Martwe anioły - Veronica Sjöstrand

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Czer­wiec 2007

Ogromne lampy wy­glą­dały jak roz­ża­rzone sku­pi­ska ba­niek my­dla­nych za­trzy­mane w po­ło­wie drogi do su­fitu. Na par­kie­cie tło­czyły się ciała im­pre­zo­wi­czów. Czer­wone świa­tła re­flek­to­rów i ogłu­sza­jąca mu­zyka do­dat­kowo po­tę­go­wały su­ge­stywny i zmy­słowy na­strój. Była trze­cia nad ra­nem. W po­wie­trzu uno­siła się woń per­fum, potu i al­ko­holu. Za wiel­kimi oknami wi­dać było tłum roz­ba­wio­nych lu­dzi na placu Stu­re­plan.

Sie­działa na wy­so­kim stołku ba­ro­wym, on stał obok. Bli­sko. Mu­skał udem jej ko­lano. Ona ba­wiła się się­ga­jącą głę­boko w de­kolt za­wieszką na łań­cuszku. Śmiała się. Zwil­żyła wargi czub­kiem ję­zyka, a on gła­skał ją po ple­cach. Od go­dziny pro­wa­dzili oży­wioną roz­mowę. Tylko raz od­wró­cił od niej spoj­rze­nie, żeby za­mie­nić kilka słów z prze­cho­dzą­cym obok sze­fem klubu, który przy­wi­tał się po przy­ja­ciel­sku, uro­czo mę­skim uści­skiem.

O czwar­tej wy­szli, trzy­ma­jąc się za ręce. Noc była cie­pła i przy­jemna. Pach­niało la­tem, zie­mią i wil­go­cią świeżo sko­szo­nych traw­ni­ków w parku Hum­le­g?r­den, as­falt od­da­wał na­gro­ma­dzone w dzień cie­pło. Ła­godny wiatr pie­ścił jej na­gie ra­miona, wciąż roz­grzane słoń­cem. Mi­nęli ka­wiar­nię L'An­go­los i Bi­blio­tekę Kró­lew­ską, któ­rej ele­wa­cja wy­glą­dała chro­po­wato i zło­wrogo w nie­bie­ska­wym świe­tle nocy. Gwar ze Stu­re­plan ucichł.

- Dasz się za­pro­sić na drinka? - spy­tał.

- Ja­sne, o ile do­stanę też cie­bie - od­po­wie­działa. Pro­wa­dząc, ca­ło­wał ją co chwilę w szyję.

Po­szli do niego. Przy­go­to­wał gin z to­ni­kiem dla niej i dla sie­bie. Wzięła szklankę i po­ca­ło­wała go na­mięt­nie w usta.

Przez okno wpa­dły do środka pierw­sze pro­mie­nie słońca. Wło­żył jej majtki i białą su­kienkę do kar­to­no­wego pu­dła. Z ma­leń­kiej to­rebki wy­jął te­le­fon ko­mór­kowy, po­gła­skał go, wy­łą­czył i po­ło­żył na noc­nym sto­liku. To­rebka i szpilki rów­nież wy­lą­do­wały w kar­to­nie. Na wierz­chu uło­żył bi­bułę. Ku­pione w Gra­ni­cie przy Hötor­get ele­ganc­kie białe pu­dło po­sta­wił na półce w gar­de­ro­bie. Miał tam już trzy iden­tyczne. Póź­niej długo stał pod go­rą­cym prysz­ni­cem, umył zęby, wy­czy­ścił je ni­cią den­ty­styczną, a po­tem użył jesz­cze płynu do płu­ka­nia jamy ust­nej. Za­ło­żył do­brze skro­jony letni lniany gar­ni­tur w ko­lo­rze pia­sko­wego beżu i białą ko­szulę. Po chwili za­sta­no­wie­nia wy­brał pro­ste spinki do man­kie­tów ze szczot­ko­wa­nego sre­bra. Przej­rzał się w lu­strze. Sta­ran­nie za­cze­sał do tyłu pół­dłu­gie ciem­no­brą­zowe włosy. Roz­tarł w dło­niach odro­binę żelu i wy­gła­dził nim fry­zurę. Na­ło­żył go też tro­chę na bar­dzo re­gu­larne czarne brwi. Pod­szedł bli­żej lu­stra i spoj­rzał z dez­apro­batą na swoje od­bi­cie. Się­gnął po pę­setę, żeby wy­rwać nie­sforny wło­sek z pra­wej brwi. Na jego twa­rzy od­ma­lo­wało się za­do­wo­le­nie. Wziął te­le­fon le­żący na noc­nej szafce. Za­brał dużą wa­lizkę z przed­po­koju i wy­szedł.

Roz­dział 2

W piąt­kowe przed­po­łu­dnie po­wie­trze było cięż­kie i lep­kie. Pa­no­wał wręcz tro­pi­kalny upał. Sztok­holm pach­niał tego dnia tak, jakby le­żał nad Mo­rzem Śród­ziem­nym. Pra­wie jak Rzym. Mie­sza­nina go­rąca, wil­goci i spa­lin da­wała fan­ta­styczny efekt. W słu­chaw­kach roz­brzmie­wała Me­lissa Ethe­ridge. Ale nie te nowe, po­powe ka­wałki, tylko jedna z jej pierw­szych płyt, z sil­nymi ak­cen­tami gi­ta­ro­wymi, mroczna, emo­cjo­nalna i asce­tyczna. We­szłam do mi­nia­tu­ro­wego parku Te­gnér­lun­den. Bar­dzo go lu­bi­łam, choć obej­mo­wał tylko nie­wielki pa­gó­rek z kil­koma drze­wami i imi­ta­cję stru­myka z blo­ków ka­mien­nych i be­tonu. Miał jed­nak w so­bie coś szcze­gól­nego. Pa­no­wały w nim spo­kój i ci­sza miej­skiego parku w wy­da­niu mini. Prze­cze­sa­łam włosy pal­cami i unio­słam loki, pró­bu­jąc schło­dzić spo­cony kark. Gdy pod­nio­słam wzrok, zo­ba­czy­łam sto­jący na szczy­cie pa­górka bez­względ­nie wspa­niały, ab­sur­dalny po­sąg Strind­berga. Po­de­szłam do niego z uśmie­chem na twa­rzy. Po­mnik skła­dał się z wiel­kiej li­tej skały, na któ­rej sie­dział pi­sarz. Jego mu­sku­larne ciało przy­po­mi­nało ja­kie­goś nor­dyc­kiego boga, a po­zy­cja mo­gła na­pa­wać dumą każ­dego, kto kie­dy­kol­wiek po­zo­wał nago. Prze­cho­dząc obok, po­gła­ska­łam ma­sywną pod­stawę po­mnika. Za­sta­na­wia­łam się: czy po­do­bałby się sa­memu Strind­ber­gowi? Chyba pod­łech­tałby jego ego.

Skrę­ci­łam w Drot­t­ning­ga­tan. Nie po­tra­fi­łam się oprzeć, żeby nie po­kle­pać po gło­wie jed­nego z ka­mien­nych lwów, które stały po­środku drogi ni­czym dwa mil­czące sfinksy. Daw­niej były białe, te­raz zro­biły się szare ni­czym po­myje i ły­sawe w miej­scach, gdzie gła­skali je wszy­scy przede mną.

Prze­chy­li­łam głowę, żeby od­czy­tać bie­gnące wzdłuż ulicy cy­taty wy­pi­sane wto­pio­nymi w na­wierzch­nię błysz­czą­cymi me­ta­lo­wymi li­te­rami, upstrzone gdzie­nie­gdzie przy­dep­taną gumą do żu­cia. To też Strind­berg. "Za­wsze mnie ko­chaj, ina­czej prze­gryzę ci gar­dło i umrzesz". Ależ mi­lutki. Orzeź­wia­jąco nie­nor­malny. Przy­po­mi­nał naj­waż­niej­szy te­mat na żół­tej ta­blicy z na­głów­kami ga­zet w oknach 7-Ele­ven. "Ciało 28-let­niej za­mor­do­wa­nej ko­biety ukryte w wa­lizce". Może już czas wró­cić do pracy. Po­czu­łam ukłu­cie stra­chu. Prze­su­nę­łam pal­cami wzdłuż bli­zny bie­gną­cej od le­wej strony szyi w dół przez prawą pierś. Nie wie­dzia­łam, kiedy będę mo­gła znów pra­co­wać, czy po­wrót jest w moim przy­padku w ogóle moż­liwy i czy na­dal by­łam w tym do­bra. Choć bar­dzo bym chciała, wręcz ma­rzy­łam o po­wro­cie do pracy. Ode­zwały się nerwy i fru­stra­cja.

Nie. Dzi­siaj nie chcę żad­nych śmierci i nie­szczę­ścia. Żad­nych lę­ków. Ostat­nio było tego za dużo. Dzi­siaj - urzą­dza­nie domu, ju­tro - rze­czy­wi­stość.

We­szłam do Tin­ta­rella Di Luna, przy­tul­nej ka­wia­renki, nie więk­szej niż dziura w ścia­nie. Mię­dzy sto­li­kami było cia­sno, na ścia­nach wi­siały wy­cinki z wy­ni­kami ligi wło­skiej. Wy­śmie­nita kawa i za­wsze pełno lu­dzi. Ro­zej­rza­łam się za Eme­lie. Wzięła dzień wolny, że­by­śmy mo­gły po­świę­cić cały pią­tek na bez­wstydny shop­ping, nie na­ra­ża­jąc się na tłumy w skle­pach. Nie­dawno ku­pi­łam miesz­ka­nie i po­trze­bo­wa­łam wszyst­kiego, od farby do ma­lo­wa­nia ścian po za­słony, żeby mój dom za­czął ja­koś wy­glą­dać. Eme­lie nie było. Jesz­cze nie przy­szła. Za­wsze się spóź­niała.

Wzię­łam latte i usia­dłam na krze­śle w ni­szy okien­nej. Na ścia­nie obok wy­so­kiego stołu w oknie wi­siał opra­wiony w ramkę afisz fil­mowy. Słod­kie ży­cie. Fan­ta­styczny ob­raz z pa­lą­cym pa­pie­rosa Mar­cello Ma­stro­ian­nim w od­cie­niu nie­bie­skim i tań­czącą Anitą Ek­berg na złoto-czer­wo­nym tle. Pa­sja. Ko­bie­cość i mę­skość. Na dole afi­sza, nie­wiel­kimi li­te­rami, jako pierw­sza wy­mie­niona była Anouk Aimée. Po­cząt­kowo nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć kto to.

- Tak wła­śnie po­winny wy­glą­dać ko­biety! A nie jak wie­szaki na ubra­nia!

Sto­jąca za mną Eme­lie wska­zała dło­nią afisz. Sama była w ty­pie Anity Ek­berg. Jej pełne kształty, sto sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, brą­zowe oczy i ob­cięte na pa­zia blond włosy rzu­cały się w oczy. Za­zdro­ści­łam jej, bo sama na­le­ża­łam do tych chu­der­la­wych, pła­skich jak de­ska i mało dys­tyn­go­wa­nych. By­łam zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem Eme­lie: sto pięć­dzie­siąt sześć cen­ty­me­trów wzro­stu, krę­cone czarne włosy, azja­tyc­kie oczy i blada skan­dy­naw­ska kar­na­cja. Tak zwana uro­cza brzy­dula - jed­nego dnia mo­głam wy­glą­dać nie­zgrab­nie i nie­chluj­nie, ko­lej­nego sama so­bie wy­da­wa­łam się atrak­cyjna, inna, w po­zy­tyw­nym tego słowa zna­cze­niu. Nie wie­dzia­łam tylko, co tu zro­bić, żeby wię­cej dni na­le­żało do tej ład­niej­szej wer­sji mnie sa­mej.

- Dzięki - po­wie­dzia­łam, uno­sząc brwi.

- Prze­cież cho­dziło mi o ta­kie, "któ­rym że­bra wy­stają, a głowa wy­daje się za duża w sto­sunku do reszty ciała". Nie ta­kie jak ty. Chcia­ła­bym mieć twoje geny. Ty ni­gdy nie ty­jesz. A ja na­bie­ram ciała na samą myśl o bu­łecz­kach cy­na­mo­no­wych. Patrz! - Eme­lie zła­pała w palce ukrytą pod ża­kie­tem fałdkę w pa­sie. Za­wsze no­siła nie­mal ide­al­nie do­pa­so­wane gar­sonki, tym­cza­sem ja pre­fe­ro­wa­łam dzi­waczne po­łą­cze­nia dżin­sów i blu­zek z se­cond handu, naj­chęt­niej w in­ten­syw­nych, czy­stych ko­lo­rach. Nie­wiele nas łą­czyło pod wzglę­dem wy­glądu, a jed­nak z ni­kim nie by­łam zwią­zana bli­żej. Zna­ły­śmy się od siód­mego roku ży­cia.

- No, straszne! Nie mam więc wyj­ścia, mu­szę cię od niej uwol­nić - po­wie­dzia­łam, wy­cią­ga­jąc rękę po bu­łeczkę cy­na­mo­nową, którą trzy­mała na ta­le­rzyku.

- Ni­gdy w ży­ciu! Kup so­bie wła­sne ka­lo­rie!

Star­szy pan sie­dzący przy sto­liku obok spoj­rzał na nas z dez­apro­batą znad "Sven­ska Dag­bla­det". Eme­lie usia­dła obok mnie, prze­ła­mała bu­łeczkę na pół i po­dała mi ka­wa­łek.

- Pro­szę. To jaki jest plan? - spy­tała, za­nim nad­gry­zła swoją po­łówkę.

- Drot­t­ning­ga­tan, Sve­avägen, R?d­mans­ga­tan, Bir­ger Jarls­ga­tan, a na ko­niec NK. Je­śli cho­dzi o lunch, ty wy­bie­rasz miej­sce, a ja płacę. Na za­koń­cze­nie za­pra­szam do mnie na wino i ko­la­cję. Może być?

- Fan­ta­stycz­nie. Tyle że ko­la­cję i wino mu­szę od­pu­ścić, bo umó­wi­łam się wie­czo­rem z ro­dzi­cami. - Ru­szała szczę­kami, spo­glą­da­jąc na mnie ba­daw­czo. - Ja­kie wra­że­nia z miesz­ka­nia na swoim? Za­czy­nasz się przy­zwy­cza­jać?

Znała mnie aż za do­brze. Uni­ka­łam jej spoj­rze­nia, pa­trzy­łam na ulicę, otwie­ra­jące się sklepy i prze­cho­dzą­cych lu­dzi.

- Tak. Nie. Nie wiem. Cza­sem mnie to prze­raża, cza­sem jest su­per. Jesz­cze się nie przy­zwy­cza­iłam, ale w końcu bę­dzie do­brze.

Eme­lie się uśmiech­nęła.

- W po­rządku! Ale na­dal cho­dzisz do psy­cho­loga?

- Oczy­wi­ście. Choćby po le­kar­stwa. Ale nie, lu­bię go, na­prawdę jest do­bry.

Ja­kieś pięt­na­ście lat temu, gdy by­łam na­sto­latką, moim ży­ciem rzą­dziła ner­wica na­tręctw. Nie było dnia, że­bym nie my­ślała ze stra­chem, że wróci i roz­bije mi świat na ka­wałki. Ni­czym trzeźwy al­ko­ho­lik cią­gle cier­pia­łam na OCD, ob­ses­sive com­pul­sive di­sor­der, czyli za­bu­rze­nia ob­se­syjno-kom­pul­sywne, tyle że w tej chwili nie mia­łam ob­ja­wów cho­roby.

Eme­lie się ro­ze­śmiała.

- Może po­win­nam wziąć od cie­bie jego nu­mer. Mam wra­że­nie, że zbliża się do mnie de­pre­sja. Sa­motne ży­cie mnie wy­kań­cza. Po­trze­buję fa­ceta!

Ukryty za ga­zetą męż­czy­zna sie­dzący za nami nie­omal za­krztu­sił się kawą.

- Prze­pro­wadź się do mnie - za­pro­po­no­wa­łam.

- W ży­ciu!

Pół­tora roku temu to ja za­miesz­ka­łam u niej. Za­pro­siła mnie do sie­bie, gdy za­dzwo­ni­łam, żeby opo­wie­dzieć, co się stało i że po­sta­no­wi­łam wró­cić do Sztok­holmu.

- Stwo­rzymy klub zła­ma­nych dusz, ty, cu­dem oca­lała z mor­der­stwa, i ja, ofiara nie­wier­nego su­kin­syna. Mój pro­blem nie jest aż tak po­ważny, a i tak czuję się podle. Bę­dzie nam su­per.

Po­mysł fak­tycz­nie był tra­fiony. Te­raz mogę już przy­znać, że przez pierw­sze mie­siące nie da­ła­bym so­bie rady sama. Wtedy nie zda­wa­łam so­bie sprawy, ja­kie ślady zo­sta­wił we mnie ten na­pad. Przez więk­szą część roku cier­pia­łam na ze­spół stresu po­ura­zo­wego i na­pady lęku. Wyj­ście z tego stanu nie było ła­twe, ale przy po­mocy Le­ifa, psy­cho­loga, i Eme­lie po­woli do­cho­dzi­łam do sie­bie. W końcu po­czu­łam, że po­trzebne mi wła­sne miesz­ka­nie. Była to nie­zwy­kle ważna de­cy­zja. Prawda jest bo­wiem taka, że przez całe do­ro­słe ży­cie za­wsze miesz­ka­łam z kimś: przez ja­kiś czas z bab­cią, w cza­sach stu­denc­kich w aka­de­miku z Eme­lie, w USA wspól­nie z trzema sza­lo­nymi nor­we­skimi stu­dent­kami na wy­mia­nie i tak da­lej.

Ale na­de­szła wła­ściwa pora, żeby się usa­mo­dziel­nić. Wspól­nie z Eme­lie ru­szy­ły­śmy na łowy na sztok­holm­skim rynku nie­ru­cho­mo­ści miesz­ka­nio­wych. Przez dwa in­ten­sywne let­nie mie­siące cią­gle prze­py­cha­ły­śmy się przez tłumy lu­dzi oglą­da­ją­cych ko­lejne miesz­ka­nia. Ostat­nie oka­zało się strza­łem w dzie­siątkę. Wy­bra­łam je, za­nim prze­kro­czy­łam jego próg. Wę­dro­wa­ły­śmy na pre­zen­ta­cję pie­szo przez Kungs­bron, ła­piąc rześ­kie, pach­nące wodą po­wiewy wia­tru, które da­wały chwi­lową ulgę od upału. Ze­szły­śmy z mo­stu na drogę bie­gnącą wzdłuż ka­nału, obok chiń­skiej re­stau­ra­cji o mało od­kryw­czej na­zwie Hong Kong.

- Naj­star­sza chiń­ska re­stau­ra­cja w Sztok­hol­mie. Jedna z lep­szych, po­win­ny­śmy się tam wy­brać. Po­dają po­dobno praw­dziwą kaczkę po chiń­sku - oznaj­miła Eme­lie, wska­zu­jąc pal­cem wi­trynę.

Droga była tak wą­ska, że sa­mo­chód le­dwo się tu mie­ścił. Po jed­nej stro­nie stały mo­der­ni­styczne wie­żowce o su­ro­wej for­mie. Brą­zowe ma­towe ele­wa­cje i po­zba­wione ozdób białe bal­kony. Po dru­giej stro­nie traw­nik i ro­so­chate wierzby. Ścieżka spa­ce­rowa i kilka łó­dek pod­ska­ku­ją­cych na fali. Po­czu­łam, że chcę tu miesz­kać.

Miesz­ka­nie prze­szło moje wy­obra­że­nia. Trzy po­koje. Bal­kon wiel­ko­ści al­tany z wi­do­kiem na ka­nał. Wnę­trze mocno znisz­czone, bez­na­dziejne ko­lory ścian, ale roz­kład aku­rat dla mnie. Ła­zienka z kla­sycz­nymi funk­cjo­nal­nymi ka­fel­kami w od­cie­niu bu­tel­ko­wej zie­leni. Za­pra­gnę­łam je mieć. Tętno mi przy­spie­szyło.

Przy­glą­da­łam się in­nym oglą­da­ją­cym. Ilu było fak­tycz­nie za­in­te­re­so­wa­nych? Ile mieli do wy­da­nia? Uszczyp­nę­łam Eme­lie w ra­mię. Od­wró­ciła się do mnie, a ja dys­kret­nie, choć sta­now­czo ski­nę­łam głową.

- Czy miesz­ka­nie było za­lane? - za­py­tała gło­śno Eme­lie. - Wy­raź­nie czuć pleśń.

Uśmiech­nę­łam się. To kom­pletna wa­riatka, ale su­per­przy­ja­ciółka. Po wy­ra­że­niu przez Eme­lie po­dej­rzeń co do stanu lo­kum da­łam agen­towi nie­ru­cho­mo­ści wi­zy­tówkę z nu­me­rem te­le­fonu. Uda­wa­łam, że nie znam tej po­dejrz­li­wej ko­biety.

Wy­gra­łam li­cy­ta­cję. Nie mu­sia­łam się wcale na­pi­nać.

Wpro­wa­dzi­łam się, przy­wo­żąc ze sobą kilka sztuk me­bli, fo­tel z pod­ło­kiet­ni­kami, dużą ko­re­ań­ską ko­modę, kilka kar­to­nów z książ­kami i ubra­niami oraz odzie­dzi­czony po babci wielki po­sąg Buddy. W pierw­szym rzu­cie na­ku­po­wa­łam ro­ślin do­nicz­ko­wych, któ­rymi za­peł­ni­łam pu­stawe wnę­trza. Na bal­ko­nie usta­wi­łam duże skrzy­nie na kwiaty. Zie­leń wy­jąt­kowo mnie re­lak­suje. Te­raz mu­sia­łam spra­wić so­bie resztę me­bli i farby. Mia­łam jed­nak mocno ogra­ni­czony bu­dżet. Na­dal do­sta­wa­łam wpraw­dzie wy­na­gro­dze­nie od Mo­dus Ope­randi Inc. z No­wego Jorku, gdzie pra­co­wa­łam jako pro­fi­lerka w cza­sie na­padu, ale nie były to wiel­kie kwoty. Te wpłaty za­głu­szały wy­rzuty su­mie­nia, które drę­czyły mo­jego by­łego szefa Toma, że zo­sta­wił mnie samą z tamtą sprawą. To nie jego wina, że zo­sta­łam za­ata­ko­wana na służ­bie, tylko moja, ale obec­nie bar­dzo po­trze­bo­wa­łam tych pie­nię­dzy. A że na­le­gał, to nie pro­te­sto­wa­łam. Po­kaźna suma od­szko­do­wa­nia, którą do­sta­łam z ame­ry­kań­skiego ubez­pie­cze­nia, po­szła na miesz­ka­nie, więc te­raz mu­sia­łam oszczę­dzać.

Eme­lie ob­li­zała palce i oczy­ściła ta­le­rzyk z po­zo­sta­łych krysz­tał­ków cu­kru. Na ulicy za oknem zro­biło się ru­chli­wiej, było co­raz wię­cej prze­chod­niów.

- Masz li­stę za­ku­pową?

- Li­stę? Nie.

Wy­wró­ciła oczami i wy­cią­gnęła kartkę.

- No to pi­szemy.

Pa­trzyła na mnie wy­cze­ku­jąco, trzy­ma­jąc dłu­go­pis w po­go­to­wiu. Po­dra­pa­łam się po gło­wie.

- Hm, po­trze­buję farby do sy­pialni.

Eme­lie ski­nęła i za­pi­sała:

- Farba. Pędzle. Masa szpa­chlowa, szpa­chla, pa­pier ścierny, rę­ka­wiczki. Okej. Coś jesz­cze?

Ro­ze­śmia­łam się.

- Po­ściel, ręcz­niki i inne rze­czy po­trzebne lu­dziom. Może wia­dro z mo­pem, ale zdaję się w tym wzglę­dzie na cie­bie!

Po do­pi­sa­niu ko­lej­nych rze­czy do li­sty ru­szy­ły­śmy wresz­cie w drogę. Nie za­szły­śmy jed­nak da­leko. Przy pierw­szej wy­sta­wie za ka­wiar­nią Eme­lie krzyk­nęła i zła­pała mnie za ra­mię.

- Mu­szę tu wejść!

Prze­kro­czy­ły­śmy próg nie­wiel­kiego skle­piku o bia­łych ścia­nach. Spoj­rza­łam ze zdzi­wie­niem na wielki re­gał, do któ­rego po­de­szła Eme­lie. Po­środku tło­czyły się che­ru­biny, aniołki, ru­sałki i fi­gurki Je­zusa. Po le­wej czarne, lśniące po­sążki Ozy­rysa i Anu­bisa, po pra­wej Ga­neśa i Budda ze szczot­ko­wa­nego mo­sią­dzu. Sza­lona mie­szanka sty­lów i re­li­gii. Sym­bole bez praw­dzi­wych ko­rzeni - ich zna­cze­nie zo­stało bru­tal­nie wy­rwane z kon­tek­stu, żeby ła­twiej było je stra­wić. Kup to, żeby od­zy­skać har­mo­nię, albo to, je­śli szu­kasz no­wej mi­ło­ści. Dok­tor Phil wszel­kich re­li­gii. Nie po­do­bało mi się coś ta­kiego, lecz nie po­tra­fi­łam tego zu­peł­nie od­rzu­cić. Drogi na skróty i pro­ste roz­wią­za­nia są ku­szące. Ale w ży­ciu nic nie jest pro­ste. Bab­cia cią­gle po­wta­rzała, że coś, co nie wy­maga wy­siłku, nie ma w so­bie siły. Była bud­dystką. Za­zdro­ści­łam jej cier­pli­wo­ści i ak­tyw­no­ści re­li­gij­nej, bo sama nie by­łam lep­sza od Eme­lie, ko­lek­cjo­nu­ją­cej aniołki z imi­ta­cji mar­muru. Też cią­gle szu­ka­łam, wąt­pi­łam i da­wa­łam się ku­sić pro­stym roz­wią­za­niom.

Po­sta­no­wi­łam po­cze­kać na ze­wnątrz i wy­szłam na ulicę. Opar­łam się o chro­po­watą ka­mienną ele­wa­cję. Po dru­giej stro­nie znaj­do­wała się księ­gar­nia Wod­nik. Taki sam misz­masz jak skle­pik z fi­gur­kami, tyle że z książ­kami. By­łam tam wie­lo­krot­nie, ale za­wsze na­cho­dził mnie strach przed wy­bo­rem lek­tury, która miała mi za­pew­nić tak de­spe­racko po­szu­ki­waną we­wnętrzną har­mo­nię. Skąd mia­łam wie­dzieć, który z fi­lo­zo­fów albo która re­li­gia były wła­śnie dla mnie? Po dru­giej stro­nie ka­wiarni mie­ścił się skle­pik z ar­ty­ku­łami ero­tycz­nymi dla ko­biet, a ka­wa­łek da­lej w stronę cen­trum bu­tik dla ama­to­rów ha­ftu krzy­ży­ko­wego. Na­prze­ciwko sa­lonu z suk­niami ślub­nymi. Uśmiech­nę­łam się. Ten frag­ment Drot­t­ning­ga­tan cha­rak­te­ry­zo­wał się chyba naj­więk­szym roz­dwo­je­niem jaźni. Usły­sza­łam dźwięk dzwonka nad drzwiami sklepu i zo­ba­czy­łam Eme­lie; trzy­mała w dłoni ma­lutką to­rebkę i wy­glą­dała na za­do­wo­loną. Unio­słam py­ta­jąco brew.

- Zna­la­złaś coś?

- Mhm.

Po­krę­ci­łam głową.

- Co taką my­ślącą ko­bietę jak ty cią­gnie do tych anioł­ków?

Zbie­rała aniołki, od­kąd ją zna­łam. Naj­bar­dziej po­do­bały jej się te ozdobne, mocno na­pu­szone. Miała ich w domu cały re­gał. Do tego li­te­ra­turę o anio­łach. Nie mo­głam tego zro­zu­mieć.

- Lo­gika to nie wszystko, po­trze­buję też tro­chę uczuć.

- Nie poj­muję - mruk­nę­łam w od­po­wie­dzi.

- Wiem, ktoś tak twardo stą­pa­jący po ziemi tego nie zro­zu­mie.

Eme­lie się ro­ze­śmiała i przy­tu­liła się do mnie. Po­tem ru­szy­ły­śmy na Hötor­get.

Po dłu­gich dys­ku­sjach i roz­wa­ża­niach udało mi się ku­pić farbę do sy­pialni i wszyst­kie na­rzę­dzia, które we­dług Eme­lie były mi po­trzebne. Do tego spra­wi­łam so­bie piękną pi­ko­waną orze­chowo-po­ły­sku­jącą na­rzutę na łóżko i oku­lary sło­neczne. Ja­dły­śmy lunch w IKKI w hali tar­go­wej na Hötor­get, gdy ode­zwał się mój te­le­fon.

- Cześć. Tu Ric­kard Ma­gnus­son.

- Cześć, Ric­kar­dzie! Jak miło, strasz­nie dawno się nie sły­sze­li­śmy. - Mu­sia­łam za­sło­nić dru­gie ucho ręką, żeby usły­szeć jego słowa. Na­si­la­jący się w po­rze lun­chu szmer roz­mów i szczęk sztuć­ców oraz por­ce­lany sku­tecz­nie go za­głu­szał. Pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, kiedy wi­dzia­łam go po raz ostatni. To było wiele lat temu. Nasi ro­dzice się przy­jaź­nili, więc w dzie­ciń­stwie spę­dzi­li­śmy ra­zem wiele im­prez no­wo­rocz­nych i za­li­czy­li­śmy mnó­stwo spo­tkań przy grillu, ale chyba ni­gdy nie spo­ty­ka­li­śmy się sam na sam.

- Tak, wieki temu. Mam py­ta­nie... Wiem, że dzwo­nię znie­nacka, ale czy zna­la­zła­byś chwilę dla mnie dziś po po­łu­dniu? Sta­wiam do­brą kawę.

Za miło brzmią­cymi sło­wami dało się wy­czuć na­pię­cie i stres. To coś no­wego, bo za­zwy­czaj Ric­kard był spo­kojny i wy­lu­zo­wany.

- Oczy­wi­ście. Mogę mieć dla cie­bie go­dzinkę koło trze­ciej, je­śli ci pa­suje. - Nie mo­głam mu od­mó­wić, za bar­dzo chcia­łam się do­wie­dzieć, o co cho­dzi. Eme­lie na pewno zro­zu­mie. Wła­śnie za­mie­rza­łam za­py­tać, w czym rzecz, gdy prze­rwał mi w pół słowa:

- Do­brze. Czyli o trze­ciej w oko­licy Svam­pen, może być?

- Ja­sne, a co... - za­czę­łam. Roz­łą­czył się, za­nim zdą­ży­łam do­koń­czyć py­ta­nie. Wpa­try­wa­łam się w ekran.

- Mam na­dzieję, że skoro za­mie­rzasz mnie po­rzu­cić, to cho­dzi o praw­dzi­wego przy­stoj­niaka - sko­men­to­wała Eme­lie.

- Ric­kard Ma­gnus­son, po­li­cjant. Pa­mię­tasz?

- Aha! Ja­sne, że tak. Był na sześć­dzie­siątce two­jego taty, tak? Typ pro­fe­sor­ski, ale dia­blo przy­stojny.

- Tak, ten opis do niego pa­suje. Umó­wi­łam się tylko na go­dzinę, a po­tem mo­żemy da­lej bu­szo­wać po skle­pach.

- Nie ma pro­blemu. - Eme­lie mach­nęła pa­łecz­kami. - Przej­rzę so­bie w tym cza­sie ma­ile.

Wes­tchnę­łam i spoj­rza­łam w su­fit. Eme­lie była wy­bit­nie zdolną pro­gra­mistką, przy tym ciężko uza­leż­nioną od kom­pu­tera. Za­im­po­no­wała mi dzi­siaj tym, że już od kilku go­dzin nie spraw­dzała nic na swoim black­ber­rym, choć do­ma­gał się jej uwagi, wy­sy­ła­jąc ci­che sy­gnały z wnę­trza jej prze­past­nej to­rebki.

Roz­dział 3

Zo­sta­wi­łam Eme­lie sie­dzącą na po­mię­tym eg­zem­pla­rzu "Me­tro" na scho­dach do fil­har­mo­nii, z te­le­fo­nem na ko­la­nach, cał­ko­wi­cie po­chło­niętą prze­glą­da­niem poczty. Wo­kół niej pa­ra­do­wała spora ar­mia go­łębi, ale moja przy­ja­ciółka nie zwra­cała na nie uwagi. Roz­ba­wiło mnie to. Była kom­plet­nie szur­niętą pra­co­ho­liczką. Dwa lata temu zre­zy­gno­wała ze świet­nie płat­nej po­sady eks­pertki do spraw za­bez­pie­czeń prze­ciw cy­be­ra­ta­kom i otwo­rzyła wła­sną dzia­łal­ność. Zbu­do­wała fan­ta­styczny ze­spół, pię­ciu su­perz­dol­nych mło­dych chło­pa­ków, lecz wy­wal­cze­nie so­bie miej­sca na rynku oka­zało się trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wała. Jej firma, In­fo­sec, do­sta­wała wpraw­dzie sporo ma­łych zle­ceń, ale cią­gle cze­kała na coś więk­szego, ja­kąś dłu­go­fa­lową umowę da­jącą po­rządny zysk. Wie­dzia­łam, że się mar­twi, bo firma miała dużo więk­sze kło­poty fi­nan­sowe, niż Eme­lie się przy­zna­wała, i z ca­łego serca ży­czy­łam jej po­wo­dze­nia, na które na­prawdę so­bie za­słu­żyła. Im­po­no­wała mi upo­rem, in­te­li­gen­cją, a już szcze­gól­nie od­wagą.

La­wi­ro­wa­łam w tłu­mie prze­chod­niów na Kungs­ga­tan. Ruch pie­szych mocno ku­lał, po­nie­waż sztok­holm­czycy ma­sze­ro­wali zde­cy­do­wa­nym, szyb­kim kro­kiem, a tu­ry­ści prze­miesz­czali się nie­spiesz­nie, roz­glą­da­jąc się cały czas na boki. Włą­czy­łam so­bie od­ci­nek pod­ca­stu ko­me­dio­wego, który nie­dawno ścią­gnę­łam na iPoda, ale nic nie mo­głam usły­szeć, na­wet gdy na­sta­wi­łam go na pełny re­gu­la­tor. Na ulicy pa­no­wał kom­pletny chaos, ude­ko­ro­wane cię­ża­rówki wio­zące szczę­śli­wych ma­tu­rzy­stów, któ­rzy wy­śpie­wy­wali swą ra­dość, wtó­ru­jąc dud­nią­cym z gło­śni­ków ryt­mom di­sco, trą­biący kie­rowcy in­nych sa­mo­cho­dów i sfru­stro­wani ro­we­rzy­ści. Skrzy­żo­wa­nie Sve­avägen i Kungs­ga­tan za­wsze się kor­ko­wało, nie­za­leż­nie od pory roku, ale w dniu roz­da­wa­nia świa­dectw ma­tu­ral­nych do­cho­dziło tam do praw­dzi­wej apo­ka­lipsy. Mu­szę przy­znać, że mi się to po­do­bało - po­smak kar­na­wału w tym za­zwy­czaj tak aku­rat­nym mie­ście. Ła­two tak jed­nak my­śleć, gdy aku­rat nie musi się ni­g­dzie do­je­chać sa­mo­cho­dem.

Na Stu­re­plan do­tar­łam dzie­sięć mi­nut przed cza­sem, więc przy­sia­dłam na fa­li­stym murku z ró­żo­wego gra­nitu po­sta­wio­nym wzdłuż Bir­ger Jarls­ga­tan. Było upal­nie, po­wie­trze znie­ru­cho­miało, a ha­łas z plat­form cię­ża­ró­wek roz­ko­ły­sa­nych przez roz­e­mo­cjo­no­wa­nych, szczę­śli­wych ma­tu­rzy­stów osią­gnął apo­geum. Na czer­wo­nym świe­tle stały wła­śnie trzy ta­kie po­jazdy wy­po­sa­żone w rów­nie wy­dajny sprzęt na­gła­śnia­jący. Som­mar ti­der, Like a Vir­gin i trudny do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia ka­wa­łek elek­tro­niczny skła­dały się na ka­ko­fo­nię nie do wy­trzy­ma­nia. Cie­kawe, że ucznio­wie za­wsze wy­bie­rali utwory z lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych. Prze­cież nie było ich jesz­cze wtedy na świe­cie. Wes­tchnę­łam, wy­ję­łam słu­chawki iPoda z uszu i spoj­rza­łam w stronę Svam­pen, czyli kul­to­wej wiatki w kształ­cie grzyba. Na pod­trzy­mu­ją­cej ka­pe­lusz ko­lum­nie wi­siały cztery prze­sta­rzałe czer­wone apa­raty te­le­fo­niczne na mo­nety, od­dzie­lone od sie­bie nie­wiel­kimi szkla­nymi prze­gro­dami. Nie­które lampy i te­le­fony były roz­bite, re­klamy ma­leń­kich klu­bów i ogło­sze­nia o kon­cer­tach po­kry­wały całą po­wierzch­nię ni­czym pat­chwork. Nikt już dzi­siaj nie uży­wał ta­kiego sprzętu, bo wszy­scy no­sili ko­mórki.

Lu­bi­łam to miej­sce. W cza­sie stu­diów do­ra­bia­łam, pra­cu­jąc w gi­gan­tycz­nym skle­pie z pły­tami w sa­mym środku Ga­le­rii Stu­re­plan, tam, gdzie te­raz jest sklep Mas­simo Dutti. Stu­re­hof był wtedy mrocz­nym an­giel­skim pu­bem, w któ­rym prze­sia­dy­wa­li­śmy ra­zem z chło­pa­kami pra­cu­ją­cymi w są­sia­du­ją­cym z nami skle­pie z plan­szów­kami. Te­raz mie­ściła się tam re­stau­ra­cja z ele­ganc­kimi bia­łymi ob­ru­sami na sto­łach i kel­ne­rami w uni­for­mach. Kiedy by­łam tu ostat­nim ra­zem, La­roy na­zy­wał się Ar­nolds i był sto razy mniej pre­ten­sjo­nal­nym klu­bem. Ge­ne­ral­nie tu­tej­sze knajpki nie były wtedy tak eks­klu­zywne i di­zaj­ner­skie. Dzi­siaj cały plac ema­no­wał mło­do­ścią, modą i emo­cjami. Wtedy dało się do­strzec więk­sze zróż­ni­co­wa­nie i luz.

Uśmiech­nę­łam się. Za­brzmiało to jak prze­my­śle­nia eme­rytki. Ale to prawda. Mimo swo­ich trzy­dzie­stu dwóch lat czu­łam się już za stara na za­bawę w noc­nych klu­bach na Stu­re­plan. Bra­ko­wało mi urody i mod­nych ciu­chów. Wo­la­ły­śmy z Eme­lie cho­dzić do Va­sa­stan, na drinka do Ma­mas & Ta­pas albo do któ­rejś z mniej mod­nych knaj­pek wo­kół Kung­sholm­storg, gło­śnych i zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­ja­znych lu­dziom.

Upał ro­bił się nie do wy­trzy­ma­nia. Mia­łam na­dzieję, że Ric­kard za­raz się po­jawi. Prze­grze­ba­łam swoją wielką lnianą torbę, zna­la­złam dłu­go­pis i za jego po­mocą upię­łam so­bie włosy w kok na czubku głowy.

Zo­ba­czy­łam go pierw­sza. Szedł w tłu­mie prze­chod­niów, z ze­sta­wem słu­chaw­ko­wym na gło­wie. Ge­sty­ku­lo­wał gwał­tow­nie i coś mó­wił, jakby roz­ma­wiał z kimś nie­wi­dzial­nym. Jak zwy­kle miał na so­bie białą ko­szulę, czarne buty i do­pa­so­wane kla­syczne dżinsy. Ric­kard za­wsze bar­dziej sku­piał się na czyn­no­ściach umy­sło­wych niż spra­wach przy­ziem­nych w ro­dzaju mody czy je­dze­nia. No­sił nie­na­gan­nie od­pra­so­wane ubra­nia do­brej ja­ko­ści, ale cią­gle w tym sa­mym stylu, czyli dżinsy i białe ko­szule. Cza­sami zmie­niał ko­lor spodni na czarne lub gra­na­towe. Moż­liwe, że w cza­sie wol­nym po­zwa­lał so­bie na biały T-shirt w se­rek, a na im­prezy wkła­dał ma­ry­narkę. Kom­pletny brak fan­ta­zji i kre­atyw­no­ści, cho­dząca schlud­ność. I de­li­katne po­zo­sta­ło­ści po tam­tym spryt­nym, zwa­rio­wa­nym na punk­cie ksią­żek chło­paku, który dzi­siaj jest ko­mi­sa­rzem wy­działu kry­mi­nal­nego, które za­pewne do­strze­ga­łam już wy­łącz­nie ja, bo zna­łam go, od­kąd skoń­czył dzie­sięć lat.

Prze­cze­sał dło­nią po­tar­gane ciem­no­blond włosy, które do­ma­gały się strzy­że­nia od co naj­mniej pół roku. Wtedy mnie zo­ba­czył. Miał naj­mil­sze oczy pod słoń­cem, a dłu­gie rzęsy wcale nie uj­mo­wały mu mę­sko­ści. Nieco krzywy nos, mocno za­ry­so­wane, grube brwi i wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe nie czy­niły z niego pięk­ni­sia, ale nada­wały jego twa­rzy roz­ważny, in­te­re­su­jący wy­gląd. Uśmiech­nął się od ucha do ucha i za­koń­czył roz­mowę przez te­le­fon.

- Al­theo!

Ob­jął mnie na po­wi­ta­nie. Jego ra­dość wy­da­wała się au­ten­tyczna, ale w jego po­sta­wie cza­iło się na­pię­cie. Coś go gry­zło. Po­szli­śmy do ka­wiarni L'An­go­los, tuż obok wej­ścia do Hum­le­g?r­den. Ric­kard otwo­rzył przede mną drzwi i po­czu­łam ude­rze­nie przy­jem­nie chłod­nego po­wie­trza. Ode­tchnę­łam z ulgą i po­de­szłam do za­gra­co­nego bia­łego baru. Ric­kard wy­cią­gnął pod­nisz­czony port­fel z tyl­nej kie­szeni spodni.

- Latte? - spy­tał, pa­trząc na mnie.

- Tak, po­pro­szę.

Usie­dli­śmy na końcu sali w sa­mym rogu, jak naj­da­lej od zgiełku i upału. Spo­glą­da­łam na ulicę przez prze­szklone ściany. Po jed­nej stro­nie in­ten­sywny ruch uliczny na Bir­ger Jarls­ga­tan, po dru­giej do­stojne mury Bi­blio­teki Kró­lew­skiej, a za nią so­czy­sta zie­leń Hum­le­g?r­den. Gę­ste ko­rony lip ro­sną­cych przed sza­cow­nym gma­chem roz­pra­szały ostre świa­tło sło­neczne. Na chod­niku po­ja­wiały się tylko ma­lo­wane ja­snymi plam­kami ob­razy. Park wy­da­wał się te­raz wy­jąt­kowo pu­sty, za­zwy­czaj bo­wiem ob­le­gali go lu­dzie, któ­rzy za­ja­dali lunch na tra­wie w cie­niu drzew lub po pro­stu od­po­czy­wali. Może było dzi­siaj za go­rąco.

Ric­kard głę­boko wes­tchnął i ode­zwał się ści­szo­nym gło­sem.

- Przy­sze­dłem pro­sto z miej­sca prze­stęp­stwa. - Wska­zał głową na park. Wtedy obok bi­blio­teki zo­ba­czy­łam nie­bie­sko-białą ta­śmę od­gra­dza­jącą, którą roz­cią­gnęła po­li­cja. Czyli to dla­tego park się wy­lud­nił.

- Ko­bieta. Za­mor­do­wana za po­mocą nie­bo­tycz­nej dawki ko­ka­iny i za­pa­ko­wana w dużą wa­lizkę. Na­zy­wała się Jo­se­phine, zdrob­niale Tina, Hen­riks­son. Po­pu­larna DJ-ka. Dwa­dzie­ścia osiem lat.

- Wi­dzia­łam na­główki w ga­ze­tach.

- No wła­śnie. Prasa nas strasz­nie na­ci­ska.

- Ma­cie ja­kieś po­dej­rze­nia co do sprawcy?

Spoj­rza­łam na niego. Uni­kał mo­jego wzroku, kiw­nął głową. Blond grzywka opa­dła mu na oczy, od­su­nął ją na bok.

- Ktoś, praw­do­po­dob­nie mor­derca, wy­słał rano SMS-a do "Expres­sen" z na­zwi­skiem ofiary i wska­zówką, gdzie można zna­leźć ciało.

- SMS-a? No to...

- Po­win­ni­śmy go wy­śle­dzić? Ja­sne, pod wa­run­kiem, że mili re­por­te­rzy z "Expres­sen" prze­każą nam albo samą wia­do­mość, albo nu­mer te­le­fonu nadawcy. Ale nie chcą, po­wo­łują się na ochronę swo­ich źró­deł. Wszystko dla­tego, że nie zgo­dzi­łem się zdra­dzić im w za­mian in­for­ma­cji do­ty­czą­cych po­stę­po­wa­nia. Cho­lerne pa­jace.

Po­krę­cił głową. Za­pa­dła ci­sza. Nie by­łam pewna, ale czu­łam przez skórę, po co do mnie za­dzwo­nił.

- Cho­dzi o to, że to już trze­cie pra­wie iden­tyczne mor­der­stwo. Ofia­rami we wszyst­kich przy­pad­kach są młode dziew­czyny, które zni­kały po spę­dze­niu czasu w któ­rymś z klu­bów przy Stu­re­plan. Znaj­do­wa­li­śmy je mniej wię­cej dobę póź­niej, upchane w wiel­kich wa­liz­kach. Jak lalki. Pierw­szą z nich, Lottę, w sierp­niu ubie­głego roku. Zna­leź­li­śmy ją w Ha­ga­par­ken. Nu­mer dwa, czyli Annę, w maju tego roku w in­nym parku, Va­na­di­slun­den. W do­datku na placu za­baw. Trze­cią tu, w Hum­le­g?r­den.

- Je­ste­ście pewni, że sprawcą jest ta sama osoba?

- Mamy DNA z dwóch pierw­szych mor­derstw. W przy­padku trze­ciej trwa ana­liza.

I już wie­dzia­łam, dla­czego Ric­kard chciał się ze mną tak na­gle zo­ba­czyć. Od razu po­czu­łam przy­pływ zna­jo­mej fali pa­niki. Serce biło mi jak osza­lałe. Pra­gnę­łam tego naj­bar­dziej na świe­cie. Chcia­łam wró­cić do pracy. Jed­no­cze­śnie był to mój naj­więk­szy kosz­mar. Ba­łam się, że po ubie­gło­rocz­nym na­pa­dzie nie je­stem już taka do­bra jak wcze­śniej i że wyj­dzie to na jaw, gdy tylko się do tego we­zmę. Za­wsze wie­dzia­łam, że albo będę za­li­czać się do naj­lep­szych w tym za­wo­dzie, albo nie będę tego ro­bić wcale.

- Ga­zety roz­pi­sy­wały się na te­mat tych dwóch pierw­szych przy­pad­ków, więc to tylko kwe­stia czasu, żeby ja­kiś dzien­ni­karz z do­brą pa­mię­cią po­łą­czył ze sobą te mor­der­stwa i wy­sko­czył z ty­tu­łem Se­ryjny mor­derca na Stu­re­plan.

Po­czu­łam bo­le­sny ucisk w żo­łądku. Se­ryjny mor­derca na Stu­re­plan. Sztok­holm osza­leje. Prze­ra­ża­jące na­główki w ga­ze­tach, wy­stra­szeni lu­dzie, wzbu­rzone li­sty do re­dak­cji o nie­kom­pe­ten­cji po­li­cji. Prze­ży­łam wy­star­cza­jąco wiele do­cho­dzeń, żeby wie­dzieć, że Ric­karda cze­kały cięż­kie dni, pełne stresu i kon­flik­tów. W Szwe­cji pa­no­wało prze­ko­na­nie, że nie ma u nas se­ryj­nych mor­der­ców, że to wy­łącz­nie ame­ry­kań­ski fe­no­men. Ale to nie­prawda. Po­ja­wiali się we wszyst­kich kra­jach, w każ­dej kul­tu­rze, nisz­cząc wszyst­kie spo­łe­czeń­stwa i wszyst­kich lu­dzi na swo­jej dro­dze.

- Czy te dziew­czyny coś łą­czy? Wy­gląd, za­wód, coś in­nego? - Wy­pi­łam łyk kawy. Za­uwa­ży­łam, że drży mi ręka.

- Po­dobny wiek, koło trzy­dziestki. Atrak­cyjne, ale wcale nie w tym sa­mym ty­pie. Po­trze­bu­jemy two­jej po­mocy - po­wie­dział, pa­trząc mi w oczy. - Wiem, że nie zaj­mu­jesz się te­raz pro­fi­lo­wa­niem. Ale mu­sia­łem cię spy­tać, nie ma ni­kogo in­nego z po­dob­nym... do­świad­cze­niem jak ty.

- A ze­spół pro­fi­le­rów w Cen­tral­nym Biu­rze Śled­czym?

- Są za­wa­leni ro­botą na kilka lat do przodu. Poza tym nie mają lu­dzi, któ­rzy mo­gliby się włą­czyć do pracy ope­ra­cyj­nej. Po­trzebny mi ktoś, kto mógłby być człon­kiem grupy do­cho­dze­nio­wej, uczest­ni­czyć w co­dzien­nych na­ra­dach.

Spoj­rzał w stronę parku. Zza bu­dynku bi­blio­teki wy­szedł po­li­cjant w mun­du­rze.

- Na umowę zle­ce­nie, oczy­wi­ście. Co prawda na­sze stawki za zle­ce­nia są marne, ale jed­nak za­ro­bisz.

Uśmiech­nął się krzywo. Jego dłu­gie nogi le­dwo mie­ściły się pod sto­łem. Sie­dzia­łam lekko bo­kiem, żeby nie do­ty­kać jego ko­lan. Ema­no­wał fru­stra­cją i ener­gią. Pa­trzył w mil­cze­niu na park, po­tem znowu spoj­rzał na mnie. Wy­da­wało się, że dzięki em­pa­tii i szcze­ro­ści jego zie­lone oczy po­tra­fiły mnie przej­rzeć.

- Ten fa­cet to praw­dziwy po­twór. Kiedy sprawa wyj­dzie na jaw, wy­buch­nie pa­nika. - Po­tarł oczy dło­nią. - Co­kol­wiek zro­bię, do­cho­dze­nie bę­dzie cały czas kwe­stio­no­wane. Wy­star­czyło, że po­sta­no­wi­łem ścią­gnąć cię do ze­społu, i się za­częło. Ale mam to gdzieś. Mu­simy zro­bić wszystko, co w na­szej mocy.

Od­wró­cił głowę. Moje ciało gwał­tow­nie pro­te­sto­wało. Nie chcia­łam tego słu­chać. Ro­zu­mia­łam de­spe­ra­cję Ric­karda, na­prawdę chcia­łam mu po­móc. Ale czy będę po­tra­fiła? Czy się od­ważę? Prze­su­wa­łam dło­nią wzdłuż dłu­giej bli­zny na szyi. A je­śli nie dam rady, je­śli po­sy­pię się w środku do­cho­dze­nia? Na ile by to za­szko­dziło Ric­kar­dowi?

Po­pa­trzy­łam na niego. Wi­dzia­łam w nim zmę­cze­nie i stres, ale jego spoj­rze­nie nie stra­ciło daw­nego cie­pła. Na bla­dej twa­rzy wy­raź­nie ma­lo­wał się kil­ku­dniowy za­rost. Pra­co­wał pew­nie całą noc.

Jak mo­gła­bym mu od­mó­wić? By­łam do­brą pro­fi­lerką. To nie tylko moja praca, ale i pa­sja, choć w ostat­nim cza­sie bar­dzo sta­ra­łam się o tym za­po­mnieć. Moje umie­jęt­no­ści mo­gły mu po­móc.

- Daj mi czas do na­my­słu. Nie wiem, czy dam radę.

Oparł się wy­god­nie ple­cami, kiw­nął głową i głę­boko wes­tchnął.

- Okej. Masz. - Po­ło­żył na stole szarą ko­pertę wy­pchaną do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści pa­pie­rami. - Je­śli nie chcesz, nie mu­sisz tego czy­tać.

Ma­te­riały z do­cho­dzeń.

Ric­kard wy­jął wi­zy­tówkę i za­pi­sał na od­wro­cie dwa nu­mery te­le­fonu, a po­tem mi ją po­dał.

- Za­dzwoń, gdy po­dej­miesz de­cy­zję.

- Dzię­kuję. Na pewno za­dzwo­nię.

Nie by­łam w sta­nie wy­du­sić z sie­bie nic wię­cej. Ric­kard wstał. Ma­lu­jąca się na jego twa­rzy szczera tro­ska wska­zy­wała na to, że wie­dział, dla­czego się wa­ham. Na­głó­wek "Pro­fi­lerka ze Szwe­cji na­pad­nięta przez se­ryj­nego mor­dercę w No­wym Jorku" zro­biłby ka­rierę rów­nież w szwedz­kich ga­ze­tach. Po­czu­łam ulgę, wi­dząc, że wie, ja­kie są po­wody mo­jego wa­ha­nia, mia­łam jed­nak wra­że­nie, że jest go­tów prze­ko­ny­wać mnie tak długo, aż się zgo­dzę. Uści­snął mnie i ru­szył w stronę Hum­le­g?r­den. Chciało mi się pła­kać. Wi­dzia­łam, jak prze­szedł pod nie­bie­sko-białą ta­śmą po­li­cyjną. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie po­win­nam była pójść z nim i obej­rzeć miej­sce zbrodni. Czy tego chciał? Nie. Nie da­ła­bym rady, to pewne, a on miał w so­bie wy­star­cza­jąco dużo em­pa­tii, żeby to wie­dzieć. Po chwili do parku za­częli wcho­dzić ko­lejni po­li­cjanci. Nie wie­dzia­łam, co zro­bić, co po­wie­dzieć Eme­lie.

Zde­cy­do­wa­łam się na tak­tykę stru­sia, czyli za­prze­cze­nie. Prze­cież już po­sta­no­wi­łam: dzi­siaj - urzą­dza­nie domu, ju­tro - rze­czy­wi­stość. Po­trze­bo­wa­łam tego dnia. Wci­snę­łam ko­pertę z ma­te­ria­łami ze śledz­twa do orze­cho­wej na­rzuty w tor­bie ze sklepu In­di­ska i wy­szłam z cu­dow­nego chłodu na upalną ulicę, żeby do­koń­czyć rundę za­ku­pową z Eme­lie. Po­czu­łam ude­rze­nie go­rą­cego, nie­ru­cho­mego po­wie­trza. Drżącą dło­nią wło­ży­łam na nos oku­lary sło­neczne.