Martwe Jezioro - Marcin Mortka

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-475-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

GRAFIKA NA OKŁADCE ? Dominik Broniek, Paweł Zaręba

REDAKCJA Piotr Pieńkowski

KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Bogusław Byrski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

Pieśń Katriny

Był kiedyś czas, kiedy człowiek był człowiekowi wilkiem, a nienawiść i pogarda przychodziły łatwiej niż miłość i zrozumienie. Czas, kiedy miecz i strzała były tańsze od bochenka chleba i kubka wina. Kiedy dumne rycerstwo z Głuchoborów wytrwale usiłowało wydrzeć Góry Miedziane z rąk krasnoludzkich i zmusić sąsiednie krainy do posłuszeństwa. Gdy morzami władała niepokorna nacja Ostrohorów, stepami niepodzielnie rządzili Pohorcy, jeźdźcy-minstrele, a na podmokłych równinach w sercu świata panowali krnąbrni, nieustraszeni Hobolanie. Czas, kiedy w królestwie Wichrogórza badano tajniki Mocy, a kupcy z republiki Tobolinu wysyłali ekspedycje w coraz dalsze zakątki świata. Był to czas krwawy i brutalny, czas dla odważnych i zdecydowanych.

Był to dobry czas.

I trwał, aż pewnego dnia na horyzoncie pojawiły się żagle obcej flotylli, a niebo przesłoniły skrzydła Smoczycy.

Żeglarze z Ostrohorów dzielnie ruszyli przeciwko obcym najeźdźcom, ale wtedy Smoczyca tchnęła w nich Przekleństwem i królowie mórz naraz zrozumieli, że nie odnajdują się już w swym ukochanym żywiole. Zagubieni wśród rozhukanych fal, dali się rozpędzić obcym jak stado baranów. I tak padło morskie królestwo Ostrohorów.

Niebawem świat poznał rudowłosych, zakutych w zbroje rycerzy Smoczych Armii Tuaisceartan.

Jako pierwsi drogę zastąpili im Głuchoborczycy, dumni, ufni w swą potęgę. Ruszyli do bitwy z ochotą, żądni sławy, lecz wtedy Smoczyca znów tchnęła Przekleństwem i rycerze głuchoborscy uświadomili sobie, że nie rozpoznają kolorów. Przestali tym samym rozumieć system flag, za pomocą którego kierowano nimi podczas bitwy, i ponieśli sromotną klęskę. Największa, najwaleczniejsza armia została wybita niemalże do nogi, a klęska została zapamiętana jako Szara Masakra.

Rozbiwszy głuchoborskich rycerzy, Tuaisceartanie pomaszerowali dalej, zawsze w cieniu skrzydeł wielkiej Smoczycy. Ta nie znała litości i obrzucała Przekleństwem każdy naród, który poważył się wyjść w pole przeciwko jej dzieciom. Pohorcom odebrała umiejętność mowy, Okrajcom możliwość zapadania w sen, Wichrogórzanom szansę na długie życie.

Wyjątkiem było Hobole. Miast obrzucić jego mieszkańców Przekleństwem, Smoczyca kazała wygubić ich co do jednego.

Równie bez litości Smoczyca potraktowała elfów i krasnoludów. Ci pierwsi zdołali uciec przed jej gniewem daleko do krain za Martwym Jeziorem, ci drudzy stawili jej czoła. Wycieńczeni długotrwałą wojną z Głuchoborami, nie byli jednakże w stanie zagrozić potędze jej dzieci i przegrali. Ich dumne miasta legły w gruzach, a resztki ongiś sławnego narodu, zastraszone i wynędzniałe, wiodą dziś szczurzy żywot w najciemniejszych jaskiniach.

Niebawem ona i jej Smocze Armie zawładnęły światem niepodzielnie. Smoczyca odeszła, strudzona wojną, by zamieszkać w świętych Górach Leża, lecz pojawili się kapłani, którzy wynieśli ją jako boginię i nakazali nazywać Panią. Pojawiły się również Smocze Strażniczki obdarzone drobną cząstką jej mocy, które jęły pilnie strzec, by nikt kultowi nie zagroził. Odnajdowały każdego, kto bluźnił i dawne porządki wychwalał, zabijały każdego, kto urodził się choć z cząstką Mocy.

I tak oto nastał czas zły, kiedy to miast gniewu i odwagi w ludzkich sercach zamieszkały gorycz i strach. Zamilkł śpiew, ucichły śmiechy, zamarły myśli o szczęściu i dobrobycie. Oczy pokonanych zwróciły się na Tuaisceartan, którzy zaczęli ujarzmiać podbite krainy, budując drogi i mosty, wznosząc miasta i twierdze, fundując huty i kopalnie. Niejeden naonczas pomyślał, iż skoro sprawa jest przegrana, być może warto okazać służalczość.

I zaiste tych, którzy się przed Panią ukorzyli i służyli jej wierniej od innych, ta uwalniała od Przekleństwa. I tak oto ludzie, dotąd połączeni wspólną niedolą, na nowo znaleźli powody, by patrzeć na siebie wilkiem.

Lata płynęły, nienawiść ludzka z wolna gasła, podobnie jak przywiązanie do wolności i dawnych tradycji. Ludzie przyzwyczajali się do nowego porządku i rodzili w nim, a wkrótce zabrakło tych, którzy pamiętali świat sprzed Najazdu. Nauczyli się żyć w niewolniczym kieracie.

Tak było do czasu, kiedy na niebie pojawił się Jaszczur.

Wielu go widziało, ale nikt nie zdołał opisać ani też stwierdzić, skąd przybył. Leciał zaś ku Górom Leża, skąd niebawem dobiegły odgłosy straszliwe i ogłuszające, jakby się ziemia zapadała. Przerażone Strażniczki mówiły, że wielka krzywda się ich Pani stała, ale nikt nie zdobył się na odwagę, by z odsieczą jej ruszyć. Natura owej krzywdy wyjaśniła się niebawem, gdy z rozbitych skorup na świat wyfrunęły Smoczęta, które zatoczyły koła nad konającą matką i rozleciały się po świecie.

I wtedy nastał czas jeszcze gorszy.

Smoczęta szalały i niszczyły miasta i wsie, a kapłani, którzy z początku uznawali istoty poczęte z łona Pani za święte, zabraniali ich zabijać. Wkrótce wielu z nich zmieniło zdanie i doszło do krwawych rozpraw, co nie uszło uwadze poddanych Tuaisceartan. Widząc, iż rządzący stali się bezsilni, upokorzeni niewolnicy przypomnieli sobie swą chwalebną przeszłość i chwycili za broń. Wybuchło wielkie powstanie, które nazwano Burzą, gdyż jako sztorm potężny wstrząsnęło całym imperium. Powstańcy osiągnęli wiele zwycięstw, a swój pochód ukoronowali masakrą wroga podczas Bitwy Pogodzonych. Byli bliscy zadania Tuaisceartanom ostatecznej klęski, lecz wtedy doszły do głosu rozłamy i konflikty jeszcze sprzed Najazdu i powstanie się rozpadło.

Trudno orzec, kto zawinił. Jedni mówią, że Głuchoborczycy nie chcieli wesprzeć powstania, bo marzyła im się samodzielna rozprawa ze Smoszczurami. Inni twierdzą, że nikt pośród Pogodzonych nie był bez winy. Tak czy owak, przywódcy potężnej dotąd armii, uskrzydlonej wieloma zwycięstwami, jęli się kłócić i wnet ulegli słabszemu, lecz chytrzejszemu wrogowi.

Wnet zapełniły się lochy tymi, którzy ośmielili się chwycić za broń. Strażniczki miotały się po świecie niczym niespokojne duchy, wyłapując wszystkich, których podejrzewały o udział w powstaniu. Zapłakał świat z goryczą nad swym losem, a potem znów ucichł, upokorzony jak nigdy dotąd.

Bo i czas nastał tak zły jak nigdy dotąd.

Ci, którym starczyło odwagi, nazwali to Końcem i nazwa ta się przyjęła, choć Strażniczki usiłowały batami wybić ją ludziom z głów. Ledwie ucichły walki, a imperium tuaisceartańskie nawiedziły klęski straszliwe. Rzeki występowały z brzegów, znad mórz nadlatywały niszczycielskie wichry, trzęsła się ziemia i pękały góry ociekające strumieniami lawy, a z nieba spadał żywy ogień. Potężne ongiś imperium jęło chwiać się w posadach, teraz niszczone przez świat, po którym się rozlało.

A jego poddani, po raz wtóry pognębieni i pokonani, milczeli i pochylali kornie głowy, pogodzeni ze swym losem. Nikomu nie przyszło już na myśl, by sięgać po broń. Umierali w ciszy, wraz z imperium, które zabrało im wszystko, co mieli.

Nastał najgorszy czas ze wszystkich.

Rozdział pierwszy

Smok rozdziawił paszczę.

Powoli, ostentacyjnie przesunął czarnym językiem po kłach. Z szeroko rozstawionych nozdrzy buchnęły kłęby pary. Odpowiedziały im inne, dobywające się z krostowatych narośli po obu stronach kolczastego grzbietu. Błoniaste skrzydła aż zadrżały, gdy uniósł pazurzastą łapę w powietrze i wbił ją w pył drogi.

Mads Voorten ani drgnął.

- Spierdalaj - warknął.

Smok cofnął gwałtownie łeb, jakby ta obelga go zapiekła. Zasyczał, ponownie strzelając parą. Fioletowe ślepia to nikły pod skórzastymi powiekami, to znów się pojawiały, lśniąc zdumieniem i oburzeniem. Bestia walnęła łapą raz jeszcze, tym razem mocniej.

Mads wydął wargi i pochylił się w siodle, opierając łokcie na wysokim łęku.

- Słyszałeś, co powiedziałem? - wycedził. Nadal nie przerywał kontaktu wzrokowego. - Poszedł stąd, kurwiszon! Już! Spierdalaj!

Smok opuścił łeb tuż nad ziemię. Prychnął z obu przepastnych nozdrzy, wzbijając tumany kurzu, a potem znów wyszczerzył kły.

Wojownik przymknął oczy dla ochrony przed kłębami pyłu i przesunął dłonią po końskim karku. Żmijka jednakże nie potrzebował pokrzepienia. Ojczyste bagna Pustaci przygotowały go na o wiele gorsze widoki. Stał nieporuszony niczym spiżowy posąg i bez cienia lęku, wręcz z zaintrygowaniem, wpatrywał się w smoka swymi stalowoszarymi oczami.

Potwór zaś zamarł, jakby nagle dotarło do niego, że tych dwoje rzuca mu wyzwanie - co gorsza, wyzwanie jak równy równemu. Potrząsnął wściekle łbem, zagrzebał dwa razy w ziemi swą pazurzastą łapą niczym rozwścieczony byk i grzmotnął w ziemię ogonem. Na koniec nastroszył kolce, które wyprostowały się z metalicznym szczękiem, i buchnął przed siebie gorącym oddechem.

Wyziew był tak silny i tak smrodliwy, że Mads o mało nie zleciał z siodła, a Żmijka odwrócił łeb i parsknął kilka razy. Gdy smok zatrzasnął szczęki z głuchym mlaśnięciem, jeździec odkaszlnął, przełknął z trudem ślinę i spojrzał na gada z autentyczną nienawiścią w oczach.

- Teraz to przegiąłeś - wycharczał i ujął włócznię.

Żmijka targnął łbem i ponaglony uderzeniem pięt jeźdźca ruszył ku smokowi. Zarżał przy tym przenikliwie, jakby się śmiał.

Tego smokowi było już za wiele. Rozłożył błoniaste skrzydła i bijąc nimi pospiesznie, niemalże z paniką, wzniósł się w powietrze. Gdy pył opadł na tyle, by jeździec znów mógł cokolwiek dojrzeć, potwór był już tylko wijącą się kreską gdzieś na tle nasyconego purpurą nieba.

Mads odetchnął głęboko i raz jeszcze poklepał kark wierzchowca.

- No, znów mieliśmy szczęście - mruknął. - Nieczęsto trafia się na głupka, który wystraszy się człowieka z włócznią.

Żmijka prychnął z protestem.

- Oczywiście człowieka wraz z rumakiem - poprawił się Mads, ściągając hełm. Czoło było całkiem mokre od potu.

Był człowiekiem nie pierwszej młodości. Spomiędzy krótko przyciętych ciemnobrązowych włosów przezierały nitki siwizny, a spod przymrużonych oczu wybiegały bruzdy zmarszczek ciągnące się daleko za kości policzkowe. Kilkudniowy zarost w istocie zdradzał człowieka gnębionego ciężkimi troskami.

Cokolwiek go trapiło, nie miało to wpływu na jego umiejętności. Koniem powodował z naturalną swobodą. Płynność, z jaką odwrócił włócznię i wsunął w tuleję z przodu wysokiego siodła, wskazywała na doświadczenie w walce z końskiego grzbietu. Wrażenie to uzupełniał trzymany w ręku hełm z misiurką, stary i powgniatany od licznych ciosów, a także łatany kilkakrotnie skórzany kaftan z naszytymi stalowymi kółkami. No i brzydka, nierówna blizna na prawym policzku. Podobne spostrzeżenia zapewne zatrzymywały w miejscu każdego rabusia, gdyż na milę znać było charakternika, a ci zazwyczaj oznaczali masę kłopotów i pustą sakiewkę.

Smoki jednakże mogły o tym nie wiedzieć.

Mads popędził rumaka. Oddychał pełną piersią, wodząc wzrokiem za buczącymi trzmielami i rozkoszując się coraz głębszymi odcieniami czerwieni odkładającymi się na niebie.

Zbliżał się koniec lata, a Voorten wiedział, że dla niego będzie to również koniec dotychczasowego życia.

Obły głaz, zagrzebany do połowy w igliwiu, błysnął kilkoma niezdarnymi piktogramami. Wojownik zmrużył oczy i zaklął w duchu.

- No, jesteśmy prawie na miejscu - mruknął i starannie nałożył hełm. - Ostatnia przeszkoda, Żmijka. Miej się na baczności. Nigdy nie wiadomo, co tym knypkom strzeli do łba.

Koń chrapnął cicho w odpowiedzi.

Niemal każdy człowiek, którego Mads ostatnio wypytywał o drogę na Kiecz, ostrzegał go przed niewielką kolonią goblinów, która wyrosła wzdłuż Starego Traktu. Ledwie parę mil od Martwego Jeziora. Każdy też, bez względu na pochodzenie, nie omieszkał przy tym splunąć z pogardą. Stanowisko, które gobliny zajęły podczas powstania, było ostatecznym dowodem na ich podłą i zdradziecką naturę. Mads miał ten problem w głębokim poważaniu, ale bynajmniej nie zwalniało go to z ostrożności. Dla goblinów każdy zbrojny, który nie nosi tuniki wojsk cesarskich, był potencjalnym zagrożeniem.

Żmijka jakby wyczuł niebezpieczeństwo i przyspieszył sam z siebie.

Niespodziewanie las się urwał i oczom jeźdźca ukazała się rozległa polana, a na niej wysoki, najeżony częstokołem wał, znad którego biło w niebo kilkanaście słupów dymu. Wokół wału aż po skraj lasu ciągnęły się niewielkie poletka, każde oznaczone kamieniem z wymalowanymi na jego powierzchni piktogramami, podobnymi do tych na kamieniu w lesie. Droga co prawda obiegała poletka szerokim łukiem, ani razu nie wychodząc z cienia rzucanego przez drzewa, ale Mads nie łudził się, że pozostanie niezauważony. Wiedział, że nie ma rasy czujniejszej i bardziej nieufnej od goblinów.

Nie mylił się. Powietrzem wkrótce wstrząsnęła ochrypła pieśń rogu. Oracze unieśli głowy, a od bramy buchnęły krzyki przestraszonych kobiet zaganiających dzieci do domostw. Wojownik przełknął ślinę.

- Spokojnie - rzucił ochryple. - Nie będziemy uciekać przed bandą rzepojadów z motykami.

Rumak najwyraźniej zrozumiał jego intencje, bo potrząsnął grzywą, rżąc przy tym głośno, i zwolnił. Szedł teraz stępa z wysoko uniesionym łbem, a Mads ujął wodze lewą ręką i jechał, nie rozglądając się na boki. Nie patrzył na łuczników tłoczących się na wałach ani na oraczy zamarłych na polach, ściskających w sękatych dłoniach drzewca motyk. Nie spojrzał nawet na dwóch barczystych drwali, którzy odeszli od rąbanych pniaków i stanęli na poboczu, wsparci na swych siekierach, wyzywający w swym milczeniu. Na szczęście żaden z nich nawet nie drgnął, wyczuwali bowiem charakternika, a przy tym widzieli jego drugą dłoń, jak zwisa niebezpiecznie blisko uchwytu włóczni. Ale wszystko do czasu.

Dotarł do mostu. Ten był zaledwie kładką przerzuconą nad strumieniem - gobliny nigdy nie odnalazły w sobie pasji do budowania. Drogę zamykała mu drużyna, która wystarczyłaby i do obsadzenia sporej baszty. Otaksował przeciągłym wzrokiem ich lamelkowe zbroje i hełmy z ukośnymi otworami na oczy, nadające im wygląd sów. Obejrzał też ich dzidy i topory na długich trzonkach, a potem skupił wzrok na przywódcy, starym weteranie w przydługiej, ani chybi zrabowanej kolczudze.

- Stój - powiedział miękko. - Stój, Żmijka. Coś mi mówi, że czeka nas przeprawa z tym ropuchem.

Stary goblin rzucił przez ramię coś, co wywołało śmiechy wśród jego podwładnych. Mads czekał niewzruszenie - był przekonany, że dowcip wcale nie należał do śmiesznych, a weteran rzucił go tylko po to, by zbić przybysza z tropu.

"Zupełnie jakby czuł się swobodnie" - pomyślał.

Widok bandy uzbrojonych goblinów mógł odebrać resztki odwagi, tym bardziej gdy rozprawiały we własnej zgrzytliwej mowie. Znajdowało się w niej przynajmniej kilka głosek całkowicie niewymawialnych dla ludzkiej krtani.

- No? - mruknął. - Czego chcesz?

- Szeszcz - wycedził weteran, wbijając w niego nienawistne spojrzenie.

- Sześć? - Wojownik zmrużył oczy. - Czego sześć?

- Szeszcz gwer - zażądał goblin, wyciągając czteropalczastą dłoń w skórzanej rękawiczce. - Płacz! Płacz!

Człowiek skrzywił się z niechęcią. Za jednego imperialnego gwera mógł podjąć kilku przyjaciół w najdroższej karczmie i jeszcze by mu na dziwkę do poduszki starczyło. Próby wyłudzenia sześciokrotności tej kwoty za przekroczenie byle kładki nad cuchnącą gnojem rzeczułką nie dało się niczym wytłumaczyć.

- Chyba ci mózg szlamem przeszedł, kurduplu - warknął.

Goblin rzucił kilka słów za siebie. Ostrza włóczni powędrowały wyżej, bełty zastygły nieruchomo, a blade, pozbawione źrenic oczy goblinów błysnęły stalą.

- Płacz! - ponowił żądanie weteran w kolczudze.

Mads przekrzywił lekko głowę i niespodziewanie zsunął się z siodła. Przeciągnął pieszczotliwie dłonią po karku wierzchowca i ruszył w kierunku mostka. Błoto chlapało pod jego butami, tłumiąc brzęk ostróg. Stary goblin opuścił nieco głowę i napiął mięśnie, wyraźnie zaskoczony reakcją.

"Ciekawe, za co tak naprawdę nienawidzimy was najbardziej - pomyślał Mads. - Czy za te wybałuszone ślepia? Za tę złośliwość? A może za ten smród, od którego człowiek ma ochotę wytarzać się w gnoju dla odświeżenia?"

Kończąc w myślach ostatnie zdanie, poczuł ową odpychającą woń - wyczuł w niej odór suszonych ryb, wędzonki oraz błota używanego do budowy chat. Pozostałych części składowych nie był ciekaw. Wbił wzrok w pozbawione źrenic oczy starego weterana. Nie spuszczał spojrzenia do chwili, gdy dzieliły ich już tylko trzy kroki. Jeszcze krok, a znalazłby się na moście.

- Opuść most - szepnął cicho, ochryple. - Skrzyknij tych swoich chwatów i zejdź mi z drogi.

- Zapłacz! - zażądał mniej twardo goblin. - Szeszcz!

- Zejdź mi z drogi - powtórzył Mads.

Nie był wysokim mężczyzną, lecz gobliny słyną z nikczemnej postury i żeby spojrzeć z bliska któremuś z nich w oczy, dorosły mężczyzna musi się pochylić. Stary weteran hardo uniósł łeb i odpowiedział spojrzeniem.

Nie powinien był tego robić.

W błękitnych oczach Voortena zalśniła stal. Błysnęły włócznie uniesione podczas szarży w korycie Burzycy. Zamigotał nieoczekiwany atak spomiędzy drzew Zamglonego Lasu. Rozjarzyło się natarcie podczas Bitwy Pogodzonych. Tętniła ziemia, wył wiatr, świstały ostrza. Wyły wilki.

Goblin weteran cofnął się wystraszony. Nigdy dotąd nie patrzył w oczy kogoś, kto zapomniał, czym jest lęk, a wszystkie swe słabości zakrył żelazną wolą i gotowością do podjęcia największych nawet szaleństw. Po jego skroni spłynęła kropla potu - mętna, mlecznobiała. Obrzucił wzrokiem swoich kamratów, którzy nagle wydali mu się żałośnie nieliczni i kiepsko uzbrojeni, i przełknął ślinę, nie wiedząc, co powiedzieć.

Mads zauważył tę chwilę wahania. I zrozumiał.

W jego dłoni zamigotał złoty gwer.

- Łap - powiedział, rzucając monetę weteranowi. - W przeciwnym razie zaraz cię zdymisjonują kawałkiem drąga. Bo co to za dowódca, który boi się jednego jeźdźca?

Wspiął się na siodło.

- Powiedz im, że nie wypada więcej zdzierać od kombatantów - dodał.

- Kim ty jeszt? - spytał weteran.

- Jestem Mads.

- Madsz?

- Tak. Mads. Mads Voorten. Ostrze Burzy.

"Po jaką cholerę zdradziłem temu knypkowi swoje imię? - myślał. - Po cholerę żeś otwierał mordę, Mads? Ostrze Burzy, kurwa twoja mać".

Trudno byłoby stwierdzić, czy lubił rozmowy, które toczył sam ze sobą, ale wrosły one tak dalece w jego sposób postępowania, że odbywał je całkiem nieświadomie, niemalże na każdym kroku. Przez ostatnie dwa lata miał zresztą mnóstwo czasu, by tę umiejętność doprowadzić do mistrzostwa. W lochach cesarskich naprawdę nie ma nic do roboty.

Nawet nie zauważył, gdy wspiął się na sam szczyt łagodnego wzniesienia, którego podnóża sięgały północnej granicy goblińskiej kolonii. Ludzie, którzy opisywali mu drogę nad Martwe Jezioro, nazywali je Złamanym Karkiem i twierdzili, że widać z niego zarówno toń samego jeziora, jak i dachy Wygrodu.

- Nie kłamali - mruknął Mads.

U stóp wzniesienia rozlewała się bowiem ciemna zieleń borów sosnowych, a dalej ciągnęła się ledwie widoczna, stalowoszara, dostojna tafla wód Martwego Jeziora. Mads niespodziewanie poczuł, jak jego serce uderzyło mocniej.

Pierwsza część jego wędrówki - ta łatwiejsza - właśnie dobiegła końca. Teraz pora na tę trudniejszą.

- Ostrze Buuurzy! - rozległ się za nim jakiś chrapliwy, szyderczy głos. - Oooostrze!

Zawrócenie konia i wysunięcie włóczni z uchwytu zabrało mu mniej czasu niż sprawnemu człowiekowi powstanie z ziemi.

Wedle opowieści w czasach przed Najazdem na wzgórzu lądowały krasnoludzkie wywerny z Dymiących Wzgórz lub Gór Rozpaczy. Bestie te, chowane w górach, mają spore trudności z siadaniem na płaskim terenie, stąd też w miejscach, do których często przybywały, wznoszono konstrukcje przypominające machiny miotające, zwane potocznie grzędami, na których wywerny mogły swobodnie przycupnąć. Grzęda na Złamanym Karku nosiła jednak reputację pechowej i ponoć niejeden powietrzny potwór bądź jego jeździec uderzał tu w ziemię i nie podnosił się już o własnych siłach.

Oczywiście były to dawne dzieje, Smoczy Najazd zniszczył osady krasnoludów, a wywerny zdziczały i uciekły w wyższe partie gór.

Grzędę na Złamanym Karku spopieliła błyskawica. Ocalało jedno ramię. Teraz siedział na nim olbrzymi czarny ptak z masywnym dziobem i przechylał nieco łeb, jakby chciał dać jeźdźcowi do zrozumienia, że nie bierze go poważnie.

- Ostrzeeee! - wykrakał.

Mads pokręcił głową. Ze wszystkich utrapień tego padołu gorszy wydawał się już tylko syfilis. Gadające kruki potrafiły przyczepić się do samotnego wędrowca na całe tygodnie i swą gadaniną doprowadzić go do obłędu.

Sięgnął po łuk.

Kruk natychmiast poderwał się do lotu, jakby od razu rozpoznał intencje strzelca. Łopocząc głośno skrzydłami, okrążył jego głowę i zaczął wzbijać się coraz wyżej, instynktownie kryjąc się w promieniach zachodzącego słońca.

- Cholero ty! - wykrakał. - Gnido parszywa! Masz szczęście, że mam ważne sprawy na głowie, bo dałbym ci popalić, ty nielocie w dupę rżnięty! Miękkim fiutem zrobiony!

Pomimo buńczucznego tonu groźby kruka były coraz cichsze, co oznaczało, że albo ich autor sam nie wierzył w skuteczność ich realizacji, albo podzielał typowy dla ptaków lęk przed bronią miotającą. Voorten uśmiechnął się krzywo i starannie przytroczył łuk z powrotem do siodła. Potem popędził Żmijkę.

Wygród wyglądał mniej więcej tak, jak go sobie wyobrażał. Długie chaty wsparte na balach z jesionu, o ścianach wypełnionych suszonym błotem i dachach z darni.

Wjechał do osady, z chwilą gdy słońce ostatecznie skryło się za horyzontem. Przywitał go dym sączący się leniwie z otworów kominowych chat, zapach wędzonych ryb, szczekanie kudłatych psów oraz chmary bzyczących komarów. Mimo stosunkowo wczesnej pory na jedynej uliczce osady, błotnistej i pełnej kałuż, było niewielu ludzi; głównie mężczyźni. Ci mierzyli go spojrzeniami, początkowo nieprzychylnymi, a potem, gdy rozpoznali rasę konia, już tylko pytającymi.

Kiedyś ponoć mieszkały tu elfy. Ponoć znajdowało się tu Lustro.

Żmijka prychnął głośno i tupnął mocniej kopytem, odpędzając szczególnie natarczywego kundla obszczekującego jego pęciny.

Mads skierował rumaka ku świątyni.

Wypatrzył ją bez trudu, gdyż była ona jedynym elementem, który burzył spójną architekturę osady. Ogromne, otoczone wysoką palisadą domostwo, zwieńczone wysoką, kanciastą wieżą, odcinało się wyraźnie od ciemniejącego nieba. Dwie czerwone latarnie zawieszone nad bramą przypominały ślepia przyczajonej bestii. Mads przygryzł wargę i pokręcił głową jakby z niedowierzaniem, a potem popędził konia.

Bez wątpienia zwyczaj umieszczania czerwonych latarni był intencją kapłanów Smoczycy, którzy dokładali wszelkich starań, by maluczcy nigdy nie zapominali o mocy ich bogini. Czerwone lampki miały przypominać, że Smoczyca nigdy nie zasypia i czuwa nawet podczas najczarniejszych nocy. Voorten nie wątpił, że na dziedzińcu znajduje się również jej posąg, pod którym wierni mogli składać dary i modlić się o pomyślność bądź złagodzenie Przekleństwa. Nawet tu, na krańcach znanego świata, u brzegów owianego mitami Martwego Jeziora, Smoczyca przypominała o swej potędze. Lub raczej starała się to czynić.

Mads uśmiechnął się sardonicznie i podjechał pod główną bramę. Potem wyswobodził swą włócznię, obrócił ją tępym końcem do przodu i uderzył nim kilkakrotnie w prawe skrzydło.

- No, wyłaź - mruknął.

Kapłani mieli obowiązek otwierać wrota świątyń każdemu, kto do nich zastuka, i udzielić mu wszelkiej pomocy. Trzeba jednak było nie lada opresji, by wędrowiec zaszedł do świątyni Smoczycy, gdyż wszem wobec wiadomo było, że kapłani nie wypuszczą go, nie omotawszy wprzódy zobowiązaniami i przysięgami.

Mads jednak nie lękał się już niczego.

- Ile mam czekać! - burknął i uniósł włócznię raz jeszcze.

Skrzydło bramy drgnęło i bez najmniejszego skrzypnięcia odpłynęło w tył, w mrok dziedzińca. Zaszumiał płomień niewielkiej pochodni, wzniesionej nad głową milczącego sługi, który wyszedł mu naprzeciw. Był niski i krępy, o szerokiej szyi, a za prostym skórzanym pasem zatknięty miał topór. Czarne, lekko falujące włosy związał na karku w koński ogon. Jego wzrok był twardy, nieprzejednany, zgoła niepasujący do służącego świątynnego.

Mads otaksował go wzrokiem i nagle zrozumiał.

"No tak - pomyślał. - Czarnowłosy, żylasty skórkojad o szerokich barach, który patrzy, jakby chciał cię zeżreć żywcem. To Pohorzec, być może nawet ze szlachetnego rodu. Służy Smoczycy, żeby ta raczyła złagodzić Przekleństwo. Dałbyś sobie spokój, bracie. Szkoda twojego życia. Ta łuskowata gnida szponem dla ciebie nie ruszy".

Zerknął ponad ramieniem sługi na drewniany posąg znajdujący się na dziedzińcu. Zarówno kły, jak i szpony, a nawet łuski na tułowiu pociągnięto świeżą farbą, przez co błyszczały w świetle księżyca. Miał wrażenie, że w powietrzu czuje jeszcze jej delikatny swąd, zduszony aromatem modrzewiowego drewna.

"Oto i cała twoja Smoczyca - dodał w myślach. - Farbowana maszkara z drewna".

- Chcę rozmawiać z Kristaanem - powiedział krótko.

Pohorzec odwrócił się i odszedł. Mads przygryzł wargę i zsunął się z konia, by domknąć bramę.

Sztaba szczęknęła, wskakując na swoje miejsce. Mads odwrócił się od bramy. Na schodach domostwa wyłoniła się postać o niewidocznej twarzy, spowita w ciemną szatę.

- Witaj, Voorten - powiedział kapłan Smoczycy. - Wiedziałem, że mnie znajdziesz.

Siedzieli przy masywnej ławie z dębowego drewna, ustawionej na wprost ogromnego, masywnego kominka. Wspierając się o blat, raz na jakiś czas popijali piwo ze zdobionych kufli.

- Przyznam ci się, że kiedy mi powiedziano, że dorobiłeś się prebendy u Smoczycy, długo nie mogłem w to uwierzyć.

- A kto ci o tym powiedział? - spytał kapłan i pociągnął tęgo ze swojego kufla. Pierścień na jego palcu błysnął żarem z paleniska.

- A czy to ważne? - Mads zmarszczył brwi i również upił łyk. Bacznie przyglądał się staremu druhowi, wysokiemu mężczyźnie o ogorzałej twarzy, ostrych kościach policzkowych i szarobłękitnych oczach. Najdziwniejsze były jednakże jego włosy, które w pierwszej chwili wyglądały na siwe, a dopiero po bliższym przyjrzeniu okazywały się bladosrebrne. Tu, w głębi lądu, ludzie o podobnych włosach uchodzili za osobliwość.

- Ważne - rzekł tamten. Wciąż nie pozbył się zgrzytliwego wyspiarskiego akcentu. - Bo to oznacza, że ktoś połączył moje imię z osobą i że niebawem trzeba będzie stąd spieprzać gdzie pieprz rośnie.

- Nie obawiaj się. Człowiek, który zdradził mi twoje imię, nie żyje. - Mads uśmiechnął się pod nosem. - Nie zmieniłeś imienia. Nie ściąłeś włosów. Nawet mówisz dalej z tym beznadziejnym akcentem. Innymi słowy, nie zrobiłeś nic, żeby ukryć to, że jesteś tym samym człowiekiem, który napsuł Smoczycy tyle krwi podczas Burzy.

- Czy ja wiem - kapłan wydął dolną wargę. - Może za bardzo ufam swemu szczęściu. Pragnę teraz tylko dożyć swoich dni w spokoju, a może po drodze jeszcze coś dobrego zrobić.

- Dobry pomysł - powiedział Mads. - Dożyć swoich dni w spokoju.

W jego głosie pojawiło się znużenie przemieszane z ironią, twarz wyglądała nieoczekiwanie staro, błękitne oczy zaszły mgłą.

- Oho. - Kristaan rozparł się wygodniej na ławie. - Zdaje się, Voorten, że pora na twoją historię.

- Jest jeszcze krótsza od twojej. - Mads patrzył w mrok gęstniejący pod powałą. - W gruncie rzeczy sprowadza się do tego, że muszę dostać się na drugą stronę Martwego Jeziora.

Kapłan odstawił kufel i zmrużył oczy.

- Żarty sobie stroisz - stwierdził, lecz w odpowiedzi usłyszał tylko znużone westchnienie. - Po co?

- Po co? - powtórzył Mads. - Dobrze, opowiem ci.

I opowiedział.

Kiedy skończył, Kristaan uniósł kufel i dopił piwo.

- Nie wierzę - oznajmił, krzywiąc się. - To bzdury jakieś. Zupełnie do ciebie niepodobne. Nie, Voorten, mów prawdę.

I wtedy Mads powiedział prawdę. Z trudem, przyciszonym, zdławionym głosem, ale bez ogródek.

Znów nastała cisza, nawet żar w palenisku zdawał się przygasać, jakby przytłoczony niespodziewanym wyznaniem przybysza.

- Aha - mruknął Kristaan i pokręcił głową z niedowierzaniem. - I... Wybacz, że pytam. Wierzysz w to?

- Wierzę - uciął rozmowę Mads. - Muszę. Chodź na górę.

- Na górę?

- Na wieżę. Chciałbym na nie spojrzeć. Na Martwe Jezioro.

Było ogromne, niewyobrażalnie wprost ogromne. Ciemności gęstniały, a mimo to wciąż dostrzegał jego stalowoszary, zimny bezmiar, sięgający daleko za cieniutki, ledwie widoczny już horyzont.

Zimny nocny wiatr targnął włosami Madsa. Spojrzał na kapłana i stojącego za nim Pohorca o imieniu Istvan - tego samego, który wpuścił go do świątyni.

- Piękny widok - powiedział niemalże wbrew sobie. - Aż człowieka nachodzi myśl, że Koniec jest tylko wymysłem, a nawet jeśli nie jest, to nigdy tu nie dotrze.

- Jak dotąd nie dotarł - rzekł Kristaan. - Ani śladu. Żadnych trzęsień ziemi, ognistych deszczy, powodzi, huraganów, nic. Gdyby nie wieści z głębi kraju, nie miałbym o Końcu pojęcia.

- Ale są smoki. Natknąłem się dzisiaj na jednego, ale udało mi się go spłoszyć.

- Żartujesz? - zdziwił się kapłan. - Taki z fioletowymi ślepiami? Grzebał łapą w piasku?

- Ten sam.

- Miałeś szczęście, Voorten, bo to Skirne, chyba największy przygłup z całego Miotu. Kiedyś ukradł jakiegoś byka, ponoć niezłego charakternika, bo chyba z tydzień trwało, zanim go w końcu zeżarł. Ten byk musiał mieć niezły dar przekonywania, bo biedaczysko Skirne do dziś łapą grzebie, gdy chce kogoś wystraszyć.

Mówił żartobliwym tonem, ale Mads nawet się nie uśmiechnął. Podobnie jak Istvan.

- Muszę się przedostać na drugą stronę, Kristaan - wyszeptał, nadal zapatrzony w zatopiony w mroku bezmiar wody, opromieniony poczerwieniałym księżycem. - Pomóż mi w tym.

Kapłan sięgnął ręką za głowę i podrapał się kilka razy w potylicę.

- Wiesz, jak miejscowi zwą ten wiatr? - zapytał nieoczekiwanie. - Sekkhi, martwe tchnienie. A wiesz dlaczego? Nazywają tak ów wiatr z tego powodu, że popycha okręty tam, gdzie pojawia się śmierć.

Mads wzdrygnął się mimowolnie.

- Chcesz powiedzieć, że są tacy, którzy próbują przedostać się na drugą stronę? - zapytał.

- Czasem we mgle na jeziorze widać jasne płomienie, jakby jakaś łódź stanęła w ogniu. Bywa, że docierają tu jacyś nieznajomi, pytają o łódź, a wreszcie znikają. Potem rybacy natykają się na ich ciała wśród trzcin - popalone i zmasakrowane. Bywa, że nie znajdują nawet tego.

- Do czego zmierzasz?

W odpowiedzi nieruchomy do tej pory Istvan wyciągnął ramię, wskazując brzeg jeziora. Mads zmrużył oczy i odniósł wrażenie, że dostrzega ciemniejący kontur ogromnej budowli, która zdawała się wyrastać prosto z fal.

- Zamek earla Cumlucha z Wygrodu? - odgadł. - Żaden z tych, którzy wskazywali mi drogę do ciebie, nie omieszkał ostrzec mnie przed tym gadem. Ponoć całe swoje życie oddał Smoczycy i ani na chwilę nie przestaje szukać sposobów na to, by zaskarbić sobie jej łaski. Słyszałem, że ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej boi się tego, że elfy powrócą, a każdego, kto choćby piśnie słowo o Burzy, Miocie, magii czy Końcu, wlecze natychmiast na szafot. Podobno trzyma pod bronią hufiec trzystu zakazanych mord, a ci ze strachu przed nim zrobią absolutnie wszystko. Cóż, właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jakoś mnie nie dziwi, że cesarz przydzielił tę marchię fanatykowi. W przeciwnym razie roiłoby się tu od weteranów Burzy, a przy piwie gadałoby się tylko o kolejnym powstaniu.

- Masz ciekawy punkt widzenia - stwierdził cicho kapłan, odsyłając Istvana ruchem ręki, a gdy zostali sami, dodał: - To, że tacy jak ty, Voorten, zamiast rozprawiać przy szklanicy przedniego trunku, wypływają na powierzchnię między trzcinami, na wpół pożarci przez ryby, raczej cię nie martwi, jak widzę.

Niespodziewanie powiało chłodem, tym razem jednak nie od jeziora. Na krótką chwilę Mads i Kristaan stali się znów tymi, którymi byli przez kilka miesięcy Burzy parę lat temu - szalonym przywódcą i jego zawsze wątpiącym zastępcą. Kapłan próbował się uśmiechnąć, ale spojrzenie wojownika nadal gorzało wściekle.

- Będę potrzebował łodzi - wycedził. - Łodzi i dobrego sternika. I nie pieprz mi tu, że nikt nie pływa po Martwym Jeziorze, bo wszyscy boją się earla.

- Jest paru, którzy pływają aż poza Wyjące Wyspy - powiedział po chwili kapłan, unikając spojrzenia Madsa. - Ale boją się earla jak ognia. Ubłagali go nawet, żeby przydzielał im eskortę na czas połowów. I nie dlatego, że czują się zagrożeni, lecz żeby uniknąć podejrzeń. Jest tylko jeden, z którym można by spróbować pogadać. Zwą go Zaskroń i ponoć zna Martwe Jezioro równie dobrze jak własne siedzenie, ale...

- Ale co?

- Nie będzie to łatwe. To Okrajec.

- Wiem, jak rozmawiać z Okrajcami - warknął Mads. - Dziadziejesz tu, Kristaan... Co to?

W zimnym powietrzu wieczora poniosła się muzyka. Niewidoczny muzyk wydobywał śpiewne nuty z siedmiostrunowej harfy, przesycając noc wyrazistą, krystalicznie czystą melodią. Mads rozpoznał niezwykłą, bliską doskonałości muzykę Pohorców, którą podczas Burzy słyszał bardzo często. Melodia tkana przez niewidzialnego muzyka niosła w sobie jakiś osobliwy niepokój - z jednej strony ostrzegała, a z drugiej szydziła. Mads zmarszczył brwi i spojrzał pytająco na Kristaana.

- To Istvan, ten sługa, który nam towarzyszył - bąknął tamten. - Gra co wieczór, chociaż teraz...

- Powiedz mi, gdzie znajdę tego Okrajca. - Odwrócił się i nie czekając na odpowiedź, ruszył ku drabinie prowadzącej na niższą kondygnację.

Chłodne nocne powietrze, przesycone wonnym dymem z kominów oraz wilgocią bijącą od jeziora, wolno studziło emocje kotłujące się w Madsie. Każdy krok coraz bardziej oddalał go od świątyni Smoczycy i jej wątpiącego kapłana, a zarazem dodawał myślom jasności, niezwykle potrzebnej w takich chwilach. Istniała pewna szansa, że nikt w gospodzie nie połączy jego facjaty ze znanym ongiś imieniem, tym bardziej że Żmijkę zdecydował się zostawić w świątyni, a wraz z nim większość broni. Miał przy sobie jedynie krótki miecz oraz sztylet skryty w bucie, co bynajmniej nie umniejszało jego wiary w siebie.

Bywał w tarapatach, przy których obecna jego sytuacja przypominałaby popołudniową drzemkę w sadzie.

- Drań! - czyjś wrzask rozdarł ciszę. - Paskudny drań! Śmierdzący jak kozioł po kąpieli w gnojówce!

Mads instynktownie uniósł głowę i nagle pożałował, że zbyt pochopnie wyłączył ze swego ekwipunku łuk oraz strzały. Gwiazdy przesłonił bowiem latający cień, który natychmiast wydarł się znowu:

- Obszczyłydek! Obsrajportek! Krowy na twój widok mlekiem z dupy strzykają, a kury...

Nie dowiedział się, jaki wpływ na drób wywiera jego skromna osoba, gdyż w tej samej chwili gdzieś za jego plecami rozległ się tętent kopyt. Rozpędzony, ciężko dyszący koń zwolnił, któreś z kopyt rąbnęło w na poły wyschłą kałużę, w policzek Madsa uderzyła ciężka kropla błota.

- Hej, ty! - zawołał jeździec. Była to kobieta, ale mówiła nieprzyjemnym, bardzo niskim głosem. - Hej! Do ciebie mówię, wieśniaku! Szukam człowieka, którego zowią Zaskroń!

Mads przystanął i uniósł głowę. Pomimo ciemności widział niechęć wypisaną na twarzy siedzącej w siodle kobiety. Od razu ją rozpoznał i zrozumiał, z kim ma do czynienia. Nie musiał nawet przyglądać się misternie wykonanemu srebrnemu diademowi w kształcie smoka w locie, opinającemu jej ogoloną głowę, ani też klamrze u pasa, zdobionej identycznym motywem.

Miał przed sobą Smoczą Strażniczkę.

Ze wszystkich zadań, misji i profesji, które kiedykolwiek stworzył ludzki intelekt, żadne nie było znienawidzone w tym samym stopniu co Smocza Straż. Elitarna grupa kapłanek-wojowniczek, której w strukturze świątynnej przypadły obowiązki dozorowo-wywiadowcze, rozrosła się do niespotykanych rozmiarów jeszcze przed Miotem oraz Burzą. Po ustaniu działań wojennych ze zdwojoną energią rzuciła się do tropienia wszelkich śladów nieprawomyślności. Strażniczki, objęte całkowitym immunitetem i uzbrojone w szereg przywilejów, przemierzały krainy imperium tuaisceartańskiego w poszukiwaniu winnych jakichkolwiek odstępstw. Polowały na tych, którzy naznaczeni byli Mocą, wyrzekali na Przekleństwa, otwarcie mówili o Końcu czy złorzeczyli na Smoczycę.

Voorten doskonale o tym wiedział. Jego spotkanie ze Strażniczkami, które nastąpiło ledwie kilka dni po ostatecznej klęsce Burzy - nawiasem mówiąc, wciąż nie mógł nadziwić się ich sprawności - zakończyło się ponadrocznym pobytem w lochach.

- Nie znam ci go, pani - burknął, naśladując chłopską mowę. Serce biło mu szybko, po całym ciele rozlewał się chłód.

- Nie znasz? - syknęła Strażniczka i pochyliła się w siodle. - Po wymowie poznać, żeś miejscowy, a ta wieś to dziura, gdzie wszyscy wszystkich znają, jeszcze zanim się urodzą. Możesz mi to jakoś wytłumaczyć?

Mads poczuł, że jego policzki płoną. Serce, o ile było to w ogóle możliwe, zabiło jeszcze szybciej. Jak mógł zapomnieć, że ma do czynienia z mistrzynią przesłuchań; pijawką, która z każdego niebacznie wypowiedzianego słowa wyssie pretekst, by skazać nieuważnego rozmówcę na kamieniołom. Nawet najlepiej opracowane historyjki kruszyły się w ogniu pytań Strażniczki, a on przecież takowej nie miał. Miał za to nadzieję, że nikt nie rozpozna jego twarzy, nadzieję, która z sekundy na sekundę stawała się coraz wątlejsza.

Zdecydował postawić wszystko na jedną kartę.

- Bo ja głupi, pani - wyjąkał, pochylając głowę. - Nikt ze mną nie gada.

- No i masz, kurwa mać! Oto moje szczęście - mruknęła Strażniczka, po czym walnęła konia piętami i popędziła ku widniejącym w oddali zabudowaniom.

Mads usiadł na przydrożnym kamieniu i odetchnął ciężko, patrząc za oddalającym się jeźdźcem przymrużonymi oczyma.

- Świat się zmienia czy co? - mruknął z niedowierzaniem. Po klęsce Burzy spędził dwa lata w lochach. Dowiedział się przez ten czas praktycznie wszystkiego o Strażniczkach. Doskonale pamiętał, że w trakcie surowego, wieloletniego treningu te uczą się starannie ukrywać wszelkie swoje emocje i przemyślenia, natomiast podejrzliwość przekuwają na swą najgroźniejszą broń. Strażniczka, z którą przed chwilą rozmawiał - o ile można to było nazwać rozmową - złamała obie te zasady.

Mads szedł wolnym krokiem wśród niskich, krytych darnią domostw Wygrodu, co do jednego starannie obwiedzionych drewnianymi płotami. Wciągał głęboko w płuca dym bijący z kominów prosto ku rozgwieżdżonemu niebu. Cichymi posykiwaniami łagodził gniew powarkujących na niego psów.

Szedł, a czarny ptak nadal mu towarzyszył, tym razem powstrzymując się od wykrzykiwania bezeceństw, jakby i on szanował ciszę osady. Przesycony nostalgią spokój narastał w jego sercu, przynajmniej do chwili, gdy ujrzał kontur masywnej gospody, również pokrytej darnią i rozchodzącej się w wiele pomniejszych przybudówek.

Na krótki moment jego serce znów załomotało, bowiem przed budynkiem stał uwiązany koń Strażniczki.

Do głównej izby gospody prowadziło kilka drewnianych stopni. Mads pokonał je pełen najgorszych przeczuć. Znajomy, swego czasu uwielbiany przezeń zapach kapusty i jeleniego mięsa przemieszany z dymem z paleniska oraz mocnym aromatem piwa bynajmniej nie podziałał nań uspokajająco, podobnie jak wypełniający pomieszczenie gwar rozmów, w którym wyczuwał coś sztucznego, coś nieprawdziwego. Rozprawiający wzdłuż długich stołów tubylcy co rusz zerkali ukradkiem w stronę kontuaru, gdzie zasiadała nonszalancko Strażniczka i prowadziła rozmowę z pobladłym, spoconym ze strachu gospodarzem. W blasku płomieni z murowanego kominka ich oczy lśniły jak u dzikich zwierząt lub leśnych upiorów, lecz Mads odczytywał w nich raczej lęk niż groźbę.

Dwie wystraszone dziewczęta do pomocy uwijały się jak w ukropie, ale panująca w gospodzie atmosfera krępowała ich ruchy. Co chwila któraś z nich potykała się, upuszczała coś z głośnym hukiem, a wtedy wszyscy zebrani aż podskakiwali.

Z wyjątkiem jednej osoby.

- No, coś wam dzisiaj gra nie idzie - rozległ się mocny głos. - Pomyśleć, że wczoraj ograliście mnie do cna.

Głos ów dochodził od strony ławy stojącej najbliżej kominka, a zarazem i kontuaru, gdzie siedziała Strażniczka, a zatem z miejsca, gdzie powinno panować największe napięcie. Pośród znajdującej się tam gawiedzi Mads dostrzegł wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, który już na pierwszy rzut oka wydawał się cudzoziemcem. Rozpromieniony na twarzy, którą zdobiła - pomimo stosunkowo młodego wieku - krótka jasna broda i krzaczaste brwi, siedział prosto i z namaszczeniem wkładał kości do drewnianego kubka, jakby nie liczyło się dlań nic innego na świecie. W przeciwieństwie do otaczających go ludzi miał na sobie kaftan kolczy, a z ramion spływała mu wilcza skóra. Nad jego prawym ramieniem sterczała rękojeść zakrzywionego miecza.

Kiedy Mads przyglądał się nieznajomemu, ten uniósł głowę na krótką chwilę. Wystarczyła sekunda kontaktu wzrokowego, by obaj zrozumieli, że są siebie warci i że jeden nie ulęknie się drugiego. Że dwaj tacy jak oni prędzej czy później albo skoczą sobie do gardeł, albo wyruszą razem w świat.

Niestety, bardziej prawdopodobna była opcja pierwsza, wszystko bowiem wskazywało na to, że przybysz pochodzi z Głuchoborów.

Mads nie ujawnił żadnych emocji, nie po to tu przybył. Pochylił lekko głowę i ruszył w kierunku najbardziej pustej ławy, starając się nie czynić zamieszania.

- Wiesz, po co tu przyjechałam? - pytanie Strażniczki smagnęło niczym bicz.

Wojownik usiadł przy ławie, odwrócony do kontuaru plecami. Znał metody Strażniczek i wiedział, że wedle standardowych procedur wcześniej dokładnie wypytała gospodarza o jego rodzinę, dobytek i przyszłość, chcąc mu udowodnić, ile straci, jeśli nie będzie odpowiednio współpracować. Wiedział też, że ich metody, wsparte złowieszczą reputacją, rzadko zawodziły, a zatem czasu miał niewiele.

Nie pomylił się. Najmniej oblężona ława to taka, przy której nikt nie chce siedzieć, a to musi mieć przyczynę. W cywilizowanych stronach taką przyczyną bardzo często bywał człowiek.

- Przyjechała po ciebie, Zaskroń - mruknął do mężczyzny siedzącego naprzeciwko. - Wypytywała o ciebie na trakcie - dodał cicho.

Jedna z dwóch młodych służek uwijających się wokół gości w gospodzie sprawnie zgarnęła puste kufle i postawiła między nimi kaganek. Skaczący płomień wydobył z mroku twarz Okrajca - przeraźliwie chude, blade, zarośnięte oblicze z parą oczu tak przekrwionych, że wydawały się niemal czerwone. Dłonie, które zacisnął na blacie ławy, drżały lekko, a prawym policzkiem wstrząsał tik.

- Po co? - spytał szeptem.

- Nie wiem. - Mads wzruszył ramionami. - Może dlatego, że wozisz ludzi na drugi brzeg Martwego Jeziora?

Przewoźnik potarł z chrzęstem zarośnięty policzek, nie spuszczając oczu ze swego niespodziewanego rozmówcy.

- Czego chcesz? - spytał i nieoczekiwanie ziewnął.

- Przewieź mnie na drugi brzeg - Voorten jeszcze bardziej zniżył głos. - Zapłacę ci lepiej niż...

- Nie mogę - Okrajec wszedł mu w słowo. - Ktoś inny już zapłacił. Wypływam rano. Odejdź. Odejdź!

Ostatnie słowo nie zostało wyszeptane, lecz niemalże wykrzyczane. Mads cofnął się gwałtownie. Znał Okrajców, znał doskonale Przekleństwo, które zniszczyło ten ongiś piękny, waleczny naród, redukując go do bandy włóczących się po świecie szaleńców, którzy za nic mieli wiedzę, sztukę, uczucia czy własną tożsamość. Ich Przekleństwo polegało na niekończącej się bezsenności, od której wytchnieniem były pojawiające się rzadko i zawsze w nieprzewidzianych momentach chwile krótkiej, nerwowej drzemki. Mads słyszał o Okrajcach, którzy potrafili zabić tego, kto przeszkodził im w zaśnięciu, i wiedział, że w rozmowach z nimi nakazana jest absolutna czujność.

Powieki przewoźnika naraz się zamknęły, a z ciała jakby uleciała energia. Głowa osunęła się na wyszczerbiony blat ławy i uderzyła czołem o drewno. Potrącony kufel przetoczył się w stronę kaganka i uderzając weń, sprawił, że płomień zadrżał.

Strażniczka z szurnięciem odsunęła taboret, na którym zasiadała okrakiem. W gospodzie zapadła cisza jak makiem zasiał.

Do Madsa dotarło, że siedzi dokładnie pomiędzy kobietą a śpiącym Zaskroniem. Ostrożnie obejrzał się przez ramię, całą siłą woli powstrzymując się od zaciśnięcia dłoni na rękojeści sztyletu.

Dziesiątki par błyszczących, zwierzęcych oczu śledziło Strażniczkę, która powolnym krokiem, lekko kołysząc biodrami, szła w kierunku śpiącego. Mads uświadomił sobie, iż nagle znalazł się w samym środku mrożącego krew w żyłach spektaklu, którego główną bohaterką jest chłodna, bezlitosna Strażniczka. Już nie pamiętał o podejrzeniach, które ogarnęły go na trakcie. W jej drwiącym uśmiechu i rozwartych szeroko oczach miejscowych dostrzegał teraz tylko cień potęgi kultu Smoczycy, który reprezentowała.

Jak na złość, to właśnie on znalazł się na drodze owej potęgi.

O dziwo, uśmiechnął się sam do siebie. I puścił rękojeść sztyletu.

- Ciekawa jestem, gospodarzu, czy chciałeś mnie zwieść, czy naprawdę nic nie wiedziałeś - powiedziała głośno, nie odwracając się do pobladłego karczmarza, który wciąż tkwił za kontuarem jak zaczarowany. - Dziś już się tego nie dowiem, bo oto znalazłam człowieka, którego szukałam, ZANIM zdołałam zadać ci na jego temat jakiekolwiek pytanie.

Stała już przy ławie. Odgarnęła kaganek, ujęła dłonią w rękawiczce podbródek śpiącego, uniosła jego głowę.

- Ale wrócę do ciebie, gospodarzu - dodała ciszej. - Tak na wszelki wypadek. Żeby się przekonać, czy w twojej duszy żyje kłamca.

Obracała w dłoni głowę Okrajca, jakby badała jej wartość, skupiona, niemalże zamyślona.

"Jest prawie ładna" - pomyślał nieoczekiwanie Mads i z trudem stłumił krzywy, nieładny uśmiech. Omiótł spojrzeniem jej ogoloną do łysa czaszkę, delikatną, otoczoną kołnierzem szyję, zgrabne wypukłości skryte pod czarnym, nabijanym srebrnymi ćwiekami kaftanem i znów prawie się uśmiechnął.

"A mnie, jak na złość, przez prawie rok przesłuchiwał stary babsztyl o dupie rozmiarów tej gospody" - pomyślał z ironią.

Na kolejne skojarzenia zabrakło już czasu. Strażniczka rozszerzyła nozdrza niczym drapieżnik, który właśnie zwęszył nowy trop, i odepchnęła głowę Okrajca, która zakołysała się i znów padła na stół. Kobieta cofnęła się o krok i rozejrzała dookoła. Jej szmaragdowy wzrok przyszpilił Madsa.

- O... - Usta Strażniczki zeszpecił nieładny uśmiech. - Jest i wioskowy głupek. Za moim przykładem nadrabiasz zaległości towarzyskie, jak widzę. Ciekawe, że w świetle nie wydajesz się już taki głupi. Bardzo ciekawe, wręcz warte zbadania. Póki co jednak będę potrzebować twoich mięśni. Wywlecz tego śpiocha na zewnątrz.

Mads poczuł, jak jego serce zabiło mocniej.

- Pani, ja...

- Wywlecz go! - krzyknęła tak głośno, że aż skuliły się promyki kaganków. W jej dłoni zamigotał nóż o wąskiej klindze.

Voorten dźwignął się powoli, skupiony na jej nożu. Wedle Litanii Strażniczkom nie wolno było podróżować z widoczną bronią - miały przecież nieść pokrzepienie i pomoc dla wiernych wyznawców - w związku z tym wykształciły niebywałą wprost biegłość w posługiwaniu się nożami. Faenne, Strażniczka przesłuchująca go przez prawie dwa lata, miała tłuste, wielkie dłonie i palce grubości kijów od miotły, ale mimo to potrafiła przyszpilić szczura w kącie z odległości trzydziestu kroków. I to w półmroku. Mads nie sądził, by Strażniczka przed nim osiągnęła podobną biegłość - na to potrzeba wielu lat ćwiczeń - ale widział jej emanujące wściekłością oczy i coraz ciemniejsze rumieńce, widział lekko drżący szpic noża i czuł, że z trudem panuje nad swymi emocjami. A z odległości kilku kroków nie sposób chybić.

Problem w tym, że rozbudzony znienacka Okrajec był równie groźny jak wściekła Strażniczka, a na pewno bardziej nieprzewidywalny.

Najostrożniej jak potrafił ujął Zaskronia pod pachy i zarzucił sobie na plecy. Zdumiało go to, jak lekkie było jego ciało, lecz wiedział, że pogrążeni w niekończącej się pogoni za snem Okrajcy często zapominają o głodzie. W gospodzie panowało absolutne milczenie, przerywane jedynie strzelaniem dopalających się bierwion w kominku. Przygarbiony Mads brnął ku drzwiom, które zdawały się teraz odległe niczym wrota końca świata, powoli, powolutku, jakby otaczająca go cisza stała się gęstą mazią, uniemożliwiającą jakiekolwiek szybkie ruchy.

Zaskroń chrapnął i przez sen zacisnął dłoń na grdyce Madsa. Ten zesztywniał, czując, jak zalewa go gorący pot.

- Dalej! - warknęła Strażniczka. - Na dwór!

Spośród miriad spłoszonych myśli uganiających się w głowie Madsa wybiła się jedna: "Jak długo on śpi?". Nigdy nie słyszał, by Okrajcowi udało się zasnąć na dłużej niż pięć minut, a im dłuższy był jego sen, tym większa furia po przebudzeniu.

- No, głupku? - szydziła Strażniczka, teraz odległa o miliony mil. - Ciężko ci?

Jeszcze dziesięć kroków, pięć, potem schodki w górę, trzy, dwa, jeden. Klamka, zgrzyt zawiasów, zimne dmuchnięcie wiatru. Tchnienie nocy, świerszcze, szelest trawy, na której układał Zaskronia. A potem swąd dymu z kominów, gwar w gospodzie ucięty trzaśnięciem drzwi. Ulga, bezgraniczna ulga.

Mads wyprostował się, przetarł spocone czoło, a potem znów się zgarbił pod bacznym spojrzeniem Strażniczki, przypomniawszy sobie o roli, którą przed nią odgrywał. I jednocześnie cofnął się lekko, by znaleźć się poza zasięgiem ataku rozbudzonego Okrajca.

Strażniczka patrzyła na niego ze wzgardą.

- Dokąd to? - wycedziła. - Masz coś na sumieniu, prawda? Nie jesteś wioskowym głupkiem, wiedziałam to od razu.

Naszła go ochota, by wyprostować się, chlasnąć ją spojrzeniem i powiedzieć prawdę. Tu, na odludziu, samotna Strażniczka nie była nikim strasznym, przynajmniej nie dla człowieka, który przeszedł tyle co on i miał tyle powodów, by ich nienawidzić. Słyszał, jak przeklina pod nosem, widział, jak najpierw daje się wyprowadzić w pole prostym kłamstwem, potem popełnia błąd, każąc mu taszczyć śpiącego Okrajca, i wreszcie popełnia kolejny, stając do niego tyłem. W przeciwieństwie do Pohorców w gospodzie nie bał się jej wcale.

Mimo to postanowił pociągnąć swą grę.

- Ja głupi! - przytaknął, kiwając z zapałem głową.

- Tak? - Prawa brew kobiety, cieniutka, starannie wypielęgnowana, uniosła się z drwiną. - Głupi jesteś, tak? To go obudź.

Nóż, który niespodziewanie znalazł się w jej dłoni, wskazał nieruchomego Okrajca.

- A po co? - rozdziawił gębę Mads. - Niech se drzemie, pani, przecie to tylko...

Sztylet drgnął, a oczy Strażniczki zabłysły.

- Obudź go!

Przez umysł wojownika przemknęło kilkadziesiąt sposobów na to, jak odwlec wykonanie polecenia - przecież Okrajec mógł lada chwila obudzić się sam z siebie - lecz wszystkie bledły w konfrontacji z błyskiem stali trzymanego w górze sztyletu. Przełknął ślinę, oblizał wargi i wyszczerzył zęby w najgłupszym ze znanych mu uśmiechów, zacierając przy tym dłonie z wigorem.

- Mówią - chłodny głos Strażniczki ciął niczym lód - że łatwo przyzwyczaić się do życia bez paru palców u rąk. O wiele łatwiej niż do życia bez jąder.

W tym momencie drzwi od gospody rozwarły się z hukiem. Strażniczkę, Madsa i Zaskronia zalał potok światła ze środka, powietrze przesyciły duszne zapachy z dołu. Wysoki, brodaty Głuchoborczyk wyszedł jak gdyby nigdy nic, przestąpił nad ciałem Zaskronia, odszedł kilka kroków i zaczął się mocować ze spodniami. Zakrzywiony miecz, który nosił przytroczony do pleców, podskakiwał lekko.

- Szczam - rzucił przez ramię do zaskoczonej Strażniczki. - Mężczyźni tak mają, muszą się od czasu do czasu odlać, bo potem na łeb im się rzuca.

Mads przechwycił jego spojrzenie, rozognione, błyszczące, bynajmniej nie od nadmiaru alkoholu. Widywał już takie spojrzenia - u ludzi, którzy właśnie mieli popełnić największe szaleństwo w swoim życiu - i odsunął się. Cokolwiek miało się tu wydarzyć, nie chciał stać się tego częścią.

Strażniczka też się cofnęła, nie wiadomo, przestraszona czy oburzona zuchwalstwem.

- Jak cię zwą, pyszałku? - wycedziła.

- A co to ma za znaczenie? - wzruszył ramionami Głuchoborczyk i odwrócił się. Rozległ się plusk moczu.

- Czy wiesz, jakie kary grożą za ubliżenie godności Smoczej Strażniczki? - Oczy kobiety płonęły. - Niemożliwe, żeby w tym nieszczęsnym przytułku dla obłąkanych, z którego niechybnie uciekłeś, nic nie mówiono o...

- Daruj sobie, kobieto - parsknął udawanym śmiechem brodacz i zawiązał spodnie. - No, tom się porządnie odlał. Teraz druga sprawa.

W jego dłoni zalśnił nóż zakrzywiony niczym pazur dzikiego zwierzęcia, połyskujący mdłym, księżycowym blaskiem. Wzrok rycerza z Głuchoborów był straszny.

- Karami będziesz mi grozić? - syknął. - Nadymać się będziesz, puszyć, imienia żądać? Zapomniałaś już, jakie czasy nastały, wywłoko? Zapomniałaś, gdzie się znalazłaś? Nie pamiętasz, jak daleko do domu?

Zrobił krok ku skamieniałej Strażniczce. Jego dłoń sięgnęła ku rękojeści miecza sterczącej nad ramieniem. Wtedy trzy rzeczy wydarzyły się jednocześnie.

- Bierz Zaskronia i uciekaj! - szepnął czyjś głos za plecami Voortena. Ten odwrócił się błyskawicznie i ujrzał czarnego kruka siedzącego na skraju dachu. Prawe, jaskrawozielone oko ptaka było zaskakująco ludzkie.

Mads zerknął na Okrajca, a ten, zapomniany przez wszystkich, nagle się poruszył i usiadł.

W tejże chwili ziemia zadudniła pod ciężkimi kopytami, a noc wypełnił szczęk oręża i pokrzykiwania zbrojnych.

- Da'el cumreigh! - wykrzyknęła wielkim głosem Strażniczka. - Isli tae nagan!

- Uciekajcie! - wrzasnął ledwie zrozumiale kruk, bijąc wielkimi skrzydłami.

Zaskroń skoczył na równe nogi i zatoczył się, wciąż jeszcze pijany od nieoczekiwanego haustu snu. Jego wzrok padł na plecy Strażniczki i rozjarzył się od niepohamowanej wściekłości.

- Stój! - ryknął Mads.

Przemknął pod ramieniem Głuchoborczyka, który zamierzał się do rzutu nożem, przebiegł obok Strażniczki, wznoszącej dłonie w próbie przyzwania Płomienia, uderzył barkiem w nadspodziewanie twardy brzuch Okrajca i zwalił go na mokrą trawę. Tamten, oślepiony wściekłością, natychmiast ucapił go za gardło, zacisnął z całej siły, lecz Voorten instynktownie wbił kolano w jego pachwinę. Zaskroń jęknął, skulił się, rozluźnił uchwyt. Mads odrzucił osłabłe nagle dłonie i trzasnął go z całej siły w policzek, a potem jeszcze raz.

- Uciekaj! - krzyknął, widząc przytomniejące spojrzenie Okrajca.

Szarpnął go, pomagając mu wstać. Przebiegli kilka kroków, gdy nagle Zaskroń potknął się po raz pierwszy. Mads z rozpaczą poderwał go ponownie, lecz na próżno. Okrajec padł znowu - prosto pod kopyta wielkiego czarnego rumaka.

Blask czerwonego księżyca opromienił postać jeźdźca, rosłego męża, spotężniałego dzięki ogromnemu napierśnikowi i opancerzonym ramionom, z których sterczały grzebienie na podobieństwo złożonych smoczych skrzydeł. Lewą dłonią sprawnie powodował rumakiem, który tańczył w miejscu, chcąc popędzić w ślad za innymi, zaś prawą unosił ciężką włócznię. Jego oczy, ciemne plamy na tle bladej cery, świdrowały zaskoczonych pieszych.

Czas zwolnił. Mads prostował się, ważąc swoje szanse. Wciąż mógł odskoczyć, uciec w mrok. Przecież oni nie wiedzieli, kim naprawdę był...

- Hej, jest tutaj! - zakrzyknął jeździec. - Mam go! Mam Voortena!

Mads nigdy się nie dowiedział, czy instynktownie rzucił się do ucieczki, czy też podświadomie sięgnął po broń; a może jeździec po prostu postanowił go na wszelki wypadek powstrzymać. W każdym razie uderzenie tępego końca włóczni wywołało w jego głowie purpurową eksplozję, a potem zaległa ciemność.