prolog
JAKOB
Listopad 1989
Gdy tylko Jakob odzyskał przytomność, znów poczuł chłód. Szczypał go w palce i ściskał jego poranione stopy.
Temperatura musiała zbliżać się do zera, bo jego oddech tworzył przy ustach białe obłoczki. Wydawało się, że w ciemności nawet z ramion Jakoba unosi się para, za to moszna skurczyła mu się z zimna, wyglądem przypominając orzech włoski, obolała, jakby po kopniaku w jądra. Chciał móc się schylić, zwinąć w kłębek jak człowiek wąż, którego kiedyś widział w cyrku Benneweis. Wtedy mógłby pochuchać na swoje przyrodzenie, na palce u rąk i u nóg. Ogrzać całe ciało. Szczególnie palce stóp; Lise zawsze mawiała, że chłopak o takim głosie nigdy nie powinien marznąć w nogi.
Ale nie mógł nic zrobić.
Związali mu ręce po przeciwnej stronie drzewa i teraz tak tkwił, nagi i samotny, nad brzegiem czarnego jeziora, przyciśnięty do dębu. Postrzępiona kora wżerała mu się w policzek, żebra i cienką skórę na piersi. Jakob całym sercem pragnął znowu stracić przytomność. Zniknąć w ciepłym i przyjemnym miejscu. Tylko jak to zrobić? Miał przecież zaledwie dziesięć lat i nigdy przedtem nie próbował mdleć.
Przekręcił głowę i za sobą po skosie zobaczył na ziemi swoją jasnoniebieską górę od piżamy i pasiaste majtki. Ubranie było brudne i mokre. Zanim poszli, zerwali je z niego i nasikali na ciuchy i na samego Jakoba. Cienka warstwa moczu zaschła mu na nogach i lędźwiach; skóra swędziała, jakby łaziły po niej komary i chrząszcze.
Jak długo tak stoi? Sam już nie wiedział. Pokrzykiwanie chłopaków dawno ucichło; słychać było tylko dźwięki nocy, a przez ciemność i zmęczenie stracił poczucie czasu.
Głowa opadła mu na ramię. Jego organizm chciał się poddać, ale nagle Jakob usłyszał tuż obok siebie szelest, mieszający się z szumem wiatru wśród nagich gałęzi. Spojrzał w dół, u jego stóp siedział kos.
- Skąd się tu wziąłeś? - wyszeptał Jakob.
Ptak zatrzepotał w ciemności, wzbił się w górę, usiadł mu na ramieniu i spojrzał na niego błyszczącymi czarnymi oczami. Jego pazury wbijały się w nagą skórę chłopca, a on nagle poczuł, że tworzy jedność z czarnym pierzastym stworzeniem. Zwierzęcość i czerń kosa przeniknęły do jego wnętrza. Jakob zamknął oczy i wyszeptał, że jest mu wszystko jedno, czy ptaka przysłał Bóg, czy Szatan, byleby któryś z nich zechciał mu teraz pomóc.
Ocknął się, słysząc głosy za plecami. Kosa na jego ramieniu już nie było.
Odwrócił głowę. Nad brzegiem jeziora, oparty o słupek z pokrytym szarą pleśnią kołem ratunkowym, siedział Tommy. Skończył właśnie dziesięć lat, tak jak Jakob, ale był od niego o pół głowy niższy i rachityczny jak owad.
- Chcę do domu - powiedział.
- Stul pysk, Tommy. Nic nie poradzę, że zabłądziliśmy. - Z lasu wyszedł Berg, jeden ze starszych członków chóru chłopięcego. - Vang! Mówiłeś, że ośrodek jest na południe. Tylko gdzie jest, kurwa, południe?
Zza drzewa wychylił się niechętnie Mads-Peter Vang - jedenastoletni krępy chłopak z zachodniej Jutlandii, przedstawiciel najmłodszego pokolenia małomównych rybaków. Uniósł palec wskazujący w stronę leśnej ścieżki.
- Tłumaczyłem przecież, że to tam. - Mówił ściszonym głosem, starannie unikając wzrokiem Jakoba. - Chcecie go tu zostawić przez całą noc? Może umrzeć, jeśli przyjdzie mróz.
- A kto powiedział, że przyjdzie mróz? Twoje tłuste kolana? - Konrad, kościsty chłopak o zaczesanych do tyłu włosach i wiecznie wyniosłym wyrazie twarzy, chodził w tę i z powrotem po pomoście.
- A co, jeśli się wygada? - odezwał się Tommy. To on podsunął pomysł nasikania na Jakoba, chcąc zaimponować starszym chłopakom. Teraz już tak nie chojrakował.
- Niech tylko spróbuje. - Wzrok Berga błądził bez celu. Był ładnym, rozpieszczonym chłopakiem, który do przybycia Jakoba cieszył się bezdyskusyjnie najpiękniejszym głosem. Teraz Berg i Konrad ukończyli już trzynaście lat i w każdej chwili mogli zacząć przechodzić mutację.
- Nic nie powiem. - Jakob sam się zdziwił, że w ogóle dał radę się odezwać, tak mu zaschło w ustach.
Konrad odwrócił głowę i zbliżył się do niego powoli jak hiena.
- Fuj, do cholery. Co tu tak śmierdzi? - Zaszedł za Jakoba, schylił się, jego nozdrza zawibrowały. - Przecież tu śmierdzi szczynami.
Również Berg podszedł bliżej. Gdy się pochylił nad godnym pożałowania stosem ubrań Jakoba, w kąciku jego ust czaił się uśmieszek.
- Masz rację, ostro tu capi. Nie możemy zabrać takiego brudasa z powrotem do sali sypialnej, Vang.
- To niech się trochę umyje. Może wziąć moją bluzę. - Vang zaczął ściągać islandzki sweter.
- Dobry pomysł! - Berg pstryknął palcami w stronę Vanga, po czym obrócił się na pięcie.
Zaszedł za drzewo i po chwili Jakob poczuł, że sznur na jego nadgarstkach się rozluźnia, podczas gdy Konrad złapał go za ramiona, jakby Jakob zamierzał uciekać. Nawet gdyby chciał, to przecież nie był w stanie. Stopy miał jak bloki lodu, nogi jak z galarety. Ledwie mógł się na nich utrzymać, gdy Konrad wlókł go na pomost.
- Ty, cudowne dziecko, słuchaj no. - Berg stanął tuż przy Jakobie. Był co najmniej o głowę wyższy od niego, głos miał niski i chrapliwy. - Wskakuj.
Jakob nie miał odwagi unieść wzroku.
- Nie umiem pływać.
Fala paniki pojawiła się w jego brzuchu i zalała podbrzusze; nie potrafił zapanować nad moczem.
- Fuj, do jasnej cholery! - Konrad zrobił minę, jakby miał zwymiotować. - Gdzie twoje maniery?
Szarpnął Jakoba za rękę i przeciągnął go nad sam skraj pomostu.
- Hej... Zgłupieliście? - Vang obserwował zajście wytrzeszczonymi oczami. - Nie o to mi chodziło. W tym miejscu mogą być ze dwa metry do dna. To głębia.
Jakob spojrzał w mroczną wodę. Vang miał rację, dna nie było widać, a już na pewno nie w ciemności. Może to nawet nie jezioro, tylko bagno, a bagna potrafią być zwodnicze, tyle wiedział. Błoto bagienne potrafi wessać nawet dorosłych mężczyzn.
Zza jego pleców nadbiegł Tommy i Jakob zobaczył, jak przez ciemność przelatuje w powietrzu coś jasnoniebieskiego. Spojrzał na jezioro. Jakieś dwa, trzy metry od niego wylądowała na powierzchni wody góra od jego piżamy.
- Lepiej przynieś swoje ciuchy. - Berg spojrzał na niego wilkiem. - No już, chyba chcesz z nami wrócić do ośrodka?
- Nie umiem... pływać. - Jakob próbował tupnąć w deski pomostu, ale bolała go stopa.
- Jazda po nie.
Berg popchnął Jakoba, aż ten stracił równowagę. Ręce Konrada zacisnęły się na jego ramionach, a stopy oderwały się od ziemi, gdy Berg chwycił go za nogi.
Rozhuśtali go w powietrzu i wpadł do wody na twarz i klatkę piersiową. Od zimna zabrakło mu tchu. Zaczął łapczywie chwytać powietrze i próbował utrzymać się na powierzchni, uderzając w czarną taflę i kopiąc jak pies. Chciał dotknąć dna stopami, ale otarły się tylko o coś obślizgłego i gąbczastego, nie znajdując podparcia.
Słyszał czyjś krzyk, ale nie rozumiał słów. Zimno przeszywało go do szpiku kości, woda wlewała mu się do ust i gardła. Musiał się stąd wydostać, jeśli nie chce umrzeć - tyle rozumiał - ale zupełnie stracił orientację. Nie miał pojęcia, co znajduje się przed nim, a co za nim, co na górze i na dole; zmysły zostały sparaliżowane przez chłód i wszechobecną ciemność. Ciemna woda, ciemna noc, ciemny las.
Coś mocno uderzyło go w głowę. Kamień? Potem znów. Trzeci kamień trafił go w skroń, ale Jakob ledwie to poczuł. Zimno, dotąd tak intensywne, odpuściło i ogarnęła go nagle fala gorąca. Pomyślał, że może równie dobrze poddać się temu miękkiemu, kuszącemu ciepłu.
Czy rodzice się zasmucą? Asger i Lise na pewno.
Takie były myśli Jakoba, gdy opuszczały go resztki sił i woda zamknęła się nad jego głową.
1
GRY
Kołysał się pod drzwiami, nachylony jak niedowidzący starzec, majstrując przy pęku kluczy. Na metalowym kółku znajdowało się ich ponad pięćdziesiąt. O ile Gry wiedziała, pasowały do różnych zamków - od starych szaf na archiwa po wypożyczane rowery miejskie, zakupione przez gminę za radą jakiejś modnej firmy konsultingowej. Najwyraźniej zamierzał wypróbowywać jeden po drugim.
- Sama nie wiem, Kevin... Nie powinniśmy wracać do pozostałych? Przecież znajdziemy jakiś sklep całodobowy. - Niecierpliwie zerknęła przez ramię swojego dziesięć lat młodszego szefa. Jego sprawność manualna zaczęła szwankować jakieś pięć kieliszków temu.
- Muszę tylko trafić do dziurki... - Uniósł na nią szklisty wzrok, po czym zachichotał. - Wczoraj mówiłem to samo.
Zamierzała uśmiechnąć się grzecznie, ale wrażenie, że gdzieś w budynku jakieś drzwi się otworzyły i zatrzasnęły, odwróciło jej uwagę. Kiedy człowiek od piętnastu lat pracuje w Wydziale Zdrowia i Opieki Społecznej, to czuje w samych kościach najdrobniejsze westchnienie budynku.
- Kevin, dajmy sobie spokój - ponowiła prośbę.
- Zamknij się, Gro. Już go prawie mam. - Szef wydziału uklęknął, chcąc mieć dziurkę od klucza na wysokości oczu.
- Gry... mam na imię Gry. - Kobieta starała się zapanować nad głosem, ale uczucie upokorzenia zaczęło ją palić, a na policzkach i szyi rozlały się czerwone plamy.
Od piętnastej koledzy i koleżanki z wydziału pili piwo z puszek i wino z kartonu, a kolacja składała się tylko z przekazywanych sobie trzech paczek chipsów. O osiemnastej Gitta z działu rekrutacji zrzuciła buty i podłączyła głośnik Bluetooth do swojego telefonu, podczas gdy Bo z księgowości zapalił papierosa w budynku. Nikt nie zamierzał jeszcze wracać na weekend do domu i z tego powodu Kevin zwrócił się do niej.
- Wydaje mi się, że posiadasz klucz do prawdziwej imprezy - powiedział.
Jego kwaśny oddech zalatywał piwem, ale szef uśmiechał się szeroko i Gry zaskoczył, a zarazem schlebił jej fakt, że kierownik wydziału, młody mężczyzna o wystających kościach policzkowych, upatrzył sobie właśnie ją na rozmówczynię.
Gry miała pięćdziesiąt trzy lata i była chroniczną singielką z początkami choroby nadciśnieniowej. Młodzi mężczyźni zazwyczaj nie zaszczycali jej nawet spojrzeniem, a tu nagle pojawia się on, zasypując ją pytaniami o jej zakres obowiązków, którymi nigdy nie zainteresował się nawet pies z kulawą nogą.
Wkrótce szef postawił nogę na jej krześle, tak że czubkiem buta dotykał jej uda. Czyżby ją pieścił? Gdy karton z winem został opróżniony, Gry zaczęła wierzyć, że właśnie o to chodzi, a gdy mężczyzna w końcu poprosił, by wyszła z nim na korytarz, ogarnęło ją napięcie seksualne, jakiego nie czuła od wielu lat.
- Weź ze sobą klucze - wyszeptał, a ona się upewniła, że to naprawdę się dzieje: tego rodzaju biurowy, nieodpowiedzialny seks z kierownikiem średniego szczebla. Takie historie znała tylko ze słyszenia. Kevin chciał znaleźć odpowiednie pomieszczenie, zamknąć za nimi drzwi na klucz, zerwać z niej ubrania i błagać ją, najbardziej doświadczoną i najdojrzalszą kobietę w całym wydziale, o szybki numerek.
Wszyscy wiedzieli, że Gry jest w posiadaniu legendarnego pęku kluczy, którymi można otworzyć wszystkie drzwi w całym budynku. Dzięki temu czuła się ważna. Drzwi do toalety się zacięły? Gry ma klucz. Brama zatrzasnęła się nie w porę? Wezwijcie Gry. Młody, przystojny mężczyzna chce uprawiać seks na kopiarce? Zadzwońcie, do cholery, po Gry!
Ale gdy weszli do pokoju z drukarkami, Kevin pociągnął ją dalej. Bez wahania minął również salkę konferencyjną z miękką sofą.
- Dokąd idziemy? - spytała Gry, próbując dotrzymać tempa jego bocianim krokom.
- Do piwniczki z winami. Kurna, soczek nam się skończył.
"Piwniczka z winami" nie znajdowała się pod budynkiem, lecz w biurze na końcu korytarza. Do późnego lata 2019 roku rezydowała tu Gunvor, starsza kobieta specjalizująca się w gminnej pomocy osobom z demencją, ale nowo przybyły Kevin na fali decyzji typu "teraz ja tu rządzę" bezpardonowo ją zwolnił. W dodatku na kilka dni przed jubileuszem trzydziestolecia w miejscu pracy.
Nikt nie chciał przejmować gabinetu Gunvor; kojarzyło się to z plądrowaniem grobu, więc z czasem pomieszczenie zaczęło pełnić funkcję składziku wina. Stało tam czerwone wino na rozmaite przyjęcia, cava dla jubilatów i resztki z zeszłorocznych świątecznych prezentów pracowniczych. W "piwniczce" składowano łącznie kilkaset butelek, rzadko przeliczanych przez pracowników obsługi.
- Nie możemy nic stamtąd brać. Przecież to kradzież! - Gry ugryzła się w język na widok reakcji Kevina. Między jego ciemnymi brwiami pojawiła się pionowa bruzda.
- Zapomniałaś, że jestem szefem tego burdelu? Przecież tylko pożyczamy. Trzeba się zabawić... - Objął ją ramieniem i przycisnął jej policzek do swojej ciepłej koszuli. Przez chwilę Gry znów sądziła, że mówiąc "zabawić się", miał na myśli seks, ale szef wydziału już majstrował przy kluczach - i zapomniał, jak Gry ma na imię.
- Wracam - powiedziała Gry zdławionym od płaczu głosem, ale Kevin jej nie słyszał. Odgłos idealnie pasującego klucza gładko wsuwającego się do zamku sprawił, że mężczyzna zachichotał.
- Jestem pieprzonym Indianą Jonesem - wybełkotał, zapalił światło i rozejrzał się po opuszczonym gabinecie.
Zgodnie z przewidywaniami stare regały Gunvor były wypełnione alkoholem i pudełkami czekoladek z logiem gminy. Na szafce na dokumenty po lewej stronie znajdowało się coś, co Gry określiłaby jako składzik urządzeń elektronicznych. Wysłużone drukarki, stare telefony stacjonarne, kable do nie wiadomo czego, wtyczki i zakurzone wentylatory, które już dawno temu powinny wylądować na złomowisku.
- A oto i on... Święty Graal. - Kevin zdjął z półki ponadwymiarową butelkę szampana.
Nawet Gry, która dorastała w kwaterze robotniczej w R?dby i w związku z tym nie miała pojęcia o winach, zorientowała się, że trunek jest wart kilka tysięcy koron.
- Daj spokój, Kevin, odstaw ją z powrotem. Mamy tylko jedną taką. Nie mieszaj mnie w to. - Głos Gry zadrżał.
Nigdy w życiu nie podejmowała ryzykownych decyzji ani nie postępowała nieroztropnie. Partnerów seksualnych mogła policzyć na trzech palcach jednej ręki, a teraz stoi tutaj, zwiedziona własną pożądliwością, i dopuszcza się zwyczajnej kradzieży z miejsca pracy.
- Chyba masz rację. - Kevin sięgnął na inną półkę po dwie butelki czerwonego wina. - Tych mamy dużo. - Wcisnął sobie jedną pod pachę, chcąc wziąć trzecią. - Potrzymaj. - Z niepotrzebnym impetem cisnął Gry pęk kluczy, który uderzył ją w obojczyk. Kobieta zatoczyła się do tyłu z zaskoczenia i bólu, przez co potrąciła łokciem telefon biurkowy, który natychmiast się odezwał.
- "Masz jedną wiadomość alarmową" - powiedział mechaniczny kobiecy głos.
- Co to, kurwa, jest? - Kevin prychnął i spojrzał ze zdziwieniem na aparat, na którym zapaliła się czerwona lampka.
- "Alarm zarejestrowany dziesiątego listopada dwa tysiące dziewiętnastego roku o godzinie szesnastej dwadzieścia osiem" - ciągnął sztuczny głos.
- Boszsz, jakieś stare gówno. Dwa tysiące dziewiętnasty... To z twojej młodości! - Kevin szturchnął ją łokciem w bok, znów zbyt mocno, ale tym razem spojrzała mu prosto w oczy.
- Zamknij ryja! - warknęła z naciskiem na każdą sylabę.
Spojrzała na telefon z poczuciem, że coś jest nie tak. Czyżby wiadomości nigdy nie odsłuchano? Ostatni dzień pracy Gunvor przypadł na 31 października tamtego roku, w Halloween. Gry dostała polecenie, by już następnego dnia wyrzucić jej lampion misternie wycięty z dyni.
- "Audimus"... - Za plecami Gry stanął Kevin i wlepił wzrok w automatyczną sekretarkę. - Gdy tu nastałem, jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłem, było wycofanie się z tego gównianego projektu. Był zdecydowanie za drogi.
- Ćśśś! - Gry przyłożyła palec do ust, gdy rozpoczęło się odtwarzanie nagrania.
Licząca prawie cztery lata wiadomość zawierała początkowo tylko szum, ale po sześciu sekundach milczenie przerwał głos. Był słabiutki jak u starszej kobiety i nucił fragment jakiejś melodii. Brzmiało to tak, jakby kobieta musiała przeczesywać pamięć w poszukiwaniu każdego tonu piosenki; nagle pojawił się też drugi głos. Tym razem starszego mężczyzny. Głos dochodził z oddali, ale słowa słychać było wyraźnie.
- "Pomocy!" - A potem: - "Pomóżcie nam!" - wołał mężczyzna raz po raz w coraz większej desperacji, aż na nagraniu przebił się trzeci głos, też męski, ale młodszy.
- "Zamknij mordę!" - Głos był dziwnie niestabilny, jakby należał do nastolatka z mutacją. - "Nie pozostawiasz mi wyboru".
Kobieta przestała już nucić.
- "Ale tego nie chcesz mieć przecież na sumieniu. No, spójrz na nią!" - powiedział głos w tle. Wydawało się, że to głos rodzica chcącego przemówić swojemu dziecku do rozsądku.
- "Na sumieniu? Ty do mnie mówisz o sumieniu?" - W wysokim męskim głosie słychać było zdenerwowanie. Wręcz histerię. Po upływie kilku sekund mężczyzna dodał: - "Wtedy zawiodłeś. Teraz obarczę cię taką odpowiedzialnością, że ugniesz się pod jej ciężarem".
Rozległ się odgłos szamotaniny, a potem krzyk kobiety. Nieprzyjemny, skrzekliwy wrzask, który nagle ucichł.
Gry wlepiła wzrok w telefon, ale nic więcej już nie powiedziano, a kontrolka zasygnalizowała podwójnym mignięciem, że nagranie się skończyło.
Kobieta odwróciła głowę i spojrzała na Kevina.
- Mówisz, że wycofałeś ten projekt? A czy użytkownicy zostali o tym poinformowani?
Samozadowolenie malujące się na jego twarzy zniknęło; zastąpiło je poczucie niepewności.
- Myślałem, że ktoś się tym, kurwa, zajął? Jestem mózgiem tego miejsca, a nie woźnym. - Pokręcił głową zirytowany, po czym pogroził palcem wskazującym tuż przed nosem Gry. - Posłuchaj no...Ani pary z gęby na ten temat, zrozumiano?
- Ale... - Gry odepchnęła rękę Kevina, zanim ten trafił jej palcem w oko. - Przecież to brzmiało, jakby tej kobiecie stała się jakaś krzywda. Musimy poinformować policję, że...
- Policję? - Kropelki śliny Kevina wylądowały na jej twarzy. - Czy ty do reszty zgłupiałaś? Natychmiast usuń tę wiadomość. W przeciwnym razie możesz mi zostawić na biurku rezygnację jeszcze dziś, zanim wyjdziesz do domu. Dopilnuję osobiście, byś nigdy nie dostała w żadnej duńskiej gminie pracy nawet na zmywaku.
Gry spojrzała na niego z zaskoczeniem; jego zmrużone oczy ciskały gromy.
- Wiesz, dlaczego ta gmina jest taka chujowo niewydolna? - Kevin podniósł butelki i ruszył do drzwi. - Z powodu biurokratycznych betonów i zasuszonych starych panien takich jak ty, Gro. Skasuj to gówno!
2
CARL
Carl czuł zmęczenie już w chwili wyjścia z domu, a widok witryny sklepowej w księgarni w R?dovre Centrum, na której jego nową książkę wystawiono między kolorowymi kredkami i pamiętnikami dwudziestoczteroletniej influencerki, nijak nie poprawił mu humoru.
- To będzie wielki dzień - orzekł szef wydawnictwa, któremu w oczach zaświeciły się symbole dolara, gdy książka wyszła z drukarni, ale dla Carla dzień premiery był czymś, co trzeba było jakoś przetrwać.
Kobieta w klatce ukazała się półtora roku wcześniej i zebrała doskonałe recenzje, ale prawdę mówiąc, histeria medialna przewyższała wyniki sprzedaży, a pytanie o "trudny numer dwa" zadano już tyle razy, że zaczął się zastanawiać, czy wydawanie drugiej powieści w ogóle ma sens. Teraz było za późno; książka o morderstwach w szkole z internatem w latach osiemdziesiątych znajdowała się już w księgarniach i - ze względów dotąd niezrozumiałych dla Carla - nosiła tytuł Zabójcy bażantów.
- Caaarl! Szybciutko! - Anni Larsen z działu promocji wydawnictwa zamachała do niego z wnętrza sklepu.
R?dovre Centrum stanowiło ostatni przystanek dzisiejszego objazdu po księgarniach promującego książkę. Carl na szczęście był przewidujący i już wcześniej odmówił udziału w przyjęciu i przemowach. Po wszystkim chciał po prostu wrócić do domu.
Zdjął skórzaną kurtkę i podążył za głosem nieustannie paplającej Anni. Była ona złotym człowiekiem, ale jej gadatliwość mogła konkurować z gadatliwością Rose, Vicky, Yrsy i Lise-Marie razem wziętych. Do tego dochodziła niezrównana umiejętność wciskania w kalendarz Carla jednego szalonego eventu po drugim.
- Zamknij oczy i myśl o wynikach sprzedaży - powiedziała, gdy niedawno wysyłała go na północną Zelandię, by zasiadł w jury konkursu pieczenia ciast.
Dzięki temu znalazł się na miejskim festynie, na którym zmuszono go do jedzenia przesłodzonych wypieków robionych przez dzieci w wieku szkolnym, które zapewne nie myły rąk od końca wakacji. W podzięce dostał mandat za parkowanie i uporczywą zgagę, a Anni uznała to całe wydarzenie za taki sukces, że już zaproponowała go jako jurora konkursu na najlepszy sos z mielonej wołowiny na wyspie Sams?. Tego dnia był zajęty - bez względu na to, kiedy to było.
- To ciebie chcą spotkać - powtarzała Anni zawsze, gdy pytał, czy nie wystarczy wysłać książki albo kilku cytatów, ale zdaniem Carla nie była to prawda przez wielkie P. Na przykład na ten rzekomo "wielki dzień" w R?dovre nie przyszedł chyba ani jeden czytelnik, więc najbliższe pół godziny zapewne miną mu na przestępowaniu z nogi na nogę i głupkowatym uśmiechaniu się.
Anni właśnie zasypywała ładną księgarkę pasjonującym wywodem o koncepcji okładki Zabójców bażantów, więc Carl udał, że z zainteresowaniem studiuje wiszący na ścianie plakat wielkości człowieka. W przyszłym tygodniu miała tu przyjechać jedna z najbardziej znanych autorek książek kucharskich w Danii, żeby podpisywać egzemplarze i częstować kotlecikami z kaszy jaglanej - jak głosił plakat.
O wizycie Carla nie było żadnej informacji, i całe szczęście. Im szybciej ten cyrk się skończy, tym szybciej będzie mógł wrócić do domu i walnąć nogi na stół.
Przy pierwszej książce zgodził się zarówno na bankiet premierowy, jak i na wywiady z kolejnymi, coraz głupszymi dziennikarzami. Do znudzenia zadawano mu te same pytania: "Jak wygląda pański dzień pracy?", "Czy wszystko jest oparte na faktach?" oraz klasyk: "Ile pan na tym zarobił?".
Takie asy wywiadu.
Dla Carla liczyły się tylko wolność i bycie z najbliższymi. Może to ten przeklęty czas w więzieniu Vestre i zakładzie w Slagelse sprawił, że zaczął doceniać małe życiowe oczywistości. Poznał, co to samotność, strach i rozpacz, a bezsenne noce utwierdziły go w przekonaniu, że w ostatecznym rozrachunku pieniądze i prestiż nie mają znaczenia.
- Gotowy, Carl? - zaszczebiotała Anni, wyrywając go z zamyślenia i ściągając z powrotem do gwarnego centrum handlowego. Niechętnie ruszył za nią.
W taki dzień jak dzisiejszy tęsknił do tego, by stanowić część zespołu Departamentu Q. Gordon co prawda przeniósł się na dobre stanowisko w północnej Jutlandii, ale z Rose i Assadem, którzy właśnie wrócili do piwnicy pod Komendą Główną, utrzymywał stały kontakt. Oficjalnie przeniesienie Departamentu Q tłumaczono brakiem miejsca w nowej siedzibie policji na Teglholmen. Nieoficjalnie było jasne, że Departament Q był tworem niepasującym do nowoczesnych, ciasnych ram policji, definiowanych przez arkusze kalkulacyjne, certyfikaty ISO i stałe godziny pracy. Śledczy z Wydziału Przestępstw przeciwko Życiu i Zdrowiu od dawna krzywo patrzyli na Departament Q, a teraz, gdy został zredukowany do Rose i Assada, było tylko gorzej. Koledzy z Teglholmen po prostu nie rozumieli, dlaczego dwuosobowy zespół z malejącym odsetkiem wykrywalności miałby cieszyć się dodatkowymi środkami i specjalnym traktowaniem.
Carl poprawił włosy. Nie, po namyśle jednak nie brakowało mu tych wszystkich sporów ani gadaniny.
- Witamy serdecznie Carla M?rcka! - zawołała Anni, jakby Carl miał wkroczyć na największą scenę dorocznych targów książki, a nie podchodził do rozklekotanego stolika kawiarnianego, który ekspedientka wytaszczyła przed sklep i nakryła czymś w rodzaju nerwowo udrapowanego weluru.
Carl podszedł na sztywnych nogach do dwóch kobiet, które stały ze świeżo zakupionymi książkami pod pachą. Ostatnią rzeczą, którą dziś rano powiedziała mu Mona, całując go na do widzenia, było przypomnienie, by się uśmiechał.
- Czytelnicy cię uwielbiają. Na co ma się zdać twoja kwaśna mina? - argumentowała.
Niby czcze gadanie, ale Carl i tak postąpił według jej wskazówek. Uśmiechał się.
- Dziękuję paniom za przybycie. To niesamowite, że udało wam się mnie znaleźć na tym beznadziejnym odludziu. Cieszę się z tego - powiedział. - Ucieszę się również, kiedy wkrótce panie sobie pójdą. Proszę nie zabłądzić, szukając wyjścia.
Anni syknęła cicho i chwyciła jeden egzemplarz książki ze sterty.
- Carl, może opowiesz co nieco o tym, czego nasi szczęśliwi czytelnicy mogą się spodziewać po Zabójcach bażantów?
Carl westchnął. Niestety podpisał umowę, w której godził się na tego rodzaju męki. "Eventy", jak lubiła je określać Anni.
- Tak, znaczy... W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym w domku letniskowym znaleziono zamordowane rodzeństwo. Sprawa pozostawała niewyjaśniona, dopóki nie trafiła do rąk Departamentu Q. Niektórzy pewnie uznają, że użyliśmy dość... niestandardowych metod. Ocenę zostawiam czytelnikom.
Spojrzał na dwie kobiety stanowiące dzisiejszą skromną publiczność. Obie miały tę samą fryzurę: krótkie włosy z długimi pasmami opadającymi przy uszach.
- Możemy zrobić selfie? - zapytała jedna, wyciągając smartfon z torebki.
Carl zdołał wykrztusić "oczywiście".
- Kucnie pan trochę? - Obie panie przylgnęły do niego, a on ugiął nogi, jakby załatwiał w lesie potrzebę fizjologiczną, i próbował przypomnieć sobie, jak wygląda tajemniczy uśmiech pisarza, żeby nie wyglądać na zdjęciu jak niechlujny domokrążca.
- Idealne na Instagram! - oznajmiła właścicielka smartfona, po czym obie zniknęły, zostawiając Carla samego na pustym korytarzu centrum handlowego.
Anni wróciła do sklepu, by dalej gawędzić z kierowniczką, a Carl zaczął liczyć ustawione w stosik książki ze swoim nazwiskiem. Na stoliku zostało dwanaście egzemplarzy i choć M?rck lubił samotność, wystawanie tu bez celu, podczas gdy wszyscy inni go ignorują, było jednak krępujące.
Zastanawiał się, czy by nie czmychnąć do toalety i nie przeczekać tam do końca obowiązkowej półgodziny, ale ze sklepu wyszła Anni z miną zwiastującą jedno: nowe kłopoty.
- Mam na linii dziennikarza freelancera! - kwiknęła. W jej oczach każda wzmianka była dobrą wzmianką, a dziennikarze - istotami zesłanymi z nieba. - Nazywa się Pelle Hyttested. - Wyciągnęła telefon w stronę Carla.
Carl ściągnął brwi. Ten pozbawiony skrupułów Hyttested przez lata pracował dla plotkarskiego magazynu "Gossip" i równie długo był wrzodem na wiadomej części ciała. Gdy Carl przebywał w areszcie tymczasowym, Mona i ludzie z Departamentu Q wpadli na pomysł, by podsunąć Hyttestedowi fałszywe informacje, które ta kanalia, kierowana żądzą sensacji, natychmiast opublikowała; na szczęście Hyttested był pozbawiony krytycznego myślenia. Gdy zarzuty wobec Carla wycofano, dziennikarzyna zgodnie z przewidywaniami wyleciał z pracy za szerzenie fake newsów, więc raczej nie darzył Carla sympatią.
I rzeczywiście. Z telefonu bynajmniej nie popłynęły gratulacje, gdy Carl mruknął "M?rck".
- Kolejna książka, M?rck? Słyszę, że o prawdziwych ludziach! Odszedłeś z Departamentu Q i teraz zarabiasz na waszych sensacyjnych sprawach. Straszysz ludzi, a nawet ujawniasz wasze metody śledcze. To dlatego odsetek wykrywalności w Departamencie Q był w ostatnich latach tak żałosny? - wyrecytował Hyttested.
Carl podrapał się po karku. Co ma odpowiedzieć na takie bzdury? Gdy niemal trzy lata temu został aresztowany, Gordon, Rose i Assad bez jego pomocy prowadzili śledztwo w sprawie trzech zabójstw powiązanych ze sprawą gwoździarki. Wszystkie uznano za wyjaśnione. W jego oczach było to imponujące dokonanie.
- Słyszałem, że kopenhaska policja rozważa likwidację Departamentu Q - drążył Hyttested.
- Niby kto tak twierdzi?
- M?rck, wiesz dobrze, że nie mogę ujawniać swoich źródeł - padła zagadkowa odpowiedź.
- Źródeł? Tak nazywasz głosy w swojej głowie? - Carl miał ochotę rzucić telefonem, ale spojrzenie Anni go powstrzymało. - Słuchaj, minęło już sporo czasu, odkąd odszedłem z policji. A książki piszę nie z chęci, tylko z poczucia obowiązku.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Piszę kawałek historii Danii i nie próbuję nikogo straszyć, tylko dawać ludziom poczucie bezpieczeństwa. Bo czego uczy nas historia Departamentu Q? - spytał Carl.
Dalej cisza. Czy naprawdę tak łatwo było uciszyć Hyttesteda?
- Historia Departamentu Q uczy nas, że zbrodnia się nie opłaca. Owszem, morderca może unikać sprawiedliwości miesiącami, może nawet latami. Ale potem pojawia się jakiś dokument, ktoś się wygada, ktoś ulży swojemu sumieniu, ożyje jakiś ślad DNA. I nawet najgorsza zbrodnia prędzej czy później zostaje wyjaśniona. Historia Departamentu Q mówi, że nawet najsłabszy może stać się najsilniejszym i że dobro ostatecznie zawsze wygrywa.
Carl wziął głęboki oddech i oddał telefon Anni. Aż go zamroczyło od tak długiej wypowiedzi i teraz rozglądał się za pubem, knajpą lub choć budką z hot dogami. Czy w tym pozbawionym charakteru przybytku znajdzie się miejsce, w którym świeżo upieczony filozof mógłby wypić piwko i zapalić papierosa?
Rozważał oparcie się o ścianę i ucięcie sobie drzemki na stojąco; jego posterunek na obrzeżach księgarni nie był przecież szturmowany przez tłumy. Ale poczucie, że ktoś go obserwuje, kazało mu otworzyć oczy.
Przy znajdującej się w księgarni wystawce z okularami do czytania stała kobieta ubrana w zieloną sukienkę i wełniany płaszcz; rzucała w kierunku Carla ukradkowe spojrzenia. To mogła być fanka polująca na autograf, więc M?rck przywołał na usta seksowny uśmiech pisarza. Jednak odniosło to chyba skutek odwrotny do zamierzonego, bo kobieta natychmiast zniknęła w sąsiednim sklepie. Była osobliwie ubrana: czarne okulary przeciwsłoneczne, chustka zawiązana na głowie i postawiony kołnierz płaszcza. Wyglądała w sumie jak osoba w przebraniu, tylko kto, u licha, przebiera się, by pójść do centrum handlowego w R?dovre?
Po upływie przepisowej półgodziny Carlowi, z pomocą Anni, udało się sprzedać kolejne trzy książki. Kobieta przyciągnęła go do siebie i przytrzymała w perfumowanym uścisku.
- Tak pięknie powiedziałeś o ofiarach, które na końcu zwyciężają - wyznała. - Bardzo się wzruszyłam, Carl.
M?rck starał się sobie przypomnieć, co takiego genialnego powiedział, gdy przez ramię Anni zobaczył, że kobieta w zielonej sukience wróciła do statywu z okularami. Płaszcz miała teraz przewieszony przez ramię, a gdy Anni sobie poszła, kobieta zbliżyła się pospiesznie.
- Carl M?rck? - spytała. - Czy możemy porozmawiać w cztery oczy?
3
ASSAD
Assad słyszał, jak po drugiej stronie korytarza Rose mocuje się z kartonami.
Strumień złorzeczeń, sapnięć i przekleństw kojarzył mu się z czymś pomiędzy porodem a knajpianym mordobiciem, ale gdy zaoferował pomoc, Rose tylko splotła ramiona na piersi i poprosiła go, by nie przeszkadzał jej w precyzyjnie rozplanowanym rozpakowywaniu. Dlatego teraz był niewinną ofiarą jej rynsztokowego słownictwa. Na szczęście siedział w pewnej odległości.
Podrapał się po dwudniowym zaroście i rozejrzał po pomieszczeniu. Ponowne rozlokowanie się w tym miejscu nie zajęło mu dużo czasu. Jego stara kanapa znajdowała się pod ścianą dokładnie tam, gdzie ją zostawił. Na biurku stał komputer, włączony i podłączony do internetu, drukarki oraz zewnętrznego monitora, a na półce nad nim grało radio cyfrowe ustawione na libańską stację specjalizującą się w balladach romantycznych.
Całość ocieplało kilka zdjęć Marwy i dzieciaków w odświętnych strojach. Fotografie pochodziły z urodzin jednej z dorosłych już córek. Chyba Nelli? Jego Koran stał na swoim stałym miejscu na półce obok podręcznika kryminalistyki, który Assad znał już niemal na pamięć. Zwinięty dywanik modlitewny postawiony został w kącie, na ścianie zawisł płaski telewizor, a po drodze do pracy Assad wypatrzył nawet mały kafelkowy stolik w kontenerze na gabaryty. Pasował idealnie do elektrycznej płyty grzewczej, puszek z herbatą, całego arsenału zaparzaczy do kawy i torby z dwoma kilogramami cukru trzcinowego.
Minęło szesnaście lat, odkąd Carl M?rck wcisnął Assadowi do rąk kilka umorzonych spraw i wyznaczył mu na biuro dawny schowek. W niewielu miejscach na świecie czuł się tak bezpiecznie jak tutaj. Piwnica pod Komendą Główną była jednym z tych, w których spędził najwięcej lat swojego życia. Miał wrażenie, jakby wrócił do domu.
A jednak.
Spojrzał na ścianę. Tęsknota za minionymi czasami towarzyszyła mu przez całe życie; tak już chyba mają wygnańcy tacy jak on. Jednak z biegiem lat wcale nie zrobiło się łatwiej. To samo dotyczyło braku Carla. Z okazji debiutanckiej powieści wydawnictwo M?rcka wydrukowało metrowy plakat promocyjny z jego podobizną i okładką książki oraz cytatami z najlepszych recenzji. Mona stanowczo odmówiła powieszenia tego ponurego wizerunku w mieszkaniu na ?sterbro, więc cudo wisiało teraz tutaj, przypominając Assadowi o najlepszym szefie, koledze i przyjacielu, jakiego kiedykolwiek miał.
Minęły prawie trzy lata, odkąd ostatni raz pracowali razem, i Assad tęsknił za wszystkim. Nawet za kwaśną miną Carla o poranku.
Ale Carl miał już dość. Dość połamanych żeber, elektrowstrząsów, ran ciętych i zagrożenia życia. Dość przełożonych, którym nie można było ufać. Dość zła tego świata. Życie wędrowca po najbardziej odrażających zagadkach kryminalnych kraju zamienił na życie pisarza na pełny etat, pracującego z domu ojca Lucii i obecnego męża Mony. Wyglądało na to, że mu to odpowiada.
Assad natomiast czuł się jak po amputacji. Jego pierwszym odruchem, gdy Carl ogłosił, że odchodzi, była chęć pójścia w jego ślady. Ale z czego wtedy mieliby żyć? Pensja Marwy, pracującej na pół etatu w żłobku, ledwo starczała na czynsz, a licencji taksówkarza, którą Assad zdobył prawie dwie dekady temu, nie miał ochoty odkurzać w wieku pięćdziesięciu trzech lat.
Poza tym prawda była taka, że Assad był cholernie dobry w pracy dochodzeniowej. Mógłby pewnie poszukać innego zajęcia, ale czy znalazłby coś, co miałoby równie głęboki sens? Wszystkie okropności, jakie go w życiu spotkały, musiały przecież prowadzić właśnie tutaj - do wyjątkowej jednostki śledczej, której celem było zapewnienie sprawiedliwości, zadośćuczynienie ofiarom i dawanie odporu złu.
Do tego dochodziło poczucie długu wdzięczności wobec duńskiego społeczeństwa i policji, które dały mu powód do życia, kiedy nie miał już żadnego.
Dlatego został. Tak jak Rose i Gordon.
- Pierdolone... Kto wziął... Tutaj? Nie... Au, do kurwy...!
Z gabinetu Rose dobiegła nowa fala stłumionych przekleństw, a Assad uderzył się dłońmi w oba policzki. Mocno. Co da pogrążanie się w melancholii?
Włączył telewizor. Na Bliskim Wschodzie znowu toczyła się wojna i choć Assad z ciężkim sercem oglądał obrazy dzieci wynoszonych ze zbombardowanych domów, człowiek miał przeklęty obowiązek być na bieżąco. Jednak TV 2 News skupiało się na wiadomościach z kraju, mianowicie na spektakularnym powrocie do polityki parlamentarzysty o nazwisku Tommy Eckert.
Początkowo to nazwisko nic Assadowi nie mówiło, ale z reportażu wynikało, że dziesięć, piętnaście lat temu Eckert uchodził za jeden z największych talentów politycznych kraju i uważano go za człowieka niemal namaszczonego na przyszłego premiera. Aż do nocy, gdy z szaloną prędkością pędził na południe autostradą Helsing?rmotorvejen. Jeden z wyprzedzanych przez niego samochodów okazał się nieoznakowanym radiowozem. Prędkość określono na 153 kilometry na godzinę, a zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu na 1,3 promila. Kilka dni później Eckert ze łzami w oczach ogłosił, że wycofuje się z polityki, by zająć się zdrowiem.
Teraz, ponad dziesięć lat później, stał na schodach Christiansborga i ogłaszał, że wraca jako "nowa i lepsza wersja siebie". Jeden z jego partyjnych kolegów zrezygnował z funkcji z powodu stresu, więc Eckert pojawił się na jego miejsce - w sumie tylko tyle, ale ten rodzaj publicznego darowania winy niepomiernie Assada irytował. Jak to możliwe, że ktoś, kto po pijaku wsiadł za kierownicę i naraził życie innych ludzi na szwank, stoi teraz przed parlamentem jak jakaś gwiazda rocka?
Można by to było zrozumieć w Iraku, Syrii czy Libanie, gdzie politycy bez wyjątku wikłali się w korupcję albo byli czyimiś niewydarzonymi bratankami, ale w Danii? Dlaczego politykom wolno więcej niż zwykłym ludziom?
Carl, który odmienił na plus życie tylu osób, został trzy lata temu publicznie zlinczowany i wsadzony do więzienia na podstawie absurdalnych podejrzeń. Sprawa z gwoździarką kosztowała go w praktyce karierę. A tymczasem taki idiota za kierownicą - ahbal1 to chyba wcale nie za mocne słowo - wracał do najważniejszego gremium w kraju.
Assad pacnął telewizor, aż ekran zgasł. Powinien pomóc Rose, zamiast się tu nakręcać.
Po odejściu Carla Rose Knudsen przejęła rolę faktycznej szefowej Departamentu Q. Tytuł wprawdzie nie widniał na jej wizytówce, ale wszyscy wiedzieli, jak jest. Zadanie Departamentu Q pozostało niezmienne: przyglądanie się umorzonym sprawom z całej Danii. Organizacyjnie jednostka nadal podlegała szefowi Wydziału Zabójstw kopenhaskiej policji, którym w 2023 roku był Terje Ploug.
Terje został postrzelony w plecy podczas dramatycznych wydarzeń w 2021 roku, ale wyszedł na prostą, nie doznając trwałych uszkodzeń, i po odejściu Marcusa Jacobsena, ku powszechnemu zadowoleniu, objął stanowisko szefa. Nie był już najmłodszy, potrafił kląć i wyrzekać jak poganiacz wielbłądów, ale za tą fasadą krył się stoik na tyle rozsądny, by nie wtrącać się niepotrzebnie w pracę Assada, Rose i Gordona. Zresztą nie było ku temu powodów.
Rose miała swoje dziwactwa, nawet całkiem sporo, jeśli Assad miał być szczery, ale zszywanie akt, pilnowanie terminów i radzenie sobie ze starszymi rangą przełożonymi, w przeciwieństwie do Carla, opanowała wzorowo. Dzięki temu dotąd kierownictwo ich omijało.
- Rose, na pewno nie potrzebujesz pomocy? - zawołał przez korytarz, ale nie uzyskał odpowiedzi.
Rose próbowała go namówić, by przeniósł się do dawnego gabinetu Carla, najlepszego i największego pomieszczenia w piwnicy, ale Assad odmówił. Cieszył się jak dziecko na powrót do swojej jednoosobowej klitki pod rurami grzewczymi, odkąd dowiedzieli się, że Departament Q wraca do Komendy Głównej.
- To fantastyczne, Rose - powiedział wtedy i ją uściskał.
Powrót do pięknego gmachu policji w centrum Kopenhagi. W jego oczach właśnie tego potrzebowali, bo ich nastroje szorowały po dnie. Gordon złożył wymówienie w czerwcu. Poznał mieszkającą w Hj?rring fryzjerkę imieniem Jennifer, a gdy ogłoszono wakat na stanowisku komisarza policji w północnej Jutlandii, zgłosił się i dostał tę posadę.
To był imponujący awans dla młodego śledczego, ale Assad uronił łzę na myśl, że straci także Gordona jako kolegę. Rose próbowała wszystkimi dostępnymi argumentami skłonić beniaminka wydziału, by został, a Assad uparcie starał się zwabić Gordona z powrotem "do domu", gdy dzwonił na Jutlandię, by z nim pogawędzić. Jak na razie bez skutku.
W rezultacie Departament Q skurczył się w ciągu kilku lat z czterech osób do dwóch.
Terje przysyłał co prawda coraz to nowych kandydatów na okres próbny. Od czasu odejścia Carla przez piwnicę przewinęło się dwóch mężczyzn i dwie kobiety, ale za każdym razem kończyło się to tym, że delikwent czy delikwentka uciekali z krzykiem. Jedna kandydatka bez pytania postanowiła "trochę uporządkować system archiwizacji Rose". Gdy Rose ujrzała godne pożałowania rezultaty jej wysiłków, więcej kobiety nie zobaczyli. Inna poskarżyła się związkowcowi na kawę Assada i "ton" Rose. Z kolei trzeci kandydat został draśnięty kulą podczas dramatycznego zatrzymania w 2022 roku i, o ile Assadowi było wiadomo, nadal przebywał na zwolnieniu lekarskim. Czwarty - trzydziestokilkuletni bufon - otwarcie przyznał, że posada stanowi dla niego drogę na skróty do rozgłosu Carla M?rcka. Jednak podczas pierwszego pościgu za podejrzanym trzy razy skręcił w złą stronę, aż Assadowi wyczerpał się zasób arabskich przekleństw i ryknął do gościa, by zjechał na pobocze. Okazało się, że tamten miał problem nie tylko z orientacją w terenie, ale też z poważnym nadużywaniem alkoholu.
Terje sugerował, że Assad, Rose i Gordon bynajmniej nie przyjmowali kandydatów z otwartymi ramionami.
- Chcecie nowego Carla. A taki nie istnieje! - westchnął kiedyś i dodał: - Na szczęście.
Nie była to prawda. Assad nie chciał nowego Carla. Chciał, by Carl wrócił. Ten stary. Prawdziwy. Tylko wtedy świat miał sens. Bardzo liczył na to, że Carl też to zrozumie, skoro wylądowali z powrotem w piwnicy.
Rose nie widziała w przeprowadzce nic radosnego.
- Fantastyczne? Co w tym fantastycznego, Assad? To próba zamrożenia Departamentu Q. Po ścianach suną sople lodu, ilekroć ktoś wypowiada nazwę naszej jednostki.
- Zamrożenia? Ale jak? Przecież w piwnicy jest zawsze ciepło, Rose.
- Odstawienia nas na bocznicę, Assad! Sprawienia, byśmy stracili na znaczeniu. Carl czmychnął, Gordon wyjechał, od lat nie prowadziliśmy sprawy, która zainteresowałaby opinię publiczną. Chcą zlikwidować Departament Q! - Policzki Rose zapłonęły pod skądinąd grubą warstwą makijażu. - Chcą nam uprzykrzyć życie na tyle, byśmy sami złożyli wypowiedzenia. Tak jak Carl i Gordon!
Assad nadal nie wiedział, co ma sądzić o tej diagnozie, ale postanowił podjąć jeszcze jedną próbę pomocy Rose przed nastaniem fajrantu. Pokonał korytarz i zastał koleżankę w jej gabinecie, gdzie siedziała na podłodze, trzymając karton między nogami. Spływały po niej strumienie potu, a wzrok miała skupiony na nieokreślonym punkcie na ścianie za plecami Assada.
- Rose! - Assad przeskoczył przez pudło na tyle zręcznie, na ile pozwalał na to jego krępy korpus. - Upadłaś?
- Co? - Rose sprawiała wrażenie, jakby przeszkodził jej w czymś ważnym.
- Przewróciłaś się z kartonem? - Assad wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać.
Spojrzała ze zdumieniem na jego owłosioną dłoń.
- Po prostu się osunęłam. To sprawa kartoteki sześćdziesiąt cztery. Powinny być trzy pudła z segregatorami, ale mam tylko dwa. To jakaś katastrofa! Carl na pewno będzie chciał je zobaczyć, kiedy lub jeśli zdecyduje się pisać o tej historii, więc muszę znaleźć ten popierdolony ostatni karton, i to teraz! - Rose parsknęła głośno, odpychając jego dłoń. - I nie, Assad, nie potrzebuję pomocy. Istnieje tu tylko jeden logiczny system archiwizowania, mianowicie mój. - Popukała się w skroń.
- Może mógłbym choć poprzenosić kartony? - spytał Assad z duszą na ramieniu. Z biegiem czasu on i Carl doszli do wniosku, że kiedy Rose była w takim humorze, każdy, komu miłe są życie i błony bębenkowe, powinien dać Rose rządzić się jak królowej we własnym królestwie.
Ale nie było to łatwe. Przez lata Rose otaczała go czułą opieką, więc mógłby się choć trochę zrewanżować, szczególnie że koleżanka wydawała się nie w formie. Zawsze przychodziła do pracy z oczami mocno podkreślonymi czarną kredką i otulona intensywnym zapachem jaśminu i wanilii, który przypominał mu bazary z dzieciństwa. Ostatnio jednak wyglądała jakoś blado.
Stabilność nigdy nie była jej najmocniejszą stroną, ale od czasu załamania psychicznego siedem lat temu dobre okresy w jej życiu przeważały. I tak powinno zostać. Nie mógł przecież prowadzić Departamentu Q jednoosobowo.
- Nie ma mowy, łapy przy sobie - odburknęła.
Wyszło to ostrzej, niż zamierzała, bo zaraz uśmiechnęła się łagodnie i poklepała go po ramieniu.
- Assad, kochany... W dwa tysiące dwudziestym trzecim roku kobiety noszą swoje kartony same. Nawet te zbliżające się do menopauzy. Ale napiłabym się herbaty.
Skinął głową, trochę uspokojony. Cięta riposta u Rose to norma. Poszedł więc wybrać swoją najlepszą mieszankę do zaparzenia.
Menopauza? Marwa przekroczyła już pięćdziesiątkę, więc znał objawy: kołatanie serca, bezsenność, suchość oczu i wahania nastroju - na tyle gwałtowne, że w domu Assad pochował wszystkie noże i przedmioty przypominające pałki. Ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że Rose, kobieta tak różna od Marwy, jak to tylko możliwe, może cierpieć na te same dolegliwości hormonalne.
Ile ona ma lat? Czterdzieści trzy? Czterdzieści cztery? Już nie młoda, jeszcze nie stara. Kobieta w cudownie dojrzałym wieku.
- A tak w ogóle, Assad! - zawołała za nim. - Zrobisz tę swoją specjalną herbatkę? Z dodatkowymi przyprawami?
Assad stanął jak wryty; po plecach przeszły mu ciarki.
Rose prosi o chai? Z dodatkowym imbirem i kardamonem?
Teraz naprawdę zaczął się martwić.
4
CARL
- Jest pan pewien, że nikt nie podsłuchuje?
Kobieta w zielonej sukience rozejrzała się po altance śmietnikowej, gdzie tłoczyły się śmierdzące kontenery na odpady. Nie było to najbardziej atrakcyjne miejsce, ale kobieta nalegała na rozmowę z Carlem "w warunkach absolutnej poufności", a najlepszą propozycją, jaka przyszła M?rckowi do głowy, był plac za Centrum R?dovre.
- Ryzyko oceniam jako dość nikłe. - Carl spojrzał badawczo na rozmówczynię, która zdjęła już okulary przeciwsłoneczne i chustkę. Miała na imię Gry, nazwiska nie chciała ujawnić.
- Naprawdę się zastanawiałam, czy nie powinnam o tym po prostu zapomnieć. - Kobieta w nerwach nawijała na palec kosmyk włosów. - Ale potwornie mnie to męczy, nie mogę ani spać, ani pracować.
Carl zdławił westchnienie; już czuł, w którą stronę to zmierza. Kobieta była ani chybi fanką gatunku true crime i wysnuła domorosłą teorię o niewyjaśnionej sprawie zabójstwa. Znał ten typ: detektyw amator. W jego rankingu poważnego traktowania plasował się tylko kilka stopni nad jasnowidzem. Zazwyczaj napędzały ich w równych częściach porto i zbyt wiele godzin spędzonych w mediach społecznościowych.
- Chętnie posłucham - powiedział nieszczerze.
Widocznie policjantowi trudniej odejść na emeryturę, niż się spodziewał. Wyobrażał sobie, że mechanicy lub dermatolodzy mieli podobnie - gdy tylko wspomnieli o swoim zawodzie, zlatywali się ludzie, którzy chcieli, by ktoś rzucił okiem na ich silnik lub znamię. Wprawdzie Carl był nadal związany z Departamentem Q jako ktoś w rodzaju konsultanta na godziny, ale nie stać go było na poważniejszy wysiłek umysłowy, a skoro książka numer dwa trafiła już do sprzedaży, nie mógł się doczekać niekończących się dni w piżamie spędzonych na błogim nieróbstwie. Zbliżały się ferie jesienne, ale kto mu właściwie zabroni rozpoczęcia już teraz ferii bożonarodzeniowych? Chyba tylko wydawnictwo, które domagało się konspektu trzeciej książki. Tytuł, List w butelce, nasuwał się sam, więc wysłał go redaktorce w SMS-ie, a potem zignorował jej telefony. A teraz ta kobieta, Gry-bez-nazwiska, zapewne spróbuje rozniecić w nim dawny ogień do pracy detektywistycznej, ale nie, Carl podziękuje. Jedyny ogień, o jakim marzył, to ten na końcu papierosa.
- Śledziłam pana w mediach. I czytałam pana książkę. Sprawia pan wrażenie kogoś, kto chodzi... Jak by to ująć? Własnymi drogami. - Oczy Gry były rozbiegane. - Ryzykuję utratę pracy, jeśli to wyjdzie na jaw.
- A czym właściwie jest "to"?
Carl już dawno się nauczył, że nawet porządni ludzie są zdolni do najbardziej odrażających rzeczy, ale Gry, szczerze mówiąc, nie wyglądała jak archetyp przestępcy.
- Pracuję w Wydziale Zdrowia i Opieki Społecznej Urzędu Miasta Kopenhagi. W zeszłym miesiącu mieliśmy w pracy piątkową imprezę. Wszyscy byliśmy trochę podpici...
- No i? Pracownikom sektora publicznego mały rausz należałoby wpisać do stałych benefitów pracowniczych, jeśli pyta mnie pani o zdanie.
- Mój bezpośredni szef wpadł na pomysł, byśmy poszli do "piwniczki z winami". To taki gabinet, którego używamy głównie jako magazynu. Ukradliśmy... to znaczy mój szef ukradł trzy butelki czerwonego wina. Należącego do gminy.
Dolna warga kobiety zaczęła drżeć, a Carl musiał się z całej siły powstrzymywać, by nie przewrócić oczami. W ciągu trzech dekad pracy w policji wysłuchał wielu fałszywych zeznań. Ludzie o wątpliwej kondycji psychicznej codziennie przychodzili do komisariatów w całym kraju i przyznawali się do wszystkiego - od zabójstwa króla Eryka Klippinga po dekapitację rzeźby Małej Syrenki - ale to tutaj biło rekordy absurdu.
Czyżby ta pani domagała się odrobiny męskiej opieki? Odkąd media zaczęły rozpisywać się o pisarskiej działalności Carla, do jego skrzynki odbiorczej płynęły stałym strumieniem pełne pożądania wiadomości. Schlebiało mu to, ale jak dotąd nie pojawiła się w nich oferta, która mogłaby konkurować z kształtną figurą Mony i jej kojącym usposobieniem.
- Niech pani posłucha. Już od epoki kamienia łupanego ludzie podwędzają coś z miejsca pracy. To fundament naszej protestanckiej etyki zawodowej i...
- Co...? Nie, nie o to chodzi. Dziwnym trafem uruchomiłam w tym pokoju odsłuch automatycznej sekretarki. - Gry sięgnęła do przepastnej torebki i jakimś cudem odszukała na jej dnie komórkę. - Szef mi zagroził, że jeśli nie usunę tej wiadomości, to mnie zwolni, więc ją usunęłam, ale wcześniej nagrałam ją na swoim telefonie. - Gry przysunęła się do Carla i zniżyła głos. - Myślę, że doszło do przestępstwa.
Drżącymi rękami odnalazła nagranie i włączyła odtwarzanie. Carl usłyszał mechaniczny głos kobiecy informujący o "nowej wiadomości alarmowej".
- Dobrze słychać? - spytała Gry.
Carl skinął głową, ale i tak przysunął aparat bliżej ucha. Słabiutka, jak mu się zdawało, kobieta nuciła melodię, która z niczym mu się nie kojarzyła, ale włosy stanęły mu dęba, gdy usłyszał mężczyznę raz po raz wzywającego pomocy. Nieprzyjemne wrażenie się wzmogło, gdy drugi męski głos syknął, że dwoje pozostałych ma się zamknąć. Tuż przed końcem nagrania rozległ się rozdzierający krzyk kobiety, który odbił się echem pośród kontenerów.
Carl uniósł brwi i cofnął nagranie, by jeszcze raz usłyszeć ostatnią wypowiedź: "Wtedy zawiodłeś. Teraz obarczę cię taką odpowiedzialnością, że ugniesz się pod jej ciężarem" - powiedział męski głos znajdujący się bliżej mikrofonu.
- Co to jest? - Carl spojrzał na Gry badawczo.
- Wiele czasu nad tym rozmyślałam i znalazłam coś. - Znów sięgnęła do torebki i tym razem wyjęła z niej plastikową koszulkę na dokumenty. - W dwa tysiące osiemnastym roku w gminie Kopenhaga odnotowano liczne tak zwane incydenty polegające na tym, że obywatele cierpiący na demencję oddalili się od domu lub ośrodka opieki. W jednym przypadku skończyło się to tragicznie i media podniosły wtedy wielkie larum, dlatego w dwa tysiące dziewiętnastym wprowadzono kilka różnych rozwiązań. - Kobieta podała mu broszurę z nagłówkiem "Audimus" i zdjęciem czegoś, co wyglądało jak mały biały kamień. - To brosza opracowana dla osób z demencją. Wyposażono ją w GPS, by dało się zlokalizować zaginioną osobę, ale można było też z niej zadzwonić, jeśli człowiek potrzebował pomocy. Jak z telefonu. Wystarczyło nacisnąć tutaj. - Gry wskazała na środek broszy.
- I połączenie trafiało do...?
- Powinno trafiać do całodobowego telefonu alarmowego gminy. - Gry wydawała się nieswoja. - Ale krótko potem zatrudniono tego mojego szefa, by ciąć koszty i zwiększyć efektywność, i kobieta, która była koordynatorką tego projektu, została zwolniona.
- Aha. - Cała ta biurokratyczna terminologia sprawiła, że zaczął się zastanawiać, czy nie jest to raczej sprawa dla gminnego programu sygnalistów niż dla organów ścigania.
- Problem w tym, że projekt wstrzymano po zwolnieniu Gunvor - ciągnęła Gry. - Nikt jednak nie poinformował obywateli o tym, że brosze są już bezużyteczne i że nikt nie obsługuje telefonu alarmowego.
- Gunvor?
- To ta koordynatorka. - Gry spuściła wzrok. - W gminie wiele spraw funkcjonuje dzięki pasjonatom i upada wraz z nimi. A płomyk Gunvor został, że tak powiem, zgaszony przed czasem. To był potworny błąd, bo ustaliłam, skąd pochodził alarm.
Kobieta wyjęła z koszulki jeszcze jedną kartkę, wydruk z gazety ze zdjęciem eleganckiej willi w Kopenhadze.
Carl odszukał okulary do czytania w wewnętrznej kieszeni marynarki i przyjrzał się stronie. Artykuł miał prawie cztery lata, pochodził z piętnastego listopada 2019 roku.
"Prezes zarządu chciał umrzeć wraz z żoną" - głosił nagłówek. Artykuł opisywał, jak pomoc domowa w niedzielny wieczór dziesiątego listopada 2019 roku weszła do willi przy Emdrupg?rdsvej w północno-zachodniej części Kopenhagi i znalazła mieszkankę domu - starszą kobietę z demencją - przywiązaną do łóżka w piwnicy. Kobieta, Jette Horsten, ledwo oddychała, co nie dziwiło, ponieważ w rogu piwnicznego pomieszczenia stał grill węglowy wypełniony jeszcze ciepłym brykietem. Na szczęście płomienie zgasły, zanim kobietę zdążył zabić tlenek węgla.
Sama ofiara nie była w stanie pomóc śledczym, bo właściwie nie dało się z niej wydobyć żadnych składnych słów, ale cztery dni później, w czwartek czternastego listopada 2019 roku, nad jeziorem Fures? w północnej Zelandii znaleziono ciało jej męża. Mężczyzna - Ole Horsten, niedawno zwolniony prezes zarządu prywatnego szpitala Charis - popełnił samobójstwo, wieszając się na dźwigu do łodzi. Wniosek nasuwał się sam: zwolnienie z prestiżowego stanowiska doprowadziło siedemdziesięciosześciolatka do samobójstwa, a ponieważ chora na demencję żona nie mogła sobie bez niego poradzić, postanowił uśmiercić również ją.
- Tak zwane rozszerzone samobójstwo - mruknął Carl.
- Brukowce nazwały to zabójstwem z litości. Wszyscy doszli do takiego wniosku, i rodzina, i byli współpracownicy, i policja. Że to dzieło męża. - Głos Gry zadrżał. - Ale kiedy słucha się tego nagrania...
Carl złożył okulary.
- Owszem, coś się tu nie zgadza - powiedział. - Tamtego dnia para nie była sama. W domu przebywała trzecia osoba.