Rozdział 2
W piątkowe przedpołudnie powietrze było ciężkie i lepkie. Panował wręcz tropikalny upał. Sztokholm pachniał tego dnia tak, jakby leżał nad Morzem Śródziemnym. Prawie jak Rzym. Mieszanina gorąca, wilgoci i spalin dawała fantastyczny efekt. W słuchawkach rozbrzmiewała Melissa Etheridge. Ale nie te nowe, popowe kawałki, tylko jedna z jej pierwszych płyt, z silnymi akcentami gitarowymi, mroczna, emocjonalna i ascetyczna. Weszłam do miniaturowego parku Tegnérlunden. Bardzo go lubiłam, choć obejmował tylko niewielki pagórek z kilkoma drzewami i imitację strumyka z bloków kamiennych i betonu. Miał jednak w sobie coś szczególnego. Panowały w nim spokój i cisza miejskiego parku w wydaniu mini. Przeczesałam włosy palcami i uniosłam loki, próbując schłodzić spocony kark. Gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam stojący na szczycie pagórka bezwzględnie wspaniały, absurdalny posąg Strindberga. Podeszłam do niego z uśmiechem na twarzy. Pomnik składał się z wielkiej litej skały, na której siedział pisarz. Jego muskularne ciało przypominało jakiegoś nordyckiego boga, a pozycja mogła napawać dumą każdego, kto kiedykolwiek pozował nago. Przechodząc obok, pogłaskałam masywną podstawę pomnika. Zastanawiałam się: czy podobałby się samemu Strindbergowi? Chyba podłechtałby jego ego.
Skręciłam w Drottninggatan. Nie potrafiłam się oprzeć, żeby nie poklepać po głowie jednego z kamiennych lwów, które stały pośrodku drogi niczym dwa milczące sfinksy. Dawniej były białe, teraz zrobiły się szare niczym pomyje i łysawe w miejscach, gdzie głaskali je wszyscy przede mną.
Przechyliłam głowę, żeby odczytać biegnące wzdłuż ulicy cytaty wypisane wtopionymi w nawierzchnię błyszczącymi metalowymi literami, upstrzone gdzieniegdzie przydeptaną gumą do żucia. To też Strindberg. "Zawsze mnie kochaj, inaczej przegryzę ci gardło i umrzesz". Ależ milutki. Orzeźwiająco nienormalny. Przypominał najważniejszy temat na żółtej tablicy z nagłówkami gazet w oknach 7-Eleven. "Ciało 28-letniej zamordowanej kobiety ukryte w walizce". Może już czas wrócić do pracy. Poczułam ukłucie strachu. Przesunęłam palcami wzdłuż blizny biegnącej od lewej strony szyi w dół przez prawą pierś. Nie wiedziałam, kiedy będę mogła znów pracować, czy powrót jest w moim przypadku w ogóle możliwy i czy nadal byłam w tym dobra. Choć bardzo bym chciała, wręcz marzyłam o powrocie do pracy. Odezwały się nerwy i frustracja.
Nie. Dzisiaj nie chcę żadnych śmierci i nieszczęścia. Żadnych lęków. Ostatnio było tego za dużo. Dzisiaj - urządzanie domu, jutro - rzeczywistość.
Weszłam do Tintarella Di Luna, przytulnej kawiarenki, nie większej niż dziura w ścianie. Między stolikami było ciasno, na ścianach wisiały wycinki z wynikami ligi włoskiej. Wyśmienita kawa i zawsze pełno ludzi. Rozejrzałam się za Emelie. Wzięła dzień wolny, żebyśmy mogły poświęcić cały piątek na bezwstydny shopping, nie narażając się na tłumy w sklepach. Niedawno kupiłam mieszkanie i potrzebowałam wszystkiego, od farby do malowania ścian po zasłony, żeby mój dom zaczął jakoś wyglądać. Emelie nie było. Jeszcze nie przyszła. Zawsze się spóźniała.
Wzięłam latte i usiadłam na krześle w niszy okiennej. Na ścianie obok wysokiego stołu w oknie wisiał oprawiony w ramkę afisz filmowy. Słodkie życie. Fantastyczny obraz z palącym papierosa Marcello Mastroiannim w odcieniu niebieskim i tańczącą Anitą Ekberg na złoto-czerwonym tle. Pasja. Kobiecość i męskość. Na dole afisza, niewielkimi literami, jako pierwsza wymieniona była Anouk Aimée. Początkowo nie mogłam sobie przypomnieć kto to.
- Tak właśnie powinny wyglądać kobiety! A nie jak wieszaki na ubrania!
Stojąca za mną Emelie wskazała dłonią afisz. Sama była w typie Anity Ekberg. Jej pełne kształty, sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, brązowe oczy i obcięte na pazia blond włosy rzucały się w oczy. Zazdrościłam jej, bo sama należałam do tych chuderlawych, płaskich jak deska i mało dystyngowanych. Byłam zupełnym przeciwieństwem Emelie: sto pięćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, kręcone czarne włosy, azjatyckie oczy i blada skandynawska karnacja. Tak zwana urocza brzydula - jednego dnia mogłam wyglądać niezgrabnie i niechlujnie, kolejnego sama sobie wydawałam się atrakcyjna, inna, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie wiedziałam tylko, co tu zrobić, żeby więcej dni należało do tej ładniejszej wersji mnie samej.
- Dzięki - powiedziałam, unosząc brwi.
- Przecież chodziło mi o takie, "którym żebra wystają, a głowa wydaje się za duża w stosunku do reszty ciała". Nie takie jak ty. Chciałabym mieć twoje geny. Ty nigdy nie tyjesz. A ja nabieram ciała na samą myśl o bułeczkach cynamonowych. Patrz! - Emelie złapała w palce ukrytą pod żakietem fałdkę w pasie. Zawsze nosiła niemal idealnie dopasowane garsonki, tymczasem ja preferowałam dziwaczne połączenia dżinsów i bluzek z second handu, najchętniej w intensywnych, czystych kolorach. Niewiele nas łączyło pod względem wyglądu, a jednak z nikim nie byłam związana bliżej. Znałyśmy się od siódmego roku życia.
- No, straszne! Nie mam więc wyjścia, muszę cię od niej uwolnić - powiedziałam, wyciągając rękę po bułeczkę cynamonową, którą trzymała na talerzyku.
- Nigdy w życiu! Kup sobie własne kalorie!
Starszy pan siedzący przy stoliku obok spojrzał na nas z dezaprobatą znad "Svenska Dagbladet". Emelie usiadła obok mnie, przełamała bułeczkę na pół i podała mi kawałek.
- Proszę. To jaki jest plan? - spytała, zanim nadgryzła swoją połówkę.
- Drottninggatan, Sveavägen, R?dmansgatan, Birger Jarlsgatan, a na koniec NK. Jeśli chodzi o lunch, ty wybierasz miejsce, a ja płacę. Na zakończenie zapraszam do mnie na wino i kolację. Może być?
- Fantastycznie. Tyle że kolację i wino muszę odpuścić, bo umówiłam się wieczorem z rodzicami. - Ruszała szczękami, spoglądając na mnie badawczo. - Jakie wrażenia z mieszkania na swoim? Zaczynasz się przyzwyczajać?
Znała mnie aż za dobrze. Unikałam jej spojrzenia, patrzyłam na ulicę, otwierające się sklepy i przechodzących ludzi.
- Tak. Nie. Nie wiem. Czasem mnie to przeraża, czasem jest super. Jeszcze się nie przyzwyczaiłam, ale w końcu będzie dobrze.
Emelie się uśmiechnęła.
- W porządku! Ale nadal chodzisz do psychologa?
- Oczywiście. Choćby po lekarstwa. Ale nie, lubię go, naprawdę jest dobry.
Jakieś piętnaście lat temu, gdy byłam nastolatką, moim życiem rządziła nerwica natręctw. Nie było dnia, żebym nie myślała ze strachem, że wróci i rozbije mi świat na kawałki. Niczym trzeźwy alkoholik ciągle cierpiałam na OCD, obsessive compulsive disorder, czyli zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, tyle że w tej chwili nie miałam objawów choroby.
Emelie się roześmiała.
- Może powinnam wziąć od ciebie jego numer. Mam wrażenie, że zbliża się do mnie depresja. Samotne życie mnie wykańcza. Potrzebuję faceta!
Ukryty za gazetą mężczyzna siedzący za nami nieomal zakrztusił się kawą.
- Przeprowadź się do mnie - zaproponowałam.
- W życiu!
Półtora roku temu to ja zamieszkałam u niej. Zaprosiła mnie do siebie, gdy zadzwoniłam, żeby opowiedzieć, co się stało i że postanowiłam wrócić do Sztokholmu.
- Stworzymy klub złamanych dusz, ty, cudem ocalała z morderstwa, i ja, ofiara niewiernego sukinsyna. Mój problem nie jest aż tak poważny, a i tak czuję się podle. Będzie nam super.
Pomysł faktycznie był trafiony. Teraz mogę już przyznać, że przez pierwsze miesiące nie dałabym sobie rady sama. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jakie ślady zostawił we mnie ten napad. Przez większą część roku cierpiałam na zespół stresu pourazowego i napady lęku. Wyjście z tego stanu nie było łatwe, ale przy pomocy Leifa, psychologa, i Emelie powoli dochodziłam do siebie. W końcu poczułam, że potrzebne mi własne mieszkanie. Była to niezwykle ważna decyzja. Prawda jest bowiem taka, że przez całe dorosłe życie zawsze mieszkałam z kimś: przez jakiś czas z babcią, w czasach studenckich w akademiku z Emelie, w USA wspólnie z trzema szalonymi norweskimi studentkami na wymianie i tak dalej.
Ale nadeszła właściwa pora, żeby się usamodzielnić. Wspólnie z Emelie ruszyłyśmy na łowy na sztokholmskim rynku nieruchomości mieszkaniowych. Przez dwa intensywne letnie miesiące ciągle przepychałyśmy się przez tłumy ludzi oglądających kolejne mieszkania. Ostatnie okazało się strzałem w dziesiątkę. Wybrałam je, zanim przekroczyłam jego próg. Wędrowałyśmy na prezentację pieszo przez Kungsbron, łapiąc rześkie, pachnące wodą powiewy wiatru, które dawały chwilową ulgę od upału. Zeszłyśmy z mostu na drogę biegnącą wzdłuż kanału, obok chińskiej restauracji o mało odkrywczej nazwie Hong Kong.
- Najstarsza chińska restauracja w Sztokholmie. Jedna z lepszych, powinnyśmy się tam wybrać. Podają podobno prawdziwą kaczkę po chińsku - oznajmiła Emelie, wskazując palcem witrynę.
Droga była tak wąska, że samochód ledwo się tu mieścił. Po jednej stronie stały modernistyczne wieżowce o surowej formie. Brązowe matowe elewacje i pozbawione ozdób białe balkony. Po drugiej stronie trawnik i rosochate wierzby. Ścieżka spacerowa i kilka łódek podskakujących na fali. Poczułam, że chcę tu mieszkać.
Mieszkanie przeszło moje wyobrażenia. Trzy pokoje. Balkon wielkości altany z widokiem na kanał. Wnętrze mocno zniszczone, beznadziejne kolory ścian, ale rozkład akurat dla mnie. Łazienka z klasycznymi funkcjonalnymi kafelkami w odcieniu butelkowej zieleni. Zapragnęłam je mieć. Tętno mi przyspieszyło.
Przyglądałam się innym oglądającym. Ilu było faktycznie zainteresowanych? Ile mieli do wydania? Uszczypnęłam Emelie w ramię. Odwróciła się do mnie, a ja dyskretnie, choć stanowczo skinęłam głową.
- Czy mieszkanie było zalane? - zapytała głośno Emelie. - Wyraźnie czuć pleśń.
Uśmiechnęłam się. To kompletna wariatka, ale superprzyjaciółka. Po wyrażeniu przez Emelie podejrzeń co do stanu lokum dałam agentowi nieruchomości wizytówkę z numerem telefonu. Udawałam, że nie znam tej podejrzliwej kobiety.
Wygrałam licytację. Nie musiałam się wcale napinać.
Wprowadziłam się, przywożąc ze sobą kilka sztuk mebli, fotel z podłokietnikami, dużą koreańską komodę, kilka kartonów z książkami i ubraniami oraz odziedziczony po babci wielki posąg Buddy. W pierwszym rzucie nakupowałam roślin doniczkowych, którymi zapełniłam pustawe wnętrza. Na balkonie ustawiłam duże skrzynie na kwiaty. Zieleń wyjątkowo mnie relaksuje. Teraz musiałam sprawić sobie resztę mebli i farby. Miałam jednak mocno ograniczony budżet. Nadal dostawałam wprawdzie wynagrodzenie od Modus Operandi Inc. z Nowego Jorku, gdzie pracowałam jako profilerka w czasie napadu, ale nie były to wielkie kwoty. Te wpłaty zagłuszały wyrzuty sumienia, które dręczyły mojego byłego szefa Toma, że zostawił mnie samą z tamtą sprawą. To nie jego wina, że zostałam zaatakowana na służbie, tylko moja, ale obecnie bardzo potrzebowałam tych pieniędzy. A że nalegał, to nie protestowałam. Pokaźna suma odszkodowania, którą dostałam z amerykańskiego ubezpieczenia, poszła na mieszkanie, więc teraz musiałam oszczędzać.
Emelie oblizała palce i oczyściła talerzyk z pozostałych kryształków cukru. Na ulicy za oknem zrobiło się ruchliwiej, było coraz więcej przechodniów.
- Masz listę zakupową?
- Listę? Nie.
Wywróciła oczami i wyciągnęła kartkę.
- No to piszemy.
Patrzyła na mnie wyczekująco, trzymając długopis w pogotowiu. Podrapałam się po głowie.
- Hm, potrzebuję farby do sypialni.
Emelie skinęła i zapisała:
- Farba. Pędzle. Masa szpachlowa, szpachla, papier ścierny, rękawiczki. Okej. Coś jeszcze?
Roześmiałam się.
- Pościel, ręczniki i inne rzeczy potrzebne ludziom. Może wiadro z mopem, ale zdaję się w tym względzie na ciebie!
Po dopisaniu kolejnych rzeczy do listy ruszyłyśmy wreszcie w drogę. Nie zaszłyśmy jednak daleko. Przy pierwszej wystawie za kawiarnią Emelie krzyknęła i złapała mnie za ramię.
- Muszę tu wejść!
Przekroczyłyśmy próg niewielkiego sklepiku o białych ścianach. Spojrzałam ze zdziwieniem na wielki regał, do którego podeszła Emelie. Pośrodku tłoczyły się cherubiny, aniołki, rusałki i figurki Jezusa. Po lewej czarne, lśniące posążki Ozyrysa i Anubisa, po prawej Ganeśa i Budda ze szczotkowanego mosiądzu. Szalona mieszanka stylów i religii. Symbole bez prawdziwych korzeni - ich znaczenie zostało brutalnie wyrwane z kontekstu, żeby łatwiej było je strawić. Kup to, żeby odzyskać harmonię, albo to, jeśli szukasz nowej miłości. Doktor Phil wszelkich religii. Nie podobało mi się coś takiego, lecz nie potrafiłam tego zupełnie odrzucić. Drogi na skróty i proste rozwiązania są kuszące. Ale w życiu nic nie jest proste. Babcia ciągle powtarzała, że coś, co nie wymaga wysiłku, nie ma w sobie siły. Była buddystką. Zazdrościłam jej cierpliwości i aktywności religijnej, bo sama nie byłam lepsza od Emelie, kolekcjonującej aniołki z imitacji marmuru. Też ciągle szukałam, wątpiłam i dawałam się kusić prostym rozwiązaniom.
Postanowiłam poczekać na zewnątrz i wyszłam na ulicę. Oparłam się o chropowatą kamienną elewację. Po drugiej stronie znajdowała się księgarnia Wodnik. Taki sam miszmasz jak sklepik z figurkami, tyle że z książkami. Byłam tam wielokrotnie, ale zawsze nachodził mnie strach przed wyborem lektury, która miała mi zapewnić tak desperacko poszukiwaną wewnętrzną harmonię. Skąd miałam wiedzieć, który z filozofów albo która religia były właśnie dla mnie? Po drugiej stronie kawiarni mieścił się sklepik z artykułami erotycznymi dla kobiet, a kawałek dalej w stronę centrum butik dla amatorów haftu krzyżykowego. Naprzeciwko salonu z sukniami ślubnymi. Uśmiechnęłam się. Ten fragment Drottninggatan charakteryzował się chyba największym rozdwojeniem jaźni. Usłyszałam dźwięk dzwonka nad drzwiami sklepu i zobaczyłam Emelie; trzymała w dłoni malutką torebkę i wyglądała na zadowoloną. Uniosłam pytająco brew.
- Znalazłaś coś?
- Mhm.
Pokręciłam głową.
- Co taką myślącą kobietę jak ty ciągnie do tych aniołków?
Zbierała aniołki, odkąd ją znałam. Najbardziej podobały jej się te ozdobne, mocno napuszone. Miała ich w domu cały regał. Do tego literaturę o aniołach. Nie mogłam tego zrozumieć.
- Logika to nie wszystko, potrzebuję też trochę uczuć.
- Nie pojmuję - mruknęłam w odpowiedzi.
- Wiem, ktoś tak twardo stąpający po ziemi tego nie zrozumie.
Emelie się roześmiała i przytuliła się do mnie. Potem ruszyłyśmy na Hötorget.
Po długich dyskusjach i rozważaniach udało mi się kupić farbę do sypialni i wszystkie narzędzia, które według Emelie były mi potrzebne. Do tego sprawiłam sobie piękną pikowaną orzechowo-połyskującą narzutę na łóżko i okulary słoneczne. Jadłyśmy lunch w IKKI w hali targowej na Hötorget, gdy odezwał się mój telefon.
- Cześć. Tu Rickard Magnusson.
- Cześć, Rickardzie! Jak miło, strasznie dawno się nie słyszeliśmy. - Musiałam zasłonić drugie ucho ręką, żeby usłyszeć jego słowa. Nasilający się w porze lunchu szmer rozmów i szczęk sztućców oraz porcelany skutecznie go zagłuszał. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy widziałam go po raz ostatni. To było wiele lat temu. Nasi rodzice się przyjaźnili, więc w dzieciństwie spędziliśmy razem wiele imprez noworocznych i zaliczyliśmy mnóstwo spotkań przy grillu, ale chyba nigdy nie spotykaliśmy się sam na sam.
- Tak, wieki temu. Mam pytanie... Wiem, że dzwonię znienacka, ale czy znalazłabyś chwilę dla mnie dziś po południu? Stawiam dobrą kawę.
Za miło brzmiącymi słowami dało się wyczuć napięcie i stres. To coś nowego, bo zazwyczaj Rickard był spokojny i wyluzowany.
- Oczywiście. Mogę mieć dla ciebie godzinkę koło trzeciej, jeśli ci pasuje. - Nie mogłam mu odmówić, za bardzo chciałam się dowiedzieć, o co chodzi. Emelie na pewno zrozumie. Właśnie zamierzałam zapytać, w czym rzecz, gdy przerwał mi w pół słowa:
- Dobrze. Czyli o trzeciej w okolicy Svampen, może być?
- Jasne, a co... - zaczęłam. Rozłączył się, zanim zdążyłam dokończyć pytanie. Wpatrywałam się w ekran.
- Mam nadzieję, że skoro zamierzasz mnie porzucić, to chodzi o prawdziwego przystojniaka - skomentowała Emelie.
- Rickard Magnusson, policjant. Pamiętasz?
- Aha! Jasne, że tak. Był na sześćdziesiątce twojego taty, tak? Typ profesorski, ale diablo przystojny.
- Tak, ten opis do niego pasuje. Umówiłam się tylko na godzinę, a potem możemy dalej buszować po sklepach.
- Nie ma problemu. - Emelie machnęła pałeczkami. - Przejrzę sobie w tym czasie maile.
Westchnęłam i spojrzałam w sufit. Emelie była wybitnie zdolną programistką, przy tym ciężko uzależnioną od komputera. Zaimponowała mi dzisiaj tym, że już od kilku godzin nie sprawdzała nic na swoim blackberrym, choć domagał się jej uwagi, wysyłając ciche sygnały z wnętrza jej przepastnej torebki.