2.
Wiadomość dostałem krótko po dwudziestej pierwszej. Ktoś z obsługi motelu "Tęcza" zadzwonił na numer komendy i powiadomił o wydarzeniu. Październikowy wieczór był dość ciepły, toteż konieczność wyjścia z domu wcale mnie nie wkurzała.
Poszedłem do samochodu, a po kwadransie byłem na ulicy Jasińskiego. Przed motelem zastałem już wszystkich świętych. Na skraju parkingu mundurowi rozciągali plastikowe taśmy, tworząc krąg o średnicy mniej więcej czterdziestu kroków. W środku kręgu stał tylko granatowy ford; karetka pogotowia i radiowóz czekały od strony ulicy. Nie było żadnych gapiów ani niepotrzebnych ludzi. Tylko z okien patrzyło w naszym kierunku kilka osób, zapewne gości hotelowych.
Z mojego wydziału pierwszy nadciągnął Robert Bednarek. Stał przy fordzie w towarzystwie nieznanego mi człowieka, który mógł być kimś z obsługi motelu, bo miał na sobie charakterystyczny strój kelnera czy barmana. Mówił coś, gestykulował, pokazywał ręką w kierunku wyjazdu z parkingu.
Z miny Roberta domyśliłem się, że obejrzał już miejsce i czeka tylko na mnie.
- Matko Boska - powiedział. - Jedyna. Słodka. Niebieska.
Był blady, ręce mu się trzęsły. Chował dłonie do kieszeni kurtki, zaraz potem je wyjmował i znowu chował.
Jego rozmówca szedł za nim drobnymi kroczkami, zdenerwowany do granic możliwości. Bednarek odwrócił się i gestem dał mu znać, żeby się zatrzymał.
- Niech pan odpocznie. Potem porozmawiamy.
- Ale przecież goście...
- Gościom nic nie grozi. Pan będzie wiedział, jak ich uspokoić. Proszę uprzedzić, że będziemy chcieli porozmawiać ze wszystkimi. I z personelem.
- Czy to znaczy, że gdyby ktoś chciał ...
- Dokładnie. Nie mogą odjechać bez pożegnania.
Potem powiedział do mnie:
- To współwłaściciel tego interesu, Józef Liszewski. Martwi się o straty, normalnie. Z innymi jeszcze nie rozmawiałem.
- Zadzwoń po Rogacza i Zawistowskiego - poleciłem. - Ten młody, Wiatrak, niech też przyjedzie. Weźcie się do przesłuchiwania świadków. Galopem.
Potwierdził skinieniem głowy.
- Jasne.
Rozejrzał się, a że w pobliżu nie było nikogo, zauważył:
- Wdepnęliśmy, szefie. Aż boję się myśleć, co z tego może wyniknąć.
Gestem głowy wskazał samochód na środku parkingu.
- Makabryczne - uprzedził.
Młody policjant, który przyjechał radiowozem, podał mi latarkę. Był blady jak płótno i miał zamiar wymiotować.
- Kto go znalazł? - zapytałem. - Ty?
- Nie - odwrócił się gwałtownie i pochylił szarpnięty torsjami. Dopiero po dłuższej chwili opanował się i pokazał ręką na samochód. - Kolega. Ja zobaczyłem drugi.
Wcale nie było jak na filmach. Nikt nie pił kawy z plastikowych kubków i nikt nie udawał, że widział już wszystko i nic nie robi na nim wrażenia. Ludzie chodzili szarzy na twarzy albo głośno oddychali przez otwarte usta, starając się panować nad swoim organizmem.
Podszedłem do granatowego forda. Drzwi miał zamknięte, a trzy kroki przed nim stał policjant z radiotelefonem w ręku.
- Sierżant Wódka - przedstawił się.
Kiedy podałem mu rękę przyjął postawę zasadniczą, a potem trzymał się za mną o krok, gdy oglądałem wnętrze wozu.
Żałowałem, że muszę to zrobić. Oględziny trwały tylko chwilę, nie było dość światła, żeby zająć się wszystkim dokładnie. Ekipa techniczna dopiero przyjechała swoim mikrobusem i wyładowywała sprzęt.
- Daj telefon - wyciągnąłem rękę do policjanta.
- 62-02 - podpowiedział z ulgą.
Wywołałem oficera dyżurnego komendy.
- Magiera - rzuciłem, kiedy się zgłosił.
- Cześć. Jesteś na miejscu? Jak to wygląda?
- Źle. Mężczyzna w samochodzie. Ale nie puszczaj farby, bo pewne okoliczności...
Dyżurny zrozumiał od razu.
- Czego potrzebujesz? Technicy powinni być lada chwila.
Obejrzałem się na samochód techniczny.
- Właśnie dojechał. Masz namiar na starego? Poproś, żeby mnie wywołał na 62-02.
Dyżurny stęknął.
- Wiesz, co robisz? - spytał. - Stary nie będzie zadowolony. Bierze udział w imprezie dobroczynnej.
- Nie będzie - przytaknąłem. - Sam też nie jestem.
- Odszukam go - obiecał.
Wróciłem do swojego samochodu po gumowe rękawiczki i dałem polecenie technikom, gdzie mają postawić światło.
- Mam tylko jedną lampę - uprzedził szef ekipy. - Dwieście wat. To gdzie ją dać?
Wyglądał cokolwiek nieświeżo, pewnie wyciągnęli go z jakiegoś baru.
- Ilu was jest? - spytałem rozeźlony.
- Czterech.
- To wyślij jednego po inne lampy. Chcę mieć jasno jak w telewizji.
- Ale to musiałbym i generator...
- Właśnie. Ustawisz, jak zechcesz. Ja mam mieć widno.
Szef techników wzruszył ramionami.
- Dyżurny nie wspominał o generatorze.
Dobrze, że się odsunął, bo pewnie przyłożyłbym mu po łbie.
- A ty co? - warknąłem. - Ślepy jesteś? Nie widzisz, że jest noc?
Wróciłem do sierżanta przy samochodzie.
- Zawołaj kolegę. Będziecie tu stali i nikogo nie dopuścicie.
- Tak jest.
- Wiesz, co znaczy: nikogo? Poza mną.
- Wiem, co to znaczy: nikogo.
- Pięknie.
Zanim jeszcze obaj stanęli na wyznaczonym posterunku, odezwał się komendant Jaskóła. Głos w radiotelefonie rwał się nieco, ale nie było najgorzej.
- Mam nadzieję, że to coś ważnego - uprzedził Jaskóła. - Mam obowiązki reprezentacyjne.
- Trzeba, żeby pan tu zajrzał i rzucił gospodarskim okiem - poprosiłem.
Nie mogłem mówić otwartym tekstem, bo wiedziałem przynajmniej o jednym skanerze wychwytującym rozmowy z naszej policyjnej radiostacji. Było wprawdzie dość późno i może nikt przy nim nie dyżurował, ale wolałem nie ryzykować.
- Dobra - obiecał Jaskóła. - Może zajrzę.
Oddałem radiotelefon sierżantowi i spojrzałem na zegarek. Było wpół do jedenastej. Policjant ziewnął dyskretnie. Wezwanie otrzymał tuż przed zakończeniem służby i pewnie miał ochotę wracać do domu.
- Jak tu trafiłeś? - spytałem.
- Ktoś zatelefonował na pogotowie. Chyba jakiś kierowca, z komórki. Dyżurny kazał sprawdzić. Byliśmy najbliżej, to sprawdziliśmy...
Jego mina wyrażała cierpienie. Wątpiłem, żeby mimo zmęczenia miał ochotę położyć się spać.
- Dotykałeś czegoś?
- Klamki. Ale przez chusteczkę.
- Przez chusteczkę?
- Tak, panie inspektorze, bo zobaczyłem krew przez okno. Otworzyłem drzwi, żeby się upewnić, czy mogę pomóc. Ale jak tylko otworzyłem, to zrozumiałem, że nie.
- Doskonale - pochwaliłem.
Poczęstowałem go papierosem i stanęliśmy daleko poza taśmą, żeby nie przeszkadzać technikom w montowaniu światła i zadeptywaniu śladów. Sierżant westchnął i wydmuchał dym w stronę ciemnego nieba. Wzdrygnął się nagle.
- Marzniesz? - spytałem. - To może jednak pójdziesz do łóżka?
Zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie - powiedział. - To tylko ten księżyc. Jest taki zimny...
Jakiś samochód zatrzymał się na poboczu, a kierowca rozglądał się zaciekawiony zamieszaniem. Sierżant Wódka kazał mu natychmiast odjechać.
- A co tu się stało? - dopytywał się facet w samochodzie.
- Wypadek - sierżant był uprzejmy, ale stanowczy. - No, panie kierowco: szerokiej drogi.
Tamten odjechał wolniutko, nadal zerkając za siebie. Przybyła załoga drugiego radiowozu i energicznymi gestami nakazywała wszystkim przejeżdżać bez zatrzymywania. Ruch nie był duży, jak to przy bocznej ulicy.
- Sierżancie, chcecie pomóc? - spytałem.
- Tak jest! - wyprostował się.
- Mogą tu przyjechać węszyciele z prasy i radia. Może służbowym samochodem.
Sierżant Wódka był dobrze zorientowany.
- Na przykład żółtym peugeotem?
- Możliwe. Chodzi o to, żebyś podszedł do nich i inteligentnie zagadał. Będziesz umiał? Powiesz, że mam do nich sprawę i proszę, żeby zaczekali w samochodzie. Jestem podinspektor Magiera.
- To wiem, panie inspektorze. Już się spotkaliśmy.
- Naprawdę? - byłem zdziwiony. - I nie zapamiętałem takiego nazwiska?
Sierżant Wódka roześmiał się półgębkiem.
- To była tylko narada w centrali - wyjaśnił. - Miał pan mówkę.
- Aha.
Spodobał mi się, ponieważ był dość bystry i nie udawał, że wie wszystko i o nic nie musi pytać.
- A jeśli nie zechcą poczekać w samochodzie? - upewnił się.
- To wtedy przegonisz.
*
Nie myliłem się. Nie minął kwadrans, gdy przyjechał oznakowany na żółto samochód stacji radiowej. Sierżant Wódka spisał się bardzo sprawnie. Poszedł tam, by po chwili wrócić z zadowoloną miną.
- Jest facet z żółtym mikrofonem. Mówiłem mu o pańskiej prośbie. Obiecał poczekać, aż pan do niego podejdzie.
- Dzięki. Ale przypilnuj, żeby był grzeczny.
- Rozumiem, panie inspektorze, że chodzi głównie o mikrofon. Albo kamerę.
Wódka to naprawdę był łebski gość.
- Jasne - przytaknąłem. - Pismaki nie zrobią nam większej krzywdy. Gazety już się drukują, niczego nie zdążą zamieścić.
Poszedłem do peugeota. W środku siedział młody człowiek ostrzyżony bardzo krótko, w żółtej służbowej kurtce. Żuł gumę i czekał. Znałem go z widzenia, ale nie wiedziałem, czy uda mi się go przekonać. Początek jednak był obiecujący.
- Dobry wieczór - powiedziałem. - Pan tu służbowo?
- Owszem - otworzył drzwi i wysiadł. - Coś poważnego, panie inspektorze?
- Raczej tak. W związku z tym mam prośbę. Czy mógłby mi pan pożyczyć telefon?
Zawahał się, patrząc podejrzliwie.
- Nie macie łączności?
- Mamy, ale potrzebujemy lepszej. Więc?
- Mogę - zgodził się. - Jeśli pan powie, o co chodzi.
- Powiem - obiecałem. - Jak tylko coś konkretnego będę wiedział. Bo na razie mam tylko nieboszczyka.
- Ten samochód? - podchwycił. - Znam ten samochód...
Nie potwierdziłem.
- Proponuję tak - zacząłem, biorąc aparat do ręki. - Pan poczeka z boczku, a potem opowiem w miarę dokładnie, co tu mamy.
- Tylko dla mnie?
- Tak. Pod warunkiem, że się umówimy co do zasad współpracy. Nic pan nie puści, zanim nie powiem. Albo puści pan wedle swojego widzimisię, choć w tym akurat przypadku bym nie radził...
Od razu załapał.
- To jakiś szczególny przypadek?
- Tak - potwierdziłem.
Zgodził się, choć nie wyzbył wahań. Zakładałem, że krótką korespondencję już nadał, a teraz zależało mi, żeby się nie spieszył z kolejnymi rewelacjami i jak tylko odszedłem na bok natychmiast wyłączyłem jego telefon. W ciągu następnych minut kilkakrotnie mówiłem do wyłączonego aparatu, gestykulowałem i udawałem, że telefon jest mi bardzo potrzebny. W ten sposób załatwiłem dwie sprawy. Sprawiłem wrażenie, że powiedziałem prawdę, co mogło wróżyć dalszą dobrą współpracę, przede wszystkim zaś odseparowałem młodzika od sprzętu łączącego ze światem, uniemożliwiając mu nadanie informacji. Przynajmniej chwilowo.
Lokalna telewizja na szczęście nie dojechała, a pismaków sierżant Wódka z kolegą trzymali na dystans. Całą grupką czekali w oddaleniu, pod drzewami.
Inspektor Jaskóła przyjechał swoim prywatnym samochodem. Pod kurtką miał świąteczne ubranie - elegancki garnitur i muszkę.
- No? - zapytał uprzejmie.
- Powinien pan sam to zobaczyć - odpowiedziałem i poprowadziłem go do oświetlonego samochodu. Technicy ustawili już kilka lamp i Jaskóła nie musiał podchodzić zbyt blisko, żeby wszystko dokładnie obejrzeć.
Mężczyzna w samochodzie siedział za kierownicą, a palce jego prawej dłoni trzymały jeszcze pistolet. Pocisk został skierowany w skroń i wyszedł po drugiej stronie głowy, ale w tym przypadku nie było problemów z identyfikacją.
- Mój Boże - powiedział Jaskóła, prostując plecy. - Przecież to jest...
- Tak - potwierdziłem.
- Kto o tym wie?
- Kilka osób. My tutaj, tamci policjanci, lekarz. Dziennikarze wiedzą na razie tylko czyj to samochód..
- Ich nie dopuszczaj - polecił. - Żadnych informacji. Sam się tym zajmę.
Dwa razy przeżywałem już takie śledztwa, którymi inspektor Jaskóła kierował osobiście. Oznaczało to, że ja będę miał wiele do zrobienia. Zacząłem od razu, bo komendant był zbyt wstrząśnięty, żeby tym pokierować już teraz.
- Dziennikarze czekają - przypomniałem. - Trzeba im coś dać, to sobie pójdą. Potem pomyślimy o konferencji prasowej.
- Słusznie - zgodził się. - Niech na razie będzie, że to tragiczny wypadek, bo przecież nie wiemy, co się stało.
Ale niewiele było do dodania, gdyż wszystko wydawało się jasne. Mężczyzna strzelił do siebie z pistoletu.
- Śmierć na miejscu - oświadczył lekarz. - Moim zdaniem, był zdecydowany na to, co zrobił.
Dlaczego na tego typu rozstrzygnięcie wybrał parking przed motelem? Dlaczego w ogóle wybrał takie rozwiązanie? Może tu spotykał się z kimś? A może to przypadek? Miejsce tak samo dobre jak każde inne.
Łuskę znaleziono w samochodzie. Tożsamość denata potwierdzało szereg dokumentów, jakie miał w kieszeniach. To samo nazwisko widniało na legitymacji i na wizytówkach. Jan Józef Malikowski. Senator.
*
Moi ludzie już pracowali w motelu, przesłuchując obecnych i szukając świadków. Technicy kręcili się po parkingu. Tylko karetkę pogotowia poleciłem zwolnić, bo po zabraniu ciała do kostnicy przez firmę pogrzebową, nie była potrzebna.
Niepotrzebny był także komendant. Przynajmniej on tak to ocenił.
- Odprawa wydziału o dziewiątej - nakazał. - A ty bądź u mnie pół godziny wcześniej.
Nie sądziłem, żeby wracał na bal charytatywny, ale nie sprzeciwiałem się, żeby odjechał.
- Weź każdego, kogo potrzebujesz - zwrócił się do mnie, stojąc już w drzwiach samochodu. - Masz zielone światło. Niech dokładnie sprawdzą tu wszystko. I tylko mi gapiów nie dopuszczaj.
Odwrócił się w stronę radiowozu i zaklaskał w kierunku sierżanta.
- Chodź tu!
Sierżant podbiegł i strzelił obcasami.
- Masz czas? - spytał komendant. - Popracuj tu jeszcze. Zapłacę ci nadgodziny.
Sierżant wyprostował ramiona.
- Tak jest, panie komendancie! Ale ja...
- Skąd jesteś?
- Sierżant Wódka, panie komendancie. Z szóstego komisariatu, panie komendancie.
- Wiesz, kto to ten tutaj?
Sierżant zawahał się.
- Chyba tak, panie komendancie.
- Dobra. Zachowaj to dla siebie. Wywołaj swojego szefa, powinien mieć dyżur. Poproszę go, żeby cię do mnie wypożyczył.
To wtedy powstał ten znany później żart. Czterech dziennikarzy na własne uszy słyszało, jak komendant policji w mieście, inspektor Zenon Jaskóła, wołał do innego oficera policji: daj mi Wódkę!