich rąk mia­ły się do­stać jego frasz­ki, czę­sto nie­skrom­ne tak, że dziś jesz­cze mu­szą wy­daw­cy krop­ko­wać w nich całe ustę­py, ale zno­wuż nie­skrom­ne in­a­czej niż zwy­kłe fa­ce­cje Sar­ma­tów; owe frasz­ki, o któ­rych on sam mówi, że "niech one śmie­le, choć­bym miał być w wi­nie - rżą jak dry­gan­ci48, niech kwi­czą jak świ­nie". Nie tyl­ko do fra­szek jest pan An­drzej zdat­ny. Toż jego prze­kła­da­nia bę­dzie Kor­ne­lo­wa he­ro­icz­na ko­me­dia o Ro­de­ri­ku Cy­dzie, któ­ra już po po­to­pie szwedz­kim uka­że się na the­atrum kró­lew­skim na zam­ku w r. 1662. I gdy, w myśl ob­ra­zu, jaki nam su­ge­ru­je póź­niej­szy pro­log Wy­spiań­skie­go, król spo­glą­dał do­ko­ła na two­rzą­cych pu­blicz­ność ry­ce­rzy, któ­ry­mi

...świat by cały za­dzi­wił:

mało gdzie ta­kich żoł­nie­rzy. Byli nimi:

Pan Lu­bo­mir­ski Je­rzy,

Pan So­bie­ski cho­rą­ży,

Pan Bo­gu­sław Ra­dzi­wiłł...

moż­na by się za­ło­żyć, że gdzieś na sali w loży ("są tam okna, gdzie oso­by sie­dzą" - pi­sze o tej no­wo­ści współ­cze­sny Ja­rzęb­ski49 sie­dzia­ła wy­gor­so­wa­na po pas i strzy­gą­ca dys­kret­nie okiem w stro­nę mon­sieur le Ko­ron­ge Ma­ry­sień­ka - już pani wo­je­wo­dzi­na Za­moy­ska. Ale nie uprze­dzaj­my wy­pad­ków; same z sie­bie po­pę­dzą aż na­zbyt szyb­ko.

Por­tret Jana Ka­zi­mie­rza. Ry­to­wał Wil­helm Hon­dius, mie­dzio­ryt, 1649