2
Nina Warwiłow zanurzyła stopy w chłodnym jeziorze. Ciało zaprotestowało, ale szybko ogarnęła ją przyjemna błogość. Po rundce dookoła zbiornika woda wcale nie wydawała się taka zimna. Nina prawie nie czuła, że to połowa marca i że droga tutaj, na Pojezierze Lubuskie, już zdążyła ją wykończyć. A nawet nie były z Milą blisko celu. Być może chciała tu zostać, nie jechać dalej. I żeby wiecznie była szósta rano w tym przejściowym czasie między zimą a wiosną. Gdzieś pod niemiecką granicą, skąd prawie mogłaby dostrzec górującą nad światem sylwetkę Chrystusa ze Świebodzina.
Rozpędzała się ostatnio. Dwa, trzy, pięć kilometrów. Wyszła z wody, już nie było jej tak gorąco. Rozejrzała się. Malowniczy Łagów spał. Był położony na czymś w rodzaju grobli między dwoma jeziorami i Nina miała wrażenie, że chłód ciągnie od obu naraz. Zimno stawało się dokuczliwe.
Spojrzała na garmina, kosztowny zegarek, który sama sobie sprawiła w prezencie na urodziny. Była czterdziestojednoletnią policjantką, matką niespełna czteroletniej dziewczynki. Wkraczała w wiek średni. Może powinna rozbudować profil w mediach społecznościowych i pokazywać, jak świetnie się trzyma. Chociaż w sprawach kobiecych ciało dawało jej znać, że nie jest młódką, fizycznie czuła się lepiej niż przedtem. Minęły migreny, które nękały ją regularnie w poprzednich latach. Skończyły się uciążliwe przeziębienia. Nie miała na nie ostatnio czasu: praca i praca, w przerwach czas dla dziecka. Bez dramatów, bez komplikacji i bez mężczyzn - przynajmniej przez ostatnie dwa i pół miesiąca.
Odczuwała lekki niepokój przed tym, co było celem jej podróży. A przecież jechała na wakacje, a przynajmniej na coś, co miało pełnić z grubsza funkcję urlopu. Wstała i otrzepała się z czystego piasku. Chłodna plaża była kompletnie pusta i dzika. Minie jeszcze parę miesięcy, zanim zaczną ją oblegać tłumy. Słońce ledwo się rozgościło nad wodą, rozświetlając jezioro. Z żalem opuściła to miejsce.
Godzinę później zjadły z Milą lekkie śniadanie złożone z owsianki (czysta dla Mili, z miodem i bakaliami dla niej). Następnie zapakowały się do pękającej już w szwach mazdy, w której niebezpiecznie mnożyły się książeczki w twardych okładkach, i ruszyły.
Jej poranny prawie mistyczny nastrój oznaczał dobre złego początki. Zadbała o śniadanie, ale nie o lunch, a Mila, ciesząca się doskonałym apetytem, szybko zrobiła się głodna. Chwilę później, w kafejce na stacji benzynowej Lotosu, znalazły się w przedsionku piekła. Nawet w marcowy dzień stacja była oblężona. Skąd ci wszyscy ludzie się brali? Jechali tam, gdzie one? Podejrzenie absurdalne, a jednak bezsprzecznie tu były tłumy i wcale nie chciały rzednąć.
Mila trzymała ją mocno za rękę, jakby ją również przestraszył ten ścisk. Obie odwykły od tego, żyjąc w dzikich ostępach Beskidu Niskiego, najbardziej pustego miejsca w Polsce. Udało im się w końcu zamówić i zjeść suchy wegański kotlet i całkiem dobre frytki. Właśnie: w kafejce serwowano bogatą ofertę wege, przy stolikach były kable do ładowania iPhone'ów, a na drodze minęły ją elektryczne tesle. Czuła się jak Rip Van Winkle. Przez ostatnie pół roku, które spędziły w Beskidzie Niskim - gdzie świat jesienią i zimą zamierał - dokonały się duże zmiany.
Ruszyły i Mila wkrótce zasnęła. Gadająca zabawka, nazywana przez nie obie "komputerem" - aby mała nie zabierała się do tego prawdziwego - smętnie zwisała jej z paluszków. Plastikowe kartki coś jeszcze nawijały po angielsku ("this is elephant, this is giraffe"); tak jakby Mila naprawdę mogła się w ten sposób nauczyć. Przez sen, jak ci maturzyści kładący podręczniki pod poduszkę. Spała jak zabita. A może również denerwowała się tym, co miało nastąpić.
Jechały jeszcze parę godzin drogą S3, aż w końcu odsłoniła się przed nimi oszałamiająca perspektywa miasta Wolin, rozciągającego się za mostem oddzielającym wyspę od stałego lądu. Nina widziała czerwone dachówki i dużo wody; położenie "wartownika" - strażnika wyspy - było spektakularne. Znajdowały się już blisko celu, a mała dalej spała. Miks szumu autostrady, ględzącego "komputera", ballad starej-nowej Nory Jones oraz Dawida Podsiadły wystarczył, żeby trzymać ją w uśpieniu.
I wilk syty, i owca cała; lepsze to niż słuchowiska o Muminkach. Dobra muzyka, przy której w dodatku Mila od razu zasypiała - choć i tak Nina upewniła się, patrząc w lusterko, czy mała rzeczywiście śpi. Była jak każda matka w erze smartfonów. W pracy oglądała zdjęcia Mili i teraz też nie mogła się oprzeć pokusie, żeby na nią ciągle spoglądać. Na kędziorki, długie i gęste, opadające na równie długie rzęsy. Ta dziewczyna zawróci chłopcom w głowie prędzej niż później. Będzie miała swoje nastoletnie życie i nie było nikogo, kto mógłby wspomóc Ninę w trudnych decyzjach.
Była tylko ona, w roli ojca i matki.
Zasłuchała się w rzewne melodie - co teraz porabiała Jones? - i w ostatnim momencie zorientowała się, że nawigacja od dłuższego czasu awanturuje się o skręt. Zrobiła to zbyt gwałtownie i spojrzała w lusterko. Mila nie przebudziła się, choć niepokojąco się skrzywiła. Wyglądała teraz jak jeździec bez głowy. Czy Nina miała się zatrzymać? Jedna z setek sytuacji, kiedy zadawała sobie pytanie, jak powinien zachować się odpowiedzialny rodzic. Tak jakby sama nigdy nie spała ze spuszczoną głową. Nawigacja pokazywała około piętnastu minut i sensowniej było pozwolić małej pospać, bo z pewnością czekały ją jeszcze emocje.
Ostatnie kilometry były bardziej w jej guście. Droga zaczynała się zwężać, domy rzednieć, a nawierzchnia - psuć. Wjeżdżały głębiej w las, wspinając się coraz wyżej łagodnymi serpentynami. Jak daleko w zasadzie było do morza? Otworzyła okno, usiłując wyłapać jakiś zapach. Na razie jednak miała tylko widoki: powoli rodząca się do życia zieleń przypominała jej Beskidy. Rześki wiatr wskakiwał przez okno z lewej strony i burzył jej fryzurę za sto czterdzieści złotych, którą zafundowała sobie na Mickiewicza w Gorlicach.
Było bardziej dziko, niż się spodziewała. Cieszyła się tym po dwóch dniach autostrad i wegepapki z Lotosu. Droga, wyraźnie poprawiana, miała zryte, wręcz zerwane płaty asfaltu. Ninie zdawało się, że okrąża jakąś górę, jakby miały wjechać na szczyt. No ale startowała z depresji i przecież cały czas krążyła wokół wód Zalewu Szczecińskiego...
Pojechała odpocząć nad morze, a trafiła w góry. Tylko Nina Warwiłow potrafiła wykonać taki dziwny numer.
W końcu ukazał się pierwszy dom. Wjechały do Boleni.
To był zwyczajny wakacyjny, kryty klinkierem domek. Po chwili pojawiły się kolejne, starsze i nowsze. Letniskowa miejscowość zdawała się zmieniać w niewielkie miasteczko, choć bez takich wygód jak supermarkety, na które zwyczajnie chyba nie starczyło przestrzeni na klifie. Miejsce okalały za to połyskujące w dali wody zalewu. Wydawało się, jakby miasteczko spało. Boleń była położona wysoko, być może nawet sto metrów powyżej poziomu wody. Nina zwolniła, bo widok na szeroki zbiornik zapierał dech w piersiach.
Nawigacja odliczała bezlitośnie: pięćset, czterysta, trzysta metrów... W końcu podjechały pod okazały budynek.
Czerwoną czcionką, ze zwisającą literką "z", napisane tu było: Szumy.
Dotarła.
Westchnęła, trochę ze zmęczenia, a trochę z napięcia. I ziewnęła: niezawodna oznaka tego ostatniego. Z tyłu jej wspaniale współpracująca córka obudziła się i skierowała na nią spojrzenie. Spoglądała bez słowa, jakby z dorosłym zrozumieniem trudności sytuacji, z jaką miała zmierzyć się jej matka. Z jaką obie miały się zmierzyć.
Nina się roześmiała. Tak właśnie ona sama musiała patrzeć na ludzi: z nieco pochyloną głową. Słyszała, że tego spojrzenia można się przestraszyć. Wyciągnęła rękę i poczochrała włosy małej, a potem wypięła się z pasów, otworzyła tylne drzwi samochodu i pomogła córce wyjść z fotelika.
- Sama - oznajmiła jak zawsze Mila.
Było chłodno, ale nie aż tak, jak Nina się obawiała, mniej więcej jak w Łagowie. Wiatr wydawał się ciepły i przyjazny. A z mapy wiedziała, że Boleń położona jest pomiędzy wodą a lasami, wciśnięta w niewielki kawałek lądu na rozległej skarpie.
Stała przed budynkiem w stylu polsko-dworkowym, całym pomalowanym na kremowo. Dziedziniec był dokładnie wybrukowany, zieleń równiutko wyrżnięta. Przeszła przez betonową pustynię z Milą za rękę. Ta ściskała ją trochę za mocno.
Weszły do środka.
Tutaj z kolei było konsekwentnie biało. Malowane na biało drewniane podłogi i meble w stylu prowansalskim albo pseudoprowansalskim. Aż się cofnęła, biel wzbudzała w niej większy niepokój niż czerń. Poza tym jeszcze nie otrząsnęła się z tej śnieżno-czerwonej Wigilii w górach.
W jej polu widzenia pojawił się rumiany mężczyzna. Truchtał w ich kierunku, jego brzuch wyprzedzał postać. Wyglądało to trochę niebezpiecznie: facet był potężnej postury, na pewno miał ponad metr dziewięćdziesiąt. Z fałdek wystrzeliła dłoń.
- Cezary Mogielnicki.
- Nina Warwiłow - wymamrotała, czując, jak Mila ściska jej rękę.
- Wiemy, wiemy, oczywiście. A gdzie bagaże?
- W samochodzie.
- Świetnie. Zajmiemy się tym. Świetnie! - powtórzył. - Pomogę!
- Nie trzeba.
Nalegał jednak. Trudno. Nina wiozła ze dwadzieścia Kici Koci - te najbardziej lubiła czytać, bo zawierały mało tekstu i dużo obrazków. Oprócz tego tony gier, książeczek z Puciem, skarpetkami i puzzli ze Świnką Peppą, królewiczami i królewnami. Nie była w tym odosobniona. Widywała rodziny, które idąc na dwugodzinny spacer, wyglądały, jakby ciągnęły ze sobą dorobek życia.
Cezary nie wiedział więc, czego się podjął, ale nie mogła walczyć z całym światem.
- Zapraszam na herbatkę albo może od razu coś mocniejszego po długiej drodze. Mam taką domową cytrynówkę.
- Nie trzeba.
- Muszę przyznać, że jesteście wcześnie.
- Tak?
- To przecież osiemset kilometrów.
- Nie przyjechałyśmy bezpośrednio z gór. Nocowałyśmy po drodze.
- Aha.
Spoglądał na nią z krępującym uśmiechem, więc musiała to jakoś przerwać.
- A do picia poproszę herbatę. Dla małej też jakąś owocową.
- Świetnie, a zaraz zajmiemy się jedzeniem.
Nie zdążyła mu powiedzieć, że może sobie odpuścić, bo wciąż ją mdliło po podróży. Przeszli do kolejnej sali. Wydawała się rozleglejsza, przypuszczalnie właśnie ona miała stać się bohaterką wieczoru za parę dni. Dalej było biało, ale przynajmniej z jakimś przełamaniem. Znajdowały się tu okrągłe stoliki, na ścianach - na szczęście - powieszono obrazki. Ze stereotypowymi motywami morskimi, no ale trudno, żeby były górskie. W rogu stał gigantyczny fortepian z poobłupywanymi fragmentami czarnego lakieru; wyglądał jakoś nie na miejscu.
- Przygarnąłem - rzekł Cezary, czytając jej w myślach. - W ośmiu żeśmy go przydźwigali. Lubię stare rzeczy.
Miała ochotę powiedzieć, że powinien polubić ją.
- Jasne - mruknęła.
- Proszę - skierował je do stolika przy oknie - może tutaj, jest najwięcej światła o tej porze.
Mila cichutko, ściskając "komputer" jak amulet, maszerowała obok. Usiadły, a Cezary - Nina nie mogła w to uwierzyć, dwudziesty pierwszy wiek, te sprawy - pstryknął palcami. Skutecznie. Podszedł do nich szczupły, drobny chłopak w obcisłych dżinsach. Cezary przekazał mu zamówienie na napoje. Następnie, z pewnym namaszczeniem, wręczył im menu.
Kurtuazyjnie otworzyła, choć zza drzwi, z których wyszedł chłopak, doleciał zapach ryby, i to taki, który nie pobudził jej apetytu.
- Może za chwilę - powiedziała. - Napijemy się herbaty, trochę odpoczniemy i się przebierzemy.
Zerknęła na Milę. Mała, podekscytowana, oglądała w menu kuszące obrazki deserów. Była ożywiona i miała wyraz twarzy w stylu "chyba ty!".
- Mamo, kiedy będzie herbata? - zapytała jednak.
Cezary zatrząsł się ze śmiechu.
- Ale rezolutna.
- Nie zawsze. - Nina się uśmiechnęła, a mała wgramoliła się jej na kolana, wciąż nie spuszczając czujnego wzroku z gospodarza.
Obok ich stolika przeszła dziewczyna, zamieniając dwa słowa z chłopakiem w rurkach. Może było poza sezonem, ale hotelik nie wydawał się martwy.
- Czekaliśmy na was - kontynuował Cezary.
- To naprawdę miło. - Nina postarała się o uśmiech i miała nadzieję, że nie wyszedł z tego szczękościsk.
Przyniesiono im herbatę; było w niej za dużo wszystkiego: goździków, cytrusów, korzeni. Wojtek Ordowski, z którym rozstała się dwa i pół miesiąca wcześniej, miałby na to pewnie określenie: przegadana.
Rzeźbiarz. Po ich t?te-a-t?te przed świętami rzuciła się w wir spraw. Musiała przede wszystkim wyjaśnić światu, co zaszło w Gnieździe. Musiała opowiedzieć o jatce, która się tam dokonała - i która skończyła się opasłym aktem oskarżenia. Sprawą żyły naturalnie całe Gorlice, co też było na swój sposób wykańczające. W tak niewielkim mieście Ninę od początku rozpoznawano, ale teraz przyjęło to inne rozmiary. Była zwyczajnie zaczepiana: w cukierni, na poczcie, nawet w Biedronce czy na Grosarze.
Fajnie, że znalazła się osiemset kilometrów dalej. Może po to, aby nie myśleć o przykrej rozmowie w Bukowcach. Choć istniała jeszcze jakaś furtka, obawiała się ją otworzyć. Bała się, że Wojtek ponownie ją odrzuci, jeśli już ostatnio nie zrobił tego definitywnie.
Popijała herbatę, a Cezary w międzyczasie trajkotał. O pogodzie, lokalnych inwestycjach, przystani i gościach przybywających tutaj z daleka. Docierało do niej co drugie słowo, co musiało być widoczne, bo tylko machinalnie raz na jakiś czas kiwała głową. Zdawał się tym nie przejmować. Mała chrupała wafelek ryżowy z sezamem, który Nina dyskretnie jej podsunęła. Sama wciąż nie miała apetytu. Od kiedy tu przyjechała, z lekkiego zdenerwowania czuła pulsujący ból brzucha.
Ocknęła się i podarowała Cezaremu najbardziej bezpłciowy z uśmiechów.
Przyjechała tu dla małej. Żyła dla małej. Tylko to się liczyło, nawet jeśli w grę wchodziło poznawanie ekstrawertycznych hotelarzy, którzy mieli okazać się z nią jeszcze dziwniej spowinowaceni. Dopiero po paru sekundach dotarło do niej, że uśmiech nie wystarcza, a Cezary zadał jej pytanie. Zamrugała oczami.
- Tak - zaryzykowała odpowiedź.
- To świetnie. Chodźcie za mną. Wiesz, jesteśmy przed sezonem, przygotowaliśmy dla was coś ekstra.
Pomyślała, że ostatnie zdanie nie zabrzmiało bardzo uprzejmie. A trudno było mówić o czymś ekstra, kiedy zewsząd atakował ją zapach smażonej flądry. Mila szła z tyłu; wchodziła po schodach po swojemu, czyli odliczając.
- Jeden, trzy, cztery... osiem! - krzyknęła.
Wypracowała swój własny system, pomijający piątki i szóstki, i stale go powtarzała. Trenowała, jakby bała się zapomnieć. Być może już teraz wiedziała, że jest jedyny na świecie. Instynktownie przechowywała w sobie to najpiękniejsze wczesne dzieciństwo.
- Świetnie, Milusia, ale chodź już, proszę - szepnęła Nina, kiedy mała zacięła się na piątym schodku.
Dwudniowa podróż dała jej w kość i Warwiłow myślała już o oknie, które będzie mogła otworzyć w pokoju.
- Kiedy przyjdzie... - zaczęła znowu Mila i przerwała. Trochę jakby celowo chciała grać tym matce na nerwach, a trochę jakby bała się dokończyć zdanie. Spojrzała na Ninę z niepokojącą bystrością.
- Jeszcze chwila, kochanie, jeszcze sekunda.
- To już tutaj. - Cezary otworzył solidne dębowe drzwi. - Macie wyjątkowy pokój, moim skromnym zdaniem. Niedawno odnawiany...
Nie kłamał. Apartament był naprawdę duży. Miał przedpokój z wygodną dębową szafą. Okna wychodziły na Boleń, na ulicę, linię brzegową i przystań.
Uroczy pejzaż. Po raz pierwszy Nina pomyślała, że wypocznie. Brakowało tylko kominka z ogniem. Poza tym było wszystko, co kojarzyło się z niczym niezmąconym połykaniem książek, jednej za drugą.
- Ale świetnie! - krzyknęła mała.
Cezary zaśmiał się i poczochrał ją po głowie. Miał w sobie to coś, bo Mila, nie tak znowu otwarta, nie zjeżyła się, a nawet wyglądała na zadowoloną.
- Będzie wam tu jeszcze lepiej.
- Zaraz zejdziemy, tylko trochę się odświeżymy - powiedziała Nina.
Kątem oka zauważyła, że mała już żuła jakąś czekoladkę. W którym momencie nakarmiono jej córkę słodyczami i kto na to pozwolił?
- Chodź, kochanie - szepnęła. - No chodź. Umyjemy ci buźkę.
- I zęby - powiedziała mała.
- Tak i zęby, jeśli chcesz.
- Z tobą.
- Oczywiście, ze mną. I może włosy razem trochę przyczeszemy, co?
- Nie.
- A może ty mnie uczeszesz, a ja ciebie?
- Dobrze.
Każda strategia była dobra, żeby osiągnąć cel. Chwilę się czesały, a potem małej się znudziło i zastygła, pozwalając się szczotkować, bo tak naprawdę to lubiła. Czesząc Milę, Nina przyglądała się swojej twarzy w lustrze czystszym niż to, które miała w Beskidzie. Ciemne włosy. Pasemka siwizny, wciąż widoczne głównie dla niej samej; tak przynajmniej twierdziła jej fryzjerka na Mickiewicza. Twarz bez poprawek, z taką się urodziła. Nie zamierzała robić żadnych modyfikacji, choć ta moda zawitała już do Gorlic, a nawet na komendę powiatową; z różnym skutkiem. Liczne zmarszczki. "Mimiczne", jak mówiono.
Odłożyła z irytacją szczotkę.
- Mamo, jesteś śliczna - powiedziała z przejęciem Mila, która obserwowała ją od dłuższej chwili.
- Och, dziękuję ci, kochanie.
- Naprawdę. Jesteś naj-ład-niej-sza.
- Ładniejsza niż przedtem?
- Tak.
Kucnęła i spojrzała na Milę.
- Gotowa? - zapytała, zadając sobie samej to pytanie, a kiedy otrzymała potwierdzenie, powiedziała: - No to świetnie.
Zerknęła na telefon, nadszedł esemes. Ale wciąż nie było ich rzeczy. Energiczny Cezary, zdaje się, zapomniał o swojej deklaracji. Czekoladę przemycił, a walizek nie wniósł. Będzie musiała sama wtachać zabawki. Te wszystkie pierdoły zabrane "w razie czego", wszystkie śmieciuszki z Pepco w Gorlicach, ze Smyka z Tarnowa i - przede wszystkim - z nowo otwartego Action w Jaśle.
Trudno, obejdzie się bez przebierania. Zeszły do holu. W ich polu widzenia pojawiła się męska sylwetka. Na ten widok Mila zerwała się i pobiegła tak szybko, jak potrafiła. Nina odwrotnie, przystanęła.
Mężczyzna, który czekał na nie w holu, sam wydawał się zdziwiony reakcją dziewczynki. Był to okularnik w średnim wieku, kiedyś podobny do Petera Sellersa, a teraz raczej do Wojtka Manna. Tomek Kapiński zdążył jednak szeroko rozłożyć ramiona, a Mila wpadła w nie i przytuliła się do taty.