Martwe dusze - Nikołaj Gogol

Kup ebooka

7.90 zł
6.79 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III.

 

I Cziczikow siedział na swojéj bryczce toczącéj się po drodze, co się zowie w dobrym humorze. Z poprzedniego rozdziału widać, czego szukał i do czego dążył, nie dziw zatém, że cały zagłębił się w swoich myślach duszą i ciałem. Widać było z jego twarzy, że projekta, które tworzył, były przyjemne, bo co chwila uśmiech pokazywał się na jego ustach. Zajęty niemi, nie zważał jak jego furman, zadowolony z przyjęcia, jakiego doznał u ludzi Maniłowa, robił energiczne uwagi tarantowatemu koniowi zaprzężonemu na przyprzążkę z prawéj strony. Ten tarantowaty koń był bardzo mądry, tylko na oko zdawało się, że on ciągnie, gdy tymczasem gniady w dyszlach zaprzężony i kary na przyprzążce z lewéj strony, nazwany Ławnikiem, dla tego, że od jakiegoś ławnika był kupiony, ciągnęły bryczkę z całego serca, tak, że nawet z oczu ich było widać zadowolnienie, jakiego w skutek tego doznawały. "Chytry! chytry! a ja będę chytrzejszy od ciebie!" mówił Selifan, podnosząc się i sciągnąwszy leniwca knutem. "Ty znaj swoją rzecz, flondro niemiecki! Gniady - poczciwy koń, on pełni swoją powinność, ja jemu dam z ochotą jedną więcéj miarkę owsa, bo to poczciwy koń; i Ławnik - także dobry... No, no! czego strzyżesz uszami? Ty durniu, słuchaj kiedy mówię! ja ciébie gburze do złego nie będę namawiał. Gdzieś to zalazł!" I znowu go ściągnął knutem: "A ty łotrze!"... Potém krzyknął na wszystkie: "Ej wy, orły!" i zaciął je wszystkie, ale już nie za karę ale żeby pokazać, że był z nich zadowolony. Sprawiwszy im tę satysfakcyą, znów zwrócił się do tarantowatego: "Ty myślisz, że się ukryjesz? Nie, ty lepiéj żyj prawdą, jeżeli chcesz, żeby cię mieli za coś. U obywatela, u któregośmy byli, poczciwi ludzie; ja z chęcią rozmówię się z dobrym człowiekiem, z dobrym człowiekiem zaraz się przyjaźń zawięzuje; herbaty się napić, albo zakąsić - z ochotą, jeżeli dobry człowiek. Dobremu człowiekowi każdy się ukłoni. Pana naszego naprzykład, każdy uszanuje, dla tego, że on, słyszysz ty, służył cesarzowi; on radzca kolonialny..."

Tak sobie rozprawiał Selifan. Gdyby Cziczików był słuchał téj mowy, byłby się dowiedział nie jednego szczegółu o samym sobie; ale tak był zajęty własnemi myślami, że dopiero silne uderzenie piorunu zbudziło go. Obejrzał się wokoło, całe niebo pokryte było gęstemi chmurami, a rzadkie duże krople deszczu padać zaczynały. Zagrzmiało drugi raz, jeszcze silniéj, i deszcz jął lać jak z wiadra. Z początku trzepał tylko z jednéj strony budę, późniéj zaczął trzepać i z drugiéj, następnie zmienił kierunek i bił prosto w oczy. Cziczikow spuścił firankę z dwoma okienkami i kazał prędzéj jechać. Selifan musiał przerwać swoje uwagi, i sam zmiarkował, że nie było czego czekać, wyciągnął z pod kozła jakiś łachman z szarego sukna nałożył go na rękawy, ściągnął lejce i krzyknął na swoją trójkę, która ledwie nogi stawiała. Ale Selifan nie mógł żadnym sposobem przypomnieć sobie, czy dwie czy trzy drogi już przejechał. Rozważywszy dobrze, zmiarkował, że wiele było dróg, które on przepuścił. Ale, że Rosyanin nigdy się długo nie zastanawia, skręcił w prawo na pierwszą napotkaną drogę, puścił konie galopem, mało się troszcząc o to, gdzie ich ta droga doprowadzi.

Deszcz jednak zawziął się i rozpadało się. Kurz zmienił się prędko w błoto i koniom szło coraz ciężéj. Cziczikow zaczął się niepokoić, nie widząc tak długo wioski Sobakiewicza. Podług jego obrachunku już dawno można było do niéj dojechać. Patrzał na wszystkie strony, ale tak było ciemno - że choć oko wykol.

- Selifan! zawołał wreszcie, wysuwając się z głębi bryczki.

- Co, panie? odpowiedział Selifan.

- Popatrzno, czy wsi nie widać?

- Nie panie, nigdzie nie widać.

Poczém Selifan świsnął knutem i zaśpiewa pieśń czy nie pieśń, ale coś tak długiego, że końca nie można się było doczekać. Tam wszystko się mieściło, i to co pochwalne, i to, co pobudzić mogło do szybszego biegu, i czém w całéj Rosyi od jednego końca do drugiego konie częstują; były tam wszystkie możebne przymiotniki bez wyboru, pierwszy lepszy, jaki znalazł się na języku. Doszło nawet do tego, że jął konie nazywać sekretarzami.

Tymczasem Cziczikow uważał, że bryczka chyliła się na wszystkie strony i trzęsła niemiłosiernie; to go przekonało, że musieli zjechać z drogi i znajdują się na powleczoném polu. Selifan zdaje się także rzecz zmiarkował, ale nic nie mówił.

- Po jakiéj ty drodze jedziesz szelmo, zawołał Cziczikow.

- A cóż robić, panie, czas taki przyszedł knuta nawet nie widać, tak ciemno! Ledwo to powiedział bryczka tak się nachyliła, że Cziczikow musiał się uchwycić jéj obu rękoma. Teraz dopiero spostrzegł, że Selifan był pod dobrą datą.

- Stój! Stój! wywrócisz! krzyczał Cziczikow.

- Nie, panie, czy podobna, żebym ja wywrócił, mówił Sulifan - to nie ładnie wywrócić, już ja wiem dobrze, że nie wywrócę. I zaczął powoli skręcać, a skręcał tak długo, że nakońcu wywrócił. Cziczikow dostał się cały z rękami i nogami w błoto. Selifan konie wstrzymał, ale one i tak byłyby się same zatrzymały, bo były bardzo zmęczone. Taki nieprzewidziany przypadek zadziwił go niezmiernie. Podniósł się, stanął przed bryczką i podparł się pod boki, podczas gdy jego pan grzebał się w błocie i chciał z niego wyleźć; po chwilowém rozmyślaniu rzekł:

- Patrzaj, rzekł Selifan, i obaliła się!

- Ty pijany jak szewc! zawołał Cziczikow.

- Nie, panie; czy podobna, żebym ja był pijany! Ja wiem, że to nie dobrze - być pijanym. Z przyjacielem rozmawiałem, bo z dobrym człowiekiem można pomówić, w tém nie ma nic złego, i zakąsiliśmy razem. Zakąsić wolno, szczególniéj z dobrym człowiekiem.

- A czy pamiętasz, co ci mówiłem, gdyś się ostatni raz upił, co? zapomniałeś? rzekł Cziczikow.

- Nie, panie, jakże można, żebym ja zapomniał! Już ja znam moję rzecz. Ja wiem, że to nie dobrze być pijanym. Z dobrym człowiekiem pomówiłem, bo...

- Już ja ci takie cięgi sprawię, że się dowiesz, co to jest z dobrymi ludźmi rozmawiać.

- Jak się będzie wielmożnemu panu podobało, rzekł na wszystko zgodny Selifan: - kiedy cięgi, to cięgi, nic a nic nie mam przeciwko temu. Dla czego batów nie dostać, kiedy się zasłużyło, a znowu od czegoby była wola pańska? Baty potrzebne, bo chłop swawolny; należy utrzymać porządek. Kiedy jest za co, to i smagaj; dla czego nie wysmagać?

Na takie rozumowanie Cziczikow nie wiedział, co odpowiedzieć. Zdało się wreszcie, że Opatrzność zlitowała się nad nimi, bo opodal dało się słyszeć szczekanie psów. Uradowany Cziczikow kazał konie poganiać. Rosyjski furman posiada instynkt lepszy jeszcze niźli oczy; zdarza się czasem, że zamrużywszy oczy, pędzi co koniom sił starczy - i zawsze dojedzie, gdzie trzeba. Selifan nic nie widząc, pokierował tak końmi, że wyjechał prosto na wieś i dopiero stanął, gdy dyszlem w płot uderzył i daléj jechać było niepodobieństwem. Cziczikow spostrzegł, choć jeszcze padał deszcz rzęsisty, coś podobnego do dachu i posłał zaraz Selifana z rozkazem, by wrót odszukał. Byłoby to jednak długo trwało, gdyby w miejsce szwajcarów nie było w Rosyi gromady psów, które chałaśliwie o jego przybyciu uprzedziły. Błysło światło w jedném oknie, promień jego dosięgnął aż do płotu i ujrzeli w pobliżu wrota. Selifan zaczął stukać, zaraz téż otworzyła się furtka i wysunęła się jakaś postać w sukmanie, a pan i furman usłyszeli ochrypły głos babi:

- Kto tam stuka? czego się tak dobijacie?

- Podróżny, matko, pozwól przenocować, rzekł Cziczikow.

- Patrzcie, jaki chwat, rzekła stara - o jakiéj to porze przyjechał! Tu nie zajazd, lecz obywatelka mieszka.

- Cóż robić, matko, zabłądziliśmy, przecież nie możemy na taki czas w polu nocować!

- Czas to taki, szkaradny czas, dodał Selifan.

- Milcz durniu, rzekł Cziczikow.

- Ale co wy za jedni? zapytała stara.

- Szlachcic, matko, szlachcic!

Na ten wyraz szlachcic, stara się zamyśliła. "Poczekajcie, powiem pani," rzekła i w parę minut powróciła z latarką w ręku, aby otworzyć wrota. Światło pokazało się i w drugiém oknie. Bryczka wjechała na dziedziniec i zatrzymała się przed nie wielkim domkiem, który trudno opisać, gdyż było bardzo ciemno. Tylko na jednéj połowie było światło w oknach; przed domem widać było jedynie kałużę, na którą światło z okien prosto padało. Deszcz dudnił po drewnianym dachu i słychać było wodę spływającą ze szczytów w beczki, a psy darły się na wszystkie tony; jeden z nich, podniósłszy pysk w górę wył tak przeciągle i z taką zawziętością, jak gdyby mu za to Bóg wie co płacono; drugi szczekał prestissimo! między niemi, dzwonił jak dzwonek pocztowy, dyszkant zapewne młodego szczeniaka, a całéj muzyki dopełniał bas jakiegoś starego brytana, bas ochrypły niby śpiewaka w czasie koncertu; tenorzy wspinają się na paluszki, pragnąc pochwycić wysoką nutę i wszystko do góry podnoszą, nawet głowę, a on jeden, spuściwszy nieogoloną brodę i usiadłszy, wydaje nutę, od któréj się okna trzęsą. Z jednego tylko psów szczekania, złożonego z tak znakomitych muzykantów, można było wnosić, że to porządna wioska;ale przemokły i zziębnięty nasz bohater myślał tylko o łóżku. Bryczka jeszcze się zupełnie nie zatrzymała, a on już wyskoczył i ledwie nie upadł. Na ganek wyszła druga jakaś kobieta, młodsza od pierwszéj, ale bardzo do niéj podobna. Ta poprowadziła go do pokoju. Cziczików rzucił okiem w około; pokój był czysty, wyklejony starym papierem w paseczki, obrazy przedstawiały jakieś ptaki, między oknami wisiały małe zwierciadła w ciemnych ramach; za każdém lustrem było coś założonego, to list, to stara talia kart, nawet pończocha; był téż i zegar z malowanemi kwiatami na cyferblacie... więcéj spostrzeżeń nie dało się na razie zrobić. Oczy mu się tak lepiły, jak gdyby mu je kto miodem posmarował. Niebawem weszła gospodyni, nie młoda kobieta, w nocnym czepku, na prędce włożonym, w wełnianéj chustce na szyi, jedna z tych kobiecin, należących do klasy mniéj zamożnych właścicielek, które wiecznie narzekają na nieurodzaj, straty, przechylają głowę na bok, a tymczasem zbierają po trochu pieniążki do płóciennych woreczków i chowają je w rożne szuflady.

W jedne woreczki kładą się ruble, w drugie półruble, w trzecie ćwierć ruble, chociaż na pozór zdawałoby się, że nic nie ma w szufladach krom bielizny, nocnych kaftaników, nicianych kłębków, poprutéj salopy, z któréj miała być uszyta suknia, w razie gdyby stara przepaliła się w jakiém miejscu w czasie pieczenia rozmaitych przysmaków na święta, albo się téż podarła. Ale suknia się nie przepali i nie podrze, bo stara oszczędna, a salopa długo przeleży popruta, wreszcie dostanie się testamentem córce siostrzenicy wraz z innemi gratami.

Cziczików przeprosił, że tyle narobił subjekcyi swoim niespodziewanym przyjazdem. "To nic!" rzekła gospodyni. "W jaki to czas szkaradny Pan Bóg was przyprowadził! Co za zawierucha... Wypadałoby z drogi zakręcić cokolwiek, ale już zbyt późno, niczego przygotować nie można."

Słowa gospodyni były przerwane straszném syczeniem, tak, że nawet gość się przestraszył: zdało się, jakby cały pokój napełnił się był wężami. Cziczików atoli spojrzawszy do góry, uspokoił się, zmiarkował bowiem, że zegarowi przyszła ochota uderzyć godzinę. Po syczeniu nastąpiło chrapanie i zegar nareszcie, natężywszy się ze wszystkich sił, wybił drugą godzinę; dźwięk był podobny do tego, jakby kto kijem uderzał w popękany garnek, następnie, wachadło znowu zaczęło swoje tik-tak, kołysząc się na prawo i na lewo.

Cziczików podziękował gospodyni, mówiąc, żeby się o nic nie frasowała, że niczego nie potrzebuje, oprócz łóżka; był jednak ciekawy, gdzie zajechał i czy daleko do Sobakiewicza? Na co stara odpowiedziała, że niesłyszała nigdy o takiém nazwisku, i że takiego obywatela zupełnie nie ma.

- W każdym razie, znacie Maniłowa? rzekł Cziczików.

- A co to za jeden Maniłów?

- Obywatel, matko.

- Nie, nie słyszałam, nie ma tu takiego obywatela.

- A jacyż są?

- Bobrow, Swinin, Kanapatiew, Charpakin, Trepakin, Plieszakow.

- Czy bogaci ludzie?

- Nie, ojcze, zbyt bogatych nie ma. Mają po dwadzieścia, trzydzieści dusz, ale takich, coby mieli po sto lub więcéj, takich tu nie znajdzie.

Cziczików zmiarkował, że zajechał na jakąś pustynią.

- A czy daleko ztąd do miasta?

- Będzie ze sześćdziesiąt wiorst. - Jak mi przykro, że nie mam wam co dać zakąsić! Ale może chcecie herbaty?

- Dziękuję, matko, do niczego tak nie wzdycham, jak do poduszki.

- Zapewne, z takiéj drogi potrzeba wypocząć. Oto na téj kanapie będzie wam wygodnie. Ej! Fietinia! przynieść pierzynę, poduszki, prześcieradło. Jaką to Pan Bóg daje niepogodę, jakie grzmoty, całą noc paliłam świecę przed obrazem. - Ale co to ojcze, cały bok i plecy u was zabłocone, jak u wieprza, gdzieżeście się tak powalali?

- Dzięki Bogu, że tylko suknie powalane! a że kości mam całe.

- Wszyscy Święci! A czy nie trzeba czém pleców wysmarować?

- Bóg zapłać, Bóg zapłać! Nie róbcie sobie subjekcyi, proszę tylko, każcie waszéj dziewce, żeby mi rzeczy wysuszyła.

- Słyszysz Fietinia! rzekła gospodyni do służącéj, która przyniosła pierzynę i poruszała ją, bijąc po obu stronach, tak że w pokoju padało pierze jak deszcz. Weź kaftan i surdut tego pana, najprzód wysusz przy ogniu, jak się robiło nieboszczykowi panu, a potém wytrzyj i wytrzep porządnie.

- Dobrze, proszę pani! odpowiedziała Fietinia, rozpościerając prześcieradło na pierzynę i kładąc poduszki.

- Oto i pościel gotowa, rzekła gospodyni. Życzę ci ojcze spokojnéj nocy. Ale czy wam jeszcze czego nie potrzeba? Może jesteś przyzwyczajony, żeby ci kto łechtał pod podeszwami? Mój nieboszczyk nie mógł inaczéj usnąć.

Ale gość zrzekł się téj przyjemności, Gospodyni odeszła, on téż zaraz rozebrał się, oddał Fietinii swoje wierzchnie i spodnie ubranie - Fietinia ze swéj strony życzyła mu dobréj nocy i wyszła, zabierając z sobą jego mokre manatki. Gdy został sam, popatrzał z rozkoszą na pościel, która bardzo wysoko sięgała. Fietynia była, jak widać, mistrzynią w słaniu łóżek. Przystawiwszy krzesełko wlazł na pościel położył się, przykrył się się kołdrą, zgasił świecę i zwinąwszy się jak obwarzanek w krótkiéj chwili zasnął.

Nazajutrz obudził się dość późno. Słońce świeciło mu prosto w oczy, a muchy, które wczoraj spokojnie spały na ścianach i na suficie, niemiłosiernie go dręczyły: jedna siadła mu na wargach, druga na uchu, trzecia próbowała, jakimby sposobem usiąść na oku; jednę, która usadowiła się pod samym nosem, we śnie w nos wciągnął i tak silnie z téj przyczyny kichnął, że aż się obudził.

Gdy rzucił wzrokiem po pokoju, spostrzegł, że nie tylko ptaszki zdobiły ściany, lecz że był tam i portret Kutuzowa i jeszcze olejny portret jakiegoś staruszka, z czerwonemi wyłogami u munduru, jakie nosili za nieboszczyka cesarza Pawła Piotrowicza. Zegar znowu zasyczał i uderzył dziesiątą; we drzwiach pokazała się jakaś twarz kobieca, ale się zaraz cofnęła, bo Cziczikow chcąc smaczniéj zasnąć, zrzucił z siebie wszystko. Zdawało mu się, że twarz, która zajrzała, była mu znajomą. Przypominał sobie, ktoby to mógł być, nakoniec zaspokoił się, że to była gospodyni. Włożył koszulę; rzeczy jego, już wysuszone i wyczyszczone, leżały na krzesełku. Ubrawszy się, podszedł do lustra i tak głośno kichnął, że indyk, który był za oknem - okno było nizkie - coś tam zaszwargotał swoim językiem, zapewne "na zdrowie", na co Cziczikow odpowiedział mu: "dureń." Stanął w oknie i przypatrywał się krajobrazowi. Okno wychodziło zdaje się na kurnik, bo mały dziedzińczyk, który się przed nim znajdował, pełny był rozmaitego drobiu i innych zwierząt domowych. Indyczek i kur nie możnaby się doliczyć, między niemi kogut powoli się przechadzał, potrząsając grzebieniem i obracając głowę na wszystkie strony, jakby się czemu przysłuchiwał. I maciora z potomstwem tu się znalazła, a ryjąc w kupie śmieci, zjadła po drodze kurczątko, które jéj się pod ryj nawinęło i jakby nic, ryła sobie daléj. Ten dziedzińczyk był odgrodzony płotem z desek od ogrodu, w którym rosły kartofle, cebula, kapusta, buraki i inne warzywa, gdzie niegdzie rozrzucone były drzewa owocowe, nakryte siatkami, żeby je uchronić od napaści srok, a szczególniéj wróbli, które stadami przelatywały z jednego miejsca na drugie. Dla téj saméj przyczyny rozstawionych było kilka strachów na długich żerdziach z rozwartemi rękami, a na jednym z nich sterczał czepek saméj gospodyni. Za ogrodami widać było domy włościańskie, a chociaż były nie symetrycznie rozrzucone, przedstawiały się dość zamożnie. Dachy miały nowe, płoty i wrota porządne, przed domami stał jeden a czasem i dwa zapaśne wozy. "He, he, to u niéj wioska nie mała!" powiedział do siebie i postanowił bliżej poznać się z jéj właścicielką. Zajrzał przez dziurkę od klucza u drzwi, przez które pokazała się była głowa, a zobaczywszy, że gospodyni pije herbatę, weszedł z wesołą i uśmiechniętą twarzą.

- Dzień dobry, ojcze, jak się spało? zapytała, podnosząc się z miejsca. Była ubrana staranniéj, niż wczoraj, w ciemnéj chustce i już nie w nocnym czepku.

- Dobrze, dziękuję, rzekł Cziczików siadając. A wy, matko, jak się macie?

- Źle, ojcze.

- Jakto?

- Bezsenność. Krzyże bolą i w nodze wyżéj kostki rwie ciągle.

- Przejdzie, przejdzie, nie ma się czém kłopotać...

- Daj Boże, żeby przeszło; już smarowałam i sadłem i terpentyną. - Z czém będziecie pić herbatę? W butelce nalewka owocowa.

- Dobrze, matko, napiję się chętnie z nalewką.

Czytelnik zapewne uczynił spostrzeżenie, że Cziczików z większą swobodą teraz rozmawiał, niż u Maniłowa i wcale się nie ceremoniował. Trzeba przyznać, że jeżeli w wielu rzeczach nie dorównywamy cudzoziemcom, to jednak u nas w Rosyi przewyższyliśmy ich w sposobie obchodzenia się z ludźmi. Przeliczyćby nie można różnych odcieni i subtelności naszego zachowywania się. Francuz albo Niemiec nigdy niedopatrzą się i niepojmą takiego stopniowania. Oni prawie tym samym tonem i temi samemi słowami będą mówili z milionerem i z biednym kramarzem, chociaż w duszy przenoszą pierwszego. U nas nie tak; u nas są tacy mędrcy, którzy z obywatelem, posiadającym dwieście dusz, będą mówili zupełnie inaczéj, niż z takim, który ich posiada trzysta; a z tym, który ich posiada trzysta, znowu nie tak jak z tym, który ich ma pięćset; a z tym, który ich ma pięćset, znowu całkiém odmiennie, niż z tym, który posiada ich ośmset; słowem, chociażby doszli do miliona, zawsze potrafią zachować jakieś odcienia. - Dajmy na to, że istnieje kancelarya, a w kancelaryi naczelnik. Proszę popatrzeć na niego, gdy siedzi otoczony swoimi podwładnymi, od strachu nie śmie nikt słowa wymówić! na twarzy jego wyczytujesz dumę, uczucie, że jest szlachcicem i Bóg wie nie co jeszcze! Chwytaj tylko za pędzel i maluj: Prometeusz, prawdziwy Prometeusz! Pogląda jak orzeł. Tenże sam orzeł, gdy wyjdzie z swego pokoju i zbliży się do gabinetu swego naczelnika, pędzi jak kuropatwa, ile mu sił starczy, z pliką papierów pod pachą. W towarzystwie, na wieczorku, jeżeli są tylko niżsi urzędnicy - Prometeusz znów jest Prometeuszem; ale niech tylko wyższy zawita, taka sama zajdzie zmiana w Prometeuszu, że i Owidyuszowi się o podobnéj nie śniło; - mucha z niego, mniéj od muchy, zamieni się w ziarneczko piasku. "To chyba nie Iwan Piotrowicz", powiesz, patrząc na niego. "Iwan Piotrowicz wyższy, a ten i mały i chudy; tamten mówi głośno, basem i nigdy się nie śmieje, a ten djabli wiedzą do czego podobny; - piszczy jak kura, ciągle się śmieje. Podejdziesz bliżéj, przyjrzysz się, on ci to, on Iwan Piotrowicz!! He, he, pomyślisz sobie..."

Trzeba jednak powrócić do Cziczikowa, który, jak już widzieliśmy, postanowił postępować bez ceremonii, dla tego téż wlał sobie nalewki do filiżanki i tak zaczął:

- Piękną macie wioskę, matko, a ile w niéj dusz?

- Dusz to w niéj będzie bez mała 80, powiedziała gospodyni; - ale bieda, czasy ciężkie, w przeszłym roku był taki nieurodzaj, że Boże zachowaj.

- Chłopi jednak zdają się zamożni, domy mają porządne. A jakże godność pani? Ja taki roztrzepany... przyjechałem w nocy...

- Koroboczka, sekretarzowa kolegialna.

- Bardzo jestem wdzięczny, a imię jak, i z ojca?

- Nastasija Piotrówna.

- Nastasija Piotrówna? piękne imię; Nastasija Piotrówna, ja mam rodzoną ciotkę, siostrę mojéj matki, która także nazywa się Nastasija Piotrówna.

- A jak wasze nazwisko? zapytała obywatelka. - Wy musicie być przynajmniéj ławnikiem.

- Wcale nie, matko, odpowiedział Cziczikow uśmiechając się - nie jestem ławnikiem, jeżdżę za swemi interesami.

- To wy zapewne kupiec i jeździcie skupować! Ah! jak mi żal naprawdę, żem sprzedała tak tanio miód! Ty byś go ojcze pewno kupił odemnie.

- Właśnie miodu bym nie kupił.

- Może co innego? może konopi? Ale widzisz i konopi teraz u mnie nie wiele, będzie może z pół puda.

- Nie, matko, mnie potrzebny jest innego rodzaju towar: powiedzcie proszę, czy u was chłopi umierają?

- Oj umierają! ojcze, umierają, ośmnastu ich mało, rzekła wzdychając. - A wszyscy byli dzielni robotnicy. Prawda, że i narodzili się inni, ale co z nich? Wszystko to drobiazg. A ławnik podatki ściąga, powiada, płać z duszy. Ludzie poumierali, a płacić trzeba jak za żywych. W przeszłym tygodniu spalił się tu kowal, doskonały majster, znał się nawet na ślusarce.

- To u was był pożar?

- Bóg ochronił od takiego nieszczęścia; sam się spalił, ojcze. Wnętrzności się u niego zapaliły, zawiele pił; tylko niebieski ognik z niego wybuchnął, cały poczerniał jak węgiel. A jaki znakomity kowal! Teraz wyjechać nie mogę, nie ma komu koni podkuć.

- Trzeba się zgadzać z wolą Bożą, matko, rzekł Cziczikow. - Przeciwko mądrości Bożéj niepodobna coś powiedzieć... Ustąpcie mnie ich, Nastasija Piotrówna!

- Kogo, ojcze?

- Właśnie tych wszystkich, którzy poumierali.

- Jakże to ustąpić?

- A tak, po prostu, albo jeżeli chcecie, to sprzedajcie. Ja wam za nich gotówką zapłacę.

- Jakże to, naprawdę nie rozumiem! Czy ty ojcze doprawdy chcesz ich z grobu wykopywać? zapytała gospodyni.

Cziczików zmiarkował, że stara za daleko zajechała i że trzeba będzie jéj całą rzecz wytłomaczyć. W kilku słowach objaśnił jéj, że sprzedaż urzeczywistni się tylko na papierze i że dusze będa przepisane, jakby były jeszcze żywe.

- A do czegóż ci one, rzekła stara, wytrzeszczywszy na niego oczy.

- Już to moja w tém rzecz.

- Ale przecież one martwe?

- Któż mówi, że żywe? Dla tego to wy tracicie na nich, że martwe; wy płacicie za nie, a ja was oswobodzę od tego kłopotu. Czy rozumiecie? Nietylko że oswobodzę, ale oprócz tego dam wam jeszcze piętnaście rubli. No co teraz, czy jasno?

- Już ja nie wiem. Jak żyję, jeszcze martwych nie przedawałam.

- Spodziewam się! Osobliwościąby raczéj było, gdybyście już kiedy sprzedawali. Może wy myślicie, że macie z nich jaki pożytek?

- Tego ja nie myślę, jakiż z nich pożytek? Pożytku żadnego nie ma. Mnie tylko to niepokoi, że one już martwe.

"Widać, że baba ciasną ma głowę!" pomyślał Cziczików.

- Posłuchajcie, matko! Rozważcie sobie tylko dobrze: wy rujnujecie się, płacąc za nie podatki jak za żywe...

- Oh! ojcze, nie mówcie mi o tém! przerwała obywatelka. - temu trzy tygodnie zapłaciłam półtorasta rubli, a i łapówkę musiałam dać ławnikowi.

- Tak, to rzecz oczywista matko! a teraz weźcie sobie na rozum, że tym łapówki nie trzeba będzie dawać, bo odtąd ja będę za nie płacił - ja a nie wy; przyjmuję także na siebie wszelkie koszta - rozumiecie to wszystko?

Stara się zamyśliła, widziała, że interes w saméj rzeczy wygląda korzystnie, ale że to coś nowego i niezwyczajnego, trochę się lękała, żeby przypadkiem kupujący jéj nie oszukał; bo Bóg wie zkąd przyjechał, i to jeszcze w nocy.

- To i cóż, matko, dajcie rękę; rzekł Cziczików.

- Naprawdę, ojcze, jeszcze mi się nigdy nie zdarzyło sprzedawać nieboszczyków. Żywych to ustępowałam, trzy lata temu Protopopowi - dwie dziewki, po sto rubli za każdą i bardzo mi dziękował: a jak się wyuczyły; teraz same tkają serwety.

- Nie o żywych teraz mowa; Bóg z nimi! Ja potrzebuję martwych.

- Prawdziwie tak boję się na pierwszy raz, żeby nie stracić na nich. Może ty mnie, ojcze, chcesz oszukać... A one może więcéj są warte.

- Posłuchajcie, matko, ale cóż one mogą być warte? Przypatrzcie się, przecie to proch. Czy pojmujecie? To tylko proch. Weźcie np. jakikolwiek niezdatny do niczego przedmiot, nawet prosty gałgan i ten coś wart: jego przynajmniéj kupią do popierni; a one na co się zdadzą. Sami powiedzcie, na co one się zdadzą?

- Już to rzeczywista prawda. One na nic się nie przydadzą; ale mnie tylko to zatrzymuje i zastanawia, że one już są martwe.

- Ach ty kapuściana głowo! - rzekł do siebie Cziczików, zaczynając tracić cierpliwość. - Rozmówże się tu z nią; ażem się spocił, przeklęta baba!

I wyjął chustkę z kieszeni, jął obcierać czoło, na które rzeczywiście pot wystąpił. Zresztą Cziczików napróżno się złościł, bo zdarzają się i urzędnicy, dostojni zkądinąd i szanowni ludzie, a w interesach tacy głupi, jak Koroboczka. Gdy wpakuje sobie co do głowy, to i klinem nie wybijesz; chociażby najjaśniéj dowodzić, argumenta od niego odskakują, jak piłka gumowa od ściany.

Otarłszy pot, Cziczików postanowił spróbować, czy nie można będzie jéj nakłonić innym sposobem.

- Wy matko, rzekł, albo nie chcecie zrozumieć moich słów, albo tylko tak gadacie, żeby cokolwiek powiedzieć.... Ja wam daję pieniądze, piętnaście rubli asygnacyjnych, czy rozumiecie? Przecież to pieniądze!... Wy ich na drodze nie znajdziecie. - Powiedzcie mi prawdę, po czemu sprzedaliście miód?

- Po 12 rubli pud.

- Minęliście się trochę z prawdą, matko, po 12 rubli nie wzięliście.

- Jak Boga kocham, wzięłam,

- Tak, widzicie? Ale téż co to, to był miód! Wyście go starannie zbierali może cały rok. - W zimie musieliście troskliwie karmić pszczoły w piwnicy, a martwe dusze - to już teraz innego rodzaju. Z niemi nie mieliście żadnych kłopotów, to od woli bożéj zależało, że ten świat opuściły i tym sposobem zrobiły uszczerbek waszemu gospodarstwu. Tam dostaliście 12 rubli za waszą pracę, za starania, a tutaj dostaniecie darmo nie dwanaście, ale piętnaście rubli, i to nie srebrem, ale niebieskiemi papierkami.

W skutek tak przekonywających dowodów, Cziczików był pewny, że babina nakoniec się podda.

- Prawdziwie, odpowiedziała stara, już ja taka niedoświadczona biedna wdowa, że lepiéj zrobię, jak trochę poczekam - może się zdarzy drugi kupiec i ceny się ustalą.

- Wstyd, wstyd, matko! Co wy téż pleciecie, pomyślcie sami!... Gdzie wy znajdziecie drugiego kupca. Jaki on może z nich zrobić użytek?

- Może w gospodarstwie przydadzą mu się do czego - rzekła stara, i otworzywszy usta, prawie ze strachem patrzała na niego, czekając, co on na to odpowie.

- Martwi w gospodarstwie! Jużeście trochę za daleko zajechali. Chyba wróbli straszyć po nocy w waszym ogrodzie.

- Wszelki duch Pana Boga chwali! Jakie wy straszne rzeczy prawicie - rzekła stara, robiąc znak krzyża.

- Do czegóż innego chcieliście ich użyć? Zresztą ja Wam ich kości i mogiły zostawiam - niczego się z miejsca nie rusza: przekaz tylko będzie na papierze. No cóż? jak? odpowiedzcie przynajmniéj.

Stara znowu się zamyśliła.

- O czémże wy myślicie, Nastasija Piotrówna?

- Już ja nie mogę zmiarkować, co mam począć; lepiéj kupcie odemnie konopie.

- Po djabła mi konopie? Zmiłujcie się, ja was o co innego proszę, a wy mnie konopiami częstujecie! Konopie - konopiami, innym razem przyjadę, to i konopie zabiorę. Tak cóż? Nastasija Piotrówna?

- Jak Boga kocham, tak towar osobliwszy, niezwykły!

Cziczików tracił już wszelką cierpliwość - złapał z złości za krzesełko, silnie uderzył niém w podłogę, a babę posłał do djabła.

Djabła obywatelka zlękła się niezmiernie.

- O, nie wspominaj go, Bóg z nim! zawołała blada od strachu staruszka. - Jeszcze trzy dni temu całą noc śnił mi się przeklęty. Po pacierzach przyszła mi ochota kłaść kabałę, widać, że za karę Pan Bóg mi go przysłał. A taki szkaradny mi się przedstawił, rogi miał jak u byka.

- Dziwi mnie to, dla czego oni wam się dziesiątkami nie śnią. Miłość bratnia chrześciańska mnie do tego pobudziła; widzę - biedna wdowa, zabija się pracą, cierpi niedostatek..... Przepadnij! zdechnij razem z całą twoją wioską.

- Ah, jak wy klniecie nieładnie! - rzekła stara, patrząc się na niego ze strachem.

- Bo już nie wiem, jak mam z wami mówić! Wy, to uczciwszy uszy, jak suka, która leży na sianie: sama nie je siana, ale i drugim go nie daje. Chciałem u was zakupić rozmaite produkta gospodarskie, bo zajmuję się dostawami rządowemi..... Tu zełgał trochę, chociaż przypadkiem i bez żadnego zamiaru, ale nadzwyczaj szczęśliwie. Dostawy rządowe silnie podziałały na Nastasiję Piotrównę, zaczém odezwała się głosem - w którym czuć było przebaczenie.

- Dla czegóż tak się rozgniewaliście gwałtownie? Żebym była wiedziała, żeście tacy porywczy, byłabym się wam nie sprzeciwiała.

- Co się mam gniewać! - Rzecz cała nie warta skorupki od jajka, a ja będę się gniewał?

- No, już dobrze, jestem gotowa odstąpić wam za piętnaście rubli asygnacyjnych! Ale pamiętajcie, ojcze, co się tyczy dostaw rządowych, jeżeli wam będzie potrzeba mąki żytniéj albo gryczanéj, kaszy, mięsa, to proszę was, nie zapomnijcie o mnie i nie skrzywdzcie.

- Bądźcie spokojni, matko, nie skrzywdzę, nie, mówił Cziczików, ocierając pot, który trzema strumieniami ściekał po jego twarzy. Spytał się jéj następnie, czy nie ma w mieście pełnomocnika, albo znajomego, któregoby mogła upoważnić do podpisania aktu sprzedaży i załatwienia wszystkich formalności.

- I owszém, odpowiedziała, syna protopopa, ojca Cyryla, służy w izbie skarbowéj.

Cziczików poprosił ją, aby napisała do niego upoważnienie i sam nawet podjął się je zredagować.

"Dobrze by było", mówiła do siebie Koroboczka "gdyby zakupował u mnie mąkę i bydło. Trzeba go udobruchać: ciasta zostało się jeszcze od wczoraj, pójdę powiedzieć Fietinii, aby naleźników zrobiła. Możnaby téż upiec pirog z jajkami; u mnie doskonale go robią, i czasu na niego nie wiele potrzeba." Gosposia wyszła, żeby wykonać to, co pomyślała i żeby dopełnić jeszcze swój program innemi arcydziełami sztuki kuchennéj. Cziczikow poszedł do sali, w któréj noc przepędził, i wyjął ze swojéj podróżny szkatułki potrzebne papiery. W pokoju wszystko było sprzątnięte, pierzyny już wyniesiono, a przed kanapą stał stół nakryty czerwoną serwetką. Postawił na nim szkatułkę i odpoczął, bo się był spocił jak szczur, wszystko na nim było mokre, od koszuli do szkarpetek. "Dopiero mnie téż umęczyło, przeklęte babsko!" rzekł, trochę odetchnąwszy i otwierając szkatułkę.

Autor jest przekonany, że znajdą się między czytelnikami tacy, którzy będą ciekawi dowiedzieć się o wewnętrzném urządzeniu szkatułki Cziczikowa. Czemuż ich nie zaspokoić? - Oto wewnętrzne urządzenie: w samym środku mydelniczka, za mydelniczką sześć wązkich przegródek na brzytwy; po rogach dwie kwadratowe przegródki, na kałamarz i piaseczniczkę, między niemi wyżłobienie na pióra, lak i inne przybory piśmienne, następnie różne przegródki z przykrywkami i bez przykrywek, napełnione biletami wizytowemi, teatralnemi i innemi jeszcze, które Cziczikow chował na pamiątkę. Cała wierzchnia część wyjmowała się, a na spodzie było miejsce na papiery; - z boku istniała skrytka na pieniądze, ale on ją tak prędko zawsze otwierał i zamykał, że nie można na prawdę powiedzieć, ile tam było. Cziczików zaraz wziął się do pracy, zatemperował pióro i zaczął pisać. W téj saméj chwili weszła gospodyni.

- Ładną masz szkatułkę, ojcze - rzekła, siadając obok niego. - Zapewne musiałeś ją kupić w Moskwie.

- W Moskwie, odpowiedział Cziczików, pisząc daléj.

- Zaraz się tego domyśliłam, tam wszystko starannie wykończają. Trzy lata temu moja siostra przywiozła ztamtąd ciepłe buciki dla dzieci. Co za wytrzymałość! do téj pory noszą. He! ile tu u was stemplowego papieru! mówiła daléj, zaglądając do szkatułki. W saméj rzeczy, papieru stemplowego było tam niemało. - Żebyś mi choć jeden arkusz darował, u mnie taki niedostatek; zdarzy się potrzeba prośbę do sądu podać, a tak nie ma na czém.

Cziczików wytłómaczył jéj, że ten papier nie przeznaczony na pisanie prośb, ale służy wyłącznie tylko do kontraktów sprzedaży. Ale żeby ją uspokoić, dał jéj jeden arkusz, którego cena była rubla. Gdy napisał, co miał napisać, podał jéj do podpisu i poprosił o spis włościan. Pokazało się, że obywatelka nie prowadziła żadnéj kontroli - a wiedziała o wszystkich na pamięć. Zażądał, by mu zaraz podyktowała ich imiona i nazwiska; - niektórzy tak się dziwnie nazywali, lub tak szczególne mieli przydomki, że usłyszawszy je, Cziczików wstrzymywał się, a dopiero późniéj pisał. - Zadziwił go szczególniéj jakiś Piotr Sawelin Nieuważaj-Koryto, tak że nie mógł się powstrzymać, by nie powiedział: "o jaki długi!" - Drugi miał dołączony do nazwiska przydomek Krowia Cegła, inny zwał się po prostu Jan Koło.

Skończywszy pisać, wciągnął w siebie powietrze i poczuł ponętny zapach czegoś smarzonego w maśle.

- Bardzo proszę zakąsić, rzekła gospodyni.

Cziczików obejrzał się i spostrzegł stół, zastawiony grzybami, pierogami, skoroduszkami, szańgami, naleźnikami i wielu jeszcze innemi przysmakami.

- Pirogi z jajkami! rzekła gospodyni.

Cziczików zbliżył się do piroga z jajkami, a zjadłszy większą połowę, dopiero go pochwalił. Pirog był w saméj rzeczy bardzo smaczny, a zmęczonemu Cziczikowi jeszcze bardziéj smakował.

- A naleśników?

W odpowiedzi, Cziczików zwinął trzy naleśniki razem, umaczał je w roztopioném maśle i posłał do ust. Powtórzywszy to trzy razy, wytarł usta i ręce serwetą i prosił, aby kazano zaprzęgać.

Nastazija Piotrówna zaraz posłała Fietinią a po drodze kazała jéj jeszcze przynieść gorących naleśników.

- U was, matko, wyborne naleśniki, rzekł Cziczików, zabierając się do nowo przyniesionych gorących.

- Tak, u mnie dobrze umieją naleśniki smarzyć, rzekła gospodyni - bieda tylko, że urodzaj nietęgi i mąka niespora. Ale dla czego, ojcze, tak się spieszycie? - mówiła daléj, widząc że Cziczików brał za czapkę - jeszcze bryczka nie zajechała.

- Zajedzie, matko, zajedzie. Mój człowiek prędko się zwija.

- Bądźcie łaskawi, nie zapomnijcie o mnie w czasie dostawy.

- Nie zapomnę, nie zapomnę, mówił Cziczików, wychodząc do sieni.

- A czy sadła wieprzowego nie kupujecie? pytała gospodyni, postępując za nim.

- Kupuję, a jakże, tylko nie teraz.

- Na święta będzie u mnie i sadło gotowe, rzekła Koroboczka.

- Kupię, kupię, wszystko kupię, nawet wieprzowe sadło kupię.

- Może potrzeba wam będzie dartego pierza? Przed adwentem będzie już gotowe.

- Dobrze, dobrze, mówił Cziczikow.

- A widzisz, ojcze, że twoja bryczka jeszcze nie zajechała, rzekła gospodyni, gdy wyszli na ganek.

- Zajedzie, zajedzie. Powiedzcie mi tylko jak dostać się do gościńca.

- Jakby to zrobić? rzekła staruszka. - Rozpowiedzieć to trudno, krętych dróg wiele; na koźle jest miejsce, dam wam dziewczynkę, to cię wyprowadzi.

- I owszém, dziękuję.

- Dam wam dziewczynkę, ona zna dobrze drogę; tylko pamiętajcie, nie zabierzcie jéj z sobą! jednę już takim sposobem uwieźli mi kupcy.

Cziczikow zaręczył, że nie ma żadnego zamiaru porwania dziewczynki, i tém uspokojona zaczęła Koroboczka patrzeć, co się działo na dziedzińcu: wlepiła oczy w klucznicę; która ze składu wynosiła faskę miodu, dojrzała chłopa, który się we wrotach pokazał, i stopniowo cała utonęła w gospodarstwie.

Ale na co tak długo zajmować się Koroboczką? Czy Koroboczka, czy Maniłowa; gospodarskie zajęcia, czy nie gospodarskie - na bok wszystko! Wesołość w jednéj chwili zamieni się w smutek, jeżeli tylko długo będziemy się nad nią zastanawiać, a wtenczas, Bóg wie, co przyjdzie do głowy. Może nawet pomyślisz: Czy rzeczywiście Koroboczka tak nisko stoi na nieskończonych szczeblach doskonałości ludzkich? Czy rzeczywiście taka wielka przepaść rozdziela ją od jéj siostry, niedostępnéj w arystokratycznym pałacu, o marmurowych schodach, błyszczącym od złota, machoniu i dywanów, a ziewającéj nad niedoczytaną książką, w oczekiwaniu na modnego salonowca, aby popisać się przed nim swoim dowcipem, podzielić się z nim swojemi myślami, i mówić nie o zawikłanych swoich interesach, nie o ruinie grożącéj majątkowi wskutek nierządu i nieoględności, tylko o nowym przewrocie politycznym we Francyi i o kierunku modno religijnym! Ale na bok, na bok! Na co o tém wspominać?

- Otóż i bryczka! zawołał Cziczikow. - Dla czego takeś się guzdrał? Widać, że wczorajsza wódka jeszcze ci zupełnie z głowy nie wywietrzała.

Selifan nic na to nie odpowiedział.

- Bądźcie zdrowi, matko, a gdzież jest wasza dziewczyna?

- Pelagia! zawołała Koroboczka do stojącéj blisko ganku jedynastoletniéj dziewczynki z bosemi nogami, które z daleka można było mieć za opatrzone w trzewiki, tak były oblepione świeżém błotem. - Pokażesz panu drogę.

Selifan pomógł dziewczynce wgramolić się na kozioł, następnie Cziczikow postawił nogę na stopniu, aż się cała bryczka na prawo przechyliła, a gdy się dobrze usadowił, pożegnał gospodynią - i konie ruszyły.

Selifan przez całą drogę był milczący i przytém bardzo uważny, co zawsze mu się zdarzało, ilekroć w wilją co przeskrobał, albo się upił. Konie mianowicie były doskonale wyczyszczone; jedno z chomąt, oddawna poszarpane, dziś uderzało staranném sporządzeniem. Już koniom przestróg pouczających nie udzielał, i tylko smagał knutem od czasu do czasu, chociaż deresz pragnął usłyszeć jakąś nauczkę, bo wtedy Selifan zwykle opuszczał lejce i knutem wywijał jedynie dla pozoru. Ale posępny jemszczyk (woźnica) tym razem powtarzał tylko te słowa: "No, no gawrony!" i nic więcéj. Nawet gniademu i ławnikowi przykro było nie słyszeć ani razu "kochane" albo "dobre." Deresz strzygł uszami za każdém uderzeniem i myślał sobie: Patrz, jak mu djabli szepcą, wie gdzie uderzyć! Nie chlaśnie prosto po grzbiecie, tylko wybiera najdotkliwsze miejsca, i albo uszów dostanie, albo pod brzuch sięgnie.

- Czy na prawo? sucho spytał się obok niego siedzącéj dziewczynki.

- Nie, nie, już ja wam pokażę, odpowiedziała.

- Gdzież tedy? zapytał Selifan, gdy bliżéj wyjechali.

- Oto tam, odpowiedziała, wskazując ręką.

- Oj ty głupia! rzekł Selifan. - Toć to przecie jest na prawo. Nie wie, gdzie prawa strona a gdzie lewa.

Chociaż pogoda świeciła, ale droga była ciężka, to téż dopiero koło południa dostali się na gościniec, i tego by byli nie dokonali bez dzieweczki, bo drogi tak się na wszystkie strony rozchodziły jak raki, gdy się je z worka wysypie. Dziewczynka pokazała ręką, na ciemny budynek i powiedziała:

- Oto i gościniec!

- A co to za budynek? zapytał Selifan.

- Zajazd.

- Teraz sami już trafimy, rzekł Selifan, wracaj do domu.

Pomógł jéj zleźć i przecedził przez zęby: "Eh ty czarno noga!"

Cziczikow dał jéj grosz i dziewczynka pobiegła zadowolona już dostatecznie z tego, że się na koźle przejechała.

 

Rozdział II.

 

Już więcéj tygodnia podróżny mieszkał w oberży i czas swój zawsze na obiadach i wieczorach, jak to mówią, bardzo przyjemnie przepędzał. W końcu postanowił zwrócić się na wieś i odwiedzić obywateli Maniłowa i Sobakiewicza, podług przyrzeczenia. Może pobudziła go do tego jakaś osobna jeszcze przyczyna, ważniejsza, bliższa jego serca... Ale o tém wszystkiem czytelnik dowie się stopniowo, w swoim czasie, jeżeli będzie miał cierpliwość przeczytać niniejszą powieść, bardzo długą, rozszerzającą się ciągle aż do końca, który - uwieńczy dzieło. Furman Selifan dostał z rana rozkaz założyć konie do znajoméj nam już bryczki, a Piotrek miał zostać w domu, aby pilnować mieszkania i tłomoka.

Nie będzie zbyteczném zapoznać się bliżéj z tymi dwoma poddanymi naszego bohatera. Chociaż osobistości ich nie są tak wyraziste i stoją, jak to mówią, na drugim albo nawet na trzecim planie, chociaż nie są głównemi sprężynami opowiadania, chociaż oni zaledwie drobny mają udział w głównéj intrydze, że jednak autor lubi niezmiernie dokładność, i chociaż sam jest Rosyaninem, chce być akuratnym jak Niemiec, musi o nich mówić. Zresztą nie wiele to zajmie czasu i miejsca, bo nie wiele trzeba dodać do tego, co już było powiedziane, t. j. że Piotrek chodził w za szerokim tabaczkowym surducie, należącym niegdyś do swego pana, i miał, jak wszyscy mniéj więcéj ludzie jego stanu, szeroki nos i usta. Charakter posiadał prędzéj milczący, niż gadatliwy, miał nawet szlachetne dążności ku cywilizacyi, t. j. do czytania książek, ale treść ich była mu obojętną: czy to były przygody jakiego bohatera, czy dykcyonarz, on wszystko czytał z jednakową uwagą; jeżeliby jemu podać chemią, onby i chemii nie odrzucił. Jemu podobało się nie to, co on czyta, ale raczej samo czytanie, bo oto, z liter zawsze tworzy się jakieś słowo, które czasem sam djabeł wie, co znaczy. Czytanie odbywało się zwykle w leżącem położeniu, w przedpokoju, na łóżku. Oprócz namiętności do czytania, miał jeszcze dwa nawyknienia, które stanowią dwa charakterystyczne rysy: spać nie rozbierając się, tak jak był, w surducie, i nosić wszędzie ze sobą jakieś sobie właściwe powietrze, jakąś woń, która go nigdy nie opuszczała. Cziczików, który był czasem bardzo drażliwy, wciągnąwszy w nos owego powietrza, zmarszczył się nieraz, a kiwnąwszy głową, mówił: "Już ja nie wiem, djabli cię tam wiedzą, pocisz się, czy co? Poszedłbyś do bani wykąpać się." Na to Piotrek nigdy nie odpowiadał, zaraz zajął się jaką robotą: albo brał szczotkę i czyścił pański frak, albo téż cokolwiek sprzątał. - O czém on wtedy myślał? Może być mówił on do siebie: "Aleś i ty paradny; i tobie się nie znudziło czterdziesty raz jedno i to samo powtarzać..." Bóg tylko jeden może wiedzieć, co myśli służący poddany wtenczas, kiedy jego pan go łaje. Na teraz nie mam nic więcéj do powiedzenia o Piotrku.

Furman Selifan był zupełnie innym człowiekiem. Ale autor jest zawstydzony zajmować tak długo czytelnika ludźmi niższéj klasy, znając z doświadczenia, jak on niechętnie zabierał znajomości z niższymi od siebie. Już takim jest ruski człowiek: wszystkich sił używa, żeby poznać się z takim, który posiada rangę wyższą choć o jeden stopień; a czapkową znajomość z hrabią lub księciem o wiele więcéj ceni od najściślejszéj przyjaźni. Autor lęka się nawet o swojego bohatera, który jest tylko radzcą kolegialnym.2 Radzcy dworu może zaprzyjaźnią się z nim, ale ci, którzy podrośli już do generalskiéj rangi - ci, Bóg wie, może rzucą tylko pogardliwym wzrokiem, jak na wszystko to, co się pod nogami ich uwija, albo co jeszcze dotkliwiéj, przejdą, z zabijającą dla autora obojętnością. Ale choć przykre jedno i drugie, trzeba wrócić do naszego bohatera.

Wydawszy rozkazy jeszcze wieczorem i obudziwszy się wcześnie, wymywszy się i wytarłszy mokrą gąbką od stóp do głów, co się robiło tylko w niedzielę - a tego dnia zdarzyła się właśnie niedziela - ogoliwszy się tak, że policzki były gładkie jak atłas, ubrawszy się we frak koloru borówkowego w centki, nałożywszy na wierzch płaszcz niedźwiedziami podbity, zeszedł ze schodów, podpierany to z tego, to z drugiego boku przez hotelowego sługę, i siadł w bryczkę. Z łoskotem wyjechała bryczka z pod bramy wjezdnéj. Przechodzący pop zdjął kapelusz, kilku chłopaków w brudnych koszulach wyciągnęli ręce, wołając: "Panie, daj jałmużnę sierotce." Furman spostrzegłszy, że jeden z nich miał wielką ochotę stawać z tyłu na bryczkę, ściągnął go knutem, i bryczka potoczyła się, skacząc po kamieniach. Przyjemnie było ujrzeć niedaleko pręgowaty szlaban, dający znać, że bruk, tak jak i wszystkie dolegliwości na tym świecie, będzie miał swój koniec, i jeszcze kilka razy uderzywszy się głową w budę, Cziczikow nakoniec pojechał równą drogą. Ledwie wydostali się z miasta, zaraz za miastem tak, jak to u nas, było dziko po obu stronach drogi: widziałeś kretowiny, młodą jedlinę, karłowate sosny, jałowiec i tym podobne dziwactwa. Napotkali i wieś, pod sznur zbudowaną, kilku chłopów, jak zwyczajnie, próżnowało i gapiło się, siedząc przed domami na ławeczkach. Baby tłuste, z przewiązanemi piersiami, patrzały z górnych okien, a z dolnych wyglądało ciele, albo świnia swój ślepy ryj wytykała. Słowem wszystko, co widzieli, było bardzo zwyczajne. Przejechali wiorst piętnaście i Cziczikow pomyślał sobie, że tu, jak mówił Maniłow, powinna była być jego wioska, ale i szesnastą wiorstę minęli, a wioski jak nie było tak nie było, i pewnieby do niéj nie trafili, gdyby nie napotkali dwóch chłopów. Na zapytanie: czy daleko ztąd Zamaniłówka? chłopi zdjęli czapki, a jeden z nich, mędrszy, z brodą jak klin, odpowiedział:

- Maniłówka może? a nie Zamaniłówka?

- Tak, tak Maniłówka!

- Maniłówka! a to jak przejedziesz jeszcze jedną wiorstę, tak ot, to jest tak prosto na prawo.

- Na prawo? odezwał się furman.

- Na prawo, rzekł chłop. - To ci będzie droga do Maniłówki; a Zamaniłówki tu żadnéj nie ma. Ona tak się nazywa, to jest, jéj nazwanie Maniłówka; a Zamaniłówki tu wcale nie ma. Tam prosto na górze zobaczysz dom murowany, o dwóch piętrach, pański dom, w którym, to jest, mieszka sam pan. Oto ci będzie i Maniłówka, a Zamaniłówki tu zupełnie żadnéj nie ma i nigdy nie było.

Pojechali daléj odszukiwać Maniłówki. Przejechali dwie wiorsty, napotkali boczną dróżynę; przejechali i trzecią i czwartą wiorstę, a murowanego domu nigdzie nie było widać. Wtedy Cziczikow przypomniał sobie, że jeżeli przyjaciele zapraszają do siebie na wieś i powiadają, że do niéj tylko piętnaście wiorst, to pewnie będzie ich trzydzieści.

Wioska Maniłówka nie wiele mogła zająć swojém położeniem. Dom właściciela stał na górce, otwarty na wszystkie wiatry, jakimby się tylko wiać podobało; spadzistość górki, na któréj się wznosił, była pokryta strzyżoną murawą. Na niéj rozrzucono po angielsku dwa klomby berberysu i żółtéj akacyi; pięć czy sześć kępek brzóz wznosiło gdzie niegdzie swoje chude wierzchołki. Pod dwoma z nich była altanka z zielonym płaskim daszkiem, niebieskiemi kolumnami i napisem: świątynia samotnego rozmyślania; niżéj sadzawka, pokryta zieloną pleśnią, co zresztą nie jest rzeczą nadzwyczajną w angielskich ogrodach rosyjskich obywateli. U stóp pagórka ciemniały wzdłuż i wpoprzek szare drewniane izdebki, które bohater nasz, nie wiadomo dla jakiéj przyczyny, z największym pospiechem zaczął liczyć i narachował ich aż do dwóchset. Nigdzie około nich nie było widać jakiéjkolwiek zieloności; wszędzie wyglądało jedno tylko drzewo. Widok urozmaicały dwie baby, które artystycznie podgiąwszy spódnice i poobtykawszy je w pasie, brnęły po kolana w sadzawce, wlokąc za sobą małą sieć, w któréj szamotały się dwa raki i błyszczała jedna biedna płoteczka; baby, jak widać, nie musiały żyć z sobą w zgodzie, bo ciągle się kłóciły i lżyły. Daléj na boku ciemniał smutnym ciemno zielonym kolorem las sosnowy. Nawet powietrze widziało się do wszystkiego zastósowane: dzień był i nie jasny, i nie bardzo pochmurny, ale jakiegoś blado szarego koloru, takiego, jak stare mundury garnizonowych żołnierzy. Dla dopełnienia krajobrazu znalazł się i kogut zwiastun zmiennéj pogody, który nie zważając na to, że głowę miał do mózgu podziurawioną dziubami drugich kogutów za swoje zalety, piał wrzaskliwie i trzepał nawet skrzydłami, chociaż pióra miał powyrywane jak u staréj słomianki. Podjeżdżając pode dwor, Cziczikow spostrzegł samego gospodarza stojącego w zielonym surducie, u czoła miał rękę zastępującą daszek, aby łatwiéj rozpoznać dążącą ku dworowi bryczkę i w miarę tego jak furmanka zbliżała się do ganku, oczy jego rozweseliły się i uśmiech zawitał na twarzy.

- Paweł Iwanowicz! zawołał on nakoniec, gdy Cziczikow wyłaził z bryczki. - Przecież pan sobie o nas przypomniał!

Obaj przyjaciele serdecznie się uściskali, i Maniłow poprowadził swego gościa do pokoju. Chociaż krótka chwila wystarczyła, aby przejść przez sień, przedpokój i salę jadalną, jednak spróbujemy, czy nie zdążymy jak niebądź z niéj skorzystać i powiedzieć co o gospodarzu. Ale w tym punkcie autor musi się przyznać, że zadanie trochę za trudne. O wiele łatwiéj odrysować charaktery wielkich rozmiarów: tam tylko rzucaj pełną ręką kolory na płótno; czarne pełne oczy, zwisłe brwi, poorane zmarszczkami czoło, zarzucony na ramię czarny albo czerwony jak ogień płaszcz - i portret gotowy; ale u tych wszystkich panów, których tak wiele na świecie, którzy z powierzchowności tak podobni do siebie, jak im się dobrze przyjrzeć, jest tak wielka różnica, że bardzo trudno wizerunek ich uchwycić.

Trzeba dobrze natężyć uwagę, nim zmusisz, że na płótno wystąpią wszystkie odcienia prawie niepochwytne ich rysów, i w ogólności, trzeba głęboko badać, nawet doświadczonemu spostrzegaczowi. Jeden tylko Pan Bóg wiedział, jaki był charakter Maniłowa. Istnieje pewien rodzaj ludzi, znanych pod nazwą: ludzi tak sobie, ni to, ni owo. Może być, że do nich trzeba i Maniłowa zaliczyć. Postawę on miał piękną; rysy twarzy przyjemne, ale ta przyjemność zanadto była ocukrowana; w ułożeniu miał coś takiego, jakby szukał dla siebie pobłażania. Uśmiech jego nęcił, był jasny blondyn i miał niebieskie oczy. W pierwszéj chwili, gdy się z nim rozmawiało, nie mogłeś nie powiedzieć: "Jaki przyjemny i dobry człowiek!" W następującéj minucie, jużeś nic nie mówił, a w trzeciéj minucie, powiedziałeś sobie: "Diabli go tam wiedzą!" i odsunąłeś się od niego jak najdaléj; jeżeliś nie odszedł, poczułeś śmiertelne nudy. Od niego nie usłyszysz żadnego prędkiego ani gniewnego słowa, jakie możesz usłyszeć od każdego, jeżeli zaczepisz go w jakiéj draźliwéj kwestyi. Strona drażliwa znajduje się u każdego.

Jeden zapala się do hartów; drugiemu zdaje się, że jest znawcą muzyki, i że szczególniéj czuje głębokie jéj tony; trzeci lubi dobry obiadek; czwarty stara się choć o jeden cal podnieść się nad stan swój; piątego wymagania są więcéj ograniczone, on we śnie nawet marzy, jakimby to sposobem mógł przechadzać się pod rękę z fligel-adjutantem po spacerze, pokazać się swoim przyjaciołom, znajomym, a nawet i nieznajomym; szósty obdarzony jest taką ręką, którą ciągnie jakaś nadprzyrodzona siła, żeby zagiąć parol z asa karowego, albo dwójki; kiedy tymczasem ręka siódmego lezie wszędzie tam, gdzie jest nieporządek i sprząta do swojéj kieszeni niepotrzebne przedmioty; jednem słowem każdy ma jakąś właściwość, ale Maniłow nie miał żadnéj. W domu był mało-mówny, ciągle o czémś rozmyślał; ale o czém? to tylko chyba Panu Bogu było wiadome. Nie można powiedzieć, żeby się zajmował gospodarstwem, w pole nie jeździł nigdy; gospodarstwo szło sobie jakoś samo. Jeżeli ekonom powiedział: "Dobrze by to i to zrobić." "Zapewne nie źle" odpowiadał zwyczajnie, paląc fajkę, do któréj nawykł służąc w wojsku, gdzie był uważany za najskromniejszego, najdelikatniejszego i najwykształceńszego oficera. "Zapewne nie źle," powtarzał. Jeżeli przyszedł chłop poddany i drapiąc się w głowę mówił: "Niech się Pan zmiłuje i pozwoli mi wyjść gdzie na robotę, żeby zarobić na podatek." "Idź," odpowiadał paląc fajkę i na myśl mu nawet nie przyszło, że chłop szedł hulać.

Czasem patrząc z ganku na dziedziniec i na sadzawkę, mówił, jakby to dobrze było, gdyby tak od domu zrobić podziemne przejście, albo postawić murowany most przez sadzawkę, na którymby można urządzić sklepiki, a w nich żeby siedzieli kupcy i sprzedawali różne drobne towary potrzebne dla włościan. Gdy to mówił, oczy jego stawały się niezmiernie słodkie, a twarz przybierała wyraz zadowolnienia. Z resztą projekta takie kończyły się tylko na słowach. W jego gabinecie leżała jakaś książka założona na 14 stronnicy, którą on zawsze czytał, już od dwóch lat. U niego w domu wiecznie czegoś brakło; w salonie stały śliczne meble obite elegancką jedwabną materyą, która zapewne dość drogo kosztowała; ale niewystarczyła do dwóch krzeseł, i te obito rogożą; jednak gospodarz już od kilku lat uprzedzał gości mówiąc: "Nie siadajcie na te krzesła, one jeszcze nie gotowe." W innym pokoju zupełnie mebli nie było, chociaż w pierwszych dniach po ślubie powiedział był: "Duszko, trzeba będzie się jutro postarać, żeby choć tymczasowo postawić tu jakie sprzęty." Wieczorem podawano na stół pyszny lichtarz z ciemnego bronzu, prawdziwy antyk, z trzema prześlicznie wyrzeźbionemi gracyami, a obok niego stawiano po prostu miedzianego inwalidę, skrzywionego i oblanego łojem, chociaż tego nie spostrzegał ani gospodarz, ani gospodyni, ani służący. Żona jego...... ale zresztą oni byli bardzo zadowolnieni jedno z drugiego. Nie zważając na to, że już ośm lat, jak się byli pobrali, jeszcze każdy z nich przynosił drugiemu albo kawałek jabłuszka, albo cukierek, albo orzeszek, i mówił słodko-wzruszonym głosem, wyrażającym rzeczywistą miłość: "Otwórz duszko pyszczek, ja weń włożę ten kawałeczek." Rozumie się samo przez się, że w takich razach pyszczek otwierał się uprzejmie. Na dzień urodzin zawsze była przygotowaną jakaś niespodzianka - np. futeralik na piórka do zębów paciorkami wyszywany. Bardzo często, siedząc na kanapie, raptem, nie wiedzieć z jakiéj przyczyny, on stawiał swoją fajkę, ona wypuszczała z rąk robotę, jeżeli jaką w rękach trzymała, i dawali sobie taki serdeczny, długi całus, że można było przez ten czas wypalić średniéj wielkości papierosa. - Słowem byli, jak to się mówi, szczęśliwi. Zapewne, że w domu zajmowano się jeszcze czémś więcéj, niż pocałunkami i wyszywaniem futeralików. O niejedno warto było się pytać. Dla czego np. brudno i głupio gotują w kuchni? dla czego dość pusto w spiżarni? dla czego klucznica kradnie? dla czego nieochędożni i pijani lokaje? dla czego wszyscy służący śpią prawie ciągle, a resztę czasu, który im zbywa od snu, łajdaczą się? Ale to są wszystko sprawy niskie, a pani Maniłowa jest wykształconą starannie, zaś staranne wykształcenie, jak wiadomo, odbiera się na pensyi, a na pensyach trzy główne przedmioty stanowią podstawę cnotliwego wychowania: język francuski, nieodzowny dla szczęścia familijnego, fortepian, koniecznie potrzebny dla uprzyjemnienia chwil mężowi, a nakoniec część gospodarcza, zasadzająca się na wyrabianiu ładnych sakiewek i wyszywaniu futeralików na piórka do zębów. Zresztą bywają różne udoskonalenia i zmiany w metodzie, szczególniéj w obecnym czasie: wszystko to zależy od umiejętności i zdolności przełożonéj pensyi. Na jednych pensyach np. bywa tak: że najprzód fortepian, następnie język francuski, a tam już na końcu część gospodarcza, tj. wyszywanie siurpryz. A w innych znowu pensyach bywa tak: że najprzód część gospodarcza, tj. siurpryzy, potém język francuski, a już na końcu fortepian. Różne bo napotykają się metody. Nie zawadzi zrobić jeszcze uwagi, że Maniłowa...... ale przyznać się muszę, że niezmiernie boję się mówić o damach, przytém już pora powrócić do naszych bohaterów, którzy już stoją od kilku minut u drzwi salonu, cektując się wzajemnie, kto pierwszy przejdzie.

- Niechże pan będzie łaskaw, za wiele pan sobie robi subjekcyi, ja przejdę późniéj - mówił Cziczików.

- Nie, Paweł Iwanowicz, nie, wy gość - mówił Maniłów, pokazując drzwi ręką.

- Ale proszę, bez subjekcyi, pan przejdź - mówił Cziczików.

- Nie, już przepraszam, nie przejdę naprzód przed tak miłym, wykształconym gościem.

- Dla czegóż wykształconym? Ale proszę bardzo przejść!

- Nie, już ja suplikuję.

- Ale dla czego?

- Właśnie dla tego! - powiedział z miłym uśmiechem Maniłów.

Nakoniec obydwa przyjaciele weszli we drzwi, każdy bokiem, ale przyznać trzeba, że im było trochę ciasno.

- Pozwolicie, że was przedstawię mojéj żonie, powiedział Maniłów. - Duszko! Paweł Iwanowicz!

Cziczików w saméj rzeczy ujrzał damę, któréj w pierwszéj chwili nie był spostrzegł, cektując się w drzwiach z Maniłowem. Była ona niebrzydka, ubrana ze smakiem w jasny, jedwabny szlafroczek. Podniosła się trochę z kanapy, ściskając w ręku chusteczkę haftowaną po rogach. Maniłowa powiedziała, szepleniąc trochę, że bardzo ich ucieszył swoim przyjazdem i że nie było ani jednego dnia, żeby mąż jéj o nim nie wspominał.

- To prawda, i ona również ciągle mi się dopytywała: "Dla czego twój przyjaciel nie przyjeżdża?" - "Poczekaj trochę duszko, przyjedzie." Otóż i nareszcie zaszczyciliście nas swojemi odwiedzinami. Już nie umiem powiedzieć, jaką sprawiliście nam radość; - majowy dzień, imieniny dla serca......

Cziczików usłyszawszy, że rzecz doszła już do imienin serca, zmięszany trochę, odpowiedział, że ani głośnego nazwiska nie posiada, ani téż zbyt wysokiéj rangi.

- Wy wszystko posiadacie, przerwał Maniłów z miłym uśmiechem - wszystko posiadacie, nawet jeszcze więcéj.

- Jak wam się podobało nasze miasto? - dodała Maniłowa. Czy przyjemnie pan czas przepędził?

- Bardzo przyjemne miasto, prześliczne miasto - odpowiedział Cziczików - czas przepędziłem jak najmiléj; towarzystwo nadzwyczaj uprzejme.

- A jak się panu podobał nasz gubernator - zapytała Maniłowa.

- Nieprawda, że najmilszy i najszanowniejszy człowiek? - dodał Maniłów.

- Święta prawda - rzekł Cziczików - najszanowniejszy człowiek. A jak on umiał wniknąć w swój urząd, jak go dobrze pojmuje! Potrzebaby więcéj takich ludzi.

- A jak to on umie, tak, wiecie, przyjąć każdego, zachować delikatność w swojém postępowaniu - dodał Maniłów, uśmiechając się i prawie całkiém przymrużając oczy z wielkiego ukontentowania, jak kot, którego się z lekka łechce palcem za uszami.

- Bardzo grzeczny i przyjemny człowiek - ciągnął daléj Cziczików - a jak utalentowany! Ktoby się tego spodziewał, że on tak ślicznie haftuje! Pokazywał mi woreczek swojéj roboty, nie lada która dama mogłaby się pochlubić takim haftem.

- A wice-gubernator, nieprawda? jaki miły człowiek! - rzekł Maniłów - mrużąc znowu cokolwiek oczy.

- Bardzo, bardzo godny człowiek - odpowiedział Cziczików.

- A proszę téż, jak wam się podobał policmajster? Nieprawda, że bardzo przyjemny człowiek?...

- Nadzwyczaj przyjemny, a jaki mądry, jaki oczytany! Graliśmy u niego w wista z prokuratorem i prezesem izby aż do rana. Bardzo, bardzo godny człowiek!

- No, a jakiego pan zdania o żonie policmajstra? - zapytała Maniłowa. - Nieprawda, jaka miła kobieta?

- O, zaliczam ją do najgodniejszych kobiet, które znam - odpowiedział Cziczików.

Nie pominęli następnie ani prezesa, ani policmajstra, ani nikogo zgoła - i pokazało się, że wszyscy byli ludźmi najgodniejszymi w świecie.

- Państwo zawsze bawią na wsi? - zapytał wreszcie Cziczików.

- Po większéj części na wsi - odpowiedział Maniłów. - Czasem jednak jeździemy do miasta dla tego tylko, żeby spotkać się z wykształconymi ludźmi. Można zdziczeć, siedząc tak ciągle w zamknięciu.

- Prawda, wielka prawda, odpowiedział Cziczików.

- Naturalnie, mówił daléj Maniłów - byłoby co innego, gdybyśmy mieli dobrane sąsiedztwo, gdyby n. p. taki człowiek, z którymby w pewnéj mierze można pomówić o zabawach, o dobrych manierach, śledzić jakąkolwiek taką naukę, żeby się tak niejako dusza rozruszała, żeby to, iż tak się wyrażę, unosiło człowieka......

Jeszcze chciał coś dodać, ale że się zająknął, machnął tylko ręką w powietrzu i dorzucił:

- Wtedy, naturalnie, wieś i samotność miałyby swój urok. Ale stanowczo nie ma nikogo.... Z nudów trzeba wziąść do ręki "Syna Ojczyzny".

Cziczików zgodził się z tém zupełnie, że nie ma nic przyjemniejszego, jak żyć w samotności, cieszyć się widokiem przyrody i przeczytać czasem jakąkolwiek książkę......

- Ale wiecie co? - dodał Maniłów. Wszystko jakoś nie tak, jeżeli nie ma przyjaciela, z którymby można podzielić się......

- O sprawiedliwie, zupełnie sprawiedliwie! Przerwał Cziczików. - To są skarby tego świata! jak powiedział jakiś mędrzec: "Nie miéj pieniędzy, ale miéj dobrych towarzyszów."

- I wiecie co, Pawle Iwanowiczu - rzekł Maniłów z wyrazem twarzy nietylko słodkim, ale nawet mdłym, podobnym do lekarstwa, które nowomodny lekarz niezmiernie osłodził, chcąc przez to zalecić się pacyentowi, wtedy czuje się w pewnym rodzaju jakąś słodycz duchową...... Ot, jak teraz naprzykład, kiedy przypadek nastręczył nie szczęście, można powiedzieć, niezrównane obcowanie z wami i cieszenie się przyjemną waszą rozmową.

- Ale zmiłujcie się, czy to przyjemna rozmowa?... nędzny człowiek, i nic więcéj, odpowiedział Cziczików.

- O, Pawle Iwanowiczu ! pozwólcie mi być otwartym: ja bym z radością oddał połowę mojego majątku, gdybym posiadał choć część tych przymiotów, które wy posiadacie!...

- Przeciwnie, ja bym poczytał za największe szczęście..,

I nie wiadomo dokąd by było doszło wzajemne wylewanie uczuć, gdyby nie wszedł służący oznajmić, że dano do stołu.

- Bardzo proszę! rzekł Maniłów, ale przepraszam, jeżeli u nas nie znajdziecie obiadu takiego jak w stolicach: u nas po prostu, rosyjskim zwyczajem - kapuśniak ale od serca. Bardzo proszę.

Znowu zaczęli się sprzeczać, który z nich ma przejść pierwszy; nakoniec Cziczików szedł bokiem do jadalnego pokoju.

W jadalnym pokoju zastali dwóch synów Maniłowa. Byli oni już w tym wieku, w którym dzieci sadzają się u stołu, ale jeszcze na wysokich krzesłach. Przy nich był guwerner, który się grzecznie ukłonił. Gościa posadzono między gospodarzem i gospodynią; służący zawiązał serwety pod szyję dzieciom.

- Jakie śliczne dziatki! powiedział Cziczików, patrząc na nie; a ile lat mają?

- Starszemu ósmy, a młodszemu wczoraj minęło sześć lat, odpowiedziała Maniłowa.

- Temistoklius, rzekł Maniłów, obracając się do starszego syna, który starał się oswobodzić swoją brodę od serwety. Cziczików podniósł brwi, usłyszawszy takie greckie imie, w którém nie wiadomo dla czego, Maniłów zmienił końcówkę na ius; ale wnet się opamiętał i przybrał dawną powierzchowność.

- Temistoklius, powiedz mi, które jest największe miasto we Francyi?

Guwerner całą swoją uwagę zwrócił na Temistokliusa, i zdawało się, że chciał wskoczyć w jego oczy, ale niebawem zupełnie się uspokoił, i kiwnął głową, gdy Temistoklius odpowiedział: "Paryż."

- A u nas, które jest największe miasto? spytał jeszcze Maniłów.

Guwerner znowu popatrzał na chłopca.

- Petersburg, odpowiedział Temistoklius.

- A jeszcze jakie ?

- Moskwa, odpowiedział Temistoklius.

- Co za rozumne dziecko! ozwał się na to Cziczikow. Proszę! mówił daléj, obracając się do Maniłowych. Muszę powiedzieć, że ten chłopiec będzie miał wielkie zdolności.

- O, wy jeszcze jego nie znacie! odpowiedział Maniłow, on nadzwyczaj dowcipny. Mniejszy Alcybiades już nie to, ale Temistoklius jeżeli tylko co spotka, n. p. chrabąszcza albo motyla, to oczęta jego zabłyszczą i zaraz poleci za niemi. Przeznaczam go na dyplomatę. Temistoklius! zawołał, obracając się do niego, czy chcesz być ambasadorem?

- Chcę, odpowiedział Temistoklius, gryząc chleb i kręcąc głową na wszystkie strony.

W téj saméj chwili stojący z tyłu lokaj utarł ambasadorowi nos i dobrze zrobił, bo inaczéj byłoby się źle skończyło.

Rozmowa przy stole toczyła się o przyjemnościach spokojnego życia, przerywana od czasu do czasu spostrzeżeniami gospodyni o miejskim teatrze i o aktorach. Guwerner bacznie śledził rozmawiających i jak tylko zauważał, że się mają rozśmiać, otwierał zaraz usta i śmiał się serdecznie. Widać, że to był człowiek wdzięczny i tém chciał odpłacić gospodarzowi za delikatne obchodzenie się z sobą. Raz tylko twarz jego przybrała wyraz surowy i silnie uderzył kilka razy po stole, patrząc na siedzące naprzeciwko niego dzieci. Ale to było słuszne, bo właśnie Temistoklius ukąsił w ucho Alcybiadesa, a Alcybiades już mróżył oczy, otworzył usta i gotów był rozpłakać się, przeczuwając jednakże, że to może być przyczyną do pozbawienia go leguminy, zamilkł i zaczął ogryzać ze łzami kość baranią, od któréj obydwa jego policzki tłustością się powalały i błyszczały.

Gospodyni często zwracała się do Cziczikowa mówiąc: "Wy nic nie jecie, wy bardzo mało wzięli" Na co Cziczików każdą razą to samo odpowiadał: "Najmocniéj dziękuję, ja już syt. Przyjemna rozmowa lepsza od najlepszego półmiska."

Już wstali od stołu. Maniłów był bardzo zadowolniony i chciał poprowadzić gościa do salonu, gdy wtém gość mu objawił ze znaczącą miną, że ma z nim do pomówienia o bardzo ważnym interesie.

- W takim razie proszę was do mego gabinetu, powiedział Maniłów, i zawiódł go do niewielkiego pokoju, z którego okno wychodziło na ciemno-zielony las. - Oto mój kącik, dodał Maniłów.

- Przyjemny pokoik, powiedział Cziczików, obejrzawszy go na wszystkie strony. W istocie nic mu nie można było zarzucić: ściany były pomalowane jasno-niebieską farbą, wpadającą w szarą; umeblowanie jego stanowiły cztery krzesełka, jeden fotel i stół, na którym leżała książka założona na 14 stronnicy, o czém już wspomnieliśmy, kilka zapisanych papierów i najwięcéj rozrzuconego tytuniu. Tytuń znajdował się pod różnemi postaciami: w paczkach, w szkatułce, zresztą leżała kupa rozsypana po prostu na stole. Na obydwóch oknach były kupki popiołu z fajek, bardzo starannie i ładnie rzędem ułożone. Widoczném było, że i to służyło nieraz gospodarzowi do przyjemnego przepędzenia czasu.

- Racz pan usiąść w fotelu, rzekł Maniłów. Będzie panu wygodniéj.

- Pozwól mi pan siąść na krzesełku.

- Pozwól pan, że na to nie pozwolę, rzekł Maniłow z uśmiechem. - Ten fotel jest przeznaczony dla gości, chętnie czy niechętnie, muszą na nim siedzieć.

Cziczików usiadł.

- Czy można panu służyć fajką?

- Dziękuję, nigdy nie palę, odpowiedział Cziczików uprzejmie i jakby tego żałował.

- Dla czego? rzekł Maniłow równie uprzejmie.

- Nie przywykłem, boję się; powiadają, że fajka szkodzi.

- Pozwólcie zrobić sobie uwagę, że to tylko przesąd. Ja nawet utrzymuję, że daleko zdrowiéj palić, niż zażywać tabakę. W naszym pułku był porucznik, prześliczny i wykształcony człowiek, który z ust fajki nie wypuszczał, nietylko przy stole, ale nawet z przeproszeniem powiedziawszy, we wszystkich innych miejscach. Teraz ma on już przeszło czterdzieści lat, a chwała Bogu cieszy się jak najlepszém zdrowiem.

Cziczików zrobił uwagę, że rzeczywiście takie przypadki się zdarzają, i że w naturze spotykają się zjawiska niewytłomaczone, nawet dla najświatlejszych rozumów.

- Ale racz pan posłuchać, mam do pana prośbę... powiedział głosem trochę nienaturalnym i zaraz obejrzał się za siebie.

Maniłow, niewiadomo dla czego, także się obejrzał.

- Jak dawno pan podawałeś rewizyjną listę?3 

- Już bardzo dawno; albo lepiéj powiedzieć, że nie pamiętam.

- A czy od téj pory dużo u was ludzi umarło?

- Niewiem; trzebaby spytać się pisarza.

- To zawołaj pan pisarza, przecie musi tu gdzie być.

Pisarz wkrótce przyszedł. Był to człowiek czterdziestoletni, golił brodę, chodził w surducie i jak się zdawało, wiódł bardzo spokojne życie, bo twarz miał obrzękłą, a cera żółtawa i małe oczy dowodziły, że wiedział aż zanadto dobrze, co to jest poduszka, piernat i pierzyna. Zaraz można było odgadnąć cały przebieg jego życia: z początku był prostym chłopcem w domu, umiejącym czytać i pisać, potém ożenił się z klucznicą, faworytką pani i sam został klucznikiem, a tam już późniéj i pisarzem. Gdy wyszedł na pisarza, postępował jak wszyscy pisarze: przyjaźnił się i kumał z bogatszymi włościanami, na biedniejszych większy czynsz nakładał; obudziwszy się koło 9 z rana, ziewając czekał, aż mu dadzą herbatę.

- Proszę cię, mój kochany, powiedz mi, ilu chłopów umarło u nas od czasu, jak podaliśmy ostatnie rewizyjne listy?

- Jakto - ilu? dużo ich od téj pory umarło, powiedział pisarz i w téj chwili mu się odbiło, ale zasłonił ręką usta.

- Przyznam się, że i ja tak sądziłem, przerwał Maniłów - w saméj rzeczy dużo ich umarło! Obrócił się do Cziczikowa i dodał jeszcze: - tak jest, dużo ich umarło.

- Ale iluż naprzykład? zapytał Cziczikow.

- Tak; iluż dodał Maniłow.

- Ilu? Nie wiadomo, ilu umarło, nikt ich nie rachował, odpowiedział pisarz.

- W saméj rzeczy, rzekł Maniłow, zwracając się do Cziczikowa, ja tak samo sądziłem, śmiertelność była wielka; nie wiadomo, wielu ich umarło.

- Proszę cię, przelicz ich, rzekł Cziczikow do pisarza, i zrób rejestrzyk, wyszczególniając każdego po imieniu i po nazwisku.

- Tak, wszystkich po imieniu i po nazwisku, dodał Maniłow.

- Uważam, odpowiedział pisarz i odszedł.

- Do czego wam to potrzebne? zapytał Maniłow po wyjściu pisarza.

To zapytanie, jak widać, zmięszało cokolwiek gościa, poczerwieniał nawet. Pomięszanie jego dało się nawet uczuć w odpowiedzi, bo rzeczywiście Maniłow naraz usłyszał takie dziwne i nadzwyczajne rzeczy, jakie się jeszcze nigdy nie obiły o ludzkie uszy.

- Pyta się pan dla czego? Oto jest przyczyna: ja chciałbym kupić włościan... rzekł Cziczikow, ale się zachłysnął i nie kończył zdania.

- Proszę mi powiedzieć, jak pan masz zamiar ich kupić, rzekł Maniłow - czy z ziemią, czy téż dla przesiedlenia? to jest bez ziemi?

- Nie, właściwie nie chodzi o to, żeby to byli zupełnie włościanie, rzekł Cziczikow: - ja bym pragnął kupić tych zmarłych.

- Co? przepraszam... ja trochę nie dosłyszę, a usłyszałem jakiś dziwny wyraz...

- Ja mam zamiar nabyć zmarłych, to jest takich, którzy nie są wykreśleni z spisów a liczą się dotąd do żywych, powiedział Cziczikow.

Maniłow wypuścił z rąk cybuch z fajką, otworzył usta i w takiéj pozycyi pozostał parę minut. Obydwaj przyjaciele, tak mile niedawno rozmyślający o przyjemnościach wspólnego życia, pozostali nieruchomi, wlepili oczy jeden w drugiego, niby portrety staroświeckie, zawieszone naprzeciw siebie. Nakoniec Maniłow podniósł fajkę i cybuch i popatrzał z dołu na Cziczikowa, czy nie dojrzy uśmiechu na jego ustach, czy on nie żartował sobie; ale niczego podobnego nie spostrzegł, owszém twarz jego była spokojniejszą niż zwykle. Pomyślał téż sobie, czy gość jego nie dostał przypadkiem pomięszania zmysłów i ze strachem mu się przyglądał; ale oczy gościa były jasne, nie było w nich dzikiego, niespokojnego ognia właściwego waryatom, wszystko przedstawiało się przyzwoicie i w porządku. Chociaż Maniłow myślał i przemyśliwał, co tu robić, nic wymyśleć nie mógł i skończył na tém, że wypuścił cienkim strumieniem dym, który miał jeszcze w ustach.

- Tak jest, chciałbym wiedzieć, czy pan może sprzedać mi, albo odstąpić, albo, jak się tam panu będzie podobało, tych nie żywych rzeczywiście; ale żywych podług prawa!

Maniłow taki był zawstydzony, pomięszany, że tylko patrzał na niego.

- Mnie się zdaje, rzekł Cziczikow, że wy widzicie w tém jakieś trudności.

- Ja?... nie, ja nie to, mówił Maniłow - ale nie mogę pochwycić... przepraszam... ja, rozumie się, nie otrzymałem takiego świetnego wychowania, które, że tak powiem, można spostrzedz w każdym waszym ruchu; nie mam daru wymowy... Może być, że właśnie... w tém, dopiero co przez pana powiedzianém zdaniu... ukrywa się co innego... Może być, że wyście się tak raczyli wyrazić dla krasomówstwa?...

- Nie, wcale, przerwał Cziczikow, ja rozumiem rzecz tak, jak jest; to jest te dusze, które już umarły.

Maniłow do reszty stracił przytomność; czuł, że potrzeba było cośkolwiek przedsięwziąć, zrobić jakie zapytanie; ale jakie? djabli wiedzieli. Skończył na tém, że znowu wypuścił dym, tylko już nie ustami, ale nosem.

- Zatém, jeżeli nie ma żadnych przeszkód, to z Bogiem możemy przystąpić do sporządzenia aktu sprzedaży, rzekł Cziczików.

- Jakto, na martwe dusze akt?

- Oh nie, rzekł Cziczików. - My napiszemy, że one żywe, tak jak jest w rzeczywistości napisane w rewizyjnych listach; mam zwyczaj nigdy nie odstępować od litery prawa, chociaż cierpiałem za to podczas służby; ale już proszę wybaczyć: dla mnie prawo świętym obowiązkiem - staję się niemym w obliczu prawa.

Ostatnie słowa podobały się Maniłowowi, ale interesu samego nie mógł żadnym sposobem przeniknąć, zamiast odpowiedzi zatém zaczął tak mocno ciągnąć, że cybuch chrapał jak fagot. Zdawało się, że chciałby z cybucha wyciągnąć jego zdanie; ale cybuch chrapał - i nic więcéj.

- Może macie jakie wątpliwości? zapytał Cziczików?

- Wcale nie! Ja nie co do tego mówię, żeby mieć jakiekolwiek, to jest krytyczny pogląd. Ale proszę mi pozwolić zapytać się, czy to przedsięwzięcie albo raczéj, żeby jeszcze, że tak powiem, lepiéj wyrazić się, czy ta negocyacya nie będzie przeciwną, nieodpowiednią przepisom cywilnym, i czy nie zagraża przyszłym widokom Rosyi?

Tu Maniłow zrobił znaczące poruszenie głową i znacząco popatrzał w twarz Cziczikowa. Swojéj zaś twarzy nadał wyraz taki myślący, że nie zdarzyło się nigdy człowiekowi coś podobnego widzieć, chyba tylko u jakiego bardzo mądrego ministra i to jeszcze w chwilach najważniejszego interesu.

Ale Cziczików odpowiedział po prostu, że podobne przedsięwzięcie albo negocyacya wcale nie są przeciwne prawom cywilnym i w niczém nie zagrażają przyszłości Rosyi, a po chwili dodał, że skarb skorzysta nawet na tém, bo trzeba będzie taksę zapłacić.

- Więc wy sądzicie?...

- Ja sądzę, że to będzie dobrze.

- Jeżeli dobrze, to rzecz inna; to ja nie mam nic przeciwko temu, rzekł Maniłow i zupełnie się uspokoił.

- Pozostaje nam teraz ugodzić się co do ceny...

- Jakto ugodzić się? rzekł znowu Maniłow i zatrzymał się. Jakże możecie myśleć, że ja wezmę pieniądze za dusze, które, że tak powiem, w pewnym rodzaju skończyły swoje istnienie? Jeżeli już wam przyszła, że się tak wyrażę, podobna myśl fantastyczna, to ja z mojéj strony odstępuje je panu całkiém darmo, nawet taksę biorę na siebie.

Słuszny zarzut możnaby zrobić historykowi w razie, gdyby nie powiedział, że takie rozwiązanie nadzwyczaj ucieszyło Cziczikowa. Chociaż był ostrożny i rozważny, jednakowoż po ostatnich słowach Maniłowa ledwie że nie zaczął skakać jak kozieł, co zwykle następuje tylko w chwilach niezwykłéj radości. Tak się gwałtownie poruszył na fotelu, że pękł pokrowiec; Maniłow nawet spojrzał na niego ze zdziwieniem. Pobudzony wdzięcznością tyle mu grzeczności naprawił, że Maniłow się zmięszał, poczerwieniał, jął głową przeczyć, nakoniec powiedział, że to jest nic zgoła, że chciałby i większą jaką rzeczą dowieść swojego przywiązania, magnetyzmu duszy; a martwe dusze - to tylko śmiecie.

- Wcale nie śmiecie, rzekł Cziczikow, ściskając jego ręce i głęboko wzdychając; Cziczikow zdawał się być nastrojony do serdecznych wynurzeń; z uczuciem téż wyrzekł następujące słowa: Żebyście wiedzieli, jakąście przysługę zrobili temi śmieciami, biednemu człowiekowi! bo rzeczywiście czegóż ja już nie wycierpiałem? Jak łódź jaka pośród rozhukanych bałwanów. Ile prześladowań, ile niesprawiedliwości doświadczyłem, ile goryczy znieść musiałem, a za co? - za to, że pilnowałem prawdy, że miałem czyste sumienie, za to, że podawałem rękę i wdowie bez opieki, i sierocie w nędzy!... W tém miejscu Cziczikow wyjął chustkę i otarł łzę spadającą po twarzy.

Maniłow był wzruszony nad wszelką miarę. Przyjaciele długo ściskali się za ręce i długo milcząc patrzeli sobie w oczy od łez błyszczące. Maniłow na żaden sposób nie chciał wypuścić ręki naszego bohatera i tak ją gorąco ściskał, że ten nie wiedział jak się oswobodzić. Nakoniec wyciągnąwszy dłoń swoją powoli, odezwał się, że nie źle byłoby pospieszyć się z aktem prawnym sprzedaży, i że radzi Maniłowowi, żeby sam przyjechał do miasta. Niebawem wziął czapkę i zaczął się żegnać.

- Co? wy już chcecie jechać? rzekł Maniłow prawie z przestrachem.

Pani Maniłowa właśnie w téj chwili weszła do gabinetu.

- Lizińka (Elżbieta), rzekł Maniłow żałosnym tonem, Paweł Iwanowicz już nas porzuca.

- Widać, żeśmy znudzili Pawła Iwanowicza, odpowiedziała Maniłowa.

- Pani! tu, rzekł Cziczikow, tu, oto gdzie, i położył rękę na sercu - tak, tu zachowam w pamięci przyjemne chwile z wami spędzone, i proszę wierzyć, że nie byłoby dla mnie większéj rozkoszy, jak mieszkać z wami, jeżeli nie w tym samym domu, to przynajmniéj w jak najbliższém sąsiedztwie.

- A wiecie co Pawle Iwanowiczu, rzekł Maniłow, któremu taka myśl bardzo się podobała - jakby to dobrze było w saméj rzeczy, żeby tak sobie mieszkać pod jednym dachem, albo pod cieniem jakiegobądź dębu pofilozofować o czém nie bądź, zagłębiać się!!...

- O, to byłoby rajskie życie! rzekł Cziczików, wzdychając. - Żegnam panią, mówił daléj, całując ją w rękę. - Żegnam was, szanowny przyjacielu, nie zapomnijcie o mojéj prośbie.

- Bądźcie spokojni! odpowiedział Maniłow. Rozłączam się z wami nie na dłużéj jak na dwa dni.

Wszyscy wyszli do sali jadalnéj.

- Żegnam was, miłe dzieci! rzekł Cziczików, zobaczywszy Alcybiadesa i Temistokliusza, bawiących się drewnianym huzarem, któremu brakło już ręki i nosa.

- Żegnam was, moje aniołki, przebaczcie mi jeżeli wam nie przywiózłem jakich zabawek, ale przyznam się, że nie wiedziałem nawet, że istniejecie na świecie; ale teraz co innego, jak przyjadę, to niezawodnie przywiozę.

Tobie przywiozę szabelkę. Chcesz szabelkę?

- Chcę, odpowiedział Temistoklius.

- A tobie bęben. Co, dobrze? rzekł, nachylając się ku Alcybiadesowi.

- Bęben, odpowiedział z cicha Alcybiades i spuścił główkę.

- Już dobrze, tobie przywiozę bęben - znakomity bęben! będzie ciągle słychać turrrr.... ru... tra-ta-ta, ta-ta-ta... Bądź zdrów chłopaku.

Pocałował go w głowę i zwrócił się do Maniłowych z uśmiechem na twarzy, z jakim się zwykle zwraca do rodziców, dając im poznać niewinność ich dzieci.

- Ale zostańcie Pawle Iwanowiczu, rzekł Maniłów, gdy już wszyscy wyszli na ganek.

Popatrzcie, jak się chmurzy.

- To chmurki nic nie znaczące, rzekł Cziczikow.

- A czy znacie przynajmniéj drogę do Sobakiewicza?

- Właśnie chciałem się was o nią spytać.

- Ja zaraz rozpowiem waszemu furmanowi, i Maniłów z zwykłą sobie słodyczą, rozpowiedział rzecz całą furmanowi, którego nawet raz nazwał wy.

Furman usłyszawszy, że trzeba minąć dwie drogi a pojechać trzecią, powiedział: "Potrafimy panie," i Cziczików wyjechał, żegnany długo jeszcze ukłonami i powiewaniem chustek podnoszących się na palce gospodarzy.

Maniłów długo stał na ganku i patrzał za oddalającą się bryczką, a kiedy już znikła, on ciągle jeszcze stał paląc fajkę. Nakoniec wszedł do pokoju, siadł na krzesełku i zaczął rozmyślać, z serdeczną uciechą, że sprawił choć małą przyjemność swojemu gościowi. Następnie myśli jego przeszły nieznacznie do innego przedmiotu, a w końcu zaniosły go Bóg wie gdzie. Myślał o szczęśliwém życiu w towarzystwie; o tém, jakby to dobrze było pędzić czas razem z przyjacielem, na brzegu jakiejkolwiek rzeki; następnie jął na téj rzece most budować, daléj dom ogromny, z tak wysokim belwederem, że można było z niego Moskwę widzieć, i gdzieby się wieczorem piło herbatę, na otwartem powietrzu, i rozmyślało o jakich przyjemnych rzeczach; potém jeszcze z Cziczikowem zajechał w pysznéj karecie na jakieś zebranie, a najwyżsi urzędnicy dowiedziawszy się o ich tak ścisłéj przyjaźni, mianowali ich jenerałami, i Bóg wie co tam jeszcze czego on sam nawet nie umiał sobie wytłómaczyć. Raptem przyszła mu na myśl osobliwsza prośba Cziczikowa i wspomnienie to jakoś fałszywie zadźwięczało w jego głowie: Chociaż wykręcał tę rzecz na wszystkie strony, nie mógł jej jednak sobie wytłómaczyć, i tak paląc fajkę przesiedział aż do saméj kolacyi.

 

Martwe Dusze.1 

 

Rozdział I.

 

W bramę zajazdu gubernialnego miasta N. N. wjechała dość porządna nie wielka bryczka na resorach, w jakiéj jeżdżą kawalerowie, dymisyonowani podpułkownicy, sztabs-kapitanowie, obywatele, posiadający nie więcéj jak sto dusz - zgoła ludzie średniéj zamożności. W bryczce siedział mężczyzna nie bardzo przystojny, ale i nie brzydkiéj powierzchowności, nie za nadto otyły, ale i nie zbyt szczupły; właściwie nie stary, ale téż i nie za nadto młody. Przybycie jego nie sprawiło w mieście żadnego wrażenia i nie towarzyszyło mu nic szczególnego; tylko dwóch rosyjskich chłopów, stojących w drzwiach szynku położonego naprzeciwko zajazdu, pozwoliło sobie uwag, stósujących się raczéj do ekwipażu, niż do siedzącego w nim pana. "Widzisz bo", rzekł jeden drugiemu - "oto jakie koło! jak ty myślisz: dojedzie to koło do Moskwy, czy nie dojedzie?" - "Dojedzie", odpowiedział drugi. - "A do Kazania to już ja myślę, że nie dojedzie?" - "Do Kazania nie dojedzie", odpowiedział drugi. Na tém skończyła się rozmowa.

Kiedy bryczka zbliżała się do zajazdu, spotkała młodego człowieka w białych spodniach, nader wązkich i krótkich, we fraku, mającym pretensye do najnowszéj mody, z pod którego wyglądał półkoszulek zapięty szpilką bronzową, wyobrażającą pistolet. Młody człowiek odwrócił się, popatrzał na ekwipaż, przytrzymał ręką czapkę, którą wiatr o mało mu co z głowy nie zerwał, i poszedł w swoją stronę.

Gdy bryczka wjechała w dziedziniec, wybiegł na jéj spotkanie oberżowy sługa, tak żywy i fertyczny, że trudno było przypatrzeć się jego twarzy. Wybiegł raźno z serwetą w ręku, sam długi, w długim letnim surducie z długim stanem, wstrząsnął włosami i poprowadził gościa na górę do pokoju, któren Bóg mu przeznaczał. Pokój nie miał żadnéj osobnéj cechy, bo i zajazd nie odróżniał się od innych zajazdów. Był taki, jak zwyczajnie w gubernialném mieście, gdzie przejeżdżający za dwa ruble dziennie dostaje spokojną izbę z tarakanami, wyglądającemi ze wszystkich kątów, podobnemi do suszonych śliwek i z drzwiami do sąsiedniego pokoju, zastawionemi zawsze komodą, gdzie mieszka sąsiad bardzo cichy i spokojny, ale nadzwyczaj ciekawy dowiedzieć się wszystkich szczegółów, dotyczących się nowo przybyłego. Zewnętrzny front zajazdu odpowiadał wnętrzu: był on bardzo długi o dwóch piętrach, niższe nie miało tynku i było ciemno-czerwone, od cegły, która była lichego gatunku a poczerniała od zmiennéj pogody; wyższe pomalowane tą wieczną żółtą farbą, świetnie dość odbijało; na dole znajdowały się sklepiki z uprzężą, obwarzankami i powrozami. W narożnym sklepiku, albo raczéj w oknie zasiadał herbaciarz z samowarem z czerwonéj miedzi, z twarzą również czerwoną jak samowar, tak, że z daleka można było pomyśleć, że na oknie stały dwa samowary, gdyby jeden z nich nie miał czarnéj jak smoła brody.

Gdy podróżny rozpatrywał się po swoim pokoju, przyniesiono jego rzeczy: najprzód tłomok z białéj skóry, już nie bardzo nowy, co pokazywało, że często musiał odbywać podróże. Tłomok wnieśli furman Selifan, nizki wzrostem, w kożuchu, i lokaj Piotrek, chłopak trzydziestoletni w szerokim surducie, który, jak widać, z pańskiego grzbietu na jego się grzbiet dostał, z surowym wzrokiem, z wielkiemi wargami i nosem. Po tłomoku przyniesiono nie wielką szkatułkę machoniową, któréj brzegi wykładane były królewską brzozą, prawidło na buty i zawiniętą w niebieski papier kurę pieczoną. Gdy już wszystko było wniesione, furman Selifan odszedł do stajni opatrzeć konie, a lokaj Piotrek zaczął urządzać się w przedpokoju, małéj i ciemnéj dziurze, do któréj wniósł już swój płaszcz a razem z nim woń jakąś sobie właściwą. W téj komórce przystawił do ściany wąziutkie łóżeczko i nakrył je ubitym i cienkim jak naleśnik, można téż powiedzieć, że i tłustym jak naleśnik siennikiem, który sobie z wielką biedą wyprosił od gospodarza.

Podczas, kiedy słudzy krzątali się i rzeczy znosili, nasz podróżny poszedł do wspólnéj sali. Jakie bywają te sale? przejezdny wie o tém aż nadto dobrze: zawsze te same ściany, pomalowane olejną farbą, pociemniałe u góry od dymu cygar i fajek, wytarte u dołu plecami różnych przejezdnych a więcéj jeszcze miejscowych kupców, którzy w dnie świąteczne tu się zbierają, po kilku i kilkunastu dla wypicia porcyi herbaty; ten sam sufit zakopcony, ten sam pająk zakurzony z wiszącemi szkiełkami, które się chwiały i uderzając jedne o drugie dzwoniły, jak tylko przebiegał służący chwacko niosąc tacę, tak zapełnioną filiżankami, jak brzeg morski ptakami; te same obrazy na ścianach; słowem wszystko to, co zawsze i wszędzie; ta tylko uderzała różnica, że na jednym z obrazów wymalowana była nimfa z takiemi ogromnemi piersiami, jakich czytelnik pewnie nigdy nie widział. Podobne jednak kaprysy przyrody zdarzają się i w różnych zagranicznych obrazach, sprowadzonych do nas, nie wiedzieć kiedy i przez kogo, czasem nawet przez naszych magnatów, miłośników sztuk pięknych, zakupujących je we Włoszech za radą swoich faktorów. - Podróżny zdjął czapkę, odwiązał szalik tęczowych kolorów, jakie to żonatym ludziom zwykle żony własną ręką tkają, nauczając oprócz tego, jak się nim trzeba obwiązywać; a kawalerom kto je daje? - tego dobrze nie wiem, bo sam nigdy takich szalików nie nosiłem - i zażądał obiadu. Podczas, gdy mu przynosili potrawy, zawsze te same, w traktyerniach oberżowych jako to: kapuśniak, mózdzek z groszkiem, kiełbasę z kapustą, kurę pieczoną z kwaszonym ogórkiem i ciastko francuskie, umyślnie przez kilka tygodni przechowywane, żeby zawsze było na zawołanie gości, wszystko to częścią odgrzane, częścią jeszcze zimne, rozpytywał służącego o różne drobiazgi, kto dawniéj utrzymywał zajazd a kto teraz? czy znaczny jest dochód? czy wielki szelma ich gospodarz? na co sługa odpowiedział: "o bardzo wielki łajdak, proszę pana!" I teraz jeszcze w oświeconéj Rosyi są ludzie, którzy nie mogą jeść obiadu w traktyerni, żeby nie pomówić lub nie pożartować z posługaczami. Rozmowa jednak i wypytywanie się nie były w tym razie bez celu; badał, kto był gubernatorem, kto prezesem izby skarbowéj, kto prokuratorem - słowem nie opuścił ani jednego ze znaczniejszych urzędników; ale jeszcze drobiazgowiéj i że tak powiem z współczuciem rozpytywał się o wszystkich znaczniejszych obywateli; ile który z nich posiada dusz włościańskich, jak daleko mieszka od miasta, jakiego jest charakteru, czy często bywa w mieście; chciał téż wiedzieć, czy nie było w gubernii jakich chorób, zaraźliwych gorączek, tyfusu, ospy itp., a wszystko z taką dokładnością, że widać było, że nie sama tylko ciekawość była mu bodźcem do tego. Wszystkie poruszenia podróżnego okazywały pewność siebie, nos ucierał nadzwyczaj głośno. Trudno wyrazić, jak się brał do tego, ale nos jego trąbił jak trąba.

Ta niewinna na pozór zaleta powiększała jednak oznaki uszanowania ze strony hotelowego sługi, który za każdym odgłosem wstrząsał włosami, prostował się i nachyliwszy głowę pytał się: czy jeszcze czego nie potrzeba? Po obiedzie podróżny wypił filiżankę czarnéj kawy i siadł na kanapie, podłożywszy za plecy poduszkę, nabitą, jak zwykle w rosyjskich zajazdach, zamiast elastyczném włósiem, jakiemiś kamyczkami lub téż odłamkami cegły. Powoli zaczął poziewać, zaczém kazał się odprowadzić do swojego numeru i tam przespał się smaczno dwie godziny. Gdy odpoczął po takiém znużeniu, na prośbę hotelowego sługi napisał na świsteczku papieru swoją rangę, imię i nazwisko, dla zameldowania go podług zwyczaju w policyi. Schodząc na dół, numerowy przeczytał te wyrazy, napisane na papierku: "Radzca kolegialny Paweł Iwanowicz Cziczików, obywatel podróżujący w własnych interesach." Podczas gdy sługa sylabizował jeszcze karteczkę, sam Paweł Iwanowicz Cziczików poszedł obejrzeć miasto i o ile się zdaje, dosyć mu się ono podobało, nie znalazł bowiem, żeby w czémkolwiek ustępowało innym miastom gubernialnym: żółta farba murowanych domów, a skromnie szara drewnianych, biła w oczy. Domy były o jedném, dwóch lub półtora piętrach i naturalnie z facyatkami bardzo pięknemi podług zdania panów architektów gubernialnych. Miejscami domy kończyły się prawie zupełnie wśród ulicy, niemal tak szerokiéj, jak pole, i ciągnęły się nieskończone parkany; miejscami znowu się je napotykało i tam téż zaraz większy panował ruch i ożywienie. Można było widzieć zmyte deszczem szyldy sklepików z obwarzankami albo butami, lub téż wymalowane niebieskie spodnie z podpisem jakiegoś Arszawskiego, krawca, to znowu sklepik z czapkami i kaszkietami pod firmą: Cudzoziemiec, Wasili Feodorow; gdzieindziéj wymalowany bilard i dwóch graczy we frakach, w jakie się stroją zwykle goście, pojawiający się w piątym akcie na prowincyonalnéj scenie. Gracze byli przedstawieni w chwili, gdy mierzą kijami w bile, z rękami w tył wykręconemi, z krzywemi nogami, jak gdyby tylko co zrobiły entresza w powietrzu. Pod tém wszystkiém było napisane: I oto taktyernia! Gdzie niegdzie znowu prosto na ulicy stały stoły z orzechami, mydłem, piernikami, które także do mydła były podobne. Tam znowu widziano karczmę, mającą za szyld tłustą rybę z wetkniętym w nią widelcem. Najczęściéj napotykało się wypłowiałe rządowe dwógłowne orły, które dziś już zastępuje lakoniczny napis: szynk. Bruk wszędzie był popsuty. Podróżny zajrzał i do spacerowego ogrodu, w którym rosły cieniutkie nędzne drzewka, podparte u dołu trzema słupkami w kształcie piramidki, bardzo ładnie zieloną olejną farbą pomalowanemi. Zresztą chociaż te drzewka nie były wyższe od trzciny, mówiono jednak o nich w gazetach przy opisaniu iluminacyi, że "miasto nasze jest teraz upiększone, staraniem cywilnego gubernatora, ogrodem spacerowym, ocienionym rozłożystemi drzewami, pod któremi można używać orzeźwiającego chłodu podczas dziennéj spieki - i że miło przytém patrzeć, jak serca obywateli drgały od zbytniego napływu wdzięczności i strugi łez ciekły na znak przywiązania do naczelnika miasta." Wypytawszy się policyanta, którędy najbliżéj do soboru, do gubernatora, do biur rządowych, poszedł on ku rzece, płynącéj przez środek miasta; po drodze zerwał afisz ze słupa i schował go do kieszeni, żeby swobodniéj w domu przeczytać, wpatrzył się bacznie w przechodzącą jakąś nie brzydką panią, za którą szedł chłopak w liberyi wojskowej z małém zawiniątkiem w ręku, nareszcie obejrzawszy się pilnie na wszystkie strony, żeby spamiętać dobrze położenie miejsca, wrócił do domu prosto do swego numeru, lekko wspierając się na ramieniu hotelowego sługi. Napiwszy się herbaty, usiadł przed stołem, kazał sobie podać świecę, wyciągnął afisz z kieszeni, podniósł go ku świecy i przymrużywszy trochę prawe oko zaczął czytać. Zresztą w afiszu nic osobliwego nie znalazł, grano dramat p. Kotzebue, w którym Rollę przedstawiał p. Poplewin, a Korę panna Ziabłowa, inne osoby mniéj jeszcze zwracały uwagę, jednakże on je przeczytał i dotarł do ceny miejsc, dowiedział się nawet, że afisz był drukowany w drukarni rządu gubernialnego; nareszcie obrócił go na drugą stronę, żeby się przekonać, czy i tam nie ma jeszcze czego. Nic nie znalazłszy, potarł sobie oczy, zwinął go starannie i włożył do skrzyneczki, do któréj miał zwyczaj składać to, co chciał zachować. Dzień zakończył się porcyą zimnéj cielęciny, butelką piwa i mocnym snem.

Następny dzień poświęcił odwiedzinom u wyższych urzędników. Złożył swoje uszanowanie gubernatorowi, który, jak się wydało Cziczikowi, nie był ani tłusty ani chudy i miał na szyi order Śtéj Anny. Zmówiło się jakoś, że już przedstawiony do gwiazdy; zresztą był to poczciwiec; czasami nawet sam haftował na tiulu. Potém był u wice-gubernatora, daléj u prokuratora, u policmajstra, u dzierżawcy propinacyi, u naczelnika rządowych fabryk.. żal, że trochę za trudno przypomnieć sobie wszystkich możnych tego miasta; dość na tém, że powiemy, że nasz podróżny okazał niezmordowaną czynność w składaniu wizyt; on nawet był złożyć swoje uszanowanie inspektorowi rady lekarskiéj i miejskiemu budowniczemu - i jeszcze potém długo siedział w bryce i przemyśliwał, komu by to jeszcze złożyć wizytę, ale już nie było więcéj w mieście urzędników. W rozmowie z tymi potentatami bardzo zręcznie umiał podchlebić każdemu. Gubernatorowi powiedział, jakby w nawiasie, że do jego gubernii wjeżdża się jak do raju, że droga wszędzie jak aksamitna, i że rządy, które naznaczają mądrych urzędników, warte są pochwały; policmajstrowi oświadczył coś bardzo przyjemnego o porządku w mieście; a w rozmowie z wice-gubernatorem i prezesem izby skarbowéj, parę razy nazwał ich, jakby przez omyłkę, jaśnie wielmożnymi, chociaż byli tylko radzcami stanu i tytuł ten im się nie należał, co bardzo im się podobało. Wynikiem tego wszystkiego było, że gubernator zaprosił go tegoż dnia na wieczór, drudzy zaś urzędnicy, to na obiad, to na preferansa, to na filiżankę herbaty.

O sobie mówił mało, albo tylko ogólnikami, z widoczném umiarkowaniem, a gdy do tego przyszło, rozmowa przybierała ton książkowy: że on tylko nikczemny robaczek tego świata, że nie wart żeby się nim zajmowano, że dużo już w swojém życiu doświadczył, że podczas służby wiele ucierpiał za prawdę, że miał silnych nieprzyjaciół, którzy na życie jego nawet nastawali, że teraz pragnie wypoczynku, i że szuka miejsca, aby w niem spokojnie osiąść, a przyjechawszy do tego miasta uważał sobie za obowiązek złożyć uszanowanie jego najdostojniejszym mieszkańcom. Ot i wszystko, czego się dowiedzieli o tym nowym przybyszu, który nie omieszkał ukazać się na wieczorku u gubernatora. Przygotowanie do tego wieczorku zajęło mu więcéj niż dwie godziny. Przespawszy się krótko po obiedzie, kazał sobie podać wszystko, co potrzeba do umywania, nadzwyczaj długo tarł sobie oba policzki mydłem, podpierając je z wewnątrz językiem, potém wziąwszy z rąk hotelowego sługi ręcznik, wytarł nim na wszystkie strony swoją pełną twarz, zacząwszy od uszów i odchrząknął silnie dwa razy w samą twarz służącego; następnie włożył przed lustrem półkoszulek, wyrwał wystające z nosa dwa włosy i w końcu włożył frak koloru borówkowego w centki. Tak wystroiwszy się, pojechał swoim własnym ekwipażem, nieskończenie szerokiemi ulicami, ledwie gdzie niegdzie oświeconemi bladem światłem z okien. Z resztą pałac gubernatorski był oświecony, jakby na bal jaki, dwóch żandarmów stało przed gankiem, karety z latarniami, krzyki kuczerów i forysiów, jednem słowem nic a nic nie brakło. Wszedłszy do sali, Cziczików olśniony światłem lamp, świec i strojem pań, musiał na chwilę przymrużyć oczy, bo blask był ogromny. Światło zalewało wszystko. Czarne fraki przesuwały się to pojedyńczo, to gromadkami, tu i tam, jak muchy po głowie cukru podczas gorących dni letnich, gdy stara klucznica rąbie go przed otwartém oknem: dzieci siedzą w około i śledzą poruszenia jéj ręki podnoszącéj młotek, a muchy całemi stadami wlatują śmiało, jakby to była ich własność i korzystając z krótkiego wzroku staruszki - tudzież z słońca, które oczy jéj razi, obsiadają ponętne kawałki albo pojedyńczo albo téż całemi stadami. Nasycone strawą ciepłego lata, które na każdym kroku zastawia im smaczne pokarmy, wleciały one nie w celu, żeby jeść, ale tylko, żeby siebie pokazać, przejść się tu i napowrót po kupie cukru, potrzeć jedna o drugą przednie albo tylne łapki, pogładzić niemi skrzydełka, lub wyciągnąwszy obie przednie nóżki, podrapać sobie szyjkę nad łepkiem, pokręcić się i ulecieć, aby znowu wrócić i znowu się przedstawić.

Cziczików jeszcze nie zdołał się rozpatrzeć, gdy porwał go pod rękę gubernator i przedstawił pani gubernatorowéj. I tu Cziczików umiał się znaleść, powiedział jéj komplement jaki przystało na człowieka średnich lat, którego ranga nie była zbyt wysoka, ale téż i nie bardzo niska. Gdy pary tańcujących rozepchnęły wszystkich ku ścianom, Cziczikow założył w tył ręce i tak parę minut z uwagą się tańcom przypatrywał. Wiele dam ubranych było bardzo pięknie i modnie, inne - jak P. Bóg dopuścił w gubernialném mieście. Mężczyzni tak tu jak i wszędzie dzielili się na dwa rodzaje: jedni cieniutcy, ciągle się koło dam uwijali, niektórzy celowali ułożeniem, tak, że trudnoby ich było odróżnić od kawalerów petersburgskich: mieli także bardzo artystycznie i sztucznie zaczesane faworyty, albo pięknie i czysto wygolone twarze, i od niechcenia przysiadali się do dam, rozmawiali także po francusku i nawet czasami do śmiechu pobudzali jak w Petersburgu; drugi gatunek mężczyzn stanowili tłuściochy, albo tacy jak Cziczików, to jest nie zanadto tłuści, jednakże i nie chudzi. Ci całkiém przeciwnie, krzywili się i stronili od dam i tylko się oglądali na wszystkie strony, czy służący nie rozstawił gdzie zielonego stolika. Twarze ich były pełne i okrągłe, znajdowały się na nich nawet gdzieniegdzie i brodawki; niektórzy ospowaci, nie mieli włosów rozczochranych ani fryzowanych, ani nawet a la diable m'emporte, jak mówią Francuzi; ale nosili je albo krótko ostrzyżone, albo gładziutko przyczesane, rysy twarzy mieli więcéj zaokrąglone i silne. To byli najszanowniejsi urzędnicy miejscowi. Niestety! tłuściochy lepiéj umieją na tym świecie kierować swojemi interesami niż chudzi. Chudzi służą zwykle do osobnych poruczeń, albo pracują jako nadliczbowi i kręcą się tu i tam; ich byt jakoś zanadto lekki, nadpowietrzny, nie wzbudza zaufania. Tłuści nigdy nie zajmą miejsc niepewnych, i jeżeli gdzie zasiędą, to silnie z pewnością siebie, tak że prędzéj miejsce ugnie się i zatrzeszczy, niźliby się oni ruszyli. Zewnętrznego blasku oni nie lubią; frak ich nie tak zgrabnie uszyty jak u chudych, ale za to w szkatule błogosławieństwo Boże. U cienkich nie ma ani jednéj duszy włościańskiéj, któraby nie była zastawioną w banku; u tłustego obejrzyj się tylko - a oto i dom znajdzie się na przedmieściu, kupiony na imię żony, potém w mieście drugi dom, potém pod miastem i wioseczka, daléj i wielka włość ze wszystkiemi przynależnościami. Nakoniec tłusty wysłużywszy się Bogu i cesarzowi, uskarbiwszy sobie ogólny szacunek, porzuca służbę, przenosi się na wieś i zostaje obywatelem, sławnym rosyjskim panem, gościnnym, żyje sobie - i dobrze żyje. A po nim znowu cieniutcy spadkobiercy tracą rosyjskim zwyczajem na wyścigi ojcowski dostatek.

Takie właśnie myśli zajmowały Cziczikowa, gdy rozpatrywał się w towarzystwie i skłoniły go do przyłączenia się do tłustych, między którymi znalazł prawie wszystkie znajome sobie twarze: prokuratora o gęstych czarnych brwiach i często mrugającém lewém oku, tak jak gdyby mówił: "pójdźmy, bracie, do drugiego pokoju, powiem ci coś!" człowieka zresztą statecznego i mało mównego; pocztmajstra, niską figurkę, ale dowcipnisia i filozofa; prezesa Izby skarbowéj, bardzo rozsądnego i miłego urzędnika; wszyscy oni witali się z Cziczikowem jak ze starym znajomym, a on kłaniał im się, wprawdzie trochę niezręcznie, ale bardzo miło. Niebawem zapoznał się z bardzo grzecznym i uczciwym obywatelem Maniłowem i drugim szorstkim na pierwszy rzut oka Sobakiewiczem, który zaraz udeptał go w nogę i powiedział: "przepraszam pana"; zaraz mu téż wsunęli w rękę kartę do wista, którą on, ukłoniwszy się uprzejmie, przyjął. Zasiedli do zielonego stolika i nie wstali aż do kolacyi. Przy grze toczyli urywaną rozmowę, jak zwykle, gdy ludzie pracują na seryo. Pocztmajster, choć bardzo gadatliwy, gdy wziął karty do ręki, nadał swojéj twarzy wyraz myślący, wierzchnią wargę spuścił na spodnią i zachował się tak podczas całéj gry. Po skończonéj grze sprzeczali się dość żywo, jak to zawsze bywa, i nasz nowy gość sprzeczał się, ale z takim talentem, że wszyscy zauważali, że sprzeczał się, ale sprzeczał się grzecznie i przyjemnie. On nigdy nie powiedział: "pan zadał", ale "pan raczył zadać a ja miałem honor zabić pańską dwójkę" i tém podobnie. Ażeby tém łacniéj pogodzić przeciwników, podawał im często swoją srebrną emaliowaną tabakierkę, w któréj na spodzie były dwa zeschłe kwiateczki fijołków dla nadania tabace przyjemnego zapachu. Szczególną uwagę nasz podróżny zwrócił na obywateli Maniłowa i Sobakiewicza, o których mówiliśmy wyżéj. On zaraz się o nich dowiadywał, odprowadziwszy na bok prezesa i pocztmajstra. Kilka zadanych pytań pokazało, że Cziczików nietylko ciekawy, ale i gruntowny człowiek, gdyż najprzód rozpytywał się, ile u każdego z nich jest dusz, w jakim stanie ich interesa, a późniéj dopiero o ich imiona i nazwiska. Łatwo przyszło naszemu gościowi ująć ich sobie. Obywatel Maniłow, jeszcze nie stary człowiek, mający oczy słodkie jak cukier, które zawsze, śmiejąc się, przymrużał, był nim, oczarowany. Bardzo długo ściskał rękę Cziczikowa i prosił, aby go zaszczycił swojemi odwiedzinami na wsi, do któréj, jak mówił, nie było daléj, jak piętnaście wiorst od miejskiéj rogatki; na co Cziczików odpowiedział, że nietylko poczyta sobie to za wielkie szczęście, ale nawet za najświętszy obowiązek. Sobakiewicz lakonicznie powiedział: "proszę i do siebie", szargnąwszy nogą, obutą w taki olbrzymi but, iż można było pomyśleć, iż nie podobna znaleść odpowiedniéj nogi, szczególniéj w obecnych czasach, w których i w Rosyi nawet zaczynają wypleniać się wielkoludy.

Na drugi dzień Cziczikow poszedł na obiad i wieczór do policmajstra, tam od trzeciéj po obiedzie grali w wista aż do drugiéj po północy. U policmajstra zapoznał się z obywatelem Nozdrewem, chwackim, trzydziestoletnim chłopakiem, który po kilka słowach zaczął mu mówić: ty. Z policmajstrem i prokuratorem Nozdrew był także na takiéj saméj stopie i bardzo po przyjacielsku; ale jak zasiedli do grubszéj gry, prokurator i policmajster nadzwyczajnie uważnie przeglądali jego lewy i bacznie śledzili każdą zadaną przez niego kartę.

Następnego dnia Cziczikow był na wieczorze u prezesa Izby skarbowej, który gości swych przyjmował w zaszarganym szlafroku, chociaż w ich liczbie znajdowały się dwie damy. Następnie był na wieczorze u wicegubernatora, na wielkim obiedzie u propinatora, na mniejszym obiedzie u prokuratora, a obiad ten sprostałby i wielkiemu, na podwieczorku u głowy (burmistrza), a ten podwieczorek tyle był wart, co obiad. I stało się, że nie miał ani godziny swobodnéj i tylko na spoczynek powracał do oberzy. Podróżny umiał się znaleść wszędzie i pozyskał miano doświadczonego człowieka. O czémkolwiek prowadzono rozmowę, on umiał ją podtrzymać: toczyła się rozmowa o hodowli koni, on mówił o hodowli koni; mówiono o psach, i on mówił o psach; rozprawiano o śledztwie kryminalném, i tu pokazał, że prawo nie jest mu obce; i w bilard umiał także grać dobrze; słowem znał się na wszystkiém i na czémś więcéj i był bardzo porządnym człowiekiem. Urzędnicy byli szczególniej radzi nowemu gościowi. Gubernator wyrzekł o nim: że to stateczny człowiek; prokurator: że dzielny człowiek; pułkownik żandarmeryi: że uczony człowiek; prezes Izby skarbowéj: że szanowny człowiek; policmajster: że miły człowiek; żona policmajstra: że najmilszy i najgrzeczniejszy człowiek. Nawet sam Sobakiewicz, tak milczący, wróciwszy do domu na wieś dość późno i położywszy się do łóżka, powiedział żonie: "Wiesz, duszko, poznałem się u gubernatora z radzcą kolegialnym Pawłem Iwanowiczem Cziczikowem, to bardzo przyjemny człowiek", na co żona odpowiedziała,: "hm!" i kopnęła go nogą.

Takie było o nowym gościu pochlebne zdanie całego miasta, dopókąd pewna okoliczność, a jak w prowincyonalnych miastach nazywają "pasaż", o którym czytelnik nie długo się dowie, nie wzburzył wszystkich umysłów.