Martwy wróg - Charlaine Harris

-
Proszę czekać

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Drzwi poddasza były zamknięte na cztery spusty aż do śmierci mojej babci. Następnego dnia po tamtym okropnym zdarzeniu odszukałam klucz i weszłam na górę. Chciałam poszukać sukni ślubnej, przyszedł mi bowiem do głowy zwariowany pomysł, że babcia powinna zostać w niej pochowana. Zrobiłam wówczas jeden krok do środka, a potem odwróciłam się i uciekłam, pozostawiając za sobą otwarte drzwi.

Teraz, dwa lata później, pchnęłam te drzwi ponownie. Gdy się otwierały, ich zawiasy zaskrzypiały złowieszczo niczym o północy w Halloween, a przecież był słoneczny środowy poranek pod koniec maja. Kiedy przestąpiłam próg, szerokie deski podłogowe zaskrzypiały pod moimi stopami w proteście. Wszędzie wokół siebie widziałam mroczne kształty, otoczył mnie również bardzo słaby, zatęchły zapach - poczułam woń starych, dawno zapomnianych przedmiotów.

Po dodaniu do pierwotnego domu Stackhouse'ów dziesięciolecia temu drugiego piętra, podzielono je na sypialnie, później jednak - ponieważ w rodzinie rodziło się coraz mniej dzieci - część przestrzeni, może jedną trzecią, zajęła "powierzchnia magazynowa". Odkąd ja i Jason zamieszkaliśmy z dziadkami po śmierci naszych rodziców, drzwi na poddasze pozostawały zamknięte na klucz - babcia po prostu nie miała ochoty sprzątać po nas, gdybyśmy postanowili, że poddasze jest świetnym miejscem na zabawę.

Teraz dom należał do mnie, a ów klucz wisiał właśnie na wstążce, którą zawiesiłam sobie na szyi. Obecnie jest tylko troje potomków rodziny Stackhouse'ów: Jason, ja oraz syn naszej zmarłej kuzynki Hadley, mały chłopiec imieniem Hunter.

Zamachałam ręką wokół siebie w wypełnionym licznymi cieniami półmroku, a gdy znalazłam wiszący łańcuszek, chwyciłam go, pociągnęłam i wtedy żarówka na suficie natychmiast oświetliła dziesiątki niepotrzebnych mojej rodzinie przedmiotów.

Kuzyn Claude i stryjeczny dziadek Dermot weszli za mną. Dermot tak głośno wypuścił powietrze z płuc, że zabrzmiało to prawie jak parsknięcie. Claude skrzywił się ponuro. Byłam pewna, że żałuje teraz swojej propozycji pomocy mi w wysprzątaniu poddasza. A jednak nie zamierzałam odpuścić mojemu kuzynowi, szczególnie że nie miał pracować sam, lecz z drugim krzepkim osobnikiem. Na razie Dermot szedł tam, gdzie szedł Claude, więc miałam, że tak powiem, dwóch za cenę jednego; chociaż nie byłam w stanie przewidzieć, jak długo się taka sytuacja utrzyma. Rano zdałam sobie sprawę, że wkrótce na dworze zrobi się zbyt gorąco, by spędzać czas na piętrze. W "swojej" sypialni Amelia zamontowała kiedyś okno, dzięki czemu nawet w upały w pokojach mieszkalnych na górze dało się jakoś wytrzymać, nikt jednak nie marnował pieniędzy na okna na poddaszu.

- Od czego zaczniemy? - spytał Dermot.

Był blondynem, w przeciwieństwie do Claude'a, który miał ciemne włosy; we dwóch prezentowali się jednak wspaniale, niczym dwie niepodobne do siebie statuetki. Spytałam kiedyś Claude'a, ile ma lat, i wtedy odkryłam, że kuzyn chyba tego nie wie. Wróżki i inne duszki nie śledzą przebiegu czasu w taki sposób jak my, ludzie, wiedziałam jednak, że Claude jest ode mnie starszy przynajmniej o stulecie. Zresztą, w porównaniu z Dermotem był dzieciakiem; stryjeczny dziadek twierdził, że jest ode mnie starszy o dobre siedemset lat. Żaden z nich jednak nie miał ani jednej zmarszczki, siwizny czy obwisłej skóry.

Ponieważ obaj byli w o wiele większym stopniu wróżkami niż ja - ja jestem wróżką jedynie w jednej ósmej - we troje wydawaliśmy się osobami mniej więcej w podobnym wieku, czyli na oko pod trzydziestkę. To jednak zmieni się w ciągu najbliższych lat. Niedługo będę wyglądać starzej niż starszy z moich starożytnych krewnych. Chociaż Dermot z wyglądu bardzo przypomina mojego brata Jasona, akurat wczoraj uprzytomniłam sobie, że Jason ma kurze łapki w kącikach oczu. U Dermota natomiast nie mogłam dostrzec żadnych oznak starzenia.

Otrząsnęłam się z zadumy i wróciłam do teraźniejszości.

- Proponuję, żebyśmy znieśli te wszystkie rzeczy na dół, do salonu - powiedziałam. - Tam jest znacznie jaśniej, łatwiej więc będzie ustalić, co warto zatrzymać, a co nadaje się wyłącznie do wyrzucenia. Potem, gdy wyniesiemy wszystko z poddasza, posprzątam tutaj, a wy pojedziecie do pracy.

Claude był właścicielem klubu ze striptizem w Monroe i jeździł tam niemal codziennie, a Dermot chodził i jeździł tam, gdzie Claude. Zawsze...

- Mamy trzy godziny - ocenił kuzyn.

- Bierzmy się zatem do roboty - stwierdziłam. Bezwiednie się uśmiechnęłam, szeroko i radośnie. Ta mina jest jak moje koło ratunkowe.

Jakąś godzinę później przyszło mi coś do głowy, było już jednak za późno na przerwanie prac. (Nie powiem, obserwacja Claude'a i Dermota bez koszul znacznie uprzyjemniała mi pracę). Moja rodzina mieszkała w tym budynku, od kiedy w gminie Renard pojawili się Stackhouse'owie. A było to dobrze ponad sto pięćdziesiąt lat temu. No i zawsze mieliśmy w zwyczaju oszczędzanie i przechowywanie przedmiotów.

Salon zaczął się szybko zapełniać. Znalazły się tutaj pudła z książkami, kufry pełne ubrań, meble, wazony. Rodzina Stackhouse'ów nigdy nie była bogata i, jak widać, zawsze uważaliśmy, że - jeśli tylko przetrzymamy to dostatecznie długo - możemy zrobić użytek ze wszystkiego, nieważne jak by to było sponiewierane czy zdekompletowane. Po kilku minutach manewrowania nieprawdopodobnie ciężkim biurkiem z drewna na wąskich schodach nawet dwaj wróże musieli zrobić sobie przerwę. Usadowiliśmy się więc we troje na frontowym ganku. Mężczyźni oparli się o balustradę, ja ciężko opadłam na huśtawkę.

- Moglibyśmy to wszystko po prostu zwalić na kupę na podwórzu i spalić - zasugerował Claude.

Nie żartował. Poczucie humoru mojego kuzyna w najlepszych momentach można nazwać dziwacznym, a przez resztę czasu "niemal nieistniejącym".

- Nie! - Usiłowałam nie mówić szczególnie poirytowanym tonem, choć Claude naprawdę mnie zdenerwował. - Wiem, że te przedmioty nie są zbyt wartościowe, jeśli jednak inni Stackhouse'owie sądzili, że należy je przechować tam, na górze, jestem im winna przynajmniej tę uprzejmość, że je przejrzę.

- Najdroższa wnuczko mojego brata - odezwał się Dermot - obawiam się, że Claude ma, niestety, rację. Mówiąc, że ten złom nie jest "zbyt wartościowy", jesteś po prostu przesadnie uprzejma.

Kiedy się słyszało, jak Dermot przemawia, wiadomo było, że jego podobieństwo do Jasona jest absolutnie powierzchowne.

Popatrzyłam na obu wróżów spode łba.

- Oczywiście, dla was dwóch większość tych rzeczy to chłam, ale dla ludzi niektóre mogą mieć niejaką wartość - odparłam. - Może zadzwonię do grupy teatralnej Shreveport i spytam, czy nie chcą jakichś ubrań albo mebli.

Claude wzruszył ramionami.

- Może części się w ten sposób pozbędziesz - zauważył. - Ale większość tych materiałów nie nadaje się nawet na szmaty.

Kiedy w salonie zrobiło się pełno, wynieśliśmy niektóre pudła na ganek. Teraz młodszy z wróżów dotknął jedno z nich palcem u nogi. Z opisu na etykietce wiedziałam, że karton zawiera firanki i zasłonki, mogłam się jednak jedynie domyślać, jak wyglądały pierwotnie.

- Masz rację - przyznałam.

Odepchnęłam się stopami, niezbyt energicznie, i huśtałam się przez minutę. Dermot wszedł do domu i wrócił ze szklanką herbaty brzoskwiniowej, do której wrzucił wiele kostek lodu. Wręczył mi ją bez słowa. Podziękowałam, a później patrzyłam posępnie na wszystkie te stare rzeczy, które ktoś kiedyś cenił.

- No dobra, rozpalmy ognisko - zaproponowałam, wybierając zdroworozsądkowe rozwiązanie. - Zaniesiemy to wszystko tam, gdzie zwykle palę liście?

Dermot i Claude obrzucili mnie piorunującymi spojrzeniami.

- Okej, okej - mruknęłam. Gdy ostatnim razem żwirowano mój podjazd, nie zapomnieliśmy również o parkingu przed budynkiem, który był ogrodzony ozdobnymi deskami ogrodowymi. - Nie miewam zbyt wielu gości.

Gdy Dermot i Claude wszystko przenieśli i poszli wziąć prysznic, a później ubrać się i przygotować do pracy w klubie, na moim parkingu puszył się pokaźny kopiec bezużytecznych rzeczy, które czekały na podpalenie. Żony mężczyzn z rodziny Stackhouse'ów zgromadziły nadzwyczajne ilości prześcieradeł, kołder i narzut, a większość z nich była obecnie w tej samej "postrzępionej" formie co firany i zasłony. Z najgłębszym żalem odkryłam, że większość spośród przechowywanych książek śmierdzi stęchlizną i jest ponadgryzana przez myszy. Westchnęłam i dodałam je do stosu, chociaż sama myśl o paleniu książek przyprawiła mnie o mdłości. Niemniej jednak połamane meble, popsute parasole, poplamione podkładki pod nakrycia, stara skórzana walizka z dużymi dziurami... Naprawdę nikt już nigdy nie będzie potrzebował tych przedmiotów.

Fotografie, które znaleźliśmy - umieszczone w albumach, oprawione w ramki lub rzucone gdzieś luźno - umieściliśmy w pudle w salonie. Dokumenty i inne papiery poukładałam w kolejnym kartonie. W ręce wpadły mi również stare lalki. Z programów telewizyjnych wiedziałam, że są osoby, które kolekcjonują takie lalki, więc pomyślałam, że i te mogą być coś warte. Na poddaszu leżały także stare pistolety oraz szabla. Hmm, gdzie są zbieracze staroci z programu "Antiques Roadshow", kiedy człowiek ich potrzebuje?

Później, tego wieczoru w "Merlotcie", opowiedziałam mojemu szefowi Samowi, jak spędziłam dzień. Sam, mężczyzna nieduży, lecz muskularny i naprawdę bardzo silny, odkurzał właśnie butelki za barem. Tego wieczoru nie mieliśmy zbyt dużo pracy w lokalu. Szczerze mówiąc, w ostatnich kilku tygodniach interes nie kręcił się zbyt dobrze. Nie wiedziałam, czy zastój spowodowało zamknięcie przetwórni drobiu, czy może raczej fakt, że niektórym osobom nie spodobało się odkrycie, że Merlotte jest zmiennokształtnym. (Istoty dwoistej natury postanowiły w pewnym momencie powtórzyć uwieńczone powodzeniem ujawnienie się, na które zdecydowały się wcześniej wampiry, tyle że, niestety, w przypadku zmiennokształtnych proces nie przebiegł tak dobrze). W dodatku, niedaleko - a dokładnie, jakieś szesnaście kilometrów dalej, jeśli pojedziemy autostradą międzystanową - powstał nowy bar, lokal o nazwie "Vic's Redneck Roadhouse". Słyszałam, że bar zapewnia różnego rodzaju atrakcje dla klienteli - odbywają się w nim wszystkie rodzaje konkursów na miss mokrego podkoszulka, turnieje typu "piwny ping-pong", najrozmaitsze akcje promocyjne... i podobne bzdury.

Popularne głupoty! Nonsensy, które jednak przyciągają dziesiątki gości!

Niezależnie od powodów, Sam i ja mieliśmy tego wieczoru sporo czasu, mogliśmy więc do woli rozmawiać o poddaszach i antykach.

- W Shreveport jest taki sklep "Splendide" - poinformował mnie szef. - Oboje właściciele są rzeczoznawcami. Mogłabyś do nich zadzwonić.

- Skąd o tym wiesz?

Hmm, no cóż, tak, może nie było to szczególnie taktowne pytanie z mojej strony.

- Widzisz, wiem jeszcze kilka innych rzeczy oprócz tych związanych z prowadzeniem baru - odburknął Sam, patrząc na mnie z ukosa.

W tym momencie musiałam przerwać rozmowę i na jednym ze stolików w moim rewirze wymienić dzban z piwem.

- Oczywiście, że znasz się na wielu sprawach - odparłam po powrocie. - Po prostu nie miałam pojęcia, że interesujesz się również antykami.

- Nie ja się nimi interesuję, lecz Jannalynn. "Splendide" to jej ulubiony sklep.

Pośpiesznie zamrugałam, próbując nie wyglądać na tak bardzo zakłopotaną, jak się poczułam. Jannalynn Hopper, która spotyka się z Samem już od kilku tygodni, jest istotą tak okrutną, że stado Długi Ząb mianowało ją swoim ochroniarzem, chociaż ma zaledwie dwadzieścia jeden lat, a wygląda ledwie na licealistkę. Trudno mi było ją sobie wyobrazić, jak odnawia starą ramę od obrazu lub planuje wstawić antyczny kredens czy komodę do swojego domu w Shreveport.

(Uzmysłowiłam sobie, że nie wiem, gdzie Jannalynn właściwie mieszka. Czy faktycznie posiada dom?).

- Na pewno bym się tego nie domyśliła - odparowałam, zmuszając się do uśmiechu.

Uważałam bowiem, że Jannalynn nie jest dla Sama dostatecznie dobra jako życiowa partnerka.

Zatrzymałam oczywiście tę ostatnią myśl dla siebie. Jak to mawiają: "Przyjrzyj się sobie, nim zaczniesz krytykować innych", prawda? Co do mnie, spotykam się przecież z wampirem, który ma na sumieniu bez wątpienia znacznie więcej istnień niż Jannalynn, choćby dlatego, że jest od niej o ponad tysiąc lat starszy. W jednej z tych okropnych chwil, które czasem zdarzają się każdemu, uświadomiłam sobie, że każdy, z kim się kiedyś spotykałam - chociaż, zgoda, lista jest bardzo krótka - był zabójcą.

Zresztą, tak jak ja.

Musiałam się szybko otrząsnąć z tych ponurych myśli, w przeciwnym razie przez cały wieczór byłabym w melancholijnym nastroju.

- Masz dokładny adres i numer telefonu do tego sklepu?

Miałam nadzieję, że handlarze antykami zgodzą się przyjechać do Bon Temps. Gdybym chciała przetransportować do Shreveport wszystko, co znajdowało się wcześniej na poddaszu, musiałabym przecież wynająć ciężarówkę firmy przeprowadzkowej U-Haul.

- Tak, mam w biurze - odparł Sam. - Rozmawiałem z Brendą, współwłaścicielką sklepu o prezencie dla Jannalynn, czymś specjalnym na zbliżające się urodziny. Brenda... to znaczy Brenda Hesterman... dzwoniła dziś rano i powiedziała, że ma kilka rzeczy, które mógłbym obejrzeć.

- Możemy pojechać tam jutro i spotkać się z nią - zasugerowałam. - Stosy przedmiotów piętrzą się u mnie w salonie, a niektóre po prostu leżą na frontowym ganku. Wiesz, że dobra pogoda nie potrwa wiecznie.

- A Jason nie chce żadnej z tych rzeczy? - spytał Sam nieśmiało. - Tylko tak mówię, bo to pamiątki rodzinne.

- Jakiś miesiąc temu dostał ode mnie stolik na nóżce. Ale cóż, przypuszczam, że powinnam go spytać. - Zadumałam się nad tym problemem. Budynek i jego zawartość były moje, ponieważ babcia zostawiła mi je w spadku. Hmm... No cóż, wszystko po kolei. - Spytajmy najpierw panią Hesterman, czy w ogóle przyjedzie obejrzeć te klamoty. Jeśli znajdą się wśród nich takie, które będą cokolwiek warte, wówczas postanowię, co dalej.

- W porządku - podsumował Merlotte. - Brzmi dobrze. Pasuje ci jutro o dziesiątej?

Ponieważ pracowałam dziś do późna, dziesiąta rano wydała mi się porą trochę zbyt wczesną, żebym wstała, ubrała się i przygotowała do wyjścia, niemniej jednak od razu się zgodziłam.

- Możesz mi przy okazji powiedzieć - w głosie Sama usłyszałam ton zadowolenia - co sądzisz o podarkach, które Brenda mi pokaże. Dobrze będzie znać kobiecą opinię.

Przeczesał palcami włosy, które wyglądały koszmarnie. Kilka tygodni temu Sam przyciął je naprawdę krótko, ale teraz odrastały, każdy w inną stronę. Merlotte ma włosy w ładnym kolorze, w odcieniu rudawego blond, lecz jako że z natury mu się kręcą, teraz nie sposób ich było porządnie ułożyć. Zapanowałam nad pragnieniem chwycenia szczotki i uczesania ich. Kelnerka nie powinna w taki sposób zajmować się głową swojego szefa.

Do lokalu weszli Kennedy Keyes i Danny Prideaux, którzy dorywczo pracowali dla Sama jako rezerwowa barmanka (ona) i wykidajło (on). Usiedli na dwóch pustych stołkach barowych. Kennedy jest piękna. Parę lat temu została pierwszą wicemiss Luizjany i ciągle jeszcze wygląda jak królowa piękności. Kasztanowe włosy ma lśniące i gęste, a ich końce nigdy się nie rozdwajają. Jej makijaż jest staranny. Regularnie chodzi na manikiur i pedikiur. A ciuchu w Wal-Marcie nie kupiłaby, nawet gdyby zależało od tego jej życie.

Kilka lat temu jej przyszłość, która powinna oznaczać ślub w country clubie w sąsiedniej gminie i dużą spuściznę po ojcu, stanęła pod znakiem zapytania, gdyż Kennedy trafiła do więzienia i musiała odsiedzieć wyrok za zabójstwo.

Uważałam, że jej chłopak sobie na to zasłużył, i tak jak ja myślały również wszystkie inne osoby, które widziały policyjne zdjęcia opuchniętej, posiniaczonej twarzy Kennedy. Ponieważ jednak, kiedy zadzwoniła pod 911, przyznała się, że zastrzeliła tego mężczyznę, a jego rodzina miała spore wpływy, dziewczyna nie zdołała uniknąć kary. Na szczęście, dostała lekki wyrok i zwolniono ją szybciej za dobre zachowanie, szczególnie że podczas odsiadki uczyła inne więźniarki odpowiedniej postawy, ładnego poruszania się i dbania o siebie. Ostatecznie, jakoś przetrwała ten czas. Kiedy wyszła, wynajęła małe mieszkanko w Bon Temps, tu bowiem mieszkała jej ciocia, Marcia Albanese. Sam zaoferował jej pracę niemal natychmiast, gdy ją spotkał, a Kennedy z miejsca zaakceptowała jego propozycję.

- Hej, stary - odezwał się Danny do Sama. - Przyrządzisz nam po mojito?

Merlotte wyjął z lodówki miętę i zabrał się za przygotowanie koktajli. Kiedy kończył przyrządzać drinki, wręczyłam mu pokrojone w plasterki limonki.

- Jak się dziś miewacie? - spytałam. - Kennedy, wyglądasz ślicznie.

- W końcu udało mi się zrzucić ponad cztery kilo! - oznajmiła, a gdy Sam postawił przed nią szklankę, uniosła ją w stronę Danny'ego, wznosząc toast. - Za moją dawną figurę! Jestem na dobrej drodze i niedługo ją odzyskam!

Danny potrząsnął głową.

- Hej! Nie musisz nic robić, i tak wyglądasz pięknie - powiedział.

Musiałam się odwrócić, bałam się bowiem, że mi się wyrwie: "Ojojoj". Danny jest twardym facetem, który nie mógłby chyba dorastać w bardziej odmiennym środowisku niż Kennedy - jedynym doświadczeniem, jakie ich łączyło, była odsiadka - ale, o rany, naprawdę do niej wzdychał. Biło od niego uczucie, które niemal owiewało mnie swoim gorącem. Tak, nie trzeba było telepaty, by dostrzec oddanie tego mężczyzny.

Nie zaciągnęliśmy jeszcze zasłon na oknie od frontu. Zauważyłam, że na dworze zapadł zmrok, więc ruszyłam w tamtą stronę. Chociaż patrzyłam z oświetlonego baru na ciemny parking, dostrzegłam blask na zewnątrz i coś się chyba tam przemieszczało... Tak, i poruszało się bardzo szybko. Zmierzając ku lokalowi. Miałam ułamek sekundy, toteż pomyślałam: "Dziwne", a potem dostrzegłam migotanie płomienia.

- Padnij! - krzyknęłam, ale najprawdopodobniej nawet nie zdążyłam wypowiedzieć obu sylab, gdy szyba w oknie pękła z trzaskiem, a do środka wpadła butelka z ognistym ogonem i wylądowała na stoliku, przy którym nikt nie siedział, rozbijając serwetnik i rozrzucając na boki solniczkę i pieprzniczkę.

Płonące serwetki wzniosły się z miejsca wybuchu, a później podryfowały powoli w dół, opadając na podłogę - na krzesła i na ludzi. Stolik niemal w jednej chwili stanął w ogniu.

Danny poruszał się szybciej niż jakikolwiek człowiek, którego ruch kiedykolwiek obserwowałam. Mężczyzna zagarnął Kennedy ze stołka, przesadził ją przez bar i delikatnie opuścił za ladę. Przez moment panował tam zator, gdyż Sam, który poruszał się jeszcze szybciej, zerwał ze ściany gaśnicę przeciwpożarową i usiłował przeskoczyć bar w drugą stronę, a potem zacząć gasić pożar.

Poczułam na udach gorąco i zerknęłam w dół, a wówczas odkryłam, że od jednej z serwetek zapalił się mój fartuszek. Wstydzę się przyznać, jak głośno wtedy krzyknęłam. Sam odwrócił się wokół własnej osi i opryskał mnie proszkiem z gaśnicy, po czym wrócił do płomieni. Goście baru krzyczeli, odskakiwali od ognia, wbiegali w korytarz, który prowadził obok łazienek i biura Sama na tylny parking. Jedna z naszych najczęstszych klientek, Jane Bodehouse, miała intensywnie krwawiącą ranę na głowie, którą stale oklepywała sobie dłonią. Jane siedziała wcześniej przy oknie, a nie - jak zwykle dotąd - przy barze, więc pomyślałam, że zapewne posypały się na nią kaawałki rozbitej szyby. Kobieta słaniała się i pewnie by upadła, gdybym nie złapała jej za ramię.

- Proszę wyjść tamtędy! - zawołałam jej w ucho i pchnęłam nieszczęsną we właściwym kierunku.

Sam opryskiwał miejsca z najwyższym płomieniem, celując w podstawę w odpowiedni sposób, a jednak unoszące się w powietrze serwetki powodowały wiele małych pożarów. Wzięłam z baru dzban z wodą i dzbanek z herbatą, po czym chodziłam i metodycznie tropiłam płomienie na podłodze. Dzbany były pełne, gdy je brałam, i zdołałam co nieco ugasić.

Jedna z zasłon na oknie płonęła, toteż zrobiłam trzy kroki ku niej, ostrożnie wycelowałam i chlusnęłam pozostałą herbatą. Ogień, niestety, nie zgasł. Złapałam ze stolika szklankę z wodą i podeszłam do płomienia znacznie bliżej, niż chciałam. Cofając się, przez cały czas lałam płyn na parującą zasłonę. Poczułam za sobą dziwne drganie ciepła i coś zapachniało obrzydliwie - moje plecy zaatakowała potężna fala chemikaliów. Odwróciłam się, chcąc spróbować ustalić, co się dzieje, a wtedy zobaczyłam Sama kręcącego się z gaśnicą w dłoniach.

Odkryłam, że patrzę w okienko łączące salę barową z kuchnią. Kucharz Antoine wyłączał wszystkie urządzenia. Bystry facet. W oddali słyszałam odgłosy pracującej motopompy strażackiej, ale byłam zbyt zajęta szukaniem żółtych błysków, by odczuć wyraźną ulgę. Oczyma, z których nieprzerwanie płynęły łzy spowodowane dymem i płonącymi substancjami chemicznymi, strzelałam wokół jakbym grała nimi we flippery, wciąż bowiem starałam się dostrzec płomienie. Kaszlałam też jak szalona. Sam pobiegł wcześniej do biura po drugą gaśnicę i właśnie wrócił, trzymając ją w gotowości. Rozglądaliśmy się i kołysaliśmy na nogach, przygotowani rzucić się do akcji natychmiast, gdy zobaczymy kolejne ogniki.

Żadne z nas nie dostrzegało niczego innego.

Merlotte nakierował gaśnicę na butelkę, która wywołała pożar, spryskał ją pianą, a potem odłożył gaśnicę. Pochylił się, położył sobie ręce na udach i zrobił nierówny wdech. Od razu dostał ataku kaszlu. Później zapatrzył się na butelkę.

- Nie dotykaj jej - poleciłam szybko, więc Sam zatrzymał rękę w połowie drogi.

- Oczywiście, że nie - zgodził się ze mną, a potem się wyprostował. - Widziałaś, kto ją rzucił?

- Nie - odpowiedziałam. Tylko my dwoje pozostaliśmy w barze. Słyszałam, że motopompa zbliża się coraz bardziej, wiedziałam więc, że możemy porozmawiać najwyżej minutę. - To mogli być ci sami ludzie, którzy demonstrowali na parkingu przed barem. Chociaż nie wiem, czy członkowie tamtego Kościoła podkładają bomby.

Tuż po Wielkim Objawieniu okazało się, że nie wszystkie osoby w okolicy ucieszyła nowina, że wśród nas żyją takie istoty jak wilkołaki i inni zmiennokształtni, a Kościół Tabernakulum Świętego Słowa w Clarice od czasu do czasu wysyłał do nas swoich członków, którzy manifestowali pod "Merlotte'em".

- Sookie - jęknął mój szef. - Przykro mi z powodu twoich włosów.

- A co z nimi nie tak? - spytałam, podnosząc rękę do głowy.

Od razu doznałam szoku.

Przeżywałam ciężkie chwile, zmuszając dłoń do ruchu.

- Koniec twojej kitki się przypalił - odparł Sam.

Zupełnie niespodziewanie usiadł. Wyglądało mi to na dobry pomysł.

- Więc to one tak strasznie śmierdzą - mruknęłam, a później opadłam na podłogę obok Merlotte'a.

Opieraliśmy się plecami o bar, ponieważ stołki leżały w różnych miejscach, poprzewracane przez klientów podczas panicznej ucieczki tylnymi drzwiami. Miałam spalone włosy. Na tę myśl poczułam, że łzy płyną mi po policzkach. Wiedziałam, że reaguję głupio, nic jednak nie mogłam na to poradzić.

Sam wziął moją rękę i uścisnął ją; siedzieliśmy tak, aż do środka wbiegli strażacy. Mimo że bar "U Merlotte'a" znajduje się poza granicami miasta, przysłano nam etatowych strażaków miejskich, a nie ochotników.

- Nie sądzę, żebyście musieli tu użyć węża! - zawołał Sam. - Zdaje mi się, że nic już się nie pali.

Bardzo chciał uniknąć jeszcze większych szkód w barze.

- A wy dwoje? Potrzebujecie pierwszej pomocy? - spytał Truman La Salle, komendant straży pożarnej, lecz jakoś tak bezwiednie, gdyż wcale na nas nie patrzył i z uwagą rozglądał się po lokalu.

- Mnie nic nie jest - odrzekłam, zerknąwszy na Sama. - Ale widziałam, że Jane ma na głowie przecięcie od szkła. A ty, Sam?

- Chyba trochę sobie poparzyłem prawą rękę - odparł mój szef i ściągnął wargi, jak gdyby dopiero teraz poczuł ból.

Puścił moją dłoń, potarł lewą ręką prawą i tym razem wyraźnie się skrzywił.

- Musisz to opatrzyć - doradziłam mu. - Oparzenia cholernie bolą.

- Tak, domyślam się - mruknął i zacisnął powieki.

- No dobra! - krzyknął Truman.

W tym momencie do baru wszedł Bud Dearborn. Szeryfa wyciągnięto prawdopodobnie z łóżka, ponieważ spoglądał wokół mętnym wzrokiem i był bez kapelusza, który zazwyczaj stanowił nieodłączną część jego garderoby. Szeryf Dearborn ma obecnie prawdopodobnie pod sześćdziesiątkę i dziś jego wiek było widać w każdym calu. Z twarzy zawsze przypominał mi mopsa lub pekińczyka. Teraz wyglądał jak siwy mops. Przez kilka minut kręcił się po lokalu, uważając, gdzie stawia stopy, i prawie obwąchując zgliszcza. W końcu zaspokoił ciekawość i podszedł do mnie.

- Co tu robiłaś? - spytał.

- Ktoś rzucił w okno bombę zapalającą - wyjaśniłam. - Nie miałam z tym nic wspólnego.

Byłam najwyraźniej zbyt zaszokowana, gdyż zapomniałam nawet o gniewie.

- Sam, czy oni celowali w ciebie? - spytał szeryf i odszedł, nie czekając na odpowiedź.

Mój szef wstał powoli, odwrócił się i wyciągnął do mnie lewą rękę. Chwyciłam ją, a on pociągnął mnie w górę. Ponieważ Merlotte jest znacznie silniejszy niż na to wygląda, w trymiga stałam na nogach.

Na kilka minut czas jakby się zatrzymał. Pomyślałam, że naprawdę jestem w lekkim szoku.

Kiedy szeryf Dearborn zakończył wizję lokalną, wrócił do mnie i do Sama.

A wówczas pojawił się również drugi szeryf.

Eric Northman, mój chłopak i wampirzy szeryf Piątej Strefy, która obejmuje Bon Temps, wszedł właśnie drzwiami tak szybko, że kiedy Bud i Truman zdali sobie sprawę z jego obecności w barze, podskoczyli do nas i wydało mi się, że Bud zamierza wyjąć broń. Eric pośpiesznie chwycił mnie za ramiona, pochylił się i spojrzał mi w twarz.

- Jesteś ranna? - zapytał.

Odniosłam wrażenie, że jego troska zwalnia mnie z konieczności udawania osoby dzielnej, która bez trudu radzi sobie z każdym kryzysem. Poczułam, że po policzku spływa mi łza. Tylko jedna.

- Fartuszek mi się zapalił, myślę jednak, że nie poparzyłam sobie nóg - jęknęłam, ogromnie się starając mówić spokojnie. - Straciłam tylko trochę włosów. Więc, ogólnie rzecz biorąc, chyba mi się udało. Budzie, Trumanie, nie mogę sobie przypomnieć, czy poznaliście mojego chłopaka, Erica Northmana ze Shreveport.

W tym jednym zdaniu zawarłam wiele wątpliwości.

- Skąd pan wiedział, że ktoś tu ma kłopoty, panie Northman? - spytał Truman.

- Sookie zadzwoniła do mnie z komórki - odparował Eric.

Oczywiście skłamał, ale doskonale to rozumiałam - ja również tak naprawdę nie chciałam tłumaczyć się z naszej więzi krwi komendantowi straży pożarnej i szeryfowi Budowi, a Eric, jeśli nie musi, nigdy dobrowolnie nie udziela istotom ludzkim żadnych informacji.

Jedną z najcudowniejszych i równocześnie najbardziej przerażających cech miłości Erica do mnie jest fakt, że mój wampir nie dba o nikogo innego poza mną. Zignorował więc teraz zniszczony bar, oparzenia Sama, policję i nadal badających stan budynku strażaków (którzy zerkali na Northmana kątem oka).

Eric obrócił mnie plecami do siebie i oceniał moje włosy.

- Zamierzam teraz obejrzeć twoje nogi - obwieścił po chwili milczenia. - Potem poszukamy lekarza i fryzjera.

Jego głos był całkowicie chłodny, a ton pewny, ja jednak wiedziałam, że Eric w środku wręcz płonie gniewem. Jego gwałtowne emocje przetaczały się przez łączącą nas więź, podobnie zresztą jak odczuwane przeze mnie wcześniej strach i szok, które go powiadomiły o grożącym mi niebezpieczeństwie.

- Kochanie, są ważniejsze sprawy, o których musimy pomyśleć - zauważyłam, zmuszając się do uśmiechu i opanowania. Bezwiednie wyobraziłam sobie hamujący z piskiem opon przed barem różowy ambulans, z którego wyskakuje oddział ratunkowy złożony z fryzjerów, dzierżących w dłoniach zestawy nożyczek, grzebieni i produktów do stylizacji włosów. - Zadbanie o nadpalone włosy może poczekać do jutra. Ważniejsze jest ustalenie, kto to zrobił i dlaczego.

Eric obrzucił Sama przepełnionym wściekłością wzrokiem, jak gdyby to mój szef był osobiście odpowiedzialny za atak na "Merlotte'a".

- Tak, jego lokal jest znacznie ważniejszy niż twoje bezpieczeństwo i dobre samopoczucie - odciął się.

Sam popatrzył na niego zdziwiony tą naganą i na jego twarzy pojawiła się złość.

- Gdyby Sam nie zareagował tak szybko, ruszając po gaśnicę przeciwpożarową, wszyscy bylibyśmy w znacznie gorszym stanie - oznajmiłam, wciąż siląc się na spokój i uśmiech. - Wierz mi, zarówno bar, jak i przebywający w nim ludzie naprawdę mogli wyglądać znacznie gorzej.

Kończyła mi się cierpliwość i obawiałam, że za chwilę porzucę ten sztuczny spokój, z czego Eric naturalnie natychmiast zdał sobie sprawę.

- Odwiozę cię do domu - stwierdził.

- Nie, dopóki z nią nie pomówię - wtrącił się Bud, wykazując się znaczną odwagą w tym względzie.

W niektórych osobach Eric budzi przecież strach, nawet gdy jest w dobrym nastroju, a cóż dopiero kiedy wysunie kły, tak jak teraz. Dodam, że wszystkie wampiry reagują w ten sposób, ilekroć ogarną je silne emocje.

- Kochanie... - nalegałam, z wysiłkiem panując nad sobą. Objęłam Erica w pasie i spróbowałam ponownie wypowiedzieć spokojnie całe zdanie: - Kochanie, Bud i Truman nadzorują tę sytuację i mają zasady, których musimy przestrzegać. Nic mi nie będzie, nie martw się. - Drżałam, co oczywiście Eric bez trudu wyczuwał.

- Przestraszyłaś się.

Wiedziałam, że jest wściekły, ponieważ przytrafiło mi się coś takiego, a on nie był w stanie temu przeszkodzić. Stłumiłam westchnienie. Nie chciałam się zajmować uczuciami Erica. Uczestniczyłam przecież w przykrym zdarzeniu i miałam prawo się załamać nerwowo. Kiedy wampiry uznają kogoś za swoją własność, bywają naprawdę zaborcze, z drugiej strony jednak bardzo przecież pragną wmieszać się w populację ludzi i nie przyciągać bez powodu ich uwagi. A Northman już zareagował przesadnie.

Był wściekły, to prawda, zazwyczaj jednak postępował pragmatycznie. Wiedział, że nie zostałam poważnie ranna. Spojrzałam na niego, zaintrygowana. Mój duży wiking od tygodnia czy dwóch nie był sobą. Czułam, że trapi go coś jeszcze poza śmiercią stwórcy, nie miałam jednak dość odwagi, by wypytać go, co się dzieje. Zresztą, już wcześniej postanowiłam, że dam sobie spokój z próżnymi rozważaniami. Chciałam po prostu cieszyć się spokojem, który mieliśmy od kilku tygodni.

I może był to z mojej strony błąd. Erica gnębiła jakaś naprawdę poważna sprawa i ta dzisiejsza wściekłość stanowiła jedynie efekt uboczny ogólnego rozdrażnienia.

- Jak dotarłeś tutaj tak szybko? - naciskał Bud na Erica.

- Przyleciałem - rzucił Northman od niechcenia, a szeryf i komendant Truman popatrzyli po sobie, wybałuszając oczy.

Eric posiada tę zdolność od (mniej więcej) tysiąca lat, więc zlekceważył ich zdumienie. Ciągle koncentrował się wyłącznie na mojej osobie, a kły nadal miał wysunięte.

Ci dwaj mężczyźni po prostu nie mogli wiedzieć, że przez Erica przetoczyła się fala mojego panicznego strachu już w chwili, w której zobaczyłam postać biegnącą z butelką. Dlatego po incydencie wcale nie musiałam do niego dzwonić.

- Im szybciej omówimy wszystkie fakty - powiedziałam, obnażając zęby i posyłając Ericowi straszny uśmiech - tym szybciej będziemy mogli stąd odjechać.

W ten sposób usiłowałam bez zbędnych subtelności przesłać mu wiadomość. A on w końcu uspokoił się trochę i zrozumiał, o co mi chodzi.

- Oczywiście, najdroższa - odrzekł. - Masz absolutną rację.

Mimo to, ujął moją rękę i ścisnął zbyt mocno. Na dodatek oczy lśniły mu tak intensywnie, że wyglądały jak małe niebieskie latarenki.

Bud i Truman wyglądali na uspokojonych. Napięcie w powietrzu opadło o dobre kilka stopni. Bo przecież wampiry oznaczają zdarzenia dramatyczne.

Podczas gdy Samowi opatrywano rękę, a Truman robił zdjęcia resztek wrzuconej butelki, Bud spytał mnie, co widziałam.

- Dostrzegłam na parkingu kogoś, kto biegł w stronę budynku, a potem przez okno wpadła butelka - wyjaśniłam. - Nie wiem, kto ją rzucił. Szyba pękła, a ogień zaczął się rozprzestrzeniać od zapalonych serwetek. Później nie zauważyłam już niczego, bo skupiłam się na ludziach, którzy próbowali uciekać. A Sam starał się ugasić pożar.

Bud zadał mi to samo pytanie jeszcze kilka razy, za każdym nieco inaczej ujmując problem.

Niestety, nie byłam w stanie bardziej pomóc.

- Dlaczego twoim zdaniem ktoś zrobił coś takiego "Merlotte'owi"... Samowi? - spytał szeryf.

- Zupełnie tego nie rozumiem - odpowiedziałam. - Wie pan, szeryfie, że kilka tygodni temu na parkingu przed lokalem demonstrowali przedstawiciele tamtego Kościoła. Od tamtej pory wrócili jedynie raz. Nie mogę sobie wyobrazić, że któryś z nich mógł zrobić ten... Eee, czy to był... eee... koktajl Mołotowa?

- Skąd o nich wiesz, Sookie?

- No cóż, po pierwsze, czytam książki. Po drugie, Terry nie opowiada zbyt dużo o wojnie, ale co jakiś czas wspomina o różnych rodzajach broni.

Terry Bellefleur, kuzyn detektywa Andy'ego Bellefleura, jest weteranem wojny wietnamskiej, za udział w której otrzymał medale, lecz po której pozostały mu urazy psychiczne. Terry sprzątał lokal, kiedy wszyscy wyszli, a czasem przychodził też zastąpić Sama za barem. Nieraz po prostu stał i patrzył na wchodzących i wychodzących ludzi. Nie prowadził zbyt bogatego życia towarzyskiego.

W końcu Bud oznajmił, że nie ma do mnie więcej pytań, a wtedy ja i Eric poszliśmy do mojego samochodu. Wampir wziął z mojej drżącej ręki kluczyki, wsiadłam więc i zajęłam siedzenie pasażera. Eric miał rację. Nie powinnam prowadzić, póki nie otrząsnę się z szoku.

Wcześniej, kiedy rozmawiałam z szeryfem Dearbornem, Northman gawędził z kimś przez komórkę, dlatego nie zaskoczył mnie widok zaparkowanego przed moim domem pojazdu. Auto należało do Pam, która przywiozła pasażera.

Eric objechał dom i dotarł na tyły, tam gdzie zawsze parkuję. Wygramoliłam się z samochodu i pośpiesznie przebiegłam przez pomieszczenia, chcąc jak najszybciej otworzyć gościom drzwi frontowe, które były zamknięte na klucz. Eric szedł za mną powoli. W trakcie krótkiej jazdy z baru nie zamieniliśmy ani słowa. Mój wampir był czymś zaabsorbowany i ciągle nie miał humoru. Ja nadal byłam wstrząśnięta z powodu incydentu w "Merlotcie". Teraz, kiedy wyszłam na ganek i zawołałam: "Wejdźcie!", poczułam się trochę bardziej sobą.

Pam i jej pasażer wysiedli. Był to młody człowiek, na oko dwudziestojednolatek, tak szczupły, że można by go nazwać wychudzonym. Włosy miał pofarbowane na niebiesko i ścięte w niesamowicie geometryczny sposób, jak gdyby ktoś nałożył mu na głowę pudełko, później je przekrzywił na bok, a następnie przyciął włosy wzdłuż krawędzi; to, co wystawało, zostało zgolone.

Nie powiem, mężczyzna przyciągał wzrok.

Na widok mojej miny Pam tylko się uśmiechnęła, więc szybko zmieniłam wyraz twarzy na bardziej serdeczny. Pam była wampirzycą już za panowania brytyjskiej królowej Wiktorii, a jest prawą ręką Erica, odkąd wezwał ją do siebie, nakazując jej porzucić podróże po Ameryce Północnej. Eric jest bowiem stwórcą Pam.

- Witaj - odezwałam się do młodego mężczyzny, gdy przekroczył próg mojego domu.

Był niezwykle zdenerwowany. Spoglądał to na mnie, to gdzieś w bok, to na Erica, aż w końcu ocenił pomieszczenie. Dostrzegłam u niego pogardę, gdy patrzył na zagracony salon, który nawet wysprzątany nie prezentował się przecież zbyt nowocześnie czy jak z żurnalu.

Pam pacnęła go w tył głowy.

- Mów, kiedy ktoś się do ciebie zwraca, Immanuelu! - warknęła.

Stała nieznacznie za mężczyzną, toteż nie mógł widzieć, że mówiąc to, mrugnęła do mnie.

- Dzień dobry, proszę pani - zagaił zatem i zrobił krok przed siebie.

Zauważyłam, że mimowolnie pociągnął nosem i skrzywił się.

- Śmierdzisz, Sookie - stwierdziła Pam.

- Był pożar - wytłumaczyłam się.

- Możesz opowiedzieć mi o tym za chwilę - ucięła, unosząc jasne brwi. - Sookie, ten człowiek to Immanuel Earnest - podjęła. - Pracuje jako fryzjer w "Mocnej śmierci" w Shreveport. Jest bratem mojej kochanki, Miriam.

W tych trzech zdaniach zawarła naprawdę sporo informacji. Usiłowałam przyswoić je sobie wszystkie.

Eric przypatrywał się fryzurze Immanuela z fascynacją i wstrętem równocześnie.

- I jego przywiozłaś, żeby poradził sobie z włosami Sookie? - spytał swoją zastępczynię. Zacisnął wargi. Dzięki łączącej nas dwoje więzi wyczuwałam emanujący od niego sceptycyzm.

- Miriam twierdzi, że jest najlepszy - odparowała Pam, wzruszając ramionami. - Mnie nikt nie obcinał włosów od stu pięćdziesięciu lat. Skąd mam się na tym znać?

- Popatrz na niego!

Zaczęłam się trochę martwić. Nawet zważywszy okoliczności, musiałam przyznać, że Eric jest w paskudnym nastroju.

- Podobają mi się jego tatuaże - wtrąciłam się. - Kolory są naprawdę ładne.

Ekscentryczna fryzura najwyraźniej nie wystarczała Immanuelowi, gdyż w dodatku jego ciało pokrywały bardzo wyszukane tatuaże. Nie żadne napisy w stylu "MAMA" czy "BETTY SUE" ani nagie kobiety; były to raczej kunsztowne, kolorowe projekty, które zdobiły jego ręce od przegubów dłoni po barki. Wyglądałby na ubranego, nawet gdyby był nagi. Pod jednym z chudych ramion trzymał płaską skórzaną walizeczkę.

- Więc zamierzasz podciąć nadpalone części? - spytałam pogodnym tonem.

- Nadpalone końce twoich włosów - potwierdził ostrożnie. (Nie jestem pewna, czy potrzebowałam tego konkretnego potwierdzenia). Fryzjer zerknął na mnie, potem ponownie spuścił wzrok i zagapił się na podłogę. - Masz wysoki stołek?

- Tak, w kuchni - odparłam.

Kiedy po pożarze odremontowałam kuchnię, z przyzwyczajenia kupiłam wysoki stołek, taki sam jak ten, na którym babcia sadowiła się, ilekroć rozmawiała z kimś przez stary telefon. Nowy aparat jest bezprzewodowy i nie musiałam zostawać w kuchni, kiedy go używałam, ale lada kuchenna po prostu nie wyglądała dobrze bez stołka.

Troje moich gości powlokło się za mną do kuchni. Wysunęłam stołek na środek pomieszczenia. W kuchni było dość miejsca dla nas wszystkich, toteż Pam i Eric usiedli przy przeciwległym końcu stołu. Eric patrzył na Immanuela spode łba i jakoś tak złowieszczo, a Pam tylko czekała, delektując się naszymi emocjami.

Wdrapałam się na stołek i zmusiłam do wyprostowania pleców. Nogi mnie bolały, w oczach czułam piasek, w gardle drapanie. A jednak nakazałam sobie uśmiech, którym obrzuciłam fryzjera. Immanuel wciąż wydawał się strasznie nerwowy. Gdy ktoś ma w dłoniach ostre nożyczki, wolisz, żeby nie był zdenerwowany.

Immanuel zdjął gumkę recepturkę z mojego końskiego ogona. Przez długą chwilę panowało milczenie, podczas gdy mężczyzna szacował szkody. Nie myślał zbyt optymistycznie. Opuściła mnie pewność siebie.

- Jest bardzo źle? - jęknęłam, starając się zapanować nad drżeniem.

Teraz, kiedy byłam już bezpieczna, w domu, nie musiałam niczego udawać.

- Będę musiał ściąć około siedmiu, ośmiu centymetrów - odparł cicho, tonem lekarza, który powiadamia rozmówcę, że jego krewny jest nieuleczalnie chory.

Ku własnemu wstydowi zareagowałam w taki sposób, jakby przekazał mi właśnie taką tragiczną nowinę. Łzy stanęły mi w oczach, wargi zadrgały.

"To śmieszne!" - powiedziałam sobie.

Zerknęłam w lewo i patrzyłam, jak Immanuel stawia skórzaną walizeczkę na kuchennym stole. Rozpiął zamek i wyjął z niej grzebień. Widziałam w niej również szereg nożyczek w specjalnych etui i elektryczną maszynkę do strzyżenia ze schludnie zwiniętym przewodem. Przenośny stylista, nie ma co.

Pam pisała SMS-a z nieprawdopodobną szybkością. Uśmiechała się przy tym, jakby jej wiadomość była dość, hmm, zabawna. Eric gapił się na mnie, a przez głowę przelatywały mu dziesiątki mrocznych myśli. Nie potrafiłam wprawdzie ich odczytać, byłam jednak pewna, że mój wampir jest smutny, a może wręcz nieszczęśliwy.

Westchnęłam i znów zapatrzyłam się przed siebie. Kochałam Erica, teraz jednak wolałabym, żeby zapanował nad melancholią. Poczułam palce Immanuela na moich włosach, kiedy zaczął mnie czesać. Czułam się dziwnie, gdy dotarł do końca długości i szarpnął, a później usłyszałam osobliwy dźwięk i uświadomiłam sobie, że nadpalona część spadła na podłogę.

- Końcówki są uszkodzone i nie sposób ich uleczyć - mruknął fryzjer. - Przytnę je, potem umyjemy włosy, a później znowu będę ciął.

- Musisz rzucić tę pracę - obwieścił nieoczekiwanie Eric, a Immanuel zatrzymał grzebień w połowie drogi... do czasu, aż zrozumiał, że wampir mówi do mnie.

Miałam ochotę cisnąć w niego czymś ciężkim i chciałam, żeby to coś trafiło go prosto w uparty, choć ładny łeb.

- Porozmawiamy później - odburknęłam, nie patrząc na ukochanego.

- Co się zdarzy następnym razem? Zbyt łatwo cię zranić! - kontynuował niezrażony.

- Porozmawiamy później! - powtórzyłam.

Kątem oka zobaczyłam, że Pam odwraca wzrok, tak żeby Eric nie zobaczył jej uśmieszku.

- Czy ona nie potrzebuje czegoś? - warknął Eric na fryzjera. - Czegoś do okrycia ubrania?

- Ericu - powiedziałam - ponieważ cała cuchnę, a ubranie mam brudne od sadzy i oblepione świństwem z gaśnicy, nie sądzę, żeby zaszkodziły mu kawałeczki nadpalonych włosów.

Northman nie prychnął, choć był tego bliski. Chyba jednak odkrył, że jest upierdliwy, bo zapanował nad sobą i nie dodał nic więcej.

Poczułam ogromną ulgę.

Immanuel, którego ręce okazały się zadziwiająco silne jak na kogoś, kto został uwięziony w kuchni z dwoma wampirami (w tym jednym wyjątkowo drażliwym i niezwykle łatwo wpadającym w irytację) oraz osmaloną kelnerką, czesał moje włosy tak długo, aż maksymalnie je wygładził. Następnie wziął w dłoń nożyczki. Czułam, że całkowicie się skupia na czekającym go zadaniu. Był wręcz mistrzem koncentracji, co bez trudu odkryłam, ponieważ jego umysł był dla mnie niemal przezroczysty i czytałam w nim niczym w otwartej księdze.

W sumie cała operacja nie trwała długo. Spalone końce po prostu nagle opadły na podłogę jak smutne płatki śniegu.

- Musisz teraz pójść pod prysznic, a potem wrócić z czystymi, wilgotnymi włosami - polecił Immanuel. - Wówczas wyrównam fryzurę. Gdzie masz szczotkę do zamiatania i szufelkę?

Powiedziałam mu, gdzie je znajdzie, po czym weszłam do sypialni i udałam się do mojej prywatnej łazienki. Zastanawiałam się, czy Eric do mnie dołączy, gdyż z doświadczenia wiedziałam, że lubi zabawy pod moim prysznicem. Dziś jednak wolałam, żeby został w kuchni.

Zdjęłam śmierdzące ubranie i odkręciłam gorącą wodę - tak gorącą, jak tylko mogłam znieść. Wspaniale było wejść do wanny i poddać się temu ciepłu, które mnie omywało. Kiedy gorąca woda dotknęła moich nóg, parzyła. Przez kilka sekund wcale nie czułam się ani wdzięczna, ani szczęśliwa. Przez kilka sekund jedynie przypominałam sobie, jak bardzo jeszcze niedawno byłam przerażona. A później, gdy opanowałam lęk, uprzytomniłam sobie coś ważnego.

Postać, którą widziałam, jak biegła w stronę baru z koktajlem Mołotowa w ręku... Nie mogłam mieć pewności, lecz podejrzewałam, że nie była istotą ludzką.