Martwa cisza - Justyna Jelińska

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Męż­czy­zna sie­dział w bar­dzo nie­wy­god­nej pozy­cji. Od dłu­go­trwa­łego pochy­la­nia się nad stertą roz­rzu­coną na wer­salce potwor­nie bolały go plecy. Miał wra­że­nie, jakby ktoś pod­pa­lał je od środka wielką pochod­nią. Cho­lerny krę­go­słup. Sta­rość nie radość, mło­dość nie wiecz­ność, śmierć nie wesele.

Musiał wytrzy­mać. I nie tylko teraz, gdy od godziny liczył pie­nią­dze. Było coś jesz­cze. Obie­cali mu, dali słowo, że to ostatni raz, gdy wcią­gają go w to szambo. Tylko wytrzy­maj, bądź silny. Nie­ba­wem wszystko się skoń­czy.

Wypro­sto­wał się na moment i zapi­sał na kartce kil­ku­cy­frową liczbę. Stare kości strze­liły, a w gło­wie echem odbiły się słowa jego ojca, które powta­rzał nie­mal każ­dego dnia.

Rodziny się nie wybiera.

- Wielu rze­czy się nie wybiera - rzu­cił w powie­trze, jakby z kimś roz­ma­wiał, choć wokół nie było nikogo. Pustka. Od lat miesz­kał w tym domu sam. Mówił, że przy­wykł do samot­no­ści, choć czę­sto czuł, że zaczyna go to przy­tła­czać.

Tylko sowa, która chęt­nie odwie­dzała jego domo­stwo, pohu­ki­wała cicho. Zaglą­dała w okno, buja­jąc się na sosno­wej gałęzi. Może odli­czała dni, jakie zostały mu do końca, a może po pro­stu chciała dotrzy­mać mu towa­rzy­stwa. Tego nie wie­dział. Ale czuł, że coś ich łączy.

Trzę­sącą się dło­nią chwy­cił kolejny plik owi­nięty gumką. Ścią­gnął ją nie­po­rad­nie, gumka strze­liła w jego spra­co­wa­nych rękach.

- A niech to... - powie­dział, odru­chowo wypusz­cza­jąc z dłoni plik gotówki. Bank­noty roz­sy­pały się po wer­salce, któ­rej tego dnia wyjąt­kowo nie zło­żył.

Wes­tchnął, zer­k­nąw­szy na roz­gar­diasz. Zaczy­nał wąt­pić, że uda mu się dzi­siaj wszystko prze­li­czyć. Musiał to zro­bić! Chciał mieć pew­ność, że wszystko zostało roz­li­czone, że ich drogi naresz­cie się rozejdą. A przy­naj­mniej te zwią­zane z inte­re­sami, bo prze­cież rodziny się nie wybiera.

Nie­po­rad­nie zebrał poroz­rzu­cane bank­noty o stu­zło­to­wym nomi­nale i ponow­nie zaczął je liczyć, gdy ktoś dono­śnie zało­mo­tał w drzwi. Rozej­rzał się ner­wowo po pomiesz­cze­niu. Wale­nie nie usta­wało, prze­ciw­nie - przy­bie­rało na sile.

- Wiem, że tam jesteś... - zadud­nił niski głos stłu­miony zaporą z drzwi.

Mil­czał. Musiał szybko scho­wać pie­nią­dze. Zła­pał pospiesz­nie torbę. Prze­szył go ostry ból, gdy zmę­czone nie­wy­godną pozy­cją plecy znów dały o sobie znać. Zaci­snął zęby, byleby tylko nie jęk­nąć, nie syk­nąć. Może wtedy zosta­wią go w spo­koju? Odejdą i raz na zawsze uznają sprawę za zamkniętą?

- Albo otwo­rzysz te pie­przone drzwi, albo wylecą razem z futryną - wark­nął nie­pro­szony gość.

Miał mało czasu. Zsu­wał gotówkę do prze­past­nej torby. Bank­noty spa­dały z wer­salki na stary, gdzie­nie­gdzie poprze­pa­lany dywan. Spie­szył się, choć ciało wyraź­nie pró­bo­wało go spo­wol­nić. Zupeł­nie jakby było w zmo­wie z tymi, któ­rzy nie chcieli mu odpu­ścić.

- Liczę do trzech. Raz... Dwa...

Spoj­rzał ner­wowo przez ramię. Nie zdąży, nie ma szans...

- Trzy! - Usły­szał krzyk i kop­nię­cie w zamknięte na zamek i sko­bel drzwi.

Skrzy­dło jęk­nęło, przyj­mu­jąc mocny cios, jed­nak wciąż pozo­stało zamknięte, opie­rało się sile prze­ciw­nika.

Łup, łup, łup.

Kolej­nego kop­nię­cia już nie było. Drzwi ustą­piły z hukiem, sko­bel odsko­czył, a zamek pisnął niczym skar­cony pies.

- Myśla­łeś, że się przede mną ukry­jesz, stary dur­niu? - spy­tał iro­nicz­nie intruz.

Gdyby tylko mógł, splu­nąłby z pogardą na pod­łogę, jed­nak zacho­wał jesz­cze resztki przy­zwo­ito­ści.

- Czego ode mnie chcesz? - zapy­tał, prze­su­wa­jąc nogą torbę z pie­niędzmi.

Nie uszło to uwa­dze męż­czy­zny, który zaśmiał się pod nosem.

- Kiep­sko to posprzą­ta­łeś. Kasa ci się po pod­ło­dze wala...

- Nie odwra­caj kota ogo­nem. Po coś tu przy­lazł? Nikt cię nie zapra­szał! - przy­po­mniał nie­przy­jem­nym tonem.

Gość znów zaśmiał się pod nosem, a prze­cież nie usły­szał nic zabaw­nego. Och, jak on go za to nie cier­piał. Zawsze robił wszystko na odwrót. Śmiał się, gdy sytu­acja była poważna, i zacho­wy­wał powagę wtedy, gdy inni wokół się śmiali.

- Taki duży, a taki głupi... - powie­dział, wzdy­cha­jąc. Pod­szedł do sta­rej meblo­ścianki. Prze­je­chał pal­cem po zaku­rzo­nej półce, na któ­rej dum­nie stały krysz­ta­łowe koszyczki i wysu­szone głowy szczu­pa­ków, któ­rych ostre jak igły zębi­ska wyglą­dały, jakby wciąż były gotowe do ataku. Męż­czy­zna potarł palce, chcąc się z nich pozbyć resz­tek kurzu.

Cze­kał. Domy­ślał się, czego ten czło­wiek mógł od niego chcieć. Obie­cy­wał, że tam­ten raz był ostatni. Znów kła­mał. Trzeba było mu przy­znać, był w tym świetny.

- Roz­ma­wia­li­śmy już o tym. Mia­łem z tym skoń­czyć. Taka była umowa! Obie­cy­wa­łeś mi to. Obiet­nice chyba coś dla cie­bie zna­czą? - pod­niósł głos, jed­nak sły­chać w nim było drże­nie, a to zdra­dziło jego zde­ner­wo­wa­nie i strach.

- Kiedy się nauczysz, że to ja decy­duję, kiedy nastąpi koniec? - wark­nął intruz. - Rusz się. Nie mamy całego dnia. Jest już gotowa do trans­portu. Tylko tym razem posta­raj się dowieźć ją żywą, a nie jak ostat­nio.

- Chyba sobie żar­tu­jesz. Nie wcią­gniesz mnie w to. Prze­cież umarła przez was! Gdy­by­ście jej tak nie kato­wali, na pewno by prze­żyła! - pod­niósł głos, lecz szybko sku­lił się w sobie, widząc roz­złosz­czony wzrok przy­by­sza.

- Zamknij pysk i posłu­chaj uważ­nie. Chyba że chcesz skoń­czyć jak ci, któ­rzy mieli jakieś "ale" - wyce­dził, celu­jąc w niego pal­cem.

- Gro­zisz mi? - spy­tał po chwili, pró­bu­jąc poka­zać, że wcale się go nie boi.

- Ja? Grożę? Ależ skąd! - Zaśmiał się sztucz­nie, by nagle zmie­nić ton. - Lojal­nie uprze­dzam. I przy­po­mi­nam, że o naszej współ­pracy wiemy tylko ja i ty. Gdy przy­pad­kiem wykor­ku­jesz, nikt mnie z tym nie powiąże.

- Lojal­ność? Doprawdy? Takie słowo ist­nieje w twoim słow­niku?

Zanim intruz skie­ro­wał się do drzwi, rzu­cił mu nie­przy­jemne, pełne pogardy spoj­rze­nie.

- Zaj­mij się nią, jeśli nie chcesz, żebym ja zajął się tobą. - Zatrzy­mał się tuż przed wyj­ściem. - A, jesz­cze jedno. Ta kasa ci teraz nic nie da. Nie pró­buj ucie­kać... Rów­nie dobrze mógł­byś od razu zało­żyć sobie pętlę na szyję.

Wes­tchnął, a gdy nie­pro­szony gość opu­ścił jego dom, gorzko zapła­kał. Nie miał wyj­ścia, znów musiał tań­czyć, jak mu zagrają.

Bo rodziny się nie wybiera.

Rozdział pierwszy. Niech pierwszy rzuci kamieniem

Sklep spo­żyw­czo-prze­my­słowy

Mie­czy­sława Zarzycka zer­k­nęła na zega­rek. Do godziny osiem­na­stej zostało jesz­cze tro­chę czasu. Jej mąż, Janusz, zawsze powta­rzał, że powinna się trzy­mać godzin otwar­cia sklepu, jed­nak każdy w Trze­bieży dosko­nale wie­dział, że z takim tem­pe­ra­men­tem, jaki miała skle­powa, trudno było jej wysie­dzieć na czte­rech lite­rach.

Kobietę wprost roz­pie­rała ener­gia, choć musiała przy­znać, że tej jesieni wyjąt­kowo zła­pał ją podły nastrój. Nie miała ochoty nawet na plotki z klient­kami w swoim skle­pie. Mie­czy­sława była kobietą nie­zwy­kłą, o czym wie­dział nie­mal każdy miesz­ka­niec Trze­bieży. Wytrwała, uparta, gdy coś posta­no­wiła, nie było siły, by zmie­niła decy­zję. Oprócz tego nie­by­wale inte­li­gentna, z cię­tym języ­kiem i ripo­stą, którą potra­fiła wymy­ślić bez trudu, zupeł­nie jakby była magi­kiem wycią­ga­ją­cym kró­lika z kape­lu­sza. Była typem zosi samosi, która nie lubiła pro­sić o pomoc. Wszystko zwy­kła robić sama, bo jak mawiała: "Jak ja cze­goś nie zro­bię, to reszta nawet pal­cem nie kiw­nie!". Oprócz sil­nego cha­rak­teru Mie­czy­sława miała jesz­cze obfity, jędrny biust i blond włosy, które zawsze zwią­zy­wała w koń­ski ogon. Twarz pod­kre­ślała deli­kat­nym maki­ja­żem, który nie rzu­cał się zbyt­nio w oczy. Nie to, co jej paznok­cie. Te uwiel­biała malo­wać w fiku­śne wzorki czy neo­nowe kolory, do któ­rych miała prze­ogromną sła­bość. Mie­cia, choć jej imię wcale na to nie wska­zy­wało, była młodą kobietą. Pro­wa­dze­nie sklepu na wsi nie było jej marze­niem, jed­nak po wielu pró­bach zwią­za­nych z pracą na eta­cie zro­zu­miała, że wła­śnie to miej­sce jest dla niej ide­alne. Nie­raz mówiła, że jest panią wła­snego życia i czasu, toteż nie­jed­no­krot­nie miesz­kańcy Trze­bieży odbi­jali się od zamknię­tych drzwi Sklepu u Mieci, bo ta posta­no­wiła wyjść nieco wcze­śniej, przy czym to nieco za każ­dym razem miało inną miarę cza­sową.

Sam sklep nie wyróż­niał się na tle innych gmin­nych skle­pi­ków. Jak to mówili miej­scowi: u Miećki było mydło i powi­dło. Róż­no­ko­lo­rowe półki leci­wych rega­łów ugi­nały się pod cię­ża­rem pro­duk­tów. Nie­które z nich pokry­wała cienka war­stewka kurzu. Półki po pra­wej stro­nie zaj­mo­wała che­mia: płyny i proszki do pra­nia. Lakiery i szam­pony do wło­sów, wkładki, pod­pa­ski, papiery toa­le­towe: mięk­kie i zapa­chowe, a także szary "Kaczor", który miał swo­ich zwo­len­ni­ków. Wybór pro­duk­tów był mocno ogra­ni­czony: po dwie lub trzy marki, żeby nad­mia­rem nie namie­szać klien­tom w gło­wach. Po lewej stro­nie na wysta­wie pysz­niły się słod­kie i słone prze­ką­ski. Kra­kersy, paluszki, chipsy, solone orzeszki w pacz­kach i pusz­kach, a także cia­steczka, cze­ko­lady i batony oraz po trzy rodzaje kawy i her­baty. Dalej stały kon­serwy, kon­cen­traty, pikle, pas­saty, przy­prawy i naj­waż­niej­sze: alko­hole. W więk­szo­ści te tań­sze, dla miej­sco­wych ama­to­rów picia pod chmurką: alpagi, sma­kowe wódki i małpki, które można scho­wać za pazu­chę i wypić szybko przed skle­pem. Obok kilka rodza­jów papie­ro­sów, niżej piwa, wyżej trzy rodzaje wina. Na środku stały dwie zamra­żarki z mro­żon­kami, obok lady lodówka z wędli­nami i mię­sem, na któ­rej leżały tłu­ste pączki. Do tych wio­sną i latem zla­ty­wały się osy i muchy, obsia­da­jąc lep­kie od lukru słod­ko­ści. Za ple­cami sprze­daw­czyni na kupu­ją­cych zer­kały nabiał, ryby i pie­czywo. I cho­ciaż metraż sklepu był nie­wielki, nie miało się tu uczu­cia klau­stro­fo­bii. To Mie­czy­sła­wie w zupeł­no­ści wystar­czało. Zresztą nie tylko jej: miesz­kańcy i przy­jezdni rów­nież chęt­nie zaglą­dali do spo­żyw­czaka, o ile rzecz jasna był on aku­rat otwarty.

Po raz kolejny zer­k­nęła na zega­rek. Miała wra­że­nie, że czas sta­nął w miej­scu. Wska­zówki na tar­czy nie poru­szyły się nawet o mili­metr. Jedyną zmienną był deszcz - teraz padał moc­niej niż przed godziną.

- A chrza­nić to! - rzu­ciła na głos, pod­no­sząc się z czar­nego krze­sła z nie­bie­skim obi­ciem. Szur­nęło dono­śnie, gdy wsu­wała je pod blat.

Weszła na zaple­cze, gdzie trzy­mała swoje rze­czy. Narzu­ciła na sie­bie trencz, który już dawno prze­stał się dopi­nać na jej biu­ście. Mimo to nie potra­fiła się z nim roz­stać, więc nosiła go jako codzienne nakry­cie, które miało chro­nić ją przed chło­dem. Chwy­ciła torebkę, leżący tuż obok pęk klu­czy, odwró­ciła się i wyszła z powro­tem do głów­nego pomiesz­cze­nia, by zamknąć kasę fiskalną. Nagle gło­śno krzyk­nęła.

- Jezu! Aleś mnie prze­stra­szyła! - Dłoń Mieci odru­chowo powę­dro­wała w oko­lice serca.

Przed skle­pową ladą stała Łucja Jasz­czak. Wyglą­dała jak sie­dem nie­szczęść. Prze­mo­czona do suchej nitki, z kasz­ta­no­wymi wło­sami niczym tłu­ste strąki, opa­da­ją­cymi na mokrą kurtkę. Twarz zaczer­wie­niona od pła­czu, zwy­kle upstrzona bla­dymi pie­gami, teraz nosiła ślady cięż­kiej ręki męża. Prze­krwione i zawsty­dzone zie­lone oczy gorącz­kowo prze­su­wały się po skle­po­wych pół­kach. Mie­czy­sława nie musiała być geniu­szem, by zauwa­żyć, jakie prze­ra­że­nie i zawsty­dze­nie buzo­wało w tej nie­wy­so­kiej, drob­nej kobie­cie.

- Czy Ste­fan... - zaczęła nie­pew­nie, nie chcąc spło­szyć Łucji, która w mnie­ma­niu skle­po­wej bez wąt­pie­nia przy­szła po pomoc.

Jasz­cza­kowa ostroż­nie poki­wała głową, spusz­cza­jąc roze­dr­gany wzrok. Mie­cia miała wra­że­nie, że Łucja nagle stała się jesz­cze mniej­sza, niż była przed chwilą. Przy­gar­bione plecy odjęły jej kilka cen­ty­me­trów. Wyglą­dała jak zagu­bione, prze­stra­szone dziecko, które potrze­bo­wało natych­mia­sto­wej pomocy.

- Chodź do mnie, kochana... - Skle­powa wyszła zza lady, wycią­ga­jąc do Łucji roz­po­starte ramiona.

Nie musiała długo cze­kać. Spra­gniona bli­sko­ści kobieta w jed­nej chwili skryła się w obję­ciach Zarzyc­kiej, zano­sząc się gło­śnym pła­czem.

- Ciii... No już, kochana, już... Jesteś bez­pieczna... - Mie­czy­sława szep­tała we włosy roz­trzę­sio­nej Łucji.

- Nie jestem bez­pieczna! - zawyła w odpo­wie­dzi Jasz­cza­kowa.

Mie­czy­sława wes­tchnęła. Nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego Łucja wciąż tkwi w tym prze­sy­co­nym prze­mocą związku.

Ste­fan Jasz­czak w oczach skle­po­wej nie był dobrą par­tią. Nie zapi­sy­wał się nawet w rubryce względ­nej par­tii, którą można by brać pod uwagę, gdyby z ziemi znik­nęli wszy­scy dobrzy i świetni męż­czyźni. Może i w mło­do­ści był przy­stoj­nym face­tem, który potra­fił łamać dam­skie serca, jed­nak nałogi wyma­lo­wały swój ślad na jego nie­zbyt przy­jem­nej twa­rzy. Zda­wało się, że oczy, czę­sto zwę­żone w zło­ści, lustro­wały i oce­niały każ­dego, na kogo spoj­rzały. Dło­nie nie­raz zaci­skały się do bitki, bez względu na to, jakiego prze­ciw­nika napo­tkały. Nie patrzył, czy naprze­ciw stała jego żona, czy dzieci.

- Za co tym razem? - spy­tała wresz­cie, czu­jąc, że Łucja prze­stała tak mocno drżeć.

- Ponoć mi się nazbie­rało - odparła kobieta, pocią­ga­jąc gło­śno nosem.

Nazbie­rało się... Już by mu Mie­cia poka­zała, jak jemu się nazbie­rało. Pie­przony dam­ski bok­ser.

- Łucja, dla­czego po pro­stu od niego nie odej­dziesz? - spy­tała. Dopiero po chwili zorien­to­wała się, że takie pyta­nie nie powinno paść. Ale Mie­cia już taka była. Zanim pomy­ślała, słowa same pchały się na usta.

- A gdzie pójdę? Masz lep­sze życie niż ja. Nie zro­zu­miesz tego...

Jasz­cza­kowa odsu­nęła się od skle­po­wej sta­now­czym ruchem. Zupeł­nie jakby kojący uścisk nagle zaczął ją parzyć.

- To mi to wytłu­macz, bo... Łucja, posłu­chaj. Jesteś fajną, mądrą i piękną kobietą. Masz naprawdę genialne i roz­sądne dzie­ciaki. Może warto posta­wić wszystko na jedną kartę i po pro­stu odejść? Jestem pewna, że bez pro­blemu uło­ży­ła­byś sobie życie na nowo.

Jasz­cza­kowa prych­nęła, prze­cie­ra­jąc nos wierz­chem dłoni. Z twa­rzy znik­nął smu­tek, a poja­wiło się coś, co przy­po­mi­nało rosnącą złość.

- Mie­cia, z całym sza­cun­kiem, ale prze­stań pie­przyć. Dosko­nale wiesz, że nie pora­dzi­ła­bym sobie bez niego! Która matka zabra­łaby dzieci i poszła, nie mając gro­sza przy duszy? Zasta­nów się! Nie każdy ma tak wspa­niałe życie! Kocha­ją­cego męża, wła­sny biz­nes. Wyobraź sobie, że ist­nie­jemy też my. Cho­lerny mar­gi­nes, który każdy obcho­dzi bokiem, byle jak naj­da­lej, byleby minąć pro­blemy!

Wspa­niałe życie? Skle­powa czuła, że za moment powie kilka słów za dużo. Być może nie wszyst­kich będzie póź­niej żało­wać, ale atmos­fera zde­cy­do­wa­nie sta­nie się bar­dziej napięta. Co Łucja mogła wie­dzieć o jej życiu? Widziała tylko to, co chciała zoba­czyć, a tym­cza­sem Zarzycka kryła w sobie mnó­stwo smutku spo­wo­do­wa­nego tym, że nie może speł­nić naj­więk­szego marze­nia, jakie miała.

Marzyła o dużej rodzi­nie. Gdy była małą dziew­czynką, na pyta­nie, kim będzie w przy­szło­ści, odpo­wia­dała pro­sto: mamą. Marze­nie z cza­sem jedy­nie w niej rosło. Była pewna, że macie­rzyń­stwo jest tym, w czym speł­nia­łaby się naj­bar­dziej. Nie­stety nie każde marze­nie da się zre­ali­zo­wać. Mie­czy­sława Zarzycka, choć na co dzień rado­sna i tem­pe­ra­mentna, nosiła w sobie smu­tek. Nie mogła zajść w ciążę. Mimo wielu sta­rań, prób i walki o powięk­sze­nie rodziny, z ogrom­nym zawo­dem i pła­czem przyj­mo­wała porażkę.

Prze­stała marzyć o rodzi­nie. Cho­dziła wście­kła i zroz­pa­czona, nie mogąc uwie­rzyć w nie­spra­wie­dli­wość tego świata. Bo jakim cudem, do cho­lery, w ciążę zacho­dziły kobiety, które nie chciały mieć dzieci? A ona? Choć tak bar­dzo chciała, los z niej drwił. Poka­zy­wał swoją wyż­szość, wysta­wia­jąc język lub środ­kowy palec.

Nie­raz przez to jej rela­cje z Janu­szem mocno się chwiały. Kłó­cili się, cza­sem wza­jem­nie obwi­niali. Póź­niej się prze­pra­szali, choć, trzeba przy­znać, to on naj­czę­ściej wycią­gał do niej rekę w geście pojed­na­nia. Jej przy­cho­dziło to z wiel­kim tru­dem. Długo musiała myśleć o całej sytu­acji, wiele godzin musiało minąć, aż ochło­nie i doj­dzie do przy­krego wnio­sku, że to ona coś schrza­niła. I zanim pod­jęła decy­zję, że powie prze­pra­szam, Janusz robił to pierw­szy. Choć nie mówiła tego na głos, była mu za to ogrom­nie wdzięczna.

- To po jaką cho­lerę tu przy­szłaś? - spy­tała nie­zbyt uprzej­mie.

- A po co się przy­cho­dzi do sklepu, co? - odpo­wie­działa zgryź­li­wym tonem Łucja. - Po wódkę dla męża przy­szłam.

Mie­czy­sława skrzy­żo­wała ręce na pier­siach.

- Na kre­skę ci nie dam. Wódka to nie jest rzecz pierw­szej potrzeby. A wisi mi Ste­fan za dwie połówki czy­stej.

Na twa­rzy Jasz­cza­ko­wej wykwitł rumie­niec i poja­wiło się coś, co wyglą­dało na zde­ner­wo­wa­nie. Oczy znów zaczęły ner­wowo sunąć po wszyst­kich pół­kach, dło­nie lekko drżały, a zęby ner­wowo zagry­zały wargę.

- On... On mnie zabije, jak nie przy­niosę mu tego, co chce.

- Niech tylko spró­buje... - syk­nęła Mie­czy­sława. - Chodź. Idziemy.

Zła­pała Łucję pod rękę, choć ta pró­bo­wała sta­wiać opór. Sza­mo­tała się przez moment, gdy skle­powa cią­gnęła ją w kie­runku swo­jego samo­chodu. Zauwa­żyła, że deszcz nieco osłabł.

- Wsia­daj - rzu­ciła, otwie­ra­jąc drzwi. Sta­now­czo usa­dziła Jasz­cza­kową na sie­dze­niu pasa­żera. Zablo­ko­wała drzwi i krzy­cząc, dodała: - Tylko zamknę sklep! Zaraz wrócę!

- Mie­cia, pro­szę cię! - Łucja stu­kała w szybę. Jej głos był stłu­miony. Szyba zaczy­nała paro­wać od jej gorą­cego odde­chu.

Zarzycka pospiesz­nie zamknęła drzwi sklepu. Nie włą­czyła alarmu. I tak będzie musiała tu wró­cić, by wydru­ko­wać raport dobowy z kasy fiskal­nej. Jed­nak teraz sytu­acja w domu Jasz­cza­ków stała się jej prio­ry­te­tem. Nie mogła mach­nąć ręką na takie zacho­wa­nie. Łucja była zastra­szona i pobita. Ten facet dopro­wa­dził do tego, że zaczy­nała wie­rzyć, że nie będzie mogła sobie bez niego pora­dzić. Już ona mu pokaże, co sądzi na ten temat...

Pode­szła do samo­chodu i odblo­ko­wała drzwi. Wsu­nęła klucz do sta­cyjki, włą­czyła sil­nik i wrzu­ciła bieg. W Trze­bieży nie było dużego ruchu. Auta prze­jeż­dżały tu spo­ra­dycz­nie. Wyjąt­kiem były godziny szczytu i let­nie, gorące week­endy, gdy tabuny ludzi zmie­rzały na pobli­skie kąpie­li­sko. Mie­czy­sława bez trudu włą­czyła się więc do ruchu. Wdep­nęła pedał gazu, a auto wypruło do przodu.

- Miećka, oby­dwie się doigramy... Jeśli masz choć tro­chę oleju w gło­wie, po pro­stu daj mi tę wódkę i mnie zostaw. Dobrze ci radzę. - Łucja ner­wowo zaci­skała dło­nie na desce roz­dziel­czej.

- O nie, moja droga. Ja tak tego nie zosta­wię. Przy­cho­dzisz do mojego sklepu zapła­kana i pobita. Ewi­dent­nie w głębi serca pro­sisz o pomoc, ale boisz się ją otrzy­mać. Mówisz mi, że na takich jak ty nie zwraca się uwagi, a póź­niej pro­sisz o wódkę dla alko­ho­lika, który po godzi­nach bawi się w dam­skiego bok­sera. Jeśli myślisz, że ja to tak zosta­wię, to chyba się, za prze­pro­sze­niem, z chu­jem na łby poza­mie­nia­łaś. I wybacz słow­nic­two, ale zaraz mnie coś roz­nie­sie. Taka już jestem, że jak mnie coś roz­zło­ści, to mię­sem rzucę. No! Ale co ja mówi­łam? A, wiem już. Skoro ty nie potra­fisz powie­dzieć dosad­nie swo­jemu mężowi, że tak się nie robi, ja to zro­bię. I ze mną mu tak łatwo nie pój­dzie, bo ja się takiemu łachu­drze nie dam.

- Mie­cia, zro­zum, tylko zaognisz sytu­ację...

- Nie zaognię. Zaufaj mi. Już ja mu powiem dosad­nie, co sądzę na ten temat. Mam swoje spo­soby, zawsze dzia­łają.

Mie­czy­sława tro­chę zwol­niła, wcho­dząc w ostry zakręt. Jesz­cze chwila i będą na miej­scu. Zaraz zjadą na szu­trówkę, a stąd został tylko nie­duży kawa­łek drogi. Choć dosko­nale ją znała, zawsze musiała się sku­pić na tym, by nie prze­oczyć ukry­tego skrętu w lewo.

Auto parło naprzód, koły­sząc się na wybo­jach dziu­ra­wej żwi­ro­wej drogi. Gdy dotarły do drew­nia­nego domku przy­tu­lo­nego do ściany lasu, Ste­fan Jasz­czak, nie zwa­ża­jąc na deszcz, sie­dział na ławeczce i ze zdzi­wie­niem obser­wo­wał, jak Mie­czy­sława wypusz­cza z auta Łucję.

- O, to od dzi­siaj skle­powa pod­wodę w swoim asor­ty­men­cie ma? - zare­cho­tał. - To się nazywa dba­nie o klienta! Wódkę przed dom dostar­czą!

Mie­cia popa­trzyła na niego z poli­to­wa­niem, unio­sła brew i pokrę­ciła głową na znak dez­apro­baty.

- Jasz­czak, zamknij się, jeśli nie masz nic mądrego do powie­dze­nia.

- No do czego to doszło, żeby mnie obca baba w moim domu uci­szała! - odparł pod­nie­sio­nym gło­sem.

- Nie w domu, tylko na podwórku. I nie taka obca! A co do uci­sza­nia, to mam coś do powie­dze­nia, bo wisisz mi kasę, moczy­mordo ty! - Mie­czy­sława wydarła się na Ste­fana.

Ten uniósł się z ławki i chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do skle­po­wej.

- Że ja moczy­morda? Ja?!

- No prze­cież, że nie ja! Moczy­morda i dam­ski bok­ser! Nachla się taki i z łapami star­tuje! Co to za męż­czy­zna, ja się pytam?! Pie­przony moczy­morda, wrzód na dupie, który tylko długi rodzi­nie robi! To ma być ojciec? Przy­kładny mąż?! - rzu­ciła mu w twarz.

- Miećka, ty się nie roz­pę­dzaj! I niech pierw­szy kamie­niem rzuci, kto baby swo­jej do porządku nie przy­wo­łał! Żona ma się słu­chać męża! Jak w zegarku cho­dzić! Tak samo i dzie­ciaki!

Mie­czy­sława prych­nęła, sły­sząc słowa pija­nego męż­czy­zny.

- Nie, no, ja z nim nie wytrzy­mam... - Zała­mała ręce, po czym szybko dodała: - Słu­chaj no! Po pierw­sze, wytrzeź­wiej! Po dru­gie, jesz­cze raz dowiem się, że pod­nio­słeś rękę albo na Łucję, albo na któ­reś z two­ich dzie­cia­ków, zarę­czam ci, że oso­bi­ście zawiozę cię na dołek. I wódki u mnie nie kupisz! Ja ręki do two­jego uza­leż­nie­nia nie przy­łożę. Zaszyć się powi­nie­neś!

- A to kupca stra­cisz! - pró­bo­wał się odgryźć, choć Mie­cia dosko­nale widziała, jak mocno ubo­dły go słowa o alko­holu.

- Takiego kupca, co nie płaci, to ja w dupie mam!

- A to pojemną masz! Bom duży! - Znów zare­cho­tał.

- Jesz­cze słowo, Jasz­czak! Jesz­cze słowo! Jutro widzę cię z kasą za wódkę, którą bra­łeś na kre­skę. I pod­nieś no mi jesz­cze raz rękę na żonę albo dzieci, to oso­bi­ście ci ją upie­przę, żebyś butelki do łapy nie mógł wziąć. Zro­zu­miano?!

Jasz­czak spo­chmur­niał. Dosko­nale wie­działa, że był tak leniwy, że nie ruszy się do sąsied­niej wsi, by cokol­wiek kupić. Kątem oka widziała radość, która nie­śmiało malo­wała się na twa­rzy Łucji.

- Zro­zu­miano, zro­zu­miano... Po to żeś się faty­go­wała? Żeby mi palu­chem pogro­zić?

- A nie widzisz, że twoja żona cała prze­mok­nięta jest? Jak się prze­ziębi, to kto przy takim matole łazić będzie, co?

- Miećka, ty nie prze­gi­naj! - znów ją upo­mniał.

- Kasę znajdź. Jutro widzę cię rano w skle­pie z pie­niędzmi. Trzeź­wego! - zazna­czyła i wsia­dła do samo­chodu.

Ode­tchnęła gło­śno i ruszyła, zosta­wia­jąc w tyle dom Jasz­cza­ków. Miała poczu­cie dobrze wyko­na­nego zada­nia. Teraz Jasz­czak dwa razy się zasta­nowi, zanim pod­nie­sie rękę na swoją żonę.

Rozdział drugi. Mniejsze zło

Dom Kle­men­tyny Wilk

Kle­men­tyna wyj­rzała przez zabru­dzoną szybę. Zda­wało się, że świat bie­rze przy­kład z jej ponu­rego nastroju. Gęste, mleczne mgły spo­wiły wszystko dookoła, dając poczu­cie, że dom Wil­ków zna­lazł się w jakiejś dziw­nej próżni. Przez zasnute chmu­rami niebo nie prze­bi­jał się ani jeden pro­myk jesien­nego słońca.

Kobieta pomy­ślała, że złota pol­ska jesień to zwy­kła bujda. Nie cier­piała jesieni! Ta pora roku mogłaby dla niej nie ist­nieć. Wil­goć, zapach gni­ją­cych liści, strugi desz­czu, chłód. Kto o zdro­wych zmy­słach mógł twier­dzić, że jesień jest piękna? Zwłasz­cza teraz... Gdy przyj­dzie jej spę­dzić samot­nie każdy kolejny dzień. Ciche, ponure poranki. Picie zim­nej kawy, która sma­ko­wała paskud­nie, odkąd powie­dział jej o roz­wo­dzie, obfi­cie zala­nej łzami, które spły­wały do kubka, ile­kroć pod­no­siła naczy­nie do spierzch­nię­tych ust.

- Ona nie może się dowie­dzieć. - Usły­szała głos Hen­ryka.

Prze­stra­szył ją. Nie wie­działa, kiedy wszedł do kuchni. Kie­dyś praw­do­po­dob­nie by ją objął, doci­ska­jąc swoje ciało do jej ciała, poca­ło­wał w czu­bek głowy. Teraz uni­kał wszel­kiego kon­taktu fizycz­nego, zupeł­nie jakby się go bał albo brzy­dził.

- Chyba sobie żar­tu­jesz... - powie­działa, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

- Tak będzie lepiej - uciął.

Kle­men­tyna pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem. Skąd, do cho­lery, mógł wie­dzieć, co będzie dla niej lep­sze?

- Chyba dla cie­bie - prych­nęła.

Wie­działa, jak będzie wyglą­dał każdy kolejny dzień. Pyta­nia córki będą spa­dały na nią niczym gromy, a ona będzie musiała mil­czeć. Bo tak będzie lepiej. Hen­ryk znik­nie, ode­tnie się od sta­rego życia i zacznie nowe. Zostawi je i odej­dzie, oszczę­dza­jąc sobie ckli­wych poże­gnań. Wszystko spad­nie na jej barki. Już nawet nie cho­dziło jej o utrzy­ma­nie domu i wszyst­kie obo­wiązki, ale o ich córkę, którą wycho­wy­wali wspól­nie przez te wszyst­kie lata. Choć nie była małą dziew­czynką, trudno będzie jej znieść tę infor­ma­cję.

- Kle­men­tyna, już posta­no­wi­łem. Nie mam czasu na to, by cze­kać na nią kolejny dzień, zresztą nie mówiła nam kiedy wróci. Ina­czej ją wycho­wy­wa­li­śmy. Nie wiem, co się z nią stało, że ostat­nio o niczym nas nie infor­muje. - Wes­tchnął. - Wiesz, że jest mi ciężko. Musia­łem wybrać mniej­sze zło. Powiedz jej to, co mówi­łem ci wie­czo­rem.

Kobieta skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach. Łza poto­czyła się po policzku. Zdzi­wiła się, że jesz­cze miała czym pła­kać. Wyda­wało jej się, że wypła­kała już wszyst­kie łzy.

- Myślisz, że taka ucieczka to naj­lep­sze, co możesz dla niej zro­bić? Ona ni­gdy ci nie wyba­czy! Prawda kie­dyś wyj­dzie na jaw, a wtedy znie­na­wi­dzi nas oboje, rozu­miesz? Cho­ciaż... Tobie będzie już wtedy wszystko jedno... - Znów prych­nęła, uświa­da­mia­jąc sobie przy­krą prawdę.

Hen­ryk pod­szedł do niej. Wycią­gnął dłoń, ale zatrzy­mał ją kilka cen­ty­me­trów przed jej ramie­niem. Wal­czył ze sobą, widziała to. Potrafi go roz­czy­tać. W końcu znają się jak łyse konie. Wresz­cie cof­nął rękę i zro­bił krok w tył.

- Przy­kro mi, że masz o mnie takie mnie­ma­nie... - powie­dział ze smut­kiem, po czym chrząk­nął, jakby pró­bo­wał posta­wić samego sie­bie do pionu. - No, czas na mnie. Agnieszka już na pewno na mnie czeka.

Odwró­cił się i wyszedł z kuchni. Sły­szała, jak wyciąga rączkę walizki i wycho­dzi z domu. Bez poże­gna­nia. Bez odro­biny czu­ło­ści, któ­rej teraz potrze­bo­wała.

Spę­dzili ze sobą tyle lat! Gry­wali w karty do póź­nej nocy, sącząc jakiś roz­grze­wa­jący tru­nek. Wspól­nie zdo­by­wali szczyty pol­skich gór, zwie­dzali zagra­niczne mia­sta, czy­tali te same książki. Wycho­wali razem córkę, choć nie­raz stwier­dzali zgod­nie, że to było jedno z trud­niej­szych zadań, jakie wzięli sobie na barki. I teraz wystar­czyło tylko wziąć nogi za pas... Roz­wieść się i odejść z inną, bo tak będzie lepiej.

Pode­szła do okna. Uchy­liła firankę. Choć mgła wciąż pochła­niała wszystko, co zna­la­zło się wokół niej, dosko­nale widziała ich syl­wetki. Nieco zamglone, ale dla niej aż za bar­dzo wyraźne. Przy­tu­lała go. Ten widok był gor­szy, niż nóż wbity w serce.

- Dla­czego... W czym jej dotyk jest lep­szy od mojego... - wyszep­tała nie­mal bez­gło­śnie, odsu­wa­jąc się od szyby.

Odpo­wie­działa jej cisza. Głu­cha i nie­przy­jemna. Wtedy do niej dotarło. Zosta­wił ją. Odszedł na zawsze, bez słowa poże­gna­nia. Nawet bez głu­piego "cześć". Tylko pozba­wione emo­cji Czas na mnie. Agnieszka już na pewno na mnie czeka.

Kle­men­tyna osu­nęła się na pod­łogę. Drżała, a z gar­dła wydo­by­wał się zwie­rzęcy sko­wyt. Zaci­śnięte pię­ści padały raz za razem na zie­mię, bok­su­jąc ją z całych sił. Skóra na dło­niach pękała, zna­cząc pod­łogę krwią. Krzyk, który wyrwał się z jej ust, był dono­śny, niósł za sobą wielki ból, który miała w sercu.

- Jak mogłeś! - krzy­czała, nie prze­sta­jąc ude­rzać pię­ściami w pod­łogę. Dopiero gdy zauwa­żyła krew, zła­pała się za głowę. Rwała włosy w amoku, ogar­nięta smut­kiem i furią.

Pod­nio­sła się nagle i koślawo rzu­ciła się na stół, ścią­ga­jąc z niego beżowy obrus. Wszystko, co na nim było, wylą­do­wało na pod­ło­dze. Szklany wazon z fio­le­to­wymi i różo­wymi kosmo­sami roz­trza­skał się, roz­bry­zgu­jąc wokół wodę. Pyłek z żół­tych środ­ków kwia­tów obsy­pał beż tka­niny. Ulu­biona fili­żanka z fusami po kawie zmie­niła się w nędzne sko­rupy. Nie da się ich już poskle­jać. Zupeł­nie jak jej roz­bi­tego w drobny mak serca. Chwy­ciła kawa­łek roz­bi­tego naczy­nia. Resztka fusów przy­brała kształt kośla­wego krzyża. Kle­men­tyna odrzu­ciła sko­rupę z prze­ra­że­niem, jakby parzyła ją w palce.

- Nie, nie... - szep­tała jak w amoku, cofa­jąc się w kie­runku drzwi.

Pora­nio­nymi dłońmi prze­ci­nała powie­trze za swo­imi ple­cami. Pró­bo­wała po omacku zła­pać za klamkę, byleby tylko jak naj­szyb­ciej stąd wyjść.

Wyczuła pod pal­cami drzwi. Szybko odwró­ciła się, by je otwo­rzyć i wybiec na zewnątrz. Rześ­kie, wil­gotne powie­trze ude­rzyło w jej mokrą od łez twarz.

- Nie ska­żesz mnie na cier­pie­nia, nie! - krzy­czała, a słowa ginęły w gęstej mgle.

Rzu­ciła się bie­giem przed sie­bie, nie zwa­ża­jąc na to, że dom został otwarty. Nie wie­działa, dokąd bie­gnie, ale dziwny głos w jej gło­wie wciąż powta­rzał, że nie może teraz tu zostać. I tylko przez uła­mek sekundy poja­wiła się jedna nie­wy­godna myśl... Że Kle­men­tyna Wilk naj­praw­do­po­dob­niej zwa­rio­wała.

Rozdział trzeci. Strzeżonego Pan Bóg strzeże

Dom Sta­ni­sława Rębi­cha

Pomarsz­czona dłoń męż­czy­zny znik­nęła w głę­bo­kim wia­drze, które jesz­cze nie­dawno było wypeł­nione po same brzegi świe­żym ziar­nem. Zaklął pod nosem, choć nie miał tego w zwy­czaju. Nie żeby wul­garny język był mu obcy. Ależ nie. Po pro­stu z wie­kiem prze­stał go uży­wać. Nawet w stre­su­ją­cych sytu­acjach. A trzeba było przy­znać, tych było mnó­stwo, choć wolał nikomu o tym nie wspo­mi­nać.

- Ape­tyt więk­szy macie czy co? Prze­cież dopiero co kupo­wa­łem owies, a tu już dno widać... - rzu­cił męż­czy­zna w stronę gda­czą­cych kur.

Roz­ma­wiał z nimi tak, jakby mogły go zro­zu­mieć. Wielu śmiało się, że Sta­siek na głowę upadł, skoro ucina sobie poga­wędki z dro­biem. On zaś miał gdzieś te przy­tyki. Uwa­żał, że kura potrafi zro­zu­mieć o wiele wię­cej, niż może się wyda­wać zwy­kłemu zja­da­czowi chleba. A i jajka były znacz­nie smacz­niej­sze od takich kurek, do któ­rych się stale mówiło. Zresztą, do kogo Sta­ni­sław miał otwo­rzyć gębę, jak nie do swo­ich gda­ka­ją­cych pod­opiecz­nych?

Co prawda miał sąsia­dów, ale z nimi wolał utrzy­my­wać dystans. Zwłasz­cza z Jasz­cza­kiem, z któ­rym kie­dyś się już zła­pał. Sąsiad po alko­holu był skory do bitki, toteż Sta­ni­sław nie zamie­rzał się z nim wda­wać wtedy w dys­ku­sję. A że sąsiad czę­ściej był pod­pity niż trzeźwy, rela­cje sąsiedz­kie były marne. Cza­sami roz­ma­wiał z Łucją i jej dziećmi, ale tylko wtedy, gdy Ste­fana nie było w pobliżu. Ot, na wypa­dek, gdyby Jasz­cza­kowi znów przy­szło do głowy roz­po­cząć szar­pa­ninę.

Sta­ni­sław Rębich uwa­żał, że nie ma ludzi dosko­na­łych. Sam nie świe­cił ni­gdy przy­kła­dem, jed­nak wie­dział, że są pewne gra­nice, któ­rych nie nale­żało prze­kra­czać. I taką wła­śnie gra­nicą było pod­no­sze­nie ręki na żonę i dzieci.

Męż­czy­zna wes­tchnął. Chwy­cił wia­dro z reszt­kami ziarna i syp­nął zawar­to­ścią na zie­mię przed komórką, w któ­rej trzy­mał narzę­dzia, szpa­dle, widły, gra­bie i poży­wie­nie dla kur. Te nie cze­kały na zapro­sze­nie, od razu rzu­ciły się na pokarm, zaczęły dzio­bać go z wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem. Sta­ni­sław uśmiech­nął się, widząc ich ape­tyt.

Posta­wił puste wia­dro przed komórką. Zamknął drew­niane drzwi, któ­rych zawiasy skrzy­piały tak gło­śno, że praw­do­po­dob­nie ich jęk sły­chać było w całej wsi. Zawsze obie­cy­wał sobie, że wresz­cie je naoliwi, jed­nak ile­kroć miał się do tego zabrać, coś go roz­pra­szało. Osta­tecz­nie drzwi scho­dziły na dal­szy plan, a Rębich zaj­mo­wał się rze­czami znacz­nie waż­niej­szymi. Raz jesz­cze rzu­cił okiem na dzio­biące ziarno kury.

- Grzeczne dzie­wuszki. Znie­ście mi jutro smaczne jajka! - powie­dział, po czym ruszył do szopy, w któ­rej lubił spę­dzać więk­szość wol­nego czasu.

Rąba­nie drewna i ukła­da­nie go rów­niutko pod ścianą było jego ulu­bio­nym zaję­ciem. Nie myślał przy tym zbyt wiele, spę­dzał czas pośród pach­ną­cego drewna, co przy­po­mi­nało mu, jak kie­dyś zara­biał na życie. Widok stale rosną­cej ściany ide­al­nie uło­żo­nych polan dawał mu poczu­cie dobrze wyko­na­nego zada­nia. Nie skła­małby, gdyby stwier­dził, że to go praw­dzi­wie uszczę­śli­wiało.

Otwo­rzył sko­bel i wszedł do szopy, w któ­rej pano­wała ciem­ność. Wyma­cał dło­nią włącz­nik. Wisząca pod sufi­tem żarówka pyk­nęła, by rzu­cić na wszystko przy­dy­mione świa­tło. Pomiesz­cze­nie było na tyle duże, by pomie­ścić nie tylko opał, lecz także rower, o który Sta­ni­sław bar­dzo dbał. Jego jed­no­ślad mimo upły­wa­ją­cego czasu był w rewe­la­cyj­nym sta­nie. Sąsiad czę­sto kpił ze sta­rego Rębi­cha, że ten kon­ser­wuje rzę­cha. Pusz­czał tę nie­wy­bredną uwagę mimo uszu i robił swoje, czer­piąc z tego wielką satys­fak­cję.

Wycią­gnął rower i usta­wił go przed wej­ściem do szopy. Zawró­cił, by zga­sić świa­tło i zamknąć drzwi na sko­bel. Zer­k­nął raz jesz­cze na kury, chwy­cił puste wia­dro i zawie­sił je na kie­row­nicy. Odbez­pie­czył nóżkę i wsiadł na rower w cha­rak­te­ry­styczny dla star­szych osób spo­sób, odpy­cha­jąc się od ziemi jak na hulaj­no­dze.

Pierw­sze metry zawsze były dla niego trudne. Utrzy­ma­nie rów­no­wagi sta­no­wiło nie lada pro­blem, zwłasz­cza że plecy i nogi każ­dego dnia bole­śnie dawały o sobie znać. Gdy już usta­bi­li­zo­wał pozy­cję, jazda na rowe­rze była pestką. Mógł jechać przez długi czas, do momentu aż nie poczuł prze­szy­wa­ją­cego bólu w kola­nie. Na szczę­ście nie miał do poko­na­nia zbyt dłu­giej drogi. Zale­żało mu tylko na tym, by kupić od Mar­czaka tro­chę owsa, zanim poprosi męża Mie­czy­sławy, by kupił mu na ryneczku cały worek.

Jechał wolno wyjeż­dżoną kole­iną. Pasek trawy pośrodku drogi znów się­gał powy­żej kostek. Sta­ni­sław zano­to­wał w myślach, by ją przy­ciąć kosą. Dener­wo­wało go, że ani Jasz­czak, ani jego syn nie dbali o to, by droga była cał­ko­wi­cie prze­jezdna. Nie winił o to Łucji czy ich córki Kasi. Dziew­czyny i tak miały w domu nie­ła­two... Wolał nie dokła­dać im nie­przy­jem­no­ści, któ­rych w domu miały aż nadto.

Gdy prze­jeż­dżał obok domu sąsia­dów, usły­szał szmer roz­mów. Sta­siek nie był wścib­ski. Co to to nie! Jed­nak poczuł, że musi się zatrzy­mać. Zsiadł i pro­wa­dząc rower, pró­bo­wał wsłu­chać się w wymianę zdań. Ta była wyjąt­kowo ner­wowa. Roz­ma­wiało dwóch męż­czyzn. Pró­bo­wali szep­tać, jed­nak zdener­wowanie brało górę i głosy sta­wały się gło­śniej­sze, niż pla­no­wali.

- Dobrze wiesz, że nie mamy na to czasu! - syk­nął jeden z nich.

- No i? Sie­dzą mi na ogo­nie. Musisz zna­leźć kogoś innego - odparł but­nie Jasz­czak.

- Chyba sobie ze mnie żar­tu­jesz. Kogo? Niby kogo mam zna­leźć, co? Myślisz, że to robota jak każda inna? Że napi­szę ofertę pracy w inter­ne­cie?

Męż­czy­zna, z któ­rym roz­ma­wiał sąsiad, był bar­dzo zde­ner­wo­wany. Sta­ni­sław zwol­nił kroku, by móc usły­szeć coś jesz­cze. Pró­bo­wał poru­szać się na tyle cicho, by nie spło­szyć scho­wa­nych za rogiem domu męż­czyzn. Dzię­ko­wał sobie w duchu za to, że dbał o rower, cho­ciaż ten nie jęczał i nie pisz­czał jak nie­na­oli­wione drzwi komórki.

- Mam to w dupie, rozu­miesz? Nie będę się dla cie­bie nara­żał. Wolę trzy­mać się od tego z daleka.

Facet prych­nął.

- I co? Teraz będziesz w domu trząsł por­t­kami, bo sie­dzą ci na ogo­nie? Wiesz, że twój strach jest niczym przy tym, co grozi nam za to, że nie zro­bisz tego, co chcą?

Teraz to Jasz­czak prych­nął.

- Mam to gdzieś. Nie będę się nara­żał. Sły­sza­łeś, że strze­żo­nego Pan Bóg strzeże? - Ste­fan urwał na chwilę, jakby ocze­ki­wał potwier­dze­nia. - No. To już wiesz, że nie będę się nara­żał za te nędzne gro­sze.

- Nędzne gro­sze?! - Męż­czy­zna pod­niósł głos. Szybko jed­nak z powro­tem go ści­szył. - Te trzy tysiące to dla cie­bie gro­sze? Ogar­nij się, Jasz­czak... I wytrzeź­wiej, bo przez wódę pie­przysz głu­poty!

Sta­ni­sław zatrzy­mał się na moment. Znał ten głos... Dla­czego wcze­śniej go nie roz­po­znał?

- Za trzy tysiące nie zamie­rzam iść sie­dzieć. Bo jak coś pój­dzie nie tak, ty i reszta wypnie­cie się jak ostat­nio... Nie będę ryzy­ko­wał. Znajdź sobie innego debila, który będzie z wywie­szo­nym jęzo­rem latał na wasze posyłki...

Rębich szybko pchnął rower, pró­bu­jąc na niego wsiąść. Męż­czyźni szli w jego kie­runku. Jeśli go zauważą, jeśli tam­ten go roz­po­zna... Musiał się pospie­szyć!

- Będziesz tego żało­wał, Ste­fan... - rzu­cił męż­czy­zna, wycho­dząc na ścieżkę obok domu Jasz­czaka.

Sta­ni­sław peda­ło­wał, ile miał sił w nogach, licząc na to, że zdąży się skryć za ścianą lasu, zanim tamci go zauważą. Sły­szał szu­ra­nie trawy. Nie zdąży, zauważą go... Jesz­cze tylko kawa­łe­czek i będzie bez­pieczny, z dala od ich oczu! Tylko musi dać z sie­bie wszystko.

- A to kto? - usły­szał ner­wowy głos męż­czy­zny.

Rębich poczuł, jak oblewa go zimny pot. Peda­ło­wał mimo to.

- To mój syn, Bar­tek. Trzy­maj się od niego z daleka.

Poczuł ulgę. Nie cho­dziło o niego. Las witał go swo­imi zie­lo­nymi gałę­ziami. Udało mu się scho­wać przed oczami tego, który był po ciem­nej stro­nie i zaj­mo­wał się złymi inte­re­sami. Było tak bli­sko...

- Głupi ma zawsze szczę­ście, Sta­siek. A ty jesteś wyjąt­kowo dur­nym star­cem... - szep­nął do sie­bie, peda­łu­jąc, ile sił w nogach, i nie zwa­ża­jąc na pul­su­jący ból w kola­nie.

Rozdział czwarty. Tańcz, jak ci zagrają

Gdzieś w Trze­bieży

Męż­czy­zna splu­nął na zie­mię. Ciemne chmury zasnuły niebo. Nawet drobny blask księ­życa nie spły­wał na poro­śniętą mchem zie­mię. Może to i lepiej? Nikt go nie zauważy. Las jak zawsze da mu schro­nie­nie, będzie jego pele­ryną, pod którą może się ukryć.

Prze­kli­nał się w duchu, że nie wziął zegarka. Mógłby spraw­dzić, ile ma jesz­cze czasu. Roz­ła­do­wany tele­fon tylko cią­żył mu w kie­szeni sze­ro­kich bojó­wek, jedy­nych słusz­nych według niego spodni.

Miał nadzieję, że zdąży na czas, a jeśli przyj­dzie wcze­śniej, że nie będzie musiał długo na niego cze­kać. Nie zno­sił cze­ka­nia. Miał poczu­cie, że wtedy traci czas. A czas jest droż­szy od pie­nię­dzy. Nie­świa­do­mie przy­spie­szył kroku, cho­wa­jąc ręce do prze­past­nych kie­szeni.

Czę­sto prze­ka­zy­wał złe infor­ma­cje. Tym razem to, co musiał powie­dzieć, rów­nież nie było dobre. Ale dziś czuł znacz­nie więk­szą obawę przed tym, co powi­nien powie­dzieć. Może dla­tego, że sprawa była cho­ler­nie poważna? Obie­cał im, że towar trafi na czas w odpo­wied­nie ręce, a tym­cza­sem główny pio­nek całej ope­ra­cji posta­no­wił odpaść z gry. Tak łatwo się pod­dał! Ska­pi­tu­lo­wał! Obe­rwie się im, a naj­bar­dziej obe­rwie się jemu. Musiał pomy­śleć, jak to zro­bić, by pogro­zić pal­cem Jasz­cza­kowi i wyko­nać zle­ce­nie. Jak upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu, chro­niąc przy tym swój tyłek...

Zaczęło padać. Grube kro­ple cięły go pro­sto w twarz. Poczuł prze­szy­wa­jący go chłód. Żało­wał, że nie ma czapki. Nie prze­pa­dał za nakry­ciami głowy, ale teraz dałby wiele, byleby tylko nie czuć zimna szczy­pią­cego w uszy.

Przy­spie­szył jesz­cze odro­binę. Poczuł, że tętno zaczyna mu rosnąć. Wresz­cie robiło mu się cie­pło. Sie­ka­jące twarz kro­ple desz­czu prze­stały robić na nim wra­że­nie. Wszystko dla­tego, że miał plan. I to taki, który mógł się udać, jeśli tylko dobrze to roze­gra.

- Tutaj - usły­szał syk­nię­cie po swo­jej pra­wej stro­nie.

Zdzi­wił się. Byli umó­wieni w innym miej­scu, dobrych kil­ka­set metrów dalej.

- Dla­czego tutaj? - spy­tał, poda­jąc dłoń męż­czyź­nie. Wielki kap­tur rzu­cał cień, cał­ko­wi­cie ukry­wa­jąc twarz.

- Bo nie tam. Masz jakiś pro­blem? - uciął nie­przy­jem­nie zakap­tu­rzony facet.

- Żad­nego... - sap­nął.

Czuł, że roz­mowa nie będzie przy­jemna. Facet był tak zło­wrogo nasta­wiony, że ule­ciał cały zapał, jaki miał jesz­cze przed chwilą. Nie wie­dział, czy warto było wspo­mi­nać o pomy­śle, który przy­szedł mu przed chwilą do głowy.

- Co z towa­rem? - zapy­tał tam­ten bez cere­gieli.

- Towar jest, ale...

- Co ale? - prze­rwał mu męż­czy­zna.

- Ale osoba, która dla mnie pra­co­wała, ma ogon. To za duże ryzyko, by zajął się dostar­cze­niem. Mogą powią­zać go ze mną i z wami. Dobiorą nam się do tył­ków i nie zoba­czymy ani kasy, ani towaru.

Facet zaśmiał się szy­der­czo.

- Mak­siu, Mak­siu, Mak­siu... - wyszep­tał i dodał ostrzej: - Myślisz, że to mój pro­blem?

Nie cier­piał, jak go tak nazy­wał. Czuł się jak cho­lerny pies na posyłki.

- Nie do końca - odpo­wie­dział ostroż­nie, pró­bu­jąc nie dać po sobie poznać, jak bar­dzo jest zde­ner­wo­wany.

- Prze­stań pie­przyć, tylko weź się do roboty. Towar ma być naj­póź­niej jutro przed pół­nocą. Nie inte­re­suje mnie, jak i kto to zrobi. Płacę ci za to, i to nie­mało. Więc albo wywią­zu­jesz się z naszej umowy...

- Albo co? - odpo­wie­dział but­nie.

- Albo podzie­lisz los tych, któ­rzy nie grają fair. Uwa­żaj, jak tań­czysz, Mak­siu.

Zaśmiał się przez zaci­śnięte zęby. Wie­dział, że przez Jasz­czaka będą pro­blemy. Pie­przony pijak... Z takimi trzeba krótko. Już on mu pokaże, że w inte­re­sach nie ma zmi­łuj.

- Chciał­byś, co? Towar będzie przed pół­nocą, tam gdzie zawsze. Ale ma was nie być, jasne? Żad­nych hien z bro­nią, które mogą prze­stra­szyć mi dostawcę. Jeśli zoba­czę kogo­kol­wiek, to wy za to bek­nie­cie.

Męż­czy­zna zacmo­kał.

- Nie może być, ty mi gro­zisz? - zare­cho­tał.

- Skądże... Nie śmiał­bym... - odpo­wie­dział mu z prze­bie­głym uśmiesz­kiem, nie mając pew­no­ści, czy w tej ciem­no­ści facet w kap­tu­rze mógł to zauwa­żyć. Nawet jeśli nie, czuł prze­peł­nia­jącą go dumę. Posta­wił się tym, któ­rzy nie znają lito­ści, nie grają czy­sto. Niech wie­dzą, że jest sil­nym zawod­ni­kiem.

A Jasz­czak... Jasz­czak jesz­cze będzie go pro­sił, żeby zmie­nił zda­nie i wpu­ścił go do biz­nesu. Ude­rzy mocno. Tak, by go zabo­lało... Jesz­cze zoba­czy... Będzie tań­czył, jak mu zagra!

- Tak myśla­łem. Jutro przed pół­nocą. Tam gdzie zawsze. Nie zawiedź mnie, jeśli nie chcesz... - męż­czy­zna uniósł dłoń w skó­rza­nej ręka­wiczce i prze­je­chał kciu­kiem po szyi.

- Radził­bym ci następ­nym razem bar­dziej się posta­rać, jeśli chcesz mnie prze­stra­szyć. Takie groźby już dawno nie robią na mnie wra­że­nia - oznaj­mił i obró­cił się na pię­cie, chcąc mieć w tej roz­mo­wie ostat­nie słowo. Uwiel­biał, gdy jego było na wierz­chu, gdy to on mógł posta­wić tę naj­waż­niej­szą kro­peczkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki