Marynarka - Mirosław Tomaszewski

Kup ebooka

31.90 zł
26.48 zł (22,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2 kwietniaKarawela Santa Maria, Zatoka Gdańska

Wy­star­czy­ła chwi­la nie­uwa­gi, by Adam dał się za­mknąć w pu­łap­ce. Wy­glą­da­ło na to, że bę­dzie się mógł z niej uwol­nić do­pie­ro za kil­ka go­dzin, kie­dy San­ta Ma­ria za­cu­mu­je z po­wro­tem przy Skwe­rze Ko­ściusz­ki. Tak się koń­czy­ło ła­ma­nie do­brze prze­my­śla­nych po­sta­no­wień.

Wy­trzy­mał bez kon­cer­tu na żywo całe sie­dem lat, jak zdy­scy­pli­no­wa­ny pa­cjent te­ra­pii dla Ano­ni­mo­wych Me­lo­ma­nów, by te­raz, po za­le­d­wie kil­ku pi­wach, zlek­ce­wa­żyć za­gro­że­nie. Do­pie­ro gdy czte­rech chło­pa­ków koń­czy­ło stro­ić in­stru­men­ty, do­tar­ło do nie­go, że po­peł­nił wiel­ki błąd, zo­sta­jąc na ka­ra­we­li. Od­su­nął pu­sty ku­fel i ru­szył do wyj­ścia, ale za­nim prze­bił się przez tłu­mek, było za póź­no - San­ta Ma­ria od­bi­ła od na­brze­ża. Adam wró­cił do mesy.

Kie­dy Pi­nez­ki za­czę­ły grać, zro­bi­ło mu się sła­bo, ale na­praw­dę fa­tal­nie po­czuł się, sły­sząc dru­gi utwór, któ­ry od pierw­szych dźwię­ków wszedł mu po­ra­mi pod skó­rę. Był do ni­cze­go nie­po­dob­ny i są­czył mu do krwi dro­bin­ki reg­gae, roc­ka i jaz­zu. Pły­tę z taką mu­zy­ką w domu od­słu­chał­by z przy­jem­no­ścią. Na żywo ta mie­szan­ka była tym bar­dziej nie do znie­sie­nia, że Adam nig­dy wcze­śniej na­wet nie sły­szał o Pi­nez­kach. Sko­ro ta­kie wra­że­nie ro­bił na nim nie­zna­ny ze­spół, nie po­wi­nien cho­dzić na żad­ne kon­cer­ty.

Po wyj­ściu z por­tu San­ta Ma­ria wzię­ła kurs na śro­dek za­to­ki. Wiał nie­zbyt moc­ny wiatr, jak zwy­kle od pół­noc­ne­go za­cho­du, i pcha­na nim ka­ra­we­la su­nę­ła w ciem­no­ściach pra­wie bez ko­ły­sa­nia. Ka­dłub lek­ko drżał od wi­bra­cji sil­ni­ka oraz wer­bla per­ku­si­sty, któ­ry ude­rzał czte­ry razy rza­dziej niż tło­ki die­sla, ale tra­fiał w ich puls.

Adam po­czuł za­pach zio­ła na­pły­wa­ją­cy od tłu­mu pod lewą bur­tą. Za­chcia­ło mu się pa­lić, ale zdo­by­cie traw­ki na San­ta Ma­rii było mało re­al­ne, a pro­sze­nie o ma­cha chło­pa­ków o dwa­dzie­ścia lat młod­szych mo­gło skoń­czyć się fa­tal­nie. Zda­wał so­bie spra­wę, że wy­glą­da jak po­li­cjant tro­pią­cy drob­nych di­le­rów.

Tłu­mek dziw­nie ubra­nych po­sta­ci z eks­cen­trycz­ny­mi fry­zu­ra­mi ko­ły­sał się, ska­kał, gi­bał w pa­rach i od­dziel­nie, zgry­wa­jąc się z tęt­nem basu. Po­wo­li two­rzy­ło się ry­tu­al­ne mro­wi­sko, mi­stycz­na wspól­no­ta pier­wot­na lu­dzi bez po­glą­dów, płci i re­li­gii, po­łą­czo­nych wy­łącz­nie trans­owym ryt­mem. Adam też pró­bo­wał mu się pod­dać, ale nie miał już pie­nię­dzy na al­ko­hol, a bez nie­go nie po­tra­fił zła­mać w so­bie so­pla. Bez zło­tów­ki w kie­sze­ni, z czter­dziest­ką na kar­ku, po­czuł się wy­klu­czo­ny jak nig­dy do­tąd. Prze­ci­snął się przez tłu­mek, otwo­rzył drzwi i po­szedł na rufę. Przed sobą miał od­da­la­ją­ce się świa­tła mia­sta, a za ple­ca­mi, w me­sie, kłę­bią­cą się ple­mien­ną hor­dę. Dwa obce świa­ty, z któ­ry­mi nic go nie łą­czy­ło.

Nig­dy nie przy­jął żad­nej le­gi­ty­ma­cji. Naj­mniej­szy ruch w ja­ką­kol­wiek stro­nę, każ­dy sta­now­czo wy­po­wie­dzia­ny po­gląd w oczach in­nych sta­wał się ak­tem ak­ce­sji, któ­rej nie chciał. To­tal­na wol­ność wy­ma­ga­ła ab­so­lut­ne­go bez­ru­chu i mil­cze­nia, ale tak zdo­by­ta au­to­no­mia roz­cza­ro­wy­wa­ła. Nie miał do­bre­go wyj­ścia. Mu­siał prze­miesz­czać się, od­zy­wać, wcho­dzić gdzieś, do­kądś je­chać, więc pra­wie co­dzien­nie, tak jak te­raz, ja­kaś ka­ra­we­la z atra­pa­mi ża­gli wio­zła go z ob­cy­mi ludź­mi tam, gdzie nie za­mie­rzał do­trzeć.

Gdy­by wy­chy­lił się jesz­cze trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów i pu­ścił re­ling, dla ni­ko­go nie mia­ło­by to żad­ne­go zna­cze­nia. Nikt zresz­tą pew­nie ni­cze­go by nie za­uwa­żył. Pod­czas wy­okrę­to­wa­nia nie po­rów­ny­wa­no licz­by sprze­da­nych bi­le­tów z licz­bą pa­sa­że­rów opusz­cza­ją­cych po­kład. Prze­ra­ża­ją­ca była tyl­ko myśl o czar­nej wo­dzie. Skłę­bio­na pra­cą śru­by, bul­go­ta­ła za rufą jak eks­kre­men­ty San­ta Ma­rii.

Adam z ulgą wró­cił do cie­płej mesy, w któ­rej ży­cie to­czy­ło się w ryt­mie pły­ną­cym ze sce­ny. Sta­nął z boku i przy­glą­dał się szczę­śli­we­mu tłu­mo­wi bez za­zdro­ści. Już daw­no otor­bił swo­je bóle, klą­twy i fo­bie. Co­kol­wiek by się sta­ło, przy­jął­by to ze spo­ko­jem.

Na­gle Pi­nez­ki prze­sta­ły grać. Wi­dow­nia za­trzy­ma­ła się, jak w stop-klat­ce. Adam po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać ten mo­ment i ru­szył sla­lo­mem do baru, ści­ska­jąc w dło­ni pię­cio­zło­tów­kę, któ­rą od­na­lazł przy­pad­kiem w kie­sze­ni kurt­ki, gdy na ru­fie pró­bo­wał ogrzać ręce. Na środ­ku mesy spa­ra­li­żo­wa­ły go sło­wa ru­de­go wo­ka­li­sty, któ­ry roz­darł się ze sce­ny:

- Pa­mię­ta­cie Smut­ne­go z Amne­zji? Jest tu dzi­siaj z nami!

Adam miał ocho­tę znik­nąć. Zda­rza­ło się, że ktoś go roz­po­zna­wał, ale nig­dy z ta­kiej od­le­gło­ści. Tyle lat omi­jał kon­cer­ty, za­pu­ścił bro­dę, wąsy, od­wra­cał gło­wę, gdy ktoś za­czy­nał się na nie­go ga­pić, zga­dzał się na­wet na no­sze­nie ro­gów, a tu taka głu­pia wpad­ka!

- Dzię­ki, że pły­niesz z nami! - krzy­czał rudy, naj­wy­raź­niej pe­wien, że spra­wia Smut­ne­mu przy­jem­ność.

Adam nie mógł dłu­żej uda­wać, że nie wie, o co cho­dzi, i zo­stał z kimś po­my­lo­ny. Po krót­kim na­my­śle po­ma­chał w stro­nę Pi­ne­zek. Tłu­mek po­dzie­lił się. Młod­sza więk­szość była zi­ry­to­wa­na po­ja­wie­niem się ja­kie­goś zgre­da, przez któ­re­go zo­stał prze­rwa­ny kon­cert. Star­si, roz­lo­ko­wa­ni głów­nie w po­bli­żu baru, wpa­try­wa­li się w Ada­ma z obo­jęt­no­ścią lub sza­cun­kiem.

- Mo­że­my za­grać coś two­je­go? Mój ulu­bio­ny ka­wa­łek to Że­na­da. Okej? - Rudy był prze­ko­na­ny, że hołd, któ­ry zło­żył ido­lo­wi, nie może zo­stać od­rzu­co­ny.

- Ja­sne! - od­krzyk­nął Adam, cho­ciaż wie­dział, że słu­cha­nie Że­na­dy w środ­ku tłu­mu, któ­ry ob­ser­wu­je każ­dy gry­mas i wy­mu­szo­ny uśmiech na jego twa­rzy, bę­dzie trau­ma­tycz­nym prze­ży­ciem.

- Do­łą­czysz do nas? - za­pro­po­no­wał rudy.

To była ku­szą­ca myśl - wsko­czyć na scen­kę, chwy­cić gi­ta­rę, za­mknąć oczy i po­cią­gnąć so­lów­kę. Tyl­ko gdy grał, po­tra­fił zni­kać, jak kie­dyś, gdy wcho­dził pod stół albo do sza­fy. Tam nikt nie prze­szka­dzał mu w wy­my­śla­niu swo­ich za­koń­czeń ba­jek. Zwy­kle były bar­dziej tra­gicz­ne niż te prze­sło­dzo­ne i ckli­we, któ­re czy­ta­ła mu mama. Na sce­nie czuł się jak pod sto­łem, za­sło­nię­ty zwi­sa­ją­cym ob­ru­sem, cho­ciaż wie­dział, że za­wsze nad­cho­dzi ta przy­kra chwi­la, When the Mu­sic's Over, i zno­wu bę­dzie wy­sta­wio­ny na po­kaz, zu­peł­nie nagi.

Nie mógł so­bie na to po­zwo­lić. Od­mó­wił ru­de­mu prze­pra­sza­ją­cym ge­stem. Se­kun­dę póź­niej per­ku­si­sta ude­rzył w wer­bel. Po chwi­li do­łą­czy­ła do nie­go gi­ta­ra pro­wa­dzą­ca z cha­rak­te­ry­stycz­nym mo­ty­wem i na­gle przy­by­ło lu­dzi, któ­rzy roz­po­zna­li eks­gwiaz­dę, jak­by ko­lej­ny­mi nu­ta­mi Pi­nez­ki wy­pa­la­ły mu na czo­le pięt­no.

Do­pie­ro kie­dy do­tarł do baru, po­czuł się tro­chę bez­piecz­niej. Ro­zej­rzał się i na koń­cu lady, za dłu­gim sze­re­giem klien­tów, zo­ba­czył wiel­kie nie­bie­skie oczy opra­wio­ne w twarz in­try­gu­ją­cej bru­net­ki. Jej peł­ne, zło­żo­ne w dzió­bek ja­skra­wo­czer­wo­ne war­gi otu­la­ły słom­kę za­nu­rzo­ną w szkla­necz­ce z po­ma­rań­czo­wym drin­kiem. Wy­sta­wa­ła z nie­go mi­nia­tu­ro­wa żół­to­zie­lo­na pa­ra­sol­ka.

Za każ­dym ra­zem gdy Adam sam wkła­dał ta­kie ga­dże­ty do szkla­ne­czek, wi­dział tyl­ko ko­lej­ne ofia­ry wo­jen o ropę, z któ­rej pro­du­ko­wa­no sztucz­ne two­rzy­wa. W pa­kie­cie z Ha­wa­na Sun­ri­se albo Ma­li­bu chęt­nie do­da­wał­by pla­sti­ko­we mi­nia­tur­ki koń­czyn żoł­nie­rzy urwa­ne przez miny w Ira­ku. Tym ra­zem jed­nak, po raz pierw­szy, pa­ra­sol­ka po­do­ba­ła mu się.

Nie prze­sta­jąc śmia­ło ga­pić się na Ada­ma, bru­net­ka są­czy­ła na­pój z wdzię­kiem, jak­by chcia­ła we­ssać przez rur­kę całą jego uwa­gę. Je­śli taki był jej za­miar, po­wiódł się. Adam na­tych­miast po­czuł za­pach po­łu­dnio­wej pla­ży i zo­ba­czył sie­bie le­żą­ce­go z bru­net­ką w ha­ma­ku osło­nię­tym od słoń­ca żół­to­zie­lo­ną pa­ra­sol­ką. Do­zna­nie było tak in­ten­syw­ne, że mu­siał od­wró­cić wzrok. Spoj­rzał na bar­ma­na.

- Duże piwo - po­wie­dział do chło­pa­ka, któ­ry ga­pił się na nie­go z sza­cun­kiem.

- Duże piwo dla Smut­ne­go na koszt fir­my! - Bar­man po­dał mu wła­śnie na­peł­nio­ny dla ko­goś in­ne­go ku­fel z pian­ką ście­ka­ją­cą po gru­bym szkle.

- Dzię­ki.

Adam miał wiel­ką ocho­tę spraw­dzić, czy bru­net­ka wciąż pa­trzy na nie­go tymi wiel­ki­mi nie­bie­ski­mi ocza­mi, ale bał się, że już jej tam nie ma, więc tyl­ko głup­ko­wa­to uśmie­chał się do szczo­dre­go bar­ma­na, jak­by to w nim za­ko­chał się od pierw­sze­go wej­rze­nia.

31 grudnia 2004/1 stycznia 2005Saska Kępa, Warszawa

Kie­dy przy śnia­da­niu sta­ry fo­to­graf jak co rano spoj­rzał w ta­flę owsian­ki, po raz pierw­szy nie zo­ba­czył w niej od­bi­cia swo­jej twa­rzy. Wie­czo­rem, sie­dząc w fo­te­lu przy oknie, zro­zu­miał, że zni­ka, a wkrót­ce może się na­wet oka­zać, że nig­dy go nie było. Syl­we­stro­we nie­bo grza­ło się już w cie­ple pe­tard i sztucz­nych ogni. Gdzieś tam lu­dzie cie­szy­li się, z na­dzie­ją zer­ka­li w uchy­la­ją­ce się drzwi No­we­go Roku. On wie­dział, co go spo­tka. Od dwóch lat rak zja­dał jego płu­ca, zo­sta­wia­jąc mu co­raz bar­dziej nędz­ne reszt­ki. Le­karz ostrze­gał, że wy­star­czą nie da­lej niż do Wiel­ka­no­cy.

Prze­łą­czył swo­je­go wier­ne­go sam­sun­ga na ka­nał ero­tycz­ny, choć od daw­na już nie był czter­na­sto­lat­kiem, któ­ry za­kra­da się do żeń­skiej szat­ni i robi z ukry­cia zdję­cia na­gim ko­le­żan­kom, a po­tem eks­cy­tu­je się każ­dą od­bit­ką.

Kie­dy ob­fi­te pier­si dziew­czy­ny za­fa­lo­wa­ły na ekra­nie, coś szur­nę­ło przy drzwiach we­ran­dy. Po­my­ślał, że zno­wu nie do­cią­gnął klam­ki, wstał więc, pod­pie­ra­jąc się la­ską, ale za­nim zro­bił pierw­szy krok, zo­ba­czył przed sobą dwie pary oczu opra­wio­nych w czar­ne ko­mi­niar­ki.

- Mor­da w ku­beł, dzia­dek! - Niż­szy z nie­pro­szo­nych go­ści przy­ło­żył do gło­wy fo­to­gra­fa lufę pi­sto­le­tu z tłu­mi­kiem. - Przy­szli­śmy po ko­per­tę zet o sie­dem­na­ście dwa­na­ście sie­dem­dzie­siąt. Gdzie ją masz?

Fo­to­graf nie miał po­ję­cia, co jest w ko­per­cie, któ­rą chcie­li za­brać ci źli lu­dzie. Był cie­kaw, kto zdra­dził jego ad­res, ale do­brze wie­dział, że nie ma sen­su py­tać.

- W piw­ni­cy - po­wie­dział. - Sami nie znaj­dzie­cie, a ja nie zej­dę po scho­dach.

Wyż­szy męż­czy­zna był cier­pli­wy i de­li­kat­ny jak uczyn­ny pie­lę­gniarz, któ­ry chce po­móc pod­opiecz­ne­mu z domu star­ców do­stać się do ła­zien­ki. Gdy do­kuś­ty­ka­li do scho­dów, wziął pa­cjen­ta na ple­cy. W piw­ni­cy po­szu­ki­wa­cze skar­bu prze­ko­pa­li się przez małą hał­dę wę­gla i od­sło­ni­li w ścia­nie me­ta­lo­we drzwicz­ki. W schow­ku za nimi zna­leź­li kar­ton, a w nim plik żół­tych ko­pert for­ma­tu A5, wśród nich tę, któ­ra mia­ła od­ręcz­nie na­pi­sa­ny nu­mer ZO-171270. Po krót­kiej na­ra­dzie po­sta­no­wi­li za­brać całe ar­chi­wum.

- Chcesz się po­mo­dlić? - za­py­tał niż­szy.

Fo­to­graf usiadł na sta­rym wi­kli­no­wym fo­te­lu przed piw­nicz­nym okien­kiem. Tylu spraw jesz­cze nie za­ła­twił. Cie­pło wciąż ucie­ka­ło przez nie­na­pra­wio­ne drzwi we­ran­dy. Od roku nie na­pi­sał li­stu do cór­ki. No i był jesz­cze cie­kaw, czy Kry­sia Lu­bicz z Kla­nu wresz­cie zro­zu­mie, że...

- I słusz­nie - pod­su­mo­wał jego mil­cze­nie dru­gi ban­dy­ta. - Nie ma do kogo.

Kie­dy zim­ny tłu­mik po­now­nie do­tknął jego gło­wy, fo­to­graf po­czuł wiel­ką ulgę. Spoj­rzał w za­kra­to­wa­ne okien­ko. Za zma­to­wia­łą, brud­ną szyb­ką we­so­ło strze­la­ły w nie­bo sztucz­ne ognie, przy­go­to­wu­jąc świat do no­we­go roku.

- By­ło­by nie­złe zdję­cie - szep­nął.

- Co tam bre­dzisz? - Wyż­szy męż­czy­zna był za­sko­czo­ny nie­do­rzecz­ną uwa­gą.

- Tak wy­glą­da­ło całe moje ży­cie. - Fo­to­graf wska­zał spoj­rze­niem wi­dok za oknem.

Za­wsze stał z boku i ro­bił zdję­cia tym, któ­rzy ist­nie­li na­praw­dę. Sam ob­ser­wo­wał świat przez obiek­tyw, a po­tem oglą­dał na zdję­ciach. Do­kła­dał sta­rań, by się na nich nie zna­leźć. Tak­że te­raz, gdy ci­chy strzał wto­pił się w huk fa­jer­wer­ków, któ­re sta­ry fo­to­graf zo­ba­czył w swo­im ostat­nim ka­drze, nikt nie pró­bo­wał za­re­je­stro­wać jego por­tre­tu, na­wet w pa­mię­ci.

2 kwietniaRedakcja "Głosu Bałtyckiego", Gdańsk

Jan Ba­dow­ski skoń­czył czy­tać i wes­tchnął cięż­ko. Wo­lał­by umie­ścić tekst w ko­szu, ale za­twier­dził go i wy­słał do ko­rek­ty.

Już daw­no po­zbył­by się tych fe­lie­to­nów, pi­sa­nych przez za­słu­żo­ne dla re­dak­cji le­ni­we bez­ta­len­cie, ale aż ta­kiej wła­dzy w ga­ze­cie nie miał. Pięt­na­ście lat pra­cy w za­wo­dzie, w tym osiem jako na­czel­ny, i wciąż to nie on, ale ja­cyś dy­le­tan­ci z za­rzą­du de­cy­do­wa­li o tym, co idzie w nu­me­rze. Zno­sił to, bo in­ge­ren­cji wła­ści­wie nie było dużo, ale cza­sem nie wy­trzy­my­wał. Zwłasz­cza wte­dy, gdy pre­zes in­for­mo­wał go o ko­lej­nej książ­ce, któ­rej pu­bli­ka­cji po­dej­mo­wa­ła się ga­ze­ta w swo­jej se­rii Czy­ta­my z "Gło­sem".

Z przy­jem­no­ścią wy­wa­lił­by na śmiet­nik wszyst­kie te gra­fo­mań­skie tomy w bor­do­wych okład­kach, ale kwe­stio­no­wa­nie po­my­słów za­rzą­du nie było do­brym spo­so­bem na utrzy­ma­nie sta­no­wi­ska. Ko­lej­ne gnio­ty zna­jo­mych pre­ze­sa albo ko­goś, kto zo­stał uzna­ny przez jego żonę za nie­od­kry­ty ta­lent li­te­rac­ki, już sie­dem razy przy­no­si­ły fi­nan­so­wą kla­pę. Na­wet rze­ko­mo ska­za­ne na suk­ces wspo­mnie­nia trój­miej­skiej pro­sty­tut­ki wciąż za­le­ga­ły w ma­ga­zy­nie, i to mimo na­chal­nej pro­mo­cji, tak­że w trój­miej­skich bur­de­lach.

Być może głos Jana li­czył­by się bar­dziej, gdy­by jego zwierzch­ni­cy wie­dzie­li, ja­kie kwa­li­fi­ka­cje po­sia­da na­czel­ny "Gło­su Bał­tyc­kie­go". Do tej pory jed­nak nie od­wa­żył się wy­znać, że sam jest pi­sa­rzem. Co praw­da nie skoń­czył żad­nej z czte­rech po­wie­ści za­czę­tych jesz­cze na po­lo­ni­sty­ce, ale raz pod­ję­ta de­cy­zja oka­za­ła się prak­tycz­nie nie­odwo­łal­na. Od­wrót unie­moż­li­wia­ło jego doj­mu­ją­ce po­czu­cie, że ma do prze­ka­za­nia waż­ne in­for­ma­cje o na­tu­rze czło­wie­ka, któ­rych nikt jesz­cze czy­tel­ni­kom nie ujaw­nił.

Za­wie­szo­ny mię­dzy pi­sa­niem i nie­pi­sa­niem, mię­dzy sła­wą a dru­go­rzęd­no­ścią, jed­ne­go dnia pla­no­wał roz­po­czę­cie pią­tej książ­ki, na­stęp­ne­go kon­ty­nu­owa­nie trze­ciej, lecz naj­czę­ściej od­kła­dał wszyst­ko co­raz da­lej w przy­szłość. Utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że nowy rok przy­nie­sie mu­wię­cej spo­ko­ju i de­ter­mi­na­cji, ale nie były to sa­mo­speł­nia­ją­ce się prze­po­wied­nie. Do­pó­ki rze­czy­wi­ście nie miał­cza­su, uspra­wie­dli­wie­nie za­nie­chań przy­cho­dzi­ło z ła­two­ścią. Nie­wy­klu­czo­ne, że bar­dziej z tego po­wo­du niż dla wy­so­kiej pen­sji trzy­mał się po­sa­dy na­czel­ne­go rę­ka­mi i no­ga­mi. Po­wo­li jed­nak za­czy­nał go­dzić się z my­ślą, że za­bie­rze się do pi­sa­nia do­pie­ro na eme­ry­tu­rze - to było nie­złe ali­bi na mi­ni­mum pięt­na­ście lat. Wie­dział, że je­śli za­cho­wa dys­kre­cję, bę­dzie mógł przez ten czas bez­piecz­nie pie­lę­gno­wać swój mit, słod­ką ta­jem­ni­cę. Na wszel­ki wy­pa­dek uni­kał czy­ta­nia po­wie­ści. Wo­lał po­pra­wiać i za­twier­dzać do dru­ku ar­ty­ku­ły, niż po­świę­cać czas na bo­le­sne od­da­wa­nie się lek­tu­rze ksią­żek, w któ­rych zwy­kle znaj­do­wał wy­ko­śla­wio­ne od­bi­cie jed­nej ze swo­ich nie­na­pi­sa­nych hi­sto­rii.

Tego wie­czo­ru, za­miast iść do domu, Jan cze­kał na na­stęp­ne­go au­to­ra se­rii Czy­ta­my z "Gło­sem", usil­nie pró­bu­jąc na­sta­wić się do nie­go przy­chyl­nie. Wie­dział, że de­cy­zja o wy­da­niu książ­ki już za­pa­dła, a pro­po­zy­cja przy­szła od dy­rek­to­ra mar­ke­tin­gu po­waż­nej fir­my, jed­ne­go z głów­nych re­kla­mo­daw­ców ga­ze­ty. Ofer­ty nie moż­na było zlek­ce­wa­żyć, tym bar­dziej że kon­tra­hent ofe­ro­wał cał­ko­wi­te sfi­nan­so­wa­nie pro­jek­tu.

Kie­dy Wi­tek Skal­ski wszedł do ga­bi­ne­tu, Jan wstał i przy­wi­tał się. Po krót­kiej wy­mia­nie uprzej­mo­ści wska­zał krze­sło i za­py­tał:

- Przy­niósł pan tekst?

- Nie!

- Je­śli mamy wy­dać pana książ­kę, mu­si­my się jej naj­pierw przyj­rzeć. Może za­pro­po­nu­je­my ja­kieś ko­rek­ty. Ale pro­szę się nie oba­wiać. Nie bę­dzie­my in­ge­ro­wać głę­bo­ko. Może na­wet wca­le.

Jan znał wraż­li­wość au­to­rów i wie­dział, jak ich uspo­ka­jać. Zda­wał so­bie spra­wę, że sam bał­by się zna­leźć w po­dob­nej sy­tu­acji. Kie­dy już na­pi­sze po­wieść, za­bro­ni in­ge­ro­wa­nia w tekst. No, może poza prze­sta­wia­niem prze­cin­ków.

- Na ra­zie to tyl­ko po­mysł. - Wi­tek po­ło­żył na biur­ku zło­żo­ną na pół kart­kę. - Pro­szę to przej­rzeć.

Sko­ro spra­wa pu­bli­ka­cji była prze­są­dzo­na, Jan nie miał ocho­ty czy­tać dy­le­tanc­kich wy­po­cin, ale przez grzecz­ność szyb­ko przej­rzał wy­druk.

- Gdzie resz­ta? - za­py­tał.

- Na ra­zie to wszyst­ko.

De­mon­stro­wa­nie zdzi­wie­nia i ma­sko­wa­nie roz­cza­ro­wa­nia za­wsze przy­cho­dzi­ło Ja­no­wi z tru­dem, ale kosz­mar­na wi­zja stron ga­ze­ty ogo­ło­co­nych z re­klam fir­my Karo ka­za­ła mu uśmiech­nąć się i za­py­tać:

- A kto wła­ści­wie miał­by to... zre­ali­zo­wać?

- Na przy­kład ja­kiś dzien­ni­karz z wa­szej re­dak­cji. Naj­pierw dru­ko­wa­li­by­ście to w ga­ze­cie, a rów­no­le­gle skła­da­ła­by się z tego książ­ka.

Jan był za­sko­czo­ny. W po­przed­nich sied­miu przy­pad­kach przy­cho­dzi­li do nie­go au­to­rzy ksią­żek, któ­rzy wcze­śniej za­dba­li o czy­jeś po­par­cie. Po raz pierw­szy miał do czy­nie­nia z kimś, komu za­le­ża­ło na wy­da­niu cu­dzej książ­ki. W swo­jej dłu­giej prak­ty­ce dzien­ni­kar­skiej spo­ty­kał się z wie­lo­ma przy­pad­ka­mi al­tru­izmu, lecz jego be­ne­fi­cjan­ta­mi nig­dy nie byli obcy, nie­zna­ni au­to­rzy. Po chwi­li jed­nak do­tar­ło do nie­go ba­nal­ne po­dej­rze­nie i na­tych­miast mu ulży­ło.

- A co z au­tor­stwem? - za­py­tał.

- Ktoś bę­dzie mu­siał się pod tym pod­pi­sać.

- Ro­zu­miem, że szu­ka pan gho­stw­ri­te­ra.

- Nie!

- W ta­kim ra­zie ten, kto wy­ko­na tę pra­cę, po­wi­nien być współ­au­to­rem.

- Dla­cze­go współ? - zdzi­wił się Wi­tek. - Bę­dzie po pro­stu au­to­rem. Ja nie chcę być nig­dzie wy­mie­nio­ny.

- To po co pan to robi, je­śli moż­na za­py­tać?

- Dla słusz­nej spra­wy.

Ta­kie wy­ja­śnie­nie Ja­no­wi nie wy­star­czy­ło. Wcho­dził tyl­ko w in­te­re­sy, któ­rych za­sa­dy ro­zu­miał. Gdy od­stę­po­wał od tej re­gu­ły, za­wsze ktoś go w koń­cu pró­bo­wał oszu­kać. Mu­siał być ja­kiś po­wód, dla któ­re­go ta książ­ka mia­ła po­wstać. Roz­ma­wiał wcze­śniej z Wit­kiem kil­ka razy o re­kla­mach za­miesz­cza­nych w ga­ze­cie i nie za­uwa­żył u nie­go ani szcze­gól­ne­go za­uro­cze­nia książ­ka­mi, ani zna­mion sza­leń­stwa. Wprost prze­ciw­nie. Jak każ­dy przed­sta­wi­ciel Karo Sp. z o.o., Wi­tek był bar­dzo roz­sąd­ny i za­wsze tar­go­wał się o każ­dy grosz. Jan drą­żył więc da­lej:

- Po­roz­ma­wiaj­my szcze­rze. Wa­sza fir­ma bę­dzie chcia­ła w tę książ­kę wło­żyć pro­duct pla­ce­ment, tak? Ja­kaś nie­ty­po­wa re­kla­ma wa­szych usług?

- Nie bę­dzie żad­nej re­kla­my! A Karo nie ma z tym nic wspól­ne­go. In­we­stu­ję wła­sne pie­nią­dze. Ostat­nio uda­ło mi się tro­chę za­ro­bić. Po­my­śla­łem, że raz zro­bię coś waż­ne­go. Nie po­trze­bu­ję dru­gie­go sa­mo­cho­du ani więk­sze­go domu.

- Nie chcę pana stra­szyć, ale może pan wszyst­ko stra­cić.

- A nie bie­rze pan pod uwa­gę, że książ­ka może mieć dużo czy­tel­ni­ków i in­we­sty­cja zwró­ci mi się z na­wiąz­ką? Oso­bi­ście my­ślę, że to bę­dzie hit.

W gło­sie Wit­ka brzmia­ła tak wiel­ka pew­ność sie­bie, że Jan z tru­dem po­wstrzy­mał się od ką­śli­we­go ko­men­ta­rza. Tyl­ko dys­kret­nie się uśmiech­nął. Ga­ze­ta za­ra­bia­ła przede wszyst­kim na tra­ge­diach i klę­skach. Za­rów­no tych opi­sy­wa­nych na szpal­tach, jak i książ­ko­wych gnio­tach - pod wa­run­kiem że były fi­nan­so­wa­ne przez in­nych. Ża­den szef mar­ke­tin­gu nie za­słu­gi­wał na bez­in­te­re­sow­ne ostrze­że­nie, na­wet je­śli był bar­dzo sym­pa­tycz­ny albo na­iw­ny. Je­śli ko­goś Ja­no­wi było żal, to przy­szłe­go au­to­ra. Bo cóż ta­kie­go kor­po­ra­cyj­ny me­ne­dżer mógł stra­cić? Naj­wy­żej kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy zło­tych. W po­rów­na­niu z roz­cza­ro­wa­niem twór­cy nic.

1 kwietnia 2005Hotel Ambasador, Sopot

Od ko­lej­nych księ­go­wych swo­jej Karo Sp. z o.o. Ka­rol Jar­czew­ski na­uczył się, że po krót­kich okre­sach de­sta­bi­li­za­cji wszyst­ko zwy­kle się bi­lan­su­je. Ale sal­da na­le­ża­ło pil­no­wać cały czas.

Po stro­nie ak­ty­wów miał uko­cha­ną cór­kę Mag­dę, trzy ho­te­le, pięć re­stau­ra­cji, krę­giel­nię, agen­cję tu­ry­stycz­ną, udzia­ły w kil­ku in­nych fir­mach oraz nie­złą sieć kon­tak­tów. Do pa­sy­wów za­li­czał skoń­czo­ne sześć­dzie­siąt pięć lat, nad­ci­śnie­nie tęt­ni­cze, wadę wzro­ku, brak wnu­ka i na­tręt­ną po­trze­bę ładu wo­kół sie­bie. Nie z po­trze­by wła­dzy. Tę już za­spo­ko­ił. Chciał tyl­ko po­rząd­ko­wać cha­os, któ­ry wpro­wa­dza­li inni. Nie upa­jał się swo­im przy­wódz­twem ani go nie wy­ko­rzy­sty­wał bar­dziej, niż to było ko­niecz­ne. Wie­dział, że za ple­ca­mi na­zy­wa­ją go de­spo­tą. Nie zni­żał się jed­nak do wy­ja­śnia­nia, że jego ak­tyw­ność to tyl­ko wro­dzo­ny nad­miar ener­gii.

Kie­dy wszedł do ho­te­lo­we­go holu, re­cep­cjo­ni­sta po sa­mym ryt­mie kro­ków roz­po­znał zwięk­szo­ne na­pię­cie. Au­to­ma­tycz­nie chwy­cił mysz­kę i wszedł w wy­kaz re­zer­wa­cji, by od­wo­łać za­mó­wie­nie klien­ta, z któ­rym przed chwi­lą roz­ma­wiał przez te­le­fon. Bał się jed­nak nie­po­trzeb­nie.

Przez swo­je mi­nus czte­ry w opraw­kach za dwa ty­sią­ce euro Ka­rol wi­dział wszyst­ko do­sko­na­le. Omiótł swo­je te­ry­to­rium spoj­rze­niem ma­ją­cym moc uzdra­wia­nia in­te­re­sów - ża­den czuj­nik nie wy­krył za­gro­że­nia. Wszedł do ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji, nie­znacz­nym ski­nie­niem gło­wy za­mó­wił w ba­rze da­niel­sa z lo­dem, po­wie­sił płaszcz i usiadł przy sto­li­ku pod ścia­ną. Go­ści było za­le­d­wie kil­ku. Kwar­tet smycz­ko­wy grał do dwóch mar­nych ko­tle­tów, ale tego po­po­łu­dnia Ka­rol nie li­czył fre­kwen­cyj­nych strat. Przy­nie­sio­ną przez kel­ne­ra whi­sky wy­pił na dwa łyki, za­mó­wił na­stęp­ną i jesz­cze raz prze­ana­li­zo­wał tak­ty­kę na zbli­ża­ją­ce się spo­tka­nie. Tym ra­zem nie mógł so­bie po­zwo­lić na naj­mniej­szy błąd. Staw­ką nie było wy­gra­nie prze­tar­gu na ja­kąś tam dział­kę pod nowy ho­tel ani na­wet pod­pi­sa­nie umo­wy z mię­dzy­na­ro­do­wą sie­cią tu­ry­stycz­ną, ale ze­rwa­nie kon­trak­tu stu­le­cia. Wresz­cie po­ja­wi­ła się szan­sa, by szyb­ko i sku­tecz­nie unie­waż­nić mał­żeń­stwo cór­ki, anu­lo­wać je­dy­ną trans­ak­cję, w któ­rej po­peł­nił wie­le ra­żą­cych po­my­łek.

Kie­dy przed dzie­się­cio­ma laty za­trud­niał no­we­go pra­cow­ni­ka, na­wet przez myśl mu nie prze­szło, że ta ka­na­lia ukrad­nie mu cór­kę. Wi­tek Skal­ski wy­da­wał się ide­al­nym kan­dy­da­tem na sze­fa mar­ke­tin­gu, ale szyb­ko się oka­za­ło, że po­wie­rzo­ny mu dział pro­mu­je głów­nie jego, a nie fir­mę Ka­ro­la. Chło­pak nie sza­no­wał lu­dzi, zgar­niał po­ło­wę pre­mii prze­zna­czo­nych dla ze­spo­łu i bez­względ­nie tę­pił zdol­niej­szych od sie­bie. Gdy­by olim­pij­ską kon­ku­ren­cją było ro­bie­nie do­bre­go wra­że­nia, Wi­tek miał­by pew­ne miej­sce na po­dium. Kie­dy Ka­rol go roz­pra­co­wał, było za póź­no.Nie wia­do­mo kie­dy i jak Mag­da po­zna­ła Wit­ka. Od­na­leź­li się jak dwie po­łów­ki zgni­łej po­ma­rań­czy. Mag­da, zwie­dzio­na re­kla­mo­wy­mi sztucz­ka­mi Wit­ka, ku­pi­ła go, nie py­ta­jąc o cenę i nie żą­da­jąc gwa­ran­cji. Mimo ostrze­żeń, próśb, gróźb, a w koń­cu bła­gań ojca przy­ję­ła oświad­czy­ny.

Kie­dy Ka­rol pro­wa­dził cór­kę do oł­ta­rza, wie­dział, że od­da­je ją za­przy­się­głe­mu wro­go­wi. W cza­sie ce­re­mo­nii mo­dlił się już tyl­ko o to, by zna­leźć dość siły, żeby go kie­dyś po­ko­nać. Nie­ste­ty, Mag­da była śle­pa i głu­cha.

Ka­rol ku­pił mło­dym w pre­zen­cie dwu­pię­tro­wy bliź­niak w Ma­łym Kac­ku, ale w od­wie­dzi­ny jeź­dził tam rzad­ko. Spo­tka­nia za­stą­pi­ły te­le­fo­ny do cór­ki, a nie­dziel­ne obia­dy ro­dzin­ne sta­wa­ły się co­raz bar­dziej przy­kre. Po sied­miu la­tach mał­żeń­stwa Mag­da wciąż była w Wit­ku za­ko­cha­na, a on nadal wkła­dał cały swój ak­tor­ski kunszt w od­gry­wa­nie go­rą­ce­go uczu­cia, któ­rym nig­dy jej nie da­rzył.

Ka­rol wie­dział, że szef mar­ke­tin­gu za­ko­chał się nie w jego cór­ce, ale w fir­mie Karo Sp. z o.o. To w jej logo wpa­try­wał się jak w oczy Pe­nélo­pe Cruz na okład­ce ko­lo­ro­we­go ma­ga­zy­nu. Po­dzi­wiał luk­su­so­wy dom Ka­ro­la na Ka­mien­nej Gó­rze oraz moc i li­nię jego sa­mo­cho­du. Nie mniej im­po­no­wa­ły mu za­pro­sze­nia na pre­sti­żo­we sa­lo­ny i ban­kie­ty Trój­mia­sta.

W sta­ro­żyt­nym Rzy­mie Wi­tek naj­pierw oże­nił­by się z cór­ką im­pe­ra­to­ra, a po­tem by go za­bił. Tyl­ko dla­te­go, że uro­dził się kil­ka ty­się­cy lat póź­niej w dyk­ta­tu­rze hi­po­kry­zji i mo­ral­nych skru­pu­łów, mu­siał go­dzić się na mękę dłu­gie­go ocze­ki­wa­nia na eme­ry­tu­rę lub śmierć te­ścia. Obaj byli tego do­sko­na­le świa­do­mi, obaj umie­jęt­nie to skry­wa­li. Tyl­ko cza­sem, gdy ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się nie­spo­dzie­wa­nie, zda­wa­li so­bie na­gle spra­wę, że mord wisi w po­wie­trzu. Ża­den do­kle­jo­ny w po­śpie­chu uśmiech nie osła­biał tego wra­że­nia.

Do­pó­ki Ka­rol cie­szył się nie­złym zdro­wiem, miał nad zię­ciem kon­tro­lę. Był pe­wien, że Wi­tek nie spóź­ni się na spo­tka­nie, któ­re mu wy­zna­czył, i nie po­my­lił się. Wróg wszedł punk­tu­al­nie, na pierw­szych dźwię­kach Hu­mo­re­ski Dwo­řáka, któ­rą kwar­tet smycz­ko­wy za­czął odro­bi­nę nie­rów­no, jak­by za­ga­pił się na wcho­dzą­ce­go go­ścia.

- Sia­daj - po­pro­sił Ka­rol grzecz­nie, za­sta­na­wia­jąc się, czy uką­sić od razu, czy jesz­cze przez chwi­lę roz­ko­szo­wać się do­brym na­stro­jem ska­zań­ca.

- No i co tam się uro­dzi­ło, te­ściu?

Za­nim Ka­rol zdą­żył zmieść z jego twa­rzy uśmie­szek, pod­szedł kel­ner z dru­gim da­niel­sem.

- A co dzi­siaj dla pana, pa­nie Wit­ku? - za­py­tał.

- Chy­ba we­zmę stek śred­nio wy­sma­żo­ny z sa­łat­ką wa­rzyw­ną. Ziem­niacz­ki opie­ka­ne. Do tego piwo. Może być duży pil­sner i...

- Wi­tek nie bę­dzie u nas jadł ani pił! - Ka­rol prze­rwał li­stę ży­czeń zię­cia i zde­cy­do­wa­nym ge­stem ode­słał kel­ne­ra.

- Idzie­my gdzieś? - Wi­tek na­wet przez se­kun­dę nie po­my­ślał, że za­kaz jest osta­tecz­ny i do­ty­czy nie tyl­ko tej re­stau­ra­cji, ale tak­że jego dal­szej obec­no­ści w ro­dzi­nie Ka­ro­la.

- Nie bę­dziesz żarł za dar­mo w żad­nym moim lo­ka­lu. Już nig­dy!

Ka­rol uważ­nie ob­ser­wo­wał twarz zię­cia, szu­ka­jąc na niej stra­chu. Zo­ba­czył jed­nak tyl­ko gry­mas zdzi­wie­nia, wy­jął więc z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki trzy fak­tu­ry i po­wo­li roz­ło­żył je na sto­li­ku. Wi­tek zmarsz­czył brwi i mil­czał dłu­gą chwi­lę. W tej ci­szy Hu­mo­re­ska brzmia­ła szy­der­czo, jak hymn zde­ma­sko­wa­nych kan­cia­rzy.

- Co to jest? - za­py­tał ci­cho Wi­tek.

- Fak­tu­ry z lu­te­go. Ty je wy­sta­wi­łeś.

- I co?

- Dla­cze­go okra­dłeś fir­mę?

- Po­trze­bo­wa­łem pie­nię­dzy.

Nie dość, że od­po­wiedź była pro­stac­ka, to jesz­cze Wi­tek wy­gło­sił ją bez cie­nia skru­chy. Jego bez­czel­ność roz­ju­szy­ła Ka­ro­la.

- Na co ci bra­ko­wa­ło?! - krzyk­nął.

- Na two­ją cór­kę. Mag­da ma wy­so­kie wy­ma­ga­nia. Roz­pu­ści­łeś ją, a mnie pła­cisz gro­sze.

- Ty gni­do!

Wresz­cie wy­rzu­cił z sie­bie to sło­wo, któ­re­go nig­dy nie od­wa­żył się wy­po­wie­dzieć na głos, ale nie po­czuł ulgi. Wi­tek wciąż nie da­wał się prze­wró­cić się na de­ski. I jesz­cze śmiał py­sko­wać:

- Dzie­sięć lat dla cie­bie pra­cu­ję, a ni­cze­go się nie do­ro­bi­łem.

- To te­raz bę­dziesz miał oka­zję się wy­ka­zać. W warsz­ta­tach wię­zien­nych. Zgła­szam spra­wę do pro­ku­ra­tu­ra.

- Nie zro­bisz tego.

Ka­rol za­nie­po­ko­ił się to­nem gło­su Wit­ka. Znał go le­piej niż Mag­da czy kto­kol­wiek inny i wie­dział, że je­śli zięć od­zy­wa się w ten spo­sób, ma asa w rę­ka­wie.

- Pój­dziesz sie­dzieć.

- Je­śli jesz­cze mnie nie za­ka­blo­wa­łeś, to zna­czy, że nie chcesz tego zro­bić. Cze­go ty wła­ści­wie ode mnie chcesz?

- Od­pusz­czę, je­że­li roz­wie­dziesz się z Mag­dą.

- Chy­ba żar­tu­jesz?! - Wi­tek ro­ze­śmiał się szcze­rze. - Pri­ma apri­lis, tak?

- Owszem, jest pierw­szy kwiet­nia, ale ja nie żar­tu­ję. Mu­sisz się roz­wieść.

- A chciał­byś kie­dyś zo­ba­czyć swo­je­go wnu­ka?

- Co ty pie­przysz?! - Ka­rol od­ru­cho­wo się­gnął po da­niel­sa, uni­wer­sal­ną od­trut­kę na całe zło tego świa­ta.

- Mag­da jest w cią­ży.

Whi­sky, któ­ra już spły­wa­ła prze­ły­kiem Ka­ro­la, za­trzy­ma­ła się na­gle, jak­by ktoś wy­łą­czył gra­wi­ta­cję. Or­ga­nizm nie chciał przy­jąć ani szo­ku­ją­cej in­for­ma­cji, ani al­ko­ho­lu, cho­ciaż była to naj­droż­sza whi­sky w tym lo­ka­lu. Zbli­ża­ły się wiel­kie tor­sje. Lata cze­ka­nia na upra­gnio­ne dziec­ko Mag­dy nie mo­gły za­koń­czyć się w ten spo­sób! Wszyst­ko, tyl­ko nie to! Przez tę cią­żę, je­śli nie była ble­fem, szan­sa na to, że cór­ka kie­dy­kol­wiek się roz­wie­dzie i da mu wnu­ka po­czę­te­go z przy­zwo­itym męż­czy­zną, top­nia­ła szyb­ciej niż kost­ka lodu w reszt­ce jac­ka da­niel­sa.

Obcy - ósmy pa­sa­żer No­stro­mo za­gnieź­dził się w ro­dzi­nie Ka­ro­la i po­wo­li przej­mo­wał wła­dzę, re­ali­zu­jąc swój per­fid­ny plan. Ge­no­typ uczci­we­go czło­wie­ka, któ­ry oj­ciec prze­ka­zał uko­cha­nej cór­ce, za­pład­nia­jąc jej mat­kę, miał się od­tąd po­wie­lać za­nie­czysz­czo­ny prze­stęp­czą do­miesz­ką. Szan­sa na na­tu­ral­ne po­ro­nie­nie była nie­wiel­ka, tyl­ko zbrod­nia abor­cji mo­gła temu za­po­biec. Ozna­cza­ło to, że na­stęp­ne dzie­ci po­czę­te w ro­dzi­nie też by­ły­by ska­żo­ne grze­chem.

Ka­rol nie miał so­bie nic do za­rzu­ce­nia. Zro­bił wszyst­ko co po­wi­nien. Był do­brym oj­cem, a kie­dyś mę­żem. Rzad­ko zda­rza­ło mu się opu­ścić nie­dziel­ną mszę, a je­śli już do tego do­szło, skru­pu­lat­nie nad­ra­biał za­le­gło­ści w środ­ku ty­go­dnia. Da­wał szczo­dre dat­ki na tacę, ło­żył na po­trze­by pa­ra­fii, fi­nan­so­wał ho­spi­cjum, nie opu­ścił ani jed­nej wi­zy­ty pa­pie­ża w Pol­sce, od­był czte­ry piel­grzym­ki do Czę­sto­cho­wy i na­praw­dę pró­bo­wał za­szcze­pić Mag­dzie głę­bo­ką wia­rę. Sta­rał się bar­dziej niż inni i miał pra­wo ocze­ki­wać, że umo­wa zo­sta­ła za­war­ta. Po­czuł się oszu­ka­ny.

2 kwietniaPub Lucyfer, Gdynia

Prze­pis na lep­szy świat był bar­dzo pro­sty. Adam łyk­nął pięć­dzie­siąt­kę zmro­żo­nej czy­stej, zmie­nił w od­twa­rza­czu płyt­kę The Who na Mas­si­ve At­tack, zwięk­szył gło­śność do czwór­ki, pod­cią­gnął odro­bi­nę basy i już! Zda­wał so­bie spra­wę, że to nie po­trwa dłu­go, ale na­wet jed­na sen­sow­na mi­nu­ta wy­rwa­na z dur­nej go­dzi­ny po­zwa­la­ła ja­koś prze­żyć po­zo­sta­łe pięć­dzie­siąt dzie­więć. Mas­si­ve At­tack wkła­dał do od­twa­rza­cza nie­mal co­dzien­nie, od nocy przed dzie­wię­cio­ma mie­sią­ca­mi, gdy stał w tłu­mie słu­cha­czy Open' era na koń­cu Skwe­ru Ko­ściusz­ki, nie­ca­łe trzy­sta me­trów od pubu Lu­cy­fer, w któ­rym te­raz od­twa­rzał An­gel. Tri­pho­po­wi chłop­cy gra­li wte­dy ma­gicz­ny kon­cert, któ­re­go wspo­mnie­nie, wzmoc­nio­ne na­gra­niem, po­zwa­la­ło Ada­mo­wi na­wet w pra­cy po­czuć pra­wie to samo, co na po­dusz­ce przed za­śnię­ciem, gdy pusz­czał ich pły­tę.

W pu­bie oprócz Ada­ma była tyl­ko jed­na para; wąt­pli­we by sły­sza­ła co­kol­wiek, ob­ma­cu­jąc się pod wy­ma­lo­wa­nym na ścia­nie ko­tłem z go­tu­ją­cą się smo­łą, w któ­rej dia­bły mie­sza­ły wi­dła­mi. Mas­si­ve At­tack trzy­mał rów­no swo­je śli­ma­cze tem­po. Czy­sta po­wo­li do­cie­ra­ła do miej­sca prze­zna­cze­nia. Adam też za­jął swo­je miej­sce za ba­rem na wy­so­kim krze­śle sty­li­zo­wa­nym na tron Lu­cy­fe­ra. Po­pra­wił rogi i ogon, a po­tem ob­ró­cił po­krę­tło wzmac­nia­cza na piąt­kę. Szef po­zwo­lił mu zgła­śniać naj­wy­żej do czwór­ki, ale o tej po­rze w pu­bie ra­czej nikt się nie po­ja­wiał.

Za­nim An­gel do­szedł do po­ło­wy swo­ich 5 mi­nut i 25 se­kund, Adam miał w gło­wie ciąg dal­szy uczty. Naj­pierw kla­sy­ka. Jako pierw­szy Ka­sh­mir Zep­pe­li­nów, po­tem She's Lost Con­trol Joy Di­vi­sion, nie­słu­cha­ny chy­ba z rok. Był pe­wien, że za­nim oba utwo­ry się skoń­czą, po­ja­wi się ja­kiś in­truz, któ­ry za­żą­da piwa, ale po­sta­no­wił nie przej­mo­wać się na za­pas i spo­koj­nie za­sta­no­wić się, co by­ło­by do­brym uzu­peł­nie­niem ze­sta­wu. Dwie spra­wy uznał za oczy­wi­ste. Po pierw­sze, po­wi­nien chro­no­lo­gicz­nie zmie­rzać do roku 2005. Po dru­gie, każ­dy na­stęp­ny utwór musi mieć szyb­sze tem­po. Za­mknął oczy i na­gle zro­zu­miał, że nie ma in­ne­go wyj­ścia - jako trze­ci pój­dzie pod pro­mień la­se­ra ja­kiś dy­na­micz­ny ka­wa­łek Me­tal­li­ki. En­ter Sand­man było zbyt ogra­ne, ale gdy­by tak...

- Prze­pra­szam, może pan coś zro­bić z tą muzą? Ten ka­wa­łek jest ja­kiś taki... no nie wiem... coś nie tego...

Adam otwo­rzył oczy i zo­ba­czył bla­de­go chło­pa­ka ze śla­da­mi czer­wo­nej szmin­ki na szyi.

- Ja­sne. - Uśmiech­nął się po­jed­naw­czo. - Już ści­szam.

- A może pan pu­ścić coś in­ne­go?

- Cze­go chciał­byś po­słu­chać?

- Coś... - Chło­pak prze­rwał, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie naj­wła­ściw­sze sło­wo okre­śla­ją­ce apro­ba­tę, ale w dym­kach ko­mik­sów, bry­kach lek­tur i pro­mo­cyj­nych ga­zet­kach, któ­re czy­tał, chy­ba nie było zbyt du­że­go wy­bo­ru. W koń­cu jed­nak zna­lazł: - Coś przy­pa­ło­we­go! Na przy­kład Mo­dern Tal­king. Zna pan taką ka­pe­lę?

Adam za­sto­so­wał spo­sób wy­pró­bo­wa­ny w kon­tak­tach z uciąż­li­wy­mi klien­ta­mi. Po­wo­li po­li­czył w my­śli do trzech. Nie było o co się wście­kać. Na­le­ża­ło tyl­ko przy­jąć do wia­do­mo­ści, że go­ściem pubu zno­wu był przed­sta­wi­ciel ob­ce­go ga­tun­ku. Mnó­stwo ich ostat­nio przy­cho­dzi­ło do Lu­cy­fe­ra, jak­by nikt nie sły­szał, co gra się w tym pu­bie. Cóż Adam mógł zro­bić? Wziąć przy­kład z Lu­tra i wy­wie­sić na drzwiach kart­kę z na­zwa­mi dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu ze­spo­łów, któ­rych nie słu­cha się w tym lo­ka­lu? In­wa­zja głu­chych do­pro­wa­dza­ła go do sza­łu, ale jako bar­man i kel­ner z kil­ku­let­nią prak­ty­ką miał wpra­wę w na­wią­zy­wa­niu kon­tak­tu z każ­dym, kto znał sto słów pol­skich, an­giel­skich lub nie­miec­kich.

- Mo­dern Tal­king przy­pa­ło­wy? Dla­cze­go przy­pa­ło­wy? - za­py­tał przy­jaź­nie, jak cie­kaw­skie dziec­ko, któ­re­mu na­le­ży wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go kwa­drat musi mieć czte­ry boki rów­ne.

- No nie wiem. Może to złe sło­wo. Ale ta pana muza jest ja­kaś taka... po­chla­stać się przy tym moż­na. A moja dziew­czy­na ma dziś uro­dzi­ny.

- Ro­zu­miem. To co pro­po­nu­jesz?

- Coś we­so­łe­go. Jak pan nie ma tło­ków, to może Spi­ce Girls.... albo... Wiem! Brit­ney Spe­ars! Ja za nią nie prze­pa­dam, ale Goś­ka, zna­czy się moja la­ska... ją to wali.

- Ro­zu­miem. Za­raz spraw­dzę.

Adam wy­jął z szu­flad­ki li­stę płyt i za­czął ją skru­pu­lat­nie prze­glą­dać. Wszyst­kie pro­po­zy­cje chło­pa­ka były na kart­ce. Szef przy­niósł te pły­ty z domu, ale Adam trzy­mał je w osob­nej szaf­ce, żeby nie do­ty­ka­ły in­nych, na­wet przez pu­deł­ko.

- Przy­kro mi, ale nic z tego aku­rat nie mamy. - Adam bez­rad­nie roz­ło­żył ręce, de­mon­stru­jąc po­ka­zo­wy smu­tek.

- No to coś in­ne­go, ale żeby we­so­łe było, okej?

- Okej!

Chło­pak wró­cił do dziew­czy­ny, ufa­jąc, że jego ży­cze­nie zo­sta­nie speł­nio­ne, ale cze­kał go za­wód. Nie po to Adam, ma­jąc trzy­dzie­ści dzie­więć lat, wy­ko­ny­wał pra­cę bar­ma­na prze­bra­ny za dia­bła, by od­dać do­stęp do gło­śni­ków la­sce z tip­sa­mi. Mógł nadal miesz­kać w cia­snym, za­pusz­czo­nym miesz­ka­niu, jeź­dzić gru­cho­tem, ale nie mógł po­zwo­lić, by miej­sce pu­blicz­ne, w któ­rym prze­by­wa­ją nie­win­ni lu­dzie, bez­cze­ści­ła pa­nien­ka za­głu­sza­ją­ca bez­sens eg­zy­sten­cji tan­det­ny­mi hi­cio­ra­mi. Owszem, był nie­obiek­tyw­ny. Nie­spra­wie­dli­wie i ra­dy­kal­nie osą­dzał gu­sty in­nych. Cza­sem na­wet ko­goś ty­ra­ni­zo­wał, ale dać się wcie­lić do plu­to­nu eg­ze­ku­cyj­ne­go nie za­mie­rzał. Niech po­rzą­dek za­pro­wa­dza kto inny. Nie­ste­ty, w naj­bliż­szej oko­li­cy nie było wi­dać ni­ko­go ta­kie­go.

Ci­śnie­nie ro­sło, więc Adam miał tyl­ko dwa wyj­ścia: eks­plo­do­wać do środ­ka albo na ze­wnątrz. Wy­pił dru­gą pięć­dzie­siąt­kę, żeby roz­ja­śnić my­śli i po chwi­li do­szedł do wnio­sku, że naj­le­piej bę­dzie pójść na kom­pro­mis. Włą­czył Bia­łą fla­gę Re­pu­bli­ki, któ­ra była przez go­ści Lu­cy­fe­ra nie­źle to­le­ro­wa­na. Na­gra­nie nie do­szło jesz­cze do miej­sca, w któ­rym Cie­chow­ski gra na key­bo­ar­dzie kla­ste­ra­mi w syn­ko­po­wa­nym ryt­mie, gdy chło­pak zno­wu po­ja­wił się przy ba­rze. Przy­niósł pu­ste szklan­ki i na­stęp­ne ży­cze­nia:

- Jesz­cze dwa bro­war­ki. No i sor­ki, ale ta muza też nam nie pasi. Może pan włą­czyć to? - po­wie­dział, kła­dąc na ba­rze prze­zro­czy­sty box z płyt­ką.

Adam nie od­po­wie­dział. Wziął głę­bo­ki od­dech. Za­jął się na­le­wa­niem piwa, żeby zy­skać na cza­sie, za­nim coś po­wie, stra­ci klien­ta i pra­cę. Po chwi­li do­cze­kał się dal­szych wy­ja­śnień:

- Moja dziew­czy­na przy­po­mnia­ła so­bie, że za­wsze nosi to w to­reb­ce.

- Nie ma spra­wy. Za­raz włą­czę. - Adam od­dał peł­ne szkla­ny, ska­so­wał na­leż­ność, wy­jął płyt­kę z pu­deł­ka i prze­czy­tał kul­fo­nia­sty na­pis "Ich 3", ozdo­bio­ny ser­dusz­kiem, na­ma­lo­wa­nym ró­żo­wym la­kie­rem do pa­znok­ci.

- Ja to tak śred­nio ła­pię, ale ona prze­pa­da za nimi. - Chło­pak de­li­kat­nym ru­chem gło­wy wska­zał fan­kę ko­lek­cjo­ne­ra spek­ta­ku­lar­nych ślu­bów.

Adam mu­siał mieć we wzro­ku coś dziw­ne­go, bo chło­pak do­pre­cy­zo­wał:

- Nu­mer czte­ry, A wszyst­ko to, bo cie­bie ko­cham.

Adam de­li­kat­nie wziął płyt­kę mię­dzy dwa pal­ce, ale za­miast wło­żyć ją do kie­sze­ni od­twa­rza­cza, wy­ko­nał nie­ostroż­ny ruch, upu­ścił i krzyk­nął, uda­jąc prze­ra­że­nie.

- O, fuck!

Chło­pak obej­rzał się, spraw­dza­jąc, czy Goś­ka za­uwa­ży­ła, jak bez­czesz­czo­ne jest jej uko­cha­ne na­gra­nie. Adam przy­kląkł ni­sko, żeby nie było wi­dać, co robi, wziął z dol­nej pół­ki wi­de­lec i zro­bił na po­wierzch­ni krąż­ka rysę. Wy­szła tro­chę za głę­bo­ka, ale szan­sy na po­praw­kę nie było.

- Prze­pra­szam. Nie­zda­ra ze mnie - po­wie­dział, wsta­jąc. Z na­masz­cze­niem wy­tarł płyt­kę szmat­ką, po­ło­żył ją na szu­flad­ce kie­sze­ni od­twa­rza­cza, uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co i włą­czył nu­mer czwar­ty. - Za­raz po­le­ci.

Chło­pak mu­siał coś po­dej­rze­wać, bo cze­kał, aż mu­zy­ka za­brzmi. Adam stał spo­koj­nie, z pal­ca­mi na po­krę­tle, go­tów wy­re­gu­lo­wać gło­śność, ale z od­twa­rza­cza nie pły­nął ża­den dźwięk. Po chwi­li wy­jął płyt­kę, prze­tarł ją i spró­bo­wał po­now­nie. Po trze­cim ra­zie od­dał ją chło­pa­ko­wi, za­wie­dzio­ny.

- Sor­ry. Mój sprzęt tego nie czy­ta.

Chło­pak obej­rzał płyt­kę, spoj­rzał na bar­ma­na z nie­na­wi­ścią i się­gnął po piwa. Ada­mo­wi było go tro­chę żal, ale nie mógł się za­do­wo­lić tak ła­twym zwy­cię­stwem:

- A może pu­ścić inny ka­wa­łek tej gru­py? Chy­ba mam ja­kąś ich pły­tę.

- Su­per! - ucie­szył się chło­pak, znów pe­łen wia­ry w do­bre in­ten­cje bar­ma­na. - Może być inny.

- Po­cze­kaj. Za­raz to znaj­dę. Coś wy­bie­rzesz.

Chło­pak od­sta­wił piwa na ladę. Adam za­jął się szu­ka­niem cze­goś, cze­go nig­dy w pu­bie nie było i za jego ka­den­cji nie bę­dzie. Otwie­rał szaf­ki, prze­glą­dał sto­sy płyt, czy­tał ich li­sty, by w koń­cu oświad­czyć z roz­cza­ro­wa­niem:

- Na­praw­dę gdzieś tu była. Szef mu­siał ją za­brać.

Chło­pak wró­cił do sto­li­ka pe­wien, że bar­man z nie­go za­kpił. Adam wy­pił jesz­cze jed­ną pięć­dzie­siąt­kę, włą­czył Ka­sh­mir i prze­sta­wił po­krę­tło wzmac­nia­cza na szóst­kę.

Tyle wy­star­cza­ło, żeby na­wet w peł­nym pu­bie nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, kto tu rzą­dzi. Adam nig­dy nie brał jeń­ców. Jak woj­na, to woj­na! Swo­je okru­cień­stwo tłu­ma­czył tym, że wróg po­słu­gi­wał się jesz­cze bar­dziej bar­ba­rzyń­ski­mi me­to­da­mi. Nie było po­wo­du, by współ­czuć dziew­czy­nie, któ­ra z iry­ta­cją cho­wa­ła wła­śnie do to­reb­ki płyt­kę z ró­żo­wym ser­dusz­kiem.

De­struk­cja oka­za­ła się za­raź­li­wa. Para prze­sta­ła zgod­nie ćwier­kać w du­ecie. Dziew­czy­na za­czę­ła krę­cić się na krze­śle i pry­chać. Po chwi­li obo­je wsta­li i wy­szli, zo­sta­wia­jąc nie­do­pi­te piwa i rzu­ca­jąc bar­ma­no­wi spoj­rze­nia peł­ne nie­skry­wa­nej zło­ści.

Po uda­nym po­cząt­ku dal­szy ciąg wie­czo­ru za­po­wia­dał się jesz­cze le­piej. Do siód­mej pub od­wie­dzi­ło mnó­stwo go­ści. Po­szło pół becz­ki piwa, mnó­stwo dro­gich drin­ków, klien­ci da­wa­li hoj­ne na­piw­ki i nikt nie pro­te­sto­wał prze­ciw­ko mu­zy­ce wy­bra­nej przez bar­ma­na. Może jed­nak da się tu wy­trzy­mać do koń­ca roku, po­my­ślał Adam, mie­sza­jąc w sha­ke­rze fir­mo­wy drink Ze­msta Dia­bła. Na­gle po­czuł na ra­mie­niu dłoń. Za­nim się od­wró­cił, usły­szał tu­bal­ny głos sze­fa, prze­bi­ja­ją­cy się przez ścia­nę dźwię­ków, któ­rą Korn zdą­żył już wy­mu­ro­wać do po­ło­wy. Szef skrę­cił wzmac­niacz do zera.

- Cześć! Jak leci? - za­py­tał sztucz­nie ugrzecz­nio­ny.

- W po­rząd­ku. - Adam prze­stał mie­szać, Ze­msta Dia­bła i tak była już go­to­wa.

- Dzwo­nił do mnie syn są­sia­da. Przed trze­cią był u nas z dziew­czy­ną na pi­wie.

Jed­nak pla­no­wa­nie ka­rie­ry za­wo­do­wej na dłu­żej niż mie­siąc nie ma naj­mniej­sze­go sen­su, po­my­ślał Adam. Było ja­sne, że jego pra­ca u Lu­cy­fe­ra do­bie­ga­ła koń­ca. Nie za­mie­rzał jed­nak ni­cze­go złym mo­com uła­twiać.

- Przed trze­cią było spo­ro lu­dzi.

- To ten, któ­re­mu znisz­czy­łeś płyt­kę.

- Aaaa! Ten! Już mia­ła rysę. A poza tym była spi­ra­to­wa­na.

- A ty ja­kie mi tu zno­sisz od pierw­sze­go dnia?! Mó­wi­łem ci, że pusz­cza­my taką mu­zy­kę, ja­kiej ży­czą so­bie klien­ci. Tak czy nie!? I że będą tyl­ko dwa ostrze­że­nia. I że nie wol­no ci pić w pra­cy. Po­wie­dzia­łem tak czy nie!?

- Tak - przy­znał Adam nie­chęt­nie. - Wspo­mi­na­łeś coś.

- No to już tu nie pra­cu­jesz.

- Przy­słu­gu­je mi mie­siąc wy­po­wie­dze­nia. Zgod­nie z umo­wą, na któ­rą cze­kam już dwa mie­sią­ce.

- Zgod­nie z umo­wą zdej­muj rogi i już cię tu nie ma!

- Po­dam cię do... - za­czął Adam, ale nie mógł so­bie przy­po­mnieć, gdzie po­wi­nien zgło­sić ta­kie trak­to­wa­nie.

Przy­cho­dzi­ły mu do gło­wy po ko­lei ZUS, Urząd Skar­bo­wy, Naj­wyż­sza Izba Kon­tro­li, Pań­stwo­wa In­spek­cja Pra­cy, Woj­sko­wa Ko­men­da Uzu­peł­nień. Funk­cje i na­zwy in­sty­tu­cji za­wsze mu się my­li­ły, bo z żad­ną z nich nie chciał mieć nic wspól­ne­go. Wy­szedł z pubu do­pie­ro po dzie­się­ciu mi­nu­tach, bez po­my­słu, gdzie do­nieść na sze­fa. W tym cza­sie po­zbie­rał i za­pa­ko­wał do chle­ba­ka płyt­ki ze swo­imi pi­rac­ki­mi skła­dan­ka­mi. Zo­stał­by dłu­żej, by wy­słu­chać do koń­ca Björk, ale szef eg­ze­kwo­wał wy­ko­na­nie swo­jej de­cy­zji i nie po­zwo­lił mu do­trwać do ostat­nie­go kro­ku Sel­my w dro­dze na szu­bie­ni­cę. Szko­da, bo 107 steps ide­al­nie pa­so­wa­ło na fi­nał pra­cy w Lu­cy­fe­rze. Adam ryt­micz­nie od­li­czał kro­ki, ste­pu­jąc mię­dzy sto­li­ka­mi w dro­dze do wyj­ścia, ale szef przy dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym otwo­rzył drzwi pubu i wy­pchnął go na ze­wnątrz.

Adam wy­szedł na Skwer Ko­ściusz­ki z chle­ba­kiem i trzy­dzie­sto­ma zło­ty­mi w kie­sze­ni. Nie miał ocho­ty wra­cać do domu. Po­sta­no­wił pójść do por­tu jach­to­we­go po­pa­trzeć na że­gla­rzy krzą­ta­ją­cych się przy swo­ich ło­dziach. Bez­sen­sow­ność ich wy­sił­ku za­wsze do­da­wa­ła mu otu­chy. Bo je­śli efek­tem że­glar­skie­go tru­du, wy­dat­ków, re­mon­tów, skro­ba­nia burt, zno­sze­nia nie­do­god­no­ści rej­su i po­dej­mo­wa­nia ry­zy­ka było coś tak ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne­go jak pły­wa­nie po zim­nym mo­rzu, to może i jego bez­u­ży­tecz­ne ży­cie mia­ło ja­kiś cel, któ­ry pew­ne­go dnia się ujaw­ni? Wie­le razy pró­bo­wał, ale nie uda­ło mu się jesz­cze za­bić tej na­dziei.

Kie­dy do­tarł na na­brze­że, trzy jach­ty wra­ca­ły wła­śnie do por­tu, ale ża­den z nie­go nie wy­pły­wał. Było zbyt póź­no. Nie­licz­ne zwo­do­wa­ne ło­dzie ko­ły­sa­ły się smut­no, ma­cha­jąc go­ły­mi masz­ta­mi, jak w cho­ro­bie sie­ro­cej. Resz­ta sta­ła na ke­jach, opusz­czo­na przez wła­ści­cie­li, któ­rzy po­rzu­ci­li je dla że­glo­wa­nia po Ad­ria­ty­ku albo Ka­ra­ibach. Nikt nie krę­cił się przy jach­tach, nie szli­fo­wał ni­cze­go ani nie za­ma­lo­wy­wał, jak­by ab­surd tego wy­sił­ku wresz­cie do­tarł do za­in­te­re­so­wa­nych.

Od za­to­ki za­wia­ła zim­na bry­za, za­czy­na­ło się ściem­niać: Adam po­sta­no­wił gdzieś się ogrzać. Miał do wy­bo­ru kil­ka­na­ście knaj­pek, któ­re ob­sia­dły po­łu­dnio­wą stro­nę Skwe­ru Ko­ściusz­ki. W po­ło­wie z nich już kie­dyś pra­co­wał i z więk­szo­ści wy­la­ty­wał z hu­kiem. Omi­jał jed­ną po dru­giej, nie mo­gąc się zde­cy­do­wać, gdzie rzu­cić ko­twi­cę. Za­glą­dał na chwi­lę do środ­ka, ale nig­dzie nie gra­li tego, cze­go miał­by ocho­tę po­słu­chać. Czas mię­dzy re­kla­ma­mi wy­peł­nia­ły te same utwo­ry z tych sa­mych list prze­bo­jów. Kie­dy w dwóch ko­lej­nych knaj­pach po­czuł za­pach fry­tek sma­żo­nych na sta­rym ole­ju i usły­szał dwie róż­ne pio­sen­ki Scor­pion­sów, nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by się po­rzy­gał.

Prze­szedł obok ostat­niej knaj­py, bu­dyn­ku kry­te­go ba­se­nu, w któ­rym na­uczył się pły­wać, po­tem mi­nął akwa­rium mor­skie i po­mnik Con­ra­da. Za­trzy­mał się do­pie­ro pod daw­ną wie­życz­ką po­gra­nicz­ni­ków na be­to­no­wym cy­plu, przy po­łu­dnio­wym wej­ściu do por­tu. Za ka­na­łem był już tyl­ko fa­lo­chron zwień­czo­ny małą la­tar­nią, mru­ga­ją­cą czer­wo­nym świa­tłem. Nie wska­zy­wa­ła ani dro­gi, ani za­gro­że­nia. W za­pa­da­ją­cych ciem­no­ściach mi­ga­ła jak po­li­cyj­ny ko­gut. Nic się nie dzia­ło. Tyl­ko mewy krzy­cza­ły prze­raź­li­wie, pró­bu­jąc prze­gnać in­tru­za ze swo­je­go te­ry­to­rium. Po chwi­li Adam uznał pta­sią he­ge­mo­nię i za­wró­cił do mia­sta. Idąc na­brze­żem, mi­nął dwa stat­ki za­cu­mo­wa­ne w Ba­se­nie Pre­zy­den­ta i za­trzy­mał się przy San­ta Ma­rii, drew­nia­nej re­pli­ce ka­ra­we­li Krzysz­to­fa Ko­lum­ba. Przej­ście blo­ko­wa­ła gru­pa nie­miec­kich tu­ry­stów scho­dzą­cych po tra­pie z ostat­niej tego dnia wy­ciecz­ki po por­cie. Gdy ma­ru­de­rzy od­sło­ni­li bur­tę, Adam zo­ba­czył ba­ner za­chę­ca­ją­cy go­ści do od­wie­dze­nia knaj­py pod po­kła­dem, gdzie pierw­sze piwo po­da­wa­no za po­ło­wę ceny. Z mesy nie sły­chać było żad­nej mu­zy­ki, co do­dat­ko­wo ku­si­ło do wej­ścia na chy­bo­tli­wy trap.

Od pew­ne­go cza­su Adam do­sko­na­le roz­po­zna­wał sy­gna­ły prze­zna­czo­ne dla ban­kru­tów. Uznał ofer­tę za znak i zde­cy­do­wał się za­okrę­to­wać. Kie­dy wszedł pod po­kład, oka­za­ło się, że jest je­dy­nym klien­tem. Chy­ba żeby li­czyć drew­nia­ne­go Ko­lum­ba na­tu­ral­nej wiel­ko­ści, sto­ją­ce­go w peł­nym rynsz­tun­ku na becz­ce obok baru. Adam dla to­wa­rzy­stwa usiadł obok nie­go. Nie li­czył na to, że po­dróż­nik wska­że mu dro­gę do zie­mi obie­ca­nej, ale małą wska­zów­kę, za co prze­żyć na­stęp­ny mie­siąc, chęt­nie by ode­brał.

Po­ra­dy się nie do­cze­kał. Po dru­gim, peł­no­płat­nym pi­wie zszedł ze stoł­ka i przed dro­gą do domu od­wie­dził to­a­le­tę. Kie­dy z niej wy­szedł, zo­ba­czył ze­spół in­sta­lu­ją­cy się na ma­łej scen­ce po dru­giej stro­nie mesy, któ­ra te­raz wy­da­ła mu się o wie­le bar­dziej prze­stron­na. Po bo­kach po­ja­wi­ły się wiel­kie gło­śni­ki, a Ko­lumb nie był już je­dy­nym klien­tem przy ba­rze. Ob­słu­ga wy­no­si­ła sto­ły i krze­sła na za­ple­cze, któ­re zwa­żyw­szy na skrom­ne roz­mia­ry ka­ra­we­li, mo­gło się znaj­do­wać tyl­ko gdzieś pod wodą, na dnie ba­se­nu por­to­we­go.

Adam przy­po­mniał so­bie pla­kat przy­kle­jo­ny do tra­pu. Krzy­kli­wy na­pis za­po­wia­dał kon­cert ze­spo­łu Pi­nez­ki. Adam jak ognia uni­kał słu­cha­nia mu­zy­ki na żywo, ale gdy spoj­rzał na Ko­lum­ba, wy­da­wa­ło mu się, że ten pusz­cza do nie­go drew­nia­ne oko. Ta­kich sy­gna­łów rów­nież nie lek­ce­wa­żył. Za­pła­cił dzie­sięć zło­tych za bi­let, wró­cił na nie­wy­god­ny zy­del przy ba­rze i ko­rzy­sta­jąc z tego, że zmie­nił się bar­man, za wy­grze­ba­ne z kie­sze­ni ostat­nie drob­ne za­mó­wił dru­gie piwo za pół ceny, a w su­mie trze­cie, więc wie­czór za­po­wia­dał się cał­kiem nie­źle.

2 kwietniaDom Karola na Kamiennej Górze, Gdynia

- Któ­ry mie­siąc? - za­py­tał Ka­rol, si­ląc się na spo­kój.

Mag­da na­tych­miast wy­czu­ła w py­ta­niu ojca żal, cho­ciaż w pa­no­wa­niu nad emo­cja­mi był mi­strzem świa­ta. Przez trzy­dzie­ści sześć lat po­zna­ła go o wie­le le­piej niż kon­tra­hen­ci, któ­rych na­bie­rał na swo­je sztucz­ki. Od dnia, w któ­rym przy­pro­wa­dzi­ła do domu pierw­sze­go chło­pa­ka, sły­sza­ła w gło­sie ojca wi­bra­cje pod­szy­te stra­chem o to, że inny męż­czy­zna zaj­mu­je jego miej­sce. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­ła, że ko­lej­ni ad­o­ra­to­rzy byli dla ojca wy­łącz­nie łow­ca­mi po­sa­gu, któ­ry z roku na rok rósł, przy­cią­ga­jąc co­raz więk­szą licz­bę hien nie­zra­żo­nych tym, że przy­szła pan­na mło­da ku­le­je.

Po śmier­ci mamy Mag­da nie kry­ła przed oj­cem za­du­rzeń w ko­le­gach z kla­sy. Nie­świa­do­ma za­gro­że­nia zwie­rza­ła mu się ze wszyst­kie­go. Czer­wo­ne świa­teł­ko za­pa­li­ło się w jej gło­wie do­pie­ro na stu­diach, gdy w przy­pły­wie szcze­ro­ści chcia­ła mu wy­ja­wić, z kim stra­ci­ła dzie­wic­two. Zdzi­wi­ła się, że za­re­ago­wał tak hi­ste­rycz­nie. Nie chciał znać imie­nia krwa­we­go ko­lo­ni­za­to­ra ani żad­ne­go z jego na­stęp­ców.

Ale ostat­nie­go, Wit­ka, któ­re­mu uda­ło się do­pro­wa­dzić jego uko­cha­ną có­recz­kę do oł­ta­rza, mu­siał uznać za zwy­cięz­cę. Mag­da jed­nak wie­dzia­ła, że nig­dy się z tym nie po­go­dzi. Za­wsze był je­dy­nym czem­pio­nem w ro­dzi­nie, więc wszyst­ko, co od tej pory zro­bił albo cze­go nie zro­bił zięć, sta­wa­ło się jego śmier­tel­nym grze­chem.

- Co cię tak za­tka­ło? - Ka­rol chwy­cił ra­mię cór­ki, zi­ry­to­wa­ny jej mil­cze­niem. - Nie mogę na­wet wie­dzieć, w któ­rym je­steś mie­sią­cu?

- W czwar­tym. - Mag­da sta­ra­ła się, by od­po­wiedź nie za­brzmia­ła jak uspra­wie­dli­wie­nie ze sła­bych stop­ni na wy­wia­dów­ce.

- I kie­dy za­mie­rza­łaś mi po­wie­dzieć?

Do­sko­na­le wie­dział, że to py­ta­nie po­wi­nien za­dać Wit­ko­wi. To on po­dej­mo­wał wszyst­kie de­cy­zje za jego cór­kę. Ka­rol zno­sił tę do­mi­na­cję tym bo­le­śniej, że w dzie­ciń­stwie to Mag­da za­wsze do­wo­dzi­ła gro­ma­dą ko­le­ża­nek ba­wią­cych się w ogro­dzie. Był dum­ny, ob­ser­wu­jąc swo­ją małą dyk­ta­tor­kę przez okno. Nie ro­zu­miał, jak to się sta­ło, że z przy­wód­czy­ni sta­da zgo­dzi­ła się zo­stać pod­da­ną? Kim, do cho­le­ry, był Wi­tek, by mógł usta­lać, kie­dy Ka­rol ma się do­wie­dzieć o po­czę­ciu swe­go wnu­ka?!

- Po­ju­trze mam ba­da­nia kon­tro­l­ne - skła­ma­ła Mag­da. - Chcia­łam być pew­na, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Wie­le razy pro­po­no­wa­ła Wit­ko­wi, żeby wy­je­cha­li na dru­gi ko­niec Pol­ski i za­czę­li żyć na wła­sny ra­chu­nek, ale on nie miał od­wa­gi, by prze­ciw­sta­wić się te­ścio­wi. Ka­rol Wiel­ki chciał kon­tro­lo­wać każ­dy krok cór­ki i fi­nan­so­wać jej mał­żeń­stwo, by po­tem od­bie­rać z nie­go zysk, jak z każ­dej in­we­sty­cji. Na wnu­ka cze­kał jak na naj­cen­niej­szą pre­mię.

- No to te­raz już się go nie po­zbę­dzie­my. - Ka­rol na­lał so­bie whi­sky.

- Tato, prze­stań wresz­cie mó­wić ta­kie rze­czy! Przy­najm­niej przy mnie.

- Na­praw­dę je­steś śle­pa?! Nie wi­dzisz, co się dzie­je z two­im mał­żeń­stwem?!

- Ja Wit­ka ko­cham. I on mnie też.

Mag­da zda­wa­ła so­bie spra­wę, że mówi coś, w co sama od kil­ku lat nie wie­rzy, ale przed oj­cem mu­sia­ła sta­wiać spra­wę twar­do - Wi­tek ją ko­cha! Ta fik­cja była jej naj­moc­niej­szą bro­nią prze­ciw­ko wła­sne­mu zwąt­pie­niu, a gdy po­ja­wi­ła się cią­ża, siła tego orę­ża jesz­cze uro­sła. Mag­da po­sta­no­wi­ła sama co­dzien­nie utwier­dzać się w prze­ko­na­niu o wiel­kiej mi­ło­ści, któ­rej oj­ciec nie zdo­ła za­bić. Na­wet je­śli Wi­tek raz czy dru­gi pach­niał per­fu­ma­mi in­nej ko­bie­ty. Zresz­tą nie­dłu­go po­ja­wi się dziec­ko, na któ­re bę­dzie mo­gła prze­nieść wszyst­kie swo­je na­dzie­je i ma­rze­nia. Byle prze­trwać jesz­cze pięć mie­się­cy.

- Do dia­bła, obudź się, na­iw­niacz­ko! Kie­dy do cie­bie wresz­cie do­trze, że on cię zdra­dza?!

- To nie­praw­da.

Była na ojca co­raz bar­dziej wście­kła. Nie miał pra­wa jej de­ner­wo­wać, po­wta­rza­jąc nie­spraw­dzo­ne plot­ki. Pa­trząc mu pro­sto w oczy, na­la­ła so­bie whi­sky.

- Nie rób tego, Mag­da! No­sisz dziec­ko!

- Tak, no­szę. Ja no­szę. A ty nie je­steś jego wła­ści­cie­lem! Ani moim!

- Nie wol­no ci! - krzyk­nął Ka­rol, wy­cią­ga­jąc rękę, by wy­rwać tru­ci­znę z dło­ni cór­ki.

Za­nim zdą­żył za­brać whi­sky, Mag­da wy­pi­ła ją dusz­kiem, za­ska­ku­jąc nie tyl­ko ojca, ale tak­że sie­bie. Nie ża­ło­wa­ła. Ten, kto na­uczył ją za­da­wać rany, po­wi­nien wie­dzieć, cze­go może się spo­dzie­wać. To przez te jego lek­cje nie­złom­no­ści cza­sem ostro piła. Nie tyl­ko z po­wo­du lat bez­płod­no­ści, ano­ni­mo­we­go ese­me­sa o ko­chan­ce Wit­ka ani na­wet tego, że uro­dzi­ła się z nie­spraw­ną nogą.

- Wi­tek z nią nie spał! - Mag­da na­la­ła so­bie dru­gą por­cję whi­sky. - A w ogó­le to kto cię pro­sił, że­byś się wtrą­cał do na­szych spraw?!

- Z kim nie spał? - za­in­te­re­so­wał się Ka­rol.

- Nie słu­cham plot.

- Mam bez­czyn­nie pa­trzeć, jak ten drań oszu­ku­je cie­bie i okra­da fir­mę?!

- I co jesz­cze ta­kie­go zro­bił?

- Nie wie­rzysz mi? To zło­dziej! Zde­frau­do­wał pie­nią­dze fir­my.

Drzwi otwo­rzy­ły się i do sa­lo­nu wszedł Da­rek. Mimo pięć­dzie­się­ciu lat i po­tęż­nej po­stu­ry po­ru­szał się lek­ko i zwin­nie. Był se­kre­ta­rzem, kie­row­cą, goń­cem, ochro­nia­rzem i asy­sten­tem ojca, ale Mag­da nig­dy nie wie­dzia­ła, któ­rą z tych funk­cję peł­ni w da­nej chwi­li. Jego wo­sko­wa twarz za­wsze była tak samo spię­ta i nie­ru­cho­ma. Dało się z niej wy­czy­tać je­dy­nie czuj­ność. Po­ru­sza­ły się w niej wy­łącz­nie mię­si­ste usta:

- Sze­fie, w wia­do­mo­ściach po­wie­dzie­li...

- Nie te­raz! Nie wi­dzisz, że roz­ma­wiam z cór­ką!?

Da­rek wy­szedł, sta­ran­nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Nie usły­szał Mag­dy wy­dzie­ra­ją­cej się na ojca:

- Nie­na­wi­dzisz Wit­ka od pierw­sze­go dnia!

- Bo od razu się na nim po­zna­łem.

- To­le­ru­jesz tyl­ko tych, któ­rzy są słab­si od cie­bie i dają sobą ma­ni­pu­lo­wać.

Ka­rol wes­tchnął. Ile razy miał tłu­ma­czyć, że świat wła­śnie tak jest skon­stru­owa­ny? Za­wsze ktoś sil­niej­szy musi kie­ro­wać słab­szy­mi, któ­rzy so­bie nie ra­dzą.

- Nie wiesz, Ma­dziu, ja­kie ży­cie po­tra­fi być okrut­ne. Izo­lo­wa­łem cię od tego bru­du, chro­ni­łem, że­byś nie mu­sia­ła...

- Zmu­sza­jąc Wit­ka do pod­pi­sa­nia in­ter­cy­zy!? Wiesz, jak on się wte­dy po­czuł?

W oczach Mag­dy po­ja­wi­ły się łzy. Przy­po­mnia­ła so­bie tam­ten wie­czór, kil­ka dni przed ślu­bem, gdy mu­sia­ła po­wie­dzieć Wit­ko­wi o twar­dych wa­run­kach, któ­re sta­wia mu przy­szły teść. Nig­dy przed­tem nie bała się tak jak wte­dy. Wy­da­wa­ło się jej, że po tak nie­go­dzi­wym ul­ti­ma­tum Wi­tek nie bę­dzie miał in­ne­go wyj­ścia, jak ze­rwać za­rę­czy­ny, ale oka­za­ło się, że ko­cha ją bez­gra­nicz­nie i go­tów jest prze­łknąć na­wet ta­kie upo­ko­rze­nie.

- Za­pew­niam cię, że ta gni­da po­czu­ła się wspa­nia­le. - Ka­rol za­brał szkla­necz­kę Mag­dy i od razu ją opróż­nił. - Ten drań do­stał jed­ną z naj­lep­szych par­tii w mie­ście. Może jesz­cze mia­łem od razu za­pi­sać na nie­go fir­mę, co? Żeby się z tobą po mie­sią­cu roz­wiódł?!

- Do­syć!

Mag­da wie­le razy wy­cho­dzi­ła, gdy oj­ciec za­czy­nał zrzę­dzić, ale nig­dy do­tąd nie od­wa­ży­ła się trza­snąć drzwia­mi. Tym ra­zem jed­nak to ona mia­ła wiel­ki atut. Do­pie­ro za pięć mie­się­cy miał ob­ja­wić swo­ją peł­ną moc, ale wie­dzia­ła, że oj­ciec po­tra­fi pre­cy­zyj­nie prze­wi­dy­wać skut­ki zda­rzeń le­d­wie za­po­wie­dzia­nych. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go był bo­ga­ty. Spo­koj­nie od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła do drzwi.

- Po­cze­kaj! - Ka­rol sta­nął na jej dro­dze. - Po­roz­ma­wiaj­my spo­koj­nie.

Po­jed­naw­czy ton ojca nie zro­bił na niej wra­że­nia. Wy­mi­nę­ła go i skie­ro­wa­ła się do drzwi, za­bie­ra­jąc z sobą nie­na­ro­dzo­ne­go wnu­ka. Ale le­d­wie za­mknę­ła za sobą drzwi, za­czę­ło jej być żal ojca. Nie mo­gła so­bie jed­nak po­zwo­lić na zmar­no­wa­nie tak wspa­nia­łe­go zwy­cię­stwa. Było tro­chę gorz­kie, ale bar­dzo Mag­dzie sma­ko­wa­ło.

Ka­rol usiadł w fo­te­lu z na­stęp­ną szkla­necz­ką whi­sky. Wie­dział, że jego uko­cha­nej có­recz­ce naj­póź­niej rano zro­bi się przy­kro i sama do nie­go za­dzwo­ni. Wy­star­czy tyl­ko wy­trzy­mać dzie­sięć go­dzin. Ma­dzia wsta­je zwy­kle o ósmej, więc już o dzie­wią­tej, naj­póź­niej o dzie­sią­tej...

Na­gle po­ru­szy­ła się klam­ka i Ka­rol ucie­szył się, go­tów do przy­ję­cia prze­pro­sin szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał, ale w otwar­tych drzwiach sta­nął Da­rek.

- Moż­na...? - za­py­tał.

Roz­cza­ro­wa­ny Ka­rol ski­nął gło­wą. Nie miał ocho­ty z ni­kim roz­ma­wiać, ale w gło­sie Dar­ka, zwy­kle brzmią­cym jak syn­te­za­tor mowy, usły­szał coś nie­po­ko­ją­ce­go.