Rozdział 3SZÓSTY KORPUS WIELKIEJ ARMII
Sztabowcy rosyjscy i austriaccy, pracujący w Petersburgu i Wiedniu latem 1805 roku, przygotowali ogólny plan działań militarnych zawiązującej się trzeciej koalicji. Przedstawiał się on - przynajmniej w teorii - imponująco i obejmował aż cztery fronty.
Pierwszy z nich wyznaczono na terenie Hanoweru, dawnej posiadłości angielskiego króla Jerzego III. Zakładano, że z chwilą gdy rozpoczną się działania wojenne, w Cuxhaven wyląduje 20-tysięczny brytyjski korpus ekspedycyjny. Miał on połączyć się z 12 tysiącami Szwedów i 20 tysiącami Rosjan zbierających się w Stralsundzie na terenie Pomorza Szwedzkiego. Po kilku tygodniach do wojsk tych dołączyłaby 50-tysięczna rosyjska armia gen. Leontija Bennigsena, a później armie Buxhoewedena i Michelsona, które dopiero koncentrowały się w rejonie Rygi. Liczono na to, że przemarsz Rosjan przez Prusy skłoni króla Fryderyka Wilhelma do wzięcia udziału w wojnie z Francją. Gdyby tak stało się rzeczywiście, to koalicja mogłaby liczyć na 200 tysięcy żołnierzy pruskich. Łącznie - w optymalnym wypadku - sprzymierzeni zgromadziliby w północnych Niemczech ok. 350 tysięcy ludzi. Potem zamierzali uderzyć przez Holandię i Belgię, by dotrzeć do Paryża.
Drugi front miał powstać w dolinach Dunaju i Renu, gdzie do tej pory najczęściej dochodziło do walk między Francuzami i Austriakami. Sprzymierzeni zakładali, że najpierw pojawi się tam 85-tysięczna armia austriacka pod dowództwem gen. Karla Macka, do której dołączy w dwa tygodnie później podobnie liczna rosyjska armia gen. Michaiła Kutuzowa, zbierająca się na ziemiach polskich. Wojska Macka i Kutuzowa powinny wspólnie przeprawić się przez Ren, pokonać górzyste pasmo Wogezów i ruszyć ku francuskiej stolicy.
Trzeci front przewidziano w Tyrolu, gdzie koncentrowała się już 25- tysięczna austriacka armia arcyksięcia Jana. Jej zadaniem było - zależnie od okoliczności - wesprzeć Macka w dolinie Dunaju, pośpieszyć z pomocą oddziałom walczącym w Italii albo też zająć Szwajcarię i przedostać się do Francji w okolicach Lyonu.
Austriaccy sztabowcy przypuszczali, że podobnie jak w latach 1796-97 i 1800 Napoleon będzie walczył przede wszystkim we Włoszech. Zdawała się tego dowodzić jego niedawna koronacja na króla Italii, co potwierdzałoby pogląd, że dla Francji jest to najważniejsza strefa wpływów. Dlatego tu właśnie miała uderzyć 100-tysięczna armia pod rozkazami arcyksięcia Karola, bez wątpienia najwybitniejszego z dowódców, jakimi dysponowała wtedy Austria. Przeznaczono do tej armii najlepsze pułki piechoty i jazdy. Sprzymierzeni zakładali też, że otrzymają wsparcie ze strony 36-tysięcznej armii królestwa Neapolu i 17 tysięcy Rosjan stacjonujących na Korfu i sąsiednich wyspach Jońskich.
Dzięki dobrze zorganizowanej służbie wywiadowczej Napoleon dosyć wcześnie zorientował się, jakie są generalne plany sprzymierzonych i gdzie zaczynają się już koncentrować ich wojska. To nieprawda - jak utrzymują jego wielbiciele - że podczas narady z szefem sztabu marszałkiem Berthierem miał pochylić się nad mapą, i - wetknąwszy szpilkę w punkcik z napisem "Austerlitz" - powiedzieć:
- Tu dojdzie do generalnej batalii!
Bonaparte od razu dostrzegł, że słabą stroną koalicji jest rozrzucenie jej wojsk od Hanoweru po Sycylię i brak łączności między poszczególnymi armiami, które w ten sposób nie mogą pośpieszyć sobie z pomocą. Drugą słabą stroną była powolność mobilizacji sił austriackich i rosyjskich. Wreszcie trzecią - wyczekująca postawa Prus, które nie były jeszcze przekonane, czy rzeczywiście warto przystępować do wojny z Francją. Dlatego właśnie cesarz postanowił działać szybko, aby wykorzystać rozproszenie sił przeciwnika i rozbijać kolejno jego armie. Za najważniejszy front uznał ten w dolinie Dunaju i Renu, bo stamtąd nieprzyjaciel najprędzej mógł wkroczyć na ziemię francuską. Chciał jednak, aby gen. Mack, dowodzący czołowymi oddziałami austriackimi, posunął się tak daleko na zachód, aż utraci bezpośrednią łączność z własnymi bazami zaopatrzeniowymi, jak również z dopiero nadciągającą przez Czechy rosyjską armią Kutuzowa. Co więcej, Napoleonowi chodziło o to, aby Austria pierwsza rozpoczęła wojnę. Na mocy traktatu przyjaźni Francja była zobowiązana do udzielenia Bawarii pomocy, ale tylko w przypadku, kiedy kraj ten zostanie zaatakowany przez monarchię habsburską.
Już w połowie sierpnia 1805 roku cesarz wydał dyspozycje dotyczące przerzucenia wojsk francuskich znad kanału La Manche ku Bawarii. Wyznaczył trzy drogi, którymi miały maszerować dywizje piechoty i brygady jazdy. Droga lewa prowadziła z obozu Ambleteuse przez Lille, Mons, Namur, Luksemburg, Saarlouis, Sarreguemines do twierdzy Haguenau na północnym krańcu francuskiego departamentu Bas-Rhin. Droga środkowa wiodła z Boulogne przez Saint-Omer, Bethune, Douai, Cambrai, Mézi?res, Metz, Saverne do Strasburga. Wreszcie droga prawa wyznaczona została z Etaples przez Arras, Saint-Quentin, Laon, Châlons-sur-Marne, Bar-le-Duc, Toul, Nancy, Saint-Die do Selestat w południowej Alzacji. Każda z tych dróg podzielona została na 24 etapy dzienne. Przy założeniu, że po trzech dniach marszu następował dzień przerwy, oznaczało to, że armia francuska dotrze nad Ren w ciągu miesiąca.
W ostatnich dniach sierpnia Napoleon przekształcił oddziały zgromadzone w Boulogne i innych obozach w Wielką Armię. Nawiązał tu do tradycyjnej nazwy, używanej jeszcze pod koniec osiemnastego stulecia na oznaczenie tej zasadniczej części wojsk francuskich, przy której znajduje się monarcha. 1 korpusem miał dowodzić Jean Bernadotte; 2 - Auguste Marmont; 3 - Louis Davout; 4 - Nicolas Soult; 5 - Jean Lannes; 6 - Michel Ney; 7 - Charles Augereau. Kawaleria rezerwowa znajdowała się pod komendą Joachima Murata, a gwardia cesarska - Jean'a Bessi?res'a.
26 sierpnia jako pierwsi podjęli marsz dragoni, dywizja grenadierów gen. Oudinota i kirasjerzy gen. Nansouty'ego. W dwa dni później zaczęło się przerzucanie 3 korpusu Davouta ku Haguenau, 4 - Soulta na Strasburg i 6 - Neya ku Selestat. Tego dnia wyruszyły pierwsze dywizje piechoty każdego z korpusów. 30 sierpnia podjęły marsz drugie dywizje, a 31 sierpnia - trzecie. Przy każdej dywizji szła przydzielona do niej artyleria i tabory, ograniczone rozkazem cesarza do minimum. 1 września zaczął się marsz 1 korpusu Bernadotte'a z Hanoweru oraz 2 korpusu Marmonta z Holandii. Równocześnie z Paryża wyruszyła gwardia. Łącznie cesarz dysponował 145 tysiącami piechurów, 38 tysiącami kawalerzystów i 34 działami.
Napoleon niecierpliwie oczekiwał informacji o wkroczeniu Macka do
Bawarii. Nastąpiło to jednak dopiero 10 września. Do tego czasu Bonaparte nie chciał zdradzić swoich planów i kazał rozpuścić wieść, że wojsko tylko czasowo opuściło nadmorskie obozy. Sam pozostał zresztą w Boulogne do 3 września. Wielka Armia szła więc ku Renowi, regulując tempo marszu zależnie od doniesień nadchodzących z południa Niemiec. Nie można było pojawić się tam za wcześnie, bo wówczas Mack mógłby zawrócić na wschód i nie wpadłby w pułapkę. W miarę jak precyzowały się informacje na temat przeciwnika, Napoleon korygował kierunek marszu. Zamiast pierwotnej wersji skoncentrowania sił na terenie Alzacji, postanowił przekroczyć Ren w jego środkowym biegu. 6 korpus Neya dokonał tego w rejonie Lauterburga, maszerując dalej przez Karlsruhe i Stuttgart.
Ney nie towarzyszył swemu korpusowi w marszu ku brzegom Renu. Przekazał komendę Jominiemu, a sam pośpieszył do Malgrange, by odwiedzić ojca, który zajmował się administracją jego majątku. To tam, pod Nancy, dowiedział się o wybuchu wojny. Kiedy znowu stanął na czele swego korpusu, doszło do nieoczekiwanej scysji z Jominim. Szwajcar, przyzwyczajony już, że zastępuje marszałka w wydawaniu rozkazów, przygotował dyspozycje dla dowódców dywizji na wypadek, gdyby pod naciskiem Austriaków trzeba było cofać się. Kiedy podsunął je Neyowi do podpisu, ten wybuchnął:
- Czy sądzi Pan, że nieprzyjaciel może nas zmusić do odwrotu? Przecież mamy trzy dywizje znakomitych żołnierzy, a wspiera nas sam cesarz! Nie szanuję ludzi, którzy jeszcze przed walką myślą o uciekaniu! Lepiej, aby tacy siedzieli u siebie w domu!
W odpowiedzi Jomini natychmiast złożył prośbę o dymisję i zapowiedział, że wraca do rodzinnej Szwajcarii.
Ney uspokoił się natychmiast i ostentacyjnie podarł podsunięty mu papier. Uzgodniono, że zamiast słów "odwrót" i "cofanie się" w dyspozycjach dla generałów będzie mowa o "zawracaniu na z góry upatrzone pozycje".
Gorzej było z Muratem, który miał współdziałać z Neyem. Wychodząc z założenia, że jest szwagrem cesarza, a więc niejako powiernikiem jego planów, uważał, że lepiej niż inni rozumie, co jest intencją władcy i jak należy to realizować. Zażądał od Napoleona, aby 6 korpus został mu podporządkowany, i zapowiedział, że jeśli nie doczeka się rychłej odpowiedzi imperatora, to sam zacznie wydawać Neyowi rozkazy. Ten oczywiście poskarżył się Bonapartemu i uprzedził, że "nie ma mowy o jakiejkolwiek podległości", chyba że będzie to zgodne z cesarską wolą. Był to pierwszy przejaw rywalizacji między marszałkami, która miała przynieść tyle szkód napoleońskiej Francji.
Tymczasem Mack* nie napotykając oporu, dotarł do Ulm nad Dunajem i postanowił zaczekać tu na rosyjską armię Kutuzowa. W Ingolstadt pozostawił słaby korpus Kienmayera dla utrzymania komunikacji z Wiedniem. Napoleon skierował Wielką Armię znad środkowego Renu na wschód, a następnie rzucił jej korpusy na południe. Kiedy Mack czekał w Ulm na Rosjan, Francuzi wyszli na jego tyły, docierając w kilku punktach nad Dunaj. 1 korpus Bernadotte'a wspierany przez Bawarów pojawił się 6 października pod Ingolstadt. Kienmayer opuścił miasto i pośpiesznie wycofał się ku Monachium. W ten sposób Mack utracił wszelką łączność z zapleczem.
3 korpus Davouta osiągnął Neuburg i zdobył znajdujący się tam most. Do Donauwerth podeszły: 2 korpus Marmonta, 4 - Soulta i gwardia. Tu również bez trudności opanowano przeprawę. Jeszcze dalej na zachód posuwał się 5 korpus Lannes'a wraz z kawalerią Murata. Osiągnęły one Dunaj pod Münster. 6 korpus Neya idący ze Stuttgartu przeszedł przez Langenau i dotarł 9 października do Dunaju w Günzburgu.
Na wieść o tym Mack ściągnął do Ulm swe wojska rozrzucone w okolicy. 8 października Murat i Oudinot rozbili pod Werthingen na prawym brzegu korpus barona von Auffenberga, zagarniając 2200 jeńców i 6 sztandarów. Marmont i Bessi?res wkroczyli do Augsburga, odcinając Mackowi komunikację z Monachium. 11 października 4 korpus Soulta dotarł do Landsbergu i, skierowawszy się na zachód, pomaszerował ku Memmingen, blokując połączenia z Tyrolem. Główna armia austriacka została w tym momencie osaczona.
Ulm bronione było od północy linią solidnych umocnień. Dostęp od południa utrudniała rozlewista rzeka. Zanim jeszcze zamknął się pierścień wojsk francuskich wokół twierdzy, Mack miał szanse szybkiego wycofania się ku Czechom wzdłuż lewego brzegu Dunaju. Zdecydował się jednak pozostać w fortecy i doczekać tu "niemal pewnej" pomocy Kutuzowa. Nie wiedział, że Francuzi mają na lewym brzegu tylko jedną dywizję piechoty z korpusu Neya dowodzoną przez gen. Duponta.
Taka sytuacja była w dużym stopniu wynikiem błędów popełnionych przez Murata. To on, uzurpując sobie prawo do wydawania dyspozycji innym marszałkom, forsował pogląd, że Austriacy mogą wydostać się z Ulm tylko wzdłuż prawego brzegu Dunaju, w związku z czym Francuzi winni przejść całością sił na południową stronę rzeki. Ney, bez wątpienia kierując się radami Jominiego, gwałtownie oponował i wskazywał, że na lewym brzegu trzeba pozostawić kilka dywizji. Było to jeszcze przed zdobyciem mostu w Glinzburgu i Murat zarzucił mu wtedy, że "unika walki" i "wyręcza się innymi". Ney był tak oburzony posądzeniem o tchórzostwo, że napisał list do Murata, wzywając go na pojedynek. Wyobrażał sobie, że coś takiego odbędzie się przed frontem jego korpusu, a najlepiej także w obecności austriackiej załogi Ulm. Z wielkim trudem oficerom z jego sztabu udało się nakłonić marszałka, aby "odłożył wszystko na później". W każdym razie Ney postanowił przy pierwszej okazji udowodnić Muratowi i innym osobistym wrogom, że nie zbywa mu na odwadze i że "nigdy nie kłania się kulom". Upierał się - i w tym miał bez wątpienia rację - że trzeba rozłożyć na lewym brzegu spore siły, aby nie dopuścić do wydostania się Macka z pułapki. Skoro inni nie chcieli pójść za jego radą, zostawił tam dywizję Duponta.
Już wkrótce okazało się, że Ney ma rację. Najbliższy most opanowany przez Wielką Armię był dopiero w Glinzburgu. Leżał za daleko od Ulm, by można było swobodnie i szybko przerzucać wojska z jednego brzegu Dunaju na drugi. Dlatego też cesarz wydał Neyowi rozkaz opanowania mostu w Elchingen, zaledwie o 6 kilometrów od twierdzy.
Pozycja, jaką zajmowali Austriacy pod komendą gen. Riescha, była wyjątkowo trudna do zdobycia. W tym miejscu na lewym brzegu wznosi się góra, którą słynny weteran armii napoleońskiej kapitan Coignet nazywa "ogromną". Dość powiedzieć, że stromizna zboczy sięga tu 16 stopni. Na jej szczycie wznosiło się rozległe opactwo Elchingen obsadzone przez austriacką piechotę. Riesch miał 20 tysięcy żołnierzy i 40 dział, a jego stanowiska chronione były na skrzydłach przez gęsty las i zabudowania miasteczka. Austriacy zdołali jednak tylko częściowo spalić drewniany most na Dunaju.
O świcie 14 października Ney przystąpił do wykonania powierzonego mu zadania. Wdział paradny mundur ze wspaniałym pióropuszem, suto haftowany złotem. Nie była to próżność, ale chęć podkreślenia, że nie obawia się niczego. W takim uniformie, w dodatku na białym koniu, natychmiast zwracał uwagę Austriaków. Nie ulegało wątpliwości, że kiedy tylko zacznie się bitwa, każdy nieprzyjacielski piechur zechce go zastrzelić, a każdy ułan i dragon zarąbać szablą. Ney szerokim gestem zaprosił Murata, aby towarzyszył mu na pierwszej linii frontu. Ponieważ cesarski szwagier opierał się nieco, wziął go pod ramię i podprowadził w pobliże mostu, o który za chwilę miał rozpocząć się bój. Murat wolał jednak wycofać się. Wobec tego Ney, ledwie dawszy sygnał do rozpoczęcia walki, wskoczył z koniem do Dunaju i tak stał przy brzegu przez godzinę, nie bacząc na austriackie kule. Tego rodzaju wyczyn mógł być oczywiście uznany za dowód nieodpowiedzialności i karygodnej brawury. Wtedy jednak, w jednym z pierwszych bojów tej kampanii, miał istotne znaczenie psychologiczne. Stanowił po prostu moralny nakaz dla żołnierzy 6 korpusu, aby okazali się godni swego dowódcy. Był też wyzwaniem rzuconym Muratowi, który od tej pory będzie zaprzysięgłym wrogiem Neya.
Marszałek posłał do walki piechurów, którzy mimo gwałtownego ognia armatniego i karabinowego zdołali przejść most i utworzyć przyczółek na lewym brzegu. Saperzy przystąpili natychmiast do naprawiania przeprawy, dzięki czemu w godzinę później można było przerzucić na drugą stronę brygadę lekkiej jazdy. To ona w szaleńczej szarży opanowała miasteczko, podczas gdy piechota rozpoczęła dramatyczną wspinaczkę po zboczach góry. Wszystko to odbywało się w strugach ulewnego deszczu. Żołnierze brnęli w błocie, ślizgali się po zboczach, podnosili z czarnej mazi, klęli na czym świat stoi, ale wciąż szli do przodu. 6 korpusowi groziło zresztą odcięcie od prawego brzegu. Dunaj był tak wezbrany, że wieczorem tego dnia woda pokryła podłogę ledwie zdobytego mostu. Ney, obserwowany przez Napoleona, Berthiera, Murata i wielu generałów, dał parokrotnie dowody niezwykłej odwagi i determinacji. Walka zakończyła się zdobyciem opactwa, wzięciem 4 tysięcy jeńców, 6 sztandarów i kilkunastu armat. Co ważniejsze, Mack nie wykorzystał ostatniej szansy, jaką było obsadzenie przez oddziały Riescha opactwa w Elchingen, i nie opuścił Ulm. Z fortecy wydostały się tylko korpusy gen. Wernecka i arcyksięcia Ferdynanda, uciekając w kierunku Czech, ale i one po paru dniach zostały rozbite.
15 października Ney posunął się pod Ulm. Napoleon rozkazał mu opanować wzgórze Michelberg, które stanowiło wysuniętą pozycję obronną Austriaków. Miał jednak zaczekać, aż nadejdą dywizje Lannes'a. Tymczasem marszałek, rozgrzany zwycięstwem pod Elchingen, nie chcąc dzielić z nikim sukcesu, zaatakował przeciwnika, a ponieważ uczynił to bez żadnych przygotowań, doznał porażki. Uparł się jednak i w wyniku następnego szturmu wzgórze zostało zajęte. W ferworze walki Ney nakazał nawet Jominiemu, aby wziął dwa bataliony piechoty i próbował wedrzeć się do twierdzy. Było to szaleńcze przedsięwzięcie, ale Szwajcar chyba jeden raz w życiu dał się ponieść ogólnemu entuzjazmowi. Francuzi dotarli wprawdzie do murów fortecy, ale tu zostali odparci, tracąc nawet sporo jeńców. Ney, który obserwował wszystko z przedpola, oparty o ścianę jakiegoś wiejskiego domu, nie pośpieszył Jominiemu z pomocą. Ten, kiedy wrócił po niefortunnym szturmie, wyrzucał mu bierność. Usłyszał wtedy, że było to tylko "rozpoznanie bojem", które miało na celu nastraszenie Austriaków.
Nazajutrz Ney nawiązał rozmowy z Mackiem. W czasie spotkania z nim zachowywał się wyjątkowo brutalnie, grożąc zrównaniem miasta z ziemią i wybiciem załogi. Austriacki dowódca prosił o osiem dni zwłoki, po których upływie gotów był podpisać kapitulację. Nie ukrywał wcale, że wszystko będzie teraz zależało od tego, czy nadejdzie Kutuzow. Poskarżył się Napoleonowi, że "nie prowadzi się rokowań w taki sposób, jak czyni to Ney". Ostatecznie jednak zgodził się złożyć broń nawet przed upływem wyznaczonego terminu.
Kapitulacja została podpisana 20 października. Ponieważ zasługi Neya były niekwestionowane, on pierwszy, w honorowej eskorcie i przy biciu bębnów, wkroczył do miasta. On także ustalał porządek defilady, jaką mieli odbyć Austriacy przed Francuzami. Na zboczach Michelbergu stanęli żołnierze 6 korpusu, po przeciwnej stronie drogi, na skłonach Spitzbergu zajęli miejsca ludzie Lannes'a. Z boku, skąd niewiele już było widać, ustawiono kawalerię Murata. Do niewoli poszło 17 austriackich generałów i 30 tysięcy wojska. Defilada trwała cztery godziny. W Ulm zdobyto 60 dział i 40 sztandarów. Wrażenie tej klęski Austriaków było ogromne. Od razu, przy pierwszej okazji, stało się widoczne, jak wielka jest różnica w poziomie wyszkolenia i wartości bojowej wojsk skostniałej monarchii habsburskiej i nowoczesnego cesarstwa francuskiego.
Napoleon pozostawił Neya w Ulm (bez dywizji Duponta), a sam z zasadniczą częścią Wielkiej Armii ruszył na Wiedeń. Marszałek otrzymał teraz zadanie opanowania Tyrolu, gdzie znajdowały się wojska arcyksięcia Jana. Uczynił to tak skutecznie, że zagarnął 9 tysięcy jeńców, a 16 listopada zajął stolicę tej prowincji, Innsbruck. W miejscowym arsenale znaleziono dwie chorągwie 72 francuskiego pułku piechoty utracone w walkach z Austriakami w poprzednich kampaniach.
Ney, który zainstalował się w królewskich apartamentach tamtejszego zamku, dowiedział się wkrótce o bitwie pod Austerlitz. Mimo własnych niekwestionowanych przecież sukcesów żałował, że nie wziął udziału w słynnej batalii. Napoleon od razu wydźwignął ją do rangi najwspanialszego zwycięstwa. Na uczestników tego boju spadł grad awansów i nagród. Ogłoszony po walce biuletyn stwierdzał, że największym zaszczytem dla francuskiego żołnierza jest to, iż może powiedzieć: "I ja byłem pod Austerlitz!". Ze zdobytych dział austriackich cesarz rozkazał odlać spiżową kolumnę sławy, którą ustawiono na paryskim placu Vendôme.
Pewną pociechą dla Neya były słowa gen. Savary'ego:
- O świcie, tuż przed bitwą, Jego Cesarska Mość powiedział nam, że "byłby znacznie spokojniejszy co do wyniku walki, gdyby miał przy sobie Neya, bo jemu powierzyłby zdobycie wzgórza Prace".
Zadanie to wykonał jednak Soult, który wraz z Davoutem i Muratem był bohaterem tej batalii.
Zwycięstwo pod Austerlitz zakończyło wojnę z Austrią. Żołnierze Wielkiej Armii liczyli na to, że teraz powrócą do ojczyzny. Stało się jednak inaczej. Korpus Neya pozostał w Tyrolu, który na mocy pokoju w Preszburgu przyłączono do Bawarii. Dywizje innych marszałków stacjonowały natomiast w południowych i zachodnich Niemczech. Do Francji wróciła tylko gwardia, która - zbierając wszystkie zaszczyty, chociaż ani razu nie została użyta w walce - defilowała ulicami Paryża.
Pokój nie trwał długo, zaledwie kilka miesięcy. Już latem 1806 roku Prusy podjęły przygotowania do wojny, nie mogąc pogodzić się z utworzeniem Konfederacji Reńskiej i okupacją południowych i zachodnich Niemiec przez wojska francuskie. Na czele stronnictwa dążącego do konfliktu stanęła piękna królowa Luiza, która całkowicie zdominowała swego małżonka, zniewieściałego Fryderyka Wilhelma. Prusacy wkroczyli do Saksonii i Hesji, zmuszając oba te państwa do przyłączenia się do koalicji. Liczyli także na pomoc Rosji, która nie ratyfikowała pokoju w Preszburgu i pozostawała w stanie wojny z Francją. Armia rosyjska jednak dopiero mobilizowała się i nie mogła wziąć udziału w pierwszej części kampanii. Finansowo działania przeciwko Napoleonowi wspierała Anglia.
Armia pruska podjęła w końcu września marsz trzema kolumnami na południowy zachód. Zmierzała w kierunku ujścia Menu, aby w ten sposób odciąć wojska francuskie rozlokowane nad Renem od tych, które znajdowały się nad Dunajem. Ks. brunszwicki - ten sam, który w 1792 roku został pokonany pod Valmy - ruszył z 75 tysiącami żołnierzy przez Lipsk i Naumburg na Erfurt. Na lewo od niego, w kierunku Zwickau, szedł ks. Hohenlohe (40 tys.), na prawo natomiast gen. Ruchel (50 tys.), który dotarł do Eisenach. Przed te kolumny wysunięte były awangardy ks. Ludwika i gen. Tauentziena. Rezerwa w sile 20 tysięcy żołnierzy oddana została pod rozkazy ks. Wirtemberskiego. Łącznie Prusy, wspierane przez Saksonię i Hesję, wystawiły do walki z Francją 220-tysięczną armię.
Bonaparte miał teraz łatwiejsze zadanie niż podczas wojny z Austrią. Większość jego korpusów stacjonowała w południowych Niemczech i była gotowa do walki w ciągu paru dni. Cesarz postanowił forsownym marszem z Bawarii przez Las Turyński wyjść na tyły Prusaków i Sasów, by odciąć ich od Berlina i rosyjskiej pomocy. Korpusy Bernadotte'a, Davouta i Lannes'a maszerowały zwartymi kolumnami w odległości kilkunastu kilometrów od siebie, przez co w razie boju spotkaniowego, mogły wzajemnie wspierać się. Korpus Soulta stanowił prawe skrzydło całego francuskiego ugrupowania i osłaniał je w pierwszej fazie przed ewentualnym atakiem ze strony Austrii. Lewe skrzydło tworzył korpus Augereau, a w rezerwie znalazł się 6 korpus Neya zmniejszony do dwu dywizji piechoty.
6 października Napoleon przybył do Bambergu, wokół którego skoncentrowane były główne siły Wielkiej Armii. Następnego dnia 166 tysięcy żołnierzy z 256 działami ruszyło frontem szerokości 70 km przez Las Turyński. W tym czasie armia pruska rozrzucona była na szerokości 150 km, nie mogła więc zebrać się natychmiast do podjęcia generalnej batalii. 9 października idący w straży przedniej Murat przekroczył Soławę pod Saalburgiem i z pomocą Bernadotte'a rozbił saską awangardę Tauentziena. Nazajutrz doszło do walki pod Saalfeld, gdzie zniszczona została pruska straż przednia. Zginął wtedy jej dowódca ks. Ludwik, przebity na wylot szablą przez wachmistrza Guindeya. W ręce Francuzów dostały się 34 działa i 4 sztandary.
Bonaparte przewidywał, że Prusacy będą teraz starali się skupić swe siły i że nastąpi to najprawdopodobniej w rejonie Gery. Tam więc skierował korpusy Lannes'a, Soulta, Neya i kawalerię Murata. Książę Hohenlohe rzeczywiście przeszedł przez Gerę, ale uznał, że bezpieczniej będzie połączyć się z księciem brunszwickim. W rezultacie trzy pruskie armie znalazły się na lewym brzegu Sali i to w taki sposób, że Francuzi wyszli im na tyły i odcięli połączenie z Berlinem.
14 października doszło do dwu decydujących batalii. Pod Jeną Napoleon starł się z ks. Hohenlohe, pod Auerstedt natomiast osamotniony Davout (27 tys.) walczył z głównymi siłami pruskimi księcia brunszwickiego. To tam właśnie znajdowała się pruska para królewska.
Wczesnym rankiem Bonaparte miał pod Jeną tylko korpusy Lannes'a i Augereau oraz gwardię pieszą. Zwlekał z rozpoczęciem walki, czekając aż nadejdą pozostałe korpusy. Sądził zresztą, że ma do czynienia z głównymi siłami przeciwnika, do których pokonania musi zgromadzić jak najwięcej własnych dywizji. Bitwa rozpoczęła się wprawdzie o godzinie 6.00, ale prowadzona była przez Francuzów niemrawo, właśnie dlatego by zyskać na czasie.
O godzinie 9.00 na pole walki dotarła awangarda korpusu Neya. Panowała gęsta mgła, widoczność ograniczona była do kilkudziesięciu metrów. Marszałek, który nie brał udziału w bitwie pod Austerlitz i potem boleśnie to odczuwał, uznał teraz, że zaprzepaści wielką szansę, jeśli natychmiast nie przystąpi do ataku. "Zwycięstwo nie może być wywalczone beze mnie!". Uderzył więc kilku batalionami piechoty i dwoma pułkami jazdy Colberta na oddziały Tauentziena, spychając je o kilkaset metrów. Ten jednak otrzymał wsparcie kawalerii, która nie tylko powstrzymała Neya, ale odparła go z poważnymi stratami. Marszałek był w takich opałach, że Napoleon uznał, iż dla ratowania go trzeba czym prędzej zaangażować w boju korpusy Lannes'a i Augereau. Decydująca faza batalii rozpoczęła się więc o dwie godziny wcześniej, niż zakładał to cesarz. Chociaż Francuzi odnieśli pod Jeną wspaniałe zwycięstwo - tego samego dnia Davout rozbił pod Auerstedt główne siły pruskie - to przecież Bonaparte nie szczędził Neyowi słów krytyki.
Wieczorem, już po walce, Ney zainstalował się w pierwszej napotkanej oberży, rezygnując z przygotowanej dlań kwatery w pobliskim zamku, byle tylko nie znajdować się pod jednym dachem z Muratem. Przygotowując zwyczajowy raport o działaniach swego korpusu, pisał do Napoleona: "Nie będę zdawał szczegółowej relacji z wydarzeń tego wspaniałego dnia, bo Wasza Cesarska Mość i tak wszystko widział i potrafi należycie ocenić". W zdaniu tym było zarówno pochlebstwo należne pogromcy Prusaków, jak też pokorne przyznanie się, że sam nie stanął na wysokości zadania.
Armia pruska rzeczywiście została rozbita i rozpoczął się niezwykły pościg za uciekinierami spod Jeny i Auerstedt. "Wystarczyło, że Bonaparte gwizdnął, a Prusy przestały istnieć" - pisał wtedy Heinrich Heine. Francuska kawaleria idąca przodem brała do niewoli już nie setki, ale tysiące jeńców. Praktycznie nikt nie stawiał jej oporu. Huzarom i dragonom poddawały się fortece uzbrojone w dziesiątki dział. Ney wkroczył do Weimaru, gdzie kazał swoim oficerom złożyć grzecznościową wizytę poecie Wielandowi. Następnego dnia, już w Erfurcie, odwiedził starego marszałka Mollendorfa, towarzysza broni Fryderyka Wielkiego. Teraz można było pozwolić sobie na takie gesty.
24 października 6 korpus znalazł się pod Magdeburgiem, gdzie zgodnie z dyspozycjami Bonapartego miał przystąpić do blokady twierdzy. Za murami fortecy, największej w monarchii pruskiej, schroniło się 69 tys. żołnierzy, głównie rozbitków spod Jeny. Większość z nich pod wodzą ks. Hohenlohe zdołała wymknąć się, zanim forteca została całkowicie otoczona, i odeszła na północ. Pozostało jednak 24 tysiące ludzi pod komendą gen. Kleista, którzy mieli czekać nadejścia armii rosyjskiej. Ney miał zaledwie połowę swego wojska i 6 armatek niewielkiego kalibru. Wiedząc, że jego rywale Murat i Davout zajmują kolejne miasta i wkrótce wkroczą do Berlina, chciał jak najprędzej uporać się z postawionym mu zadaniem. Nie zamierzał wcale tkwić tygodniami pod fortecą w błocie i deszczu.
- Trzeba z marszu zdobywać tę twierdzę! - oświadczył swoim oficerom.
Od kilku dni dowódcą 3 dywizji w 6 korpusie był Vandamme, jeden z najdzielniejszych a zarazem najbrutalniejszych generałów Wielkiej Armii. To on wsławił się pod Austerlitz zdobyciem wzgórza Prace, uchodził więc za człowieka, który zdolny jest brać szturmem najsilniejsze pozycje. Właśnie jego posłał Ney na rozmowy z komendantem Magdeburga. Vandamme, który doskonale znał język niemiecki i mógł posługiwać się gwarą fryderycjańskich żołdaków, zapowiedział, że twierdza zostanie zrównana z ziemią, jeśli nie skapituluje w ciągu najbliższych dni. Kleist nie dał się zastraszyć, ale kiedy Vandamme opuszczał już fortecę, podszedł do niego jeden z pruskich generałów, informując po cichu, że załoga jest zdemoralizowana. "Wystarczy, jeśli zaczniecie ostrzeliwać miasto z haubic i moździerzy, a zaraz wywiesimy białe płachty!".
Ney sprowadził więc kilka dodatkowych dział i rozpoczął bombardowanie Magdeburga. W mieście powstało kilka pożarów, które nie mogły jednak spowodować poważniejszych strat. O wiele skuteczniejsze były negocjacje z administratorem pobliskich salin. W zamian za obietnicę protekcji i gwarancje, że majątki zamożnych Prusaków nie zostaną rozgrabione, podjął się on przekonać Kleista, że dalszy opór nie ma sensu. W chwili gdy u komendanta Magdeburga przebywał adiutant Neya kapitan Bechet z kolejną propozycją złożenia broni, pod oknami rozległy się okrzyki tamtejszych mieszczan, domagających się jak najszybszego poddania. 8 listopada Kleist podpisał umowę kapitulacyjną, a w trzy dni później cały garnizon poszedł do niewoli. Wprawdzie Ney nie dostąpił zaszczytu wkroczenia do Berlina, ale to, co zdobył w Magdeburgu, przechodziło najśmielsze oczekiwania. Zdemoralizowani Prusacy oddali mu nie tylko 300 armat, ale również ogromne magazyny broni, amunicji i mundurów. Już za kilka miesięcy posłuży to do uzbrojenia i wyposażenia niemałej części Wojsk Polskich Księstwa Warszawskiego.
Kiedy Ney odbierał klucze Magdeburga, Francuzi nie tylko zajęli Berlin (25 października wkroczył tam Davout), ale także Szpandawę, Szczecin i Kostrzyń. Wojna przeniosła się na wschód od Odry. Opanowany został Poznań, Kalisz i niemal cała Wielkopolska, gdzie na wezwanie gen. Jana Henryka Dąbrowskiego zaczęto tworzyć 30-tysięczną polską armię. Uwolniony spod Magdeburga korpus Neya przeszedł przez Poznań. 27 listopada Francuzi wkroczyli do Warszawy.
Wojna trwała przede wszystkim dlatego, że z pomocą Prusakom pośpieszyli Rosjanie. Ich przednie straże docierały do Wisły. Bonaparte skoncentrował w rejonie Warszawy 80 tysięcy żołnierzy z korpusów Lannes'a, Davouta i Augereau, a równocześnie zamierzał oskrzydlić przeciwnika od północy. 6 grudnia oddziały Neya dotarły do Wisły naprzeciw Torunia. Most był zerwany, na prawym brzegu bronił się ostatni pruski korpus gen. Lestocq'a. Przy pomocy polskich flisaków Francuzi przedostali się przez rzekę pokrytą krą i opanowali miasto. W pościgu za Prusakami ruszyli na wschód, docierając do Działdowa i Mławy. 26 grudnia pod Gołyminem i Pułtuskiem starli się po raz pierwszy z Rosjanami. Wprawdzie wygrali obie te bitwy, ale nie doszło do zniszczenia przeciwnika. Było oczywiste, że nie sposób prowadzić dalej działań wojennych z racji fizycznego wyczerpania żołnierzy, braków w zaopatrzeniu, a także fatalnego stanu błotnistych dróg.
Rozdział 2MARSZAŁKOWSKA BUŁAWA
Nie ulega wątpliwości, że Ney wiele zawdzięczał Józefinie. To ona pierwsza zwróciła nań uwagę, co prawda wcale nie z racji bojowych zasług Michela. Właśnie w początkach konsulatu zajmowała się kojarzeniem małżeństw młodych dziewcząt z pensji Madame Campan, do której uczęszczała także jej córka, Hortensja Beauharnais.
Madame Campan odgrywała pewną rolę na dworze w Wersalu. Cieszyła się zaufaniem Marii Antoniny i była powiernicą jej sekretów. 10 sierpnia 1792 roku znajdowała się w Pałacu Tuileries podczas pamiętnego szturmu, w czasie którego sankiuloci wymordowali blisko tysiąc żołnierzy gwardii szwajcarskiej. Zginęłaby z pewnością w tej rzezi, gdyby nie pewien marsylczyk o atletycznej budowie, który zasłonił przerażoną własnym ciałem, a następnie wyniósł w bezpieczne miejsce. "Nie bój się mała, Naród postanowił ułaskawić cię!" - powiedział na pożegnanie. Siostra Madame Campan, Marie Augié, była pokojówką królowej. Wprawdzie i ona ocalała podczas szturmu Tuileries, ale w rok później popełniła samobójstwo na wieść o zgilotynowaniu Marii Antoniny. Kiedy po upadku jakobinów czasy były już nieco spokojniejsze, Madame Campan wpadła na pomysł założenia pensji dla dziewcząt z dobrych domów. Ponieważ nie było wtedy żeńskich klasztorów, gdzie takie panny mogłyby zdobywać podstawy edukacji, pensja pani Campan od razu zyskała powszechne uznanie i stała się najlepszą tego typu instytucją. Panowały tam maniery, jakie jeszcze niedawno obowiązywały na dworze Ludwika XVI.
Na pensji wychowywała się także siostrzenica Madame Campan, Aglaé Augié. To ona właśnie była serdeczną przyjaciółką Hortensji Beauharnais.
Józefina, uznając, że ma do spłacenia dług wdzięczności wobec pani przełożonej, postanowiła dopomóc jej w korzystnym wydaniu za mąż sympatycznej Aglaé. Jej wybór padł na Michela Neya, generała z Armii Renu. Jego nazwisko już parokrotnie słyszała z ust Bonapartego, kiedy ten mówił o rywalizacji z Moreau. Postanowiono ściągnąć Neya do Malmaison, wiejskiej posiadłości Józefiny, gdzie łatwiej niż w Paryżu można było kojarzyć młode pary.
Do pierwszego spotkania Neya z Aglaé doszło wiosną 1802 roku. Oboje nie byli z siebie zadowoleni. Ney, którego doświadczenia z kobietami były skromne, wydał się młodej pannie człowiekiem sztywnym, niemal gburem. W porównaniu z wdziękiem Aglaé, wychowanej według etykiety dworu wersalskiego, jego wojskowe maniery były czymś niemal skandalicznym. Aglaé była zawiedziona, nie podobał się jej ten kandydat na małżonka. Józefina musiała przekonywać ją przez kilka godzin, że jest to wyjątkowo dzielny generał, niemal bohater narodowy. Aglaé zgodziła się na następne spotkanie, podczas którego Ney dokładał wszelkich starań, aby zyskać jej względy. Ponieważ jego sytuacja materialna nie była najlepsza - nie dorobił się jeszcze żadnego majątku - Józefina musiała po cichu obiecać ojcu Aglaé, że wpłynie na pierwszego konsula, aby Michel otrzymał odpowiednie zaopatrzenie. Ślub odbył się 5 sierpnia 1802 roku w kaplicy zamku Grignon pod Paryżem, posiadłości pana Augié. Ceremonii cywilnych dopełnił mer pobliskiego miasteczka Thiverval. Obecni byli m. in. Hortensja Beauharnais, gen. Jean Savary, malarz Isabey oraz bankier Gamot, małżonek Antoinette, starszej siostry Aglaé.
W tym samym niemal czasie Ney zawarł jednak intymną znajomość z Idą Saint-Elme, którą nazywał często "kobietą swego życia". Rzeczywiście, ich losy będą przeplatać się aż do tragicznej śmierci marszałka. Ta niezwykła dziewczyna ujrzała światło dzienne w roku 1778, była więc młodsza od Michela o niespełna dziewięć lat. Twierdziła, że jej ojciec należał do znanej rosyjskiej rodziny arystokratycznej Tołstojów, najprawdopodobniej do jej bocznej linii. Podczas podróży po Europie poznał w Amsterdamie Sophie Van Aylde Jonghe z zamożnej rodziny holenderskiej i poślubił ją, przy czym warunkiem zgody rodziców panny młodej na małżeństwo było przyjęcie przez Tołstoja nazwiska żony. Owocem tego związku była Ida, która urodziła się jednak w Toskanii. Ojciec odumarł dziewczynę we wczesnym dzieciństwie, a ona, zgodnie z życzeniem dziadków, nosiła nazwisko matki.
Kiedy miała czternaście lat, wydano ją za mąż za bogatego Holendra. Był to rok 1792, a więc początek wojen rewolucyjnych. Holender ów, którego nazwiska nie znamy, a który w pamiętnikach Idy (Mémoires d'une contemporaine, Paris 1827) przedstawiany jest tylko jako Van M., był entuzjastą Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Najprawdopodobniej należał do stronnictwa patriotów, którzy właśnie wtedy próbowali dokonać przewrotu i obalić władcę Holandii. Kiedy ich przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem, większość spiskowców schroniła się we Francji. Van M. przydzielony został do sztabu Armii Północy, najwidoczniej na wypadek, gdyby Dumouriez wkroczył do Belgii i Holandii.
Ida, dziewczyna żywego temperamentu, ciekawa świata i lubiąca niezwykłe sytuacje, postanowiła w męskim przebraniu towarzyszyć mężowi. Było to dla niej tym łatwiejsze, że świetnie jeździła konno, znała się na fechtunku, a mimo młodego wieku umiała skutecznie obronić się przed niewczesną natarczywością intruzów. "Potrafiłam wsadzić palec w oko, kiedy taka była potrzeba" - pisała potem w pamiętnikach.
Wtedy właśnie armia księcia brunszwickiego maszerowała na Paryż. Ida uznała, że koniecznie musi zobaczyć klęskę Prusaków, bo nie miała żadnych wątpliwości, iż Francuzi odniosą zwycięstwo. Znalazła się więc na polu bitwy pod Valmy, przez kilka godzin stała w ogniu armatnim, i podobnie jak w przypadku Neya, batalia ta była pierwszą w jej życiu. W następnych latach wielokrotnie towarzyszyła armii i - jak można sądzić z jej wspomnień, sama brała udział w walce. Takich kobiet w owym czasie było wiele, a jedna z nich, Angelique Duchemin, otrzymała nawet krzyż Legii Honorowej. Wieczorem, w dniu zwycięstwa pod Valmy, Ida opuściła małżonka - znacznie starszego od niej - i połączyła się z oficerem inżynierów kapitanem Armandem Marescotem. Ów Marescot to bardzo ciekawa, a zarazem tragiczna postać. Wyjątkowo zdolny, już w 1794 roku mianowany został generałem brygady, a wkrótce dywizji. Kierował oblężeniami wielu miast, m. in. także Maastricht. Po przewrocie 18 Brumaire'a popierany przez Bonapartego, otrzymał w styczniu 1800 roku stanowisko generalnego inspektora wojsk inżynieryjnych. To on właśnie, jako dowódca saperów Armii Rezerwowej, organizował jej słynny przemarsz przez alpejską Wielką Przełęcz Św. Bernarda, a potem zmusił do kapitulacji fort Bard, którego austriacka załoga przez wiele dni blokowała Francuzów. Przewodniczący Komitetu Fortyfikacji, był odpowiedzialny za modernizację twierdz we Francji i krajach podbitych. Zajmował się umacnianiem wielu miast nadmorskich od Rochefort nad Atlantykiem po Antwerpię. W 1808 roku, w początkach wojny w Hiszpanii posłany został aż do Kadyksu z zadaniem obejrzenia na miejscu umocnień tego portu. Zaskoczyło go tam antyfrancuskie powstanie, ale zdążył połączyć się w Andújarze z 2 korpusem obserwacyjnym Girondy gen. Duponta. Brał udział w nieszczęsnych rokowaniach z gen. Casta?osem, zakończonych kapitulacją pod Baylen. Odesłany przez Hiszpanów do Marsylii, został aresztowany natychmiast po wylądowaniu, zdegradowany i osadzony w paryskim więzieniu 1'Abbaye. Napoleon na niego - podobnie jak na Duponta - zrzucił odpowiedzialność za Baylen. Przez wiele lat nie mógł darować mu tej kapitulacji i przetrzymywał w więzieniu do roku 1812, a potem wygnał na głuchą prowincję pod Tours. Do czynnej służby powrócił Marescot dopiero za Pierwszej Restauracji, kiedy to Dupont został ministrem wojny. Był jednak człowiekiem honoru i nie prześladował swych dawnych towarzyszy broni, związanych z Bonapartem. Podczas Stu Dni pojednał się z Napoleonem, który mianował go członkiem Komitetu Fortyfikacyjnego i inspektorem wojsk inżynieryjnych w pasmach górskich Argonów i Wogezów. Po powrocie Burbonów wystąpił z armii.
W roku 1796 Ida Saint-Elme została przyjaciółką gen. Moreau, dowódcy Armii Renu i Mozeli. Generał kochał ją do tego stopnia, że uważał za swoją żonę i często tak ją przedstawiał. Związek ten trwał przez pięć lat i został zerwany z racji małżeństwa generała z panną Hulot. Przypomnijmy, że także Moreau - podobnie jak Marescot - był postacią tragiczną i że w 1813 roku, już jako doradca cara Aleksandra, został śmiertelnie ranny pod Dreznem. Francuski pocisk armatni urwał mu obie nogi. Zwłoki Moreau przewiezione zostały do Petersburga i pochowane w tamtejszym katolickim kościele św. Katarzyny, tuż obok trumny Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Ida Saint-Elme zainteresowała się Neyem, kiedy zaczęto o nim mówić w Armii Sambry i Mozy. Ponieważ sama pozostawała u boku Moreau w sąsiedniej Armii Renu i Mozeli, nie miała jeszcze bezpośredniego kontaktu z Michelem. Intrygował ją jednak ten młody generał do tego stopnia, że posłała mu kiedyś list z gratulacjami po kolejnym zwycięstwie. W owym czasie wielu wojskowych otrzymywało takie listy od nieznanych kobiet. Była to swoista moda "na patriotyzm" i niewiasty, szczerze związane ze sprawą Rewolucji, uważały za swój obowiązek zachęcać w ten sposób oficerów i generałów do jeszcze większych poświęceń. Ney odpowiedział na to pismo, datując własny list: "na biwaku". W ten sposób rozpoczęła się ich korespondencja, zresztą niezbyt ożywiona, bo Ida w dalszym ciągu czuła się związana z Moreau.
W początkach 1800 roku Ida znalazła się w Paryżu. Tu zyskała protekcję Lucjana Bonaparte, pełniącego wtedy obowiązki ministra spraw wewnętrznych. Postanowiła wówczas rozpocząć karierę aktorki i dzięki poparciu Lucjana rzeczywiście została przyjęta do ekskluzywnego zespołu Comédie-Française. Wystąpiła na scenie, ale - jak sama przyznaje to w swoich wspomnieniach - nie odniosła specjalnych sukcesów. Niemniej jednak aktorska profesja pozwalała zajmować liczącą się pozycję w życiu towarzyskim Paryża. Mieszkała na lewym brzegu Sekwany w pałacyku przy rue de Baylone, a jej sytuacja materialna była na tyle dobra, że mogła prowadzić w pełni niezależną egzystencję.
Ida Saint-Elme była niezbyt wysoką blondynką o krótko obciętych włosach, "lekko zadartym nosku i błękitnych oczach". Ney wspominał po latach, jak silne zrobiła na nim wrażenie, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy stojącą w promieniach słońca we framudze okna. Powiedziała mu wtedy, że jej prawdziwe imię to Elzelina, natomiast Ida jest tylko pseudonimem używanym na deskach Comédie-Française. Ney wolał jednak nazywać ją Marianną, bo imię to było niezwykle popularne. Przypomnijmy, że kiedy w 1792 roku obalono monarchię, żyrondyści chcieli stworzyć symbol Republiki. Z ich inspiracji pojawiły się więc wizerunki "młodej kobiety z ludu", której nadano imię Marianna. Wszyscy, którzy uważali się za prawdziwych republikanów, obdarzali tym imieniem swoje córki, tak właśnie pieszczotliwie wołali na żony i przyjaciółki. Ulegając tej modzie, podobnie postąpił Ney.
Michel widywał parokrotnie Idę jeszcze podczas służby nad Renem, najczęściej w sztabie gen. Moreau. Po raz pierwszy rozmawiał z nią sam na sam latem 1802 roku, na krótko przed ślubem z Aglaé. W kilka lat później, posługując się notatkami, ustalił, że było to 24 lipca. Od tej pory w rocznicę posyłał Idzie bukiet ze 100 czerwonych róż.
Bezpośrednio po ślubie Ney udał się z Aglaé do swej niewielkiej posiadłości la Petite Malgrange pod Nancy, w której stale przebywał jego ojciec. Idylla nie trwała długo, bo już 29 września generał otrzymał rozkaz wyjazdu do Genewy i zajęcia się sprawami Szwajcarii. Był to niewątpliwy dowód, że Bonaparte zaakceptował go jako swego człowieka.
W tym czasie Szwajcaria ogarnięta była wojną domową. Mimo zawarcia pokoju w Amiens, agenci brytyjscy podburzyli ludność konserwatywnych kantonów przeciwko profrancuskiemu rządowi kierowanemu przez liberała Jeana Rodolphe'a Doldera. Dwa tysiące buntowników pod wodzą Aloisa Redinga, który już wcześniej walczył z Francją w szeregach armii austriackiej, zajęło Zurych i Berno. Legalny rząd schronił się w Lozannie i zwrócił o pomoc do Francji. Bonaparte zdecydował się interweniować, nie chcąc dopuścić, aby Szwajcaria wymknęła się z francuskiej strefy wpływów.
Michel Ney miał być zarówno dowódcą wojskowym, jak też pełnomocnikiem upoważnionym do podejmowania decyzji politycznych. Przed opuszczeniem Paryża otrzymał szczegółową instrukcję od ministra spraw zagranicznych Talleyranda. Minister zalecał mu, aby unikał pisania oficjalnych listów i wygłaszania publicznych przemówień. Generał miał zająć Szwajcarię, przywrócić tam spokój, ugruntować francuskie wpływy, a wszystkiego tego dokonać jak najmniejszym kosztem zarówno w sensie finansowym, jak też ofiar w ludziach. Szwajcaria była traktowana jak kraj przyjazny Francji, dlatego też wszelkie represje skierowane przeciwko miejscowej ludności byłyby fatalnym błędem.
Ponieważ konserwatyści zwołali w Zurychu swój parlament, Ney wezwał ich, by zrezygnowali z takich planów i rozwiązali zgromadzenie. Kiedy apel ten nie odniósł skutku, 22 października 1802 roku przekroczył granicę. Francuzi, praktycznie bez wystrzału, zajęli Zurych i Berno, a potem konserwatywne kantony Lucernę, St. Gallen, Schwyz, Uri, Unterwalden i Glarus. Ponieważ niektórzy z powstańczych przywódców zapowiadali "sycylijskie nieszpory, skoro tylko spadną śniegi", a więc wymordowanie Francuzów, Ney rozkazał uwięzić kilkunastu z nich. Inni znaleźli schronienie w Niemczech, przede wszystkim w Konstancji. W początkach listopada powrócił spokój.
Ney mianowany został teraz dyplomatycznym przedstawicielem Francji przy rządzie Republiki Helweckiej na miejsce dotychczasowego ambasadora de Veminaca. Jednym z pierwszych zadań było sporządzenie listy tych szwajcarskich polityków o różnych poglądach, którzy mieli udać się do Paryża i pertraktować tam na temat układu z Francją. Zgodzili się niemal wszyscy, których generał wyznaczył do deputacji. Odmówił jedynie znany filozof La Harpe, dawny wychowawca rosyjskiego cara Aleksandra. Delegacja objęła 63 członków: 45 zwolenników silnego rządu centralnego i 18 stronników utrzymania luźnej federacji kantonów. 10 listopada doszło do pierwszego spotkania w Paryżu z reprezentantami władz francuskich: byłym ambasadorem w Bernie, Barthelémym, ministrem policji Fouchém oraz członkiem Rady Stanu Roedererem. 19 lutego 1803 roku Bonaparte zaakceptował ostateczny tekst Aktu Mediacyjnego, który precyzował zarówno zasady ustrojowe Szwajcarii, jak też potwierdzał, że należy ona do francuskiej strefy wpływów. Republika Helwecka utraciła Miluzę, Genewę, Bienne, Neufchâtel i kilka innych miejscowości, ale w zamian otrzymała pasmo ziem nad Renem.
Ney pozostawał w Szwajcarii do 22 listopada 1803 roku, kiedy to zastąpił go inny wojskowy, gen. Honoré Vial. Te piętnaście miesięcy spędzone w Republice Helweckiej wywarły istotny wpływ na jego psychikę, sposób myślenia, polityczne poglądy i obyczaje. Nie był już republikańskim generałem lubiącym obozowe życie i towarzystwo prostych żołnierzy. Aglaé, która przybyła doń latem 1803 roku po urodzeniu pierwszego syna Josepha-Napoleona, ułatwiła mu kontakty z zamożnym mieszczaństwem Berna i Genewy. Ney zaczynał rozumieć teraz, "co to jest polityka", odnosił niekwestionowane sukcesy w tej dziedzinie, był nawet chwalony przez Talleyranda. Znacznie rozszerzył się jego horyzont myślowy, po raz pierwszy miał do czynienia z ważną sprawą w skali Europy, a ponieważ jej załatwienie zależało w dużym stopniu od jego postępowania, bardzo starał się, "aby wszystko było jak najlepiej". Miał świadomość, że jest to szczególnie ważny egzamin, od którego wyniku zależy jego przyszłość. Tu dodajmy, że Bonaparte wypróbowywał także innych generałów w misjach dyplomatycznych: Jeana Lannes'a i Andoche'a Junota w Portugalii, Charles'a Gardanne'a w Persji, Horace'a Sebastianiego w Turcji, Antoine'a Andreossy'ego w Anglii.
Michel Ney, zanim wrócił do Francji, zawarł znajomość z człowiekiem, który odegrał ważną rolę w jego życiu. Był to Antoine-Henri Jomini, młody Szwajcar, urodzony w 1779 roku w Payerne, w kantonie Vaud. Pracował w banku w Bazylei i Paryżu, w 1798 roku wstąpił do armii szwajcarskiej jako porucznik. Przez pewien czas adiutant ministra wojny Kellera, w 1800 roku mianowany został szefem batalionu. Po opuszczeniu służby znalazł zatrudnienie w wytwórni sprzętu wojskowego Delponta w Paryżu. Chociaż jego kariera militarna trwała bardzo krótko, przygotował do druku Traktat o wielkich operacjach, w którym nie tylko analizował dotychczasową myśl wojskową, ale przedstawiał też własne oryginalne rozważania. Jomini wręczył Neyowi swój rękopis, poprosił o przestudiowanie i oświadczył, że chętnie wstąpiłby na francuską służbę. Generał, który do tej pory nie miał żadnego teoretycznego przygotowania i który podobnie jak jego mistrz Kléber był przede wszystkim praktykiem, przeczytał uważnie Traktat i doszedł do wniosku, że jest to praca bardzo wartościowa. Zapamiętał Jominiego, obiecał mu protekcję i rzeczywiście w rok później mianował swoim adiutantem. Jomini - jeden z największych teoretyków wojskowości XIX stulecia - pozostanie u boku Neya przez dobrych kilka lat.
Pokój w Amiens nie trwał długo. Już wiosną 1802 roku w prasie angielskiej rozpoczęła się wyjątkowo napastliwa kampania przeciwko Bonapartemu, którego pogardliwie nazywano Boney i przedstawiano w jak najgorszym świetle. Na Wyspach Brytyjskich wciąż znajdowali schronienie emigranci - rojaliści i szuani. Niektórzy z nich, sowicie zaopatrzeni w pieniądze, powracali potajemnie do Francji z zamiarem wywołania w Wandei nowego powstania albo dokonania zamachu na życie pierwszego konsula. Anglia odmówiła spełnienia większości postanowień traktatu pokojowego; m. in. nie ewakuowała Malty, która stała się jej główną bazą na Morzu Śródziemnym. Równocześnie Francuzi nie chcieli wycofać się ze Szwajcarii, uznając, że należy ona do ich strefy wpływów.
16 maja 1803 roku Anglicy zerwali pokój w Amiens, rozpoczynając blokadę francuskich portów. Wznowione zostały działania wojenne, które z czasem miały objąć znaczną część Europy i zakończyć się dopiero w roku 1815 ostateczną klęską Napoleona.
Bonaparte powrócił do pomysłu inwazji Wysp Brytyjskich, nad czym zastanawiał się już w 1798 roku. 28 czerwca przybył do Boulogne i polecił przystąpić do budowy wielkiego obozu wojskowego. Wybrał to miasto, bo stąd najbliżej było na drugą stronę kanału La Manche. Już w starożytności Juliusz Cezar tu właśnie zgromadził swoje legiony przed inwazją Anglii. Stopniowo podobne obozy powstały na wybrzeżach Belgii i Holandii. Do końca 1803 roku rozmieszczono tam blisko 100 tysięcy żołnierzy ściągniętych z głębi kraju.
O inwazji Wysp Brytyjskich myślano we Francji od dawna. Po roku 1792 opracowano niejeden projekt takiej operacji. Zajmowali się tym zarówno wysokiej klasy specjaliści: inżynierowie wojskowi, saperzy i sztabowcy, jak też zwykli awanturnicy, którzy swoje fantazyjne pomysły (m. in. użycia wielkich balonów transportowych) próbowali sprzedać Konwentowi, a potem Dyrektoriatowi.
W 1795 roku doszło do niefortunnej ekspedycji pod wodzą gen. Lazare'a Hoche'a ku wybrzeżom Irlandii. Wprawdzie wyprawa zakończyła się fiaskiem, ale powszechnie uważano, że było to wynikiem fatalnych warunków atmosferycznych - panował sztorm - a nie wadliwości samej koncepcji. Tak więc w dalszym ciągu przeważała opinia, że przeprawa przez kanał La Manche jest możliwa. W 1798 roku interesował się taką operacją desantową Bonaparte i spędził nawet kilka dni w Boulogne. Projekt chwilowo zarzucono wraz z wyprawą do Egiptu. To, że Armia Wschodu mogła przedostać się nad Nil - głównie z racji błędów popełnionych przez Nelsona, który po prostu zgubił francuskie okręty - uważano za dowód, iż mimo liczebnej przewagi Royal Navy można będzie przeprawić przez kanał La Manche kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Dla francuskich sztabowców uchodziło za rzecz pewną, że skoro tylko wojska desantowe znajdą się już na brytyjskich plażach, cała sprawa będzie przesądzona, bo Anglia nie dysponuje poważniejszą armią lądową.
Historycy do dziś spierają się, co było głównym celem Bonapartego: czy rzeczywiście chciał on przedostać się przez kanał La Manche mimo braku własnej floty wojennej, czy też zamierzał przede wszystkim stworzyć znakomitą armię przeznaczoną do przyszłych wojen na kontynencie. W tym drugim wypadku przygotowania do inwazji Wysp Brytyjskich miały być tylko pozorne i wprowadzić w błąd Austrię, Prusy i Rosję. Spór ten najprawdopodobniej nigdy nie zostanie rozstrzygnięty. W każdym razie wzdłuż wybrzeży Francji, Belgii i Holandii przez dwa lata (1803-1805) trwała wielka praca organizacyjna i szkoleniowa, w którą zaangażowanych było kilkaset tysięcy żołnierzy i oficerów.
17 stycznia 1804 roku Ney otrzymał od Bonapartego rozkaz udania się do Montreuil na wybrzeżu kanału La Manche i objęcia komendy nad rozlokowanym tam wojskiem. Miały mu od tej pory podlegać trzy dywizje piechoty generałów Duponta de 1'Etang, Loisona i Malhera oraz dywizja lekkiej jazdy gen. Tilly'ego. Z tymi oddziałami Ney będzie związany przez najbliższe lata.
Najwybitniejszym z generałów był bez wątpienia Pierre Dupont. Urodzony w 1765 roku, służbę wojskową rozpoczynał w Holandii. Należał przez jakiś czas do Armii Północy, ale nie spotykał się do tej pory z Neyem. Zwrócił na siebie uwagę podczas wydarzeń 13 Vendémiaire'a, kiedy to pod rozkazami Bonapartego tłumił w Paryżu bunt rojalistów, za co otrzymał stopień generała dywizji. Mianowany szefem sztabu Berthiera, odegrał istotną rolę w kampanii 1800 roku. Zdobył fort Bard, bił się pod Marengo i nad rzeką Mincio. Zyskał sobie wówczas przydomek "śmiałego generała".
Louis Loison, urodzony w 1771 roku, był początkowo oficerem huzarów. I on także brał udział w tłumieniu rojalistycznego buntu 13 Vendémiaire'a. Przydzielony do Armii Helwecji, otrzymał w 1799 roku stopień generała dywizji, potem brał udział w kampanii włoskiej i bił się pod Marengo.
Jean Malher, urodzony w 1761 roku, służył przed Rewolucją w pułku Neustrie. Potem w paryskiej gwardii narodowej, a od 1792 w Armii Północy. W 1800 roku we Włoszech odznaczył się zdobyciem Aosty.
Wreszcie najstarszy z nich, Jacques Tilly, urodzony w 1749 roku. Przed Rewolucją był kapitanem w królewskim pułku piechoty Soissonnais. Przez kilka lat walczył w Normandii, tłumiąc tam powstanie szuanów. Ney znał go dobrze z Armii Sambry i Mozy, gdzie Tilly był od 1796 roku szefem sztabu.
Oddziały, jakimi komenderował Ney, składały się w połowie z doświadczonych żołnierzy, mających za sobą kilka kampanii, a przynajmniej udział w wojnie 1800 roku nad Renem lub w Italii. Połowę stanowili natomiast rekruci, których trzeba było dopiero nauczyć wojennego rzemiosła. Na szczęście zarówno podoficerowie, jak oficerowie mieli spore doświadczenie bojowe, a wielu z nich zaczynało służbę jeszcze w armii królewskiej. Żołnierze rekrutowali się praktycznie ze wszystkich departamentów. Teraz, mieszkając w obozie, przemieszani ze sobą, zatracali prowincjonalne odrębności i w coraz większym stopniu czuli się Francuzami, a nie jak poprzednio Bretończykami czy Owerniakami. Integracja tej masy żołnierskiej dokonywała się też w innym sensie. Zacierały się już różnice między tymi, którzy wywodzili się z Armii Renu i Armii Italii.
Przez dwa lata w Montreuil, podobnie jak w innych tego typu obozach, trwała wytężona praca polegająca nie tylko na typowym szkoleniu piechurów, kawalerzystów i artylerzystów, ale również przeprowadzaniu operacji wsiadania do łodzi, odbijania od brzegu przy wysokiej morskiej fali, wiosłowania w każdych warunkach pogody i wreszcie lądowania na plażach. W gruncie rzeczy było to tworzenie piechoty morskiej, chociaż nikt wtedy nie używał takiego terminu.
Ney od dawna zabiegał o "jakąś komendę" w armii przygotowującej się do inwazji Anglii. Pisał w tej sprawie parokrotnie do Bonapartego, oferując swoje usługi. Był jedynym generałem związanym kiedyś z Moreau, któremu powierzono dowództwo zgrupowania kilku dywizji. Świadczyło to, że Napoleon uważa go w pełni za swego człowieka. Komendę nad pozostałymi obozami sprawowali Bernadotte, Marmont, Davout, Soult i Lannes.
Przez cały styczeń i luty 1804 roku Ney przebywał jeszcze w Paryżu. Za zgodą Bonapartego uzupełniał teoretyczne wykształcenie. Dowodzenie tak wielką masą wojska wymagało przecież wiedzy, której dzielny generał nie nabrał podczas walk nad Renem. Dlatego też wiele dni spędził w archiwum ministerstwa wojny, studiując pisma teoretyków wojskowych i zapoznając się z projektami operacji desantowych, nie tylko dotyczących Anglii. Pomagał mu w tym Jomini, który miał być szefem jego sztabu.
Około 10 lutego - dokładna data nie jest znana - Ney złożył wizytę Moreau, który przebywał wtedy w swym paryskim pałacyku, demonstrując opozycję wobec tego, co czynił Bonaparte. Były dowódca Armii Renu wypomniał generałowi, że "jest stałym gościem w Tuileries". Ten odpowiedział na to, że "służy Francji" i "zachodziłby do Tuileries także wtedy, gdyby to Moreau był pierwszym konsulem". Rozmowa była chłodna i nie trwała długo. 4 marca Ney udał się do Montreuil.
Tymczasem w Paryżu rozgrywały się doniosłe wydarzenia. Jeszcze w październiku 1803 roku policjanci Fouchégo pochwycili kilku szuanów. Jeden z nich, w chwili gdy miał być rozstrzelany, wyjawił, że w stolicy przebywa Georges Cadoudal, jeden z dawnych przywódców powstania w Wandei. Jego celem miało być zamordowanie Bonapartego, dokonanie zamachu stanu i przywrócenie władzy Burbonów. Rzecz jasna, Cadoudal nie był w stanie zrealizować tego sam ani nawet z grupą byłych podkomendnych. Stwierdzono, że pozostaje w kontakcie z gen. Pichegru, który zbiegł z zesłania w Gujanie i poprzez Anglię wrócił do Francji. Podejrzewano, że współdziała z gen. Moreau. Policja rozpowszechniła rysopis Cadoudala: "Wzrost 5 stóp 3 cale, niezwykle silny i brzuchaty...". 15 lutego aresztowany został Moreau, potem w ręce policji wpadł Pichegru. Wreszcie 9 marca zatrzymano Cadoudala, w chwili gdy zmieniał kryjówkę.
Podczas przesłuchania przywódca szuanów zeznał, że do spiskowców miał przyłączyć się "pewien książę". Bonaparte uznał, że chodzi o księcia d'Enghien, ostatniego z Kondeuszy, który w owym czasie mieszkał w Ettenheim w Badenii, zaledwie kilka kilometrów od granicy Francji. Książę został uprowadzony, przewieziony do Vincennes pod Paryżem i po parodii procesu skazany przez trybunał wojskowy na karę śmierci. Wyrok wykonano natychmiast. D'Enghien został rozstrzelany 21 marca o godzinie 4 nad ranem w zamkowej fosie, a jego zwłoki wrzucono do dołu ze śmieciami. 5 kwietnia, w do dziś nie wyjaśnionych okolicznościach, w więzieniu Tempie zakończył życie Pichegru. Znaleziono go powieszonego na własnym krawacie, mówiono jednak, że nie było to samobójstwo.
Sprawa Cadoudala, Pichegru i Moreau, których oskarżano o spisek na życie Bonapartego oraz dążenie do restauracji Burbonów, przyśpieszyła wyniesienie Napoleona na tron cesarski. Dzienniki pełne były artykułów tłumaczących, że tylko ustanowienie "rodzimej dynastii narodowej" może zabezpieczyć Francję przed powrotem Starego Porządku. Do Pałacu Tuileries napływały adresy od wszelkiego rodzaju instytucji z zapewnieniami wierności i poparciem dla idei zaprowadzenia cesarstwa. 29 kwietnia taki dokument wystosowali żołnierze i oficerowie z obozu w Montreuil. Podyktowany przez Neya, utrzymany był w pompatycznym stylu. "Monarchia francuska załamała się pod ciężarem czternastu wieków. Odgłosy jej upadku przeraziły cały świat i wstrząsnęły tronami Europy. Francja, zagrożona ze wszystkich stron, przez dziesięć lat rewolucji przeżyła każde z nieszczęść, jakie tylko mogą być udziałem narodów. To ty, Generale-Konsulu, promieniując swą chwałą, zabłysłeś geniuszem i oto nagle ustały wszelkie burze. Przyjmij więc tę cesarską koronę, którą przeznacza dla ciebie 30 milionów poddanych. Karol Wielki, najsłynniejszy z naszych dawnych królów, otrzymał ją z rąk Zwycięstwa. Oby ta korona mogła być przekazana Twoim potomkom. Niech imię Twoje przetrwa wiecznie...".
18 maja 1804 roku proklamowane zostało cesarstwo "dziedziczne w rodzinie Bonaparte". Józefina otrzymała tytuł cesarzowej, a bracia Napoleona, Józef i Ludwik - tytuły książąt. Wyłączeni zostali jednak Lucjan i Hieronim, pokłóceni z cesarzem, przede wszystkim z racji "niewłaściwych związków małżeńskich". Tytuły księżnych nosiły od tej pory również siostry cesarza: Eliza, Karolina i Paulina.
Już następnego dnia Napoleon mianował czternastu marszałków służby czynnej i czterech honorowych. Wbrew powszechnej opinii nie były to stopnie wojskowe, ale godności dworskie, a ci, których nimi obdarzono, zaliczali się do "wielkich urzędników cesarstwa". Marszałkowie zajmowali w tej hierarchii piąte miejsce po cesarzu i cesarzowej, rodzinie cesarskiej, dygnitarzach dworu takich jak wielki koniuszy czy wielki łowczy, oraz ministrach. W praktyce jednak przyjęło się uważać marszałków za dowódców wojskowych najwyższego stopnia podlegających bezpośrednio imperatorowi.
Na liście ogłoszonej przez cesarza znajdowały się następujące nazwiska: Berthier, Murat, Moncey, Jourdan, Masséna, Augereau, Bernadotte, Soult, Brune, Lannes, Mortier, Ney, Davout i Bessi?res. Do tego dochodziło czterech marszałków honorowych: Kellermann, Lefebvre, Pérignon i Sérurier.
W przypadku marszałków honorowych interpretacja była prosta. Napoleonowi chodziło o podkreślenie zasług tych generałów, którzy w wojnach Rewolucji dowodzili samodzielnymi armiami i odnieśli liczące się zwycięstwa, jak chociażby Kellermann pod Valmy.
Od razu dostrzeżono, że połowa marszałków służby czynnej wywodzi się z Armii Renu, a połowa z Armii Italii. Do pierwszej kategorii zaliczano Bernadotte'a, Davouta, Jourdana, Lefebvre'a, Mortiera, Neya i Soulta. Do drugiej natomiast Augereau, Berthiera, Bessi?res'a, Brune'a, Lannes'a, Massenę i Murata. W ten sposób - mówiono - cesarz chce jednako uhonorować oba wielkie człony armii francuskiej.
W rzeczywistości na dobór marszałków z tej pierwszej promocji wpłynęły też inne czynniki. Podział na "panów" i "obywateli", czyli tych, którzy wywodzili się z Armii Renu i z Armii Italii, był jedynie pozorny. Napoleon chciał stworzyć wrażenie, że nie faworyzuje wyłącznie ludzi mu przychylnych, którzy uczestniczyli w pierwszej kampanii włoskiej czy wyprawie do Egiptu. Na liście marszałków znaleźli się oczywiście ci, na których cesarz mógł z całą pewnością liczyć, tacy chociażby jak Berthier, Murat, Davout, Bessi?res, Lannes. Równocześnie jednak marszałkowskie buławy otrzymali generałowie, którzy znani byli z opozycji wobec Bonapartego: Augereau, Bernadotte, Jourdan, Brune i Masséna. Najwyraźniej cesarz chciał w ten sposób zapobiec temu, by - jeśli zostaną pominięci w tej godności - nie związali się z jego przeciwnikami politycznymi. Dodajmy, że niektórzy marszałkowie zajmowali miejsce pośrednie: nie byli do tej pory ludźmi Napoleona, ale też nie należeli do jego wrogów. W tej grupie można pomieścić Lefebvre'a, Mortiera i Soulta.
Ney zajmował dopiero dwunaste miejsce na liście marszałków i wyprzedzał tylko młodszych od siebie, Davouta i Bessi?res'a. Jego stan służby nie zawierał wzmianek o szczególnych zasługach na polu walki, poza udziałem w decydującej o wynikach kampanii 1800 roku bitwie pod Hohenlinden. Takich jak on generałów dywizji było z pewnością wielu. Do tej pory nigdy nie walczył pod rozkazami Bonapartego i na dobrą sprawę cesarz nie widział go jeszcze w ogniu. Wygląda więc na to, że marszałkowską buławę otrzymał przede wszystkim z tej racji, iż od dwu lat wiernie spełniał rozkazy Napoleona - najpierw w czasie pobytu w Szwajcarii, a potem dowodząc obozem wojskowym w Montreuil. Po 1801 roku, kiedy Bonaparte toczył coraz ostrzejszą walkę z Moreau, Ney wystrzegał się bliższych kontaktów z dawnym dowódcą Armii Renu, chociaż spotykał się z nim parokrotnie na gruncie towarzyskim. Wszechobecna w owych czasach policja Fouchégo meldowała Bonapartemu, że Ney nie jest zamieszany w żadne spiski i sprzysiężenia i że parokrotnie wypowiadał się krytycznie o postępowaniu Moreau. Reasumując, Napoleon mógł go uznać za posłusznego sobie wykonawcę rozkazów, któremu jednak brak własnej inicjatywy i od którego nie można oczekiwać niezwykłych czynów.
28 maja, a więc zaledwie w dziesięć dni po proklamowaniu cesarstwa, rozpoczął się proces Moreau i czterdziestu innych oskarżonych o spisek. Ney był wtedy w Paryżu, bo brał udział w uroczystościach związanych z ustanowieniem imperium. Według niektórych relacji miał być obecny na jednym z posiedzeń trybunału, ale wydaje się to mocno wątpliwe. Gdyby rzeczywiście udał się na salę sądową, to tym samym musiałby demonstracyjnie opowiedzieć się po stronie Moreau - i publicznie wyrazić wobec niego sympatię - albo też, przeciwnie, potępić generała. Ney już wcześniej dokonał jednoznacznego wyboru - za Bonapartem, a przeciw Moreau - dlatego teraz nie musiał wcale przysłuchiwać się jego procesowi.
Mimo nacisków ze strony Napoleona sędziowie nie zdecydowali się skazać Moreau na śmierć. Świadkowie oskarżenia plątali się w zeznaniach i nie można było udowodnić, że generał brał bezpośredni udział w spisku na życie Bonapartego. Nie dowiedziono nawet, że chociaż raz spotkał się z Pichegru. Niektórzy z oskarżonych odwołali to, co zeznali w śledztwie pod wpływem tortur. Ostatecznie Moreau wyłączony został z grupy najbardziej obciążonych spiskowców, z których dwudziestu otrzymało wyroki śmierci. W jego przypadku sędziowie doszli do wniosku, że nie mogą uznać go za niewinnego, bo w ten sposób zdezawuowaliby samego cesarza, który przecież wielokrotnie określał generała mianem "zdrajcy", "sprzedawczyka" i "zwolennika Burbonów". Moreau skazany więc został na dwa lata więzienia, co przyjął jako osobistą zniewagę. Tym samym przecież trybunał uznał, że przynajmniej część zarzutów była prawdziwa.
Już wcześniej, podczas śledztwa, Moreau doszedł do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem byłoby opuszczenie Francji. Polecił więc żonie, aby sprzedała Grosbois i pałacyk przy rue d'Anjou. Teraz, kiedy zapadły już wyroki, Alexandrine Moreau przy pomocy Fouchégo i Józefiny wyjednała u Napoleona zgodę, by jej małżonek mógł wraz z rodziną wyjechać do Stanów Zjednoczonych.
Ney tylko z dzienników dowiadywał się o przebiegu procesu i dalszych perypetiach Moreau. Przebywał w Montreuil, gdzie dołączyła do niego Aglaé. Jako małżonka dowódcy tego obozu, a więc pierwsza dama w okolicy, czuła się w obowiązku przyjmować korpus oficerski, miejscowych urzędników i notabli. Sam Ney rzadko brał udział w tych spotkaniach, zajęty przede wszystkim szkoleniem wojska. Naturalną koleją rzeczy wytworzyła się przecież rywalizacja między poszczególnymi obozami, które już wtedy traktowano jako odrębne korpusy.
16 sierpnia 1804 roku w obozie w Boulogne odbyło się uroczyste rozdanie krzyży Legii Honorowej, nowego odznaczenia, które ustanowił Napoleon. Otrzymali je ci oficerowie i żołnierze, którzy wyróżnili się w wojnach Wielkiej Rewolucji i już wcześniej zostali za to nagrodzeni bronią honorową. Kawalerowie Legii Honorowej podzieleni zostali na kohorty, a każda z nich obejmowała po kilka departamentów. Wśród dowódców 16 kohort Ney zajmował miejsce siódme. Wyprzedzali go w hierarchii zasług: Berthier, Mortier, Bessi?res, Soult, Lefebvre i Davout. Za nim natomiast pozostali: Bernadotte, Lannes, Decr?s, Moncey, Murat, Bruix, Masséna, Augereau i Jourdan. Siódma kohorta - przydzielona Neyowi - obejmowała departamenty: Rhône, Haute-Loire, Loire, Is?re, Mont-Blanc, Ain, Puy-de-Dôme i Allier. Oficjalną rezydencją marszałka jako dowódcy tej kohorty było dawne arcybiskupstwo w Vienne, w departamencie Is?re.
2 grudnia 1804 roku w paryskiej katedrze Notre Dame odbyła się uroczysta koronacja Napoleona i Józefiny w obecności papieża Piusa VII. Kończyła ona proces ustanowienia cesarstwa, a więc zasadniczych przemian ustrojowych. Przy tej okazji Bonaparte zaprezentował Francuzom hierarchiczną strukturę nowych władz i wyraźnie wyznaczył każdemu z dostojników miejsce, jakie mu przypadło w tej piramidzie splendorów i znaczenia.
Po ceremonii religijnej przy głównym ołtarzu - Bonaparte wziął koronę z rąk zaskoczonego Ojca Świętego, włożył sobie na głowę, a potem koronował małżonkę - para cesarska przeszła do chóru, gdzie u drzwi wejściowych wzniesiono dla niej tron na 24 stopniach. To tam, na podwyższeniu, widoczny z każdego miejsca, imperator złożył przysięgę na wierność konstytucji. Znajdował się - co było oczywiste dla każdego z obecnych - na szczycie hierarchii władzy. Niżej o kilka stopni, z prawej i lewej strony tronu, zajęli miejsca senatorowie, niczym gwardia przyboczna. Jeszcze niżej o kilka stopni stanęli członkowie Rady Stanu, potem Ciała Ustawodawczego i Trybunatu. Pod nimi, ku pewnemu zaskoczeniu publiczności, ulokowano wielkich urzędników Legii Honorowej, a więc dowódców kohort, w tym także Neya. Jeszcze niżej znajdowali się generałowie dywizji i kontradmirałowie, a potem prezesi i prokuratorzy trybunałów cesarskich. Pod nimi umieszczono przewodniczących departamentalnych kolegiów wyborczych, prefektów, generałów brygady i podprefektów.
Niezwykle rozbudowany protokół opracowany w szczegółach przez malarzy Isabeya i Davida pozwalał także na innego rodzaju wywyższenie pewnych osobistości, które miały odgrywać ważną rolę na dworze i w życiu publicznym. Oto do karocy wiozącej cesarską parę z Pałacu Tuileries do katedry zaproszono tylko dwu braci Napoleona - Józefa i Ludwika. Cesarskie siostry: Eliza, Karolina i Paulina, dostąpiły zaszczytu - co prawda przez nie same uważanego za upokorzenie - podtrzymywania trenu Józefiny. Symbole władzy cesarzowej niosło trzech marszałków: Sérurier - pierścień, Moncey - pudło na płaszcz, a Murat - koronę. Napoleon przeznaczył dla siebie aż siedem takich symboli. Trzy z nich, które miały jakoby należeć do Karola Wielkiego - co oczywiście było tylko legendą - wnieśli do katedry marszałkowie Kellermann, Pérignon i Lefebvre. Cztery najważniejsze, związane bezpośrednio z osobą Napoleona, powierzono pieczy kolejnych dostojników. Bernadotte niósł wielki łańcuch, Eugeniusz Beauharnais - pierścień, Berthier - globus, a Talleyrand - pudło na cesarski płaszcz.
Jak z tego widać, Ney nie znalazł się wśród kilkunastu osobistości, które podczas ceremonii odgrywały najważniejsze role. To zrozumiałe, bo biorąc pod uwagę ustalenia protokołu, plasował się dopiero pod koniec trzeciej setki dostojników nowej Francji. Wiedział jednak, podobnie jak inni marszałkowie, że kiedy tylko rozpocznie się wojna, cały ten porządek zostanie zmieniony i na pierwsze miejsca wysuną się dowódcy wojskowi. Już wtedy z zazdrością, a może nawet z zawiścią patrzył na swoich kolegów, którzy byli bliżej cesarza, częściej z nim rozmawiali i otrzymali dworskie godności. On - dwunasty na marszałkowskiej liście nominacyjnej - był na razie tych zaszczytów pozbawiony.
WSTĘP
"Każdy z moich żołnierzy nosi w tornistrze marszałkowską buławę" - powtarzał często Napoleon. Tylko dwudziestu sześciu potrafiło ją jednak z tego tornistra wydobyć. Marszałkowie pojawili się w maju 1804 roku wraz z ogłoszeniem cesarstwa. Na pierwszej liście nominacyjnej znalazło się ich czternastu. Otwierał ją szef sztabu Wielkiej Armii, Alexandre Berthier, a zamykał najmłodszy, Louis-Nicolas Davout. Bonaparte dorzucił jeszcze czterech marszałków honorowych, m.in. François Lefebvre'a i François Kellermanna, którzy otrzymali tę godność jako dowódcy samodzielnych armii w wojnach Wielkiej Rewolucji.
W następnych latach doszło dalszych ośmiu. Ostatni z nich, Emmanuel de Grouchy, zaledwie na kilka tygodni przed Waterloo. Kilku generałów, bez wątpienia zasłużonych, zginęło, zanim jeszcze ustanowiona została godność marszałka. Taki los spotkał m.in. Louisa Desaix'go i Jeana-Baptiste'a Klébera, którzy zresztą zakończyli życie tego samego dnia. Inni, jak chociażby Pierre Dupont czy Dominique Vandamme, byli o krok od uzyskania wymarzonej buławy. Przeszkodziły im w tym jednak klęski pod Baylen i Kulm.
Marszałkowie stanowili elitę Wielkiej Armii. Byli najbliższymi towarzyszami broni cesarza, współautorami jego zwycięstw, pomocnikami w rozwiązywaniu trudnych problemów na polu walki. To na nich też Napoleon zrzucał nieraz winę za źle przeprowadzoną operację czy przegraną batalię. Przez wiele lat na dobre i złe związali się z Bonapartem. Niektórzy dochowali mu wierności do końca, inni zdradzili i przeszli na stronę wroga. Rozmyślając nad kolejami własnego losu, już na Wyspie Świętej Heleny, Napoleon powiedział w rozmowie z markizem de Las Casesem, że nie powinien był dawać marszałkowskiej buławy jednemu człowiekowi. Uważał, że pomylił się w stosunku do Michela Neya, bo "był to tylko doskonały dowódca dywizji".
Opinia cesarza jest z pewnością krzywdząca, wywołana wspomnieniem przegranej pod Waterloo. To właśnie Neya można uznać za typowego napoleońskiego marszałka ze wszystkimi zaletami i wadami tej niezwykłej grupy wojskowych. Nie był tak prawy i uczciwy jak Louis Davout czy Jacques Macdonald, ale równocześnie nie upadł tak nisko jak Auguste Marmont, którego imię na zawsze kojarzy się ze zdradą.
Niektórzy z marszałków, jak chociażby Jean Sérurier, Adrien Moncey czy Dominique Pérignon, nie odznaczyli się niczym wybitnym. Inni natomiast, jak Joachim Murat i Charles Bernadotte, sięgnęli nawet po królewskie korony. Ney zajmował miejsce pośrednie w tej szczególnej skali wartości. Można go przyrównać do André Massény, Jeana Lannes'a i Jeana Soulta.
Miał to, co starzy napoleońscy wiarusi nazywali żołnierskim szczęściem. Był obecny na polach tych bitew, które decydowały o losach wojny. Walczył pod Hohenlinden, Jeną, Pruską Iławą i Frydlandem. Bił się pod Smoleńskiem, Możajskiem, Lützen, Budziszynem i Waterloo. Dowodził takimi dywizjami, które lepiej niż inne potrafiły zmagać się z nieprzyjacielem. Za zasługi w kampanii 1807 roku otrzymał tytuł diuka Elchingen, a to, czego dokonał w odwrocie z głębi Rosji, zapewniło mu godność księcia Moskwy. Równocześnie jednak parokrotnie zawiódł nadzieje cesarza i nie potrafił, jak choćby w 1813 roku, radzić sobie z wielkimi masami wojska.
Burzliwe koleje losu Neya pozwalają także zrozumieć jedną z najważniejszych przyczyn klęski Napoleona. Skłócony niemal z każdym ze swoich kolegów, m.in. z Muratem, Mortierem, Soultem, Masseną i Davoutem, działał nieraz wbrew interesom cesarza, bo nie chciał wykonywać rozkazów rywali. Podobnie zresztą postępowali inni i ta suma antagonizmów między marszałkami okazała się tak wielka, że w jej wyniku napoleońska Francja przegrała mnóstwo bitew i niejedną kampanię.
Spośród innych marszałków wyróżnia Neya jego tragiczny koniec. Większość dokonała żywota we własnym domu i to w późnej starości. On natomiast, podobnie jak Murat, zginął przed plutonem egzekucyjnym, w dodatku z ręki rodaków, chociaż z pewnością wolałby, tak jak Jean-Baptiste Bessiéres, polec trafiony prosto w pierś armatnim pociskiem.
I jeszcze jedno. Michel Ney, syn bednarza z prowincjonalnego Saarlouis, nie mający możnych protektorów ani wykształcenia, jest najlepszym dowodem prawdziwości cesarskiej dewizy, że "każdy z żołnierzy nosi w tornistrze marszałkowską buławę".
Rozdział 1CZŁOWIEK MOREAU
Istnieją pewne podobieństwa burzliwych losów Michela Neya i Napoleona Bonaparte. Urodzili się w roku 1769, pierwszy z nich 10 stycznia, a drugi 15 sierpnia. Obaj przyszli na świat nie tylko na peryferiach ówczesnej Francji, ale jeszcze na takich terenach, które dopiero od niedawna znalazły się pod panowaniem Ludwika XV. Ney pochodził z Saarlouis w zagłębiu Saary i w młodości mówił przede wszystkim po niemiecku, Bonaparte natomiast z Ajaccio na Korsyce i wychowywał się początkowo w kręgu kultury włoskiej. Niewiele brakowało, a nie byliby w ogóle Francuzami.
Ci, którzy przyszli na świat w roku 1769, mieli dwadzieścia lat, kiedy zaczynała się Wielka Rewolucja. Przeżywali więc jej wydarzenia w pełni sił fizycznych, co dla kogoś, kto wybrał zawód żołnierza, ma niebagatelne znaczenie. Roczniki wyraźnie wcześniejsze i późniejsze nie miały już tak idealnej szansy.
Jeszcze dwu przyszłych marszałków cesarstwa: Lannes i Soult, urodziło się właśnie w tym roku. Jeśli dodamy tych z roczników sąsiednich - 1768 i 1770 - Bessi?res'a, Davouta, Mortiera i Sucheta, okaże się, że było to całkiem liczne grono rówieśników.
Ojciec Neya, Pierre, był bednarzem, matka, Catherine Gravelinger, zajmowała się domem. Michel uczęszczał do miejscowej szkoły prowadzonej przez zakon augustianów, ale jego edukacja zakończyła się już po kilku latach. Przez pewien czas praktykował u notariusza Valette'a, gdzie wykonywał zajęcia geodety. W lutym 1787 roku porzucił jednak Saarlouis i na piechotę udał się do Metzu, by wstąpić tam do pułku huzarów Colonel-Général, którego szefem był diuk de Chartres, późniejszy król Ludwik Filip. Nie jest wykluczone, że zachęcił go do tego ojciec, który w młodości sam był żołnierzem.
Ówczesna armia francuska składała się z trzech części: elitarnego Domu Królewskiego, pułków liniowych i powoływanej w czasie wojny nieregularnej milicji. Dom Królewski to Gwardia Przyboczna, regiment Gwardii Francuskiej oraz Gwardia Szwajcarska. Pułki te zapewniały bezpieczeństwo monarchy i dlatego też stacjonowały w Wersalu i Paryżu. Służyli tam - nawet jako prości żołnierze - tylko ci, którzy potrafili udowodnić szlacheckie pochodzenie. Było to oczywiście poza zasięgiem możliwości Neya.
Pozostawała wobec tego służba w jednym z pułków liniowych. Piechota składała się ze 102 takich regimentów noszących nazwy prowincji, w których były formowane - np. Champagne czy Provence - albo też nazwisko właściciela - np. Condé czy Turenne. Ney wybrał jednak kawalerię, a ściślej pułk huzarów, najprawdopodobniej dlatego, że ten rodzaj służby odpowiadał jego temperamentowi. Niebagatelną rolę odgrywało i to, że żołnierze regimentu Colonel-Général nosili barwne mundury: szkarłatne pelisy podbite białym barankiem, błękitne kurtki, czaka z czarnego filcu ozdobione czerwoną kitą. Dla młodego człowieka, który ma osiemnaście lat, liczą się również takie właśnie szczegóły.
Trzeba od razu powiedzieć, że pułk Colonel-Général nie należał do najlepszych w armii francuskiej. Już sam fakt stacjonowania w Metzu, oddalonym o kilkaset kilometrów od Paryża, przesądzał, że nie znajdował się pod bokiem króla i dlatego też służący w nim oficerowie nie mogli liczyć na szybkie awanse. Co więcej, huzarzy zajmowali ostatnie miejsce w hierarchii francuskiej jazdy. Wyprzedzała ich ciężka kawaleria - późniejsi karabinierzy i kirasjerzy - dragoni i strzelcy konni. Ponieważ szefem pułku był diuk de Chartres, wywodzący się z młodszej, orleańskiej linii Burbonów, oznaczało to, że oficerowie tego regimentu są wprawdzie dobrze widziani w Palais-Royal (siedzibie Orleanów), ale nie w Tuileries i Wersalu.
Huzarzy dopiero w roku 1776 stali się we Francji odrębnym rodzajem kawalerii. Bezpośrednio przed Rewolucją było sześć takich pułków o historycznych nazwach: Bercheny, Chamborant, Esterhazy, Saxe, Colonel-Général i Lauzun. Żołnierze rekrutowali się częściowo z cudzoziemców, przede wszystkim Węgrów, ale większość stanowili Alzatczycy i Lotaryńczycy, dla których służba w tych pułkach stała się niejako specjalnością.
Nie ulega wątpliwości, że młody Ney, zaciągając się na pięć lat do pułku huzarów, w skrytości ducha liczył, że być może uda mu się kiedyś zostać oficerem. Byłby to niewątpliwy sukces dla syna prowincjonalnego bednarza. Tuż przed wybuchem Wielkiej Rewolucji korpus oficerski składał się jednak niemal wyłącznie ze szlachty. Na 10 tysięcy oficerów zaledwie tysiąc wywodziło się z ludu. Co więcej, na dworze królewskim panowało przekonanie, że trzeba całkowicie zablokować dostęp do stanowisk oficerskich tym, którzy nie są w stanie udowodnić szlacheckiego pochodzenia przynajmniej od czterech pokoleń. Dlatego też w latach 1781-89 zaledwie 46 plebejuszom udało się uzyskać nominację na podporucznika.
Ney - co nie powinno budzić zdziwienia - przez kilka lat był prostym żołnierzem. Dopiero 1 stycznia 1791 roku został brygadierem, 1 lutego 1792 furierem, a 1 kwietnia tegoż roku starszym wachmistrzem. Jego kariera wojskowa zakończyłaby się zapewne na jakimś stopniu podoficerskim, gdyby nie wybuch Rewolucji. Jej najważniejsze wydarzenia rozgrywały się jednak w Paryżu i pułk Colonel-Général nie brał w nich bezpośredniego udziału. 1 stycznia 1791 roku zniesiono tradycyjne nazwy regimentów, a ten, w którym służył Ney, przekształcony został w 5 pułk huzarów.
Już w kilka dni po upadku Bastylii rozpoczęła się emigracja rojalistów. Objęła ona m.in. dużą część oficerów, przede wszystkim w marynarce i kawalerii. Szczególnie wielu z nich porzuciło pułki po 21 czerwca 1791 roku, a więc po nieudanej ucieczce Ludwika XVI, który pochwycony został w Varennes i sprowadzony z powrotem do Paryża. Nie tylko zwolniło się wiele stanowisk oficerskich, ale przede wszystkim - w miarę jak Rewolucja przybierała coraz ostrzejsze formy - przestano ufać oficerom i chociaż nadal pełnili służbę, byli "ludźmi niepewnymi", bo wywodzili się ze szlachty. Zaczęły się czystki, usuwano z regimentów tych, którzy źle wyrażali się o władzach w Paryżu, dawali wyraz swojej sympatii dla rodziny królewskiej, utrzymywali korespondencję z emigrantami albo też mieli pośród nich krewnych. Narastała atmosfera spisku, powszechnie mówiło się o "zdradzie", coraz więcej oficerów zaliczano do kategorii "podejrzanych".
Już w roku 1791 na polecenie władz rewolucyjnych zaczęto obsadzać stanowiska oficerskie takimi kandydatami, co do których nie było wątpliwości, że "podzielają rewolucyjny zapał" i "nienawidzą arystokratów". Na tej fali wypłynęło wielu przypadkowych osobników i bezideowych karierowiczów, jednak trzeba powiedzieć, że zniesione zostały wówczas te wszystkie ograniczenia i blokady, które sprawiały, iż zdolni podoficerowie nie mieli poprzednio żadnych szans na wydźwignięcie się ponad szarą żołnierską masę.
Rok 1791 to także początek formowania batalionów ochotników, po kilka w każdym departamencie. Tworzono je z członków gwardii narodowej, jaka od pierwszych dni Rewolucji istniała niemal w każdym mieście. Władze paryskie, nie mając pełnego zaufania do armii, chciały dysponować wierną sobie siłą zbrojną. Stąd właśnie bataliony ochotników, w których znacznie łatwiej niż w pułkach regularnych można było uzyskać stopień oficera. Obsada tych stanowisk dokonywała się z wyboru, a potem dzięki protekcji reprezentantów władz rewolucyjnych. Ochotnicy nosili niebieskie mundury, dlatego nazywano ich "błękitnymi". Regularne pułki ubrane były natomiast w białe uniformy, stąd też zawodowych żołnierzy i oficerów zwano "białymi". Bardzo szybko wytworzyła się rywalizacja między dwiema częściami armii. Bataliony ochotników stawiane były za wzór pułkom regularnym. Panowało przekonanie, że są przeniknięte duchem patriotyzmu i wierności sprawie Rewolucji. Szwankowała tam natomiast dyscyplina, a na polu walki często zdarzało się, że ochotnicy szli z byle powodu w rozsypkę. W konsekwencji w 1793 roku Konwent podjął uchwałę o "amalgamacie"; postanowił połączyć obie części armii w taki sposób, że do dwu batalionów ochotniczych dodawano batalion starego wojska i tworzono półbrygadę, która rozmiarami odpowiadała dawnym pułkom liniowym.
Już w roku 1791 mówiło się o wojnie. W pobliżu granic Francji, przede wszystkim nad Renem, zgromadziło się kilkanaście tysięcy emigrantów, którzy tylko czekali na sygnał, by pomaszerować na Paryż. Ponieważ rojaliści korzystali z protekcji Habsburgów, do których należały wtedy austriackie Niderlandy, czyli dzisiejsza Belgia, władze paryskie, w nastroju euforii, wypowiedziały 20kwietnia 1792 roku wojnę "królowi Czech i Węgier". Użyto tej przedziwnej formuły dlatego, aby uniknąć wciągnięcia w konflikt władców państw niemieckich, bo panujący w Wiedniu cesarz Franciszek Habsburg był także cesarzem Rzeszy. Po stronie Austrii i rojalistów wystąpił rychło król pruski. Już latem 1792 roku jego armia przekroczyła granice Francji, odrzuciła wojska generałów Rochambeau, Lucknera, Lafayette'a i podeszła pod Paryż. Dowodzący Prusakami ks. brunszwicki wydał słynny manifest, w którym groził mieszkańcom stolicy najsurowszymi karami, "gdyby coś złego stało się rodzinie królewskiej". Na wiadomość o tym paryżanie przypuścili 10 sierpnia szturm na Pałac Tuileries, wypędzając stamtąd Ludwika XVI, który w kilka dni później osadzony został w więzieniu Tempie. Świadkiem tego szturmu był nikomu wówczas nie znany młody porucznik artylerii, Napoleon Bonaparte.
Decydująca bitwa rozegrała się 20 września pod Valmy. Dowodzący Francuzami generałowie Charles Dumouriez i François Kellermann mieli 50 tys. żołnierzy przeciwko 35 tys. Prusaków. Przez kilka godzin prowadzono przede wszystkim pojedynek artyleryjski. Świeżo utworzone bataliony ochotników, zachęcając się wzajemnie do walki okrzykiem "Niech żyje naród", odniosły niespodziewanie zwycięstwo nad przeciwnikiem wychowanym w szkole wojennej Fryderyka Wielkiego. Straty były minimalne, każda ze stron miała zaledwie 300 poległych. Ponieważ walka toczyła się w strugach ulewnego deszczu, pociski armatnie grzęzły natychmiast w ziemi, nie czyniąc poważniejszych szkód. Prusacy zrezygnowali jednak z marszu na Paryż i wycofali się poza granice Francji. Kiedy wiadomość o zwycięstwie dotarła do stolicy, proklamowano tam 21 września Republikę. Naoczny świadek tej batalii, Goethe, wypowiedział prorocze słowa: "To właśnie tutaj, pod Valmy, rozpoczęła się nowa epoka w dziejach ludzkości".
Valmy to chrzest bojowy Neya. Nie dokonał wprawdzie bohaterskich czynów, bo, jak wynika z przebiegu batalii, nie było to po prostu możliwe. Okazało się jednak, że odznacza się zdumiewającą odpornością psychiczną na polu walki. Stał nieporuszony pod ogniem armatnim, nie przejmując się padającymi obok kulami. Jego koledzy, nawet z wieloletnim stażem, przypadali ku ziemi w naturalnym odruchu samoobrony. Już w tej pierwszej batalii wyrósł więc Ney na takiego żołnierza, którego postawa i przykład mobilizują kolegów, przywracają im zaufanie we własne siły, napełniają wiarą, że zwycięstwo musi być po ich stronie.
29 października, niewątpliwie za postawę pod Valmy, otrzymał Ney nominację na podporucznika. W tydzień później, 5 listopada, był już porucznikiem, a 3 lutego 1793 roku został adiutantem starego generała François Lamarche'a, który wywodził się z pułku Colonel-Général, a teraz komenderował awangardą armii Dumourieza. Rówieśnicy Neya z pokolenia 1769 roku zajmowali podobne stanowiska. Bessi?res był także porucznikiem, Lannes, Soult i Suchet już kapitanami, Mortier szefem brygady, ale Louis
Davout i Napoleon Bonaparte wyprzedzili wszystkich, bo właśnie w roku 1793 otrzymali szlify generalskie.
Ney przydzielony został do Armii Północy, która w pierwszych latach wojen rewolucyjnych odgrywała czołową rolę. Nie był wprawdzie z Dumouriezem pod Jemappes, ale uczestniczył w przegranej batalii pod Neerwinden. Kiedy wiadomość o klęsce dotarła do Paryża, Konwent wysłał na front komisarzy, których zadaniem było aresztować Dumourieza i jego zastępców oraz "uwolnić wojsko od zdradzieckich arystokratów". Dumouriez, wiedząc, że taki areszt grozi mu procesem, a potem gilotyną, uwięził przybyszów z Paryża i próbował zbuntować armię przeciwko władzom rewolucyjnym. Wzywał żołnierzy, by wraz z nim przeszli na stronę Austriaków, a potem wspólnie poszli na stolicę i "uwolnili królową". Udało mu się pociągnąć za sobą około tysiąca ludzi, m.in. z kilku pułków huzarskich. Wraz z Dumouriezem do obozu wroga zbiegł diuk de Chartres, nominalny dowódca 5 regimentu huzarów. To właśnie wtedy odznaczył się Davout, który, widząc zdradę Dumourieza, rozkazał swoim żołnierzom otworzyć ogień do sprzedawczyków. Ney nie brał w tym wszystkim udziału, zdumiony przyglądał się rozwojowi wydarzeń. Bez zastrzeżeń, całym sercem opowiedział się po stronie Republiki, ale jego doświadczenie polityczne było praktycznie żadne.
Ney już wówczas był klasycznym typem żołnierza, którego interesuje przede wszystkim wojenne rzemiosło. Zadecydowały o tym jego znakomite warunki fizyczne: niebywała odporność na trudy, chłopska krzepa, przyzwyczajenie od dziecka do długotrwałego wysiłku. Miał natomiast w pogardzie cywilów, próbujących rządzić armią z bezpiecznego zaplecza. Z ostentacyjną niechęcią odnosił się do "adwokatów i prokuratorów z Paryża", jak w Armii Północy nazywano członków Konwentu. Widział, jak zdolnych i zasłużonych generałów zastępuje się miernotami tylko dlatego, że mają w stolicy wpływowych protektorów. Ta awersja do szukania możnych opiekunów charakteryzowała go przez dobrych kilka lat.
Podczas ofensywy w Belgii Ney przeniesiony został do Armii Sambry i Mozy. Po zdobyciu Louvain jej dowódca Jean-Baptiste Kléber zwrócił uwagę na młodego oficera i mianował go szefem swojej eskorty. To właśnie wtedy Ney otrzymał pierwszą samodzielną komendę. Eskorta stała się w maju 1794 roku oddziałem partyzanckim przeznaczonym do zadań rozpoznawczych, tłumienia buntów, rekwirowania żywności. Takich formacji, zwanych także legionami, było w armii francuskiej kilkanaście. O Neyu (miał już stopień kapitana) zaczęto mówić jako o niezwykłym dowódcy, który dokonuje bohaterskich czynów, prowadzi w ogień swoich ludzi i szczęśliwie wychodzi z każdej opresji. 30 1ipca 1794 roku, mając tylko 30 dragonów, wziął do niewoli 200 huzarów austriackiego pułku Blankenstein. W miesiąc później zagarnął konwój żywności i byłby to samo uczynił z innym, gdyby nie to, że jakiś dezerter uprzedził Austriaków o zamierzonym ataku. Wpadłszy w zasadzkę, potrafił Ney nie tylko przebić się do swoich, ale jeszcze po drodze wziął do niewoli barona Hompescha, którego, niby trofeum, rzucił do nóg Kléberowi.
Jesienią 1794 roku Armia Sambry i Mozy rozpoczęła oblężenie holenderskiej twierdzy Maastricht bronionej przez austriacką załogę pod komendą księcia heskiego. Oblężenie trwało już kilka tygodni, Francuzi byli wyczerpani głodem i koczowaniem w błocie. Na rozkaz Klébera Ney rozpoczął negocjacje, wzywając przeciwnika do złożenia broni. Ku zdumieniu wszystkich wykazał zdolności dyplomatyczne, bo odwołał się do rady miejskiej i uprzedził jej członków, że kiedy tylko nadejdą armaty, Francuzi podejmą generalny szturm, który musi zakończyć się rzezią cywilów. Gdy z murów fortecy dostrzeżono nadciągające działa, rada miejska wymusiła na księciu heskim kapitulację. List Neya, pisany w kwiecistym stylu, do dziś przechowywany jest w protokołach posiedzeń rady.
Po zajęciu Maastricht Armia Sambry i Mozy, chociaż wyczerpana trudami wielomiesięcznej wojny, otrzymała od Carnota zadanie zdobycia Moguncji. Kléber domagał się, aby pozostawiono przy nim "tego niezwykłego oficera, jakim jest Ney", którego Carnot widział już jako dowódcę większego oddziału kawalerii. Przez kilkanaście dni toczył się korespondencyjny pojedynek między obu generałami. Wygrał go Kléber i Ney skierowany został pod Moguncję, bronioną przez silną załogę pruską. Zadanie postawione Armii Sambry i Mozy było wyjątkowo trudne. Do obozu Klébera przybyli komisarze z Paryża: Merlin de Thionville i Paul-Louis Courier, by nadzorować postęp prac oblężniczych. Chociaż większość oficerów miała dosyć tej wojny, Ney gorliwie spełniał swoje obowiązki. Jego rewolucyjny zapał był tak wielki, że podjął się nawet zdobyć ziemne umocnienia, uniemożliwiające podejście do samej twierdzy. 22 grudnia 1794 roku na czele oddziału konnych partyzantów przedostał się skrycie pod okopy i wydał rozkaz do ataku. Kiedy był już w środku umocnień, zorientował się, że żołnierze nie mieli odwagi pójść za nim. Zawrócił więc konia i przebił się przez Prusaków, ale został po raz pierwszy ranny.
Następne dwa lata upłynęły Neyowi na walkach nad Renem. We wrześniu 1795 roku rozbił emigrantów pod Opladen, potem bił się pod Lahn, Friedbergiem, Dierdorfem i Montabaur. 4 czerwca 1796 roku uczestniczył pod komendą Klébera w zwycięskiej bitwie z Austriakami pod Altenkirchen. 15 lipca zajął cytadelę w Würzburgu, potem odznaczył się pod Forchheim, kiedy to wymusił kapitulację tej fortecy. 1 sierpnia mianowany został generałem brygady jako niekwestionowany "zdobywca miast". "Przy takim wodzu nie trzeba zastanawiać się, jak silny jest nieprzyjaciel"- pisał o nim Kléber do ministra wojny.
Tymczasem jednak załamała się francuska ofensywa w kierunku Norymbergi. 19 września arcyksiąże Karol pobił Jourdana w drugiej bitwie pod Altenkirchen i trzeba było zarządzić odwrót ku Renowi. To właśnie wtedy Ney, jako jeden z nielicznych generałów, wykazał wielką odporność na przeciwności losu. Był równie znakomity w tym trudnym cofaniu się, jak poprzednio w pościgu za Austriakami. W szesnaście lat później, podczas odwrotu spod Moskwy, zyska sobie nieśmiertelną sławę.
Pod koniec grudnia 1796 roku Kléber podał się do dymisji. Jego następcami zostali Jean Championnet, a potem Lazare Hoche, najwybitniejszy chyba obok Bonapartego generał, jaki wyrósł podczas wojen rewolucyjnych. 18 kwietnia Ney uczestniczył w zwycięskiej bitwie pod Neuwied, ale w trzy dni później dostał się do niewoli. Stało się to o zmroku, kiedy generał chciał ratować porzucone działo. Był niemal sam, z niewielką eskortą, kiedy uderzyła na nich grupa dragonów. Obalony z konia, przytłoczony wierzchowcem, musiał oddać szablę, kiedy przystawiono mu pistolet do głowy. Hoche natychmiast rozpoczął starania o jego wymianę, posłał mu przez Austriaków generalską szarfę, wreszcie 24 maja uzyskał jego zwolnienie "na słowo", co oznaczało, że przez kilka miesięcy nie może brać udziału w walkach.
Nastąpiła przerwa w działaniach bojowych. Huzarzy Neya rozlokowani byli na terenie Hesji. Niewątpliwie pod wpływem Hoche'a, który okazywał mu niezmienną życzliwość i którego Ney uważał za przyjaciela, młody generał zaczynał rozmyślać o swojej przyszłości. Do tej pory nie wykazywał żadnych politycznych ambicji i kolejni dowódcy Armii Sambry i Mozy musieli nakłaniać go, aby zgodził się przyjąć wyższy stopień. Wywoływało to powszechne zdziwienie, służący w tej armii Charles Bernadotte parokrotnie zachęcał go listownie, aby "upominał się o należne mu nagrody". Trzeba pamiętać, że Ney mimo odwagi na polu walki czuł się niepewnie jako dowódca większych oddziałów. Przerażała go myśl, że mógłby odpowiadać za losy wielu tysięcy ludzi. Widział, jak znakomici dowódcy, zasłużeni dla Republiki, byli odwoływani po jednej przegranej batalii, wzywani do Paryża, stawiani przed rewolucyjnym trybunałem, a potem skazywani na gilotynę. Ta obawa przed awansem wynikała po prostu z tego, że nie miał żadnego wykształcenia. Dlatego też podczas postoju w Hesji starał się uzupełnić wiedzę, czytając m.in. pisma Fryderyka Wielkiego, a zwłaszcza - co charakterystyczne dla niego - ucząc się redagowania pięknych odezw. Dawało to często komiczne rezultaty, bo jego styl był pompatyczny i kwiecisty. Taka była jednak wtedy moda i wielu w ten właśnie sposób podkreślało swe przywiązanie do Republiki. Podniosłe przemówienia i proklamacje często zastępowały militarne talenty i fachową wiedzę.
Rok 1796 był szczególnie ważny w życiu Neya także z innego powodu. Przez pierwsze lata wojen rewolucyjnych liczyły się przede wszystkim te armie, które walczyły nad Renem, w Belgii i Holandii. Ten, kto służył w Armii Północy, Sambry i Mozy albo Renu i Mozeli, był pewien, że bierze udział w najważniejszych działaniach i z tej racji, jeśli tylko odpowiednio się zasłuży, może liczyć na awanse i nagrody. Armiami tymi dowodzili najlepsi generałowie: Dumouriez, Kellermann, Pichegru, Kléber, Jourdan, Hoche, Moreau. Wszystkie pozostałe fronty miały drugorzędne znaczenie.
Sytuacja zmieniła się jednak wiosną 1796 roku, kiedy dowództwo Armii Italii objął mało jeszcze znany gen. Bonaparte. W ciągu kilku tygodni stworzył z tej armii - obdartej, wygłodzonej i niezdyscyplinowanej - świetny instrument prowadzenia wojny. W serii zwycięskich bitew pod Dego, Montenotte, Mondovi, Millesimo, Lodi, Arcole, Castiglione, Rivoli, rozbił wojska piemonckie i austriackie. Zajął Mediolan i całą Lombardię, zmusił do kapitulacji Mantuę, stworzył nowe republiki: Cisalpińską i Liguryjską, narzucił Austriakom korzystny dla Francji pokój w Campo Formio. Udowodnił nie tylko, że jest wielkim wodzem, ale także doskonałym administratorem i dyplomatą. On pierwszy z dowódców odważył się otwarcie przeciwstawić Dyrektoriatowi: zajmował włoskie księstwa, narzucał im kontrybucje, podpisywał rozejmy i zrywał je - zależnie od swej woli.
Nic dziwnego więc, że bardzo szybko wytworzyła się rywalizacja między Armią Italii a wojskami walczącymi nad Renem. Wyrażała się ona m.in. poprzez kult dowódców: z jednej strony Bonapartego, a z drugiej generałów: Pichegru, Jourdana, Hoche'a i Moreau. Żołnierzy znad Renu nazywano "panami''(Monsieurs), podczas gdy ci, co walczyli w Italii, uchodzili za, "obywateli" (citoyens).
Jean-Victor Moreau był starszy od Napoleona, urodził się w roku 1763 w bretońskim mieście Morlaix. Przed wybuchem Rewolucji nie służył w wojsku, był studentem wydziału prawa w Rennes. W 1791 roku został dowódcą batalionu ochotników departamentu Ile-et-Vilaine. Skierowany do Armii Północy, a potem Renu i Mozeli, walczył przez długi czas pod rozkazami Pichegru i był z nim zaprzyjaźniony. To Pichegru wyjednał mu stopień generała brygady, przekazał komendę nad Armią Północy, a potem otaczał protekcją. Moreau odznaczył się pod Tourcoing i Neerwinden, brał udział w zdobywaniu Holandii. Dzięki autentycznym zasługom na polu walki został generałem dywizji. W 1796 roku powierzono mu Armię Renu i Mozeli. Kiedy Bonaparte zwyciężał w Italii, Moreau odnosił sukcesy nad Austriakami w Bawarii i doszedł do Monachium, ale potem musiał wycofać się ku granicom Francji, bo wspierająca go armia Sambry i Mozy pod rozkazami Jourdana doznała serii porażek.
Przez dłuższy czas wydawało się, że przywódcą "nadreńczyków" jest Pichegru, zdobywca Holandii, cieszący się wielkim autorytetem. W kwietniu 1797 roku żołnierze Moreau zagarnęli furgon generała Klinglina. Znaleziono w nim korespondencję austriackiego dowództwa ze szpiegami na terenie Francji, a także tymi, którzy po cichu sprzyjali Austriakom i rojalistom. Listy były zaszyfrowane i Moreau posłał je do Strasburga gen. Desaix'mu, który leczył właśnie rany i miał sporo wolnego czasu. Desaix złamał szyfr i ustalił ponad wszelką wątpliwość, że agent kryjący się pod pseudonimem "panny Zédé" to gen. Pichegru. Papiery Klinglina nie pozostawiały żadnej wątpliwości: Pichegru był zdrajcą, wydał nieprzyjacielowi mnóstwo tajemnic wojskowych, a co gorsza, zawarł z nim taki rozejm, że armia francuska musiała koczować przez kilka tygodni na błotnistej równinie. Chodziło o podkopanie jej morale, spowodowanie masowej dezercji i podjęcie próby buntu przeciwko rewolucyjnym władzom w Paryżu.
Moreau, powiadomiony o wszystkim przez Desaix'go, grał na zwłokę. Był przyjacielem Pichegru, ale nie tylko dlatego nie chciał ujawnić kompromitujących dokumentów. Zawdzięczał mu tak wiele, że według wszelkiego prawdopodobieństwa sam musiałby stanąć przed rewolucyjnym trybunałem. Tymczasem w Italii żołnierze Bonapartego zagarnęli w Trieście markiza d'Antraigues'a, przy którym znaleziono niemal takie same dokumenty co w furgonie Klinglina. Bonaparte nie zwlekał z przesłaniem ich do Paryża, a co więcej, podesłał Barrasowi 12 tysięcy żołnierzy z gen. Augereau, dzięki czemu mógł on dokonać zamachu stanu 18 Fructidora i zażegnać niebezpieczeństwo przejęcia władzy przez rojalistów. Moreau dopiero we wrześniu 1797 roku powiadomił Paryż o dokumentach Klinglina. Pichegru, który był wtedy przewodniczącym Rady Pięciuset, a więc zajmował jedno z najwyższych stanowisk w państwie, został aresztowany i skazany na deportację do Gujany. Chociaż w następnych latach będzie odgrywał jeszcze pewną rolę, jego wielka kariera dobiegła końca. Niemal w tym samym czasie, bo 17 września, zmarł w Wetzlar na suchoty gen. Hoche. Moreau, chociaż skompromitowany nieco zwłoką w przekazaniu papierów Klinglina, stał się w tym momencie niekwestionowanym duchowym przywódcą armii, które biły się w Belgii, Holandii i nad Renem.
Ney nie należał jeszcze wtedy do czołowych generałów. Walczył w szeregach Armii Sambry i Mozy pod rozkazami Jourdana i Hoche'a, nie był więc początkowo związany z Moreau. Zbliżył się jednak doń po zgonie Hoche'a, nie tyle szukając protektora, ile z przekonania, że prawdziwy republikanin, za jakiego się uważał, winien jest bezwzględne posłuszeństwo przełożonemu.
Tu trzeba powiedzieć, że Bonaparte, który od początku kampanii włoskiej był świadomy rywalizacji między "panami" a "obywatelami", starał się przeciągnąć na swą stronę przynajmniej część wojsk walczących nad Renem. W styczniu 1797 roku, po długich zabiegach, uzyskał od Dyrektoriatu to, że podesłano mu dywizję gen. Bernadotte, zabraną Moreau. Dywizja ta wzięła udział dopiero w końcowej fazie kampanii i - mimo wszystko - zachowała pewien dystans w stosunku do Armii Italii.
Po raz drugi Bonaparte próbował pozyskać "nadreńczyków", kiedy po pokoju w Campo Formio wrócił do Francji i objął dowództwo nad armią przeznaczoną do inwazji Wysp Brytyjskich. Do armii tej, będącej dopiero w trakcie organizacji, przydzielono też Neya, który kilka miesięcy spędził nad kanałem La Manche. Do inwazji jednak nie doszło i pułki te, włączone do Armii Wschodu, odpłynęły z Napoleonem do Egiptu. W owym korpusie ekspedycyjnym, który miał teraz walczyć nad Nilem, znalazło się wielu generałów z Armii Północy, Sambry i Mozy oraz Renu i Mozeli. Byli to m.in. Kléber, Reynier, Desaix i Davout. Ney natomiast został we wrześniu 1798 roku odesłany do Armii Moguncji, a potem Armii Dolnego Renu.
W lutym 1799 roku Ney odznaczył się pod Mannheimem. Ponieważ świetnie mówił po niemiecku, przedostał się w chłopskiej sukmanie do miasta, obejrzał umocnienia, zliczył załogę i pomyślnie wrócił do swoich. Z rozpoznania wynikało, że Mannheim broni zaledwie 300 zawodowych żołnierzy. Ney wystąpił więc w roli parlamentariusza, przepłynął z jednym tylko trębaczem Ren i jeszcze z łodzi zaczął pertraktacje. Jego argumenty były tak przekonywające, wiedział tyle o uzbrojeniu i garnizonie miasta, a równocześnie był tak dobrym psychologiem, że po kilku godzinach negocjacji komendant Mannheim zdecydował się złożyć broń. Zachwycony tym sukcesem Bernadotte posłał raport do Paryża, w którym postulował, aby przyznano Neyowi stopień generała dywizji. Nominacja została podpisana 28 marca. Ney zaniepokojony, że będzie musiał dowodzić własną dywizją, jak zawsze starał się uniknąć awansu. Władze w stolicy były jednak nieugięte, groziły wręcz usunięciem z armii, jeśli obywatel generał nie przyjmie nominacji.
4 maja Ney objął komendę nad kawalerią Armii Helwecji i Dunaju, a w miesiąc potem wyznaczono go dowódcą awangardy tej armii. 27 maja, broniąc Winterthur z 3 tysiącami ludzi przeciwko 15 tysiącom Austriaków, został ranny w kolano i miał pod sobą ubitego konia. Ledwie opatrzył go chirurg i pozwolił wrócić do szeregu, kiedy generał otrzymał nową ranę w rękę. Trzeba było na pewien czas opuścić służbę. Ney wrócił do Francji i z oszczędności kilku lat kupił niewielką posiadłość La Petite Malgrange koło Nancy. Zawsze marzył o wiejskiej rezydencji, która wydawała mu się najlepszym dowodem społecznego awansu.
Po miesięcznej kuracji 18 1ipca po raz pierwszy stanął na czele dywizji piechoty, znowu pod rozkazami Massény, ale już 19 sierpnia przeniesiony został do Armii Renu. Przez kilka tygodni pełnił nawet obowiązki jej dowódcy po odwołaniu przez Dyrektoriat bardzo miernego gen. Mullera. 26 października postawiono go znowu na czele awangardy pod ogólną komendą gen. Lecourbe'a. Bił się wtedy pod Heilbronn, Lauffen, Wissloch, Hochheim i Ludwigsburgiem.
Walki te prowadzono ze zmiennym szczęściem. Sytuacja militarna Francji była fatalna. Austriacy wspierani przez rosyjski korpus Aleksandra Suworowa odnosili zwycięstwa w Italii, którą wojska francuskie musiały niemal całkowicie opuścić. Sprzymierzeni, pokonawszy alpejską przełęcz Św. Gotharda, wkroczyli do Szwajcarii i zamierzali uderzyć bezpośrednio na Francję w rejonie Jury i Franche-Comté. Austriackie dowództwo popełniło jednak błąd, odłączając korpus arcyksięcia Karola od rosyjskiej awangardy Korsakowa. Wykorzystał to natychmiast Masséna, odnosząc 25 i 26 września świetne zwycięstwo pod Zurychem, gdzie zagarnął 5 tysięcy jeńców. W dzień później dotkliwej porażki doznał sam Suworow. Na wieść o tym car Paweł, uznając, że Austriacy nie są lojalnymi sojusznikami, odwołał cały korpus ekspedycyjny do Rosji.
Tymczasem 9 października 1799 roku w zatoce Saint-Raphaël na Lazurowym Wybrzeżu wylądował Napoleon Bonaparte, który porzucił Armię Wschodu i wrócił z Egiptu do Francji z oczywistym zamiarem dokonania zamachu stanu. Tłumaczył to fatalną sytuacją militarną Republiki, chociaż na dobrą sprawę po zwycięstwie Massény pod Zurychem nie było już bezpośredniego zagrożenia ze strony sprzymierzonych. Po przybyciu do Paryża Napoleon zaczął przygotowania do przewrotu, korzystając głównie z pomocy dawnych towarzyszy broni z Armii Italii. Moreau, który wtedy był obecny w stolicy, nie przeszedł wprawdzie w pełni na jego stronę, ale dał się przekonać do idei obalenia Dyrektoriatu i ostatecznie dowodził nawet oddziałem wojska, który opanował Pałac Luksemburski.
Wieść o przewrocie przyjęta została z satysfakcją przez żołnierzy armii walczących nad Renem. Chyba żaden z nich nie żałował "paryskich adwokatów", których rządy kojarzyły się z korupcją, defraudacją i protegowaniem karierowiczów. To wtedy po raz pierwszy Ney z sympatią i pewnym podziwem wypowiadał się o Bonapartem, chociaż w dalszym ciągu czuł się związany z Moreau i jego uważał za przywódcę. Skoro jednak Moreau poparł zamach stanu i wziął w nim udział, musi to oznaczać, że przewrót jest korzystny dla Republiki.
Uporawszy się z najpilniejszymi sprawami dotyczącymi organizacji państwa i przywracania pokoju wewnętrznego, wczesną wiosną 1800 roku rozpoczął Bonaparte nową kampanię przeciwko Austriakom. Podzielił wojsko na trzy części: niewielka Armia Italii pod komendą Massény miała bronić Genui i południowych granic Republiki; 100-tysięczna Armia Renu oddana została pod rozkazy Moreau, a jej zadaniem było rozbicie Austriaków na terenie Niemiec; wreszcie Armia Rezerwowa, licząca tylko 35 tysięcy ludzi, miała przejść przez Alpy i niespodziewanie zaatakować od tyłu Austriaków w Italii. Dowództwo nad nią objął Bonaparte.
W maju i czerwcu 1800 roku właśnie Armia Rezerwowa wzięła na siebie główny wysiłek bojowy. Przekroczyła Alpy Wielką Przełęczą Św. Bernarda i znalazła się na równinach Lombardii. 14 czerwca doszło do decydującej bitwy pod Marengo, w której Francuzom udało się rozbić Austriaków gen. Melasa. Następnego dnia podpisany został rozejm w Aleksandrii. Chociaż zwycięstwo wywalczono z najwyższym trudem - był nawet moment, w którym Bonaparte w oczywisty sposób przegrywał, a sytuację uratował gen. Desaix - to przecież batalię przedstawiono jako wielki sukces militarny pierwszego konsula.
Tymczasem Moreau rozpoczął ofensywę w Niemczech. Bonaparte chciał, aby przekroczył on Ren koło Szafuzy i w ten sposób obszedł lewe skrzydło Austriaków. Moreau realizował jednak własny plan i przeprawił się przez Ren między Bazyleą a Strasburgiem. 3 maja rozbił gen. Kraya pod Stockach i Engen, a w dwa dni później pod Messkirch. Nieprzyjaciel wycofał się do warownego obozu w Ulm. 27 maja Francuzi weszli do Augsburga, a 19 czerwca do Hochstaedt. Kray, który utracił połowę swej armii, rozpoczął odwrót ku Czechom. Moreau zajął jeszcze Monachium, a 151ipca podpisał rozejm w Parsdorf. W tej zwycięskiej ofensywie Ney uczestniczył jako dowódca jednej z dywizji piechoty.
W październiku 1800 roku Moreau pojawił się na krótko w Paryżu. Bonaparte uznał, że najlepszym sposobem pozyskania rywala będzie wydanie za niego pasierbicy, Hortensji Beauharnais. Tego rodzaju metodę wprowadzania do rodziny generałów, na których mu szczególnie zależało, stosował już wcześniej. Siostry Karolinę i Paulinę wydał przecież za Joachima Murata i Victora Leclerca.
Moreau, który oczywiście nic nie wiedział o tych planach, przyjął zaproszenie od Józefiny Bonaparte - matki Hortensji - i przybył do jej rezydencji w Malmaison. W pewnej chwili, kiedy najwyraźniej nudził się, podszedł do kominka i wziął do ręki leżącą tam gazetę. Już na pierwszej stronie przeczytał tytuł artykułu, z którego wynikało, że "powszechnie mówi się o rychłym małżeństwie generała Moreau z Hortensją Beauharnais". Nie mówiąc ani słowa, złożył gazetę i wcisnął pod stos książek. Bonaparte, który bacznie obserwował całą scenę, wyciągnął po chwili dziennik i ledwie rzuciwszy nań okiem, zawołał:
- Generale! Tu przecież piszą o panu!
Kiedy goście zaczęli żywo interesować się, o co chodzi, Napoleon przeczytał głośno artykuł. Moreau odpowiedział chłodno, że nie ma zamiaru żenić się, a zresztą małżeństwo najwyraźniej szkodzi wybitnym generałom. Przykładem może tu być Joubert, który zginął pod Novi zaledwie w kilka dni po ślubie. Odpowiedź Moreau na tego rodzaju przejrzystą propozycję sojuszu była co najmniej niegrzeczna. Tym bardziej, że zaledwie w tydzień potem generał wstąpił w związki małżeńskie z panną Alexandrine Hulot, zaprzeczając w ten sposób własnym słowom, które słyszało kilkanaście osób. Teraz było rzeczą jasną, że Moreau nigdy nie pojedna się z Bonapartem. Co więcej, dowódca Armii Renu dosyć często opowiadał znajomym, jak to "klan Bonaparte i Beauharnais chciał go usidlić".
Istotną rolę w zaostrzeniu rywalizacji tych dwu generałów odegrała Alexandrine Moreau, pozostająca zresztą pod przemożnym wpływem matki, kobiety energicznej, ale przede wszystkim ambitnej. To żona i teściowa doszły do wniosku, że "miejsce pierwszego konsula winien zająć Moreau", i niemal nazajutrz po ślubie przystąpiły do montowania stronnictwa przychylnego dowódcy Armii Renu.
Tymczasem przewidując, że rokowania pokojowe z Austriakami mogą być zerwane, Bonaparte przygotował plan kampanii jesiennej. Tym razem chciał, aby od początku decydującą rolę odegrała Armia Italii, której dowództwo przeznaczył dla siebie. Jej lewe skrzydło osłaniała Armia Gryzonii pod komendą Macdonalda. Ariergardę stanowiły natomiast oddziały Murata, których zadaniem było zabezpieczenie prawego skrzydła i opanowanie środkowych Włoch. Dowództwo Armii Renu w dalszym ciągu sprawował Moreau, którego pierwszy konsul nie śmiał jeszcze odwołać. Chodziło jednak o to, aby właśnie ta armia nie miała okazji do odznaczenia się na polu walki. Wystarczyły już sukcesy z ofensywy wiosennej, zwłaszcza bitwa pod Hochstaedt i zajęcie Monachium. Dlatego też plan działań wojennych nie przewidywał dla Armii Renu poważniejszych zadań.
Wydarzenia potoczyły się jednak zupełnie inaczej, niż to planował Bonaparte. Ostatecznie nie wyjechał z Paryża, a komendę nad Armią Italii objął gen. Brune. Sytuacja polityczna wskazywała na to, że należało pozostać w stolicy, gdzie przecież mogło dojść do przewrotu, o jakim myśleli zarówno jakobini, jak też rojaliści. Działania wojenne zostały wznowione 28 listopada energiczną ofensywą Austriaków w Bawarii. Młody arcyksiążę Jan, nie mający większego doświadczenia, dał się wciągnąć w pułapkę, jaką zastawił nań Moreau na płaskowyżu Hohenlinden, o kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Monachium. Bezpośrednio przed bitwą austriacki wódz zapewniał swych oficerów, że "za dwa tygodnie wyrzuci Francuzów za Ren". Kiedy 2 grudnia w sztabie Moreau odbywała się narada, Ney zaproponował, aby zająć pozycje w lesie Hohenlinden, gdzie francuskie armaty będą ukryte i mogą otworzyć niespodziewany ogień do przeciwnika. Wskazał też, że nieprzyjaciel będzie musiał prowadzić działa i tabory jedyną drogą w gęstym lesie, co sprawi, że kolumna ta wydłuży się na wiele kilometrów i będzie ją można łatwo zagarnąć. Moreau poparł tę koncepcję.
3 grudnia doszło pod Hohenlinden do krwawej batalii, w której szczególnie odznaczył się właśnie Ney. To jemu Moreau powierzył zadanie przełamania centrum wojsk przeciwnika. Wzięto 12 tysięcy jeńców, kilkadziesiąt dział i 200 wozów taborowych. Ofensywa arcyksięcia Jana nie tylko dobiegła końca, ale Armia Renu w ciągu dwu tygodni w uporczywym pościgu za nieprzyjacielem przekroczyła rzeki Inn, Salzach, Traun i Enns, dochodząc do Steyer o 35 mil od Wiednia. Nigdy jeszcze Francuzi, nawet w 1797 roku pod Leoben, nie byli tak blisko austriackiej stolicy. Arcyksiążę Karol, który zastąpił brata, poprosił o rozejm. Podpisano go 25 grudnia w Steyer. W tym samym czasie Armia Italii, wspierana przez Armię Gryzonii, doszła wprawdzie w okolice Wenecji, ale nie odniosła ani jednego zwycięstwa, które byłoby porównywalne z Hohenlinden. Rokowania pokojowe zostały wznowione i w lutym 1801 roku podpisano pokój w Lunéville.
Zwycięstwo Moreau pod Hohenlinden przesłoniło wcześniejszy o kilka miesięcy sukces Bonapartego pod Marengo. Członkowie Trybunatu wystąpili z petycją do pierwszego konsula, aby dzień 3 grudnia stał się świętem narodowym. Przeciwnicy Bonapartego głosili teraz, że prawdziwym pogromcą Austriaków jest właśnie Moreau. Zdawał się to potwierdzać fakt, że dopiero po tej batalii doszło do podpisania pokoju.
Wydarzenia na froncie - bitwa pod Hohenlinden i zawarty po tym zwycięstwie rozejm w Steyer - zbiegły się w czasie z zamachem na Bonapartego dokonanym 24 grudnia 1800 roku przez rojalistów na paryskiej ulicy Saint-Nicaise. W wyniku eksplozji silnego ładunku wybuchowego, tzw. machiny piekielnej, zginęło 22 ludzi. Pierwszy konsul natychmiast wykorzystał to, by rozprawić się z opozycją, zarówno z jakobinami, jak rojalistami. Zlikwidował 60 stołecznych dzienników na ogólną liczbę 73, wprowadził specjalne trybunały wojskowe. Podczas gdy Moreau zbierał gratulacje z okazji zwycięstwa pod Hohenlinden, on umacniał osobistą władzę. Równocześnie jednak ludzie prześladowani przez Bonapartego zaczęli z nadzieją spoglądać na Moreau jako na generała, który znany ze swych republikańskich przekonań, potrafiłby przeszkodzić w ustanowieniu dyktatury.
Pozycja Moreau w owym czasie była bardzo silna. Cieszył się on ogromnym autorytetem w armii, a wielu oficerów otwarcie stwierdzało, że woleliby podać się do dymisji niż służyć pod innym wodzem. Oznaczało to, że opowiadają się przeciwko pierwszemu konsulowi i gotowi są poprzeć zamach stanu, gdyby na coś takiego zdecydował się dowódca Armii Renu. Nie ulegało wątpliwości, że już wkrótce musi dojść do decydującego pojedynku między Moreau a Bonapartem. Nie było po prostu miejsca dla nich obu.
Pierwszy konsul nie lekceważył wcale tego niebezpieczeństwa. Przede wszystkim starał się pomniejszyć znaczenie zwycięstwa pod Hohenlinden i w oficjalnych publikacjach kazał lansować tezę, że wygrana w wojnie z Austrią to sukces wszystkich czterech armii francuskich, jakie brały udział w tej kampanii. Oznaczało to zrównanie w zasługach Armii Renu z taką np. Armią Batawii, która dowodzona przez Augereau nie rozegrała ani jednej bitwy. Bonaparte tendencyjnie popierał Armię Rezerwową (późniejszą Armię Italii), którą sam dowodził wiosną 1800 roku. Czynił to m.in. kosztem Armii Gryzonii, która otrzymała rozkaz pokonania alpejskiej przełęczy Splügen (2217 m) i przeszła przez nią w skrajnie trudnych warunkach zimowych w połowie grudnia. W porównaniu z tym przemarsz Armii Rezerwowej pod koniec maja przez Wielką Przełęcz Św. Bernarda mógł wydawać się niemal turystyczną wycieczką.
Zdając sobie sprawę, że Armia Renu stanowi zagrożenie dla jego osobistej władzy, Bonaparte rozwiązał ją 28 marca 1801 roku, zaraz po podpisaniu traktatu pokojowego w Lunéville. Żołnierze, którzy uczestniczyli w bitwie pod
Hohenlinden, a potem w pościgu za cofającymi się Austriakami, nie mieli nawet tej satysfakcji, by pozwolono ich przedstawicielom defilować ulicami Paryża. Kiedy 14 1ipca obchodzono rocznicę zdobycia Bastylii, pierwszy konsul rozkazał obnosić sztandary zdobyte pod Marengo, ale nie dopuścił, by pojawiły się chorągwie wzięte pod Hohenlinden. Bonaparte odmówił awansowania pewnych oficerów, za którymi wstawiał się Moreau. Dotyczyło to chociażby gen. Victora Lahorie, który w 1812 roku będzie jednym z uczestników nieudanego zamachu stanu Maleta. Wielu oficerów i generałów usunięto z wojska, nie dziękując im ani słowem za długoletnią ofiarną służbę. Taki los spotkał m.in. generałów: Claude'a Lecourbe'a, Frederica Walthera, Charlesa Decaena i Josepha Souhama. Niejeden z tych oficerów przez całe lata pozostawał w niełasce, a nawet trafiał do więzienia, jeśli zbyt ostentacyjnie okazywał sympatię i przywiązanie do Moreau. Niektórzy po pewnym czasie wrócili wprawdzie do armii, ale w 1802 roku posłani zostali na San Domingo lub Gwadelupę, gdzie część z nich, jak chociażby Antoine Richepance, zmarła na żółtą febrę. Jest rzeczą charakterystyczną, że Bonaparte przeznaczył do tłumienia powstania Murzynów właśnie te półbrygady, które wchodziły w skład dawnej Armii Renu. Dotyczyło to też polskiej Legii Naddunajskiej, w której niechęć wobec pierwszego konsula po traktacie z Lunéville była szczególnie wyraźna. Tacy polscy oficerowie, jak Karol Kniaziewicz, Józef Drzewiecki czy Stanisław Fiszer, demonstracyjnie składali dymisje i wracali do Polski.
Trzeba powiedzieć, że zawinił tu sam Moreau, który nie przeciwstawiał się tego rodzaju działaniom. W marcu 1801 roku przybył do Paryża. Bonaparte przyjął go w Pałacu Tuileries na prywatnej audiencji i ofiarował parę pistoletów, na rękojeściach których były wypisane diamentami nazwy zwycięskich bitew. Równocześnie jednak nie zgodził się na wydanie bankietu na cześć rywala i obiad taki doszedł do skutku tylko dlatego, że złożyli się nań oficerowie. W dwa miesiące później, 5 maja Moreau musiał zdać komendę nad wojskiem i od tego momentu nigdy już nie dowodził Francuzami. 23 września, tak jak wielu innych generałów z Armii Renu, został oficjalnie przeniesiony w stan spoczynku, co prawda z wysoką pensją, która umożliwiała mu dostatnie życie. Zainstalował się w podparyskim Grosbois, odkupionym od Barrasa, mieszkał też w pałacyku przy rue d'Anjou-Saint-Honoré, gdzie coraz częściej spotykali się wszelkiego rodzaju opozycjoniści.
Michel Ney, tak jak inni generałowie, musiał chwilowo pożegnać się ze służbą i zamieszkał w La Petite Malgrange. Przychylną opinię o nim wydał jednak gen. Victor Leclerc, szwagier Bonapartego, który dowodził dywizją piechoty w Armii Renu wiosną 1800 roku. Przedstawił go jako niezwykle odważnego, a zarazem posłusznego przełożonym, "pozbawionego politycznych ambicji". Pierwszy konsul od razu wyczuł w nim doskonałego wykonawcę rozkazów "bez pytania, co znaczą". Wezwał więc Neya do Paryża w maju 1801 roku i odbył z nim długą rozmowę. Generał był po raz pierwszy w stolicy i zachowywał się jak prowincjusz. Bonaparte wywarł na nim wielkie wrażenie i było to widoczne. "Takiego mi właśnie potrzeba" - powiedział Napoleon Józefinie, kiedy wieczorem pytała o "tego młodego generała".