Martwa strefa
Henryka w łazience patrzyła w swoje odbicie w lustrze. Widziała twarz
pięćdziesięcioletniej kobiety, mimo że dopiero za rok miała mieć
czterdzieste urodziny. Zaniedbana, zniszczona, z fioletowym siniakiem
sięgającym od górnej wargi przez nos, oczodoły aż do połowy czoła. Woda
na jej twarzy, która miała jej przynieść odrobinę ulgi i zmyć krew
wypływającą z nosa, sprawiła, że wyglądała jeszcze żałośniej. Ciało
pulsowało bólem. Długo wpatrywała się z niedowierzaniem w odbicie w lustrze.
Gdy upewniła się, że Józka już nie słychać i nie porusza się po ich
mieszkaniu, podeszła do drzwi. Przyłożyła do nich ucho. Nic nie
słyszała. Cicho przekręciła plastikową zapadkę i nacisnęła klamkę. Drżąc
ze strachu, uchyliła drzwi na centymetr, dwa, trzy, aż wyjrzała zza
nich. Józek leżał w cuchnących wymiocinach na środku przedpokoju.
Chrapał głośno, leżąc na wznak w białej ubrudzonej podkoszulce, czarnych
bokserkach i dziurawych skarpetach.
Wyszła z obskurnej łazienki, skierowała się cicho, prawie na palcach, do
kuchni. Światło było zgaszone. W półmroku podeszła z wolna do okna.
Przez pogniecioną i tłustą od nikotyny firankę spojrzała na parking przy
jej bloku. Z czwartego piętra w środku nocy niewiele można było zobaczyć
o tej porze. Stała przepełniona strachem. Bała się chwili, gdy on znowu
się obudzi. Po półgodzinie wpatrywania się drętwo w widok za oknem
zauważyła, że na parking podjechało srebrne auto, z którego wysiadł
mężczyzna. Nigdy nie potrafiła rozpoznawać marek samochodów, ale tego
faceta rozpoznała od razu, to był jej sąsiad z drugiego piętra. Sięgnęła
po omacku ręką po paczkę papierosów, która leżała na blacie obok
zlewozmywaka. Zapaliła L&M Blue Label, po czym wypuściła dym nosem.
Temu to się powodzi - pomyślała. Obolała twarz sprawiała jej ból przy
wciąganiu nikotyny. Natychmiast zgasiła dopiero co zapalonego papierosa
o krawędź słoika z petami stojącego na parapecie okna. Ruszyła cicho do
małego pokoju, by złapać kilka godzin snu.
Mahir (czyli Wykwalifikowany) na nazwisko miał Al-Hurii. W znacznej
części Europy powiedziano by, że był zaniedbany wychowawczo. Natomiast w jego rodzinnym miasteczku nikomu nie przeszkadzało, że młody chłopak
całymi dniami włóczył się po okolicy bez celu, zamiast uczyć się czy
pracować. Otoczenie usprawiedliwiało jego niefrasobliwość oraz styl
bycia tym, że pochodzi z rozbitej rodziny. Ojciec chłopaka opuścił
rodzinę i wyjechał do drugiej żony na granicy Iraku, gdy Mahir jeszcze
raczkował. Matka otoczyła go miłością i wychowywała samotnie, aż wszedł
w wiek dorosłości. W wieku dwudziestu jeden lat wyemigrował z tureckiego
miasteczka Ş?rnak do rodziny ze strony matki, która mieszkała w Niemczech. Pod okiem wuja i jego dwóch synów handlował samochodami w Akwizgranie na granicy Niemiec, Holandii i Belgii. Wuj był po
pięćdziesiątce, miał olbrzymią nadwagę, co sprawiało, że ciągle był
spocony i roztaczał wokół siebie nieprzyjemny zapach. Był surowy dla
kobiet, a nadzwyczaj spolegliwy wobec swoich synów i młodego Mahira.
Matka Mahira marzyła o tym, by pracował w rodzinnej firmie i skończył
prawo lub medycynę na dobrej europejskiej uczelni. Jej plany jednak się
nie ziściły. Niemieckie uczelnie nie zachwyciły młodego Turka, a jemu
brakowało ochoty i zdolności do studiowania wymarzonych przez nią
kierunków. Karnacja Mahira i jego piękne kręcone włosy przyciągały za to
dziewczyny. Studentki chętnie z nim przesiadywały, a on czuł się w damskim towarzystwie jak ryba w wodzie. W klubie Lemoni w Akwizgranie
poznał śliczną Agnieszkę - Polkę o zielonych oczach, długich blond
włosach i kobiecych kształtach. Ten kolor skóry w połączeniu z jasnymi
włosami zawsze pociągały Mahira. Odwiedził nawet jej rodziców w Polsce,
ale oni nie byli zachwyceni Turkiem z Niemiec. Częściowo ich nawet
rozumiał. Wychował się w końcu na granicy turecko-irackiej, gdzie
zaszłości historyczne i religijne co jakiś czas były powodem
antagonizmów, a nawet agresji. Polska go przerażała, ale jednocześnie
pasjonowała. Z jednej strony panował w niej brak tolerancji dla innych
kultur, ras, religii, a z drugiej - był to kraj pełen możliwości,
postępowy. Pozostałości po ustroju komunistycznym, jak go nazywał, można
było odczuć na ulicy, w sklepach, a nawet podczas kontroli drogowej czy
granicznej. Na nieszczęście Mahira atrakcyjna Agnieszka skończyła studia
na zarządzaniu i z dyplomem wyruszyła do Londynu, gdzie zatrudniła się w firmie obsługującej cargo na lotnisku Luton. Znajomość wygasała, a nadzieje na miłość rozwiały się razem z wylotem dziewczyny do Wielkiej
Brytanii.
Mahir, nie skończywszy nawet jednego semestru na lokalnej uczelni,
mieszkał dalej u rodziny i zastanawiał się nad swoją przyszłością.
Codzienny handel samochodami w komisie wuja oraz wizyty w nocnych
klubach przyniosły tylko jeden wymierny efekt - młodzieniec poznał
dobrze język nowej ojczyzny.
Po kilku latach emigracji wuj poznał go z imamem Alim, którego bardzo
szanował i uważał za nieomylnego. Mahira śmieszyło to podejście krewnego
do niego, ale nie okazywał tego w żaden sposób. Spotkania ze
świątobliwym były nieplanowane, raczej z inicjatywy wuja, który dzięki
tej znajomości chciał podnieść swój status społeczny, a także pozbyć się
dorosłego Mahira z domu. Tego Mahir nigdy się jednak nie dowiedział. Po
kilku miesiącach od poznania imam niespodziewanie zaprosił Mahira na
herbatę do swojego domu położonego dwie dzielnice dalej. Chłopak nie
rozumiał, dlaczego został zaproszony sam, bez wuja i jego synów, ale
uznał, że imam ma zapewne jakiś interes właśnie do niego, co może być
dla niego wielką szansą.
Na spotkaniu w domu świątobliwego nie było modłów ani rozmów o religii.
Oprócz imama Mahir zastał pięciu młodych mężczyzn, których wcześniej nie
znał. Tak jak on pili herbatę, rozmawiali o swoich pragnieniach, planach
i o tym, jak muzułmanie powinni sobie pomagać. Odbyło się kilka
identycznych spotkań, ale nie nudziły Mahira. Brakowało mu podczas tych
dyskusji jedynie piwa, które polubił, ale imam nienawidził alkoholu.
Chłopak nadrabiał ten brak zawsze w drodze powrotnej do domu. Na jednym
z cotygodniowych zgromadzeń imam zapowiedział ze smutkiem, że musi
wyjechać na pół roku, ale nie powiedział, dlaczego ani gdzie wyjeżdża.
Wszyscy uznali, że to na pewno ważna sprawa i że nie godzi się o to
świątobliwego pytać. Po ostatnim zebraniu przed wyjazdem mężczyźni
wstali z podłogi i zaczęli ze szczerym żalem żegnać się z duchownym. Na
końcu podszedł do niego Mahir. Imam zatrzymał go pod pozorem
posprzątania filiżanek po gościach. Wszyscy inni opuścili dom,
pozostawiwszy ich samych. Mahir sprzątał ze stołu, chociaż w domu nigdy
tego nie robił. Czekał, co będzie dalej. Odniósł ostatnie filiżanki do
kuchni, po czym ruszył w stronę drzwi wyjściowych.
Nagle imam przy pożegnaniu w korytarzu, patrząc jakby w niebo, zaczął
bez powodu mówić, że są sprawy ważniejsze w życiu, a każdy może mieć w nich swój udział. Mahir był zaskoczony słowami starca oraz tą sytuacją,
ale słuchał imama z powagą. Świątobliwy niczego od niego nie wymagał ani
nic mu nie nakazywał, tylko wygłaszał coś na wzór przesłania. Brzmiało
to jak rodzaj sury1 napisanej wyłącznie dla niego. Mahir poczuł
coś dobrego, ciepłego, a jednocześnie niezrozumiałego w jego słowach.
Miał wrażenie, jakby zbliżył się do czegoś nieokreślonego, innego,
wyższego, a także do tego starego, schorowanego człowieka. Wiedział, że
został wyróżniony przez starca, ale nie rozumiał, dlaczego ani za co.
- Świątobliwy, kiedy znowu będziemy mogli się spotkać? - zapytał na
pożegnanie.
Imam spojrzał na niego czarnymi, wyłupiastymi oczami, jakby chciał
sięgnąć do dna jego duszy, i położył mu rękę na ramieniu.
- Możesz wyruszyć ze mną - odparł cicho i lekko się uśmiechnął.
- Teraz...? A co z wujem? Gdzie...? - Mahir był zdezorientowany, wręcz
przestraszony.
- Teraz. Zaufaj mi - powiedział tajemniczo imam przyciszonym głosem. -
Weź tylko rzeczy osobiste, nikomu nic nie mów i przyjdź do mojego domu
jeszcze dziś wieczorem, ale nie później niż o dwudziestej. Reszty
dowiesz się, jak się zdecydujesz. - Ścisnął jego ramię dłonią i odprowadził Mahira do wyjścia. Stanęli w szerokich drzwiach.
- Czekam na ciebie - wyszeptał starzec, po czym podniósł rękę w geście
pożegnania.
Mahir wyszedł z domu na chodnik i ciągle obrócony w stronę imama
odmachał. Starzec cały czas stał w otwartych drzwiach i odprowadzał go
przenikliwym wzrokiem. Młodzieniec skręcił za róg budynku, wcisnął ręce
do kieszeni kurtki. Z pochyloną głową szedł, nie zważając na ulicę,
pojazdy i przechodniów. Głowa mu pulsowała, jakby miała eksplodować. Im
bliżej był domu wuja, tym bardziej był pewny, co dzisiaj uczyni...
Noc była ciemna, bezksiężycowa, a w lesie było wilgotno po całodniowym
deszczu. Duktem leśnym wysypanym czarnym kamieniem węgielnym podjechał
ciemnozielony opel astra typu hatchback i zatrzymał się kilkanaście
metrów od starej leśnej restauracji na granicy Rudy Śląskiej i Katowic.
Był bez tablic rejestracyjnych, zgasił silnik i światła. Puste ramki po
tablicy rejestracyjnej z białym napisem "Serwis - Opel Środula" to
jedyne, co rzucało się w oczy, kiedy się patrzyło na pojazd w ciemności.
Na zjeździe z duktu leśnego w wysokiej leśnej trawie stał już
zaparkowany drugi, czarny, opel astra w wersji sedan, również bez tablic
rejestracyjnych. Drzwi obu samochodów się otworzyły i w zupełną ciemność
wysiadło ośmiu mężczyzn.
- Trzecia trzydzieści pięć - zakomunikował jeden z nich.
Nikt mu nie odpowiedział. Z bagażnika auta, które przyjechało, dwóch
mężczyzn wyjęło dwa KBK AK 47 w wersji MS z rozkładaną kolbą metalową,
której nie otworzyli, oraz dwie strzelby typu Mossberg. Broń podzielili
bez słów pomiędzy kompanów. Wszyscy zgodnie, jakby na komendę, włożyli
czarne kominiarki i wsiedli do samochodów, po czym trzasnęli głucho
drzwiami. Gdy auta zapaliły silniki i włączyły reflektory, okazało się,
że na leśnej drodze około sześćdziesięciu metrów od nich stoi starszy
mężczyzna. Był w kurtce moro, zielonym kapeluszu, spodniach woderach, na
plecach miał zielony plecak, a w ręce dwie wędki. Patrzył wystraszony w ich kierunku, ale oślepiały go światła reflektorów.
Wszystkich ta sytuacja zaskoczyła. Samochody nie ruszały się przez
dłuższą chwilę, a ich kierowcy oczekiwali, że nieznajomy wędkarz sam
odejdzie. Strach oraz nietypowa sytuacja zadziałały jednak odwrotnie.
Wędkarz stał jak wryty, wręcz sparaliżowany. Samochody po chwili wolno
ruszyły. Nieznajomy cofnął się dwa kroki w stronę rowu przy drodze.
Odwrócił się twarzą w stronę lasu w oczekiwaniu na to, co się wydarzy.
Samochody cicho przetoczyły się obok niego na wolnych obrotach. Czarny
żwir drogi zgrzytał pod naciskiem opon. Twarze w kominiarkach
odprowadziły nieznajomego wzrokiem. To racjonalne zachowanie wędkarza
uwolniło pasażerów aut od podjęcia jakiejś decyzji.
Po wyjechaniu z lasu na ulicę pojazdy ruszyły ostro w kierunku centrum
Chorzowa. Bocznymi uliczkami osiedlowymi, unikając głównych ciągów
komunikacyjnych, dojechali po dwudziestu minutach do klubu nocnego
Piekiełko. Klub, jak wiele takich miejsc, zarabiał głównie w weekendowe
noce. Muzyka dudniła głucho aż na ulicy. Za klubem znajdowało się stare
osiedle domków jednorodzinnych. Niegdyś elitarne miejsce zamieszkania
lokalnych dygnitarzy, obecnie było szare i bez wyrazu. W domu na
początku uliczki pod numerem jeden funkcjonował nieoficjalny dom
publiczny klubu Piekiełko. Była to typowa kostka, pokryta szarym
tynkiem, bez żadnej finezji architektonicznej, rodem wprost z PRL-u.
Budynek nie miał oznaczeń ani szyldów, tylko numer. Adres ten był dobrze
znany śląskim elitom, chętnie korzystającym z prostytucji. Samochody bez
tablic zaparkowały na wyłączonych światłach prawie pod oknami burdelu.
Dwóch mężczyzn szybko wybiegło z pierwszego pojazdu i stanęło po
przeciwległych rogach szarego klocka, aby móc kontrolować wszystkie okna
oraz drzwi prowadzące do środka. Dzięki temu nikt nie mógł dostać się
wewnątrz oraz, co najważniejsze, nie wyjść bez ich wiedzy. Sześciu
pozostałych wtargnęło biegiem do klatki schodowej, która była otwarta.
Przy bufecie, a raczej recepcji, nie było żadnego ochroniarza. Obstawa
zobaczyła w monitoringu, co się dzieje, i uciekła gdzieś w głąb budynku,
gdzie czekała na rozwój wypadków.
Mężczyźni wbiegli na pierwsze piętro po schodach z lastryka.
Pięciokilowym młotem uderzyli w drugie drzwi po prawej. Zamek nie był
zamknięty, więc wtargnięcie sześciu bandytów do środka wyszło
efektownie. Dwóch trzymających kałachy i dwóch mossbergi wycelowało w osoby będące w pokoju. Kolejnych dwóch rzuciło się natychmiast na
klienta, który leżał w białym szlafroku na dużym owalnym łóżku i filmował telefonem dziewczynę. Pokój był urządzony w bordowo-fioletowych
kolorach. Pod sufitem świeciło nastrojowe czerwone światło, a gdzieniegdzie paliły się małe świeczki na fajansowych podstawkach. Na
środku pokoju zamontowane było okrągłe podwyższenie ze stalową
chromowaną rurką aż do sufitu. Na tej niecodziennej scenie wił się
seksowny rudzielec w samych stringach i w czerwonej kociej masce na
twarzy, o długich kręconych włosach i biuście w rozmiarze C, ozdobionym
świecącym brokatem.
- Panienka spierdala na łóżeczko - powiedział spokojnie, w pełni
kontrolując sytuację, jeden z napastników z kałachem.
Kobieta bez słowa przeskoczyła na łóżko i siadła za klientem. Domyśliła
się, że to on jest celem niespodziewanej wizyty. Wzięła poduszkę,
położyła ją na kolanach i przycisnęła do niej twarz. Napastnicy
dostrzegli ten gest manifestujący, że lala nie chce kłopotów.
Dwóch najwyższych chwyciło oburącz klienta za nogi. Ściągnęli go z łóżka, wyrywając mu przy okazji telefon iPhone 8 z rąk. Klient spadł z łoża i uderzył potylicą o podłogę. Otrzymał kilka kopniaków, a następnie
został postawiony do pionu przy rurce, przy której jeszcze przed chwilą
była panienka. Napastnicy przytroczyli mu ręce czarną taśmą do rury,
wysoko ponad głową. Kilkanaście razy owinięte taśmą skutecznie go
unieruchomiły. Mężczyzna otrzymał kilka uderzeń w plecy kolbami. Jęczał
z bólu, ale nie wołał o pomoc. Strach go skutecznie sparaliżował.
Reszta napastników demonstracyjnie pozrzucała w tym czasie z komód oraz
półek lampy, lustra i fajansowe dodatki. Z ubrania wiszącego na krześle
jeden z gangsterów wyciągnął portfel, a przy okazji znalazł kluczyki do
audi Q7. Portfel przejrzał starannie, zakładkę po zakładce. Niczego nie
zabierając, rzucił w stronę kobiety na łóżku.
- Czy pan mecenas Jan Żur? - usłyszał nagle spokojne pytanie jednego z napastników.
- Tak! Ale o co chodzi? - zapytał zaskoczony. - Nie chcę mieć problemów!
- wykrzyczał z bólem.
- Już je, kurwa, masz! - rzucił inny mężczyzna.
- Gdzie jest ta kurwa All, twój klient?! - zapytał trzeci bandzior,
przystawiając mossberga do ust mecenasa i próbując mu wcisnąć lufę do
środka.
Pozostali szybko przeszukiwali zakamarki pokoju, spoglądali za okno i od
czasu do czasu bili ofiarę pięściami po całym ciele.
- Nie wiem. Ja go tylko reprezentuję! - wykrzyczał zdesperowany.
Posypały się kopniaki, a uderzenia kolbami w plecy i żebra były
silniejsze niż do tej pory. Czwarty oprych przeładował ostentacyjnie
kałacha i przyłożył go do skroni ofiary.
- Odsuń się! - krzyknął do swojego kompana, co sugerowało, że wystrzał
może go przypadkiem trafić, jeśli będzie stał po drugiej stronie ofiary.
Mężczyźnie w szlafroku ze strachu spadły nogi z podwyższenia. Osunął się
w dół, wisząc tylko za nadgarstki przyklejone taśmą do rurki, a na kole
podstawy pojawił się kałuża.
- On przyjeżdża z Niemiec autem w ostatni czwartek miesiąca... Spotka się
ze swoją konkubiną chyba na grobie swojej babci w Zawierciu na cmentarzu
komunalnym... - mówił nerwowo, po czym złapał oddech. - Jego konkubina
pani Adriana ma go zabrać do mnie na spotkanie w Katowicach. Miejsca
jeszcze nie znam. To ona ma mi je podać przez telefon. - Zaczął płakać -
To oni mają do mnie dzwonić! Naprawdę nic więcej nie wiem! - Cicho
szlochał.
- Nie zabijemy cię, ale jak go ostrzeżesz, to na pewno nie będzie tak
miło jak dziś! - powiedział jeden z mężczyzn, który stał teraz oparty o ścianę przy wejściu.
- Obiecuję. Nic nie powiem, nic nie powiem, nic nie powiem... - kwilił
mecenas.
Zamaskowani mężczyźni wyszli spokojnie z pokoju i zbiegli schodami w dół. Wskoczyli szybko do zaparkowanych samochodów. Dołączyli do nich ci
dwaj, którzy byli na czujce. Ruszyli osiedlowymi uliczkami najszybciej,
jak się dało.
Kobieta podeszła do pobitego mężczyzny, delikatnie odkleiła taśmę z jego
rąk. On osunął się na podest i usiadł w swoim moczu.
- Kto to był? - zapytał bez emocji rudzielec.
- Nie wiem! Chyba konkurencja mojego klienta - wyszeptał cicho mecenas.
Samochody mknęły osiedlowymi uliczkami. Nagle bez powodu przyhamowały i stanęły jeszcze w Chorzowie przy sklepie z napisem "NOCNY 24". Do
okienka osiedlowego sklepiku podeszło dwóch bandytów z pierwszego auta.
Nie mieli już kominiarek na głowach. Zamówili coś, a sprzedawca podał im
przez okienko dużą reklamówkę z napisem "Tyskie". Samochody przejechały
za sklep, gdzie w ciemności wysiedli z nich mężczyźni. W ciszy wypili
piwo, a puszki wyrzucili na trawę.
Po kwadransie od biesiady za sklepem samochody dotarły do centrum
Katowic, gdzie wjechały otwartą starą bramą na nieoświetloną posesję
wybrukowaną kostką. Pojazdy zaparkowały obok siebie na miejscach
parkingowych wykreślonych białą farbą przy ścianie budynku. Kierowcy
zgasili silniki, a pasażerowie bez słów wysiedli. Jeden z kierowców
otworzył bagażnik, zabrał dwa karabiny oraz dwie strzelby i poszedł za
innymi. Kominiarki leżały porozrzucane na tylnej półce obu samochodów.
Auta zostały zamknięte pilotem, co potwierdziły światła kierunkowskazów.
Cała ósemka znikła w uchylonych stalowych drzwiach, nad którymi widniał
na czerwonej tablicy napis "Komisariat Policji 1 w Katowicach".
Anna obudziła się z dziwnym bólem głowy, który pulsował jakby w rytm jej
bijącego serca. Poczuła, jakby nagle ktoś zanurzył ją w lodowatej
wodzie. Oblał ją chłód na całym ciele. Co się dzieje? - pomyślała. Po
chwili zorientowała się, że leży całkiem naga, niczym nieprzykryta.
Gęsia skórka wyskoczyła jej na aksamitnej skórze. W tej samej chwili
poczuła niesmak na wspomnienie ostatnich chwil poprzedniego wieczoru.
Skrzywiła się na samą myśl o nim. Światło dodatkowo wywołało ból oczu.
Poranne słońce wdzierało się do pokoju przez duże okno balkonowe.
Światła było wystarczająco dużo, żeby dojrzeć pozostałości po pizzy oraz
puszki po piwie Tyskie i Reds. Meble pamiętały lata osiemdziesiąte,
wypełnione były porcelanowymi naczyniami, książkami oraz wazonami z kryształu. Zapach papierosów podkreślał bylejakość tej sytuacji i miejsca. Z trudem wstała, podeszła do drzwi balkonowych. Rozejrzała się
po pokoju. Zobaczyła wtedy, że obok na łóżku pod kocem w czerwone duże
kwadraty leży on.
Adam był jej nietrafionym zauroczeniem sprzed kilku miesięcy.
Otłuszczony pseudosportowiec, który chodził na siłownię tylko dla
szpanu. Odrobinę falujące włosy, bródka, ubrania od Tommy'ego Hilfigera
sprawiły, że dała mu się poderwać na początku roku, kiedy była z koleżankami w katowickim klubie Pomarańcza. Wydawał się elokwentny, gdy
był trzeźwy, ale po alkoholu wychodziły z niego seksistowskie demony.
Był z niego po prostu cham i prostak. Pracował na co dzień od siódmej do
piętnastej w biurze komornika w Gliwicach. Nigdy nie skończył żadnych
studiów, a jego rola ograniczała się do przyjmowania pism oraz petentów
przy wejściu. Jego chamski charakter idealnie pasował do roli zapory w drodze do komornika.
Anna przeciągnęła się przed oknem bez żadnej refleksji, czy ktoś to
widzi. Dopiero po chwili się zawstydziła. A może faktycznie ktoś mnie
zobaczył? - pomyślała po chwili i na moment zapomniała o wczorajszym
wieczorze.
Była młodą, wysoką blondynką o falujących włosach do połowy pleców.
Miała drobne, lekko opalone ciało. Jej wygląd mógł sugerować, że mnóstwo
czasu spędza w salonach piękności. Tymczasem jej uroda była całkiem
naturalna. Swoje gęste włosy często zaplatała w długi, gruby warkocz. Z powodu filigranowej figury i delikatnych ruchów czasami traktowano ją
jak nastolatkę. Taka pomyłka na ulicy, w sklepie czy w urzędzie
sprawiała jej przyjemność. Zawsze miło jest usłyszeć komplementy, tym
bardziej że rzadko miała okazję je otrzymywać.
Poprzedniego dnia spotkała przypadkowo Adama. Chciała przy tej okazji
zakończyć ich toksyczny związek. Spotkanie zamieniło się w wyprawę do
kina w CH Silesia City Center. Adam sam wybrał film bez konsultacji z Anią. Jak zwykle było to kino akcji, motoryzacji i wielkich plastikowych
biustów. W sumie nie miał dla niego znaczenia tytuł filmu, gdyż
najważniejsze były skaczące, wybuchające samochody oraz
pseudobohaterowie z dziewczynami. Adam lubił taką tandetę. Reszty fabuły
najczęściej nawet nie rozumiał, ale co tam, ważne, że były warczące
silniki i imponujące eksplozje. Po kinie zaszli do pubu Grosz na
Mariackiej w Katowicach, a potem wybrali się do jego mieszkania na
osiedlu Witosa. Alkohol oraz wspomnienia dobrych dni zakończyły się
mechanicznym seksem bez emocji, którego teraz żałowała.
Anna ruszyła do obskurnej łazienki, gdzie na ścianach była jeszcze
brudnożółta lamperia. U nikogo nie widziała nigdy takiego rozwiązania.
Dlaczego on nie położy tu kafelków? - pomyślała. Wzięła długi prysznic
za półprzezroczystą ceratą. Chciała zmyć z siebie tę noc, niestrawne
wspomnienia, zapach Adama oraz dać mu znać, że opuszcza jego lokum. Po
wyjściu z ciasnej łazienki liczyła, że w dwupokojowym mieszkaniu coś się
będzie działo. Spodziewała się odgłosów z kuchni, jakiejś pożegnalnej
kawy bądź włączonego telewizora, ale niczego nie usłyszała. Weszła do
dużego pokoju, gdzie spędziła noc, ale Adam nadal leżał na wznak
przykryty kocem i spał. Odsunęła nakrycie z jego głowy.
- Może byś wstał i mnie przynajmniej pożegnał?!
Adam, zaciskając powieki od nagłego światła, spojrzał na nią po kilku
sekundach.
- O co ci chodzi, źle ci było czy co...? - wyszeptał bez emocji.
Te słowa przelały czarę goryczy. Anna szarpnęła gwałtownie koc i narzuciła go na głowę Adama. Obróciła się i energicznie ruszyła do
przedpokoju. Wcisnęła stopy w swoje sportowe reeboki. Na panelach
wytartych od butów i wykoślawionych przez wilgoć leżał jej worek z szarozielonego materiału. Zaciągnęła sznurki i zarzuciła go sobie na
plecy. Przekręciła górny zamek, chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi na
klatkę schodową. W tym samym momencie poczuła, że Adam szarpie ją za
worek, ciągnie do tyłu i obejmuje ją wpół.
- Puszczaj! - krzyknęła Anna.
Adam rękoma zamknął uchwyt wokół niej. Wtedy ona podniosła gwałtownie
obie nogi do góry, oparła buty o framugę drzwi i z całą siłą odepchnęła
się od ramy. Napastnik z impetem uderzył plecami o lustro po przeciwnej
stronie wąskiego przedpokoju. Jęknął, wypuszczając gwałtownie powietrze,
czemu towarzyszył brzęk tłukącego się lustra. Anna postawiła nogi na
podłodze i stanęła prosto. Szybko uwolniła się z uchwytu. Wykonała
dynamicznie pół obrotu na lewej nodze i zakończyła go zblokowaną pięścią
na podbródku Adama. Usłyszała, jak zęby mocno o siebie uderzyły. Ofiara
osunęła się, odsłaniając popękane i zakrwawione lustro. Anna chciała
zadać drugi cios, ale nie był potrzebny. Poprawiła worek na plecach i wyszła przez otwarte drzwi. W progu na chwilę zatrzymała się i odwróciła
głowę. Adam siedział nagi, z zakrwawionymi ustami. Patrzył na nią z nienawiścią, zaskoczeniem i niedowierzaniem.
- Ostatni raz się widzimy! - krzyknęła. - Nie próbuj się ze mną
kontaktować!
Zbiegła schodami w dół i wyszła z budynku. Wiatr na policzkach oraz
poranny zapach ulicy dodały jej energii. Poczuła się, jakby rozpoczęła
nareszcie coś nowego, tak jak ten dzień, który się dopiero obudził. Była
usatysfakcjonowana z rozwoju porannych wypadków. Nie żałowała już nawet
nieudanego wieczoru. Na pobliskim przystanku wsiadła do nadjeżdżającego
autobusu, nie spojrzawszy nawet, co za numer. Chciała jak najszybciej
uciec z tego miejsca.
Mecenas po szybkim prysznicu ubierał się, siedząc na okrągłym łóżku.
Wciągał nerwowo spodnie, zapinał guziki koszuli i rozglądał się po
pokoju. Za oknem wstawał świt, który ujawnił wygląd zdemolowanego lokum.
Ruda kobieta była już w białym szlafroku. Stała przy oknie balkonowym i paliła cienkiego papierosa West Silver Superslims, patrząc gdzieś w dal.
- Więcej tu nie przychodź! - krzyknęła nagle do mężczyzny. - Nie ma dla
ciebie tutaj miejsca! Jesteś napiętnowany! Powiem, komu trzeba, żebyś
więcej się nie pokazywał. To porządny interes, a nie bandytka dla
kutasów. - Patrzyła na niego pustymi oczami, bez litości i jakiegokolwiek zakłopotania. Nie była już powabną dziewczynką z nocnej
fantazji, tylko kobietą z charakterem.
Mecenas po tych słowach przeszukał portfel. Zaczął wyjmować, a następnie
liczyć banknoty. Ułożył pieniądze na okrągłym łóżku.
- Spierdalaj ty i twoja forsa! - rzuciła stanowczo kobieta.
Mecenas pozostawił jednak tysiąc złotych na łóżku. Liczył, że to go
uchroni od gniewu właścicieli przybytku. Przeszukał kieszenie, ale nie
znalazł telefonu ani kluczyków do samochodu.
- Nie widziałaś mojego telefonu? - zapytał, ale kobieta nie zareagowała,
tylko paliła papierosa.
Wyszedł przez zniszczone drzwi pokoju, rozglądając się ostrożnie. Zszedł
powoli na parter. Przy konsoli stał łysy młody mężczyzna w czarnej
podkoszulce z czerwonym napisem KSW. Zobaczył mecenasa, ale nic nie
powiedział. Spojrzeli sobie w oczy. Ochraniarz patrzył na niego tak, jak
kat na skazańca.
- Do widzenia! - powiedział cicho mecenas, ale nie doczekał się
odpowiedzi.
Na chodniku obok swojego nowego audi Q7 w kolorze czarnej perły zauważył
iPhone'a z rozbitym ekranem. To był bez wątpienia jego telefon. Domyślił
się, że bandyci go zabrali, aby nie mógł zadzwonić po pomoc, a tutaj
zniszczyli, aby nie mógł ich wytropić. Schylił się, przyklęknął,
podniósł aparat i zajrzał przezornie pod auto. Nie wiedział, dlaczego to
zrobił, ale wydawało mu się to naturalne. Spodziewał się, że znajdzie
tam kluczyki, ale ich nie było. Pomyślał też o bombie, ale natychmiast
odrzucił ten scenariusz. Podniósł się z kolan, rozejrzał po budzącej się
do życia dzielnicy i poprawił ubranie. Na ulicy nikogo jeszcze nie było.
Poszedł chodnikiem w stronę głównej alei na przystanek autobusowy, ale
miał nadzieję, że zatrzyma jakąś poranną taksówkę. Przystanek był jakieś
pięćset metrów za rogiem, więc miał czas na przemyślenie nocnych
wydarzeń. Zaczął się trząść ze strachu, chociaż poranek był w miarę
ciepły.
Po kilku minutach podszedł do przystanku, na którym były dwie kobiety
oraz młody mężczyzna. Kobiety stały razem w głębi wiaty, gdzie
rozmawiały, gestykulując dłońmi, a mężczyzna przed nimi pogrążony był w lekturze porannej prasy. Mecenas stanął przy krawędzi jezdni i wypatrywał taksówki. Nagle czytający gazetę mężczyzna podszedł do
mecenasa i zaczął z rosyjskim akcentem czytać na głos:
- Astronomiczne Byki w tym tygodniu powinny mniej czasu poświęcać na
pracę zawodową i nie prowadzić przez telefon zbędnych rozmów z klientami. Powinny zwracać uwagę na otoczenie, aby nie spotkało ich
jakieś nieszczęście. Dzięki temu zapobiegną kłopotom...
Mężczyzna skończył i spojrzał w oczy mecenasowi.
- Ciekawy horoskop - powiedział, złożył gazetę w rulon, uderzył nim w udo dwa razy, a następnie dodał: - W horoskopy trzeba wierzyć.
Jakby nigdy nic przeszedł przez ulicę i zniknął w bramie familoka
naprzeciwko. Mecenas rozejrzał się za ewentualnymi świadkami lub pomocą,
ale uznał, że kobiety nie mogły tego słyszeć, ponieważ nadal rozmawiały.
Stał jak zaklęty przez parę minut. Po chwili zatrzymał nadjeżdżającą
taksówkę. Było to stare granatowe audi A4. Wsiadł do niego pospiesznie,
rozglądając się na wszystkie strony i ponownie spojrzał w bramę
familoka.
- Dokąd jedziemy? - zapytał starszy kierowca.
- Do przodu, dokądkolwiek - odpowiedział mecenas.
Taksówka powoli ruszyła, włączając się w poranny ruch.
Ozil Mukba był niezbyt wysokim, krępym mężczyzną o ciemnej karnacji.
Miał wygoloną głowę i krótką trójkątną bródkę. Wielokrotnie był mylony z obywatelem Czarnego Lądu. Niestety, jak sam czasami mawiał w takich
sytuacjach, nigdy nie był w Afryce. Ozil był Albańczykiem, który miał
korzenie libijskie. Jego ojciec na studiach w Tiranie poznał jego matkę,
młodą Albankę, i wkrótce Ozil przyszedł na świat. Rodzice w socjalistycznej Albanii prowadzili drobne interesy, handlując, czym się
dało. Dla syna zapragnęli lepszej przyszłości niż to, co oferowały Libia
czy Albania. Uzbierali wystarczającą ilość pieniędzy, by łapówkami
zagwarantować pierworodnemu wyjazd na studia do lepszego świata, do
Polski. Pragnęli, aby syn został lekarzem.
Ozil w Krakowie poznał piękną drobną szatynkę z Częstochowy. Po roku
pojawiło się pierwsze dziecko, a po następnym drugie i tak Ozil założył
rodzinę w Polsce. Niespodziewanie system socjalistyczny z dnia na dzień
przestał istnieć, co pozwoliło mu pozostać bez żadnych konsekwencji w Polsce. Nie musiał odrabiać stażu lekarskiego w Albanii, a co
najważniejsze, nie musiał zwracać pieniędzy za edukację na obczyźnie.
Rodzice pozostali w Tiranie, a po zmianach gospodarczych i ustrojowych
zaczęli prowadzić stołeczną sieć telewizji kablowej NOVA oraz uruchomili
firmę taksówkową przy lotnisku. Wiodło im się dobrze, więc mogli pomoc
finansowo Ozilowi w nowej roli głowy rodziny.
Polska rzeczywistość początku lat dziewięćdziesiątych nie rozpieszczała.
Ozil jako lekarz nie potrafił dostosować się do polskich realiów
kulturowych i prawnych. Mnóstwo dyżurów, nocne zmiany, coraz większe
wymagania kierownictwa oraz brak wolnych wakatów w obrębie jego
specjalizacji sprawiły, że wybrał inną, łatwiejszą drogę. Zwolnił się ze
szpitala powiatowego i podjął się roli lekarza w hospicjum Świętej
Barbary w małej miejscowości pod Częstochową. Obiekt prowadziły
katolickie siostry. Budynek był nowoczesny, luksusowy, z dobrze
przygotowanym personelem. Nie była to placówką tania i nie dla każdego.
Ozil wraz ze współpracownikami zajmował się tam leczeniem objawowym. Tak
naprawdę głównie podawał leki przepisane przez innych oraz przyklejał
plastry przeciwbólowe, aby ulżyć w cierpieniu starym i schorowanym
pacjentom. Lubił dużo mówić, słuchać oraz rozmawiać z pensjonariuszami,
więc był lubiany. Kierownictwo ośrodka doceniało jego pracę, ale też
przedstawiało w mediach informację, że pomimo kościelnego charakteru
obiektu zatrudnia lekarza muzułmanina. Ozil godził się na to, by być
dowodem tolerancji Kościoła, a co za tym idzie, odwrócić uwagę od
przyziemnych spraw, jak kilkutysięczny koszt pobytu w ośrodku. Wiadomo
było, że niewielkie renty i emerytury nie wystarczały na opłacenie
comiesięcznych faktur za pobyt. Niejednokrotnie do rachunków musiały się
dorzucać dzieci pensjonariuszy, aby rodzice godnie mogli spędzić
ostatnie dni życia.
Ozil przed popołudniową wizytą w ośrodku wybrał się na targowisko w Kłobucku. Było to małe miasteczko z jednym rondem, kościołem oraz
placem, który raz w tygodniu zmieniał się w targowisko. Od rana stało
tam mnóstwo straganów z warzywami, owocami, meblami, narzędziami,
roślinami, a nawet zwierzętami. Pełno ludzi, gwar, hałas, tygiel
zapachów. Lubił ten polski, przaśny handel na targowisku. Przypominało
mu to ojczyznę, gdy z matką robił zakupy na targu rybnym czy warzywnym.
Miał ulubione stragany, gdzie co tydzień robił podstawowe zakupy u swoich ulubionych sprzedawców. Zaczepiał ich, zagadując na różne tematy,
jak pogoda, towar, zdrowie, a nawet polityka. Jego orientalny,
nietuzinkowy wygląd oraz śmieszny akcent zaciekawiały sprzedawców oraz
sprawiały, że chętnie poświęcali czas na rozmowę. Sprzedawcy zwykle
twierdzili, że trzymali ten towar tylko dla niego. Czasami uciął sobie
pogawędkę, pijąc tanią małą kawę w papierowym kubku. Tym razem nie było
inaczej.
Kiedy wchodził na plac, poczuł zapachy ciepłej kiełbasy z duszoną cebulą
ze stoisk gastronomicznych. Obszedł całe targowisko swoim zwyczajowym
szlakiem, aby po trzech kwadransach dotrzeć do sprzedawcy warzyw, u którego kupował żurek, nie wiedzieć czemu zawsze wlewany do butelki po
alkoholu. Lubił jego smak i odpowiadała mu domowa produkcja wyrobu.
Sprzedawca był wysokim blondynem z grzywką opadającą na oczy, w szarym
swetrze z dużą dziurą na łokciu. U pasa zawsze miał otwartą nerkę, z której wystawały banknoty. Ozil znał sprzedawcę z widzenia, dlatego
czasami dłużej u niego zabawił.
- Dzień dobry! - przywitał się uśmiechnięty z charakterystycznym
akcentem cudzoziemca.
- Dzień dobry, panie doktorze - odpowiedział mu zrezygnowanym głosem
mężczyzna.
- Co się stało? - Ozil zauważył smutek sprzedawcy.
- A, wczoraj pochowałem ojca.
- Przykro mi - odparł zaskoczony Ozil. Odczekał chwilę, bo nie wiedział,
co powiedzieć. - A ile tata miał lat? - zapytał poważnym tonem.
- Za miesiąc skończyłby osiemdziesiąt dziewięć - odparł mężczyzna.
- Mógł jeszcze pożyć ku uciesze wnuków - dodał strapionym głosem Ozil.
- Pewnie, że mógł, ale chorował od lat - kontynuował mężczyzna. -
Cierpiał. Nie było jak mu pomóc.
Ozil pokiwał ze współczuciem głową.
- Może mi pan zważyć kilogram tych pomidorów? - Wskazał palcem na
skrzynkę. Nie potrzebował ich, ale w ten sposób zamierzał zakończyć tę
smutną konwersację. Sprzedawca wrzucił kilka pomidorów do plastikowej
torebki i położył ją na wadze.
- Kilo dwadzieścia może być?
Ozil pokiwał głową, szukając w portfelu pieniędzy
- Pan jeszcze u Świętej Barbary? - zapytał niespodziewanie sprzedawca.
- Tak, cały czas - odparł Ozil. - Tam też mam dużo pracy.
- Tak, tak. Na pewno jest dużo, takie czasy. - Zamyślił się mężczyzna,
licząc pieniądze i wydając resztę.
Ozil zawsze lubił opowiadać o swojej pracy, ale uznał, że w tej sytuacji
nie wypada mówić o tych, którzy mają jeszcze szansę, i nie rozwijał
tematu. Pożegnał się serdecznie ze sprzedawcą i wrócił na zatłoczony
parking.
Anna na klatce schodowej czteropiętrowego bloku w Chorzowie-Batorym
spotkała swojego sąsiada Roberta. Mieszkał sam naprzeciwko mieszkania,
które wynajmowała. Robert był młodym kawalerem pracującym w policji, co
wiedziała od sąsiadów. Miał jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów
wzrostu, ciemne krótkie włosy, zawsze był ogolony, schludnie ubrany, ale
bez markowych fajerwerków jak Adam. Nic więcej o nim nie wiedziała.
Zaobserwowała jego nocne wyjścia i powroty, gdyż towarzyszyły temu inne
osoby, samochody przyjeżdżające na parking przed blokiem, a czasami
zamieszanie na klatce schodowej. Kiedyś jeden ze starszych sąsiadów
nazwał go tajniakiem i to wszystko, co było jej wiadomo o lokatorze z naprzeciwka.
Dzisiaj, wchodząc do budynku, Robert jak zwykle przepuścił ją przodem.
Następnie spojrzał na nią w taki sposób, że bez wnikliwej analizy Anna
wiedziała, że mu się podoba. Chciał to chyba ukryć, ale nie potrafił
tego skutecznie zrobić. Za każdym razem Annie sprawiało przyjemność, gdy
mężczyzna patrzył na nią jak na kobietę. Dzisiaj jednak Robert chyba był
podpity.
- Dzień dobry, sąsiadko - powiedział nietypowo, bełkotliwie.
- Dzień dobry, sąsiedzie - odparła w tym samym stylu z uśmiechem.
- Czy mogę zaproponować poranną kawkę? - wymamrotał.
Anna mało nie parsknęła śmiechem, gdyż lekkie zatoczenie się sąsiada
przy poręczy pierwszego piętra potwierdziło, że jest nietrzeźwy.
- Panie Robercie, może innym razem. Dziękuję.
Wchodząc na drugie piętro, Robert odparł krótko, wręcz niebywale
szczerze:
- Warto było spróbować... - powiedział rozbrajająco rozluźniony Robert.
Przerwał wypowiedź na oddech, uśmiechnął się szeroko, obrócił
niezgrabnie na pięcie i ostatkiem sił dodał: - Idę spać, dobranoc.
- Dobranoc - odparła Anna z uśmiechem.
Po wejściu do swojego mieszkania spojrzała jeszcze przez wizjer, czy jej
sąsiadowi udało się otworzyć drzwi kluczem pod wpływem alkoholu. Po
kilku próbach dał radę i zniknął w ciemnym korytarzu swojego mieszkania.
Zamknęła wizjer ostrożnie. Zdjęła buty i rzuciła worek na podłogę.
Podeszła do wielkiego lustra na szafie. Patrzyła długo w odbicie.
Zobaczyła blond dziewczynę z podkrążonymi oczami, bez makijażu, w workowatym golfie bordo, który kupiła sobie na wycieczce do Brukseli,
oraz dżinsach rurkach ze sklepu z używaną odzieżą. Bose stopy dopełniały
obraz niezbyt zadbanej młodej kobiety, a mimo to sąsiad chciał z nią
wypić kawę. Roześmiała się na głos, patrząc nadal w lustro. Przez chwilę
zobaczyła siebie w odbiciu odrobinę inną, jeszcze młodszą, może nawet
atrakcyjniejszą? To chyba tę sąsiadkę chciał zaprosić Robert, przeszło
jej przez myśl.
Poczuła dziwne ciepło oraz spokój, które skłoniły ją, aby tak jak sąsiad
położyć się spać. Krótką wizytę w łazience poświęciła na zdjęcie
ubrania, wrzucenie go do kosza na pranie, nałożenie odrobiny kremu na
twarz i pod oczy. Przyjrzała się sobie przez chwilę w lustrze. Wyszła z łazienki do małej sypialni. Położyła się do spania jak zwykle w swojej
ulubionej fioletowej halce z Triumpha. Wtuliła się w poduszkę, przykryła
puszystym kocem. Czuła się znowu jak atrakcyjna kobieta. Myśląc o tym,
zasnęła.
Pomieszczenie oznaczone numerem pięć na parterze komisariatu
przypominało coś pomiędzy jaskinią potwora a tajemnicą Enigmy. Niektórzy
policjanci innych pionów straszyli swoich petentów, świadków i zatrzymanych, że jeśli nie będą współpracowali czy zeznawali, to trafią
właśnie tam. Z kolei młodzi funkcjonariusze po usłyszeniu
kilkudziesięciu opowiadań o hermetycznej ekipie, nienawidziło jej
członków, a jednocześnie pragnęło do nich dołączyć. Krzyżówka ognia z wodą, piekła z niebem, to było to, co można było odczuwać, gdy się o nich mówiło. Niechęć niektórych osób była tak głęboka, że nawet nie bali
się donosić na nich do komendanta komisariatu, aby im zaszkodzić.
Jeszcze inni cieszyli się, gdy mogli tam wejść choćby na chwilę.
Pomieszczenie numer pięć po otwarciu drzwi prowadziło do dwóch małych
identycznych pokoi. Jeden wyłożony był drewnianą okładziną i przesiąknięty tytoniem, a drugi miał surowe, betonowe ściany.
Wyposażenie obu pokoi było prawie identyczne. Stały tam biurka oraz
szafy pancerne na dokumenty, zamykane na zamki patentowe z widoczną
plombą na każdych drzwiach.
Była czternasta pięć na zegarze wiszącym na ścianie nad drzwiami, gdy do
pokoju wkroczyła druga zmiana - sierżant Michał Zapora, starszy
posterunkowy Jan Gnat, starszy sierżant Zbigniew Wróbel i aspirant
Ryszard Wilk. Weszli tam weseli, śmiejąc się z jakiegoś dowcipu. W pokoju pierwszym na krzesłach czekali na nich koledzy z rannej zmiany,
aspirant sztabowy Jerzy Koniecko, sierżant sztabowy Krzysztof Romb,
starszy aspirant Adrian Cierpisz i aspirant sztabowy Robert Woźniak.
- I co, już po robocie? Wychodziliście gdzieś dzisiaj? - rzucił z przekąsem Janek.
- Wal się - rzucił Adrian.
Wszyscy parsknęli śmiechem.
- Przyszliśmy dopiero na dziesiątą trzydzieści - zakomunikował spokojnie
Robert. - Po nocce to i tak dobry wynik.
Zbyszek podszedł do półki z czajnikiem, nalał do niego wody. W tym
czasie Michał rozstawił cztery różne kubki i wsypał do nich po dwie
czubate łyżeczki mielonej kawy Fort. Jerzy z Ryśkiem zapalili papierosy,
a po chwili zadymili cały pokój.
- Kurwa! - warknął Krzysztof. - Musicie teraz jarać?
Ale nie zrobiło to na nikim wrażenia. Zanim Zbyszek zdołał zalać czwarty
kubek z kawą, a pokój wypełnił się zapachem zaparzanego napoju, w drzwiach stanął komendant komisariatu. Wysoki, szczupły
pięćdziesięciolatek w białej koszuli i grafitowej marynarce. Czaszka,
gdyż tak o nim mówili, pracował w policji od trzydziestu lat, cały czas
w tym samym komisariacie. Zaczynał od szeregowego milicjanta,
dzielnicowego, a później kryminalnego. Awansował na początku lat
dziewięćdziesiątych, po zmianach ustrojowych. Wszyscy widzieli, że lubił
to, co robił, a co najważniejsze, szanował i doceniał dobrą policyjną
robotę.
- Co robicie? - zadał szybko pytanie bez zbędnych ceregieli.
- Przekazujemy sobie... - zaczął zaskoczony Jerzy, ale nie skończył,
ponieważ Czaszka podniósł rękę, machnął nią i przerwał jego wypowiedź.
- Zostawcie wszystko. Dostałem informację od bardzo starego źródła o skradzionym samochodzie. Auta to priorytet naszej wojewódzkiej, więc
mamy szansę na dobrą punktację - przerwał na chwilę i wskazał na kubki,
sugerując, że też się chętnie napije.
Zbyszek od razu postawił dodatkowy kubek, wsypał czubatą łyżkę kawy i szybko zalał jeszcze parującą wodą. Postawił na biurku, do którego już
przysiadł się komendant.
- Nie wiem, jakie auto będzie przywiezione, ale przyjedzie dzisiaj lub
jutro do warsztatu w Chorzowie obok jakiegoś starego targowiska. - Upił
łyk kawy i skrzywił się, bo była gorąca. - Mam to zapisane w pokoju.
Trzeba ustalić, czy jest tam jeden czy więcej warsztatów, sprawdzić, jak
tego można przypilnować. No i od dzisiaj do soboty trzeba będzie się tam
zaczaić. Samochód ma przyjechać po zamknięciu którejś dyskoteki, co
zawęża nam czas zasadzki.
- Cztery dni? - zapytał Robert. - Wszyscy?
- Tak, wszyscy - odparł komendant, odstawiając kubek na biurko.
- No to trzeba zrobić rozpoznanie. Kto pojedzie? - zapytał Jerzy,
spoglądając na Roberta.
- Pojadę z Adim - odparł szybko. - Swoim samochodem, na wypadek gdyby
znali nasze operacyjne bunkry.
Wszyscy roześmiali się po tych słowach.
- Kto je tak ochrzcił? - zapytał komendant i upił następny łyk kawy.
- Bandziory. Te, które dwa lata temu kradły u nas samochody - odparł
Robert - Pamięta komendant? - Nie czekając na odpowiedź, kontynuował: -
Ci goście z Wrocławia, których zatrzymaliśmy. Mieli pełno przygotowanych
kluczyków z serwisu samochodowego z Wojska Polskiego w Chorzowie. Brali
auta z parkingów jak swoje. Mieli jakieś radiotelefony, które przebijały
na nasze częstotliwości i tam właśnie nazywali samochody operacyjne
bunkrami - skończył Robert.
Znowu wszyscy się roześmiali.
- Pamiętam. - Pokiwał głową komendant. - Debile. Chcieli być cwani, a wpadli jak barany. - Wypił kolejny łyk kawy. - No dobra, to jedźcie
zobaczyć, jak to wygląda.
Komendant, wychodząc z pokoju, odwrócił się i dodał:
- Jestem pod telefonem cały czas. Jakby coś, to dzwońcie. Nawet w nocy.
Ozil przez pół godziny nie mógł wydostać się z parkingu z powodu
licznych klientów, którzy zjechali się na targ ze wszystkich okolicznych
wsi. Stał jeszcze kilkanaście minut w korku, zanim dojechał do ronda i wyjechał na główną ulicę swoim nowym, białym lexusem RX. Ruszył z kopyta, gdy tylko wyjechał z miasta na prosty odcinek szosy. Chciał jak
najszybciej nadrobić stracony czas i nie bacząc na ograniczenia
prędkości, dojechać na dyżur. Po drodze wyprzedził kilka samochodów,
psiocząc na ograniczenia oraz wolniejszych użytkowników drogi. Wjechał
niemal z piskiem na parking. Zatrzymał się przed wejściem do hospicjum
na kopercie parkingowej przy słupku z napisem "lekarz". Wysiadł szybko z samochodu, zabrał skórzaną torbę i pobiegł do głównego wejścia.
Recepcjonistka, widząc go z daleka, otworzyła elektryczny zamek drzwi,
witając go kiwnięciem głowy.
Wbiegł na pierwsze piętro, gdzie na wprost schodów był jego gabinet.
Szybko do niego wszedł. Gabinet był obszerny i nieźle wyposażony jak na
taką placówkę. Zaraz po wejściu wyjął z szafy biały kitel, na którym
wyhaftowane były jego imię, nazwisko oraz logo hospicjum. Sprawnie
zarzucił go na siebie. Z wieszaka ściągnął stetoskop i powiesił go na
szyi. Tak przygotowany wrócił spokojnie na korytarz i nieco po czasie
rozpoczął obchód po salach. Starał się nie spóźniać do pracy, ponieważ
siostra Beata bardzo tego nie lubiła. Niewybrednie komentowała takie
sytuacje, czego Ozil nie znosił. Wszedł do pierwszej sali po lewej
stronie korytarza. Zdziwił się, że nikogo tam nie zastał, wszedł do
drugiej, gdzie też nikogo nie było. Wyszedł na korytarz, spojrzał w jedną stronę, w drugą i uświadomił sobie nagle, że jest zbyt cicho. Ani
gwaru, ani telewizorów po prostu cisza - pomyślał ze smutkiem. Wiedział,
co to znaczy. Taka cisza panowała zawsze, gdy ktoś z jego podopiecznych
odchodził. Pojął to i ruszył powoli w stronę kaplicy na parterze
hospicjum. Szedł schodami zrezygnowany, smutny, wytrącony z równowagi.
Dochodząc do kaplicy, usłyszał modlitwy odmawiane przez pensjonariuszy.
Zaszkliły mu się oczy. Nie wiedział, kogo tym razem dosięgnęła śmierć.
Zajrzał do środka, a na katafalku, przy którym paliła się duża gruba
świeca, stała otwarta trumna. Poznał zmarłego go od razu.
To był jego najmłodszy pacjent Edmund. Dostał się do ośrodka po wielu
staraniach pół roku temu. Edmund Głośny, chłoporobotnik, był z pobliskiej wsi. Samotny wdowiec z dwojgiem dorosłych dzieci, które
mieszkały na stałe w Irlandii. Dzięki ich pieniądzom Edmund znalazł
schronienie oraz opiekę pod koniec swoich dni. To on dzisiaj dokonał
żywota. Nie nacieszył się komfortem ośrodka - pomyślał Ozil. Szkoda
człowieka. Uronił łzę. Postał chwilę, wsłuchując się w modlitwy
pensjonariuszy, po czym, nie śpiesząc się, wyszedł. Wrócił noga za nogą
do gabinetu. Zamknął za sobą drzwi, stanął przy oknie, rozłożywszy ręce
z dłońmi obróconymi do góry, zamknął na chwilę oczy i modlił się o duszę
zmarłego. Nagle bez pukania do gabinetu weszła siostra Beata - wysoka,
szczupła zakonnica około pięćdziesiątki. Zauważyła muzułmański rytuał i skrzywiła się z dezaprobatą.
- Znowu się pan spóźnił! - krzyknęła. - Nie zapłacimy panu za ten
miesiąc! Podpisze pan odbiór wypłaty, a my ja przeznaczymy na cele
naszej wspólnoty!
Ozil odwrócił się w jej stronę i popatrzył na nią z żalem.
- Ja się teraz modlę.
- Nie zauważyłam, aby pan się modlił. Modlić to się chodzi do kościoła!
- wrzasnęła i wyszła.
Drzwi trzasnęły z hukiem, aż Ozilowi zadzwoniło w uszach. Mimo to
dokończył w milczeniu modlitwę. Przez kwadrans stał przy oknie,
wpatrując się w pola, i myślał o zmarłym. Obrócił się, położył stetoskop
na biurku, rozpiął powoli fartuch. Zdjął go i odłożył na fotel. Podszedł
do metalowej szafy z czterema szufladami, oparł się o nią. Następnie
otworzył górną szufladę i wyjął z niej teczki z kartami rozpoznania.
Starannie przełożył je do swojego kuferka. Podszedł do biurka. Usiadł na
chwilę w fotelu. Sprawdził szafki i szuflady. Pod lampką zauważył kubek
z fotografią żony z dziećmi, który kupił kiedyś na wczasach we Włoszech.
Wziął go do ręki, po czym włożył ostrożnie do swojego kuferka. Wyciągnął
z drukarki białą kartkę. Położył ją równo przed sobą. Wyjął wieczne
pióro Parker z kieszeni koszuli i na środku białego arkusza napisał:
"Wypowiedzenie z pracy", po czym skreślił jedno zdanie o rozwiązaniu
umowy ze skutkiem natychmiastowym. Przeczytał jeszcze raz, po czym
podpisał się z rozmachem. Wychodząc z gabinetu, spojrzał na niego, jakby
żegnał się dobrym przyjacielem na zawsze. Zbiegł szybko po schodach, nie
zamykając drzwi. Podszedł do recepcji, uśmiechnął się do dyżurującej
kobiety, położył na blacie klucze oraz dokument. Spojrzała na kartkę,
ale zanim ją przeczytała, lekarza już nie było. Zniknął tak szybko, jak
się pojawił. Gdy wyszła zza konsoli na schody wejściowe, zobaczyła
jedynie, jak biały lexus wyjechał na drogę z piskiem i zniknął w alei
drzew.
Anna obudziła się, gdy trzeci raz odezwał się jej telefon. Aparat
wibrował, świecąc ekranem na poduszce obok.
- Słucham - rzuciła.
W słuchawce usłyszała wyraźny głos oficera dyżurnego Jednostki Wojskowej
Komandosów w Lublińcu. Znała ten głos, ale twarzy nie kojarzyła.
- Pani Anna Kuna?
- Tak.
- Oficer dyżurny JW 4101 porucznik Sylwester Jaszczuk. Proszę jak
najszybciej zameldować się w jednostce. Ogłoszono alarm GAMMA.
- Przyjęłam! Coś jeszcze? - zapytała zaspanym głosem.
- Nie, ale proszę być do godziny szesnastej, nie później.
- Dobrze, oczywiście.
Odłożyła telefon na stolik obok łóżka. Zaspanym wzrokiem rozglądała się
dookoła. Na ścianie wisiał okrągły zegar z białą tarczą i dużymi
cyframi, ale od kilku tygodni nie działał. Wyczerpała się bateria, a wskazówki tylko niezdarnie podrygiwały. Nie miała czasu włożyć nowej,
czego teraz żałowała. Poczekała, aż jej oczy przyzwyczają się do
światła. Spojrzała jeszcze raz na telefon, gdzie na monochromatycznym
wyświetlaczu swojej niezawodnej starej nokii 6510i zobaczyła, że jest
czternasta dwadzieścia sześć.
- Ożeż kurwa! - przeklęła głośno.
Usiadła szybko na łóżku. Zakręciło się jej w głowie tak, że aż jej
pociemniało w oczach. Po chwili wstała i poszła energicznie do łazienki.
Wzięła krótki prysznic, umyła zęby i zaplotła warkocz. Włożyła swoją
ulubioną, koronkową i nieprzyzwoicie drogą bieliznę kupioną w butiku. To
jedyna rzecz, którą musiała mieć zawsze na sobie, mimo że była zawodowym
żołnierzem od jedenastu lat. Taka bielizna była wbrew regulaminowi, ale
dzięki niej czuła się kobieco.
Anna wstąpiła do wojska, gdy tylko zaczęto przyjmować do niego kobiety.
Szybko okazało się, że kobieta musi swoje osiągnięcia udowadniać
wyraźniej niż mężczyzna. W szkole chorążych było różnie, ale Anna w jednym była naprawdę dobra. Na strzelnicy czuła się jak ryba w wodzie.
Jedyny problem stanowiło noszenie ciężkiego ekwipunku, ale sama praca
strzelca była przyjemna. Najpierw Anna trafiła do jednostki chemicznej w Tarnowskich Górach, ale nie czuła się tam dobrze. Robiła, co jej kazano,
czekając na swoją szansę. Dostała ją kilka lat później, kiedy dowódcą
JWK w Lublińcu został pułkownik Wacław Franz, stary oficer niskiego
wzrostu o blond włosach obstrzyżonych na jeżyka oraz okrągłej czerwonej
twarzy. Dobry żołnierz i charyzmatyczna postać. Krzyczał, wymagał, był
bardzo wulgarny i zarozumiały. Te cechy w wojsku niektórych prowadziły
do awansu, a innych grzebały. Anna zgłosiła się do werbunku na
specjalsów. Jednostkę czekały zmiany. Zbliżał się czas, kiedy JWK miała
stać się elitarną grupą bojową. Tam Anna została snajperem.
Po kilku chwilach przygotowań ubrana w czarną kurtkę, spodnie moro, buty
Bates do połowy łydki, z workiem na plecach, ruszyła dziarsko na parking
przy domu, gdzie stał jej srebrny daewoo matiz. Używała go wyłącznie po
to, by dojechać do pracy. W innych sprawach po mieście zawsze poruszała
się komunikacja miejską. W drodze się do Lublińca słuchała całą drogę
radia nadającego przeboje, które ją uspokajało.
Po niecałej godzinie zatrzymała się na parkingu przed bramą koszar.
Nigdy nie prosiła o zezwolenie na parkowanie na terenie jednostki,
ponieważ wiązało się to z dodatkowymi kontrolami na bramie. Wolała wyjść
sama za szlaban koszar i od razu ruszyć do domu. Samochodu w tym miejscu
nigdy nie zamykała, przeświadczona, że nikt go tutaj nie ukradnie.
Jednostka była chroniona całodobowo, ale nie przez żołnierzy. Anna
wchodząc główną bramą lublinieckiej jednostki, zawsze się dziwiła,
dlaczego największej jednostki wojsk specjalnych strzeże prywatna firma
ochrony. To przecież głupie, myślała zawsze, jest tylu zawodowców, a tu
leśne dziadki, cywile. Na bramie przywitali ją ochroniarze, którzy mimo
że ją znali, czekali na okazanie przepustki. Przeszła przez budynek,
gdzie było biuro przepustek. Od razu zauważyła, że oprócz znanej pani
Eli z ochrony stoi obok jej fotela pomocnik oficera dyżurnego, który
nerwowo rozmawia przez telefon komórkowy. Skinęła na przywitanie głową
ochroniarce i ruszyła do świetlicy w swojej IX kompanii, gdzie - jak
sądziła - miała być zbiórka. Po wejściu do środka zobaczyła tylko
dyżurnego sierżanta, który siedział przy stoliku z jakimiś rozłożonymi
papierami. Gdy tylko ją zauważył, od razu powiedział:
- Pani starszy chorąży, proszę zabrać sprzęt z kompanii i zgłosić się w pełnym umundurowaniu w sali sportowej.
Anna nic nie odpowiedziała. Ruszyła do zbrojmistrza, który czekał z otwartymi drzwiami na tym samym piętrze. Wydał jej bez słów sprzęt,
nakazał tylko czytelnie podpisać odbiór w książce broni. Anna zauważyła,
że wszystkie podpisy kolegów z kompanii już tam były. Przebrała się w mundur w toalecie, kryjąc się przed zuchwałym wzrokiem dyżurnego.
Zbiegła schodami w dół i wypadła z ekwipunkiem na zewnątrz. Tutaj
wyrównała już oddech, ale nadal szła bardzo szybko. Przechodząc przez
plac apelowy, zobaczyła wielu ludzi oraz sporo pojazdów przed salą
gimnastyczną. Autobusy, szepnęła do siebie. To mogło oznaczać tylko
jedno: nieplanowany poligon albo wyjazd na lotnisko, a stamtąd
gdziekolwiek, gdzie będzie trzeba. Poczuła to, co ją podkręcało -
ryzyko, niewiadomą i potrzebę działania!
Taksówka z żółtym kogutem na dachu zaparkowała przed lotniskiem
Katowice-Pyrzowice przy terminalu A na pasie dla wysiadających. Pasażer
siedzący z tyłu otworzył wolno drzwi z prawej strony i czekał na pomoc
przy wysiadaniu. Kierowca dziarsko opuścił samochód i obszedł go od
tyłu. Otworzył bagażnik, wyjął z niego małą czarną walizkę kabinową,
głośno zamknął klapę i podszedł do czekającego pasażera. Podał mu rękę i pomógł wysiąść z auta. Mężczyzna w wieku emerytalnym w czarnym długim
eleganckim płaszczu i kapeluszu z dużym rondem sprawiał wrażenie osoby
dobrze sytuowanej, wręcz dostojnej. Taksówkarz pilotem zamknął samochód,
a następnie odprowadził klienta do drzwi wejściowych terminala, które
automatycznie się przed nimi otworzyły. Weszli do środka pawilonu
odlotów. Z daleka było widać, że kierowca powiedział coś do klienta, po
czym serdecznie uścisnął oburącz jego dłoń. Mężczyzna w płaszczu coś
odpowiedział i ruszył do stanowiska odpraw pasażerów, a kierowca
odprowadził go wzrokiem. Wrócił do samochodu, zapalił silnik i wyjechał,
mijając automatyczne szlabany.
Dwóch młodych mężczyzn w okularach bez ramek obserwowało to rozstanie.
Obaj młodzi, o wypielęgnowanych włosach i twarzach. Nienagannie, prawie
identycznie ubrani w czarne marynarki i białe koszule. Na ręku mieli
przewieszone czarne płaszcze. Byli bez bagażu. Gdy tylko starszy pan
rozstał się z kierowcą taksówki, obaj stanęli za nim jako ostatni w kolejce do odprawy.
Na skrzyni do skoków sportowych stał pułkownik Wacław Franz w mundurze
polowym. Wszystko wskazywało na to, że nie będzie żegnał żołnierzy,
tylko rusza razem z nimi, a to nie jest mowa pożegnalna, ale odprawa
przed wspólnym wyjazdem. Wacław Franz trzymał bezprzewodowy mikrofon, a z głośników rozbrzmiewały komendy dotyczące stanów osobowych. Anna,
wchodząc do sali, zdążyła krzyknąć "jest" przy wyczytaniu jej nazwiska.
Cztery plutony były w komplecie, natomiast piąty miał braki dwóch osób.
Porucznicy szybko biegali między żołnierzami, wydając kilkanaście
poleceń, wykonali kilka telefonów i szybko ustalili, że dwaj spóźnialscy
są w drodze. Co prawda wypadli na łuku obwodnicy Lublińca do rowu, ale
porzucili już samochód i teraz biegną do jednostki.
- Niech zapierdalają na maksa - oświadczył Franz. - A ty - wskazał na
jednego z poruczników - zadzwoń do Komendy Miejskiej Policji w Lublińcu.
Powiedz im, co się stało, bo znowu będą szukać pijanego właściciela albo
kogo tam sobie wymyślą. - Przez chwilę się zamyślił. - A tak w ogóle to
niech ktoś zobaczy, czy można to auto wyciągnąć i zaholować do
jednostki, zanim się rozpocznie nerwówka.
Franz uśmiechnął się, zadowolony, że ten incydent nie zakłócił
nieplanowej zbiórki.
- Ruszamy! - krzyknął przez mikrofon. - Najpierw wyjazd na lotnisko we
Wrocławiu, gdzie niemiecki lockheed C-130 herkules przetransportuje
dziewięćdziesięciu naszych żołnierzy do Turcji, do bazy lotniczej USA w Incirlik. Dalej polecimy do jednej z baz sił sprzymierzonych na terenie
byłej republiki radzieckiej o nazwie, której nie potrafię, kurwa,
powtórzyć. Tam będziemy czekać na dalsze rozkazy! Wszystko!
Zszedł z pudła, a na jego miejsce wskoczył porucznik Jacek Wrzesień.
- Plutony do autobusów marsz! - krzyknął bez mikrofonu i natychmiast
zeskoczył z pudła.
Zegar na wieży kościoła pod wezwaniem Świętego Józefa w Chorzowie
wskazywał dziewiętnastą trzydzieści pięć. Robert, spojrzawszy na
telefon, stwierdził, że kościelny zegar spóźnia się równe pięć minut.
Wytypowane miejsce do obserwacji było na szczęście pustostanem.
Naprzeciwko pilnowanego warsztatu samochodowego było sześć starych
familoków. Ustawione w równą linię, tworzyły wrażenie jednej ściany z brudnej czerwonej cegły. Dwupiętrowe budowle pamiętały powstania
śląskie. Spokojnie mogły służyć jako tło do filmów Kutza. Na drugim
piętrze familoka numer cztery był otwarty pustostan z dwoma pokojami
oraz oknami wychodzącymi na ulicę. Z góry było można zobaczyć cały plac
warsztatu z bramą wjazdową oraz dojazdem do garaży. Brama na posesję
była wysoka na trzy metry, pokryta w całości brązową blachą falistą z licznymi napisami reklamowymi. Nie miało to żadnego znaczenia z perspektywy prowadzonej obserwacji. Jedyną przywarą tego punktu
obserwacyjnego było to, że w jednym z dwóch pokoi lokatorzy z innych
mieszkań zrobili sobie awaryjną toaletę. Smród był nieziemski. Dopiero
zamknięcie drzwi do niecodziennego szaletu i otwarcie tam okna
złagodziło efekt szamba.
- Jakby tak nie jebało, to byłoby zajebiście - rozpoczął Adi.
- Już nie śmierdzi - skwitował przewrotnie Robert.
- A jak z naszymi? - zapytał Adrian.
- Przyjadą jednym bunkrem, jak się ściemni. Staną gdzieś w okolicy
estakady przy ulicy Wolności i będą tam czekać. Drugie auto będzie
jeździć od strony Bytomia, daleko, w okolicy OBI. - Robert przesunął
starą drewniana komodę spod ściany i ustawił ją przy oknie.
- Żeby tylko bandziory przyjechały - skwitował Adi.
- Spoko. Komendant dał cynk, jak nie wypali, to nie będzie kwasu. A tak
na marginesie, to co on ma jeszcze teraz za czynne źródło, i to w dodatku w tematyce kradzionych samochodów?
- Pewnie jakaś babka - podsumował wesoło Adi.
Roześmiali się, gapiąc się z góry na podwórko warsztatu samochodowego.
Warsztat pomimo późnej pory tętnił życiem. Trzej mechanicy w brudnych
ogrodniczkach oraz polarach, pochyleni nad silnikami przy otwartych
klapach aut krzątali się do dwudziestej trzeciej. Później zniknęli na
chwilę, po czym umyci i w czystych ubraniach wyszli z budynku. Zasunęli
po metalowej szynie bramę wjazdową i założyli dwie kłódki. Poszli pieszo
w stronę targowiska, gdzie skręcili za róg i zniknęli z pola widzenia.
Ta noc aż do świtu nie zaskoczyła policjantów niczym nadzwyczajnym.
Żadne auto nie przejechało przez uliczkę. Jedynie jakiś mężczyzna snuł
się około drugiej w nocy. Wędrował od śmietnika do śmietnika w poszukiwaniu puszek. Robert opuścił stanowisko w pustostanie,
pozostawiwszy tam tylko Adika. Zszedł na dół i wyszedł przed klatkę
schodową. Przyjrzał się mężczyźnie, ale ten uciekł, wstydząc się tego,
co robi. Robert nie lubił takich spotkań, mimo że szczerze współczuł
takim ludziom. Miał wrażenie, że ich oczy mówią: "Jesteś bogaty kosztem
mojej biedy...". Wrócił na górę do Adriana.
Noc była jeszcze młoda, ale Ozil nie planował snu. Przeglądał akta
swoich byłych pacjentów i fotografował każdą kartę swoim iPhone'em 7 na
potrzeby przyszłych ewentualnych opracowań. Wiedział, że za dzień lub
dwa ktoś się upomni o karty, a wtedy odda je z przeprosinami i miną
naiwnego lekarza, który nie wiedział, że nie może wynosić teczek do
domu. Czytał kartę za kartą, wyszukując choroby stwierdzone u swoich
podopiecznych. Czynił to cyklicznie podczas dyżurów w hospicjum.
Poddawał je analizie pod kątem schorzeń, stosowanej terapii czy
lekarstw. Tym razem pierwszy raz zauważył inne liczby. Żyjących
pensjonariuszy sto pięćdziesiąt cztery osoby, przeczytał wynik na głos,
za to liczba zmarłych przekroczyła przez ostatnie lata prawie czterysta
czternaście. Wstał lekko zagubiony po tych dwóch informacjach i poszedł
do kuchni. Włączył ekspres do kawy i nacisnął przycisk podwójnego
espresso. Czekając na napój, zastanawiał się nad swoim odkryciem. Nie
zdawałem sobie sprawy ze skali umieralności w hospicjum - pomyślał
zaskoczony.
Wrócił do swojego pokoju z filiżanką parującej kawy. Czytał kolejno
poszczególne zapisy z kart. Na szarych arkuszach widział choroby
przewlekłe - miażdżycę, raka, choroby układu oddechowego i inne, których
nazwy musiał sobie odświeżyć i przypomnieć. Dostrzegł też zapisy o dolegliwościach wynikających z naświetlania w ramach leczenia oraz
innych zabiegów.
Taka mała społeczność, a tyle naświetleń? - pomyślał, wypijając ostatni
duży łyk kawy. Wstał z wysokiego skórzanego fotela, podszedł wolno do
kanapy po drugiej stronie pokoju. Położył się na chwilę, żeby zamknąć
oczy i wyprostować kości po całym dniu. Leżał raptem kwadrans, gdy nagle
wstał gwałtownie. Podszedł do swojego komputera Apple. Dotknął
delikatnie myszki komputerowej. Ekran rozświetlił się na niebiesko.
Wystukał szybko termin "odczyn popromienny". Komputer zwolnił na chwilę,
jakby się zastanawiał, po czym pokazał na ekranie kilkadziesiąt
podobnych stron na ten temat. Ozil czytał szybko zajawki pod tytułami
stron. Nagle otworzył jedną z nich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki