Martwa Góra - Tomasz Duszyński

Reflow text when sidebars are open.
Mężczyzna był około pięćdziesiątki, siwe włosy strzygł krótko. Trzymał formę, co było widać po jego sylwetce i ruchach. Zero przykurczu mięśni, ograniczenia ruchu w stawach, nie miał piwnego brzucha, nie garbił się. Po kilku kilometrach marszu rozgrzał się, jego chód stał się jeszcze pewniejszy, widać było w nim sprężystość i energię. Pewnie uprawiał jakiś sport. Ten człowiek na pewno będzie niebezpieczny, gdy dojdzie do konfrontacji. Jeśli oczywiście do niej dojdzie. Anděl nie narzekał na formę, lata spędził na chodzeniu po górach, ale było coś w tamtym, co kazało mu zachować większą czujność. Coś wewnątrz ostrzegało go, żeby tamtego nie lekceważyć. Zawsze słuchał wewnętrznego głosu.
Miał na pewno jeden znaczący punkt przewagi nad siwowłosym. Zaskoczenie.
Anděl przystanął i oparł się o drzewo. Wyciągnął lornetkę. Musiał uspokoić oddech, bo obraz w soczewkach drgał. To nie była wina zmęczenia, kondycję miał dobrą. Po prostu emocje brały nad nim górę. Trudno było nad nimi zapanować. Wyrzut adrenaliny i nieznanych związków chemicznych sprawiał, że skracał mu się oddech i tracił kontrolę nad ciałem. Nienawidził tego. To była słabość, której nie potrafił przezwyciężyć.
Wczoraj śledził tego mężczyznę w okolicach Zieleńca. Facet dotarł w miejsce dawnej katastrofy bezbłędnie, trafił tam jak po sznurku. Spędził na torfowisku kilka godzin. Zabrał ze sobą wykrywacz metalu, ale znalazł tylko trochę śmieci. Kilka lat temu sporą część szczątków samolotu wydobyli ludzie z Dolnośląskiego Towarzystwa Historycznego. Anděl wiedział, że nie znaleźli wszystkiego. Maszyna rozpadła się w powietrzu. On znał dokładną lokalizację reszty utopionej w torfowisku maszyny, nie miał jednak zamiaru dzielić się z nikim tą wiedzą.
Tyle że ten mężczyzna najwyraźniej też ją posiadał. Anděl przekonał się o tym tego samego dnia, gdy człowiek przemieścił się kilkaset metrów dalej na północ. Już wtedy było jasne, że to nie jest ktoś przypadkowy.
Coś było nie tak. Anděl poczuł niepokój. Mężczyzna zachowywał się nonszalancko. Był zbyt pewny siebie. Zostawił wyraźne ślady w sieci. Jakby chciał dać znać o swojej obecności i próbował zwrócić na siebie uwagę. Udało mu się, zwrócił uwagę Anděla.
Ten facet świadomie wkładał kij w mrowisko.
Anděl przez cały czas przypatrywał się mężczyźnie. Uderzyło go coś w jego ruchach, postawie, jakby znał jego albo kogoś do niego bardzo podobnego.
Musiał zwolnić i dać tamtemu wysforować się do przodu. Na terenie, na jakim się znaleźli, trudniej było się ukryć; skały i obumarłe drzewa nie zapewniały wystarczającej zasłony.
Mężczyzna szedł pod górę, w stronę zamkniętej dla turystów części Szczelińca. Anděl poczuł, jak mocno bije mu serce. Nie dopuszczał do siebie wcześniej tej myśli, ale teraz było jasne, że siwowłosy wiedział, dokąd iść. Znał lokalizację rozbitego samolotu i wiedział, co stało się z jego pasażerami. Szedł do miejsca, o którym mogła mu powiedzieć tylko jedna osoba.
Anděl niecierpliwie przyłożył lornetkę do oczu. Zlustrował teren. Zdekoncentrował się i przez to stracił mężczyznę z pola widzenia. Tamten rozpłynął się w powietrzu jak duch. Może jednak poszedł w innym kierunku? Może trafił tu przez przypadek?
Nie. Wiedział o fotopułapkach. Ominął je. Za chwilę będzie na Szczelińcu Małym.
Anděl ruszył pod górę. Znał ten teren jak własną kieszeń. Chadzał tędy od dziecka.
Przystanął; coś mówiło mu, żeby się wycofać. Nie był jednak w stanie odwrócić się na pięcie i wszystkiego zostawić. To było silniejsze od niego.
Zawahał się. Znał punkt, z którego będzie miał dobry widok na miejsce, gdzie to się wydarzyło. Mógł obserwować mężczyznę niezauważony.
Anděl wspiął się po głazach i zalegających tu blokach skalnych. Kilka metrów wyżej zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Tamten powinien być teraz kilkadziesiąt metrów na prawo. Chwilę zajmie mu dostanie się na skalną ścianę. Przed Andělem było jeszcze kilkadziesiąt metrów podejścia. Musiał uważać, żeby nie nadepnąć na zaschnięte gałęzie i nie zsunąć się z ostańca.
Ciało rozgrzało się od wspinaczki. Wysiłek przywrócił mięśniom pewność siebie. Anděl przykucnął na szczycie skały tuż przy skarlałym, przechylonym świerku, który stanowił wystarczającą zasłonę przed ciekawskimi spojrzeniami.
Spojrzał przed siebie. Tamtego wciąż nie było na skalnej półce. Może nie wiedział, jak się do niej dostać? A może wcale jej nie szukał? Jego cel wizyty na Szczelińcu Małym mógł być przecież zupełnie inny. Anděl skarcił się w myślach, niepotrzebnie spanikował.
Cisza, odezwał się jedynie myszołów krążący gdzieś wysoko nad drzewami.
Anděl wyciągnął lornetkę. Wychylił się i spojrzał w dół. Ani śladu mężczyzny.
Nagle poczuł uderzenie gorąca. W jego kark wbiły się ostre igiełki. Odwrócił się wolno za siebie.
Tamten kucał kilka metrów od niego. Łokcie opierał na kolanach. W dłoni trzymał broń.
- English?
Anděl pokręcił głową.
- Deutsch?
Potwierdzenie wolnym skinieniem.
- Wiedziałem, że kogoś wywabię, ale nie spodziewałem się... wyobrażałem sobie ciebie zupełnie inaczej - mówił mężczyzna. Głos miał chłodny, metaliczny.
- Nie rozumiem - odpowiedział Anděl.
- Niemieckiego czy sytuacji?
- Nie wolno tu panu przebywać. Zawiadomię...
- Nie wygłupiaj się, śledzisz mnie od Zieleńca. Leziesz za mną jak cień.
- Ciekawość.
Mężczyzna się zaśmiał. Pokręcił głową.
- To jasne, dlaczego za mną idziesz i po co przyjechałem. Przyjąłem twoje zaproszenie. Dasz mi to i po przyjacielsku się rozejdziemy.
- Nie wiem, o czym mówisz.
Mężczyzna skinął głową bez większych emocji. Był na taką odpowiedź przygotowany. Anděl zastanawiał się, na co jeszcze się przygotował.
- Wiem o niej - powiedział, patrząc Andělowi w oczy. Te oczy znów wydały się znajome. Bardzo podobne do tych, które widywał codziennie.
- Kto wyciągnął? - wychrypiał. - Nie wiem, o czym mówisz. Ja tylko...
- To stało się tam, w dole. Musisz o tym wiedzieć...
Anděl odruchowo spojrzał w bok.
- Połóż się na ziemi. - Mężczyzna sięgnął do plecaka i wyjął z niego coś, co zmroziło Anděla. - Załóż to.
Kajdanki, opadając na kamień, wydały metaliczny odgłos.
- Nie.
- Jeśli będziesz stawiać opór, będzie bardziej bolało.
Mężczyzna się podniósł. Broń wcisnął za pasek, wyciągnął z kieszeni kurtki nóż. Był pewny siebie; profesjonalista. Anděl spojrzał za siebie. Czy był w stanie skoczyć? Jakie miał szanse przeżyć upadek z kilkunastu metrów?
A jakie ona miała szanse? Wtedy, gdy ktoś inny mierzył do niej z broni, nie dając jej wyboru?
- Nie rób tego. Jeśli oddasz mi to, co należy do mnie, będziesz żyć. Teraz to będzie zwykłe samobójstwo.
Anděl popatrzył na mężczyznę. Zrobił krok w tył. Zadrżał, poczuł, że jego pięta trafia w pustkę. Mężczyzna zareagował błyskawicznie i skoczył w jego stronę. Gałąź świerka pękła z głuchym trzaskiem. Gdy ciało runęło w przepaść, myszołów wciąż krążył nad Szczelińcem.
Oberfeldwebel Matthias Becker niecierpliwił się, a musiał zachować spokój. Wiedział, że za chwilę znajdzie się w strefie śmierci, a tam będzie zdany tylko na siebie.
Na razie trzymał się torów kolejowych w kierunku Breslau. Wykorzystywał rzadkie obłoki jako zasłonę. Oczy miał dookoła głowy, ale często patrzył w dół. Ziemia z góry nie wyglądała na skażoną wojną; łaty drzew, prostokąty pól, nitki rzek wyglądały malowniczo. Muskały je srebrzyste promienie księżyca. Nawet gdyby wytężył wzrok, nie byłby w stanie dostrzec śladów wojny: spalonych domów, lejów po bombach i połamanych słupów. Wystarczyło jednak unieść głowę i spojrzeć przed siebie - wschodząca na horyzoncie łuna była zapowiedzią płonącego cmentarzyska, w jakie zamieniło się Breslau.
Zbliżał się do piekła, do piekielnego kręgu światła, w które wlatywał na swoim "Bocianie" niczym ćma. Dzięki Bogu, ufał tej maszynie bez granic. Już kilkakrotnie lądował Fieselerem Fi 156 na lotnisku, którym stał się dawny Scheitniger Stern (Gwiazda Szczytnicka). Za chwilę nakieruje maszynę na teren leżący na osi Kaiserstrasse (Plac Grunwaldzki) pomiędzy mostami Kaiserbrücke (Most Grunwaldzki) i Adolf-Hitler-Brücke (Most Szczytnicki).
Robił to już w kwietniu, gdy przydzielono go do eskadry lotniczego pogotowia medycznego. Dostarczał do Breslau ładunek i zabierał rannych. To był jeden z powodów, który zadecydował o powierzeniu mu tego zadania.
Gdy pierwszy raz pojawił się nad Kaiserstrasse, serce podeszło mu do gardła. Nie poznawał swojego miasta. Brandkommando wypaliło całą dzielnicę naukową, a saperzy dopełnili wizję biblijnej apokalipsy. Zniknęła kamienica, w której się urodził, i wszystkie sąsiednie budynki. Nie było już wież Kościoła Świętego Piotra Kanizjusza i Kościoła Marcina Lutra. Domów na Uferstrasse (Fryderyka Joliot-Curie i Wybrzeże Stanisława Wyspiańskiego) i Marienstrasse (Władysława Nehringa), skwerów, po których biegali z siostrą i znajomymi. Był jedynie szary, upstrzony lejami po bombach pas, otoczony sczerniałymi kikutami niegdyś wspaniałych kamienic.
Mieszkańcy Breslau niczym mrówki wytyczyli w tym gruzowisku nawierzchnię miejskiego lotniska. Stało się to kosztem tysięcy istnień. Ich ciała zalegały w tym cmentarzysku w bezimiennych grobach, sprasowane w jedno z gruzem i stalowymi prętami.
Siostra. To był drugi powód, dla którego go wybrano. Był pewny, że stracił ją w styczniu, gdy po ogłoszeniu alarmu bojowego dla twierdzy nakazano cywilom opuszczenie miasta. Matka nie przeżyła siarczystych mrozów podczas marszu, siostrę uratowała grupa znajomych, którzy mimo zakazu zawrócili do Breslau. Próbując ocalić życie, znaleźli się w strefie śmierci.
Od tamtej pory tylko raz udało mu się wymienić z nią wiadomości. Napisała, żeby o niej zapomniał, że umarła wraz z matką. Matthias nie potrafił zapomnieć. Próbował zdobyć zgodę dowódcy na wywiezienie Emily, ale nikt nie chciał nawet o tym słyszeć. Aż do teraz. Kilka godzin temu wezwał go do siebie Generalmajor Fritz Morzik.
Rozmowa była krótka.
- Polecisz do Breslau.
- Tak jest.
- Nie ukrywam, to samobójcza misja. Poproszono mnie o wytypowanie pilota. Wybrałem ciebie.
- Dziękuję, generale.
- Nie pytasz, dlaczego ty?
Matthias milczał. Patrzył na Fritza wyczekująco. Morzik znał go od dziecka. Z ojcem Matthiasa byli najlepszymi przyjaciółmi, wspólnie służyli w czasie Wielkiej Wojny, a potem byli instruktorami w berlińskiej szkole pilotów. Fritz uczył Matthiasa pilotażu, wspierał jego rodzinę po śmierci ojca.
- To pytanie zadali mi ci, którzy zaplanowali ewakuację generała Hermanna Niehoffa z Breslau. Powiedziałem, że jesteś jednym z najlepszych pilotów. Zapytali, dlaczego nie wysyłam najlepszego. Powiedziałem, że masz coś, co sprawi, że zrobisz wszystko, żeby wyjść z tego żywy. A to dla generała najlepsze zabezpieczenie.
Matthias poczuł, jak krew napływa mu do twarzy. Bardzo chciał usłyszeć kolejne słowa Fritza.
- W "Bocianie" masz trzy miejsca.
Fritz nie musiał nic więcej dodawać. Matthias z trudem opanował emocje.
Widział jednak chmurę na twarzy dowódcy.
- Uważaj na siebie, Matti.
Snopy reflektorów macały niebo, próbując sięgać w stronę sunącego gładko Fieselera. Matthias zadecydował, że już czas. Zanurkował i wszedł w szybkie, ciasne zakręty. Rosjanie na szczęście go nie wypatrzyli. Ziemia zbliżyła się błyskawicznie, a lądowanie było ciężkie. Koła orały po nierównym pasie startowym. Lewe trafiło na lej po bombie, wydawało się, że odpadnie. "Bocianem" zatrzęsło. Matthias wypatrzył mężczyznę dającego sygnał latarką. Wskazano mu miejsce pod siatką maskującą. Wylądował w mieście śmierci. Miał wywieźć z niego dwa duchy. Modlił się, żeby Emily otrzymała jego wiadomość.
- Zimno idzie, Bartuś.
Bartek Sondej wyprostował plecy. Rozciągnął mięśnie, które zastały się podczas żmudnej pracy. Spojrzał na starego Zilmanna.
- Zima idzie, to i zimno - odpowiedział filozoficznie, jak zwykli to robić ludzie stąd.
Stary uniósł kącik ust. Tak dawał znać, że jest rozbawiony. Oczy jednak pozostały bez wyrazu, szare jak popiół. Zilmann patrzył gdzieś w stronę Szczelińca, na czubki drzew. Bartek też spojrzał w tamtą stronę. Z góry schodził wiatr; sprawiało to dziwne wrażenie, bo jeśli już tu wiało, to raczej z innych kierunków. Czubki świerków zakołysały się, jakby coś przedzierało się dołem, rozpychając pomiędzy wiekowymi pniami. Coś wielkiego i niecierpliwego. Wydało mu się, że nawet tu, na dole, słyszy szelest rozbudzonych liści. Dźwięk był suchy, coś tarło o siebie, zatrzeszczały z oburzeniem rozłożyste konary drzew.
Milczeli, obserwując to zjawisko. Bartek odruchowo przymknął oczy, gdy lodowaty podmuch uderzył go w policzki.
To nie był tylko chłód, to było coś więcej. Coś, co przenikało go do szpiku kości, nawet przez grubą kurtkę, nawet przez rozgrzane pracą mięśnie.
Sondej poczuł, że zatkały mu się uszy. Takiego wrażenia doświadczał, gdy nagle zmieniało się ciśnienie.
- Na dziś koniec.
Głos starego dochodził niczym zza grubej szyby. Bartek przełknął ślinę i próbował ziewnąć, żeby pozbyć się ucisku w uszach. Gdy wreszcie słuch wrócił do normy, popatrzył na Zilmanna. Nie wierzył w to, co usłyszał. Szef nigdy nie pozwalał im kończyć przed czasem. Twardą ręką trzymał pracowników, trzeba było mu meldować, nawet jak się szło na stronę. A teraz, pół godziny przed fajrantem, ogłosił, że kończą. Było to wydarzenie równie niewiarygodne jak podwyżka.
Wiatr go zaniepokoił? Jakaś myśl z tym związana? Twarz starego stężała niczym pergamin, usta zamieniły się w dwie sine kreski. Wyglądał, jakby nagle zapragnął znaleźć się gdzieś indziej, w swojej ciepłej kuchni, ze szklanką herbaty w dłoni, otoczony gazetami i albumami ze zdjęciami.
- Co się stało, panie Zilmann? Bywają tutaj przecież i ostre zimy. Wieje czasem tak, że łeb urywa.
Stary nie wyglądał najlepiej. Bartek nagle uświadomił sobie jego kruchość. Nigdy o tym nie myślał, bo Zilmann wydawał się zakonserwowany jak niemiecka wołowina. Nieraz koledzy mówili, że skurwiel przeżyje ich wszystkich. Nigdy nie miał kataru; jak na wycince spadło na niego drzewo, to następnego dnia był już w pracy. Cały w pokrwawionych bandażach, bo uciekł ze szpitala.
- Jak zaczniesz jutro z rana, to dokończysz przed śniegiem.
Głos starego był metaliczny, suchy jak te liście, które w lesie poruszył wiatr.
Bartek zdał sobie sprawę, że otacza ich absolutna cisza. Nie trzeszczało już żadne drzewo, nie świergolił ptak, a wiatr ucichł, jakby ktoś go odłączył od prądu.
- Śnieg?
W prognozach nie było go przez najbliższy tydzień. Przymrozki miały chwycić, ale niezbyt dokuczliwe.
- Śnieg - powtórzył stary.
Zilmann znał te góry, wiedział o nich wszystko. Chodzący barometr. Jeśli mówił, że będzie śnieg, to nie było wątpliwości, że spadnie.
- Może niech pan idzie, ja wolę dokończyć dzisiaj. Rano nie będzie mi się chciało wstawać. A jak pan mówi, że białe idzie, to lepiej...
Stary go nie słuchał. Patrzył w bok na wybrukowany trakt, który latem roił się od turystów.
Teraz leżało na nim kilka liści i deski, których używali do zabezpieczania stoisk na zimę. Szlak na kilka miesięcy pustoszał, zamieniał się w alejkę duchów. I jeden taki duch od kilku dni tędy przechodził. Mijał ich codziennie o tej samej porze.
Mężczyzna szedł wolno, przechylał się z boku na bok jak marynarz, który po zejściu ze statku nie przywykł jeszcze do stabilnego lądu. Bartek przyjrzał się facetowi już wcześniej. Ten człowiek marynarzem nie był, po prostu kulał, wyraźnie oszczędzał jedną kończynę. Pod spodniami na kolanie widać było wybrzuszenie. Wyglądało to na ortezę.
Co kilkanaście metrów mężczyzna przystawał. Łapał oddech, czasem patrzył na nadgarstek, jakby sprawdzał puls. Pewnie miał jeden z tych przyfisiowanych zegarków, co mierzą tętno i częstotliwość oddawanego stolca. Potem facet rozglądał się chwilę, patrzył po czubkach drzew, napawał się pięknem przyrody i szedł dalej.
Trudno było ocenić jego wiek. Może był po czterdziestce, ale na oko Bartka bliżej mu było do pięćdziesiątki. Twarz mężczyzny była pulchna, na takiej trudno o wyraźne zmarszczki. Wiek odczytywał raczej po posiwiałych włosach i zgarbionej sylwetce.
- Jak daleko dziś dojdzie? - zapytał odruchowo Zilmanna.
Z Heńkiem, z którym pracowali u starego, robili każdego dnia zakłady. Obstawiali, że do schroniska uda się facetowi dojść gdzieś na wiosnę. Spacery codziennie wydłużał o kilka minut, ale nie udało mu się jeszcze nawet doczłapać do schodów prowadzących na Szczeliniec. Gdy wreszcie tam zawita, będzie robił przerwy co schodek.
Bartek zaśmiał się pod nosem na tę myśl, ale Zilmann na jego wesołość nie zareagował.
Znów spojrzał na starego. Ten stał sztywno, jak zmrożony, jakby naprawdę zobaczył ducha. Może wcześniej się na faceta nie natknął, ale przecież musiał o nim słyszeć. Wszyscy już o nim mówili - od Radkowa po Kudowę.
- Zna go pan?
Teraz dopiero Bartek uświadomił sobie, że mogło tak być. Ten duch pochodził podobno z okolic Karłowa, wrócił tu po latach. Niektórzy pamiętali go jako młodego chłopaka. Nie zapomnieli o nim, doskonale wiedzieli, co robił przez ten czas, gdzie mieszkał, gdzie pracował. Plotki odżywały, gdy pojawiała się o nim wzmianka w jakiejś gazecie. Wrócił podobno na ziemię kłodzką, żeby dojść do siebie. Miał jakiś wypadek, może zawał, tutaj akurat pojawiło się kilka sprzecznych informacji. Wszyscy byli jednak zgodni, że facet witał się już z kostuchą, ale cudem przeżył. Karłów miał mu pomóc powrócić do życia.
Gdy Bartek patrzył na faceta, musiał szczerze przyznać, że na razie to powracanie do życia szło tamtemu mozolnie. Posuwał się chwiejnie, jakby miał się zaraz zawinąć do trumny.
- Dzień dobry - rzucił Bartek, gdy mężczyzna znalazł się w zasięgu jego głosu.
- Dobry...
Facet skinął głową i przesunął po nich wzrokiem bez wyraźnego zainteresowania. Traktował te uprzejmości jako przykry obowiązek. Gdy się do nich zbliżał, szedł jak najdalej skrajem drogi, żeby ominąć pracujących szerokim łukiem. Bartek był w stanie się założyć, że facet nie cierpiał ludzi. Wyglądał na samotnika, w dodatku mocno stukniętego. Gdyby teraz o coś go zagadnął, ten ich karłowski duch pewnie udawałby, że nie usłyszał.
- Dziwak, nie? - Bartek chciał cokolwiek z Zilmanna wyciągnąć, ale ten nie reagował.
Stary miał zaciśnięte pięści i szczęki. Zaczął dopiero oddychać, gdy tamten oddalił się od nich na kilkanaście kroków.
- To podobno glina, nie? Przyjechał z Wrocławia.
- Śnieg idzie - powtórzył stary.
Bartka na te słowa przeniknął chłód, bo wydawały się zupełnie od czapy.
Zilmann jakby się zawiesił. Patrzył za tamtym, a potem uniósł wzrok i prześwidrował szarym spojrzeniem górę, to miejsce, z którego zszedł wcześniej zimny podmuch. Zupełnie jakby połączył wiatr z tym człowiekiem w jedno.
- Pewnie jutro facet wymięknie i nie wyściubi nosa z domu...
Bartek spojrzał na Zilmanna, ale tego już nie było obok. Szedł w stronę lasu żwawym krokiem, nawet jak na niego. Wkrótce zniknął pomiędzy drzewami.
- Drugi duch, cholera.
Pozostało wzruszyć ramionami i wrócić do pracy. Bartek przyłożył gwóźdź do drewna. Uderzył młotkiem. Głuche uderzenia rozeszły się w pustce.
Zza ciężkich chmur wyszło słońce. Cisza przed burzą. Bartek miał dziwne wrażenie, że ta burza niesie ze sobą coś złowróżbnego, co rozbrzmiewa echem przeszłości.
*
Arek Zimny starał się utrzymać stałe tempo. Szedł krok za krokiem. W pierwszych dniach nawet je liczył, w domu zapisywał na karteczce odległość i czas. Ale ileż można się w to bawić? Szybko zaczęło go to denerwować. Nudna powtarzalność jednak go męczyła, cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną. Próbował się wyłączyć na otoczenie. Udawało mu się na kilka minut. Wtedy zdawał sobie sprawę, że pokonał zaledwie kilkadziesiąt metrów. Denerwowało go to ślimacze tempo. Podnosiło mu się ciśnienie, zaczynała go swędzieć skóra, pocił się, a w jego głowie przewijały się dosadne przekleństwa.
Przeklinał sam siebie. Zamienił się w emeryta, rencistę, człowieka uszkodzonego. Do jakiego poziomu sprawności mógł wrócić? Tego nie wiedzieli nawet lekarze. Serce mogło mu wysiąść w każdej chwili. Aktywność fizyczna, ćwiczenia, leki były tylko po to, żeby dał radę sam dotrzeć spacerkiem na cmentarz, do wykupionej na Grabiszyńskiej kwatery.
Zabolało go kolano, pochylił się, żeby poprawić ortezę. Gdy się prostował, pociemniało mu przed oczami. Poczuł niemoc w ciele. Serce zagalopowało. Chwilę trwało, zanim odzyskało właściwy rytm. Bał się takich momentów. Był świadomy tego, co się z nim dzieje, i nie mógł nic na to poradzić. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie wrócić do wynajmowanego pokoju. Tylko po co? Co by tam robił? Leżałby i użalałby się nad sobą, gapiąc się w ścianę. Depresja pukała do drzwi. W pierwszych dniach po wyjściu ze szpitala nie ruszał się z łóżka. Spał, mało jadł, nie miał siły i ochoty podnieść ręki. Zapadał się w sobie. Po przyjeździe do Karłowa też tak było. Popatrzył jednak za okno, na płaską jak stół linię szarej skały wznoszącej się nad lasem. Pomyślał, że chce sprawdzić, jak bardzo się tam zmieniło. Ile pamiętał, ile zapomniał. Wtedy uznał, że lepiej zdechnąć na szlaku niż w łóżku.
Zimny przymknął oczy. Otworzył się na nowe wrażenia: świst wiatru i skrzypienie drzew. Las trzeszczał, ożywał. Drzewa, gdzieś z głębi grubych pni, uwalniały przeciągłą skargę.
Drgnął, gdy w jego kieszeni zawibrował telefon. Powrócił zasięg, szturm na skrzynkę przypuściło kilka esemesów i wiadomości na komunikatorze. Każda biła się o pierwszeństwo. Arek miał wrażenie, że łapał tu, w Karłowie, zasięg jakimś rykoszetem, czasem w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. Elektromagnetyczny strumień odbijał się od skał, meandrował pomiędzy wzgórzami. Gdy on się gubił, gubił się i człowiek.
Zimny wyciągnął telefon z kieszeni z myślą, że gdy będzie czytał wiadomości, przestanie myśleć o kolejnych krokach, o swoim żółwim tempie i ułomnościach.
Co masz na sobie?
Zaśmiał się i pokręcił głową. Wiadomość od ZombieGirl. Od razu domyślił się, kto się kryje pod tym nickiem na WhatsAppie. Odpisał:
Wiesz, że na to można się leczyć?
Niby na co? Boisz się, że znów ci serce stanie, jak chwilę poświntuszysz?
W moim wieku nie staje już nawet serce...
Wykasował ostatnie zdanie. Zamiast niego napisał:
Czuję się dobrze.
ZombieGirl. Wiedział, że na swój pokrętny sposób sprawdzała, czy żyje. Nie potrafiła napisać wprost, że o kogoś się martwi. A już, nie daj Boże, gdyby miała przyznać, że na kimś jej zależy. Nie miał z nią kontaktu od kilku miesięcy, odkąd wyszedł ze szpitala. Właściwie to nie był pewny, czy kiedykolwiek jeszcze się do niego odezwie. Zniknęła, bo chciała i potrafiła. Teraz się jednak odezwała. Dlaczego?
Znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że nie może jej zapytać o to wprost. Spłoszyłby ją. Mógł zapytać dziewczynę o coś innego. Miał do niej jakieś pytanie? Niby jakie?
Radzisz sobie? Bez sensu, wiedział, że sobie radzi. Gdzie jesteś? Nie powiedziałaby mu, wolała przebywać gdzieś, gdzie czuła się bezpiecznie, zamknięta w swojej skorupie. Jak się czujesz? Nie odpowiedziałaby, bo co odpowiedzieć na te puste słowa?
Zimny zawahał się, w końcu palce wcisnęły odpowiednie litery.
Co masz na sobie?
Nie odpowiadała. Sprawdził telefon. To nie była wina zasięgu. Kolejny ruch należał do niej. Sama zaczęła tę partię szachów, musiała wiedzieć, na co się pisze.
Wcisnął na ekranie ikonkę koperty. Przyszła wiadomość od siostry. To ona poradziła mu, żeby tu przyjechał i się zrestartował. Nie do końca był przekonany, że jest jej za to wdzięczny. Niektóre stare maszyny przy próbie ponownego włączenia już nigdy nie ożywały.
Zastanawiał się chwilę, co jej odpowiedzieć. W końcu przesłał krótką wiadomość. Skłamał w niej przynajmniej trzy razy. Tak naprawdę wcale nie czuł się dobrze, powrót do przeszłości nie był dobrym pomysłem i nie miał zamiaru spotkać się z nikim z dawnych znajomych.
Siostra na pewno zorientuje się w tych kłamstwach, wiedział jednak, że w żaden sposób tego nie skomentuje.
Zimny wcisnął telefon w kieszeń płaszcza i popatrzył przed siebie. Zatrzymał się. Nie miał pojęcia, gdzie jest.
Po lewej las, po prawej spora wycinka i skalne wzniesienie. Rozpoznał je. Musiał dotrzeć do wejścia na trasę na Szczeliniec Wielki. Odruchowo ominął schody i ruszył niebieskim szlakiem, tak zwanym obejściem Szczelińca Małego. Ta ścieżka prowadziła przez płaski teren aż do parkingu.
Jednak się wyłączył. Przeszedł kilkaset metrów na autopilocie. Zajął czymś umysł i przestał analizować każdy krok. Co dziwne, wcale nie czuł zmęczenia. Może rzeczywiście wszystko jest w głowie? Odetchnął głębiej. Nie zasapał się, nie brakowało mu powietrza. Skontrolował smartwatcha. Jeśli teraz zawróci, zrobi dwa razy więcej kroków niż do tej pory. Cholerny sukces. Zapisze to sobie w zeszycie wielkimi literami.
Z tym że do powrotu jakoś mu się nie spieszyło.
Zimny popatrzył przed siebie. Mógł iść dalej szlakiem do parkingu pod Szczelińcem i stamtąd zawrócić. Mógł dotrzeć do starego pruskiego fortu, Baterii nad Pasterką, i tam pobłądzić. Kusił go jednak inny kierunek.
Arek spojrzał w prawo. Pamiętał to miejsce. Chodził tędy z siostrą i znajomymi w stronę Szczelińca Małego. Mieli swoje przejście prowadzące pomiędzy pionowymi ścianami.
Kusiło go, żeby spróbować podejść pod wzgórze i dotrzeć do podnóża skałek.
Wiedział, że teraz to ścisły rezerwat przyrody i wstęp jest zakazany, ale i tak nie byłby w stanie wspiąć się na tyle wysoko, żeby jakoś szczególnie naruszyć ograniczenie.
Zegarek ostrzegał go natarczywymi piknięciami, że jego tętno podskoczyło poza bezpieczny zakres. Przystanął i otarł pot z czoła. Zrobił kilka powolnych wdechów i głębokich wydechów. Metoda się sprawdzała. Tętno powoli, ale jednak opadło.
Zimny ruszył wolniej pod górę. Krok za krokiem, bez pośpiechu. Przystawał przy kolejnych ostrych dźwiękach wydawanych przez smartwacha.
Tempo było iście żółwie, bo nachylenie stoku stało się zaskakująco strome. Bardziej strome, niż Zimny pamiętał.
Góra raczej się nie zmieniła, jako dzieciak po prostu nawet nie zwracał na to uwagi. Lata temu wbiegał z siostrą pod skały na Szczelińcu jak kozica. Teraz był starym capem, który ledwie przebierał kopytami. Śmierdział też jak stary kozioł.
- Cholera jasna, zamknij się wreszcie!
Zimny walczył przez chwilę z ustawieniami zegarka. Próbował wyłączyć irytujący dźwięk pipczenia, a gdy mu się to nie udało, wyłączył urządzenie całkowicie.
- Od razu lepiej.
Arek popatrzył na skałki. Podchodził kilkadziesiąt metrów jakiś kwadrans. Kolejny kwadrans zajmie mu podejście wyżej.
- Zdechniesz tu, Zimny. Serce ci pęknie. Znajdą cię na wiosnę.
Ta myśl go rozbawiła. Zaczął wyobrażać sobie swoje ciało rozkładające się w skalnym rumowisku. Potem wyobraził sobie swój pogrzeb. Ludzi, którzy na niego przyjdą. Wyobraził sobie, co o nim mówią. To już nie było jakoś specjalnie zabawne. Przez cały ten czas wolno, ale konsekwentnie drałował pod górę.
Zimny znalazł się nagle między wysokimi wapiennymi kolumnami. Przeszył go ziąb. Było tu chłodniej i bardziej wilgotno. Na wyschniętych trawach wciąż widać było szadź. Kryształki lodu przyprószyły wciskające się między skały wątrobowce. Wiatru nie czuł, choć ten przeciskał się między pionowymi ścianami z głębokim pomrukiem.
Zimny się zmęczył. Miał jeszcze kilka kroków do skały, na której przesiadywał z siostrą. W wąskim wycinku nieba nad głowami wypatrywali myszołowów.
- Kurrr... zapiał.
Zimny potknął się i przywalił czubkiem buta w kamień. Bolało jak cholera.
Arek dokuśtykał do głazu i na nim przysiadł. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie ściągnąć buta i nie sprawdzić szkód. Był pewny, że uszkodził duży palec. Być może przyjdzie mu zrywać paznokieć.
Już na samą myśl o tym, że będzie musiał się schylić albo, nie daj Boże, w ekwilibrystyczny sposób unieść nogę, dostawał zawrotów głowy.
Postanowił przeczekać pulsujący ból i skupić się na otoczeniu.
- Zimno w dupę, cholera...
Arek wstał, otrzepał spodnie. Jeszcze tego brakowało, żeby dostał wilka. Z wysiłku przy porannym stolcu mógł umrzeć na sedesie jak Elvis Presley. Takiej śmierci nie chciał.
- Dupa - powiedział.
Wszystko go denerwowało. Irytowała go każda cholerna pierdoła. Im bardziej próbował być spokojny, tym większa ogarniała go gorączka. Swędziała go skóra, swędziało pod skórą, kości, mięśnie, mózg. Wszystko.
- Dupa! - krzyknął.
To był tak głośny krzyk, że aż sam się nim przeraził. Zwielokrotniło go echo odbijające się od ścian.
Zimny się uśmiechnął. Echo. Pamiętał je. Często z siostrą wykrzykiwali tu jakieś słowa.
- Durny Żelkowski! - wrzasnął Zimny.
Zastanawiał się, czy znienawidzony nauczyciel chemii jeszcze żyje.
- Spoczywaj w spokoju! - dodał nieco skruszonym głosem.
Zimny znów przysiadł na skale, zapominając o zagrożeniu hemoroidami.
Siostra. Arek nagle zapragnął, żeby tu z nim była. Żeby oboje mogli pokrzyczeć jak za dawnych czasów.
Sięgnął po telefon. Brak zasięgu. Nie mógł nawet do niej zadzwonić. Obiecał sobie, że zrobi to później. Ela czuła się już na tyle dobrze, że mogła go tu odwiedzić. Pokonała swoją chorobę, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby przyjechała do Karłowa. Posiedzieliby na tej skale, pokrzyczeliby, popatrzyli przez kolorowe szkiełka na otoczenie, tak jak kiedyś Niemcy na szczycie Szczelińca. Tamci też wiedzieli o echu. Strzelali z pistoletu, a potem z moździerza, dla lepszego efektu.
Zimny popatrzył przed siebie. Coś nie dawało mu spokoju. Musiał to zarejestrować wcześniej, gdy po raz pierwszy siadał na skale. Co to było?
Arek znów się podniósł. Popatrzył na podnóże piaskowcowej skały. Coś wystawało ponad szarym głazem. Z tej odległości nie był w stanie rozpoznać, co to jest. Instynkt podpowiadał mu jednak, że ten kształt nie pasuje do otoczenia. Kurtka? Górna jej część z widocznym srebrnym pasem, może z zamkiem. I jeszcze coś.
Zimny nie spuszczał tego obiektu z oczu. Ruszył w jego kierunku. Na chwilę widok przysłonił mu duży głaz, musiał go ominąć. Ruszył w bok, w ostatniej sekundzie zobaczył pęknięcie w skalnym podłożu. Próbował je przeskoczyć, ale kolano odmówiło mu posłuszeństwa. Poczuł, jak traci równowagę i osuwa się w wąską szparę. Zdążył wydać z siebie jedynie nieokreślone westchnienie. Noga się wykrzywiła. Ból przeszył łydkę i biodro. Wybuchł jasnym rozbłyskiem gdzieś w głowie.
Arek szarpnął się w tył, ale tylko pogorszył sprawę. Uderzył potylicą w skałę, strużka krwi pociekła po karku w stronę kołnierza. Pociemniało mu w oczach i zaraz odpłynął.
*
Gdy się ocknął, nie do końca wiedział, co się z nim stało. Od klatki piersiowej w dół był sparaliżowany. Obejmowała go twarda, zimna okowa. Szarpnął się odruchowo, ale niewiele to zmieniło. Zaklinował się.
- Cholera...
Nawet echo jakoś niechętnie poniosło ten wulgaryzm. Zimny próbował unieść się, wykorzystując siłę rąk. Nie był w stanie. Zaprzestał chwilowo jakichkolwiek ruchów, starając się ocenić sytuację. Poruszył palcami u nóg. Wisiały bezwładnie gdzieś w dole. Spuchły, tak jak i kolano. Brzuch wpasował się w przestrzeń między skałami. Idealnie wypełnił szczelinę. Ręce miał za słabe, żeby się unieść.
Próbował znaleźć podpórkę dla stopy, czubek jego buta dotknął skały, ale ten punkt oparcia był niewystarczający. Na boki też nie mógł się przesunąć.
Zimny zaśmiał się, ale w jego głosie był chłód. Zaklinował się. Szarpnął się raz, potem drugi. Żyły wyskoczyły na jego czoło. Niemoc była przerażająca.
- Ratunku! Ratuuunkuuuu! Pomoooocy!
Stracił oddech. Zakłuło go w piersiach. Nie wiedział, czy zbliża się zawał, czy atak paniki.
- Do cholery, Zimny, myśl!
Skarcił się ochrypłym od krzyku głosem.
Telefon. Gdzie go miał? W kieszeni? Nie. Miał go w dłoni, gdy wpadł w szczelinę.
Rozejrzał się. Smartfon leżał na skale. Musiałby mieć dwumetrową rękę, żeby go dosięgnąć. Pocieszał się tym, że w tym miejscu pewnie nie było zasięgu.
Usłyszał wibrowanie przychodzącej na skrzynkę wiadomości.
Czyli zasięg był.
- To nie dzieje się naprawdę - zaśmiał się gorzko.
Od tego momentu krzyczał o pomoc w mniej więcej równych odstępach czasu. Ktoś, do cholery, powinien pojawić się na szlaku.
Arek znalazł podparcie dla rąk. Napiął mięśnie barków i wciągnął brzuch. Nogi mu zdrętwiały, ale zrobił wszystko, żeby pomóc sobie też stopami. Uniósł się może na sekundę. Opadł zaraz, i choć to wydawało się niemożliwe, zaklinował się jeszcze bardziej. Kamienna okowa ścisnęła mu klatkę piersiową. Miał problem, żeby wziąć głębszy oddech. Był pewny, że zaraz się udusi.
Zimny popatrzył w niebo. Pojawił się myszołów. Zawisł wysoko nad jego głową.
Ile czasu tkwił już w tej pułapce? Według zegarka blisko godzinę.
Zimny analizował swoją sytuację. Zrobiło się lodowato. W nocy na pewno będzie przymrozek. Jeśli tak jak wczoraj temperatura spadnie do minus dziesięciu, nie dotrwa świtu. Zamarznie. Nie wziął ze sobą lekarstw, pewnie najpierw wysiądzie mu serce. Jak go tu w końcu znajdą, wyciągną kawał zmrożonego mięsa. Będzie wstyd na całą wioskę. Ba! Na całą Polskę! Nie tak wyobrażał sobie własną śmierć.
- Ja pierdolę...
Mężczyzna szarpnął się, ale ruch ograniczył się wyłącznie do głowy i rąk.
Cierpły mu nogi, dolna część kręgosłupa oddzielała się od górnej, jakby miał się rozerwać w połowie. Pomyślał, że wtedy na pewno łatwiej byłoby mu wyjść.
Na tę absurdalną myśl znów się zaśmiał. Nie mógł przestać się śmiać przez dłuższą chwilę.
Zaczną go szukać. Przecież Gośka, właścicielka pensjonatu, zorientuje się, że coś jest nie tak. Wezwie pomoc. Pójdą jego trasą. Domyślą się, że nie wszedł na schody i że skręcił na niebieski szlak. Będą tędy przechodzić i nawoływać. Nie był daleko od głównego traktu, powinien usłyszeć ekipę poszukiwawczą. Było jednak na nich jeszcze za wcześnie. Dopiero zaczął zapadać zmrok, Gośka podniesie alarm lada moment.
Zimny nastawił uszu. Nie docierał do niego żaden dźwięk oprócz szumu wiatru i popiskiwania myszołowa. Jednak od godziny docierało do niego coś jeszcze - zapach, który próbował ignorować. Znał tę mdłą woń bardzo dobrze.
- Strasznie się spasłeś.
Zimny zamarł.
Ten głos był tak nierzeczywisty, jakby go sobie tylko wyobraził.
- Jak ty żeś to wykombinował? Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Arek spojrzał w bok. Przez chwilę miał absurdalne wrażenie, że przemówił do niego trup. Mężczyzna przykucnął nieopodal, kilka metrów od niego. Wtopił się w szare tło skały. Mógł tak siedzieć już od dłuższej chwili. Na pewno mu się przypatrywał.
- Wyciągnij mnie - powiedział Arek.
- Wyciągnij mnie, proszę - powtórzył mężczyzna, akcentując ostatnie słowo.
- Pierdol się, Lechu.
- Czyli mnie poznałeś. - Mężczyzna się zaśmiał, ale nie ruszył się z miejsca.
- Po głosie cię poznałem, gęba ci tak spuchła od wódy czy masz jakieś problemy ze zdrowiem? - wycedził Arek.
- Przyganiał kocioł garnkowi. Pójdę lepiej po pomoc, Zilmann ma tu jakiś dźwig na tuczniki.
Zimny parsknął.
- Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? - zapytał.
- Przychodziłeś tu z siostrą, nie?
No tak. Leszek Góralczyk o tym wiedział. Kiedyś chyba nawet zabrali go ze sobą. Podkochiwał się w Eli, ale ta wiedziała, że związek z Góralem oznacza pozostanie w Radkowie. Ela za wszelką cenę chciała się stąd wyrwać.
- Połamałeś się, Zimny?
- Nie.
- Jakiś krwotok wewnętrzny?
- Odwal się. - Arek zacisnął zęby. Słyszał śmiech Górala.
- Wiesz, pytam, bo jakby co, to śmigłowiec jest w pogotowiu. Ludzie z Radkowa i Karłowa, a nawet z Kudowy szukają cię po lesie. Na pewno będą chcieli cię tu zobaczyć...
- Ulżyłeś sobie?
- W sumie to jeszcze nie.
Zimny spojrzał na Górala. Nie widzieli się... Ile? Dwadzieścia? Nie, trzydzieści lat! Nigdy wielkimi przyjaciółmi nie byli, ale Góral miał wtedy do Zimnego jakieś większe pretensje. Arek nie zawracał sobie tym zupełnie głowy, bo zaczynał nowe życie we Wrocławiu.
Leszek podniósł się, zeskoczył ze skały. Chudy jak szczapa, zasuszony jak wołowina. Wciąż młodzieńcze ruchy. Zimny był przy nim jak pampuch przy spaghetti.
- Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Zimnego.
- Jak chcesz to zrobić? - wycedził Arek.
- Unieś ręce.
Uwięziony mężczyzna poczerwieniał na twarzy, poczuł się całkowicie odarty z godności.
- Może ci jakoś...
- Nie ruszaj się, Zimny.
Arek poczuł, jak się unosi, jakby Góral dźwignął ważącą tyle co nic kukłę, a nie ponadstukilowego faceta. Nawet nie sapnął.
Zimny wylądował na kolanach. Nogi miał nie swoje. Nie zdecydował się jeszcze na nie stanąć.
Góral odsunął się o krok, patrzył na niego wyczekująco.
- Dziękuję.
- Ledwie ci to przez gardło przeszło, Zimny, nie?
Arek odetchnął głęboko. Doznał niesamowitej ulgi, niemal się rozpłakał. Popatrzył na szparę między skałami. Czuł się w niej jak w trumnie, kilkakrotnie miał sen, że pochowano go żywcem. Było jak w tamtym koszmarze.
- Możesz iść, Zimny?
- Mogę.
- To na co czekasz? - Góral schodził już w stronę szlaku.
- Masz latarkę? - Zimny wreszcie podniósł się z klęczek.
Leszek się zatrzymał.
- Zgubiłeś coś?
Arek ostrożnie schylił się po leżący na ziemi telefon, bateria była na wyczerpaniu. Latarka w smartfonie podziała kilka minut, ale tyle powinno mu wystarczyć.
Odwrócił się od Góralczyka i ruszył w bok, do miejsca, które wcześniej przyciągnęło jego uwagę.
- Gdzie leziesz? Drugi raz cię nie wyciągnę!
Zimny nie odpowiedział. Poświecił latarką przed sobą. Zmrok zapadł bardzo szybko. Wszystko rozpłynęło się w czerniach i szarości. Snop światła musnął skałę. Czyżby wcześniej miał zwidy? Nic tu nie było?
Arek przesunął światło w bok. Zrobił kilka kroków i po chwili przykucnął. Latarkę wystawił przed siebie. Umieścił ją nad twarzą leżącego mężczyzny. W tym świetle otwarte oczy były matowe, a skóra wydawała się niemal błękitna.
- O kurwa... - Góral stanął obok Zimnego. Włączył swoją latarkę i oświetlił denata.
- Znasz go? - zapytał Arek.
- Niby skąd? - Leszek pokręcił głową.
Zimny się nie odezwał. Spojrzał w górę.
- Spadł... - Góral zgodził się z jego przypuszczeniami. - Chyba już trochę tu leży.
- Straciłem zasięg. - Zimny sprawdził telefon. - A ty?
- Zasięg jest na szlaku, kilkaset metrów stąd.
- Wezwij służby - powiedział Arek.
- A ty tu zostaniesz?
- Będę stąd złaził dłużej niż ty.
Góral się skrzywił.
- Temu biedakowi i tak się chyba już nie spieszy - zauważył.
- Dam radę. Zawiadom, kogo trzeba.
Leszek patrzył chwilę na Zimnego. W końcu skinął głową, podał Arkowi latarkę i zniknął w ciemnościach.
Zimny wyłączył światło w swoim smartfonie. Latarkę Górala skierował na martwego mężczyznę. Przyzwyczajenie i rutyna wzięły górę.
Facet był około pięćdziesiątki. Średniego wzrostu, krępy, zadbany. Kurtkę miał rozpiętą do połowy. Zimny sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej długopis, potem rozchylił poły odzienia. Z wewnętrznej kieszeni wystawał papier, zgięte na czworo kartki z jakimś wydrukiem. Mapa, trochę tekstu w języku niemieckim. Plecak wystawał z boku, zamek był niedomknięty. Utkwiła w nim gałązka. Oderwała się z krzewu, na którym leżał denat. Wystawała też charakterystyczna część wykrywacza metalu.
Latarka zjechała niżej, na dłonie denata. Arek przyjrzał się palcom, paznokciom i nadgarstkom. W końcu latarka oświetliła fragmenty miękkiego poszycia, które wchłonęło krew z rozbitej potylicy.
Arek podniósł się, patrzył jeszcze przez chwilę na martwego mężczyznę, a potem poświecił w górę. Biały okrąg sięgnął kilkanaście metrów wyżej, ogarnął skalny klif i rachityczne drzewko.
W końcu inspektor Arek Zimny obrócił się na pięcie i ruszył w dół, do szlaku.
Matthias wyskoczył z maszyny. Stanął przy żołnierzu, który naprowadził go na ten prowizoryczny schron. Pochylił się odruchowo, gdy usłyszał przeciągły świst i odgłos wybuchu. Na pasie startowym uniosła się chmura pyłu. Na jednym z takich lejów niemal wywrócił maszynę.
- Moździerze. Ruscy walą cały czas. Chcą nas tu trzymać, aż wszyscy zdechniemy.
Mężczyzna zamyślił się, gdzieś odpłynął. Na umorusanej twarzy widać było tylko białka oczu.
- Zamelduj do sztabu generała Niehoffa, że jestem!
- Już wiedzą. Ktoś ma przyjść.
- Dobrze. Zameldował się ktoś do mnie?
- Nie.
Matthias poczuł ciężar na żołądku. Czyżby Emily jednak nie dostała wiadomości? Kto wie, w której części tego piekła teraz była... Może coś jej się stało? Gdzie miałby jej teraz szukać? Ile miałby na to czasu? Wstawał świt. Od zachodu widać było złocistą łunę, która zaraz zaleje miasto. Jeśli za chwilę nie wyruszą, stracą szansę, którą daje im ciemność. W świetle Rosjanie wypatrzą go momentalnie.
- Powinna tu trafić kobieta. Mam ją ze sobą zabrać.
- Nic o tym nie wiem.
Matthias dostrzegł ruch od strony wypalonych budynków. Kilku ludzi szło w ich stronę szybkim krokiem. Pierwszego z nich rozpoznał od razu. Ugięły się pod nim nogi. Nie był to generał Niehoff. Zamiast niego pojawił się Reichsführer-SS. Jeśli on także miał lecieć, to oznaczało, że nie starczy miejsca dla Emily.
- Herr Gauleiter! - Matthias uniósł dłoń w geście pozdrowienia i stuknął obcasami, gdy mężczyzna znalazł się pod siatką maskującą. - Oberfeldwebel Matthias Becker melduje się...
- Znam twoje rozkazy, Becker. - Karl Hanke przerwał mu niecierpliwym ruchem ręki. Wąskie usta ułożone w prostą linię rozwarły się na ułamek sekundy. Wyraźna szrama na policzku zaczerwieniła się. Małe okrągłe oczy skoncentrowały się na pilocie, a potem na jego maszynie.
- "Bocian"? Dobry samolot. Wystarczy sześćdziesiąt metrów, żeby wystartować...
- Tak jest, Herr...
- Na co więc czekasz? Ruszamy!
Matthias zamarł.
- Herr Gauleiter, mój rozkaz...
- Zmienił się. Startujemy natychmiast.
- Tak jest...
Matthias miał wrażenie, że jego słowa wpadły w studnię bez dna. On sam czuł się tak, jakby osuwała się pod nim ziemia. Jest tak blisko Emily. Nie tylko jej nie uratuje, ale nawet nie zobaczy.
- Masz dla mnie spadochron?
- Tak jest, Herr Gauleiter.
Matthias znalazł się przy kokpicie, sięgnął do wnętrza. Wyciągnął spadochron, pomógł Gauleiterowi założyć go i zabezpieczyć.
- Jestem gotowy.
Karl Hanke wspiął się na "Bociana", po chwili zajął miejsce w fotelu.
- Szybciej, Becker! Na co czekasz?
Matthias również wspiął się do kokpitu i wsunął do środka.
Zobaczył poruszenie wśród ludzi Gauleitera. Unieśli broń, wycelowali ją w dziewczynę, która pojawiła się eskortowana przez żołnierza.
- Co się tam dzieje? - Hanke zmarszczył brwi.
- Herr Gauleiter, to moja siostra. - Matthias czuł, że jego głos drży. Nie mógł dać się ponieść emocjom, musiał to dobrze rozegrać. Miał mocny argument w rękach, i to dosłownie. Nie sądził, żeby którykolwiek z ludzi Hankego był zdolny pilotować "Bociana". - Generalmajor Morzik zezwolił mi na zabranie jej z Breslau. Uzgodnił to z generałem Niehoffem. Zmieniły się jednak rozkazy czy pan...
- Pospiesz się.
- Emily! Chodź tutaj!
Matthias wyskoczył z samolotu. Po chwili trzymał siostrę w ramionach. Była lekka jak puch, wyczuwał pod bluzką same kości. Nie miał czasu o tym myśleć ani o nic jej pytać.
- Chodź - powiedział i niemal poniósł ją na rękach do samolotu.
- Nie rozumiem, jak... jak to możliwe... - wyszeptała.
- Później... wyjaśnię wszystko później.
Założył jej spadochron. Był spokojny, że w razie czego, jako siostra i córka lotników, będzie wiedziała, jak go użyć. Pomógł jej się wdrapać do kokpitu.
Zamarła, gdy zobaczyła Hankego, próbowała się wycofać, ale Matthias nie zwrócił na to uwagi. Siłą wciągnął ją na fotel. Miał już na pokładzie komplet. Teraz wszystko zależało od niego. Musiał wzbić się w powietrze i oddalić od Breslau.
Silnik zakaszlał, sapnął, w końcu złapał rytm. Maszyna zarezonowała serią drżeń, w pełni gotowa i chętna do wysiłku. Matthias dodał gazu do pełna. Ruszyli w towarzystwie dźwięków bębnienia i trzeszczenia konstrukcji oraz towarzyszącego im cmokania amortyzatorów.
"Bocianowi" do startu wystarcza sześćdziesiąt metrów, Hanke miał rację, ale teraz samolot wzbił się szybciej, jakby nie mógł doczekać się tego lotu albo jakby chciał jak najszybciej uciec z tego miasta.
Matthias też chciał stąd jak najszybciej uciec, zostawić za sobą martwe już Breslau, pokryte ospą kraterów prowadzących do wnętrza piekła.
Zimny siedział na kamieniu kilkanaście metrów od miejsca, w którym znalazł trupa. Czekał. Po jakimś kwadransie zobaczył zbliżające się światła samochodów. Prawdopodobnie byli to posterunkowi z Radkowa. Za nimi podążali strażacy.
Auta się zatrzymały. Trochę dalej stanął pojazd z reklamą lokalnego portalu internetowego. Wysiadł z niego starszy, niski mężczyzna. Inspektor zauważył policjantkę, mrugnął do niej światłem latarki. Uniosła rękę, dając znać, że go dostrzegła.
Obok niej pojawiło się dwóch kolejnych policjantów i strażak. Wymienili kilka zdań. Zimny domyślił się, że ustalili strefę buforową. Zamkną część parku i dojście do szlaku. To akurat była prosta sprawa.
Po chwili policjanci ruszyli pod górę. Światła latarek błądziły po kamieniach. Rozbłyski przypominały wyładowania atmosferyczne. Dotarli do niego szybko, nawet się nie zasapali. Ludzie w górach mają lepszą kondycję od tych z nizin.
- Starsza aspirant Natalia Wierzbicka. To pan znalazł ciało?
- Tak.
Kobieta wycelowała światło latarki w jego kolana, wystarczyło, żeby dobrze przyjrzeć się jego twarzy. Zawahała się.
- Czyli to jednak pan, inspektorze.
Leszek musiał podać w zgłoszeniu jego dane. Pewnie nawet do Radkowa dotarła już informacja o kurującym się tu Zimnym.
- To jednak ja - potwierdził Arek.
Towarzyszący Wierzbickiej policjanci wpatrywali się w niego w milczeniu. Jeden był w wieku Zimnego, drugi sporo przed trzydziestką. Starsza aspirant miała nie więcej niż trzydzieści pięć lat.
- Dziękuję, że pan na nas zaczekał. Z tego, co słyszałam, to nie jest aż tak pilna sprawa. - Wierzbicka ruchem głowy wskazała miejsce za plecami Zimnego. - Na pewno pan zmarzł, kolega odwiezie pana na kwaterę. Zdążymy jeszcze porozmawiać.
- Wolę mieć to z głowy.
Wierzbicka, jeśli była zaskoczona, to nie dała tego po sobie poznać.
- Mamy chwilę, zanim strażacy ustawią reflektory. Proszę mówić.
- Wyszedłem na spacer...
- Jak co dzień, prawda? Daleko pan tym razem zaszedł...
Wierzbicka zmroziła wzrokiem młodszego policjanta, który wtrącił się do rozmowy.
Zimny mógł się tego spodziewać. Stał się atrakcją sezonu. Jednak dopiero teraz, gdy ludzie dowiedzą się, że po kilku dniach pobytu w Karłowie znalazł trupa, będzie na ustach wszystkich. Teorie spiskowe wyrosną jak grzyby po deszczu.
- Wiele lat temu przychodziłem w to miejsce z siostrą. Chciałem znów je zobaczyć. Byłem nieostrożny, wpadłem w szczelinę. Znalazł mnie Leszek Góralczyk. Wyciągnął. Jak tkwiłem w dziurze, to miałem czas się rozejrzeć. Zobaczyłem mężczyznę leżącego pod skałą. Leszek zszedł, żeby was powiadomić.
Policjanci milczeli, trawili to, co powiedział.
- Przyjrzał się pan denatowi? - zapytał starszy z nich.
- Mężczyzna, około pięćdziesiątki. Nie żyje od co najmniej kilku dni.
- Poczekajcie tu - powiedziała Wierzbicka. Wyciągnęła z kieszeni ochraniacze na buty. Założyła je i przyświecając sobie latarką, ruszyła w ciemność, między skały.
- Andrzej Leśniak. - Starszy gliniarz podał rękę Zimnemu.
Arek uścisnął pulchną dłoń.
- Paweł Łukaszek. - Młodszy gliniarz poszedł w ślady kolegi. - Człowiek się nawet wywczasować nie może, bo zaraz trafi na trupa. Pan to masz szczęście!
Leśniak zaśmiał się i pokręcił głową. Nie skomentował jednak słów kolegi, może pomyślał podobnie.
- Na długo pan u nas?
Zimny wzruszył ramionami.
- Naprawdę nie wiem.
- Nie u nas, tylko właściwie u siebie - poprawił kolegę Leśniak. - Mieszkał pan tu przynajmniej kilkanaście lat, nie?
Zimny przyjrzał się starszemu policjantowi. W ciemnościach trudno było rozpoznać rysy twarzy, ale miał wrażenie, że znał dużo młodszą wersję tego mężczyzny.
Arek poczuł się zwolniony od odpowiedzi, gdy obok nich pojawiła się Wierzbicka. Koledzy spojrzeli na nią pytająco.
- Paweł, potrzebujemy ludzi na górze. Powiększysz strefę buforową. Andrzej, zadzwoń do komendanta, niech przyślą więcej techników.
- Spadł? - upewnił się Leśniak.
- Tak.
Zimny przypatrywał się Wierzbickiej. To, że chciała więcej techników, było dobrym znakiem. Może dostrzegła to, co dostrzegł i on.
Leśniak i Łukaszek zeszli w stronę ścieżki, do samochodów. Wierzbicka stanęła naprzeciw Zimnego.
- Dlaczego pan właściwie tu na nas czekał?
- Potrzebuję czasu, żeby zejść z górki, przyjechaliście szybciej, niż myślałem.
- Chciał pan, żebyśmy zauważyli to, co trzeba, i wtedy miałby pan spokój. To poczucie obowiązku?
- Raczej natręctwo.
Wierzbicka się zaśmiała.
- Nie zapyta pan, czy zauważyłam, co trzeba?
- Jestem pewny, że tak. Inaczej nie zadałaby mi pani tego pytania.
Wierzbicka przysiadła na głazie naprzeciw Zimnego.
- Ktoś mu obciął paznokcie tuż po tym, jak spadł. Co dziwne - tylko dwa.
Zimny wstał i otrzepał kurtkę.
- Pozwoli pani, że wrócę już do siebie.
- Gdyby doszło do szamotaniny i zadrapania napastnika, ten być może spróbowałby pozbyć się ciała. Zostawił je jednak, więc prawdopodobnie nie miał takiej możliwości. Mogło mu przyjść do głowy, żeby obciąć ofierze wszystkie paznokcie, a może nawet wymyć jej ręce. Postąpił inaczej. Zabrał trofeum?
- Nie wiem. Ma pani jednak rację z tymi paznokciami. Zostały obcięte, gdy ofiara leżała już na dole, martwa.
- Ktoś miał ze sobą nożyczki. Nie każdy nosi je w plecaku. No, chyba że jest dobrze przygotowany i zabiera ze sobą na przykład apteczkę.
Zimny wzruszył ramionami.
- Albo gdy jest kosmetyczką - powiedział.
- Mało śmieszne.
- Wcale nie miało takie być. Dobranoc.
Arek ruszył w dół, w stronę samochodów.
Wierzbicka długo za nim zerkała, aż zniknął pomiędzy drzewami na szlaku.
Światło oślepiało. Nie sposób było patrzeć w jego stronę. Ten moment o świcie był najgorszy. Nawet nocą było widać więcej niż teraz. Matthias mógł mieć jedynie nadzieję, że uda im się odlecieć od Breslau wystarczająco szybko, żeby zniknąć z oczu patrolujących niebo Rosjan.
Od zachodu widział więcej chmur. Zdecydował się wzbić wyżej, żeby dotrzeć do tej naturalnej zasłony.
Matthias przyciągnął do siebie drążek sterowy, wznosząc "Bociana". Wnętrzności maszyny stęknęły, wszystko wydawało się wibrować aż po koniuszki skrzydeł.
Gdyby ktoś teraz leciał od strony wschodzącego słońca, miałby go na celowniku jak kaczkę, wystarczyłoby pociągnąć za spust.
"Bocian" jest szybki, zdoła umknąć, gdy będzie trzeba, powtarzał sobie w myślach, jakby odmawiał modlitwę. Serce było spokojne, tłoczyło regularnie krew w żyły. Te zespoliły się w jedno z okablowaniem samolotu, przechodziły przez drążek i zwoje rozgrzanych kabli w głąb konstrukcji. Mózg wchodził na wysokie obroty, równe obrotom silnika. Myśli błyskawicznie przemieszczały się tym nerwobiegiem, a on stawał się jednym z maszyną.
- Boże...
Słowa siostry dotarły do niego jak spod wody. Dostrzegł zadry blachy na skrzydłach. Zrozumiał, że strzelają. Obrócił maszynę i ściągnął drążek. Zegary i przyrządy rozedrgały się, rozmyły, jakby nie nadążały za czasem i przestrzenią.
- Gdzie on jest? - krzyknął Hanke.
- Z tyłu! - zawołał Matthias.
- Boisz się? - To pytanie Hanke zadał Emily.
Matthias obejrzał się za siebie.
- To na strach, dziewczyno!
Gauleiter rzucił jej na kolana tabletkę. Drugą wsunął do ust, przegryzł i połknął. Wydobył z gardła bulgoczący dźwięk, zaśmiał się, patrząc na Matthiasa. Hanke był pobudzony, rozedrgany. Jego otwarte oczy miały niemożliwie rozszerzone źrenice.
- To na...
Seria z karabinu zagłuszyła kolejne słowa.
Mężczyzna wyrzucił z siebie okrzyk, urywany, jak staccato łusek nabojów uderzających o kadłub.
Matthias patrzył już przed siebie. Wzlecieli, by po chwili runąć w przepaść. Młody pilot znów poderwał maszynę. Członki wypełnił mu ołów, ciężar wbił go w fotel. Podmuch wiatru poniósł ich, wciskając między chmury.
- Udało nam się! Udało się! - krzyczał Hanke.
Silnik zacharczał, zadławił się, znów wrócił do życia. Coś, co się dymiło, zgasło. "Bocian" tracił jednak moc.
- Co się dzieje, Becker?
- Musimy lądować.
- Gdzie?
- Lotnisko w Schweidnitz.
- Ląduj, ale to nie koniec naszej podróży, jasne, Oberfeldwebel?
- Tak jest, Herr Gauleiter!
Matthias obrócił się do siostry. Patrzyła na niego nieruchomym wzrokiem. Było coś w jej spojrzeniu, co go przeraziło. Coś zwierzęcego. Strach? Była spięta, jakby wciąż wisiało nad nią widmo rosyjskiego myśliwca. Nie, to nie o ten strach chodziło. O co więc? To były nienawiść i odraza. Wyczuwał, że to napięcie powodowały każdy ruch Hankego, każdy jego oddech i wydawany przez niego dźwięk. Jej ciało pod wpływem tych bodźców wchodziło w drżenie, w rezonans straszliwszy niż ten umęczonej przeciążeniami maszyny.
Dla Matthiasa stało się jasne, że Emily bała się Hankego, kata Wrocławia. Przerażenie wciskało ją w fotel, krew odpływała jej z twarzy, a serce łomotało, jakby miało wyskoczyć z piersi. Rozszerzone nozdrza przenikał odór drapieżnika, był tuż za nią, czaił się i nie miała dokąd przed nim uciec.
Spojrzenia Matthiasa i Hankego się przecięły. Gauleiter czuł strach jego siostry, karmił się nim. Wąskie usta miał lekko rozchylone, wystawał z nich koniuszek języka, krwawił, być może przegryzł go, strzelając z karabinu maszynowego.
- Zaopiekuję się wami, Becker. Nasze losy są ze sobą związane! Zginiemy albo przeżyjemy razem! Jesteście pod moją opieką! Będę waszym aniołem stróżem! Jak Gabriel, jak pieprzony archanioł Gabriel!
- Kiedyś nosili turystów na lektykach na samą górę. Może dla ciebie to przywrócą? Przynajmniej znów nie zabłądzisz na szlaku.
Zimny zaśmiał się gorzko na słowa Gośki Wilczek. Zamknął i rozwarł pięści. Wreszcie zrobiło mu się cieplej. Czuł, że coś go rozkłada. Rwało go gardło i ćmiła głowa.
- Mam gulasz, zjesz?
- A mi nie proponujesz? Gulasz to bym zjadł - powiedział z wyrzutem siedzący przy tym samym stole Leszek Góralczyk. - W końcu to ja uratowałem ci klienta... Gdyby tam został do rana, to niewiele byś już miała z niego pożytku. Chyba że kawał zmrożonego mięcha na kolejny gulasz.
Zimny przemilczał tę uwagę, a Gośka miała na tyle taktu, że nie wypytywała o szczegóły jego przygody.
- Pójdę już do siebie, dziękuję wam za pomoc - powiedział inspektor.
- Zostań z nami chwilę - poprosiła Gośka. - Tak naprawdę nie mieliśmy czasu pogadać.
Arek wyczuł na sobie wyczekujące spojrzenie Wilczek.
- O czym chcecie rozmawiać? - zapytał.
- Jak ludzie, o życiu. Chyba że z plebsem się nie zadajesz? - Góral spojrzał na niego prowokująco.
- Leszek. - Gośka upomniała kolegę ostrym słowem.
- Życie mu uratowałem, niech się trochę wysili... Dasz wreszcie ten gulasz czy nie?
- Też chcesz, Arek? Rozgrzeje cię.
- Dobrze. - Zimny uśmiechnął się, chociaż naprawdę chciał uciec do swojego pokoju.
Wilczek podeszła do kuchenki, napełniła dwa głębokie talerze i postawiła przed mężczyznami.
- Dobrze wygląda i świetnie pachnie. - Góral sięgnął do serwetki, którą nakryte były pokrojone kromki chleba. Złapał za jedną i wsadził do buzi, po chwili wrzucił w usta sporą porcję gulaszu. - Gorące, haaa...
Zimny skrzywił się, widząc szeroko otwartą, pełną jedzenia buzię Leszka. Góral, zdaje się, sparzył sobie język i próbował go ostudzić.
Gośka wyczekująco spojrzała na Zimnego. Nie wiedział, czy czeka na pochwałę swoich zdolności kulinarnych, czy na to, aż to on zacznie wymuszoną rozmowę.
- Ile lat minęło, Arek, co? Trzydzieści? Podstawówka razem, potem chwila w szkole średniej i finito. Zniknąłeś i nie dałeś już znaku życia. - Leszek znów zaczął przeżuwać.
- Wiesz, jak było - odezwał się ostrożnie Zimny.
- Niby jak? - Góral, patrząc mu w oczy, wpakował kolejną porcję gulaszu do ust.
- Matka dostała pracę we Wrocławiu, przenieśliśmy się, tam zacząłem szkołę, potem pracę.
- Trudno było odezwać się do znajomych? - drążył Leszek.
Zimny widział, że Gośka też czeka na odpowiedź.
- Takimi przyjaciółmi byliśmy, Góral, że robisz mi wyrzuty po latach? Pamiętam to inaczej.
- Jak? - Lechu uniósł brwi.
- Na pewno nie nazwałbym cię przyjacielem. Przez całą podstawówkę nie odezwałeś się do mnie ani słowem. Zacząłeś ze mną gadać, jak ci się spodobała moja siostra.
- No trochę w tym prawdy jest - zaśmiał się Góralczyk.
- Pingwin, pamiętasz? - Arek zaraz pożałował, że to z siebie wyrzucił.
- Że co?
Góralczyk wyglądał na autentycznie zdziwionego. On naprawdę nie pamiętał, że ta obraźliwa ksywka przylgnęła do Arka z powodu jego głupiego żartu? Po co teraz mu to wypomniał? Stary chłop z wyrzutami z dzieciństwa. Szczyt żenady.
- Przestańcie - odezwała się Gośka.
Góralczyk wzruszył ramionami, dając znać, że to nie on zaczął, i skupił się na swoim jedzeniu. Zimny odetchnął, napił się herbaty, którą zaraz po przyjściu do pensjonatu przygotowała mu właścicielka Domku pod Lasem.
- Zaserwuj mu ten masaż balijski, który reklamujesz u siebie na Facebooku, może się chłop trochę rozluźni.
Wilczek go zignorowała, patrzyła na Zimnego.
- Dlaczego wróciłeś? - zapytała.
Nawet Góralczyk przestał mielić szczękami i nadstawił ucha, choć udawał, że zainteresowany jest przede wszystkim swoim talerzem.
- Potrzebowałem... potrzebuję przerwy. Ela doradziła mi to miejsce.
Gośka skinęła głową.
- Dobrze zrobiła.
Na szczęście nie dopytywała o szczegóły, może uznała, że Zimny zdecyduje się kiedyś sam nimi podzielić.
- Podobno coś ci wstrzyknęli i wylądowałeś w szpitalu? - Góralczyk za to mistrzem taktu nie był. - Andrzej Leśniak mi mówił...
Zimny przypomniał sobie, że takie imię i nazwisko miał starszy z gliniarzy, którzy przyjechali pod Szczeliniec.
- Skojarzyłeś go w ogóle? - zapytał Góral. - Do naszej podstawówki chodził, do równoległej klasy. Zmienił się nie do poznania, spasł, wyłysiał i zbrzydł. Wy, psy, macie już tak w genach?
Zimny zignorował Leszka.
- No co? - Góral wzruszył ramionami, zauważywszy wyrzut w oczach Gośki. - Lata lecą i nic nie poradzisz... Kiedyś Leśniak marzył, żeby być gliniarzem w Stanach. Z tych marzeń zostało mu tylko wpieprzanie pączków. Jest w tym lepszy niż amerykańscy koledzy. Z Radkowa jednak nosa nigdy nie wystawił. Ciebie, swoją drogą, też bym nie rozpoznał.
- Co się stało pod Szczelińcem? - zapytała Wilczek.
Góral poruszył się, wytarł usta dłonią, zamilkł. Może uznał, że to Zimny jest jej winien jakąś relację.
- Znaleźliśmy tam ciało mężczyzny - powiedział Zimny.
- Flaki mi się przewracają na to twoje gadanie. Znaleźliśmy ciało mężczyzny. - Góralczyk przedrzeźniał sposób mówienia Zimnego. - Facet w naszym wieku spadł ze skały. Trup na miejscu. Nie wyglądał na niedzielnego turystę, musiał mieć pecha.
Zimny zastanowił się nad słowami Leszka.
- Dlaczego pecha? - zapytał.
Góral zamyślił się albo wykorzystał chwilę na wydłubanie z zębów kawałka mięsa.
- Na ten ostaniec, z którego zleciał, to akurat trudno się dostać. Dojścia na niego nie widać, trzeba je znać. Ześlizgnąć się - nie ześlizgnął, bo lodu na górze nie było. Jakby skoczył, to leżałby raczej inaczej...
- Raczej inaczej? - zapytała Gośka.
- Leżał nogami w kierunku ściany, na plecach, choć może bardziej na boku. Nie zdążył się obrócić w powietrzu. Ktoś go zepchnął. Mówię, że pech, bo trafił na mordercę. Stali twarzą w twarz, zanim ten drugi go...
- Uważasz, że poleciał plecami w tył? - zapytał Arek.
- Na moje oko tak to wygląda.
- Coś jeszcze na twoje oko jest warte wzmianki?
- Niemiec.
- Po czym to wnioskujesz?
Gośka i Leszek zaśmiali się niemal równocześnie.
- Niemca zawsze rozpoznasz. Mają coś w rysach twarzy, ale nację tego spod Szczelińca to obstawiam po sprzęcie. Wszystko kupione w Deutschlandzie. Pozazdrościłem mu butów. Wojskowe, teraz nosi takie bundeswera, trochę ich już używał, więc nie wystroił się tylko na wycieczkę.
- W te okolice przyjeżdża wielu Niemców - odezwała się Gośka. - Inni niż za naszych czasów, młodsi. Szukają czegoś po lasach. Jeszcze niedawno w okolicy Narożnika zloty mieli neonaziści. Po sprawie studentów, o której pewnie słyszałeś, przestali przyjeżdżać.
Zimny nie skomentował tego.
- Dobra, pogadaliśmy, czas się zbierać. - Góral podniósł się z krzesła. - Opuścił podwinięte rękawy flanelowej koszuli. - Gośka, nanosić ci drewna? Jutro wszystko będzie pod śniegiem.
- Nanosiłam, dziękuję.
- A ja dziękuję za gulasz. Cholera, mógłbym jeść go codziennie... - Leszek odchrząknął, spojrzał na Zimnego. - Pewnie się jeszcze zobaczymy, chyba że będziesz mnie unikał.
- Będę się starał...
- Ale jedno czy drugie? - zapytał ze śmiechem Góral.
Zimny w odpowiedzi wzruszył ramionami.
- Idę, Gośka, bo nie zdzierżę z tym twoim gościem.
Leszek mrugnął do Wilczek i ruszył z kuchni w stronę korytarza.
- Ja też już pójdę - powiedział Zimny. - Gulasz jest naprawdę bardzo dobry.
Gośka spojrzała na niedojedzoną porcję na talerzu.
- To nie chodzi o smak. - Arek uśmiechnął się nieznacznie.
Wilczek pokiwała głową.
Zimny także wyszedł z kuchni. Znalazł się w korytarzu, skąd prowadziły schody na piętro, do jego pokoju.
- Czekaj, Arek...
Zimny obrócił się w kierunku Górala. Ten zdążył się ubrać, miał, widać, przed wyjściem jeszcze jakąś sprawę.
- Tyle lat to w sobie dusiłeś? Nie przepracowałeś tego?
- Czego?
- Dobrze wiesz czego. - Leszek podrapał się pod czapką. - Nazwałem cię tak wtedy nie dlatego, że... nazwałem cię tak, bo jako jedyny miałeś garnitur. Zazdrościłem ci go, moich rodziców nie było stać. Dlatego rzuciłem wtedy tę głupotę z pingwinem.
- W porządku.
- Tak?
- Tak.
- No, to trzymaj się. - Góral obrócił się na pięcie i ruszył do drzwi.
- Widziałeś go wcześniej, co?
- Kogo? - Leszek się zatrzymał i odwrócił do Arka.
- Tego mężczyznę, którego znaleźliśmy pod Szczelińcem.
- Nie.
Patrzyli na siebie przez chwilę.
- Trzymaj się, Zimny. I jak będziesz znów planował jakieś wpadanie w szczeliny, to daj znać Gośce, gdzie leziesz. Możesz drugi raz nie mieć tyle szczęścia co dzisiaj.
Arek skinął głową. Góralczyk naciągnął mocniej czapkę na czoło i wyszedł z Domku pod Lasem.
Zimny usłyszał skrzypienie podłogi w kuchni. Był pewny, że Wilczek słyszała ich rozmowę. Ruszył schodami w górę i po chwili wszedł do swojego pokoju. Zapalił światło i usiadł przy biurku. Telefon podłączył do ładowarki. Włączył galerię fotografii i przejrzał ostatnie zdjęcia. Na jednym zatrzymał się dłużej. Właściwie nie wiedział, dlaczego zdecydował się na sfotografowanie denata. Poczuł wewnętrzny przymus, który kazał mu to zrobić. Znów dało o sobie znać jedno z wielu jego natręctw.
Było jednak coś w tamtym miejscu, w tamtym zdarzeniu, co od początku nie dawało mu spokoju. Jakieś szczegóły, może tylko jeden, który rezonował z tyłu głowy i domagał się uwagi. Nie mógł sobie na razie uświadomić jaki. Na razie.
Zimny wyłączył galerię. Sprawdził pocztę i Messengera.
ZombieGirl znów napisała. Trochę, jak widać, jej to zajęło, bo wiadomość była sprzed pół godziny.
Napisałam z nudów. Zapomnij.
Zawahał się, postukał palcem w biurko. Po chwili odpisał:
Mam coś, co pomoże na nudę.
Zareagowała od razu.
Co?
W odpowiedzi wysłał jej trzy zdjęcia. Nie musiał nic dodawać i wyjaśniać.
Zamilkła, chociaż przesyłka została odebrana. Zimny wiedział, że ZombieGirl już się nie nudzi.
*
- Cześć, Wierzba!
- Cześć.
Wierzbicka uścisnęła dłoń kłodzkiej prokuratorce Justynnie Kordek. Znały się dosyć długo, kilka razy były na kawie. Starsza aspirant uważała ją za równą babkę. Prokuratorka miała kilka wad, potrafiła być upierdliwa i paliła jak smok, ale dała się lubić.
Kordek nie zachowywała dystansu, potrafiła gadać i o sprawach poważnych, i o pierdołach. Z każdym znajdowała temat do dyskusji. Prowadziła rozmowę tak, że gdy człowiekowi wydawało się, że plotą o dupie Maryni, nagle uświadamiał sobie, że powiedział jej wszystko, co chciała usłyszeć. Ta magia działała i na starych wyjadaczy, i na młodszych policjantów. Wierzbicka nie znała nikogo, kto mówiłby o Kordek źle. No chyba że o tych papierochach i nikotynowej gumie, którą żuła w chwilach, gdy nie mogła palić. To glamanie gumą w buzi było obrzydliwe. Nikt chyba jednak nie potrafił zwrócić jej na to uwagi.
- Uwielbiam do was przyjeżdżać. Szkoda, że jest ciemno, kocham Szczeliniec. Technicy robią swoje?
W ciszy rozległo się ciumkanie gumy.
- No tak. Dwie ekipy. Jedna tu, na dole, druga na górze. Mroczek nadzoruje czynności.
- Mroczek? Dobrze. Jest teraz na dole czy na górze?
- Na górze.
- Łukaszek, dasz mu znać, żeby tam na nas poczekał? Nie chcę się z nim rozminąć.
- Jasne, pani prokurator. - Młody policjant się uśmiechnął. Chwycił ochoczo za telefon i wrócił na szlak w poszukiwaniu zasięgu.
- Raportowałaś, że kleksa znalazł inspektor Zimny? Dobrze zrozumiałam?
- Tak. To na pewno on. Przyjechał tutaj dwa tygodnie temu.
- Cholera, nigdy go osobiście nie poznałam. Jak tu skończę, to do niego podjadę, dasz mi jego adres?
- Ma kwaterę tu blisko, w Domku pod Lasem. Ale rozpytałam go. Wszystko masz w...
- Coś ty! Ja muszę z nim pogadać w cztery oczy.
- Justyna. Wiesz, on trochę chyba jest chory. Pewnie teraz śpi.
- No tak... - Kordek zaglamała z otwartą buzią, przerzucając gumę z jednej strony szczęki na drugą. - Zapomniałam, że go niemal załatwili. Żywy trup czy trochę kontaktuje?
- Coś ty. Facet może ma jakieś problemy ze sprawnością, ale tu - Wierzbicka dotknęła czoła - to wszystko jak trzeba. Bystry, i to cholernie. Nawet mnie przetestował.
- O proszę! - Prokuratorka założyła rękawice i ochraniacze na buty. - Czyli coś zauważył i poczekał tu na was, żeby się upewnić, czy też to zauważyliście. Co to było? A nie! Nie mów! Sama się przetestuję!
Wierzbicka pokręciła głową z niedowierzaniem. Kordek była nakręcona, jakby zamiast gumy żuła snusa.
Weszły pomiędzy skały.
Strażacy i technicy rozświetlili teren tak, że obie kobiety musiały zmrużyć oczy.
- Kawał dobrej roboty. - Kordek zagwizdała z podziwem. - Zero cienia, jak w prosektorium!
Starsza aspirant popatrzyła pod nogi i na pobliskie skały. Rzeczywiście. Światła ustawiono tak, że po cieniach i półcieniach nie było nawet śladu.
- Widziałam te światła, jak tu podjeżdżałam. Ludzie pomyślą, że wylądował statek kosmiczny.
Kordek wróciła do żucia gumy. Stanęła w miejscu, z rękami w kieszeniach. Rozejrzała się wokół siebie. W pierwszej chwili nawet nie spojrzała na denata. Spojrzała za to w górę, przechylając przy tym głowę jak długoszyi ptak.
Czapla, Wierzbicka zaśmiała się w myślach, Kordek przypominała jej czaplę. To było tak oczywiste. Dlaczego wcześniej nie przyszło jej to do głowy?
- Dobry wieczór, pani prokurator. - Młody technik kucający przy zwłokach skinął Kordek głową.
- Cześć, masz coś nowego, czego Mroczek jeszcze nie wie?
- Nie za bardzo.
- Ruszaliście go?
- Jeszcze nie, czekam na Mroczka, chciał przypilnować góry.
- To chwilę poczekasz.
Chłopak uśmiechnął się i powrócił do swoich czynności.
Kordek podeszła do zwłok, pochyliła się nad nimi. Obejrzała twarz, kurtkę, dłonie. Tym ostatnim nie poświęciła szczególnej uwagi. Znów przechyliła głowę, po czym wróciła do Wierzbickiej.
Milczała, żując gumę z otwartymi ustami. W końcu wyciągnęła ją, zgniotła w palcach i wsadziła z powrotem do buzi.
Starsza aspirant się skrzywiła.
- Justyna... nie obraź się, ale...
- Nic nie chcę słyszeć o glamaniu. - Kordek uniosła głowę i znów popatrzyła w górę. - To mnie uspokaja. Jak mnie teraz zawstydzisz jakąś słuszną uwagą, to rzucę te cholerne gumy i wszyscy będą mieli przesrane.
Wierzbicka się zaśmiała.
- Mówię poważnie. - Kordek na nią spojrzała. - Nawet nie wiesz, jaką potrafię być suką. W domu mąż mi zabronił palić i patrz, co się stało...
Rozwód. Wierzbicka o tym słyszała. Podobno dogadali się na pierwszej rozprawie. Prościej, gdy nie ma się dzieci, a każde potrafi być niezależne.
- Coś się tak zamyśliła? To, że masz dziecko ze swoim Stachem, nie znaczy, że jesteś skazana na tego lenia do końca życia.
Starsza aspirant zacisnęła usta.
- Dobra, przepraszam cię. - Prokuratorka westchnęła. - Właśnie doświadczyłaś zachowania tej suki, o której mówiłam. Lepiej mi powiedz, czy macie tu jakieś zabobony związane z paznokciami? Palicie je w jakichś rytuałach po lasach albo robicie wywary?
Wierzbicka się uśmiechnęła. Pani prokurator też zdałaby test inspektora Zimnego.
- Nie słyszałam o tym.
- A może ktoś ma jakieś dziwne hobby ze zbieraniem paznokci i włosów?
- Też nie słyszałam.
- Zjadacie tu dzieci i palicie czarownice na stosie?
- Dlaczego pytałaś o włosy? - zapytała Kordek.
- Oho! Czyli tego nie zauważyłaś. Ciekawe, czy zauważył to Zimny. Wybadam go. - Oczy kobiety się zaświeciły.
- Czego nie zauważyłam?
- Dobra, powiem ci, tylko nie wygadaj się Zimnemu przed tym, jak sama u niego zapunktuję. Ktoś nie tylko obciął dwa paznokcie naszemu kleksowi, ale i kilka włosów z brody.
- Patrzyłam na brodę, nie widziałam.
- Okulary sobie kup, starsza aspirant.
- Widziałaś kilka krótszych włosków czy co? Może facet sam przy... Obcięte włoski, morderca wszystkich nie zebrał. Kilka gdzieś spadło?
- Do ucha. Komuś drżały ręce, jak pobierał materiał.
- Trofeum?
- Jeśli tak, to jakieś marne. - Kordek mlasnęła. - Byłabym pewna, jakby odciął mu palec albo ucho i ze sobą zabrał... - przyznała prokuratorka. - Zimny coś jeszcze mówił?
Wierzbicka się zamyśliła.
- Mówił, że paznokcie obcięto po śmierci tego faceta. Na to ja powiedziałam, że nie każdy nosi w góry nożyczki, chyba że jest dobrze przygotowany.
- I co on na to?
- Powiedział, że nosi się, jak się jest kosmetyczką.
- Dobre! - zaśmiała się Kordek. - Coraz bardziej chcę tego faceta poznać.
- Chciałabym być świadkiem waszej rozmowy - przyznała Wierzbicka.
- Idę do Mroczka, chyba kawałek wspinaczki mnie czeka. Wiesz, jak tam dotrzeć?
- Pójdę z tobą - zaofiarowała się miejscowa aspirantka.
- Dobrze, pogadamy trochę o twoim życiu uczuciowym.
- Może jednak Paweł cię zaprowadzi. Przy okazji dowiesz się, co to za nowa dziewczyna, z którą chodzi.
- Łukaszek ma nową dziewczynę?
- Z Kłodzka. Może ją znasz.
- Pewnie jakaś lafirynda. Wybiję mu ją z głowy. Ostatnio zaplanowałam, żeby go usidlić. Tak czy owak, teraz wolę pociągnąć za język ciebie.
Wierzbicka westchnęła.
- No dobrze, to chodźmy, ale porozmawiajmy raczej o sprawie.
- A pewnie, że porozmawiamy. Nie było tu ostatnio zgłoszeń o zaginięciu, prawda?
- Nie - przyznała Wierzbicka.
- Nie było jakiejś próby kontaktu od sąsiadów Czechów lub Niemców? Nie szukali kogoś?
- U nas nie. - Starsza aspirant pokręciła głową. - Jak będziemy wiedzieli chociaż w przybliżeniu, kiedy zginął, zaczniemy rozpytywać. Łukaszek zdążył wykonać kilka telefonów do zarządców parkingów. Nie było żadnej historii z porzuconym pojazdem. Skontaktuję się ze znajomym ze schroniska na Szczelińcu, ma pamięć do twarzy, więc jeśli facet tam był, to się o tym dowiemy. Leśniak podzwoni po pensjonatach i kwaterach, zabezpieczymy nagrania ze wszystkich kamer.
- No i pięknie. Czyli czekamy na ustalenie czasu zgonu i działamy. Może jest w naszej bazie, a jak zagraniczniak, to w bazie Czechów lub Niemców. To teraz mów, co u ciebie. Chociaż nie, jest lekarz... - Prokuratorka popatrzyła w stronę mężczyzny, który szedł w ich kierunku. - Zajmiemy się najpierw naszym NN-em. Zadzwoń do Mroczka, żeby tu zszedł. Wdrapię się na górę później.
- W porządku. - Wierzbickiej wyraźnie ulżyło.
- Nie myśl, że ominie nas ta rozmowa. Przekimam w okolicy, Natalia. - Kordek się zaśmiała, widząc minę starszej aspirant.
Po chwili z biegłym lekarzem ruszyły na miejsce, gdzie leżał mężczyzna.
*
Zimnemu śniło się, że spadał. Obudził się z boleśnie obijającym się w klatce piersiowej sercem. Sprawdził czas na zegarku. Tabletki miał wziąć dopiero za dwie godziny. Czuł się źle, zapewne były to skutki wczorajszej wędrówki. Dawały o sobie znać mięśnie, ścięgna i kości. Arek miał nawet problem, żeby wyprostować plecy, gdy szedł do łazienki.
Pomyślał, że powinien zrobić kilka skłonów, porozciągać mięśnie. Zamiast tego wrócił do łóżka i chwycił za komórkę.
ZombieGirl milczała. Przyszła wiadomość od siostry, już wiedziała, że w Karłowie coś się wydarzyło. Informację o znalezionych zwłokach mogła mieć z kilku źródeł. Z social mediów i lokalnych grup, które wciąż śledziła, albo z portali internetowych. Nie wiedziała, że to Arek odnalazł zwłoki, więc zapewne nie zdążyła porozmawiać z Gośką Wilczek.
Jasne, że na siebie uważam. Nie mam zamiaru się w to mieszać.
Ta wiadomość zawierała kolejne dwa kłamstwa. Wchodziło mu to w krew.
Arek sprawdził portale. Dziennikarz lokalnego kłodzko24.pl pisał o wypadku na Szczelińcu Małym. Policja już w nocy wydała komunikat. Do śmierci mogło dojść w wyniku działań osób trzecich. Podjęto czynności procesowe pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Kłodzku. W nocy rozpoczęto oględziny miejsca zdarzenia. Policjanci wciąż tam pracują, gromadzą materiał dowodowy niezbędny do dokładnego wyjaśnienia przebiegu tego tragicznego zdarzenia. Policja we współpracy z prokuraturą szczegółowo wyjaśnia okoliczności tragedii.
- Bla, bla, bla. - Przeskrolował ekran.
Zimnego bardziej niż artykuł interesowały zgromadzone pod nim komentarze. Na takich portalach zawsze odpalali się miejscowi, domorośli detektywi i frustraci. Lokalne piekiełko było żywe wszędzie.
Dobrze mu tak, po co łaził, gdzie nie wolno.
Ma za swoje. Samobójca. To nikt stąd.
Roczna nagroda Darwina przyznana.
Ludzie, opamiętajcie się, to tragedia, facet zginął, trochę szacunku.
Kolejny poszukiwacz tajemnic.
Było też kilka bardziej wartościowych informacji. W maju podczas wspinaczki od ściany odpadła kobieta. Doznała wielonarządowych obrażeń i poważnego urazu głowy. Życie uratował jej kask. Kilka lat temu na Szczelińcu Wielkim kilkunastoletnia dziewczynka wpadła do głębokiego na dziewięć metrów zagłębienia pod skałą Małpolud... Szczelina była na tyle wąska, że wyhamowała upadek...
Na wspomnienie wczorajszej przygody Zimnego przeszły dreszcze. Mimo tego nie wyobrażał sobie, jak czułby się na miejscu tego dziecka.
Arek powrócił do Messengera i wątku z ZombieGirl. Przez chwilę chciał coś do niej napisać, ale w końcu się rozmyślił. Wiedział, że Marta i tak by nie odpowiedziała. Sama nawiąże kontakt, gdy uzna, że to ma sens.
Inspektor wstał z łóżka i się ubrał. Wrócił do łazienki, żeby się umyć. Zrobił to szybko, bo w pomieszczeniu było chłodno. Zgłodniał. Gosia zostawiała mu śniadanie w kuchni na dole. Był obecnie jej jedynym gościem. Przed zejściem na parter włożył ciepły sweter.
Zimny w pierwszej chwili pomyślał, że przy stole siedzi właścicielka Domku pod Lasem, była to jednak kobieta, której nie znał. Uśmiechnęła się na jego widok i skinęła głową. Odkłonił się, unikając kontaktu wzrokowego.
Zawahał się. Chciał wrócić do siebie, ale burczenie w brzuchu nie dałoby mu spokoju. Podszedł do stolika, na którym stał warnik do wody. Do kubka wrzucił saszetkę herbaty owocowej, dosypał dwie i pół łyżeczki cukru. Przez cały ten czas czuł na sobie spojrzenie tamtej kobiety.
- Nie pija pan kawy?
Zimny przymknął oczy. Miał nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas Domek pod Lasem będzie jego azylem. Gośka pewnie wolałaby mieć więcej turystów, ale jemu cisza i spokój były na rękę. Może gdyby zapłacił za pozostałe pokoje na kilka najbliższych tygodni, dostałby dużą zniżkę? Tylko skąd wziąłby na to kasę?
- Ja bez kawy nie mogę żyć, wie pan?
Zimny nie miał nic przeciwko temu, żeby wyjść na gbura. Milczał, kładąc na talerz świeżą bułkę i plasterki sera i wędliny. Skrzywił się na widok ogórka i pomidorów, ale je także położył na naczyniu. Czuł zapach gotowanego jajka. Gośka wiedziała, że mu nie służą, chociaż ślinił się na samą myśl o ich smaku. Musiała je przygotować dla turystki.
Turystki? Cholera, ta kobieta wcale nie wyglądała na turystkę. Było też coś w jej głosie, jakiś charakterystyczny ton, który dobrze znał u ludzi jej pokroju.
- Dobrego dnia - wyrzucił z siebie Zimny i ruszył do drzwi.
Śniadanie postanowił zjeść u siebie, na górze.
- Panie inspektorze, niech pan chwilę dotrzyma mi towarzystwa.
Zimny się zatrzymał. Westchnął i odwrócił do kobiety.
Uśmiechała się szeroko. Była około czterdziestki, dbała o siebie. Proste czarne włosy sięgały jej do ramion. Była szczupła, a nawet chuda. Na blacie przy filiżance z kawą leżała paczka papierosów, a na nich plastykowa zapalniczka. Nawet jeśli nie mogła tu zapalić, musiała ją mieć na widoku.
- Naprawdę, proszę do mnie dołączyć. Będzie mi miło.
Zimny podszedł do stołu, położył na nim talerz i kubek. Sztućce leżały na przygotowanej dla niego serwetce.
- Jak się panu spało?
Zimny milczał. Wzruszył ramionami.
- Mnie się śniło, że spadałam. To przez tego faceta, co go pan znalazł. - Kobieta wyciągnęła z torebki listek gum nikotynowych, jedną wsadziła do ust i zaczęła przeżuwać. - Byłam na górze, na skale, żeby zobaczyć, skąd spadł. Musiało to na mnie zrobić wrażenie, więc chyba stąd ten sen.
Arek, słuchając opowieści kobiety, w której dominował odgłos przeżuwania, przekroił bułkę i wypełnił ją mięsno-serowo-warzywną treścią. Robił to szybko, planując zapełnić usta, by mieć pretekst do milczenia.
- Justyna Kordek, Prokuratura Rejonowa w Kłodzku. Bardzo się cieszę, że mogę pana wreszcie poznać.
- Uhm.
- Miał pan wczoraj szczęście.
- Szczęście?
- Znalazł pan ciało. Przypadek jak nie wiem. Kto wie, jak długo ten nieszczęśnik by tam leżał, gdyby nie pan.
Zimny zamrugał.
- Nie jest pan zbyt rozmowny.
- Tak pani żuje tę gumę, że ledwo panią rozumiem.
- A ja myślę, że nie chce pan ze mną gadać.
- Jak jem, to rzeczywiście nie gadam.
- U nas w domu mówiło się, że jak pies je, to nie szczeka. - Kordek się zaśmiała. - Bez skojarzeń z pana zawodem. W każdym razie ja już jeść skończyłam. Więc pan się nie krępuje i je, a ja się też nie krępuję i mówię. Mam nadzieję, że nie wyjdzie pan w trakcie.
Zimny popił kęs bułki herbatą.
- Przyszło mi to do głowy - przyznał.
Drzwi kuchni się otworzyły. Pojawiła się w nich Gośka. Popatrzyła na Zimnego, potem na Kordek.
- Macie wszystko czy czegoś jeszcze wam trzeba?
- Kawa pierwsza klasa, obżarłam się jak nie wiem. Te bułki są po prostu niesamowite, prawda inspektorze?
Zimny poczuł się przyparty do muru. Skinął głową. Spojrzał na Wilczek. W oczach Gośki pojawiły się wesołe ogniki. Arek pomyślał, że pani prokurator przypadła jej do gustu swoją bezpośredniością.
- Wychodzę, wrócę za godzinę.
- Mnie już nie będzie - odezwała się Kordek, przesuwając gumę z jednej strony policzka na drugą. - Bardzo dziękuję, że mnie pani po nocy przyjęła pod swój dach.
- Nie ma sprawy. - Gośka pomachała im i wyszła na korytarz.
Po chwili usłyszeli, jak wychodzi z budynku.
- Uuuu, coś będzie między wami.
Herbata niemal poszła Zimnemu nosem.
- No, niech pan nie mówi, inspektorze, że nie wyczuwa pan tych fluidów. Jak jesteście razem w pokoju, to można powietrze krajać, tak gęsto.
- Naprawdę jest pani prokuratorem?
- Dopóki się nie zorientują, że mam lewy dyplom. - Kordek mrugnęła. - Wracając do tematu...
- Nie ma żadnego tematu.
- Dobrze, na razie panu odpuszczę. Po prostu jeszcze się pan nie zorientował, że mimowolnie znalazł się w kręgu ludzi, których polubi. Oswoi się pan.
- Ale ja pani nie lubię.
- A to akurat nie ma znaczenia. To uczucie może być, i często jest, jednostronne. Tak to sobie umyśliłam.
Zimny patrzył na Kordek z niedowierzaniem.
- Pomoże pan Wierzbickiej radą przy sprawie? Może pana odwiedzać, jak mentora? Nauczy się czegoś od pana.
- Nie jestem mentorem, nauczycielem czy, cholera wie, jaką mi tam pani rolę próbuje narzucić. A Wierzbicka da sobie radę.
- Nie zauważyła tych wyciętych włosków z brody, a na paznokcie to nawet ślepy zwróciłby uwagę.
Zimny zamilkł.
- Słyszy mnie pan czy rzeczywiście tak głośno glamam?
- Rozważała pani psychoterapię?
- Pan też jest bezpośredni. To lubię. I tak, rozważałam, wielokrotnie. Będzie pan konsultantem Wierzby?
- Nie.
- Pytałam tylko z uprzejmości, żeby dać znać, że wyrażam zgodę na waszą współpracę. I tak się pan nie powstrzyma.
Zimny się zaśmiał. Chyba nigdy nie prowadził tak surrealistycznej rozmowy.
- A co do tej gumy, to chyba ma pan rację. - Prokuratorka się zamyśliła. - Wierzbie też to przeszkadza. Mam propozycję. - Kobieta dotknęła palcem wskazującym listka gum nikotynowych i przesunęła go w kierunku Zimnego. - Powstrzymam się tak długo, jak pan...
- Ja nie palę.
- Ja nie o tym powstrzymywaniu. - Mrugnęła. - Umowa jest taka: ja trzymam usta z daleka od gumy, a pan od ponętnej pani Gosi.
Zimny ugryzł się w język. Niemal dał się sprowokować. Kobieta próbowała go wyciągnąć ze strefy komfortu, testowała go.
- Nie wiadomo, kto to jest. Ten, co go zepchnął, chyba też nie wiedział i bardzo chciał się dowiedzieć... - Kordek zmieniła nagle taktykę.
Zimny popatrzył na prokuratorkę. Zaskoczyła go.
- Wariatka, ale niegłupia, co? - Kobieta znów puściła oko do inspektora. - Te paznokcie i włosy to nie trofeum. Pan też to wie... No, chyba że dopiero teraz pana olśniło, jak poruszyłam ten temat? Bo jeśli tak późno pan to załapał, to niech pan zapomni o tej rozmowie i prośbie o pomoc w sprawie. Tu będziemy chyba potrzebowali kogoś mniej ociężałego umysłowo.
- Skąd pani wie, jak ze mną rozmawiać?
Kordek odchyliła się na krześle.
- Takie rzeczy się po prostu czuje - przyznała. - Odbieram chyba jakieś pana fluidy, ale też, jak pan zauważył, cały czas improwizuję i testuję granice. Zastanawiam się właśnie, czy w ogóle jakieś są. Są?
- Denerwuje mnie pani mlaskanie. Nie zdzierżę nawet minuty w tym samym pokoju, jeśli będzie pani ciumkać tę gumę.
- Czyli zakład stoi. - Kordek wyciągnęła gumę z ust i rozejrzała się, gdzie ją przykleić.
Zimny podsunął jej talerzyk.
- Da pani radę?
- To nie potrwa długo.
- Bez papierosów i gumy?
- O! Podbił pan stawkę.
- Zawsze gra pani nisko?
- Ostatnio, jak próbowałam, to zamiast papierosów rzuciłam męża.
- Wróciliście do siebie?
- Nie.
- Więc w czym problem? Kogoś może pani jeszcze rzucić zamiast papierosów?
- Na przykład siebie, z czwartego piętra przy Bohaterów Getta w Kłodzku.
- Co przy nim znaleźliście?
- Nie, nie! Teraz to nie odpowiem, bo wyjdzie, że przyklepałam zakład. Muszę się zastanowić.
- Co przy nim znaleźliście? - Zimny cierpliwie powtórzył pytanie.
- Cholera... Niewiele. Żadnych dokumentów. Prowiant na jeden dzień, butelka z wodą i kilka batoników. Mapy Dusznik i Karłowa, ale nic na nich nie zaznaczył. Miał też wykrywacz metalu.
Kolejny poszukiwacz tajemnic.
Przed oczami Zimnego pojawił się jeden z komentarzy z lokalnego portalu informacyjnego.
- Miał też coś w zaciśniętej ręce.
Tę bombę Kordek celowo zrzuciła z opóźnieniem. Chciała obserwować reakcję Zimnego. Była chyba rozczarowana, bo żadnej nie było.
- Nie ma z panem żadnej zabawy. - Westchnęła. Sięgnęła po swój telefon i otworzyła galerię zdjęć. Chwilę przewijała je palcem. W końcu przechyliła głowę i zmrużyła oczy.
- To chyba jest najlepsze.
Położyła smartfon przed Zimnym. Znów na niego spojrzała, obserwując, jak ten wpatruje się w zdjęcie.
Arek powiększył obraz, potem znów pomniejszył. Wyprostował się na krześle.
- Co pan o tym myśli?
- Papier jest mocno pogięty. Został wciśnięty w pięść denata.
- Tak. Nasz technik, Mroczek, uważa, że na to wskazuje zagięcie papieru. Denat raczej z nim nie spadł.
Kordek przesunęła opuszką po ekranie, pokazując wcześniejszą fotografię. Widniały na niej otwarta dłoń i zwinięty w rulonik papier. Musiał zostać wciśnięty, być może palcem, w pięść od strony kciuka.
- Skrzydła - powiedział Zimny sam do siebie.
- Też mi to wygląda na skrzydła. Jak od aniołka - przyznała Kordek. - Szkoda, że trochę za późno je dostał i nie zdążył użyć... Chociaż może były symboliczne i po śmierci trafi dzięki nim prosto do nieba?
Zimny zorientował się, że te żarty nie były jedynie przejawem czarnego humoru pani prokurator. W ten sposób zadawała i jemu, i sobie konkretne pytania.
- W każdym razie coraz więcej tropów świadczy o tym, że facet poleciał nieprzypadkowo - ciągnęła Kordek. - Zdaje się, że ktoś symbolicznie chciał go wysłać do aniołków. Na skałkę dotarli z różnych stron, nasz denat i ten, który z nim tam był. Mroczek wysłał mi informację, że dziś rano natrafił na kilka śladów. Nie wygląda na to, że denat i jego towarzysz umówili się na szczycie Szczelińca. Jeden z nich wchodził trudnym dojściem, jakby nie chciał zostać zauważony.
- Kiedy to się wydarzyło?
- Patolog wstępnie rzucił coś około tygodnia. Potwierdzi to do południa. - Prokuratorka położyła dłoń na paczce papierosów i zapalniczce. - Miał pan do czynienia z takimi skrzydełkami? Zna pan podobny przypadek?
- Nie.
- Kurde, miałam nadzieję, że to się wszystko jakoś ułoży. Że pana tu ściągnęła jakaś siła wyższa i zaraz rozwiążemy całą sprawę.
- Wierzy pani w siłę wyższą?
- Dobrymi uczynkami staram się zasłużyć na takie białe skrzydełka jak te. Pomagam ludziom, pójdę prosto do nieba, wie pan?
- Te skrzydła nie są wcale białe - powiedział Zimny.
Kordek spojrzała na niego znacząco.
- Przyglądałam im się, było ciemno, ale... to biała kartka. Ewentualne zabrudzenia powstały od dłoni, która... - Kordek sapnęła nad swoim telefonem. - Która jest cholernie czysta. Ma pan rację, końcówki skrzydeł są przybrudzone, szare.
- Jak w obrazie Cabanela Upadły Anioł - powiedział Zimny.
- Mam dreszcze. - Kordek się otrząsnęła. - Całą noc nie spałam, wiedziałam, że jak zacznę z panem rozmawiać, to wyjdzie coś takiego.
- Sama by pani na to wpadła, gdyby nie skupiła się tak bardzo na mojej osobie.
- Pewnie tak. - Kordek postukała zapalniczką o pudełko L&M-ów. - Czyli po tym całym upadku Lucyfera jego skrzydła zaczęły zmieniać kolor od obrzeży do wewnątrz. Taką symbolikę mają też skrzydełka zostawione naszemu denatowi? Nasz upadły anioł był więc w oczach naszego sprawcy zły? Sam siebie uważa za Michała Archanioła, który stawił mu czoła?
Zimny milczał. Kordek wyprzedzała go o kilka kroków. Już w nocy wpadła na koncepcję z przybrudzonymi skrzydłami, nie spała nie dlatego, że czekała na spotkanie z Zimnym, ale dlatego, że wertowała internet, szukając odniesień i symboliki w zostawionych przez sprawcę skrzydłach.
- Pani dobrze wiedziała, o jakim obrazie mówię.
- Oczywiście.
- Przestanie mnie pani wreszcie testować?
- Dobrze, jeśli pan pozwoli mi zapalić jeszcze jednego papierosa.
- Zakład to zakład. Nie wolno zmieniać reguł w trakcie.
- Cholera. Naprawdę w to weszłam?
- Niech pani wyciągnie tę paczkę z kieszeni.
Kordek odłożyła L&M-y na stół.
- Skrzydła były już przybrudzone czy sprawca zrobił to na miejscu?
Kobieta się uśmiechnęła.
- Na miejscu. Mroczek znalazł w ziemi miejsce, w którym ktoś mógł wytrzeć te anielskie skrzydełka.
- Skrzydła też mógł zrobić przy ofierze - powiedział Zimny. - Widać, że ma w tym wprawę.
Kordek zamilkła. Wyobraziła sobie tę scenę. Sprawcę - pochylonego nad ciałem, robiącego przy nim anielskie origami.
- Może wśród miejscowych jest jakiś artysta od aniołków? - zapytała po chwili.
- Albo od diabłów - dodał Zimny.
- W punkt. - Kordek pokiwała głową. - W każdym razie próbujemy ustalić tożsamość NN-a. Na razie nic nie mamy.
Zimny podniósł swój telefon, który wydał z siebie odgłos wibracji. Spojrzał na wiadomość od ZombieGirl. Wygasił aparat i odłożył go na blat.
- Coś ważnego? - zapytała Kordek.
- Prywatna sprawa.
- Cóż, ustalmy zasady naszej współpracy. Chciałabym, żeby był pan ze mną w stałym kontakcie. Chcę wiedzieć, czym się pan zajmuje, co ustalił...
- Zastanowię się nad tym. Proszę mi dać czas do namysłu... - Zimny wzruszył ramionami, widząc minę Kordek. - Dam pani znać do wieczora. Umówmy się, że do tej pory może pani swobodnie palić.
- O nie, zakład to zakład. Nie zmienia się reguł w trakcie.
Zimny się uśmiechnął i pokiwał głową.
- Kiedy przestanie mnie pan testować? - zapytała Kordek.
- Jak panią rozgryzę. Ma pani przewagę, odkryła pani moją słabość, ja pani słabości jeszcze nie znam.
- Jak to nie? A papierosy, mój nałóg, to nie słabość charakteru? - Kordek uniosła w zdziwieniu brwi.
- Myślę, że pani bez problemu wytrzyma bez papierosów, ile zechce. Nałóg nie jest pani słabością.
Kordek wyszczerzyła zęby.
- Dała mi pani moment tryumfu, możliwość pochełpienia się wiedzą. Łatwo dałem się podejść. Ma pani rację, jestem próżny. Nie dam pani tego wykorzystać.
- Gdyby był pan tylko młodszy i przystojniejszy...
- Czyli się rozumiemy.
Kordek skinęła głową, wyciągnęła do Zimnego dłoń. Nie rezygnowała z uścisku przez dłuższą chwilę.
- Ten cały cyrk, który tu odstawiłam, nie był potrzebny, prawda? - zapytała. - Pan już się zaangażował w tę sprawę.
- Ten cyrk przynajmniej wpłynie dobrze na pani płuca.
Kordek przewróciła oczami, wstała i ruszyła do drzwi.
Zimny dokończył śniadanie, co nie trwało długo. Dopijając herbatę, spojrzał jeszcze raz na wiadomość od ZombieGirl.
Erwin Webber. Pięćdziesiąt pięć lat. Obywatel Niemiec. Jedyne zdjęcie z 1999 roku. Doszło wtedy do połączenia potęgi w produkcji stali i uzbrojenia Friedrich Krupp AG z firmą Thyssen. Przez chwilę pracował dla ThyssenKrupp w Brazylii. Był wtedy jednym z prezesów miejscowej spółki. Potem rozpłynął się w powietrzu. Aż do teraz. To było trudne. Masz coś jeszcze?
Zimny uśmiechnął się, napisał kilka słów i wysłał.
Poszukiwacz tajemnic. Jakich tajemnic tutaj szukał?
Nie dodał nic więcej. Uznał, że jest to niepotrzebne.
Inspektor zmył naczynia: swoje i te, które zostawiła po sobie Kordek. Ubrał się i wyszedł z Domku pod Lasem.
Było chłodno. W powietrzu czuć było zbliżający się śnieg. Zimny dziwił się, że jeszcze nie zaczęło padać. Przez chwilę zastanawiał się, czy poranny spacer jest dzisiaj wskazany. Bolały go wszystkie mięśnie. Uznał, że nie ma sensu odpuszczać. Gardło przestało go boleć, innych przeciwwskazań nie widział.
Gdy naciągał czapkę na uszy, dostrzegł mężczyznę wychodzącego z samochodu. Facet patrzył w jego stronę, skinął głową i uniósł rękę. Arek go rozpoznał. Miejscowy pismak. Czekał na niego zapewne od rana. Miał przynajmniej na tyle taktu, że nie próbował go nachodzić w pensjonacie.
- Inspektor Arkadiusz Zimny? Dzień dobry, Alek Kowalczyk, dziennikarz. Czy mogę zamienić z panem kilka słów?
- Jeśli chce pan ze mną porozmawiać o walorach przyrodniczych Szczelińca i poznać moją opinię na temat tego, czy warto przyjeżdżać tu na wypoczynek - to jak najbardziej. Jednym słowem - warto!
Zimny ruszył wybrukowaną ścieżką w tym samym kierunku co zwykle.
- Nie wiem, czy pana odczucia podzieliłby mężczyzna znaleziony wczoraj pod Szczelińcem Małym. Przyjechał tutaj na wypoczynek?
- Tego nie wiem. Pan wie? - zapytał Zimny.
- Nie. - Mężczyzna pokręcił głową, uśmiechnął się. - Pan go wczoraj znalazł, z Góralczykiem.
- Bez komentarza.
- Na jakich zasadach będzie pan współpracował z prokuraturą i miejscową policją?
- Skąd panu to przyszło do głowy?
- Przed panem od Gosi Wilczek wyszła prokurator Kordek.
- Nocowała w tym samym pensjonacie? Naprawdę?
- Jedliście razem śniadanie, panie inspektorze. Widziałem was przez okno.
Zimny się zaśmiał.
- Przez ostatnie pięć minut naszej rozmowy pokonaliśmy jakieś sto metrów, a ja ledwo oddycham. Myśli pan, że nadaję się do pomocy?
- Tak. Oczywiście, że tak. Z pana doświadczeniem nie musi być pan olimpijczykiem.
- Co powiedziała panu Kordek? Bo zapewne zdążył pan ją zaczepić przed odjazdem.
- Bez komentarza. Zbyła mnie.
- A co ja panu powiedziałem?
- Bez komentarza. Też mnie pan zbył.
- I myśli pan, że zmienię zdanie, jak mnie pan wystarczająco długo będzie nękał?
- Moją intencją nie jest nękanie pana. Wykonuję swój zawód, tak jak pan swój, inspektorze.
- Dobrze. Mogę pana zapewnić, że jedyna współpraca, o jakiej w tej chwili myślę, to współpraca z moimi nogami.
- Rozumiem. Rozmawiałem z kolegami z Kłodzka. Podobno wyszedł pan z beznadziejnego stanu. Cieszę się, że wraca pan do zdrowia.
Zimny w odpowiedzi skinął jedynie głową, brakowało mu już oddechu na rozmowę.
- Pozwoli pan, że czasem pana zaczepię? Może nie będzie miał pan mi nic do powiedzenia, ale może to ja będę miał dla pana jakieś informacje.
Zimny spojrzał na Kowalczyka.
- Wolny kraj - powiedział. - Jeszcze...
Pismak skinął głową, odwrócił się od inspektora i ruszył do samochodu.
Arek kontynuował wędrówkę pośród zabitych na głucho bud i stoisk z pamiątkami.
- Dzień dobry.
Chłopak, który go pozdrowił, kończył naprawę płotu. Zdaje się, nie zdążył zrobić tego wczoraj. Może pod czujnym okiem Zilmanna wszystko szło mu wolniej, a młotek wylatywał z ręki.
Zilmann. Arek pamiętał starego z lat młodości. Od zawsze miał tutaj, przy szlaku, swoją budę. Już wtedy wydawał mu się stary. Ile mógł mieć teraz lat? Sto? Może nie tyle, ale na pewno był już po osiemdziesiątce.
Zilmann zawsze robił w drewnie. Stolarz, rzeźbiarz amator. Arek pamiętał koguciki na wodę i piszczałki, które wychodziły spod jego ręki. Cieszyły się dużą popularnością. Pamiętał też figurki: ducha gór, diabły i... anioły. Nie potrafił sobie jednak teraz przypomnieć, jakie skrzydła miały te ostatnie.
- Dzień dobry - odpowiedział chłopakowi.
- Dzisiaj też pan kogoś znajdzie? - Młody mężczyzna się zaśmiał. - Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.
Zimny też się roześmiał. Musiał przyznać, że coś podobnego przed chwilą przyszło mu do głowy.
- Niech pan uważa, będzie padał śnieg. Zilmann mówi, że lada moment. Stary nigdy się nie myli.
Arek nie odwrócił się, uniósł jedynie dłoń, dając znać, że usłyszał ostrzeżenie.
Współpraca z nogami, o której mówił pismakowi, o dziwo zaczęła się układać. Szło mu się dobrze, mięśnie przestały go boleć. Najprawdopodobniej przecenił swoje siły, ale uznał, że czas najwyższy zmierzyć się z sześćset osiemdziesięcioma schodami ułożonymi tu jeszcze z inicjatywy dawnego sołtysa Karłowa, Franza Pabla. Od 1814 roku na pewno przeszły już nimi miliony turystów.
- Schodek jeden - powiedział Zimny, stawiając pierwszy krok. - Drugi, trzeci...
Nie mógł ich przecież liczyć. Powinien zająć czymś myśli, jak wczoraj. Właściwie to miał czym. Przeszłością chociażby. Szli tędy król pruski Fryderyk Wilhelm II, Johann Wolfgang von Goethe i, wtedy poseł, a później prezydent USA, John Quincy Adams.
Mieszkał tu tyle lat i nic więcej o Szczelińcu nie wiedział.
Powrócił myślami do wczorajszego wydarzenia. Miał wystarczająco dużo informacji, żeby snuć jakieś przypuszczenia. Zimny postanowił wypróbować swoją wieloletnią metodę: wyciągnąć pierwsze wnioski, jakie mu się nasuwały. Po uzyskaniu kolejnych sygnałów konfrontował je z pierwszą tezą. Jeśli się sypała, modyfikował ją lub zmieniał. Od czegoś przecież trzeba było zacząć.
Do czego prowadziły aktualnie posiadane przezeń informacje?
Mężczyzna przyjechał tu z detektorem, szukał czegoś na Szczelińcu lub w jego okolicach. Dlaczego pojawił się akurat w tej części masywu, nad urwiskiem? Użycie detektora na stoliwiu, tym miejscu, z którego spadł Webber, nie miało sensu. Tam wszędzie była lita skała, a jeśli gdzieś osadziła się grubsza warstwa próchnicy, trudno było przypuszczać, że stanowiła dobre miejsce, by ukryć tam depozyt. Może więc mężczyzna stanął na krawędzi, szukając konkretnej lokacji poniżej? To ona była jego celem? Chyba że wykrywacza używał zupełnie gdzieś indziej...
A Webber? Szukał na ślepo czy posiadał jakieś wskazówki? Zimny nasłuchał się swego czasu opowieści o Niemcach wracających do Kotliny Kłodzkiej i na cały Dolny Śląsk. Zaopatrzeni w mapy szukali depozytów złożonych w ziemi przez dawnych mieszkańców opuszczających te tereny w 1945 roku. Czy po tylu latach ten człowiek mógł szukać skarbu? Według wcześniejszych informacji, teraz potwierdzonych przez ZombieGirl, Webber był Niemcem. Mógł więc być jednym z takich poszukiwaczy.
Z tego powodu zginął. Ktoś go zepchnął ze skały.
Wyglądało na to, że ofiara i morderca nie przyjechali tu razem. Na skałę weszli z różnych stron, prawdopodobnie jeden w tajemnicy przed drugim. Czy ktoś przyjechał za Webberem do Polski? A może ktoś tu na niego czekał, bo wiedział o poszukiwaniach? Sam chciał przejąć depozyt? Czy był on na tyle cenny, żeby posunąć się do morderstwa?
Zimny się skrzywił. W snuciu tych rozważań szedł po linii najmniejszego oporu, łączył ze sobą pierwsze skojarzenia, nie poddając ich głębszej analizie. Miał świadomość, że w takich wypadkach powstają podobne potworki logiczne do tego.
- Trzysta czterdzieści osiem.
Powiedział tę liczbę na głos. Czyżby naprawdę przez cały ten czas podświadomie liczył schody? A może odkrył właśnie nieznaną sobie wcześniej zdolność? Był już najwyższy czas, żeby zawrócić.
Wyciągnął telefon. O dziwo miał zasięg. Napisał wiadomość do Kordek:
Przeszukajcie okolicę. Sprawdźcie, czy ktoś nie wyciągnął z ziemi depozytu.
Pani prokurator odpowiedziała od razu.
Przekazuję Wierzbie.
Zimny domyślił się, że chodzi o starszą aspirant Wierzbicką.
Inspektor zajrzał do Messengera. ZombieGirl dała kolejny znak życia.
Umówiłam cię z kimś. Czeka w schronisku.
Zimny zaklął pod nosem. Odpisał.
Jakim schronisku?
Na Szczelińcu.
Zwariowałaś? Ja tam nie wejdę!
Masz czas.
Powiedz mu, żeby odwiedził mnie w Domku pod Lasem.
Masz pół godziny.
Miał dość pisania. Odnosił wrażenie, że spuchły mu palce. Wcisnął ikonkę telefonu, jednak ZombieGirl już po jednym sygnale odrzuciła jego połączenie.
Nie dam rady tam się dowlec w pół godziny!
Chopin dałby sobie przeszczepić płuca za możliwość wejścia na ten wasz Heuscheuer. Lekarze mu odradzili ze względu na złe powietrze na szczycie. Tobie to powietrze posłuży.
Mi po wejściu będzie potrzebny przeszczep serca
Masz dobre wyniki. Lekarz nakazał ci dużo ruchu.
Skąd wiesz, jakie mam wyniki?!
Dwadzieścia pięć minut do spotkania. Bez odbioru.
- Kurwa mać! - Zimny popatrzył na mijającą go kobietę, wyraźnie zdegustowaną tym wulgaryzmem. - Przepraszam.
- Tu ludzie z dziećmi chodzą, panie!
- A dzieci to nie ludzie?
- Co?
W Zimnym coś się zagotowało na widok oburzonej pudernicy. Patrzyła na niego jak na szczura, który wylazł z kanalizacji. Ciśnienie podniósł mu fakt, że trochę się czuł jak ten szczur.
- Gówno - odpowiedział, wyrzucając to słowo z naciskiem.
Zimny sam się zdziwił swoją reakcją. Był zlany potem, wszystko go drażniło. Trochę żałował, że wyżył się na tej Bogu ducha winnej kobiecie.
- Stary palant!
- Spadaj, babo!
- Jak pan śmie?! Schudnij trochę, tuczniku, a nie... sapiesz na szlaku jak lokomotywa. Obrzydzenie człowieka bierze.
- A ty żelazka częściej używaj i nie do ubrań, żeby było jasne.
Kobieta patrzyła na niego wielkimi oczami, nagle zaczęła się śmiać.
Zimny odchrząknął. Burknął coś niezrozumiale.
- Powiem panu, że po tej niezwykłej konwersacji jakoś się lepiej czuję. - Kobieta odetchnęła głęboko, jakby rzeczywiście zrzuciła ciężar z piersi. - Wcześniej wyżywałam się na mężu, ale jakiś rok temu już nie dał rady.
- Rozwód?
- Trumna.
- Aha. - Zimny zamrugał niepewnie, a że nie wiedział za bardzo, co powiedzieć, to dodał: - Mi też jakoś lepiej.
- Że mój mąż nie żyje?
- Nie, po tej... konwersacji.
- Na żonie się pan nie wyżywa?
- Nie mam żony. - Arek wyczuł pytający wzrok kobiety. - Żadnej też nie pochowałem.
- Chciałabym powiedzieć: wszystko przed panem, ale... Cóż. Dociągnie się pan w ogóle na górę?
Zimny w odpowiedzi wszedł na kolejne schodki.
- No, podziwiam determinację. Potowarzyszę panu do kolejnego przystanku.
- To nie jest konieczne.
Kobieta ruszyła jednak ramię w ramię z Zimnym. Arek zastanawiał się, jak się jej pozbyć.
- Jest pan bogaty? Milioner?
- Nie.
- A chociaż kilkaset tysięcy ma pan na koncie? Albo mieszkanie, które przejmę po krótkiej opiece nad panem?
Zimny przystanął. Popatrzył na kobietę.
- No co? Dał nam przykład pan prezydent, jak zarabiać mamy. W Polsce takie rzeczy już wszyscy zaakceptowali.
- Jakoś kompletnie mnie to nie śmieszy, proszę pani.
- Bo to nie jest śmieszne. - Kobieta wzruszyła ramionami. - Tak pan dziwnie mruga.
- Na chwilę straciłem ostrość widzenia.
- To może być zawał. Mam nadzieję, że pan go będzie tylko udawał, żebym panu zrobiła tu resuscytację krążeniowo-oddechową.
- Przepraszam, że zapytam. Pani uciekła z jakiegoś miejsca odosobnienia?
- Z wariatkowa, to pan ma na myśli?
Zimny milczał.
Kobieta się zaśmiała. Znów ruszyli pod górę.
- Jestem po prostu wesoła. Chociaż to wyłącznie pozory. Od środka od dawna zżera mnie depresja. Ledwo zmusiłam się dzisiaj, żeby wstać z łóżka. Pan pewnie też ma takie kłopoty, prawda?
- Nie mam depresji.
- Chodziło mi o pana wagę i problemy z podniesieniem się z łóżka.
Zimny się zaśmiał.
- Poprawiłam panu humor, to dobrze, głupio mi było, że tak na pana naskoczyłam. Wydaje mi się jednak, że powinien pan zrezygnować z dalszej wspinaczki.
- Nie mogę, jestem umówiony. Mam być na górze za... - Zimny sprawdził czas na telefonie - za kwadrans.
- Jezu, to ma pan randkę na górze? Tinder? Jakiś inny portal randkowy?
- Nie!
- Co się pan tak oburza, przecież to nic takiego. Nic, co ludzkie...
- Niech pani idzie szybciej. Muszę znaleźć swoje tempo.
Kobieta zamilkła, przyjrzała się Zimnemu.
- Ma pan rację, nie dam rady tak dalej człapać, zaraz zamarznę - powiedziała. - Widzimy się na górze. Jak pana nie będzie za pół godziny, to zadzwonię po GOPR, może pana jakoś ściągną helikopterem. Te maszyny mają spory udźwig. - Zamilkła i spojrzała na Zimnego. - To za to żelazko...
- Domyślam się - sapnął Arek. - Pamiętliwa z pani... baba.
- Jakbym swojego Leosia słyszała, naprawdę.
Kobieta ruszyła żwawo pod górę, po chwili zniknęła za skałką. Zimny pokręcił głową.
- Karłów to stan umysłu... Tu nie ma normalnych ludzi.
- Słyszałam!
Skupił się na kolejnych krokach. Ostatni odcinek przeszedł między malowniczymi skałkami. Przecisnął się przez Ucho Igielne i wkrótce dostrzegł bryłę schroniska. Szwajcarka wyglądała tak, jak ją zapamiętał. Dwa drewniane, połączone ze sobą budynki osiadły na kamiennym obramowaniu. Skierowane były w stronę skalnego urwiska z widokiem na jedną z najpiękniejszych panoram w Sudetach. Zimny podszedł do barierki i spojrzał w dal. Przy dobrej widoczności można było zobaczyć stąd Góry Sowie, Broumovské Stěny, a nawet masyw Śnieżnika.
Do schroniska dotarł z blisko dziesięciominutowym opóźnieniem.
Spojrzał na Messengera. Pojawiła się wiadomość od ZombieGirl.
Gratuluję! Dotarłeś na miejsce. Mój człowiek już na ciebie czeka. Pogadaj z nim. Będziesz wiedział, o co pytać.
Zimny zaczynał nabierać podejrzeń, że dziewczyna zhakowała jego telefon. Była w stanie to zrobić, ale czy zdecydowałaby się na to bez jego wiedzy?
Inspektor wdrapał się po schodkach w stronę drzwi. Po chwili przekroczył próg i zaczął wycierać buty w wycieraczkę.
- Na pewno są już czyste. Nikt chyba do tej pory nie wycierał tu butów tak długo jak pan.
Podniósł wzrok na mężczyznę stojącego za barową ladą. Schował rękawiczki do kieszeni.
- Dzień dobry, mam nadzieję, że to komplement?
- Oczywiście.
Arek skinął głową. Popatrzył na towar na półkach i wywieszone nad mężczyzną menu. Nie był jeszcze głodny. Chciało mu się pić. Postanowił jednak najpierw porozmawiać z mężczyzną, którego umówiła ZombieGirl.
Inspektor popatrzył w lewo, w stronę sali jadalnej. Zdziwił się. Był przekonany, że w schronisku nikogo nie będzie, no oprócz tej wścibskiej baby, która minęła go na szlaku, i mężczyzny, z którym miał się spotkać.
Kobiety jednak nie widział. Zauważył za to kilkoro turystów. Młodzi ludzie w polarach i szeleszczących spodniach z goreteksu siedzieli przy jednym stole. Ich plecaki leżały oparte o ścianę. Pili piwo. Przy drugim stole siedziało trzech mężczyzn w wieku między trzydziestką a czterdziestką, jedli śniadanie. Nie wyglądali na amatorów wycieczek krajoznawczych, raczej na pracowników budowlanych. Informowały o tym przede wszystkim przybrudzone stroje robocze.
W kącie siedział starszy mężczyzna sączący z kufla jasne piwo. Nie spojrzał nawet na Zimnego. Inspektorowi przyglądał się ktoś inny.
Mężczyzna ubrany w kurtkę i spodnie moro uniósł rękę i przywołał Arka do siebie. Zimny ruszył w jego stronę i po chwili usiadł naprzeciw.
- Nie mam dużo czasu, co chce pan wiedzieć? - Facet przesunął ręką po kilkudniowym siwym zaroście.
Arek zawahał się; ZombieGirl nie wprowadziła go w temat, nie wiedział, o czym z facetem gadała. Pewnie dobrze się bawiła, postawiwszy Zimnego w takiej sytuacji.
- To, co uzna pan, że mi się przyda - odpowiedział ostrożnie.
Taktyka się opłaciła, facet skinął głową.
- Szczeliniec to nie jest pierwsze miejsce, które przychodzi mi do głowy, żeby czegoś szukać. Jakieś dawne depozyty tutaj były, kilka odnaleziono, nikt się nie przyzna, kto i co wyszarpał. Niemcy, ci, którzy stąd wyjeżdżali po drugiej wojnie światowej, też mieli swoje skrytki, zakopywali różne rzeczy. Najczęściej porcelanę czy tam zastawę stołową. Te fanty były ciężkie i kruche, trudno było się z nimi tarabanić. Dokumenty też ludzie chowali, najczęściej gdzieś w belkach na strychu lub pod progiem. Zwłaszcza te, które mogły im zapewnić stryczek. Zdarzają się jednak i cenne depozyty. Słyszał pan o tym znalezisku niedaleko stąd, w czeskich Sudetach?
Zimny pokręcił głową.
- Zvičina. Dwie skrzynie ukryte w murze. Siedem kilogramów złota. Znalazcy dostali równowartość dwóch milionów złotych. Różnie się o tym znalezisku mówi, podobno ci szczęśliwcy wiedzieli, gdzie szukać, i dobrze znali czeskie prawo. U naszych sąsiadów znalazca dostaje dziesięć procent wartości znaleziska, ale w przypadku złota, uwaga, jego stuprocentową równowartość. Czy na Szczelińcu coś takiego się uchowało? Kiepsko to widzę, trudno tu o takie rewelacje. Ludzie szukają w okolicy innych zagadek, ale to zupełnie inna sprawa.
- Nie zainteresuje mnie?
- Tego nie powiedziałem. - Mężczyzna cmoknął. - Nie wiem tylko, czy ma to związek z pana... trupem. Słyszał pan o obozach pracy? Kudowa, Zakrze, Błędne Skały?
- Obiło mi się o uszy.
- Przynajmniej tyle. Ludzie idą szlakiem w Błędne Skały i nie wiedzą, że przechodzą obok miejsca, gdzie trzymano nawet kilkuset jeńców. Ci w Zakrzu pracowali dla Vereinigte Deutsche Metallwerke, produkowali części do samolotów. Ci pod Skalniakiem pozyskiwali kamień i prawdopodobnie drążyli tunele. Tych w okolicy jest sporo. Do Skalniaka Niemcy podciągnęli prąd z elektrowni w Ludwikowicach Kłodzkich. Grube kable wpuścili też w tunele, dzięki temu wiemy, którędy biegną...
Zimny przypomniał sobie opowieści, które słyszał za dzieciaka.
- Projekt Riese, wunderwaffe? - zgadywał.
- No. - Mężczyzna się uśmiechnął. - I inne bajki. Niemcy coś tu robili w okolicach, po coś naszpikowali Szczeliniec urządzeniami radiolokacyjnymi, ale po co? Chyba się już nie dowiemy.
Mężczyzna zamilkł, nachylił się nad stołem w stronę Zimnego.
- Słuchaj pan, panie inspektor - powiedział. - Przestańmy się badać. Ta pana współpracownica łatwo mnie znalazła, musi być cholernie dobra w te klocki. A ten, co go pan wczoraj znalazł, szukał tu czegoś na pewno. Mamy kilka miejsc w sieci, gdzie wymieniamy się informacjami...
- My, to znaczy kto?
- Ludzie z pasją. - Chudy rozłożył ręce, jakby nie miał lepszego określenia na siebie i swoich znajomych. - Snujemy teorie, niekiedy czegoś poszukamy w lesie.
- Skąd pan wie, że mężczyzna... którego znalazłem, czegoś szukał?
- Pojawił się jakiś czas temu na naszych forach, próbował łapać z nami osobisty kontakt. Szybko zaczęliśmy go ignorować.
- Dlaczego?
- Pytania były coraz dziwniejsze. Trudno było zrozumieć, co to za klient. Konstrukcja zdań, słownictwo, wyczuliśmy Niemca. Zanęcał...
- Jak?
- Pokazał dokumenty z obozu pod Skalniakiem. Kawałek, ale wystarczyło, żeby się zorientować, że są autentyczne.
- Dlaczego myśli pan, że to on zginął na Szczelińcu?
- Zamilkł sześć dni temu. Sześć dni temu zamilkł też mój znajomy. Do tej pory się nie odezwał.
- Martwi się pan o znajomego? - zapytał Zimny.
- Myślę, że mógł połknąć tę zanętę.
Arek się zamyślił.
- Co to znaczy, że nie może się pan z kolegą skontaktować?
- Prawda jest taka, że nigdy nie poznaliśmy się osobiście. Nie wiem, jak naprawdę ma na imię, nie wiem, gdzie mieszka, nie mam jego numeru telefonu. I od razu wyjaśnię. Nie, nie zgłosiłem tego na policję. Bo co miałbym powiedzieć? Żeby szukali Gabriela? Że nie dał znaku życia na forum od sześciu dni?
- Tak nazywa się w sieci pana znajomy?
- Tak.
- Nigdy nie znikał na dłużej?
- Znikał.
- Skąd ta nagła obawa o niego?
- Nie ma pan tak, że niby ma tylko przeczucie, ale jak pan analizuje wszystkie dane, to dostrzega pan zbyt wiele jednoznacznych wskazówek, że coś jest nie halo?
- Czasem.
Mężczyzna pokiwał głową.
- Jak Gabrielowi nic nie jest, to super. Ale, cholera, sam nie wiem. Dogadałem się z pana współpracownicą. Ona go poszuka, ja panu pomogę, ile będę w stanie.
- Musi się pan trochę bardziej postarać. Depozyty, skarby, wunderwaffe - nie wydają się wnosić wiele do sprawy.
- Może mieć pan rację.
- Tak?
- Doszedłem do wniosku, że ten, który nas zaczepiał, nie szukał czegoś, a kogoś.
*
- Słyszy mnie pan?
- Słyszę - potwierdził Zimny.
Inspektor zapatrzył się na kobietę, która przysiadła się jakiś czas temu do faceta sączącego piwo. Żywo o czymś dyskutowali. Może opowiedziała mu o swojej przygodzie na szlaku i rozmowie z Zimnym. Arek miał wrażenie, że skądś ją zna, nie sprzed kilkudziesięciu minut, a sprzed wielu lat.
Zimny znów spojrzał na mężczyznę.
- Pana znajomy, który miał zniknąć, wydaje się skrytym i ostrożnym człowiekiem, dlaczego miałby się złapać na tę przynętę w postaci kilku dokumentów?
- To prawda, to pytanie też sobie zadaję. Nie wiem. Może nie poznałem go tak dobrze, jak mi się wydaje... - Rozmówca Zimnego się skrzywił. - Mówię o poznaniu jego zajawki, tego, co go kręciło. Facet ma ogromną wiedzę o tym rejonie. Często daje nam wskazówki, dobrze interpretuje i łączy fakty. My działamy w terenie, on jest naszym... właściwie tak mogę go nazwać, konsultantem.
- Nie ma żadnych podejrzeń, kto to może być? Nie wierzę, że się pan nad tym nie zastanawiał.
- Kilka lat temu wydawało mi się, że się domyślam. Podejrzewałem jednego znajomego z Kłodzka. Pisze różne artykuły, także o naszym terenie, ale to nie on. Na pewno nie on - powtórzył z naciskiem, widząc pytanie w oczach inspektora. - Po kilku innych próbach typowania tego czy innego znajomego dałem sobie spokój. Zresztą chyba mi odpowiada ta jego tajemniczość, sam staram się nie ujawniać.
- Pokaże mi pan zdjęcie tych dokumentów, które miałyby zainteresować... Gabriela?
- Wysłałem je do pana podwładnej, zapytała o to samo.
- Tym łatwiej będzie panu to zdjęcie odszukać.
Mężczyzna się zawahał.
- Zostawiłem komórkę na dole.
Zimny uniósł brwi. Facet rzeczywiście był ostrożny. Przesadnie ostrożny, nie chciał, żeby pozostał twardy ślad jego obecności na Szczelińcu. Zwolennik teorii spiskowych? Bał się, że ktoś go namierza?
- Niech pan poprosi o dosłanie zdjęcia swoją znajomą.
- Tak zrobię... - Inspektor spojrzał w okna wychodzące na panoramę Sudetów. Tak skupił się na tej rozmowie, że nie zauważył zmiany pogody. Na zewnątrz padał śnieg. Ogromne płaty niesione wiatrem wirowały w powietrzu, gromadząc się na szprosach szyby. Na gałęziach drzewa widocznego z pozycji, w której siedział Arek, można było zobaczyć grubą warstwę białego puchu. Ta zmiana była niezwykła. - Czy... w czym Gabriel wydaje się specjalistą? Co szczególnie go interesuje?
Mężczyzna pokiwał głową, jakby się tego pytania spodziewał albo uważał je za zasadne.
- Wypadki lotnicze.
Zimny uniósł brwi. Znów otworzyła się w jego głowie jakaś przegródka ze wspomnieniem. Słyszał kiedyś o pilocie, który miał rozbić się w lesie w pobliżu Karłowa.
- Włoch... - powiedział.
- Nie Włoch, ale blisko - przyznał rozmówca.
- Słyszałem tę historię jako dzieciak. Szukaliśmy po lesie szczątków tego samolotu...
Mężczyzna przyjrzał się Zimnemu.
- To jednak prawda, pan swojak.
Arek tego nie skomentował.
- Orlando Chittaro, młody pilot Luftwaffe, rzeczywiście miał włoskie korzenie, ale niewątpliwie był Niemcem. Miał dziewiętnaście lat, trafił do Szalejowa, oblatywał samoloty po naprawach. W marcu tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego zasiadł za sterami Messerschmitta Bf 109G-6. Nie uleciał daleko, prawdopodobnie urwał mu się drążek sterowniczy. Spadł w okolicach Karłowa, zginął na miejscu. Trzy dni później pochowano go na cmentarzu w Szalejowie Dolnym. Kilkanaście lat temu przeprowadzono akcję poszukiwania samolotu. Ekipa podczas badań terenowych znalazła jego szczątki na głębokości czterech metrów. Ten wypadek nie był przypadkowy. Prawdopodobnie zadziałali sabotażyści. W warsztatach pracowali robotnicy przymusowi. Wcześniej po wylocie z Szalejowa spadł inny Messerschmitt i uznawany wtedy za najlepszy niemiecki samolot myśliwski Focke-Wulf Fw 190. Tamci piloci mieli więcej szczęścia niż Orlando.
- Ta sprawa tak bardzo fascynowała Gabriela?
- Ta też.
Zimny i jego rozmówca zamilkli. Robotnicy wstali od stołu i ruszyli do wyjścia, robiąc spory raban.
- Ma pan na myśli jeszcze inny wypadek? - dopytał Arek, gdy mężczyźni znaleźli się na zewnątrz.
- Z maja tego samego roku. Szczątki maszyny leżą pod Grunwaldem. A właściwie już gdzie indziej, bo zajął się nimi urząd miasta w Dusznikach.
W pierwszej chwili ten Grunwald skojarzył się Zimnemu z bitwą z Krzyżakami. Po chwili dotarło do niego, że to niemiecka nazwa Zieleńca.
- Szczątki zidentyfikowano jako bombowiec Heinkel He-111... - Mężczyzna zamilkł, jakby nagle stracił wątek. Popatrzył na Arka, a potem na zegarek. - Ale chyba ważniejsza powinna być dla pana katastrofa samolotu Orlanda Chittary.
- W jaki sposób? - zapytał Zimny. - Pilot został pochowany na cmentarzu, samolot odnaleziony...
- Właściwie ma pan rację - przyznał mężczyzna. Znów spojrzał na zegarek. - Muszę iść.
- Chyba jeszcze nie skończyliśmy rozmowy - powiedział Zimny.
- Nie powiem panu więcej, niż znalazłby pan w internecie. Nie jestem specjalistą od tych katastrof. Ale jak pan chce, zabiorę pana jutro w te dwa miejsca. Będą jednak pod śniegiem.
- Więc chyba podziękuję - odparł Zimny. - Ale jeśli mogę prosić o zaznaczenie tych miejsc na mapie i przesłanie do mojej... podwładnej...
- Dobrze. - Mężczyzna wstał. Zapiął kurtkę, włożył czapkę. Wahał się przez chwilę, jakby zastanawiał, czy wszystko ze sobą zabrał. - Pomyślę, jaki związek może być między Gabrielem a tym... sam pan wie kim.
- Voldemortem?
Mężczyzna uniósł brwi.
- Proszę wybaczyć, głupi żart. Tak, wiem kogo ma pan na myśli - zmitygował się Arek.
Mężczyzna popatrzył na niego jak na wariata, potem skinął głową i wyszedł ze schroniska.
Zimny drgnął, gdy obok niego pojawił się pracownik schroniska, którego wcześniej widział za ladą.
- Może pan coś zje, zanim przejdzie śnieżyca? Napije się pan czegoś?
Arek poczuł ssanie w żołądku.
- Może zjem - potwierdził. - Macie zupy? Preferuję zupy.
- Żurek czy kwaśnica?
Zimny nie lubił stawać przed takimi wyborami. Zawsze przypominał mu się wtedy osioł z bajki.
- Niech pan wybierze. Każdy wybór pochwalę.
- Wydaje mi się, że ma pan ochotę na żurek...
- Chyba ma pan rację. Ale niech go pan poda za... dziesięć minut. Na moment wyjdę na zewnątrz.
Podniósł się z ławy i ruszył do drzwi. Po chwili zszedł ze schodów w stronę tarasu widokowego. Napadało już kilka centymetrów śniegu. Sypało gęsto, tak że nie było widać zbyt wiele. Drzewa w dole pokrył biały lukier. Temperatura na górze na pewno spadła poniżej zera, więc zanosiło się na to, że śnieg się utrzyma dłużej.
- Gabriel - powiedział w pustą przestrzeń Arek.
Dodał nowy element układanki do poprzednich.
- Skrzydła...
To wcześniejszy detal, który dotąd pomijał w swoich rozważaniach. Dlaczego? Bo z niczym mu się nie łączył? Bo czekał na lepsze spoiwo?
- Samolot.
Skrzydła łączą się z samolotem. Nie ma wątpliwości. Tamte jednak, ściskane w dłoni martwego, nie wyglądały na skrzydła latającej maszyny.
Zimny zamrugał, płatki śniegu przykleiły mu się do rzęs. Wiatr stał się lodowaty, przenikał przez kurtkę, wbijał się mroźnymi igiełkami w policzki.
- Gabriel - powtórzył cicho Arek.
Tak miał na imię archanioł, który strącił z nieba innego anioła, Lucyfera. Zmienił jego skrzydła - z białych na czarne.
Zimny przypomniał sobie obraz Cabanela. Fascynowała go na nim twarz Lucyfera. Żal, gniew i duma na obliczu, łza wypływająca ze zmrużonego oka. Tę łzę niektórzy interpretowali jako żal i skruchę, Zimny był jednak skłonny przypisać jej inną symbolikę: wściekłość, gorycz i zraniona duma. Obietnica zemsty.
- Zemsta. Pięćdziesiąt... pięćdziesiąt...
- Też uwielbiam mówić do siebie.
Zimny drgnął, tak jak i serce w jego klatce piersiowej, które pogalopowało, gubiąc na kilka chwil właściwy rytm. Gdy był na granicy omdlenia, przyszło mu do głowy, że nie wykończyła go góra, a ta cholerna baba.
- Miałam nadzieję, że pan podejdzie i porozmawia...
Zimny odetchnął głębiej, arytmia przeszła.
- Każde z nas miało swoje towarzystwo - powiedział.
- Moje było mało interesujące. Leon jest strasznym nudziarzem.
Zimny uniósł brwi.
- Jeśli to ten sam Leon, o którym pani wspomniała wcześniej, to jest w zadziwiająco dobrej formie.
- Czasem sobie go wyobrażam w trumnie. Stąd to nieporozumienie.
- Jest pani dziwna.
- Miałam nadzieję, że powie pan raczej, że jestem niezwykła. Zresztą pan też ma nierówno pod sufitem. Na kim to pan się chce niby mścić, co?
- Nie rozumiem.
- Do tego jeszcze alzheimer? Dopiero pan coś szeptał o jakiejś zemście?
- Przygotowuję się do wystawiania sztuki Fredry.
- A te pięćdziesiąt to zbliżające się urodziny? Dziwne, dałabym panu dwie dekady więcej...
- Nie jesteśmy równolatkami, szanowna pani.
Kobieta milczała, nie spuszczając z Arka wzroku. Przesunęła dłonią po długich blond włosach, zrzucając nagromadzony na nich śnieg.
- Gdyby nie Leon, nie pozwoliłabym panu odejść stąd samemu.
- Idziesz, kochanie?
Leon czekał na swoją towarzyszkę przy szlaku prowadzącym do wyjścia. Tupał i wyraźnie się niecierpliwił.
- Może się pośliźnie, jak będziemy schodzić do Karłowa? Teraz żałoba trwa krótko... Wszystko przed nami. Pana imię i nazwisko?
- Adam Mickiewicz.
- Myślałam, że jednak Fredro. Wolałabym hrabiego, ale skoro tak, to będę pana nazywała panem Tadeuszem, panie Arku.
Kobieta mrugnęła i ruszyła do swojego towarzysza.
- Niech pan ode mnie pozdrowi Gosię! - Kobieta ujęła Leona pod ramię i oboje zniknęli w śnieżnej zadymce.
*
Arek wrócił do ciepłego wnętrza schroniska. Otrzepał się ze śniegu. Znów zaczął wycierać buty, ale ujrzawszy uśmiech stojącego za ladą mężczyzny, przerwał tę czynność i ruszył w kierunku sali. Usiadł przy stole. Po chwili wylądowała przed nim tacka z parującą zupą. Obok miski z żurkiem leżały talerzyk z pieczywem, sztućce i klucz.
- Co to jest? - zapytał.
- Żurek.
- Ja nie o tym.
- To klucz.
Zimny popatrzył na wyraźnie rozbawionego mężczyznę.
- Myślałem, że pan wie. Dopiero co dotarła rezerwacja na pana imię i nazwisko. To klucz do pokoju.
- Nie zamawiałem.
- Już zapłacone, niech pan sam zadecyduje, co z tym zrobić. Klucz zostawiam.
Mężczyzna wrócił za bar. Zimny po chwili wahania chwycił za sztuciec i zanurzył go w gęstej zupie. Nie żałowano tu kiełbasy i jajka. Dawno nie jadł takiej. Już przy pierwszej łyżce przymknął oczy i poczuł, jak wraca do niego życie.
Został w schronisku sam. Docierały do niego dźwięki, których wcześniej nie rejestrował. Zaskrzypiał dach, w okna uderzały wiatr i płatki śniegu. Miał świadomość, że na zapleczu są pracownicy schroniska, ale nagle przestali dla niego istnieć.
Zrobiło się cicho. Dziwne wrażenie. Zimny poruszył się, żeby wydać jakiś dźwięk, bo słyszał jedynie bicie własnego serca, a to zaczęło nagle przyspieszać.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął tabletkę. Połknął ją. Odczekał trochę, zanim powrócił do jedzenia.
To był chwilowy niepokój, lęk, który czasem do niego przychodził. Działo się to jednak najczęściej w nocy.
Arek sięgnął po telefon, żeby zająć czymś myśli.
To ty zamówiłaś mi pokój na Szczelińcu?
Nie.
Cholera, ktoś to zrobił.
Zapytaj w schronisku, wiesz przecież, jak wyciągać informacje. Jak Chudy?
Tak się nazywa facet, z którym rozmawiałem?
Taki ma nick w sieci.
ZombieGirl! Pogadasz wreszcie ze mną jak człowiek czy muszę wciąż pisać?
Musisz pisać, nie gadam jak człowiek.
Zimny westchnął. Dał za wygraną. Przez jakiś czas na łączach trwała cisza. Arek wrócił do żurku. Telefon ożył, gdy inspektor wgryzał się w pieczywo.
Po chwili napisał:
Rozmawiałem z Chudym. Pomyślał o bombowcu Heinkel He-111 i nagle się zmył.
Pomyślał? Umiesz czytać w myślach?
Czasem.
Sprawdzę ten samolot. Dziwna ta sprawa. Czegoś jeszcze się dowiedziałeś?
O zaginionym Gabrielu, ale o tym chyba już wiesz.
Archanioł Gabriel, tak, obiecałam Chudemu, że go poszukam. Zgadzasz się?
Archanioł. Dlaczego tak go nazwałaś?
Przestań. Te skrzydła nasuwają od razu takie skojarzenie. Rzeczywiście, zniknął z sieci. Pytanie: dlaczego? Ktoś mu coś zrobił czy sam coś zrobił komuś?
Zimny wiedział, co ZombieGirl ma na myśli. Sam się nad tym zastanawiał. Według Chudego Gabriel zniknął wtedy, kiedy na Szczelińcu zginął mężczyzna. Czy było tu połączenie?
Znajdź odpowiedź, Zombie.
Dobre... Nasz Hans mocno się uaktywnił na forach przed lotem ze skały na Szczelińcu. To też sprawdzam.
Co to za zanęta, którą Webber zostawił w grupach lokalsów, na którą miałby się złapać Gabriel?
Zamiast odpowiedzi dziewczyna przesłała mu zdjęcie. Był na nim fragment dokumentu z pieczątkami i odręcznym pismem. Do druku przyczepione było zdjęcie, ale było widać tylko jedną trzecią fotografii.
Plik dokumentów musiał być większy, bo kartki leżały na sobie delikatnie rozłożone. Jedna wystawała. Widniejąca na niej numeracja w prawym dolnym rogu wskazywała na sto jedenastą stronę.
Zimny powiększył fotografię. Oznaczenie obozu wskazywało na ten, o którym wspomniał Chudy, 6/114. Wyglądało to na dokumenty z obozu pracy znajdującego się przy drodze z Kudowy do Karłowa, w pobliżu Błędnych Skał.
Pieczątka była z 1944 roku, a fragment zdjęcia...
To Hermann Göring?
Na to wygląda. W Kudowie podobno bywał często, upodobał sobie willę "Elisabeth".
Czyli nasz Erwin Webber miał kusić zdjęciem wykonanym prawdopodobnie w obozie pod Skalniakiem i jakimiś dokumentami stamtąd?
ZombieGirl milczała. To milczenie było wymowne. Czyżby Zimny miał zwrócić uwagę na coś jeszcze? Dziewczyna była jednym z superrozpoznawaczy. Miała niezwykłą zdolność zapamiętywania, rozpoznawania i identyfikowania twarzy. Obok Göringa stał mężczyzna. Widać było jego profil. To na niego zwróciła uwagę? To zdjęcie miało blisko sto lat, faceta nie mogła zobaczyć na własne oczy. Widziała gdzieś jego inne zdjęcie?
Nie, to nie chodziło o to. Arek powiększył kolejny szczegół przesłanego zdjęcia, skupił się na dokumencie.
Liczba stron. Było ich sporo, ale nie sto jedenaście.
- Cholera.
Przed liczbą, którą wziął za oznaczenie numeru strony, widać było fragment kreski, być może myślnika.
Heinkel He-111.
Trochę czasu ci to zajęło. Nie powinnam się dziwić, z wiekiem zdolność do logicznego myślenia, szybkiego przetwarzania informacji i rozwiązywania nowych problemów wyraźnie się obniża.
Nie jestem starcem.
Dzieje się to już po 45. roku życia.
Dziękuję, że mi to uświadomiłaś.
Trudniej też przychodzą zapamiętywanie nowych informacji oraz jednoczesne wykonywanie kilku zadań. Zauważyłeś to u siebie?
Nie. Wręcz przeciwnie - dziś jednocześnie myślałem o sprawie i liczyłem schody, wchodząc na Szczeliniec.
Na pewno ci się tylko tak wydaje.
Na pewno nie.
Założymy się? Policzysz jeszcze raz?
Drugi raz już tu nie wejdę, bo zejdę.
Zimny postanowił zmienić temat.
Wiemy już, co było zanętą.
Chyba tak. Dowiem się jak najwięcej i się odezwę.
W porządku.
Arek odsunął od siebie tacę z pustą miską. Chciało mu się pić. Spojrzał w stronę baru. Miał ochotę na piwo. Drzwi zewnętrzne się otworzyły. Ośnieżona postać wydała się inspektorowi znajoma. Kobieta zdjęła czapkę i spojrzała w jego stronę.
Miał rację. Gośka Wilczek uniosła dłoń i uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech; domyślił się, dlaczego przyszła.
*
- Natalia, śnieg zaraz wszystko zasypie. Czego niby mamy szukać?
Starsza aspirant Wierzbicka spojrzała twardo na Leśniaka.
- Słyszałeś prokurator Kordek, szukamy miejsca, z którego ktoś mógł wykopać w ostatnich dniach jakiś depozyt.
- W tych pieprzonych liściach? Za cholerę nic nie znajdziemy. Jak ktoś coś wykopał, to na pewno zamaskował dół.
- Trupa nie maskował, a jakby się trochę postarał, to znaleźlibyśmy go za kilka lat.
Na to Andrzej nie miał argumentów.
- Zimno, psiamać - powiedział.
Wierzbicka przewróciła oczami. Wiedziała, że teraz przez kolejny kwadrans będzie musiała słuchać skarg kolegi na pogodę.
- Psa by nam dali! - O dziwo Andrzej znalazł nowy temat do żalów.
- Z psem mają teraz inną robotę, a właściwie może i tę samą... - poprawiła go Anka. - Jeśli depozyt odkopała ofiara lub sprawca, to pewnie pójdzie tym śladem.
- To po co my tu łazimy?
- Bo to nasza robota.
Leśniak na chwilę zamilkł. Nie na długo. Zaklął, bo potknął się o korzeń.
- Skąd w ogóle ten pomysł z depozytem? - wyrzucił z siebie przez zaciśnięte szczęki. - Kordek na to wpadła czy ten cały Zimny?
- Nie wiem, może oboje w tym samym czasie.
- Coś skwaszona jesteś. Masz do siebie żal, że tobie jakieś depozyty do głowy nie przyszły?
- Marudzisz.
- Czyli masz do siebie żal. Niepotrzebnie. Powinniśmy wszyscy znać swoje miejsce w szeregu. Ja się nigdy nie pchałem wyżej, niż trzeba.
- I chwała ci za to.
- A żebyś wiedziała, bo... cholera, zaraz tutaj wywinę orła!
Wierzbicka przystanęła.
- Co jest? - Leśniak też przystanął i odwrócił się do koleżanki.
- Wróć tą samą trasą, Andrzej. Tą samą! - powtórzyła Natalia, widząc, że Leśniak odruchowo omija miejsce, przez które przed chwilą przeszedł.
- Ja pierdziu! Jesteś cholernie męcząca!
Policjant zrobił krok naprzód.
- Zadowolona? O cholera...
Leśniak stał w obniżeniu terenu, który ukryto pod grubą warstwą liści. Popatrzył na Wierzbicką.
- Miękko. Ktoś tu kopał - powiedział.
- Dzwonię po Mroczka. Jeszcze nie odjechał. Ty skocz po jakąś plandekę albo folię. Przykryjemy to miejsce, zanim zasypie je śnieg.
Leśniak wyszedł z obniżenia terenu i ruszył w stronę drogi. Trudno było powiedzieć, że było mu spieszno. Wierzbicka rozejrzała się wokół, potem popatrzyła w górę, na wirujące płatki śniegu. Na okolicznych drzewach przysiadły kruki. Natalii wydawało się, że patrzą na nią w milczeniu. Przeszył ją dreszcz. Był dziwny, nie do końca potrafiła go zidentyfikować. Trochę czuła obawę, a trochę podniecenie na myśl o tym, co jeszcze mogło się tu wydarzyć.
*
- Co tu mamy?
Prokurator Kordek stanęła obok starszej aspirant Wierzbickiej i Mroczka, policyjnego technika. Popatrzyła na dół, nad którym rozłożono spory namiot.
Technik wyprostował się i spojrzał na prokuratorkę.
- Co tu mamy? Bałagan - powiedział.
- Nie bądź dla siebie taki surowy, liście uprzątnięte, jakbyś pracował w służbach miejskich.
- Nawet mnie nie denerwuj. - Mroczek mimo wszystko się uśmiechnął. - Zamierzacie mnie teraz wzywać do każdej dziury w ziemi? Dzików tu pełno, jak się rozejrzeć, to będzie roboty na kilka lat.
- Tę dziurę wyryły dziki? - zapytała Kordek.
Mroczek westchnął.
- Nie, nie dziki. Ktoś kopał tu dzień, może dwa temu. Potem przykrył miejsce liśćmi. Głębokość pół metra, prostokąt dwa na metr.
- Obiecująco, mów dalej - powiedziała Kordek.
- Nie wygląda na to, żeby ktoś coś zakopał albo stąd wyciągał. Ziemia rozrzucona jest w kilku miejscach. Resztą przysypano dołek. Jakby ktoś przerwał w połowie. Nic tu nie ma. Przesialiśmy naruszoną ziemię. Norbert pojechał po georadar, zaraz będzie... ale na moje oko szkoda się tu bawić.
- Może ktoś chciał zakopać ciało? - zasugerowała Wierzbicka. - Tego naszego NN-a?
- Raczej naszego EW.
- EW? - Aspirantka popatrzyła na prokuratorkę.
- Erwin Webber. Zgadnij, skąd to wiem?
Natalia nie zdążyła odpowiedzieć, uprzedził ją Mroczek.
- Zimny. Wiedziałem, że przekonasz go do współpracy. Gratuluję.
- Jak się dowiedział? - zapytała Wierzbicka.
- Nie mam pojęcia. - Kordek pociągnęła nosem. - Chcę z nim pogadać. Jest teraz podobno w schronisku. Chyba będę musiała tam wleźć.
- A jak on tam wlazł? Wczoraj myślałem, że po kilku krokach zejdzie na amen. - Mroczek nie ukrywał zdziwienia.
Prokuratorka rozłożyła ręce.
- Może bierze w żyłę?
- Wiemy coś więcej o Webberze? - drążyła Wierzbicka.
- Mało. Pogadamy o tym później. - Kordek dała do zrozumienia, że nie jest teraz zainteresowana rozwijaniem tego wątku. - Norbert pojechał po ten georadar do Gdańska?
- Zaraz będzie. - Mroczek zmełł jeszcze jakieś niewyraźne słowa pod nosem.
- Co z zapisami z miejscowych kamer? - zwróciła się do Wierzbickiej prokuratorka.
- Paweł je zabezpieczył. Zaczął przeglądać, szuka na nich NN-a, znaczy się, teraz już wiemy, że Webbera. To była sobota, ładna pogoda, mnóstwo ludzi przyjechało na Szczeliniec. Wykorzystali ostatni jesienny weekend.
Obie kobiety odwróciły się w stronę ścieżki. Nadciągał Norbert z georadarem. Urządzenie wyglądało jak kosiarka do trawy. Mężczyźni zajęli się jego uruchomieniem. Wierzbicka dostrzegła z miejsca, w którym stała, rozbłysk ekranu.
Po chwili detektor wolno wjechał w zagłębienie. Ekran znów ożył, przecięły go kolorowe linie i znaczniki. Mroczek wymienił kilka zdań z Norbertem. Georadar wyjechał z zagłębienia, mężczyźni przebadali nim teren wokół wykopu.
- Pani prokurator ma chyba nosa - powiedział Mroczek, drapiąc się po głowie. - Coś tu na pewno jest.
- Albo ktoś - uściśliła Kordek.
Wierzbicka popatrzyła na Justynę, zastanawiając się, czy prokuratorka żartuje. Ta jednak miała nieprzeniknioną minę.
- Pani prokurator, pismak pyta, czy pani z nim porozmawia.
Kordek przeniosła wzrok na Leśniaka, który nadszedł od strony szlaku.
- Niech pan mu przekaże, że jutro rano zapraszam na konferencję prasową do Kłodzka.
- Jasna sprawa.
- To co znalazłeś? - Prokuratorka ponagliła wpatrującego się w ekran i wyświetlony na nim radargram Mroczka.
- Mam pustą przestrzeń. - Mężczyzna wskazał refleksy na ekranie i spojrzał na Kordek. - Zdaje się, że założymy tu obozowisko na dłużej. - Mogłabyś chociaż raz się pomylić.
Wierzbicka popatrzyła na Kordek, która nie zwróciła uwagi na ten znaczący komplement. Pani prokurator spoglądała w stronę Szczelińca, jakby z miejsca, w którym stała, mogła przeniknąć całą górę.
- Wczoraj mówiłaś, że uwielbiasz tu przyjeżdżać - odezwała się starsza aspirant. - Nie zmieniłaś zdania?
- Jasne, że nie. Wiesz, że nigdy nie weszłam na Szczeliniec?
- Jeśli czekałaś na okazję, to chyba lepszej nie będzie.
- Nie mów hop.
Kordek spojrzała na Wierzbicką. Starsza aspirant zobaczyła w spojrzeniu prokuratorki coś, co nie do końca jej się spodobało.
*
- Dlaczego pomyślałaś, że zostanę tu na noc?
- Dlaczego miałam tak pomyśleć?
Zimny zawahał się, był pewny, że to Gośka zamówiła dla niego pokój.
- Przyszłaś po mnie? Myślisz, że nie dam rady sam stąd zejść?
- Nie bierz tego do siebie. - Wilczek położyła dłonie na stole. Przesunęła na bok rękawiczki i czapkę, które położyła na blacie. - Poczułam potrzebę wejścia tutaj i spotkania cię w schronisku. Chyba zrobiłam to bardziej dla siebie niż dla ciebie.
Arek zastanowił się nad tymi słowami. Niepotrzebnie się najeżył.
- Brakuje tu tylko twojej siostry, Górala i... i Marka.
Zimny wiedział, skąd to zawieszenie głosu u Gośki. Marek zginął w wypadku samochodowym kilkanaście dni po tym, jak wszyscy się tu spotkali. Osiemnastka Gośki. To było tak dawno temu, że niemal zapomniał.
- Wschód słońca... Obudziłem się wtedy przed wami. Siedziałem na skale, niedaleko schroniska. Miałem wrażenie, że coś się kończy, że więcej tu wschodu słońca nie zobaczę.
- Wyjechaliście kilka dni później.
- Tak...
Zimny przypomniał sobie, jak zapakowali się z mamą do starej Łady i wyjechali z Radkowa. Nie czuł żalu. Już wówczas, siedząc na tamtej skale, tak naprawdę cieszył się, że zostawi wszystko za sobą.
- Myślałem, że będziecie z Góralem razem.
- Razem?
- Jako para.
- Nie, coś ty... skąd ci to przyszło do głowy?
- Widziałem was wtedy... tutaj, w schronisku. Ciebie i Górala.
Gośka uniosła brwi.
- Nie wiem, co widziałeś, ale z Góralem nic mnie nigdy nie łączyło.
Skinął głową, pożałował, że poruszył ten temat.
Wilczek przez chwilę uważnie mu się przypatrywała.
- Zazdrościłam wam, że stąd wyjeżdżacie. Miałam żal, że opuszcza mnie najlepsza przyjaciółka. To ja miałam podróżować po świecie.
- Wrocław to nie żaden świat.
- Wówczas, z mojej perspektywy - zupełnie inna planeta.
- Skoro miałaś potrzebę wyjazdu, czemu tego nie zrobiłaś? Jeśli nie wtedy, to później...
- Za dużo spraw mnie tu wiązało i wiąże...
Zimny pomyślał o matce Gośki. Zastanawiał się, czy kobieta jeszcze żyje.
- W końcu porzuciłam to marzenie. Świat się mocno dla mnie skurczył, może stałam się odrętwiała. Znasz to uczucie?
Zimny chyba wiedział, o czym Gośka mówi. On też stał się odrętwiały. I to wiele lat temu. Jego świat skurczył się do mieszkania, ulicy, którą jechał do pracy, i budynku, w którym spędzał większą część dnia.
Wielokrotnie uświadamiał sobie, że latami nic się w jego życiu nie zmieniało. Książki przez dziesięciolecia stały na tych samych miejscach, tak jak i bibeloty, których nawet nie chciało mu się odkurzać. Czasem przychodziła refleksja, że te rzeczy ożyją dopiero po jego śmierci.
- Skąd wiedziałaś, że tu jestem?
Gośka się zaśmiała.
- Doniesiono mi.
- No tak, to było głupie pytanie.
- Widziała cię Zosia. Byli z mężem w schronisku.
Arek domyślił się, kim była Zośka.
- Nie poznałeś jej?
Nie poznał. Starsza siostra Marka. Chadzała własnymi ścieżkami, unikała młodszych znajomych brata.
- Wtedy nie byliśmy z nią blisko, możesz nie pamiętać.
Arek nie potwierdził ani nie zaprzeczył.
- Mieszkają w Radkowie, mają swoją firmę i dużo wolnego czasu...
- Dziwnie się z nią rozmawia.
- Chodzi ci o to, że jest postrzelona? - Gośka się zaśmiała.
- Chyba wielokrotnie. Przedstawiła się jako Anka.
Wilczek roześmiała się jeszcze bardziej.
- Anka z Zielonego Wzgórza. Czasem tak ma.
- Ten jej mąż jest chyba całkowitym jej przeciwieństwem - zauważył inspektor.
- Leon jest bardzo spokojnym człowiekiem, to prawda. Anioł w ludzkiej skórze.
Anioł, powtórzył mimowolnie w myślach Arek.
- Ela mówiła mi, że mogła na ciebie liczyć w chorobie. - Gośka postanowiła zmienić temat rozmowy. - Zaopiekowałeś się jej synem, wziąłeś Miłosza pod swoje skrzydła.
- Od tego jest brat.
- Nie zawsze rodzina trzyma się razem. Dobrze, że z tego wyszła. Rak jest straszną chorobą.
Zimny skinął głową. Bywały chwile, w których wydawało się, że straci siostrę. Jej wola życia, walka, którą podjęła, wprawiały go codziennie w zdumienie. Miał wrażenie, że gdyby to jemu przyszło walczyć o kolejny dzień po wyniszczającej dawce chemii, nie byłby w stanie wykrzesać z siebie tyle determinacji.
- Miłosz też jest policjantem?
- Tak.
- Nie widzę w tobie entuzjazmu, gdy o tym mówisz.
- Bo to nie jest praca, o której mówi się z entuzjazmem.
- Na pewno sobie radzi.
- Jest dorosły, raczej wie, w co się wpakował.
Gośka zamilkła, popatrzyła uważnie na Zimnego.
- A ty jak sobie radzisz, Arek?
- W policji? Nie wiem, co ci powiedzieć.
- W życiu. Jak sobie radzisz w życiu?
- Nie narzekam.
Gośka pokiwała głową. Wiedziała, że więcej z niego nie wyciągnie. Znała granice, rozumiała, kiedy ich nie przekraczać.
- Z tego, co słyszałam, w policji idzie ci wyjątkowo dobrze. Rozmawiałam chwilę z panią prokurator. Masz we Wrocławiu status legendy.
- Po prostu wykonuję swoją robotę.
- Ale nie zamieniłbyś tej pracy na żadną inną?
- Tylko dlatego, że nic innego nie potrafię.
Zimny zdawał sobie sprawę, że odpowiada zdawkowo, oschle. Nie mógł się przełamać. Nie wiedział, dlaczego czuje się tak spięty i coraz bardziej zamyka się w sobie. Chociaż nie, przecież to było jasne. Nie rozmawiał z ludźmi o niczym, zwłaszcza o sobie. Temat "ja" mógłby dla niego w ogóle nie istnieć. Na pewno nie chciał urazić Gośki, ale nie miał też zamiaru nagle być kimś innym, niż jest. Gbur i milczek, alienujący się od innych, właściwie nielubiący ludzi, nie mógł nagle stać się duszą towarzystwa.
- Jak sobie radzisz w Domku pod Lasem?
- Zawsze o nim marzyłam i od dziesięciu lat jest mój.
Zimny zauważył, że w trakcie wypowiadania tych słów rysy Gośki złagodniały. Rzeczywiście musiała darzyć to miejsce dużym sentymentem.
- Nie jest łatwo o klientów poza sezonem, ale mam kilku stałych, którzy rezerwują pokoje co roku. Podoba im się miejsce i klimat.
- Nie dziwię się.
- To znaczy, że będziesz moim stałym klientem?
Gośka zaśmiała się i dotknęła dłoni Zimnego.
- Żartuję, nie czuj się do niczego zobowiązany. Ale przy drugiej wizycie dam ci zniżkę na masaż.
Arek się uśmiechnął.
- To nie jest łatwa praca, nie widziałem, żebyś miała kogoś do pomocy.
- W sezonie pomaga mi koleżanka. Bierze wtedy na siebie dużą część obowiązków. Radzę sobie dobrze.
- Nie wątpię.
Zimny miał wrażenie, że tematy do rozmowy powoli się wyczerpują. Wydawało mu się, że i Gośka to poczuła. Zaczynał się obawiać nieuchronnie zbliżającego się momentu, gdy milczenie staje się krępujące.
Dotarł do nich dźwięk telefonu. Ktoś go odebrał. Słyszeli strzępki rozmowy. Zaraz po niej z ust mężczyzny wybrzmiało echem dosadne słowo.
- Eryk się wścieka, bo przywieźli mu towar wcześniej. Musi go odebrać w tej śnieżycy - wyjaśniła Gośka, widząc pytające spojrzenie Arka.
- Masz dobry słuch.
- Nie, to raczej ty masz słaby.
Zimny zmrużył oczy na tę prowokację.
- Gdzie ma go odebrać? Nigdy się nie zastanawiałem, w jaki sposób zaopatrują schronisko - powiedział.
- Nie zwróciłeś uwagi na windę towarową?
Zimny się zastanowił.
- Widziałem liny pociągnięte z góry...
- To właśnie od windy. Tylko dwa schroniska w Polsce nie mają drogi dojazdowej. Jednym z nich jest schronisko Na Szczelińcu. Kiedyś wnoszono tu zaopatrzenie na plecach, a mama mówiła mi, że pamięta nawet, jak używano osiołków jako zwierząt jucznych. Dopiero w latach siedemdziesiątych zaczął funkcjonować tu wyciąg towarowy. Dolna stacja znajduje się przy drodze na Pasterkę. Chcesz zobaczyć, jak to wygląda?
Zimny skinął głową. Oboje poczuli ulgę, że będą mieli coś do roboty.
Wstali od ławy, ubrali się i ruszyli do drzwi wyjściowych.
Gdy znaleźli się przed schroniskiem, dwóch mężczyzn zniknęło właśnie za skałami. Gośka ruszyła ich śladem, Zimny do niej dołączył.
Arek obejrzał się z ciekawością za siebie. Schronisko oblepił śnieg, wielka biała czapa osiadła na dachach. Wiatr ciskał płatki śniegu na ściany, pokrywając je grubą warstwą. Tak szybka zmiana krajobrazu była zadziwiająca.
Wiatr, który uderzył w Arka, był przenikliwie zimny. Nagle pożałował, że opuścił ciepłe schronienie.
Śnieg nie przestawał padać, płatki stały się jednak mniejsze, bardziej zmrożone. Warstwa puchu pod butami zaczęła chrzęścić, jakby Zimny stąpał po płatkach śniadaniowych.
- Wiecie, że Arek nie wiedział, że tutaj jest winda towarowa?
Gośka z łatwością go zadenuncjowała.
- Poważnie? - Zarządca schroniska się zaśmiał. Chyba nie miał nic przeciw, żeby Gośka z Arkiem im tu towarzyszyli.
- Zaraz będzie na miejscu, to ją pan zobaczy, inspektorze...
Zimny spojrzał w śnieżną zadymkę. W szarości to pojawiały się, to znikały ośnieżone czubki drzew. Liny poruszały się z szumem, wydając z siebie pojedyncze jękliwe dźwięki. Arek próbował w wirujących płatkach śniegu wypatrzyć, dokąd sięgają. Nie było to łatwe, ulegał dziwnym złudzeniom, jakby w powietrzu oprócz lin wirowały świetliste kręgi.
Zimny drgnął, gdy z szarej zamieci wyłoniła się żółta klatka. Podjeżdżała zadziwiająco szybko. W tej chwili lin nie było już widać, a klatka z towarem ułożonym we wnętrzu wydawała się wzlatywać jak na powietrznej poduszce.
Zaraz jednak zwolniła i się zatrzymała. Przez oczka drucianych ścianek widać było plandekę. Zdążyła ją przykryć czapa śniegu, której nie strącił nawet wiatr.
- To nam niesamowicie ułatwia sprawę. - Jeden z mężczyzn podjechał wózkiem, którym zapewne przewożono tutaj towar. - Moment i wszystko ląduje w magazynku. A dzisiaj...
Mężczyzna zamilkł.
- O co chodzi? - zapytał Eryk.
- Nie wiem... Trochę mało tego towaru. Heniek rozłożył nam to na raty? Nie mógł wysłać wszystkiego jutro?
Pracownik schroniska sięgnął po plandekę i pociągnął ją do siebie.
Śnieg zsunął się na boki. Część spadła na puste skrzynki, część na znajdującego się pomiędzy nimi mężczyznę.
- Jasna cholera...
Wszyscy zamilkli. Gośka uniosła dłoń do ust, patrzyła z niedowierzaniem na leżącego. Nie była w stanie odwrócić od niego wzroku.
- Odsuńcie się - polecił Zimny.
- Trzeba sprawdzić, czy żyje! - Pracownik schroniska ciężko oddychał. Popatrzył na Zimnego szeroko otwartymi oczami.
- Proszę się odsunąć - powtórzył spokojnie Zimny.
Nie miał wątpliwości, że człowiek leżący w klatce wyciągu jest martwy. Szeroko otwarte ciemne oczy były matowe, tkwiły w białej jak kreda twarzy. Kołnierzyk koszuli nasiąkł posoką, miejsce krwawienia znajdowało się prawdopodobnie gdzieś na karku.
- Znam go - powiedziała łamiącym się głosem Gosia.
- Wszyscy go znamy - potwierdził zarządca schroniska. Popatrzył na Zimnego.
Arek też poznał tego mężczyznę. Jakieś dwie godziny temu rozmawiał z nim tutaj, w schronisku. Chudy leżał nieruchomo, jakby tylko uciął sobie drzemkę. Płatki śniegu opadały na jego twarz i ubranie, jeden z nich zatrzymał się w otwartym oku. Nie chciał się roztopić.
- Co mam zrobić? - zapytał pracownik Szwajcarki.
- Możecie panowie wrócić do schroniska, zajmę się tym.
Mężczyźni musieli być w szoku, jeden z nich zdał sobie sprawę, że wciąż trzyma w dłoniach plandekę. Nerwowym ruchem wypuścił ją z rąk.
Zimny podniósł ją i nakrył ciało, chcąc ochronić je przed śniegiem.
- Myślicie, że do schroniska może zabłądzić jeszcze jakiś turysta? - zapytał.
- Różnie bywa... Chociaż przy takiej pogodzie raczej się na to nie zanosi.
- Zostańcie tutaj. Policja może mieć do was kilka pytań. Proszę też nie informować nikogo o tym, co tu się stało.
- Jasne. Będziemy w budynku...
Mężczyźni ruszyli do schroniska. Zimny spojrzał na Gosię. Drżała, wciąż zakrywała usta dłonią, nie zdając sobie z tego sprawy.
- Znałaś go?
- Tak... Wszyscy go tutaj znali. Nie mogę uwierzyć, że... dlaczego? - Wilczek wskazała klatkę windy.
Arek podczas swojej służby widział wiele miejsc zbrodni, wiele ofiar morderstw, wypadków i rzadko kiedy coś było go w stanie naprawdę zszokować.
- Poczekasz na mnie w schronisku?
- Wolałabym... wolałabym wrócić do siebie.
- W porządku. - Zimny skinął głową. - Porozmawiamy, jak wrócę.
- Dasz radę? Może jednak poczekam i wrócimy razem.
- To na pewno potrwa dłużej. Dam sobie radę. Widzimy się później.
- Dobrze. - Gośka odwróciła się od ciała i wzięła głęboki oddech.
- Nie boisz się iść sama?
- Chyba nie sądzisz...
- Nie, nie sądzę, żeby coś ci groziło. Zaraz zresztą zjawią się tu służby. Ten, kto to zrobił, jest już... - Arek się zawahał. Chciał powiedzieć, że morderca jest już daleko, ale coś wewnątrz mówiło mu, że wcale tak nie jest.
- Dam sobie radę. - Gośka uśmiechnęła się słabo. - Arek... to się łączy, prawda?
Zimny wiedział, o co pyta Wilczek.
- To się łączy - przyznał.
Kobieta położyła dłoń na jego ramieniu, a potem odwróciła się i ruszyła w stronę szlaku prowadzącego do Karłowa.
Inspektor sięgnął po telefon. Wybrał numer prokuratorki. Odebrała po dwóch sygnałach.
- Właśnie miałam do pana dzwonić, znaleźliśmy coś...
- Ja też coś znalazłem.
Kordek zamilkła. Była na tyle doświadczona, że odczytała sugestię w głosie Zimnego.
- Gdzie? - zapytała.
- Na górze, w schronisku. Zwłoki przyjechały tu kolejką towarową.
- Zwłoki. - Kobieta powtórzyła to słowo, jakby musiała się upewnić, że dobrze usłyszała. - Te też pan znalazł?
- Tak.
- Nie myślał pan, żeby zagrać w totolotka?
- To nie kwestia szczęścia czy... nieszczęścia. Miałem je znaleźć.
- Tak? - W głosie prokuratorki słychać było zainteresowanie.
- Tak.
- Rozumiem, że tej myśli nie chce pan rozwinąć. To tylko takie niedopowiedzenie stopniujące napięcie, co? Dobrze, zajmę się wszystkim. Montuję dwie ekipy, zaraz ktoś pojawi się na górze, zabezpieczymy też dolną stację.
- Co pani znalazła?
- Cóż, właściwie to nie ja. - Kordek wypuściła z płuc powietrze. - To chyba staje się zaraźliwe. Wierzbicka ma tę samą przypadłość co pan, ale ona znajduje mniej świeży towar.
- Rozumiem.
- Naprawdę? To musi mnie pan oświecić, bo ja za cholerę tego nie rozumiem. Podobno mieliśmy szukać depozytu. Mówiąc o nim, miał pan na myśli szczątki jakiegoś biedaka?
- Widzimy się na górze.
- No pewnie, jak nie zabiję się na tych pieprzonych schodkach. Mówiłam już, że nienawidzę Szczelińca? Bez odbioru!
Zimny schował telefon do kieszeni. Podszedł do klatki towarowej, uniósł płachtę i przykucnął.
Przez chwilę przyglądał się zwłokom, potem obejrzał klatkę windy i ustawione w niej skrzynki.
Były puste, oprócz jednej.
Zimny przyjrzał się zawartości, która drżała, niespokojnie poruszana wiatrem. Pogięty papier drgał, jakby chciał odlecieć. Arek musiał powstrzymać się, żeby nie podnieść skrzynki i nie pozwolić skrzydłom się uwolnić.
*
- Nienawidzę zimy. Pan chyba wręcz przeciwnie, inspektorze? W końcu nazwisko do czegoś obliguje?
Arek nie odpowiedział prokuratorce, bo poznał ją na tyle, by wiedzieć, że żadnej odpowiedzi nie oczekuje. Dużo mówiła, tak pewnie radziła sobie ze stresem. Może w ten sposób zbierała myśli, dokonywała symultanicznie jakiejś analizy. Nie jemu było oceniać jej metody działania. Miał własne, które też nie należały do konwencjonalnych. Dał jej się wygadać, bo wiedział, że za chwilę usłyszy od tej kobiety kilka ważnych dla sprawy konkretów.
- Kolejne zwłoki, kolejne skrzydła. - Kordek uniosła foliowy pojemnik, w którym widać było papierowe znalezisko.
- Jak napis na nagrobku... - odezwała się Wierzbicka.
- Powiększył grono aniołków? - zgadywała Kordek.
Wierzba wzruszyła ramionami.
- To w jaki sposób powiększył to grono aniołków? - Kordek zwróciła się do lekarza.
- Ostre narzędzie. Napastnik zaatakował ofiarę z tyłu. Był praworęczny, na moje oko niższy od ofiary. Zgon nastąpił bardzo szybko. Ofiara nie żyje od jakichś dwóch godzin.
- Co z paznokciami?
- Z paznokciami? A tak... - Patolog zrozumiał nawiązanie do poprzedniej ofiary. - Nie były dzisiaj obcinane.
- A u nóg?
- Poważnie? Mam to tutaj sprawdzić?
- Chyba już nie jesteś wrażliwy na zapachy, Marek? Nasz gość nie ma butów, nie zastanawia cię to?
Zimny patrzył, jak lekarz pochyla się i ściąga denatowi skarpetki.
- Palce u stóp to nożyczek nie widziały od ubiegłego wieku... - Kordek skwitowała widok, jaki ukazał się ich oczom. - Wkładaj z powrotem. Zwieziesz go windą?
- Tak, chcę to zrobić jak najszybciej. Potrzebuję jeszcze kilku minut.
- Dobrze, obejrzysz klatkę dźwigu na dole?
- Zrobiłem już, co miałem tu zrobić. Wygodniej będzie na dole. Mogę jechać?
- Nie, jednak się rozmyśliłam. Na ten kurs bilety wyprzedane. - Prokuratorka pokręciła głową. - Jadę z inspektorem.
Zimny uniósł brwi, nic nie powiedział.
- W takim razie schodzę do Karłowa. Wezwałem techników z Kłodzka do pomocy. Powinni zaraz być. - Mroczek przyjął tę informację ze spokojem. Musiał znać Kordek od dawna.
- Dobrze. Skoordynuj to wszystko, potem omówimy kolejność działań.
- Jasna sprawa.
- Z czym tu właściwie mamy do czynienia, co? - rzuciła prokuratorka, gdy została sama z Wierzbicką i Zimnym.
- Powiedziałabym, że trafił nam się seryjniak. - Starsza aspirant spojrzała niepewnie na Zimnego. - Nie ma tu najczęstszego motywu seksualnego, ale te skrzydła...
- Tak? - drążyła Kordek.
- Słyszałam o motywach wizjonerskich... Są bardzo rzadkie, ale może mamy tutaj z takim do czynienia.
- Ciekawe. - Teraz Kordek również spojrzała na Zimnego, jakby oczekiwała od niego włączenia się do rozmowy. Nie doczekała się. - Przy tego typu motywach, o których wspomniałaś, zabójstwa są zazwyczaj nagłe i chaotyczne, a ofiary dobierane są losowo. Nie jestem pewna, czy tak jest w naszym przypadku. Mam wrażenie, że nasz seryjniak ukierunkowany jest bardziej na misję. Ma jakiś wyższy cel, może moralny, może religijny... dlatego te skrzydła.
- Skąd pewność, że obie ofiary zostały zabite przez tego samego człowieka? - zapytał Zimny.
- Jednak pan żyje. - Prokuratorka teatralnie odetchnęła z ulgą. - Uważa pan, że jest inaczej?
- Przesłała mi pani wyniki sekcji pierwszej ofiary. Nie miała żadnych śladów, które świadczyłyby o tym, że stawiała opór lub doszło do bójki. Napastnik prawdopodobnie jednak za nią szedł, śledził ją. Ofiara została zepchnięta z krawędzi. Być może wskutek zaskoczenia. Ten mężczyzna tutaj też został zaskoczony i na tym podobieństwa się kończą. Napastnik użył noża...
- Na Szczelińcu Małym napastnik nie musiał używać noża. Wykorzystał fakt, że ofiara stała blisko skarpy... - zauważyła Wierzbicka. - W przypadku tego mężczyzny nie miał takiej możliwości...
- Chudy otrzymał bardzo precyzyjne pchnięcie w górną część pleców. Jedno. Wystarczyło, żeby go uśmiercić. Ktoś wiedział, jak dokonać tego zabójstwa. I ktoś nie miał oporów, by w ten sposób zabić człowieka.
- Chudy? Zna pan ofiarę? - Kordek pytająco spojrzała na Zimnego.
- Ludzie ze schroniska, z którymi tu byłem, rozpoznali go. Ale ja też znam go pod tą ksywką. Rozmawiałem z nim dzisiaj tutaj, w schronisku.
- Kiedy miał mi pan zamiar o tym powiedzieć?
- A niby co właśnie zrobiłem?
- O czym rozmawialiście?
- O Erwinie Webberze i jego aktywności na forach poszukiwaczy lokalnych tajemnic. O obozach pracy w okolicach Błędnych Skał i w Kudowie, o samolocie, który rozbił się w pobliżu Karłowa pod koniec wojny.
- Czy... Chudy miał wiedzę, która mogła przyczynić się do jego śmierci?
- Być może - potwierdził Zimny, bo to przyszło mu do głowy, gdy tylko zobaczył zwłoki mężczyzny. - Nie wiem, czy akurat tym się ze mną podzielił.
- Jak pan się z nim skontaktował?
- Zostałem z nim umówiony przez znajomą.
Widać było, że Kordek ma ogromną ochotę wypytać Arka o tę znajomą, ale się powstrzymała.
- Sprawdzamy wciąż Erwina Webbera - powiedziała. - Nasi koledzy z Niemiec nie mają o nim zbyt wielu informacji. Przesłali nam zdjęcie, które zdaje się potwierdzać, że to mężczyzna, którego pan wczoraj znalazł. Webber przyleciał do Europy kilka lat temu z Ameryki Południowej. Ma podwójne obywatelstwo: niemieckie i brazylijskie. Co wie pan o Chudym?
- Niewiele. Lokalny poszukiwacz tajemnic.
- Czy obie ofiary łączy jakaś tajemnica, której szukały lub... którą znalazły?
- Na to wygląda - przyznał Zimny.
- Sprawdzę Chudego - powiedział Wierzbicka. - Znam jego ksywę. Udziela się na różnych forach. Zapewne szybko zidentyfikujemy go z imienia i nazwiska. Popytam znajomych. Pewnie w schronisku też go znają.
- W porządku - zgodziła się Kordek. - Zjedźmy na dół...
- Jeszcze chwilę tu zostanę - zakomunikowała Wierzbicka. - Łukaszek przepytuje zarządcę schroniska i jego pracownika.
- Dobrze - zgodziła się prokuratorka. - Wie pan, jak to uruchomić? - zwróciła się do Zimnego.
- Widziałem, jak działa - przyznał Arek - ale lepiej, żeby dźwig uruchomił ktoś, kto się na tym naprawdę zna.
- Ma pan rację. Wierzba?! - Kordek krzyknęła za policjantką, która zniknęła za skałkami.
- Słucham, pani prokurator?
- Powiedz, żeby który tu podszedł i wyekspediował nas na dół.
- Dobra!
- Mam ochraniacze, także dla pana...
Kordek wyciągnęła z kieszeni ochraniacze na buty i rękawiczki. Wyciągnęła też paczkę papierosów.
- Cholera. Nie wiem, skąd to się u mnie wzięło.
*
Zimny stał w przedniej części klatki. Była zadziwiająco stabilna. Gdy tylko ruszyli w dół, wiatr stał się bardziej odczuwalny. Arek spojrzał przed siebie. Przemieszczali się nad czubkami ośnieżonych drzew. Odwrócił się tylko na chwilę, żeby spojrzeć na schronisko. Żółte prostokąty okien wyraźnie odcinały się od bieli śniegu, który oblepił Szwajcarkę. Mróz, słońce, wiatr i śnieg lada dzień pokryją to miejsce śnieżną, kolczastą skorupą.
- Nie zakwestionował pan motywu, ale uważa pan, że mogło być dwóch różnych zabójców. Przy obu ofiarach znaleźliśmy jednak anielskie skrzydła...
- To prawda - przyznał Zimny. - Obaj sprawcy mogą mieć podobną misję lub motyw. A skrzydła... Jedno było w dłoni, drugie w skrzynce.
- Sprawca mógł się obawiać, że podczas podróży windą towarową skrzydła polecą z wiatrem. Sam pan czuje, jak tu wieje.
- Ma pani rację.
Kordek się zastanowiła.
- Czego mi pan jeszcze nie powiedział? - zapytała.
- Chudy martwił się o swojego znajomego. Mężczyzna nie odzywa się od kilku dni.
- Od ilu?
- Od tylu, co i Webber.
- Nieźle. Ten znajomy też jest poszukiwaczem tajemnic? Myśli pan, że ma to związek z naszą sprawą?
- Myślę, że ma.
- Kto to jest? Nie powiedział mi pan tego od razu, więc rozumiem, że to kolejny lokals ukryty pod jakimś pseudonimem?
- Chudy nie wiedział, kim jest, przynajmniej tak twierdził.
- Podał cokolwiek, co może nas na niego naprowadzić?
- Podał jego ksywę. - Zimny odwrócił się do Kordek i popatrzył jej w oczy. - Gabriel.
- Gabriel? - Prokuratorka się zaśmiała. - Jak archanioł?
- Jak archanioł, który strącił z nieba upadłego anioła, tak.
- Nie spieszył się pan z przekazaniem tych rewelacji. A teraz nie ma wątpliwości, że powinniśmy jak najszybciej namierzyć tego Gabriela.
- Namierzymy go, jeśli to będzie możliwe.
Kordek przechyliła głowę.
- Zlecił pan już poszukiwania tej swojej... znajomej?
- Tak.
- Jest tak dobra?
- Jest najlepsza.
- Nasi ludzie też są dobrzy. Niech się wykażą.
- Oczywiście.
Kordek się zaśmiała.
- To już tak będzie wyglądać, prawda? Ta nasza współpraca? Półsłówka, niedopowiedzenia, przemilczanie informacji, wyciąganie asów z rękawa w najmniej spodziewanych momentach?
- Wiedziała pani, kogo prosi o pomoc.
- To prawda. Tyle że byłam przekonana, że nie będę tego żałować. No, może tylko trochę...
Zimny odwrócił się od prokuratorki. Znów spojrzał w dół. Zbliżali się do dolnej stacji. Widać było światła samochodów i pracujących obok dźwigu ludzi.
- Dlaczego wsadził go do tego podnośnika?
Zimny pomyślał o kluczu, który zostawił na stole w schronisku. Wciąż nie wiedział, kto zamówił mu pokój. Kto chciał, żeby jak najdłużej został na górze.
- Odesłał Chudego panu? Wiedział, że rozmawialiście na Szczelińcu?
- Na to wygląda.
- Przesyłka, wiadomość do pana. Ostrzeżenie? Na moje oko chce panu dać do zrozumienia, jak może się skończyć grzebanie w tej sprawie. A te papierowe skrzydła są jak znaczek pocztowy na ludzkiej paczce...
- To ciekawe, co pani powiedziała.
- Naprawdę? To pójdę w tym szaleństwie dalej. Może te skrzydła to taki obol, pozwala przejść w zaświaty, odpuszcza doczesne grzechy?
- To też brzmi ciekawie.
- Ciekawie? Dla mnie nic w tej sprawie nie brzmi dobrze, inspektorze. Mam wrażenie, że sprawca wybrał sobie pana jako środek komunikacji. Chyba potrzebuje wyzwania, przeciwnika, przy którym będzie mógł się popisywać, który będzie próbował go zrozumieć i będzie o nim myślał we dnie i w nocy. Bo tak będzie, a właściwie już jest, prawda?
- Zgadzam się, że się z nami komunikuje. Podrzuca nam okruszki.
- Okruszki? Całkiem spory okruch wieziemy na dół. Czyli będzie tak jak w tych baśniach o Jasiu i Małgosi? W końcu trafimy gdzieś w lesie do chatki Baby Jagi?
Zimny tego nie skomentował.
- Cholera, uwielbiam słodycze, myślę, że szybko by mnie zjadła. - Kordek się zasępiła. Mocniej przytrzymała się barierki, jakby nagle uświadomiła sobie, że we trójkę mogą przekroczyć dopuszczalny udźwig windy.
- To Gabriel zabija, inspektorze? - zapytała.
- Nie wiem.
- Pana informator go szukał. Może Gabriel zdał sobie sprawę, że Chudy może go zidentyfikować, i przez to zginął?
- Chudy zginął, bo zaczął się interesować nie tym, co trzeba.
- Czyli czym?
- Nie wiem. Chyba należy tego szukać w przeszłości.
- Według patologa szczątki, które dziś znaleźliśmy pod Szczelińcem, mogą mieć kilkadziesiąt lat. O takiej przeszłości mówimy?
- Nie. O dużo bardziej odległej - odpowiedział Zimny.
Klatka się zatrzymała. Arek wysiadł z niej pierwszy. Kordek poszła w jego ślady z wyraźnym ociąganiem.
*
Anděl obserwował z góry błyskające światła. Raz po raz zamieniały się w niewyraźne, fosforyzujące kule otoczone wirującym śniegiem. Przez chwilę zastanawiał się, na co patrzy i gdzie jest. Pochylił głowę i spojrzał pod nogi. Pokonał kilkaset metrów, nie widząc do końca, gdzie idzie i dlaczego. Zatrzymał się dopiero tutaj, na krawędzi skały, moment od nicości.
Wystarczył jeden krok, by to zakończyć. Jeden krok, by w głowie zamilkł szum, którego nie potrafił znieść, który zagłuszał myśli i sumienie.
Anděl!
Zimny dreszcz wczepił się w kark, przeniknął przez skórę do kręgosłupa, a z nim wzdłuż pleców do czaszki.
To był tylko szum wiatru, ale wydawało mu się, że słyszy jej głos. Powtarzał się coraz częściej. A przecież nie mógł go słyszeć. Nie było jej tutaj. Zmysły mamiły go, doszukiwały się czegoś, czego nie było.
- Anděl...
Ochrypły głos brzmiał obco, wydobył się z jego własnego gardła. Miał zagłuszyć echo tamtego odległego wołania.
Anděl zachwiał się, przechylił do przodu. Śnieg oderwał się od skały i spadł w dół. W szczelinę, w którą tyle razy się wpatrywał. Przez chwilę zastanawiał się, jak by to było za nim podążyć, runąć bezwładnie w ciemność.
To mogło się stać już wczoraj. Przypadek sprawił, że to nie Anděl, a tamten mężczyzna, spadając z góry, uderzył ciałem o skalne podłoże. Przypadek, szczęście, los... którekolwiek z nich.
- Anděl!
- Nie! - potrząsnął głową. Uniósł dłonie i zasłonił nimi uszy. Zamknął oczy. Łatwo tak było stracić równowagę. Może tego chciał?
Poczuł płatki śniegu spadające na jego włosy i czoło. Jeden opadł na dolną wargę. Roztopił się pod wpływem oddechu.
- Anděl!
Wzdrygnął się, jakby ktoś wypowiedział to słowo tuż przy jego uchu. Poczuł ciepłe powietrze na karku i policzku, był pewny, że ktoś za nim stoi i szepcze wciąż, bez końca, to samo słowo.
Otworzył oczy, wolno się odwrócił. Białe drzewa stały w milczeniu. Trzaski dochodziły gdzieś z głębi lasu. Pomiędzy ciemnymi pniami coś się przesunęło i znieruchomiało. Wpatrywało się w niego półprzymkniętymi ślepiami.
- Nie ma cię, nie istniejesz. Nie ma cię...
Anděl odwrócił się plecami do lasu, znów spojrzał w dół. Kusiło go, by zrobić ten krok do przodu. Wreszcie uciekłby od wszystkiego, od samego siebie. Może przekonałby się, czy ma skrzydła.
Nie. Na to było jeszcze za wcześnie.
Po tym, co stało się na górze, po tym, co stało się z Chudym, nie mógł tak tego zakończyć.
Anděl uniósł wzrok. Znów spojrzał na rozedrgane światła. Powinien już wrócić do siebie. Znów przybrać zwyczajną ludzką formę, odnaleźć się w pustej skorupie własnego ciała.
Wiatr wciąż świszczał, ale teraz nie niósł ze sobą żadnych słów. Niósł ze sobą coś zupełnie innego - zapach śmierci.
Koła uderzyły o pas startowy. Silnik krztusił się już od dłuższego czasu, pozbawiony dopływu mieszanki. Dymił, mimo że Matthiasowi udało się gwałtownym manewrem zdusić płomienie. Wiedział jednak, że "Bocianem" nie polecą już dalej. W sumie poczuł na tę myśl ulgę.
Pojawił się przed nim człowiek z obsługi lotniska w Schweidnitz, dał mu sygnał chorągiewką, żeby skręcił w prawo. Matthias wykonał polecenie i po kilkunastu metrach się zatrzymał.
- Wyskakujemy! Emily, przygotuj się do wyjścia!
Podjechał do nich samochód strażacki z kilkorgiem ludzi. Od razu zajęli się gaszeniem silnika. W tym czasie mechanicy pomagali im opuścić samolot.
Już na płycie lądowiska Matthias przyciągnął do siebie siostrę i zamknął ją w mocnym uścisku.
- Żyjesz, udało się - powiedział.
- Żyję - powiedziała Emily.
Matthias czuł, że wciąż jest napięta, na jej twarzy widział ten sam strach co w Breslau. Nie dotarło do niej, że miasto śmierci pozostało daleko stąd?
- Przygotuj się do kolejnego lotu, Becker.
Chłopak spojrzał na Gauleitera. Ten wciąż był pobudzony, podciągnął pasek torby, którą trzymał na ramieniu, i uważnie rozglądał się wokół.
- Odpocznij chwilę, pożegnaj siostrę i ruszamy - powiedział.
- Nasz "Bocian" nie da rady...
- Tym się nie przejmuj. Pilotowałeś coś takiego?
Hanke wskazał przed siebie, na dwa stojące nieopodal bombowce Heinkel He-111.
- Tak, ale...
- Powiedziałem, że to nie koniec podróży.
- Tak jest, Herr Gauleiter.
- Są przygotowane do lotu, to nie potrwa długo. Miło było panią poznać!
Kąciki ust Hankego się uniosły. Na ten uśmiech człowieka przechodziły ciarki.
Mężczyzna ruszył w kierunku oficera, który stał przy bombowcach. Matthias odwrócił się do siostry.
- Nie mogę nie wykonać rozkazu.
- Lecę z tobą.
- Nie. - Matthias pokręcił głową. - Nie ma mowy. Wrócę po ciebie.
- Dobrze wiesz, że nie możesz tego obiecać.
Zamilkł. Rzeczywiście nie mógł. Czyżby zobaczył ją tylko na chwilę? Czyżby znów mieli rozstać się na Bóg wie ile?
- Lecę z tobą, Matthias. Przemyślałam to. Nie zostanę tutaj.
- To niebezpieczne, sama widziałaś. Nawet nie wiem, dokąd Gauleiter planuje lot.
- Nawet jeśli do piekła, gdzie jego miejsce...
Matthias zobaczył w oczach siostry coś, co zmroziło mu serce.
- Emily...
- Jak myślisz, co czeka mnie tu? Gdzie mam pójść? Do kogo?
Matthias otarł pot z czoła.
- Emily...
- Tu czeka mnie śmierć, Mati. Tylko z tobą mam szansę.
Wolno skinął głową. Miała rację. Tutaj nie mogła liczyć na niczyją pomoc, a gdy pojawią się Rosjanie... Lepiej było zginąć podczas lotu.
- Dobrze, przekonam go. - Matthias ułożył sobie wszystko w głowie. - Nie zostawię cię już nigdy.
- Jak go przekonasz? - zapytała Emily, patrząc mu z napięciem w oczy.
- Tak samo jak w Breslau.
- Hanke może wydać rozkaz i zmienić pilota - powiedziała, jakby chciała go wcześniej przygotować na ewentualne problemy.
Ale Matthias rozważył i to. Pokręcił głową.
- Nie. Nie zrobi tego. On dobrze wie, że z tobą na pokładzie uczynię wszystko, żeby dolecieć za wszelką cenę. Wydaje mi się, że doskonale zdaje sobie sprawę, z czym do niego przyjdę.
Matthias zauważył, że Emily zaciska usta. Było coś w jej oczach, co go przeraziło. Ciemność, otchłań, dym. Tak samo nieprzenikniony jak ten, który zalegał teraz nad ich rodzinnym miastem.
- Woła mnie. Chodź ze mną - powiedział Matthias i ruszył w kierunku Gauleitera.
Spotkali się z nim kilkanaście metrów dalej.
- Maszyna jest nasza - wychrypiał Hanke. - Pożegnałeś się z siostrą?
- Herr Gauleiter, mam prośbę.
- Mów. - Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał.
- Proszę o pozwolenie zabrania na pokład Emily.
Hanke odwrócił się w jego stronę. Popatrzył przez chwilę w oczy Matthiasowi, potem przeniósł spojrzenie na dziewczynę. Długo się jej przypatrywał, jakby czekał, aż ta opuści wzrok. Gdy tak się stało, powiedział:
- Przyda mi się towarzystwo. Jesteście mrukiem, Becker, będę miał z kim porozmawiać, powspominać... nasze kochane miasto.
- Dziękuję, Herr Gauleiter.
Matthias się zawahał. Próbował zrozumieć słowa Hankego. Miał wrażenie, że kryje się za nimi coś, czego nie rozumie. Popatrzył na Emily. Stała wyprostowana jak struna, wydawało się, że przestała oddychać.
- Maszyna jest zatankowana i gotowa do lotu. Ile potrzebujesz czasu na przygotowanie się?
- Dokąd lecimy, Herr Gauleiter?
Hanke przechylił głowę. Skóra naciągnęła się na wysokich kościach policzkowych. Uwidoczniły się zmarszczki wokół oczu.
- Praga. To tylko do twojej wiadomości. Przez radio przekazujesz kurs na zachód.
- Tak jest. Potrzebuję kilkunastu minut. Mam mapy ze sobą.
- Masz pięć minut.
Hanke ruszył w stronę maszyny. Matthias podążył za nim. Zatrzymał się, bo Emily stała jak wrośnięta w ziemię. Jakby niezdolna do poruszenia nogami. Popatrzyła na niego, była w jej obliczu jakaś niema prośba.
- Już dobrze, Emily. Będziemy razem. Damy radę. Przeżyjemy.
- Przeżyjemy - wydusiła z siebie. Po pierwszym kroku udało jej się postawić kolejny. Odmówiła wsparcia się na ramieniu brata. Znów zobaczył w niej twardość i niezłomność, które, wydawało się, utraciła.
Nagle zrozumiał, co się z nią dzieje. To nie myśl o Breslau wciąż sprawiała, że zachowywała się jak automat. Tak wpływała na nią obecność Hankego. Kata Breslau.
*
Dotarli do maszyny, wspięli się na nią i weszli do środka. Mechanicy przekazali jeszcze kilka informacji, które Matthias zanotował w głowie. Odchodząc, odruchowo popatrzyli na zegary i przełączniki. Na maszynę, z którą zżyli się jak z członkiem rodziny, a potem zniknęli.
Heinkel drżał, silniki były już rozgrzane. Matthias wcisnął hamulec i dodał gazu, ryknęły silniki. Zbyt szybko, zbyt gwałtownie, chłopak skarcił się w myślach. Chciał zrosnąć się w jedno z nową maszyną. Potrzebował choć kilku sekund, by ją poznać i wyczuć.
Pilot wypatrzył pas startowy, wykręcił w jego stronę. Mechanicy dali mu znać, że wszystko jest w porządku.
Matthias wziął głęboki oddech. Dotknął drążka, wczuł się w jego wibracje. Zagrzmiały silniki, maszyna ruszyła z miejsca. Przez chwilę wydawało się, że ciężar bombowca jest zbyt wielki, że to niemożliwe, żeby mógł oderwać się od ziemi. Nagle jednak jakby stracili na wadze, ogarnął ich bezwład, zaraz po nim unieśli się i oderwali od podłoża. Matthias wciągnął podwozie i położył maszynę w zakręt na lewo. Zaczęli wspinać się wyżej, pomagał im wiatr pod skrzydłami.
- Dobrze, bardzo dobrze!
Głos Hankego wibrował jak nity w poszyciu, jak rozedrgane podmuchami skrzydła.
Emily siedziała niedaleko. Patrzyła przed siebie, pobielałe kostki zaciśnięte na podłokietnikach fotela fosforyzowały trupią bielą. Nie wiedział, co dzieje się w jej głowie. Nie mógł się tym teraz zajmować. Odnalazł punkty orientacyjne, skorygował kurs, wypatrywał niebezpieczeństw na niebie.
- Pamiętam cię...
Emily drgnęła, słysząc słowa wyszeptane przez Hankego. Nie potrafiła unieść wzroku, żeby na niego spojrzeć.
Gauleiter zaśmiał się cicho, zapewne na widok jej reakcji, gdy zaciskała dłonie, aż pobielały jej knykcie.
Pamiętał ją. Miała wrażenie, jakby zapadała się w sobie. Oczywiście, że ją pamiętał. Rozpoznał ją już w Breslau. Widziała to w jego twarzy, w jego spojrzeniu.
- Lepiej nie mówić tego bratu, co?
Dotknął jej kolana. Poczuła, jakby przeszedł ją prąd. Sparaliżowało ją, spłycił się jej oddech, pociemniało jej przed oczami.
Hanke uniósł wargę, uśmiechnął się krzywo, odpiął się z pasów i przeszedł na fotel strzelca. Zaczął obserwować niebo.
Emily zacisnęła powieki. Myślała, że to jej pomoże odizolować się od wszystkiego. Stało się zupełnie inaczej. Przeniosła się tam, w tamto miejsce. Kilka miesięcy wstecz.
Znalazła się z innymi dziewczynami na Neumarkt. Była pewna, że idą do podziemnego schronu, poprowadzono je jednak w stronę Albrechtstrasse. Minęły dwóch żołnierzy trzymających wartę. Młodzi palili papierosy, jednego z nich znała, mieszkał na jej ulicy. Gdy je zobaczyli, wymienili kilka zdań i się zaśmiali. Wiedzieli, dokąd dziewczyny są prowadzone. Nieraz widzieli taką kolumnę.
Chłopak, którego znała, spojrzał na nią. Być może też ją rozpoznał, odwrócił wzrok. Już wtedy nie czuła wstydu, nie czuła nic. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Było ciemno, stanęły przed budynkiem, którego nie potrafiła rozpoznać. Raz wydawało jej się, że to urząd miejski, potem - że Pałac Hatzfeldów. Z trudem rozpoznawała miasto, w którym wyrosła.
Jakiś mężczyzna poprowadził je w dół. Otworzył przed nimi drzwi.
- Ruszać się! - warknął. - Nie ma czasu!
To był jakiś wąski korytarz. Skręciły w lewo, potem w prawo. Przed nimi zamajaczyła złota plama światła.
- Tędy!
Dalej poprowadziła je kobieta. Otworzyła drzwi, za nimi była łazienka.
- Umyć się. Macie dziesięć minut. Rzeczy zostawić w koszach!
Weszły do środka. Wiadra napełnione były wodą, podłoga była mokra, łatwo było się na niej pośliznąć. Emily miała wrażenie, że przed nimi były tu inne dziewczyny. Niedawno, może kilkanaście minut temu.
- Ty, ty i ty! Pójdziecie pierwsze.
Kobieta dźgnęła Emily palcem w plecy. Dziewczyna zadrżała. Wiedziała, że za chwilę nie będzie odwrotu. Wydawało jej się, że jest zdolna do wszystkiego. Tak jednak nie było. Sparaliżował ją strach.
- Rozbierać się.
Patrzyła, jak dziewczyny wykonują polecenie niczym automaty. Robiły to w zupełnej ciszy. Słychać było jedynie odgłos ściąganego ubrania, a po chwili plusk wody chlapiącej na podłogę.
Ktoś wcisnął Emily ściereczkę w dłoń. Zamoczyła ją w ledwie ciepłej wodzie, zaczęła przecierać ciało.
- Szybciej! I dokładnie! Zwłaszcza tam!
Emily poczuła ukłucie w brzuchu. Wiedziała, o jakie "tam" chodzi.
Zrobiło jej się niedobrze. Była pewna, że zaraz zwymiotuje.
- Wyłącz myśli, oddziel się od ciała. Bądź gdzieś indziej. To teraz nie twoje ciało, wrócisz do niego później, gdy będzie po wszystkim.
Popatrzyła w oczy dziewczyny, która stała obok. Była ruda, piegowata, nie miała więcej niż szesnaście lat. W jej oczach nie było nic, śladu życia, śladu emocji. Odwróciła się, może już zapomniała, że przed chwilą odezwała się do Emily.
Boże, co ja zrobiłam, nie dam rady.
Emily czuła, jak cierpnie jej skóra, jak słabną kolana. Chwiała się, była pewna, że zaraz się przewróci.
Wcześniej wydawało jej się, że to przemyślała, że jest zdolna do wszystkiego. Miała zadanie, na nim się koncentrowała, nic innego się nie liczyło. Myślała, że nie ma nic do stracenia, przecież przed nią i tak była już tylko śmierć.
Teraz wiedziała już, że tak nie jest. Była słaba, słaba nadzieją, której wcześniej nie potrafiła z siebie wykrzesać. Czy nadzieja przychodzi wtedy, gdy jest już za późno?
- Gotowa?
- Nie - wyszeptała Emily.
Poczuła szarpnięcie za ramię. Kobieta odwróciła ją ku sobie. Otaksowała ją od stóp do głów.
- Pokaż ręce!
Emily zobaczyła, jak jej dłonie się unoszą. Nie należały do niej.
- Obróć je.
Wykonała polecenie.
- Stopy!
To nie były jej stopy. To nie było przecież jej ciało. Dziewczyna miała rację, tak powinno być. Myliła się tylko w jednym. Emily do swego ciała już nie wróci, gdy zrobi to, co ma zrobić, nie będzie jej potrzebne.
- Odwróć się, pochyl...
Ciało słuchało poleceń, ona już nie. Nie zapamiętała, co robiła z nią ta kobieta. Przeniosła się gdzieś indziej. Właściwie nie gdzieś, bo znała to miejsce. Ogród zoologiczny, jeszcze przed wojną. Biegali z bratem alejkami pomiędzy klatkami dla zwierząt. Było lato, za chwilę mieli zacząć piknik nad Odrą.
- Idziesz pierwsza. Jak ci powiem, zatrzymasz się. Staniecie w rzędzie. Potem pójdziecie z tym, który was wybrał.
- Uwaga!
Okrzyk Matthiasa przywrócił ją do rzeczywistości.
- Widzę go!
Hanke obrócił karabin maszynowy.
- Jeszcze nie - powiedział Matthias. - Możliwe, że nas nie zobaczył!
Kolejne sekundy rozciągały się do nieskończoności. Emily mrużyła oczy. Słońce chwilami całkowicie ją oślepiało. Zastanawiała się, jak jej brat jest w stanie cokolwiek dostrzec.
Matthias starał się utrzymać kurs. Chwilę wcześniej wypatrzył aliancki myśliwiec. Tamten był niżej, mijał ich pod słońce. Mieli dużą szansę, że zaraz przemkną niezauważeni.
- Nie zobaczył nas, przejdzie...
Matthias nie dokończył myśli. Po skrzydłach i osłonie silnika zaczęły przeskakiwać iskry. Nie wypatrzyli kolejnego wroga. Hanke odpowiedział ogniem, wypuszczając serię za serią. Wszystkie poszły daleko od polującego na nich myśliwca.
Matthias położył maszynę na lewe skrzydło. Próbował robić uniki. Szybko jednak stało się jasne, że to nie pomoże.
Tamten zbliżał się, przygotowywał sobie dogodną pozycję. Nie strzelał jeszcze, choć był w zasięgu skutecznego ognia, może miał mało amunicji, a może był tak pewny siebie. Matthias pomyślał, że obcy pilot celebrował ten moment, rozsadzała go adrenalina, chciał być pewny, że pośle szwabów do piachu.
Kolejny unik. Blade smugi wystrzeliły z alianckiej maszyny. Matthias krzyknął. Paraliżujący ból przeszył prawy bark. Becker popatrzył odruchowo na ramię. Gdy wydało się, że nic mu nie jest, buchnęła pulsująca fala krwi. Poczuł słabość, ale adrenalina zdusiła ból i strach.
- Emily, coś ci się stało? Emily?!
- Nic mi nie jest, Matthias! Ja...
Hanke zagłuszył jej słowa, posyłając serię za aliancką maszyną. Krzyknął tryumfalnie, może udało mu się tym razem dosięgnąć przeciwnika.
Matthias zanurkował w biały obłok, który wyłonił się pod nimi. Przez strzaskaną osłonę słyszał pęd powietrza, zmieniło mu się ciśnienie w uszach. Wszystko wokół drżało, kołatało się i pojękiwało. W końcu jednak zniknęli w gęstej białej zawiesinie. Hanke przestał strzelać, dławił się swoim oddechem.
Becker próbował ocenić swój stan. Prawe ramię zdrętwiało, opadało teraz bezwładnie. Brzuch i biodro były mokre, kleił się do przesiąkniętego krwią ubrania i siedzenia.
Nie było dobrze. Matthiasowi pociemniało przed oczami, wystraszył się, że zemdleje. Nie mógł stracić przytomności. Jeszcze chwila, minuta, dwie i ucieknie.
Silniki dławiły się, prawy dymił. Czarna chmura wymieszała się z białą. Było oczywiste, że bombowiec raczej prędzej niż później odmówi posłuszeństwa.
- Musimy dolecieć na najbliższe lotnisko - wydusił z siebie Matthias.
Z tyłu odpowiedziała mu cisza.
Silne podmuchy uderzyły maszynę z boku. Rozgoniły chmury. Becker rozejrzał się, wiedział, gdzie się znaleźli. Wiatr w tych rejonach potrafił się rozpędzić do niewyobrażalnych prędkości. W pobliżu było lotnisko w Niederschwedeldorf. Matthias służył tam przez pół roku, wykonywał loty zwiadowcze. Robił zdjęcia, które później były na miejscu wywoływane. Dzięki temu poznał okolicę. Musieli jednak zboczyć z kursu, żeby wylądować pod Glatzem.
Zanim Matthias zdążył cokolwiek zrobić, drugi silnik wpadł w arytmię. Zawibrowały stery i skrzydła, samolot zatrząsł się, jakby miał rozlecieć się w powietrzu.
Becker ocenił sytuację. Byli już nisko. Bombowiec szedł w dół ku płaskim jak stół wzgórzom. Mimo że walczył, na nic zdało się podciągnięcie steru i dodanie gazu.
- Musimy opuścić maszynę. Przygotujcie się.
Te słowa wypowiedział bez emocji, choć wiedział, co teraz musi się dziać w głowach jego pasażerów. Szok i niedowierzanie, po nich następował całkowity paraliż mięśni i myśli.
Maszyna była coraz cięższa, ledwie reagowała na ruchy drążka. Becker za wszelką cenę próbował utrzymać ją w linii. Udało mu się wreszcie, choć wiedział, że to potrwa tylko chwilę.
- To luk ewakuacyjny - krzyczał Matthias, wskazując przeszkloną owiewkę nad głową. - Słyszycie mnie?
- Tak - odpowiedział grobowym głosem Hanke.
- Podniosę fotel. Ewakuacja natychmiast. Herr Gauleiter pierwszy.
Hanke podszedł do Matthiasa, gdy ten próbował odrzucić owiewkę. Nie szło mu najlepiej, nie był w stanie unieść ręki. Karl spojrzał na młodego pilota. Dał znać, że sam to zrobi. Chwilę siłował się z zabezpieczeniami, ale w końcu owiewka odskoczyła.
- Pan pierwszy, Herr Gauleiter - krzyknął Matthias.
Hanke skinął głową, wystawił głowę na zewnątrz, próbował się podciągnąć, ale nagle się wycofał.
- Moja torba! Odpięła się!
- Wezmę - powiedział Becker. - Zaraz będzie za późno!
Hanke próbował zawrócić, ale w tym momencie z silnika buchnął płomień.
- Wezmę! Skacz! - Matthias wypchnął Hankego. Ten zniknął w otworze w suficie.
- Twoja kolej, Emily. Wiesz, co robić.
- Wiem, ale...
- Jestem tuż za tobą - zapewnił Matthias. Sięgnął po torbę Hankego i przerzucił ją przez ramię.
Pomógł siostrze wspiąć się na fotel. Nie wahała się. Gdyby tylko widział ją ojciec, byłby z niej dumny. Potrafiła zachować zimną krew, miała w sobie tak dużo odwagi.
Matthias przytrzymywał Emily, gdy ta znalazła się na zewnątrz.
- Skacz! - krzyknął do jej ucha.
Dziewczyna wykonała polecenie od razu. Matthias spojrzał w kierunku, w którym leciała maszyna. Zastanawiał się, czy rozbije się na płaskiej jak stół górze. Miał coraz mniej siły, nie był pewny, czy uda mu się pociągnąć za linkę spadochronu, gdy znajdzie się w bezpiecznej odległości od bombowca. Skoczył, a właściwie zsunął się z kadłuba i runął w otchłań.
Zimny pomyślał, że praca w takich warunkach nie jest łatwa. Wiatr zelżał, ale śnieg nieprzerwanie sypał z nieba. Drzewa okryte były grubym kożuchem, który ściął mróz. Pod nogami tworzyła się zaskakująco gruba warstwa śniegu.
Nad dolną stacją dźwigu towarowego strażacy rozpięli plandekę, mimo to śnieg sypał pod nogi policyjnego technika. Funkcjonariusze co rusz podchodzili do koksownika, przy którym próbowali się ogrzać.
- Jak tu trafił? - zapytała Kordek. - Nie został raczej zabity w klatce dźwigu ani w jej pobliżu?
- Na moje oko zwłoki zostały tu przywiezione lub przyniesione z nieodległego miejsca - odpowiedział Mroczek. - Mamy trochę zabezpieczonych śladów, które wskazują, że ktoś denata tu przyniósł.
- Jakie ślady zabezpieczyliście?
- Kilka odcisków górskich butów... Jedna para. Zrobiliśmy zdjęcia i pomiary. Większość przysypał śnieg, ale morderca przyszedł tu sam. Po ułożeniu ciała w klatce odszedł.
- Wyjaśniła się sprawa braku obuwia... - powiedział Zimny.
Kordek spojrzała na niego uważnie.
- Uważa pan, że zabójca włożył buty Chudego? Przyniósł go tu, mając je na sobie, a potem odszedł?
- Tak.
Kordek wymieniła spojrzenia z Mroczkiem. Ten pokiwał głową.
- Zabójca nie starał się ukrywać śladów, chociaż wiedział, że zostawi je w śniegu - powiedział technik. - Może liczył na intensywne opady, ale... myślę, że rzeczywiście użył jego butów.
Prokuratorka się zamyśliła.
- Dlaczego to zrobił? Włożenie butów osoby, którą się przed chwilą zabiło, nie przychodzi do głowy ot tak.
- Może to jego fetysz? - zasugerowała Wierzbicka.
- Nie zabrał butów Webberowi... - przypomniała Kordek.
- Zabrał za to jego paznokcie - przypomniał Mroczek. - Może oba trofea mają znaczenie, którego nie dostrzegamy.
- A co, jeśli... Tylko się nie śmiejcie - powiedziała Wierzbicka. - Co, jeśli nie chciał zostawić odcisku swoich własnych butów?
- Dlaczego? - zapytała Kordek.
- Bo ma bardzo małe stopy? - Wierzbicka wzruszyła ramionami. - Albo bardzo charakterystyczne podeszwy, które mogłyby nam coś wyjaśnić?
- Jeszcze mi powiesz, że łazi z drewnianą nogą jak pirat. - Prokuratorka pokręciła głową. - Inspektorze? Co pan o tym myśli?
- Znaleźliście odciski butów przy Szczelińcu Małym? - zwrócił się do technika Arek.
- Tylko tego Webbera - poinformował Mroczek. - Ten, kto był z nim na górze, zostawił po sobie kilka obsunięć ziemi, połamane gałązki, ale nie odciski buta.
- Zabójca Chudego tego nie wie - powiedział Zimny. - Mógł przypuszczać, że takie ślady zostały.
- Ale co pan sugeruje? - Kordek uniosła brwi. - Odnoszę wrażenie, że wciąż próbuje pan te dwie sprawy rozdzielić. Mamy dwóch zabójców? Ten, który dokonał dzisiejszego czynu, nie chce, żebyśmy to odkryli? Chce obciążyć obydwoma zabójstwami jedną osobę? Tę, która zabiła Webbera? Przecież wystarczyłoby, żeby zmienił buty! Morderca nie chodzi cały czas w tych samych.
- Chyba że są bardzo małe, charakterystyczne w jakiś inny sposób i boi się, że to może go zdradzić - upierała się Wierzbicka.
- Wierzba, nie wracaj mi tu z pomysłem na kapitana Haka! - Kordek się zdenerwowała.
- Może Webber wcale nie był ofiarą? - powiedział nagle Zimny.
Kordek zamilkła. Wierzbicka i Mroczek wpatrywali się w inspektora. Zapewne próbowali zrozumieć implikacje tej teorii.
- Według pana Webber był napastnikiem, próbował kogoś zabić, ale sam zginął przy tej próbie? Kogo? - Prokuratorka spojrzała w stronę dźwigu. - Chudego? Uniknął śmierci za pierwszym razem, za drugim nie miał już tyle szczęścia i dorwał go drugi zabójca?
- Mniej więcej - przyznał Arek. - Ale zamiast Chudego wstawiłbym do tej teorii kogoś innego.
- Kogo? - zapytały jednocześnie Kordek i Wierzbicka.
- Gabriela.
Kordek zamrugała gwałtownie.
- Cholera - powiedziała. - Muszę to przemyśleć. Sama nie wiem...
- Te skrzydła znalezione przy obu ofiarach... Nie jestem pewny, czy są identyczne - powiedział Mroczek. - Pierwsze, przy Webberze, mógł zostawić Gabriel. Drugie, przy Chudym, jego naśladowca. Czytałem dziś w lokalnym portalu internetowym o zabójcy od aniołów...
- Też czytałam - przyznała Kordek. - Muszę pogadać z tym całym pismakiem. Jak się dowiem, kto puścił farbę, to...!
- Niekoniecznie to ktoś od nas - powiedziała Wierzba. - Kręciło się tam sporo strażaków, mogli coś usłyszeć. Oni się wszyscy znają z Kowalczykiem, mógł któregoś namówić na przekazanie informacji.
- Na razie zostawmy kreta w spokoju. Przyjdzie na niego pora. Interesuje mnie coś innego: czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie?
- Cóż. - Wierzbicka znów się wyrwała. - Pewnie znajdziemy Gabriela. Z listem samobójczym, w którym przyzna się do zabójstwa Webbera i Chudego. Wtedy będzie po sprawie.
- Też pan tak uważa? - Kordek zwróciła się do Zimnego.
- Nic takiego nie powiedziałem.
- To co pan uważa? - zapytała cierpliwie prokuratorka.
- Niewiele. Chcę raczej dowiedzieć się czegoś więcej o waszym znalezisku.
- No tak. - Kordek pokiwała głową. - Jakby mało było dwóch trupów, to jeszcze mamy trzeciego. Z tym że ten, którego wykopaliśmy, na moje oko nie żyje od co najmniej kilkunastu lat.
- Od kilkudziesięciu - poprawił Mroczek.
- Spodziewał się pan takiego depozytu w okolicy, inspektorze? - zapytała Kordek.
- Nie - przyznał krótko Zimny.
- Ma to się jakoś do pana teorii?
- Nijak - przyznał Arek. - Czy trudno było odnaleźć to miejsce?
- Właściwie to... - Wierzbicka się zawahała. - To wyglądało, jakby ktoś zaczął tam kopać i się rozmyślił albo ktoś mu przerwał. Tak myślałam na początku.
- A jak myśli pani teraz?
- Mam wrażenie, że ktoś chciał nam to miejsce wskazać. Zaczął robotę, którą my mieliśmy dokończyć.
- Kiedy będziecie w stanie podać więcej szczegółów dotyczących odkrytych szczątków?
- Poprosiłem o pomoc drugiego patologa. Do jutra będziemy wiedzieć więcej - obiecał technik.
- My sprawdzimy zaginięcia z okolicy z ostatnich kilkudziesięciu lat - poinformowała Wierzba. - Na badania porównawcze DNA będzie trzeba chyba trochę poczekać, ale nie wiem, czy będziemy mieli jakieś trafienie, jeśli to rzeczywiście szczątki sprzed tylu lat.
- Prześlę panu wszystko, co będziemy mieli, inspektorze.
- W porządku. - Zimny skinął głową.
- Webbera nie wychwyciły okoliczne kamery - powiedziała Wierzbicka. - Sprawdzamy ludzi, którzy w dniu jego śmierci pojawili się w Karłowie. Mamy sporo adresów z pensjonatów.
- Nie traćcie na to czasu - poradził Zimny. - Zabójca nie wynajął tu pokoju. Musimy dowiedzieć się, kim jest Gabriel.
- Skontaktuję się z lokalnymi poszukiwaczami skarbów. Jest kilku w Kudowie i Dusznikach, o których słyszałam - powiedziała Wierzbicka.
- Co z Chudym? - zapytała Kordek.
- Radosław Majewski. Mieszka pod Kudową, mam adres. Chcę tam teraz pojechać - powiedziała Wierzbicka.
- Dobrze, pojedziecie razem?
Zimny odwzajemnił spojrzenie Kordek.
- Jasne - zgodził się.
- W porządku. - Prokuratorka wyglądała na zadowoloną. - Ja spróbuję w tym czasie dowiedzieć się więcej o Webberze.
Zimny popatrzył w górę. Zastanawiał się, czy śnieg kiedykolwiek przestanie padać.
*
- Nie jest pan zbyt rozmowny, inspektorze.
Wierzbicka uśmiechnęła się i ukradkiem spojrzała na siedzącego na fotelu pasażera Zimnego.
- Nigdy nie byłem. Odczuwa pani potrzebę rozmowy? Może lepiej skupić się na drodze?
- Jestem przyzwyczajona do takich warunków, lubię śnieg.
Arek śniegu nienawidził, ale o tym nie powiedział. Czuł się trochę spięty na przednim siedzeniu. Wierzbicka jechała jak na jego gust nieco za szybko, a warunki na drodze były fatalne. Musiał jednak przyznać, że policyjny SUV dobrze trzyma się drogi, a ona prowadzi bardzo pewnie.
Jechali drogą stu zakrętów, która łączy Radków z Kudową. Las i ośnieżone skały wyglądały niesamowicie w zapadającym zmroku. Za Lisią Przełęczą, na odcinku, który teraz pokonywali, nie było czuć wiatru. Krajobraz wydawał się nieruchomy, przysypane śniegiem drzewa tworzyły nieprzeniknioną białą ścianę.
- Lubi pan zimę?
- Wskazywałoby na to moje nazwisko, prawda?
Wierzbicka się zaśmiała.
- Trochę - przyznała. - Ale wiem, jak to jest z nazwiskami. Ja na przykład wierzb nie lubię. Jak byłam dzieckiem, z jednej, która stała obok naszego domu, spadł kleszcz i wbił mi się w głowę. To było straszne, od tamtej pory nienawidzę tych drzew.
- A kleszczy?
- Przyzwyczaiłam się do nich.
Arek uniósł brwi. Próbował zrozumieć, na czym polegała ta zależność.
- Nie lubię zimna - powiedział. - Nie... właściwie to go nawet nienawidzę.
- Można przywyknąć, inspektorze.
- Nie można.
Wierzbicka znów się zaśmiała.
- Miał pan w swojej karierze do czynienia z czymś takim?
- Z czymś takim - nie - przyznał Zimny.
- Próbuję zrozumieć, co tu się dzieje, ale im więcej o tym myślę, tym mniej z tego rozumiem - stwierdziła policjantka.
- Czasem też tak mam - zgodził się z nią Arek.
- Ale nie przy tej sprawie? - zainteresowała się starsza aspirant.
Kobieta zdjęła nogę z gazu, zredukowała bieg. Po chwili przyhamowała pulsacyjnie. Zrobiła to bardzo delikatnie.
Zimny dopiero teraz zrozumiał, co jest tego przyczyną. Z lasu wyszedł jeleń. Zatrzymał się pośrodku drogi i znieruchomiał, patrząc w ich stronę. Arkowi wydało się, że zwierz patrzy na niego, ale wiedział, że to niemożliwe. W ciemnościach, przy oślepiającym świetle lamp samochodu niewiele by dostrzegł.
Jeleń odwrócił łeb i nagle skoczył przed siebie, znikając w ułamku sekundy w bieli drzew. Zimny jeszcze przez chwilę nie mógł pozbyć się z głowy tego obrazu. Nałożył się na niego inny, odległy, o którym całkowicie zapomniał.
- Zaraz będziemy na miejscu. Mam nadzieję, że się nie zakopiemy.
Nikt przed nimi tędy nie jechał. Rozjeżdżali grubą warstwę śniegu, posuwając się środkiem jakiejś podrzędnej drogi.
Zapadł już zmrok. W snopie świateł przelatywały płatki śniegu. Przypominały małe rozciągnięte bolidy.
- Tam jest jego dom.
Arek zmrużył oczy, by wypatrzyć budynek w ciemnościach, ale na niewiele się to zdało. Dopiero gdy Wierzbicka wykręciła i zatrzymała SUV-a, Zimny dostrzegł pomiędzy drzewami drewniany budynek.
- Nie wygląda na to, by ktoś był w środku. - Policjantka pochyliła się w przód, żeby mieć lepszy widok na okna.
- A jednak ktoś niedawno tu był. - Arek wskazał głową w bok.
- Cholera...
Wysiedli. Wierzbicka stanęła przy śladach pozostawionych przez inny samochód. Były ledwie widoczne, przysypane warstwą śniegu, ale wyglądało na to, że kilkadziesiąt minut temu odjechało stąd auto.
- Wyjechał drugą stroną. - Kobieta zerknęła w stronę lasu.
Zimny domyślił się, że droga prowadzi także w tamtym kierunku.
- O cholera, but...
Oboje znieruchomieli, wpatrując się w górski but stojący przy ścieżce. To był irracjonalny widok. Tkwił tam przysypany śniegiem. Rozwiązane sznurówki zwisały po jego bokach. Jakby ich właściciel miał zaraz po niego wrócić.
- Wszedł do domu w jego butach, ale zostawił jeden...
Wierzbicka miała rację. Podwójne ślady prowadziły do drzwi i z powrotem. Mimo grubej warstwy śniegu wciąż było je widać.
- Wsiadł do samochodu, zdjął but i go postawił?
- Na to wygląda - przyznał Zimny. - Wejdźmy do środka.
Wierzbicka ruszyła pierwsza, omijając ślady zostawione przez poprzednika. Po chwili zatrzymali się przy drzwiach. Były uchylone. Policjantka popatrzyła na Arka.
- Myślę, że zostawił je otwarte dla nas - powiedział Zimny.
Inspektor sięgnął do kieszeni, wyciągnął z nich ochraniacze na buty.
- Ma pani swoje?
- W wozie.
- Czekam.
Wierzbicka wróciła do SUV-a. W tym czasie Zimny pchnął ramieniem drzwi. Otwarły się na oścież. W środku było ciemno. Arek wsunął głowę, dostrzegł włącznik światła. Nie ściągając rękawiczek, nacisnął go.
Zmrużył oczy, bo fala światła była intensywna. Przed sobą miał niedużą sień, w której stała szafka z butami. Na ścianie, na wieszaku, wisiały wiosenna kurtka i dwie polarowe bluzy.
Kolejne drzwi prowadziły do otwartej przestrzeni. Z cienia wyłaniały się zarys kuchennego stołu i tył sofy.
- Jestem - oznajmiła Wierzba.
- Wejdę za panią.
Aspirantka skinęła głową. Ominęła ślady roztopionego śniegu na podłodze. Obrzuciła szybkim spojrzeniem sień i przekroczyła kolejne drzwi.
Tu zapaliła światło i rozejrzała się po przestronnym pomieszczeniu. Połączono tu kuchnię z salonem. W powietrzu pachniało drewnem i jedzeniem.
Wierzbicka weszła głębiej, żeby Zimny mógł do niej dołączyć.
- Kuchnia czy salon? - zapytała aspirantka.
- Ja kuchnia, pani salon.
Kobieta skinęła głową, skręciła w prawo, żeby rozejrzeć się po części, w której gospodarz tego miejsca spędzał czas wolny.
Obrzuciła spojrzeniem sofę. Leżało na niej kilka poduszek i koc. Chudy zapewne przysypiał tutaj wpatrzony w telewizor, może w ekran laptopa.
Na stoliku porozrzucanych było kilka magazynów, większość dotyczyła pasji Chudego: "Odkrywca", "Poszukiwacze", "Relikte der Geschichte". Wierzba popatrzyła na sporą półkę wypełnioną książkami i innymi pismami. Oprócz literatury historycznej znalazło się też kilka powieści przygodowych i mnóstwo pamiątek. Kieliszki z czasów niemieckich, kufle, butelki, popielniczki i sporo latarek. Pewnie je także Chudy kolekcjonował.
Na ścianach wisiały przedwojenne pocztówki i zdjęcia z Karłowa i Radkowa. Zapewne gospodarz trzymał gdzieś tu fanty, które wykopał w okolicy, chodząc z wykrywaczem.
Wierzbicka popatrzyła w stronę kuchni. Napotkała wzrok Zimnego, który siedział przy stole na odsuniętym krześle.
- Nic pan nie znalazł?
- Zasilacz wciąż podpięty do kontaktu, wygląda na zasilacz laptopa.
- Po to przyszedł?
Zimny nie odpowiedział, bo nie musiał.
- Wszystko na swoim miejscu, nic innego go nie interesowało. Sprawdzimy górę? Piwnicę, jeśli jest? - Wierzbicka popatrzyła na schody prowadzące na piętro.
- Jeśli pani na tym zależy.
- Natalia, czy może mi pan mówić po imieniu?
- Arek.
- Zostanę przy inspektorze.
- Świetnie, uwielbiam brzmienie tego słowa.
Wierzba uśmiechnęła się, choć jeszcze przed chwilą czuła jakiś nieokreślony ciężar, który ją przytłaczał. W Zimnym był jakiś spokój, który jej także się udzielał. Różnił się bardzo mocno od gliniarzy, których znała. Właściwie nie potrafiła przypomnieć sobie kogokolwiek, kto zachowywałby się jak inspektor. Było w nim coś zwyczajnego i niezwykłego zarazem. Tak naprawdę wciąż nie potrafiła go rozgryźć.
- Poczekam tu na ciebie...
Ruszyła w stronę schodów, po chwili weszła na piętro. Znalazła tu łazienkę i dwa pokoje. Nie wyglądało na to, żeby cokolwiek zainteresowało włamywacza. Wykonała stąd jeszcze dwa telefony, a potem wróciła na parter.
- Szukał tylko laptopa?
- Na to wygląda.
- Telefon zapewne zabrał Chudemu od razu. - Wierzbicka jeszcze raz obrzuciła spojrzeniem całe pomieszczenie, mając nadzieję, że dostrzeże to, co mogło jej umknąć. - Nie bał się, że Chudy ma jeszcze inny laptop? Może inny telefon albo tablet?
- Wydaje się, że jednak się o to nie martwił.
- Notatki? Pamiętnik?
- Nie sądzę, żeby ten mężczyzna takie prowadził.
- Zadzwoniłam do prokuratorki, powiedziałam o bucie i laptopie. Pomogą nam policjanci z Kudowy.
- W porządku.
Wierzba popatrzyła na Zimnego. Nagle zaczął ją denerwować. Ten jego spokój, a właściwie bierność - zaczęła je odbierać negatywnie. Nie rozumiała, skąd w niej ta nagła zmiana. Miała ochotę nim wstrząsnąć i wydusić z niego, co tak naprawdę siedzi mu w głowie.
Wzięła głęboki oddech. Pomyślała, że nie tędy droga.
- Zabił go... potem jechał z nim w samochodzie. Pewnie ofiarę schował w bagażniku - zaczęła. - Przyjechał tu. Wszedł do domu, szukał laptopa i go znalazł... Dopiero wtedy wrócił do Karłowa i wsadził Chudego do windy towarowej. Wiedział, że tu przyjedziemy, i zostawił nam ten pieprzony but.
- Zgadzam się, ale o czym to świadczy? Co nam to mówi o człowieku, którego szukamy?
- To, że mamy do czynienia ze świrem. - Wierzbicka odczytała z miny inspektora, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał. - Jeździł z trupem w samochodzie. Ma więc stalowe nerwy - zaczęła jeszcze raz. - Takich rzeczy nie robi się po raz pierwszy w życiu. Zaplanował to wszystko, działał pod presją czasu, ale nie zapomniał o kilku ważnych szczegółach, mam na myśli buty i papierowe skrzydła... Zimnokrwisty zabójca. Dużo tu nie zmitrężył. Wiedział, czego szuka, i to mu wystarczyło. Ale jednocześnie...
- Tak? - zachęcił Zimny.
- Wygląda to także na działanie doraźne, obliczone na szybki, ale krótkotrwały efekt. Ten facet chce nas opóźnić... Jakby miał tu coś do załatwienia i potrzebował jeszcze chwili na dokończenie spraw. Potem może się już wszystko walić i palić, bo jego już tu nie będzie.
- Czy takie działanie pasowałoby do Gabriela?
- Cholera. - Wierzba się zastanowiła. - Gdyby chciał spalić za sobą wszystkie mosty i się ulotnić, to może...
- Może - powtórzył za nią.
Jakoś nie wyczuwała w jego głosie przekonania.
- Jadą nasi. - Wierzba odwróciła wzrok w stronę okna. Niebieskie błyski przedostały się przez szybę i ożywiły ściany. - Poczekasz, inspektorze? Załatwię kilka spraw i cię odwiozę.
- Jasne, że poczekam. Mogę w twoim samochodzie?
- Oczywiście.
Wyszli oboje z domku i stanęli na podjeździe. Wierzbicka przedstawiła kolegom inspektora i wprowadziła w temat.
Gdy skończyła, popatrzyła na opartego tyłem o maskę auta Zimnego. Nie wszedł do środka, wpatrywał się w odgrodzony taśmą but.
- Wszystko w porządku? - zapytała.
- Tak.
Wsiedli do auta. Wierzbicka wycofała i wolno ruszyła w stronę Drogi Stu Zakrętów.
- Jakie masz dalsze plany? - zapytał Arek.
- Znajomi Chudego: poszukiwacze, łowcy tajemnic i jego rodzina. Spróbuję się z nimi skontaktować. Tu nic się nie zmieniło. Może w ten sposób trafimy do Gabriela?
- Dobrze. - Zimny skinął głową.
- A twoje plany?
- Odpoczynek.
Zimny powiedział to szczerze. Był zmęczony, wszystko go bolało - mięśnie, ścięgna i kości. Gwałtowne zmiany temperatury też nie działały na niego najlepiej. Z mrozu do ciepłego domu, potem znów na mróz i do samochodu. Cały dzień odczuwał kilkudziesięciostopniową różnicę temperatur i to nie wpływało na niego dobrze. Organizm się buntował.
- Jaka tajemnica z przeszłości kryje się za tym wszystkim, inspektorze? - zapytała Wierzbicka.
- Zapytałbym raczej: która.
- Uważasz, że jesteśmy w stanie ją wskazać?
- Ktoś zrobił to za nas. Wskazał nam przynajmniej jej część.
- Mówisz o szczątkach, które dzisiaj znaleźliśmy?
- Też.
- Coś jeszcze masz na myśli?
- Skrzydła.
- No tak. - Wierzbicka się zastanowiła. - Anielskie skrzydła. Upadły anioł... Albo ten, kto do jego upadku się przyczynił.
- Nie tylko anioły mają skrzydła.
Wierzbicka popatrzyła na Zimnego. Zastanawiała się, czy znów ma się czegoś sama domyślić. Cały czas miała wrażenie, że inspektor ją testuje, poddaje próbom i ocenie. Chociaż gdy patrzyła na tego policjanta, nabierała pewności, że on po prostu tak działa. Nie chodziło tutaj o Wierzbę ani o Kordek, tylko o sprawę, którą się zajął. Słuchał, konfrontował z tym, co układało mu się w głowie. Dawał innym szansę na ten kulawy dialog, bo pomagało to przede wszystkim jemu samemu.
- Poszukamy jutro razem Gabriela?
- Tak - zgodził się Zimny i zamknął oczy.
Natalia dała mu już spokój aż do Karłowa.
*
- Napijesz się ze mną?
Zimny z perspektywy przedpokoju dostrzegł siedzącą w kuchni Gośkę. Odwiesił płaszcz na wieszak i stanął w progu.
- Nie wolno mi... - powiedział.
- Dotrzymasz mi towarzystwa?
Skinął głową, podszedł do stołu i usiadł naprzeciwko Wilczek. Czuł, że ta uważnie go obserwuje. Odwzajemnił spojrzenie. Przez chwilę oboje milczeli.
- Zrobię ci chociaż kawę...
- Nie, już jej nie piję.
Skinęła głową.
- Herbata?
- Będziesz mnie tak męczyć? Sam zrobię.
Nie miała nic przeciw.
Zimny podszedł do kuchennego blatu, włączył czajnik elektryczny. Wyciągnął z szafki kubek, wrzucił do niego saszetkę herbaty. Odwrócił się do Gośki, czekając, aż zagotuje się woda.
- Powiesz, co się stało? - zapytał.
Wzruszyła ramionami.
- Życie się stało - powiedziała.
Sięgnęła po kieliszek, wypiła nalewkę i odchyliła się w krześle.
- Znałaś go?
- Chudego? Tak. Czasem przychodził do mnie pogadać.
Zimny zalał kubek wrzątkiem. Przez chwilę wpatrywał się w cukiernicę. Zachował resztki siły woli i nie posłodził herbaty.
- O czym gadaliście?
- Radek kochał to miejsce, nawet bardziej niż ja. Mówił, że nigdy się stąd nie ruszy i tutaj umrze. Miał rację. Nie spodziewał się chyba, że tak szybko...
- Szukał tu czegoś, w okolicy?
- Jak kilku innych pasjonatów stąd. Czasem pochwalił się czymś, co wykopał. Monety, tabliczki, porcelanki od piwa, butelki... Jeśli znalazł coś cenniejszego, to się nie chwalił.
- Mówił coś o rozbitym samolocie? - Zimny upił łyk gorzkiej herbaty. Skrzywił się, była cierpka.
- Mówisz o tym włoskim pilocie?
- Niemieckim, miał włoskie korzenie, ale tak. Mówił o tym?
- Chyba tak. - Gośka wpatrzyła się w swoją filiżankę. - Te historie ich fascynowały, dla takich ludzi ważne jest odkrywanie przeszłości. Dzięki temu chyba odnajdują się w takich miejscach jak to. Czują z nim związek i znajdują sens... bycia.
- Oni?
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak wielu jest w okolicy takich jak Chudy.
- Mówił coś o... Gabrielu?
Wilczek się zawahała.
- Nie wspominał o nikim, kogo by tak nazywał. Kto to jest?
- Nie wiem.
Gośka sięgnęła po filiżankę, podniosła ją do ust.
- Zjesz ciasto? Mam jabłecznik.
Arek pokręcił głową.
- Jeśli wolisz marchewkę, to też ci mogę dać.
Zimny się zaśmiał.
- Mam już dość marchewek. Wiesz, jednak poproszę to ciasto.
Gośka wstała szybko od stołu, jakby bała się, że jej gość się rozmyśli. Podeszła do kuchennego blatu. Uniosła serwetkę zakrywającą blaszkę, odkroiła spory kawałek jabłecznika.
- Szkoda tego młodego chłopaka...
- Jakiego chłopaka? - zapytał Zimny, który już czuł, że do ust napływa mu ślina.
- Włocha, choć ty nazywasz go Niemcem.
- To był niemiecki pilot w czasie wojny. Trudno, żeby było mi go szkoda.
Gośka w milczeniu nałożyła ciasto na talerz. Położyła go przed Arkiem.
- Miał dziewiętnaście lat, nikogo nie zabił. Całe życie było przed nim. Myślę, że po prostu kochał latać.
Zimny słuchał w milczeniu.
- Podobno testował naprawiane samoloty. Podczas jednego z tych testów runął na ziemię zaraz po starcie.
- Dużo o tym wiesz.
- Chudy opowiedział mi tę historię. Zafascynowała mnie. Myśl o tym młodym człowieku nie dawała mi spokoju. Wiesz, dlaczego spadł?
- Dlaczego?
- Podejrzewa się sabotaż. W Szalejowie Dolnym pracowali jeńcy. To oni mieli psuć maszyny. Przed wypadkiem tego Włocha... - Gośka przewróciła oczami, widząc minę Zimnego. - Niemca, niech ci będzie. Przed jego wypadkiem dwie inne maszyny rozbiły się zaraz po naprawie. Tamci piloci zdążyli się ewakuować. Ten chłopak nie... Myślę, że do końca próbował ocalić samolot.
- Rozbił się gdzieś tutaj. Chudy mówił ci gdzie?
Gośka pokręciła głową.
- Mówił tylko, że na terenie niedostępnym dla turystów. Gdzieś blisko... Nagrobek chłopaka znajdziesz na cmentarzu w Szalejowie.
- Mówił ci jeszcze o innych rozbitych samolotach?
- Sporo ich jest w Karkonoszach. Pod koniec wojny rozbiło się kilka niemieckich samolotów. Jeden obok Śnieżki, drugi w pobliżu Karpacza...
- A bliżej?
- Tak, też... - Gośka skinęła głową. - Chudy mówił, że znaleźli szczątki jakiejś maszyny w pobliżu Zieleńca. I że zawsze marzył, żeby poszukać czegoś ze swoim wykrywaczem na polu bitwy pod Grunwaldem. Zieleniec to chyba był taki jego Grunwald. Odkrycie życia.
- To on odnalazł szczątki?
- Tak, ze znajomymi.
- Wiesz coś więcej o tej katastrofie?
- Nie zainteresowała mnie tak, jak ta nasza, ale na pewno znajdziesz informacje w internecie. Niektórzy twierdzą, że to był ostatni samolot, który uciekł z oblężonego Breslau tuż przed kapitulacją.
Zimny spróbował szarlotki. Smakowała niesamowicie. Jabłka były słodkie, miały dużo cynamonu. Jego mózg od dawna łaknął cukru, po kilku kęsach poczuł się, jakby ktoś wstrzyknął mu w żyły energetyk.
- Smakuje?
- Bardzo.
Zimny napił się herbaty. Dzięki słodkiemu ciastu wreszcie poczuł jej smak.
- Nie wiem, jak można pić gorzką herbatę...
- Nie wiem, jak można obejść się bez kawy.
- Nigdy jej nie lubiłem.
Gośka się uśmiechnęła. Patrzyła, jak Zimny kończy ciasto.
- Arek, czujesz się czasem samotny?
To pytanie go zaskoczyło. Napełniona jabłecznikiem łyżeczka zatrzymała się w połowie drogi do ust.
- Nie wiem... może czasem.
Czuł, że Gośka otworzyła się na głębszą rozmowę. Uciekł wzrokiem w stronę pustego kubka. Dała mu szansę na jakieś pytanie, wymianę myśli. Ale czy on tego chciał? Może nie chodziło nawet o chęć, a bardziej o to, że nie potrafił. Całe życie uciekał od takich rozmów, od wsłuchiwania się w głosy ludzi, którzy chcieli czegoś więcej, chcieli obnażyć przed nim swoją duszę, podzielić się lękami i nadziejami. Nie potrafił tak rozmawiać. Nie rozmawiał tak ani z rodzicami, ani z byłą żoną, nawet z siostrą, która niemal odeszła na jego oczach.
W tej chwili też chciał jedynie uciec.
- W dzisiejszych czasach chyba wszyscy czują się trochę samotni...
Wiedział, że to słowa totalnego dupka. Ale nim był. Życiowo, w relacjach międzyludzkich - na pewno. Czy czuł się z tym źle? Wcale.
- Na pewno czuję się samotny bez słodyczy.
Jeszcze gorzej. Żart półgłówka, który nie miał prawa nic zmienić.
- A bez żony? Nie brakuje ci jej?
Zimny odłożył widelczyk na talerz. Przetarł usta.
- Przepraszam, nie mam prawa zadawać takich pytań. - Wilczek się zmieszała.
- Nigdy nie dałem jej odczuć, że jest mi potrzebna. Zorientowała się, że to się nigdy nie zmieni, i zrobiła to, co powinna.
- Ale jej potrzebowałeś.
- Nie wiem. Chyba nie.
Widział, że te słowa ją zaskoczyły.
- Gdybym jej potrzebował, nie dałbym jej odejść. Przynajmniej zrobiłbym... cokolwiek, żeby tak się nie stało - wyjaśnił.
Gośka położyła ręce na obrusie. Zimny miał wrażenie, że jej prawa dłoń lekko drży. Czy wcześniej też to dostrzegł? Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Gośka nie dała mu dotąd na to szansy. Umiejętnie to ukrywała.
- Chyba jesteśmy w tym trochę podobni - odezwała się gospodyni. - Też nigdy nikogo tak naprawdę nie potrzebowałam. Każdy mój związek... Po prostu był. Nagle coś się kończyło, nie oglądałam się wtedy za siebie. Byłam pewna, że to coś we mnie, jakaś wada, błąd systemu. Dostrzegałam to, chłodno przeanalizowałam i spojrzałam na to... obojętnie. Mam to zakodowane gdzieś głęboko tu... - Gośka dotknęła palcami klatki piersiowej.
- Twoje pytanie o to, czy czuję się samotny...
- Wiedziałam, co odpowiesz. Dostrzegłam to, gdy byliśmy dziećmi. Ten moment, w którym stałeś się taki jak ja. Z tym że ja zawsze taka byłam, ty taki się stałeś.
Zimny nie był przygotowany na tę rozmowę.
- Zastanawiałeś się, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś tu został?
Zimny milczał.
- Pójdę już, jestem zmęczony - powiedział po chwili.
Wilczek skinęła głową, patrząc mu w oczy. Arek uciekł wzrokiem w stronę pustego talerzyka. Był tchórzem. Całe życie.
- Dziękuję za jabłecznik.
- Jak będziesz miał ochotę, możesz się częstować. Chyba że mam go przed tobą chować, żeby cię nie kusił?
- Gdy chcę, mam silną wolę.
- Wiem.
Arek wstał od stołu. Nie przyszło mu to łatwo, zastał się, mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Starał się nie kuśtykać w drodze do zlewu. Odłożył naczynia i ruszył do drzwi.
- Dobranoc - powiedział.
- Dobranoc - odpowiedziała Gośka. - Mam jedną rezerwację. Dziś w nocy przejeżdża turystka. To nie Kordek. - Wilczek zaśmiała się na widok miny Zimnego. - Na weekend też mam kilka rezerwacji. Wolę cię uprzedzić.
- To chyba dobrze?
- Pewnie, że tak. Ale myślę, że to ci, którzy chcą zobaczyć miejsce zbrodni. Są tacy, których to kręci.
- Będę starał się ich unikać. - Zimny mrugnął i ruszył w stronę korytarza.
- Chyba chciałabym nie być obojętna.
Zatrzymał się na te słowa.
- Skoro masz taką potrzebę, to chyba nie jesteś. Przynajmniej nie bardziej ode mnie - powiedział. - Ja takiej potrzeby nie czuję.
Zimny wyszedł z kuchni, nie spojrzawszy na Gośkę. Skręcił w kierunku schodów i wszedł na piętro. Opierał się całym ciężarem na poręczy, gdyby nie to, pewnie dałby sobie spokój w połowie drogi. Gdy wgramolił się do pokoju, zaklął. Złapał go kurcz w tylnej części uda. Opadł na łóżko, zwijając się z bólu, i czekał, aż ten minie. Gdy wreszcie wszystko wróciło do normy, zmusił się, żeby się rozebrać i pójść do łazienki.
*
Zamówiła piwo, usiadła blisko drewnianego baru. Kiedyś bywała w takich spelunach, potrafiła się tu odnaleźć. Niedoświetlona jaskinia pełna kurzu i brudu. Stoliki, do których przyklejały się ręce i ubranie, a niektórym dusze. Okruszki na siedzeniach i ten knajpiany zapach świdrujący w nozdrzach. Woń mytej starą ścierką podłogi, wilgoci, piwa i wyziewów z kuchni.
Tamtych wypatrzyła szybko. Siedzieli we trzech przy stoliku. Zajęła miejsce obok, w zasięgu słuchu. Zwrócili na nią uwagę. Gdy zajęła miejsce, pilnowali się, żeby nie mówić za głośno, ale gdy zaczęła się wpatrywać w telefon, przestała dla nich istnieć. Wtopiła się w otoczenie. Ludzie z komórkami w ręku, ze spojrzeniem utkwionym w ekran, zawsze wydają się przezroczyści.
Wciąż rozmawiali ściszonymi głosami, ale wiedziała, że to nie mogło trwać długo. Byli już po co najmniej drugim piwie, a muzyka, którą tu puszczali, była dosyć głośna. Za chwilę będą się przekrzykiwać.
- Kurwa, nie mogę uwierzyć.
- To musiał być... jakiś chory... popapraniec. Wsadził go do klatki i wysłał do... schroniska. Kto robi takie... rzeczy?
- Świr, to musiał być jakiś świr!
Słuchała. Cały czas wałkowali jeden temat, powtarzali to samo, na zmianę. Zapętlili się. Tak pewnie reagowały ich umysły na szokującą informację o śmierci znajomego.
Dopasowała od razu głosy do każdego z tej trójki. Pierwszy głos był piskliwy. Należał do trzydziestoletniego grubasa w okularach. Facet nie widział nożyczek i grzebienia od dekady. Pocił się, miał niebieską koszulkę, na której wykwitły pod pachami plamy potu. Nic dziwnego, że był kawalerem, na oko Marty nigdy nawet nie zamoczył. Grał w Battlefielda i Call of Duty na Xboxie. Zbierał bagnety, odznaczenia i niemieckie mundury. Co kilka godzin wchodził na Pornhuba. Może wkładał te mundury, żeby brandzlować się w nich przed lustrem. Mogła w sumie to sprawdzić, już godzinę temu uzyskała dostęp do kamerki w jego laptopie. Lustro miał przy drzwiach wyjściowych z pokoju.
Drugi mężczyzna zacinał się w trakcie mówienia. Miał nerwowy tik, mocno zaciskał powieki, chwilami raz za razem. Nauczyciel historii w ogólniaku, napisał kilka artykułów do lokalnej prasy, wydał dwie książki o Kudowie. Puszył się tym tak, jakby napisał dzieła warte literackiego Nobla. Dwójka dzieci, żona pracująca w urzędzie skarbowym. Oboje nudni jak flaki z olejem. No, w sumie żona nie do końca. Ten frajer nie miał pojęcia, że ma imponujące poroże. Jego ukochana pewnie teraz znowu oceniała fotki genitaliów swojego kochanka. Prawdę mówiąc, nie było na co patrzeć.
Trzeci głos był szorstki, należał do faceta około pięćdziesiątki. Ten był chudy, wyżyłowany. Podwinięte rękawy flanelowej koszuli odsłaniały umięśnione przedramiona. Drwal, wspinacz, myśliwy. Niewiele zostawiał śladów w sieci. Mieszkał w Karłowie. Więcej dowiedziała się o nim od tej dwójki. Pisali do siebie o Góralu, tworzyli jego legendę. Gówno o nim wiedzieli. Ona też gówno wiedziała o tym człowieku. Musiała to zmienić.
- Myślicie, że to ma związek z tym szwabem, co go znaleźli wcześniej?
- Kurwa, na pewno. To musi być powiązane.
- Ale jak?
Góral milczał. Dawał się wygadać grubasowi i belfrowi, sam w tych rozważaniach nie brał udziału. Czuła na sobie jego spojrzenie.
- Mówię wam, ze Szczelińca spadł ten koleś, który nagle się pojawił w sieci i zaczął nas ciągnąć za język.
- Też mam takie wrażenie. Widziałeś, co zostawił na przynętę. Miałem wrażenie, że Chudy to łyknął. Ale, kurwa, o co w tym chodzi?
- Chciał od nas wyciągnąć jakąś informację, tyle że trudno ocenić, o co mu dokładnie chodziło. Zaczął pisać o wszystkim naraz, jakby chciał nam zaimponować wiedzą. I, kurde, kilka szczegółów było takich, że odniosłem wrażenie, że wie coś więcej, że na coś trafił.
Belfer miał rację, szkoda, że nie był równie przenikliwy w kwestiach małżeńskich. Szwab, jak go określił Grubas, rzeczywiście nęcił w sieci. Podjął wiele tematów, jakby chciał pochwalić się wiedzą i zyskać ich zaufanie, ale w rzeczywistości to od nich próbował coś wyciągnąć. Marta wiedziała już, co to było, chciała się dowiedzieć, czy wiedzą to też oni.
- Ale dlaczego... - Grubasowi zadrżał głos. - Dlaczego zginął Chudy?
- Od kilku dni trudno było się z nim dogadać. Nie miał czasu, znikał gdzieś. Wiecie, miewał niekiedy takie odpały, ale czułem, że coś jest nie tak.
Gówno prawda, pomyślała Marta.
- Przez tego faceta zginął? Spotkał się z nim? Coś mu powiedział, a potem...
- No nie wiem. Chudy był ostrożny.
- Chyba że szwab miał duży dar przekonywania.
- O czym mówisz?
- Głupio tak gadać, ale Chudy czasem grał na siebie...
- Pierdol się, Góral, powiedz mu coś!
- Hej, panowie, dobrze znaliście Chudego, trudno było coś z niego wyciągnąć. Jak na coś trafił, dowiadywaliśmy się czasem po kilku miesiącach. Może zgadał się ze szwabem i na coś trafili, co się komuś nie spodobało - upierał się grubas.
- Słuchasz sam siebie? "Na coś trafili", "komuś się nie spodobało". Teorie spiskowe? To teraz twój konik? - Belfer się roześmiał.
- Pieprz się. Próbuję to ogarnąć.
- Sam się pieprz.
Belfer i Grubas zamilkli. Zajęli się swoim piwem.
- Góral? Powiedz coś, kurwa.
- Chudy nie żyje, nic już z tym nie zrobimy.
- I to wszystko? - Grubas zaśmiał się nerwowo. - Naprawdę? Trzymałeś się z Chudym najbliżej. Nic cię nie obchodzi, co się z nim stało?
- Zrobił jakąś głupotę i to się z nim stało. Idę. Przestańcie pierdolić, tylko się zajmijcie własnym życiem.
Marcie chciało się śmiać, gdy zobaczyła ich miny. Po wyjściu Górala milczeli przez dobrą chwilę. Grubas zaklął, powiedział kilka cierpkich słów o koledze. Belfer próbował go tonować, ale bez przekonania.
- Trzymał się z Chudym najbliżej. Tylko Górala do siebie zapraszał. Może tak reaguje na to, co się stało.
- No nie wiem. - Grubas dopił piwo. Zakrztusił się, odbiło mu się. - To wszystko popieprzone. Wiesz, że jak tu jechałem, to się cały czas za siebie oglądałem?
- Powaliło cię. - Belfer się roześmiał. - Po co się nakręcasz?
- Nie wiem. Nie rozumiem, o co tu chodzi. To my przede wszystkim gadaliśmy z tym szwabem. Chudy i ja. Góral udzielał się może dwa razy.
- Chudy poszedł krok dalej, myślę, że nie powiedział nam o wszystkim.
- Co masz na myśli? - zainteresował się Grubas.
- Wiesz co. Też uważam, że próbował się skontaktować ze szwabem za naszymi plecami.
- Chudy byłby zdolny do tego, żeby nas nie wtajemniczyć. Ale żeby trzymał to w sekrecie nawet przed Góralem?
- Cóż...
Marta wyczuła w głosie Belfra jakiś podtekst.
- Masz rację. - Grubas pokręcił głową z niedowierzaniem. - Chudy na pewno by o tym powiedział Góralowi. Wspomniałby na pewno coś, żeby się zabezpieczyć.
- Też tak myślę - potwierdził Belfer.
- Może więc te nerwy Górala... - Gruby podrapał się w brodę. - Może też się wystraszył?
- Coś w tym jest. - Belfer dopił piwo i wstał od stołu. - Ja stawiam.
- W porządku... - Grubas się zamyślił.
Belfer poszedł w stronę baru. Marta wstała ze swojego miejsca, włożyła kurtkę. Nie sądziła, żeby jeszcze miała usłyszeć od tych dwóch coś ciekawego. Po chwili była już na zewnątrz.
Stanęła na chodniku jak wryta. Nie przypominała sobie takiej zimy. Czapy śniegu pojawiły się na dachach, murkach, drzewach i krzewach. Ulicę także pokrywał gruby puch. Odcisnęły się w nim opony kilku przejeżdżających tędy wcześniej aut.
W dużych miastach śnieg pojawiał się i znikał. Na pewno nie pokrywał wszystkiego bielą, jakby ktoś wygumkował rzeczywistość. Wszystko tu wydało się czyste, inne. Mróz szczypał ją w policzki i nos. Z ust wydobył się kłąb pary. Dobrze zrobiła, że przed przyjazdem tutaj sprawdziła prognozę i podjechała wymienić opony w swoim Peugeocie. Mimo to nie była pewna, czy uda jej się dojechać do Karłowa.
Udeptała butami śnieg. Miała ochotę ulepić kulkę i rzucić ją w znak drogowy, ale się powstrzymała. Ruszyła w stronę swojego auta. Wyminęła je, coś kazało jej iść dalej, przeszła przez ulicę. Rozglądając się przed zejściem z chodnika w lewo i prawo, uważnie zlustrowała otoczenie.
Przeczucie jej nie myliło. Mężczyzna stał kilkadziesiąt metrów dalej, przy skrzyżowaniu. Palił papierosa i patrzył na nią. Nie przejmował się tym, czy go zobaczy.
Marta znalazła się po drugiej stronie drogi. Znów spojrzała w bok. Góral przydeptał butem niedopałek, odwrócił się i ruszył przed siebie.
Dziewczyna się zatrzymała. Patrzyła za nim, aż ten zniknął. Dopiero wtedy wróciła do auta. Odpaliła silnik. Przypomniała sobie fragment rozmowy tamtych dwóch po wyjściu kolegi. Grubas mówił o nerwach Górala, o tym, że tamten się wystraszył po śmierci Chudego. Marcie nie wydawało się, żeby miał powody, by się bać. A jego nerwy, jeśli Góral jakieś miał, były ze stali.
*
Zimny usiadł na łóżku. W uszach dzwoniła mu cisza, nie czuł się dobrze. Serce kołatało mu w piersi przyspieszonym rytmem, mocno. Słyszał je i czuł. Dudniło, chwilami gubiło rytm. Brakowało mu tchu. Próbował się uspokoić. Mógł nad tym zapanować. Zrobił wdech, przytrzymał powietrze w płucach, potem długo je wydychał. Powtórzył to kilka razy. Serce mimo to przyspieszyło, znów się potknęło. Poczuł mrowienie w dłoniach.
- Kurwa mać...
Postawił bose stopy na podłodze. Wyczuł nimi fakturę dywanu, powiedział w myślach kilka słów. Koncentrował się na nich. Próbował. Bezskutecznie. To musiały być inne słowa. Takie, które mają znaczenie, które zmuszą go, by oszukał organizm. Znalazł je. Odczytał je tuż po prysznicu, gdy otworzył wiadomość od ZombieGirl. Powtórzył je po raz drugi i trzeci. Wolno, sylabizując je, jakby miały magiczną moc. Uderzenia serca zagłuszyły jego myśli. Mięsień w klatce piersiowej dudnił, rezonował w całym ciele, każdy kolejny oddech stawał się coraz krótszy.
Zimny wiedział, że musi wstać, zrobić kilka kroków, jednak trudno było mu się podnieść. Czuł, że zaraz zemdleje.
Pukanie do drzwi. Głośne, wyraźne, jakby wzmocnione przez niewidzialne głośniki. Zimny drgnął na nie, coś się zmieniło. Zadziałał automatyzm ruchów. Arek poruszył się, podniósł i podszedł do drzwi. Znów normalnie oddychał, serce przyspieszyło po tym gwałtownym ruchu i nagle zaczęło zwalniać.
Arek sięgnął w stronę klamki, nacisnął ją i otworzył drzwi.
- Nie śpisz jeszcze, prawda?
- Zgadnij.
- Mogę wejść?
Zimny nie odwrócił się, żeby zlustrować swój pokój. Przypomniał sobie, gdzie rzucił brudne ciuchy, gdzie rozłożył swoje rzeczy. W porządku, nie narobił tu chlewu.
- Jasne, że tak. Coś się stało?
Gośka nie odpowiedziała, weszła do jego pokoju, stanęła obok stolika, popatrzyła w okna. Niewiele mogła za nimi zobaczyć - poświatę śniegu, jakiś odległy blask latarni za drzewami. Nie odwróciła się do Arka, gdy ten zamknął drzwi i stanął obok.
- W porządku, Gosia?
- Nie wiem.
Usiadła w fotelu przy stoliku. Popatrzyła na niego.
Zimny poczuł się niekomfortowo w swojej piżamie. Usiadł na łóżku naprzeciw gospodyni, bo tylko to mógł zrobić.
Patrzył, jak Wilczek przesuwa palcami po czole. Użyła do tego lewej ręki, prawą podsunęła pod udo.
- Co się dzieje? - zapytał.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, czuję się oddzielona od swojego ciała, od swoich myśli, od... Mogłabym powiedzieć, że to hormony, ale nie. To trwa od dawna, od zawsze, nasila się.
Uśmiechnęła się blado, jakby chciała, żeby te słowa nie miały takiego znaczenia, jakie ze sobą niosły.
- Wiem, Arek, nie jesteś lekarzem, żeby mnie diagnozować, nie o to mi chodzi. Prawdziwą diagnozę znam już jakiś czas... Właściwie to przyszłam, żeby powiedzieć ci coś zupełnie innego.
- Co takiego?
Wiedział, że chwyta się rzuconej przez nią deski ratunkowej. Zmiana tematu. Dała mu na to szansę, z której skorzystał.
- Zadałam ci pytanie... czy wyobrażałeś sobie swoje życie tutaj. Jak by ono wyglądało. Nie dziwię się, że tego nie robiłeś. Ale ja... ja czasem wyobrażałam sobie tutaj inne życie i... zawsze gdzieś w nim byłeś.
Zimny nie wiedział, jak zareagować na te słowa. Zaskoczyła go.
- To właściwie tyle... po prostu chciałam ci to powiedzieć.
- Cóż... dziękuję.
- Wystraszyłeś się - zaśmiała się.
- Trochę - przyznał.
- Ten twój przyjazd... Kilka razy zastanawiałam się, czy kiedyś nastąpi.
- Przyznaję, to trwało.
- Gdy tu przyjechałeś, zrobiło mi się wstyd, wiem, że to głupie, nie sądziłam, że coś takiego poczuję.
- Wstyd? Dlaczego?
- Że nic nie zrobiłam ze swoim życiem przez te wszystkie lata. Że utknęłam, że przeminę, tak wiesz, w ułamku sekundy... - Wilczek pstryknęła palcami. - Ale z drugiej strony nie mam pojęcia, jak inaczej mogłoby wyglądać moje życie. Uświadomiłeś mi to wszystko i... nie podoba mi się to. Ale też wiem, że było mi to zderzenie z rzeczywistością potrzebne. Popatrzenie na siebie z twojej perspektywy.
Gośka podniosła się z fotela. Wyprostowała się.
- Poczułem coś podobnego.
Wilczek uniosła brwi.
- W jakim sensie?
Zimnemu mówienie o tym przyszło z trudem.
- Stworzyłaś coś tylko swojego - powiedział Zimny. - Coś, co od dawna budujesz, rozwijasz, coś, co przetrwa, nawet po tym ułamku sekundy. - Teraz to Arek pstryknął palcami. - W którym wszyscy przeminiemy.
- Mówisz o domku? - zaśmiała się. - Nie ja go wybudowałam, jestem kolejnym właścicielem, który, daj Boże, nie doprowadzi tego miejsca do ruiny.
- Myślę, że jest w tym coś więcej. Ja niczego nie stworzyłem, niczego, co mógłbym po sobie zostawić.
- Licytujemy się, które z nas jest bardziej żałosne?
- Wygrałem?
- Niech ci będzie, Arek. Skoro tak bardzo tego chcesz.
- Gosia? - Arek zatrzymał Wilczek w progu. - Z kim mogę tu porozmawiać o... przeszłości?
- Matko, przez chwilę myślałam, że powiesz, że o Bogu. - Wilczek zagwizdała pod nosem. - Co masz na myśli? Historyków? Wróżki? Chociaż te raczej specjalizują się w sprawach przyszłych. - Gośka zaśmiała się, zaraz jednak spoważniała, zauważywszy minę Zimnego. - O jak odległej przeszłości mówimy?
Arek zastanowił się, to było dobre pytanie.
- Szukam kogoś stąd, kto pamięta koniec wojny...
Gośka pokręciła głową.
- Niewiele takich osób jeszcze żyje. - Wilczek się zamyśliła. - Zilmann. Mieszka tu niedaleko. Ma ponad osiemdziesiąt lat, ale może słyszał jakieś historie. Chodzi ci o te samoloty?
- Jeszcze nie wiem.
- Możesz spróbować z nim pogadać. Mijałeś go na pewno podczas swoich spacerów. Jego dom to ten, gdzie naprawiali płot...
- Pamiętam, gdzie mieszkał Marek. Kojarzę Zilmanna, wygląda tak samo jak trzydzieści lat temu.
- Masz rację. - Wilczek się zaśmiała. - Stara konserwa.
- Ktoś jeszcze przychodzi ci do głowy?
- Mógłbyś porozmawiać z Jakubem, no ale... - Gośka zaraz się wycofała z tej propozycji. - Zilmann to dobry pomysł. Zapytaj go o to, jeśli ktoś z tamtych czasów jeszcze żyje, na pewno będzie wiedział.
- Dziękuję.
- Jak będzie cię unikał, poproś o pomoc Zośkę. Polubiła cię, to ci pomoże. - Wilczek zawiesiła głos, obserwując jego reakcję.
- No tak - powiedział Zimny. - Tak zrobię. A twoja mama?
Zobaczył, jak Gośka zaciska usta. Uciekła wzrokiem.
- Nie jest w dobrym stanie - powiedziała. - Ma lepsze i gorsze dni... Powoli odchodzi.
Wilczek uśmiechnęła się smutno.
- Przykro mi.
- Ale możesz do niej podjechać, jasne... możesz spróbować, może to na nią dobrze wpłynie?
Zimny skinął głową.
- Dziękuję.
- To czego szukasz w tej przeszłości?
- Pod Szczelińcem odkryto szczątki sprzed kilkudziesięciu lat.
Wilczek oparła się ciężko o ścianę.
- Tylko tego brakowało - powiedziała. - Co to za szczątki?
- Mężczyzna. Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie go zakopano. Myślę, że sporo czasu temu.
- Wojna?
- Nie... nie aż tak.
Gośka pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Słyszałaś o jakimś zaginięciu w okolicy? - zapytał Zimny.
- Sprzed kilkudziesięciu lat? Równie dobrze mogę zadać to pytanie tobie.
- Nie przypominam sobie takiej sprawy - powiedział Zimny. - Dlatego pytam.
- Nie wiem. - Gośka złożyła ręce na piersi. - Były jakieś zaginięcia, morderstwa i samobójstwa w okolicy. Ale nie wiem, jak można by to połączyć.
- W porządku.
- Co tu się dzieje, Arek?
- Nie mam pojęcia.
- Jak tak dalej pójdzie, nikt nie będzie chciał do nas przyjeżdżać.
- Myślisz?
- W sumie nie. Pewnie będę miała jeszcze więcej rezerwacji.
- Czyli to twoja akcja promocyjna? - zażartował Zimny.
Wilczek się roześmiała.
- Niech mi pan to udowodni, inspektorze. - Gośka mrugnęła do Arka i wyszła z pokoju.
Zimny uśmiechnął się do siebie i położył się do łóżka. Zgasił nocną lampkę. Przez długi czas nie potrafił zasnąć. Myślał o sprawie. Myślał o Gabrielu.
Gdy w końcu odpłynął, śniła mu się stojąca na śniegu łania. Krwawiła. Czerwień rozlewała się wokół niej, topiąc biały kobierzec lodu. Patrzył na nią, nic nie robił, tylko na nią patrzył.
*
Obudziło go odległe stuknięcie. Nie wiedział, czy to echo snu, czy źródło dźwięku miało miejsce na jawie. Otworzył oczy. Musiał się zwlec z łóżka, ale nie był w stanie. Walczył ze sobą dłuższą chwilę. Stopy wylądowały na podłodze, sapnął, gdy poczuł ból w kręgosłupie. Mięśnie przez noc się zastały, skurczyły, teraz stawiały zacięty opór.
- Starość, kurwa.
Przecież nie był stary. Ludzie dekadę, nawet dwie starsi od niego byli w o wiele lepszej formie. Sam sobie zgotował ten los. No, częściowo.
Wstał, rozciągnął mięśnie pleców na tyle, na ile potrafił. Poczłapał do łazienki. Gdy wrócił, ubrał się, wziął swoje codzienne leki i popił dużą ilością wody. Łyknął też tabletkę przeciwbólową. Miał nadzieję, że pomoże na dokuczające mięśnie i stawy.
Krótko przeglądał wiadomości w telefonie. Pisała prokurator Kordek. Zdała mu relację z przetrząśnięcia domku Chudego, przesłała dokumentację od patologów. Wierzbicka też napisała kilka słów. Zapowiedziała, że go odwiedzi.
Schodząc na dół, słyszał głos Gośki. Rozmawiała z kimś. Przypomniał sobie, że nie byli już sami. W nocy miała przyjechać turystka. Arek zatrzymał się, obrócił na pięcie. Nie miał ochoty na nowe znajomości.
- Gdzie się wybierasz?
Gośka musiała usłyszeć żałosne skrzypienie schodów konających pod jego ciężarem.
- Zapomniałem czegoś z pokoju.
- Nie wygłupiaj się.
- Cholera.
Zimny starał się schodzić pewnym krokiem, nie pokazując, że ledwo się rusza. Gośka zniknęła w kuchni. W końcu i on dotarł do drzwi i przekroczył próg.
- Dzień dobry - powiedział.
Nie spojrzał na osobę, która siedziała przy stole. Ta nie odpowiedziała na powitanie.
Zimny z ciekawości spojrzał na nowego gościa Domku pod Lasem.
Dziewczyna skinęła mu głową.
- Cholera - powiedział odruchowo.
- Znacie się? - Gośka uniosła brwi.
- Jestem jego nieślubną córką. Nie przyznaje się do mnie - powiedziała łamiącym się głosem dziewczyna.
- Nie jest moją córką.
- Mówiłam? Idzie w zaparte.
Wilczek się zaśmiała.
- Zostawię was. Macie pewnie do pogadania, jak to córka z ojcem.
Rozbawiona Gośka popatrzyła na Zimnego i wyszła z kuchni. Arek podszedł do kuchennego blatu, przygotował sobie herbatę.
- Chyba ją lubię.
- Kłamiesz, nikogo nie lubisz - powiedział komisarz.
Podszedł do stołu, usiadł naprzeciw Marty.
- Masz rację. Ale myślę, że jestem w stanie ją tolerować.
- Jesteś wspaniałomyślna. Po co przyjechałaś?
Marta milczała, ugryzła kawałek chleba, żuła go dosyć długo. Patrzyła, jak Zimny przygotowuje sobie kanapkę.
- Wyglądasz, jakbyś miał zejść - powiedziała.
- Tak się czuję.
- I wyglądasz - przypomniała.
- Dobrze, dziękuję, że to doprecyzowałaś. Pytałem, po co przyjechałaś.
- Zaprosiłeś mnie.
- Nic takiego nie pisałem.
- Dobrze wiedziałeś, że się w to wciągnę.
Miała rację, wiedział. Może nawet chciał, żeby przyjechała, choć nie wierzył, że się na to zdecyduje. Zdał sobie sprawę, że ucieszył go jej widok. Wiedział jednak, że nie może jej tego okazać.
- Stara miłość nie rdzewieje?
- Nie rozumiem. - Zimny zamarł z kubkiem przy ustach.
- Widziałam, jak na nią patrzysz.
- Prowokujesz. Patrzę na nią tak samo jak na ciebie.
- Oby nie. - Marta zrobiła minę, jakiej się nie spodziewał. - Żeby jednak coś z tego było, to i tak ona będzie musiała wykonać pierwszy krok.
- Skończ już.
- W porządku, szefie. Nie powinieneś się tak denerwować. Możesz dostać kolejnego zawału. Statystyki mówią, że tego już nie przeżyjesz.
- Nie jestem twoim szefem.
- Będziesz musiał zapłacić za mój pobyt tutaj. Przyda się też kieszonkowe, spokojnie - uniosła uspokajająco dłonie - będę zbierać rachunki.
- W porządku.
- Cholera, wiedziałam. - Marta przetarła rękawem usta. - W takim razie kieszonkowe będzie spore.
- Masz dwa dni.
- Myślisz, że jestem cudotwórczynią? Chcesz rozwiązać sprawę w dwa dni?
- Potrzebujesz trzech?
Wiedział, że potraktuje to jako wyzwanie.
- Mogą być dwa, ale dziś potraktujmy jako rozgrzewkę.
Zimny spojrzał uważnie na dziewczynę.
- Coś mi się wydaje, że już jesteś po rozgrzewce.
Dziewczyna się zaśmiała.
- Trudno coś przed tobą ukryć.
- Z czym przyjechałaś?
Marta odsunęła od siebie talerzyk. Zimny zauważył, że kromka była ledwie nadgryziona. Dziewczynie też zdążył się już przyjrzeć. Od ich ostatniego spotkania sporo schudła. Skróciła też włosy. Domyślił się, że nie za bardzo lubiła je myć i czesać. Pewnie szkoda jej było na to czasu.
Marta przechyliła głowę.
- Co wynika z twoich obserwacji?
- Wnioski zostawię dla siebie.
- Niech będzie. - Wzruszyła ramionami. - Cieszę się, że tłumisz w sobie instynkt ojcowski.
- Wciąż nie wiem, za co ci płacę.
Teraz się zaśmiała.
- W porządku. Widziałam wczoraj trzech kolegów Chudego. Spotkali się w knajpie, żeby pogadać. Posłuchałam ich chwilę. Wydaje się, że nie wiedzą, co się stało z Chudym.
- Ten wniosek wyciągnęłaś tylko na podstawie ich rozmowy?
- Oczywiście, że nie. Prześwietliłam ich, wiem nawet, jakie porno lubią.
Zimny milczał.
- Nie zapytasz jakie?
- A ma to związek ze sprawą?
- Nie ma - przyznała. - Dwóch z nich to kompletne pierdoły, oni też nie mają związku ze sprawą.
- A trzeci?
- Trzeci... - Marta zapatrzyła się w talerzyk, jakby zastanawiała się, czy ma ochotę na odłożoną kanapkę. Raczej nie miała. - Z tym trzecim mam problem. Niby jest w sieci, ale tak naprawdę go nie ma.
- Co to znaczy?
- Udziela się na grupie lokalnych świrów, ale nic poza tym. Jakby włączał komputer tylko na chwilę, żeby przeczytać komentarze i zostawić jakiś swój. Poza tym... duch.
- Wiele jest takich osób.
- Pewnie - przyznała. - Przejrzałam ich forum. Jako jedyny nie skomentował postów Webbera. Przyglądał się, ale nie wziął udziału w dyskusji.
Zimny się zastanowił.
- Uważasz to za dziwne?
- Zawsze gdzieś wciskał swoje pięć groszy, w każdą dyskusję. Krótko, zwięźle, ale musiało stanąć na jego. Facet sprawia wrażenie, że wie więcej od innych i że wie o wszystkim. Poza tym... Uważałabym na niego.
- Dlaczego?
- To nie jest frajer, jak tamci. Jest czujny. Wyszedł z knajpy wcześniej. Czekał na zewnątrz, chciał pokazać, że wie, że im się przysłuchiwałam.
- Jesteś pewna? - Zimny uniósł dłoń, powstrzymując Martę przed komentarzem. - Jasne, że jesteś, inaczej byś tak nie powiedziała.
- Już myślałam, że we mnie wątpisz.
- Kto to jest?
- Leon Góralczyk. Coś ci to mówi?
Zimny milczał.
- Czyli tak. Skąd go znasz?
- Pojawił się... Znaleźliśmy razem ciało Webbera.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? - Dziewczyna przewróciła oczami.
- Powiedziałaś, że Góralczyk wie albo sprawia wrażenie, że wie więcej od innych. Skądś tę wiedzę musi czerpać. Wyobrażam sobie, że ci kolesie wciąż siedzą w internecie, grzebią i szukają. Zostawiają w ten sposób ślady.
- Masz rację.
- Góralczyk tego nie robi?
- Oczywiście, że tak. Tylko jeszcze nie wiem, w jaki sposób.
- Ukrywa się w sieci? - zgadywał Zimny.
- Raczej prowadzi podwójne życie.
- Co masz na myśli?
Dziewczyna znów przewróciła oczami.
- Druga meta, stamtąd łączy się ze światem. Jest ostrożny, i to chyba od bardzo dawna.
- Można być aż tak ostrożnym przez tak długi czas?
- Można.
Zimny właściwie odpowiedź na to pytanie miał przed sobą. Gdyby Marta chciała zniknąć, rozpłynęłaby się w powietrzu. A jeśli by chciała, zabunkrowałaby się gdzieś obok i nawet nie wiedziałby o jej istnieniu.
- Po co Góralczyk się ukrywa?
- Bo jest świrem? Bo wietrzy teorie spiskowe? Bo chce mieć pewność, że gdy przyjdzie czas, będzie mógł zniknąć?
Arek trawił to wszystko dłuższą chwilę.
- Dobrze go znasz? - zapytała.
- Znałem... kiedyś, dawno temu. Nawet wtedy niezbyt dobrze.
Milczeli przez jakiś czas. Marta wyraźnie na coś czekała.
- Sugerujesz, że to on może być... Gabrielem?
- Nic nie sugeruję. - Dziewczyna zmarszczyła nos. - Na aniołka raczej nie wygląda.
- A na diabła?
Rozśmieszył ją.
- Jeśli wierzysz w lokalne zabobony...
- Co z Chudym? - zmienił temat. Wczoraj wysłał do Marty informację o tym, co wydarzyło się na Szczelińcu. Wiedział, że tym też się zajęła. - Po wszystkim byłem w jego mieszkaniu. Zniknął laptop, wcześniej zapewne telefon.
- Chudy nie trzymał nic w chmurze, nie ma śladu na zewnętrznych serwerach. Jeśli coś było na dysku komputera, to zniknęło. To, co zostawił w sieci... Potrzebuję czasu, żeby się przez to wszystko przebić. Wypadki samolotowe, w każdym razie, nie były jego konikiem.
- Wiesz coś więcej o Webberze?
- Niby tak. Pojawił się w sieci miesiąc temu. Stworzył swój profil w social mediach. Przygotował go dla tych, którzy mieliby szukać głębiej. Wspinaczka, bieganie, historia, pocztówki i zdjęcia. Wiarygodny profil faceta w średnim wieku, który ma zajawkę na tajemnice i zagadki.
- Po co go stworzył?
- Żeby ich zainteresować, uwiarygodnić swoją opowieść.
- Profil ciągle istnieje?
- Nie, zniknął kilka godzin po jego śmierci.
Inspektor uniósł brwi.
- Ktoś się włamał i go usunął? - Zimny wolał dopytać.
- Nie sądzę.
- Czyli Webber nie działał sam.
- Na to wygląda.
Arek oparł się ciężko na krześle.
- Wydasz mi teraz dyspozycje, szefie?
Wyczuł w jej głosie nutę ironii.
- Nie, zapytam raczej, co planujesz.
- Pozwalasz mi iść za moim nosem?
- Dopóki to... - Chciał powiedzieć, że dopóki to będzie dla niej bezpieczne, ale ugryzł się w język. Nie był jej ojcem, nie miał wpływu na to, co zrobi. - Dopóki to ma sens. Co planujesz?
- Webber, Chudy i Góral.
- Nie wspomniałaś o Gabrielu. Uważasz więc, że jest nim Góral albo... że był nim Chudy.
- Wyjdzie w praniu.
- Jak chcesz sprawdzić Górala?
- Poznam jego drugie życie. Każdy popełnia błędy, bez wyjątku. Góral też na pewno jakiś popełnił. Nawet jeśli nie chce, wpuści mnie do swojego świata.
- Uważasz, że to ważne? - zapytał Zimny.
Popatrzyła na niego uważnie.
- Brakuje ci dystansu wobec dawnego znajomego? - zapytała.
- Nie wiem, może.
- Uważam, że to ważne. Ty też tak sądzisz.
- Masz rację.
- Prędzej czy później będziesz musiał z nim pogadać.
- Wiem.
Marta wstała od stołu, podeszła do kredensu, na którym stał termos z kawą. Dolała sobie. Popatrzyła w stronę okna i zmarszczyła brwi.
- O co chodzi? - zapytał Arek.
Nie odwracał się, spodziewał się, że pod oknem znów stoi miejscowy pismak.
- Na dachu mojego samochodu leży but - powiedziała.
- Cholera.
Zimny spojrzał za siebie. Po drugiej stronie ulicy zobaczył wóz, a na dachu but. Brązowy but, którego prawy odpowiednik widział poprzedniej nocy.
- Twój? - zapytała.
Zimny pokręcił głową.
- Chudego - odpowiedział.
- O kurwa! - Marta się zaśmiała. - To jest naprawdę zajebiste.
Wróciła jak gdyby nigdy nic do stołu. Sięgnęła po plecak i wyjęła z niego laptopa. Całkowicie straciła zainteresowanie Zimnym.
Arek dopił herbatę. Przez ten czas przypatrywał się dziewczynie. W końcu wstał, wymył kubek i odstawił go na suszarkę.
Zatrzymał się w progu i odwrócił do Marty.
- Uważaj na siebie. Mówię to jako twój pracodawca. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
- Nie musisz się o mnie martwić.
- Podobno każdy popełnia błędy, bez wyjątku - przypomniał.
Nie odpowiedziała. A właściwie jednak tak - wyciągnięty środkowy palec był czytelnym sygnałem, co myśli o jego ostrzeżeniu.
*
Udało jej się wejść do budynku. Zrobiła to dyskretnie, wiedziała, dokąd iść, wiedziała, o której pracownicy domu opieki się wymieniają. Okienko czasowe wyliczyła na jakiś kwadrans. Tyle musiało jej wystarczyć na rozmowę, którą planowała.
Weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
- Mamo?
Leżąca na łóżku kobieta odwróciła się do niej z widocznym wysiłkiem. Wyciągnęła chudą szyję, białą, z liniami niebieskawych żył. Chwilę patrzyła w jej stronę, w jej oczach dostrzegła dezorientację.
- Mamo, to ja.
- Córcia?
- Tak, mamo, jak się czujesz?
- Oj... dobrze. Bywało lepiej, ale dobrze.
Nie zapalała światła. Poranek był szary, w pokoju panował półmrok. Sięgnęła po krzesło, przysunęła je do łóżka i na nim usiadła. Dotknęła dłoni kobiety. Ta drgnęła, ale ręki nie zabrała. W jej oczach wciąż widziała niepokój.
- Śnieg pada, mamo. Ładnie zrobiło się na dworze. Bardzo ładnie. Dawno nie byłyśmy na sankach. Pamiętasz, jak jeździłyśmy na sankach?
Bruzda na czole staruszki się wygładziła. To było ryzykowne zagranie, ale się opłaciło. Kobieta uciekła myślą w przeszłość, w dobre wspomnienie.
- Pamiętam, jak się cieszyłaś, gdy zjeżdżałaś z górki przy domu.
- Cieszyłam się, bardzo. Brakuje mi tego.
Uścisnęła dłoń leżącej. Zimną dłoń, właściwie pojemnik na kości pokryty pomarszczoną, delikatną skórą. Nie przestawała się uśmiechać do leżącej, choć musiała pamiętać, by uśmiech był w odcieniu smutku, tak jak uśmiechała się córka kobiety.
- Nie było cię dawno, córciu.
- Dużo spraw, mamo. Spadło mnóstwo śniegu, a jeszcze tyle napraw w domu. Drewna mi nawieźli, ale nie było komu tego poukładać. I w ogóle dużo się dzieje. Ale jestem, mamo.
- Jesteś. Bardzo się cieszę.
Kobieta po raz pierwszy się uśmiechnęła. W jej oczach nie było już niepewności i pytania. Zaakceptowała ją, bo chciała zaakceptować. Potrzebowała córki, a teraz ją miała.
- Radzisz sobie, córeczko?
- Tak, mamo. Radzę sobie bardzo dobrze.
- Zawsze byłaś dzielna. Zawsze widziałam to w tobie. Siłę masz po babci. Obie jesteście takie do siebie...
W oczach kobiety znów pojawiły się niepokój i dezorientacja. Wzrok błądził po twarzy córki, zadrżały dłoń i głowa.
- Masz rację, jesteśmy do siebie z babcią podobne.
Kobieta milczała.
- Wszystko dobrze, mamo?
- Czasem, dziecko, wszystko mi się miesza. To ty, prawda, Gosiu?
- Ja, mamo. Nie przejmuj się. Ma prawo ci się wszystko mieszać. Ale to nic. Wszystko dobrze, jesteś tu bezpieczna.
- Bezpieczna. - Powtórzone słowo przypominało martwe echo. - Jesteś pewna?
Usta kobiety zadrżały, zacisnęła je w dwie bladosine kreski.
- Mamo?
- Śni mi się - wyszeptała kobieta. - Wciąż mi się to wszystko śni. Tamten mężczyzna...
- Musisz o nim zapomnieć, mamo. - Pozwoliła sobie na stanowczy ton. - To bardzo ważne. Ktoś może niedługo do ciebie przyjść, pytać o niego. Nic nie mów. Powiedz, że nic nie pamiętasz. Uwierzy.
- Ale ja to wszystko pamiętam, bardzo wyraźnie... Inne rzeczy są za mgłą, ale tamte... Przychodzą, choć ich nie chcę. Jakby się wydarzyły wczoraj, dziś.
- Mamo, słuchaj mnie uważnie. - Uścisnęła mocniej dłoń kobiety. - Nie mów nikomu o przeszłości. Nie mów nikomu o tym, co się stało pod Szczelińcem. Nigdy. Nawet ze mną o tym nie rozmawiaj. Czy możesz mi to obiecać?
Trudno było jej wytrzymać to nieruchome, wodniste spojrzenie.
- Obiecuję. Nikomu nie powiem, nie mogłabym... Nie potrafiłabym o tym nikomu opowiedzieć. Wiem, czym to grozi. To Martwa Góra, córeczko. Ona musi mieć tajemnice.
Skinęła głową. Dotknęła włosów kobiety, przesunęła po nich dłonią. Jakby to były włosy jej matki. Nachyliła się, pocałowała leżącą w czoło.
- Idziesz już, córuś?
- Wrócę. Niedługo znów się zobaczymy.
- Dobrze. Zdrzemnę się jeszcze. Jestem zmęczona, nawet nie wiesz, jak bardzo jestem zmęczona.
Wyszła na korytarz. Przemknęła w stronę tylnego wyjścia. Już na dworze wciągnęła w płuca mroźne powietrze. Zauważyła, że się trzęsie. Uniosła dłonie i na nie spojrzała. Wydawały się obce. Zupełnie jak wtedy, ponad trzydzieści lat temu, gdy zaciskała je na gardle mężczyzny, który wciąż śnił się po nocach kobiecie z domu opieki.
*
Zimny wpatrywał się w but od dłuższej chwili. Przechylił głowę, jakby to mogło mu pomóc dopasować doń konkretnego właściciela.
- Tego się nie spodziewałam.
Inspektor przeniósł wzrok na Wierzbicką.
- Naprawdę? - zapytał.
- To znaczy, spodziewałam się, że ten but gdzieś wypłynie, to się aż prosiło o podobne rozwiązanie. Ale nigdy nie obstawiłabym, że znajdziemy go na dachu samochodu.
- A gdzie mieliśmy go znaleźć?
Wierzbicka się zawahała. Może znowu poczuła, że jest poddawana testowi. Zimny jednak pytał ze zwykłej ludzkiej ciekawości.
- Przy kolejnym trupie?
- Dobre, jak powiedziałaby moja znajoma. Może jednak kolejnych trupów nie będzie?
- Wierzysz w to?
- Czy ja wiem... - Zimny się skrzywił.
- Zapakuję go, chyba że potrzebujesz jeszcze chwili, żeby go pokontemplować.
- Zapakuj go.
Wierzbicka wyciągnęła plastykową torbę, a gdy but w niej wylądował, szczelnie ją zamknęła.
- To trochę niepokojące. Jeśli to zabójca Chudego, to naprawdę ma coś z głową. Skrzydła już mu nie wystarczają? Teraz będzie podrzucał buty ofiar?
- Lepsze buty niż palce, członki czy inne takie...
- W sumie masz rację - zaśmiała się cicho Wierzbicka. - Tak sobie myślę, że obok domku zainstalujemy jakąś fotopułapkę. Może ten popapraniec jeszcze tu wróci?
- Z nowym butem?
- Na przykład.
- Jak uważasz.
- A! Chciałam ci przekazać, że Mroczek, nasz technik, znalazł pod szczątkami broń. Walther, ale nie z Łucznika. Niemiecki. Co więcej - zachowała się metka z ubrania. Też niemiecka.
- Udało się Mroczkowi ustalić, kiedy go zakopano?
- Celuje w trzy dekady. Mniej więcej.
- Trzy dekady... mniej więcej. - Zimny wiedział, gdzie był ponad trzy dekady temu. Niedaleko stąd, w Radkowie.
- Co inspektor o tym myśli?
- Że ponad trzydzieści lat to szmat czasu, ludzie potrafią się mocno zmienić.
- Masz kogoś konkretnego na myśli?
Zimny spojrzał na aspirantkę.
- Siebie. Mam na myśli przede wszystkim samego siebie.
Wierzbicka skinęła głową, choć chyba nie za bardzo wiedziała, co Zimny chce w ten sposób przekazać.
- Jakie plany na dzisiaj? - zapytała.
Zimny rozważał coś przez chwilę.
- Trzeba zajrzeć w przeszłość.
- Mówisz o tym trupie z bronią?
- W trochę dalszą przeszłość. Zaczynamy od przyczyny, nie od skutku.
Wierzbicka zastanowiła się, w jak odległą przeszłość chce zajrzeć Arek, żeby odnaleźć ową przyczynę i skutek.
- Jak chcesz to zrobić?
- Porozmawiamy z kimś, kto może pamiętać coś z tamtych czasów.
Wierzbicka odruchowo spojrzała w bok. Od razu domyśliła się, o kim mówi inspektor Zimny.
*
Patrzył przez okno w stronę deptaka. Spodziewał się tej wizyty, choć na widok mężczyzny i kobiety zmierzających w stronę furtki zaklął pod nosem.
- Jasna cholera, diabli ich nadali...
Zasunął zasłonę, obserwował tę dwójkę jeszcze przez firankę. Mógł ich zbyć, ale nie daliby mu spokoju. Zwłaszcza ten cholerny chłopak od Zimnych. Musiał odbyć tę rozmowę, żeby dali mu spokój. Rzuci im kilka ochłapów, może po tym wrócą, a może już nie, gdy zorientują się, że żaden z niego rozmówca.
Drgnął, usłyszawszy dzwonek. Znów zaklął. Podwinął rękawy flanelowej koszuli i ruszył do przedpokoju. Otworzył drzwi i spojrzał na nieproszonych gości. Tym wzrokiem potrafił zmieszać niejednego. Chłopaka od Zimnych nie zmieszał. Tamten patrzył mu prosto w oczy.
- Czego chcecie?
- Dzień dobry panu, aspirant Natalia Wierzbicka, chcemy z panem porozmawiać. Możemy? - Młoda policjantka wzięła na siebie ciężar pierwszej wymiany zdań. Pewnie taką taktykę sobie te psy umyśliły.
- Ja z wami nie mam o czym gadać.
- Ale my z panem mamy - odezwał się Zimny.
Stojąca obok niego kobieta zacisnęła usta. Czekała, co z tego wyniknie.
- I co mnie to obchodzi?
- Coś jednak pana obchodzi. Gdyby pan nie chciał gadać, to nawet nie pofatygowałby się pan do drzwi.
Stary znów zaklął w myślach. Z Zimnymi zawsze były kłopoty.
- Pytaj.
- Śniegu panu do domu naleci.
- Wolicie gadać przez zamknięte drzwi?
Inspektor się zaśmiał.
- Zna pan tę historię samolotu, co rozbił się na torfowisku obok Dusznik?
- Coś mi się o uszy obiło. Nie interesowałem się tym.
- Więc nie wie pan, kto nim leciał?
- Słyszałem plotki. Ludzie szukają sensacji tam, gdzie jej nie ma. To tak jak z tym złotym pociągiem; nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko żeby go całe życie gonić.
- Pana rodzice mieszkali tutaj wtedy, gdy ten samolot się rozbił. Na pewno coś mówili.
- Nie byli rozmowni. A za dzieciaka to człowiek dużo rzeczy słyszał, i to same głupoty były. Pan coś pamięta, jak dzieckiem był?
- Dużo. Pamiętam, jak miałem osiem lat, kradłem z pana sadu jabłka. Rzucił pan wtedy we mnie widłami.
- Gdybym naprawdę chciał nimi trafić, to do dzisiaj nie usiadłbyś na dupie! - Stary się zdenerwował.
Wierzbicka uniosła dłoń do ust, żeby nie parsknąć śmiechem.
- To co wtedy się mówiło o tym samolocie, powie pan?
Zilmann się wykrzywił. Spojrzał ponad głowami policjantów na deptak. Warknął coś i wszedł do domu. Drzwi zostawił otwarte.
Arek przepuścił Wierzbicką. Po chwili oboje byli w środku. Zimny zdał sobie sprawę, że nie czuje jakiejś ogromnej różnicy temperatur pomiędzy podwórzem a wnętrzem budynku. Może w ten sposób Zilmann się konserwował, a może był sknerą i oszczędzał na ogrzewaniu.
Weszli do kuchni, tu już było cieplej. Pewnie gospodarz spędzał w tym pomieszczeniu najwięcej czasu. Duże okno wychodziło na deptak. Stary miał stąd w zasięgu wzroku kilkusetmetrowy odcinek, wszystkie budy swoje i te należące do sąsiadów. Pewnie często tak stał, popatrując na to karłowickie dominium.
- Krótko będziecie, to nie proponuję nic do picia.
- Możemy usiąść? - zapytała Wierzbicka.
Stary wzruszył ramionami. Odwrócił się od nich w stronę kredensu. Nalał sobie wody mineralnej do szklanki.
Zimny milczał, Wierzbicka nie zdecydowała się na zagajenie rozmowy. Uznała, że inspektor ma na nią jakiś swój pomysł. Prawdę mówiąc, nie wiedziała, jak podejść starego i sprawić, żeby zaczął mówić coś, co ich zainteresuje. Rozejrzała się. Na ścianach wisiało kilka zdjęć. Rodzina starego. Rozpoznała na jednym z nich młodą Zośkę Zilmann. Obok stał jeszcze młody przystojny chłopak. Może jej brat? Na meblach za to stały rzeźby - większe i mniejsze, anioły i diabły. I te, i te miały skrzydła.
Zilmann przełknął kilka łyków. Aspirantka patrzyła, jak na jego chudej, pomarszczonej szyi pracuje grdyka. Odgłos, jaki wydawał, kojarzył jej się z przełykającym rybę pelikanem. Skrzywiła się. W tym momencie gospodarz łypnął na nią okiem. Głupio skinęła mu głową. Musiała się zaczerwienić jak dziewczynka.
Stary usiadł po przeciwnej stronie stołu. Odstawił pustą szklankę na blat. Stuknęła, bo zrobił to niedbale i z dużą siłą.
Mimo wieku facet wciąż był w formie. Aspirantka widziała jego żylaste przedramiona. Pod siwymi włosami wyrastało kilka ciemnych blizn, mężczyźnie brakowało też koniuszka palca u lewej dłoni. Stolarz podobno też myli się tylko raz.
- O który samolot wam chodzi?
- O ten z okolic Zieleńca. Podobno rozbił się na początku maja czterdziestego piątego roku.
- Wiele osób widziało, jak spadł gdzieś na torfowisko. Czasy były takie, że nikt się tam nie zapuszczał. Niebezpiecznie było chodzić po lasach. To wszystko, co wiem.
- I dla tych kilku zdań zaprosił pan nas do środka? - Zimny uniósł brwi w udawanym zdziwieniu.
- Bo wiem, że będziecie drążyć, a stać mi się w progu nie chce.
- Więc drążmy - powiedział inspektor. - Uratował się ktoś z tego samolotu?
- Ktoś widział dwa spadochrony, ale zawsze ktoś coś widzi, nawet jak tego nie ma.
- A ten ktoś napotkał ocalonych? - zapytała Wierzbicka.
Zilmann spojrzał na szklankę. Może pożałował, że wypił wszystko duszkiem. Arek Zimny też zerknął na tę szklankę. Zastanawiał się, czemu starego tak nagle zaczęło suszyć.
- Słyszał pan od kogoś o tych, którzy wyskoczyli z samolotu?
- Pyta pan, czy tam był Hanke? Ten wcielony diabeł?
- A był?
- Niech pan w to nie wierzy. Wymyślili to ci, co wydobyli szczątki z torfowiska. Ludzie dla sławy i zainteresowania innych nie cofną się przed niczym. Wymyślili sobie ucieczkę kata Breslau, żeby mieć tu, w okolicy swój własny złoty... samolot. Opowiadają historyjkę, że Hanke uciekł z Wrocławia, że się tu rozbił, że pewnie miał coś cennego ze sobą, skarby lub tajemnice, które wywiózł z Wrocławia. Mechanizm jest ten sam co zawsze.
- Jaki? - zapytała Wierzbicka.
- Mówiłem, nie o to chodzi, żeby zajączka...
- Złapać, tylko go ścigać - dokończył Zimny.
- Właśnie. Po tych moich jabłkach pewnie taki mądry, co?
- Wtedy, jak pan był dzieckiem, też mówili o Hankem?
- Nie.
Stary odpowiedział szybko, za szybko. Spodziewał się tego pytania i miał przygotowaną odpowiedź, która parzyła go w gardle.
- A o kim mówili?
- O pilotach. Dwóch.
- Gdzie spadli?
Stary cmoknął.
- Tutaj ich przywiało, panie Zilmann, prawda? Pod górę.
Stary popatrzył na Zimnego.
- Niby tak. Ktoś znalazł spadochrony. Dwa. Jeden był strasznie zakrwawiony. To wszystko.
- Gdzie je ten ktoś znalazł?
- Pod górą, sam powiedziałeś.
- W którym miejscu. Na Szczelińcu Małym?
Stary wzruszył ramionami.
- Może i tak, nie ja je znalazłem.
- A kto je znalazł?
Gospodarz skrzywił się, ale z jakimś cynicznym uśmieszkiem.
- Taki jeden.
- Pamięta pan, jak się nazywał?
- Hans Kloss.
- Też lubię ten serial - powiedział Zimny bez cienia irytacji.
- To było kopę lat temu. Jak mam pamiętać?
- Z kim możemy jeszcze o tym pogadać, kto pozostał w okolicy i ma lepszą pamięć?
- Policja jesteście, sami szukajcie. Ja wam mam pomagać ludzi nagabywać i dupę im zawracać?
- Ważne, że jest kogo szukać. - Zimny się uśmiechnął.
Stary zacisnął szczęki.
Wstali od stołu. Wierzbicka zdała sobie sprawę, że podczas tej rozmowy się spociła. Czuła, że Zilmann nie mówi im wszystkiego. Nie wiedziała jednak, z czego to wynika. Z jego charakteru, wrodzonej podejrzliwości i niechęci do rozmowy z policją czy kryje się za tym coś więcej?
Znaleźli się w korytarzu. Stary odprowadził ich do drzwi, jakby chciał się upewnić, że się gdzieś nie zawieruszą.
- Struga pan dalej aniołki?
- Nie.
Starego może zaskoczyło to pytanie, ale nie dał tego po sobie znać.
- A diabły?
Tym razem Zilmann się zaśmiał.
- A to nie to samo? - zapytał.
Zimny nie odpowiedział, wyszedł za próg.
- Jabłka miał pan najlepsze w okolicy.
- Dalej mam, a widły najostrzejsze.
- Będę pamiętał.
Arek ruszył do furtki. Wierzbicka ukłoniła się gospodarzowi i ruszyła za inspektorem. Stary z hukiem zamknął za nimi drzwi.
Stanęli na deptaku.
- Wiedziałeś, jak z nim rozmawiać.
- Też byś wiedziała.
- No nie wiem, jest w nim coś, co mnie paraliżuje. Zbyłby mnie.
- Nie, powiedziałby dokładnie to samo. To, co chciał powiedzieć.
- Wydaje mi się, że jednak powiedział coś więcej, niż chciał. - Wierzbicka spojrzała na inspektora. - Mam rację?
Zimny się uśmiechnął.
- Niby co takiego? - zapytał.
- O tym, że jest w okolicy ktoś, kto może coś wiedzieć o tamtej katastrofie.
Arek skinął głową.
- Coś jeszcze?
Wierzbicka gorączkowo myślała. Chciała się wykazać, ale nie miała teraz jakiegoś oczywistego pomysłu na to, co między wierszami można było wyczytać z gadki Zilmanna.
- Co on chciał nam przekazać?
Wierzbicka odwróciła się ku domowi starego. Popatrzyła w okna od strony kuchni. Miała wrażenie, że mężczyzna stoi za firanką i na nich zerka.
- Dwa, dwóch, dwa... - Akcentował to, jakby chciał, żeby nie było wątpliwości.
Arek skinął głową, zrobił to zwyczajnie, ale ona potraktowała to jako ogromny komplement. Aż się w środku rozpromieniła.
- Może się mylę, ale być może było więcej niż dwóch pasażerów tego samolotu - powiedział Zimny.
Tak się skoncentrowała na swoim małym sukcesie, że dopiero po chwili dotarło do niej, co to oznacza.
- Ktoś jeszcze wyskoczył z samolotu. To jest dla niego tak ważne, żeby to nie wyszło? Dlaczego? Chodzi jednak o Hankego? To on był tym trzecim?
Arek wolno pokręcił głową.
- Być może Hanke był jednym z tej trójki, ale chodzi raczej o coś innego.
Wierzbicka zastanowiła się nad tymi słowami. Nad tym, o kogo mogło chodzić i jaki wpływ miało zdarzenie z przeszłości na teraźniejszość.
Jakby zderzyła się ze ścianą. Szarpnęło nią, zawirowała. Ogromna siła wytłoczyła jej powietrze z płuc. Miała wrażenie, że nie uda jej się znowu nabrać oddechu.
To stało się błyskawicznie. Gdzieś nad jej głową przesunęły się skrzydła bombowca. Ryk silników dudnił pod czaszką. Obróciła głowę, szukając brata. Zauważyła smugę dymu i ogień, którym zajął się silnik.
- Matthias...
Krzyk zdusił wiatr. Kolejny raz nią obróciło. Wyrosła pod nią ziemia, zakołysała się pod stopami jak żywa. Emily szarpnęła za linkę. Znów wydusiło jej powietrze z płuc, nad głową rozłożyła się biała szeleszcząca kopuła.
Spadochron poderwał ją do góry, wyhamował gwałtowny spadek. Próbowała spojrzeć w tył. Zwisała jak bezwładna lalka, nie potrafiła wystarczająco się obejrzeć, wszystko niknęło w szarości, wszystko oprócz rozpędzonego, płonącego bolidu, który pikował w stronę odległego lasu.
Jest! Matthiasowi także udało się wyskoczyć. Spadochron długo się nie otwierał, jednak w końcu i nad nim wyrosła biała, rozdęta powietrzem płachta.
Musiała teraz zadbać o siebie, musiała zrobić wszystko, żeby bezpiecznie wylądować. Wiatr był silny, wpadła w powietrzny strumień, który skierował ją w stronę płaskiej jak stół góry.
Wszędzie widziała tylko las, strzeliste drzewa gęsto pokrywające pagórki. Wśród drzew zamajaczyło kilka budynków. Pod płaską górą wyłonił się lśniący pas polany. Był niedaleko. Musiała zrobić wszystko, żeby na niej wylądować. Tam było bezpiecznie.
Znów sprawdziła, gdzie jest Matthias. Był niżej, chyba wybrał to samo miejsce. Ta myśl sprawiła, że się uspokoiła. Mogła wreszcie skoncentrować się na zadaniu. Odnajdą się tam, na dole, a gdy to się stanie, wszystko będzie już dobrze.
Emily zauważyła rozbłysk wiele kilometrów dalej. Słup dymu i ognia w środku lasu. Szybko zniknął, jakby coś go stłumiło i wessało w siebie. Uniosła głowę, bo wysoko nad nią przesunął się cień. Po chwili zrozumiała, że to trzeci pasażer. Krążył jak sokół nad nią i Matthiasem. Kontrolował lot, obserwował ich, a zwłaszcza jej brata. Leciał tuż za nim, przykleił się do niego jak cień.
Zadrżała. Szarpnęła się w uprzęży. Musiała zacząć kontrolować spadochron. Znosiło ją w innym kierunku, musiała zrobić wszystko, żeby wylądować jak najbliżej brata.
Przypomniała sobie, co ojciec mówił o spadochronach. Złapała za dwie linki sterownicze. Wystarczyło pociągnąć prawą, żeby skręcić w prawo, lewą, żeby skręcić w lewo. Jeśli pociągnie za dwie, wyhamuje i bezpiecznie wyląduje.
Za pierwszym razem zrobiła to zbyt delikatnie. Wydało jej się, że nie zmieniła toru lotu nawet o milimetr. Po chwili doszła do wprawy.
Cały czas obserwowała czaszę spadochronu Matthiasa. Widziała jego sylwetkę. Niekiedy wydawało jej się, że brat się nie porusza. Serce niemal zatrzymało jej się w miejscu, ale nagle skorygował kurs.
Wiedziała, że był ranny. Gdy opuszczała samolot, czuła, jak jej but przykleja się do zbroczonego krwią fotela.
- Matti - wyszeptała.
Nic nie mogła teraz zrobić. Nie mogła niczego przyspieszyć. Chciała mu pomóc. Była pewna, że jej brat raz po raz traci przytomność. Ta bezsilność wyrywała jej z piersi serce.
Hanke. Wciąż krążył nad nimi jak sęp. Zastanawiała się, czego od nich chce. Nie byli już mu przecież do niczego potrzebni.
Wtedy przed oczami pojawiła jej się scena sprzed kilku minut. Matthias, który przewiesił przez ramię torbę Hankego. To ona była powodem, dla którego kat Wrocławia nie miał zamiaru dać im spokoju.
Góral wszedł na strych. Przez chwilę stał nieruchomo, wsłuchując się w skrzypienie więźby dachowej. Było tu zimno, para wydostawała się z jego ust i nosa. Zapach kurzu stał się intensywniejszy. Wyminął kilka skrzynek i stary stół, który odstawił tu wieki temu. Zatrzymał się przy pudłach z napisem "graty".
Przesunął je i przykucnął. Położył dłoń na desce. Przez moment trwał w bezruchu, jakby błądził gdzieś myślami. W końcu wyciągnął z kieszeni śrubokręt i wsunął go w szparę w podłodze. Uniósł klepkę, która wysunęła się z zatrzasków, odłożył ją więc na bok. Skrzynka ukryta w skrytce była zakurzona. Na czarnym metalu wyrosła gruba warstwa pyłków i trocin. Uniósł kasetkę i postawił ją obok siebie. Kod do kłódki pamiętał bardzo dobrze. Zdjął zabezpieczenie i już po chwili uniósł pokrywę.
Rękojeść Walthera była chłodna. Od razu wpasowała się w dłoń. Góral odszukał kciukiem skrzydełko zatrzasku zamka. Magazynek gładko wysunął się z uchwytu i wylądował w prawej dłoni. Odruchowo nacisnął górny pocisk, poczuł przy tym opór sprężyny. Wsunął magazynek z powrotem. Sprawdził komorę, zabezpieczył broń i wcisnął ją do tyłu, za pasek spodni.
Deska powędrowała na miejsce, zaraz za nią pudła z gratami.
Góral wyprostował się i wyjrzał przez okienko dachowe. Zastanawiał się, co czuje. To nie był strach, nawet nie niepokój. Coś się w nim obudziło, jakby czekał na ten moment od dawna. Tak jak Walther cierpliwie czekający na moment, gdy znów poczuje ciepło ludzkiej dłoni.
Mówił sobie, że teraz nie zawiedzie, tak jak wiele lat temu. Anioł stróż nie mógł zawieść.
Od strony głównej drogi nadjeżdżał samochód. Góral wiedział, że zmierza w kierunku jego domu. Rozejrzał się jeszcze wokół, jakby chciał się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu, a potem zszedł ze strychu na dół, żeby przywitać niechcianych gości.
*
Wierzbicka zaparkowała i popatrzyła na drewniany domek, przed którym się zatrzymali.
- Dlaczego tu przyjechaliśmy? Spodziewałam się, że będziesz chciał objechać najstarszych mieszkańców Radkowa i okolic. Tych, którzy mogli coś pamiętać albo usłyszeć od swoich rodziców.
- Sądzisz, że jest ich wielu?
- Właściwie to nie bardzo.
- Nie wymrą chyba do wieczora. Porównamy twoją listę z tą, którą chcę wyciągnąć od Góralczyka.
- Myślisz, że może będzie na niej kogoś brakować?
- Nie, myślę, że być może będzie brakowało na twojej.
Wierzbicka zmarszczyła brwi. Nie za bardzo rozumiała, o co Zimnemu chodzi.
Wysiedli z auta i podeszli niespiesznie do drzwi. Otworzyły się przed nimi, gdy weszli na ganek.
- Musisz już przyjeżdżać z obstawą?
- Nie muszę.
- Rozumiem, że mam się okazać gościnny?
Zimny nie odpowiedział. Góralczyk pokręcił głową i wpuścił dwójkę policjantów do mieszkania.
- Herbata? Kawa?
- Będę wdzięczna za herbatę - powiedziała aspirantka.
- Dla mnie nic - odpowiedział Arek.
- Boisz się, że cię otruję?
- Jesteś do tego zdolny?
- Wal się, Zimny.
Góralczyk wskazał im miejsca w salonie, chwilę krzątał się w kuchni. Wierzbicka usiadła w fotelu i rozejrzała się dyskretnie po pomieszczeniu. Zimny za to się nie krępował. Podszedł do regału zawalonego książkami i uważnie przyglądał się zgromadzonym na półkach bibelotom i fotografiom. Jedną z nich wziął nawet do ręki.
Wierzbicka zauważyła, że wchodzący do salonu z dwoma kubkami Góralczyk przystanął w progu, widząc Zimnego ze swoją własnością w dłoni. To wahanie trwało tylko ułamek sekundy.
- Rozpoznałeś się?
- Tak - odpowiedział inspektor.
- To ostatni raz, kiedy byliśmy tam razem.
Zimny skinął głową, odłożył fotografię. Teraz Wierzbicka mogła jej się lepiej przyjrzeć. Cztery młode osoby, dziewczyna i trzech chłopaków. Zdjęcie zrobione przy schronisku na Szczelińcu.
- Powinieneś mieć swoją kopię, Arek.
- Nie mam.
- Nie zabrałeś jej ze sobą, co? Zostawiłeś cały zbędny bagaż w Karłowie?
- Można tak powiedzieć.
Napięcie, które wyrosło między mężczyznami, było wyczuwalne. Wiedziała, że nie ma sensu się odzywać, musieli to załatwić między sobą. Czuła się trochę dziwnie, jak piąte koło u wozu, ale jej to nie przeszkadzało. Obserwowanie inspektora Zimnego było dla niej nowym doświadczeniem, przełamaniem codziennej rutyny.
- Siadaj wreszcie i mów, o co chodzi.
Zimny spojrzał na Wierzbicką. Ta była zaskoczona, bo domyśliła się, że inspektor chce, żeby to ona poprowadziła dalszą część rozmowy.
- Chcieliśmy pana zapytać o sprawę, która może znajdować się w sferze pana zainteresowań...
Wierzba widziała, że Góralczyk nawet na nią nie spojrzał. Zerkał na Arka, chciał przyciągnąć jego wzrok, ale Zimny zapatrzył się w okno.
- Jaka to sfera zainteresowań? - zapytał gospodarz po chwili milczenia.
- Przeszłość. Sprawa rozbitego w maju czterdziestego piątego roku samolotu, który miał lecieć z oblężonego Breslau.
- Te bajki nie znajdują się w sferze moich zainteresowań.
- Przestań pieprzyć, Góral. Zawsze cię to interesowało - powiedział Zimny.
- Świadczą o tym chociażby książki, które pan tu zgromadził. Myślę, że każdą pan przeczytał... - Wierzbicka strzelała, ale była pewna, że nie na oślep.
Góralczyk nieszczerze się zaśmiał.
- Akurat te książki, o których pani mówi, trzymam na górze. - Gospodarz odłożył na stół kubek, z którego nie upił nawet łyka. - Zimny wie, że się interesowałem tamtymi samolotami, bo czasem go namawiałem, żeby szukał szczątków ze mną. Nigdy nie chciał iść. I patrzcie, po latach to on ich szuka, podczas gdy ja całkowicie straciłem nimi zainteresowanie.
- Kto ci opowiadał wtedy o tych samolotach? Skąd o nich słyszałeś?
Leszek znów wziął kubek do ręki, upił łyk. Wierzbicka też skorzystała z okazji, żeby sięgnąć po swoją herbatę.
- Dziadek, babcia. Wszyscy opowiadali.
- Co opowiadali?
- Zimny, myślę, że już wszystko wiesz, poczytałeś, powęszyłeś albo ktoś to za ciebie zrobił... Po co chcesz usłyszeć kolejną wersję ode mnie?
- Bo to będzie twoja wersja. Co opowiadali twoi dziadkowie?
Góralczyk pokręcił głową, zachichotał.
- Wielka kula ognia nadciągnęła od północy. Rozpadła się w powietrzu i uderzyła w ziemię, aż wszystkie chałupy w promieniu kilometra zatrzęsły się jak w febrze.
- A przed tym, jak wielka kula ognia rozpadła się w powietrzu? - zapytał Zimny.
- Dwóch pilotów się uratowało. Wyskoczyli tuż przed katastrofą. Zapytasz, co z nimi dalej? Każdy tutaj miał inną historię. Jeden z nich podobno nie przeżył i pochowano go w lesie, drugi uciekł przez granicę. Ale zmartwię cię, nikt nie mówił wtedy o Hankem. To opowieść o wiele późniejsza.
- Kto znalazł spadochrony?
- Skąd mam wiedzieć?
- Nie próbowałeś się dowiedzieć? Nie chciałeś ich zobaczyć na własne oczy?
- Ludzie takimi rzeczami się nie chwalą. Bali się kiedyś trzymać takie znaleziska, z różnych powodów. Niemiecki spadochron po wojnie tutaj, w czyjejś stodole? Wyobrażasz to sobie? Spaliliby całe gospodarstwo...
- Ludzie się boją, ale mimo strachu robią głupie rzeczy. A takimi rzeczami też się chwalą, zwłaszcza przy wódce. Jeśli ktoś je znalazł, na pewno o nich wspomniał przy jakiejś okazji, może nawet próbował sprzedać. Choćby za butelkę wódki...
- Zgłębiłeś naturę ludzką jak mało kto, Zimny. - Góral teatralnie zaczął klaskać inspektorowi.
- Trzymasz spadochrony u siebie w piwnicy?
- Na strychu, w pudle na graty. - Góralczyk wykrzywił się w cierpkim uśmiechu.
- Może za jakiś czas tam zajrzymy.
- Ostro, naprawdę się nie certolisz. Nie poznaję cię. Nigdy się nie zastanawiałem, jakim jesteś gliną. Chyba mam wciąż przed oczami obraz ciebie sprzed trzydziestu lat. Wtedy, gdy nie potrafiłeś do nikogo otworzyć gęby.
- Kontaktowałeś się z Webberem na własną rękę, Góral? - Zimny zignorował wyraźną zaczepkę.
- Z kim?
- Wiesz z kim.
- Nie kontaktowałem się.
- A on kontaktował się z tobą?
- Nie.
- Widziałeś go w okolicy?
- Musiałbym wiedzieć, jak wygląda, nie?
- Podobno Niemca każdy tu rozpozna... - powiedział Zimny.
- Coraz trudniej, ale obcego na pewno. Jak herbata? - Góral zwrócił się do siedzącej jak na szpilkach Wierzbickiej.
- Bardzo dobra, ale niemal o niej zapomniałam, słuchając tej rozmowy.
Góralczyk się zaśmiał.
- Mamy kilka wzajemnych pretensji z przeszłości - powiedział.
- Zauważyłam.
Gospodarz przeniósł wzrok na Arka.
- Mów prosto z mostu, czego chcesz? Nie dostałeś jeszcze tego, po co przyszedłeś. Śmiało.
- Od dawna kręciłeś się pod skałką? Wiedziałeś, że tam leży?
Leszek milczał. Trudno było powiedzieć, czy właśnie takiego pytania się spodziewał.
- Coś sugerujesz, Zimny? - zapytał.
- Tak.
- Skurwiel z ciebie. Myślisz, że to ja go zepchnąłem? Po co miałbym to robić? Żeby nie dostał w swoje łapy tych dwóch wyimaginowanych spadochronów?
- Trzech.
- Co?
Wierzbicka uważnie patrzyła w tym momencie na Góralczyka, obserwowała jego reakcję.
- Dziękuję, Góral, że znalazłeś czas, żeby porozmawiać.
Zimny wstał. Gospodarz zrobił to nieco wolniej. Wierzbicka widziała, że wewnątrz mężczyzna się gotuje.
Aspirantka ruszyła za inspektorem do wyjścia. Chwilę później znaleźli się na odśnieżonej ścieżce. Zimny odwrócił się do stojącego w progu gospodarza.
- Góral, jeśli będziesz chciał porozmawiać, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
- Wal się. Mogłem cię tam zostawić, byłby spokój. Odnaleźliby was na wiosnę.
- Nie zostawiłeś, bo w gruncie rzeczy nie jest z ciebie zły człowiek.
- Mówiłem już, żebyś się walił?
Góralczyk trzasnął drzwiami.
Wierzbicka z Zimnym wsiedli do samochodu. Aspirantka odpaliła silnik. Zanim ruszyła, odwróciła się w stronę inspektora.
- Ma te spadochrony w piwnicy? - zapytała.
- Jeśli rzeczywiście je ma, to tak jak powiedział, na strychu. W pudłach z napisem "graty".
Aspirantka się zaśmiała.
- Czyli nie dwóch, a trzech ocalałych? Bo mam wrażenie, że twój dawny znajomy wie, że było ich trzech.
- Tak. Wie też, że się zdradził. Jest o to na siebie cholernie zły.
- A co z Webberem? Ma coś wspólnego z jego śmiercią?
- Trudno powiedzieć. Po tej rozmowie wiem tylko, że Góralowi bardziej zależy na pilnowaniu przeszłości niż teraźniejszości.
Wierzbicka, wyjeżdżając na główną drogę, zastanawiała się, co to tak właściwie oznacza.
- Podjedziemy do Kudowy - oznajmił nagle Zimny.
- Co się dzieje?
- Napisał dziś do mnie ten dziennikarz, Kowalczyk, ma podobno informacje, które mogą nam się przydać.
- Napisał coś więcej?
Arek pokręcił głową.
- Myślisz, że rzeczywiście będzie miał coś ciekawego?
- Nie zawadzi sprawdzić.
- Racja. - Natalia znalazła miejsce, w którym mogła zawrócić, i ruszyli w kierunku Kudowy.
*
Marta przymknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu. Litery na ekranie straciły ostrość, kilku z nich nie była już w stanie dostrzec. Obraz zdeformował się, przecięła go na pół zygzakowata linia pulsujących kolorów. Zaraz za aurą mógł pojawić się pulsujący ból głowy, ale nie występował zawsze. Czuła, że tym razem obejdzie się bez tabletek przeciwbólowych.
Coraz częściej jej się to zdarzało. Wlepiała wzrok w monitor codziennie przez kilkanaście godzin. Organizm się buntował. Oczy się buntowały; jeszcze rok i trzeba będzie chyba zainwestować w okulary. Rok. Może się okazać, że nie będzie musiała ich kupować.
- Szlag.
Starała się wyciszyć. Zygzak przesuwał się wolno w bok, rozpływał. Otworzyła oczy, żeby spojrzeć na kuchnię. Widziała tylko połowę pomieszczenia, druga rozpłynęła się w niebycie. Czasem przekonywała samą siebie, że dostrzega jakiś inny wymiar, pustkę za scenografią, którą nazwano prawdziwym światem.
Znów zamknęła oczy. Słyszała tykanie zegara. Próbowała wyłowić inne dźwięki i się na nich skoncentrować. Coś strzeliło w kaloryferze. Pusty dom wydał z siebie niezrozumiałą skargę.
Gabriel. Usiłowała go znaleźć. Włamała się na serwery grup, w których się uaktywniał. Niewiele jej to dało. Dobrze się zabezpieczył. Dotarła do logów serwerów, a mimo to nic: ani IP, ani geolokalizacji. Był praktycznie nie do wyśledzenia. Pozostało jej skupić się na wątkach z rozmów, w których Gabriel się pojawił, albo tych, w których o nim wspominano. Wyrobiła sobie jego obraz, ale miała wrażenie, że jest całkowicie błędny. Gabriel stworzył kogoś, kim nie był. No dobrze, precyzyjniej był, tylko po części. Pilnował się. Była pewna, że zanim cokolwiek opublikował w grupie, pisał w notatniku, redagował, zmieniał, filtrował. Dopiero gdy był pewny, że tekst jest bezpieczny, wrzucał go w sieć.
Sprofilowała go, na ile mogła. Dużo wiedział o okolicy, o całych Sudetach. Interesowała go przede wszystkim ziemia kłodzka, cała pierwsza połowa ubiegłego wieku. Punktował czyjąś niewiedzę, nie mógł pozostawić bez komentarza oczywistych bzdur albo niepopartych dowodem domysłów. Był zero-jedynkowy w myśleniu, a może bardziej czarno-biały. Świat według niego dzielił się na ludzi kompetentnych i ignorantów. Chudy był kompetentny, Góral też, nauczyciel uszedł w tłoku, grubasa od gier ignorował.
Klasyczny przypadek "mędrca", "eksperta", "głosiciela prawd ostatecznych". Miał niską tolerancję na błędy innych i chęć natychmiastowej korekty. Z jego krótkich tekstów przebijały kategoryczność i autorytarność. Jednocześnie nie był agresywny werbalnie, nie odnosił się w komentarzach bezpośrednio do rozmówców. Nie wynikało to jednak z jakiegoś cienia empatii.
Ta pedantyczność level max powodowała czasem w grupach efekt mrożący. Mało kto z nim polemizował, wielu próbowało się przypodobać. Odkąd się pojawił, nastąpił wzrost poziomu merytorycznego dyskusji. Wszyscy chcieli być coraz lepsi. Może oprócz grubasa od gier.
Co jeszcze wiedziała o Gabrielu na pewno? Miał pojęcie o tym, jak ukryć się w sieci, ale nie tylko. To znacząca informacja. Niewielu było takich, którzy potrafili to zrobić na tyle dobrze, żeby wywołać jej irytację.
Kto do tego obrazu pasował? Ktoś, kogo zdążyła poznać? Góral? Może.
Grubas - nie za bardzo. Był miękki na zewnątrz i w środku. Nauczyciel? Trzymał dystans, kontrolował się w tej spelunce w Kudowie.
Było coś jeszcze. Coś nieuchwytnego, co nie dawało jej spokoju, a czego nie potrafiła rozpoznać. Coś w tekstach, które przeczytała, w jednym, a może we wszystkich. Jakieś ogólne wrażenie.
Łupnięcie z tyłu czaszki. Pomyliła się. Ból jednak nadszedł. Zrobiło jej się niedobrze. Sięgnęła do plecaka, wyciągnęła tabletki, połknęła od razu dwie. I tak było już za późno. Przez najbliższą godzinę będzie wyłączona. Nie będzie w stanie nawet spojrzeć na ekran.
Wstała od stołu i podeszła do zlewu. Sięgnęła po szklankę z suszarki i nalała do niej wody. Nie rozczulała się za długo nad pigułkami, połknęła je na raz.
Wiedziała, że powinna się nawadniać. Zmusiła się, żeby wypić kranówkę do dna. Skrzywiła się, chociaż woda smakowała zaskakująco dobrze.
Co miała robić przez godzinę? Mogła się położyć, spróbować wyłączyć. Ale gdyby tylko zamknęła oczy, zakręciłoby się jej w głowie i na pewno by zwymiotowała.
Pusty dom. Puste domy kuszą. Chce się poznać ich historię i historię domowników.
Marta wyszła z kuchni i stanęła w korytarzu. Na górze były pokoje gości, na dole, w głębi łazienka, pomieszczenie gospodarcze i pokój właścicielki Domku pod Lasem. Podeszła do jej drzwi, nacisnęła klamkę.
Zamknięte. Gośka dbała o swoją prywatność.
Marta przykucnęła przy klamce, spojrzała na zamek w drzwiach. Musiała kilkakrotnie zamrugać, żeby lepiej widzieć. Sięgnęła do kieszeni. Takie zamki nie były żadną przeszkodą dla wytrychów.
Przez chwilę nasłuchiwała potencjalnych odgłosów, po czym spojrzała przez okienko korytarza na zewnątrz. Dopiero wtedy nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.
Stanęła nieruchomo w progu. Patrzyła na wnętrze przestronnego pokoju. Salon był imponujący, z boku zobaczyła półotwarte drzwi, zapewne do sypialni, bo widziała z miejsca, w którym stała, kawałek łóżka z kolorową narzutą. To było jasne pomieszczenie, mogło się podobać, choć urządzone było zupełnie nie w jej stylu. Sporo starych mebli, regały z książkami, zdjęcia rodzinne, pamiątki, kilka rzeźb i obrazów. Gośka pewnie jeździła na okoliczne pchle targi i kupowała sporo staroci. Lubiła otaczać się przedmiotami z duszą.
Coś zatrzymywało Martę w progu. Nie do końca rozumiała co. Czy Gośka miała zaraz wrócić? Może. Ale nie o to chodziło.
Nie było telewizora, dwa fotele stały przy kominku. Obok stolik z książkami. Dziewczyna wolno wkroczyła do środka, odczytała tytuły z grzbietów powieści. Niewiele warta pulpa. Podejrzewała Gośkę o lepszy gust. Na półkach książki w języku francuskim. Dużo klasyki: Molier, Hugo, Balzak - to już było coś. Nie sądziła, że Wilczek potrafi czytać w oryginale. Tego jej zazdrościła. I jeszcze tych foteli.
Marta rozejrzała się najpierw po ścianach. Pejzaże nic jej nie mówiły, były ładne, może nawet ciekawe, ale omijała je wzrokiem. Patrzyła dłużej na rodzinne zdjęcia. Były na nich kobiety. Trzy pokolenia. Wszystkie razem. Babcia, matka i córka. Najmłodsza - Gośka. Zżyta rodzina. Musiały być sobie bliskie.
Na kilku innych fotografiach być może siostra matki albo jej przyjaciółka. Kolejne zdjęcie dużo starsze. Babcia Gośki z przyjaciółmi na Szczelińcu. Na następnym już Gośka ze swoją paczką przy tutejszym schronisku. Na tej fotografii był też Zimny.
Marta dłużej przypatrywała się zdjęciu. Góral stał pomiędzy Arkiem a Gośką. Po lewej od Wilczek stał jakiś chłopak. Tylko on się uśmiechał, reszta była bardzo poważna. Jakby tuż przed zrobieniem tego zdjęcia coś się między tą trójką wydarzyło.
A może sobie to wszystko wymyśliła?
Zerknęła w bok, w stronę sypialni. W klarującym się w głowie Marty obrazie gospodyni tego miejsca czegoś brakowało. Pasujące elementy układanki miała odnaleźć w pomieszczeniach, które zawsze mówiły więcej o domowniku.
Sypialnia Gośki zaskoczyła Martę. Była sterylna, tak, to dobre słowo. Bibeloty i rodzinne pamiątki nie miały tu wstępu. Znajdowały się tu łóżko, szafa i stoliczek z lustrem, na którym leżało kilka kosmetyków, tych, które stosowała najczęściej. Nic poza tym.
Nie było tu nawet dywanu, tylko stare, skrzypiące deski podłogi.
Przestrzeń do spania wyczyszczona ze zbędnych elementów. Gośki nie mogło tu nic rozpraszać. I nikt. Była samotna. Być może z wyboru.
Marta wróciła do salonu. Ten kontrast pomiędzy obydwoma pomieszczeniami był uderzający. Dwa inne światy, dwie inne osoby. Ciepła i rodzinna versus chłodna i zdystansowana. Jakby weszła z pomieszczenia pozbawionego tlenu i kolorów w to nim przesadnie przesycone.
Dziewczyna przystanęła. Niedane jej było się nad tym zastanowić. Usłyszała odgłos od strony głównego wejścia - Gośka właśnie wróciła do domu.
*
- Dzień dobry.
- Dzień dobry! Mama się ucieszy, że pani jest.
Gośka skinęła głową, uśmiechnęła się do pielęgniarki.
- Jak się czuje?
- Jest dobrze.
To rzeczywiście świetna wiadomość. Stan mamy był stabilny. Bała się, że gdy trafi do ośrodka, jeszcze szybciej się jej pogorszy. Może wybór tego miejsca nie był wcale złym pomysłem?
- Jest u siebie, pani Gosiu. Była na krótkim spacerze, teraz odpoczywa.
- Idę do niej.
Wilczek przeszła przed długi korytarz. Starała się nie zaglądać w otwarte drzwi pokojów, na leżących w nich ludzi zapatrzonych w ściany lub sufity. W końcu stanęła przed właściwymi drzwiami. Zapukała i weszła do środka.
Mama popatrzyła na nią, wydawała się zaskoczona. Przez moment Gośka myślała, że jednak słowa pielęgniarki miały tylko ją pocieszyć, a mamie się pogorszyło. Coraz częściej nie rozpoznawała własnej córki.
- Mamo?
- Coś się stało, Gosiu?
Ulga, przynajmniej chwilowa, do kolejnego spotkania i obawy, że tym razem rozmawiać będzie z bliską osobą, której już nie ma.
- Nie, nic się nie stało. Stęskniłam się za tobą.
- Stęskniłaś się?
Gośka próbowała rozpoznać ton głosu mamy. Miała z tym trudności. Nie chodziło o wyrzut, o to, że dawno jej nie odwiedziła. To było coś innego. Jakby mama była zdziwiona jej słowami.
- Pewnie, że tak. Mamo, zawsze tęsknię.
Gośka od dawna robiła sobie wyrzuty. Starała się odwiedzać rodzicielkę codziennie, ale nie zawsze było to możliwe. Zwłaszcza w sezonie albo tak jak teraz, gdy tyle rzeczy działo się jednocześnie.
- Naprawy w domu przed zimą i drewno ci zwieźli...
- Tak, mamo. - Gośka zaśmiała się, zdziwiona. - Skąd wiesz?
- Nie jest ze mną aż tak źle... czasem pamiętam.
Gośka usiadła na krześle, coś uderzyło ją w słowach matki.
Rozmawiały o różnych sprawach, zwyczajnych. Wilczek opowiadała o tym, co u niej, co w Domku pod Lasem. Wyczuwała, że mamę coś męczy. Próbowała delikatnie z niej to wyciągnąć, nie chciała, żeby się przed nią zamknęła.
- Chciałabym pojechać na cmentarz - powiedziała nagle mama. - Zabierzesz mnie?
- Może jak trochę poprawi się pogoda?
- Takich rzeczy nie wolno odkładać.
Te słowa sprawiły, że Gośce zrobiło się ciężko.
- Mamo, co ty mówisz?
- Potrzebuję tam pojechać. Chociaż na krótko.
- Dobrze, pojedziemy - zgodziła się. - Może w weekend?
- Kiedy tylko będziesz mogła, córeczko.
- Mamo, co się dzieje? Wiesz, że możesz mi powiedzieć.
Wilczek patrzyła, jak jej mama nerwowo przygładza kołdrę, którą była przykryta. Unikała jej wzroku.
- Mamo?
- Córeczko, on wrócił?
Gośka zamarła.
- Obiecałam ci, że nie będę już o tym mówić, ale muszę wiedzieć.
- Mamo. - Gośka czuła, że mówi pełnym zmartwienia głosem. - Skąd ci to przyszło do głowy?
- Oglądałam telewizję, słyszałam, co mówią o naszej górze. A dziś...
- Co dziś?
Matka spojrzała na Gośkę.
- Gosiu, był tu ktoś, kobieta. Byłam pewna, że to ty. Ale teraz cię zobaczyłam...
- Co ty mówisz? - Wilczek poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
- Ja jej nic nie powiedziałam, naprawdę.
- Kto to był, mamo, opisz ją. - Gośka starała się mówić spokojnie, bo widziała zdenerwowanie matki, ale serce kotłowało jej się w piersiach, jakby miało wyskoczyć.
- Nie wiem, nie potrafię. - Drżąca dłoń matki powędrowała do czoła. - Nie mogę sobie przypomnieć jej twarzy. Taka jak twoja. Miała twoje włosy.
Gośce ścierpła skóra na karku.
- Kiedy była?
- Rano... bardzo wcześnie. Jeszcze przed śniadaniem.
- Co mówiła? Czego chciała się od ciebie dowiedzieć?
- Właściwie to... ona... sprawdzała, co pamiętam, a potem... Zakazała mi mówić o wszystkim, co stało się pod górą. Miałam obiecać. Obiecałam.
Gośka przymknęła oczy.
- Córeczko, chciałabym tego nie pamiętać. Nie pamiętam tak wielu rzeczy, tak wiele rzeczy mi się miesza, ale tamten dzień... jakby... Jakby wydarzył się wczoraj.
Gośka dotknęła włosów matki, pogłaskała ją.
- Już dobrze... nie myśl o tym. Nic się złego nie dzieje. On nie wróci, mamo, bo nie może, został wtedy pod górą, tam, gdzie go... tam gdzie go zostawiłyśmy.
Zaczęła krzyczeć ze strachu. Odsłonięte, pokryte karłowatymi drzewami ostańce zbliżały się błyskawicznie. Z bliska góra nie wyglądała na równą jak stół. Była poszarpana, z naroślami rachitycznej roślinności. Za chwilę miała się o nią rozbić.
Matthiasowi udało się jednak wylądować. Widziała, jak jego spadochron zaczepia się o drzewa, jak jej brat opada na bok na szare skalne podłoże. Nie ruszał się, na pewno stracił przytomność.
Musiała wylądować jak najbliżej, żeby mu pomóc. Strach nie był już ważny, powinna się go pozbyć, zepchnąć na granicę świadomości. Szarpnęła prawą linkę, skręciła. Wciąż wszystko działo się za szybko. Jeśli w odpowiednim momencie szarpnie za obie, wyhamuje, uda jej się prześlizgnąć między drzewami, miała tam kilkanaście metrów nierównego lądowiska. Lepsze to niż nic.
Wiedziała, że za chwilę znajdzie się tuż nad półką skalną, nie mogła przegapić tego momentu. Musiała za wszelką cenę się na niej zatrzymać.
Patrzyła przed siebie, pod nogami przesuwały się czubki drzew. Próbowała wszystko wyliczyć w myślach. Prędkość i odległość. Szczęście, musiała mieć teraz trochę cholernego szczęścia. Wszystko robiła na wyczucie.
Decyzję podjęła natychmiast. Szarpnęło nią, gdy gwałtownie wyhamowała spadek. Starała się przygotować na uderzenie. Widziała kiedyś, jak lądowali jej ojciec i brat. Wychodziło im to tak naturalnie, jakby schodzili z przestworzy po niewidzialnych schodach.
Nie miała tego talentu. Skalna półka zbliżyła się zbyt szybko. Emily ugięła kolana i przygotowała się na lądowanie. Uderzyła stopami o twardą powierzchnię; jedna stopa wygięła się, gdy czasza spadochronu pociągnęła ją za sobą. Krzyknęła z bólu, bo uderzyła biodrem o głaz. Pociemniało jej w oczach. Przejechała ciałem po chropowatej powierzchni, zahaczając o jakieś krzaki.
Wreszcie się zatrzymała.
Oddychała ciężko. Próbowała obrócić się na bok, ale ból wciąż był paraliżujący. Musiała go przeczekać, musiał minąć pierwszy szok.
Usiłowała wyplątać się z linek. Krwawiły jej dłonie, jakaś gałąź rozorała jej policzek. Nie to jednak było najgorsze. Miała wrażenie, że sparaliżowało jej połowę ciała.
- Boże...
Uniosła głowę, chcąc popatrzeć w dół. Oceniała swój stan. Poruszała rękami, nogami też. Bolały ją stopa i biodro, ale chyba niczego nie złamała.
- Możesz wstać?
Popatrzyła w bok.
Obok niej przykucnął Hanke. Teraz dopiero poczuła zapach papierosów. Patrzył na nią uważnie, zaciągając się dymem.
- Tak - odpowiedziała automatycznie.
Zalała ją fala strachu, nie potrafiła spojrzeć mu w oczy.
- Twój brat jest niedaleko. Zbieraj się, nie mamy czasu.
Patrzył na nią, gdy zdejmowała plecak. Nie miał zamiaru pomóc jej wstać, ruszył w stronę zarośli. Gdy stanęła, zakręciło jej się w głowie. Znów jednak zaczęła myśleć o Matthiasie. Musiała mu za wszelką cenę pomóc. Podążyła chwiejnie za Hankem.
Pokonanie kilkunastu metrów zajęło jej wieczność. Przeskoczyła nad jakąś rozpadliną, udało jej się to cudem, niemal zsunęła się w przepaść. Czuła, że są coraz bliżej. Nagle dostrzegła Gauleitera pochylonego nad jej bratem. Nie do końca rozumiała, co mu robi.
- Matti!
Dokuśtykała do leżącego i przyklękła przy nim.
- Gdzie jest torba?! Co on z nią, do cholery, zrobiłeś?! - wołał do leżącego Hanke.
- Zostaw go!
Złapała Hankego za dłoń, którą szarpał Matthiasa.
Odepchnął ją. Upadła na plecy. Widziała, jak przycisnął do ziemi rannego, powodując, że ten wydał z siebie przejmujący dźwięk.
- Gdzie torba?
Matthias próbował obrócić głowę w stronę Emily. Zobaczyła w oczach brata, że nie docierają do niego słowa Gauleitera. Patrzył na nią. Poruszał ustami, jakby próbował jej coś powiedzieć.
- Zostaw go! - załkała.
Kamień. Drżącymi dłońmi sięgnęła ku niemu. Wstała. Ruszyła w stronę oprawcy, uniósłszy rękę. Gdy była za nim, zamachnęła się, używając wszystkich sił, wszystkich emocji, które w niej eksplodowały.
Hanke wyczuł jej gwałtowny ruch, obrócił się. Zamiast w głowę uderzyła w ramię mężczyzny. Ten ryknął jak zwierz, podniósł się i kopnął ją w brzuch. Znów poleciała do tyłu, ale tym razem upadła na bok. Nie była w stanie zaczerpnąć powietrza.
Hanke sięgnął do kabury i wyciągnął broń.
- Wstawaj - warknął. - Szukaj!
Nie obchodziło jej, że mierzy do niej z pistoletu. Nic jej nie obchodziło. Chciała się tylko doczołgać do Matthiasa, być przy nim, gdy odchodził. Widziała, jak coraz wolniej unosi się jego klatka piersiowa, jak staje się biały niczym papier.
- Matthias... - wydusiła z siebie. Powietrze wróciło do płuc, znów mogła oddychać.
Hanke rozglądał się, szukał swojej torby. Odgarniał krzaki i gałęzie drzew. Robił to coraz bardziej chaotycznie. Przeklinał i krzyczał.
Zrozumiała, że jej nie znajdzie.
Zdała sobie sprawę, że na niej leżała. Upadła na tę cholerną torbę i przygniotła ją własnym ciałem.
Wsunęła palce pod bok, w zagłębienie pomiędzy skałami. Dotknęła zapięcia, gładkiej skóry i paska. Przyszło jej do głowy, że nie pozwoli, żeby Hanke odzyskał swoją własność. Nie mogła na to pozwolić.
- Wstań, kurwo! Szukaj! Szukaj, bo strzelę mu w łeb! Albo tobie!
Emily patrzyła na Matthiasa. Widziała, jak opadła mu głowa, jak uleciało z niego życie. Jej brat już odszedł. Dlaczego zawsze umierali ci, którzy nie powinni?
Dziewczyna uniosła się na kolana. Oceniła, jak daleko od urwiska się znajduje. Zaledwie o kilka kroków. Wystarczyło rzucić torbę w dół dokładnie wtedy, gdy Hanke odwrócony był do niej plecami. To mógł być najlepszy moment.
Nie zrobiła tego jednak, wstała. Uniosła torbę i przycisnęła ją do piersi.
- Co robisz?
Widziała, jak Hanke zamarł. Popatrzył na torbę, potem na nią.
- Połóż ją na ziemi.
Pokręciła głową. Cofnęła się o krok.
- Zrozum, to, co jest w środku...
- Nie - powiedziała krótko.
Zaczął się do niej zbliżać. Wolno, krok po kroku, jak do płochliwego zwierzątka. Tak jak wtedy, w bunkrze, gdy stała naga, trzęsąca się z zimna i wstydu.
- Odłóż to, pomogę ci. Przykro mi z powodu twojego brata. Był odważny, zginął jak bohater. Prawdziwy żołnierz. Nie pozwól, żeby jego śmierć poszła na marne.
- Nie pozwolę, by poszła na marne - powiedziała.
Kolejny krok w tył i kolejny. Pięta napotkała nicość. Pod butem zazgrzytał kamień, runął w dół i odbił się od ścian w wąskiej szczelinie ostańca.
- Proszę cię, odłóż torbę.
Mówił stanowczo, znów tym tonem, który paraliżował, w którym słyszała i obietnicę, i groźbę. Temu głosowi trudno było się przeciwstawić.
Tak jak wtedy.
Jeden obraz nałożył się na drugi. Teraźniejszość i przeszłość. Nie tak odległa, choć wydawało się, że wydarzyła się w innym życiu.
- Dobrze, panowie, co o nich myślicie?
Rozległy się brawa, kilku mężczyzn gwizdnęło przeciągle. Siedzieli na krzesłach, fotelach, niektórzy stali oparci o ściany.
Patrzyli na nie jak na zwierzęta w zoo. Stały w rzędzie obok siebie. Kilka z nich w wyzywających pozach. Wiedziały, dlaczego tu są, przyszły z własnej woli. Ale jaką wolę można było mieć w oblężonym, umierającym mieście. Żony, matki, niegdyś porządne kobiety, żeby ocalić siebie i bliskich, stały się bunkrowymi dziwkami. Za chleb robiły wszystko.
- Podejdź do mnie. Patrz mi w oczy.
Liczyła, że ją wybierze, ale gdy to się stało, sparaliżował ją strach. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa, zalała ją fala słabości.
- No, no! Jaka nieśmiała!
Znów śmiech, gromki, wulgarny. Wybuchł w dusznym, ciemnym pomieszczeniu ordynarnym echem. Wszyscy na nią patrzyli, taksowali ją wzrokiem. Jeden z gości Hankego zawył jak wilk do księżyca. Wataha tuż przed polowaniem, w napięciu wyczekująca, aż przywódca stada da znak, że czas rozszarpać swoje ofiary.
To on do niej podszedł, bo stała jak sparaliżowana, niezdolna do żadnego ruchu. Nogi wrosły jej w podłogę, zamieniając się w ołów.
Stanął przed nią. Dotknął kciukiem i palcem wskazującym jej brody. Uniósł ją, żeby się lepiej przypatrzeć twarzy. Wokół panowała cisza. Niezupełna, wciąż słyszała szczękanie zębów dziewczyny stojącej obok. Wyczuwała jej strach.
Widziała, że Hanke także go wyczuwa. Jego wzrok powędrował w bok. Poruszył nozdrzami. Sycił się emocjami.
Emily musiała zareagować, żeby Hanke z niej nie zrezygnował. Nie mogła zapomnieć, po co tutaj przyszła. Nie była już małą strachliwą dziewczynką. Strach wygoniła z niej wszechobecna śmierć.
- Tylko czasem jestem nieśmiała...
Usłyszała własne słowa, ale jakby przemawiał przez nią ktoś inny.
Hanke przechylił głowę, zmrużył oczy. Osiągnęła to, co chciała. Znów skoncentrował się na niej.
Oblizał wargi, patrząc na jej piersi i płaski brzuch.
Okrążył ją wolnym krokiem, zatrzymał się za jej plecami. Poczuła jego dłoń na karku. Dotyk zmroził ją, na skórze pojawiła się gęsia skórka. Zbliżył twarz do jej włosów i wciągnął w nozdrza jej zapach.
- Chodź ze mną - powiedział.
Poczuła jego palce wbijające się w ramię. Poprowadził ją w stronę drzwi.
Wataha zaczęła wiwatować, zaszurały krzesła, przewrócił się stół. Wilki ruszyły po swoje ofiary. Zza zamkniętych drzwi dotarły do niej okrzyki, piski i dźwięki, które mogły wydobywać się tylko z samego dna piekła.
- Nie podchodź - wyrzuciła z siebie.
Zatrzymał się dwa kroki od niej.
- Nie rób tego - ostrzegł.
Wystawiła dłoń za siebie, torba zawisła nad urwiskiem.
Hanke milczał. Ciszę zakłócały jedynie pisk myszołowa i szum wiatru.
- Pamiętasz mnie? - zapytała ochryple.
Uniósł dłoń do policzka, kąciki ust wygięły się w uśmiechu, ale jego oczy pozostały zimne jak u martwego człowieka.
- Zawsze będę cię pamiętał - powiedział.
Wyciągnął rękę w jej stronę. Była zakrwawiona, strużka krwi spłynęła z palców.
- Oddaj ją.
Pokręciła wolno głową. Drżała. Im bardziej próbowała to powstrzymać, tym wstrząsy były silniejsze.
Nie miała złudzeń. Wiedziała, że Hanke spróbuje ją powstrzymać. Był napięty, skoncentrowany. Szykował się do skoku w jej stronę.
- Nie stchórzyłaś wtedy... - powiedział.
Te słowa ją zaskoczyły.
- Co?
- To nie strach cię wtedy sparaliżował. To dzieje się też teraz. Po prostu nie jesteś w stanie zrobić czegoś wbrew sobie. Powinnaś się cieszyć, że nie jesteś taka jak ja.
- Niby dlaczego? - wychrypiała.
- Bo trzeba się takim urodzić.
Zmartwiała na te słowa. Zakręciło jej się w głowie. Spazmatycznie wciągnęła powietrze.
Popatrzył na nią uważnie. Przesunął wzrok po jej ciele, spojrzał na jej piersi, potem niżej, na brzuch.
- Ty też już zawsze będziesz mnie pamiętała - powiedział.
Milczała, pociemniało jej przed oczami.
- Nic ci nie zrobię - zapewnił spokojnym głosem. - Oddaj mi notatnik, to wszystko. Zabierz pieniądze, które są w środku. To dolary, jest tego sporo. Przydadzą się... wam.
Krew odpłynęła jej z twarzy. Zakłuło ją w brzuchu, głęboko, jakby coś się w niej obudziło pod wpływem tych słów.
- Wystarczy, Emily...
Ruszył w jej stronę. Zdecydowanie. Widziała, jak wykonuje pierwszy krok, potem drugi. Jak wyciąga ku niej dłoń.
Naprawdę nie była zdolna do stawienia oporu? Mylił się, teraz to zrozumiała. To zawsze była kwestia wyboru. A ona w tej chwili wiedziała, jakiego wyboru dokona.
Odchyliła się w tył, jednocześnie sięgnęła nogą w pustkę.
Zobaczyła to na jego twarzy. Zrozumiał, że znalazła w sobie odwagę, której wcześniej jej zabrakło.
Skoczył w jej kierunku. Była pewna, że dobrze wyczuła ten moment. Gdy znalazł się przy niej, pociągnęła go za sobą.
Tego chciała. Zakończyć wszystkie życia jednocześnie. Zachwiał się. Stracił równowagę. Gdy była pewna, że zaraz poczuje świst powietrza w uszach, a potem gwałtowne uderzenie o skalne podłoże, zdała sobie sprawę, że zwisa nad przepaścią. Przeliczyła się. Ważyła zbyt mało, żeby zabrać go ze sobą.
Hanke zaklął. Poczerwieniał z wysiłku, stojąc na samej krawędzi, utrzymując na niej chwiejną równowagę.
- Ty kurwo!
Wbiła mu palec w oko. Bez zastanowienia. Głęboko w gąbczastą wilgotną materię. Ryknął z bólu, poluźnił uchwyt.
Już nic jej nie trzymało. Spadła ze skarpy. Wreszcie wolna.
Marta szybko przeszła do sypialni Gośki. Nie mogła się tu dać przyłapać. Stanęła przy oknie i wyjrzała na zewnątrz. Pokój wychodził na podwórze. Nikogo tam nie było. Otworzyła okno, wspięła się na parapet i przerzuciła nogi na zewnątrz. Zanim zeskoczyła w śnieg, sprawdziła, czy nie zostawiła za sobą odbicia podeszew. Potem złapała za krawędź okiennicy i pociągnęła w swoją stronę. Okno się zatrzasnęło. Wtedy dziewczyna opadła na ziemię.
Przeszła wzdłuż ściany, licząc na to, że nikt nie będzie szukał jej śladów w śniegu. Mogła teraz wrócić do budynku, ale tego nie zrobiła. Spojrzała w kierunku szopy. Zainteresowały ją inne ślady prowadzące w stronę drewnianych drzwi.
Stanęła przy nich i nacisnęła klamkę. Gośka nie zamykała szopy na klucz.
Zakręcił ją w nosie zapach kurzu i drewna. Kichnęła. Właścicielka Domku pod Lasem składowała tu narzędzia. Stały tu też dwa rowery, wózek wypełniony złomem. Wszystko miało swoje miejsce. Świat Gośki był uporządkowany.
- Spooky - powiedziała, patrząc na klocek drewna z wbitą weń siekierą.
Wciąż zastanawiała się, co ją tu ściągnęło.
Przyjrzała się narzędziom. Gośka dbała o sprzęt, pewnie zawsze czyściła go przed odłożeniem na miejsce.
Dlaczego więc jedna łopata była brudna? Używała jej Gośka czy ktoś inny?
- Tutaj jesteś.
Marta odwróciła się w stronę Wilczek.
- Tutaj - potwierdziła. - Pomyślałam, że pomogę ci odśnieżyć podwórko... Nigdy tego nie robiłam. To musi być świetna zabawa.
- Z czasem się nudzi. - Wilczek się zawahała. - Szufle stoją przy drzwiach. Możemy razem odśnieżyć, jeśli chcesz.
- W porządku - zgodziła się Marta z uśmiechem. Była pewna, że Gośka już wie, że ktoś był w jej pokoju.
- Nie będzie ci zimno bez kurtki?
- Nie, praca mnie rozgrzeje.
- Jak uważasz.
Wilczek wręczyła dziewczynie żółtą szuflę.
- Wolę czerwoną.
Gośka zaśmiała się, wymieniły się narzędziami.
Pracowały obok siebie. Marcie wydawało się, że idzie jej dobrze, ale to właścicielka Domku pod Lasem miała większą wprawę w przerzucaniu śniegu. Pracowała szybciej i, wydawałoby się, z mniejszym wysiłkiem.
- Długo się znacie z Arkiem?
- Jak to z ojcem...
- Nie żartuj. Pytam poważnie.
- Niedługo - przyznała Marta.
- Nie jesteś zbyt wylewna.
Marta oparła się na łopacie. Musiała złapać oddech. Ze zdziwieniem przyjęła, że kobieta bliska pięćdziesiątki była w o wiele lepszej formie od niej.
- Radzisz sobie sama?
Gośkę Wilczek chyba zdziwiło to pytanie. Może spodziewała się innego.
- Radzę. Miałam nadzieję, że to widać - odpowiedziała.
- Widać. Wszystko tutaj aż krzyczy, że sobie radzisz w życiu jak mało kto, ale ja pytam, jak jest naprawdę.
- Do dupy.
- Nie lubisz samotności?
- Nie. A ty ją lubisz? - zapytała Wilczek.
- Tak. Nie widać?
- Widać. Wszystko aż krzyczy, że jesteś samowystarczalna i nikt ci do szczęścia nie jest potrzebny. Ja pytam, jak jest naprawdę.
Marta się zaśmiała.
- Tak jest naprawdę - powiedziała.
- To dlaczego tu jesteś?
- Bo Zimny mnie o to poprosił. Bo lubię to, co robię, i jestem w tym cholernie dobra.
- Zazdroszczę.
- Ty nie lubisz tego, co robisz?
- Lubię. Zazdroszczę ci czegoś innego. Tej pewności siebie, przekonania o własnej wartości.
- Wmawiam ją sobie od dziecka.
Gośka się zaśmiała.
- Czyli dla mnie za późno.
- Podobno na terapii można osiągnąć podobny efekt.
- Zapamiętam.
Wróciły do pracy. Po kwadransie przekopały się przez zaspy na podwórzu. Marta otarła pot z czoła.
- Wkurzę się, jak jutro śnieg stopnieje - powiedziała.
- Nie stopnieje - zapewniła Gośka.
- Masz rację, nie stopnieje.
Obie spojrzały na mężczyznę, który stał w podwórzu. Musiał im się przypatrywać od dłuższego czasu.
- Cześć, Góral - zawołała Gośka.
- Cześć.
- Nie znacie się, to znajoma Arka, Marta...
Góralczyk skinął głową.
- Przelotnie się widzieliśmy - powiedział mężczyzna. - Masz chwilę, Gosia?
- Jasne, już skończyłyśmy.
Wilczek ze zdziwieniem spojrzała na Martę. Odłożyła łopatę.
- Napijesz się z nami herbaty?
- Podziękuję, na pewno macie swoje sprawy, ja mam coś do załatwienia na... wiosce.
Gośka się zaśmiała.
- W porządku. Tylko weź kurtkę.
- Oczywiście.
Marta patrzyła, jak Wilczek z Góralem znikają w domku. Wyciągnęła telefon, zadzwoniła do Zimnego. Ten jednak nie odebrał.
Połączyła się ze swoim komputerem. Sprawdziła fotki, które system robił automatycznie, gdy ktoś próbował obudzić sprzęt. Jedna była sprzed trzydziestu minut. Musiała przyznać, że Gośka jest fotogeniczna, na zdjęciu wyszła naprawdę dobrze. Inaczej było z Góralczykiem. Fotka sprzed minuty. Poznała go, mimo że ręka z wystawionym środkowym palcem przysłaniała część twarzy.
Uruchomiła nagrywanie dźwięków z otoczenia. Pomyślała, że może będzie miała szczęście i ta dwójka nie wyjdzie z kuchni i będzie rozmawiać przy jej laptopie.
Myliła się, poszli pewnie do pokoju Gośki. Nie dosłyszała, czyj to był pomysł. Wróciła do domu po kurtkę i laptop, a potem wsiadła do samochodu. Miała z kimś jeszcze do pogadania.
*
Zimny i Wierzbicka weszli do kafejki około południa. Rozejrzeli się w progu, dziennikarza jeszcze nie było. Arek zobaczył za to przy stoliku kobietę, której się nie spodziewał. Córka Zilmanna także go dostrzegła. Siedziała przy stoliku, pijąc kawę. Pomachała mu, jakby był ślepcem.
- Wiedziałam, że nie będziesz mógł beze mnie długo wytrzymać.
Wierzbicka patrzyła na tę scenę ze zdumieniem. Coraz bardziej zachodziła w głowę, w jaki sposób Zimny tak szybko nawiązał tutaj relacje z innymi. Facet, który jak ognia unikał towarzystwa i ludzi.
- Spotkaliśmy się niedawno na Szczelińcu - wyjaśnił inspektor.
- Ale cóż to było za spotkanie. Proszę się nie wstydzić i przyznać, że już wtedy między nami zaiskrzyło.
- Chyba wciąż iskrzy, przynajmniej jednostronnie - przyznała Wierzbicka.
Kobieta się zaśmiała.
- Nie stanie pani na drodze naszemu uczuciu, pani aspirant.
- Nawet bym nie śmiała.
- Co państwa tu sprowadza? Przerwa w łapaniu morderców?
- Jesteśmy z kimś umówieni - wyjaśniła policjantka, widząc, że Zimny nie kwapi się do odpowiedzi.
- Wiadomo. - Kobieta upiła łyk kawy. - Czyli nie dotrzymacie mi państwo towarzystwa?
- Dotrzymamy - powiedział Arek. - Przynajmniej przez chwilę.
Kobieta wskazała im miejsca.
- Z kim to spotkanie? Z tajnym informatorem? - Zośka mrugnęła konspiracyjnie.
- Z prasą - oznajmił Zimny.
- Z Kowalczykiem? - Kobieta wyglądała na rozczarowaną. - No on już na pewno ma z dziesięć teorii spiskowych na temat tego, co tu się dzieje.
- Jakich? - zapytał Arek.
Zośka się zaśmiała.
- Naprawdę mam je wyliczać? Musielibyśmy umówić się na kolację, Arku. Nocy by nie starczyło na te opowieści o dyrdymałach, które wypisuje ten koszałek-opałek.
- A co według ciebie się tu dzieje?
Kobieta sięgnęła po filiżankę, upiła łyk. Robiła to, jak na gust Wierzbickiej, ostentacyjnie wolno, jakby chciała sobie dać czas do namysłu.
- Moja teoria będzie jeszcze bardziej fantastyczna niż ta Kowalczyka. Nie chcę go zawstydzać.
- Chętnie posłucham. - Zimny patrzył na Zośkę w taki sposób, że ta się zmieszała. - Naprawdę jestem ciekawy.
- Ktoś czegoś szuka na Martwej Górze, po prostu.
- Czego? - zapytała Wierzbicka.
- Depozytu? Tajemnicy? Sensacji? Niepotrzebne skreślić.
- Martwa Góra? Nie słyszałam tego określenia - powiedziała policjantka.
- Tak w mojej rodzinie nazywa się Szczeliniec.
- Pani ojciec tak go nazywa? - dopytywała Wierzbicka.
- Byliście u niego dzisiaj, to powinniście wiedzieć. - Zilmann zgrabnie uciekła od odpowiedzi. - Może ten depozyt to nie dokumenty i złote sztabki?
Wierzbicka przechyliła głowę. Widziała, że Zimny też się zainteresował.
- A co? - zapytała policjantka.
- Trupy? Jednego już chyba wykopaliście.
- Uważa pani, że takich niespodzianek jest tam więcej? - zdziwiła się Wierzbicka.
- W końcu to Martwa Góra, nie? Od jednego trupa raczej jej tak nie nazwali.
Wierzbicka zawahała się, sprawdziła telefon, bo ktoś natarczywie próbował się z nią skontaktować.
- Musimy... musimy wyjść - zwróciła się do Zimnego po przeczytaniu pierwszej wiadomości.
Wysondował z jej twarzy, że coś się stało.
- Z kim warto porozmawiać o tych obcych, co się tu od wojny kręcili? - zapytał Zimny, wkładając kurtkę.
- Z matką Gosi, na przykład. A jak do niej pojedziesz, to pewnie poda ci jeszcze nazwiska kilku osób, które znają jakieś historie. Z Kowalczykiem też warto pogadać, ale jak widać, chyba nie za bardzo jest skory do rozmowy, bo nie przyjechał.
Zimny dostrzegł na twarzy Zośki jakiś cień. Może ślad niepokoju.
- Dziękujemy za pomoc - powiedziała Wierzbicka.
- Jak sobie coś przypomnę, to do ciebie zadzwonię, Areczku. Albo przekażę ci to osobiście.
Zimny nie skomentował tego w żaden sposób, wyszli z kawiarni.
- Co się stało? - zapytał inspektor.
- Patrol znalazł wóz Kowalczyka przy drodze. Szukają go.
Wsiedli do samochodu. Wierzba włączyła sygnalizację dźwiękową. Ruszyli w stronę Karłowa.
*
Potknął się, upadł. Ciepła ciecz spłynęła w śnieg z głębokiego rozcięcia na głowie. Jasnoczerwone plamy wytopiły dziury w grubej zmrożonej warstwie. Jakby jego krew była w stanie wrzenia.
Umysł na pewno w takim stanie był, tak jak całe ciało. Podniósł się z trudem, znów zaczął biec. Niezdarnie, jakby tracił kontrolę nad ciałem. Początkowo nie myślał, w którą stronę uciekać. Biegł przed siebie, byle dalej od nich, byle gdzieś się schować i ukryć. Teraz zaczął myśleć racjonalniej. Ucieczka w głąb lasu była złym pomysłem. Jeśli go dogonią, a tak na pewno się stanie, nie będzie miał z nimi szans. Musiał uciekać w stronę ludzi, do drogi, tam gdzie ktoś udzieli mu pomocy.
Gdzie jednak była droga?
- Boże... - Kowalczyk okręcił się wokół siebie. Popatrzył w górę. Słońce kryło się za grubą warstwą chmur, nie był w stanie określić kierunków świata. Wirowanie w głowie nie pomagało.
Popatrzył na prawą rękę, zwisała bezwładnie wzdłuż ciała. W kurtce widniał niewielki otwór, trudno było uwierzyć, że pocisk, który go zrobił, wyrządził tyle szkód. Po plecach spływała mu gorąca ciecz. Zimno skurczyło naczynia, mimo to czuł, jak krew dosłownie z niego wycieka.
Dziwił się, że nie zemdlał z bólu. Może szok pozwolił mu tak daleko odbiec. Kilka razy widział ofiary wypadków. Odchodziły na kilka kroków od aut z połamanymi kończynami, z pękniętymi czaszkami, w stanie, w którym już dawno powinny nie żyć. Niektóre rozmawiały, jakby nic im się nie stało. Adrenalina, szok, szpryca hormonów potrafiły ze zwykłego człowieka zrobić robocopa. Nic nie czuły, żadnego bólu.
Do niego ból przyszedł właśnie teraz. Jęknął, opadł na kolano. Nie mógł znów upaść. Gdyby tak się stało, nie byłby już w stanie wstać. Zmusił się, żeby się podnieść. Wybrał drogę w prawo. Pomyślał, że jeśli zrobi nieduży łuk, wróci do szosy.
Usłyszał podrywającego się do lotu ptaka. Odwrócił się.
Ktoś stał kilkanaście metrów od niego. Przypatrywał mu się. Jak drapieżnik ofierze.
- Czego chcesz?!
Zaczął się cofać. Zahaczył o coś nogą, upadł na plecy. Ból go sparaliżował, otępił, stracił ostrość widzenia.
Poczuł ciepło rozchodzące się od pleców. Ból znów zelżał. Z perspektywy, w której leżał, widział poruszające się gałęzie drzew, pędzące nad nimi chmury, twarz mężczyzny i jego nieruchome oczy.
- Dlaczego? - zapytał.
Tak naprawdę znał odpowiedź.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie był w stanie poruszyć ustami. Twarz zniknęła, zaraz znowu się pojawiła. Wraz z nią dłoń i coś, czego w pierwszej chwili nie rozpoznał.
Zamek jego kurtki wydał charakterystyczny dźwięk. Mężczyzna wsunął coś do kieszonki na piersi. Skrzydła. Krótko poruszały się w zapadających ciemnościach, potem znikły, jak wszystko dookoła.
*
Wjechali na leśny parking. Niedaleko zielonego Forda Escorta stały trzy policyjne wozy i karetka.
Zimny wysiadł z samochodu, popatrzył w kierunku lasu. W oddali widać było policjanta, który zniknął pomiędzy drzewami.
- Znaleźli go. - Obok nich pojawił się Leśniak.
- Żyje?
- Niestety nie... Wykrwawił się.
Wierzbicka spojrzała na Zimnego. Ten nie zareagował w żaden sposób.
- Zaprowadzić was tam? - Leśniak roztarł dłonie. Widocznie rękawiczki nie spełniały swojego zadania i przemarzł.
- Powiadomię prokuratorkę.
- Już to zrobiłem. Chciałem u niej zapunktować. Mam wrażenie, że mnie nie lubi.
- Inspektorze? Chcesz tam iść od razu czy...
- Zobaczmy samochód.
Wierzba skinęła głową.
Policjanci wystawili kilka mat, po których mogli bezpiecznie podejść do samochodu.
Zimny nachylił się w stronę siedzenia kierowcy. Spojrzał przez otwarte drzwi na siedzenie i zakrwawioną szybę. Potem popatrzył na czerwone ślady na śniegu.
- Możemy iść do Kowalczyka - powiedział.
- Trzymajcie się lewej, tam gdzie szli nasi. Dziennikarz uciekał prawą stroną, zabójca szedł jego śladem.
Zrobili tak, jak polecił Leśniak.
Las okrywała gruba kołdra śniegu. Napadało go tyle, że w wielu miejscach utworzyły się spore zaspy. Dopiero w głębi, zwłaszcza pomiędzy świerkami, było go mniej. Chrzęścił pod butami jak rozbite szkło.
- Kordek jedzie, napisała do mnie!
Leśniak był wyraźnie zadowolony z interakcji z panią prokurator.
- Cholera...
- Co? - zapytała Wierzba.
- Napisała w drugim esemesie, że się pomyliła i ta wiadomość była do ciebie.
Wierzbicka przestała słuchać Leśniaka. Przez cały czas patrzyła na śnieg. Obserwowała czerwone plamy, które wtopiły się w białe płótno. Z każdym pokonywanym metrem było ich coraz więcej. Chwilami łączyły się w brunatne pasma.
Pomiędzy drzewami nie odczuwała wiatru, ale mimo to przeszył ją przejmujący chłód.
Uciekająca zwierzyna i myśliwy.
- Nie spieszył się.
Zdała sobie sprawę, że Zimny ma rację. Kowalczyk nie mógł uciekać szybko. Mocno krwawił, tracił siły. Ten, kto za nim szedł, pozwolił mu się oddalić, chociaż zapewne mógł załatwić sprawę prędzej, przy parkingu.
- Pozwolił mu uciec i się wykrwawić...
- To prawda - przyznał Zimny.
Zza białej płachty drzew wyłonił się obraz, który sprawił, że poczuła się nieswojo. Kilku policjantów i lekarz stali kilka metrów od leżącego na śniegu dziennikarza. Zupełnie jakby go nie zauważyli albo o nim zapomnieli.
Przerwali rozmowę, gdy zobaczyli Zimnego i Wierzbicką.
- Panie Marku? - Aspirantka zwróciła się do lekarza pogotowia, którego znała.
- Nic nie dało się zrobić. Stracił za dużo krwi. Zmarł jakąś godzinę przed tym, jak go odnaleziono.
Wierzbicka zamrugała. Popatrzyła na inspektora. Zastanawiała się, kiedy dokładnie otrzymał od Kowalczyka wiadomość z prośbą o spotkanie. Zimny nie odwzajemnił spojrzenia.
- Poczekajcie na parkingu - zwróciła się do policjantów Wierzba. - Gdy przyjedzie prokurator Kordek, przyprowadźcie ją tutaj.
Mężczyźni z ociąganiem wykonali polecenie.
Zimny i Wierzbicka podeszli do zwłok.
Kowalczyk leżał z szeroko otwartymi oczami. Głowę miał odchyloną w tył, jakby próbował zaczerpnąć powietrza.
- Jak umarł? - spytała lekarza Natalia.
- Postrzał. Kula narobiła sporo szkód. Z tego, co zobaczyłem, nie miał szans.
- Ma ranę na głowie.
- Przewrócił się kilkadziesiąt metrów stąd, uderzył w coś.
- Jakieś inne obrażenia?
- Nie. To egzekucja. Znałem Kowalczyka bardzo dobrze, nie mogę uwierzyć, że to się stało.
Lekarz spojrzał na Zimnego, jakby to od niego oczekiwał wyjaśnień.
- Dziękujemy panu - powiedział inspektor.
Medyk otworzył usta, zaraz je zamknął.
- W takim razie się zbieram - oznajmił.
Oddalające się skrzypienie śniegu było sygnałem, że ruszył w kierunku parkingu.
- Chciał się z tobą spotkać - odezwała się aspirantka. - Pewnie miał coś do przekazania...
- Miał mi coś do przekazania - przyznał Zimny.
- Trzeba sprawdzić, czy ma coś przy sobie. Także samochód.
- Nie sądzę, żebyśmy coś znaleźli. - Arek pokręcił głową. - Zabójca sprawdził auto. Obszukał też ciało. Jeśli coś znalazł, zabrał to ze sobą. Wysłaliście patrol do domu dziennikarza?
- Tak. Leśniak pisał mi, że to zrobili. Jest tam już dwóch ludzi.
- Dobrze. Podjedziemy tam.
Śnieg znów zaskrzypiał za ich plecami. Odwrócili się jednocześnie.
Kordek miała marsową minę. Wierzbicka dawno jej takiej nie widziała. Patrzyła, jak prokuratorka staje obok Zimnego.
- Obsmarował mnie kilka razy, ale źle mu nie życzyłam. Cholera.
- Na pewno bardzo tego żałuje - powiedział Zimny. Przykucnął przy ciele. Wskazał palcem wyraźne ślady w śniegu.
- Tu stał i na niego spoglądał.
Wierzbicka wiedziała, że policjant mówi o zabójcy. Było jasne, że napastnik znajdował się nad swoją ofiarą i patrzył, jak umiera.
- To ten sam człowiek, który zabił Chudego? - zapytała Kordek.
Zimny pochylił się w stronę klatki piersiowej denata. Rozsunął poły kurtki i sięgnął do kieszonki koszuli. Od razu było widać, że jest nienaturalnie wypchana.
- Czekamy na techników? - zapytał inspektor.
- Cholera. Niech pan to wyciąga.
Zimny ostrożnie wysunął z kieszonki złożony papier. Umieścił go na rękawiczce, pozwalając, żeby się rozłożył.
- Mamy wariata z bronią w ręku biegającego po lesie - powiedziała Kordek.
- Już go raczej w lesie nie ma - stwierdził Zimny. Złożył skrzydła i wsunął je do kieszonki tak, jak były.
- No domyślam się, ale jest gdzieś blisko. Jak widać, nie załatwił jeszcze wszystkich spraw. Musiał się przyczaić w okolicy. Utworzyliśmy blokadę na drogach, kilka patroli sprawdza auta, ale skoro to wydarzyło się godzinę temu, to już po ptakach. Jedyna nadzieja, że ktoś tędy przejeżdżał, gdy Kowalczyk był na parkingu. Może coś nagrało się na kamerkach samochodowych.
- Zabójca nie przyjechał na parking, czekał już tam. Przyszedł stamtąd i tam wrócił.
Zimny wskazał w głąb lasu.
- Nasi się zorientowali? - zapytała prokuratorka.
- Chyba nie - przyznała Wierzbicka.
- Przecież, cholera, widać, że tamtędy coś szło! - Kordek zaklęła pod nosem. - Słonia by nie zauważyli, szlag.
Wierzba musiała przyznać, że też nie dostrzegła, że na gałęziach pobliskiego drzewa naruszony był śnieg. Zabójca musiał zahaczyć o gałąź, gdy stąd uciekał. Przeskoczył na duży kamień, a potem na ściółkę, na której nie było śniegu. Jednak za tym drzewem na pewno już nie próbował ukrywać śladów.
- Dlaczego Kowalczyk? - zapytała prokuratorka. - Znalazł coś przed nami? Przed panem?
- Dobre pytanie - przyznał spokojnie inspektor.
- A jaka jest na nie odpowiedź?
- Znalazł coś przed nami, przede mną.
Prokuratorka zaklęła pod nosem.
- Jak tak dalej pójdzie, to do wieczora wybiją mi cały Karłów.
Wierzbicka milczała, Zimny też. Oboje uznali, że muszą dać prokuratorce chwilę na ochłonięcie.
- Dobra. Pasywno-agresywne teksty w kierunku pana inspektora były nie na miejscu. Nie będę jednak tego w sobie dusiła. Co jest, do cholery? Kontrterror mam wzywać, wojsko? Mamy wejść do każdej chałupy w okolicy, żeby szukać faceta z bronią?
- Połowę Karłowa musielibyśmy zamknąć - wyrwało się Wierzbickiej. - W wielu chałupach jeszcze broń pochowana od czasów wojny...
Kordek zmroziła ją wzrokiem.
- Tak tylko mówię.
- Ja się pytam poważnie. Ma pan jakiś pomysł co dalej, inspektorze, czy mam odciąć Karłów od świata?
- Niech pani tak zrobi.
- Co?
Wierzbicka i Kordek zadały to pytanie w tej samej chwili.
- Niech pani odetnie Karłów od świata.
Prokuratorka zmełła w ustach przekleństwo.
- Muszę zapalić - powiedziała. - Przegrał pan już ten nasz zakład?
Zimny pokręcił głową.
- Nożeż ku...
Wierzbickiej uszy zwiędły od wiązanki, która wypłynęła z ust prokuratorki.
- Zostawiamy blokady na dojazdówkach do Karłowa. Polecę też piesze patrole. Jak wojna, to wojna. - Kordek wrzuciła do ust cukierka z niewielkiego pudełka, które trzymała w kieszeni. - Nie dajcie mi się tylko na tym froncie zastrzelić. Idzie Mroczek, zostanę tu. Jakie są wasze plany?
- Grzebanie w przeszłości - powiedział Zimny.
- A nie szukanie wariata z bronią? Aaaa... - Prokuratorka uniosła dłoń, nie dając Zimnemu szansy na wyjaśnienia. - Jak pan pogrzebie w tej przeszłości, to liczy pan, że wariat z bronią sam pana znajdzie? Jak Kowalczyka?
- Mam nadzieję, że nie tak jak Kowalczyka, ale coś w tym jest.
- To niech pan grzebie. Byle szybko i głęboko... Źle to zabrzmiało, ale pan wie, co mam na myśli, inspektorze.
- Tak.
- Wierzba, nie daj zastrzelić wariatowi inspektora.
Wierzbicka odchrząknęła.
Dotarli do nich technik Mroczek ze swoim współpracownikiem.
- Nie witam się, bo mam wrażenie, że cały czas się widujemy... - powiedział i zabrał się do pracy.
Prokuratorka odwróciła się od nich i przyłożyła telefon do ucha.
- Jedziemy? - zapytała Zimnego Natalia.
Ten popatrzył jeszcze na ciało dziennikarza i skinął głową. Ruszyli do samochodu.
*
- Masz sprzęt ze sobą?
- Mam, mogę wejść?
Widziała, że grubas na jej widok zaczął się ślinić, ale teraz się zawahał. Pewnie nigdy nie miał u siebie w mieszkaniu dziewczyny. Pocił się, miała nadzieję, że nie zejdzie na zawał, bo tętno wyraźnie mu podskoczyło.
- Wejdź - rzucił krótko. - Kapcie...
Nie miała zamiaru ściągać butów ani tym bardziej wkładać tych ohydnych zagrzybionych kierpców, które jej zaoferował. Wiedziała, że i tak nie będzie miał odwagi, żeby upierać się przy swoim.
- Jestem ci niezmiernie wdzięczna, że mi pomożesz. Lukas mówił, że jeśli ty sobie z tym nie poradzisz, to nikt.
- Lukas przesadza...
Widziała, że łyknął komplement jak pelikan. Trzydziestoletni facet mieszkający z matką. Nigdy nie był w poważnym związku, no, chyba że z ulubioną stroną porno, na której przebywał przynajmniej trzydzieści razy w ciągu dnia. Odruchowo popatrzyła na jego dłonie, miała nadzieję, że je wymył. Na Pornhubie był jeszcze kwadrans temu.
Przeszli przez śmierdzący korytarz w stronę schodów. Poprowadził ją na piętro, do swojego pokoju. Drzwi przypominały wejście do Netheru w Minecrafcie.
- Uwielbiam - powiedziała. - Cały czas gram.
Uśmiechnął się. Może lepiej, gdyby tego nie robił. Zęby mył pewnie kilka dni temu.
- Moja graciarnia.
Mało powiedziane. To był cholerny śmietnik. Nawet smród był śmietnikowy, chociaż doceniła, że otworzył okno przed jej przyjściem.
Obrzuciła szybkim spojrzeniem wnętrze tej jaskini neandertalczyka. Na sprzęcie się znał, wydawał na niego całą pensję. Monitory z górnej półki, fotel za gruby hajs - lubił nowinki.
Trochę urządzeń walało się na biurku i pod nim. W pudłach zebrał to, co kiedyś mogło mu się przydać. Oceniła wartość gadżetów. Kilkadziesiąt tysięcy. Opchnęłaby to w kilka minut za dobrą kasę.
- To mów, co się dzieje?
- Laptop mi nawalił, a pisałam pracę na koniec semestru. Boję się, że wszystko straciłam, nagle przestał reagować. Jakieś napisy się pojawiły, a potem czarny ekran.
- Napisy i czarny ekran... Nie zrobiłaś sobie kopii zapasowej?
- Zrobiłam.
- W tym samym laptopie, ale w innym folderze?
Zaczerwieniła się. Chyba nawet udało się jej odegrać zawstydzoną ignorantkę.
- Bywa. Zobaczymy, co się da zrobić.
Strzelił knykciami. Dźwięk był obrzydliwy. Zmusiła się, żeby się nie skrzywić.
- Siadaj, to może chwilę potrwać.
Czuła, że chce ją tu dłużej przytrzymać. Minę miał taką, jakby miał przeprowadzić operację na otwartym sercu.
- Nie wiedziałem, że Lukas ma kuzynkę.
- Każdy jakąś ma. - Zaśmiała się.
- No tak, ja w sumie też, ale nie widziałem jej z dziesięć lat.
Lukas akurat kuzynki żadnej nie miał. Stała się nią dzisiaj rano. Chłopakowi nie dała dużego wyboru. Gdyby nie zgodził się na tę historyjkę o kuzynce potrzebującej pomocy, kompromitujące zdjęcia z jego kompa zostałyby rozesłane do wszystkich jego kumpli. Obiecała sobie, że i tak je roześle, jak już załatwi sprawę z grubasem.
- Dobra... Klikałaś coś? Jakiś podejrzany link? Weszłaś na jakąś podejrzaną stronę?
- Pornhub chyba nie jest podejrzany, co? - Zaśmiała się. - Żartuję. Nie, nie wchodziłam. Lapek służy mi do pracy, na uczelnię.
- Dobrze - zachichotał.
Wiedziała, co mu się właśnie kłębi w głowie. Podniecił się, widziała, jak zerka na jej kolana. Na pewno nie siedziała teraz jak grzeczna dziewczynka.
Skoncentrował się wreszcie na robocie. Wiedział, co robić. Sprawdził sprzęt, system. Była pewna, że za chwilę wykryje problem.
- Mieszkasz w pobliżu? - zapytał.
- W Dusznikach.
- Czyli blisko. Jakoś się wcześniej nie widzieliśmy.
- Ja cię chyba już widziałam - powiedziała. - Masz znajomych, których znam.
- Tak?
- Więcka... Uczył koleżankę.
- No tak.
- I jeszcze taki starszy facet. Janosik?
- Góral. - Grubas ponownie zarechotał. - Ale Janosik w sumie do niego pasuje.
- Oni też się znają na kompach? Tak się poznaliście?
- Nie... Poznaliśmy się inaczej. Więcek za wiele o kompach nie wie.
- A Góral?
Grubas się zawahał. Nie odpowiedział.
- Już wiem, w czym problem. Zaraz twój lapek będzie śmigał jak nowy.
- Świetnie, będę mogła skorzystać z twojej sieci, żeby wysłać pracę? Jestem już po terminie.
- Jeśli masz telefon, to...
- Nie wzięłam. Dzięki, że mi ratujesz skórę. Nie wiem, jak ci się będę mogła odwdzięczyć. - Powiedziała to takim tonem, że była pewna, że dostał erekcji.
- Dobra, podłączę cię...
Wpisał hasło, a potem oddał jej laptop. Kliknęła w link, który przygotowała wcześniej. Popełnił błąd nowicjusza. Za chwilę przejmie jego sieć.
- Belfer i Góral mają szczęście, że cię znają. Pewnie non stop proszą cię o pomoc, gdy coś im się zepsuje.
- Czasem.
- Nie bądź tak skromny, na bank skompletowałeś im cały sprzęt i wszystko poustawiałeś.
Uśmiechnął się. Trafiła.
- Jakbym cię poprosiła, też mi pomożesz? Oczywiście nie za darmo.
Oblizał się.
- A czego potrzebujesz?
- No, wiesz. - Speszyła się. - Może to nie temat na dzisiaj...
- Tak?
- Bo z koleżanką...
Zawahała się, opuściła wzrok.
- No mów, chyba że planujesz jakiś napad na bank?
- Coś ty. Po prostu chciałabym być pewna, że to, co będziemy robić z koleżanką w sieci... no, że nikt nas nie wykryje po IP, że nikt nie będzie wiedział, skąd... nadajemy.
Uniósł brwi. Wyobraźnia zaczęła działać. Nie musiała nic dodawać.
- Odwdzięczymy się.
- No tak, no tak...
Znów się oblizał. Zamgliły mu się oczy. Był już w świecie swojej chorej wyobraźni.
- Robiłeś już coś takiego dla kogoś? Masz doświadczenie?
- Trochę.
- To robiłeś czy nie? Bo musimy być pewne, że nikt nie będzie wiedział, skąd emitujemy.
- Dam radę, naprawdę.
- Jakieś rekomendacje?
Zdziwił się.
- Żartuję. Wierzę ci. Pewnie już jakiś kumpel cię o to poprosił.
Błąd. Przesadziła. Nagle stał się czujny.
- Będziemy w kontakcie? - zapytała.
- Ja... jasne.
Wstała, schowała laptop do plecaka.
- Odprowadzisz mnie do drzwi?
- Pewnie.
Wyszli z pokoju, zeszli schodami na dół. Otworzyła drzwi.
- Lukas mówił, że masz ksywkę w sieci.
Zaczerwienił się.
- No mam, Fireball.
- Mega kozak, ja też mam, ale wymyśliłam ją tak dawno, że chyba powinnam zmienić.
- Dlaczego?
- Boomerska. Wstyd.
- No weź... powiedz. Sam ocenię.
- Gabriel.
Zaśmiał się. Zaraz jednak z jego oczu zniknęła wesołość.
- Głupia, co? Mówiłam, że głupia.
- Nie, spoko.
Zamknął drzwi.
Marta zeszła na chodnik i ruszyła wzdłuż drogi. Skręciła w boczną uliczkę i wsiadła do swojego samochodu. Włączyła laptop i założyła słuchawki.
Nic się nie działo. Grubas zapewne zdążył już wrócić do swojego pokoju, usiąść w fotelu i próbował zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Musiała dać mu czas.
Zaskrzypiał fotel. Miała rację. Usłyszała głośne przekleństwo. Pluskwa, którą podłożyła, działała bez zarzutu.
Nerwowe uderzenia palców w klawiaturę zdradzały, że sprawdza swoją sieć. Nie był taki głupi. Zostawiła ślad, ale prowadzący nie tam, gdzie mu się wydawało. Zamknęła oczy, niemal widziała komendy pojawiające się na jego ekranie.
Uderzył pięścią w stół. Zaklął tak głośno, że pewnie usłyszeli go sąsiedzi.
Bingo.
Chciałaby teraz zobaczyć jego minę. Na pewno najpierw zrobił się czerwony jak burak, a po chwili, gdy uświadomił sobie, co właściwie się stało, blady jak ściana. Do tej pory takie akcje widywał tylko w filmach sensacyjnych.
No, dawaj, zachęciła go w myślach.
Chodził po pokoju, słyszała jego kroki i głośny oddech.
- Uspokój się - przemawiała do niego łagodnie, jakby potrafiła rzeczywiście na odległość wpłynąć na jego stan.
Zatrzymał się. Znów zaklął.
- Mam cię! - Uniosła zaciśniętą dłoń, gdy na jej ekranie pojawił się rządek cyfr. - Mam cię, tuczniku!
Wybrał numer na smartfonie. Była pewna, że wie czyj. G jak Góral, a może nie tylko jak Góral?
- Stary, mam problem.
- Czego chcesz?
- Był ktoś u mnie, dziewczyna.
- Jeśli dziewczyna jest twoim problemem...
- Nie rozumiesz. Włamała mi się do sieci. Kurwa, nie wiem, kto to był. Podała się za kuzynkę znajomego.
- I po prostu wpuściłeś ją do domu?
- No...
- Jesteś debilem.
- To poważna sprawa, tu się, kurwa, coś dzieje. Ja nie chcę skończyć jak Chudy.
- Dlaczego miałbyś skończyć jak on?
- Góral... Ona...
- Co ona?
- Wypytywała mnie. Jest wyszkolona, kuźwa, nawet się nie zorientowałem...
- Skup się, Eryk. O co cię pytała?
- O kogo raczej, o Więcka i... i o ciebie.
- I co z tego?
- To było, kurwa, popieprzone. Poza tym zhakowała mi sieć.
- Metr siedemdziesiąt, brunetka z krótkimi włosami, podkrążone oczy. Szara cera, jakby wyszła z trumny?
- Ty chuju - wysyczała Marta.
- Jak... skąd ty to...
- Nic ci nie zrobi.
- Skąd wiesz?
- Po prostu wiem.
- Ale, Góral. Ona coś wie o Gabrielu. Na pewno go szuka.
- Niech szuka. Życzę jej szczęścia.
- Góral...
- Sprawdziłeś telefon?
- Co?
- Pytam, czy sprawdziłeś telefon. Włamała ci się do sieci, skąd wiesz, że nie siedzi ci teraz na uchu.
- Ona go nie... Kurwa.
- No właśnie.
- I co teraz?
- Nic. Zapytaj, czy umówi się z tobą na kawę, głąbie.
- Teraz mam ją zapytać?
Góral się rozłączył. Marta zdjęła słuchawki. Nie interesowało jej już, co grubas robi i myśli.
Przełączyła ekran. Mapa wciąż była aktywna w tle. Czerwony punkt pulsował z daleka od zabudowań, przy chatce, którą zdążyła sobie oglądnąć w Google Street View. Góral od dłuższego czasu nie ruszał się ze swojego domu. Oczywiście mógł mieć drugi samochód. A znając życie, znalazł nadajnik i wrzucił go do kosza na śmieci przed domem.
W każdym razie teraz na pewno nie siedział na adresie. Słychać było świst wiatru. Był na otwartej przestrzeni, tam gdzie rzeczywiście mocno wiało.
*
Brzuch ciemnej chmury pęczniał. Wyłaniał się nad górą, szorował o czubki drzew. Ciemne kłębiaste pasma zawirowały, wznosząc się wyżej. Zmieniło się ciśnienie, nadciągnął jeszcze chłodniejszy front, wypiętrzając cumulonimbusy.
Zimne powietrze przemieściło się nad wciąż ciepłym podłożem po czeskiej stronie. Fronty wymieszały się, woda zaczęła zamieniać się w kryształki lodu. Z nieba sypnęły kulki przypominające styropian. Krupa, spadając na skałę pod stopami Anděla, rozsypywała się jak małe piłeczki.
Za chmurą przyszedł wiatr. Porywisty, ciężki, przygniatający drzewa i wysysający powietrze. Spodziewał się, że za chwilę usłyszy grzmot wyładowania. Zimą nie było to częste zjawisko. O tej porze roku Anděl doświadczył go tutaj zaledwie kilka razy.
Śnieg unosił się, po czym spadał z postrzępionego zbocza niczym drobny piasek. Oblepiał spodnie i buty. Mężczyzna podszedł do krawędzi, spojrzał w dół, w ciemną przestrzeń pomiędzy skałami. Tyle razy kusiło go, żeby zsunąć się tam, w czeluść, która pochłaniała wszystko niczym czarna dziura. Zastanawiał się często, jak to jest: czuć strach w momencie, gdy traci się grunt pod nogami, a potem, gdy przestrzeń wokół się zwęża i wydaje się, że utkwi się w niej na zawsze.
Śmiertelna pułapka, w której umiera się bardzo powoli.
Zasłużył na taką śmierć.
Drgnął na wyładowanie, które zadudniło bardzo blisko. Przez kilka sekund wydawało mu się, że wydostało się ze szczeliny. Że coś, co tam tkwi od bardzo dawna, przebudziło się, żeby o sobie przypomnieć.
Anděl przykucnął, złapał rękami krawędź i nachylił się w przód. Wytężył wzrok. Nie był w stanie dostrzec dna. Wiatr świszczał w brzuchu szczeliny, zawodził, skarżył się. Zawył wraz z nim. Gdy skończył, ucichło wszystko oprócz drzew. Te trzeszczały w zawiesinie chłodu, zamarły na dłuższą chwilę dopiero, gdy wiatr zmienił kierunek.
Anděl jednak wiedział, że wichura wróci. Uderzy w Martwą Górę, w Karłów i w ludzi, którzy tutaj żyją. Tak jak już kilka razy wcześniej.
Strach i ból. Poraził ją rozbłysk światła, po którym znów wróciła ciemność. Ciepła ciecz spływała jej do oka, w ustach czuła metaliczny, słony smak. Obdarta skóra na dłoniach, kolanach i łokciach piekła. Bolały ją biodro i stopa. Najgorsze było jednak coś innego. To, że nie mogła się ruszyć. Była jak sparaliżowana. Zaklinowała się między skałami.
Targnął nią bezdźwięczny szloch, wydobył się gdzieś z głębi, wstrząsał nią nawracającymi dreszczami.
- Nie... - wyszeptała. - Proszę.
Popatrzyła w dół, znów dostrzegła rozbłysk światła. Pod nią była jakaś przestrzeń, a z boku, po prawej, otwór między skałami. Zwisała nad jakąś pustką, może studnią bez dna. To podszeptywała jej zlękniona wyobraźnia.
Z góry spadł kamyk, odbił się tuż obok jej głowy, wyminął ją i zsunął się w przepaść. Nasłuchiwała, kiedy uderzy o podłoże. Nie dotarł do niej jednak żaden dźwięk. Popatrzyła w górę, blady prześwit był cieńszy od kartki. Być może Hanke stał tam wysoko, usiłował coś dostrzec. Nasłuchiwał, czy przeżyła upadek.
Pomyślała, że będzie próbował dotrzeć tu z innej strony, być może od dołu. Na pewno nie da za wygraną. Przecież chciał odzyskać swoją własność.
Próbowała się unieść, ale nie mogła, nie miała wystarczająco siły w rękach. Utknęła w zwężającym się leju. W pułapce bez wyjścia. Umrze tu. Zamknęła oczy, starała się nie poddawać panice. Zamiast tego popadła w odrętwienie.
- Emily!
Przez chwilę była pewna, że słyszy głos brata. Ocknęła się, rozejrzała. Ten głos dochodził ze wszystkich stron, zupełnie jakby Matthias był tuż obok niej.
- Eeeemiilyyy!
Próbowała wydobyć z siebie głos, ale zamarł w gardle.
To nie był jej brat. Jej brat leżał tam, na górze, martwy.
- Gdzie jesteś?
Oddalił się. Szukał miejsca, w którym spadła, a dokładniej miejsca, w którym spadła jego torba.
Emily znów próbowała unieść się na drżących rękach, ale zamiast tego opadła kilka centymetrów niżej.
Straciła niemal cały oddech, gdy kamienna okowa ścisnęła jej brzuch.
Być może tak właśnie miało być, pomyślała. Tak miało się to skończyć. Jej życie i życie, które w niej się tliło, powinny zostać zakończone. Bo nigdy nie powinno było powstać.
Znów się osunęła. Klatkę piersiową ścisnęło imadło. Przed oczami zawirowały jej tęczowe plamy. Oddychała płytko, boleśnie. Była pewna, że za chwilę straci przytomność.
Coś kazało jej wycisnąć z płuc resztkę powietrza, którą tak panicznie próbowała w sobie zachować. Być może chciała to szybciej zakończyć, pomóc losowi. Być może chciała też usłyszeć pęd powietrza w uszach i sprawdzić, jak długo będzie spadać w chłodną i wilgotną czeluść.
Zamknęła oczy. Usłyszała dźwięk rozdzieranego materiału koszuli. Odwróciła głowę w bok i nagle poczuła się lekka jak piórko.
Upadek nie był bolesny. Wylądowała na miękkim podłożu. Uginało się pod nią jak materac. Leżała na boku, ciężko oddychając. Musiała zmrużyć oczy, bo światło wydobywające się z wąskiej szczeliny padało wprost na jej twarz.
A więc to tak. Tak po prostu.
Mogła stąd wyjść i się uratować. Naprawdę tego chciała?
Nie była w stanie się rozpłakać, współczuć sobie czy bratu. Była obojętna na wszystko, co się stało i co jeszcze miało się wydarzyć.
Przekleństwo. Głośne, rozbrzmiało niedaleko od niej. To na pewno był Hanke.
Nie miała racji, nie była obojętna. Czuła nienawiść.
Światło przedostające się między skałami przygasło.
- Żyjesz?
Rozszerzyły się jej z przerażenia oczy. W wąskiej szczelinie pojawiła się twarz Gauleitera.
- Emily?
Uniosła się na łokciach, chcąc odsunąć się w głąb, w ciemność.
- Nie bój się, pomogę ci się stąd wydostać!
Hanke próbował przecisnąć się przez otwór, ale nie był w stanie.
- Emily. Podejdź do mnie, nie chcesz tu umrzeć, prawda?
- Odejdź - wyszeptała.
Patrzył na nią.
- Masz to?
Zamarła. Zapomniała o torbie.
- Nie wiem.
- Na pewno jest. Podaj mi ją. Od tego, co jest w środku, zależy życie wielu ludzi. Bardzo wielu...
- Twoje na pewno - wydusiła.
Zaśmiał się.
- Masz rację, to był niewiarygodny argument. - Przechylił głowę. - Fascynujesz mnie. Masz niesamowity instynkt przetrwania, wiesz o tym? Jak szczury i karaluchy w Breslau...
Splunęła w jego stronę.
Uderzył dłonią z całej siły w kamienną ścianę. Po chwili rzucił w nią kamieniem. Krzyknęła z bólu, gdy trafił ją w ramię.
Odczołgała się dalej w ciemność. Straciła go z oczu. Wtedy pod rękami wyczuła tę nieszczęsną torbę. Oparła się plecami o ścianę i położyła teczkę na kolanach.
- Wrócę - powiedział w ciemność.
Zamknęła oczy. Nie obchodziło jej, czy wróci, czy nie. Była zmęczona. Chciała zasnąć i o wszystkim zapomnieć. Nie miała nic przeciw, żeby już się nie obudzić.
Strzelił na oślep. Obok jej głowy odłupał się kawałek ściany. Pył przykleił się do policzka. Kolejne dwie kule uderzyły o wiele dalej.
- Przynieś to, bo cię zabiję, suko!
Nie odezwała się i nie poruszyła. Przeniosła się w inny czas i przestrzeń. Znalazła się przed domem, z mamą i tatą. Mieli iść do parku. Nie mogła się doczekać, by wejść na karuzelę i spróbować lodów z kawiarni na rynku. Nigdzie jednak nie mogła dostrzec Matthiasa. Oglądała się za nim raz po raz. Dlaczego przerażało ją to, że nie potrafiła sobie przypomnieć jego twarzy?
Zmienił się kierunek wiatru. Nie wiało już ze szczeliny, przy której stał Hanke, ale gdzieś z boku.
A może jej się tylko wydawało?
Otworzyła oczy. Mrugnęła, bo wydało jej się, że szara smuga, którą dostrzegła, jest tylko złudzeniem.
Podczołgała się w jej stronę. Z każdym metrem smuga stawała się coraz bardziej wyraźna, nabierała konkretnych kształtów. Emily dotarła do ściany, odkryła za nią wnękę. Podciągnęła się i wstała. Przesunęła palcami po chropowatej ścianie i ruszyła w głąb skalnego labiryntu.
Robiło się coraz jaśniej. Dotarła do innej szczeliny. Była w nią wciśnięta powalona kłoda. Zdała sobie sprawę, że jeśli da radę ją przesunąć, wydostanie się na zewnątrz.
Szarpnęła za spróchniały pień. Rozsypywał się w dłoniach. Złamał się nagle wpół i spadł pod jej nogi. Sięgnęła dłońmi w stronę światła.
- Będziemy w domu Kowalczyka za dziesięć minut.
Zimny patrzył za szybę, wydawał się nieobecny.
Wierzbicka zastanawiała się, o czym inspektor myśli.
- Zginął, bo na coś trafił, naprawdę tak sądzisz? - zapytała. - Odkrył coś ważnego w przeszłości.
- Od jak dawna Kowalczyk był tu dziennikarzem?
Wierzba zastanowiła się chwilę.
- Grubo ponad dwadzieścia lat.
- Miał więc nad nami przewagę. Mógł prędzej połączyć fakty, do których my dopiero dotrzemy.
Wierzbicka milczała. Nachyliła się w przód na siedzeniu, bo widoczność się pogorszyła. Z nieba sypało drobną krupą, wycieraczki z trudem nadążały z jej wybieraniem.
- Zastanawiam się tylko, skoro trafił na coś ważnego, dlaczego nie nalegał na jak najszybsze spotkanie? Napisał do ciebie z prośbą o spotkanie z dużym wyprzedzeniem...
- Może musiał coś jeszcze sprawdzić? Upewnić się?
Wierzba zastanowiła się nad tym.
- Może... chciał się z kimś wcześniej skontaktować?
- Prawdopodobnie.
- Istnieje szansa, że wydzwonił swojego zabójcę, a zabójca zaaranżował ten leśny parking.
- Dowiemy się z billingów.
Wierzba poczuła, jak wiele myśli naraz zaczęło domagać się uwagi. Starała się nad nimi zapanować.
- Kowalczyk był dziennikarzem starej szkoły. Zainteresował się tą sprawą, natrafił na coś, ale żeby do nas przyjść, musiał być tego pewny. Chciał nas przekonać do swojej wersji, mając wystarczające dowody. Rozwiązał sprawę przed nami?
- Raczej trafił na coś bardzo istotnego.
Wierzbicka spojrzała ponad linię lasu - na ciemną chmurę nadciągającą od południa niczym walec. Wyglądało to tak, jakby za górami coś się paliło i wyrzucało w powietrze smoliste kłęby dymu.
- Zabiła go ambicja - podzieliła się kolejną myślą. - Chciał to rozwiązać. Wreszcie trafił na coś, w czym mógł się wykazać. Ale go to przerosło. Nie był ostrożny... Może szukał w zbyt czytelnym miejscu, zapytał o coś kogoś, kogo nie powinien.
- To ciekawe rozumowanie. O jakim "czytelnym" miejscu pomyślałaś?
- Kurczę... biblioteka w Kudowie? Jego własne archiwum? Myślę, że ma u siebie wszystkie wydania gazety. Ewentualnie internet. Ale w ostatnim przypadku ktoś musiałby monitorować jego sieć.
- Dobrze, a z kim mógł rozmawiać?
- Powiedzą nam to, jak już mówiłeś, billingi i skrzynka e-mailowa. Prokurator Kordek musi szybko załatwić nam do nich dostęp.
- Sprawdźmy tę bibliotekę. Zadzwoń tam.
- W porządku, zaraz to zrobię.
Skręcili w boczną drogę prowadzącą przed dom dziennikarza. Drewniana chałupa miała swoje lata, ale wyglądała na dobrze utrzymaną. Policjantka zatrzymała się obok innego policyjnego samochodu. Sięgnęła po telefon i wybrała numer. Zimny przysłuchiwał się rozmowie.
- Nie było go tam.
- Sprawdźmy więc jego prywatne archiwum - zadecydował inspektor.
Na ganku przywitał ich młody policjant, krótko wprowadził w temat. Po chwili weszli do budynku.
Zimny otworzył się na pierwsze wrażenia z nowego miejsca.
Dom skrzypiał żałośnie, jakby przeżywał żałobę i już wiedział, że gospodarz tu nie wróci. Weszli do salonu połączonego z kuchnią. Pachniało tu drewnem, żywicą i kurzem.
Kowalczyk lubił otaczać się przedmiotami. Każdy miał swoje miejsce, nie tylko na meblach czy ścianach, ale i na podłodze. Za kilka dni wszystkie znajdą się w pudłach, przestaną być częścią mikroświata, który właściciel stworzył wraz z nimi.
- Znaleźliście coś? - Wierzbicka zwróciła się do policjanta, który czekał w salonie.
- Jest laptop. - Mężczyzna wskazał na urządzenie w foliowym worku. - Spróbujemy dostać się do danych...
- Zahasłowany? - domyśliła się Wierzbicka.
- Niestety. Jest jeszcze stacjonarny rzęch, ale ten sam problem.
- W porządku.
Policjant mówił coś jeszcze, ale Natalia była teraz bardziej zainteresowana obserwowaniem inspektora.
Zimny stanął w miejscu, w którym miał dobry widok na całość pomieszczenia. Patrzył na ławę. Aspirantka podążyła za tym spojrzeniem. Leżało tu kilka książek i gazeta. Lee Child, Coben, Herron. Dostrzegła stronę z krzyżówką. Trochę sensacji, trochę zagadek, coś dla rozruszania umysłu.
- Zobaczymy jego gabinet? Myślę, że tam trzyma sporo rzeczy - zaproponowała.
- Dobrze - zgodził się Zimny.
Inspektor zmierzał do drugiego pokoju powoli. Wyraźnie oszczędzał nogę i oddech.
Znaleźli się w sporym gabinecie zawalonym tekturowymi pudłami. Każde było opisane, na większości znajdowały się wymalowane flamastrem daty. Zastanawiała się, czy zostały ułożone według jakiegoś systemu. Potrzeba chronologicznego układania pudeł najwyraźniej była denatowi obca. Aspirantka patrzyła na te znajdujące się na wyciągnięcie ręki, którymi dziennikarz mógł się ostatnio interesować.
- Jeśli szykował się do artykułu, na pewno gdzieś notował swoje spostrzeżenia - powiedziała. - Do komputera teraz nie zajrzymy, ale może, jak to dziennikarz starej daty, zapisywał najpierw wszystko odręcznie?
- Obawiam się, że jeśli miał jakiś notatnik, to woził go ze sobą.
Wierzba nie dawała za wygraną.
- Ale poszukać nie zaszkodzi?
- Nie zaszkodzi - przyznał Zimny.
Inspektor rozglądał się wokół, ale aspirantka miała wrażenie, że nie szuka notatnika, a czegoś zupełnie innego.
Popatrzyła na biurko. Leżało tu kilka gazet i wydruków. Przesunęła wzrokiem po nagłówkach.
Wypadki samolotowe z 1945 roku. Informacja o śmiertelnym wypadku w pobliżu Karłowa w 1995 roku. Informacja o zaginięciu turysty w Dusznikach w tym samym czasie. Była pewna, że to ma znaczenie.
- Nie znam tych zdarzeń - powiedziała.
Zimny tego nie skomentował. Nagle uświadomiła sobie, że inspektor pod koniec lat dziewięćdziesiątych mógł w Karłowie jeszcze mieszkać. Patrzył teraz na nagłówki w gazetach. Była pewna, że wywołały w nim jakąś reakcję.
- Słyszałeś o tym wypadku i zaginięciu?
- Tak.
- Powiesz mi o tym więcej?
Zimny przeniósł na nią wzrok. Jego spojrzenie wydawało się jednak nieobecne.
- Inspektorze?
- W wypadku zginął Marek Zilmann.
- Zilmann?
- To ta sama rodzina.
- Brat naszej wariatki? Przepraszam.
- Tak, jej brat, a mój dawny kolega.
- O cholera...
To ostatnie słowo wyrwało się jej mimowolnie. Ale nagle uświadomiła sobie, że ta sprawa nabrała innego wymiaru. Innego wymiaru nabrało też zaangażowanie się w nią Zimnego. Wierzba poczuła, jak oblewa ją pot. Zadała sobie pytanie, czy inspektor wiedział, że gdzieś w tym wszystkim pojawi się wątek wypadku jego kolegi.
- Co się wtedy stało? - zapytała.
- Marka potrącił samochód. Chłopak zmarł na miejscu. Sprawca uciekł.
- Co to był za sprawca?
Zimny znów na nią spojrzał. Gdy patrzyła w jego oczy, miała wrażenie, że coś w tym mężczyźnie się zmieniło. Poczuła na plecach ciarki.
- Przez jakiś czas uważano, że wypadek spowodował ten zaginiony z Dusznik. Turysta. Obcy. Tak ich nazywacie?
- Kogo?
- Niemców.
Zamilkła.
- Zadzwoń do szpitala, do patologa. Może określił, jak długo NN spod Szczelińca leżał w ziemi.
Wierzba od razu zrozumiała, skąd ta prośba. Szczątki, które odkopali. Może właśnie odnaleźli po latach zaginionego mężczyznę?
Natalia wybrała numer. Chwilę czekała, zanim lekarz odebrał. Przez ten czas obserwowała inspektora. Nie poruszył się, patrzył na artykuły leżące na stole. Nie wziął ich do ręki. Nie chciał ich przeczytać czy... znał je już na pamięć?
- Halo?
- Cześć, Wierzbicka z tej strony.
- Miałem do ciebie dzwonić. - Patolog sapał w słuchawkę.
- Zadbaj o kondycję.
- Wierzba, jakoś odechciało mi się dzisiaj żartów.
- Co się stało?
Aspirantka, słuchając patologa, czuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Zadała kilka dodatkowych pytań. Przykuła uwagę Zimnego. W końcu się rozłączyła.
- Co się stało? - zapytał inspektor.
- Nasz NN - zaśmiała się nerwowo. - Mamy żywego trupa.
- To znaczy?
- Nie ma go w lodówce. Nie sądzę jednak, żeby sam wyszedł. Ktoś go wyniósł.
*
Marta wróciła do Domku pod Lasem. Stała chwilę w korku, gdy przejeżdżała obok parkingu, przy którym zabito dziennikarza. Policjanci dwukrotnie sprawdzali jej auto. Jechała ostrożnie, rozglądała się. Miała schizę, że ktoś może ją śledzić. Ten dreszczyk emocji jej się podobał. Nic dziwnego, zawsze uważała, że nie jest do końca normalna.
Pod domkiem zauważyła samochód na wrocławskich blachach. Była pewna, że to nowi goście. SUV, prosto z salonu. Obstawiała małżeństwo albo kochanków na weekendowym wypadzie.
Zagrzmiało, gdy wyszła z auta. Drgnęła zaskoczona. Zbeształa się zaraz w myślach za strachliwość. Zlustrowała granatowe niebo. Na jej twarz spadały kuleczki przypominające styropian. Złapała kilka na rękawiczkę i się im przyglądnęła. Wiatr rozwiewał je na wszystkie strony. Za tym pomrukiem z bebechów cumulonimbusa szło jednak coś więcej. Nie miała zamiaru przekonywać się tu, na dworze, co to jest.
Weszła do domku, zobaczyła, że Gośka stoi w kuchni, przy piecu. Trzymała dłonie nad garnkiem, zdaje się, przemarzła. Musiała wrócić do domu tuż przed Martą. Na jej widok gospodyni się uśmiechnęła.
- Jesteś głodna?
- A to wczasy z pełnym wyżywieniem?
Wilczek się zaśmiała.
- Wyjątkowo.
- Zupa?
- Krupnik.
- Boże, w przedszkolu miałam po nim odruch wymiotny.
- Naprawdę? To nie będę ci go wmuszać.
- Coś ty. Zjem, tęsknię za tamtym uczuciem.
Marta weszła do kuchni i usiadła za stołem.
- Wciąż nie mogę cię rozgryźć. - Gośka śmiała się, rozlewając zupę do talerzy.
- Ja ciebie też. - Dziewczyna dla odmiany powiedziała to bez cienia uśmiechu. - Goście, goście? - Wskazała palcem w górę.
- Tak, małżeństwo. - Wilczek położyła talerze na blat i usiadła naprzeciw dziewczyny. - Przyjadą jeszcze dwie pary. Będzie trochę bardziej tłoczno.
- Patrzysz na mnie, jakby miało mi to przeszkadzać.
- A nie przeszkadza?
- Oczywiście, że tak.
- Domyśliłam się. - Wilczek zaczęła jeść. - Nie lubisz ludzi.
- Myślę, że tak samo jak ty. Ty jednak potrafisz się przełamać. Ten domek to forma terapii?
- Tak.
Marta skinęła głową. Doceniła szczerość gospodyni. Sięgnęła po łyżkę, zamieszała nią w talerzu, wydobywając kaszę na wierzch.
- Będziesz miała odruch wymiotny?
- Nie wiem, czekam...
- I?
- Z żalem muszę powiedzieć, że nie nadchodzi. Może jak spróbuję.
Wilczek nie mogła się przestać śmiać.
- Jesteś mocno zwichrowana, wiesz? - Gośka otarła łzę płynącą po jej policzku.
- Ja przynajmniej nie latam po lasach i nie zabijam ludzi.
- Ja też tego nie robię. - Wilczek wytrzymała spojrzenie dziewczyny.
- Szkoda, myślałam, że to jednak ty.
Marta zajęła się swoim talerzem. Jadły przez chwilę w milczeniu.
- A ta łopata...
- Łopata? - zdziwiła się Gośka.
- Ta z szopy. Zakopałaś kogoś ostatnio czy odkopałaś?
- Nie używałam jej już długo.
- No tak, w sumie już ustaliłyśmy, że to nie musisz być ty.
Wilczek milczała chwilę, cały czas patrzyła na Martę. Dziewczyna nie odwracała wzroku.
- Możesz powiedzieć, o co ci chodzi?
- Wiesz, że nie żyje ten wasz lokalny dziennikarz?
- Co?
Łyżka Gośki stuknęła o porcelanę. Zamrugała, jakby nie była w stanie przyswoić tej informacji.
- Godzinę temu znaleziono go w lesie. Zimny mi pisał.
Wilczek sięgnęła po telefon. Przeskrolowała ekran. Musiała mieć tam kilka nieodebranych połączeń i esemesów.
- Przepraszam.
- Jasne. Nie przejmuj się mną - powiedziała Marta. - Zjem krupnik i znikam. Przy okazji, całkiem dobry.
Gośka skinęła głową, choć myślami była gdzieś indziej. Wyszła z kuchni, skierowała się do swojego pokoju.
Marta odłożyła talerz do zlewu. Chwilę nad nim stała, usiłując zwalczyć odruch wymiotny. Nie udało jej się. Wytarła usta papierem, opłukała umywalkę i przeszła do swojego pokoju.
Otworzyła komputer, połączyła się z siecią. Miała sporo roboty. Odgłos zamykanych w korytarzu drzwi sprawił, że drgnęła, zupełnie jak po tamtym grzmocie przed domem.
Nasłuchiwała odgłosu butów na schodach. Małżeństwo zeszło na parter w milczeniu. W milczeniu wyszli też z domku.
Marta podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz.
Para w podobnym wieku, gdzieś około czterdziestki. Facet był wysoki, ubrany w dobrą górską kurtkę. Szarą czapkę nasadził mocno na głowę. Kobieta była dużo niższa od niego. Ubrana podobnie. Weszli do samochodu i zaraz odjechali.
Dziewczyna spojrzała wyżej, ponad drzewa. Zrobiło się ciemno. Burzowa chmura zatrzymała się nad Karłowem. Sypnęło śniegiem i wydawało się, że wiatr za wszelką cenę starał się go cisnąć w stronę budynku.
Marta pomyślała, że nowi goście już raczej dzisiaj nie dojadą.
Szyba zaparowała. Dziewczyna przesunęła palcem po zimnej, wilgotnej powierzchni. Każdą literkę wyrysowała starannie.
Gabriel.
Nad tym słowem dorysowała skrzydła.
Kim był Gabriel, którego szukali? Była pewna, że to ktoś stąd, ktoś, kto jest bardzo blisko.
Góral? Pasował, ale zaczęła mieć wątpliwości. A może Gabrielem był jednak Chudy?
Dlaczego jednak zawęziła krąg podejrzanych do mężczyzn? Anioły nie mają przecież płci. Na obrazach i rzeźbach przedstawiano je jako osoby androgeniczne, często o kobiecych rysach twarzy. Gabriel z Karłowa mógł przybrać postać kobiecą?
Właściwie czemu nie?
*
Wierzbicka nie mogła tego zrozumieć. Patolog chwilę wcześniej rozmawiał z prokuratorką. Teraz obie były na łączach. Kordek jechała już w stronę kłodzkiego szpitala. Ciało zniknęło w nocy. Nikt nic nie zauważył do godzin popołudniowych, gdy patolog miał kontynuować badanie szczątków.
- Zdążył ustalić, jak długo NN tam leżał? - zapytał Zimny.
Wierzbicka całkowicie zapomniała, że właśnie w tej sprawie dzwoniła do patologa. Powtórzyła pytanie prokuratorce.
- Daj mnie na głośnomówiący - poleciła kobieta. - Słyszycie mnie?
- Głośno i wyraźnie - potwierdziła Wierzba.
- Widełki są cholernie duże, dzisiaj miał doprecyzować czas śmierci. Ale obstawia, że co najmniej trzydzieści lat.
Zimny skinął głową.
- Justyna... - odezwała się Wierzba. - W dziewięćdziesiątym piątym roku zaginął turysta z Dusznik. Mógł mieć coś wspólnego z wypadkiem, w którym zginął Marek Zilmann.
- O cholera.
- No. - Wierzbicka westchnęła. - Na biurku u Kowalczyka znaleźliśmy na ten temat artykuł, wydaje się, że badał tę sprawę.
- Jeszcze lepiej.
- Jak po sznurku - powiedział Zimny.
Kordek zamilkła, a Wierzbicka popatrzyła na Arka pytająco.
- Za proste? - zapytała prokuratorka. - Ktoś nas na coś naprowadza? Chce mi inspektor powiedzieć, że niekoniecznie nasz dziennikarz?
- Komputer nieruszony, laptop też nie. Wszystko zostało na miejscu. Przy Chudym ktoś wykazał się większą skrupulatnością.
- Może morderca nie zdążył przed nami... - Słychać było, że Kordek nie za bardzo dowierza własnym słowom.
- Może.
- Ma pan wątpliwości? - dociekała prokuratorka.
- W jego gabinecie stoi kilkadziesiąt pudeł. Każde oznaczone rokiem. Pudło z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego stoi na spodzie, na moje oko wygląda, jakby nikt go nie ruszał od bardzo dawna.
Wierzba zagryzła wargi. Nie zwróciła na to uwagi.
- Może trzymał ten artykuł w pudle z napisem "różne"? Takie zawsze stoją pod ręką.
- Nie ma tu takiego pudła - zaśmiał się Zimny.
- Kto zatem podłożył nam artykuły? - zapytała Kordek. - Natalia, sprawdź to pudło sprzed trzydziestu lat.
- Dobrze - zgodziła się aspirantka.
Wierzba wymieniła jeszcze kilka uwag z prokuratorką. Zimny w tym czasie całkowicie stracił zainteresowanie rozmową. Nie patrzył nawet na policjantkę. Gdy ta dokopała się do odpowiedniego kartonu, wyszedł z gabinetu Kowalczyka, a potem z jego domu.
Wierzbicka dołączyła do niego kilkanaście minut później. Stanęli przed gankiem.
- Wielowątkowa sprawa, co?
Inspektor skinął głową.
- W pudle znalazłam gazety z tymi artykułami, miałeś rację. Muszę się jeszcze dużo nauczyć. Nie zwróciłam na to uwagi.
- Zwróciłabyś. Koncentrujesz się za bardzo na tym, co ja zrobię, zamiast na sobie.
- Chyba masz rację - przyznała. - Ktoś podrzucił te artykuły, żeby nas zmylić albo żeby nas na coś rzeczywiście naprowadzić.
- Przemyślałem to. Morderca nie zdążył tutaj podjechać przed nami. Może ma coś innego do roboty...
- Nie brzmi to dobrze. Skąd więc te artykuły?
- Kowalczyk mógł je od kogoś dostać. Badał każdy z wątków, którymi się zajmujemy. Także odnalezionych przez ciebie szczątków. Trafił na coś lub na kogoś, kto mógł mieć o tym wiedzę.
- Na kogo?
Wierzba pomyślała, że Zimny jednak nie chce dzielić się wszystkimi przemyśleniami.
- Ten wypadek twojego kolegi, Marka Zilmanna. To straszne stracić tak znajomego. Byłeś wtedy w Karłowie?
- Nie. - Zimny zapatrzył się w granatową chmurę, z której zaczął sypać gęsty śnieg. Zapiął się odruchowo pod szyją, bo wraz ze śniegiem przyszedł wiatr. Silne podmuchy przygniotły czubki drzew. - Nie było mnie nawet na jego pogrzebie.
To wyznanie zaskoczyło Wierzbę.
- Co teraz? - zapytała, żeby przykryć czymś niezręczną ciszę.
Wydawało się, że Zimny rozważa odpowiedź na to pytanie. Nagle jednak obrócił się w stronę domu dziennikarza.
- Stolicą Peru jest Lama?
Wierzbicka zmarszczyła brwi. To pytanie było zupełnie irracjonalne. Nagle jednak ją olśniło. Przypomniała sobie Zimnego stojącego nad ławą w salonie Kowalczyka.
- Literówka?
- Naprawdę tak myślisz?
Inspektor szedł już w stronę domu, więc darowała sobie odpowiedź.
Znaleźli się w salonie. Arek usiadł w fotelu i pochylił się nad gazetą. Przez chwilę na nią patrzył.
Gdy Wierzbicka usiadła obok, przesunął krzyżówkę w jej stronę.
Popatrzyła na słowną łamigłówkę. Odnalazła hasło, o którym wspomniał Zimny.
- Lama, rzeczywiście... Widzę, że jest tutaj więcej takich kwiatków.
- Więcej - przyznał Zimny.
- Pozostaje nam poznać hasło krzyżówki Kowalczyka?
- Zrób to.
Wierzba była pewna, że Zimny zdążył w myślach ułożyć oznaczone cyframi litery stanowiące rozwiązanie krzyżówki. Przesunęła wzrokiem po odpowiednich polach.
- To ma sens?
- A nie ma?
Wierzba zmarszczyła brwi. Jeszcze raz spojrzała na litery, zastanawiając się, czy czegoś nie pomyliła.
- Ten znaczek nad e... To daszek, jak w czeskim
- Tak.
- Lědna. Nie znam na tyle tego języka... Ale od czego Tłumacz Google?
- Śmiało - zachęcił ją inspektor.
Wierzbicka wpisała "Lědna" w przeglądarce.
- Styczeń? To łamigłówka w łamigłówce? Mówi ci to coś?
- Zacznij jeszcze raz.
Wierzbicka poczuła się jak w czasie egzaminu. Trochę ją to paraliżowało. Zbeształa się w myślach. Miała doświadczenie, które powinna wykorzystać. Zimny miał rację, nie na nim powinna się skupić, tylko na sobie.
Popatrzyła ponownie na cyfry potrzebne do rozwiązania hasła z krzyżówki i literki wpisane w kratki. Jedna z nich rozpoczynała wyraz. Akwarium. Przy pierwszym A stała cyfra numer pięć.
Wierzbicka jeszcze raz wpisała hasło w przeglądarkę. Tym razem jednak odwróciła kolejność liter.
- Anděl, czyli anioł.
Zimny nie potwierdził i nie zaprzeczył, bo nie było takiej potrzeby.
- Anioł znów kojarzy się z Gabrielem. Dlaczego jednak napisał to po czesku? To wskazówka?
- Zapewne tak.
- Znasz czeski? - zapytała. - Od razu wiedziałeś, o jakie słowo chodzi.
- Kiedyś wielu znało tu czeski - powiedział. - Kilka rodzin się wymieszało. Polski, czeski, niemiecki - długo funkcjonowały obok siebie.
- Słyszałam o tym od babci - przyznała Wierzba. - Po wojnie w Kudowie pełniło funkcję równocześnie trzech burmistrzów. Zawsze było to dla mnie nie do pojęcia. Babcia mówiła też o strachu z tych pierwszych lat, o Werwolfie. Wszyscy uważali, że partyzanci i dywersanci ukrywają się w okolicy. Że mają czegoś pilnować, że obserwują ludzi. Niektórzy sądzą, że do dzisiaj kręcą się tu tacy strażnicy przeszłości. Coś w tym musiało być. Podobno polski kontrwywiad długo ich rozpracowywał.
- Słyszałem wiele takich historii - przyznał Zimny.
- Wiesz, nie pomyślałam o tym wcześniej, ale... Oglądałeś Ostatniego świadka z Mikulskim? - zapytała całkiem poważnie Wierzba. - Kręcono go tutaj.
- Nie oglądałem. - Zimny pokręcił głową. - Ale o filmie słyszałem.
- I?
- I co? - zaśmiał się inspektor.
- Ukryte przez oficerów SS skarby, rozstrzelani więźniowie, Werwolf w cywilu wśród lokalnej społeczności. Niczego ci to nie przypomina?
- Myślę, że mamy do czynienia z nieco bardziej skomplikowanym scenariuszem niż ten filmowy sprzed blisko sześćdziesięciu lat.
- Prawdopodobnie masz rację - przyznała Wierzbicka.
Popatrzyła na telefon. Odczytała wiadomość.
- Pani prokurator się niecierpliwi. Musimy jechać.
- Wysadzisz mnie po drodze.
- Nie jedziesz ze mną?
- Mam do załatwienia pewną sprawę, osobistą.
Wierzba skinęła głową. Sprawa osobista. Nie miała wątpliwości, że łączy się ze służbową. Jaki jednak miała wybór? Musiała Zimnemu zaufać.
Pokój był zaciemniony. Paliło się tu tylko kilka świeczek. Z mroku wyłoniły się szafa, stół i łóżko. Hanke musiał tu często przebywać. Na fotelu widziała jego ubrania, na stole kilka konserw i chleb.
Pchnął ją delikatnie w plecy, kierując w stronę dywanu.
Widział, jak patrzyła na stół.
- Jesteś głodna?
Skinęła głową.
- Śmiało, możesz się częstować.
Zapalił papierosa, obserwował ją, jak podchodziła do stołu, jak rzuciła się na jedzenie. Nie musiała udawać, jej ciało zadecydowało za nią. Patrzyła na siebie z boku, na zwierzę łapczywie przełykające zawartość konserwy i wbijające chwiejne zęby w skórkę chleba.
- Dostaniesz więcej, później...
To był sygnał, że miała już skończyć.
Rzucił jej ściereczkę, otarła nią usta i dłonie. Odłożyła ją na chwilę obok konserwy.
- Połóż się na łóżku, na brzuchu, tyłem do mnie.
W jego głosie nie było emocji. Wydał instrukcję, nie spodziewając się sprzeciwu. I nie była w stanie mu się przeciwstawić. Odwrócił się, zgasił papierosa na ścianie, rzucił go na podłogę.
Szła, wciąż ze ściereczką w dłoni. Dotarła do łóżka. Czuła woń pościeli, pot i coś jeszcze, co sprawiało, że ogarnęły ją mdłości.
- Połóż się. Rozumiesz, co mówię?
Wykonała polecenie. Odpychająca wilgoć prześcieradła na nagim ciele napawała ją obrzydzeniem. Dłonie wsunęła pod poduszkę. Drżała.
Stanął za nią. Wiedziała, że patrzy, czuła, jak jego wzrok prześlizguje się po jej skórze. Zaglądał w zakamarki jej ciała, nie wydając najmniejszego odgłosu.
Nagle poczuła jego dłoń na udzie. Szorstkie palce przesunęły się w górę. Rozchylił jej uda.
- Robiłaś to już?
Nie była w stanie się poruszyć.
- Czy to już robiłaś?
- Nie.
- Dobrze. Odwróć się.
Nie potrafiła. Całkowicie ją sparaliżowało.
- Odwróć się - powiedział cierpliwie.
Złapał ją za stopę i wykręcił. Znalazła się na plecach.
Był nagi. Patrzył na jej brzuch i niżej, na włosy łonowe. Czubkiem języka oblizał wargi. Widziała, jak rośnie w nim podniecenie.
Wsunęła dłoń pod poduszkę, zacisnęła palce na tym, co ukrywała pod ściereczką. Gdy kładł się na niej, zacisnęła razem nogi.
Wcisnął kolano między jej kolana. Oddychał ciężko, nie z wysiłku, a z pożądania.
Wycelowała w jego kark. W punkt tuż pod włosami. Nie zrobiła tego jednak wystarczająco szybko. Wyczuł jej napięcie mięśni, uniósł się. Ostrze rozorało jego policzek. Chciała znów uderzyć, ale złapał ją za nadgarstek i wykręcił tak mocno, że musiała wypuścić broń z dłoni.
- Widziałem, co chowasz. Dałem ci szansę i jej nie wykorzystałaś. Tak naprawdę nie byłaś do tego zdolna.
Wiedziała, że ma rację.
- Nie zamykaj oczu, masz je mieć otwarte, rozumiesz?
Nic więcej nie powiedział, nie odezwał się aż do końca.
Stała nieruchomo, nie wiedząc, gdzie jest. Wyszła ze skalnego labiryntu, ale utknęła w przeszłości. Wciąż czuła zaduch bunkra, smród wilgotnej pościeli i pot leżącego na niej mężczyzny.
Potrząsnęła głową, próbując to wszystko od siebie odrzucić. Zdała sobie sprawę, że trzyma coś w dłoniach. To była torba Hankego. Sięgnęła do wnętrza, wyjęła notes i go przekartkowała. Znalazła w nim kilka zapisanych stron i rzędy cyfr. Nie wiedziała, czym są, może trochę wyglądały na współrzędne. Przeczytała pierwszą linijkę, cyfry wbiły się jej do głowy. Znalazła jeszcze kopertę wypchaną pieniędzmi.
Wcisnęła notes i kopertę w kieszeń, a torbę odrzuciła jak najdalej od siebie. Wylądowała w kępie jagód.
Rozejrzała się, próbując znaleźć stąd wyjście. W jej głowie rozbrzmiały się nagle dzwonki alarmowe. Ścierpła jej skóra. Hanke na pewno wciąż jej szukał.
Drgnęła, gdy gdzieś wysoko nad nią zsunął się ze zbocza kamień. To pobudziło ją do działania.
Popatrzyła w bok, na ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta. Ruszyła nią, chociaż wydawało się, że prowadzi donikąd. Wdrapała się na skałę, rozgarnęła krzewy. Przed sobą miała kilkunastometrowy wąwóz, który prowadził w las.
Ruszyła nim, nie bacząc na ból w stopie, na palące żywym ogniem rany, które znów zaczęły krwawić. Dobiegła do krzewów, schowała się za nimi w chwili, gdy usłyszała trzask gałęzi dochodzący zza pleców.
Wstrzymała oddech. Hanke stał pomiędzy drzewami. Zauważyła go dopiero, gdy się poruszył. On jej nie dostrzegł, ale wyczuwał jej obecność. Była tego pewna.
Skurczyła się w sobie. Jeśli mężczyzna ruszy w jej stronę, będzie musiała uciekać. Ze zwichniętą nogą nie miała wielkich szans. Hanke dopadnie ją po kilkudziesięciu metrach.
Wszystko zależało teraz od tego, w którym kierunku pójdzie.
Wahał się. Nie widziała jego twarzy, ale wyobrażała sobie, że mężczyzna wciąga w nozdrza powietrze. Węszył, próbując odnaleźć woń jej strachu.
Znowu się poruszył. Wybrał drogę w dół. Szedł w miejsce, z którego dopiero co przyszła.
Powietrze znów napłynęło do płuc Emily. Wraz z tym oddechem powróciła do niej nadzieja. Nie mogła zmarnować tej szansy. Hanke lada chwila znów ruszy jej tropem. Sama mu to ułatwiła.
- Co zrobiłaś, Emily... - wyszeptała.
Popełniła błąd. W miejscu, do którego szedł Hanke, zostawiła ślad, wyraźny trop. Gdy Gauleiter znajdzie torbę, zrozumie, że Emily udało się wydostać ze szczeliny. Nie myślała wtedy racjonalnie. Zupełnie jakby podświadomie chciała stać się zwierzyną.
Emily próbowała biec, ale ból w nodze okazał się paraliżujący. Kulała, kroki były krótkie i chwiejne. Odciążała nogę, ale na nierównym terenie nie było to proste. Gdyby nie adrenalina, pewnie nie uszłaby nawet kilku kroków.
Potknęła się. Odruchowo osłoniła brzuch, upadając na bok. Ból w stopie był tak silny, że niemal zawyła. Musiała zagryźć dłoń, żeby zdusić w sobie krzyk.
Nie była w stanie się podnieść. Obok niej leżała gruba gałąź, sięgnęła po nią. Dopiero dzięki tej podporze udało się jej wstać. Znów ruszyła przed siebie. Wydawało się jej, że idzie wieczność, ale nie pokonała więcej niż kilkaset metrów.
Las się przerzedził. To nie była dobra wiadomość. Hanke będzie miał ją tu jak na dłoni.
Ruszyła w bok, wzdłuż linii drzew, mając nadzieję, że ochronią ją pnie i krzewy.
Musiała odpocząć. Oparła się o drzewo, zastanawiając się, co zrobić. I wtedy znów go zobaczyła. Hanke wyszedł z gęstwiny w miejscu, w którym była może pięć minut temu. Szedł jej tropem jak po sznurku.
Zakręciło się jej w głowie. Przylgnęła do kory tak mocno, że wydawało się, że zespoli się z nią w jedno.
Hanke się rozglądał. Popatrzył tam, gdzie się ukryła. Przez chwilę była pewna, że ją widzi. Gdy drgnął, zamarło jej serce. Ruszył w dół skarpy, w kierunku, który wcześniej chciała wybrać. Gdyby popełniła ten błąd, złapałby ją od razu.
Emily w panice zastanawiała się, co dalej. Podjęła decyzję, która z początku wydawała jej się irracjonalna. Zawróciła. Pomyślała, że Hankemu nie przyjdzie do głowy, że jego ofiara zrobi koło i ukryje się w miejscu, z którego kilkanaście minut temu się wydostała.
Znów otoczył ją las. Szła pod górę, stawiając stopy w miękkiej ściółce. Nasłuchiwała, ale docierało do niej jedynie nawoływanie ptaków. Nie poznawała okolicy, na drodze wyrosły ogromne głazy, na które nie była w stanie się wspiąć. Przypominały jej głowy baśniowych stworów. Niektóre miały oczy, inne szeroko otwarte usta. Dopiero pośród tych milczących gnomów poczuła się bezpieczna.
Musiała odpocząć, przysiadła na pniu i zamknęła oczy. Serce zaczęło walić jej w piersi, po twarzy spływał pot. Powrócił do niej obraz martwego Matthiasa.
Wstrząsnął nią szloch. Zasłoniła dłonią usta, żeby zdusić w sobie nieludzki skowyt.
Jakiś wewnętrzny nakaz zmusił ją do wstania. Choć wydawało jej się, że wyczerpała wszystkie pokłady energii, ruszyła pod górę. Zanurzyła się w gęstwinę i po chwili stanęła jak wryta. Wyszła wprost na asfaltową drogę. Nie spodziewała się tego, tak jak i mężczyzny, który patrzył na nią jak na przybysza z innego świata.
- Co się pani stało?
Mówił po niemiecku. Patrzył na nią podejrzliwie. Otaksował ją spojrzeniem.
- Dzień dobry - powiedziała, próbując się uśmiechnąć.
Musiał to być upiorny uśmiech.
- Coś się pani stało? - powtórzył pytanie, jakby był pewny, że nie dosłyszała lub go nie zrozumiała.
- Przewróciłam się.
Skinął głową. Popatrzył na jej zakrwawione ręce i nogi. Na pokrytą zaschniętą krwią twarz.
- Jesteś z obozu? - zapytał.
Nie wiedziała, o czym mówi.
- Z obozu? Nie. Miałam wypadek.
Spoglądał na nią w milczeniu.
- Przepraszam, pójdę - powiedziała.
- Pomogę pani.
Zawahała się. Pokręciła głową.
- Nie... nie potrzebuję...
- Gdzie pani pójdzie? Co pani zrobi?
Nie znała odpowiedzi na te pytania. Chciała teraz tylko znaleźć bezpieczne miejsce między skałami, zaszyć się tam, zwinąć w kłębek i zasnąć.
- Nie zostawię tak pani.
- Pan nie rozumie, ja...
- Dziewczyno, nic ci nie grozi. Zawiozę cię do żony. Jest lekarką, tam będziesz bezpieczna.
Stała niezdecydowana.
- Powinnaś jechać do lekarza. - Znów na nią spojrzał. Dłużej patrzył na jej brzuch.
Poczuła, jak ściska jej się żołądek.
- Chodź - powiedział.
Zobaczyła, że idzie w kierunku samochodu. Otworzył drzwi, czekał przy nich cierpliwie.
Stała przez chwilę, niezdolna do podjęcia decyzji. Nic nie mówił, patrzył na nią bez przynaglenia. Jego spokój udzielił się nagle i jej.
Wysoko nad nimi zapiszczał sokół. Popatrzyła w górę, mrużąc oczy. Kołował nad lasem, nad miejscem, z którego niedawno przyszła.
Ruszyła w stronę auta, gnana przeczuciem, że Hanke podąża jej śladem. Stanęła przy drzwiach, spojrzała na tylne siedzenie. Pociemniało jej w oczach. Leżały tam trzy spadochrony. Rozejrzała się, była pewna, że Hanke gdzieś tu jest. Że to on zastawił na nią pułapkę.
- Nie bój się. Jeśli przed kimś uciekasz, to ci pomogę.
Usiadła na fotelu pasażera.
Mężczyzna odpalił silnik i ruszył. Przez jakiś czas milczał, kilkakrotnie zerkał w tylne lusterko. Obejrzała się. Wydało jej się, że z lasu ktoś wyszedł, stanął na drodze i patrzy, jak odjeżdżają. Mogło jej się jednak tylko zdawać. Strach podpowiadał różne rzeczy.
- Kto został na górze?
W pierwszej chwili nie wiedziała, kto pyta i dlaczego.
- Mój brat.
Nie wiedziała, dlaczego zdobyła się na szczerość.
- Przykro mi - powiedział mężczyzna.
Już nie była w stanie powstrzymać łez. Schowała twarz w dłoniach.
Kierowca milczał. Silnik pracował równo, w otwartym oknie świstał wiatr. Kończył się dzień. Zwyczajny dzień, który zmienił wszystko.
Zimny bez emocji patrzył przez okno na mijaną okolicę. Chociaż może powinien je odczuwać, zważywszy, gdzie jechał i do kogo. Patrzył na stary browar przykryty śniegiem, na mijane domy, które pamiętał. Patrzył na nowe budynki, które całkowicie wypaczały w jego pamięci obraz sprzed lat.
Wierzbicka zatrzymała się w bocznej uliczce, którą wskazał. Pożegnał się z nią krótko, chociaż widział, że kobieta chce go o coś zapytać. Nie miał ochoty z nią rozmawiać. Wyczuła to i dała mu spokój. Zapytała tylko, czy po niego przyjechać. Odmówił.
Stanął przed furtką starego domu. Dom nie był tym domem, który pamiętał. Właściciel go odnowił, przebudował, nawet ta furtka, która zagradzała dostęp, była inna.
Arek nacisnął klamkę i wszedł na ścieżkę. Po kilkunastu krokach zatrzymał się przed schodkami prowadzącymi do drzwi.
Popatrzył w bok. Czasem tu, na skrawku trawnika, bawił się z siostrą. Niewiarygodne, ile czasu upłynęło od tamtej chwili. Przeniósł wzrok na okienko piwniczne, przez które zaglądali do ciemnego, śmierdzącego węglem i wilgocią pomieszczenia. Na ścianach wisiały martwe, pokryte białym nalotem pająki. Wyglądały jak małe koralowce uczepione sufitu albo miniaturowe dekoracje na Halloween. Po latach dowiedział się, że ten nalot na martwych pająkach to efekt infekcji grzybami. Zwalczył odruch, by znów przykucnąć przy tym okienku i sprawdzić, czy wciąż wiszą tam te same straszydła.
Zamiast tego popatrzył w kierunku drzwi. Te zaskrzypiały i otworzyły się na całą szerokość. Nikogo w nich nie było. Nie rozwarł ich jednak duch, gospodarz zniknął we wnętrzu domu, zanim zdążył go zobaczyć.
Zimny wszedł do budynku.
Znów zaatakowała go fala wspomnień. Ze zdumieniem przyjął, że o kilku z nich zapomniał. Zadziwiające, jak jakiś bodziec potrafi ożywić coś, co, wydawałoby się, dawno już umarło.
Arek przeszedł w kierunku dużego pokoju. Podszedł do stołu, odsunął krzesło i na nim klapnął. Popatrzył na mężczyznę, który siedział naprzeciw. Ten też uważnie mu się przyglądał.
- Pofatygowałeś się. Trudno w to uwierzyć.
Gospodarz się postarzał. Jakub wyglądał jak pomarszczony rodzynek. Miał zażółcone oczy, zapewne był to objaw jakiejś choroby. Przy stole siedział jednak wyprostowany niczym struna. Jak zawsze schludnie ubrany, w otoczce zapachu wody kolońskiej, której używał całe życie.
- Będziesz patrzył tak na mnie jak wyrzut sumienia czy się odezwiesz?
Głos mężczyzny był wciąż silny, choć w niektórych rejestrach piskliwy.
Dziewięćdziesiąt lat. Zawsze o sobie mówił, że jest zbudowany z innego materiału niż pozostali. Przez całe życie uważał, że jest nieśmiertelny. I Arek często w to wierzył. Z czasem się przekonał, że nikt nieśmiertelny nie jest, nawet ten zasuszony skurwysyn.
- Ledwo chodzisz, Arek. Jesteś kaleką?
Jakub prowokował, całe życie w ten sam sposób. Nie potrafił się powstrzymać. Manipulował ludźmi, zwłaszcza swoją córką, matką Zimnego. Arek jako dziecko tego nie dostrzegał i nie rozumiał, zrozumienie przyszło z czasem. Znienawidził tego człowieka, a później o nim zapomniał. Zapomniał też o nienawiści?
- Dobrze, możemy pomilczeć.
Stary sięgnął po szklankę. Ruch był pewny i mocny. Zimny błędnie spodziewał się drżących rąk. Jakub upił kilka łyków kompotu, spojrzał w stronę Arka.
- Napatrzyłeś się? Dużo musiała cię kosztować decyzja, żeby tu przyjść. Czego właściwie chcesz?
Zimny mniej więcej tak wyobrażał sobie tę rozmowę. Zastanawiał się dzisiaj, czy będzie w stanie rozmawiać z człowiekiem, z którym nie zamienił słowa od ponad trzech dekad. Zastanawiał się, co będzie czuł.
Nie czuł nic. Ani żalu, ani złości.
Stary dostrzegł coś w jego oczach. Otarł usta rękawem. Po raz pierwszy poczuł się niepewnie.
- Arek...
- Co wiesz o samolocie z dawnego Breslau?
- O czym?
- Wiesz, o co pytam.
- Dlaczego mam o tym z tobą rozmawiać?
Zimny przechylił głowę.
- Bo już czas.
Stary się zaśmiał.
- Wyjdź, Arek, nie mamy już ze sobą nic wspólnego.
Zimny wstał od stołu.
- Zaprowadzisz mnie tam czy sam mam pójść?
- Gdzie?
- Na dół. Myślę, że wszystko stoi na swoim miejscu, tak jak ostatnio, gdy tam byłem.
W głowie Jakuba pojawiło się kilka myśli naraz. Odchylił się w krześle.
- Usiądź - powiedział.
Inspektor bez pośpiechu zajął miejsce.
- Dlaczego o to pytasz?
- Mam swoje powody.
Stary patrzył na Arka uważnie. Rozważał coś. Zimny dał mu na to szansę. Zmuszanie go do czegokolwiek nie wchodziło w rachubę. Decyzję musiał podjąć sam.
- Co chcesz wiedzieć?
- Ilu ich było?
- Prawdopodobnie trójka.
- Na dole, w skrzyni są trzy spadochrony?
- Trzy.
O dziwo stary nie pytał, skąd Zimny o tym wie. Do piwnicy zabraniał wchodzić i jemu, i Eli. Pewnie wiedział, że złamali zakaz. Nie sądził, że będzie to miało reperkusje w przyszłości.
- Skąd je masz?
- Mój ojciec je tam schował i zostawił.
- Skąd je miał?
- Znalazł. - Stary domyślił się kolejnego pytania. - Na Martwej Górze.
Zimny odchylił się na krześle.
- To nie wszystko, prawda? Znalazł kogoś żywego?
Stary się uśmiechnął.
- Dobry jesteś w te klocki. To prawda, co o tobie mówią.
- Kogo znalazł?
Jakub się uśmiechnął. Podjął decyzję.
- Dziewczynę. Wywiózł ją, pomógł dotrzeć do granicy.
Arek uniósł brwi.
- Dowiedział się, kim jest?
- Tego nie wiem. Miałem wtedy dziewięć lat. Ojciec nic mi nie mówił. Widziałem spadochrony, zakopał je w skrzyni obok domu. Odkopał wiele lat później.
- Zostawił jakieś listy, pisma?
- Wspomnień nie pisał. O tym, co się wtedy wydarzyło, na pewno nie powiedziałby nikomu. Nie wiesz, jakie to były czasy, Arek? Skończyłby metr pod ziemią. Chciał tu zostać, musiał uważać i łasić się do nowych władz. Gdyby nie to, że matka była lekarzem, a on miał fach w ręku, nie pozwoliliby im.
Zimny wiedział, o czym mówi Jakub. Prababka już przed wojną była w Radkowie znaną i cenioną lekarką. Pradziadek postawił na nogi Kudowskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego. Specjaliści byli potrzebni, a fakt, że dokumenty mieli czechosłowackie, sprawiał, że nie patrzono na nich krzywo. Przynajmniej z czasem, gdy sytuacja w regionie zaczęła się klarować.
- Co jeszcze wiesz?
- Nic. Naprawdę. No może oprócz tego, że ojciec znalazł tam na górze jedno ciało. Prawdopodobnie pilota.
- Co się z nim stało?
- Nie wiem, ojciec nie mówił.
- O tej dziewczynie więcej nie wiadomo?
- Ja nic nie wiem.
Zimny patrzył na Jakuba. Z każdym zadawanym mu pytaniem odbijał się jak od ściany. To znaczyło, że stary nie mówił mu wszystkiego.
- Wiesz, co ludzie gadają o tym samolocie? Kto był na pokładzie?
- Wiem. - Jakub skinął głową. - Ojciec nic nie mówił o Hankem. Nigdy też nie wspominał, że to samolot z Breslau.
Arek nie spuszczał z oczu swojego rozmówcy, próbował wejść mu do głowy.
- Dziadek znajduje w lesie kobietę. Po wypadku, na pewno po trudnym lądowaniu. Odwozi ją na granicę? Uważasz, że tak było?
Jakub sięgnął po pustą szklankę. Zapomniał, że już ją opróżnił.
- Mówię, co wiem.
- Widziałeś ją.
Stary nie zareagował. Patrzył w oczy Arka beznamiętnie.
- Pradziadek ją tu przywiózł. Prababcia udzieliła jej pomocy. Ta dziewczyna była w tym domu. Widziałeś ją.
Zanim wjechali do miasteczka, mężczyzna kazał jej się schylić. Mijali niewielu ludzi, ale od czasu do czasu ktoś pojawiał się w zasięgu wzroku. Półleżąc na siedzeniu, wpatrywała się przez szybę w niebo. Było granatowe, zamigotały na nim pierwsze gwiazdy.
Mężczyzna zatrzymał w końcu samochód, wysiadł z niego i otworzył bramę wjazdową. Po chwili wjechali na podwórko.
- Jest bezpiecznie, możesz wyjść.
Wahała się, ale co mogła zrobić? Wchodząc do pojazdu tego mężczyzny, właściwie podjęła już decyzję, że mu zaufa. Z trudem uniosła się na siedzeniu. Dopiero teraz wszystko zaczęło ją boleć. Miała problem, żeby się wyprostować, żeby poruszać rękami i nogami. Zdała sobie sprawę, że jej stopa nie mieści się w bucie. Opuchlizna wylewała się z niego jak rozgotowane ciasto.
- Boli?
- Trochę.
- Pomogę ci.
Mężczyzna podał jej ramię, pomógł wygramolić się z fotela pasażera.
Teraz dopiero dojrzała willę, przy której się zatrzymali. Okna były zaciemnione, wiatr poruszał różanymi krzewami, wokół panowały cisza i spokój.
- Wejdziesz po schodach?
Skinęła głową.
- Ważysz tyle co nic, mogę cię zanieść.
- Dam radę.
Pozwolił jej na to, ale cały czas ją asekurował. Otworzył drzwi. Gdy przeszli przez próg, Emily poczuła ciepło domu i jego zapach. Sparaliżowała ją myśl, która zmaterializowała się w jej głowie. W domach i mieszkaniach, w których ostatnio przebywała, czuła tylko zapach śmierci.
Dokuśtykała do dużego pokoju, mężczyzna usadowił ją na sofie.
- Poczekaj chwilę - powiedział. - Żona jest na górze.
Skinęła głową, niezdolna do żadnego innego ruchu.
Widziała, jak mężczyzna wraca na korytarz, a potem usłyszała jego szybkie kroki na skrzypiących schodach.
Emily zdała sobie sprawę, że niemal nie oddycha.
- Kim pani jest?
Drgnęła, w drzwiach pokoju obok stał chłopiec. Nie miał więcej niż dziesięć lat. Patrzył na nią uważnie.
- Ja...
- Miała pani wypadek?
- Tak. - Skinęła głową.
- Boli?
Znów skinęła głową, czując, jak napływają jej do oczu łzy. Nie była w stanie ich powstrzymać, same leciały po policzkach. Były ciężkie i gorące.
- Mama na pewno pani pomoże, jest doktorem. Jak ma pani na imię?
Zawahała się. W końcu podała imię swojej dawnej przyjaciółki. Wiedziała, że nie może być już Emily. Miała przeczucie, że nigdy nią już nie będzie.
- A ty? Jak masz na imię?
- Jakub.
Chłopiec wypowiedział to imię po czesku.
- Ładnie. - Z trudem się uśmiechnęła.
Schody znów zaskrzypiały. Tym razem usłyszała kroki dwóch osób. W progu pojawiła się niewysoka, energiczna kobieta. Podeszła do Emily i przy niej przykucnęła. Popatrzyła jej w oczy, a potem dotknęła dłoni. Ten zwykły gest sprawił, że Emily zupełnie się rozsypała.
- Już dobrze, dziecko. Jesteś bezpieczna. Mam na imię Hana, muszę cię obejrzeć.
- Dobrze... - Dziewczyna spojrzała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał chłopiec, ale ten zniknął. Zamknęła oczy. Delikatne palce dotknęły jej czoła, szyi i ramion. Kobieta przyjrzała się jej nodze, potem dotknęła brzucha.
- Boli cię?
- Trochę.
- Powinniśmy jechać do szpitala.
Emily otworzyła oczy.
- Nie mogę...
Mężczyzna wyszeptał coś żonie do ucha.
Hana pokręciła głową, powiedziała coś po czesku. Po chwili dodała:
- Powiedz Jakubowi, żeby zagotował wodę, przyniósł prześcieradła i bandaże. Ty podaj mi moją torbę.
Gdy mężczyzna odszedł, lekarka usiadła obok Emily.
- Który to miesiąc?
- Nie wiem, nie pamiętam.
- Możesz je stracić, jeśli nie pojedziemy do szpitala.
- Nie chcę go... To... Bo ono...
Zobaczyła na twarzy Hany jakiś cień. Może zrozumiała.
- Dobrze... nie myśl o tym. Już nic nie mów.
Lekarka trzymała Emily za rękę, dopóki jej mąż nie przyniósł torby.
Nie pamiętała, co się później działo. Zapadła w letarg, dziwny stan pomiędzy snem a jawą. Unosiła się nad kanapą, na której leżała. Widziała kobietę, jej męża i szare półprzezroczyste ciało leżące obok nich. Potem uniosła się wyżej. Przez chwilę wydawało jej się, że wystarczająco wysoko, by znów zobaczyć swojego brata, który szybował gdzieś w przestworzach. Ale ból sprowadził ją na ziemię. Ból każdego sprowadza na ziemię.
Zimny otworzył skrzynię, dotknął śliskiego materiału i go uniósł. Trzy spadochrony. Jeden pokryty brunatnym nalotem. To musiała być krew pilota.
Długo na nie patrzył. Ta historia była cały czas obok niego, a nie miał o niej pojęcia. Jedna z wielu lokalnych legend urzeczywistniła się na jego oczach. Jakub nigdy o tamtym wydarzeniu nie mówił, Arek zastanawiał się, czy wiedziała o tym jego matka. Raczej nie. Stary by się tym z nią nie podzielił. Teraz też, gdy Zimny zapytał go o wydarzenia sprzed lat, nie mówił wszystkiego. Kłamał. Ta dziewczyna, która ocalała z katastrofy, była tutaj, w tym domu. Dlaczego nie chciał tego przyznać?
To było jasne. Gdyby tamto wydarzenie nie miało wpływu na teraźniejszość, Jakub powiedziałby wszystko. Tamta kobieta. Ona była kluczem do rozwiązania zagadki.
Zimny wyszedł z piwnicy, wrócił jeszcze do domu. Stary siedział przy stole, patrzył w ścianę, jakby nie zauważył, że jego gość znów jest w pomieszczeniu.
- Znajdę ją - powiedział Zimny.
- Czasem lepiej odpuścić - powiedział Jakub.
- Ja nie odpuszczam.
Stary patrzył wciąż w ścianę, gdy Arek wyszedł z domu.
Po niebie rozniósł się odgłos grzmotu. Był przytłumiony, zapewne przez nawałnicę białych wirujących płatów śniegu, które zasypywały okolicę.
Zimny sięgnął po telefon i wybrał numer.
- Podjedziesz po mnie? - zapytał, gdy jego rozmówczyni odebrała połączenie.
- Zwariowałeś? W taką pogodę?
- Jestem w Radkowie. - Podał dokładny adres.
- To jeszcze trochę w nim pobędziesz. Nie mam zamiaru tam jechać. Nad Karłowem rozpętał się jakiś armagedon.
- Mamy o czymś pogadać.
- Zimny, znasz okolicę, może idź z tego Radkowa na jakieś skróty? Nie wiem, sanie sobie zamów?
- Potwierdziłem trzeciego spadochroniarza.
- W jaki niby sposób?
- Znalazłem trzy spadochrony.
Marta milczała.
- Przyjedziesz?
- Nie. Owiń się tymi szmatami, jak będziesz szedł do Karłowa, może nie zamarzniesz.
- W porządku.
- Gdzie znalazłeś te spadochrony?
- W piwnicy domu, w którym kiedyś... mieszkałem.
- No i chuj bombki strzelił. Przepraszam za ten świąteczny wulgaryzm.
- Jedziesz?
- Wal się, Zimny...
- Czekam.
- Cholera! Będę, jeśli uda mi się dojechać. Nie zamarznij tam do tego czasu.
- Nie ma obawy, jest mi cholernie gorąco.
- Nie dziwię się... ale to może też być ostatnie stadium wychłodzenia. Ludzie podobno odczuwają to tak, jakby płonęła im skóra, zrzucają z siebie ciuchy. Nie mam ochoty widzieć cię na golasa, Zimny.
- Nie zrobię ci tego.
- I dobrze. Widzimy się... - Marta przerwała połączenie.
Zimny wybrał kolejny numer. Tym razem próbował połączyć się z prokuratorką. Znów rozległ się grzmot, tym razem bliżej. Arek odruchowo odsunął telefon od ucha.
*
- Nie odbierzesz? - zapytała Wierzbicka.
Stała z prokuratorką w korytarzu, przed wejściem do kostnicy. Dopiero co z niej wyszły.
- Zimny dzwoni.
- Widzę, dlatego pytam.
- Nie odbiorę, nie chciał przyjechać z tobą, to niech czeka. Poza tym nie wydzwania do mnie jakoś szczególnie z raportami. To niby ja mam mu raportować pierwsza? Takiego wała...
- Myślisz, że coś przed nami ukrywa? - domyśliła się Wierzba.
- Oczywiście, że tak. Nie mówi wszystkiego. Wydaje mi się, że coś rozkminia na wielu poziomach.
- Może mówi tylko wtedy, gdy jest czegoś pewny?
- Głupia cecha. Przy takim założeniu można się nigdy nie odezwać.
Wierzbicka się zaśmiała.
- Nie rżyj, bo nie ma z czego - upomniała ją prokuratorka. - Miałam o nim dzisiaj sen, chyba erotyczny.
- O Zimnym? - Aspirantka parsknęła śmiechem. - I chyba erotyczny?
- Leżałam w łóżku, a on kulał do mnie chyba z pół godziny przez taki długi korytarz, niemal mnie szlag trafił.
- Chyba nie chcę tego słuchać.
- Chyba?
- Na pewno nie chcę.
- Zawiodę cię, wiele więcej nie mam w tej sprawie do powiedzenia. No, chyba że znów mi się coś przyśni.
- Twoja bezpośredniość zaczyna mi naprawdę przeszkadzać. Myślałaś o terapii?
- Tylko jeśli pójdziemy na nią razem. - Prokuratorka od dłuższej chwili szukała czegoś po kieszeniach. Wierzbicka domyśliła się, że nieistniejącej paczki papierosów. - Nie spałaś z mężem od ilu? Od miesiąca? Trzech?... Rany, naprawdę? Pół roku?
- Daj mi spokój.
- Wyrzuć go z domu.
- Nie wchodzę ci z butami do twojego życia.
- Bo go nie mam. Ale jeśli chcesz, zapraszam.
- Proszę cię, skończmy ten temat.
- Ma kochankę w Kłodzku.
Wierzbicka zamarła.
- Przekraczasz granice - wycedziła. Była na siebie zła, że zaczerwieniły jej się policzki.
- Wiem, ale musiałam ci powiedzieć. Jak przyjaciółka przyjaciółce. Nie możemy mieć przed sobą tajemnic.
Aspirantka zacisnęła usta.
- Czyli wiedziałaś - skwitowała prokuratorka. - Ulżyło mi. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego z nim jesteś. Chyba nie pisałaś się na otwarty związek?
- Ciało zniknęło przed północą. Prawdopodobnie do kostnicy weszło dwóch mężczyzn. Kamery wyłapały ich przy północnej ścianie budynku - powiedziała z naciskiem Wierzbicka.
- Profesjonalistka, brawo. Zawsze to w tobie ceniłam.
- Szczątki zebrali w worek. Zabrali też całą dokumentację i próbki. Wiedzieli, czego szukać i jak po sobie posprzątać.
- Co z cieciem, który pilnował szpitala?
- Nic nie widział.
- Dlaczego zabrali naszego NN-a?
Wierzba myślała już o tym wcześniej.
- Obawiali się identyfikacji.
- To nie dzieje się ot tak, to trwa. Naprawdę musieli tak szybko zareagować?
- Tak czy owak, nie chcieli dopuścić do identyfikacji - powiedziała Wierzba. - Albo... jak na wojnie - nie zostawia się swoich za linią wroga...
- Dobre, to nie przyszłoby mi do głowy. - Kordek gwizdnęła z podziwem. - Być może to ktoś, kogo moglibyśmy zidentyfikować. Trzeba się przyjrzeć temu, co działo się w okolicy w czasie, gdy biedaka zakopali.
- Wciąż mamy duże widełki.
- Wciąż? - zdziwiła się prokuratorka. - Mamy tę wskazówkę z domu dziennikarza. Ja obstawiam te trzydzieści lat.
- Być może podrzuconą wskazówkę.
- Prawda, ale i tak trzeba to zbadać. Może to wcale nie próba wpuszczenia nas w maliny?
- Możesz mieć rację - zgodziła się aspirantka.
- Od kiedy wiesz o tej kłodzkiej zdzirze?
Wierzbicka zacisnęła pięści.
- Od dwóch miesięcy - powiedziała.
- Nic z tym nie zrobiłaś? Nie powiedziałaś mu, że wiesz?
Wierzbicka milczała.
- Jeśli po prostu potrzebujesz czasu, bo planujesz, jak go zabić, to pamiętaj, że z chęcią pomogę ci pozbyć się zwłok. Wiem jak.
- Nie mam zamiaru go zabić.
- Wolisz, żeby cierpiał, gdy będziesz mu podawała z wyrzutem obiad. To rozumiem!
- Nie potrafię. - Natalia odetchnęła głęboko. - Nie potrafię mu tego powiedzieć.
Prokuratorka pokręciła głową. Sięgnęła do kieszeni.
- Powiesz Zimnemu, jeśli zapalę?
- Będzie wiedział. Poza tym nie masz ich przy sobie.
- Takie rzeczy się wie, prawda?
Wierzbicka spojrzała na Kordek. Zdawała sobie sprawę, że prokuratorka mówi tak naprawdę o czymś innym.
- Mam dziecko, rozwaliłabym mu cały świat... - wyszeptała głucho aspirantka.
- Twój mąż też, przypomnę ci, ma dziecko. Nawet z tobą. Ale mimo to zrobił, co zrobił.
- Możemy o tym nie mówić?
- Z przykrością stwierdzam, że możemy. - Prokuratorka sięgnęła po telefon. - Zadzwonię do Zimnego, zapytam, czego chciał.
Wierzbicka skinęła głową.
Kordek stała chwilę z komórką przy uchu.
- Nie odbiera. Dlaczego, do cholery, tak bardzo chcę usłyszeć jego głos?
- Bo jesteś porąbana.
- To też. Ale kto dziś nie jest, co?
Wierzbicka chciała powiedzieć, że niektórzy bardziej od innych, ale sobie darowała.
*
Zimny przestępował z nogi na nogę. Przemarzł. Czekanie na Martę na otwartym terenie nie było dobrym pomysłem. W końcu dostrzegł jej samochód. Jechała wolno, pewnie nieczęsto miała do czynienia z takimi warunkami. Pomyślał, że na bank klęła za kierownicą jak szewc. Ta myśl go rozbawiła.
- Chcę zobaczyć te spadochrony - powiedziała, gdy usiadł na fotelu pasażera.
- Nie.
- Cholera, Zimny, tarabaniłam się w takich warunkach, muszę coś z tego mieć.
- Nie wrócę tam.
Marta popatrzyła na Zimnego, potem się pochyliła i spojrzała na starą willę.
- Tu się wychowywałeś? Naprawdę? Teraz rozumiem, dlaczego jesteś taki dziwny.
- Przyganiał kocioł...
- Daruj sobie te dziaderskie powiedzonka. Chcę zobaczyć spadochrony.
Zimny westchnął.
- Jak je zobaczysz, dasz mi spokój?
- Pewnie tak.
Arek sięgnął do kieszeni, wyciągnął telefon i pokazał zdjęcie Marcie.
- Cholera... - Dziewczyna zazgrzytała zębami. - Nie o to mi chodziło.
- Trudno, trzeba było być bardziej precyzyjnym.
Marta zerknęła na wyświetlacz.
- Cały czas były w tym domu?
- Tak. Znalazł je... mój pradziadek.
- Mów... bo chyba masz coś więcej.
- Mam.
Marta spojrzała na inspektora uważniej.
- Trzecim pasażerem była dziewczyna. Podobno mój krewny dowiózł ją na granicę.
- Podobno... mam wrażenie, że w to wątpisz.
- Myślę, że gdyby ją wywiózł, nie prowadzilibyśmy dzisiaj tej sprawy.
Dziewczyna spojrzała w stronę budynku. Ktoś przypatrywał im się zza zasłony.
- Nie wydobędziesz tej informacji od swojego krewnego?
- Jeśli sam nie będzie chciał powiedzieć, to nie wyciągnę.
- Nie lubicie się?
- Nie twoja sprawa.
- Czyli drażliwy temat. - Marta westchnęła. - Rodzinka pe el.
- Dziaderskie powiedzonko.
- Przy tobie człowiek szybko dziadzieje. - Obrzuciła Zimnego spojrzeniem. - Czyli co sugerujesz? Dziewczyna z samolotu została tutaj po wojnie? W Radkowie?
- Jesteś w stanie to sprawdzić?
Marta wydęła policzki.
- Cóż... - Uśmiechnęła się. - Lubię wyzwania. Zdajesz sobie sprawę, że prześwietlę też twoją rodzinę?
- Rób, co musisz.
- Wiesz chociaż, ile miała wtedy lat?
- Mam wrażenie, że była młoda. Jakub mówił o niej jako o dziewczynie, nie kobiecie.
- Przyjmujemy, że tym samolotem naprawdę leciał Hanke?
Arek się zastanowił.
- Pójdź tym tropem. Na pewno już wiesz coś na ten temat.
- Trochę tak. - Marta odpaliła silnik i ruszyli. - Hanke podobno przedostał się przez granicę i złapali go Czesi. Został zastrzelony podczas próby ucieczki. O pilocie wiem niewiele. Natrafiłam jednak na ciekawą rzecz. Kilku lokalnych pasjonatów podało jego imię i nazwisko. Wykluczyłam jednak, że to on pilotował wtedy maszynę. Będę musiała pogrzebać głębiej. Myślę jednak, że można przyjąć, że dziewczyna znalazła się na pokładzie dzięki Hankemu. Tylko on miał wystarczającą władzę, żeby to przyklepać. Może to jakaś jego kochanka? No chyba że krewna.
- Zostawił ją po wypadku?
Marta się zastanowiła.
- Mogła być ranna i uznał, że musi się sam ratować. To kat Wrocławia, nie sądzę, żeby miał jakieś skrupuły lub odznaczał się szczególną empatią. To by też znaczyło, że nie za bardzo mu na niej zależało...
Zimny był w stanie się z tym zgodzić.
- Mogła być ranna - potwierdził. - Moja prababcia była lekarką, dlatego pradziadek ją tu przywiózł. Pomogła jej.
Marta popatrzyła na inspektora.
- Ta twoja prababcia i pradziadek... Byli Niemcami?
- Czechami.
- Uff. - Dziewczyna otarła teatralnie pot z czoła. Popatrzyła na Arka. - Anděl jest po czesku, prawda? Wysłałeś mi informację, że znalazłeś takie hasło w krzyżówce u dziennikarza.
- Anděl to słowo z języka czeskiego - przyznał Zimny.
- Ta dziewczyna z samolotu tu została. Myślisz, że w tym też pomogli jej twoi pradziadkowie?
- Tego nie wiem.
- Jeśli została, co wydaje mi się coraz bardziej prawdopodobne - ciągnęła myśl Marta - to co potem się z nią działo? Zmieniła tożsamość? Założyła rodzinę?
Zimny nie odpowiedział.
- Arek, ktoś jej szukał. Dlatego ta sprawa co jakiś czas odżywa.
- Ale dlaczego odżyła teraz? Jest małe prawdopodobieństwo, żeby ta dziewczyna jeszcze żyła. Nawet jeśli miała kilkanaście lat w czterdziestym piątym roku, to teraz musiałaby być blisko setki.
- Poszukam stulatków, na pewno jest ich w okolicy sporo.
Zimny zmarszczył brwi.
- Mówisz poważnie?
- Jasne, że tak. Może jest naszym Gabrielem?
- Stulatka biega po górach i morduje? - zaśmiał się Zimny.
Marta się skrzywiła.
- Raczej nie, ale może Gabrielem jest ktoś z nią związany? Ktoś, komu przekazała tajemnicę o Hankem?
- Tajemnicę? - Zimny złapał się drzwi, bo na zakręcie zniosło ich w stronę pobocza.
- Hanke miał podobno wiedzę o zbiorach ukrytych przez Günthera Grundmanna w Sudetach.
- Proszę cię...
- Poczekaj. On musiał wiedzieć, gdzie wywieziono skonfiskowane mieszkańcom Breslau kosztowności. Na pewno chciał po nie wrócić.
- Zapomniałaś o złotym pociągu.
- To akurat bzdura.
- Jasne, dobrze wiedzieć. Możesz zwolnić?
- Nie mogę. Nie mam hamulców. Pomyśl, Hanke mógł mieć przy sobie mapy, dokumenty, nie wiem... współrzędne miejsc ukrycia depozytów. Te dokumenty gdzieś ukrył albo... Ktoś mu je zabrał.
- Kto? - Zimny chyba spodziewał się, co zaraz usłyszy.
- Pilot albo dziewczyna. - Marta zmarszczyła brwi. - Mam! Hanke ukrył dokumenty, dziewczyna widziała gdzie. Zostawił ją w lesie, bo był pewny, że zmarła. Wrócił po latach do skrytki, ale była pusta. Wtedy zrozumiał, że ktoś mu je podprowadził! Zaczął szukać dziewczyny i...
- I trafił do domku z piernika. Myślałaś o pisaniu bajek?
- Nie przerywaj mi.
- Co jeszcze?
- Właściwie to wszystko. Ta teoria bardzo mi się podoba.
Zimny milczał. Trawił wszystko, a to trawienie najwyraźniej było bolesne.
- Przestań się krzywić, Zimny.
- Możesz mieć rację...
- Żartujesz? Sama w te bzdury nie wierzę!
- Nie mówię, że we wszystkim. Ktoś szukał tej dziewczyny. Z nieznanego nam powodu.
- Okej. Nazistowskie ukryte skarby to nie twoja bajka. Mogę to zrozumieć. Te czasy nie są dla ciebie zbyt odległe, możesz je wciąż dobrze pamiętać.
- Odszukaj ją.
Marta skinęła poważnie głową.
- Odszukam - powiedziała. - Wiesz, że to może być ktoś, kogo znałeś?
Zimny milczał.
Marta uśmiechnęła się pod nosem.
- Na pewno nikt ci teraz nie przyszedł na myśl? Znajomy twoich pradziadków? Mogli utrzymywać kontakt przez te wszystkie lata.
Zimny zamilkł. Wpatrywał się w okna Domku pod Lasem, przy którym właśnie się zatrzymali. Wyszli z samochodu.
- Idę do siebie, jak będę coś miała, to dam znać.
- Dobrze - zgodził się Zimny.
Patrzył, jak Marta zmierza pochylona w stronę domku. Śnieg wirował na tle granatowego nieba. Inspektor jeszcze chwilę został na dworze. Próbował przypomnieć sobie znajomych swojej rodziny. Kogoś, kto mógł pasować do dziewczyny, którą los przywiał tutaj bardzo wiele lat temu.
Została wreszcie w pokoju sama. Myślała, że będzie płakać, ale nie potrafiła. Ból był gdzieś obok niej.
Może powinna czuć pustkę, odczuwać stratę, cokolwiek, ale nie doświadczyła nawet tego. Już od dawna myślała o tym, że straciła zdolność odczuwania czegokolwiek. Działała jak automat. Każdy dzień był tylko kolejnym dniem. Przestała je odliczać, nie interesowało jej, co dalej. Odrzuciła i przyszłość, i przeszłość. Nie miały z nią już nic wspólnego.
- Jak się czujesz?
Lekarka mówiła ściszonym głosem. W pokoju obok była inna kobieta.
- Dobrze.
- Dziecko jest zdrowe.
Skinęła głową.
- Chcesz je zobaczyć?
- Nie.
Nie. Po prostu. A jednak coś odczuła. Odczuła ulgę, gdy wypowiedziała to proste, krótkie słowo.
- Wszystko załatwiliśmy, jutro...
- Nie chcę wiedzieć. - Uniosła dłoń. - Kiedy będę mogła stąd wyjść?
Kobieta patrzyła na nią uważnie. Nie miała zamiaru niczego jej narzucać.
- Dobrze to zniosłaś. Wypiszę cię jutro. Zabierzemy cię znów do siebie.
Pokręciła głową.
- Już państwo zrobili dla mnie bardzo dużo przez tyle miesięcy. Dziękuję. Muszę zacząć radzić sobie sama.
- Chcemy ci pomóc, Emily.
- To nie moje imię.
Lekarka wsadziła dłonie w kieszenie kitla. Skinęła głową.
- Przepraszam - powiedziała.
- Nie ma i nie było Emily. Nie ma i nie było tego dziecka... - Chciała dodać: "nie ma i nie będzie mnie", ale to zdanie byłoby wołaniem o pomoc. A przecież pomocy nie chciała.
- Chcesz, żeby mój mąż zawiózł cię jutro do Kłodzka?
- Tak, proszę.
- Wszystko już tam załatwione. Wiedzą, że w pracy pojawisz się za kilka tygodni.
- Mogę wcześniej?
Lekarka skinęła głową.
- Gdy rodziłam... - Emily się zawahała. Nie dawało jej to jednak spokoju. - Słyszałam, jak ktoś nazwał je anděl? Co to znaczy?
Lekarka się zaśmiała.
- To znaczy anioł. Po prostu tak wygląda.
- Rozumiem.
Emily poczuła, jak po policzkach płyną jej łzy, i nie rozumiała tego. Straciła przecież zdolność odczuwania czegokolwiek. Przeszłość zostawiła za sobą... przyszłość nie miała znaczenia.
- Anděl - powtórzyła mimowolnie.
Przymknęła powieki. Przed oczami miała twarz dziecka, którego się wyrzekła. Wiedziała, że ten obraz już zawsze będzie jej towarzyszył.
- Ta twoja współpracownica to straszliwy mruk - powiedział Góral. - Burknęła coś i poszła na górę.
- I kto to mówi? - zaśmiała się Wilczek. - Sam nie jesteś duszą towarzystwa.
Zimny stał w progu kuchni. Gośkę odwiedził nie tylko Góralczyk, ale i Zośka. Patrzyła na Arka z uśmiechem. Nie odrywała od niego wzroku.
- Nawet mnie dużo do tej smarkuli brakuje - parsknął Góral. - Trudno jednak, żeby przy Zimnym nabrała ogłady.
- Siadaj z nami, Arek. - Gospodyni zmroziła Leszka wzrokiem.
Inspektor skinął głową.
- Byłam pewna, że odmówi - odezwała się Zilmann.
- Dlaczego? - zdziwiła się Gośka.
- Boi się mnie, wyczuł, że chcę go uwieść.
Góralczyk się zaśmiał. Wilczek pokręciła głową, ale też się zaśmiała.
Zimny podszedł do stołu, usiadł naprzeciw Górala. Wyczuwał na sobie ciężki wzrok dawnego kolegi. Ten obserwował go, oceniał ruchy. Dostrzegł słabości Arka, tych inspektor nie był w stanie ukryć, mimo że bardzo się starał.
- Napijesz się? - Leszek wskazał butelkę z nalewką.
- Nie piję - powiedział Zimny.
- Żadnych przyjemności człowiek nie ma na starość.
- Góral! - upomniała go Gośka.
- Taka prawda. Cholernie czas zleciał, co? Wszyscy się pozmienialiśmy.
- Skąd ta melancholia? - zapytał Zimny.
- Każdego dopada, tyle że niektórzy się z tym kryją.
- Wspominamy. - Gośka też usiadła przy stole. - Chyba to, co się ostatnio dzieje, twój przyjazd... To sprawiło, że zebrało nam się na wspominki.
Zamilkli. Zimny popatrzył na każde z nich. Zilmann mrugnęła do niego, gdy przyszła kolej na nią.
- Nigdy bym nie przypuszczał, że Arek zostanie gliną. - Góral wpatrywał się w opróżniony kieliszek, w którym na dnie osiadła warstewka gęstego trunku. - Obstawiałbym jakiegoś bankiera, księgowego, no może faceta od ubezpieczeń.
Góralczyk wyraźnie prowokował, Zimny tylko się uśmiechnął.
- Widząc teraz Arka, wydaje mi się oczywiste, że poszedł tą drogą - odezwała się Wilczek.
Zimny spojrzał na Gośkę.
- Nie wiem... po prostu zawsze miałeś w sobie coś takiego... Chodzi mi o to, że nie miałeś nigdy problemów z rozróżnieniem dobra i zła.
- Nie rób z niego świętego. - Góral dolał sobie nalewki. Musiał jej już wypić sporo, bo niemal przewrócił kieliszek.
- Nie poznałeś mnie, gdy spotkaliśmy się na Szczelińcu - odezwała się Zośka. - Trochę mnie to zabolało.
- Przed oczami wirowały mi ciemne plamy, niech to będzie moim usprawiedliwieniem. - Zimny próbował obrócić to w żart.
- Zawsze byłeś wpatrzony w Gośkę. Nie pomyślałeś o mnie przez te wszystkie lata nawet raz, prawda, Arku? - Zarzut Zilmann był mocno teatralny.
Zimny milczał. Zastanawiał się, w jaką pułapkę kobieta próbuje go wciągnąć.
- O nikim nie myślałem, zacząłem nowe życie w nowym miejscu...
- Nie kłam. - Zośka zaśmiała się, spojrzała na Wilczek. - Do kogoś na pewno myślami wracałeś.
Góral opróżnił kieliszek. Wilczek podsunęła mu swój, dając sygnał, żeby nalał i jej.
- Myślałem o Marku - powiedział Zimny.
Teraz to oni zamilkli.
- Żałowałem przez te wszystkie lata, że nie byłem na pogrzebie, że nie było mnie wtedy, gdy to się stało.
- Co by to dało, gdybyś wtedy był? - zapytał Góral. - Jesteś Bogiem, Zimny? Ocaliłbyś go? Ocaliłbyś nas wszystkich?
- Byłbym z wami.
Góralczyk się zaśmiał. W tym jego śmiechu było słychać taką nutę, która Zimnemu się nie podobała.
- Kim stałby się Marek? - zapytała Zilmann. - Gdyby żył. Zastanawialiście się nad tym?
- Zginął, nie ma go. Nie będzie. Tak jak wkrótce nie będzie każdego z nas. - Góral otarł usta wierzchem dłoni. - Nad czym tu się zastanawiać?
- Myślałem o tym - powiedział Arek. Spojrzał na Gośkę. Zauważył, że zaczerwieniły jej się oczy.
- I? - Zośka nie dawała za wygraną.
- Wyjechałby stąd i nigdy nie wrócił.
Góralczyk parsknął śmiechem. Zamilkł.
- Ty nie żartujesz? - zapytał Zimnego.
- Nie. Rozmawiałem z nim tuż przed tym, jak wyjechaliśmy z Elą... Miał wszystko obmyślone. Odłożył trochę pieniędzy. Miał kontakty na Zachodzie. Wszystko już załatwił.
- Wiedziałaś o tym? - Góralczyk spojrzał na Zilmann.
Kobieta pokręciła głową.
- Gośka?
- Nie wiedziałam - odpowiedziała Wilczek.
- I tobie to powiedział? - Góral zmarszczył brwi. - Nikomu z nas, tylko tobie?
- Tak.
- Bzdura! Nie wierzę w to.
- Zwisa mi, Góral, w co wierzysz, a w co nie.
Zimny wytrzymał spojrzenie Leszka.
- Co się wtedy stało? - zapytał inspektor.
- Pytasz, jak zginął Marek? Wypadek - odpowiedziała Zilmann. - Ktoś go potrącił, zostawił na drodze...
- Co się tak naprawdę wtedy stało?
- A co się według ciebie miało stać? - zapytał zgrzytliwie Góral. - Pierdolony idiota zabił naszego przyjaciela. Na cholerę to drążysz?
- Uważasz, że śmierć Marka ma coś wspólnego z tym, co się dzieje dzisiaj? - zapytała Gośka.
- Nie wiem, być może.
- W jaki sposób? - Góral się zaśmiał. - Jak tamten wypadek może mieć coś wspólnego z tym wszystkim?
- Mówi wam coś słowo anděl?
- Chyba każdemu - powiedziała Zilmann. - Anioł.
- Znacie kogoś, kogo tak nazywano?
- Zimny, wytaczasz jakieś cholerne ciężkie działa z Markiem, a potem wyskakujesz z tym? Popieprzyło cię? Anděl? Co ma to z nami wspólnego?
- Taką wskazówkę pozostawił Kowalczyk.
- Pozostawił? Ale że co, przekazał ją tobie? - zapytała Gośka.
- Można tak powiedzieć.
- Ale to nie znaczy, że to ty masz na nią odpowiedzieć? - zapytała Zilmann.
- Cały czas szukam odpowiedzi - przyznał Zimny.
- To jak będziesz szukał w takim tempie jak teraz, to wybiją pół Karłowa i okolicy - zakpił Góralczyk.
- Chciałbym porozmawiać z twoją mamą. - Zimny zignorował Górala i zwrócił się do Wilczek.
Kobieta uniosła brwi.
- O co chcesz ją pytać?
- Jeszcze nie wiem. Zgodzisz się?
- Co, jeśli nie?
- Nie ja będę wtedy z nią rozmawiał.
Wilczek zacisnęła usta. Góralczyk oparł się łokciami o blat stołu.
- Mama Gosi jest chora... - warknął.
Wilczek przerwała mu uniesieniem dłoni.
- Możesz z nią rozmawiać, oczywiście. Już wcześniej ci mówiłam. Czasem cię mama wspominała, myślę... myślę, że cię pamięta i twoje odwiedziny sprawią jej przyjemność.
- Dziękuję.
Zimny wstał od stołu. Patrzyli na niego w milczeniu.
- Pójdę już. Dobranoc.
- Dotrzymać ci towarzystwa? - Pytanie zadane przez Zośkę zawisło w powietrzu.
Arek się uśmiechnął. Kiwnął głową milczącemu Góralczykowi i Gosi. Wyszedł z kuchni, czując na plecach spojrzenia tej trójki.
Wszedł na schody. W korytarzu mocno się wychłodziło, wiatr musiał się przedostawać przez niewidoczne szpary. Na szybach widać było warstwę mrozu. Zimny zatrzymał się przed drzwiami Marty. Zapukał. Po chwili nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Dziewczyna miała słuchawki na uszach. Uniosła dłoń, dając inspektorowi sygnał, żeby jej nie przeszkadzał.
Podszedł do niej, usiadł na fotelu naprzeciw. Popatrzyła na niego, skrzywiła się na widok jego miny.
- Milczą. Nie odezwali się, odkąd wyszedłeś.
- Nie pozwoliłem ci na podsłuchiwanie.
- Poważnie? Czekaj, cholera... - Marta zdjęła słuchawki rzuciła je na blat biurka. - Wyszli z kuchni.
- Jak myślisz, dlaczego wyszli?
- Bo są ostrożni. Przed twoim przyjściem gadali o niczym. Czekali na ciebie. Na mojego nosa wiedzą więcej, niż chcą przyznać. Coś się wydarzyło między nimi, mówię ci.
- Co ze sprawami, którymi naprawdę miałaś się zająć?
- Zajęłam się.
Zimny wyczuwał, że Marta trafiła na coś znaczącego.
- Patrz na to.
Dziewczyna przesunęła w jego stronę laptop. Zobaczył przedpotopowy wygaszacz ekranu, który kojarzył mu się z pierwszymi pecetami.
Po chwili na ekranie wyświetliła się grupa poszukiwaczy. Dziewczyna pokazała palcem jeden post. Zimny dostrzegł kilkanaście cyfr zapisanych w dwóch rzędach.
- Jak myślisz, co to jest?
Zimny spojrzał na dane jeszcze raz.
- Niepełne współrzędne. Dwóch miejsc.
- Cholera, myślałam, że więcej ci to zajmie. Chciałam nawet sobie w tym czasie zaparzyć herbatę.
- Pierwsze to współrzędne Karłowa.
- No, Zimny, zaimponowałeś mi teraz. Tak, jestem pewna, że przy pierwszych współrzędnych chodzi o Karłów. Znasz je na pamięć?
- Może.
- Odczytasz te drugie? - zapytała Marta.
- Nie...
- Dzięki Bogu, bo miałabym cię za geniusza. W internecie wytypowano sporo miejsc, w których miały być ukryte depozyty. Wypisałam ich współrzędne. - Marta otworzyła plik tekstowy.
- I?
- Nie mam dopasowania z tymi z posta... Strzelam jednak, że to okolice Jeleniej Góry.
- Strzelasz? - upewnił się Zimny.
- Tak. Tego miejsca nie ma na żadnej oficjalnej liście.
- To wiadomość. Sygnał od Gabriela - powiedział Zimny. - Podaje współrzędne, które odczytać może tylko osoba, do której ją kieruje. Ktoś, kto wie o miejscach, których nie ma na oficjalnych listach.
- Tak. Gabriel znów się ujawnił i właśnie poszedł na całość.
Zimny się zamyślił.
- Kiedy pojawiła się ta wiadomość?
- Niecałą godzinę temu. Obstawiam, że zamieścił ją twój kolega Góral.
- Na jakiej podstawie?
- Proszę cię, na pewno też go podejrzewasz.
- Mylisz się, nie uważam, że to on jest Gabrielem.
- Przekonamy się.
Zimny przyjrzał się uważnie dziewczynie.
- Co zrobiłaś? - zapytał.
- Zwykły mały lokalizator pod podwoziem, już drugi. Tym razem go nie zobaczy. Obstawiam, że ma gdzieś swoją batjaskinię, z której łączy się ze światem.
- Zwariowałaś?
Marta wzruszyła ramionami.
- Mam trochę roboty, przyjdź później - warknęła.
Dziewczyna znów założyła słuchawki na uszy i wpatrzyła się w ekran. Zimny przestał dla niej istnieć. Zamykała i otwierała kolejne okienka na pulpicie. Arek nawet nie nadążył zobaczyć, co w nich jest.
Inspektor przeszedł do swojego pokoju. Nie zapalał światła. Podszedł do okna. Góral wsiadał właśnie do samochodu. Towarzyszyła mu Zilmann. Zapewne przyjechali tu razem. SUV przebił się przez zaspę i zniknął Arkowi z oczu.
Zimnego ogarnęło nagle zmęczenie. Jakby ktoś odciął mu dopływ prądu. Zachwiał się, podszedł do łóżka i na nim usiadł. Serce przeskoczyło w klatce piersiowej. Zwolniło, jakby nagle miało się zatrzymać. Nienawidził tego uczucia.
Obszukał kieszenie. Znalazł betablokery. Drżącymi dłońmi wyciągnął z opakowania tabletkę, rozgryzł ją i przełknął. Położył się na łóżku. Próbował myślami być gdzieś indziej, znaleźć swoje miejsce, w którym mógł uspokoić myśli.
Takiego miejsca za cholerę nie potrafił znaleźć. Puls przyspieszył.
- Pięćdziesiąt... pięćdziesiąt, pięćdziesiąt.
Nie pamiętał, która lekarka mu to doradziła. Miał znaleźć słowo, na którym mógł się skupić. Miał je powtarzać tak długo, aż wszystko zagłuszy.
Zapytał ją, jakie to ma być słowo. Odpowiedziała, że każdy ma swoje, i jak przyjdzie co do czego, będzie wiedział. Zapytał, czy ona też takie ma. Miała. Pamiętał, że go wtedy rozśmieszyła. Dziś się nie śmiał, pożyczył je i potraktował jak swoje.
- Pięćdziesiąt...
Puls zwolnił. Ciężar zniknął z piersi. Zimny otarł pot z czoła, odetchnął swobodniej.
Po chwili sięgnął w stronę stolika po kartkę. Zgiął ją kilkakrotnie i poruszył niezbyt udanymi skrzydłami.
- Anděl - powiedział.
To czeskie słowo rozbrzmiało w uszach odległym echem. Tak mówiła jego prababka. Nazywała tak też jego i wszystkie dzieci, którym pomogła przyjść na świat.
Zimny wypuścił skrzydła z rąk. Nie poleciały daleko, spadły na podłogę. Jak Ikar.
Arek podniósł się ciężko z łóżka i znów podszedł do okna. Wpatrzył się w zaśnieżone drzewa. Gdzieś pomiędzy nimi dostrzegł światło latarki. Pojawiło się i znikło.
Po chwili od strony drogi nadjechał samochód. SUV zatrzymał się na parkingu. Wysiedli z niego mężczyzna i kobieta. Idąc w stronę budynku, trzymali się pod ramię. Kobieta trochę się chwiała, wyglądało na to, że przesadziła z alkoholem.
Arek drgnął, gdy usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę!
W progu stanęła Marta.
- Po ciemku siedzisz? W kreta się zamieniłeś?
- Możesz zapalić światło? - Arek umościł się w fotelu.
Dziewczyna spełniła prośbę i zamknęła za sobą drzwi. Usiadła w fotelu naprzeciw inspektora.
- Wyglądasz... sam chyba wiesz, jak wyglądasz, nie będę cię już bardziej dołować.
- Dzięki.
- Powinnam mówić czy dobiję kolejny gwóźdź do twojej trumny?
- Mów.
- Zacznę od twojej rodziny.
Zimny skinął głową.
- Twoja prababka pracowała w Dusznikach-Zdroju w Szpitalu Saint Elisabeth-Stift. Prowadziły go zakonnice, ale zatrudniano tam wykwalifikowanych lekarzy. Oczywiście dokumentacji pacjentów nie było, ale...
- Ale?
- Zachowały się dane personelu. Pielęgniarką przed wojną i po jej zakończeniu była Greta Zilmann. Chyba mówi ci coś to nazwisko?
- Rodzina?
- Matka tego zasuszonego starucha od płotu i zarazem babka twojej postrzelonej znajomej. Twoja prababka i jej babka musiały się znać i razem pracować.
- Co jeszcze znalazłaś?
- Góralczyk jest napływowy. Jego babka urodziła się w Warszawie, wywieźli ją na roboty do Niemiec. Osiadła na Dolnym Śląsku, tu poznała Kresowiaka, spłodzili matkę Górala, ona poznała jakiegoś lebiegę z Kłodzka. Tak powstał twój koleżka. Mało ciekawa historia.
- Czyli ciekawą zostawiłaś na koniec.
- Tak. O Wilczek nic nie mam. Tylko o jej matce. Urodziła się w Karłowie. Kilka lat po wojnie.
- Co w tym ciekawego?
- To, że nie mam pojęcia, co z tą rodziną działo się wcześniej.
- Rozumiem - powiedział Zimny. Popatrzył na dziewczynę. Zdał sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec. - Masz jeszcze jakąś bombę.
- Znalazłam pilota, Matthiasa Beckera. To on wywiózł kata Wrocławia z Breslau. Miał lecieć ktoś inny, ale, co zaskakujące, wybrano właśnie jego.
- Mów dalej.
- To ciekawa sprawa. To był młody chłopak, nie brał udziału w misjach bojowych. Miał kilka lotów w okolicy. Robił zdjęcia lotnicze, przewoził rannych z Breslau. Wziął go pod swoje skrzydła niejaki Generalmajor Morzik. Zapewne ze względu na rodzinne koneksje. Ojciec Matthiasa był bardzo bliskim przyjacielem dowódcy. Walczyli razem w Wielkiej Wojnie, później stary Matthiasa został zatrudniony w firmie Morzika...
- I wysłał na samobójczą misję do Breslau syna swojego przyjaciela?
- Zadałam sobie to samo pytanie. Matthias nie był raczej asem lotnictwa. Powód musiał być inny.
- Jaki?
- Zgadnij, skąd pochodził pilot.
Zimny zastanowił się chwilę.
- Z Breslau.
- Bingo! Dlaczego właśnie ten chłopak leci na, wydawałoby się, samobójczą misję do Wrocławia po Hankego? Bo Morzik tak mu ufa? Naraziłby syna przyjaciela? Skąd ta nagła zmiana pilota? Chłopak poprosił swojego dowódcę, przyjaciela rodziny, żeby to on mógł pilotować samolot do Breslau, bo miał cel.
- Wiesz już, kogo chciał stamtąd wyciągnąć...
- Zimny, może wyglądasz, jakbyś stał nad trumną, ale tu wszystko działa, jak należy. - Marta wskazała palcem swoją głowę. - Chyba wiem. Matthias miał siostrę, Emily. Myślę, że to ona była trzecią pasażerką samolotu, który rozbił się w okolicy.
- Masz o niej coś więcej?
- Niewiele. Matthias miał dwadzieścia jeden lat. Biorąc pod uwagę wiek ojca i matki, obstawiam, że Emily była młodsza. Nie trafiłam na jej zdjęcie, ale będę szukać. W każdym razie od wojny słuch o niej zaginął. Nie pojawia się w żadnym dokumencie. Jeśli przeżyła, zmieniła personalia. Musiała mieć ku temu powód.
- To przez Hankego. Chciała zniknąć, żeby nikt nie łączył jej z tym lotem.
- Tak myślę. Jeśli rzeczywiście na pokładzie był Hanke, kat Wrocławia, musiała wiedzieć, że alianci będą go ścigać. A jeśli dowiedzą się, że leciała wraz z nim, będą ścigać i ją. Poza tym... Jeśli Hanke przeżył, a ta sprawa z zastrzeleniem przez Czechów podczas ucieczki to bujda, to pewnie też nie chciała, żeby Hanke ją znalazł i uciszył. Była dla niego niebezpieczna. Mogła ich do niego doprowadzić.
- Będzie trudno ją znaleźć - powiedział Zimny. - Musiała uzyskać nową tożsamość...
- I tu ci przerwę. Myślisz, że łatwo to było zrobić w maju czterdziestego piątego roku? W jaki sposób miała uzyskać tę tożsamość, od kogo? Wątpię, czy by jej się to udało. Gdzie miała wyjechać? Bez dokumentów, pewnie ranna...
- Masz rację - przyznał Zimny.
- Powiedz to, co przyszło mi do głowy, a co wydaje się niewiarygodne.
- Została tutaj. Pomogli jej moi dziadkowie. Moja babcia jako lekarka znała tu wszystkich, zapewne też burmistrza, urzędników. To oni załatwili jej nowe papiery, pomogli zaczepić się gdzieś w okolicy. Przynajmniej na jakiś czas.
- Na dłuższy - powiedziała Marta. - Inaczej nie byłoby tej cholernej hucpy, która się teraz tu wyrabia.
- Jeśli została, to dużo ryzykowała.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Czyli coś ją tu trzymało.
- No właśnie, Zimny. Co ją tutaj zatrzymało? Mam wrażenie, że coś podejrzewasz?
- Gorąco dzisiaj, jedziemy nad rzekę, jedziesz z nami, Ania?
- Nie dam rady, może następnym razem?
- Zawsze tak mówisz. - Koleżanka Anny zaśmiała się i pokręciła głową z udawaną dezaprobatą. - Będzie Krzysiek. Dobrze wiesz, że zakochał się w tobie po uszy. Dobry chłopak, przynajmniej z nim porozmawiaj.
Wyszły z ratusza na słoneczny dzień. Wietrzyk przedostawał się od zachodniej pierzei kłodzkiego rynku. Anna musiała zmrużyć oczy przed oślepiającym słońcem.
- Nie baw się w swatkę, Ula - powiedziała może trochę zbyt ostro. - Nie potrzebuję tego.
- Dobrze, dobrze. - Urszula uniosła dłonie i się zaśmiała. - Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Ale wiedz, że mój kuzyn to świetny chłopak.
- Jestem pewna, że tak jest... Jednak. Jeszcze nie czas...
Ula spoważniała. Skinęła głową, dotknęła ramienia Anny. Ruszyły w kierunku kamiennego mostu. Zawsze szły razem kawałek w stronę dworca.
- Nie chcesz opowiadać, co się wydarzyło. Rozumiem, wszyscy straciliśmy kogoś na wojnie. Ale trzeba żyć, rozumiesz? Jesteśmy wolne, musimy zostawić to, co było, zapomnieć.
- Zapomnieć. - Anna wyczuła w swoim głosie metaliczny pogłos. Co Ula mogła o tym wiedzieć? Pewnych rzeczy nie da się wymazać z pamięci, powracają, gdy tylko zaczyna się wydawać, że udało się zepchnąć je na granicę świadomości. Im bardziej człowiek z tym walczy, tym bardziej przekonuje się, jaki jest słaby.
- Wszystko dobrze, Aniu?
Zdała sobie sprawę, że wpatruje się w przyjaciółkę spojrzeniem bez wyrazu. Wyłączyła się. Jakiś bodziec znów pchnął ją lata wstecz. Wszędzie czuła smród spalenizny, gnijących ciał, śmierci. Nawet teraz. W szumie Młynówki słyszała buczenie radzieckich bombowców.
- Ania, ja cię przepraszam.
- Nie masz za co.
- Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy... Nie chciałam przywoływać jakichś złych wspomnień. Jesteś silna, ze wszystkim sobie poradzisz.
Co Ula mogła o niej wiedzieć? Nie była silna. Ledwie starczało jej sił, by żyć z dnia na dzień. Zbierała tę siłę od nowa i od nowa. Nie wiedziała właściwie po co.
- Widzimy się w poniedziałek - powiedziała radośnie. Jakoś znów udało jej się wykrzesać z siebie radość.
- Do jutra. - Ula uniosła dłoń.
Anna wiedziała, że koleżanka z pracy jeszcze za nią zerka. Potrwa to tylko chwilę. Zaraz wróci do domu, a potem pójdzie z przyjaciółmi nad Nysę.
Anna tymczasem wróci do siebie. Do wynajmowanego zagrzybiałego pokoiku. Do swoich czterech ścian, w których zaszywała się z daleka od ludzi.
Skręciła pod wiadukt przy stacji. Popatrzyła na pasażerów, którzy przybyli do Kłodzka. Zmierzali w stronę miasta. Jedni przyjechali na zakupy, inni w odwiedziny do znajomych, jeszcze inni wracali z pracy w okolicznych miejscowościach. Życie toczyło się tutaj swoim tempem - innym, nowym, z nowymi mieszkańcami mówiącymi w obcym języku.
W języku, którym teraz mówiła i ona.
Znów popatrzyła na spieszących ludzi. Coś kazało jej to zrobić. Odczuła niepokój. Czy zobaczyła znajomą twarz? Twarz, której nie chciała zobaczyć?
Przystanęła pod wiaduktem. Drżała. Jej mózg zarejestrował jakiś obraz, nie zdążyła go jednak przyswoić.
Stało się to dopiero po chwili.
Ugięły się pod nią kolana. Serce zatłukło się w piersi. Straciła oddech, jakby ktoś uderzył ją pięścią w brzuch.
Zobaczyła kobietę, którą znała. Popatrzyła na mężczyznę, który szedł obok niej, a w końcu na chłopca, którego oboje trzymali za ręce.
Gdy chłopczyk obejrzał się za siebie, serce Emily ominęło jedno uderzenie.
W końcu zniknęli. Rozpłynęli się w tłumie jak duchy.
Emily przytrzymała się ściany, bo kręciło jej się w głowie. Ktoś zapytał, czy dobrze się czuje. Wróciła do rzeczywistości. Ruszyła trasą, którą pokonywała codziennie. Po chwili zdała sobie sprawę, że biegnie, że ucieka jak najdalej od przeszłości. Od przeszłości, od której nigdy nie potrafiła uciec. Tak jak od spojrzenia chłopca, który miał jej oczy.
Zimny śnił o śniegu. Stał pośrodku nicości. Wiedział, że to tylko złudzenie, że wirujące białe płaty pogarszają widoczność, ale poczucie pustki było ogromne.
W tej pustce Arek nie czuł się źle. Nie było mu ani zimno, ani ciepło. Nie było w niej zbyt wielu myśli, zbyt wielu oczekiwań. Nie było w niej nikogo innego. To też mu nie przeszkadzało, bo nikt mu do niczego nie był potrzebny.
Stał we śnie nieruchomo, pozwalając, by śnieg go zasypywał. Zimny nie mógł się doczekać, kiedy biały puch przykryje go po czubek głowy.
Ten sen nie skończył się jednak w taki sposób. Inspektora wybudził dźwięk telefonu.
- Jak się czujesz, marudo? Miałam nadzieję, że sam zadzwonisz. Nie wiem, dlaczego jeszcze się łudzę.
- Ela - wychrypiał Zimny. Rozpoznał głos siostry. Wydawało mu się, że dzwoni z obcego numeru.
- Podobno macie tam śnieżny kataklizm.
- Być może - przyznał, próbując unieść się na łóżku. - Wczoraj mocno padało, padało pewnie też przez całą noc.
Zimny spojrzał w stronę okna. Biel zakłuła go w oczy.
- A co ze sprawą, którą prowadzisz?
Zimny się zawahał.
- W porządku.
- Wiem, kiedy kłamiesz.
- Nie wiem, co ci powiedzieć. To, co się tutaj dzieje... Przeszłość mocno miesza w teraźniejszości. Próbuję to wszystko rozplątać. Nie wiem jednak, czy spodoba mi się to, do czego to doprowadzi.
- Wiem, że dasz sobie z tym radę...
- Widziałem się z Jakubem.
Po drugiej stronie zapanowała cisza. Trwała dłuższą chwilę. Zimny pozwolił siostrze, żeby przyswoiła sobie tę informację.
- Co u niego?
- Przeżyje nas wszystkich.
- Też tak myślę. - Zimny wyczuł w głosie siostry chłód. - Nie wiem, czy... Nie chciałabym go zobaczyć. Nie chcę nawet o nim myśleć.
- Uważam, że nigdy nie będzie żałował tego, co zrobił. W naszym... w jego domu czas płynie inaczej, wiesz? Gdy tam wszedłem...
- Nic się nie zmieniło?
- W środku - nic. Teraz jestem zdania, że jednak wyświadczył nam przysługę. Nie wiem, kim byśmy byli, gdybyśmy tam zostali. Nie wiem, czy chciałbym być osobą, która utknęła w czasie jak on.
- Masz rację. Mama mówiła podobnie.
- Naprawdę?
- Tak. Przed tym, jak umarła... dużo rozmawiałyśmy. Ona była z nami szczęśliwa. Dokonała właściwego wyboru, uciekając od tego skurwiela, swojego ojca, pieprzonego przemocowca. Cieszę się, że miała w sobie tyle odwagi, by zacząć życie od nowa, od zera. Była silna.
- Długo nie rozumiałem, przez co przechodziła - przyznał Zimny. - Nie rozumiałem jej decyzji. Nigdy jej nie powiedziałem, że...
- Wiedziała. Uwierz mi, wiedziała.
Zimny zdał sobie sprawę, że dłoń, w której trzymał telefon, jest śliska od potu. Wytarł ją w koszulkę.
- Jesteś silna po niej - powiedział.
Zaśmiała się.
- Nie wiem. Może trochę. Uważaj na siebie, marudo.
- Ty też.
- Arek...
- Tak?
- Ta sprawa, którą prowadzisz. Przeszłość, o której wspomniałeś... czy ona ma coś wspólnego z nami?
Zawahał się.
- Tak... Nie wiem, jak bardzo.
- Będziesz na siebie uważał?
- Będę.
Ela się rozłączyła.
Zimny jeszcze chwilę patrzył w ekran telefonu. W końcu wstał, umył się, ubrał i zszedł na dół. W kuchni była tylko Marta.
- Myślałam, że umarłeś i będę musiała cię reanimować.
- Po śmierci? - Zimny zalał kubek z saszetką herbaty gorącą wodą.
- Masz rację, to nie miałoby sensu. W sumie mi ulżyło.
Arek nie był głodny, ale wmusił w siebie kromkę chleba z warzywami.
- Dziwnie wyglądasz w towarzystwie pomidora i ogórka - powiedziała.
- Zaczynam się przyzwyczajać. Domyślam się, że nie spałaś i masz coś nowego?
- Spałam. Dziwnie na mnie działa świeże powietrze. Męczy mnie. Dlatego zasnęłam nad laptopem.
- Coś jednak znalazłaś?
- Coś. Mam informacje o Webberze. To najemnik. Działał w Afryce i Ameryce Południowej. Pracował dla prywatnych firm ochroniarskich. Większość to firmy amerykańskie, zakładane przez byłych żołnierzy, mają spore powiązania z różnymi agencjami rządowymi. Potem zatrudniał się w firmach zbrojeniowych jako konsultant.
- Cholera.
- No właśnie. - Marta pochłaniała drugą kromkę. - Kogoś było na niego stać. Chyba że...
- No?
- Chyba że przyjechał tu z własnej inicjatywy. Może szukał czegoś na własną rękę? Facet ma niemieckie pochodzenie, pewnie trochę powiązań. Może przeszedł na emeryturę i miał zajawkę na poszukanie tajemnic?
Te słowa zastanowiły Zimnego.
- Być może. W każdym razie nie wyglądał na takiego, który łatwo daje się podejść i zepchnąć ze skały. Albo trafił na lepszego zawodnika, albo miał pecha.
- Stawiam na pecha.
- Mamy też kolejne trupy...
- Wydawało mi się, że jako specjalista od papierowych skrzydełek uznałeś, że Chudy i dziennikarz zostali zabici przez kogoś innego niż Webber?
- Wciąż tak uważam.
- Webber może mieć tutaj wsparcie. Może jego ekipa się spóźniła i teraz nadrabia stracony czas? Może to oni zabili Chudego i dziennikarza? Jaki mają cel? Szukają czegoś lub kogoś?
- Jedno nie wyklucza drugiego - powiedział Zimny.
- Uważasz, że są blisko? Załatwią sprawę i znikną?
Arek skinął głową.
- To chyba też powinniśmy zagęścić ruchy. - Dziewczyna westchnęła. - Ten szpital mnie intryguje. I zmiana tożsamości naszej Emily. Nie ma szans, żeby dokumenty z tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku przetrwały, nawet w Archiwum Państwowym. Pojeżdżę po kościołach.
- Żeby wymodlić rozwiązanie tej sprawy?
- Księża skrupulatnie liczyli swoje owieczki, wszystko zapisywali. Jeśli rzeczywiście nasza spadochroniarka gdzieś tu została, może na nią natrafię.
Zimny pomyślał, że Marta faktycznie była jedyną osobą, która mogła to zrobić.
- W porządku. Po drodze podwieziesz mnie do ośrodka, w którym przebywa matka Gosi.
Marta przewróciła oczami, po czym w milczeniu dojadła kanapkę.
*
- Gosia dzwoniła, że pan będzie. Proszę pani Wilczek za bardzo nie męczyć. Może być zdezorientowana. Jeśli będzie źle reagować, radzę przerwać rozmowę i mnie zawołać.
- Tak zrobię - zapewnił Zimny.
Pielęgniarka poprowadziła go długim korytarzem. Szpitalny zapach wwiercał się w nos. Arek miał wrażenie, że to zapach wszechobecnej tu śmierci.
Kobieta pierwsza weszła do pomieszczenia. Miała dużo energii, która pewnie udzielała się niektórym pacjentom.
- Gościa ma pani, pani Wilczek. To znajomy Gosi...
Arek popatrzył na kruchą kobietę siedzącą w fotelu. Trzymała na kolanach książkę, ale nie wyglądała, jakby ją czytała. Popatrzyła na Arka. Był pewny, że go nie poznaje.
- Niech pan usiądzie - powiedziała pielęgniarka, wskazując drugi fotel. - Proszę dać jej czas, czas, żeby się z panem oswoiła, może sobie przypomni.
Zimny posłuchał kobiety. Fotel zatrzeszczał pod nim żałośnie. Usłyszawszy jęk mebla, pielęgniarka uśmiechnęła się i wyszła.
Zimny odchrząknął, spojrzał na pacjentkę hospicjum.
- Dzień dobry pani. Cieszę się, że mogłem panią odwiedzić.
- Tak.
- Zatrzymałem się u Gosi, w Domku pod Lasem. Bardzo piękne miejsce.
- Mnie też się podoba. Gosia sobie radzi.
- To prawda. Nawet bardzo dobrze. - Arek ochoczo podchwycił temat, widząc, że kobieta dobrze reaguje na wzmianki o córce. - Jest tam przytulnie i ciepło. Świetne miejsce blisko Szczelińca. Pamiętam chatkę jeszcze za dzieciaka. Nigdy nie sądziłem, że Gosia tam osiądzie.
- To dobre miejsce, ma dobrą energię.
- Chodziłem z Gosią do klasy w liceum, wcześniej w podstawówce. Arek Zimny...
- Pamiętam cię.
Zimny z ulgą pomyślał, że z kobietą nie jest tak źle, jak się obawiał.
- Chciałem z panią o czymś porozmawiać.
- O czym?
Tym razem zauważył u kobiety jakąś nerwowość.
- O mojej prababci.
- Tak?
- Nie miałem szans z nią porozmawiać jako dziecko. Zmarła dosyć szybko, chciałem się o niej czegoś dowiedzieć.
- Mama ci o niej nie opowiadała?
- Nie zdążyła.
Kobieta zmarszczyła czoło. Uniosła dłoń do ust.
- No tak, przepraszam. Twoja mama nie żyje już od bardzo dawna, prawda?
- Tak.
- Dlaczego chcesz rozmawiać o swojej prababci Hanie?
- Bo pani matka dobrze ją znała. Były przyjaciółkami, bliskimi.
- To prawda, były przyjaciółkami. Twoja babcia była wspaniałą kobietą, pomogła w szpitalu wielu ludziom. Ona i Greta Zilmann. Tak... dwie wspaniałe kobiety. Bardzo mi ich brakuje.
Zimny pozwolił kobiecie na chwilę wzruszenia.
- Czy słyszała pani o dziewczynie, której pomogły tuż przed końcem wojny? - zapytał. - O Emily Becker?
Wilczek zamrugała, pokręciła głową.
- Nie rozumiem, o jakiej Emily?
Zimny poczuł falę ciepła na karku. Mowa ciała kobiety była czytelna. To imię i nazwisko znała. Uśmiech, którym próbowała ukryć zmieszanie, na niewiele się zdał.
- Pani Wilczek, ja wiem o Emily, o tym, że mój pradziadek przywiózł ją do naszego domu. Wiem, że moja prababcia Hana jej pomogła, być może wraz z panią Zilmann. Dziewczyna musiała być ranna. Domyślam się, że na tyle, że pomocy udzielono jej w szpitalu...
Matka Gosi milczała. Drżały jej usta. Arek postanowił nie odpuszczać.
- Znalazłem spadochrony, wiem, że dziewczyna ukrywała się w okolicy, przynajmniej przez jakiś czas. Myślę jednak że dłużej, że tu została, a moja krewna jej w tym pomogła.
- Nie. Ja nic nie wiem... Nic nie pamiętam...
- Wiem, gdzie pracowała pani mama. Mówiło się, że w urzędzie miasta w Kłodzku jest ważniejsza od burmistrza. Mogła załatwić wszystko...
- Nie, nie. - Kobieta potrząsnęła głową. - Pan się myli. Moja mama pracowała w Kłodzku bardzo krótko. Była nauczycielką...
- Giną ludzie. - Zimny nie odpuszczał. - Ma to związek z przeszłością. Z tym, co stało się wtedy, tuż przed końcem wojny i po niej. Ktoś szuka informacji o Emily, ale i o osobach, które o niej wiedzą.
Zimny poczuł dreszcz na plecach na myśl, która nagle zmaterializowała się w jego głowie.
- Nie wiem, nic nie wiem - powtórzyła kobieta.
- Ona tu została i założyła rodzinę, prawda?
Kobieta zamknęła oczy. Była blada jak ściana.
- Nie wolno o tym nikomu mówić, nigdy nikomu... Nigdy.
Zimny widział, jak kobieta obejmuje twarz dłońmi, jak jej palce wbijają się głęboko w pomarszczoną skórę.
- Nigdy! Nigdy! Nie wolno!
- Kim była Emily? - zapytał Zimny. - Kim jest... Kim jest jej dziecko?
Krzyk kobiety był przeszywający, nieludzki. Zimny uniósł dłonie, próbując ją uspokoić, ale to wywołało jeszcze gwałtowniejszą reakcję chorej. Do sali wbiegła pielęgniarka, a za nią lekarz.
- Co pan zrobił?
- Nic takiego. Rozmawialiśmy...
- Niech pan wyjdzie, proszę natychmiast wyjść.
Zimny podniósł się z fotela, ruszył do drzwi. Odwrócił się w progu, żeby popatrzeć na matkę Gosi. Miała zamknięte oczy, kołysała się w przód i w tył. Lekarz mówił coś do niej, ale jego słowa najwyraźniej do pacjentki nie docierały.
Arek wyszedł na korytarz. Zmierzając w stronę wyjścia, czuł na sobie spojrzenia innych pielęgniarek. Znalazł się wreszcie przed budynkiem, zatrzymał się na chodniku.
Odruchowo odebrał telefon.
- Mam coś, Arek.
- Tak? - Zimny dopiero po chwili rozpoznał głos Marty.
- Znalazłam Emily.
- Gdzie? - wychrypiał. W uszach wciąż słyszał krzyk kobiety.
- Na cmentarzu. Zmarła piątego maja czterdziestego piątego roku. Pochówek miał miejsce dwanaście dni później. Jej grobu już nie ma, ale tak wpisano w kościelnej księdze metrykalnej w miejscowym kościele.
- To bzdura, przeżyła.
- Bzdura - przyznała Marta. - Dziwna jest też ta data, nie? Trochę zajęło im pochowanie jej, rozumiem, tamte lata były trudne, przejściowe, ale to chyba nie o to chodzi.
- Potrzebowali czasu, żeby znaleźć jej nową tożsamość i załatwić wszystkie formalności - powiedział Zimny. - Nie tylko jej.
- Nie tylko jej?
Po raz pierwszy udało się mu ją zaskoczyć.
- Pilot też przeżył?
- Nie chodzi o pilota.
Niemal słyszał, jak trybiki w mózgu dziewczyny pracują.
- Cholera... Jak twoja prababcia nazywała nowo narodzone dzieci? Anděl?
- Tak.
- Emily urodziła tutaj. Mamy naszego Gabriela?
- Myślisz, że można to po tylu latach sprawdzić?
- Czekaj, daj mi chwilę, mam pewien pomysł...
- Marta?
Dziewczyna się rozłączyła. Zimny spojrzał w stronę samochodu, który zmierzał wolno w jego kierunku. Rozpoznał kierowcę. Mężczyzna uchylił okno i spojrzał na Arka.
- Wsiadaj, mamy chyba do pogadania.
*
- Mam coś, Wierzba, podejdziesz do mnie?
Natalia spojrzała w stronę biurka Pawła Łukaszka. Wciąż ślęczał nad nagraniami z monitoringów z Karłowa i kłodzkiego szpitala. Wyglądało na to, że wreszcie na coś trafił. Świadczył o tym przynaglający ruch ręki.
- Co jest?
Wierzba stanęła za jego plecami z kubkiem kawy. Ledwo patrzyła na oczy, nie mogła się skoncentrować. Miała nadzieję, że kofeina zdoła ją pobudzić.
- Ten samochód pojawia mi się i tu, i tu...
- Tu jest z kiedy? - Wierzba na pierwszym monitorze widziała okolice parkingu pod Pasterką.
- Dzień, w którym spadł Webber.
- Dobra, a drugie nagranie?
- Kamera z prywatnego domu, noc, kiedy włamano się do prosektorium.
Wierzbicka przechyliła głowę. Skrzywiła się.
- Masz lepsze ujęcia? Nie jestem nawet pewna, czy kolor jest ten sam. Widać rejestrację?
- Nie. Ale to ten sam samochód.
Wierzbicka upiła łyk kawy, żeby dać sobie czas. Widziała uśmieszek Łukaszka, testował ją. Znaczy się, zauważył coś, czego nie widziała jeszcze ona.
- Ty po prostu znasz ten wóz - powiedziała. - I jego właściciela.
- Bingo. - Paweł westchnął, miał chyba ochotę na dłuższą zabawę. - Naklejka na tylnej szybie. Widać ją dopiero w powiększeniu. Nie zauważyłaś jej na drugim nagraniu, bo auto jest częściowo zaśnieżone.
- Masz rację, myślałam, że to śnieg, nie naklejka. Daruj sobie jednak te zabawy, Sherlocku, i powiedz, czyje to auto. - Pokręciła głową, widząc, że Łukaszek znowu ma ochotę na zgaduj-zgadulę. - Nie, nie. Mów i mnie nie wkurwiaj!
- Znasz go. Fury mogłaś nie poznać, bo kupił ją miesiąc temu... Wiem, bo mieszkam niedaleko.
- Cholera. - Wierzbicka zakrztusiła się kawą.
- Czyli wiesz, o kim mówię. Nie sądzę, żeby w obu miejscach pojawił się zupełnym przypadkiem.
Wierzba sięgnęła po telefon. Wybrała numer prokuratorki. Ta na szczęście odebrała dosyć szybko.
- Co się dzieje, Wierzba?
- Samochód Góralczyka przejeżdżał obok parkingu przy Pasterce w dniu zabójstwa Webbera.
- Na pewno jeździ tamtędy codziennie, nawet po kilka razy, rozumiem więc, że masz coś jeszcze.
- Pojawił się też przy szpitalu w noc, gdy zniknęło ciało.
- To już jest coś. Wydzwoń go, powiedz, że chcesz się z nim spotkać.
- Tak po prostu?
- Tak. Zadzwoń też do Zimnego, chcę, żeby był przy naszej rozmowie.
- W porządku. - Wierzbicka przerwała połączenie. Nie miała gdzie postawić kubka, więc wcisnęła go w ręce Łukaszka. Ten od razu upił spory łyk.
- To nasz Gabriel? - zapytał, oblizując usta. - Facet od aniołków?
- Nie wiem - odpowiedziała. Wybrała numer inspektora. - Ale może wreszcie się dowiemy.
Zimny był poza zasięgiem.
- Jeszcze tego wcięło, cholera.
- Może wciąż śpi, to starszy, schorowany człowiek.
- Ale ty jesteś głupi, Paweł, naprawdę.
- No co. - Łukaszek wzruszył ramionami. Patrzył, jak Wierzbicka chwyta za kurtkę. - Gdzie idziesz?
- Jadę do Karłowa. Spróbuję złapać Góralczyka i inspektora.
- Powodzenia i nie ma za co. Pamiętaj, kto pchnął tę sprawę do przodu.
Wierzbicka darowała sobie ciętą ripostę o orderach z konfetti. Próbowała wydzwonić Zimnego. Brak sygnału w tamtych okolicach nie był niczym niezwykłym, ale czuła rosnący niepokój.
*
- Nie wiedziałem, że masz psa.
Zimny patrzył na ogromnego wilczura leżącego na kocu z tyłu SUV-a.
- Wiele rzeczy o mnie nie wiesz. Boisz się psów?
- Bardziej ich właścicieli.
Góralczyk się zaśmiał.
- Boisz się mnie? Naprawdę?
- Mówiłem ogólnie. Niektórzy ludzie nie powinni mieć zwierząt. Twój pies wydaje się dobrze ułożony, chociaż śmierdzi.
- Zimą psów się nie kąpie.
- Solidaryzujesz się w tym ze swoim pupilem? Czy może też jesteś psem?
Leszek popatrzył na Zimnego.
- Mógłbym coś zażartować o psach...
Arek przyglądał się Góralczykowi. Czuć było od niego potem. Wyglądało na to, że niewiele ostatnio sypiał. Prawdopodobnie spędził kilkanaście godzin poza domem, prawdopodobnie w tym samochodzie.
- Gdzie jedziemy?
- Jedziemy tam, gdzie wszystko zrozumiesz - poinformował swojego pasażera Góral.
- Zawsze jeździsz tam, gdzie wszystko zrozumiem, z bronią?
Góral odruchowo dotknął wybrzuszenia pod kurtką. Milczał.
- Wysadź mnie.
- Nie mogę, Arek. Nic ci nie zrobię. Musisz po prostu zrozumieć to, co trzeba.
- To zatrzymaj się i mi to opowiedz.
Zamiast tego Góralczyk docisnął pedał gazu.
Arek położył dłonie na kokpicie. Patrzył na samochody, które mijali. Kierowcy zwalniali na widok rozpędzonego SUV-a i próbowali zjechać na bok.
- Góral... Bez względu na to, co się stało, co zrobiłeś...
- Nie masz o niczym pojęcia, co? Nigdy nie chciałeś mieć i ci na to pozwoliliśmy. Zawsze byłeś tym wrażliwym, którego lepiej było trzymać w nieświadomości.
- Uświadom mnie więc, chłopie, zanim rozbijemy się na jakimś drzewie.
Góralczyk zwolnił. Arek zastanawiał się, czy przy tej prędkości będzie mógł wyskoczyć. Spodziewał się, że śnieg zamortyzuje upadek.
- Zablokowałem drzwi, Arek.
- Dobrze wiedzieć, nie będę głupio szarpał się z klamką. Co zamierzasz zrobić?
- Uznałem, że już czas, żebyś też się w tym trochę umoczył, Arek.
- Ty jesteś Gabrielem, Góral? To twój pseudonim?
Leszek popatrzył na Zimnego.
- Dobrze wiesz, kogo nazywaliśmy Gabrielem. Sam go tak nazwałeś. Ty, nikt inny!
*
- Rzadko ktoś zagląda do tych dokumentów. Zwłaszcza ktoś taki jak pani.
- To znaczy jaki?
Młody ksiądz się zmieszał.
- Chodzi mi o to, że jest pani młodą kobietą. Do kościelnych dokumentów zaglądają najczęściej starsi ludzie, czasem trafi się jakiś historyk. Szuka pani danych rodziny?
- Tak.
Marta nie musiała przecież tłumaczyć, że nie swojej.
- Ksiądz proboszcz niechętnie zezwala na dostęp do tych najstarszych papierów. Ma pani dar przekonywania.
Dar przekonywania był równy pięciu banknotom z Jagiełłą. Cennik mieli tu zawyżony. Zimny pewnie padnie na zawał, jak mu przedstawi koszty operacyjne. Rozbawiła ją ta myśl.
- Jak pani będzie czegoś...
- Zawołam księdza albo pomodlę się, żeby pan przyszedł.
Uniósł brwi. Wydawało jej się, że się obruszy, ale zamiast tego się zaśmiał. Była pewna, że potrzebował chwili dla siebie. Wyraźnie mu się podobała.
Otrząsnęła się z obrzydzenia. Sięgnęła po rozlatujące się księgi. Papier był pożółkły i kruchy. Polski ksiądz, który prowadził je ponad osiemdziesiąt lat temu, miał jednak bardzo wyraźne pismo.
Cofnęła się do maja 1945 roku. Tu pismo się różniło, notatki prowadził więc ktoś inny. Informacje zapisywał w językach niemieckim i łacińskim. W początkach maja pochowano kilka starszych osób, także mężczyznę i kobietę. Nazwiska brzmiały rosyjsko i włosko. Marta obróciła stronę. Od razu przeszedł ją dreszcz. Data śmierci i pochówku Emily Becker. Przyczyna śmierci - wielonarządowy uraz ciała. Przy rubryce z miejscem i datą narodzenia - brak danych.
Uśmiechnęła się do siebie. Nie sądziła, że ta sprawa aż tak ją wciągnie. Miała dowód, że dziewczyna się tu pojawiła. Dziadkowie Zimnego naprawdę jej pomogli. Skoro rzeczywiście przeżyła, to dlaczego zdecydowali się na sfingowanie jej pochówku pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem?
Marta skinęła głową. Zależało im na tym, żeby dla świata była martwa. Dla kogoś, kto mógł się nią interesować. Chcieli się upewnić, że nikt nie będzie jej szukać.
Kolejny krok. Jeśli Emily przeżyła, to znaczy, że pogrzebano pustą trumnę albo zamiast niej pochowano kogoś innego. Ta druga ewentualność nie była wcale niedorzeczna. Emily musiała się bać, że ktoś będzie jej szukał, musiała mieć jakiś powód, żeby tak przypuszczać. Ktoś mógł sprawdzić, czy w trumnie rzeczywiście jest ciało. Komuś musiałoby na tym bardzo zależeć, ale...
- Cholera jasna. - Marta odchyliła się na krześle, popatrzyła odruchowo na krzyż wiszący na ścianie. - Sorki.
Próbowała to sobie ułożyć w głowie, ale wszystko sklejało się w jakąś niewiarygodną historię. Dziewczyna ucieka z oblężonego Breslau ze swoim bratem i Hankem, katem Wrocławia. Samolot zostaje trafiony przez aliantów. Pasażerowie się ewakuują. Brat być może ginie, Hanke i dziewczyna lądują gdzieś przy Szczelińcu. Ich drogi się rozchodzą, dziewczyna ucieka. Trafia do rodziny Zimnego, ci jej pomagają. Fingują jej śmierć i zapewniają nową tożsamość. Mogli jej pomóc stąd wyjechać, po prostu... Podejmują się jednak karkołomnego przedsięwzięcia. Dlaczego? Bo dziewczyna bała się Hankego, bała się o swoje życie. Miała informację o poszukiwanym przez aliantów naziście. Była ważnym świadkiem, który mógł poświadczyć, że kat uciekł z Wrocławia i przeżył. Alianci trafiliby na jego trop i zaczęliby go ścigać.
Dlaczego jednak ta sprawa teraz wypłynęła? Hanke na pewno od dawna nie żyje. A temat samolotu i jego pasażerów wciąż powraca. Teraz i być może kilkadziesiąt lat wcześniej, jeśli liczyć wykopanego pod górą NN-a.
Marta postukała palcem w księgę. Ten pochówek i grób Emily nie dawały jej spokoju. Dziewczyna chciała być pewna, że to zakończy sprawę, że trop się urwie i nikt nie będzie jej szukał. Ona autentycznie bała się, że Hanke wyśle kogoś jej tropem. Znów pojawia się pytanie: dlaczego? Miała coś, na czym Hankemu zależało? Coś, co do niego należało?
Gdyby tak było, Hanke na pewno by nie odpuścił. Co zrobiłaby na jego miejscu? Po pierwsze nakazałaby sprawdzenie zawartości grobu. Chciałaby się upewnić, że jest w nim Emily. Niemiecki ksiądz mógł zgodzić się na pochówek pustej trumny, ale równie dobrze mógł pochować w niej kogoś innego...
I dlaczego Emily tu została? Zimny miał rację? Urodziła? Zaczęła nowe życie i zatrzymało ją tu dziecko?
Marta zamrugała, bo coś przyszło jej do głowy. Nowa tożsamość Emily. Musiała ją uzyskać, żeby funkcjonować w zmienionej rzeczywistości, która nastała tu po 1945 roku.
Palec przesuwał się po rubrykach. Zatrzymał się chwilę później. Mnóstwo obco brzmiących nazwisk: rosyjskich, francuskich, niemieckich, kilka grobów bezimiennych. Nie było trudno uzyskać czyjąś tożsamość. Jeśli Emily znała któryś z tych obcych języków...
Marta sięgnęła po telefon. Próbowała skontaktować się z Zimnym, ale ten nie odbierał.
- Cholera! - Skrzywiła się, patrząc na krzyż. - Jeszcze raz sorki.
Zrobiła zdjęcia kilkunastu stron księgi parafialnej i ruszyła do wyjścia. Za drzwiami czekał na nią ksiądz. Może bał się, że wyniesie w plecaku księgę.
- Znalazła pani już to, czego szukała?
- Powiedzmy.
- Rozumiem.
Nie rozumiał, i pewnie nie za bardzo go to obchodziło, chciał podtrzymać konwersację.
- Jeśli jeszcze będzie pani czegoś potrzebować...
- Nie będę.
Wyminęła mężczyznę.
- Z Bogiem - powiedział. - Życzę pani dobrego dnia.
Nie odpowiedziała, skinęła tylko głową.
Żeby dotrzeć do wyjścia, musiała przejść przez cały kościół. Kilkoro wiernych siedziało w ławkach, ominęła ich wzrokiem. Kościoły lubiła, czuła w nich spokój, ale ludzi już nie za bardzo.
Wyszła na śnieg. Usłyszała kroki za sobą, więc się obejrzała.
- Tak myślałam, że to pani. Nie sądziłam, że się tu spotkamy.
Marta rozpoznała kobietę. Przyjechała z mężem do Domku pod Lasem.
- Nie wyglądam na religijną osobę?
- Nie o to chodzi. - Kobieta się zmieszała.
- Jakie jest ósme przykazanie? - zapytała Marta.
- Boże... to mnie pani zaskoczyła. - Widać było, że kobieta w myślach próbuje przebrnąć przez Dekalog.
- Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu...
- No proszę, trochę czasu by mi zajęło, zanim dotarłabym do tego przykazania... Jak to pozory mylą. Ja taka pobożna i poległam na podstawowym pytaniu.
- Proszę się nie przejmować, większość tych leżących krzyżem nie tylko nie zna przykazań, ale i się do nich nie stosuje.
- Ma pani rację. Prawdę mówiąc, u mnie też z tym różnie bywa.
- Jak się pani chce wyspowiadać, to raczej nie mnie.
Kobieta się zaśmiała.
- Czekam na męża, ale nie mogę się doczekać. - Kobieta tupała w chodnik, musiała przemarznąć. - Wraca pani może na kwaterę?
Marta uniosła brwi. Niemal się zgodziła, żeby kobietę podwieźć.
- Nie.
Odwróciła się od niej i ruszyła do samochodu. Wbrew temu, co powiedziała, skierowała się do Domku pod Lasem.
*
- Kurwa, kurwa, kurwa!
Wierzbicka dopiero po chwili zorientowała się, że minęła właśnie samochód Górala. Dostrzegła przez szybę dwie osoby. Skręciła zbyt gwałtownie, zarzuciło ją.
- Nie, proszę!
Straciła kontrolę nad autem. Zdjęła nogę z hamulca, ale nic to nie dało. Zblokowało jej koła, a rozpaczliwe kontrowanie kierownicą tylko pogorszyło sprawę. Sunęła w stronę pobocza - wydawałoby się: wolno, ale i tak nic nie było w stanie zatrzymać tony bezwładnego żelastwa.
- Szlag!
Samochód się przechylił. Lewe koła zawisły w powietrzu.
Spieprzyła sprawę. Sięgnęła po telefon. Wybrała numer prokuratorki.
- Minęłam Góralczyka. Chyba jedzie z Zimnym. Zmierzają w stronę Karłowa. Zaraz zadzwonię do Łukaszka i Leśniaka, żeby ich szukali.
- A co z tobą?
- Jestem w rowie, zaraz mnie wyciągną. Chyba ktoś... chyba ktoś się zatrzymał.
- Cała jesteś?
- Tak.
- Jeździć nie umiesz?
- Odwal się.
- Wybaczam ci te słowa, bo pewnie jesteś w szoku pourazowym. A co do Zimnego... poradzi sobie. Nie sądzę zresztą, żeby Góralczyk chciał mu zrobić krzywdę.
- Jechali szybko, nie wiem. Mam złe przeczucia.
- Czy kiedyś twoje złe przeczucia się sprawdziły?
- Cholera. - Wierzba sięgnęła do klamki w drzwiach, próbowała wygramolić się na zewnątrz. - Jak zostałaś prokuratorką w Kłodzku. Od tego momentu wiedziałam, że nie czeka nas nic dobrego.
*
- Zwolnij, bo nas zabijesz.
- Nie mogę...
Zimny zauważył, że Góral patrzy w tylne lusterko. Musiał także zauważyć Wierzbicką, którą przed chwilą minęli. Chciał ją zgubić, gdyby zdecydowała się za nimi jechać.
Skręcili w boczną drogę. Samochód Górala o dziwo radził sobie w śniegu bardzo dobrze.
- Wyjaśnij mi, co się dzieje. Dlaczego nie możesz powiedzieć tego teraz?
- Odezwał się do ciebie Gabriel?
- Nie rozumiem.
- Czy to on cię tu sprowadził? Tak nagle wróciłeś na stare śmieci, żeby podreperować zdrowie? Mam w to uwierzyć?
- Na spokojnie wyjaśnij, co się dzieje...
- Nie dopuszczę, żeby znowu stała się im krzywda.
- Komu? - Zimny próbował mówić bez emocji.
- Spieprzyłem to wtedy. Zawiodłem. Zachowałem się jak tchórz. To się nie powtórzy, nie może się powtórzyć. Choćbym miał...
- Choćbyś miał?
- Choćbym miał nawet kogoś zabić!
- Góral... ja... Uważaj!
Arek za późno ostrzegł Góralczyka. Rozpędzony samochód uderzył w nich z boku. Wbił się w drzwi od strony kierowcy. Zgrzyt metalu, odgłos pękającej szyby i ryk silników zlały się w jedno.
Mocne uderzenie szarpnęło SUV-em. Napięty pas wytłoczył Arkowi powietrze z płuc, a eksplodująca poduszka powietrzna uderzyła go w twarz. Ogromna siła rzuciła ich w bok. Inspektor stracił ostrość widzenia. W pierwszej chwili myślał, że to mgła lub dym, ale zorientował się, że otoczyły ich wirujące opiłki śniegu.
Właściwie to wszystko wokół nich wirowało, kotłowało się w nieustającym wirze. Zimny stracił poczucie góry i dołu. Uderzył potylicą o zagłówek i wtedy samochód wreszcie znieruchomiał kołami wycelowanymi w sine niebo.
Arek zwisał z fotela. Kropla krwi ściekała z brody po policzku w stronę czoła.
- Góral... Góral?
Góralczyk był nieprzytomny. Miał zakrwawioną twarz i nogę wygiętą pod nienaturalnym kątem. Zimny odruchowo sięgnął jego pulsu.
- Leszek... obudź się, musimy stąd wyjść...
Głowa mężczyzny zwisała bezwładnie, ale oddychał.
Zimny próbował uwolnić się z pasów, ale te nie współpracowały. Arek wziął głęboki oddech, starał się uspokoić. Wiedział, że wykonuje zbyt gwałtowne ruchy.
Dotarło do niego skrzypienie śniegu. Mężczyzna z drugiego samochodu musiał wyjść ze swojego pojazdu i zbliżał się do ich SUV-a.
Arek zamarł. Widział buty tamtego. Mężczyzna zatrzymał się kilkanaście metrów od nich. Przykucnął. Sprawdzał, co z kierowcą i pasażerem. Zimny zobaczył w dłoni tamtego coś, co go zmroziło.
Inspektor spojrzał na Górala. Sięgnął w jego stronę, do paska, za którym spodziewał się, że ten ukrywa broń. Nie było jej. Być może Góralczyk wcale jej nie miał albo wypadła w trakcie rolowania.
Kolejne kroki. Facet zdecydował się podejść bliżej.
Zimny niewiele mógł zrobić, przyszło mu do głowy, żeby udawać martwego. Nie zdecydował się jednak na ten desperacki pomysł. Omiótł spojrzeniem SUV-a w poszukiwaniu czegoś, co mogło posłużyć za broń.
Miał jednak rację, Góralczyk był uzbrojony.
Zimny wyciągnął rękę w kierunku błyszczącej stali. Pistolet był jednak cholernie daleko.
Wystrzał. Zimny drgnął, usłyszawszy ten ogłuszający dźwięk. Facet trafił w broń Górala, chociaż pewnie celował w rękę Arka. Pomógł Zimnemu, przesunął Walthera w jego stronę. Inspektor chwycił za rękojeść, wymierzył w nogi. Miał wystarczająco stabilną pozycję, żeby próbować go trafić. Nacisnął spust, modląc się, żeby pistolet był naładowany.
Huknęło. Mężczyzna krzyknął. Upadł na śnieg. Zimny mógł oddać kolejny strzał, ale się zawahał.
Arek skulił się w fotelu, gdy pociski wznieciły iskry na karoserii.
Pasy wreszcie puściły. Inspektor boleśnie gruchnął na dach auta.
- Arek, uciekaj...
Góral odzyskał świadomość.
Zimny nerwowo wycelował przez rozbitą szybę w kierunku strzelca. Zobaczył, jak tamten, kulejąc, uskakuje w bok. Strzelił w jego stronę, żeby zyskać na czasie.
- Pomogę ci wyjść, Góral. Będzie boleć.
- Zimny, nie... Coś mi się stało z kręgosłupem... Jak mnie odepniesz...
Arek się zawahał.
- Nie mogę cię tu zostawić. Wróci po ciebie.
- To go, kurwa, załatw. - Góral próbował głębiej odetchnąć, ale się skrzywił. - Gdzie mój pies?
- Musiał wypaść przez okno, jak dachowaliśmy. Nie myśl o nim teraz.
- Zostaw mnie, Zimny. We dwóch nie będziemy mieli żadnych szans. Wiesz o tym.
Krew z czoła Górala kapała na śnieg wolno, zamarzała w brunatny sopel.
- Posłużysz za przynętę?
- Wiedziałem, kurwa. Idź - wysapał Góralczyk.
Zimny wyczołgał się z pojazdu. Starał się zejść z widoku mężczyzny, który na pewno znalazł dobre miejsce do strzału.
Arek zobaczył wypełniony śniegiem rów i krzaki. Miał do nich kilka metrów. Po prawej leżał pies Górala. Nie dawał oznak życia.
Kolejne wystrzały. Głuchy huk i metalowe pacnięcia. Arek zebrał się w sobie, skoczył w śnieg. Przeczołgał się za krzaki, a potem za drzewo. Oparł się o pień, próbując wypatrzeć tamtego. Odłamek drewna uderzył go w policzek.
- Cholera.
Arek sprawdził magazynek. Wyglądało na to, że był pełny. Pozaglądał do kieszeni w poszukiwaniu telefonu. Nie było go, wypadł podczas dachowania.
Napastnik nie liczył się z amunicją. Strzelał w samochód. Może próbował dosięgnąć Górala. Arek musiał coś zrobić.
Oddał dwa strzały w kierunku drzew. Nieco na lewo od czerwonego śladu, który zostawił za sobą napastnik.
Tamten był ranny. Jeśli impas będzie trwał dłużej, istniała szansa, że strzelec odpuści.
Zimny wycofał się w głąb lasu. Postanowił, że spróbuje zaskoczyć przeciwnika, podchodząc do niego z boku. Poruszał się wolno, starał się wykorzystać naturalną osłonę, którą dawały drzewa. Po kilku metrach zorientował się, że tamten pomyślał o tym samym. Stanęli naprzeciw siebie. Zimny odskoczył w bok w ostatniej chwili. Kula świsnęła mu przy uchu.
Arka oblał pot. Stał się zwierzyną. Nie miał dużych szans, żeby wyjść z tego cało.
Instynkt podpowiadał mu ucieczkę. W ten sposób mógł odciągnąć strzelca od Góralczyka.
Zimny pochylił się, ruszył w stronę lasu, ku skałom Szczelińca Małego.
*
- Gośka, jesteś?
Marta wytarła buty o wycieraczkę i zamknęła za sobą drzwi wejściowe. Rozejrzała się po korytarzu i zajrzała do kuchni.
Dom był pusty. Weszła na schody, miała zamiar pójść do siebie, ale się zatrzymała. Popatrzyła w stronę drzwi prowadzących do pokoju właścicielki Domku pod Lasem.
- Do dwóch razy sztuka, co? - powiedziała do siebie.
Miała wrażenie, że wcześniej coś przeoczyła. Nie dawało jej to spokoju od momentu, gdy stamtąd wyszła. Musiała się przekonać, co to było.
Wróciła na korytarz, zamknęła drzwi wejściowe na zamek. Po chwili przykucnęła przy klamce do pokoju Wilczek. Otwarcie zamka zajęło jej więcej czasu niż poprzednio.
W końcu jednak weszła i stanęła pośrodku salonu.
Nic. Wszystko wyglądało zwyczajnie.
Podeszła do półki, wyciągnęła jedną z obcojęzycznych książek i ją otworzyła.
- Cholera - powiedziała.
Książkę wpakowała do plecaka. Spojrzała na zdjęcie, na które ostatnio patrzyła. Wzięła je do ręki. Coś nie pozwalało jej go odłożyć. Odwróciła ramkę. Przesunęła zabezpieczenia i wyciągnęła fotografię.
Czworo przyjaciół podpisało się zapewne na każdym egzemplarzu. Użyli pseudonimów. Byli Zimny, Góral, Wilczyca, Marek... był też Gabriel.
- Jesteś równie wścibska jak ja.
W pierwszej chwili pomyślała, że to Gośka, ale głos należał do innej kobiety. Ją też znała.
Marta wolno odwróciła się w jej stronę.
- Co znalazłaś na plebanii?
- Zbawienie i księdza onanistę - odpowiedziała dziewczyna.
- Wysiliłabyś się trochę bardziej.
- Może jak opuścisz broń, będę bardziej błyskotliwa?
- Nie sądzę. Co znalazłaś na plebanii?
- Zba...
- Możemy tak długo. - Kobieta jej przerwała. - Podaj plecak i telefon. To zdjęcie też. Połóż wszystko na podłodze i cofnij się o trzy kroki.
- To mają być duże kroki czy małe...
- Wykonaj polecenie.
Marta czuła, jak serce wali jej w klatce piersiowej. Spieprzyła sprawę. Dlaczego dała się podejść? Ta para, która przyjechała do Domku pod Lasem. Zbiła ją z tropu ich bezczelność. Myślała, że tylko w filmach ktoś może mieć taki tupet, żeby pchać się gliniarzom pod nos.
- Najciemniej pod latarnią, co?
- Powtórzę ostatni raz. Wymierzę w twoje kolano. Jeśli będę musiała wymierzyć ponownie, wyceluję w brzuch. Wiesz, jak to boli?
- Niby skąd? Dobra! Już! - Marta, widząc, jak kobieta opuszcza broń, zrzuciła plecak na podłogę. Telefonu szukała trochę dłużej, choć dokładnie wiedziała, w której trzyma go kieszeni. Była pewna, że ten babiszon jej teraz nie zastrzeli. Na pewno chciała zapewnić sobie dostęp do danych.
Trzask drzwi od korytarza sprawił, że drgnęła. Kobieta zmieniła pozycję, wycelowała w głowę Marty i uniosła palec do ust.
To musiała być Gośka. Marta słyszała jej kroki na skrzypiącej podłodze. Zbliżała się do drzwi swojego pokoju.
Kobieta zareagowała szybko. Była wyszkolona. Znalazła się przy dziewczynie, stanęła za jej plecami. Wbiła jej lufę w kręgosłup.
- Ruszysz się, będziesz kaleką, a ona zginie. Jasne?
- Tak.
W zamku zachrobotał klucz. Przez moment nic się nie działo. Usłyszały dźwięk telefonu. Po chwili dotarł do nich głos Gośki.
- Góral? Co mu się stało?
Nie słyszały odpowiedzi.
- Już jadę...
Słychać było kroki, a potem trzaśnięcie drzwiami.
Kobieta stała w bezruchu, nasłuchiwała.
- Idziemy do ciebie, na górę. Podnieś swoje rzeczy i ruszaj się.
- Jesteś mocno niezdecydowana.
- Wykonaj polecenie.
Marta schyliła się po plecak i telefon. Kobieta odsunęła się od niej, była poza zasięgiem.
- Ruszaj! Otwórz drzwi!
Wyszły na pusty korytarz.
- Szybciej.
Marta nie miała zamiaru przyspieszać. Skręciła w stronę schodów, pokonała kilka pierwszych. Wypadł jej z rąk plecak.
- Nie kombinuj. Podnieś i idź. - Kobieta zatrzymała się na pierwszym schodku.
- Dobrze. - Marta się pochyliła. Chciała, żeby tamta skupiła na niej całą uwagę.
Głuchy odgłos uderzenia mimo wszystko zaskoczył także ją. Gośka Wilczek włożyła w cios całą siłę. Obie kobiety straciły równowagę i runęły na podłogę.
- Uderz ją jeszcze raz! - krzyknęła Marta.
Patrzyła, jak patelnia opada z ogromnym impetem na głowę napastniczki. Drugie uderzenie było skuteczniejsze. Obie dyszały ciężko, patrząc na nieprzytomną.
- Traktujesz tak wszystkich gości?
Wilczek kręciła głową, drżały jej ręce.
- Ja...
- Jeśli zrobisz na tej patelni jajecznicę, to się skuszę.
Gośka usiadła na podłodze.
- Zabiłam ją?
- Nie sądzę, ma twardy łeb. Masz plastykowe szybkozłączki?
- Trytytki, znaczy się?
- Zwał jak zwał - powiedziała dziewczyna.
- Mam.
- Przynieś, zanim to wcielenie szatana się ocknie. Zadzwonię na policję. Jej mężuś może się kręcić gdzieś w pobliżu.
Wilczek ciężko podniosła się z podłogi.
- Ja chyba wiem, gdzie jest jej mąż... Dzwoniła Wierzbicka. Znaleźli Górala. Wjechał w niego niebieski SUV. Myślę, że to ich samochód...
- Cholera. - Popatrzyła na leżącą. - Co jeszcze mówiła Wierzbicka?
- Arek... Jechał z Góralem. Zniknął i on, i kierowca SUV-a. Wierzbicka uważa, że są gdzieś pod Martwą Górą.
- Cholera, niedobrze.
Popatrzyły na siebie. Nic nie mogły zrobić. Musiały czekać na kolejne wieści.
*
Zimny brnął przez śnieg, wykorzystując zasłonę drzew. Przy skałach były większe zaspy, więc uważał, żeby w nich nie utknąć. Adrenalina wyparowała. Odczuwał ból kolana i żeber. Krwawił z nosa i z rozcięcia na czole. Do tego od uderzenia poduszki powietrznej paliła go cała twarz.
Starał się odciągnąć tamtego od samochodu i Górala, ale łapał coraz większą zadyszkę. Było jasne, że nie ucieknie daleko. Miał jedynie nadzieję, że zabójca też ma problem z chodzeniem. Arek zranił go w nogę, mógł się wykrwawiać.
Inspektor zatrzymał się, zaczął nasłuchiwać. W pobliżu zaskrzypiał śnieg, ale zaraz potem zaległa cisza.
- I dupa - wysapał Zimny.
Wychylił się zza skał, próbował lustrować teren. Niemal wszystko było białe, jedynie pnie drzew wyglądały jak czarne przecinki na jasnym płótnie.
Inspektor postanowił zmienić kierunek ucieczki, znaleźć bezpieczne miejsce. Jeśli dobrze to rozegra, zastawi pułapkę na tamtego, będzie miał go jak na dłoni.
Zimny ruszył w bok, starał się obejść sporą skałę. Trzymał się blisko jej poszarpanych brzegów. Stanął nagle. Zobaczył czerwone krople krwi, które wtopiły się w śnieg.
Dotknął czoła. To była jego krew? Szedł już tędy?
Poczuł mrowienie na karku. Wolno się odwrócił.
- Odrzuć broń w śnieg.
Zimny wolno wykonał polecenie. Walther zniknął w zaspie.
- Kim jest Gabriel?
Arek patrzył na mężczyznę, który przykucnął na skale.
- Z tą pułapką miało być odwrotnie - wysapał.
- Kim jest Gabriel?
Zimny gorączkowo myślał, co zrobić. Powinien grać na czas, to była jego jedyna opcja. Nie miał szans na jakąkolwiek reakcję.
- Jestem policjantem...
- Wiem, kim jesteś. Nie zrobię ci krzywdy, jeśli powiesz, kim jest Gabriel.
- Tak jak nie zrobiłeś krzywdy pozostałym? Ich też o to pytałeś?
- Które kolano? To już uszkodzone czy drugie?
Mężczyzna wycelował w prawą nogę Zimnego.
- Prawe spisałem już na straty. Może się jednak obejść bez tego poświęcenia. Chętnie ci powiem, kim jest Gabriel, to i tak nie ma już znaczenia.
- Będę wiedział, jeśli skłamiesz.
- Jasne.
- Kim jest Gabriel?
- Ja jestem Gabrielem.
Mężczyzna otworzył usta. Zawahał się. Zimny zamknął oczy, przygotowując się na paraliżujący ból.
Zamiast tego usłyszał głośny, przyspieszony oddech, zgrzyt na kamieniach i głuchy jęk.
Otworzył oczy. W pierwszej chwili nie rozumiał, co widzi. Mężczyzna spadł ze skały. Na śniegu zakotłowały się dwa ciała.
Pies skoczył do gardła napastnika. Tamten próbował wsadzić mu przedramię w pysk i uderzyć w głowę.
Zimny rzucił się w stronę swojej broni, szukał jej, brodząc na kolanach w śniegu, ale nie mógł jej znaleźć. Musiał pomóc psu.
Arek doskoczył do walczących, ale mężczyzna odtrącił go kopnięciem w brzuch. Zimny stracił równowagę, a kolano nie utrzymało jego ciężaru. Upadł w śnieg.
Widział przegryziony policzek mężczyzny zwisający do brody. Pies zacisnął szczęki tuż poniżej jego łokcia. Mężczyzna wsadził kciuk w oko psa. Wilczur zaskomlał i kłapnął zębami, łapiąc napastnika za palce. Tamten wstał, zrzucił z siebie psa i zaczął uciekać.
- Zostaw - krzyknął Zimny. - Stój!
Mężczyzna i pies zniknęli w lesie.
Zimny obrócił się na plecy. Próbował zgiąć kolano. Impuls bólu był silny, ale do zniesienia. Wiedział, że musi się stąd ruszyć. Rozejrzał się. Broń niedoszłego zabójcy leżała na skale. Podczołgał się do niej i schował do kieszeni. Przez chwilę zbierał się w sobie, a potem ruszył w powrotną drogę. Słyszał rozchodzące się po lesie dźwięki syreny karetki.
Zatrzymał się tylko na chwilę, gdy usłyszał sapanie za plecami. Pies Góralczyka stanął obok niego. Kulał, miał przekrwione oko, ale nie wyglądało na to, żeby stało się mu coś poważniejszego.
- Nie zażresz mnie, co?
Pies szczeknął.
- To potwierdzenie czy zaprzeczenie?
Znowu szczeknął.
- Rozszarpałeś go czy dałeś mu uciec?
Tym razem wilczur się nie odezwał.
- No dobra, wracamy. Ale trzymaj się kilka kroków ode mnie, dobra? Poza tym idź przodem... Dalej. Jeszcze dalej! Nie zatrzymuj się i tak się na mnie nie gap, do cholery!
*
- No, nie powiem, jak dwóch kulawych wyszło z lasu, to myślałam, że mam przywidzenia. Jak pana noga? - Prokuratorka usiadła obok Zimnego w karetce.
- Da się przeżyć.
- Na pewno nie chce pan jechać do szpitala?
- Kolano dojdzie do siebie, nic mi nie jest. Co z Góralem?
- Pojechali z nim do Kłodzka. Ma poważne obrażenia, ale wyjdzie z tego. Co się wydarzyło?
- Znaleźliście go?
- Nie - odpowiedziała prokuratorka. - Wydaje się, że miał plan awaryjny. Może drugi samochód. Nie sądzę, żeby został w okolicy. Za duże ryzyko. Poza tym chyba potrzebuje pomocy medycznej.
- Pomocy potrzebuje na pewno - przyznał Arek. - Ale czy wyjechał? Nie możemy być tego pewni.
- Mamy jego partnerkę...
- Tak?
- Złapały ją pana współpracownica i Gośka. Obezwładniły ją... patelnią.
Zimny milczał.
- Nic im się nie stało. Kobieta transportowana jest teraz do nas. Będę chciała ją przesłuchać. Zapewne chce pan w tym uczestniczyć?
- Tak.
- Może się na to zgodzę.
- Od czego to zależy?
- Od naszej rozmowy. Dlaczego pana nie zabił?
- Może nie dałem mu szansy? Nie jestem łatwym celem.
- A tak poważnie.
- Myślał, że wiem, kim jest Gabriel.
- Okłamał go pan, mówiąc, że nie wie?
- Nie musiałem kłamać.
- Miałam nadzieję, że wpadnie pan w tę moją wymyślną pułapkę i się wygada, że jednak wie. Góralczyk się nie przyznał?
- To nie on.
Prokuratorka pokiwała głową.
- Może za bardzo zafiksowaliśmy się na mężczyznach? Gabriel jest kobietą?
Zimny milczał.
- Netflix lubi to. Jak będą filmować naszą historię, ucieszą się, że wreszcie jakieś babki mają coś do powiedzenia w serialu. No co... - Prokuratorka się zaśmiała. - Słyszałam, że jest pan kinomanem. Obawiam się tylko, że jak przyjdzie co do czego, to pana zagra jakaś czarnoskóra kobieta.
- Nie mam nic przeciwko.
- Ale to się nie będzie kleić. - Prokuratorka zamilkła na chwilę. - W tej sprawie chodzi o to, co się stało w przeszłości, także pana rodziny.
- Co pani wie?
Kobieta popatrzyła na ratownika medycznego, który skończył właśnie oględziny kolana Zimnego.
- Może nas pan zostawić?
Mężczyzna uniósł brwi.
- Ale co? Mam wyjść z karetki?
- Wolałabym zostać tu sam na sam z panem niż z inspektorem, ale taka robota.
Mężczyzna się zaśmiał.
- W porządku.
Ratownik wyskoczył na śnieg. Prokuratorka spojrzała na Zimnego.
- Wiem o dziewczynie, która miała przeżyć katastrofę dzięki pana przodkom. To oni ją uratowali i jej pomogli.
- Skąd pani to wie?
- Spokojnie. Wiem od Gabriela. Wysłał mi wiadomość. Chyba uznał, lub uznała, że zbyt opieszale przekazuje pan informacje. Zależy mu chyba na szybszym finale tej sprawy.
- Gabriel wysłał do pani e-mail?
- Lub wysłała. Przychylam się bardziej do kobiety. Pan chyba zresztą od początku tak myślał, co? To pan powiedział Wierzbie o tych nożyczkach, którymi podcięto włosy martwemu Webberowi... Kosmetyczka?
Arek wytrzymał spojrzenie prokuratorki.
- Dlaczego szukają Gabriela, nie licząc się z ofiarami? Nie załatwiają tego po cichu. To Gabriel zrzucił Webbera ze Szczelińca, a koledzy naszego Niemca postanowili się na nim zemścić? Teoria szyta grubymi nićmi...
- To pani teoria.
- Pan ma inną?
- Być może. Najpierw chcę porozmawiać z kobietą, która zaatakowała Gośkę i Martę.
- Niech będzie - zgodziła się Kordek.
Wyszli z karetki. Arek właściwie się z niej wygramolił.
- Niech pan uważa na kolano i go nie obciąża. Zalecam leżenie w łóżku i...
- I tak pana nie posłucha. - Prokuratorka przerwała medykowi. - Za to mnie jakoś strasznie zaczęło boleć biodro, jeździ pan na domowe wizyty?
Ratownik się zarumienił.
- Mogę o nich pomyśleć.
- To ja się zajmę kulawym, a pan niech myśli i da mi znać.
Kordek popatrzyła na inspektora.
- Wie pan, jak trudno w tej dziczy znaleźć normalnego faceta?
- Przecież nic nie mówię.
- I dobrze.
- Co z psem? - zapytał Zimny, patrząc na siedzącego przy drodze wilczura.
- Może lepiej się nim nie interesować? Pogryzł kogoś, medalu nie dostanie, jeszcze go wezmą na obserwację i uśpią?
- Zabierzemy go ze sobą - zadecydował Arek.
- Pan chyba żartuje.
- Trzeba się trzymać ze swoimi.
Prokuratorka zmarszczyła brwi.
- Ale że co? Jakby nas wzięli na obserwację, to też by nas uśpili?
- Panią na pewno.
- Coś w tym jest. - Kordek westchnęła. - Niech pan woła tę bestię.
Zimny otworzył drzwi, gwizdnął na psa. Wilczur podbiegł od razu i wpakował się na tylne siedzenie.
- Justyna!
Podbiegła do nich Wierzbicka. Była blada jak kreda.
- Co się stało?
- Paweł i Leśniak. Wieźli tę kobietę do nas... Mieli wypadek. Uciekła.
- Gdzie są?
- Niedaleko, tuż za Karłowem.
- Jedziemy.
Wierzbicka usiadła z przodu, na fotelu pasażera. Prokuratorka odpaliła silnik.
*
- Co robiłaś w moim pokoju? - zapytała Gośka.
- Które z was na zdjęciu podpisało się "Gabriel"? - Marta nie była dłużna.
Wilczek odchyliła się na krześle.
- Odpowiemy po kolei na swoje pytania?
- Przecież moja odpowiedź jest oczywista. - Marta wzruszyła ramionami. - Szukam Gabriela, sprawdzałam, czy nim jesteś.
- Nie jestem Gabrielem.
- Kto więc podpisał się tak na waszym zdjęciu? Jest was tam czworo, ale podpisów jest pięć.
- Nie pamiętam, ale pewnie Marek. Tak go czasem nazywaliśmy.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Po prostu tak się przyjęło. Nie masz swojej ksywki? Nikt nie mówił do ciebie inaczej niż po imieniu?
- Mówił. I wiem doskonale, skąd ksywka się wzięła.
- Może Marek też wiedział?
- Wasz przyjaciel zginął w wypadku, tak? - upewniła się dziewczyna.
- Zabił go kierowca, potrącił. Sprawca uciekł z miejsca zdarzenia.
- Gabriel pojawił się w sieci już kilka lat temu. Słyszałaś o nim?
- Tak, Góral czasem o nim wspomniał, ale nie łączyłam go z ksywką Marka. Wciąż trudno mi zrozumieć, jakie miałoby to być powiązanie.
- Ten człowiek przyjął nick Gabriel nieprzypadkowo.
- Nie wiem... może...
- Webber i para, która u ciebie wynajęła pokój, szukali go.
- Dlaczego?
- Bo Gabriel ich tu ściągnął. Być może zaczął grać w grę, która go przerosła.
- Co masz na myśli? - zapytała Gośka.
- Przejrzałam jego wiadomości na forach, znalazłam te, które kierowane były do Webbera. Chciał go tu ściągnąć i mu się to udało. Nie wiem jednak, jaki miał cel. Spieprzył to. Wiem o dziewczynie, którą w maju tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego uratowali krewni Arka. Wiem, że dostała nową tożsamość. Myślę, że była w ciąży i tu urodziła. Pradziadkowie Zimnego sfingowali jej śmierć, także pochówek. Pozostała w okolicy dzięki fałszywej tożsamości. Znała francuski, może włoski. W Kudowie i okolicach były przymusowe robotnice z tych narodowości...
- Do czego zmierzasz?
- Twoja babcia przez długie lata uczyła francuskiego w szkole w Kłodzku... Miała francuski paszport?
Gośka uniosła brwi.
- Tak, ale co sugerujesz?
- Kiedy urodziła się twoja mama?
- Moja mama urodziła się w pięćdziesiątym drugim roku. Na pewno to sprawdziłaś. A powiedziałaś, że dziewczyna, która przeżyła katastrofę, była wtedy w ciąży, w czterdziestym piątym roku...
- Masz rację. Wciąż szukam tamtego dziecka, które się wtedy urodziło. To jednak nie wyklucza tego, że twoja babcia nazywała się Emily Becker i uciekła z Breslau.
*
Samochód Łukaszka stał na poboczu. Obok był już inny wóz policyjny. Dwóch aspirantów udzielało kolegom pomocy. Leśniak siedział oparty o koło, przed chwilą wymiotował.
Na widok prokuratorki Łukaszek się skrzywił.
- Pani prokurator, ta kobieta zasłabła, musiałem jej udzielić pomocy...
- Co się dzieje z Leśniakiem?
- Uderzyła jego głową o maskę samochodu. Chyba ma wstrząśnienie mózgu.
- Z tym mózgiem to bym nie przesadzała. Jak mogliście się na to nabrać?
- No bo dostała mocno patelnią... Odmówiła wcześniej lekarza, chcieliśmy ją jak najszybciej przewieźć. Jak zaczęła wymiotować i odleciała, to się zatrzymaliśmy i... Naprawdę nie wiem, jak zdjęła kajdanki. Wbiła mi coś w policzek, a potem w rękę... Miała to chyba we włosach, bo nie wiem, gdzie indziej mogłaby to ukryć. - Łukaszek wskazał długą szpilkę i obrócił się w bok, żeby pokazać policzek, uniósł też przebitą dłoń.
- Stygmaty. Pójdziesz, Łukaszek, żywcem do nieba!
- Niech pani taka nie będzie, pani prokurator!
- Leśniak? Jak się czujesz? - zapytała Kordek.
Mężczyzna pokręcił głową. Znów zwymiotował.
- Andrzeja przerzuciła nad sobą, jak rypnął na maskę, to... - Łukaszek pokręcił głową z niedowierzaniem, wskazał tym razem wgniecioną karoserię samochodu. - Myślałem, że mu twarz odbiła...
- I co potem?
- Uciekła do lasu. Na szczęście broni nam nie odebrała. Zatrzasnąłem samochód i wyrzuciłem kluczyki w śnieg.
- Tyle dobrze.
- Ale teraz ich nie mogę znaleźć - poskarżył się młodszy z gliniarzy. - Wstyd, kobieta nas pobiła...
- Nie użalaj się nad sobą, każdy spokojnie w to uwierzy. Może większe szanse miałbyś z patelnią.
- Dziękuję, to znaczy...
- Jedzie karetka, zabierze was. Spakowałeś rzeczy tej kobiety z kwatery?
- Nic nie miała, pusta walizka. Przy sobie też nic, no, oprócz gnata. W środku jest. - Aspirant skinął głową na samochód. Skrzywił się, pewnie zabolała go dziura w policzku.
- Dobra, szukamy zatem w lesie małżeństwa morderców. Czas wezwać posiłki.
Prokuratorka spojrzała w stronę swojego auta.
- Myśli pan o tym samym co ja? - zwróciła się do Arka.
- Przyznam, że o tym bym nie pomyślał - przyznał Zimny, podążając za jej wzrokiem. Pies Górala szczekał, co słychać było nawet przez otwarte okno.
- Chłopaki, chyba pójdziemy na spacer - zwróciła się do policjantów Kordek.
- Ja też chcę iść - powiedział Łukaszek. - Psa Góralczyka znam, on mnie też.
Justyna przez chwilę się nad tym zastanawiała.
- Dobra. Idź po psa, ja dzwonię po kawalerię. - Prokuratorka spojrzała na Zimnego. - A pan? Chyba nie za bardzo po tych wertepach?
- Wrócę do Domku pod Lasem. Zobaczę, co z Gośką i Martą.
- Dobrze, wyślę człowieka, gdyby któremuś z naszych uciekinierów przyszło do głowy tam wrócić. A my mamy do pogadania. Wciąż nie powiedział mi pan wszystkiego. Zaatakowano nie tylko pana, ale i pana współpracownicę. To nie był przypadek. Jesteście blisko Gabriela?
- Jak będę wiedział, kim jest, to powiem pani jako pierwszej.
- Mam nadzieję. - Kordek pokręciła głową. Wybrała połączenie w telefonie i straciła zainteresowanie Zimnym. - Cholera, Łukaszek, trzymaj tego psa!
Wilczur ruszył pędem w las.
- Zapomniałem, że mam rękę przebitą - tłumaczył się aspirant. - Chciałem zmienić, żeby nie bolało... ale się wyrwał.
- Jasna cholera! Cyrk, nie policja!
*
- Mamo?
Kobieta otworzyła oczy. Przez chwilę była zdezorientowana. Skoncentrowała wzrok na Gośce.
- Mamo, to ja.
- Coś się stało?
- Przyjechałam porozmawiać. Musimy porozmawiać... - Wilczek nie potrafiła zapanować nad drżącym głosem.
- Kim jest ta dziewczyna?
Gośka przeniosła wzrok na Martę.
- Moja znajoma. Pomaga mi... Pomaga mi zrozumieć pewne sprawy z przeszłości.
Właścicielka Domku pod Lasem zauważyła, że jej matka spłoszyła się, uciekła gdzieś wzrokiem.
- Mamo, co wiesz o babci?
- Co mam wiedzieć? Dlaczego pytasz mnie o babcię?
Marta zerkała na Wilczek. Ta jednak nie zareagowała w żaden sposób. Zostawiła sprawy do wyjaśnienia matce i córce.
- Mamo... babcia... Czy babcia nazywała się wcześniej inaczej?
- Co ty mówisz, dziecko? - Kobieta usiadła na łóżku, sięgnęła po okulary. - Co ci przyszło do głowy?
- Anne Gelec - odezwała się Marta. - Zmarła na początku czterdziestego piątego roku w obozie pracy w Kudowie. Pani matka przejęła jej tożsamość. Wcześniej nazywała się Emily Becker.
Starsza kobieta pokręciła głową.
- Nie wiem, co tu się dzieje. Nie wiem, kim pani jest. Gosiu, ta kobieta kłamie.
- Mamo... muszę znać prawdę.
Matka Gośki uniosła dłoń do ust, przesunęła palcami po wargach.
- Nie - powiedziała. - Nie wolno nam o tym mówić.
- Dlaczego? - zapytała Marta.
- Pani nie rozumie. To wszystko było dawno, to już przeszłość. Nie wolno do niej wracać.
- Nie mamy wyboru, mamo. Muszę to wszystko zrozumieć. Ktoś szuka informacji o babci i... Ktoś wierzy, że ukryła coś bardzo ważnego.
- To są bzdury. Nie słuchaj tej dziewczyny!
- Mamo, czy babcia...
- Dobra, ja zapytam. - Marta westchnęła. - Pani matka w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku urodziła w Szpitalu Saint Elisabeth-Stift dziecko. Poród przyjęła lekarka, prababka Arka Zimnego, prawdopodobnie wraz z położną Zilmann. Czy wie pani, co stało się z tamtym dzieckiem?
Gośka była blada jak ściana. Jej matka o dziwo spokojnie przyjęła to pytanie. Popatrzyła w oczy Marty.
- To pytanie zadał mi trzydzieści lat temu pewien mężczyzna. Odpowiem pani to samo co jemu. Nic na ten temat nie wiem. Byłam pierwszym dzieckiem mojej matki. I jedynym.
- Trzydzieści lat temu? - zapytała Marta. - Trzydzieści lat temu ktoś panią pytał o to samo?
Kobieta zacisnęła szczęki.
- Niesamowity zbieg okoliczności - zauważyła dziewczyna. Obserwowała teraz matkę i córkę. Obie zupełnie inaczej zareagowały na jej słowa. - Trzydzieści lat temu zginął Marek Zilmann. Pewnie trzydzieści lat mają zwłoki mężczyzny, którego pochowano pod Martwą Górą. Skąd ta zbieżność?
Marta, patrząc na matkę i córkę, była pewna, że wiedzą o tym mężczyźnie wiele więcej.
*
Zimny wszedł do pustego domu. Próbował dodzwonić się do Marty, ale nie odbierała.
Zdecydował się wejść do jej pokoju. Miał nadzieję, że znajdzie jakąś wskazówkę, która pozwoli mu ją zlokalizować.
Na stoliku w pokoju dziewczyny leżał plecak. Rozsunął go, wyciągnął ze środka książkę. Un secret Philippe'a Grimberta. Arek otworzył ją na stronie tytułowej. Widniała na niej pieczęć ex libris Anne Gelec. Znał Annę Gelec, babcię Gosi. Wiedział, że jest Francuzką. Uczyła ich tego języka w szkole średniej w Kłodzku.
Zrozumiał, gdzie jest Marta.
Zimny usłyszał kroki od strony schodów, wyszedł na korytarz.
- Przejdziesz się ze mną?
Arek popatrzył na Zośkę.
- Nie mogę teraz...
- Możesz - powiedziała.
Odwróciła się i zaczęła schodzić w stronę parteru.
Zimny się zawahał. Spojrzał na telefon. Marta nie dawała znaku życia. Ruszył wolno za siostrą Gabriela.
*
Wyszła z budynku na śnieg. Rozejrzała się. Do zmierzchu pozostała może godzina. Białe czapy puchu rozmyją się wtedy w bladych błękitach, a potem w szarościach. Lubiła tę porę dnia, gdy życie zamierało, gdy dzień przechodził w noc. Miała wrażenie, że jej mózg zwalnia wtedy obroty, że przez moment myśli gdzieś uciekają, dają wytchnienie, którego tak bardzo potrzebowała. Trwało to zawsze bardzo krótko.
Ruszyła niespiesznie przed siebie.
Dopiero po chwili usłyszała skrzypienie śniegu pod jego butami. Dała mu szansę, żeby ją dogonił.
Milczeli. To jej odpowiadało. Cisza i spokój. Przynajmniej jeszcze przez kilka sekund, zanim trybiki w głowie znów nie zaczną działać, zanim znów nie obudzi się przeszłość, która nie dawała jej spokoju.
Najgorsze były powracające obrazy, tamten dzień, od którego wszystko się zaczęło.
Minęła stragany, podeszli pod schody prowadzące na Szczeliniec. Kilkoro turystów zostawiło tu swoje ślady, szli jeden za drugim, odbijając głęboko w śniegu podeszwy górskich butów. Oboje zaczęli wspinać się po schodach. Niespiesznie. Dawała Zimnemu czas na złapanie oddechu.
- Czekałam na tych schodach na ciebie kilka dni temu.
- Wiem - odpowiedział.
Skręcili w prawo, w stronę Szczelińca Małego. Zimny czuł, że śnieg przedostaje mu się do wnętrza butów.
- Nie sądziłam, że kiedyś tu wrócisz. Zastanawiałam się nad tym i... wydawało mi się, że to już nie jest twoje miejsce.
- Masz rację, nie jest. Chyba chciałem się o tym przekonać.
- Czasem musimy tego doświadczyć, chociaż od dawna znamy odpowiedź. Po co właściwie to robimy?
- Nie wiem - odpowiedział szczerze. - Może nie szukałem samej odpowiedzi. Może interesowało mnie to, co do niej prowadzi.
- Dobre - zakpiła z niego. - Coś w tym jest. Ja też od dawna znam odpowiedź, ale zupełnie nie spodziewałam tego, co mnie do niej doprowadzi.
- Jaka jest twoja odpowiedź?
Zaśmiała się. Zimny wyczuł, że to gorzki śmiech.
- Wszystko musi się wreszcie skończyć.
Znów zamilkli.
Kolejny zakręt. W bieli śniegu krajobraz wydawał się Arkowi jednokolorowy. Jakby zabłądził w krainie lodu. Domyślił się jednak, dokąd zmierzali.
- Uważaj, żebyś nie spadł.
Zimny ostrożnie stawiał kroki. Nogawki spodni stały się sztywne. Zaczął prószyć śnieg. Arek uniósł głowę. Z obłoków leciały szare poszarpane płatki. Wyglądały jak popiół, jakby niedaleko stąd ktoś rozpalił ogromne ognisko.
- Stąd spadł - powiedziała Zośka. - Byłeś tu?
- Nie. - Zimny stanął daleko od krawędzi. Spojrzał w dół, na czubki drzew i ośnieżone skały. Miał wrażenie, że ześliźnie się i zafunduje sobie kilkunastometrowy lot. Skończyłby pewnie dokładnie w tym samym miejscu co Webber.
- Zaatakował mnie. Właściwie to nic mu nie zrobiłam. No może nie bezpośrednio, bo przeze mnie tutaj trafił. Ściągnęłam go przecież do Dusznik i tutaj, do Karłowa. Sama nie wiem, co chciałam zrobić...
- Zakończyć to wszystko - przypomniał Zimny.
- No tak... wyobrażałam sobie inny koniec.
- Webber cię zaatakował, co stało się dalej?
- Zadaj inne pytanie. Dlaczego go tu ściągnęłam i co chciałam zakończyć... - powiedziała.
*
- Gosiu? - Kobieta szukała pomocy u córki.
- Nie patrz na mnie, mamo. Ja też potrzebuję prawdy. Muszę wiedzieć, co się dzieje. Muszę zrozumieć, co wtedy stało się z Markiem. Zrozumieć, co do tego wszystkiego doprowadziło. Mamo, już czas powiedzieć wszystko...
Kobieta zamknęła oczy. Wydawało się, że odcięła się od świata, ale po chwili uniosła powieki.
- Twoja babcia, a moja mama... Nazywała się Emily Becker. Przejęła tożsamość więźniarki, która nie doczekała wyzwolenia. Hana Zimny i jej mąż pomogli jej, załatwili wszystko, także pracę w Kłodzku. Została tłumaczką, pracowała bezpośrednio dla kłodzkiego burmistrza. Po kilku latach wyjechała z Kłodzka do Radkowa. Wtedy zaczęła uczyć w szkole, poznała mojego ojca, urodziłam się ja... O wszystkim dowiedziałam się po śmierci pielęgniarki Grety Zilmann. Powiedziała mi wszystko, także o... także o pierwszym dziecku, które Emily urodziła w czterdziestym piątym roku. Pięć miesięcy po tym, jak uratowała się z katastrofy lotniczej.
- Co stało się z tym dzieckiem? - zapytała słabym głosem Gośka.
- Oddała je, nie chciała go. Mówiła, że nie wie, kim jest ojciec. Stało się to w Breslau. To były straszne czasy...
- Komu je oddała? - zapytała Marta, choć już się domyśliła.
- Pielęgniarce, która przyjęła jej poród. Zilmannowie adoptowali to dziecko...
- Stary Zilmann... - Gośka z trudem złapała powietrze. - Zilmann jest tym dzieckiem?
- Tak. To mój przyrodni brat.
Marta się zaśmiała, po chwili odchrząknęła.
- Przepraszam, Gośka, naprawdę. Wiem, że życie potrafi pisać jeszcze bardziej powalone scenariusze niż ten, zwłaszcza podczas wojny, ale na żywo się z taką bombą jeszcze nie mierzyłam.
- Mamo. - Wilczek złapała kobietę za rękę. - Czy Greta Zilmann mówiła coś o tym locie, o jego pasażerach? Może o tym, że babcia wyniosła coś z samolotu?
- Nic takiego nie mówiła.
- Kto jeszcze oprócz ciebie o tym wie?
- Greta powiedziała o tym swojej wnuczce Zosi. Musiała to zrobić, zwłaszcza po tym, co stało się pod Martwą Górą...
Gośka odchyliła się w fotelu. Po chwili wstała i bez słowa wyszła z pokoju.
- Ona mnie znienawidzi - wyszeptała kobieta.
- Czy jest jeszcze coś, co powinnyśmy wiedzieć? - zapytała Marta.
- Powiedziałam wszystko, naprawdę. - Oczy kobiety się zaszkliły.
- Wierzę.
Marta pomyślała, że dalszą część tej historii powinna wyciągnąć od kogoś innego.
Opuściła pokój chorej. Zobaczyła Gośkę na końcu korytarza, przy drzwiach wyjściowych. Ruszyła za nią.
*
- Myślę, że ktoś ją tu zgarnął, pani prokurator... - Łukaszek zamilkł i spojrzał w górę. Przeleciał nad nimi helikopter.
- Nigdy nie lata nic na tym zadupiu, że tak się gapisz?
- No... Helikoptery lubię.
- Szukają naszych zbiegów, ale skoroś wykoncypował, że się ulotnili samochodem, to pewnie spalają paliwo na darmo.
- Zrobiła pani, co mogła. Ale dam głowę, że ich pani dorwie.
- Łukaszek, masz dziewczynę?
- Nie, a co?
- Bo jakoś tak ta twoja gadka na mnie zadziałała. Nie wiem, może jestem zdesperowana.
- Nie rozumiem.
- Nawet lepiej, bo właśnie mi przeszło.
- Pani tak zawsze z tym czarnym humorem w sytuacji stresowej? To pani pomaga?
- Trochę.
- A sprawie pomaga?
Kordek przechyliła głowę.
- Masz jednak jakieś takie przebłyski tej inteligencji; znowu mi wróciło.
- Niech się pani nie wygłupia, jakbym takie teksty walił w drugą stronę, to pani by mnie podała o molestowanie.
- A spróbuj!
- Ma pani jakiegoś faceta? Bo mnie fale oblewają...
- Masz rację, to źle brzmi, podam cię o molestowanie.
- No co pani, pani prokurator?!
- Łukaszek, skup się. Odcięliśmy Karłów, nie uciekli daleko. Gdzie mogą być?
- No. - Młody aspirant podrapał się pod czapką. - Najciemniej pod latarnią. Tak się mówi...
- Jesteś geniuszem, Łukaszek.
- Naprawdę? Naprowadziłem panią na jakiś trop?
- Jasne, że tak. W Karłowie tylko kilka latarni na krzyż, na pewno ich znajdziemy.
- No teraz to już się pani na mnie wyżywa. To z kolei mobbing.
- Jasne, jak z inspekcji pracy z tobą pogadają, to jeszcze dostanę jakiś dodatek za robotę w szczególnie trudnych warunkach...
- To zabolało.
- Mnie nieszczególnie. Zabieraj psa, jedziemy do Karłowa. Może rzeczywiście najciemniej jest pod latarnią. Zadzwonię do Wierzby, żeby do nas dołączyła.
- Nie mam dziewczyny.
Prokuratorka uniosła brwi.
- Ktoś cię o coś pytał, Łukaszek?
- Pani pytała.
- Za dużo sobie wyobrażasz.
- Znowu pani przeszło?
- Zupełnie i nieodwołalnie.
- To szkoda.
- Jutro mam wolny wieczór - powiedziała Kordek.
- Poważnie? - Łukaszek się wyszczerzył.
- Jestem pewna. Do jutra się to wszystko skończy. Jakiś jeszcze jeden, góra dwa trupy i rozejdziemy się do domu. O nie, zamilknij. - Prokuratorka uniosła dłoń, widząc, że Łukaszek chce coś powiedzieć. - Bo dodam trupa w bonusie do tego mojego wyliczenia. Jutro będziemy gadać. W jakiejś dobrej restauracji. Albo nie, zamówimy coś do ciebie.
- Z mamą mieszkam.
- Jezus Maria!
*
- Twoja kolej, Gośka.
Wilczek spojrzała na Martę, wydawało się, że nie docierają do niej jej słowa.
- Masz hitlerowców w rodzinie, wielkie mi rzeczy...
- Nie bawią mnie twoje żarty.
- W takim razie chyba czas poważnie porozmawiać, nie sądzisz?
Wilczek odwróciła wzrok od dziewczyny. Wyglądała, jakby chciała uciec i gdzieś się zaszyć. Marta dała jej chwilę na ochłonięcie.
- Zimno, porozmawiamy w samochodzie - zaproponowała.
- W porządku.
Wsiadły do auta Gośki. Kobieta odpaliła silnik i podkręciła ogrzewanie. Teraz dopiero Marta zauważyła, że Wilczek się trzęsie.
- Wiemy już o Emily. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze sprawa sprzed trzydziestu lat. Co się wydarzyło wtedy pod Martwą Górą?
Usta Gośki drżały, nie potrafiła wydusić słowa.
- To ewidentne, że macie jakąś tajemnicę. Ty, Góral i Zośka Zilmann. Może też Zimny...
- Nie. Arek nic o tym nie wie.
Marta milczała, dała Gośce szansę się otworzyć, i uznała, że nie może na nią teraz naciskać.
- To, co się wtedy wydarzyło, zniszczyło każde z nas... Zabijało nas wolno przez prawie trzydzieści lat... Chyba rzeczywiście już czas to zakończyć.
- Więc zrób to.
Gośka gorzko się zaśmiała.
- To nie jest proste, gdy przez tyle lat wyrzucasz to z głowy i próbujesz pogrzebać. Chociaż chyba tak naprawdę nigdy mi się to nie udało. - Wilczek wzięła głęboki oddech. Podjęła decyzję. - Było ich dwóch. Znaleźli naszą czwórkę pod Szczelińcem. W samochodzie, którym przyjechali, była już moja babcia. Związali ją, nic nie mogła zrobić. Myślałam, że przyjechali po mnie, ale oni przyszli po Marka i Zośkę. Wpakowali ich do auta. Jeden z mężczyzn z nimi odjechał... nic nie zrobiliśmy, staliśmy jak sparaliżowani. Ani ja, ani Góral... nie potrafiliśmy nic zrobić.
- Odjechał jeden. Drugi został z wami?
- Tak. Kazał nam iść w stronę skał, potem zmusił nas, żebyśmy się odwrócili i uklękli. Wiesz, że wykonaliśmy te polecenia bez protestu? Nie mogę tego zrozumieć. Nie krzyczeliśmy, nie stawialiśmy oporu, nie próbowaliśmy uciekać. Po prostu robiliśmy wszystko, co chciał. Zamknęłam oczy i czekałam.
- Byliście zakładnikami. Tamten drugi mężczyzna, który odjechał z twoją babcią, chciał zmusić ją do mówienia. Chcieli od niej czegoś.
- Tak. Ale do dziś tak naprawdę nie wiedziałam czego.
- Co się stało później?
- Pojawił się stary Zilmann. Przyszedł z dubeltówką. Zastrzelił mężczyznę, który nas pilnował. Krew... była wszędzie. - Gośka dotknęła dłonią włosów, jakby próbowała coś z nich zetrzeć. - Miałam na sobie kawałki... kawałki...
- Co stało się z twoją babcią i rodzeństwem Zilmannów?
- Nie wiem wszystkiego. Gdy odjechali, Marek chyba się uwolnił. Udało mu się wyskoczyć z samochodu. Wtedy...
Marta widziała, że Gośka znów ma przed oczami tamten dzień.
- Przejechał go na oczach siostry i mojej babci.
- Wypuścił je po wszystkim? Dostał to, czego chciał?
Wilczek spojrzała na Martę. W jej oczach był strach. Wolno pokręciła głową.
*
- Emily spadła stamtąd. - Zośka pokazała palcem przed siebie.
Kilka metrów dalej widać było kawałek odsłoniętej grani i skarpę.
- Zabrała mnie tu, by mi opowiedzieć o tym, co się stało...
- Twoja babcia?
- Tak. Anne Gelec, a raczej Emily Becker. Tu, gdzie stoisz, zmarł jej brat. Był pilotem. Został ciężko ranny, nie dało się go uratować. A ona... rzuciła się ze skały.
Zimny ostrożnie podszedł do krawędzi i spojrzał w dół.
- Miała szczęście, zaklinowała się kilka metrów niżej. Przeżyła, chociaż miała sporo obrażeń. Uciekła mu.
- Komu?
- Wiesz komu. Chcesz to po prostu usłyszeć, bo wydaje się niewiarygodne, prawda?
- Tak.
- To był Hanke. Ścigał ją, bo miała coś, co należało do niego. Udało jej się jednak uciec dzięki twojemu dziadkowi. Wiesz, co działo się z nią potem?
- Wiem. Nie wiem jednak, co wydarzyło się trzydzieści lat temu, gdy zginął Marek.
Zilmann objęła się ramionami.
- Znaleźli ją. Po nitce do kłębka dotarli do Emily. Wiedzieli, kim są jej dzieci i wnuki. Chcieli ją zaszantażować. Jeden z nich kazał nam wejść do samochodu. Drugi został z Gośką i Góralem... Markowi udało się uwolnić. Wyskoczył z auta. Próbował uciekać, ale tamten... on go po prostu przejechał.
- Co stało się później?
- Zlekceważył mnie. A ja... - W oczach Zośki pojawił się dziwny błysk. - Przestałam nagle być sobą. Jakbym opuściła własne ciało. Widziałam, jak łapię tego człowieka za szyję, jak wbijam mu palce w oczy. Zjechał z drogi, uderzyliśmy w drzewo. Emily straciła przytomność, on też. Wyciągnęłam go z samochodu... Nie mogłam dopuścić do tego, żeby się ocknął...
Zimny wiedział, co kryje się za tymi słowami.
- Wzięłam kamień. - Kobieta spojrzała na swoją zaciśniętą dłoń. - Idealnie się wpasował, tak sobie wtedy pomyślałam. Nie wiem, ile razy uderzałam tego mężczyznę w głowę. Nie wiedziałam, na co patrzę, to była krwawa miazga...
Zimny milczał.
- Emily złapała mnie w końcu za rękę, wytrąciła kamień, powiedziała, że już po wszystkim. Mój ojciec nie zdążył pomóc Markowi i mnie. Uratował Górala i Gośkę. Potem pochował pod Martwą Górą dwa ciała.
- Znaleźliśmy...
- Tak, człowieka, którego zabiłam ja. Chciałam, żebyście go znaleźli. Nie mogłam już znieść myśli, że tam leży.
- Góral i Gośka wiedzieli, co się stało? Dlaczego ci ludzie po was przyszli?
- Emily wyjaśniła to tylko mnie. Uznała, że powinnam wiedzieć, bo... - Zośka pochyliła się, wsparła dłonie na kolanach. Zrobiło jej się słabo. Zimny chciał ją podtrzymać, ale odtrąciła jego rękę. - Mój ojciec jest dzieckiem Emily. Dzieckiem, które zostało poczęte w Breslau, w bunkrze Karla Hankego. Jest jego synem. A ja... Wiesz już, po kim mamy gen morderców.
- Zrobiłaś to w obronie własnej.
- To nie usprawiedliwia tego, czego dopuściłam się potem.
*
- Wiesz, gdzie jest Zimny? - zapytała Wierzbicką prokuratorka.
- Nie. Jest poza zasięgiem.
Kordek zaklęła pod nosem.
Obie równocześnie spojrzały w stronę poszarpanej grani Szczelińca.
- Łukaszek, spróbujesz dojechać jak najdalej?
- Zrobię, co mogę - potwierdził aspirant.
- Wskakujcie - poleciła prokuratorka Marcie i Gośce. - Macie mi coś do powiedzenia?
- Nie za bardzo - przyznała młodsza z kobiet, pakując się na tylne siedzenie. Wilczek milczała.
- Nie szkoda wam Zimnego? Nie będziecie miały wyrzutów sumienia, jak sczeźnie na tej górze i dołączy do innych martwych, których jest tu na pęczki?
- Jest dorosły, wie, co robi - powiedziała dziewczyna.
- Pani Wilczek? Pani ma więcej rozsądku?
- Nie wiem, co powiedzieć.
- Zatrzymaj się, Łukaszek, pojedziemy dalej sami - poleciła prokuratorka.
Policjant zatrzymał samochód. Prokuratorka spojrzała na pasażerki.
- Wiecie, że nie blefuję.
- Myślę, że Arek rzeczywiście jest na górze i rozmawia z Gabrielem - odezwała się Marta. - A Gabriel... to Zośka Zilmann, wnuczka Emily Becker, która ocalała z katastrofy samolotu w czterdziestym piątym roku.
- Nie można było tak od razu?
- Nie sądziłam, że pani to łyknie.
- Nie wszystko, co powiedziałaś, było kłamstwem, więc uznaję, że się dogadałyśmy. Na co czekasz, Łukaszek, jedź! Chyba że potrzebujesz pozwolenia mamusi?
*
Zimny znów popatrzył w dół. Próbował sobie wyobrazić tamten dzień. Dziewczynę doprowadzoną na skraj ostateczności, która postanowiła zakończyć swoje życie, ale jakimś zrządzeniem losu jej się to nie udało. Spoglądał w czeluście wąskiej szpary, pod którą czaić się mogło wszystko.
- Ja to rozpętałam, znowu... To wszystko dzieje się przeze mnie. Ale nie chciałam tego... To miało dotyczyć tylko mnie.
- Co zrobiłaś?
- Ściągnęłam go tutaj.
- Webbera?
- Tak.
- Jak do tego doszło?
- Pojawił się na forum jakiś czas temu. Sądziłam, że to kolejny łowca tajemnic, który szuka sensacji, ale tak naprawdę gówno wie. Myliłam się, wiedział sporo, więcej, niż powinien.
- Zaczęłaś z nim rozmawiać jako Gabriel.
Skinęła głową.
- Ja testowałam jego, a on... mnie. Okazał się sprytniejszy, niż sądziłam. Nagle wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wiedziałam, że tu przyjedzie i będzie mnie szukał. Ułatwiłam mu to. Musiałam mu to ułatwić.
- Kim tak naprawdę był Webber?
Zośka się zawahała.
- Powiedz.
- Wiedział dużo, o wiele za dużo...
- Kim według ciebie był Webber? - powtórzył Arek.
- Powiedział, że jest krewnym Hankego. Pokazał mi jego zdjęcia z czasów powojennych. Stał na nich obok niego.
- Uwierzyłaś w to.
- Ja... chciałam tego. Chciałam, żeby był krwią z krwi Hankego. Jego synem, wnukiem... Chciałam, żeby tu przyjechał, żebym mogła... Żebym naprawdę mogła to zakończyć.
- Dlatego obcięłaś jego paznokcie i włosy. Chciałaś się upewnić.
Wzruszyła ramionami.
- Moje DNA, jego DNA. Wszystko byłoby jasne.
- Zabiłaś go?
- On próbował zabić mnie. Miał pecha, spadł, ale jeśli rzeczywiście miał w sobie gen mordercy, kata... to dobrze się stało.
Zimny patrzył uważnie na kobietę.
- Wiem, że nie byliście tu sami - odezwał się. - Góral też tu był.
Zośka zacisnęła usta. Pokręciła głową.
- Nie, byliśmy tylko ja i Webber.
- Leszek powiedział mi, że sparaliżował go kiedyś strach, że całe życie żałuje, że nic wtedy nie zrobił, chociaż powinien. To go niszczyło. Wmówił sobie, że już nigdy nie może zawieść nikogo z was... Teraz zrozumiałem, o czym mówił. O tamtej sprawie sprzed trzydziestu lat. Cały czas gryzło go sumienie. Liczył, że kiedyś będzie mógł to naprawić. To on zepchnął Webbera. Chronił cię, przyszedł tu za tobą.
- Uratował mnie, chociaż nie powinien. Powinniśmy tu skończyć oboje: i ja, i Webber.
Mówiąc to, Zilmann sięgnęła do kieszeni. Wyciągnęła z niej papierowe skrzydła. Zaczęła cofać się do krawędzi.
- Nie rób tego, Zośka!
- Ona powinna była wtedy zginąć, Arek. Emily nie powinna była przeżyć tego upadku. Gdyby tylko tak się wtedy stało...
- Nie byłoby ciebie i twojego brata. Nie byłoby Gośki. Góral by się rozpił i wymordował pół Karłowa. Ja nie byłbym policjantem.
Zaśmiała się.
- Daj mi to zakończyć. Jestem morderczynią.
- Nikogo nie zabiłaś.
- Ale przeze mnie zginęli ludzie. Kowalczyk, Chudy...
- Byłaś w tej kawiarni wtedy nieprzypadkowo. To ty ustawiłaś spotkanie z Kowalczykiem i z nami. Chciałaś wszystko wyznać.
Skinęła głową. Po jej policzkach pociekły łzy.
- Nie ty ich zabiłaś. Nie byłaś w stanie nawet zabić Webbera.
Milczała.
- A twój brat? Był złym człowiekiem?
- Nie. Marek był najlepszy.
- Więc nic nie jest jego winą ani twoją. To nie geny o nas decydują.
- Nie mogę już dłużej, Arek.
- Chcesz dołączyć na cmentarzu do męża? Tego, którego uśmierciłaś za życia?
- Jesteś walnięty jak my wszyscy, Zimny. - Zośka zaśmiała się gorzko. - Wiesz, że nie skoczę. Wyobrażałam to sobie wiele razy, ale jestem tchórzem.
- Znając życie, i tak by ci się nic nie stało. Utknęłabyś nieco wyżej w tej dziurze, bo myślę, że Emily była od ciebie sporo chudsza.
- Jesteś świnią. - Zośka zamarła. - Arek...
Zimny odwrócił się i popatrzył w kierunku, w którym spoglądała Zilmann.
Kilkanaście metrów od nich zatrzymał się mężczyzna. Mierzył do nich z broni.
- Teraz ten skok nie wydaje się wcale taki głupi - powiedział Zimny.
*
Mężczyzna wolno do nich dokuśtykał. Nogawkę spodni miał zakrwawioną, prawdopodobnie założył tylko prowizoryczny opatrunek na ranę.
- Podnieście ręce, zwłaszcza ty - zwrócił się do inspektora.
- Pamiętasz jeszcze niemiecki? - zapytała Zośka. - Powiedział, że...
- Wiem, co powiedział.
Zimny popatrzył w dół za grań, jakby rzeczywiście rozważał skok. Szanse ucieczki ocenił jako marne, wykonał więc polecenie.
- Ty jesteś Gabrielem.
Mężczyzna zwrócił się do Zilmann.
Zimny przyjrzał się napastnikowi. Dobrze się trzymał. Pod kurtką odznaczały się jego szerokie barki. Był niski, mocno osadzony na nogach, przynajmniej na tej jednej zdrowej.
- Muszę wiedzieć, co wiesz. Chciałaś, żebym tu przyjechał, wysłałaś mi czytelne zaproszenie. Więc jestem.
- Tobie, nie Webberowi?
- Webber miał cię sprawdzić. Nie żyje, więc miałaś powód, żeby go zabić.
Zimny milczał. Zastanawiał się, czy uda mu się dosięgnąć mężczyzny, zanim ten wpakuje mu w brzuch cały magazynek.
- Podałaś współrzędne, których nie powinnaś znać.
Arek spojrzał na swoją towarzyszkę. Była biała jak otaczający ich śnieg.
- Skąd je znasz? Od niej? - drążył mężczyzna.
- Od kogo? - Głos Zośki był płaski i głuchy.
- Emily Becker. Wiesz, o kim mówię. Masz to, co zabrała Hankemu?
- Kim jesteś? - zapytała kobieta.
- Aniołem stróżem, tak jak ty.
- Masz z nim coś wspólnego? Z Hankem?
Mężczyzna pokręcił głową.
- Z tym zdrajcą i tchórzem nie mam nic wspólnego.
- Co to znaczy, że jesteś aniołem stróżem? - wtrącił się Zimny.
Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał.
- Pilnują, by nikt nie odnalazł tajemnic przeszłości - powiedziała Zilmann. - Ludzie, którzy od czasów wojny mają tylko jedno zadanie. Strzec sekretów Rzeszy...
- Skąd znasz współrzędne? - powtórzył mężczyzna.
- Zapamiętałam je. Znam je od dziecka. Te jedne, które często powtarzała, nie zdając sobie z tego sprawy.
Mężczyzna milczał, rozważał coś. Odezwał się po chwili:
- Przejęła dokumenty Hankego. Gdzie są?
- Zniszczyła je. - Zośka się zaśmiała. - Myślisz, że gdybym miała do nich dostęp, to tkwiłabym na tym zadupiu? Uwierz mi, sprawdziłabym każdą z tych lokalizacji. Rafael, Matejko, Cranach... Myślisz, że powiesiłam je sobie w domu? Już dawno bym je sprzedała!
- Co ze współrzędnymi, które podałaś?
- Nic tam nie ma. Ktoś mnie ubiegł. Zdaje się, że coś o tym wiesz?
Mężczyzna przeniósł wzrok na Arka, jakby dopiero teraz uświadomił sobie jego istnienie. Inspektor wiedział, że napastnik lada chwila podejmie decyzję, która źle skończy się i dla niego, i dla Zośki. Zimny znów zerknął w stronę przepaści. Zamarł, jego wzrok zatrzymał się na jednym punkcie.
- Nie rób nic głupiego. Muszę wiedzieć, co stało się z dokumentami Hankego - ostrzegł zabójca.
- Rozumiem. Wiem, co się z nimi stało. Z dokumentami.
Mężczyzna przechylił głowę. Wymierzył broń w Arka.
- Mój dziadek uratował Emily. Pomógł jej uciec. Emily wspomniała mu o dokumentach. Powiedział, że zostały tam, gdzie niemal straciła życie.
- Gdzie?
Zimny wskazał palcem w bok, poza grań.
- Zrzuciła je w otwór w skale w miejscu, gdzie zginął jej brat. Nigdy nie próbowała ich wydobyć. Nie wiedziałem, gdzie to jest. Dopiero dziś Zośka powiedziała mi, że to tu.
- Skąd więc Emily znała współrzędne, które podała ta kobieta?
- Pewnie na nie spojrzała. To mogły być pierwsze współrzędne zapisane w dokumentach, na jakie natrafiła. Zapamiętała je. Wyobrażam sobie, że wszystko, co wtedy się wydarzyło, było przez długie lata żywe w jej pamięci.
- Przejdźcie na drugą stronę - nakazał mężczyzna.
- Zrób, jak mówi. - Polecenie Zimnego było skierowane do Zośki.
Arek cały czas trzymał ręce wysoko w górze. Oboje odsunęli się od grani. Mężczyzna zajął ich miejsce. Popatrzył w dół.
*
- Łukaszek, dobrze strzelasz?
- Bardzo dobrze, pani prokurator. Ale się nie odważę, mogę ranić inspektora i panią Zilmann.
- Zimny nas widział, wie, że jesteśmy na dole. Będzie chciał to wykorzystać.
- Ale czego pani ode mnie oczekuje?!
- Ciszej, bo nas, do cholery, usłyszy!
- Może dobrze, żeby wiedział, że tu jesteśmy. Nie odważy się nikogo zabić, wiedząc, że policja jest blisko - powiedziała Gośka, wychylając się zza skały.
- Zabije ich. Nie będzie się zastanawiał. Musimy działać. - Prokuratorka znów spojrzała w górę. Z tej perspektywy widziała tylko głowę i wysoko uniesione ręce inspektora i Zośki Zilmann. - Za chwilę na krawędzi pojawi się morderca. Masz moje błogosławieństwo, możesz go odstrzelić.
- Ale jak? Tak po prostu mam strzelać? Procedury...
- Będziesz miał ich na sumieniu, jeśli nic nie zrobisz.
Łukaszek uniósł broń. Cofnął się, żeby mieć lepsze pole widzenia.
- Nic się nie dzieje - powiedział.
- Spokojnie. Arek ci go zaraz wystawi...
Zimny i Zośka nagle zniknęli im z widoku. W miejscu, w którym stali, pojawił się mężczyzna. Spojrzał w dół.
Huknęły cztery strzały, jeden niemal po drugim.
- Cholera, trafiłeś go? - krzyknęła Kordek.
Blady Łukaszek potrząsnął głową.
- Ile razy wystrzeliłeś?
- Zdążyłem tylko raz.
Gośka zamknęła oczy. Marta, nie bacząc na niebezpieczeństwo, wyszła z kryjówki i spojrzała w górę. Prokuratorka zamknęła oczy.
- Dzwoń po karetki. Ja wezwę tu wszystkich naszych ludzi.
*
Zimny wiedział, że musi działać błyskawicznie. Nie był jednak pewny, czy będzie w stanie. Spodziewał się, że może być zbyt wolny, gdy ci z dołu odwrócą uwagę mężczyzny. Czekał na ten moment, gotowy do działania.
Gdy rozległ się wystrzał, odtrącił Zośkę i sięgnął po swoją broń. Mężczyzna był jednak szybki, szybszy, niż się spodziewał. Pierwsza kula świsnęła tuż obok głowy inspektora, druga trafiła w cel.
Arek poczuł uderzenie w klatkę piersiową. Poleciał na plecy. Nie było jak w filmach. Także oddał strzał, ale fatalnie chybił. Może dlatego, że ledwie uniósł dłoń.
To, co wydarzyło się później, zdawało mu się jedynie sennym koszmarem.
Zilmann skoczyła w stronę mężczyzny. Złapała go za rękę i trąciła barkiem. Oboje stracili równowagę i po chwili zniknęli z pola widzenia.
- Zośka... - wyszeptał Arek.
Podczołgał się w kierunku krawędzi. Popatrzył w dół. Mężczyzna i kobieta zniknęli w ciemności szczeliny.
*
Anděl ocknęła się z zimna. I też trochę z bólu. Leżała w ciemnościach na czymś miękkim. Może było to igliwie? Nie słyszała wiatru, nie czuła zapachów. Wydawało jej się, że jest zawieszona w nicości.
Nagle wszystko sobie przypomniała.
Widziała, jak otwiera się pod nią przestrzeń. Uczucie bezwładu było niezwykłe. Nie zdążyła się nawet wystraszyć. Runęła w szczelinę, w którą wpatrywała się niezliczoną ilość razy.
Wielokrotnie zastanawiała się, jak to jest, spaść tam, w ciemność. Czy udałoby się jej przeżyć, jak Emily? Ile musiałaby mieć szczęścia...
Teraz znała odpowiedź.
Poruszyła nogami i rękami. Nic jej się nie stało.
Spojrzała w górę. Nie wiedziała, czy widzi wycinek nieba, czy czapę śniegu.
Nagle przypomniała sobie, że on też musi tu być. Zamarła, wsłuchała się w odgłosy otoczenia.
Dotarło do niej charczenie.
- Jesteś tu?
Cisza.
Zaczęła czołgać się w kierunku dźwięku.
Odnalazła ciało przy głazie. Mężczyzna spadł na kamień z całym impetem. Miał pogruchotane kręgosłup i czaszkę. Umierał. Wpatrywał się w ciemność.
Przybliżyła się, nachyliła i wyszeptała mu do ucha jedno zdanie.
Była pewna, że zrozumiał, dotarło to do niego, zanim całkowicie osunął się w nicość.
- Co z Zośką i Góralem?
Marta usiadła na krześle, popatrzyła na Zimnego i sprzęt, do którego był podłączony. Skrzywiła się.
- Do czego ty mnie zmuszasz? Wiesz, że nie lubię szpitali.
- Możesz odpowiedzieć na pytanie? Dopiero mnie wybudzili.
- Całkiem nieźle kontaktujesz.
- Marta!
- Spokojnie. Wyciągnęli ją ze szczeliny. Nic jej się nie stało. Boska interwencja zapewne, albo anielska. Góral też zdrowy jak ryba. Najgorzej na tym w sumie wyszedłeś ty. Jak zwykle.
Zimny się zaśmiał.
- Powinieneś coś wiedzieć.
- Co? - zapytał słabo inspektor.
- Jak się to skończyło, prokuratorka wzięła mnie i Gośkę na stronę.
Zimny czekał cierpliwie na dalszą część wypowiedzi.
- Nie jesteś ciekawy dlaczego?
- Dlaczego?
- Powiedziała tak, cytuję: "Przemyślcie swoją wersję wydarzeń. Skonsultujcie się z Zimnym. Tylko żeby zeznania były wiarygodne i żebym nie musiała się w tym babrać przez kolejnych kilka lat. Dacie radę?".
- Nie mam głowy do wymyślania wersji wydarzeń. - Zimny próbował unieść dłoń, ale opadła na łóżko.
- Dlatego ja to zrobiłam. Gośka, Góral i Zośka już wszystko wiedzą. Kordek to przyklepała. Powiedziała, że się przy tobie marnuję. Chyba ma rację.
- Niech cię zatrudni.
- Nawet to zaproponowała.
- Będziecie do siebie pasować.
- Zazdrośnik. W każdym razie wszystko masz na telefonie. Przeczytaj, jak będziesz w stanie.
- Na pewno.
- Zimny?
- No?
- Dobrze, że nie jesteś zimny... Wiesz, co mam na myśli, że nie odwaliłeś kity.
- Wiem, co masz na myśli.
- A! Prokuratorka znowu pali, kazała ci przekazać, że zakład nieaktualny, bo jesteś beznadziejny. O co jej chodziło?
- O nic. Przegrała zakład, to się złości.
- Jaki zakład?
- Żaden...
Marta wstała z krzesła.
- Gośka to równa babka, nie spieprz tego.
- Ja nie...
- Proszę cię. Znam cię lepiej, niż myślisz.
- I vice versa.
Marta się zaśmiała. Odwróciła się jeszcze w drzwiach, potem znikła. Zimny wiedział, że prawdopodobnie już więcej jej nie zobaczy. Nie był jednak w stanie tego roztrząsać. Powieki stały się ciężkie i usnął.
- Co to jest? Szczur?
Zimny poruszył się na fotelu. Futrzasta bestia przebiegła przez kuchnię Gośki i położyła mu wielki łeb na kolanach.
- Ślepy jesteś? Pies! - obruszył się Góralczyk.
- Widzę, ale co on tu robi?
- Polubiłeś się z moim wilczurem, to tego też polubisz. Ta sama matka.
- Nie, nie chcę. Twój pies jest rąbnięty.
- To po właścicielu, nie po matce - powiedziała Gośka, która weszła do kuchni za Góralem.
- Zwariowaliście? Co ja zrobię z psem?
- To, co się robi z psem, na spacery się chodzi. Ty musisz dużo chodzić, czyli pasuje.
Zimny spojrzał na szczerzącą się kulę.
- Na razie lekarz mi nie pozwala, to może potrwać kilka lat. Wróć z nim za trzy, cztery.
- Lekarz kazał ci się ruszać - przypomniała Wilczek. - I to jak najszybciej.
- Nie.
- Tak.
Pies położył się u stóp Zimnego i odwrócił do wszystkich tyłem.
- Charakter zwierzęta mają po właścicielu? - zapytała Gośka.
- Dobry pies...
- Do kogo mówisz, Góral? - Zimny zmarszczył brwi.
- Do psa.
- To dlaczego patrzysz na mnie?
Góralczyk wzruszył ramionami.
- Co słychać u tej twojej współpracownicy? - zapytał.
- Nie wiem, nie odezwała się.
- Próbowałeś do niej napisać?
- Ona tego nie potrzebuje.
Leszek skinął głową. Popatrzył na Gośkę.
- Zośka też nie daje znaku życia. Nie chce z nami gadać. - Skrzywił się.
- Potrzebuje czasu - wyjaśniła Wilczek.
- Mijałem dzisiaj Zilmanna. Nawet się nie odkłonił. Myślę, że tak naprawdę nie wie, co się wydarzyło.
Gośka i Zimny wymienili spojrzenia. Oboje szczerze w to wątpili.
- Dobrze się stało, Arek. - Góral się nagle speszył. Odchrząknął. - Nie to, że cię postrzelili, że miałeś wypadek ze mną, ale... No wiesz. Dobrze, że tu byłeś, jak się to wszystko... Szczęście w nieszczęściu.
- Szczęście w nieszczęściu - powtórzył za Góralem Zimny. Patrzył na psa. - Tak się czasem w życiu układa...
- Wchodź, wchodź, Arek.
Zimny nie pamiętał, by był z mężem Zośki na ty, ale bezpośredniość pasowała do tego mężczyzny. Stał z szuflą do odśnieżania. Opierał się o nią. Musiał się zmęczyć.
Kilka wron poderwało się z czubków drzew, gdy inspektor otworzył skrzypiącą furtkę.
- Szybko do siebie doszedłeś. Twardy zawodnik z ciebie.
- W ogóle nie sądziłem, że masz głos.
- Przy Zośce trudno się odezwać. - Mężczyzna się roześmiał. - Jest w domu...
Zimny skinął głową, ruszył do drzwi wejściowych.
Na schodach minął świętego mikołaja na saniach. Mógłby się założyć, że dekoracjami też zajął się mąż Zośki.
Nie pukał, wszedł do środka.
Dom był cichy, nieco mroczny. Kilka okien zasłonięto okiennicami. Arek wszedł do dużego salonu. Zośka siedziała w fotelu, czytała książkę. Nie odłożyła lektury i nie spojrzała na gościa.
- Po co przylazłeś? - zapytała.
Zimny usiadł naprzeciw niej na sofie. Rozejrzał się.
- Przytulnie tu masz.
- Nie narzekam.
Arek pokiwał głową w zamyśleniu.
- Działasz mi na nerwy, Zimny.
- Gośka i Góral martwią się o ciebie.
- A ty?
- Trochę.
Milczeli. Zilmann nie oderwała wzroku od książki, przewróciła kartkę.
- Mam poczekać, aż skończysz rozdział? I tak założę się, że nic w tych ciemnościach nie widzisz.
- Dlatego to trochę potrwa, zanim odszyfruję literki, możesz już iść. Gośce i Góralowi powiedz, że nic mi nie będzie.
- Mam ich okłamać?
Zawahała się, chyba wbrew woli na niego spojrzała.
- Co masz na myśli?
- Nie wiem, czuć tu depresją.
- Wyglądam na samobójczynię?
- Wyglądałaś na tamtej skale, ale po nieoczekiwanym locie chyba ci przeszło.
Zaśmiała się.
- Nie odważę się już, masz rację. Uspokoiłam cię? Coś jeszcze?
- Też się nie odważyłem. A w sprawach depresji jestem ekspertem.
Spoważniała. Położyła książkę na kolanach.
Zimny siedział, rozglądał się po mieszkaniu, nic nie mówił. To milczenie trwało kilka minut.
- Nie wiem, co robić. Nie miałam planów na resztę życia.
- Tak jak wielu z nas.
- Cholera, Zimny! Chcesz wykorzystać mój instynkt opiekuńczy, żebym bardziej się przejmowała tobą niż sobą. To zagranie poniżej pasa. Płytkie jak cholera.
Inspektor wzruszył ramionami.
- To nie dzieje się ot tak. - Pstryknęła palcami. - To wszystko...
- Nigdy się nie dzieje ot tak.
- Jak sobie z tym radzisz?
- Znalazłem hobby, nienawidzę całego świata i wszystkich ludzi.
- Słabo ci idzie.
- Bo nie wszystko dzieje się ot tak.
Cmoknęła. Zastanowiła się.
- W sumie kuszące - nienawidzić wszystkich, tak po prostu. Może powinnam zacząć od małych kroczków. Na przykład od męża.
- Trudno go nienawidzić.
- Właśnie na tym się skoncentruję. Potraktuję to jako wyzwanie.
- Możemy to obgadać po drodze. - Zimny wstał z sofy.
- Chyba sobie żartujesz.
- Góral i Gośka czekają w samochodzie.
- Dokąd chcecie jechać? - W trakcie zadawania pytania domyśliła się odpowiedzi. Zamilkła.
- Jedziesz? - Arek ruszył do sieni.
Usłyszał, jak człapie za nim. Poczekał, aż się ubierze. Gdy nasadziła puchową czapkę na głowę, wyszli z domu.
- Nie miałeś gdzie położyć tego zasranego mikołaja?! - krzyknęła Zośka na męża. - Chcesz, żebym się o niego zabiła? Zabieraj mi to stąd!
- Już idę, idę!
- Szybko robisz postępy z tą ukierunkowaną nienawiścią - zauważył Zimny.
- Też tak myślę.
Zimny zszedł ze schodów. Ruszyli w stronę furtki.
- Dobrze, że ci już lepiej, kochanie!
- Oj, przymknij się, stary capie. - Zośka powiedziała to pod nosem. Głośniej dodała: - To naprawdę działa.
Furtka zgrzytnęła. Zimny spojrzał w stronę SUV-a zaparkowanego kilkadziesiąt metrów dalej. Widział, jak Góral przez szybę unosi kciuk. Ruszyli w ich stronę.
- Ten obraz na ścianie nad telewizorem - odezwał się Arek, bo sprawa nie dawała mu spokoju.
- Który? - Zośka zmarszczyła brwi.
- Jeden tam wisi tylko.
- Co z nim?
- To Szczeliniec? Ten facet na skałach...
- Mój prapraprzodek.
- Nazywał się Łokietek? A to nie Skały Ojcowskie czasem?
- Wszystko się zgadza. Pochodzę z rodziny królewskiej. Szkoda, że to tylko reprodukcja. Znalazłam ją na pchlim targu.
- Rembrandta albo Rafaela też gdzieś masz? Reprodukcję oczywiście?
- Od razu jakoś czuję się lepiej po rozmowie z tobą. - Zilmann głośno się roześmiała. - Nie mam, ale może razem poszukamy?
Zimny przystanął. Zośka wyminęła go i poszła do samochodu, wsiadła na fotel pasażera.
- Idziesz, Arek, czy nie?
Inspektor się zawahał. W końcu wsiadł do SUV-a. Ruszyli w stronę Szczelińca.