Pani Cone oprowadzała mnie...
Pani Cone oprowadzała mnie po domu. Co chwila miałam ochotę przystanąć i dokładnie obejrzeć rzeczy piętrzące się w miejscach, w których nie powinny się znajdować: krzywy stos książek na jednym z palników kuchenki, kubek po kawie na pudełku po butach w holu wejściowym, mosiężny posążek Buddy na grzejniku, różowy dmuchany materac pośrodku pokoju dziennego. Właśnie skończyłam czternaście lat, był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty piąty, a całą wiedzę na temat domów, mebli i utrzymywania porządku wpoiła mi w dzieciństwie mama. Osłupiałam, kiedy pani Cone bosą stopą (z paznokciami pomalowanymi na jaskrawą czerwień) odsunęła na bok górę swetrów blokującą schody. To ludzie naprawdę tak mieszkają? Zawsze przeczuwałam, że zdarza się to gdzieś na świecie, ale nie spodziewałam się, że natrafię na taki dom w naszej okolicy, w Roland Park, którą mama nazywała najelegantszą dzielnicą Baltimore.
Prawie wszystkie ciemne drewniane drzwi na piętrze były otwarte, a te jedne zamknięte pokryte były u dołu nalepkami z napisem: "IMPEACHMENT: I to już!". Obok wisiał plakat ze Snoopym tańczącym z nosem w górze. Wszystko było nieco przekrzywione, jakby naklejone po pijaku i na klęczkach.
- To pokój Izzy. - Pani Cone otworzyła drzwi, a gdy podążyłam za nią, znalazłam się w miejscu, które wyglądało, jakby właśnie ktoś ostrzelał je zabawkami z armaty. Znikopis. Gra zręcznościowa Operacja. Klocki Lego. Książeczki z lalkami do wycinania. Zestawy do kolorowania. Naklejki. Książki Richarda Scarry'ego. Sterta plastikowych koników. Każda płaska powierzchnia była zawalona rzeczami. Ciekawiło mnie, czy wieczorami Izzy albo jej mama jednym ruchem ręki zrzucają wszystko z łóżka na podłogę.
- Izzy. - Uśmiechnęłam się. Nasza sąsiadka, pani Riley, powiedziała mi, że dziewczynka ma na imię Isabelle. Zdecydowanie wolałam "Izzy", bo podobało mi się, jak łaskocze mnie w język, kiedy mówię to zdrobnienie. Nie znałam nikogo o imieniu Isabelle czy Izzy. Nie miałam też okazji poznać wcześniej Izzy Cone. Jednak dzięki rekomendacji pani Riley i po rozmowie telefonicznej z panią Cone zostałam zatrudniona jako jej niania na lato. Byłam przekonana, że ta rozmowa będzie miała charakter rozmowy kwalifikacyjnej, ale pani Cone po prostu opowiedziała mi o Izzy.
- Nie garnie się do zabawy z rówieśnikami. Nie wydaje się specjalnie zainteresowana tym, co interesuje większość pięciolatek. Przez cały dzień trzyma się blisko mnie. Zwykle mi to nie przeszkadza, ale tego lata mam wiele zajęć, więc... - Pani Cone zawiesiła głos, a ja zastanawiałam się, czy powinnam teraz powiedzieć, że wezmę tę pracę, czy raczej poczekać, aż zostanie mi ona oficjalnie zaproponowana.
Doskonale rozumiałam pięciolatkę, która chciała być blisko mamy. Ja też zawsze chciałam być blisko mamy. Do tej pory lubię pomagać jej w domowych obowiązkach, siedzieć obok niej i coś sobie czytać albo chodzić z nią na zakupy i wybierać najładniejszą paprykę czy najlepszy kawałek mięsa. Ilekroć musiałam spotkać się z dziećmi w moim wieku - na przykład wtedy, gdy koleżanka z klasy zapraszała do siebie na noc - czułam się jak cudzoziemka. Skąd dziewczynki wiedziały, o czym między sobą szeptać? Dlaczego wszystkie myślały o tym samym? W zależności od wieku mogło chodzić o Barbie, stroje, chłopców, fryzury, błyszczyki, pismo "Teen Beat" - żaden z tych tematów tak naprawdę nie wydawał mi się ciekawy. Nie miałam prawdziwych przyjaciółek aż do czasów gimnazjum, kiedy to do Baltimore przeprowadziły się bliźniaczki Kellogg z Albany w stanie Nowy Jork. One też nie bardzo znały dziewczyńskie rytuały i zwyczaje. I one także lubiły spędzać popołudnia przy gramofonie, słuchać ścieżki dźwiękowej musicalu Pippin, grać na pianinie i śpiewać skomplikowane wielogłosowe utwory barokowe, oglądać powtórki programu Francuski szef kuchni i wypróbowywać podawane tam przepisy albo przyrządzać desery według przepisów z magazynu dla kobiet "Good Housekeeping".
Im więcej pani Cone opowiadała mi przez telefon o Izzy, tym bardziej pragnęłam się nią zająć. Byłam w stanie myśleć tylko o tym, o ileż przyjemniej będzie spędzić lato, opiekując się pięcioletnią dziewczynką, która nie ma przyjaciół, niż chodząc na basen do naszego country clubu jako ta dziewczyna, która nie ma przyjaciół. Nie słuchałam, kiedy pani Cone podała mi wysokość wynagrodzenia. Dla mnie to był tylko taki bonus. Jeszcze zanim skończyłyśmy rozmawiać, postanowiłam, że całą wypłatę odłożę i pod koniec lata kupię gramofon do swojego pokoju. Może taki z osobnymi głośnikami? A jak zostanie trochę pieniędzy, to sprawię sobie też radio, by w końcu posłuchać amerykańskiej top listy piosenek z płyt, których mama nie pozwalała mi kupować.
Usłyszałam, jak drzwi na dole otwierają się, a po chwili zamykają z trzaskiem. Pani Cone znieruchomiała i zaczęła nasłuchiwać z głową przechyloną w stronę korytarza.
- Richardzie? - zawołała. - Richardzie! Jesteśmy na górze!
Ścierpłam na myśl, że doktor Richard Cone każe mi zwracać się do siebie po imieniu. Pani Cone powiedziała, żebym mówiła do niej "Bonnie", ale nie mogłam się na to zdobyć. Nawet w myślach nazywałam ją "panią Cone", chociaż wcale nie wyglądała na "panią". Miała długie lśniące rude włosy i pokrytą piegami twarz, a usta pomalowane na jasnopomarańczowo. Włożyła na siebie coś, co było albo długą jedwabną bluzką, albo bardzo krótką jedwabną sukienką. Cienka połyskliwa tkanina ślizgała się po jej ciele, uwidaczniając kształt jej sutków. Wcześniej widziałam sutki na plakatach ze sławnymi ludźmi albo u kobiet w reklamach alkoholu. Nigdy nie widziałam choćby zarysu sutków u mojej mamy. Tych kilka razy, gdy weszłam do jej pokoju i zastałam ją w biustonoszu, miałam wrażenie, że jej piersi chroni beżowa zbroja.
- Co?! - Doktor Cone wydarł się u dołu schodów.
- Mamusiu! - wrzasnęła Izzy.
- Richardzie! Izzy! Wejdźcie na górę!
To było więcej wrzasków, niż usłyszałam przez całe swoje życie w moim rodzinnym domu. Pewnego wieczoru mojej mamie wyrwało się: "Cholera jasna!", gdy nadepnęła w kuchni na odłamek talerza, który rozbiłam wcześniej tego dnia. Pomyślałam wtedy, że świat zapadnie się jak trawiony ogniem dach kryty papą. Nie chodziło tylko o to przekleństwo. Nigdy przedtem nie widziałam mamy na bosaka. Oczy musiały mi wychodzić z orbit, gdy patrzyłam, jak wyciąga odłamek z pięty.
- Mary Jane - odezwała się wtedy mama - idź na górę i przynieś mi pantofle, żebym mogła zamieść podłogę jak należy. - Stała nade mną i patrzyła mi na ręce, kiedy zamiatałam wcześniej, po stłuczeniu naczynia, ale najwyraźniej zrobiłam to niedokładnie.
- Czemu jesteś boso? - spytałam, a mama, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, stwierdziła tylko:
- Dlatego nigdy nie powinno się chodzić boso. A teraz przynieś mi pantofle.
- Ty zejdź! - ryknął w górę schodów doktor Cone. - Izzy coś zrobiła!
- Zrobiłam coś! - wrzasnęła Izzy.
- Mary Jane tu jest! - odwrzasnęła pani Cone.
- Kto? - ryknął doktor Cone.
- MARY JANE! Wakacyjna niania!
Uśmiechnęłam się nerwowo. Czy doktor Cone wiedział, że zostałam zatrudniona do pracy w jego domu? I ile jeszcze wrzasków potrzeba, zanim ktoś postanowi podejść do osoby, do której krzyczy?
- Mary Jane! - Stopy Izzy zadudniły na schodach, gdy wbiegała na górę. Z impetem wpadła do pokoju. Miała buzię jak dzieci z wiktoriańskich kartek walentynkowych i energię pioruna kulistego. Polubiłam ją od razu.
Skoczyłam ku niej, a ona objęła mnie z całych sił.
- Bardzo się cieszyła na wasze spotkanie - powiedziała pani Cone.
- Cześć. Miło cię poznać! - Przeciągnęłam palcami po miedzianych lokach Izzy, spiętych w połowie długości.
- Coś zrobiłam! - Izzy oderwała się ode mnie i przytuliła do mamy. - Jest na dole.
W drzwiach stanął doktor Cone.
- Mary Jane! Jestem Richard. - Uścisnął mi dłoń na powitanie jak komuś dorosłemu.
Mama cieszyła się, że będę pracować dla doktora i jego żony w czasie wakacji. Powiedziała, że dom lekarza to szacowny dom. Z zewnątrz dom Cone'ów rzeczywiście wyglądał szacownie. Kryty gontem, miał nieregularną bryłę i niebieskie okiennice. Wprawdzie jego otoczenie było nieco zaniedbane (na trawniku straszyły łyse placki, połowa krzewów uschła, ich gałęzie przypominały chude ramionka głodujących dzieci), ale nawet widząc to, mama i tak nigdy nie domyśliłaby się, ile rzeczy wala się w środku - na schodach, w holu i pokoju, w którym akurat staliśmy.
Poza tym mama z pewnością nie miała pojęcia, jak długie baki nosi doktor Cone. Po bokach jego twarzy zwisały właściwie dwie kozie bródki. Włosy na głowie doktora wyglądały na nietknięte grzebieniem - brązowe kosmyki sterczały swobodnie na wszystkie strony. Mój tata nosił gładką fryzurę, starannie zaczesywał włosy na jedną stronę. Nigdy nie widziałam na jego twarzy odrobiny zarostu, nawet cienia włoska. Żadna osoba poniżej czterdziestki nie zwracała się do niego inaczej niż "panie Dillard".
Gdyby tata wiedział, że pracuję dla rodziny doktora, zaaprobowałby ten fakt. Ale on nie przywiązywał wielkiej wagi do moich spraw. Właściwie do niczyich spraw. Codziennie wieczorem po pracy siadał w salonie w swoim ulubionym fotelu przy oknie, a następnie czytał "Evening Sun", póki mama nie oznajmiała, że kolacja gotowa. Wtedy przechodził do jadalni, gdzie zajmował miejsce u szczytu stołu. O ile nie mieliśmy gości, a ci bywali u nas rzadko, tata kontynuował lekturę, podczas gdy mama i ja rozmawiałyśmy. Raz po raz mama próbowała wciągnąć go w rozmowę, mówiąc coś w stylu: "Geraldzie, słyszałeś? Wiersz panny Hazen, nauczycielki angielskiego w klasie Mary Jane, został opublikowany w gazecie! Wyobrażasz sobie?".
Czasem tata odpowiadał skinieniem. Czasem rzucał coś w rodzaju: "To miłe" albo: "Cóż, dobrze". Najczęściej jednak nie przerywał czytania, jakby nikt go nie zagadnął.
Kiedy doktor Cone podszedł do pani Cone i pocałował ją w usta, omal nie zemdlałam. Przytulili się do siebie, a po pocałunku zaczęli coś szeptać, głowa przy głowie. Usłyszałabym, o czym szepczą, gdyby nie Izzy, która mówiła do mnie i ciągnęła mnie za rękę, podnosząc z podłogi różne rzeczy i objaśniając mi, czym one są, jakbym pochodziła z Syberii i nigdy nie widziała amerykańskich zabawek. O klockach Lego powiedziała: "Składasz, łączysz, klik i voila!". Potem podrzuciła dwa połączone klocki do góry. Wylądowały prawie niezauważenie pośród figurek okrągłogłowych dzieci porozrzucanych wokół żółtego szkolnego autobusu leżącego do góry kołami.
Państwo Cone wciąż szeptali, ich oddechy mieszały się w powietrzu, w tym czasie Izzy objaśniała mi działanie brzęczyka w grze Operacja. Bliźniaczki też miały Operację, a ja uważałam się za ekspertkę w tej grze. Izzy dotknęła pęsetą metalowego brzegu otworu, celowo uruchamiając brzęczyk. Zaśmiała się. Potem spojrzała na rodziców i zawołała:
- Mamusiu, musisz zobaczyć, co zrobiłam!
Państwo Cone równocześnie zwrócili głowy w jej stronę. Ciągle przywierali do siebie, więc wyglądali jak istota o dwóch głowach.
Izzy poprowadziła nas schodami w dół. Omal nie przewróciła się o ceramiczną doniczkę z kaktusem. Schodziliśmy za nią w następującej kolejności: pani Cone, ja, doktor Cone, który cały czas mówił. Dowiedziałam się, że muszą dokończyć trzecią kondygnację, potrzebują lepszego materaca i lepszego oświetlenia. Wtedy miejsce dla gości będzie bardzo wygodne.
Kiedy weszliśmy do salonu, pani Cone podniosła dmuchany materac i rzuciła go do jadalni. Trafił w długi stół zastawiony mnóstwem rzeczy i wylądował cicho na podłodze. Nasza czwórka przystanęła przed stolikiem kawowym zawalonym książkami i czasopismami - na wierzchu leżała paczka ciasteczek figowych, która wyglądała jak rozszarpana wilczymi kłami. Na szczycie stosu książek w miękkiej oprawie stała chropowata latarnia morska z papier mâché. Wysoka na trzy stopy, wyginała się w prawą stronę.
- Śliczna - powiedziałam.
- To latarnia morska? - Pani Cone przechyliła się, żeby przyjrzeć się obiektowi.
- Tak! W zatoce Chesapeake!
Izzy wróciła dzisiaj z obozu żeglarsko-plastycznego w Inner Harbor. Pani Cone wspomniała o tym obozie podczas pierwszej rozmowy telefonicznej. Nazwała uczestników tego wyjazdu "bandą rozwydrzonych bachorów z prywatnych szkół, które myślą tylko o tym, jak wykluczyć Izzy z każdej zabawy".
- Wspaniała - powiedziała w końcu pani Cone. Podniosła latarnię i podeszła do kominka. Na półce nad kominkiem piętrzył się stos książek, stały kieliszki do wina, ceramiczne bongosy z membraną ze skóry zwierzęcej i chyba ukulele, ale może to był jakiś inny instrument strunowy. Pani Cone umieściła latarnię na stercie książek.
- Doskonale - stwierdził doktor Cone.
- Trochę przypomina gigantyczne dildo. - Pani Cone zniżyła głos, chyba żeby Izzy tego nie słyszała. Nie miałam pojęcia, co to jest dildo. Zerknęłam na doktora Cone'a, który tłumił śmiech.
- Bardzo mi się podoba! - Izzy złapała mnie za rękę i pociągnęła z powrotem ku schodom.
Może intuicja dobrze jej podpowiadała i faktycznie byłam gościem z Syberii? Nigdy wcześniej nie znałam ludzi takich jak państwo Cone. I nigdy nie widziałam domu, w którym wszędzie walały się rzeczy przyciągające wzrok i uwagę (czy to możliwe, że nie każdy bałagan jest złem i nie zawsze trzeba z nim walczyć?). Z miejsca polubiłam Izzy i cieszyłam się, że będę jej nianią. Poza tym czułam dreszczyk emocji na myśl, że będę robić coś, czego dotąd nie robiłam, i wejdę do świata zupełnie innego niż mój. To był początek lata, a ja już nie chciałam, żeby się skończyło.