Mary Rose postanawia żyć - Ann-Marie MacDonald

Reflow text when sidebars are open.
W życia wędrówce, na połowie czasu Mary Rose MacKinnon siedzi przy kolorowym kuchennym stole i sprawdza pocztę. Jest poniedziałek. Dwuletnią córkę pochłania zabawa wózkiem dla lalek, więc ma chwilę dla siebie.
"99 znajomych czeka, żeby dołączyć do ciebie na Facebooku". Usuwa wiadomość. Wzdryga się na widok kolejnej, jaką jest zaproszenie na festiwal literacki. Jest też wiadomość ze szkoły jej pięcioletniego syna z informacją o wycieczce do muzeum przyrodniczego. Zgłasza się na ochotnika jako opiekunka. Z poczuciem winy ignoruje nieprzeczytane wiadomości i linki wysłane przez znajomych - jeden od brata do zdjęcia jakiejś grubaski, której nagi tors przypomina twarz Homera Simpsona - i już ma się wylogować, gdy słyszy dźwięk przychodzącej wiadomości, który wybrzmiewa równo z alarmem piekarnika. Spogląda w monitor. Podświetlenie mejla na cyberżółty kolor sygnalizuje, że może to być spam. Przygląda mu się ostrożnie, obawiając się wirusa lub kolejnej reklamy viagry. Z adresu panienkazpieklarodem@sympatico.ca. Pewnie od jakiegoś żartownisia, jak by powiedział ojciec. A w temacie:
Rzeczywiście jest całkiem zeźlę
Newsletter od jakiejś sfrustrowanej kury domowej? Przygryza wargę i klika.
Dzień dobry, Mister!
Właśnie obejrzeliśmy z mamą filmik zatytułowany Będzie dobrze. Z tej okazji postanowiłem skorzystać z wynalazku, jakim jest poczta elektroniczna, żeby Ci donieść, jacy jesteśmy dumni, że Ty i Hilary jesteście wzorem dla młodych, którzy walczą z uprzedzeniami.
Z wyrazami miłości,
Tata
PS Mam nadzieję, że dojdzie do Ciebie. Dopiero wczoraj zainstalowałem sobie pocztę. Oficjalnie przestałem być "cyberzaurem"! Przeszedłem na stronę "surfujących po sieci".
O, bogini!
Wystukuje:
Drogi Tato!
Gratuluję i witam w XXI wieku!
Nie, to brzmi zbyt sarkastycznie.
Usuń.
Drogi Tato!
Witam w erze cyfrowej! I dziękuję. To, że widzieliście film i że wiele on dla Was znaczy, wiele dla mnie znaczy
Jest dumna, że on jest dumny. I że jest dumny, że mama jest dumna; mama, z której Mary Rose również jest dumna. Ech. Nie lubi tej całej elektroniki. Ma wrażenie, że zawiera w sobie element efektu rozmycia. Powinna odpisać ojcu na prawdziwej kartce, prawdziwym piórem, żeby pokazać mu, ile to dla niej znaczy. Wstaje i wkłada tackę z pomidorami do pieca. Są z Izraela, czy to źle?
- Oj, uważaj, Maggie.
- Nie - mruczy maluch w odpowiedzi.
Wraca do stołu. Barwny, ekologiczny obrus z Ikei przysłaniają rachunki i karteczki przypominające o sprawach do załatwienia. Ding! "100 znajomych czeka...". Jakiś miesiąc temu na wycieczce w cyberprzestrzeni zawędrowała o jedno kliknięcie za daleko i niechcący zarejestrowała się na Facebooku, a teraz nie wie, jak się z tego wymiksować. Odwiedziła swoją stronę raz: kwadrat z zarysem głowy i ze znakiem zapytania na środku oczekiwał na zdjęcie jak pusty kamień nagrobny - "ostatecznie i tak do nas dołączysz...". Na pustej ścianie roiło się od nazwisk, z których wiele nic jej nie mówiło. Niektóre pachniały liceum. O co chodzi z tą manią pozostawania w kontakcie? Mary Rose MacKinnon nie jest przyzwyczajona do ciągłości. Pierwsze dziesięć lat życia spędziła na nieustannych przeprowadzkach. I za każdym razem miała wrażenie, że wszystko i wszyscy, których zostawia za sobą, znikają. Lub przenoszą się w inny wymiar, mityczny, w którym czas się zatrzymał. Znajome dzieciaki nigdy nie dorastają. Jak w kreskówce, wszyscy noszą te same ubrania i ludzie oraz miejsca wyglądają tak samo dzień po dniu, bez względu na pogodę, wybuchy czy postrzelenie przez Elmera Fudda. Gdyby jednak mogła się cofnąć w czasie, nie zmieniłaby niczego, bo każda przeprowadzka to był nowy start. Tak jakby - poczynając od trzeciego roku życia - oddalała się od wstydliwej przeszłości. Teraz już nie da się przed niczym uciec. Jeśli w parku jedno dziecko przyłoży drugiemu, oboje wyślą na terapię.
Usuń.
Ludzie niegdyś śmiali się z biuletynów odbijanych na ksero i wysyłanych na Boże Narodzenie przez zawzięte, energiczne kury domowe. Efekt, a może i cel tego działania był taki, że adresat zaczynał czuć się źle z powodu tego, jak nieciekawe jest jego własne życie. Teraz ludzie torturują się wzajemnie online. Służą im do tego zdjęcia z ich wspaniałego życia i tweety opatrzone jednym słowem na temat miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć w Nowym Jorku, nowo otwartych restauracji z czterema stolikami w Toronto, łamania praw człowieka w Chinach i prawdy na temat pościeli z pierza. Gdzie się podziały niegdysiejsze łąki? Dokąd odeszło bzyczenie owadów wśród traw? Drewniany płot w promieniach popołudniowego słońca? Co się stało z czasem, niegdyś rozległym, ciągłym, niezniewolonym gorsetem języka? Gdzie się podziały wszystkie maleńkie wieczności? Zmieniły się w pośpiech.
Gdy pisze mejl do ojca, z lodowców paruje woda, która opada w postaci deszczu na jej lutowy ogród, gdzie nawodnione tulipany naiwnie podnoszą głowy. Czy sytuacja ulega poprawie, czy pogorszeniu? Ding! "Matthew jest zaproszony na przyjęcie urodzinowe synka Eli! Kliknij, aby zobaczyć elektroniczne zaproszenie". Przyjęcie w jakiejś podmiejskiej hali na północ od Yonge i 401. Czy ci rodzice nie mają litości? Przygląda się "informacjom i atrakcjom!". Próbuje znaleźć datę i godzinę imprezy, czego nie ułatwiają animacje pękających balonów i fruwających dinozaurów.
Kiedyś pocieszała się myślą, że ludzkość zniszczy samą siebie jak wirus, a Ziemia odzyska bogactwo i różnorodność. A potem została matką.
A obecnie? Ile ma lat? Nikt obecnie nie mówi obecnie. Nawet się nie obejrzy, jak zacznie nawiązywać do Wielkiego Kryzysu.
Jest pierwszy kwietnia. Gdyby jednak ktoś o tym zapomniał, nie można by go było za to winić, biorąc pod uwagę to, że przez cały luty padał deszcz. Czy przez tę anomalię nastąpiła eskalacja samobójstw, których i tak w tym miesiącu zwykle jest dużo więcej? Od słowa eskalacja kiedyś nie tworzyło się czasownika. Dopiero początek wieku przyniósł wysyp czasowników tworzonych od rzeczowników, których byśmy o to nie podejrzewali.
Drogi Tato!
Ja
Będzie dobrze to internetowy projekt wideo, który powstał z potrzeby wsparcia młodzieży LGBT i queer w odpowiedzi na rosnącą ostatnio wśród niej falę samobójstw i napaści. Dorośli homoseksualiści, teraz zadowoleni z życia, opowiadają przed kamerą o tym, jak było im ciężko, gdy w młodości borykali się z nienawiścią rówieśników, rodziców i, co gorsza, z nienawiścią do samych siebie. Każda historia kończy się zapewnieniem, że wszystko "będzie dobrze". Hilary oglądała film ze łzami w oczach. Mary Rose nie musiała oglądać do końca, zrozumiała ideę i uznała, że to cudowne itd... Filmik pokazywano w szkołach, a nawet w kościołach. Dotarł do zwykłych ludzi z całego świata, nie omijając Rosji i Iranu. Ale ścieżki ewolucyjnych zmian, które doprowadziły do tego, że Dolly i Duncan MacKinnonowie również go obejrzeli, są tak nieprawdopodobne jak pojawienie się inteligentnej formy życia na Ziemi. Przynajmniej tak to widzi Mary Rose, bo mimo że od lat między nią a jej rodzicami wszystko układa się dobrze - nawet lepiej niż dobrze, wspaniale - nie zawsze tak było. Tym bardziej jest więc pod wrażeniem, że na stare lata starają się spojrzeć na doświadczenia ukochanej córki w szerszej perspektywie.
Plusk i wraca na ziemię.
- Nie, Maggie, skarbie, to woda dla Daisy.
Pochyla się i delikatnie odciąga malucha od psiej miski.
- Nie!
- Chce ci się pić?
- Aisy.
- Daisy chce się pić?
- Ja!
- Ty jesteś Daisy?
Maggie dobiera się do miski i zaczyna chłeptać, zanim Mary Rose zdąży postawić naczynie na blacie.
- Nie! - krzyczy mała, łapiąc mamę za prawy pośladek.
Mary Rose napełnia butelkę dla dzieci przefiltrowaną wodą z dozownika i podaje małej. Dziecko rzuca ją na podłogę. Mama wychodzi z lepszą propozycją - placek ryżowy z dżemem. Dziecko po chwili niepokojącej ciszy przyjmuje ofertę. Détente. Kolejny raz udało się udobruchać królewnę. Matka wraca do laptopa. Nie pytaj, komu miga kursor...
Dzwoni telefon. Po dźwięku dzwonka rozpoznaje, że to połączenie międzymiastowe. Czuje przypływ adrenaliny. Może to Hilary? Rzut oka na wyświetlacz przekreśla nikłą nadzieję. To jednak mama. Wpatruje się w telefon, który mimo że bezprzewodowy, kojarzy jej się z nieodciętą pępowiną. Nie może teraz rozmawiać z matką, jest zajęta formułowaniem adekwatnej odpowiedzi na list ojca. Ojca, który zawsze miał dla niej czas. Dryń! Ojca, który nigdy nie podniósł głosu, którego wiara w nią pozwoliła jej się uwolnić z bagna dzieciństwa i zacząć o nim pisać książki. Dryń! Poza tym rozmowa przez telefon działa na Maggie jak czerwona płachta na byka; Mary Rose w końcu będzie musiała przerwać połączenie, a i tak zmarnuje swój cenny czas, który mogłaby przeznaczyć na wysmażenie odpowiedniej odpowiedzi i zajęcie się domem, zanim zrobi zakupy, odbierze Matthew, a potem pędem wróci do domu, żeby z pieczonych na wolnym ogniu pomidorów zrobić "prosty sos toskański". Dryń!
A może to telefon, którego obawiała się przez całe życie... z informacją, że tata nie żyje. Jego wzruszający mejl to będą ostatnie słowa. Może to właśnie go zabiło? W końcu otworzył się na własne emocje i umarł. A wszystko przez nią. Chyba że dzwoni ojciec, a mama nie żyje, co zawsze wydawało się mniej prawdopodobne. Tata rzadko dzwonił. Poza tym w razie wypadku rodzice zadzwoniliby do jej starszej siostry Maureen, a Maureen do niej. Łapie oddech. Rodzice są cali i zdrowi i jak co roku spędzają zimę w swoim wynajmowanym mieszkaniu w Victorii, gdzie klimat jest łagodniejszy i gdzie mieszka jej starsza siostra z rodziną.
Jednak gdy tylko włącza się poczta głosowa, nadchodzi kolejna fala strachu: to może być przecież Maureen... z mieszkania rodziców. Mo odwiedza ich codziennie. Może dziś rano znalazła oboje martwych - jedno zmarło z powodu udaru, drugie na zawał serca po znalezieniu martwego współmałżonka. Choć jej kora nowa uznaje to za mało prawdopodobne, ręka Mary Rose, pozostająca w bliższych stosunkach z ciałem migdałowatym, jest lodowata, gdy odbiera telefon. Czuje się jak zdrajca, którym przecież jest, zamierzając się rozłączyć, gdy tylko się okaże, że nikt nie umarł. Słyszy donośny, głęboki głos matki: "Nie ma cię! Dzwonię, żeby..." - tu zaczyna śpiewać fragment utworu Steviego Wondera: - I just called to say I love you.
Maggie krzyczy: Sitdy! - co po arabsku znaczy babcia, bo nic w życiu Mary Rose nie może być proste - i wyciąga rączki w kierunku telefonu. Mary Rose ma ochotę się udusić. Rozłącza się, odcinając matkę z lekkim poczuciem winy. Mimo to podaje telefon Maggie, żeby powstrzymać nadciągającą katastrofę, przez co czuje się jeszcze gorzej, bo to jak wręczenie dziecku papierka po cukierku. Maggie stuka w klawiaturę, chcąc usłyszeć sitdy. Zamiast tego słychać krótki sygnał, a potem niewzruszony kobiecy głos: "Proszę się rozłączyć i spróbować zadzwonić ponownie".
Maggie reaguje wiązanką dziecięcych epitetów.
- Proszę się rozłączyć... teraz - brzmi głos, chłodny i niewzruszony, jakby mówiąca widziała wystarczająco dużo, żeby wzruszyć się krzykiem dziecka. - To jest nagranie.
- Maggie, kochanie, daj mamuś telefon.
- Nie! - Mała wciąż gorączkowo naciska przyciski. Jest śliczna, ma dołeczki i błyszczące orzechowe oczy. Wszystko robi szybko, wszędzie jej pełno, a jej loki są wyjątkowo niesforne.
- Sitdy się rozłączyła, kotku. - Kolejne oszustwo.
- Słucham? - odzywa się kobiecy głos, ale nie jest to ani bezduszne nagranie automatu, ani wesoły, rubaszny głos sitdy, tylko...
- Mamusia! - krzyczy Maggie, przyciskając telefon do ucha. - Cześć! Cześć!
- Maggie, oddaj mamie telefon. No już - rozkazuje Mary Rose.
- Nie! - krzyczy mała i ucieka do przedpokoju. - Mamusia!
"Hilary jeszcze pomyśli, że biję naszą córkę".
- Cześć! - krzyczy i rzuca się w pościg. Potyka się o wózek i niemal traci równowagę na czymś lepkim, co musi być sprawką psa. - Maggie niechcący wcisnęła szybkie wybieranie!
- W porządku - odzywa się Hil metalicznym, ale wesołym głosem. - Jak tam, Maggie Muggins?
Maggie chowa się pod krzesłem przy fortepianie w salonie.
- Kocham cię, mamusiu.
Hil jest mamusią, a Mary Rose mamuś: biała anglosaska protestantka występuje jako mamusia, a córka Libanki jako jakiś mamuś.
Wraca do kuchennego stołu. Przecież Hilary może się w każdej chwili rozłączyć. Teraz ma chwilę, żeby opracować godną odpowiedź na światły i pełen miłości mejl ojca. Bierze głęboki oddech. Jeśli któreś z rodziców doceniłoby społeczno-polityczne znaczenie filmu, oczywiście byłby to tata. To on zawsze był tym racjonalnym, to on godzinami czytał książki, to on widział przebłyski jej inteligencji świecące jak latarnia we mgle wczesnoszkolnych niepowodzeń. Co może napisać, żeby pokazać, jak bardzo jest mu wdzięczna? Jak bardzo go kocha? Miłość. To słowo jest jak rajski ptak, którego przyłapuje w locie: "Tato, zobacz, co dla ciebie mam!". "Spójrz, zanim będę musiała go wypuścić". Jest nie tylko jej ojcem, jest też jej wybawcą. W przeszłości pisała mu to na pocztówkach, ale chyba niezbyt jasno się wyraziła, bo nigdy nie wspomniał o nich ani słowem. Witał ją ze zwykłym uśmiechem, głaskał po głowie, ale nigdy nie powiedział: "Dostałem kartkę". Raz go nawet o to zapytała. Pokiwał głową roztargniony: "Mhm", a potem zapytał, co tam w pracy. W takich sytuacjach miała wrażenie, że ojca chroni jakaś przezroczysta, ale nieprzenikniona powłoka. Może przekroczyła granicę, mówiąc mu, jakim jest cudownym ojcem. Czy jej kartki były zbyt emocjonalne? Kiedyś mówiło się "ckliwe". Niezależnie od tego, jakich słów użyła, zawsze miała wrażenie, że z jej listów wyziera tragizm; jakby pisała je z głębi jakiejś katastrofy, w którą i on jest wplątany - z łóżka szpitalnego albo wojny czy z celi śmierci. Listy, nad którymi ciąży niewypowiedziane: "mimo że".
Drogi Tato!
Dałam się nabrać
Usuń.
Drogi Tato!
Naprawdę doceniam
Usuń.
Dziękuję za list. Kocham Cię, a Twój mejl wiele dla mnie znaczy
Usuń.
- Au!
Maggie odkłada telefon wprost na stopę Mary Rose.
- Psieplasiam. - Szelmowski uśmiech, loki, rumiane policzki.
Mary Rose idzie do przedpokoju i wyciąga z szafy pluszowego mupeta - jeśli nacisnąć mu na nogę, śpiewa i wykonuje taniec kurczaka; mają takie dwa, oba to prezenty od bezdzietnych przyjaciół - i kładzie kudłatego, czerwonego skrzata na podłodze. Sprząta psie wymioty, wrzuca do plastikowego, bez BPA, kubka niewysypka obrane i pokrojone organiczne winogrona i podaje dziecku. Czuje się jak Davy Crockett pod Alamo - to powinno dać jej kilka minut. Maggie naciska stopę Elmo, a on odżywa i zaprasza do tańca. Mary Rose wraca do laptopa. Czuje ucisk w piersi, jest zdenerwowana, że denerwuje się bez powodu.
Drogi Tato!
Wszystko, co dzieje się w życiu Mary Rose, wynika z jej własnego wyboru. Nie ma na co narzekać, a za wiele rzeczy być może wdzięczna. Może być wdzięczna, poprawia wewnętrzny gramatyk. Ujawniła się, gdy homoseksualizm wciąż był uznawany przez Światową Organizację Zdrowia za chorobę psychiczną. Świat zmienił się na lepsze, również dzięki niej. Teraz może siedzieć przy stole we własnej kuchni, ze swoim dzieckiem, poślubiona ukochanej kobiecie. I czuć się jak złapana w pułapkę kura domowa z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Bezmyślne słowa. Niesprawiedliwe. Antyfeministyczne. Jej życie dzielą całe lata świetlne od życia jej matki. Maggie wymachuje ramionami razem z Elmo, zagłuszając muzykę: "Macham!". Po pierwsze, przed ślubem i pojawieniem się dzieci życie Mary Rose wyglądało zupełnie inaczej niż życie mamy. Była to cygańska włóczęga prowadząca od kariery aktorskiej, poprzez stanowisko scenarzystki telewizyjnej, do roli autorki książek dla młodzieży. MR MacKinnon jest znana z "subtelnego przywoływania" dzieciństwa i "niezwykłych portretów" dzieci. Jej pierwsza książka, JonKitty McRae: Podróż do Gdzieindziej, opowiada o jedenastoletniej dziewczynce, która odkrywa, że w świecie równoległym ma brata bliźniaka. W swoim świecie Kitty nie ma matki, a Jon w swoim nie ma ojca... Co zaskakujące, powieść okazała się bestsellerem zarówno wśród młodzieży, jak i dorosłych. Z rozpędu napisała drugą część, JonKitty McRae: Ucieczka z Gdzieindziej. Obie części znane są jako Trylogia Gdzieindziej - choć trzecią część jeszcze trzeba napisać.
- Tańcz, tańcz!
Po drugie, w odróżnieniu od mamy Mary Rose nigdy nie urodziła dziecka, a tym bardziej żadnego nie pochowała.
Jej partnerka Hilary, która jest dziesięć lat młodsza, dopiero zaczyna karierę, więc gdy rozmawiały o założeniu rodziny, Mary Rose z chęcią zgodziła się przyjąć rolę kobiety w związku. Potrzeba, żeby być w centrum uwagi, zniknęła; niczym John Lennon zamierzała siedzieć i przyglądać się, jak koła się toczą. Niestety, okazało się, że nie ma czasu, żeby siedzieć, zresztą i tak nie jest typem "wielkiego obserwatora". To akurat łączy ją z matką: ma problemy z siedzeniem i obserwowaniem. I słuchaniem. To wszystko robi w pracy Hil, która jest reżyserką teatralną.
Więc Mary Rose na całego zajęła się ogrodem. I gotowaniem. Jak burza przetaczała się przez dom ze szmatą w ręku i z synkiem na biodrze, dopóki nie zaczął stawiać pierwszych niepewnych kroków i nie pojawiła się Maggie, i nagle trzeba było zająć się dwójką. Podziwiany przez nią pisarz stwierdził kiedyś, że seks jest czymś, "czego nie da się opisać". To samo można powiedzieć o dniu spędzonym z dwoma brzdącami. Co prawda wspomnienie tego wczesnego okresu już się rozmyło, ale Mary Rose wciąż miewa odruchy, które go potwierdzają: jak weteran wojenny, który rzuca się na przechodnia na dźwięk trzaśnięcia drzwiami samochodu, tak ona pędzi z chusteczką na ratunek tym, którzy rozlali kawę w kawiarni. Musi się powstrzymywać, żeby nie zakryć ust kaszlącemu nieznajomemu. Kiedyś, gdy liczyła się tylko kariera, myślała, że brakuje jej czasu, ale nie miała pojęcia o przepracowaniu, dopóki nie pojawiły się dzieci. Teraz jej życie przypomina książkę Richarda Scarry'ego Pracowity dzień mamy w zapracowanym miasteczku.
Nigdy nie marzyła o małżeństwie. Nie liczyła, że zostanie matką. W głowie jej się nie mieściło, że stanie się rannym ptaszkiem, że będzie jeździć kombi lub że będzie w stanie postępować zgodnie z instrukcją obsługi domowych urządzeń wymagających montażu; jedyne, co potrafiła dotychczas zmontować, to fabuła.
- Tańcz, kułczaku!
Zatrudniły nianię na pół etatu: Candace z północnej Anglii, prawdziwy wrzód na dupie. Wcielona Mary Poppins. Mary Rose zaczęła uprawiać jogę, a wykonując pozycję drzewa, nabawiła się kontuzji kolana. Poznała inne matki, chodziła na plac zabaw, łapała wszystkie przeziębienia, wstydziła się, gdy zapomniała zabrać przekąsek i była zdana na łaskę perfekcyjnych mamusiek, pyszniła się swoją wielkodusznością, gdy jako jedyna miała dodatkowy chleb ryżowy lub bezzapachowe chusteczki nawilżające. Kupowała do domu przeróżne rzeczy, wyremontowała kuchnię, wertowała katalogi ze sprzętem AGD i nie traciła czasu na polowanie na okazje - kolejna rzecz odróżniająca ją od matki. Dom zapełniał się coraz większą liczbą tego typu przedmiotów. Zawsze firmy All Clad.
Zaledwie trzy lata przed urodzinami Matthew żyła w pijacko-artystycznym zaćmieniu z narwaną Renée, z trzema, w porywach pięcioma, kotami i sporadycznymi napadami paniki. A potem szybko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, poślubiła niebieskooką, elegancką Hil, zamieszkała w jasnym narożnym bliźniaku i została drugą matką dwójki wspaniałych dzieci. Miała życie.
Ale również czuła się tak, jakby była fabryką działającą na prawach gospodarki wojennej. Oczywiście żyły w czasach pokoju, mimo to nie mogła znaleźć wyłącznika, żeby zatrzymać produkcję. Przed wyjazdem do Winnipeg, gdzie miała pracować nad spektaklem, Hillary zapytała Mary Rose, czy chciałaby wrócić do pracy i wycofać się z emerytury, na którą sama siebie skazała. Jak świstak wystawiający pyszczek z nory, pomyślała Mary Rose. Tylko że dla niej życie w cieniu było schronieniem. "Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś, Hil. To jakbyś chciała, żebym znów zaczęła ćpać. Muszę się dowiedzieć, kim jestem bez pracy. Jestem zmęczona rolą elfa, który przędzie złoto z bawełny, jestem człowiekiem, chcę mieć życie godne człowieka, chcę mieć ogród, chcę spokoju, chcę przekuć miecze na lemiesze. Nie chcę kręcić nosem, Darren!". Hil nie uznała tego za zabawne. Zapytała, czy Mary Rose zechciałaby rozważyć udanie się "na wizytę".
Drogi Tato!
Powinnam się domyślić, że mejl jest od Ciebie, gdy tylko zobaczyłam adres. Pamiętam, jak mówiłeś, że tak właśnie Niemcy nazwali szkockie pułki, gdy schodziły ze szczytu w skórzanych kiltach przy dźwiękach dud: "panienki z piekła rodem". Czy dziadek brał udział w obu wojnach? Był sanitariuszem, prawda?
- Machaj, ty kułczaku, machaj!! - krzyczy Maggie z dzikim okrucieństwem trackiego wojownika. Naciska stopę Elmo raz po raz, bez końca.
- Pozwól Elmo skończyć piosenkę, kochanie.
Czy dziadek był alkoholikiem? Czy to dlatego czasem trudno Ci było rozmawiać o pewnych
Usuń.
Hil uważa, że skoro terapia jest dobra dla niej, jest korzystna dla każdego. Mary Rose nie zamierza jednak ryzykować, że jakiś terapeuta, choćby nawet miał dobre intencje, zniszczy jej kreatywność, myląc bogactwo jej podświadomości z niebezpiecznym śmieciem. Nawet jeśli ta kreatywność jest obecnie w stanie zawieszenia. Kursor miga. Coś się jej wymyka. Coś znanego... Dowodzą tego jej dłonie, które unoszą się nad klawiaturą, choć w głowie ma pustkę i patrzy w monitor, jakby ktoś wcisnął pauzę. Oczy prześlizgują się mimowolnie z lewej do prawej - czy to możliwe, żeby mieć wylew i się nie połapać? Ludzie cały czas doznają miniudarów, o których dowiadują się dopiero na tomografii. Musi to wygooglować. Coś znajomego majaczy na granicy świadomości, ma to na końcu języka... niemal to widzi, jak paczkę, skrzynię na morzu. Ale gdy patrzy wprost na nią, przedmiot znika. Wymyka się jej, jakby gdzieś w jej umyśle był plaster, który zakłóca przepływ neuronowych dóbr i usług. Jak blizna.
Drogi Tato!
Ja
Elmo zamilkł, a Maggie wspina się na jej kolana. Mary Rose przytula córeczkę, która tak rzadko jej na to pozwala, i zbyt późno orientuje się, że jej kolana to tylko droga do laptopa. Maggie wyciąga rękę i zanim Mary Rose zdąża zareagować, klika "wyślij".
- Nie! - ryczy odruchowo i natychmiast tego żałuje, ponieważ odziedziczyła głos po matce, którego nie powstydziłby się śpiewak operowy. Dziecko zamiera. - Już dobrze, Maggie.
Nic się przecież nie stało. W liście nie było nic oprócz: "Drogi Tato! Ja". Przecież nie napisała: "Drogi Tato! Pierdol się" - natrętna myśl z rodzaju tych, z którymi zmagała się całe życie; odpady zaśmiecające psychikę, które są źródłem jej kreatywności, a to dzięki niej mogła przejść na półemeryturę tuż po czterdziestce i wbrew przeciwnościom losu siedzieć sobie spokojnie z własnym dzieckiem przy kuchennym stole. Czy w tej sytuacji może wymagać, żeby touchpad nie był wysmarowany dżemem, czy to jednak za dużo?
- Maggie? - Ale Maggie się... zawiesiła. - Maggie, kotku.
Dziecko nagle zaczyna wyć niczym syrena alarmowa, a Mary Rose zaciska powieki, osłaniając się przed podmuchem. Jak na tak dzikiego małego diabełka, Maggie bywa zaskakująco wrażliwa. Mary Rose chodzi po kuchni tam i z powrotem z wyjącym dzieckiem na rękach, a tymczasem w jej uszach, które nie są przecież najmłodsze, niezliczone komórki rzęsate kurczą się i giną, niebezpiecznie przybliżając dni, gdy jak jej starzy, wysuszeni rodzice będzie irytować swoje dorosłe już dzieci dopytywaniem: "Co?! Biuro czy pióro?!". Choć donośne i nieprzerwane protesty mogłyby świadczyć o tym, że Maggie odziedziczyła głos po Mary Rose, prawda jest taka, że matka i córka nie są ze sobą spokrewnione.
Słyszy huk na piętrze, po czym rozlega się drapanie pazurów po drewnianej podłodze, a potem dudnienie łap na schodach wyłożonych dywanikiem. Daisy, zerwawszy się z królewskich rozmiarów legowiska, na dźwięk zamieszania stawia się na służbie. "Co jest? Kurier przywiózł pizzę? Mam go zagryźć?".
- Wszystko w porządku, Daisy. - Mary Rose uspokaja psinę, której przechylony łeb przypomina logo wytwórni płytowej RCA Victor. - Chcesz na spacer?
- Ja! - krzyczy Maggie i natychmiast odzyskuje humor. Przyciska kubek niewysypek do skroni mamy, żeby wyrwać się z jej uścisku i rzucić na grubą szyję Daisy.
Mary Rose otwiera ciężkie dębowe drzwi, a Maggie mocuje się ze szklanymi drzwiami zewnętrznymi. Daisy usłużnie popycha je łbem i jak torpeda wypada na zewnątrz. Zbiega z werandy po schodach i pędzi wprost pod miłorząb, gdzie pada na bok na ściółce jak ustrzelona świnia. Słońce wyszło, ziemia paruje... To zmyli magnolię, blondynkę świata roślin, która już wygląda, jakby chciała pączkować. Płatki, które powinny być różowe, przemarzną i sczernieją, zanim skończy się miesiąc. Sama się o to prosi.
Mimo to lepsze słońce niż wiecznie zachmurzone niebo, które zimą powinno być przejrzyste i jasnoniebieskie. "Jak dla mnie może być". Oddycha głęboko, wdychając zapach ziemi, przygląda się brzydkim odcieniom szarości, brązu i brudnej zieleni, kratkom ogrodowym i nagim dereniom. Za niskim drewnianym płotem przy krawężniku po drugiej stronie ulicy leżą zgniłe poskręcane liście, a także chusteczki, papierki po cukierkach i śmieci przeznaczone do recyklingu, którym udało się uciec; brzydka obietnica wiosny osiadła na słupach ganku. Maggie zaczyna dzwonić do drzwi. Daisy podnosi głowę i zaraz opuszcza.
Mary Rose MacKinnon mieszka z rodziną w Annex, dzielnicy Toronto położonej w centrum miasta. Wiekowe drzewa, popękane chodniki, domy bractw, odnowione rezydencje i nieco skromniejsze, przyjemnie posępne domy kosztujące fortunę. Ich dom plasuje się gdzieś pomiędzy odnowione a posępne. Uwielbia go. Znajduje się niedaleko parku, skąd w 1985 roku porwano dziewięcioletnią dziewczynkę, ale Mary Rose już nie myśli o tym za każdym razem, gdy wygląda przez okno. Zna i lubi sąsiadów - no może z wyjątkiem Rochelle, która mieszka trzy domy dalej i która próbowała wstrzymać im remont. Na ulicy mieszkają same młode rodziny - volkswagen i subaru - plus kilka włoskich reliktów - chevrolet caprice. Do tych ostatnich można zaliczyć starszą wdowę, która postawiła figurkę Najświętszej Panienki na środku ogrodu. Latem jej ogród można rozpoznać jeszcze po tym, że ma najlepiej przystrzyżony trawnik w całej okolicy. Daria, bo o niej mowa, co roku na Boże Narodzenie, ubrana jak elf, częstuje Mary Rose limoncello. Mary Rose dokłada wszelkich starań, żeby jej dzieci były bezpieczne. Używa naturalnych środków czyszczących, myje owoce, nawet te z niejadalną skórką. Zgłasza się jako opiekunka na wszystkie wycieczki, żeby Matthew nie musiał jechać autokarem. Ostatnio, gdy stała na ganku, zauważyła dwójkę dzieci, które goniła matka, krzycząc: "Sebastian, Kayla, nie biegajcie w klapkach!". Mary Rose nie jest aż tak złą matką. W okolicy są dobre szkoły, dom kultury i hala sportowa, nie wspominając o świetnych sklepach przy ulicy Bloor, w odległości kilku kroków. To dzielnica w stylu shabby chic, gdzie latem kosmos rośnie dziko, chodniki pokrywają się kredą, trawniki mleczami, a nieprzycinane żywopłoty i milin amerykański świadczą o lewicowych sympatiach mieszkańców. Przede wszystkim jednak jest to dom jej dzieci, jedyny, jaki znają - musi przyznać, że ciągłe przeprowadzki w dzieciństwie czegoś ją pozbawiły, skoro swoje dzieci postanowiła wychować inaczej.
- Maggie, proszę, daj już spokój.
Dingdongdingdongdingdong.
Mary Rose dokładała wszelkich starań, żeby jej ogród wyglądał dziko. Co prawda nie rosną tam żadne mlecze, bo za nimi nie przepada, jednak staromodne kwitnące krzewy i pnącza spełniają swoje zadanie. O nie, w tym roku znów przegapiła przycinanie krzaków róż - czy jest już na to za późno? Czy może zbyt wcześnie? Mruży oczy. Co to za pomarańczowe fluorescencyjne rury na chodniku przed jej bramą? Czy miasto zamierza przekopać jej ogródek, żeby położyć nowe rury? Czy czeka ją sezon ścieków, wycieków, osiłków z wystającymi spod spodni tyłkami i podeptanych hortensji? Czy dotychczas do domu wodę doprowadzały ołowiane rury? Czy trucizna już przeniknęła do zębów i kości jej dzieci?
Dingdong...
- Maggie...
Dziecko wyrywa się mamie i z kubkiem niewysypkiem w ręce biegnie do Daisy. Urocze.
Kolejna różnica między nią a mamą jest taka, że choć obie nie tolerują mleczy, Mary Rose nie wścieka się na nie i nie rusza w ich kierunku z nożem w starej kwiecistej podomce. Przeklinając przy tym po arabsku.
- Maggie, nie karm Daisy winogronami. - Winogrona nie służą psom. A Daisy ma szczególnie delikatny żołądek, o czym może świadczyć poranna pulpa na podłodze. Ludziom wydaje się, że pitbule są niezniszczalne. Otóż nie są. Mary Rose schodzi po schodach i zabiera małej kubek. - Au, Maggie, nie bij mamuś.
Podnosi córkę...
- Nie, mamuś!
...i wraca do domu, zostawiając Daisy w ogrodzie. Podchodzi do laptopa i na stojąco czyta mejl od Kate, starej kumpeli. "Hej, Mister, wybieramy się z Bridget w środę wieczorem do kina na Wodę. Idziesz z nami?". Mister to pseudonim, który ojciec utworzył z jej inicjałów. Mary Rose zdecydowanie woli go od swojego imienia, którego zresztą nigdy nie lubiła. Jest zbyt kwietne i kobiece. Bezbronne. Na okładkach jej książek widnieje MR MacKinnon. Bezpłciowe inicjały i nieprzypadkowy brak zdjęć autora zmyliły czytelników, którzy błędnie założyli, że jest mężczyzną, co nie zaszkodziło sprzedaży. Do dziś wielu z nich nie wie, jak ma na imię. Odpowiada jej to - nie lubi, gdy jej imię jest na ustach nieznajomych. W pośpiechu odpisuje na mejl. Dobrze będzie się wyrwać z domu i posiedzieć z kumpelami, które nie mają dzieci. Zwłaszcza w środę wieczorem.
Maggie znów chwyta telefon i wesoło ucieka korytarzem - gdy się ma dwa lata, pewne rzeczy nigdy się nie nudzą. Mary Rose ma dylemat: czy powinna się ugiąć i włączyć na wideo bajkę Dora poznaje świat? Przecież nikt nie musi wiedzieć, że ucieka się do takich sposobów przed południem... Ale zapłaci za to: ekran, niezależnie od treści, to cukier dla mózgu, a pół godziny spokoju zostanie okupione dwiema godzinami piekła. Zamiast tego wywabia Maggie z kryjówki pod fortepianem kluczykami do samochodu. Maggie w zamian oddaje telefon. Bawi się kluczykami całe trzy minuty, a dla czegoś takiego warto zaryzykować, że niechcący włączy alarm.
Odłącza laptop, zabezpiecza gniazdko i wstaje, uderzając głową o stół. Zakłada prawdziwy fartuch szefa kuchni - pomidory zaczynają pachnieć - otwiera lodówkę i wyjmuje surowego kurczaka, który chłodził się przez całą noc. Kładzie go na antybakteryjnej desce do krojenia. Myje ręce, umieszcza magazyn kuchenny na stojaku na przepisy i z zadowoleniem sięga po nożyczki. Dzwoni telefon. Wzdycha i odbiera.
- Cześć, mamo.
- A więc jesteś!
- Tak, jak się...
- Co się stało?
- Nic, jestem...
- Jak dzieci?
- Wspaniale...
- Jak Hilary?
- Jest w Winnipeg.
- A cóż ona tam robi?
- Reżyseruje Bądźmy...
- Więc jesteś sama z dziećmi?
- No cóż, tak naprawdę nie jestem sama...
- Pewnie masz sporo rzeczy na głowie.
- Matthew jest w szkole do południa, a Maggie i...
- Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie masz już dwudziestu pięciu lat, kochanie?
- No właśnie, mamo, dlatego też nie mam pretensji do dzieci, że zrujnowały mi karierę, ani ochoty, żeby co wieczór wychodzić na balety. Jestem zdrowsza niż kiedykolwiek...
- Laleczko, jesteś wspaniałą matką, obie jesteście...
- Tylko że ja jestem stara i zniedołężniała...
- Nie o to mi chodziło, Sadie, Thelma, Minnie, Maureen...
- Mary Rose.
- Wiem, kochanie. Chwila, po co właściwie do mnie dzwonisz?
- To ty do mnie dzwonisz.
- Ach tak, a po co?
- Nie wiem, mamo.
Cisza.
- Cholera, oddzwonię do ciebie.
Jej mama jest wielozadaniowa w bardzo oryginalny sposób. Pewnie właśnie ma garnek na kuchence, świadka Jehowy przy drzwiach i pracownika Bella na drugiej linii.
- Okej, mamo, miłego...
Klik. Mama się rozłączyła.
Mary Rose zdążyła przywyknąć, że gdy mama zwraca się do niej po imieniu, wypowiada ich wiele, zanim trafi na to właściwe. Czasem najpierw wymienia wszystkie sześć imion swoich sióstr, włącznie z grubą, nieżyjącą już ciotką Sadie. To nie dowód demencji, raczej pozostałość po dorastaniu w chaotycznej rodzinie wielodzietnej. Mama miała dwanaścioro rodzeństwa. Babcia, która co prawda przyszła na świat w Kanadzie, ale miała libańskie korzenie, urodziła ją, gdy sama była jeszcze dzieckiem. Wyszła za mąż w wieku lat dwunastu i miała trzynaścioro dzieci. Dziadek Mary Rose przyjechał ze Starego Świata i przywiózł ze sobą zasady życia Starego Świata. Ibrahim Mahmoud, Abe, przybył do Kanady tuż przed tym, gdy imigracja z "krajów orientalnych" została zakazana. Naprawdę, sama Dolly w Cape Breton została uznana za niebiałą. Gdy jako młoda kobieta w latach czterdziestych chciała zapisać się na szkolenie dla pielęgniarek, musiała pokonać jedną przeszkodę - według Abe pielęgniarki to "włóczykije" - tylko po to, żeby stawić czoło kolejnej: szpital w jej rodzinnym mieście Sydney, w Cape Breton, kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja, nie przyjął jej na szkolenie, powołując się na "segregację rasową". Przejechała dziewięć mil do New Waterford, gdzie uznano ją za wystarczająco białą. I gdzie poznała przyszłego męża - to było rodzinne miasto Duncana. Tak więc Mary Rose przyszła na świat z powodu rasizmu.
Sposobem Dolly na zapominanie imion było zwracanie się do wszystkich - do wszystkich kobiet - "laleczko". Mary Rose pomyślała, że to spieszczenie pełni jeszcze jedną funkcję, aide-mémoire, gdyby kiedyś zapomniała własnego. Odkłada telefon i ponownie myje ręce. Podczas gdy już dawno temu zdążyła wyliczyć wszystkie różnice między nią a matką, dopiero ostatnio uderzyła ją przepaść między nią a babcią - dwunastoletnią panną młodą, której nigdy nie poznała, ale której legenda budziła grozę. Dorastała, słuchając takiej oto historii: "Twój dziadek miał dwadzieścia, a twoja babcia dwanaście lat, gdy zakochali się w sobie i uciekli...". To jeden z kilku aspektów rodzinnej legendy, na który Mary Rose zaczęła patrzeć inaczej, jakby wybudziła się z narkozy. Może tak się dzieje, gdy samemu zostaje się matką? Następuje przewartościowanie tropów i zasobów własnego dzieciństwa: "Moja babcia była dzieckiem...". Natomiast mama Mary Rose wyszła za mąż w sędziwym wieku lat dwudziestu pięciu, ale nadal mawia: "Mamusia miała rękę do dzieci". Z czego można wnioskować, iż uważa, że sama miała ręce do czego innego.
***
Grudzień w Winnipeg, 1956.
Przepastne niebo przybrało szary odcień. Autokar krztusi się gęstą czernią spalin - na razie nikt się tym nie przejmuje; zanieczyszczenie środowiska wciąż jest niewielkie, zwłaszcza w Kanadzie - i lekko się kolebie, gdy na skrzyżowaniu Portage i Main trafia na silny podmuch wiatru, a potem z trudem dociera na peryferie miasta, zostawiając za sobą skromną panoramę z elewatorami zbożowymi na jednym końcu i kominem szpitalnym na drugim. Mija Armię Zbawienia, tawernę z osobnym wejściem dla "pań i osób towarzyszących", halę sportową i cmentarz. Obrzeża miasta dopiero zostaną poprzecinane lokalami usługowymi na franczyzie. Ludzie wciąż oszczędzają i kupują domy za pieniądze, dochodu nie nazywa się jeszcze rozporządzalnym, ale boom, który ostatecznie doprowadzi do kryzysu, już się rozpoczął; fabryki pracują pełną parą, a wskaźnik zatrudnienia rośnie. Za moment autokar wjedzie w ośnieżone pola i podąży dalej na północ.
Widok z okna się nie zmienia. Zupełnie jakby autokar stał w miejscu. Prerie mogą wydawać się monotonne... ich bogata rzeźba i ciągły ruch dostrzegalne są tylko dla kogoś, kto się na nich urodził. Każde pole pod bezkresnym, przytłaczającym niebem jest unikatowe. Ale młoda kobieta w chustce, która siedzi samotnie z tyłu i wygląda przez okno, nie jest stąd. Podobnie jak wielu w obecnych czasach, jest daleko od domu.
Jakiś mężczyzna wsiadł przy hali sportowej, usiadł z tyłu i zapalił papierosa. Kobieta uchyliła okno. Na kolanach trzyma torebkę i siatkę na zakupy z Domów Towarowych Zatoki Hudsona. Kobieta jest wielka jak wieloryb. Tak to czasem bywa w drugiej ciąży. Jej mąż jest w pracy w bazie wojskowej. Jej trzyletnia córka została z panią z Klubu Żon Oficerów. Kobieta wróci do domu na czas, żeby przygotować obiad. Wyjęła kurczaka z zamrażarki.
Lekarz powiedział:
- Proszę wracać do domu i czekać. I przyjść, gdy zaczną się skurcze.
- Czyli kiedy?
- Za jakieś dwa tygodnie. Jeśli się nie zaczną, to i tak proszę się zjawić.
Jest pielęgniarką, wie o tym.
Zanim złapała powrotny autobus do bazy lotniczej w Gimli, wstąpiła do Zatoki Hudsona. Rzadko jeździ do centrum, poza tym sklep jest tuż przy gabinecie lekarskim. Na wystawie pośród dekoracji świątecznych Święty Mikołaj siedzi w pociągu i pije colę. Kupiła rękawiczki, choć nawet nie były w promocji. Sprzedawczyni uśmiechnęła się do niej i zapytała:
- Kiedy ma pani termin?
- Dziecko nie żyje - odparła.
A sprzedawczyni zaczęła płakać.
- Proszę nie płakać - powiedziała młoda ciężarna. - Dlaczego pani płacze, skoro ja nie płaczę?
Zrobiło jej się żal ekspedientki, więc kupiła rękawiczki, żeby poprawić jej humor.
***
Mary Rose właśnie sięga po nożyce, gdy znów dzwoni telefon. Tęsknym wzrokiem zerka na surowego kurczaka, na nożyce w bloku, na ilustrowany przewodnik zamieszczony w magazynie, który przeprowadzi ją krok po kroku przez proces luzowania. Odbiera telefon.
- Cześć, mamo.
- Wysłałam ci paczkę! - krzyczy triumfalnie Dolly.
Mama wymawia to słowo jak "pajczkę". Mary Rose zauważyła, że akcent rodziców uaktualnił się stosunkowo niedawno, choć minęło ponad pięćdziesiąt lat, odkąd opuścili wyspę Cape Breton.
- Co mi wysłałaś?
- To niespodzianka.
Mary Rose słyszy dobiegające z ogrodu ujadanie Daisy.
- Co to za odgłosy?
- To tylko pies, mamo.
- Lepiej idź to sprawdzić.
- Wszystko w porządku, brama jest zamknięta.
Z ogrodu dobiega kolejna salwa. Zerka na korytarz. Za przeszklonymi drzwiami wejściowymi dostrzega ruch.
- Mamo, poczekasz chwilę?
- Nie ma mowy, to rozmowa międzymiastowa! Oddzwoń do mnie. Na mój koszt!
Pędzi do drzwi ze słuchawką przy uchu i widzi, jak listonosz ucieka z ogrodu, przeskakując przez niski płot na ulicę.
- Daisy!
- Cześć, Daisy! - krzyczy mama z Victorii w Kolumbii Brytyjskiej wprost do jej ucha. - Tu sitdy. - Gdyby to była Maggie, powiedziałaby jej, żeby przestała się wydzierać, ale Dolly inaczej nie potrafi.
- Muszę kończyć, mamo. - Odkłada słuchawkę. - Daisy! - wydziera się. - Do nogi!
Daisy przybiega, szczerząc kły i kuląc się ze wstydu. Mary Rose macha na listonosza, ale ten odjeżdża z piskiem opon.
Nietypowo, a może nawet wbrew przepisom, zostawił przesyłkę na kamiennej ścieżce w ogrodzie. Spora paczka. Pajczka! Ze śladami kłów. Daisy chyba nie pogryzła listonosza? Po dokładniejszych oględzinach okazuje się, że to jednak nie od mamy. Na pudle znajduje się logo sklepu L.L. Bean. Wpycha telefon do tylnej kieszeni i zachwycona podnosi pudło. "O, słodka zagadko życia, w końcu cię znalazłam!". Niesie je na ganek, gdzie w ostatniej chwili ratuje Maggie przed upadkiem z wysokości metra i dwudziestu centymetrów, łapiąc ją za ramię. Maggie się wydziera. Jedną ręką trzymając córkę, drugą pudło, siłuje się z drzwiami, a jednocześnie kątem oka dostrzega, że wieko beczki na deszczówkę się poluzowało - na myśl o Maggie unoszącej się w ciemnej wodzie twarzą w dół robi się purpurowa. Chwyta ją mocniej, za co zostaje nagrodzona kopniakiem. Jeszcze dziś po południu, gdy Maggie będzie spać, a Matthew będzie zajęty budową wiaduktu firmy Brio, postara się coś z tym zrobić. A gdy już odpuści sobie naprawę za pomocą jedynego narzędzia, którym umie się posługiwać, czyli taśmy klejącej, zadzwoni po kogoś, żeby się tym zajął... jaka nazwa widnieje z boku vana, którego widuje w okolicy? Mąż do wynajęcia? Zrobi to zaraz po tym, jak zadzwoni do kominiarza i umówi się z nim na tę samą godzinę co z gościem od ogrzewania, wypełni "prosty" formularz do Urzędu Skarbowego, zapisze się na mammografię i oddzwoni do mamy. Jak ktokolwiek jest w stanie utrzymać dziecko przy życiu przy takim mnóstwie spraw na głowie?
W kuchni Maggie próbuje pomóc otworzyć paczkę. Mary Rose czeka cierpliwie, aż mała się znudzi, a potem wyjmuje nożyce z bloku do noży. Uwielbia je; to nożyce kupione przez telezakupy w pokoju hotelowym Fort Garry w Calgary podczas ostatniej trasy promocyjnej książki - "nigdy więcej nie będziesz potrzebować nożyc!". Klęka i jednym cięciem otwiera pudło... z którego wyciąga zamówiony przez siebie sprytny, idiotoodporny stojak na drzewko choinkowe. Wyjmuje go ze styropianu i przez chwilę podziwia gładką zieloną kopułę i ergonomiczne zaciski, gotowe wgryźć się w świeżo przycięty pień. Lata świetlne od stojaków z jej dzieciństwa, częstych sprawców katastrof. Ten ma stabilną bazę, opatentowany mechanizm mocowania i zbiornik na wodę. Rozpiera ją duma, lekko zaprawiona poczuciem winy, że wygrała z ojcem i całym pokoleniem mężczyzn, którzy każdego roku, pocąc się i przeklinając pod nosem, męczyli się z tym ustrojstwem. Przechodzi przez bramkę zabezpieczającą schody, zamyka ją za sobą - Maggie zaczyna wrzeszczeć jeszcze głośniej - i z czułością niesie stojak aż na poddasze, gdzie umieszcza go w łatwo dostępnym miejscu. Co prawda będzie go używać tylko raz w roku, jednak podziękuje sobie za każdym razem, gdy nie będzie musiała przedzierać się przez tony śmieci, żeby go wyciągnąć. Zgrzana, ranna i wyczerpana. Przeklinając przy tym siarczyście. Mary Rose MacKinnon ma stojak na choinkę, który spełnia swoją funkcję i jest łatwo dostępny. Ma taki dom. Takie poddasze. Takie życie.
Nie przejmuje się, gdy na dole zapada cisza. Jest pewna, że małej nic się nie stanie przez tę jedną chwilę, ponieważ dom jest całkowicie zabezpieczony.
***
Skurcze są słabe, to trwa zbyt długo i może być niebezpieczne, więc wywołują poród. Podają jej kroplówkę i ustawiają parawan, żeby nic nie widziała. Zaczyna rodzić.
Zgniatają główkę dziecka, dzięki czemu poród będzie łatwiejszy. Jest drobną kobietą, nie ma potrzeby, żeby cierpiała. Doskonale zna procedurę, jest przecież pielęgniarką. Podczas pierwszej ciąży, gdy płód znajdował się w położeniu podłużnym miednicowym, chcieli postąpić tak samo. "To właśnie zrobilibyśmy w moim kraju" - powiedziała pielęgniarka z zachodnich Indii. Ale młoda matka odparła: "Ratujcie dziecko". Poprosiła o księdza, który udzielił jej namaszczenia chorych. Jednak zarówno matka, jak i córka przeżyły. "Poród urazowy". To było nabazgrane w jej karcie.
Tym razem dziecko było martwe od wielu tygodni, a ona od samego początku wiedziała, że coś jest nie tak. Gdy niedługo po pierwszym porodzie okazało się, że znów jest w ciąży, nie ucieszyła się. I czuła się winna z tego powodu. Gdy powiedziała o tym na spowiedzi, ksiądz odparł, że tęsknota za matką w takiej sytuacji jest naturalna, jednak Bóg nigdy nie zsyła na nas więcej, niż zdołamy unieść. Dostała rozgrzeszenie, ale czarne myśli pozostały: Szkoda, że Bóg nie poczekał, aż dojdę do siebie. Szkoda, że mamusia jest tak daleko. Szkoda, że jestem w ciąży...
Kiedy podzieliła się z lekarzem swoimi podejrzeniami, ten odparł: "Niech pani nie będzie niemądra". Jednak skoro pofatygowała się tak daleko, postanowił ją zbadać. Przyłożył zimny metalowy stetoskop do brzucha i nasłuchiwał. Przesunął dysk. I jeszcze raz. Nasłuchiwał, ale nie usłyszał bicia serca. Rzucił stetoskop i wyszedł bez słowa. Wzięła futro z owczej skóry i wyszła, mówiąc recepcjonistce: "On chyba naprawdę czuje do mnie wstręt".
Zastanawia, czy miała złe przeczucie, bo dziecko było martwe? Czy może odwrotnie?
Podczas zabiegu wszyscy mówili szeptem. Musiała być przytomna, żeby przeć, ale dostała środki uspokajające. Dziecko jest duże, zwykle tak jest z dziećmi z wadami serca. To nie trwa długo. Szarpnięcie. A potem dziecko znika, a ona czuje pustkę.
Słyszy szelest. To pielęgniarka owija jej dziecko. A potem oddalające się odgłosy miękkich kroków. Zabierają je.
***
Gdy Mary Rose schodzi na dół, jej oczom ukazuje się niezwykły widok: Maggie siedzi spokojnie w salonie odwrócona plecami do drzwi, zaabsorbowana jakimś rodzajem ćwiczeń kształtujących motorykę niedostępnych dla oka. Musi być w trakcie skoku rozwojowego. Obok niej leży Daisy i niewinnie skubie łapę, unikając wzroku swojej pani. Poczciwa, stara kochana sunia, choć może trochę zbyt impulsywna i wiecznie zawstydzona. Pitbule są zakazane w Ontario, ale Daisy przyszła na świat, zanim ustawa weszła w życie. Nie uśpiono jej, jednak cały czas jest takie ryzyko, jeśli zostanie uznana za zagrożenie. W miejscach publicznych może przebywać tylko w kagańcu. Według Mary Rose przepisy te powinny być stosowane wobec ich autorów, nie psów.
Wzięły ją ze schroniska. Zamierzały zmienić jej imię na Lola, ale rzut oka na osiem umęczonych sutków uświadomił im, że przeszła już wystarczająco wiele. Daisy to płowy, muskularny amerykański staffordshire terrier o nieokreślonym wieku, który chrapie głośniej niż świętej pamięci ciotka Sadie i który najbardziej na świecie boi się obcinania pazurów. Jej czaszka przypomina kształtem niemiecki hełm z czasów drugiej wojny światowej. Z powodu urodzenia wielu szczeniaków gruczoły okołoodbytowe trzeba jej oczyszczać co kilka miesięcy. Jeśli nie zrobi tego weterynarz, Daisy pociera zadem o dywan, dopóki same się nie oczyszczą. Podczas przyjęć urodzinowych drzemie na brzuchu, rozkładając łapy jak pieczona przepiórka. Gdy się uśmiecha, wygląda jak Mickey Rooney.
Daisy przewraca się na bok i rozciąga za plecami Maggie, służąc małej za oparcie. Uroczy obrazek. Jednak kiedy tylko Maggie zrobi się śpiąca, przyjdzie czas na drzemkę. Co prawda Hilary zasugerowała, żeby zrezygnować z niej przed południem, dzięki czemu Maggie będzie lepiej sypiać w nocy, ale Mary Rose ją przejrzała. "Chciałaś powiedzieć, ty będziesz sypiać lepiej. A co ze mną? To ja muszę użerać się z tą marudą przez cały dzień", pomyślała. Salon, jak każde pomieszczenie w domu, jest strefą wolną od ryzyka - chyba że za takowe uznać Maggie. Zaledwie kilka dni temu Mary Rose zabezpieczyła krawędzie ławy specjalnymi osłonami (które Hil z pewnością usunie, gdy tylko wróci), choć leżą na niej wyłącznie niegroźne przedmioty - głównie książki i schludnie ułożony stos magazynów "New York Review of Books", który czeka, aż będzie miała wolną chwilę albo zapalenie oskrzeli, co sprowadza się do tego samego. Gdy tylko Hil wróci do domu, a ona w końcu będzie mogła się rozchorować, z rozkoszą do nich zajrzy, szprycując się przy okazji antybiotykami. Na dywanie jest rozłożona kolejka, w której siedzą Thomas i jego przyjaciele z uśmiechem lub grymasem na twarzy i czekają na powrót Matthew, który na pewno zauważy, jeśli zmienią się miejscami. Ale Maggie nie wykazuje żadnych chęci plądrowania wagonów lub demolowania torów - na zachodzie bez zmian. Mary Rose korzysta z okazji i po cichutku wraca do kuchni.
Gdy zabiera się do rozkładania kartonu po stojaku, zauważa kluczyki do samochodu na podłodze. Maggie! Podnosi je i chowa do kieszeni dżinsów. Niewiele brakowało... Składa karton i chce włożyć go do głębokiej szuflady, która pełni funkcję kosza do recyklingu, natyka się jednak na blokadę zabezpieczającą, a gdy ją zwalnia, przygniata palec zaciskiem. Ponownie myje ręce i wraca do bladego, bezwładnego kurczaka. Czy można pozbyć się frustracji przez luzowanie drobiu?
Mary Rose potrafi powstrzymać mdłości towarzyszące wszystkim aspektom gotowania z jednym wyjątkiem: gdy przygotowuje surowego kurczaka, nigdy nie trzyma go za skrzydełka. Widok skóry rozciągniętej między korpusem a skrzydłami jest taki... Ma wrażenie, że kurczak cierpi. Gdy była dzieckiem, mama chwytała kurczaka za skrzydło i rzucała go na blat z hukiem. A raczej z pluskiem. To, że kurczaka to nie bolało, nie miało znaczenia. Mary Rose czuła ból.
Mimo że fobia przestała utrudniać jej życie, wciąż znajduje się na odległym trzecim miejscu za przerażającą pierwszą dwójką: lękiem wysokości i klaustrofobią - które tak naprawdę są dwiema stronami tego samego medalu. Mary Rose jest w zażyłych stosunkach z obojgiem. Klaustrofobia dała o sobie znać, gdy jako dwudziestoparolatka wchodziła za siostrą wąskimi schodkami na wieżę katedry w Münster, natomiast po wejściu na wieżę zdobioną gargulcem, trzysta stóp nad Schwarzwaldem, dopadł ją lęk wysokości. Mo zrozumiała, co się dzieje, i nie spuszczała z niej wzroku. "Wszystko w porządku, Rosie. Chodź do mnie". Nigdy wcześniej nie cierpiała na lęk wysokości. W jednym z pierwszych wspomnień zwisa przecież spokojnie z balustrady balkonu na trzecim piętrze. Jeśli się nad tym zastanowić, zdarzyło się to w tym samym kraju. I w tym samym towarzystwie.